Rodzeństwo
ROZDZIAŁ 1
Stary, zbudowany za czasów niemieckich budynek trzymał się twardo do dzisiejszego dnia. Mimo niesprzyjającej pogody, zmęczenia materiału i swoich lat, nie ugiął się pod upływającym czasem. Stał dzielnie przy zakręcie pewniej ulicy, która po rozwidleniu prowadziła do centrum miasta.
Na zniszczone podwórko wjechał duży, czarny Hammer. Swoją drogą, mimo rozmiarów wyglądał na drodze jak baletnica. Po wyłączeniu silnika, z wnętrza wysiadł wysoki, szczupły mężczyzna. Zatrzasnął drzwi, a gdy usłyszał dźwięk blokady, ruszył w stronę wejścia do budynku. Jego oczom ukazała się wiekowa i rozklekotana klamka, która po naciśnięciu grzecznie wpuściła go do wnętrza budynku. Pierwsze, co dotarło do nozdrzy Lexa to zapach starości oraz śmierci. Poczuł zimne dreszcze na plecach. Gdyby nie zlecenie, nigdy z własnej woli nie pokazałby się tutaj.
Oczywiście nie była to jego pierwsza wizyta — wręcz przeciwnie. W czasach dzieciństwa miał tu rodzinę, zresztą bardzo bliską. Jednak czasy się zmieniały i wszystko odchodziło, a poza wspomnieniami pozostało stare mieszkanie i pożółkłe klucze. Stanął koło jak na ironię, nowej korkowej tablicy ogłoszeń i zamknął drzwi. Echo rozniosło się z prędkością światła aż na ostatnie piętro. Skrzywił się, cicho wypuszczając powietrze.
— Cholera… głośniej się nie dało? — Później wzdychnął i uniósł wzrok ku „niebiosom”.
Do półpiętra nie było żadnych problemów, kamienne schody perfekcyjnie maskowały jego kroki, jednak dalej schody były drewniane. W tej chwili Lex pożałował, że z miłością wybrał swoje glany. Tenisówki w tej sytuacji znacznie lepiej by tu się sprawdziły, chociażby dlatego, że chciał pozostać incognito. Nie mógł sobie pozwolić na to, że jakiś z jeszcze żyjących tu sąsiadów go pozna, wiedział również, że nie był do końca pewny, kto z tamtych czasów nadal tu mieszkał.
Stanął na pierwszym stopniu i poczuł, jak drewno ugina się pod jego ciężarem i cichutko skrzypi. Przerwę zrobił dopiero pomiędzy trzecim a ostatnim piętrem. Z tego półpiętra widoki były nieziemskie. Idealnie okrągłe, zachodzące słońce, stara parowozownia i kilometry lasów aż po horyzont. Chłopak obrócił się, spojrzał na sufit oraz ściany marszcząc czoło. Niegdyś biała farba, teraz poszarzała i łuszczyła się całymi płatami z braku zainteresowania i odpowiedniej konserwacji. Tuż nad głową, Lex zauważył, że farba była mocno popękana i wściekle żółta.
Podejrzewał pęknięty sufit i przecieki.
— Proszę, by mi tylko nic na głowę nie poleciało.
Nabrał głęboko powietrza i wdrapał się na owe, czwarte piętro. Były tam nieco szerokie, ciemnobordowe, a może prawie brązowe drzwi. Przed takim jakby korytarzykiem, znajdowały się po obu stronach drzwi prowadzące do stryszków. Lex z torby wydobył zabytkowe klucze i wsunął je w otwór zamka. Chciał jak najszybciej znaleźć się w środku, ale efekt był taki, że kręcił kluczem w kółko. Po kolejnych trzech próbach dał sobie spokój. Rzucił wiązankę wulgaryzmów i znowu podjął próbę otworzenia drzwi.
— Dalej, wierzę w ciebie — po niespełna trzech, może czterech kolejnych minutach, zamek wreszcie zatrzymał się i delikatnie puknął. Lex, z ulgą wypisaną na twarzy, schował klucze do kieszeni kurtki.
Uświadomił sobie, że i ta klamka nie miała się najlepiej. Była lekko przechylona ku dołowi, wyglądała na wysuniętą z otworu. Wyglądała, innymi słowy, jakby miała zaraz się rozpaść pod mocniejszym naciskiem. Nawet takim delikatnym.
— Na litość… tu wszystko jest takie… zrypane, no. Obym tego nie żałował — szepnął pod wpływem szoku.
Otworzył drzwi, ale nie wszedł do środka mieszkania. Stanął niczym słup soli, wybałuszył oczy i otworzył usta tylko po to, by je po chwili zamknąć. Widok pomieszczenia kuchennego był przerażający. Brudne, lepkie, poplamione ściany i rozwalone meble, albo raczej ich pozostałości. Rozbite okna, kawałki zasłon, przepalone gumoleum i smród, przeokropny smród drażniący nawet najbardziej wytrzymałe nozdrza.
Widok na pewno nie był przeznaczony dla ludzi o słabych nerwach. W tej chwili miał ogromne wątpliwości, czy ktokolwiek mógł tutaj mieszkać. Nie w takich warunkach, ale niestety musiał jednak sprawdzić i nieco pobuszować w tym… wszystkim. Naciągnął rękaw bluzy i zasłonił sobie usta, by nie zwymiotować.
— Łee, echu, echu. O matko — dodał, czując jak do oczu napływają mu łzy. — O matko, żebym wiedział, co zastanę… krętacz jeden. — Lex czuł również, że jego żołądek powoli zaczyna się buntować.
Stanął na czubkach butów, idąc powoli i szukając kawałka w miarę czystej przestrzeni. Miał pewność, mógł się nawet o to założyć, że smród, żółte i brązowe plamy pochodzą od potrzeb fizjologicznych. Tym logiczniejsze wydawało się mu unikanie najgorzej wyglądających miejsc. Docierając do drugiego pomieszczenia, ujrzał również niesamowity bałagan. Gorszy, znacznie gorszy niż w pomieszczeniu kuchenny.
Potrząsnęło jego ciałem porządnie, jednak zatrzymał się, zerkając przez dziurawe okno na pobliskie drzewo, ale niestety nie wiadomo co sobie pomyślał. Z pewnością była to głęboka, ratująca jego żołądek myśl. Powrócił jednak do rzeczywistości i w tej chwili dostrzegł szare drzwi prowadzące do kolejnego, ostatniego pomieszczenia. Żeby się do nich dostać, musiał raptem pokonać niewielki dystans, raptem kilka dużych kroków. Jednak ów dystans był wydłużony przez wszechobecne śmieci i fragmenty wyposażenia mieszkania, choć i jego wcale nie było już tak dużo.
Co demolka to demolka.
Ostatecznie dotarł do tych drzwi, ale pojawiła się nowa, nieprzewidziana sytuacja. Drzwi były zamknięte, ale nie na klucz.
Po prostu brakowało klamki, tylko i aż.
— Ku… rde mać, niech to jasny szlag weźmie! Kurde! Zamknięte, poważnie? — wyrzucał z siebie słowa, w zupełnie losowej kolejności.
Ostatnio dosyć często tracił równowagę. Bywał też rozchwiany emocjonalnie i w efekcie równie łatwo tracił kontrolę nad sobą. Nerwy i tym razem wzięły górę. W ramach poszukania relaksu zaczął rozglądać się za klamką. W głowie układał też plan co zrobić, gdyby jednak tej klamki nie było. Lex zdawał sobie sprawę, że nie może pod żadnym pozorem ich wyważyć, chociażby dlatego, że byłby to niepodważalny dowód na jego obecność, musiał więc to zrobić możliwie jak najdokładniej i ostrożnie.
Poszukiwania przerwały cudze kroki, dochodzące z korytarza. Chłopak wyraźnie słyszał pewne i silne stukanie ciężkich butów na drewnianej podłodze. I raczej ten ktoś nie martwił się dawaniem znaku o swojej obecności. Zrozumiał też po chwili, że ten ktoś zmierza właśnie tutaj. Błędem okazało się zostawienie drzwi otwartych. W sumie jego własne auto też mogło być winne całemu zamieszaniu, wszak nie było ono małe i niewidzialne. To była, bądź co bądź, krowa. Inna, naprędce wymyślona opcja zakładała, że był śledzony i tego jakimś cudem nie zauważył. Te wszystkie, jak i inne decyzje mogły skończyć się dla niego fatalnie.
Używając daru, szybko przemieścił się do drzwi od pomieszczenia kuchennego i odbił na drugą ścianę. W tym właśnie momencie do mieszkania wszedł nieproszony gość. Lex zacisnął dłonie w pięści, będąc w gotowości bojowej. Intruz właśnie zbliżał się do progu, gdy Lex wyskoczył zza ściany i warknął, wystawiając kły.
— Jeszcze jeden krok a po… o! URSA?! — Lexowi wyraźnie ulżyło, bo przewrócił oczami.
— A kogo to się spodziewałeś, co? Hahaha, dobre… — rzuciła Ursa, z ironią oglądając pomieszczenie. — Przyjechałam dosłownie przed chwilą, ale gdy Crispin powiedział mi, że robisz misję wspomnień, zaczęłam cię szukać, ale twoje auto zniknęło.
— Tak, sis, wiem. To auto ściągnie kiedyś na mnie kłopoty — Lex rozejrzał się nieswojo po pomieszczeniu.
— A właśnie, Lex. Znalazłeś tutaj coś, poza tym, bajzlem może?
— Poza tym — wyraźnie wyartykułował chłopak każdą sylabę. — znalazłem tamte, o, drzwi. De facto zamknięte, bo… nie ma klamki. — Lex wzruszył ramionami.
Czarownica spojrzała przez ramię na brata, chcąc coś powiedzieć.
— Oo, nie! Nie ma takiej mowy, nie! — Lex aż odskoczył, kręcąc przecząco głową.
— No ale weź pod uwagę, że nikt z pewnością nie obrazi się, jeśli te drzwi znajdą się ponownie na swoim miejscu. — Ursa bąknęła.
— Ta akcja ma być czysta, żadnych zagrywek.
— Och, ok. Daj mi czas, muszę tu ogarnąć, co się z czym je, też byś ruszył tyłek i poszukał tej klamki… — Lex ruszył za siostrą zaskoczony.
Zamiast tradycyjnej ciętej riposty, otrzymał spokojną informację. Nic złośliwego ani wrednego.
— Ursa…? — czarownica patrzyła i oglądała w skupieniu zamek. Po chwili jednak odezwała się ponuro — czego?
— Jesteś jakaś niewyraźna, wszystko w porządku?
— Jest, właśnie jak najbardziej w porządku, czemu pytasz? — pochyliła się i przyjrzała z bliska otworowi, w którym powinna być klamka. — No, chyba że jak zwykle szukasz drugiego dna.
Z gardła Lexa wydobył się cichy warkot.
— Och, no dalej, powiedz mi, co się stało. Nie oszukasz mnie, czuję wszystko. — Lex nagle odwrócił się bokiem, do czegoś, co chyba służyło kiedyś za stolik.
Wyjął ostrożnie, spod starej gazety aluminiowy widelec.
— Może to? — Ursa nie patrząc na brata, wzięła z jego dłoni widelec i nadal pochylona, włożyła go w otwór i zaczęła tam coś manipulować. Raz w lewo, a raz w prawo. W prawej dłoni miała wytrych i dwa małe śrubokręciki, które w obecnej sytuacji i tak niewiele mogły pomóc.
Na początku cała sytuacja wyglądała zabawnie, ale chłopak zaczynał się denerwować i mruknął
— Raczej się nie uda… poszukajmy czegoś innego. — Chciał już iść, gdy Ursa niespodziewanie chwyciła go za rękaw i mruknęła.
— Nie idziesz, otworzyłam — Lex nawet się nie poruszył.
Wzrok przeniósł ze siostry na drzwi. Coś w nich nie pasowało, jakby odstawały nieco od futryny. Ostrożnie, jakby go miały pogryźć, wysunął dłoń i je pchnął.
— O kurwaczki… — chłopak otworzył usta i poczuł ciarki na plecach.
Ursa z wyrazem triumfu odrzekła spokojnie.
— Zatkało, co? Mówiłam, że w końcu nauczę się otwierać zamki i… drzwi też, w sumie — potem zaśmiała się i kopnęła drzwi, które zatrzymały się na ścianie.
