E-book
20.48
drukowana A5
43.22
drukowana A5
Kolorowa
68.13
audiobook
20.48
Rodzinny Exodus

Bezpłatny fragment - Rodzinny Exodus

mała historia wielkiego cierpienia


5
Objętość:
216 str.
ISBN:
978-83-8221-186-3
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 43.22
drukowana A5
Kolorowa
za 68.13
audiobook
za 20.48

Żyd bez jarmułki i chałata

Tak powstaje moja historia.

Nie wińcie mnie za to…


Historia oparta częściowo na faktach.

***

Urodziłem się w żydowskiej rodzinie. Nie miałem na to wpływu i nie wińcie mnie za to.

Gdy przyszedłem na świat we wrocławskim szpitalu kolejowym był słoneczny lipcowy poranek 1967 roku i trwała zimna wojna.

Moja rodzina była szczęśliwa, że urodziłem się w bezpiecznym kraju, gdzie Żydom już nic nie grozi. Tylko z pozoru, jak się później okazało.

Mój dziadek wrócił z gułagu w dalekim ZSRR. O dziwo, przeżył, bo był potrzebny. Jako lekarz urolog leczył szeregowych żołnierzy i oficerów z trypra, babcia zaś jako lekarz ginekolog pomagała ich żonom i kochankom. Mieli, jak na obozowe warunki, pełen komfort — własną pryczę, którą oddzielał od pozostałych współwięźniów paskudny, śmierdzący parawan zrobiony z worków jutowych. Do tego szczęścia należała dodatkowa porcja chleba dziennie i miska lurowatej zupy. Przeżyli, wytrwali i pozostali sobą i z sobą do dzisiaj. Przeżyli. Cenili ten dar, ciesząc się każdym dniem życia. Nastał czas powrotu do Polski, do miasteczka, w którym przed wojną cieszyli się szacunkiem swoich sąsiadów. Powrót do najukochańszego miejsca na Ziemi okazał się dla nich piekłem. Gdy zapukali do drzwi własnego domu, pozostawionego w pośpiechu ucieczki za życiem, powitał ich złowrogo spoglądający sąsiad z widłami w jednej ręce i toporkiem w drugiej. Poznał ich i z grymasem wstrętu na twarzy powiedział, że miejscem Żyda jest Palestyna, jeśli do tej pory nie przyjął ich w objęcia płomień krematoryjnego ognia. Zamknął przed ich nosem drzwi, wykrzykując, że dom należy do porządnych Polaków. Nasuwało się pytanie dlaczego? Dziadkowie zmęczeni podróżą, niekończącą się tułaczką przenocowali gdzieś pod drzewem w pobliskim lesie, a rano udali się w dalszą drogę do nowego miejsca na polskiej ziemi. Po wielu miesiącach znaleźli się we Wrocławiu, gdzie spotkali wielu im podobnych zagubionych ludzi. W urzędzie otrzymali skierowanie do miejsca zamieszkania, którym okazało się mieszkanie przy ulicy Gajowej. Piękne mieszkanie niemieckiego lekarza. Pozostało tam niemalże całe wyposażenie, włącznie z poczekalnią i gabinetem lekarza ogólnego. Pozostali w tym miejscu, zapominając, że gdzieś tam niedaleko ktoś inny cieszy się ich rodzinnym domem, w którym mieszkali od pokoleń. Rozpoczęli pracę. Babcia jako ginekolog, a dziadek jako lekarz urolog. Leczyli, pomagali swoim pacjentom, babcia odbierała dzieci przychodzące na świat, nie segregując ich na te chrześcijańskie czy te żydowskie. Witała na świecie polskie dzieci. Zapominali powoli o tym, co było. Nikt poza nimi z ich pięknej rodziny wojny nie przeżył. Chcieli zapomnieć i może trochę im się to udało.

Moi dziadkowie, uciekając ze swoją małą córką, a moją mamą przed nadciągającymi do ich miasteczka niemieckimi wojskami, robili wszystko, by zapewnić swemu ukochanemu, jedynemu dziecku bezpieczeństwo. W wędrówce w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca napotkali wielu dobrych ludzi. Zwykłych i prostych, niemających niczego i dzielących się tym niczym z potrzebującymi, do których moi dziadkowie niewątpliwie należeli.

