E-book
23.63
drukowana A5
58.03
Rodzina

Bezpłatny fragment - Rodzina

Książka została utworzona z pomocą AI


Objętość:
235 str.
ISBN:
978-83-8440-903-9
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 58.03

Przedmowa

Istnieją książki, które opowiadają o rodzinie. I istnieją książki, które zmuszają nas do przemyślenia na nowo tego, co — jak nam się wydawało — wiedzieliśmy o niej od zawsze. Książka, którą Czytelnik trzyma w ręku, należy do tej drugiej kategorii.

Gdy zostałem poproszony o napisanie przedmowy do Rodziny, zgodziłem się bez wahania — ale z pewnym niepokojem. Kolejna synteza historii rodziny? Kolejna opowieść od jaskiniowców do smartfonów, od ogniska do Tindera? Przez czterdzieści lat pracy akademickiej przeczytałem ich dziesiątki — i większość z nich powielała ten sam schemat: europejski punkt wyjścia, eurocentryczna narracja, europejskie wnioski, a reszta świata — Afryka, Azja, Oceania, obie Ameryki — zepchnięta do przypisów i rozdziałów „uzupełniających,” traktowanych jak egzotyczny dodatek do głównego dania. Obawiałem się, że ta książka będzie kolejną odmianą tego schematu.

Myliłem się. I rzadko mylenie się sprawiało mi taką przyjemność.

Rodzina. Dzieje instytucji, która ukształtowała ludzkość jest dziełem, które łamie reguły gatunku — i czyni to w sposób tak konsekwentny, tak intelektualnie uczciwy i tak literacko porywający, że czytelnik zapomina, iż czyta pracę naukową. Zapomina — ale nie dlatego, że autor upraszcza. Zapomina, bo autor potrafi coś, co jest rzadkie w świecie akademickim: łączyć erudycję z narracją, precyzję z pasją, globalny rozmach z wrażliwością na detal. Gdy czytamy o nuerskim „małżeństwie z duchem,” mamy wrażenie, że stoimy na brzegu Nilu. Gdy czytamy o debacie Augustyna z Hieronimem o wartości małżeństwa, słyszymy ich głosy — ironiczne, namiętne, niezgodne. Gdy czytamy o filipińskiej matce, która opiekuje się cudzym dzieckiem w Rzymie, tęskniąc za własnymi dziećmi na drugim końcu świata, czujemy ścisk w gardle. To nie jest suchy podręcznik — to opowieść, w której nauka i ludzkie doświadczenie splatają się w jedno.

Zakres tematyczny książki jest imponujący — i to słowo jest niedostateczne. Autor prowadzi nas od paleolitycznych pochówków w Sungirze i Dolní Věstonicach, przez kodeksy Hammurabiego i Manu, przez ateński oikos i rzymską familia, przez konfucjańskie genealogie i islamski mahr, przez średniowieczne debaty o konsensie małżeńskim i reformacyjne kazania Lutra, przez niewolnicze plantacje i wiktoriańskie salony, przez bolszewickie utopie i nazistowskie programy eugeniczne, przez pigułkę antykoncepcyjną i rewolucję seksualną, przez epidemię AIDS i ruch na rzecz małżeństw jednopłciowych, aż po CRISPR, sztuczne macice i algorytmy randkowe. Osiemnaście rozdziałów, tysiące lat, wszystkie kontynenty — a mimo to książka nie sprawia wrażenia encyklopedii. Sprawia wrażenie powieści — powieści, której bohaterem jest ludzkość.

Szczególnie wartościowe jest to, czego większość autorów piszących o rodzinie nie robi: konsekwentne, systematyczne uwzględnienie perspektyw pozaeuropejskich. Rozdział o rodzinach Afryki, obu Ameryk i Oceanii — z nuerskim małżeństwem duchowym, z irokeskiimi Radami Matek, z polinezyjską adopcją otwartą, z australijskimi systemami sekcji — jest nie tyle „uzupełnieniem” europejskiej narracji, co jej fundamentalnym zakwestionowaniem. Po lekturze tego rozdziału trudno mówić o „naturalnej rodzinie” bez cudzysłowu — bo okazuje się, że to, co uważaliśmy za naturalne, jest jednym z wielu możliwych wariantów, ukształtowanym przez specyficzne warunki ekologiczne, ekonomiczne i kulturowe. Matrylinearność Nairów z Kerali, poliandria Tybetańczyków, matrylinearny islam Minangkabau — każdy z tych przykładów jest młotem uderzającym w mur naszych cichych założeń o tym, jak rodzina „musi” wyglądać.

Równie cenne jest potraktowanie religii nie jako monolitycznych bloków — „chrześcijaństwo mówi tak, islam mówi tak, hinduizm mówi tak” — lecz jako żywych tradycji pełnych wewnętrznych napięć, debat, sprzeczności. Autor pokazuje, że w chrześcijaństwie stosunek do rodziny był ambiwalentny od samego początku — od Jezusowego „Któż jest moją matką?” po Lutrowe „Weź żonę!” — i że ta ambiwalencja nie jest słabością tradycji, lecz źródłem jej dynamizmu. Pokazuje, że islam — wbrew stereotypom — nie jest monolitem, lecz mozaiką: od patriarchalnego endogamicznego modelu arabskiego po matrylinearny model Minangkabau, od irańskiej legalizacji dawstwa gamet po saudyjski zakaz prowadzenia samochodu przez kobiety. Pokazuje, że hinduizm zawiera zarówno ideał pativratā — bezgranicznie oddanej żony — jak i matrylinearny system Nairów, w którym ojciec biologiczny jest w zasadzie zbędny. Ta złożoność — ta odmowa upraszczania — jest jedną z największych zalet książki.

Muszę wspomnieć o jeszcze jednym aspekcie, który wyróżnia tę pracę: o odwadze stawiania pytań, na które nie ma prostych odpowiedzi. Autor nie udaje, że wie, jaka jest „właściwa” forma rodziny. Nie propaguje powrotu do tradycji ani jej odrzucenia. Nie idealizuje Skandynawii ani nie demonizuje Arabii Saudyjskiej. Zamiast tego robi coś trudniejszego i cenniejszego: prezentuje fakty, analizuje argumenty, pokazuje konsekwencje — i zostawia Czytelnikowi przestrzeń do samodzielnego myślenia. To postawa, która wymaga nie tylko wiedzy, ale także pokory — pokory wobec złożoności świata, wobec wielości ludzkich doświadczeń, wobec granic naszej zdolności do rozumienia.

Czy książka jest wolna od słabości? Żadna książka o tak ogromnym zakresie nie może być doskonała — i uczciwy recenzent powinien to przyznać. Niektóre rozdziały — zwłaszcza te poświęcone Azji Południowo-Wschodniej i Oceanii — mogłyby być rozbudowane. Wątek rodziny w tradycji prawosławnej zasługiwałby na więcej uwagi. Perspektywa osób z niepełnosprawnościami w kontekście rodziny jest ledwie zarysowana. Ale to są zastrzeżenia marginalne wobec dzieła, które w swoim zamyśle, wykonaniu i ambicji intelektualnej nie ma — o ile wiem — odpowiednika w literaturze polskojęzycznej, a i w światowej należy do rzadkości.

Kończę tę przedmowę odwołaniem do zdania, które autor umieszcza na ostatnich stronach książki: „Rodzina jest jak język — nikt jej nie wynalazł, nikt jej nie kontroluje, wszyscy ją tworzą, i bez niej nikt nie potrafi żyć.” To piękna metafora — i metafora prawdziwa. Ale jest w niej coś więcej niż piękno: jest mądrość. Mądrość, która płynie z lat studiów, z setek przeczytanych książek, z tysięcy przemyślanych stron — ale przede wszystkim z czegoś, czego nie da się zdobyć na uniwersytecie: z szacunku dla ludzi i ich nieskończonej zdolności do tworzenia więzi w warunkach, które zdawałyby się to uniemożliwiać.

Ta książka jest darem — darem dla Czytelnika, który chce zrozumieć jedną z najstarszych, najbardziej złożonych i najbardziej ludzkich instytucji naszej cywilizacji. Jest darem dla studenta, który szuka syntezy łączącej antropologię z historią, prawo z teologią, demografię z literaturą. Jest darem dla każdego, kto kiedykolwiek zadał sobie pytanie: dlaczego żyjemy tak, jak żyjemy? I czy moglibyśmy żyć inaczej?

Polecam ją bez zastrzeżeń. I zazdroszczę tym, którzy otworzą ją po raz pierwszy — bo czeka ich podróż, z której wrócą z innym rozumieniem świata. I siebie samych.

FUNDAMENTY — POCZĄTKI I STAROŻYTNOŚĆ

Rozdział 1: Czym jest rodzina? Wprowadzenie do problematyki

Pozorna oczywistość

Każdy wie, czym jest rodzina. A przynajmniej tak mu się wydaje.

Zapytajcie o to kobietę na targu w Oaxaca w Meksyku, a opowie wam o trzypokoleniowym domu, w którym babcia, matka, ciotki i kuzynki wspólnie wychowują gromadkę dzieci, podczas gdy mężczyźni przychodzą i odchodzą — czasem na lata, czasem na zawsze. Zapytajcie japońskiego urzędnika z Tokio, a usłyszycie o rejestrze rodzinnym koseki, w którym każdy obywatel jest wpisany do jednego „domu” — abstrakcyjnej jednostki prawnej, która może trwać przez pokolenia, nawet jeśli jej członkowie żyją na różnych kontynentach. Zapytajcie pastora z megakościoła w Lagos, a powie wam, że prawdziwa rodzina to mąż, żona i dzieci pobłogosławione przez Boga — a poligamia dziadków to relikt, z którym trzeba zerwać. Zapytajcie wreszcie dwudziestoośmioletniego programistę z Berlina, który mieszka sam, ale codziennie rozmawia z matką przez FaceTime, cotygodniowo gra online z bratem w Australii i co roku spędza Boże Narodzenie z byłą partnerką i ich wspólnym psem — a być może usłyszycie wahanie: „Rodzina? Chyba tak. W pewnym sensie.”

Właśnie w tym wahaniu mieści się cały problem.

Rodzina jest jednym z tych pojęć, które wydają się tak oczywiste, że nie wymagają definicji — dopóki nie spróbujemy jej podać. Wówczas okazuje się, że to, co uważaliśmy za naturalny, niezmienny fundament ludzkiego życia, jest w rzeczywistości jednym z najbardziej zmiennych, wieloznacznych i spornych pojęć w całej historii myśli społecznej. „Rodzina jest jak religia” — napisała kiedyś amerykańska historyczka Stephanie Coontz — „wszyscy wiedzą, o czym mówią, dopóki nie muszą tego wyjaśnić komuś z innej kultury.” Ta celna obserwacja, zawarta w jej fundamentalnej pracy Marriage, a History: From Obedience to Intimacy, or How Love Conquered Marriage z 2005 roku, oddaje istotę trudności, z jaką mierzy się każdy badacz podejmujący próbę systematycznego ujęcia fenomenu rodziny.

George Peter Murdock, amerykański antropolog z Yale, podjął w 1949 roku być może najambitniejszą próbę zdefiniowania rodziny w sposób uniwersalny. W swojej wpływowej pracy Social Structure przeanalizował dane etnograficzne z 250 społeczności z całego świata i doszedł do wniosku, że rodzina nuklearna — składająca się z małżonków i ich dzieci — jest „uniwersalną formą grupowania ludzi”, obecną we wszystkich znanych społecznościach. „Rodzina nuklearna” — pisał Murdock — „jest grupą społeczną charakteryzowaną przez wspólne zamieszkiwanie, współpracę ekonomiczną i reprodukcję. Obejmuje dorosłych obojga płci, z których przynajmniej dwoje utrzymuje uznawany społecznie stosunek seksualny, oraz jedno lub więcej dzieci, własnych lub adoptowanych.” Ta definicja miała wiele zalet: była zwięzła, operacjonalna, pozornie obejmowała wszystkie kultury. Przez dziesięciolecia funkcjonowała jako punkt wyjścia dla socjologów, demografów i twórców polityki publicznej na całym świecie.

Problem polegał na tym, że nie obejmowała wcale wszystkich kultur. A właściwie pomijała znaczną ich część.

Brytyjski antropolog Edmund Leach, pisząc w 1955 roku o ludach Cejlonu, zauważył z charakterystycznym dla siebie sarkazmem, że Murdockowska definicja rodziny nuklearnej „przypomina mapę, na której wszystkie góry są płaskie, a wszystkie rzeki proste — jest elegancka, ale mija się z terenem.” Leach wskazywał, że wśród Nayarów z Kerali w południowych Indiach kobieta mogła utrzymywać stosunki seksualne z kilkoma mężczyznami (sambandham), żaden z nich nie mieszkał z nią na stałe, dzieci wychowywał brat matki, a „ojciec” w zachodnim sensie tego słowa po prostu nie istniał jako kategoria społeczna. Gdzie tu rodzina nuklearna Murdocka? Gough, która przeprowadziła szczegółowe badania nad Nayarami, opublikowane ostatecznie w 1959 roku jako Nayar: Central Kerala w zbiorze redagowanym przez Davida Schneidera i Kathleen Gough, wykazała, że instytucja nayarskiego taravad — matrylinearnego domostwa zarządzanego przez najstarszego brata — nie mieści się w żadnej zachodnioeuropejskiej kategorii „rodziny.” Nie jest to ani rodzina nuklearna, ani rozszerzona w tradycyjnym sensie. Jest czymś innym — czymś, co wymaga własnej kategorii pojęciowej.

Ten przykład nie jest odosobniony. Na wyspach Trobrianda w Melanezji, które badał Bronisław Malinowski w drugiej dekadzie XX wieku, ojciec biologiczny dziecka (tama) pełnił rolę czułego opiekuna i towarzysza zabaw, ale nie miał nad dzieckiem żadnej władzy prawnej ani ekonomicznej. Tę sprawował brat matki (kada), który był „ojcem społecznym” w sensie autorytatywnym i majątkowym. Malinowski opisał to szczegółowo w The Sexual Life of Savages in North-Western Melanesia z 1929 roku, wywołując zresztą skandal w ówczesnej Anglii samym tytułem. Kto był „rodziną” trobriandziego dziecka? Biologiczny ojciec, który je kochał, ale nie miał nad nim władzy? Brat matki, który decydował o jego przyszłości? Klan matrylinearny, do którego dziecko należało? Odpowiedź zależy od tego, jakiej definicji rodziny użyjemy — i właśnie dlatego żadna pojedyncza definicja nie jest wystarczająca.


Definicje i typologie: mapa spornego terytorium

Skoro nie istnieje jedna definicja rodziny, przyjrzyjmy się tym najważniejszym — nie po to, by wybrać „najlepszą”, ale by zrozumieć, co każda z nich oświetla i co pozostawia w cieniu.

Definicja biologiczna ujmuje rodzinę jako wspólnotę reprodukcyjną i genetyczną. W tym ujęciu rodziną są ci, którzy dzielą geny: rodzice i ich biologiczne potomstwo, rodzeństwo, dziadkowie. Definicja ta ma swoje korzenie w biologii ewolucyjnej, a szczególnie w teorii doboru krewniaczego (kin selection) Williama D. Hamiltona z 1964 roku, która wyjaśnia altruizm wobec krewnych stopniem pokrewieństwa genetycznego. „Poświęciłbym życie za dwóch braci lub ośmiu kuzynów” — żartował genetyk J.B.S. Haldane, intuicyjnie formułując zasadę Hamiltona na długo przed jej matematycznym sformalizowaniem. Definicja biologiczna jest użyteczna w badaniach nad ewolucją kooperacji, ale zupełnie nie radzi sobie z adopcją — praktykowaną we wszystkich znanych kulturach — ani z rodziną zastępczą, macochą, ojczymem, ani ze współczesnym dawstwem gamet, w którym biologiczny ojciec może być anonimowym mężczyzną w klinice na drugim końcu świata. Jest to ujęcie, które redukuje ludzką rodzinę do wymiaru wspólnego z innymi gatunkami i pomija to, co w ludzkiej rodzinie jest specyficznie ludzkie: kulturę, prawo, emocje, wybór.