To pomieszczenie było w najgorszym stanie. Farby już nie było żadnej, ba, tynk już też praktycznie żegnał się ze ścianami. Na suficie zostały ślady czegoś białego i czerwonego. Po żyrandolu i kablach została ogromna, pionowa linia aż do dziury, w której pewnie mieścił się kiedyś kontakt. Żadnych mebli, zerwana podłoga. Widać było jakieś deski, nie wiadomo, co dokładnie. Można było śmiało wnioskować, że smród w całym mieszkaniu wydobywał się właśnie stąd. Na podłodze leżały bowiem kawałki materiałów, ubrań, a co niektóre z nich nosiły ślady użytkowania w bardziej przyziemny sposób.
— O ja jebię… — Lex zwinnym obrotem wycofał się do poprzedniego pomieszczenia i gdzieś w kącie, przy salwie łaciny podwórkowej opróżnił żołądek.
Ursa nie zwracając uwagi na obrzydliwy odór, brała płytkie wdechy przez nos. Po dokładnej obserwacji czekała na brata, oczywiście w milczeniu. Wreszcie chłopak nadszedł. Wtedy dopiero Ursa wydobyła z torby dwie pary lekarskich rękawiczek. Podała jedną parę bratu, mierząc go surowym wzrokiem. Lex wziął je i bez gadania ubrał.
— Och, nie idziesz płonąć na stosie… znajdźmy to, co musimy i wynośmy się stąd. — Ursa pierwsza, bez problemu, pochyliła się nad stertą wilgotnych szmat i zaczęła je przekopywać.
Lex po chwili poszedł w jej ślady, lecz bez pewności, co za chwilę znajdzie. Powoli przerzucał kolejne kawałki śmieci. Połowa pokoju była jakby ciut czystsza. Wspólnie szło im całkiem nieźle, choć Ursa była bardziej zorganizowana i systematyczna niż chaotyczny brat. Chłopak znalazł się w końcu pod oknem, dobrał się do wytartych i popękanych starych jeansów. Podniósł je dwoma palcami, krzywiąc się okrutnie. Dreszcze przeszły jego ciało, więc wyrzucił znalezisko za siebie, gdziekolwiek. Ursa widząc to, zaśmiała się mimowolnie.
Jego męki nie trwały jednak ani minuty dłużej.
— Hej, brat. Chodź no tutaj — gdy tylko Lex się zbliżył, czarownica wyjęła spomiędzy koszuli i brudnej bielizny małe pudełeczko.
Uradowany Lex stanął obok i zanucił cicho „o tak, o tak…”
— Zamknij się, z łaski swojej — burknęła Ursa, patrząc karcąco na młodszego brata. Później podsunęła mu pudełeczko, mówiąc dumnie — ty otwierasz, bo ja znalazłam.
— No okej, o ile mnie to nie uszkodzi — chłopak kucnął i wziął w dłonie pudełeczko, uważając, by rękawiczka, która pękła między kciukiem a palcem wskazującym nie pękła całkiem na kawałki.
Obejrzał ów pudełko z każdej strony i szybko odparł z kwaśną miną
— Po kaczaku, nie otworzę go tutaj. Jest oczywiście… zabezpieczone. — zatrząsł nim leniwie. — Chyba że poza wytrychami, masz te długie patyczki do rozbrajania pułapek?
— Nie, ich nie wzięłam… A może są u ciebie w aucie, po ostatniej misji, szlag! Gdzieś z pewnością są. — Ursa mruknęła, poprawiła swoje czarne włosy i się skrzywiła.
Czarownica patrzyła chwilę na drewniane wieko. Jakby się zamyśliła, gdy zagryzła dolną wargę, jej skupienie przerwał cichy świst. Lex mruknął coś i doskoczył do siostry, łapiąc w dłoń drewnianą strzałę.
— A to, u diabła, skąd się tu przywlekło?
— Też chciałabym to wiedzieć…
Lex uniósł się kawałek, pokiwał znacząco głową patrząc w okna, kątem oka zauważając czyjś cień. Cofnął się, ale zaraz zatrzymał, ponieważ poczuł na włosach muśnięcie drugiej strzały. Strzała, pech chciał, trafiła w drewnianą futrynę, odbiła się i upadła na podłogę.
Nowy, ponownie załadował kuszę drżącymi dłońmi, ale odsunął się chociaż od ściany. Miał teraz prostą drogę do ucieczki, pewnie na wypadek zmiany planów lub przymusowej ewakuacji.
— Ciekawe, czy jest sam.
— Ciekawe, to jest to, jak stąd uciekniemy — mówiąc to, Lex stał już za ścianą, zostawiając siostrę za drzwiami.
— Osłaniaj mnie — mruknęła czarownica i powoli wyszła wyprostowana zza drzwi, zbliżając się do łowcy.
— Gdzie?! Zostań — Lex zamruczał przeciągle. Bez dokładnego planu, nie było wiadomo, co i jak. Ursa jak zwykle poszła na żywioł. Wiedział też, że akurat jej mieszanka genów była wystarczająco wybuchowa, by sprawić, że Ursa była twardsza niż wiele innych istot.
Lex nawet nie przysłuchiwał się rozmowie. Korzystał z sytuacji i cicho jak mysz, przesuwał się do wyjścia, a liczył na to, że łowca go nie usłyszy. Jego siostra wciągnęła młodego chłopaka w rozmowę, w końcu dużo wiedziała o ludzkim świecie. Ten, miał jednak widocznie słabe nerwy, jak na łowcę.
— Stój! Bo strzelę! — syknął piskliwym głosem. Z trudem udawało mu się pozostawać skoncentrowanym, był wyraźnie zestresowany. Zapewne rzucili go na głęboką wodę.
— Strzelaj łowco, strzelaj. Ja nie jestem wampirem ani wilkołakiem i twoje strzały nie zrobią mi żadnej krzywdy — w ramach pokoju, Ursa trzymała ręce na wysokości ramion i czasem tylko lekko nimi poruszała, gdy już jej mięśnie odmawiały posłuszeństwa. Wyczuła, że Lex jest praktycznie tuż obok.
możesz ruszać, będę cię osłaniał, poza tym, jest sam?
Czarownica lekko kiwnęła głową, patrzyła dalej w oczy łowcy, starając się być dalej skoncentrowana. jeżeli są inni, to na pewno nie tutaj, raczej mogą obstawiać drzwi
wejściowe na dole, na pewno mi nic nie zrobi?
Lex wykonał szybką analizę. W końcu postanowił.
nie, drewno nic ci nie zrobi, zresztą nie dam mu dużego pola
do popisu, możesz zaczynać.
Brat znalazł się przy pierwszym oknie od drzwi kuchennym. Ursa gwałtownie poruszyła rękoma i to wystarczyło. Martin wystrzelił, stres zadziałał. łap ją! już!
Lex odbił się od parapetu, wychylił zza drzwi i ruszył na młodego łowcę. Ursa ze spokojem złapała strzałę w palce i szybko ją złamała, pozostając jako wsparcie. Lex z pół obrotu kopnął martina w twarz, wyrwał mu kusze, rzucając w kąt. Łowca zakołysał się, unosząc ręce. Lex cofnął się i wyprowadził cios w żołądek. Zadziałało. Martin się pochylił, a Lex to wykorzystał. Chcąc mu wyrwać również noże, lekko kucnął i sięgnął po pochwy przytwierdzone do paska łowcy, jednak sekundę później jęknął z bólu. Łowca perfidnie i bez najmniejszego ostrzeżenia wbił mu kołek w nogę.
— Argh, zabiję cię! — syknął Lex i kolanem przywalił chłopakowi w nos, obrócił go chwytając za ramiona. Złapał jego kark i gwałtownie odchylił.
Lewą ręką przytrzymał za pas, prawą z kolei lekko przydusił. Ursa otworzyła oczy szerzej. Wiedziała, że brat popełnił drobny błąd. Ujrzała dopiero teraz, że w progu mieszkania stała rudowłosa piękność z pistoletem. Odczytując myśli dziewczyny, pojęła, że naboje zawierały drewniane wióry. brat! masz drugiego łowcę na karku… nie ruszaj się, bo ma drew-
niane naboje… spróbuję coś podziałać.
Lex zwolnił uścisk na karku Martina. Poczuł niemiłe uczucie, które nawiedzało go głównie w takich sytuacjach. też uważaj, cholera wie, kim ta dziunia jest spokojnie, to nie ja jestem na muszce, no, jeszcze nie
— Głupia! Spluwa na ziemię albo twój chłoptaś straci łeb! — Ursa wyskoczyła z drugiego pokoju, była wyraźnie nakręcona przez adrenalinę.
Efekt zaskoczenia pomógł również i w tej sytuacji. Jedna z najlepszych broni świata. Kobieta nieco się spłoszyła i zgubiła swoje skupienie. Widać było, że obydwoje byli zupełnymi świeżakami. Coś się jednak zmieniło i już odzyskała grunt.
— Zanim to zrobisz, wampir zginie pierwszy — odblokowała pistolet i wymierzyła w Lexa, kładąc palec na spuście.
gorąco się robi, siostra… to lubię i co z tego? Jak zwykle damy radę, kim chcesz się zając?
Na twarzy Lexa pojawił się ironiczny uśmieszek. Wzmocnił ponownie uścisk na szyi łowcy i niezauważalnie pokazał głową na kobietę.
Tym razem wybieram laskę, jest… bardziej głupia i gburowata
Ursa z politowaniem spojrzała na młodszego brata. Od zawsze rzucał się na kobiety, które były lub próbowały być w jakikolwiek sposób lepsze w walce od niego. Żadna nie przeżyła. Tym razem wiedziała, że ta biedaczka również nie ucieknie, nie zobaczy wschodu słońca. Czarownica wystrzeliła z przechwyconej kuszy, ale nie w kobietę, tylko w ścianę nad jej głową. Rudowłosa zareagowała niemal od razu. Wcisnęła spust i wystrzeliła drewniany pocisk w metalowej łusce. Lex krzyknął do niej z uśmiechem na twarzy.
— To był błąd, kochana.
Na wyczucie puścił Martina i łapiąc go w pasie, zasłonił się nim. Dalej sytuacja potoczyła się samoistnie. W czoło łowcy trafił pocisk. Rodzeństwo wyraźnie słyszało dźwięk przerywanej skóry, potem pękającej kości i ten moment, gdy tego typu kula roztrzaskuje się na miliony kawałeczków, tworząc jeszcze większe obrażenia w ciele ofiary. Ciało łowcy opadło bezwładnie na stertę szmat, a kobieta wrzasnęła głośno, wyrzucając dłonie ku górze.
— Martin! Nie! Nie… Zapłacicie mi za to, obydwoje, tu i teraz — nie zastanawiając się nad tym, co właściwie robi. Wyjęła drewniane noże i rzuciła się dzikim sprintem na rodzeństwo. że też nie mogła uciec z krzykiem… i tak byś ją upolował, bierzesz ją? tak, tak, mam ochotę ukręcić jej ten rudy łeb. zabijamy i znikamy Rudowłosa łowczyni wywinęła nożem w powietrzu, ale Lex się uchylił i uderzył ją w bok. Ursa z drugiej strony uderzyła łowczynię w kark, raz za razem. Brat przesunął się do przodu i złapał jej nadgarstek, by wyrwać nóż. Czarownica natomiast próbowała ją uderzyć kolejny raz, ale ta zaczęła się rzucać jak w spazmach.
brat, zakończ to.
Gdyby w tej chwili, Ursa się nie cofnęła, otrzymałaby od łowczyni cios w policzek. Lex wykręcił rudowłosej ramię, bezlitośnie gryząc jej szyję. Wgryzł się bardzo głęboko, pozwalając, by krew swobodnie wypływała z ciała. W końcu puścił ją i otarł usta rękawem, patrząc na siostrę.
— Niech się teraz wykrwawi, masz?
Ursa zajrzała do torby, pogrzebała chwilę i zaraz ją zamknęła.
— Tak, brat. Teraz znikamy stąd, nim ktoś jeszcze razy nas odwiedzić. — mówiąc to, siostra ruszyła do wyjścia z mieszkania, poprawiając swoją skórzaną kurtkę.
Lex był tuż za nią. Zostawił drzwi otwarte, w międzyczasie piszą do Crispina, by ten ściągnął odpowiednich ludzi, którzy zajmą się uporządkowaniem ciał i zatrą ślady. Gdy schodzili na dół, Lex patrzył w każde okno. Nie wiedział, czy z nudów, czy z jakiejś wewnętrznej potrzeby. Obydwoje milczeli.
Wychodząc klatki schodowej, również w milczeniu wsiedli do Hammera Lexa, jadąc wprost do domu Crispina, by omówić istotne kwestie zlecenia.