W tej tułaczce spotkali na swojej drodze też podłych ludzi. To oni zabrali moją mamę do sierocińca, a dziadków oddali w ręce NKWD. Tam już wiedziano, gdzie jest miejsce polskiej inteligencji. Mama trafiła do radzieckiego sierocińca, a dziadkowie do łagru gdzieś na Uralu. W 1946 roku moi dziadkowie odnaleźli swoją córkę przy udziale organizacji żydowskich i Czerwonego Krzyża. Mama potrzebowała kilku lat, by na nowo nauczyć się żyć w rodzinie, ponowie móc zaufać. Nigdy nie opowiadała o tamtych czasach. Jedyne, co jej pozostało, to biegła znajomość rosyjskiego i trauma na całe życie.

Dziadkowie byli szczęśliwi. Moja mama, gdy wróciła do swoich rodziców, miała już siedem lat i trudno było jej się przystosować do nowej sytuacji. Jej mały świat wywrócił się do góry nogami. W swojej małej żydowskiej główce układała sobie życie na nowo. Coś ten schemat jednak ją przerastał i potrzebowała czasu.

Pamięcią sięgała tamtych wojennych czasów. Jeszcze w ZSRR, gdy nadchodziły wojska niemieckie, ewakuowano sierociniec, gdzie znalazła swój tymczasowy dom wśród dzieci z różnych stron, tak samo samotnych jak ona. Mama była maleńkim dzieckiem i nie nadawała się do transportu do innego, oddalonego od działań wojennych sierocińca. Wówczas zaopiekowała się nią miejscowa nauczycielka. Cała jej rodzina zaangażowała się w udzielenie pomocy małej polskiej Żydówce.

Jak się okazało, ludzie, pod opieką których moja mama przybywała, byli nader skromni i uczciwi. Jedynym ich majątkiem była wiedza, której tak wiele dziecku przekazali.

Z mamą jej opiekunowie rozmawiali po rosyjsku, niemiecku i francusku, a do snu nauczycielka czytała jej bajki po polsku. Tym samym dziewczynka zaczęła mówić w tych językach. W zależności od okoliczności i potrzeby używała innego. Ci dotychczasowi opiekunowie traktowali ją jak własne dzieci. Kochali ją. Po wojnie sami podjęli starania, by informacja o niej trafiła do Czerwonego Krzyża. Wiedzieli, że miejscem dziecka jest dom rodzinny, a ten dom jest tam, gdzie jest matka i ojciec. Nie wiedzieli, czy rodzice mamy żyją i czy kiedykolwiek się odnajdą. Z dokumentacji sierocińca znali datę urodzenia mamy oraz miejsce przyjścia na świat i dalsze dane rodziców dziecka. Te informacje ułatwiły poszukiwania.

Tak więc po wojnie dzięki zaangażowaniu i rzetelności pracowników Czerwonego Krzyża udało się połączyć moim dziadkom z córką, o której przez całą wojnę spędzoną w gułagu myśleli bezustannie, dla której chcieli przetrwać, i może dlatego byli silni i przeżyli. Spotkali się z nią już we Wrocławiu, dokąd została przywieziona przez pracowników Czerwonego Krzyża. Mama nie pamiętała swoich rodziców i nie chciała z nimi pozostać. Nie wiedziała, co wokół niej się dzieje. Jednak po kilku miesiącach zaczęła być już córką. Nauczyła się mówić do mamy „mamo”, a do ojca „tato”. Potrzebowała jednak trochę czasu, by to otaczające ją życie przestało ją przerażać. Kurczowo trzymała się swojej odnalezionej mamy, bojąc się ponownego rozstania.

Wrocław stał otworem dla rozbitków życiowych. Przyjeżdżali tam przede wszystkim ci, którzy nie mieli już gdzie wracać. Taka ziemia obiecana.

Mama poszła do żydowskiej szkoły, gdzie dzieciaki po traumie wojennej uczyły się na nowo żyć. Mimo ich dziecięcej niewinności ukrywały w swych małych sercach żal, smutek i lęk.

Wielokrotnie kiedy wracały ze szkoły, czyhało na nie niebezpieczeństwo. W bramach lub gruzach ukrywali się młodociani polscy zwyrodnialcy, którzy napadali na nie i okradali z każdej znalezionej przy nich rzeczy. Wszystko w tych powojennych czasach miało swoją wartość. Dziewczynek nie bili, za to mali żydowscy chłopcy często wracali do domu z rozkwaszonymi nosami.

Polscy chłopcy, bijąc i szarpiąc żydowskich chłopców, krzyczeli, że jest do odwet za krew polskich dzieci.