Definicja socjologiczna kładzie nacisk na funkcje, jakie rodzina pełni w społeczeństwie. Klasyczną wersję tego podejścia sformułował Talcott Parsons, wpływowy amerykański socjolog, który w serii prac z lat czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku — zwłaszcza w napisanej wspólnie z Robertem Balesem książce Family, Socialization and Interaction Process z 1955 roku — argumentował, że rodzina nuklearna jest optymalną formą organizacji rodzinnej dla społeczeństwa industrialnego, ponieważ pełni dwie kluczowe funkcje: socjalizację pierwotną dzieci (wprowadzanie ich w normy i wartości społeczne) oraz stabilizację osobowości dorosłych (zapewnianie emocjonalnego wsparcia w złożonym, bezosobowym świecie nowoczesności). Parsons widział rodzinę jako miniaturowy system społeczny z wyraźnym podziałem ról: mężczyzna pełni rolę „instrumentalną” (zarabia, łączy rodzinę ze światem zewnętrznym), kobieta — „ekspresyjną” (opiekuje się, buduje więzi emocjonalne). Ten model, który Parsons prezentował jako naukowy opis rzeczywistości, był w istocie idealizacją białej, protestanckiej rodziny amerykańskiej klasy średniej z lat pięćdziesiątych — co z miażdżącą precyzją wykazała Betty Friedan w The Feminine Mystique z 1963 roku. Friedan opisała „problem bez nazwy” — poczucie pustki i frustracji wśród wykształconych amerykańskich kobiet zamkniętych w roli gospodyń domowych na podmiejskich osiedlach. „Czy to jest wszystko?” — pytały siebie te kobiety, a Friedan pytała razem z nimi, obalając mit o uniwersalnej szczęśliwości Parsonsowskiego modelu.

Definicja prawna koncentruje się na formalnym statusie relacji: małżeństwo, pokrewieństwo, powinowactwo, adopcja, uznanie ojcostwa, władza rodzicielska, obowiązki alimentacyjne, prawo do dziedziczenia. Jest to definicja z natury rzeczy zmienna w czasie i przestrzeni — to, kogo prawo uznaje za „rodzinę”, jest wynikiem politycznych decyzji, a nie biologicznych czy socjologicznych prawidłowości. W starożytnym Rzymie familia obejmowała nie tylko żonę i dzieci paterfamilias, ale także niewolników, wyzwoleńców i klientów — była to raczej jednostka władzy niż miłości. W kodeksie cywilnym Napoleona z 1804 roku żona była prawnie podporządkowana mężowi i nie mogła bez jego zgody zawierać umów ani podejmować pracy — definicja „rodziny” kodyfikowała tu relację dominacji. Gdy 1 kwietnia 2001 roku Holandia jako pierwszy kraj na świecie otworzyła instytucję małżeństwa dla par jednopłciowych, zmieniła prawną definicję rodziny — nie dlatego, że zmieniła się biologia czy socjologia, ale dlatego, że zmienił się konsensus polityczny co do tego, kto zasługuje na uznanie.

Definicja antropologiczna — a właściwie definicje, bo w antropologii jednomyślność jest towarem deficytowym — skupia się na pokrewieństwie jako systemie kulturowym. Przełomową pracą był tu Les Structures élémentaires de la parenté Claude’a Lévi-Straussa z 1949 roku. Lévi-Strauss argumentował, że rodziną nie jest po prostu grupa ludzi spokrewnionych biologicznie, lecz wytwór fundamentalnego aktu kulturowego: zakazu kazirodztwa. To zakaz kazirodztwa — obecny, w różnych formach, we wszystkich znanych społecznościach — zmusza ludzi do szukania partnerów seksualnych poza własną grupą, a tym samym tworzy sieć wymiany między grupami: wymianę kobiet, darów, słów. Rodzina, w ujęciu Lévi-Straussa, nie jest biologiczną daną, lecz kulturowym wynalazkiem — pierwszym i najważniejszym. „Zakaz kazirodztwa” — pisał — „stanowi fundamentalny krok, dzięki któremu, przez który, a przede wszystkim w którym dokonuje się przejście od natury do kultury.” Niezależnie od tego, czy zgadzamy się z tą wielką narracją (a wielu antropologów późniejszych generacji się z nią nie zgadzało, zarzucając Lévi-Straussowi androcentryzm — bo to kobiety są „wymieniane” jak towary — oraz ignorowanie sprawczości kobiet), trudno zaprzeczyć, że uchwycił on coś istotnego: rodzina nie jest naturalnym „stanem rzeczy”, lecz instytucją, którą ludzie tworzą, negocjują i zmieniają.

Definicja psychologiczna stawia w centrum więź emocjonalną, a zwłaszcza relację przywiązania (attachment) między dzieckiem a opiekunem. Teoria przywiązania, sformułowana przez Johna Bowlby’ego w trylogii Attachment and Loss (1969–1980) i rozwinięta empirycznie przez Mary Ainsworth, wykazała, że jakość wczesnej relacji dziecka z opiekunem (niekoniecznie biologiczną matką — Bowlby mówił o „głównej figurze przywiązania”) ma fundamentalny wpływ na rozwój emocjonalny, społeczny i poznawczy. W tym ujęciu „rodziną” jest ten, kto zapewnia dziecku bezpieczną bazę — poczucie, że jest kochane, że ktoś na niego czeka, że świat jest przewidywalny. Może to być matka, ojciec, babcia, starsze rodzeństwo, rodzic adopcyjny czy wychowawca w domu dziecka. Definicja psychologiczna jest demokratyczna i inkluzywna — ale jednocześnie tak szeroka, że traci specyficzność: jeśli rodziną jest każdy, kto zapewnia bezpieczne przywiązanie, to rodziną może być najlepszy przyjaciel, mentor, a nawet terapeuta.

Każda z tych definicji — biologiczna, socjologiczna, prawna, antropologiczna, psychologiczna — oświetla inny aspekt rodziny i pozostawia inne w cieniu. Żadna nie jest „prawdziwa” sama w sobie. Razem tworzą mozaikę, która oddaje złożoność fenomenu. A obok tych definicji istnieje jeszcze bogata typologia form rodzinnych, którą warto choćby naszkicować: rodzina nuklearna (dwoje rodziców i ich dzieci), rozszerzona (obejmująca trzy lub więcej pokoleń lub krewnych bocznych), wielopokoleniowa, matrifokalna (skupiona wokół matki, bez stałej obecności ojca — powszechna na Karaibach, w wielu społecznościach afroamerykańskich i w biedniejszych warstwach wielu społeczeństw), patrifokalna, poligamiczna (jeden mąż, wiele żon — poligynia, dominująca forma poligamii), poliandyczna (jedna żona, wielu mężów — rzadka, ale dobrze udokumentowana np. w Tybecie i wśród ludu Toda w Indiach), rekonstruowana (z dziećmi z poprzednich związków), jednorodzicielska, bezdzietna z wyboru, a wreszcie — kategoria, która jeszcze pokolenie temu nie miałaby nazwy — rodzina jednopłciowa.

Ta typologia nie jest bynajmniej wyczerpująca. Jest jedynie mapą — i jak każda mapa, jest uproszczeniem terytorium. Ale bez niej poruszanie się po tym terytorium byłoby niemożliwe.


Dyscypliny badające rodzinę: wielogłos nauki

Rodzina jest przedmiotem badań tak wielu dyscyplin naukowych, że sama ich enumeracja ilustruje złożoność fenomenu. Antropologia społeczna i kulturowa — od Lewisa Henry’ego Morgana, który w 1871 roku opublikował Systems of Consanguinity and Affinity of the Human Family, pionierskie studium porównawcze systemów pokrewieństwa, przez Bronisława Malinowskiego i Alfreda Radcliffe-Browna, po Meyera Fortesa, którego badania nad Tallensami w Ghanie, opublikowane w The Web of Kinship among the Tallensi w 1949 roku, stały się wzorcowym przykładem analizy systemu pokrewieństwa w społeczności afrykańskiej — jest dyscypliną, która przez ponad sto lat prowadziła badania nad rodziną w społecznościach pozaeuropejskich, gromadząc nieoceniony materiał porównawczy.

Socjologia rodziny, której korzenie sięgają Émile’a Durkheima i jego refleksji nad przemianami solidarności społecznej, a która w XX wieku wydała takie dzieła jak World Revolution and Family Patterns Williama J. Goode’a z 1963 roku — ambitną syntezę przemian rodzinnych w skali globalnej — czy The Transformation of Intimacy Anthony’ego Giddensa z 1992 roku — analizę „czystej relacji” jako nowego ideału intymności w późnej nowoczesności — dostarcza narzędzi do badania rodziny w kontekście struktury społecznej, stratyfikacji i zmiany.

Historia rodziny, która jako odrębna subdyscyplina uformowała się dopiero w drugiej połowie XX wieku, zawdzięcza swój rozkwit przede wszystkim trzem postaciom. Philippe Ariès, francuski historyk, opublikował w 1960 roku L’Enfant et la vie familiale sous l’Ancien Régime — prowokacyjną tezę, że „dzieciństwo” jako odrębna kategoria społeczna i emocjonalna zostało „odkryte” dopiero w XVII i XVIII wieku, a wcześniej dzieci traktowano jako „małych dorosłych.” Teza ta wywołała burzę kontrowersji i została częściowo zakwestionowana — Linda Pollock w Forgotten Children z 1983 roku wykazała na podstawie dzienników i listów, że rodzice w epokach wcześniejszych bynajmniej nie byli emocjonalnie obojętni wobec swoich dzieci — ale samo postawienie pytania o historyczność dzieciństwa było rewolucyjne. Peter Laslett, angielski historyk i demograf z Cambridge, w The World We Have Lost z 1965 roku i przede wszystkim w monumentalnym zbiorze Household and Family in Past Time z 1972 roku, obalił mit o tym, że „kiedyś” ludzie żyli w wielkich, wielopokoleniowych rodzinach rozszerzonych: dane z angielskich rejestrów parafialnych od XVI wieku wskazywały jednoznacznie na dominację rodziny nuklearnej. Wreszcie Jack Goody, antropolog z Cambridge, którego The Development of the Family and Marriage in Europe z 1983 roku jest bodaj najważniejszą pojedynczą książką o historii europejskiej rodziny — postawił fundamentalne pytanie o to, dlaczego europejski model rodziny tak radykalnie różni się od modeli afrykańskich czy azjatyckich, i zaproponował prowokacyjną odpowiedź, wiążącą specyfikę europejskiej rodziny z polityką Kościoła katolickiego.

Do tych tradycyjnych dyscyplin dochodzą inne, coraz ważniejsze głosy. Psychologia rozwojowa i kliniczna, z teorią przywiązania Bowlby’ego na czele, ale także z badaniami nad wpływem rozwodu, przemocy domowej, ubóstwa i stylów wychowawczych na rozwój dziecka. Prawo rodzinne porównawcze, które bada, jak różne systemy prawne definiują i regulują relacje rodzinne — od rzymskiego patria potestas po współczesne ustawodawstwo dotyczące związków partnerskich. Demografia historyczna, która na podstawie rejestrów parafialnych, spisów ludności i akt stanu cywilnego rekonstruuje wzorce zawierania małżeństw, dzietność, śmiertelność, strukturę gospodarstw domowych — dostarczając twardych danych tam, gdzie narracje ideologiczne oferują jedynie mity. I wreszcie biologia ewolucyjna oraz ekologia behawioralna, które pytają o ewolucyjne źródła ludzkich strategii reprodukcyjnych — monogamii, poligamii, opieki biparentalnej, inwestycji rodzicielskiej — a odpowiedzi szukają w porównaniach międzygatunkowych, modelach matematycznych i danych z genetyki populacyjnej.

Ten wielogłos dyscyplin jest bogactwem, ale i wyzwaniem. Każda dyscyplina ma swój język, swoje metody, swoje założenia — i swoje ślepe plamki. Antropolog może nie doceniać roli prawa, prawnik może ignorować kontekst kulturowy, psycholog może nie widzieć struktury społecznej, biolog — historycznej zmienności. Pisanie o rodzinie wymaga ciągłego przechodzenia między perspektywami, a przynajmniej świadomości, że każda z nich jest tylko jedną soczewką, przez którą patrzymy na ten sam, niezmiernie złożony fenomen.


Źródła i metodologia: jak badamy to, co minęło?

Badanie rodziny w epokach przedpiśmiennych — czyli przez ponad 95% historii naszego gatunku — przypomina układanie puzzli, z których większość elementów zaginęła. Dysponujemy trzema rodzajami poszlak, z których żaden sam w sobie nie wystarcza, ale razem mogą dać obraz, choćby niepełny.

Pierwszym jest archeologia. Pochówki — ich lokalizacja, układ ciał, dary grobowe — mogą świadczyć o relacjach pokrewieństwa, statusie społecznym, a nawet o emocjach. Słynny podwójny pochówek z Sungiru w Rosji, datowany na około 34 000 lat temu, zawierał ciała dwojga dzieci — chłopca i dziewczynki — złożonych głowa przy głowie i bogato wyposażonych w koraliki z kości mamuta. Czy byli rodzeństwem? Kuzynami? Ofiarami rytualnymi? Analiza DNA kopalnego, przeprowadzona przez zespół Svante Pääbo w 2017 roku, nie wykazała bliskiego pokrewieństwa między nimi — co rodzi więcej pytań, niż daje odpowiedzi. Struktura osad — rozmiar i układ budynków, podział przestrzeni na strefy publiczne i prywatne — również może wiele powiedzieć o organizacji życia rodzinnego. Ale między wykopaliskiem a interpretacją leży przepaść, którą archeolodzy wypełniają hipotezami — a hipotezy bywają równie zmienne jak moda.

Drugim źródłem jest genetyka. Analiza DNA kopalnego pozwala dziś na ustalenie pokrewieństwa biologicznego między osobnikami pochowanymi razem, a nawet na rekonstrukcję wzorców patrylokalności lub matrylokalności. Badania zespołu Adama Siepela nad neandertaczanami z jaskini El Sidrón w Hiszpanii wykazały, że grupa ta składała się z bliskich krewnych po linii ojcowskiej, a kobiety przychodziły spoza grupy — co sugerowało patrylinearność i patrilokalność. To fascynujące dane, ale ich interpretacja wymaga ostrożności: jedna jaskinia, kilkanaście osobników, jeden punkt w czasie — to za mało, by wyciągać wnioski o „rodzinie neandertalskiej” jako takiej.

Trzecim źródłem jest analogia etnograficzna — obserwacja współczesnych lub niedawno opisanych społeczności zbieracko-łowieckich jako przybliżonego modelu życia w paleolicie. Badania Richarda Lee nad! Kung San z Kalahari, opublikowane w The! Kung San: Men, Women, and Work in a Foraging Society w 1979 roku, czy Kristen Hawkes nad ludem Hadza w Tanzanii dostarczyły bezcennych danych o strukturze rodzinnej, podziale pracy i relacjach między pokoleniami w społecznościach żyjących z łowiectwa i zbieractwa. Ale współczesni San czy Hadza nie są „żywymi skamieniałami” — żyją w XXI wieku, mają kontakt z państwem, rynkiem i technologią, ich kultury przeszły tysiące lat zmian, a warunki ekologiczne, w jakich żyją, różnią się od tych, w jakich żyli ludzie paleolitu. Ekstrapolacja wymaga najwyższej ostrożności — co nie znaczy, że jest bezwartościowa, lecz że jest poszlaką, nie dowodem.

Dla epok historycznych sytuacja jest lepsza, choć daleka od idealnej. Kodeksy prawne — od Kodeksu Ur-Nammu z około 2100 roku p.n.e. po Kodeks Napoleona — mówią nam, co było normą, ale nie zawsze mówią, co było praktyką. Dokumenty kościelne — rejestry chrztów, ślubów i zgonów, akta sądów konsystorskich — są kopalnią danych dla historycznych demografów, ale obejmują głównie chrześcijańską Europę i nie sięgają dalej niż XVI wiek w formie systematycznej. Spisy ludności — od florenckiego Catasto z 1427 roku, najwcześniejszego europejskiego źródła tego typu, po współczesne censusy — pozwalają na rekonstrukcję struktury gospodarstw domowych, ale ich kategorie są narzucone przez spisujących, nie przez spisywanych. Wreszcie źródła ikonograficzne i materialne — obrazy, rzeźby, artefakty domowe, architektura mieszkalna — mówią o ideałach i aspiracjach, ale niekoniecznie o codziennej rzeczywistości.