Na przedmieściach stał mały, piętrowy biały domek należący do nijakiego Crispina Right’a. właśnie otworzył drzwi rodzeństwu, zapraszając serdecznie do środka. Był to młody facet, coś koło dwudziestu pięciu lat. Jednak dzięki bogactwu ojca, zdobył świat biznesu swoimi, rzekomo genialnymi pomysłami na rozwój branży IT i medycznej. W rzeczywistości ochraniając świat istot nadnaturalnych.
— Siadajcie, proszę. Co się stało, ze szczegółami — miał wysoki, uprzejmy głos. Sam też zasiadł w skórzanym fotelu i przeczesał palcami swoje orzechowe włosy.
Ursa patrząc wymownie na brata, usiadła z nim na kanapie i opuściła wzrok. Potem wzdychnęła i powiedziała
— Jak już znaleźliśmy to pudełko, natychmiast wpadli łowcy i zepsuli całą akcję. Niezbędne, wręcz bardziej niż konieczne było ich natychmiastowe usunięcie z pola, ponieważ wystąpiło podejrzenie, że nas zdemaskują przed śmiertelnikami i sprowadzą wsparcie. Pragnę przypomnieć, że w tamtym budynku mieszkają sami śmiertelnicy i byłoby to zbyt duże ryzyko…
Lex nic nie dodał. Spojrzał chłodno na chłopaka, który bawił się kosmykiem włosów, nad czymś rozmyślając. W końcu Lex postanowił przerwać niezbyt wygodną ciszę — I co dalej, Crispin?
Ursa spojrzała ostro na brata. brat…
Lex cicho wzdychnął i spojrzał na nią wymownie.
no co? krzywdy mu nie zrobiłem żadnej, myślę, że nie nabawi się
depresji, tylko dlatego, że powiedziałem do niego po imieniu Wreszcie Crispin się odezwał.
— Lex, nie jestem jednym z „Was”, jednak myślę, że moi ludzie zmiotą wszystkie, dosłownie wszystkie ślady. Ta popsuta akcja pozostanie tylko i wyłącznie w umysłach naszej trójki. W moim tylko do czasu mojej nieuniknionej śmierci.
Ursa, jakby zamyślona wygrzebała z torby pudełeczko i położyła je ostrożnie na kolanach Crispina. Bez słowa chłopak wziął je w dłonie i mruknął bardziej do siebie — A więc mam cię — Lex nawet na to pudełko nie spojrzał. Mniej więcej, ale wiedział, co tam jest i ta wiedza trzymała go w trzeźwości. Znał konsekwencje niewłaściwego posługiwania się ową „bronią”. W złych rękach mogła spowodować śmierć wielu istot.
— Co z tym zrobisz? — Ursagita odezwała się jakby bez zastanowienia. Poruszyła się i kątem oka spojrzała na zegar.
Crispin, trzymając pudełeczko w dłoniach, patrzył na nie wilczym wzrokiem, dopiero po chwili odpowiadając.
— A cóż ja mogę z tym zrobić? — po chwili wstał i się zaśmiał. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że śmiał się niczym szaleniec jakiś.
dlaczego mi się to nie podoba, brat? a myślisz, że ja co? wróżka? ale fakt, śmierdzi podstępem.
— Wiecie, co? Jesteście tak naiwni, że naraziliście wasze gatunki na moją łaskę… lub jej brak. Jednak na początek ty posmakujecie tych konsekwencji. — Crispin pstryknął palcami, a przez drzwi weszli ludzie ubrani w jednolite, czarne stroje. siostra, czy ty myślisz o tym samym, co ja?
Ursa nie czekała zbyt długo.
— Łapki precz, panowie — Gdy jakiś, mimo wszystko odważył się złapać ją w pasie, zareagowała od razu. Odchyliła się, a potem przewróciła ochroniarza na plecy.\
Lex natomiast obrócił się na bok i złapał jakąś wazę, wyglądał na cenną. Ochroniarz wykonał zwinny unik, jednak musiał być rzecz jasna człowiekiem. Lex złapał go za nadgarstek i wazę rozbił mu na twarz, dosłownie. Zawiesił się na jego ramionach, unikając tym samym, ciosu innego goryla.
— Brać ich, nawet martwych — rzucił Crispin, chowając pudełeczko do torby i kierując się do drzwi.
Czarownica przeskoczyła nad ramieniem siwego ochroniarza. Uderzyła go poniżej pasa i wysunęła otwartą dłoń, mruczą niezrozumiałe słowa pod nosem. Chłopak nie doszedł do progu, ponieważ złapał się za głowę i wrzasnął, wypuszczając tym samym torbę z rąk. Lex chcąc wykorzystać okazję, odepchnął od siebie ochroniarzy i rzucił się w stronę Crispina. Ostatni odważny próbował zablokować drogę Lexowi, grożąc mu nożami. Znowu noże!
Pierwszy cios nie trafił go w serce. Lex przechylił się na bok, oparł się o ścianę i piętą uderzył ochroniarza w twarz. Ten puszczając noże w panice, złapał się za nos. Ursa wykorzystała to małe zamieszanie i podbiegła do torby Crispina, gdy chłopak w samym momencie też ją złapał, ale za nogę. Zaczęli się szarpać. Obydwoje byli zdesperowani. Jednak Lex, mając wolny skok i chwilę, skoczył na plecy strojącego obok chłopaka i wgryzł mu się w szyję, mrucząc niewyraźnie — nawet nie próbuj się szarpać, będzie bolało jeszcze bardziej.
bierz to dziadostwo i uciekamy no, ej, robię, co mogę przecież…
Lex odskoczył i z byka powalił chłopaka na ziemię, parę razy uderzając go w różne miejsca, warcząc przy tym. Crispin w przypływie chwilowej adrenaliny, chciał Lexa z siebie zrzucić, ale Lex był na szczęście cięższy i nieco szerszy. Pudełeczko leżało obok, pozostawione same sobie, ale też nie na długo. Ursa już trzymała je w dłoniach, zaciskając palce na drewnianych bokach. Spojrzała na brata, puściła mu oko, by po chwili pognać w kierunku wyjścia. Wiedziała doskonale, że Lex sobie poradzi, a pudełko w obecnej sytuacji było najważniejsze. co dalej robimy, Lex? zaraz do ciebie dołączę, czekaj w aucie
Lex jeszcze kilka razy uderzył Crispina, potem podniósł się i wybiegł na mały korytarz, skręcając w lewo i wybiegając na dwór. Stało tam akurat dwóch goryli. Nie ryzykował i przeskoczył przez mały płotek. Słyszał, jak w tym samym czasie jego Hammer zawarczał groźnie i za kierownicą ujrzał nikogo innego, jak Urse z szerokim uśmiechem na twarzy.
— Ruszaj! No dalej! — krzyknął Lex, wyskakując na chodnik. Biegł wzdłuż płotu, słysząc krzyki ochroniarzy.
Auto gwałtownie ruszyło, zjechało na ulicę i pędziło do skrzyżowania, by zdążyć przed Lexem. Ursagita patrzyła, jak dwóch osiłków próbuje też dogonić jej brata. Zwolniła nieznacznie, grzebiąc w szufladzie. Modliła się, by znalazła tam jakąś broń. Lex ponownie przyspieszył, ale obejrzał się za siebie. Dwójka nie dawała za wygraną, a do skrzyżowania niewiele im zostało. Nagle wydobyli pistolety, jednak chłopak nie wiedział, jakie mogli posiadać naboje. Rzucił się w bok, pomiędzy zaparkowane auta. Zauważył też, jak Ursa wjeżdża z rozpędem na trawnik. jednak dorwałaś się do mojej zabawki… stul dziób i biegnij
Lex usłyszał strzały, jednak nic nie poczuł. Dał się skusić i znowu obrócił głowę. Jeden z mięśniaków padł na ziemię jak worek ziemniaków. Siostra miała całkiem niezłego cela, chociaż nigdy nie korzysta z broni palnej. Nagle, tuż obok niego, jakieś auto właśnie straciło szybę. Znowu przyspieszył, widząc, jak światło zmienia się akurat na zielone. siostra, zielone! czekaj chwile…
Hammer nagle, niespodziewanie, uderzył w ostatniego ochroniarza, zjeżdżając z trawnika i zbliżył się do Lexa. On sam zwolnił, dobiegając już prawie do skrzyżowania. Ursa zatrąbiła, zakręciła i wjechała na krawężnik, nawet nie wyłączając silnika.
— Wskakuj! — Lex zatrzymał się, czarownica przeskoczyła na miejsce pasażera, a wtedy chłopak wskoczył na miejsce kierowcy. Zamknął drzwi, jednocześnie zjeżdżając z krawężnika na ulicę.
— Udało nam się, co za akcja — Ursa zapięła swój pas bezpieczeństwa, jakby zapadła się w siedzenie i zaczęła grzebać w torbie, po chwili wyjmując butelkę wody.
— Na szczęście, że nam się udało — Lex mruknął. —
A tak przy okazji, nie byłoby akcji, jakbyś uważniej sprawdzała, od kogo przyjmujesz zlecenia — odpalił klimatyzację, by się ochłodzić.
Ursa zakręcając butelkę wody, zmarszczyła brwi, patrząc surowo na brata.
— Odwal się. Ty potrafisz czytać w myślach i mogłeś już go przejrzeć od progu.
Lex przygryzł dolną wargę i odpowiedział spokojnie.
— Nie zrobiłem tego, bo wierzę, że jak coś robisz, to jest to dobrze zrobione, no ale się stało i trudno. — mówiąc to Lex wyjechał z miasta na zachód, w kierunku ich domu.
Auto wjechało na podjazd, zatrzymując się przed garażem. Rodzeństwo wysiadając, nie zamieniło ze sobą ani słowa.
Nie na głos.
co dalej robimy?
Ursa, nie mamy wielu opcji, naszym zmartwieniem jest teraz otworzenie wieka i sprawdzenie, co konkretnie jest w środku.
Lex otworzył drzwi do domu, wszedł do środka i skierował się od razu do salonu. Ursa kroczyła tuż za nim. Drzwi zamknęły się samoistnie z cichym pyknięciem, a na stoliku wylądowało pudełko.
— No, to już… — Ursa nie była pewna, co dalej powiedzieć, ale po tym, co się wydarzyło zatrzymanie się, bądź wycofanie byłoby co najmniej głupie.
— Okej, okej. No, to hej! — Lex z ogromnym wahaniem zaryzykował i rozwalił blokadę wieka.
Warknął cicho, bo poczuł smród przypalonej skóry. Jego dłoń dymiła, a skwierczenie przyprawiało o mdłości. Rodzeństwo ostrożnie zbliżyło się i zajrzało do środka. Obydwoje też zaniemówili, mrugali oczami, wlepiając wzrok w to, co znajdowało się w środku.
Czarownica krążyła po pokoju, od czasu do czasu popijając swój gniew zimną, rozcieńczoną whisky. Mamrotała pod nosem wulgaryzmy, wiedząc, że była słuchana.
— No nie, to niemożliwe. Szlag!
Lex zerknął na siostrę, po czym spokojnie rzekł.
— To możliwe, niestety, ale co czujesz? Czujesz to?
— CO? — Lex aż podskoczył, udając, że się wystraszył. Po chwili jednak kontynuował z ironią.
— To coś, po prostu wydziela energię, rozumiesz? — spojrzał na siostrę, lecz ta milczała.
Spojrzała na podłużne urządzenie, potem na brata, by po chwili jęknąć
— Wiesz co, to jest złom.
Lex zerwał się na równe nogi, podbiegł do pudełka i w momencie, gdy chciał podnieść to coś, jego dłonie zaczęły się palić. Zaczął nie krzyczeć, a bardziej jęczeć, dmuchając w kierunku dłoni. To nie był zwyczajny ogień, a coś, co miało go trzymać w odpowiedniej odległości od tego urządzenia. Obok stała czarownica i zakryła dłonie brata z politowaniem.
— Nie musiałeś tego robić, by mnie przekonać — ręcznikiem, powoli oporządzała dłoń brata, zaczynając rozumieć do czego ta sytuacja prowadziła.
— Czy ty myślisz o tym samym, co ja? — pocierając poparzone dłonie, Lex czuł, że zaczynały się regenerować. Spod byka natomiast patrzył na siostrę, bo nie podobał mu się pomysł, który urodził się w jej głowie.
Długie rozmowy, noce przy winie i papierosach. Nic nie pomogło, nic nie wpłynęło na zdanie jego siostry. Ursa była uparta, o czym przekonał się już nie raz. Mało tego, teraz jak nigdy wierzyła w słuszność swojego planu. Pomimo kłótni, Ursa postawiła ostatecznie na swoim.