Młode polskie pokolenie karmione było przez swoich rodziców opowieściami o Żydach, którzy łapią małe polskie dzieci, by pozyskać z nich krew na macę.

A przecież my kaszanki nie jemy, a krew jest w takiej kaszance, a nie w macy. Maca to mąka, woda i sól. Nic z tych bzdur, wykrzykiwanych przez polskich małych bandziorów, mama moja nie rozumiała. Dziadek wytłumaczył jej później, że wśród polskich dzieci krążyły takie bzdurne opowieści o Żydach, którzy musieli zasilić krwią chrześcijańskich niewiniątek placek, z którego robiło się macę.

Na ulicy Włodkowica zbierali się Żydzi, by wspólnie uczestniczyć we wszystkich obrządkach, by wymieniać informacje o najbliższych i znajomych. Było to miejsce szczególne. Mały żydowski świat. To tam dzieci mogły mówić w jidysz lub po hebrajsku. To tam pachniało czosnkiem i macą. To tam Rebeka wołała: „Mame, mame, Issak mnie oblał wodą”. To tam śpiewano tak pięknie pieśni szabatowe. To tam spotykali się ci wypędzeni, ale szczęśliwi, bo żywi. Było to miejsce, gdzie poszukiwano informacji o najbliższych, o tych którzy może jeszcze przeżyli. Przychodzili tam kupcy, zwykli robotnicy, nauczyciele, sklepikarze, aptekarze, złotnicy i moi dziadkowie lekarze. To był ich świat. To tam czuło się Ziemię Obiecaną. To tam mogli być sobą i z sobą. Już nie musieli gwiazdy Dawida przyszywać do odzieży. Nie byli czymś gorszym od Ratte (szczura). Tak im się przynajmniej wydawało. Tylko wydawało. Nienawiść i wrogość do żywego Żyda dało się wyczuć na każdym kroku. Jednak nikt nie mógł już ich zadenuncjować. Żaden szmalcownik nie żądał od nich zapłaty za każdy kolejny dzień ich życia. Czuli się chyba trochę bezpieczniej, może częściowo u siebie. Na tych odzyskanych ziemiach wszyscy byli obcy, czyli równi.

Dziadkowie rozpoczęli swoje zawodowe obowiązki. Do 16.00 w szpitalu, od 17.00 zaś w domu. W byłym mieszkaniu niemieckiego lekarza ogólnego mieli warunki na prowadzenie własnej praktyki lekarskiej. W poniedziałki i środy przyjmował dziadek, z kolei we wtoreki i czwartki babcia. Na korytarzu i w poczekalni zawsze kłębiły się tłumy pacjentów, którzy przynosili w zamian za usługę medyczną żywność pod różną postacią. Zaprzyjaźniony krawiec za pomoc „obszywał” moją babcię, która chciała żyć i starała się poprzez swoje wykwintne sukienki zakomunikować światu: ja Żydówka żyję i jestem tu i teraz.

Dziadek podchodził do darowanego mu po raz drugi życia z pokorą. Ubierał się skromnie. W jego garderobie zawsze dominował kolor czarny. Znakomicie skrojona marynarka i spodnie dodawały mu szyku i elegancji, a starannie przystrzyżona broda powagi. Był cudownie dostojny. Z babcią tworzyli wspaniałą parę, która mimo cierpienia ukrytego gdzieś w głębi duszy umiała się cieszyć dniem codziennym. Nie cieszyli się już światem, ale tę radość przelewali na ukochaną córkę. Mama moja skończyła szkołę podstawową i średnią. W tym czasie funkcjonowały szkoły żydowskie. Mama uczęszczała do żydowskiej szkoły podstawowej, do liceum zaś chodziła już w pobliżu miejsca zamieszkania. Była to świecka państwowa szkoła. Po zakończeniu liceum w 1958 roku przyszedł czas na studia. Dziadkowie w rozmowie z mamą uświadomili jej, jaką wartością jest wiedza i wykształcenie.

— Córko — powiedział do niej dziadek — gdy będziesz lekarzem, adwokatem, muzykiem, to nikt nie powie ci nigdy: ty Żydowico. Będą z szacunkiem zwracali się do ciebie, mówiąc pani doktor, mecenas czy też maestrino. Pamiętaj, córuniu, ty musisz się uczyć nie dla nas, dla siebie.