Szczególne znaczenie dla badań porównawczych mają Human Relations Area Files (HRAF) — gigantyczna baza danych etnograficznych, założona przez George’a Murdocka na Yale w 1949 roku i stale rozbudowywana, zawierająca usystematyzowane informacje o setkach kultur z całego świata. HRAF umożliwiają porównania międzykulturowe na wielką skalę — na przykład pytanie, w ilu ze znanych społeczności praktykowana jest poligamia (odpowiedź: w większości — ale to pytanie samo w sobie wymaga kontekstu, o czym będzie mowa w dalszych rozdziałach). Narzędzie to ma jednak ograniczenia, na które zwracał uwagę sam Edmund Leach: kodowanie złożonych systemów kulturowych w kategorie porównawcze nieuchronnie prowadzi do uproszczeń, a porównywanie „rodziny” u Inuitów z „rodziną” u Tallensi może być równie mylące, jak porównywanie igloo z chatą z gałęzi — niby jedno i drugie jest „domem”, ale co to właściwie znaczy?


Plan książki i jej założenia

Niniejsza książka jest próbą opowiedzenia historii rodziny — od najwcześniejszych śladów życia rodzinnego w paleolicie po debaty toczące się w parlamentach, kościołach, sądach i mediach społecznościowych w XXI wieku. Jest to historia globalna — obejmująca nie tylko Europę i Amerykę Północną, które tradycyjnie dominują w tego typu narracjach, ale także Azję, Afrykę, Oceanię i obie Ameryki. Jest to historia porównawcza — szukająca zarówno tego, co wspólne (czy istnieją uniwersalia rodzinne?), jak i tego, co odmienne (jak radykalnie różne mogą być formy rodziny w różnych kulturach?). I jest to historia świadoma swoich ograniczeń — tego, że każda opowieść o „rodzinie” jest opowiedziana z jakiejś perspektywy, a żadna perspektywa nie jest neutralna.

Przyjmuję trzy podstawowe założenia. Po pierwsze, rodzina nie jest instytucją statyczną — zmienia się w czasie, w przestrzeni, w zależności od warunków ekonomicznych, politycznych, religijnych, technologicznych. Nie istnieje „odwieczna” forma rodziny, do której można by się odwołać jako do wzorca — a ci, którzy to robią, najczęściej idealizują jedną konkretną formę historyczną i podnoszą ją do rangi normy ponadczasowej. Po drugie, nie istnieje prosta, unilinearniowa ewolucja „od” jednej formy rodziny „do” innej — od promiskuityzmu do monogamii, od patriarchatu do równości, od rodziny rozszerzonej do nuklearnej. Historia rodziny jest pełna zwrotów, regresji, paralelizmów i ślepych zaułków. Wreszcie po trzecie, napięcie między uniwersalizmem a partykularyzmem kulturowym jest nieusuwalne i produktywne: powinniśmy szukać tego, co wspólne, nie po to, by narzucić jeden model jako „naturalny”, lecz po to, by zrozumieć, jakie potrzeby — opieki, przynależności, reprodukcji, transmisji kulturowej — ludzie na całym świecie zaspokajali i zaspokajają przez tworzenie tej instytucji, którą nazywamy rodziną.

Göran Therborn, szwedzki socjolog i autor monumentalnej pracy Between Sex and Power: Family in the World, 1900–2000 z 2004 roku — jednej z niewielu naprawdę globalnych syntez historii rodziny — napisał we wstępie: „Rodzina jest jak woda: przybiera kształt naczynia, w którym się znajduje, ale zawsze pozostaje wodą.” Metafora ta jest piękna, choć niedoskonała — bo w przeciwieństwie do wody, rodzina nie jest substancją naturalną, lecz tworem kulturowym, i „naczynie”, które ją kształtuje, jest równie ważne jak to, co się w nim znajduje. Ale oddaje coś istotnego: mimo wszystkich różnic, mimo tysięcy form, jakie rodzina przybierała w historii, jest w niej coś trwałego — jakaś ludzka potrzeba, która każe nam tworzyć więzi, opiekować się sobą nawzajem, wychowywać dzieci, pamiętać o zmarłych i planować przyszłość nie tylko dla siebie, ale dla tych, którzy przyjdą po nas.

Ta książka jest próbą zrozumienia tej potrzeby — w jej przeogromnej różnorodności historycznych i kulturowych form. To opowieść o tym, jak ludzie, we wszystkich epokach i na wszystkich kontynentach, odpowiadali na fundamentalne pytania: z kim żyć, kogo kochać, jak wychować dzieci, komu zostawić to, co po nas zostanie. Odpowiedzi, jakie dawali, były zawsze inne. Pytania — zawsze te same.

Zapraszam w tę podróż.


Do dalszej lektury:

Czytelników zainteresowanych problematyką definicji rodziny odsyłam przede wszystkim do dwóch klasycznych, choć starszych, pozycji: George’a P. Murdocka Social Structure (New York 1949), która pozostaje punktem wyjścia każdej dyskusji o uniwersalności rodziny nuklearnej, oraz Claude’a Lévi-Straussa Les Structures élémentaires de la parenté (Paris 1949; ang. The Elementary Structures of Kinship, Boston 1969), fundamentalnego dzieła o pokrewieństwie jako systemie wymiany. Krytyczną perspektywę wobec obu oferuje Edmund Leach, zwłaszcza w eseju Polyandry, Inheritance and the Definition of Marriage (Man 55, 1955). Dla syntetycznego przeglądu historii badań nad rodziną polecam Martine Segalen, Sociologie de la famille (Paris 1981, wyd. 9: 2010), a dla perspektywy prawnohistorycznej — Johna Wittego Jr., From Sacrament to Contract: Marriage, Religion, and Law in the Western Tradition (Louisville 1997, wyd. 2: 2012). Najlepszą globalną syntezę przemian rodzinnych w XX wieku stanowi Göran Therborn, Between Sex and Power: Family in the World, 1900–2000 (London 2004). Wreszcie, Stephanie Coontz, Marriage, a History: From Obedience to Intimacy, or How Love Conquered Marriage (New York 2005) jest znakomitą, przystępnie napisaną historią małżeństwa, koncentrującą się głównie na Zachodzie, ale z cennymi ekskursami porównawczymi. Z nowszych polskich opracowań warto sięgnąć po Tomasza Szlendaka Socjologię rodziny (Warszawa 2010), która dobrze wprowadza w polskojęzyczną literaturę przedmiotu.

Rozdział 2: Przed historią — rodzina w paleolicie i neolicie

Lustro naczelnych

Zanim zaczniemy szukać rodziny w kościach i kamieniach, spójrzmy najpierw na naszych najbliższych żyjących krewnych. Nie dlatego, że szympansy czy goryle mogą nam powiedzieć, jak wyglądała rodzina naszych praprzodków — nie mogą, bo ich ewolucja trwała równie długo jak nasza. Ale dlatego, że porównanie systemów społecznych naczelnych pozwala nam zadać fundamentalne pytanie: czy istnieje coś takiego jak „naturalny” system rodzinny gatunku Homo sapiens? A jeśli tak — to jaki?

Odpowiedź jest rozczarowująca dla każdego, kto szuka prostych recept. Naczelne — rząd ssaków, do którego należymy — prezentują bowiem niemal pełne spektrum możliwych układów społecznych. Gibbony żyją w parach monogamicznych, broniących niewielkiego terytorium w koronach drzew — ojciec i matka wspólnie wychowują potomstwo, a dorastające młode wyganiane są z terytorium rodziców. Goryle żyją w haremach: jeden dorosły samiec — srebrnogrzbiety — kontroluje grupę kilku samic z młodymi, a pozostali samce albo czekają na swoją szansę na obrzeżach, albo tworzą kawalerskie bandy. Szympansy tworzą wielosamcze, wielosamicze wspólnoty, w których samice kopulują z wieloma samcami — ojcostwo jest niepewne, a relacje społeczne opierają się na skomplikowanych koalicjach między samcami powiązanymi patrilinearnie. Bonobo, nasi równie bliscy krewni jak szympansy, żyją w społecznościach zdominowanych przez silne sojusze między samicami, a seks — w tym homoseksualny — służy nie tylko reprodukcji, ale przede wszystkim rozwiązywaniu konfliktów i budowaniu więzi.

Co z tego wynika dla nas? Przede wszystkim to, że nie istnieje jeden „naturalny” model. „Jeśli szukacie w przyrodzie uzasadnienia dla monogamii, znajdziecie gibbona” — pisał Frans de Waal w Our Inner Ape z 2005 roku. „Jeśli szukacie uzasadnienia dla poligamii, znajdziecie goryla. Jeśli szukacie uzasadnienia dla seksu grupowego, znajdziecie bonobo. Przyroda oferuje argumenty dla każdego — i właśnie dlatego żaden z nich nie jest rozstrzygający.”

Bardziej produktywne od pytania „jaki system jest naturalny?” jest pytanie „jakie warunki sprzyjają któremu systemowi?” — a tu biologia ewolucyjna dostarcza pewnych wskazówek. Jedną z nich jest dymorfizm płciowy, czyli różnica wielkości ciała między samcami a samicami. U gatunków wyraźnie poligamicznych, gdzie samce rywalizują fizycznie o dostęp do samic, dymorfizm jest duży: samiec goryla waży dwukrotnie więcej niż samica. U gatunków monogamicznych dymorfizm jest minimalny: gibbony obojga płci są niemal identycznej wielkości. U Homo sapiens dymorfizm jest umiarkowany — mężczyźni są średnio o piętnaście do dwudziestu procent ciężsi od kobiet — co sugeruje, że nasz gatunek ewoluował w systemie pośrednim: nie ściśle monogamicznym i nie ściśle poligamicznym, lecz gdzieś na rozległym spektrum między tymi biegunami. Bernard Chapais, kanadyjski prymatolog, zaproponował w swojej ambitnej syntezie Primeval Kinship z 2008 roku termin „umiarkowana poligynia z tendencją do tworzenia par” — co brzmi mniej romantycznie niż „dożywotnia miłość”, ale lepiej oddaje stan naukowej wiedzy.

Kluczowym wkładem biologii ewolucyjnej w rozumienie ludzkiej rodziny jest jednak praca Sarah Blaffer Hrdy, primatologiczki z University of California w Davis, której książka Mothers and Others: The Evolutionary Origins of Mutual Understanding z 2009 roku zmieniła sposób, w jaki myślimy o ewolucji opieki rodzicielskiej. Hrdy argumentowała, że tym, co wyróżnia Homo sapiens spośród wszystkich małp człekokształtnych, nie jest monogamia ani poligamia, lecz cooperative breeding — kooperatywne wychowywanie potomstwa. U szympansów i goryli matka opiekuje się dzieckiem niemal wyłącznie sama. U ludzi — we wszystkich znanych kulturach — w opiekę nad dzieckiem zaangażowani są inni: ojciec, babcia, starsze rodzeństwo, ciotki, sąsiedzi, przyjaciele. „Potrzeba wioski, żeby wychować dziecko” — to nie sentymentalne przysłowie, lecz fakt ewolucyjny. Ludzkie niemowlę rodzi się tak bezradne i tak długo dojrzewa, że żadna matka nie jest w stanie sama — bez wsparcia — zapewnić mu przetrwania. Rodzina, w ujęciu Hrdy, nie jest produktem ubocznym biologii reprodukcyjnej, lecz adaptacją — sposobem, w jaki nasz gatunek rozwiązał problem wychowania wyjątkowo wymagającego potomstwa.


Kości, geny i kamienie: rodzina w paleolicie

Wyobraźmy sobie grupę ludzi żyjących trzydzieści tysięcy lat temu gdzieś na równinach środkowej Europy. Lodowiec sięga po Alpy i Karpaty, temperatura zimą spada do minus trzydziestu, a krajobraz to bezkresna tundrostep, po której wędrują stada mamutów, reniferów i koni. Czym jest „rodzina” w takim świecie?

Nie mamy bezpośredniej odpowiedzi — nikt nie zostawił nam pamiętnika. Ale mamy kości, narzędzia, ślady ognisk, pochówki — i od kilkunastu lat — DNA kopalne, które rewolucjonizuje nasze rozumienie przeszłości.

Zacznijmy od pochówków, bo to one — bardziej niż narzędzia czy ślady ognisk — mówią nam o relacjach między ludźmi. Pochówek to akt intencjonalny: ktoś poświęcił czas i energię, żeby umieścić ciało zmarłego w określonym miejscu, w określonej pozycji, z określonymi przedmiotami. To akt, który mówi nam o więzi — choć interpretacja tej więzi jest zawsze niepewna.

Jednym z najsłynniejszych pochówków paleolitycznych jest potrójny grób z Dolní Věstonice na Morawach, datowany na około 31 000 lat temu. Trzy młode osoby — dwie prawdopodobnie płci męskiej, jedna płci nieokreślonej lub żeńskiej — zostały złożone obok siebie, głowami skierowanymi w tym samym kierunku. Osobnik środkowy miał dłoń jednego z bocznych umieszczoną na swoim łonie. Nad grobem rozpalono ogień. Czym była ta trójka? Rodzeństwem? Przyjaciółmi? Parą i rywalem? Ofiarami? Kochankami? Naukowcy debatują od dziesięcioleci, a każda kolejna analiza — morfologiczna, izotopowa, genetyczna — rodzi nowe pytania. Erik Trinkaus, jeden z czołowych paleoantropologów, opisując ten pochówek w serii publikacji od lat osiemdziesiątych, zauważył, że środkowy osobnik miał liczne patologie szkieletowe, sugerujące poważne problemy zdrowotne — co z kolei wskazuje, że był otoczony opieką przez innych członków grupy. Ktoś go karmił, chronił, a po śmierci pochował z honorem. To jest ślad rodziny — nie w sensie prawnym czy nawet biologicznym, ale w sensie ludzkiej troski o drugiego człowieka.

Jeszcze bardziej spektakularny jest pochówek z Sungiru w Rosji, datowany na około 34 000 lat temu. Dwie osoby młode — chłopiec i dziewczynka w wieku około dwunastu i dziesięciu lat — zostały pochowane głowa przy głowie, ozdobione tysiącami koralików z kości mamuta, których wykonanie musiało zająć setki godzin pracy. Obok nich znaleziono długie włócznie z kości mamuta, wyprostowane za pomocą techniki, która do dziś wprawia w zdumienie inżynierów materiałowych. To nie był zwykły pochówek — to był manifest. Ale manifest czego? Analiza DNA kopalnego, przeprowadzona przez zespół pod kierunkiem Martina Sikory i opublikowana w Science w 2017 roku, przyniosła zaskakujący wynik: dzieci nie były blisko spokrewnione ze sobą ani z dorosłym mężczyzną pochowanym w pobliskim grobie. Nie byli rodzeństwem, nie byli — o ile możemy to stwierdzić — dziećmi tego samego ojca ani tej samej matki. A jednak pochowano je razem, z ogromnym nakładem pracy i zasobów. Być może więź, która ich łączyła, nie była biologiczna, lecz społeczna — i być może właśnie to jest najstarsza lekcja o rodzinie, jaką paleolityczne kości mają nam do przekazania: że rodzina od samego początku nie była wyłącznie kwestią genów.

Dane z genetyki populacyjnej przynoszą jeszcze jedną, fascynującą informację. Badania nad DNA kopalnym neandertalczyków z jaskini El Sidrón w Hiszpanii, przeprowadzone przez zespół Carlesa Lalueza-Foxa i opublikowane w Proceedings of the National Academy of Sciences w 2011 roku, wykazały, że grupa trzynastu osobników — mężczyzn, kobiet i dzieci — pochowanych razem około 49 000 lat temu, była spokrewniona po linii męskiej: mężczyźni dzielili te same linie mitochondrialne, co oznaczało, że kobiety przyszły spoza grupy. Innymi słowy: neandertalczycy z El Sidrón praktykowali patrilokalność — mężczyźni pozostawali w grupie urodzenia, a kobiety migrowały do grup swoich partnerów. To wzorzec znany z wielu współczesnych społeczności ludzkich (i z życia szympansów), ale zaskakujący u gatunku, który jeszcze niedawno uważano za „prymitywnego.” Neandertalczycy, jak się okazuje, mieli złożone struktury społeczne, w których pokrewieństwo, płeć i migracja odgrywały te same role, co u nas.