Z samego rana postanowiła zadzwonić do Crispina i zwrócić mu pudełko z jego zawartością. Oczywiście młodszy brat stawał na głowie, wysypywał megatony argumentów, lecz nic nie pomogło.
— Right, słucham?
— Witaj, tutaj Ursagita… — Lex siedział na kanapie i słuchał. W milczeniu słyszał swoje szybkie bicie swojego serca i szum krwi. Denerwował się, ale wiedział, że jego siostra ma w tym planie jakiś głębszy cel.
Robi to po coś.
— Dobrze. Będziemy czekać.
— W takim razie do usłyszenia.
Czarownica nawet nie musiała się rozłączać.
— Pakujemy to coś i zabieramy na Downey Avenue. — szybkim krokiem udała się do wyjścia. Jej drogę zastawił Lex.
— Jesteś tego pewna, ale tak dogłębnie? Wiesz, w co się pakujesz? Nie wystarczy ci to, co urządził we własnym domu?
Ursa ponownie spojrzała na brata z politowaniem i wyminęła go.
— Czekam w aucie. — rzuciła na poczekaniu i wyszła, zostawiając brata samego z własnymi wątpliwościami.
Zatrzymali się dopiero przy starej fabryce papieru. Ursa wysiadła jako pierwsza, a jej uśmiech na twarzy, był zaopatrzony w pozytywną energię. Widać było, że za parę godzi słońce zajdzie, ale nikt się tym nie przejmował.
brat, nie musisz się tak czaić czemu nie? a jak nie będzie sam? spokojnie, głupia nie jestem i nie ryzykowałabym na tyle, by nas
wystawiać
W międzyczasie na podwórze wjechało czarne auto z równie czarnymi szybami. Zanim jeszcze się całkowicie zatrzymało, z wnętrza wyskoczyło paru goryli, oczywiście ubranych również na czarno. Parodia. Po pewnym czasie wysiadł Crispin, we własnej osobie.
— Witajcie. Jednak wróciliście do mnie, jak miło — uśmiechnął się i wsunął szczupłe dłonie w kieszenie marynarki.
Rodzeństwo stało obok siebie, ale to Ursa podjęła rozmowę.
— Nie możesz twierdzić, że całkiem wróciliśmy. Chcemy… raczej to ja chcę, ci to oddać. My i tak z tego korzystać nie możemy. — mówiąc to, podała Crispinowi drewniane pudełeczko i się cofnęła.
— Co jest w środku?
Tym razem odezwał się Lex. W jego głosie dało się wyczuć odrobinę ironii.
— Zaklęty… coś w rodzaju gwizdka, w który się jednak nie dmucha. Chyba.
Crispin patrzył kątem oka na Lexa, powoli otwierając pudełko. Jego serce przyspieszyło, bo czuł, że znów ma życie wszystkich istot w swoich dłoniach. Zaśmiał się.
— Mam cię!
Lex i Ursa patrzeli na siebie, nie wiedzieli, jak zareagować
Wiadome było, że Crispin pragnął władzy bardziej niż powietrza. W dniu, w którym przez przypadek udało mu się zabić wampira, niekoniecznie w pełni sprawnego, zapragnął władać istotami nocy, co w praktyce nie było do końca możliwe.
Crispin był człowiekiem, także pewnie dlatego zabiliby go, zanim zdążyłby otworzyć usta. Radość zmieszana z przerażeniem nie trwały długo, ponieważ gwizdek zajął się ogniem, który pojawił się zupełnie nie wiadomo skąd. Crispin z przerażeniem puścił go na ziemię i cofając się z niemym krzykiem, kątem oka spostrzegł jakąś obcą kobietę, która stała przy drzewie. Teraz i ona patrzyła w jego oczy, a na jej ustach tlił się mały, lecz surowy uśmieszek.
— Zdziwiony? Zaskoczony? — odezwała się bez uprzedzenia, powoli zmierzając do przodu. Biła z niej również duma.
Jej blond włosy unosiły się, jakby trącane silnym wiatrem. Rodzeństwo na początku nie poznało tej wiedźmy, jednak po dłuższej chwili uświadomili sobie, kim jest ta kobieta. Nosiła imię, bardziej nadane jej przez ludzi niż jej własne, o ile takowe posiadała — Kathabelle.
— Jak? Jak? To niemożliwe! — chciał krzyczeć Crispin dalej, ale Ursa go uciszyła.
Lex natomiast stał jak zaczarowany, nie wiedząc, co w sumie ma zrobić. Sytuacja zmierzała na całkiem nieprzewidywalne tory. Wiedźma pojawiła się tuż obok będącego w szoku chłopaka. Jego goryle osaczyli ją ciasnym kręgiem, odcinając Ursę i Lexa.
— Co! Co się tu dzieje? — Crispin nie do końca rozumiał, o co chodzi, ani co się dzieje.
lex, on nie rozumie
właśnie widzę, coś czuję, że to ona go oświeci czy go skrzywdzi? tego to ja nie wiem, ale wiem, że się o tym przekonamy
— Przestańcie szeptać! — Wiedźma skarciła rodzeństwo. Bardziej wpatrzona była w Ursę niż Lexa, bowiem według niej, hybrydy były wypaczone i ich żywot naruszał równowagę przyrody.
Była bardzo starą, w dodatku wyznającą tradycyjne poglądy wiedźmą. Crispin powoli wracał do zmysłów, wzywając do działania swoich ochroniarzy. Rodzeństwo od razu również ruszyło do działania. Powoli okrążali ochroniarzy, gotowi do ataku. Jeden z nich, niejaki Samuel, wyjął mały pistolet i wymierzył w Ursę, strzelając. Ona jednak nie czekała na zaproszenie, zaklęciem zatrzymała pocisk, obróciła go i pchnęła w kierunku właściciela. Ten zakołysał się tylko i głęboko zaciągnął się powietrzem. Jeremy w odwecie rzucił się na Lexa z dwoma nożami, które niebezpiecznie pobrzękiwały. Lex jednak stał niewzruszony i czekał.
Gdy goryl był blisko niego, uniknął wymierzonego ciosu nożem, cofnął się i kopnął go w zgięcie kolana. Ursa gestykulując, posłała Jeremy’ego w powietrze, później otwartą dłonią przecięła powietrze ku dołowi, powodują, że fala wodna zmieniła kierunek, opadając pod swoim własnym ciężarem. Ciało ochroniarza runęło po prostu w dół bezwładne. Innemu udało się rękoma przydusić Lexa, lecz ten, szybko odrzucając zaskoczenie, pokazał mu kły i wgryzł się w lewy policzek mężczyzny z głębokim sykiem.
Wokół Kathabelle zaczęły unosić się drobinki pyłu, jakby powietrze zgęstniało i wciągało rzeczywistość siebie.
Lex cofnął się o pół kroku.
— Co, do cholery, ona robi? — szepnął pod nosem.
Ursa odparła sucho.
— No, myślę, że nie będziesz zadowolony.
Goryle Crispina nie czekali dłużej. Dwóch ruszyło na wiedźmę z lewej, trzech od frontu, jeszcze jeden trzymał się z tyłu — liczyli na łatwy atak z zaskoczenia. Ale Kathabelle nawet nie spojrzała w ich stronę.
Zamiast tego uniosła suchą, szczupłą dłoń.
— Stańcie, głupcy.
Powietrze zadrżało. Pierwszy z ochroniarzy zamarł w półkroku — potem jego ciało rozpadło się na dziesiątki drobnych, czarnych skrzydełek, które zniknęły, unosząc się ku niebu.
Lex syknął.
— No dobra, ma ba… wiedźma powera.
— Mówiłam — Ursy głos nie był już zgryźliwy. Teraz był pełen niepokoju — Ona nie jest tu dla zabawy.
Drugi goryl wrzasnął, bo poczuł, jak jego skóra zaczyna się gotować. Rzucił się do tyłu, próbując zrzucić z siebie pasek z kaburą i czarną marynarkę, ale było zdecydowanie za późno — ogień, który pojawił się na jego barku, nie był ogniem w tradycyjnym sensie. On palił od środka.
Kathabelle nadal patrzyła prosto na Crispina. Nawet nie drgnęła.
— Ty wiesz, czym jest to pudełko. Ty wiesz i chciałeś je użyć.
Crispin rozchylił usta, ale jego głos utknął mu w gardle, a język stanął kołkiem.
Lex spojrzał na Urse. Ich oczy się spotkały. Żadne z nich nie wiedziało, czy właśnie stanęli po stronie potężnej wiedźmy, czy mają do czynienia z kolejnym szaleńcem. Wcześniej była to kwestia zlecenia — teraz robiło się znacznie bardziej osobiste.
Goryl, który do tej pory trzymał się z tyłu, nagle się rzucił. Najwyraźniej doszedł do wniosku, że z tej trójki Lex wydaje się najsłabszym ogniwem.
Zła decyzja.
Lex obrócił się na pięcie, podciągnął kolano i kopnął go z impetem w pierś. Mężczyzna poleciał do tyłu, uderzając plecami o maskę aut. Metal zaskrzypiał, szyba poszła w pajęczynę.
— To był mój samochód — rzucił Crispin, niemal z bólem. —
Debile. Nic nie potraficie zrobić jak trzeba!
Kathabelle uśmiechnęła się delikatnie. Zbyt delikatnie.
— Ludzie. Zawsze tak żałośnie przywiązani są do swych rzeczy.
Nagle jej wzrok padł na Ursę. Na dłużej. Lex to zauważył i wyczuł dziwne napięcie.
czekaj, dlaczego ona cię tak mierzy?
Ursa nie odpowiedziała. Cofnęła się za to o krok.
no nie mów mi, że ty też masz jakieś stare sprawy z tą wiedźmą?
Kathabelle zrobiła dwa kroki naprzód. Goryle Crispina rozproszyli się, a on sam cofnął się, szukając ratunku w cieniu jeden z hal.
— Ursagita — powiedziała cicho wiedźma. — W końcu stanęłaś twarzą w twarz z dziedzictwem. I z rachunkiem.
Lex spojrzał na siostrę.
z jakim rachunkiem? co ona pieprzy?
Ursa jednak patrzyła nieruchomo. Miała napięte ramiona, a oczy błyszczące od złości i wstydu.
— To nie jest twoja sprawa, Lex.
— No chyba jest, skoro zaraz coś tu wybuchnie!
Kathabelle wyciągnęła rękę. Nad jej dłonią zaczęło się formować coś na kształt spirali — mgły i światła, wirujące wokół centralnego punktu. Powietrze zrobiło się ciężkie. Lex poczuł to w płucach.
— To nie musi się tak skończyć — rzuciła Ursa, niespodziewanie cicho. — Jeśli wciąż wierzysz, że równowaga ma znaczenie. — Ty już ją złamałaś, dziewczyno. Dawno temu.
W tym momencie jeden z ochroniarzy Crispina najwyraźniej mając dosyć tej teatralnej ciszy, postanowił znowu zaatakować.
Ale tym razem na cel obrał Ursę.
Zły ruch.
Lex zareagował w ułamku sekundy. Rzucił się przed siostrę, przyjmując uderzenie na ramię, by odpowiedzieć pchnięciem przeciwnika w bok. Nie byłby sobą, gdyby nie zrobił czegoś jeszcze.
Usłyszał trzask żeber, stęknięcie bólu i upadek.
— Ręce precz od mojej siostry — warknął.
Wiedźma znieruchomiała. Coś w jej oczach się zmieniło, jej aura chyba łagodniała.
Ursa z kolei odetchnęła.
— Kathabelle, nie o to chodzi. Ten świat nie jest czarno-biały. I nie jesteśmy już dziećmi. Wiem, co zrobiłam. I wiem, co on zrobił — wskazała podbródkiem Crispina. — Ale jeśli masz zamiar robić z tego sąd ostateczny, to możesz równie dobrze zabić nas wszystkich.
Lex syknął.
— Dzięki, siostra. Bardzo budujące te słowa.
Ale wiedziała, że to, co powiedziała, było potrzebne. Kathabelle przymknęła oczy. Wirująca spirala rozpadła się w powietrzu. Jej ręka opadła.
— Dobrze. Jeszcze nie dziś.
Crispin zbladł.
— C-co? To wszystko? Po prostu… odpuścisz? — Nie tobie — odparła chłodno wiedźma — Ale im
Lex parsknął.
— No to może pora się zmywać, co? Zanim zmienisz zdanie.
Ursa podeszła do brata i skinęła głową.
— Tak, znikamy, ale i tak wrócimy.
Kathabelle nie odpowiedziała. Jej oczy mówiły wszystko. Ta historia, ich historia się jeszcze nie skończyła.