Mama doskonale rozumiała to, co dziadek chciał jej przekazać. Stare żydowskie powiedzenie mówi: „głupi Żyd to martwy Żyd”. Nie dostała się jednak na wymarzone studia medyczne i kierunek lekarski. Wybrała farmację, by po zaliczonym pierwszym roku móc się przenieść na medycynę. Była szczęśliwa. Ona i dziadkowie. Kontynuowała tradycje rodzinne. Miała zostać następnym lekarzem w żydowskiej rodzinie. To powołanie i zawód jej rodzicom pozwoliły przeżyć im wojnę. Był rok 1964. Mama ukończyła medycynę. Poznała mojego tatę na święcie Purim, które hucznie obchodzono w świetlicy przy ul. Włodkowica. Pobrali się w 1966 roku w styczniu. Ojciec mój miał zmienione nazwisko. Była to decyzja mojego drugiego dziadka. Po wojnie, gdy znalazł się na ziemiach odzyskanych, dokonał kilku kosztownych manewrów i zmienił nazwisko rodowe. Nazywali się od tamtego czasu Kochanowscy. Bali się pozostać przy swoim żydowskim nazwisku. Byli w końcu szczęśliwi, może dlatego, że mogli ukryć się pod polskim nazwiskiem. Czuli się przez to nie lepsi, ale bezpieczniejsi i naprawdę wolni. Wolni od codziennego wytykania palcami, drwin i prześladowań. Moja mama po ślubie przyjęła nazwisko ojca. Od tego momentu była Kochanowska. Imię też trochę polskie — Ada, więc wszystko grało. Rozpoczęła nowe życie. Ojciec pracował jako inżynier, mama Kochanowska także pracowała i robiła specjalizację. Miała zostać ginekologiem położnikiem. Dostali mieszkanie i byli szczęśliwą polską Kochanowską rodziną. Mama dorabiała w szpitalu na nocnych dyżurach, bo pieniędzy ciągle im brakowało. Nie chciała, by rodzice łożyli na jej potrzeby. Pragnęła, aby cieszyli się życiem po tych tragicznych latach wojennej tułaczki i radzieckiego głodnego łagru. Radziła sobie dzielnie. Ojciec dbał o nią. Była jego miłością. W 1967 roku przyszedłem na świat. Odebrała mnie moja babcia w szpitalu kolejowym, gdzie była kierownikiem oddziału ginekologicznego. Szczęście w rodzinie. Chłopiec. Będzie Dawid. Tak też się stało. Ale już Kochanowski, a w sercu i duszy…………


Życie byłoby takie piękne, gdyby nie 1968 rok. Nasi znajomi spakowani czekali na wyjazd. Podróż w jedną stronę. Płacz, rozpacz i pustka. Moja mama czuła się bezpiecznie. Nikt nie kazał jej się pakować i wyjeżdżać, przecież ona była już Kochanowska.

Pewnego pięknego popołudnia w lipcu 1968 roku, po dyżurze mama była umówiona z babcią na spotkanie w mieszkaniu dziadków na Gajowej. Miała jej pomóc przy przyjmowaniu pacjentów. Na korytarzu jednak nie widać było żadnej czekającej osoby, panowała dziwna, przerażająca cisza. Zdziwiło to mamę, gdyż w dniu, w którym babcia miała otwarty swój gabinet, stały pod nim tłumy kobiet.

Zapukała do drzwi, ale odpowiedziała jej tylko cisza. Rozejrzała się po klatce schodowej, a tam nic oprócz szarej pustki. Mama ponowiła pukanie. Nadal cisza. Po kilku minutach otwarły się drzwi sąsiadki, która ruchem ręki zaprosiła mamę do swojego mieszkania. Po chwili mama w milczeniu wyszła od niej spłakana. Już wiedziała, gdzie ma szukać rodziców. Pobiegła na dworzec główny. Kiedy wpadła na peron, zobaczyła odjeżdżający pociąg. Ten, który zabrał moich dziadków w nieznane. Już na zawsze.

Mama zrelacjonowała ojcu sytuację. Okazało się, że do szpitala, gdzie pracowali moi dziadkowie, przyjechali pracownicy bezpieki. Kazali zabrać im swoje dokumenty. Zawieźli ich na Gajową do mieszkania, które było ich powojennym domem. Mieli godzinę na przygotowanie się do wyjazdu. Mogli zabrać kilka niezbędnych rzeczy osobistych.

— Żadnych pieniędzy i dokumentów! — krzyczał pilnujący ich milicjant.