O codziennym życiu rodzinnym w paleolicie wiemy jednak bardzo niewiele. Możemy z dużym prawdopodobieństwem zakładać, że ludzie żyli w małych, mobilnych grupach — tzw. bandach (bands) — liczących od dwudziestu pięciu do pięćdziesięciu osób, złożonych z kilku rodzin spokrewnionych i spowinowaconych. Grupy te były elastyczne: ludzie mogli je opuszczać i dołączać do innych, w zależności od zasobów, konfliktów, sojuszy matrymonialnych. Pokrewieństwo było prawdopodobnie bilateralne — liczone zarówno po linii ojca, jak i matki — bez sztywnych reguł preferujących jedną linię nad drugą. To wzorzec typowy dla współczesnych społeczności zbieracko-łowieckich, od! Kung San z Kalahari po Hadza z Tanzanii, i choć ekstrapolacja jest ryzykowna, wydaje się najbardziej prawdopodobnym modelem dla większości paleolitu.

Wielka debata dotyczy natomiast podziału pracy między płciami. Klasyczny model — zaproponowany przez Sherwooda Washburna i Chet Lancaster w ich wpływowym eseju The Evolution of Hunting z 1968 roku — mówił, że mężczyźni polowali, a kobiety zbierały, i że to łowiectwo było motorem ewolucji ludzkiego mózgu, narzędzi i organizacji społecznej. Model „Man the Hunter” był elegancki, ale androcentryczny do bólu, co z naukową precyzją wykazała Frances Dahlberg w zbiorze Woman the Gatherer z 1981 roku. Dahlberg i autorzy poszczególnych rozdziałów argumentowali, że zbieractwo — domena kobiet — dostarczało większości kalorii w społecznościach zbieracko-łowieckich, a zatem to kobiety, nie mężczyźni, były głównymi żywicielkami rodziny. Jeszcze dalej poszli James Adovasio, Olga Soffer i Jake Page w The Invisible Sex: Uncovering the True Roles of Women in Prehistory z 2007 roku, wykazując na podstawie danych archeologicznych, że kobiety brały udział także w polowaniach (zwłaszcza grupowych), wytwarzały narzędzia i — co szczególnie istotne — prawdopodobnie wynalazły techniki tkackie i plecionkarskie, których ślady pojawiają się w zapisie archeologicznym znacznie wcześniej, niż sądzono.

Osobną, fascynującą kartę w historii badań nad rodziną paleolityczną stanowi „hipoteza babci” (grandmother hypothesis), zaproponowana przez Kristen Hawkes na podstawie badań nad ludem Hadza w Tanzanii. Hawkes zauważyła, że kobiety po menopauzie — babcie — odgrywały kluczową rolę w zdobywaniu pożywienia dla wnuków, zwłaszcza w okresach, gdy matki były zajęte opieka nad noworodkami i niemowlętami. Babcie Hadza spędzały więcej czasu na wykopywaniu bulw — bardzo energochłonnym, ale kalorycznym pokarmie — niż kobiety w wieku reprodukcyjnym, a dzieci matek wspieranych przez babcie rosły szybciej i były zdrowsze. Hawkes zaproponowała, że menopauza — unikalna cecha ludzi wśród naczelnych (i nielicznych gatunków waleni) — wyewoluowała nie jako „usterka” reprodukcyjna, ale jako adaptacja: kobiety, które przestawały rodzić własne dzieci i inwestowały w wnuki, przekazywały więcej swoich genów niż te, które rodziły do końca życia, ale nie miały wsparcia. „Babcia” — pisała Hawkes w artykule opublikowanym w Nature w 1998 roku — „mogła być kluczem do ewolucji ludzkiej długowieczności, ludzkiego mózgu i ludzkiej rodziny.” To oczywiście hipoteza, nie pewnik — i ma swoich krytyków — ale pięknie ilustruje, jak biologia ewolucyjna może zmienić sposób, w jaki myślimy o rodzinie. Rodzina to nie tylko para reprodukcyjna z dziećmi. To także babcia kopiąca bulwy na afrykańskiej sawannie trzysta tysięcy lat temu.


Rewolucja neolityczna: gdy ziemia zmieniła wszystko

Gdzieś między dwunastym a ósmym tysiącleciem przed naszą erą, w kilku odległych od siebie miejscach na Ziemi — na Żyznym Półksiężycu w Mezopotamii, w dolinie Jangcy w Chinach, w dolinach Meksyku i Peru — ludzie zaczęli uprawiać rośliny i hodować zwierzęta. Przejście od zbieractwa i łowiectwa do rolnictwa — zwane rewolucją neolityczną, choć trwało tysiące lat i nie było bynajmniej rewolucyjne w swoim tempie — zmieniło wszystko: dietę, zdrowie, demografię, organizację społeczną, religię, wojnę. Zmieniło także rodzinę — i to w sposób, którego konsekwencje odczuwamy do dziś.

Pierwszą i najbardziej fundamentalną zmianą była osiadłość. Łowcy-zbieracze byli mobilni — ich „dom” był tam, gdzie akurat rozbili obóz. Rolnicy byli przywiązani do ziemi — do pól, które trzeba obsiewać, nawadniać, pielić, chronić przed zwierzętami i sąsiadami. Osiadłość oznaczała trwałe budowle mieszkalne, a trwałe budowle oznaczały wyraźnie zdefiniowane gospodarstwa domowe — fizyczne przestrzenie, w których żyły konkretne grupy ludzi. Ian Hodder, brytyjski archeolog, który przez ponad dwadzieścia lat prowadził wykopaliska w Çatalhöyük — neolitycznej osadzie w środkowej Anatolii, zamieszkiwanej od około 7500 do 5700 roku p.n.e. — poświęcił wiele uwagi próbie zrozumienia, jak wyglądała rodzina w tym fascynującym miejscu. W swojej książce The Leopard’s Tale: Revealing the Mysteries of Çatalhöyük z 2006 roku opisał osadę złożoną z ciasno przylegających do siebie domów, do których wchodziło się przez dach, bez ulic i placów publicznych. Pod podłogami domów grzebano zmarłych — ale, jak wykazały analizy DNA, osoby pochowane pod podłogą jednego domu niekoniecznie były ze sobą spokrewnione biologicznie. „Dom” w Çatalhöyük nie był więc domem rodziny biologicznej w naszym rozumieniu — był raczej jednostką społeczną, której zasady przynależności pozostają dla nas niejasne. Hodder mówił o „domach bez rodzin” — prowokacyjne sformułowanie, które zmuszało do przemyślenia, czy nasza intuicja łącząca dom z rodziną jest naprawdę uniwersalna.

Drugą zmianą było pojawienie się własności. Łowcy-zbieracze mieli niewiele dóbr materialnych — to, co można unieść na plecach. Ich bogactwo było relacyjne: sieć kontaktów, sojuszów, zobowiązań. Rolnicy mieli ziemię, bydło, zapasy zboża, budynki — dobra trwałe, kumulatywne, przekazywane z pokolenia na pokolenie. A skoro dobra można przekazywać, pojawia się pytanie kluczowe: komu je przekazać? To pytanie — pytanie o dziedziczenie — zmieniło rodzinę bardziej niż jakiekolwiek inne.

Jack Goody, antropolog z Cambridge, postawił w Production and Reproduction: A Comparative Study of the Domestic Domain z 1976 roku tezę, która — choć kontrowersyjna — wyznaczyła ramy debaty na dziesięciolecia. Goody argumentował, że własność ziemi i potrzeba jej przekazywania kolejnym pokoleniom były siłą napędową utrwalenia pokrewieństwa patrilinearnego — liczenia pokrewieństwa po linii ojca. Dlaczego patrilinearność, a nie matrylinearność? Bo w warunkach rolniczych, argumentował Goody, kontrola nad reprodukcją kobiet — a więc pewność ojcostwa — stała się kluczowa dla mężczyzn, którzy chcieli przekazać ziemię swoim biologicznym synom, a nie synom cudzym. Stąd — według Goody’ego — wzrost kontroli seksualności kobiet, segregacja płci, zasłanianie twarzy, zamykanie w haremach, zabijanie za „zdradę” — wszystko to, co łączymy z patriarchatem, miało swoje korzenie w neolitycznej rewolucji własnościowej.

Czy Goody miał rację? Częściowo — i to jest odpowiedź, jaką powinien dać uczciwy naukowiec wobec hipotezy tak szerokiej. Dane z genetyki populacyjnej dostarczają pewnego wsparcia. W 2015 roku zespół pod kierunkiem Moniki Karmin opublikował w Genome Research wyniki badań nad różnorodnością chromosomu Y (przekazywanego z ojca na syna) i DNA mitochondrialnego (przekazywanego z matki na dzieci). Odkryli coś zaskakującego: około pięciu do siedmiu tysięcy lat temu — a więc w szczycie ekspansji rolnictwa — doszło do dramatycznego spadku różnorodności chromosomu Y. Innymi słowy: w pewnym momencie neolitu ogromna większość mężczyzn nie zostawiała potomstwa, podczas gdy nieliczni mężczyźni — prawdopodobnie ci posiadający ziemię, bydło, władzę — reprodukowali się nieproporcjonalnie często. Nierówność reprodukcyjna mężczyzn w neolicie była porównywalna z tą obserwowaną u goryli srebrnogrzbietych kontrolujących haremy. Karmin i współautorzy zaproponowali, że przyczyną tego „wąskiego gardła” chromosomu Y były konflikty między patrilinearnymi klanami — grupy mężczyzn spokrewnionych po ojcu rywalizowały ze sobą, a przegrani byli eliminowani lub marginalizowani reprodukcyjnie. Rodzina — a raczej ród patrilinearny — stała się narzędziem władzy i narzędziem przemocy.

Trzecią zmianą neolityczną była demografia. Osiadłość i rolnictwo pozwalały na wyżywienie większej liczby ludzi na mniejszej przestrzeni — ale jednocześnie prowadziły do gorszego stanu zdrowia (dieta mniej zróżnicowana, choroby zakaźne przenoszone między ludźmi i zwierzętami, ciężka praca fizyczna) i wyższej śmiertelności, kompensowanej wyższą dzietnością. Kobiety w społecznościach rolniczych rodziły częściej niż w zbieracko-łowieckich — bo były mniej mobilne, wcześniej odstawiały dzieci od piersi (zastępując mleko matki papkami z gotowanych zbóż), a owulacja wracała szybciej. Większa dzietność oznaczała większe rodziny, a większe rodziny oznaczały większe zapotrzebowanie na ziemię — i silniejszą motywację do jej obrony i przekazywania. Koło się zamykało.


Etnografia jako lustro przeszłości: ostrożna analogia

Nie mamy wehikułu czasu, ale mamy etnografię — opisy społeczności, które do niedawna żyły w warunkach technologicznie zbliżonych do tych z paleolitu lub wczesnego neolitu. Opisy te są bezcenne, ale wymagają ostrożności. Współcześni! Kung San, Hadza, Mbuti czy Aborygeni australijscy nie są „żywymi skamieniałami” — żyją w XXI wieku, mają kontakt z państwem, rynkiem, misjonarzami, turystami i antropologami, a ich kultury przeszły tysiące lat zmian. Ale pewne wzorce organizacji społecznej powtarzają się z taką regularnością w społecznościach zbieracko-łowieckich na całym świecie, że trudno nie widzieć w nich czegoś, co sięga głęboko w naszą ewolucyjną przeszłość.

Richard Lee, antropolog z University of Toronto, spędził lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte wśród! Kung San (dziś częściej zwanych Ju/„hoansi) na pustyni Kalahari w Botswanie. W swojej monumentalnej pracy The! Kung San: Men, Women, and Work in a Foraging Society z 1979 roku opisał społeczność, w której rodzina była jednocześnie prosta i elastyczna. Podstawową jednostką był obóz (camp) złożony z kilku rodzin nuklearnych — zwykle spokrewnionych przez małżeństwo — liczący od piętnastu do trzydziestu pięciu osób. Ale skład obozu zmieniał się nieustannie: ludzie odwiedzali krewnych w innych obozach, dołączali do grup, w których akurat było więcej pożywienia, odchodzili po kłótniach. Pokrewieństwo było bilateralne — człowiek liczył krewnych zarówno po ojcu, jak i po matce — i niezwykle rozciągliwe: system nazewniczy! Kung San pozwalał na klasyfikowanie praktycznie każdego napotkanego człowieka jako jakiegoś krewnego, co ułatwiało nawiązywanie kontaktów i korzystanie z zasobów na szerokim terytorium. „Dla Ju/»hoansi« — pisał Lee — „nie istnieje pojęcie obcego. Każdy jest albo krewnym, albo kimś, kogo można uczynić krewnym.”

Zupełnie inny, a równie fascynujący model prezentują Aborygeni australijscy, których systemy pokrewieństwa są jednymi z najbardziej złożonych na świecie. Alfred Reginald Radcliffe-Brown opisał je w swoim The Social Organization of Australian Tribes z 1931 roku, wykazując, że Aborygeni dzielili całe społeczeństwo na sekcje (cztery lub osiem), determinujące, kto może poślubić kogo. System był ścisły, matematycznie elegancki i — z europejskiego punktu widzenia — niezmiernie skomplikowany. Mężczyzna z sekcji A mógł poślubić tylko kobietę z sekcji B, ich dzieci należały do sekcji C, a dzieci tych dzieci — do sekcji D. Każdy Aborygen wiedział dokładnie, w jakiej relacji pokrewieństwa pozostaje z każdą napotkaną osobą — nawet zupełnie obcą — na podstawie przynależności sekcyjnej. System ten regulował nie tylko małżeństwo, ale także obrzędy, dostęp do świętych miejsc, obowiązki rytualne i codzienną etykietę. Rodzina w tym ujęciu nie była prywatną sprawą dwojga ludzi, lecz elementem kosmicznego porządku.

Jeszcze inny wariant — i wariant szczególnie ważny dla zrozumienia alternatyw wobec patrilinearności — stanowili Trobriandczycy, opisani przez Bronisława Malinowskiego, oraz Irokezi Ameryki Północnej, opisani po raz pierwszy przez Lewisa Henry’ego Morgana w Systems of Consanguinity and Affinity of the Human Family z 1871 roku. W obu przypadkach mamy do czynienia z matrylinearnością: dzieci należały do rodu matki, dziedziczenie szło po linii żeńskiej, a kluczową figurą autorytetu był brat matki, nie ojciec. U Irokezów matrylinearność szła w parze z matrylokalnym zamieszkiwaniem — po ślubie mąż wprowadzał się do domu żony — i ze znaczną władzą polityczną kobiet. Rada Matek decydowała o wyborze i odwoływaniu wodzów, o wojnie i pokoju. Benjamin Franklin, który obserwował konfederację irokeskę, pisał z podziwem o jej „systemie rządów” — choć, jako człowiek XVIII wieku, nie bardzo potrafił pogodzić się z tym, że tak dużą rolę odgrywały w nim kobiety.


Wielka debata: skąd przyszliśmy?

Pytanie o „pierwotną” formę ludzkiej rodziny nurtowało myślicieli na długo przed narodzinami nowoczesnej antropologii. Ale to w XIX wieku nabrało ono kształtu naukowej debaty — debaty, której echo słyszymy do dziś, choć jej ramy uległy fundamentalnej zmianie.