Gdy Ursa i lex zmierzali w stronę auta, słyszeli błagalne jęki i skomlenie Crispina. Jego wysoki i piskliwy głosik unosił się echem po całym parku.
Na koniec usłyszeli również jego stęknięcie i trzaski, ale nie zamierzali się odwracać. Nie musieli tego robić, by wiedzieć, jak Crispin dokonał żywota.
ROZDZIAŁ 2
Nie wrócili do domu. Ani przez chwilę nie rozważali takiej opcji.
Zaraz po odjechaniu spod fabryki, gdy Kathabelle zabiła Crispina i rozpłynęła się w powietrzu jak cień, Lex i Ursa wsiedli do Hammera i odjechali w zupełniej ciszy, nie zamieniając ani słowa. Przez długie godziny jazdy nie padło ani jedno słowo. Tylko szum opon na zużytym asfalcie i długie, ciche oddechy wskazywały na to, że nadal są w drodze i raczej nie jest to sen, choć w sumie to nigdy nie wiadomo. Nawet radio nie grało. Lex zerkał co jakiś czas w lusterko, ale nie widział nikogo na ogonie. I to wcale go nie uspokajało, jeszcze nie teraz.
Dotarli do miasteczka, po drugiej stronie lasu. Niewielka, zapomniana przez turystów osada z czasów wiktoriańskich, gdzie nie działało żadne Wi-Fi, a jedyna stacja benzynowa miała okna zaklejone gazetami sprzed dekady. Miasteczko nazywało się Grayshollow, a ich celem była równie stara, wyłączona obecnie z użytku stacja kolejowa Grayshollow Rail & Freight.
Kiedyś jeździły stąd pociągi do głębszej części hrabstwa. Teraz rdzewiały na bocznicach, porośnięte mchem i zaroślami. Perony zapadały się w ziemię, a szyby dworcowej hali były pokryte kurzem i pajęczynami. Ale drzwi były całe. I zamki w oknach się nie zacinały, a to wystarczyło.
Zatrzymali auto tuż za głównym budynkiem, obok zardzewiałej skrzynki rozdzielni energetycznej. Lex sprawdził teren. Ursa rozpakowała ich zawsze gotową torbę podróżną. W milczeniu weszli do wnętrza i zupełnie bezszelestnie zamknęli za sobą drzwi.
Dworzec nie miał żadnego historycznego ducha. Mimo osypującego się sufitu i wybitych w niektórych miejscach okien panowała tam dziwna sterylność. Jakby wszystko, co żywe, wyparowało. Jakby nikt tu nigdy nie czekał z walizką. Nie wypowiadał słów pożegnania. Nie przekraczał progu peronów. Po prostu było w tym miejscu coś martwego, ale i bezpiecznego zarazem.
Usiedli w dawnej poczekalni, rozpalając mały przenośny piecyk gazowy i przygotowali sobie miejsce do spania na starych, składanych krzesłach i pokrytych kurzem kanapach. Lex przetarł jedno z okien, by mieć widok na główną halę i perony. Niebo było sine i ciężkie. Takie bez ruchu. Wprost idealne dla milczącej paranoi.
Następnie zjedli kupione naprędce jedzenie z puszki. Wciąż bez słowa. Każde z nich miało swój świat, swoje obrazy spod powiek i pytania bez odpowiedzi.
Ale to Lex nie wytrzymał pierwszy. Zawsze był tym niecierpliwym, bardziej impulsywnym, mimo że często emanował od niego zewnętrzny spokój. I teraz również nie był w stanie znieść tego, jak Ursa patrzyła przez okno z miną kogoś, kto wie, ale nie powie.
— Znasz ją, prawda? — zapytał nagle, głosem płaskim jak tafla wody, ale chłodnym jak tafla lodu. — Tę wiedźmę, czy kim ona w sumie jest.
Ursa drgnęła. Nie odwróciła się, jeszcze nie.
— Wcześniej nie miało to znaczenia — odpowiedziała po chwili. — Ale teraz chyba ma
Lex przysunął się bliżej, siadając naprzeciw niej.
— Zaczynaj. Całą historię, tylko bez owijania. Jesteśmy z daleka od wszystkich. Mamy czas, a ja nie mam zamiaru siedzieć obok kogoś, kto nosi w sobie niedopowiedzenia.
Ursa milczała. Przez długą chwile zdawało się, że go ignoruje. Ale potem westchnęła, sięgnęła po kurtkę, założyła ją powoli, jakby zbroję.
— Byłam jej uczennicą. Kiedyś. Bardzo dawno temu. Zanim pojawiłeś się ty, zanim wszystko się rozpadło.
Lex uniósł brwi, ale nie przerwał.
— Kathabelle prowadziła krąg. Stary, a nie ten nowoczesny cyrk, jaki teraz widujemy. To był może nawet taki zakon. Wiesz, rytuały, zasady, więzi krwi. Znała stare języki… i nie tolerowała błędów.
— Ty je popełniałaś?
Ursa pokręciła głową. — Nie. Ja się zbuntowałam, a to coś zupełnie innego.
Zamilkł. Lex pocierał palce. Początek wyjaśnienia był niczym uchylone drzwi, ale chciał też je otworzyć szerzej. Zajrzeć głębiej, odkryć tajemnice przeszłości.
— I co zrobiła za ten bunt?
— Wygnała mnie, ale to nie było takie zwykłe wygnanie. Ona… odebrała mi możliwość powrotu. Każda wiedźma z jej kręgu, każdy duch, każdy znak w przyrodzie… reaguje, jakbym była skażona. Od tamtej pory muszę robić wszystko inaczej. Po swojemu i z boku.
Lex zamilkł. Poczuł chłód, nie od pieca, ale od niej. Jakby po swojej opowieści odsuwała się, siedząc przecież tak blisko.
— I nie powiedziałaś mi przez te wszystkie lata?
— Co by ci to dało, brat? — zapytała nazbyt spokojnie. — Powiedziałabym, że mam za sobą piekło, a ty byś co? Był bardziej ostrożny? Unikał kogo lub czego? Czy rozbawiał mnie tymi swoimi tekstami?
Lex przełknął głośno ślinę. — A może bym po prostu zrozumiał lepiej.
Ursa spojrzała bratu w oczy, ale tym razem z czymś cięższym, jakby z troską.
— Może. Ale z drugiej strony za bardzo przypominasz ojca. On też chciał rozumieć i wiedzieć. I zginął, a ja nie potrzebuję zrozumienia. Potrzebuję, byś przeżył. Tylko ty mi zostałeś.
Tym razem Lex nie odpowiedział od razu. Coś w nim pękło choć nie głośno. Za oknem śnieg zaczął padać, a Grayshollow Rail & Freight milczała razem z rodzeństwem.
Wieczorem, gdy cisza rozlała się jak olej po długim, zimnym korytarzu stacji, Lex nagle znieruchomiał tak, jak stał. Drgnął, wciągając powietrze przez nos.
Ten zapach.
Ludzki.
Zbyt wiele różnych zapachów naraz. Twarde buty na żużlowych fragmentach dziedzińca. Krótkie komendy szeptane do krótkofalówek, czy innych wynalazków.
Łowcy.
Wyczuli go. Zapach wampira zawsze przyciągał ich jak krew rekiny. Zasyczał cicho i zerknął na Urse, która już była w ruchu. Zgasiła piecyk jednym ruchem, wrzuciła najpotrzebniejsze rzeczy do torby i oboje ruszyli w głąb dworca.
Schody prowadziły na górę, do dawnego biura kierowników stacji. Było to zakurzone, ciemne pomieszczenie o pękniętych szybach i jednym wąskim oknie wychodzącym na perony. Tam się ukryli. Lex podszedł do otwartego fragmentu bez ściany i nasłuchiwał.
Głosy, rozmowy i przekleństwa.
„…mówiłem wam, że to musiała być robota tej starej wiedźmy. Ona ich wypchnęła, żeby zrobili brudną robotę, a potem sama się wycofała, bezpiecznie”.
Lex wstrzymał oddech. Zimny skurcz ścisnął mu klatkę piersiową. Czyli to jednak… Kathabelle? Ona przysłała łowców? A jednak to, co mu powiedziała wcześniej, nie brzmiało jak zdrada, ale może byłą grą?
Nie powiedział nic Ursie, musiał się przekonać, ile było prawdy w tym wszystkim.
Łowcy rozdzielili się. Głosy oddalały się, potem znów zbliżały. Ktoś co chwila wołał do innych „sprawdź piwnicę!”, „jest ślad! W piasku przy rampie!” „auto! Jest Hammer, to oni!”. Lex zacisnął pięści. Teraz już mieli pewność. Są blisko, zbyt blisko. Zeszli na korytarz, przemieszczając się między ciemnymi pomieszczeniami.
Właśnie wtedy, gdy Lex wychylał się zza rogu, kichnął.
Krótko i zbyt głośno.
Echo rozniosło się po stacji jak dzwon na pogrzebie.
Przez sekundę panowała martwa cisza.
Potem naraz dało się usłyszeć wrzaski, kroki, tupanie i komendy.
Lex spojrzał przepraszająco na Urse. Ta skinęła głową, nie było czasu ani wyjścia. Musieli zareagować.
Zaczęła się jatka.
Lex rzucił się do przodu, wirując niczym cień. Jego ciało przecinało powietrze z nadludzką prędkością. Cios, kopniak, wybicie ze ściany, lądowanie na barkach przeciwnika i kły. Ursa, z drugiej strony, uniosła swój długo nieużywany łuk. Strzała druga i kolejna. Magia splatająca się z celnością. Jedna z belek runęła pod wpływem zaklęcia, odcinając łowców z lewej flanki.
Wampir przebił się przez trzech z nich, ale każdy kolejny był lepiej uzbrojony. Drewniane ostrza, bełty i wzmocnione noże.
Zaczęli go otaczać jak wataha.
Ursa zorientowała się, że jej kołczan pustoszeje. Miała ostatnie dwie strzały. Zaczęła rzucać magiczne projekcje, ale jej energia słabła. Pot spływał jej po karku, dyszała jak po maratonie.
Lex stanął w środku starej hali. Dwunastu łowców zebrało się wokół niego.
Wszystko działo się za szybko. Oddychał płytko, ale był gotowy walczyć do końca.
I wtedy…
Z jego skóry, z ramion i piersi, zaczęło wydobywać się światło. Najpierw jak rozżarzone pęknięcia, później jak para, ale nie wodna. Coś bardziej jak mgła, ale gęstsza, żywsza, falująca.
Lex uniósł dłonie odruchowo, chcąc pokazać łowcom, że nie chce walczyć. Nie teraz.
Ale z cichym sykiem powietrze dosłownie wybuchło.
Wiatr uderzył jak młot. Fala powietrza wzmocniona mocną, której on sam nie znał. Łowcy polecieli w powietrze jak szmaciane lalki. Odbijali się od ścian, zderzali ze sobą, uderzali w filary. Krzyki. Trzaski i rozpaczliwe upadki wypełniały budynek dworca.
Potem nastała kompletna cisza.
Rodzeństwo stało jak zahipnotyzowane. Lex patrzył na swoje ręce, na dłonie, które dymiły. Trochę tak, jakby jego ciało nie do końca było już jego. Ursa też się nie ruszała przez chwilę.
Potem tylko powiedziała:
— Jedziemy. Teraz.
Nie trzeba było powtarzać. Pobiegli do auta, przeskakując nad ciałami. Lex pilotem odblokował auto, silnik zawarczał. Ruszyli prosto w noc. Z dala od Grayshollow. Wiedzieli tylko tyle, że muszą wrócić teraz do swojego domu. Bo cokolwiek dzieje się z Lexem, to w domu mogą znaleźć odpowiedzi.
Dom przywitał ich jak starzec, który o nic nie pyta, tylko patrzy. Podłogi nadal tak samo skrzypiały, a drewno nadal tak samo pachniało. Ich dom wciąż stał na uboczu, jakby trochę poza czasem, jakby świat nie do końca pamiętał, że tu coś się kiedykolwiek wydarzyło.
Lex pierwszy przekroczył próg. Czuł, jak dłonie lekko mu drżą. To nie było zmęczenie, bardziej niepewność. Mglisty wiatr, który wybuchł, to raczej nie był przypadek. Coś się wydarzyło. Coś, czego nie rozumiał.
Ursa zrzuciła torbę w korytarzu i od razu poszła na piętro. Wiedział, że będzie szukać tam odpowiedzi. On z kolei udał się do łazienki. Zamknął drzwi na klucz, zapalił światło. Lustro odbiło jego twarz, nieco bledszą niż zwykle, ale spojrzenie to samo. Zrzucił koszulkę.