— Żadnych kosztowności. Mieszkanie pozostanie teraz do dyspozycji uczciwego Polaka, wy się już wypaśliście na naszej krzywdzie — mówił inny funkcjonariusz, który podążał za dziadkiem krok w krok, by towarzyszyć mu w czasie pakowania. Zabrali im dowody osobiste, wręczając paszporty bezpaństwowców.

Skąd mieli zdjęcia dziadków? Okazało się, że z działu kadr szpitala. Nie wypłacono im ostatnich poborów, ponoć pieniądze te miały zrekompensować koszty przygotowania ich wyjazdu.

Dziadkowie w domu mieli swoje oszczędności. Zabrano im całość, twierdząc, że jest to rekompensata za koszty ich wykształcenia, które poniosła ich socjalistyczna ojczyzna. Dziadek był tym stwierdzeniem zdziwiony. Przecież zdobył wykształcenie przed wojną, więc co miał do tego socjalistyczny porządek.

Nie pozwolono im zabrać zbyt wiele. Mieli dwie walizki i ubrania na sobie. I w drogę, mili Państwo — powiedział jeden z milicjantów. Zapakowano ich wraz z tymi dwiema skromnymi walizkami do samochodu, zawieziono na dworzec główny i pod eskortą dwóch funkcjonariuszy wprowadzono do pociągu, który wypełniony był podobnymi do nich — bezpaństwowcami. Ich współtowarzysze podróży byli w lepszej sytuacji. Przygotowywali się na wyjazd od miesięcy, nie tylko praktycznie, ale też psychicznie. Sami zamknęli za sobą drzwi. Za moimi dziadkami te drzwi zamknięto w ciągu godziny. Bezpowrotnie.

Przez całą drogę moja babcia płakała, zadając bezradnemu dziadkowi pytania, dlaczego ich to ponownie spotyka. Dlaczego, gdy uratowali tyle polskich żyć, a ona przyjęła na świat tyle polskich dzieci, zgotowano im taki los. Znowu wygnani z domu, własnego domu…

Musieli zapomnieć o Polsce. To już nie był ich dom, to nie była ich ojczyzna.

Co teraz będzie, co z ich ukochaną córką i wnuczkiem? Dlaczego? Przecież byli Polakami, mieszkali wśród Polaków i w Polsce. Po raz kolejny w ich tragicznym życiu ich świat legł w gruzach.

W milczeniu i rozpaczy dotarli do Wiednia, gdzie zaopiekowała się nimi żydowska organizacja, która odpowiedzialna była za przygotowanie dalszej podróży do Izraela. Dziadkowie, pozbawieni jakichkolwiek dokumentów poświadczających ich wykształcenie i dorobek naukowy, byli bezsilni. W urzędzie, który segregował wyjeżdżających, spotkali znajomego, który potwierdził ich kwalifikacje zawodowe. Wpisano dane do formularzy wyjazdowych: Pani dr i Pan dr, ur. itd. Ze względu na wykształcenie zakwalifikowani zostali na wyjazd do Izraela. Izrael potrzebował ludzi wykształconych. Nowo tworzone państwo chciało mieć w swoich szeregach mądrych obywateli, którzy swoją wiedzę przekażą następnym pokoleniom. Po kilkudniowym pobycie w Wiedniu dziadkowie udali się do Włoch, skąd statkiem popłynęli w swoją kolejną podróż do nowego domu.

Mama moja wróciła z dworca głównego PKP spłakana do mieszkania.

Ojciec o niczym jeszcze nie wiedział gdyż był w instytucie, miał zajęcia ze studentami. Czuł się bezpiecznie. On Kochanowski. Polak.

Mój drugi dziadek, ten z wyboru Kochanowski, siedział w tym czasie w pierdlu. W miejscowości, w której mieszkał, nikt go nie znał. Nikt nie podejrzewał, że to Żyd. Był to Kochanowski — inżynier budowy dróg i mostów.

W swoim życiorysie dziadek też pozmieniał kilka danych, by nikt z czerwonych nie mógł mu zarzucić nieprzyzwoitego burżuazyjnego pochodzenia. I według na nowo sporządzonego curriculum vitae był synem praczki i kowala. Trochę to nie pasowało do wykształcenia i miejsca pobierania nauk, ale dziadek tłumaczył się tym, że studia opłacił mu właściciel dworu, który był bezdzietny, a u którego pracował przez lata jego ojciec i wujek, zajmując się końmi dziedzica.

Nikt dalej nie dochodził tego, jak i za co ukończył studia na wiedeńskiej uczelni technicznej.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 43.22
drukowana A5
Kolorowa
za 68.13
audiobook
za 20.48