Lewis Henry Morgan, nowojorski prawnik, który na skutek fascynacji Irokezami stał się jednym z ojców antropologii, zaproponował w Ancient Society z 1877 roku ewolucyjny schemat rozwoju rodziny: od hipotetycznego „pierwotnego promiskuityzmu” (w którym nikt nie wiedział, kto jest czyim ojcem), przez małżeństwo grupowe, poligamię, aż po monogamię — ukoronowanie cywilizacyjnego postępu. Schemat ten, choć oparty na imponującej erudycji, był lustrem wiktoriańskich wartości Morgana, nie lustrem prehistorii. Ale miał jednego niezwykle wpływowego czytelnika: Friedricha Engelsa.

Engels, korzystając obficie z notatek Karola Marksa do Morgana, opublikował w 1884 roku Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa — jedno z najczęściej cytowanych i najczęściej krytykowanych dzieł w historii nauk społecznych. Engels argumentował, że forma rodziny jest pochodną stosunków ekonomicznych — że przejście od „prymitywnego komunizmu” zbieracko-łowieckiego do rolnictwa i własności prywatnej doprowadziło do ustanowienia patriarchalnej rodziny monogamicznej jako narzędzia kontroli mężczyzn nad reprodukcją kobiet i przekazywania własności synom. „Obalenie prawa macierzystego” — pisał Engels — „było największą historyczną klęską rodzaju żeńskiego.” Monogamia, w jego ujęciu, nie była wyrazem miłości, lecz wyrazem dominacji.

Jednocześnie — i jest to jeden z najbardziej ironicznych epizodów w historii nauki — Edward Westermarck, fiński socjolog pracujący w Londynie, opublikował w 1891 roku The History of Human Marriage, w którym bronił tezy diametralnie przeciwnej: że monogamiczna para jest prawdopodobnie najstarszą formą ludzkiej organizacji rodzinnej, obecną od zarania gatunku. Westermarck odrzucał hipotezę „pierwotnego promiskuityzmu” jako pozbawioną dowodów i argumentował, że naturalny wstręt do stosunków seksualnych między osobami wychowywanymi razem od dzieciństwa — zjawisko, które nazwano później „efektem Westermarcka” i które zostało potwierdzone empirycznie w badaniach nad kibucami izraelskimi i tajwańskimi małżeństwami sim-pua — wskazuje na głęboko zakorzenioną ewolucyjną tendencję do formowania par i unikania kazirodztwa.

Kto miał rację? W pewnym sensie obaj — i żaden. Morgan i Engels mieli rację co do tego, że własność i dziedziczenie zmieniły rodzinę w sposób fundamentalny, ale mylili się co do unilinearnego schematu ewolucyjnego. Westermarck miał rację co do efektu noszącego dziś jego imię i co do tego, że monogamiczna para jest stara — ale mylił się, traktując ją jako jedyną „naturalną” formę. Współczesna nauka odeszła od unilinearnych schematów i uznaje, że w każdej epoce współistniało wiele form rodzinnych. Nie było jednej ścieżki „od promiskuityzmu do monogamii” — były setki ścieżek, warunkowanych ekologią, demografią, technologią, kulturą, przypadkiem. Bernard Chapais podsumował stan debaty z właściwą sobie precyzją: „Pytanie nie brzmi: jaka była pierwotna forma rodziny? Pytanie brzmi: jakie czynniki sprawiają, że ludzie tworzą takie lub inne formy rodziny w takich lub innych warunkach?”

To pytanie towarzyszy nam przez resztę tej książki. W następnych rozdziałach zobaczymy, jak na to pytanie odpowiadały wielkie cywilizacje starożytności — od Sumeru po Rzym, od Chin po Mezoamerykę. Ale fundament — ten biologiczny, ewolucyjny, paleolityczny — pozostaje wspólny. Gdziekolwiek patrzymy, widzimy ludzi tworzących więzi, opiekujących się dziećmi, dzielących pożywienie, grzebiących swoich zmarłych. Formy tych więzi są nieskończenie zróżnicowane. Potrzeba ich tworzenia — najwyraźniej uniwersalna.


Do dalszej lektury:

Czytelników zainteresowanych ewolucyjnymi korzeniami ludzkiej rodziny odsyłam przede wszystkim do Sarah Blaffer Hrdy, Mothers and Others: The Evolutionary Origins of Mutual Understanding (Cambridge, MA 2009) — przełomowej pracy o kooperatywnym wychowywaniu potomstwa jako fundamencie ludzkiej społeczności. Bernarda Chapaisa Primeval Kinship: How Pair-Bonding Gave Birth to Human Society (Cambridge, MA 2008) oferuje ambitną syntezę primatologiczną i ewolucyjną. Dla archeologii paleolitu polecam Briana Fagana Cro-Magnon: How the Ice Age Gave Birth to the First Modern Humans (New York 2010) oraz Iana Hoddera The Leopard’s Tale: Revealing the Mysteries of Çatalhöyük (London 2006). Klasyczną etnografię zbieracko-łowiecką stanowi Richard B. Lee, The! Kung San: Men, Women, and Work in a Foraging Society (Cambridge 1979). O rewizji ról płciowych w prehistorii pisze inspirująco trójka autorów: J.M. Adovasio, Olga Soffer i Jake Page w The Invisible Sex: Uncovering the True Roles of Women in Prehistory (New York 2007). Wreszcie, dla zrozumienia wielkiej debaty XIX-wiecznej niezbędna jest lektura Friedricha Engelsa, Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa (1884, liczne wydania polskie), najlepiej w zestawieniu z Edwardem Westermarackiem, The History of Human Marriage (London 1891, wyd. 5: 1921).

Rozdział 3: Cywilizacje starożytnego Bliskiego Wschodu

Gdzie wszystko się zaczęło

Gdzieś w dolinie między Tygrysem a Eufratem, ponad cztery tysiące lat temu, pewien mężczyzna starannie wyciskał rylcem klinowe znaki na mokrej glinianej tabliczce. Nie pisał hymnu do boga ani rachunku za jęczmień. Spisywał kontrakt małżeński. Jego przyszły teść — czcigodny obywatel miasta Nippur — zobowiązywał się oddać córkę za ustaloną cenę w srebrze, z gwarancją posagu obejmującego szaty, naczynia i niewolnicę. Kontrakt określał, co się stanie, jeśli mąż zechce wziąć drugą żonę: pierwsza zachowa swoje prawa majątkowe. Określał też, co się stanie, jeśli żona okaże się bezpłodna: mąż może wziąć konkubinę, ale nie może wyrzucić żony z domu. Na końcu tabliczki wyciśnięto pieczęcie świadków i datę: rok, w którym król zbudował mur wzdłuż kanału.

Tabliczka ta — jedna z tysięcy podobnych, odnalezionych w ruinach mezopotamskich miast — jest oknem na świat, w którym rodzina po raz pierwszy w historii ludzkości została ujęta w ramy pisanego prawa. I to okno otwiera się na krajobraz zaskakująco złożony, daleki zarówno od idyllicznej harmonii, jak i od barbarzyńskiego chaosu, jakie wyobraźnia Europejczyków przez wieki przypisywała „orientalnym” cywilizacjom.

Starożytny Bliski Wschód — od Sumeru przez Babilon i Asyrię, przez Egipt, Izrael, Anatolię Hetytów po Persję Achemenidów — to kolebka pisma, państwowości, kodyfikacji prawa, a zarazem kolebka najstarszych znanych nam dokumentów regulujących życie rodzinne. W tym rozdziale przyjrzymy się tym dokumentom, próbując zrozumieć, czym była rodzina dla ludzi, którzy żyli na długo przed nami, ale borykali się z problemami zadziwiająco podobnymi do naszych: Kogo poślubić? Jak zapewnić potomstwo? Co zrobić z majątkiem po śmierci? Jak chronić żonę? Jak ukarać zdradę? Jak traktować dzieci, które nie są biologicznie nasze?


Mezopotamia: dom jako wszechświat

Sumeryjskie słowo „é” — dom — nie oznaczało jedynie budynku z cegły mułowej z płaskim dachem i wewnętrznym dziedzińcem, choć i takie domy znamy z wykopalisk w Ur, Uruk czy Lagasz. „É” było pojęciem obejmującym cały mikroświat: budynek, ziemię, ludzi w nim żyjących, ich bydło, ich zapasy, ich bóstwa domowe. Był to jednocześnie jednostka ekonomiczna — miejsce produkcji, konsumpcji i magazynowania — oraz jednostka społeczna: przestrzeń, w której mężczyzna, jego żona lub żony, dzieci, służba i niewolnicy tworzyli hierarchiczną, ale wzajemnie zależną wspólnotę. Raymond Westbrook, jeden z najwybitniejszych znawców prawa bliskowschodniego, pisał w monumentalnej A History of Ancient Near Eastern Law z 2003 roku, że mezopotamski „dom” był „fundamentalną cegłą, z której budowano cały gmach społeczeństwa — od wioski po imperium.”

Najstarszym znanym nam kodeksem prawnym regulującym relacje rodzinne jest Kodeks Ur-Nammu, datowany na około 2100 rok p.n.e., wydany przez założyciela III dynastii z Ur. Kodeks ten — zachowany fragmentarycznie na glinianej tabliczce odkrytej w Nippur — zawiera przepisy dotyczące między innymi cudzołóstwa (kara śmierci dla mężczyzny, który zgwałci żonę innego mężczyzny), rozwodu (mąż oddający żonę bez powodu płaci jej odszkodowanie w srebrze) oraz statusu dzieci z różnych związków. To zaledwie prolog — ale prolog zapowiadający dzieło o znacznie większym zasięgu.

Tym dziełem jest oczywiście Kodeks Hammurabiego, wyryty na słynnej bazaltowej steli około 1754 roku p.n.e. i odkryty przez francuskich archeologów w Suzie w 1901 roku. Spośród 282 paragrafów tego kodeksu niemal jedna trzecia dotyczy bezpośrednio spraw rodzinnych: małżeństwa, rozwodu, dziedziczenia, adopcji, praw żon i konkubin, obowiązków ojcowskich, statusu dzieci ślubnych i nieślubnych. Kodeks Hammurabiego nie jest jednak zbiorem abstrakcyjnych norm — jest zbiorem kazuistycznych rozstrzygnięć, odpowiedzi na konkretne sytuacje. I właśnie ta konkretność czyni go bezcennym źródłem wiedzy o codziennym życiu mezopotamskiej rodziny.

Małżeństwo w Babilonie było kontraktem — nie między mężczyzną a kobietą, lecz między dwoma rodzinami. Inicjatywa należała do rodziny pana młodego, która przekazywała rodzinie panny młodej terḫatum — cenę za narzeczoną, płaconą w srebrze lub naturaliach. W zamian rodzina panny młodej wyposażała córkę w šeriktum — posag, który formalnie pozostawał jej własnością i miał zapewnić jej zabezpieczenie materialne w razie śmierci męża lub rozwodu. „Jeśli mężczyzna weźmie żonę i nie sporządzi z nią kontraktu” — głosił paragraf 128 Kodeksu — „ta kobieta nie jest jego żoną.” Nie ceremonia religijna, nie współżycie, nie wspólne zamieszkanie — lecz pisemny kontrakt czynił małżeństwo prawomocnym. Marta Stol, holenderska asyriolog, w swojej monumentalnej pracy Women in the Ancient Near East z 2016 roku podkreśla, że to zaskakująco nowoczesne podejście: małżeństwo jako umowa cywilna, nie jako sakrament — koncept, do którego Europa dojrzeje dopiero w epoce Oświecenia.

Kodeks Hammurabiego regulował także sytuacje, które moglibyśmy nazwać „przypadkami trudnymi.” Co zrobić, gdy żona jest bezpłodna? Paragraf 145 dawał mężowi prawo do wzięcia nadītum — kapłanki-konkubiny — ale zastrzegał, że nie może ona zajmować pozycji równej żonie. Co zrobić, gdy żona poważnie zachoruje? Mąż mógł wziąć drugą żonę, ale musiał utrzymywać chorą w swoim domu do końca jej życia — chyba że ona sama wolała odejść, zabierając swój posag (paragraf 148–149). Co zrobić, gdy żona jest rozrzutna i zaniedbuje dom? Mąż mógł ją odesłać bez posagu — ale musiał to udowodnić przed sądem. Co zrobić, gdy mąż jest wzięty do niewoli na wojnie? Żona mogła wejść w nowy związek, jeśli nie miała z czego żyć — ale jeśli mąż powrócił, musiała do niego wrócić, a dzieci z drugiego związku szły za biologicznym ojcem (paragraf 135–136).

Te przepisy nie są bynajmniej egalitarne — kara za cudzołóstwo groziła przede wszystkim kobiecie, mężczyzna miał znacznie większą swobodę seksualną — ale nie są też barbarzyńskie w sposób, jaki każe nam wyobrażać stereotyp „despotycznego Wschodu.” Żona w Babilonie miała prawo do posagu, prawo do rozwodu (choć obwarowane surowszymi warunkami niż w przypadku męża), prawo do prowadzenia działalności gospodarczej i prawo do ochrony przed porzuceniem. Nie była obywatelką w sensie politycznym — ale nie była też rzeczą.

Osobnym, fascynującym rozdziałem jest adopcja. Archiwa z Nippur i Nuzi (XV–XIV w. p.n.e.) zawierają setki kontraktów adopcyjnych, dokumentujących praktykę, która wykraczała daleko poza nasze rozumienie adopcji. Adopcja w Mezopotamii nie była jedynie aktm miłosierdzia wobec sierot — była narzędziem planowania majątkowego, zapewniania opieki na starość i obchodzenia prawa. Bezdzietne małżeństwo adoptowało dorosłego mężczyznę, który w zamian za prawo do dziedziczenia zobowiązywał się do opieki nad adoptującymi na starość. W archiwum z Nuzi odnaleziono kontrakty „adopcji fikcyjnej,” w których bogaty właściciel ziemski „adoptował” innego mężczyznę, aby umożliwić mu nabycie ziemi, której nie mógłby kupić ze względu na ograniczenia prawne. Rodzina — a raczej jej prawna fikcja — służyła tu jako narzędzie obrotu nieruchomościami. Elizabeth Stone i David Owen, analizujący te dokumenty w serii publikacji z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, zwrócili uwagę na zadziwiającą elastyczność mezopotamskiej koncepcji pokrewieństwa: więzy krwi były ważne, ale mogły być uzupełniane, zastępowane i manipulowane za pomocą prawa.


Asyria: surowsza twarz patriarchatu

Jeśli Babilon prezentował stosunkowo umiarkowaną wersję patriarchatu, to Asyria — sąsiad i rywal na północy — oferowała wersję znacznie surowszą. Środkowoasyryjskie Prawa, datowane na około 1076 rok p.n.e. i odkryte w ruinach Assur, zawierają przepisy, które zaskakują bezwzględnością regulacji życia kobiet. Mężatka wychodząca z domu musiała zasłaniać twarz — i to nie jako wyraz osobistej pobożności, lecz jako prawny obowiązek: kobieta niezasłonięta na ulicy mogła zostać ukarana. Prostytutce z kolei zasłanianie twarzy było zabronione pod groźbą kary — zasłona była znakiem statusu, nie skromności, i przysługiwała jedynie „przyzwoitym” kobietom. Cudzołóstwo karano śmiercią obojga winowajców, ale mąż zdradzony miał prawo wybrać karę: mógł zabić żonę i kochanka, mógł obciąć żonie nos, mógł wykastrować kochanka. Prawo dawało mu władzę sędziego i kata w jednej osobie.

Te surowe przepisy nie oznaczają jednak, że asyryjskie kobiety były całkowicie bezwolnymi ofiarami. Dokumenty handlowe z Kaniš (dzisiejsze Kültepe w Turcji), datowane na XIX wiek p.n.e. — a więc wcześniejsze niż Środkowoasyryjskie Prawa — ukazują asyryjskie kupczyki prowadzące samodzielną działalność gospodarczą, korespondujące z mężami przebywającymi na odległych placówkach handlowych i podejmujące niezależne decyzje finansowe. Mogens Trolle Larsen, duński asyriolog, opublikował w Ancient Kanesh: A Merchant Colony in Bronze Age Anatolia z 2015 roku fascynujące analizy listów wymieniane między małżonkami rozdzielonymi setkami kilometrów — listów pełnych trosk domowych, skarg na brak pieniędzy, próśb o przysłanie tkanin i informacji o zdrowiu dzieci. Jeden z listów, napisany przez kobietę o imieniu Lamassī do jej męża Pūšu-kēna, brzmi jak ponadczasowa skarga: „Odkąd wyjechałeś, nie przysłałeś mi ani jednego szekla srebra. Sąsiedzi patrzą na mnie z pogardą. Dzieci potrzebują ubrań.” Cztery tysiące lat — a problem ten sam.