Na jego klatce piersiowej pozostały ślady. Jasne, jakby wypalone pod skórą. Linie, wzory, niczym pradawne znaki, które istniały zanim jeszcze wymyślono alfabet. Dotknął ich palcami. Były ciepłe, ale w żaden sposób nie powodowały bólu. Mimo wszystko odnosił wrażenie, że one w jakiś sposób żyją. Jakby te znaki pulsowały w rytmie jego serca.
Odkręcił kran. Zimna woda i długi prysznic były zdecydowanie tym, czego teraz potrzebował. Przez chwilę po prostu stał w bezruchu, pozwalając, by strumień zmył wszystko, czego on nie rozumiał. Wiedział jednak, że to oczywiście nie wystarczy.
Gdy wrócił do salonu, Ursa siedziała przy długim stole, otoczona stertą ksiąg. Czarne, czerwone, rękopisy, zniszczone grzbiety i oprawy z koziej skóry.
— Coś znalazłaś? — zapytał, ziewając przeciągle.
— Jeszcze nie, niestety. Za dużo wątków, a za mało konkretów mamy. Ale siadaj… chcę ci zadać kilka pytań.
Lex przewrócił oczami.
— Okej, doktorku. Strzelaj.
Ursa uśmiechnęła się blado.
— Jak się czułeś tuż przed tym, zanim to się wydarzyło? W sensie ten wybuch. Mgła.
Lex się zamyślił.
— A w sumie, to nie wiem. Byłem wewnętrznie spokojny. Może nawet bardziej skoncentrowany niż zwykle. Ale też… jakby wszystko zwolniło na sekundy. Wiesz, jak przed burzą. Cisza, a potem… bum! — Lex uniósł teatralnie dłonie, palcami imitując dobrze znany wybuch atomowy.
Ursa skrupulatnie notowała, pomijając jego akrobacje tworzone palcami.
— Miałeś coś pod powiekami? Wizje, znaki, myśli, które mogły nie być wyraźnie twoje?
Lex z kolei pokręcił przecząco głową.
— Nie. Czułem tylko, że muszę ich wyraźnie zatrzymać. Ale nie wiedziałem jak, byłem jak w pułapce… no, a potem… to się po prostu stało. Tak o. Bum i już.
— Co z twoim ciałem? Czujesz się inaczej?
Lex spojrzał na nią z ukosa.
— Wiesz… jestem zdecydowanie bardziej seksy. Może to.
Ursa unosząc brwi, zdumiona rzuciła w niego długopisem.
— Poważnie
Westchnął.
— No nie, nie czułem się inaczej. Nie bardziej, nie mniej. Może… ciut silniejszy, albo to adrenalina.
Ursa tym razem zamknęła księgę z trzaskiem.
— Dobra, mój drogi. Musimy porozmawiać o moim sabacie.
Lex uniósł brew ze zdziwienia.
— Masz sabat?
— Miewałam. Ten przetrwał. Z jednego, konkretnego powodu. To grupa outsiderów. Czarownice, które odrzuciły system. Nie chciały podlegać rytuałom, zakazom i radzie. Każda z nich idzie własną drogą. Jedyną rzeczą, która je łączy, jest to, że nigdy nie zgodziły się być takie jak reszta.
Lex tym razem zmarszczył nos.
— Brzmi dosyć anarchistycznie.
— Brzmi to, jak jedyne osoby, które mogą nam pomóc. Mają dostępy, mają znajomości i praktykują magię krwi i żywiołów w sposób, jakiego nie uczono nawet mnie. Mają szansę zrozumieć, co się z tobą dzieje.
Brat skrzyżował ramiona.
— A nie możemy po prostu poczekać?
— Na co? Aż wybuchniesz drugi raz? Aż cię rozerwie od środka? Albo zrobisz komuś krzywdę, gdy nie będziesz tego chciał.
Zapadła cisza.
Po chwili Ursa dodała spokojniej:
— Prześpij się z tym. Rano zdecydujesz.
Rano Lex siedział przy oknie z kubkiem kawy. Myślał głęboko.
Ursa weszła w swetrze, jeszcze zaspana.
— No?
Lex jednak się nie odwrócił.
— Jedziemy, ale ja prowadzę.
Ursa się uśmiechnęła.
— I tak oficjalnie nie mogę prowadzić, nie mam prawka.
Zaczęli się pakować. Nie za dużo. Tylko to, co konieczne. Lex znowu sięgnął po broń, Ursa zabrała kilka swoich ksiąg. Północ czekała. Czekały też i wiedźmy.
Droga na północ była cicha. Tylko szum silnika, z rzadka przerywany głosami ptaków i wiatry, który tańczył po szybach Hammera, dawał im znaki życia.
Ursa, w skórzanej kurteczce i ciemnoczerwonej koszulce, siedziała z nogami podciągniętymi pod siebie i nawigowała. Obozowisko wiedźm, ze względu na ich styl, był pilnie strzeżony, więc tylko członkinie miały regularny dostęp do lokalizacji. Drugą możliwością było po prostu zaproszenie. Jednak wtedy to jednak z wiedź osobiście się pojawiała i zabierała osobę prosto do obozowiska.
W dłoni trzymała kompas witchmoor — niewielkie, czarne urządzenie przypominające kieszonkowy zegarek, ale zamiast wskazówek był w nim mglisty wir energii, obracający się z lekkim szumem i pulsujący, gdy kierunek był właściwy. Urządzenie członkiń.
— Skręć tu, przy stacji telekomunikacyjnej — wskazała. — Kompas szaleje, to znaczy, że jesteśmy blisko.
Lex tylko skinął głową i skręcił w leśny trakt. Po kilkunastu minutach las nagle się przerzedził, a przed nimi pojawiło się pole. Ogromne, porośnięte dzikimi trawami i ziołami, połyskujące od porannej rosy.
Na ogromnym polu stały namioty — różnorodne, kolorowe, czarne, lniane, z runami, z czaszkami, z amuletami i girlandami z ziela. Niektóre namioty były jak małe chatki, inne przypominały szamańskie szałasy, jeszcze inne przypominały struktury futurystyczne, z matami energetycznymi.
Pośrodku pola znajdował się kamienny krąg, zbudowany z bielonych kamieni z rzeźbionymi symbolami. Krąg lekko pulsował energią. Był to symbol sabatu.
Gdy tylko zjechali z traktu i zbliżyli się do obozowiska, kilka postaci wyłoniło się z cienia namiotów. Same kobiety, w różnym wieku, kolorze skóry i stylu.
Z kręgu wyłoniła się Samantha — kobieta o długich, siwych włosach, które układały się jak płynąca rzeka. Miała iście sokoli wzrok i spojrzenie jak brzytwa.
— Zatrzymajcie się. Nie przejdziecie, dopóki nie upewnię się, kim jesteście — wycedziła. — Wyglądacie zbyt normalnie.
Lex, zwyczajowo, miał już coś powiedzieć, ale Samantha podeszła i chwyciła ich znienacka za nadgarstki. Jej palce były zimne jak kamień.
Zamknęła oczy. Wzięła głęboki oddech, przez chwilę milcząc.
Nagle puściła ich i się cofnęła.
— Dobrze. Jesteście czymś więcej, niż myślałam. Weszli.
Wiedźmy obserwowały ich z ciekawością. Jedne zbliżały się, inne cofały. Ktoś coś szeptał. Inna kobieta, cała w zielonych szatach, podeszła i podała Lexowi ziołowy napar, nie mówiąc ani słowa. Samantha wskazała na jeden z namiotów.
— Tam znajdziecie Amelię. Powinniście z nią porozmawiać.
Namiot Amelii był szeroki, okrągły, z ciemnoniebieskiej tkaniny obszytej srebrnymi nićmi. Wokół wejścia wisiały amulety i płaskorzeźby z dziwnymi symbolami. Lex puknął w materiał kilka razy.
— Proszę — usłyszeli kobiecy głos.
Weszli do środka. Paliły się tam intensywne kadziła, a w powietrzu unosił się zapach mchu, lawendy i burzy.
Amelia miała rude włosy spięte w dziki koczek, tatuaże na karku i spojrzenie osoby, która wiele widziała, ale jeszcze więcej wie.
— Usiądźcie — wskazała poduszki przy okrągłym dywanie — Jak mogę wam pomóc?
Lex rzucił Ursie spojrzenie, a ta skinęła głową.
Amelia podała dłoń Lexowi.
— Pozwól, że… spojrzę.
Lex niepewnie uścisnął jej dłoń. Jej palce były lekkie niczym wiatr.
Zamknęła oczy.
Cisza.
Nagle jej ciało zesztywniało. Oczy otworzyły się szeroko. Brwi uniosły się niemożliwie wysoko.
Wpatrywała się w Lexa z głębokim niedowierzaniem. — Ty… ty jesteś…
Zamilkła. Przełknęła ślinę.
— Jesteś bogiem. Panujesz nad powietrzem. Choć nie wiem… jakim cudem.
Lex zbladł natychmiastowo.
Ursa poruszyła się nerwowo, słyszała bowiem kiedyś tę historię.
Amelia spojrzała na nią.
— Pozwól…
Ursie długo nie trzeba było powtarzać. Podała dłoń. Amelia znów zamknęła oczy.
Po chwili je otworzyła.
— Woda. Ty jesteś wodą. Też… boginią.
— Co? — wydukał Lex. — Przecież my jesteśmy… normalni. Wampir i czarownica. Rodzeństwo. To wszystko.
Amelia odchyliła się i westchnęła głęboko.
— Od wieków krąży legenda wśród czarownic żywiołów. O pradawnych istotach, które panowały nad żywiołami — ogniem, wodą, ziemią, powietrzem i duchem. Pięciu, zjednoczeni w mocy. Byli pierwsi i wszechpotężni. Ale przyszła wojna, która rozdzieliła ich.
Zniszczyła równowagę. Ich świat rozpadł się bezpowrotnie.
— Co się z nimi stało? — spytał cicho Lex.
— Rozdzielili swoje mocne. Rozproszyli się dla bezpieczeństwa swojego i innych, ukrywając się. Czasem inkarnowali się w innych bytach, pozostając nie do namierzenia. Ale zawsze to żywioł wybierał, nigdy nie odwrotnie. To żywioł decyduje, kto może być powiernikiem. Wy… jesteście wybrani.
Ursa milczała. Lex oddychał szybko.
— A więc to… nie przypadek?
Amelia pokręciła przecząco głową.
— Nie. W naturze nie ma czegoś takiego jak przypadek. Wszystko dzieje się po coś, wszystko ma porządek.
Tego wieczoru, Samantha zapewniła im namiot gościnny, oddalony od centrum pola. Zasłony były miękkie, w powietrzu unosił się zapach rumianku.
Usiedli razem w milczeniu, każde pogrążone w myślach.
Bogowie.
Wybrani przez żywioły.|
A przecież chcieli tylko zrozumieć, co się dzieje.
ROZDZIAŁ 3
Następnego ranka, zanim jeszcze pierwsze promienie słońca przebiły się przez zasłony namiotu, Amelia usiadła z nimi przy ognisku. Palenisko na środku obozu rozżarzało się leniwie, a zapach palonego drewna mieszał się z wilgocią poranka.
Amelia trzymała kubek z ziołowym naparem, patrząc w skupieniu na płomienie.
— Musicie zrozumieć jedno, ale najważniejsze — powiedziała cicho. — Skoro żywioły się przebudziły, skoro zostaliście wybrani, to znaczy, że inni też już są. Albo dopiero ich odnajdziecie.
Lex spojrzał na kobiet z ukosa.
— Inni? Czyli kto?
— Bogowie. Boginie. Tacy jak wy. Ziemia, ogień, duch. Ja sama nie wiem, gdzie oni są. Ale wiem, że nie jesteście jedyni. Zatem prędzej, czy później albo ich spotkacie na swojej drodze, albo będziecie musieli ich odszukać. Żywioły nigdy nie działają w pojedynkę. One są jak sieć. Gdy się budzą, sieć zaczyna pulsować i osoby panujące nad żywiołami, muszą zacząć działać razem.
Ursa zamilkła. Lex wpatrywał się w ogień, jakby próbował w nim odczytać odpowiedzi.
Amelia uśmiechnęła się smutno.
— Ale najpierw musicie nauczyć się, jak przestać być zagrożeniem. Dla innych i dla siebie.
Trening rozpoczął się następnego dnia, gdy tylko nastał świt.