Egipt: wyjątek czy alternatywa?

Z Mezopotamii przenieśmy się na zachód, nad Nil, gdzie czekała na nas rodzina zorganizowana na innych zasadach. Starożytny Egipt bowiem stanowi na tle Bliskiego Wschodu przypadek szczególny — nie dlatego, że był rajskim ogrodem równouprawnienia, jak chcieliby niektórzy popularyzatorzy, ale dlatego, że pozycja kobiet była w nim faktycznie wyższa niż w Mezopotamii czy — jak zobaczymy — w Grecji.

Małżeństwo egipskie nie wymagało formalnego obrzędu religijnego. Nie było sakramentu, nie było ceremoni w świątyni, nie było — w okresie Starego i Średniego Państwa — nawet pisemnego kontraktu. Małżeństwo zawiązywało się przez wspólne zamieszkanie: kobieta „wchodziła do domu” mężczyzny i od tego momentu stawała się jego żoną. Dopiero w epoce późnej i ptolemejskiej pojawiły się pisemne kontrakty małżeńskie — i co znamienne, wiele z nich sporządzano z inicjatywy kobiet, aby chronić ich prawa majątkowe. Gay Robins, w swojej przełomowej pracy Women in Ancient Egypt z 1993 roku, podkreśla, że Egipcjanki miały pełną zdolność prawną: mogły posiadać i dziedziczyć majątek, zawierać umowy, występować jako świadkinie przed sądem i — co szczególnie uderzające — inicjować rozwód na tych samych zasadach co mężczyźni. „W oczach prawa” — pisze Robins — „egipska kobieta była osobą, nie własnością.”

To nie znaczy, że społeczeństwo egipskie było egalitarne. Idealny model rodziny, utrwalony w grobowych malowidłach i tekstach mądrościowych, był wyraźnie patriarchalny: mąż był głową domu, żona — jego towarzyszką i matką jego dzieci. Nauki Ptahhotepa, jeden z najstarszych zachowanych tekstów literatury mądrościowej, datowany na Stare Państwo (ok. 2400 p.n.e.), radził młodemu mężczyźnie: „Jeśli jesteś mężczyzną wybitnym, załóż dom i kochaj swoją żonę tak, jak się to należy. Napełniaj jej brzuch, odziewaj jej plecy. Olejek zapachowy jest lekarstwem na jej ciało. Sprawiaj jej radość, jak długo żyjesz.” Ton jest paternalistyczny — mąż „napełnia” i „odziewa,” żona jest odbiorczynią jego hojności — ale jest w nim też ciepło i szacunek, nieobecne w wielu późniejszych tradycjach.

Najbardziej kontrowersyjnym aspektem egipskiej rodziny były małżeństwa między rodzeństwem. W dynastii królewskiej praktyka ta jest dobrze udokumentowana: faraonowie poślubialy swoje siostry (a czasem córki) z przyczyn dynastycznych i teologicznych — faraon był bogiem na ziemi, a bogowie Ozyrys i Izyda byli rodzeństwem-małżeństwem. Ale czy zwykli Egipcjanie robili to samo? Keith Hopkins, brytyjski socjolog i historyk, opublikował w 1980 roku w Comparative Studies in Society and History przełomowy artykuł Brother-Sister Marriage in Roman Egypt, w którym wykazał na podstawie danych z rzymskich spisów ludności w Egipcie, że małżeństwa między rodzeństwem nie były bynajmniej ograniczone do elit — stanowiły od piętnastu do dwudziestu procent wszystkich małżeństw w niektórych regionach Egiptu rzymskiego. Wynik ten szokował i nadal budzi kontrowersje. Walter Scheidel, historyk ze Stanford, potwierdził dane Hopkinsa w serii artykułów z lat dziewięćdziesiątych, argumentując, że praktyka ta mogła mieć podłoże ekonomiczne — małżeństwo z siostrą zapobiegało podziałowi majątku rodzinnego. Niezależnie od motywacji, fenomen ten stanowi wyzwanie dla każdej teorii zakładającej uniwersalność zakazu kazirodztwa w formie postulowanej przez Lévi-Straussa. Zakaz istniał — ale granice tego, co nim objęte, okazywały się zaskakująco elastyczne.


Starożytny Izrael: dom ojca

Z Egiptu przenosimy się na wschód, do niewielkiego pasa ziemi między Morzem Śródziemnym a Jordanem, gdzie koczowniczy, a potem rolniczy lud stworzył tradycję religijną i rodzinną, która wpłynęła na losy połowy ludzkości. Biblijna rodzina izraelska — bêt „āb, dosłownie „dom ojca” — była patriarchalna, patrilinearna, patrilokalna i rozszerzona: wielopokoleniowe gospodarstwo pod władzą najstarszego mężczyzny, obejmujące jego żonę lub żony, synów z ich żonami i dziećmi, niezamężne córki, sługi i niewolników.

Patriarchowie biblijni — Abraham, Izaak, Jakub — prezentują model rodziny, który współczesny czytelnik może uznać za szokujący. Abraham ma żonę Sarę i konkubinę Hagar — egipską niewolnicę — i obie rodzą mu synów. Gdy Sara żąda wygnania Hagar z jej synem Izmaelem, Abraham jest „zasmucony,” ale Bóg mówi mu, by posłuchał żony (Rdz 21:12). Jakub poślubia dwie siostry, Leę i Rachelę, i ma dzieci także z ich służącymi — Bilhą i Zilpą — łącznie dwunastu synów i jedną córkę od czterech kobiet. Poligamia, konkubinat, rywalizacja między żonami, konflikty o dziedziczenie — to nie peryferyjne epizody, lecz centralna tkanka biblijnej narracji rodowej.

Roland de Vaux, francuski dominikanin i archeolog, w swoim klasycznym dziele Les Institutions de l’Ancien Testament (1958–1961) systematycznie opisał strukturę rodziny izraelskiej, wyróżniając trzy poziomy organizacji społecznej: bêt „āb (dom ojca — rodzina rozszerzona), mišpāḥāh (klan — grupa powiązanych rodzin) i šēbeṭ (plemię). Na każdym poziomie władza należała do mężczyzn: ojciec decydował o małżeństwach dzieci, zarządzał majątkiem, sprawował funkcje kapłańskie w kulcie domowym. Ale — co de Vaux podkreślał — władza ta nie była absolutna w takim sensie, jak rzymska patria potestas: ojciec izraelski nie miał prawa życia i śmierci nad dziećmi, a matka cieszyła się szacunkiem wyrażonym w przykazaniu „Czcij ojca swego i matkę swoją” (Wj 20:12) — zauważmy: matkę na równi z ojcem.

Prawo mojżeszowe — Tora — zawiera szereg regulacji rodzinnych, które odsłaniają zarówno wartości, jak i napięcia społeczne starożytnego Izraela. Zakazy kazirodztwa w Księdze Kapłańskiej (Kpł 18) są rozbudowane i szczegółowe — obejmują nie tylko rodzeństwo i rodziców, ale także macochę, synową, ciocię, bratową — co sugeruje, że w wielopokoleniowym gospodarstwie bêt „āb, gdzie wielu krewnych żyło pod jednym dachem, ryzyko naruszeń tabu było realne i wymagało jasnych granic. Prawo lewiratu (Pwt 25:5–10) nakazywało bratu zmarłego męża poślubienie wdowy, aby „wzbudzić potomstwo” zmarłemu — pierwsze dziecko z takiego związku uważano prawnie za dziecko nieboszczyka, co zapewniało ciągłość jego linii rodowej i zachowanie jego działu ziemi w obrębie klanu. Przypadek córek Selofchada (Lb 27:1–11) jest jednym z najciekawszych epizodów prawnych w Biblii: pięć kobiet, których ojciec zmarł bez synów, zwróciło się do Mojżesza z pytaniem, czy mogą dziedziczyć jego ziemię. Bóg odpowiedział twierdząco — pod warunkiem, że wyjdą za mężczyzn z własnego plemienia, aby ziemia nie przechodziła między plemionami. Ten epizod — niezależnie od jego historyczności — dokumentuje świadomość, że prawo wymaga korekt i że kobiety mogą być podmiotami negocjacji prawnej.

Przejście od poligamii do monogamii w tradycji żydowskiej było procesem powolnym i wielowiekowym. W Biblii poligamia jest akceptowana — Salomon miał według tradycji siedemset żon i trzysta konkubin, co jednak tekst biblijny ocenia krytycznie, bo „odwróciły jego serce ku bogom obcym” (1 Krl 11:3–4). W okresie Drugiej Świątyni wpływ hellenizmu wzmacniał tendencje monogamiczne, a zwoje znad Morza Martwego z Qumran wydają się świadczyć o tym, że wspólnota esseńska praktykowała ścisłą monogamię. Formalny zakaz poligamii w judaizmie aszkenazyjskim przyniósł dopiero Cherem Rabbenu Gerszoma — edykt rabina Gerszoma ben Jehudy z Moguncji, datowany na około 1000 rok n.e. — ale w judaizmie sefardyjskim i orientalnym poligamia przetrwała znacznie dłużej, a w Jemenie i Etiopii — aż do XX wieku.


Starożytna Persja: małżeństwo jako obowiązek religijny

Na wschód od Mezopotamii, na wyżynach irańskich, rozwinęła się tradycja religijna, która traktowała rodzinę i małżeństwo z powagą niespotykaną w innych starożytnych cywilizacjach. Zaratusztrianizm — religia założona przez proroka Zarathusztrę, prawdopodobnie w drugim tysiącleciu p.n.e. — uczynił z małżeństwa nie tylko społeczną konwencję, ale religijny obowiązek. W Vendidadzie, jednym z tekstów Awesty, Ahura Mazda mówi wprost: „Kto się żeni, stoi wyżej od tego, kto się nie żeni; kto ma dom, stoi wyżej od tego, kto domu nie ma; kto ma dzieci, stoi wyżej od tego, kto dzieci nie ma.” Bezżenność i bezdzietność były nie tylko społeczną porażką, ale grzechem — odmową uczestnictwa w kosmicznej walce dobra ze złem, bo każde nowe dziecko wzmacniało siły Ahura Mazdy przeciw Angra Mainju, duchowi destrukcji.

Najbardziej kontrowersyjnym aspektem zaratusztriańskiej rodziny była praktyka xwedodah — dosłownie „małżeństwo z najbliższymi” — która tradycyjnie interpretowana jest jako sankcjonowanie związków małżeńskich między rodzeństwem, a nawet między rodzicami a dziećmi. Czy praktyka ta była rzeczywiście powszechna? Debata trwa od ponad stu lat i nie przyniosła jednoznacznych rozstrzygnięć. Josef Wiesehöfer, autor standardowego podręcznika Ancient Persia (1996), zachowuje ostrożny sceptycyzm, wskazując, że źródła perskie są późne i mogły zostać zniekształcone przez tradycję, a źródła greckie — Herodot, Strabon — mogły wyolbrzymiać praktykę z powodu antyperskości. Michael Stausberg, w swojej monumentalnej trzytomowej historii zaratusztrianizmu, skłania się ku interpretacji, że xwedodah była praktyką elit kapłańskich, nie powszechnym obyczajem, i że w późniejszych wiekach podlegała reinterpretacji symbolicznej. Niezależnie od rozstrzygnięcia, samo istnienie tej debaty przypomina nam, że granice tego, co uznaje się za „dopuszczalną rodzinę,” nie są ani oczywiste, ani niezmienne.

Tabliczki z Persepolis — archiwa administracyjne imperium Achemenidów, datowane na panowanie Dariusza I (522–486 p.n.e.) — odsłaniają bardziej przyziemny wymiar perskiej rodziny. Dokumenty te rejestrują racje żywnościowe przyznawane robotnikom i urzędnikom, a wśród nich — specjalne racje dla kobiet w ciąży i karmiących. Kobiety pracowały jako rzemieślniczki, nadzorczynie i administratorki, a niektóre zarządzały własnymi majątkami ziemskimi. Najbardziej znaną z nich jest Irtašduna (po grecku Artystone), żona Dariusza I i matka Arsamesa, która według tabliczek zarządzała rozległymi posiadłościami i dysponowała własną pieczęcią urzędową. Rodzina perska była patriarchalna — ale kobiety z elit miały realne pole do działania.

Specyficzną instytucją prawa sasanidzkiego — późniejszego, bo datowanego na III–VII wiek n.e., ale zakorzenionego w tradycji zoroastryjskiej — było stūrīh: zastępstwo w dziedziczeniu. Jeśli mężczyzna umierał bezdzietny, wyznaczano mu „zastępcę” — najczęściej wdowę lub najbliższą krewną — który miał obowiązek wydać na świat potomka w imieniu zmarłego. Dziecko zrodzone z takiego związku było prawnie uważane za dziecko zmarłego, nie za dziecko biologicznego ojca. To fascynujący odpowiednik biblijnego lewiratu — i kolejny przykład tego, jak starożytne społeczeństwa manipulowały relacjami biologicznymi za pomocą fikcji prawnych, aby zapewnić ciągłość rodu i majątku.


Anatolia hetycka: prawo i pragmatyzm

Na północ od Mezopotamii, w centralnej Anatolii, Hetyci — lud indoeuropejski, który stworzył potężne imperium w drugiej połowie drugiego tysiąclecia p.n.e. — zostawili nam kodeks prawny datowany na około 1650–1500 rok p.n.e., który pod wieloma względami różni się zarówno od prawa mezopotamskiego, jak i od biblijnego. Kodeks hetycki jest zaskakująco pragmatyczny: tam, gdzie Kodeks Hammurabiego wymierzał karę śmierci za cudzołóstwo, prawo hetyckie częściej stosowało kary majątkowe — odszkodowania, grzywny, konfiskatę. Tam, gdzie Prawo mojżeszowe formułowało absolutne zakazy moralne, Hetyci stosowali rozwiązania kazuistyczne, uwzględniające okoliczności.

Prawo hetyckie znało zarówno lewirat, jak i sororat — obowiązek poślubienia siostry zmarłej żony. Obie instytucje miały ten sam cel: utrzymanie sojuszy między rodzinami zawartych przez małżeństwo. Jeśli żona umierała, jej siostra zajmowała jej miejsce, a rodzina żony nie traciła więzi z rodziną męża. Jeśli mąż umierał, jego brat poślubial wdowę — i ponownie więź była zachowana. Rodzina — w tym pragmatycznym ujęciu — nie była wspólnotą uczuciową, lecz siecią sojuszów, którą trzeba było podtrzymywać za wszelką cenę.

Szczególna rola przypadała w hetyckiej rodzinie królewskiej postaci tawananny — królowej-matki, która zachowywała swój tytuł i władzę nawet po śmierci króla-małżonka, a jej pozycja ustępowała dopiero, gdy nowa królowa otrzymywała ten tytuł. Znane są przypadki konfliktów między tawanannami a ich następczyniami — konflikty, które niekiedy kończyły się wygnaniem lub procesami o czary. Trevor Bryce, w swojej znakomitej monografii The Kingdom of the Hittites (2005), opisuje intrygujący przypadek królowej Tawanannas, żony Suppiluliuma I, oskarżonej przez swojego pasierba Murszilisza II o otrucie jego żony za pomocą czarów. Proces trwał lata i zakończył się wygnaniem królowej-matki — ale samo jego istnienie świadczy o tym, że kobiety w hetyckich elitach miały wystarczająco dużo władzy, by stanowić realne zagrożenie polityczne.


Co łączy, co dzieli

Patrząc na rodziny starożytnego Bliskiego Wschodu z perspektywy porównawczej, dostrzegamy zarówno uderzające podobieństwa, jak i istotne różnice.

Podobieństwa są fundamentalne: wszystkie te społeczeństwa były patrilinearne — pokrewieństwo i dziedziczenie liczone po linii ojca. We wszystkich mężczyzna był formalną głową domu. We wszystkich małżeństwo było kontraktem między rodzinami, nie osobistym wyborem jednostek. We wszystkich bezdzietność była tragedią — nie tylko osobistą, ale prawną i religijną — i we wszystkich wypracowano mechanizmy jej łagodzenia: poligamię, konkubinat, adopcję, lewirat. We wszystkich wreszcie istniał transfer majątku przy małżeństwie — choć jego kierunek i forma różniły się: od mezopotamskiego terḫatumšeriktum, przez egipskie wspólne zamieszkanie bez formalnego transferu, po biblijny mohar.

Różnice są równie pouczające. Pozycja kobiet wahała się od względnej autonomii w Egipcie — gdzie kobieta mogła inicjować rozwód, posiadać majątek i prowadzić interesy — do surowej kontroli w Asyrii, gdzie nie mogła wyjść na ulicę bez zasłony. Stosunek do małżeństw między krewnymi rozciągał się od rygorystycznych zakazów w Izraelu do entuzjastycznej aprobaty w zaratusztriańskiej Persji i zaskakującej powszechności w Egipcie. Rola religii w regulowaniu życia rodzinnego wahała się od perskiego religijnego obowiązku prokreacji do egipskiego braku jakiejkolwiek religijnej ceremonii zaślubin.

Te różnice uczą nas czegoś ważnego: że nawet w ramach jednego regionu, jednej epoki, jednego „kręgu cywilizacyjnego” nie istniał jeden model rodziny. Mezopotamia nie była Egiptem, Egipt nie był Izraelem, a Izrael nie był Persją — choć wszystkie te cywilizacje sąsiadowały ze sobą, handlowały, walczyły i wzajemnie się inspirowały. Rodzina — nawet w swoich najstarszych, udokumentowanych formach — była instytucją zmienną, plastyczną i wyrafinowaną. Ludzie, którzy cztery tysiące lat temu spisywali kontrakty małżeńskie na gliniane tabliczki, byli nie mniej przebiegli, nie mniej pragmatyczni i nie mniej zdolni do manipulowania regułami niż my. Byli po prostu ludźmi — ludźmi, którzy próbowali rozwiązać te same problemy, z którymi borykamy się do dziś: jak żyć razem, jak dziedziczyć, jak chronić słabszych, jak utrzymać porządek w tym najbardziej intymnym, a zarazem najbardziej publicznym ze wszystkich ludzkich porządków — w rodzinie.


Do dalszej lektury:

Najlepszym wprowadzeniem do prawa rodzinnego starożytnego Bliskiego Wschodu pozostaje dwutomowa praca zbiorowa pod redakcją Raymonda Westbrooka, A History of Ancient Near Eastern Law (Leiden 2003), obejmująca wszystkie omawiane systemy prawne. Dla Mezopotamii nieocenionym źródłem jest Marta Stol, Women in the Ancient Near East (Boston–Berlin 2016), a konteksty społeczno-ekonomiczne omawia Marc Van De Mieroop w The Ancient Mesopotamian City (Oxford 1997). Kodeks Hammurabiego dostępny jest w polskim przekładzie Marka Stępnia, Kodeks Hammurabiego (Warszawa 1996). Dla Egiptu fundamentalna pozostaje Gay Robins, Women in Ancient Egypt (London 1993), a artykuł Keitha Hopkinsa o małżeństwach między rodzeństwem — Brother-Sister Marriage in Roman Egypt (Comparative Studies in Society and History 22/3, 1980) — jest lekturą obowiązkową. Instytucje rodzinne starożytnego Izraela najlepiej opisuje Roland de Vaux, Les Institutions de l’Ancien Testament (Paris 1958–1961; ang. Ancient Israel: Its Life and Institutions, London 1961). Dla Persji polecam Josefa Wiesehöfera, Ancient Persia from 550 BC to 650 AD (London 1996), a dla Hetytów — Trevora Bryce’a, Life and Society in the Hittite World (Oxford 2002).

Rozdział 4: W świecie klasycznym — Grecja i Rzym

Oikos: dom jako mikrokosmos polis

Ateński mówca Demostenes stanął przed sądem w 384 roku p.n.e. z pozwem przeciwko swojemu opiekunowi Afobosowi, który po śmierci ojca Demostenesa przejął zarząd nad jego majątkiem i — jak twierdził młody powód — systematycznie go rozkradał. Sprawa dotyczyła pieniędzy, warsztatu produkującego noże, warsztatu produkującego łoża i trzydziestu trzech niewolników. Ale czytając mowy Demostenesa — zachowane w całości i stanowiące jedno z najcenniejszych źródeł do poznania ateńskiego życia rodzinnego — widzimy coś więcej niż spór majątkowy. Widzimy świat, w którym rodzina, własność, prawo, honor i polityka splecione są w nierozerwalny węzeł. Ojciec Demostenesa, umierając, nie tylko zostawił majątek — zostawił instrukcje dotyczące przyszłego małżeństwa swojej żony, posagu córki i wychowania syna. Rodzina była firmą, sojuszem politycznym, jednostką podatkową i wspólnotą kultową — jednocześnie. Rozdzielenie tych funkcji byłoby dla Ateńczyka V wieku p.n.e. równie absurdalne, jak próba rozdzielenia wody od rzeki.

Greckie słowo oikos — od którego pochodzi nasze słowo „ekonomia” (oikonomia, dosłownie „zarządzanie domem”) — oznaczało jednocześnie dom, gospodarstwo, rodzinę i majątek. Nie istniało pojęcie rodziny oddzielonej od tego, co posiada, ani majątku oddzielonego od tych, którzy go użytkują. W.K. Lacey, autor klasycznej pracy The Family in Classical Greece z 1968 roku, definiował oikos jako „podstawową jednostkę ekonomiczną, społeczną i religijną ateńskiej polis” i podkreślał, że Ateńczyk nie był w pierwszym rzędzie jednostką — był członkiem oikos. Jego tożsamość polityczna, jego prawa obywatelskie, jego obowiązki wojskowe, jego zobowiązania podatkowe — wszystko to wynikało z przynależności do konkretnego domu.

Na czele oikos stał kyrios — „pan” domu, najczęściej najstarszy mężczyzna. Kyrios sprawował prawną władzę nad żoną, dziećmi, niewolnikami i majątkiem. Kobieta ateńska — obywatelka wolna, nie niewolnica — pozostawała przez całe życie pod opieką jakiegoś kyriosa: najpierw ojca, potem męża, w razie owdowienia — syna lub najbliższego krewnego męskiego. Nie mogła samodzielnie zawierać umów na kwotę przekraczającą równowartość jednego medymna jęczmienia — ilość, którą literalnie wystarczała na wyżywienie rodziny przez kilka dni. Nie mogła posiadać ziemi. Nie mogła występować przed sądem we własnym imieniu. Nie mogła nawet sama decydować o swoim małżeństwie.

Bo małżeństwo ateńskie nie było umową między dwojgiem ludzi. Było umową między dwoma kyriosami — ojcem panny młodej i przyszłym mężem. Procedura obejmowała dwa etapy: engyē — zaręczyny, czyli formalne przekazanie kobiety przez jej kyriosa przyszłemu mężowi, dokonywane w obecności świadków, ale bez udziału samej kobiety — oraz ekdosis — faktyczne przekazanie panny młodej do domu męża. Posag (proíx) towarzyszył kobiecie jak cień: ojciec dawał go przy ślubie, mąż zarządzał nim podczas trwania małżeństwa, ale w razie rozwodu musiał go zwrócić w całości. Posag był de facto zabezpieczeniem finansowym kobiety — ale jednocześnie narzędziem kontroli: bez posagu kobieta była niezamężna, a niezamężna kobieta w Atenach — to kobieta bez statusu społecznego.

Szczególnie interesująca — i dla współczesnego czytelnika zapewne szokująca — była instytucja epiklēros, dosłownie „tej, która jest przy majątku.” Gdy mężczyzna umierał bez synów, jego córka stawała się epiklēros — nie tyle dziedziczką majątku (bo kobieta nie mogła posiadać ziemi), co żywym nośnikiem prawa do niego. Najbliższy krewny zmarłego po linii męskiej — najczęściej brat ojca — miał prawo, a właściwie obowiązek, poślubić epiklēros, nawet jeśli to oznaczało rozwód z dotychczasową żoną. Celem nie było szczęście małżeńskie — celem było spłodzenie syna, który przejmie majątek dziadka i będzie kontynuował jego oikos. Ciągłość domu była ważniejsza niż uczucia jednostki. Jak pisał Lacey: „Ateńskie prawo rodzinne nie znało pojęcia miłości romantycznej jako podstawy małżeństwa. Znało pojęcie obowiązku wobec domu.”


Dzieci porzucone, dzieci adoptowane

W roku 2002 doszło do kłótni na konferencji historyków starożytności w Oksfordzie — kłótni na tyle burzliwej, że organizatorzy musieli przerwać obrady na kawę. Przedmiotem sporu było pytanie pozornie proste: jak często Grecy i Rzymianie porzucali noworodki?

Praktyka wystawiania noworodków — po grecku ekthesis, po łacinie expositio — polegała na pozostawieniu niechcianego dziecka w miejscu publicznym: na śmietniku, przy świątyni, na skraju drogi. Dziecko mogło zostać podniesione przez kogoś innego — i wychowane jako wolne lub jako niewolnik — albo mogło umrzeć. Nie było to zabójstwo w sensie prawnym, bo dziecko formalnie nie było „odrzucone”, lecz „wystawione” — pozostawione losowi, bogom, przypadkowi. Rozróżnienie to może wydawać się nam cyniczną grą słów, ale dla Greków i Rzymian miało znaczenie moralne i prawne.

William V. Harris, historyk z Columbia University, argumentował w swoim wpływowym artykule Child-Exposure in the Roman Empire opublikowanym w Journal of Roman Studies w 1994 roku, że praktyka była powszechna — obejmowała być może dziesięć do dwudziestu procent wszystkich noworodków — i dotykała przede wszystkim dziewczynek, dzieci niepełnosprawnych oraz dzieci z rodzin biednych. Harris opierał się na źródłach literackich, prawnych i papyrusach egipskich — w tym na słynnym liście z I wieku n.e., w którym mąż pisze do żony: „Jeśli urodzisz chłopca, zostaw go. Jeśli dziewczynkę, wyrzuć.” Lakoniczność tego listu mrozi krew w żyłach.

Mark Golden, historyk z University of Winnipeg i autor Children and Childhood in Classical Athens z 1990 roku, nie kwestionował samego istnienia praktyki, ale dowodził, że jej skala była mniejsza, niż sugerował Harris, i że grecy rodzice nie byli emocjonalnie obojętni wobec swoich dzieci. Golden wskazywał na nagrobki dziecięce z czułymi inskrypcjami, na sceny z komedii Arystofanesa pokazujące rozczulonych ojców, na wazy attyckie przedstawiające zabawy z dziećmi. „Porzucenie noworodka” — argumentował — „nie oznaczało braku uczuć. Oznaczało rozpaczliwy wybór w warunkach biedy, w społeczeństwie bez antykoncepcji i bez siatki bezpieczeństwa socjalnego.”

Debata Harris-Golden nie została rozstrzygnięta i prawdopodobnie nigdy nie będzie — bo nasze źródła po prostu nie pozwalają na precyzyjne oszacowanie skali zjawiska. Ale samo postawienie pytania jest ważne, bo uświadamia, jak fundamentalnie inny był starożytny stosunek do narodzin dziecka. W Atenach noworodek nie stawał się członkiem oikos automatycznie — ojciec musiał go „przyjąć” w ceremonii amphidromia, odbywającej się piątego lub siódmego dnia po urodzeniu. Dopiero wówczas dziecko otrzymywało imię i status. Przed amphidromia noworodek był prawnie i społecznie nikim. To ojciec decydował, czy je przyjąć, czy odrzucić — patria potestas w Atenach była ograniczona w porównaniu z Rzymem, ale w kwestii przyjęcia lub porzucenia noworodka ojciec był niemal wszechwładny.

Odwrotną stroną porzucenia była adopcja — praktyka powszechna i społecznie szanowana zarówno w Grecji, jak i w Rzymie. Ateńczyk mógł adoptować dorosłego mężczyznę jako swojego syna, jeśli nie miał biologicznych potomków męskich — celem było zapewnienie kontynuacji oikos i kultu przodków. Adoptowany syn przejmował majątek, imię i obowiązki kultowe przybranego ojca. Był, pod każdym względem prawnym, jego synem. Biologia ustępowała przed prawem — i przed potrzebą ciągłości domu.


Sparta: wyjątek potwierdzający regułę

Gdyby Ateńczyk V wieku p.n.e. odwiedził Spartę — a niektórzy to robili, choć z mieszanymi uczuciami — zobaczyłby świat, w którym rodzina wyglądała zupełnie inaczej niż u niego w domu.

Plutarch, pisząc Żywot Likurga w II wieku n.e. — a więc ponad pięćset lat po opisywanych wydarzeniach, co każe zachować ostrożność wobec jego relacji — przedstawiał Spartę jako społeczność, w której państwo wkraczało w życie rodzinne z bezprecedensową mocą. Noworodki były badane przez starszyznę: zdrowe i silne pozostawały przy rodzinie, słabe i niepełnosprawne — porzucane w przepaści na zboczu góry Tajget. Chłopcy w wieku siedmiu lat zabierani byli z domów i umieszczani w systemie wychowania publicznego — agogē — gdzie żyli w grupach rówieśniczych, sypiając na trzcinowych posłaniach, jedząc skromne posiłki i ucząc się przede wszystkim dyscypliny, posłuszeństwa i walki. Ojciec nie był głównym wychowawcą syna — był nim system.

Kobiety spartańskie, w odróżnieniu od Atenek, cieszyły się znacznie większą swobodą — a przynajmniej tak twierdzili zdumieni autorzy ateńscy. Dziewczęta ćwiczyły fizycznie — biegały, rzucały dyskiem, zapasy — co w Atenach byłoby nie do pomyślenia. Plutarch twierdził, że spartańskie żony mogły mieć relacje seksualne z innymi mężczyznami za zgodą męża, a nawet że starsi mężczyźni „pożyczali” swoje żony młodszym, silniejszym, by ci spłodzili zdrowsze potomstwo. Czy te relacje naprawdę miały miejsce, czy też są projekcją ateńskich fantazji i obaw wobec „obcego” systemu — tego nie wiemy na pewno. Sarah Pomeroy, w swojej przełomowej pracy Spartan Women z 2002 roku, argumentowała, że wiele z tych relacji należy traktować ostrożnie, ale że spartańskie kobiety rzeczywiście miały większy dostęp do własności i większą autonomię społeczną niż Atenki. Pod koniec IV wieku p.n.e. kobiety posiadały, według Arystotelesa, około dwóch piątych ziemi spartańskiej — co Arystoteles uważał za jedną z przyczyn upadku Sparty. Filozof nie pochwalał kobiecego bogactwa.

Sparta jest fascynująca nie dlatego, że była „lepsza” lub „gorsza” od Aten — te kategorie nie mają sensu w analizie historycznej — ale dlatego, że pokazuje, jak radykalnie różne modele rodziny mogły współistnieć w obrębie tej samej cywilizacji greckiej, w tym samym czasie, na tym samym niewielkim półwyspie. Jeśli kiedykolwiek kusi nas, by mówić o „greckiej rodzinie” jako jednym modelu — powinniśmy pomyśleć o Sparcie.


Familia: władza ojca i granice imperium

Rzymski paterfamilias miał władzę, o której grecki kyrios mógł tylko marzyć. Patria potestas — ojcowska władza — obejmowała formalnie prawo życia i śmierci nad dziećmi (ius vitae necisque), prawo sprzedaży ich w niewolę, prawo decydowania o ich małżeństwie, prawie każdym aspekcie ich egzystencji. Władza ta była dożywotnia — syn mógł mieć pięćdziesiąt lat, piastować urząd konsula, dowodzić legionami, a nadal formalnie podlegał władzy ojca, jeśli ten żył. Dopiero śmierć ojca wyzwalała syna spod patria potestas i czyniła go sui iuris — osobą prawnie samodzielną.