Pierwszy tydzień to była istna frustracja. Lex nie potrafił nawet wyczuć ruchu powietrza bez wywołania lekkiego podmuchu, który próbował rozrzucać namioty. Ursa z kolei, zamiast kontrolować wodę, zaczęła przypadkowo zalewać pobliskie rośliny, a czasem topić czyjeś zioła. Codziennie kończyli z brudnymi ubraniami, umorusani i ze zrezygnowanymi spojrzeniami.
Amelia z kolei była nadzwyczaj cierpliwa. Nigdy nie podnosiła głosu. Uczyła ich metodą obserwacji i przykładu. Czasem siadywała obok i wykonywała ruch dłonią, po prostu jak oddech, a wtedy zawirowanie wiatru zamieniało się w harmonijny wir.
Lex spocił się przy tym bardziej niż kiedykolwiek w swoim życiu. Biegał, rzucał się, próbował skupić i krzyczał z bezradności. Ursa siadała ze łzami w oczach i patrzyła na uszkodzone misy, mokre od wody.
Drugi miesiąc przyniósł jednak olbrzymią zmianę, istotną również. Lex zaczął rozumieć, że powietrze nie jest czymś, czemu należy rozkazywać. Jest partnerem. Trzeba być z nim w zgodzie i razem oddychać. Ruch ciała, gest dłoni i jasny, przejrzysty zamiar. Tylko tyle.
Ursa odkryła, że woda słyszy jej myśli. Że jeśli podejdzie z szacunkiem, może napełnić dzban bez dotknięcia go. Pierwszy raz, gdy krople uniosły się z łąki i uformowały sferę nad jej dłonią, rozpłakała się ze wzruszenia.
Amelia stała obok, obserwując.
— Widzicie? To nie mój. To współpraca. Żywioły nie są narzędziami. One są przyjaciółmi i przewodnikami. Jeśli będziecie je traktować jak broń, obrzucą was gniewem. Trening trwał.
Rano medytacje, potem pół dnia na ćwiczenia fizyczne: Lex biegał po kręgu, Ursa balansowała na wodzie w jeziorze za obozem. Wieczorami rozmawiali z Amelią, notowali, studiowali stare teksty. Amelia co jakiś czas przyprowadzała inne członkinie sabatu, które mogły dopomóc treningi magiczną wiedzą lub mentalną.
W zależności od konkretnego celu i potrzeby.
Czasem byli też bliscy poddania się.
Pewnej nocy Lex rzucił torbę w kąt i powiedział do Ursy:
— Nie mogę już, mam dosyć. Nie jestem żadnym tam bogiem, tylko wampirem z problemami.
Na to, Ursa bez słowa podała mu kubek wody i po prostu usiadła obok.
— Też tego nie chciałam. Ale jesteśmy, razem. A to znaczy, że mamy jeszcze długą drogę przed sobą.
Lex zapatrzył się w ogień.
— Tylko że ta droga może nasz zniszczyć.
Wtedy, zupełnie znikąd pojawiła się Amelia.
— Droga nie niszczy. Droga pokazuje przede wszystkim, kim jesteście. Wy wybieracie, czy staniecie się cieniem, czy światłem.
Zostali.
Pod koniec drugiego miesiąca Lex potrafił unosić się nad ziemią. Przez kilka sekund, ale na początek było to coś niesamowitego. W stanie czystej koncentracji. Ursa umiała przywołać wodę z ziemi i uformować z niej wirujący dysk.
To jeszcze nie była potęga, a dopiero początek.
I właśnie wtedy Amelia powiedziała:
— Teraz jesteście gotowi. Oczywiście nie na wszystko, ale przede wszystkim na to, co przyjdzie.
Zaczęło się w środku nocy.
Lex zerwał się czym prędzej z posłania, zanim jeszcze głos pierwszego krzyku wybrzmiał w powietrzu. Wychodząc z namiotu zamarł. Na wzgórzu, nieopodal obozowiska, raptem kilkadziesiąt metrów, żarzyły się czerwone punkty. Oczy szpiegów.
— Ursa! — krzyknął. — do ciężkiej cholery, mamy gości!
Ona oczywiście już biegła. W jednej dłoni trzymała łuk, a w drugiej nóż. Na plecach gotowy i solidny zapas strzał. W oczach buzował dziki gniew.
Z ciemności wynurzyli się łowcy. Uzbrojeni w krzyże, kusze, laski i inne pomocne bronie. Szli cicho i metodycznie, formując szyk gotowy do mordu.
Lex ruszył jako pierwszy. Jego ruchy były rozmyte, bo zbyt szybkie dla ludzkiego oka. Dopadł jednego z łowców i rzucił go na drzewo, ale zaraz potem odskoczył, unikając drewnianego pocisku.
Ursa uklęknęła i wciągnęła powietrze. Wystrzeliła pierwszą strzałę, celnie. Druga z kolei przebiła ramię przeciwnika. Trzecia zatrzymała innego łowcę. Jej ruchy były rytmiczne, powtarzalne. Niemal taneczne i była to zasługa jej bliższego zaprzyjaźnienia się z łukiem. Ale potem musiała wstać, kopnięciem odepchnąć innego napastnika i znowu sięgnąć po strzałę.
— Samantha! — wrzasnęła, machając strzałą. — Przenieście obóz! My ich zatrzymamy!
Kobieta, stojąca nieopodal magicznego kręgu, nie czekała na kolejną szansę. Kompas zawibrował. Runy za ziemi błysnęły białym światłem, a czarownice rozpierzchły się w kierunku znaków, które prowadziły je do nowej lokalizacji obozu. Cały sabat był gotowy na taki scenariusz. Zresztą, według wiedzy Ursy, z własnej woli zbyt długo nie przebywały w jednym miejscu. Zbyt wielu istotom nie podobał się taki obrót sprawy i takie prowadzenie się tych właśnie czarownic. To było ich prawo przetrwania.
Lex rzucił się do ataku. Jeden z łowców zamachnął się toporem, ale Lex chwycił go za nadgarstek, skręcił i kopnięciem odesłał w krzaki. Jego oczy błysnęły czerwienią. Paznokcie stały się twardsze. Był gotowy sam stać się łowcą.
Ursa osłaniała go z dystansu, ale nie wszyscy łowcy byli na tyle uprzejmi, by trzymać się od niej z daleka. Dwóch dopadło ją od tyłu. Jednego odepchnęła kolanem, drugiego strzeliła w brzuch z bliska. Wyszarpnęła strzałę i się odwróciła.
Wampir zachwiał się delikatnie. Czuł, jak powietrze wokół niego drga niebezpiecznie. Zrobił ruch dłonią, który wywołał lekki powiew. Jeden z łowców się zatoczył. Potem drugi, a wtedy Lex zrozumiał, jak to ma działać. Spróbował jeszcze raz. Tym razem jednak powiew stał się ciosem. Odepchnął napastników od Ursy.
Ona też poczuła, że coś w niej się budzi do życia. Jej strzały zaczęły przesiąkać wilgocią. Gdy uderzały, rozpryskiwała się woda, która wnikała w rany, mocno osłabiając przeciwników. Jednego z łowców obaliła falą, która wystrzeliła spod jej butów.
W końcu dopadła jednego z nich. Ranny, osaczony, wręcz słaniający się na kolanach. Ursa chwyciła go za kołnierz i przycisnęła do drzewa, zaglądając mu głęboko w oczy. Czytając jego duszę.
— Kto was przysłał? Jak nas tutaj znaleźliście?
Mężczyzna charczał.
— Kathabelle…
Lex zamarł, nie powiedział do tej pory swojej siostrze o rozmowie i fragmentach innych, podsłuchanych na stacji kolejowej, chciał jeszcze sprawdzić te informacje, a tu nagle, łowca sam je zdradza. Nie dobrze. Ursa jeszcze bardziej zacisnęła uścisk.
— Mieliśmy unieszkodliwić cię… w sensie, tylko ciebie, ale po tej akcji z Crispinem, wiedźma zrozumiała, że on — wskazał Lexa — będzie cię chronił. Jeśli chce zabić cię, musi też pozbyć się jego.
Ursa nie zawahała się ani sekundy, wbijając strzałę głęboko w pierś łowcy. Lex odwrócił się, gdy jego siostra wracała na pole walki. Zostało tylko kilku i czuł, jak powietrze wokół niego pulsuje. Przywołał wiatr. Silny, precyzyjny i tępy jak uderzenie pałką. Jeden z łowców przeleciał przez krąg, drugi natomiast został odepchnięty z taką siłą, że uderzając w drzewo, zemdlał. Ursa uderzyła wodnym biczem, a fala, owijając się wokół przeciwnika, szarpnęła go za nogę. Po chwili nastąpił kolejny cios, a za nim następny. W końcu zapadła cisza.
Rodzeństwo stało pośród zwłok i jęczących niedobitków. Oddychali szybko i głęboko. Na ich skórze znajdowała się krew i pot.
— No, zrobiliśmy to — Lex spojrzał na Urse.
— Ale to dopiero początek — skinęła w odpowiedzi głową.
Silnik mruczał równo, gdy jechali przez jakieś pustkowie. Droga wiła się, skręcała i zawijała. Głuche niebo nad ich głowami zwiastowało, że cisza może być tylko chwilowa.
Lex prowadził, ale jego zaciśnięte na kierownicy dłonie wskazywały, że się denerwuje. Ursa siedziała obok niego, spoglądając co jakiś czas na magiczne urządzenie w kształcie dysku pokrytego lustrzaną powierzchnią i wijącymi się żyłkami niebieskiego światła. Kompas czarownic. Dług należał do Talii, jednej z czarownic, która raz w przeszłości zawdzięczyła Ursie życie. Teraz się właśnie odpłaciła pomagając namierzyć starą wiedźmę.
— Jeszcze jakieś osiemdziesiąt kilometrów — mruknęła dziewczyna.
Młodszy skinął głową. Jechali w milczeniu, ale każde z nich miało w głowie burzę. Ursa zastanawiała się, co powie Kathabelle. Czy zrozumie, jak wielki błąd popełniła? Czy w ogóle to błąd?
Lex. Lex po prostu czuł, że musi coś zrobić. Coś więcej niż tylko bieżąca ochrona i walka. Coś znacznie więcej niż obserwacja, nasłuchiwanie i automatyczne, wręcz schematyczne działanie. Zaczynał po prostu dostrzegać, że jego istnienie ma również inną wagę, że nie jest w tej sytuacji przypadkiem.
Dotarli tuż przed zmierzchem. Stary domek na uboczu, nic nadzwyczajnego. Był opleciony pękami bluszczu i osmalony wszechobecną magią. Kathabelle czekała, ubrana w czarną suknię, złote runy na szyi, miała spojrzenie jak stal.
Ursa wysiadła pierwsza.
— Wiesz, dlaczego tu jesteśmy — rzuciła bez przywitania.
Wiedźma uniosła brwi.
— Oczywiście, mieszańcu.
Lex wyszedł powoli. Jego oczy już się żarzyły.
— Nazwałaś moją siostrę mieszańcem. Nasłałaś na nas łowców. Pozwól, że pokażę ci mój sposób rozwiązywania problemów.
Kathabelle nawet nie drgnęła. Była zbyt pewna siebie i swoich możliwości.
Lex rzucił się na nią bez mrugnięcia okiem. Z nadludzką prędkością doskoczył do niej, ale ta zdmuchnęła go zaklęciem szeptanym. Wbił się w ziemię, ale po chwili stał na równych nogach. Rzucił się na nią ponownie, utrzymują szybkie tempo, ale wykonując slalomy, by ją zmylić. Ich walka była jednak brutalna, instynktowna i surowa. Lex używał siły, szybkości i… magii. Kathabelle używała zaklęć, szeptania i magicznych barier.
Ursa obserwowała całą sytuację i nie mogła uwierzyć w to, co jej brat wyczyniał. Nie znał tej wiedźmy, nie rozumiał jej działania, a jednak jak zwykle porwał się w wir wydarzeń, posiłkując się jedynie swoimi emocjami. Natomiast, zrozumiała, co Lex chciał osiągnąć. Lex ją przygotowywał, dawał siostrze szansę na nabranie mocy i pełni sił, a Kathabelle chciał zmęczyć, przeciągnąć ją przed finalnym starciem.
Zrobiła krok do przodu i wyciągnęła ręce.
— Pradawne boginie wody, duchy rzek i jezior, siły matczynej oceanii. Przyjdźcie do mnie w godzinie potrzeby. Teraz!
Jej ciało otoczyła błękitna, jasna poświata. Ziemia zaczęła drżeć lekko, a Kathabelle spojrzała na Urse z niedowierzaniem.