Czy ta władza była naprawdę tak absolutna w praktyce, jak wyglądała na papierze? William V. Harris i Richard Saller, dwaj czołowi historycy rodziny rzymskiej, debatowali nad tym pytaniem przez dekady. Saller, w swojej fundamentalnej pracy Patriarchy, Property and Death in the Roman Family z 1994 roku, argumentował przekonująco, że ius vitae necisque było raczej reliktem archaicznym niż żywą praktyką w okresie republiki i cesarstwa. Znamy zaledwie kilka przypadków, w których ojciec faktycznie skazał dorosłego syna na śmierć — i w każdym z nich budziło to kontrowersje i publiczne oburzenie. Saller wykazał też, stosując metody demografii historycznej do danych z rzymskich nagrobków, że ze względu na niską średnią długość życia większość Rzymian traciła ojca, zanim ukończyła trzydzieści lat. „Tyrania paterfamilias” — pisał Saller — „była w dużej mierze teoretyczna, bo większość Rzymian stawała się sui iuris w stosunkowo młodym wieku, nie z powodu reformy prawa, lecz z powodu śmierci ojca.”

Ale nawet jeśli patria potestas była ograniczona przez demografię i obyczaj, to kształtowała mentalność. Rzymska familia — pojęcie szersze niż współczesna „rodzina” — obejmowała nie tylko żonę i dzieci paterfamilias, ale także niewolników, wyzwoleńców i klientów. Jurysta Ulpian definiował familię dwojako: w sensie wąskim jako „osoby podlegające władzy jednego paterfamilias” i w sensie szerokim jako „wszystkich agnatów” — krewnych po linii męskiej, sięgających wspólnego przodka. Suzanne Dixon, w swojej syntetycznej pracy The Roman Family z 1992 roku, podkreślała, że familia była przede wszystkim kategorią władzy, nie uczuć — choć uczucia oczywiście istniały.


Małżeństwo po rzymsku: od rytuału do kontraktu

Rzym znał kilka form zawarcia małżeństwa, które różniły się stopniem formalności i skutkami prawnymi. Najstarszą i najbardziej uroczystą była confarreatio — ceremonia religijna z udziałem kapłana Jowisza, dostępna tylko dla patrycjuszy, obejmująca złożenie ofiary z orkiszowego chleba (panis farreus). Coemptio była symulowanym aktem kupna żony, wykonanym w obecności pięciu świadków. Usus — najprostszy — polegał na tym, że kobieta, która przez rok nieprzerwanie mieszkała z mężczyzną, stawała się automatycznie jego żoną, chyba że przez trzy kolejne noce w roku opuściła jego dom (trinoctium), przerywając bieg „zasiedzenia.”

Kluczowe było rozróżnienie między małżeństwem cum manu — w którym żona przechodziła spod władzy ojca pod władzę męża — a małżeństwem sine manu, w którym żona pozostawała prawnie pod władzą własnego ojca, nawet mieszkając z mężem. W okresie późnej republiki i cesarstwa dominowała ta druga forma — co miało ogromne konsekwencje. Kobieta zamężna sine manu zachowywała powiązanie majątkowe z rodziną pochodzenia, mogła dziedziczyć po własnym ojcu, a jej posag — choć zarządzany przez męża — nie stawał się jego własnością. W razie rozwodu posag wracał do żony. Susan Treggiari, autorka monumentalnej pracy Roman Marriage: Iusti Coniuges from the Time of Cicero to the Time of Ulpian z 1991 roku, argumentowała, że ten system dawał Rzymiankom z zamożnych rodzin znacznie większą niezależność finansową, niż się powszechnie sądzi. Treggiari cytowała przykłady kobiet zarządzających majątkami, prowadzących interesy, finansujących budowle publiczne — wszystko w ramach prawa, choć formalnie za pośrednictwem męskich przedstawicieli.

Rozwód w Rzymie był łatwy, częsty i pozbawiony piętna moralnego — przynajmniej do czasu chrystianizacji. Wystarczyło formalne oświadczenie jednego z małżonków, przekazane drugiemu w obecności świadków. Cicero rozwiódł się z Terencją po trzydziestu latach małżeństwa — według złośliwych plotek, żeby poślubić bogatszą kobietę i spłacić długi. Terencja wyszła ponownie za mąż, przeżyła sto trzy lata i, jak twierdził Pliniusz, cieszyła się doskonałym zdrowiem do końca. Rozwody wśród rzymskiej elity były tak częste, że Seneka — sam żonaty — pisał z moralnym oburzeniem: „Jest ktoś, kto się wstydzi rozwodu, skoro pewne szlachetne i znakomite kobiety liczą swoje lata nie po konsulach, lecz po mężach?”

Augustus, pierwszy cesarz, próbował odwrócić ten trend. Jego ustawy małżeńskie — Lex Iulia de maritandis ordinibus z 18 roku p.n.e. i Lex Papia Poppaea z 9 roku n.e. — stanowiły pierwszą w historii europejskiej próbę państwowej polityki prorodzinnej na dużą skalę. Nieżonaci mężczyźni i niezamężne kobiety w odpowiednim wieku tracili prawo do dziedziczenia spadków i zapisów testamentowych. Małżeństwa bezdzietne podlegały ograniczeniom majątkowym. Kobiety, które urodziły troje dzieci (wyzwolenice — czworo), uzyskiwały przywilej ius trium liberorum — prawo do samodzielnego zarządzania swoim majątkiem bez męskiego opiekuna. Natomiast cudzołóstwo — wcześniej sprawa prywatna, rozstrzygana w obrębie rodziny — stało się przestępstwem ściganym przez państwo, karanym wygnaniem i konfiskatą majątku.

Ironia historii chciała, że sam Augustus miał poważne problemy z zastosowaniem własnych ustaw we własnej rodzinie. Jego córka Julia została skazana na wygnanie za cudzołóstwo w 2 roku p.n.e. — skandal, który wstrząsnął Rzymem. Swetoniusz relacjonował, że Augustus, ogłaszając wyrok, powiedział: „Gdybym nie miał córki, żyłbym jak Foebe” — nawiązując do wyzwolenicy, która z lojalności popełniła samobójstwo tego samego dnia.


Niewolnicy, wyzwoleńcy i rodzina na marginesie

Opowieść o rodzinie rzymskiej byłaby niepełna — a właściwie fałszywa — gdybyśmy ograniczyli ją do wolnych obywateli. Rzym był społeczeństwem niewolniczym, a niewolnicy stanowili, według różnych szacunków, od piętnastu do trzydziestu procent populacji Italii w okresie późnej republiki. Niewolnicy nie mieli prawa do legalnego małżeństwa — ich związki nosiły nazwę contubernium i nie miały żadnej mocy prawnej. Właściciel mógł w każdej chwili rozdzielić parę, sprzedać jedno z nich, odebrać im dzieci. Dzieci urodzone przez niewolnicę były własnością jej pana, niezależnie od tego, kto był ojcem.

A jednak — i to jest jedno z najbardziej poruszających odkryć historyków ostatnich dekad — niewolnicy tworzyli rodziny. Inskrypcje nagrobne z cesarskiego Rzymu, analizowane przez Sandre Joshel w Work, Identity, and Legal Status at Rome z 1992 roku i Beryl Rawson w zbiorze The Family in Ancient Rome z 1986 roku, pokazują niewolników i wyzwoleńców upamiętniających swoich partnerów, dzieci, rodziców — używających słów „mąż”, „żona”, „syn”, „córka” — mimo że prawo odmawiało im tych tytułów. Pewien niewolnik o imieniu Vitalis, zarządca posiadłości w Galii, postawił nagrobek swojej partnerce — innej niewolnicy — z inskrypcją: coniugi carissimae, „najdroższej małżonce.” Prawo mówiło, że nie jest jego żoną. Kamień mówił coś innego. Między prawem a uczuciem ziała przepaść — i w tej przepaści żyła rodzina niewolnicza.

Wyzwoleńcy — liberti — zajmowali specyficzną pozycję pośrednią. Po wyzwoleniu uzyskiwali obywatelstwo (z pewnymi ograniczeniami), mogli zawierać legalne małżeństwa, zakładać firmy, gromadzić majątki — niektórzy, jak legendarny Trimalchion z Satyrykonu Petroniusza, stawali się fabulośnie bogaci. Ale zachowywali zobowiązania wobec byłego pana — patrona — i te zobowiązania miały charakter quasi-rodzinny: wyzwoleniec przybierał imię patrona, odwiedzał go z porannym pozdrowieniem (salutatio), świadczył mu usługi. Była to sztuczna rodzina, stworzona przez prawo i obyczaj — ale dla wielu wyzwoleńców jedyna, jaką mieli.


Między Atenami a Rzymem: porównanie i dziedzictwo

Gdybyśmy posadzili ateńskiego obywatela z V wieku p.n.e. i rzymskiego senatora z I wieku n.e. przy jednym stole i kazali im rozmawiać o rodzinie, znaleźliby wiele wspólnego: patriarchalną władzę ojca, kontrolę seksualności kobiet, znaczenie posagu, wagę kontynuacji rodu, kult przodków. Ale znaleźliby też fundamentalne różnice, które zasługują na podsumowanie.

Pierwszą jest zakres władzy ojcowskiej. Ateński kyrios miał władzę nad żoną i niedorosłymi dziećmi, ale dorosły syn zakładający własny oikos uniezależniał się prawnie. Rzymski paterfamilias zachowywał patria potestas nad dorosłymi synami do końca życia — przynajmniej formalnie. Jak pisał Saller: „Różnica między Grecją a Rzymem nie polega na tym, że jedni byli patriarchalni, a drudzy nie — obydwa społeczeństwa były głęboko patriarchalne — lecz na stopniu, w jakim prawo kodyfikowało ojcowską dominację.”

Drugą jest pozycja kobiet. Ateńskie obywatelki żyły w daleko idącej segregacji: ideałem była kobieta, o której nikt nie mówi — ani dobrze, ani źle — jak ujął to Perykles w mowie pogrzebowej cytowanej przez Tukidydesa. Rzymianki, choć formalnie podlegające męskiej władzy, uczestniczyły w życiu publicznym w stopniu nie do pomyślenia w Atenach: towarzyszyły mężom na ucztach, uczestniczyły w widowiskach, a niektóre — jak Kornelia, matka Grakchów, czy Liwia, żona Augusta — wywierały znaczący wpływ polityczny. Cornelia pisała listy, w których instruowała synów w kwestiach politycznych, a jedna z tych zachowanych — cytowana przez Corneliusa Neposa — jest jednym z najstarszych znanych tekstów napisanych przez kobietę w historii zachodniej literatury.

Trzecią różnicą jest stosunek do rozwodu. W Atenach rozwód był możliwy, ale skomplikowany proceduralnie i społecznie kosztowny, zwłaszcza dla kobiety. W Rzymie — przynajmniej w okresie późnej republiki i wczesnego cesarstwa — rozwód był prosty, częsty i, jak widzieliśmy, niemal pozbawiony stygmatu. Ta łatwość rozwodu zmieniła się radykalnie dopiero pod wpływem chrześcijaństwa.

Jack Goody, w swojej monumentalnej pracy The Development of the Family and Marriage in Europe z 1983 roku, postawił fundamentalne pytanie: dlaczego Kościół chrześcijański przejął rzymski model rodziny, a jednocześnie tak głęboko go zmodyfikował? Odpowiedź Goody’ego — kontrowersyjna, ale niezwykle inspirująca — wiązała się z kwestią spadków i dziedziczenia. Kościół, argumentował Goody, systematycznie ograniczał możliwości adopcji, konkubinatu, powtórnych małżeństw i małżeństw między krewnymi — a więc wszystkie strategie, które rzymskie rodziny stosowały, by zapewnić sobie dziedzica. Efektem było zwiększenie liczby bezdzietnych osób umierających bez spadkobierców — a ich majątki trafiały do Kościoła w formie pobożnych darowizn. „Kościół nie zniszczył rodziny” — pisał Goody — „ale przebudował ją w sposób, który sprzyjał akumulacji kościelnego majątku.” Teza ta wywołała burzę — wielu historyków zarzucało Goody’emu cynizm i redukcjonizm — ale nikt nie mógł zaprzeczyć, że Kościół rzeczywiście, krok po kroku, stworzył zupełnie nowy model małżeństwa i rodziny, diametralnie różny od modelu rzymskiego. Model ten — nierozerwalny, sakramentalny, ograniczony przez rozbudowany system zakazów pokrewieństwa — zdominował Europę na następne tysiąc lat.


Na peryferiach klasycznego świata: Celtowie i Germanie

Zanim jednak przejdziemy do chrześcijańskiej rewolucji rodzinnej, warto na chwilę wyjść poza granice Grecji i Rzymu — i spojrzeć na te ludy, które Grecy i Rzymianie nazywali „barbarzyńcami”, a które miały własne, równie złożone systemy rodzinne.

Tacyt, pisząc Germanię w 98 roku n.e., przedstawiał Germanów jako moralne lustro zepsutego Rzymu: monogamicznych, surowych, karnych, ceniących dziewictwo i wierność małżeńską. „Tam nikt nie śmieje się z występków” — pisał z moralizatorskim zacięciem — „i nikt nie nazywa korumpowania i ulegania korumpowaniu duchem czasu.” Współcześni historycy traktują Germanię z dużą ostrożnością — Tacyt prawdopodobnie nigdy nie odwiedził Germanii, a jego opis jest w znacznej mierze satyrą na Rzym przebraną za etnografię. Ale pewne elementy — potwierdzone przez późniejsze źródła — wydają się wiarygodne: znaczenie Sippe (rodu), instytucja mundium (opieki mężczyzny nad kobietami z jego rodziny) oraz ważna rola kobiet w sferze religijnej i wróżbiarskiej.

Prawo germańskie, skodyfikowane w V–IX wieku w tzw. leges barbarorum, ujawnia system rodzinny jednocześnie podobny do rzymskiego i fundamentalnie odmienny. Podobieństwo: patrilinearność, władza ojca, kontrola seksualności kobiet. Odmienność: brak adopcji w formie znanej z Rzymu (dziecko należało do rodu krwi, a sztuczne pokrewieństwo było podejrzane), ogromne znaczenie wergild — kary pieniężnej za zabójstwo, której wysokość zależała od statusu ofiary i która była płacona nie przez jednostkę, lecz przez cały ród. Rodzina germańska była wspólnotą odpowiedzialności: za czyny jednego z jej członków odpowiadali wszyscy.

W Irlandii system rodowy był jeszcze bardziej rozbudowany. Irlandzki fine — ród agnacyjny — dzielił się na podgrupy o różnym stopniu odpowiedzialności prawnej i ekonomicznej. Prawo Brehonów — irlandzkie prawo zwyczajowe, spisane w VII–VIII wieku, ale sięgające korzeniami znacznie dalej — regulowało małżeństwo z niespotykaną precyzją, wyróżniając aż dziesięć form związku, od pełnoprawnego małżeństwa z pełnym posagiem po przelotne związki bez żadnych zobowiązań. Kobieta irlandzka, w zależności od formy małżeństwa i wielkości wniesionego majątku, mogła mieć większe lub mniejsze prawa — w tym prawo do rozwodu, którego nie znało prawo kanoniczne Kościoła, który stopniowo wypierał prawo Brehonów. To zderzenie — między elastycznym, zniuansowanym systemem rodzinnym iralndzkich Celtów a sztywnym, uniwersalistycznym modelem Kościoła — jest jednym z fascynujących tematów wczesnej historii średniowiecza, do którego powrócimy w Rozdziale 8.


Dziedzictwo, które wciąż żyje

Kiedy współczesny prawnik mówi o „władzy rodzicielskiej”, echo patria potestas jest niemal dosłowne. Kiedy współczesna kobieta wnosi do małżeństwa swój majątek i zachowuje do niego prawo po rozwodzie, działa w ramach tradycji, która sięga rzymskiego małżeństwa sine manu. Kiedy współczesne państwo próbuje zachęcić obywateli do posiadania dzieci ulgami podatkowymi i zasiłkami — powtarza gest Augusta, z podobnie ogranczoną skutecznością.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 58.03