Dziewczyna uderzyła z impetem. Woda z jej dłoni uformowała się w lodowy grot i pomknęła prosto w tarczę wiedźmy. Pękła. Kolejne uderzenie. I jeszcze raz. Lex dołączył, by wspomóc swoją siostrę i obronić jej honor oraz prawo do istnienia. Powiew wiatru zamienił się w huragan.
Kathabelle krzyczała, rzucała zaklęciami, ale oboje byli teraz zbyt silni, zbyt rozjuszeni. Działali razem, ale też jakby żywioły ich wspierały. Lex dopadł wiedźmę i powalił na ziemię. Ursa z dystansu celowała dłonią. Drżała, ale nie wahała się. Strumień lodowatej wody uderzył prosto w serce Kathabelle, która zamarła. Jej ciałem wstrząsnął dreszcz, jakby rażona piorunem. Oczy wyrażały całkowite zdziwienie zaistniałą sytuacją, bo przecież ona była jedną z najpotężniejszych wiedźm swoich czasów. Jej skóra zrobiła się biała niczym papier, gdy rozpościerała szeroko ramiona w niemym krzyku. Uniosła głowę do góry, ostatni raz patrząc na niebo, po czym z jej ust zaczął wydobywać się cichy syk. Całe jej ciało zwiotczało, skurczyło się w sobie, aż opadła na ziemię z wyrazem głębokiego przerażenia.
Źrenice jej oczu pokazywały ulatujące z wolna życie, zapomniane mikstury, potężne rytuały i magię, o której młode czarownice nie pamiętały.
Dziedzictwo Kathabelle właśnie odchodziło do przeszłości, a z nim, pewna epoka miała być już na zawsze zamknięta.
Zamglony poranek osnuwał wszystko mleczną poświatą. Lex siedział na masce samochodu, przyglądając się martwemu domostwu, w którym jeszcze kilka godzin temu toczyła się brutalna walka. Ursa zbierała swoje strzały, nie mówiąc za wiele. Ich oddechy były równe, ale spojrzenia pełne niepokoju.
Nagle niebo przecięło czarne skrzydło.
Kruk.
Lśniący, czarny jak bezgwiezdna noc. Usiadł na pobliskim kamieniu i przechylił głowę. Jego oczy zapłonęły na niebiesko, a w głowie Ursy pojawił się obcy głos.
Telepatyczny szept Samanthy.
Ursa, obozowisko jest bezpieczne. Przeniosłyśmy je na wzgórze Cindermoor, nad strumieniem. Kompas powinien poprowadzić was bez problemu. Ale jest coś jeszcze. Wyczułyśmy ogromną eksplozję energii. Nie wiemy, co to było. Proszę, wróćcie jak najszybciej i bądźcie ostrożni. Niech Matka was prowadzi.
Gdy tylko przekaz się urwał, kruk zakrakał i wzbił się w powietrze, znikając w gęstej mgle. Ursa spojrzała na Lexa i mruknęła — Musimy wracać.
Lex w odpowiedzi skinął głową.
Droga na Cindermoor była przyjemna, choć wąska. Mgła sprawiała, że świat wydawał się nierealny, bo dodatkowo światła, które przebijały się przez mgłę, dawały niesamowite efekty. Kompas drgał i wibrował w dłoniach Ursy, jakby żył. Każde jego pulsowanie wyznaczało kierunek. Milczeli przez długie kilometry. Oboje wiedzieli, że nie da się już cofnąć. Kathabelle nie żyła, a świat zapewne już o tym wiedział. Wieści niesamowicie szybko rozchodziły się w świecie istot nadprzyrodzonych.
Młodszy w skupieniu prowadził, wypatrując potencjalnego zagrożenia we mgle.
— Myślisz, że to była jej magia? Ta eksplozja? — spytał cicho.
Ursa pokręciła głową.
— Nie jej magia, bardziej jej śmierć mogła to zrobić. Coś… jakby pękło, Lex. Inaczej, coś jakby się rozdarło i świat to wyczuł, to była to siła zbyt intensywna do przeoczenia.
Zatrzymali się, dopiero gdy kompas rzucił jasną łunę. Na wzgórzu, w oddali, widać było kolorowe namiotu sabatu. Wszystko tak, jak wcześniej. Dym unosił się z ognisk, a czarownice chodziły spokojnie po terenie. Mimo ataku sprzed kilkunastu godzin potrafiły ocalić to, co było dla nich najważniejsze.
Ursa i Lex tym razem przeszli bez zaproszenia przez zewnętrzny pierścień obozu. Większość spojrzeń padała na nich z respektem, ale też cicho i bez oceniania.
Samantha czekała przy centralnym kręgu. Stała sztywno, jakby czas ją zatrzymał.
— Wiem — powiedziała od razu, zanim Ursa zdążyła coś powiedzieć. — Wiem, że to była śmierć Kathabelle.
Lex od razu spiorunował ją wzrokiem, zły jak zwykle.
— Śledziła nas, nasyłała łowców, obraziła Ursę w mojej obecności… i poniosła tego konsekwencje. I nie, nie jest mi przykro, jakby kto pytał — Lex skrzyżował ręce w geście protestu.
Samantha z kolei uniosła dłoń, prosząc o spokój.
— Nie oceniam, ale powszechnie uważa się, że jej śmierć zostawiła ślad. Falę mocy, magię, która przez dosłownie ułamek sekundy wstrzymała wszystkie połączenia i linie mocy. Amelia zauważyła to pierwsza.
Amelia właśnie szła od tyłu, otulona pelerynką, z dłoniami jeszcze brudnymi od ziemi.
— To był impuls — powiedziała. — Jakby ktoś wymazał runę ze świętej księgi. Magiczne napięcie w strukturze rzeczywistości. Kathabelle musiała być podpięta do czegoś więcej, uważam, że do systemu czarownic.
Ursa pobladła nagle. Słyszała o tym systemie jeszcze jako dziecko. Matka tłumaczyła jej kiedyś, że system może stanowić źródło niekończącej się mocy, choć oczywiście nie zapewnia nieśmiertelności. Wszystko ma swój limit.
— Do tego systemu…?
Amelia spojrzała jej w oczy.
Do samego korzenia najpewniej. I teraz ktoś dowiedział się, że nie żyje.
Lex zacisnął pięści.
— Więc przyjdą.
Samantha skinęła głową.
— Może nie od razu, ale to nie pozostanie długo niezauważone. Nie dla tych, którzy panują nad układami. Nad ładem.
Ursa spojrzała na swojego brata.
— Musimy być zatem gotowi, bo będzie gorąco.
Amelia uśmiechnęła się smutno.
— I ja wam w tym pomogę. Kathabelle nie była moim autorytetem, ale wasza siła? Jest nowa, czysta i z pewnością potrzebna.
Samantha westchnęła.
— Wypocznijcie. Ale nie za długo, nie wiadomo, ile czasu mamy. Musimy się przygotować na różne okoliczności.
Rodzeństwo spojrzało na siebie. Po raz pierwszy od dłuższego czasu czuli, że coś się skończyło na poważnie, ale i z równie głośnym przytupem coś się zacznie.
Lex przeciągnął się, wsłuchując się w ciche trzaski ogniska, które dogasało jeszcze w ich części obozowiska.
ROZDZIAŁ 4
Po wszystkim, co się wydarzyło, rodzeństwo uznało, że należy im się chwila normalności.
Wczesnym rankiem wyruszyli więc do pobliskiego miasteczka — Stormhill — by uzupełnić zapasy. Kilkadziesiąt kilometrów jazdy terenówką przez lasy ii pagórki upłynęło im na żartach, wspomnieniach i planach na obiad. Ursa w końcu parsknęła śmiechem, wciąż trzymając magiczny kompas, który wyglądał jak płynny kamień zawieszony między cienkimi srebrnymi nićmi.
— On nie pokazuje kierunku, tylko energię. Chyba trochę jak echo — mruknęła, odchylając go w dłoni.
— Echo czarownic. Brzmi jak nazwa zespołu heavymetalowego — zażartował Lex.
W miasteczku najpierw skierowali się do lodziarni. Śmiali się, jedząc lody zbyt szybko i walcząc z postępującym zamarzaniem mózgu. Potem usiedli w kawiarni, która była na innej przecznicy, bliżej rynku. Lex zamówił latte macchiato z kokosowym i pistacjowym syropem, a Ursa kawę z mlekiem owsianym i cynamonowym syropem.
— Ej, brat… — syknęła po chwili Ursa, konspiracyjnie nachylając się do Lexa — ktoś ci się przygląda
Lex w odpowiedzi tylko przewrócił oczami.
— Daj spokój. Pewnie to jakiś hipster podziwia moją kurtkę.
Ale Ursa wiedziała, że to spojrzenie było inne, bardziej oceniające. Przenikliwe. Pochodzące od kogoś, kto wie, co robi. Dosyć tajemniczo. Lex machnął ręką nie będąc zainteresowany tematem.
— Ursa, dajże spokój. Mamy tyle spraw na głowie, a ty mi tutaj z jakimś chłopem wyskakujesz.
— No, ale poważnie! — w końcu i Ursa dała za wygraną. —
Niech ci będzie. Tylko potem nie narzekaj na swoje życie singla.
Brat oburzył się maniakalnie siorbiąc.
Już się o moje życie singielskie nie martw, okej? Mam się wyśmienicie.
Rodzeństwo parsknęło śmiechem, zanosząc się i kaszląc.
Zaraz po wyjściu z kawiarni usłyszeli hałas. Motocykl. Głośny, brutalny dźwięk silnika przeszył powietrze i całą ulicę. Kierowca przejechał tuż obok nich. Był to mężczyzna z burzą długich blond włosów. Ubrany w czerwono-czarną koszulę w kratę, opaską na głowie, ale miał tylko zwykłe jeansy i ciężkie buciory. Nic nadzwyczajnego.
— Hmm, stylówa lat dziewięćdziesiątych — bąknął Lex, odwracając głowę za motocyklistą. — Tylko brakuje mu gitary na plecach, albo fajki w gębie.
Po zrobieniu zakupów w sklepie zielarskim, zamiast wracać tą samą drogą, ruszyli okrężnie przez okolicę jezior. Tam Ursa nagle przystanęła.
— Ty, czujesz to?
Lex zamarł.
— Ogień, ale nie fizyczny, kurde, coś jakby impuls, może przekaz?
— Mentalna fala. Silna, ale krótka — Ursa zmrużyła oczy.
Rozejrzeli się po okolicy. Nic nie płonęło, nie było również dymu. Jednak coś wyraźnie zmieniało powietrze.
Po powrocie do obozu przywitała ich cisza — pozorna, bo przy jednym z ognisk stała Samantha i… motocyklista z rynku we własnej osobie.
— Co jest grane? — spytał Lex, stając obok skonsternowanej siostry.
Samantha odwróciła się powoli.
— To jest Merador. Przyjechał do nas sam. Mówi, że musiał tu być.
Chłopak skinął głową. Jego spojrzenie było intensywne, ale nie wydawało się groźne.
— Sam nie wiem, czemu. Po prostu coś mnie tu ciągnęło, nawet specjalnie zostawiłem mój kamper i wziąłem motocykl.
Wieczorem rozpalono ognisko. Wokół niego zasiedli Lex, Ursa, Amelia i Merador. Powietrze było chłodne, ale ogień dawał ciepło i światło.
Amelia się w końcu odezwała, przerywając ciszę.
— Wysłałam wezwanie — powiedziała, patrząc w ogień. — Specjalne, takie, które mogą poczuć tylko ci, którzy pochodzą z żywiołu.
— Bogowie — dodała cicho Ursa.
— Niechętnie używam tego słowa — Amelia wzruszyła ramionami — ale tak.
Lex spojrzał z kolei na Meradora.
— I ty poczułeś wezwanie?
— Tak — potwierdził. — To było jak echo lub impuls. Wiedziałem po prostu, że muszę jechać. Nie wiedziałem za bardzo dokąd, ani po co. Po prostu czułem, że to samo jakoś tak wyjdzie.
Amelia uśmiechnęła się blado.
— I dotarłeś do nas. Tutaj.
— Dajcie mu miejsce w swoim namiocie. Będziemy potrzebować siebie nawzajem, zanim to wszystko się skończy.
Poranek był chłodniejszy niż zwykle, lecz suchy. Mgła jeszcze leniwie snuła się po trawie, a zroszone źdźbła lśniły w wąskich smugach słońca. Lex i Ursa siedzieli na polance tuż za obozowiskiem. Nie rozmawiali — każde z nich wpatrywało się w rozciągający się przed nimi krajobraz, próbując odczytać przyszłość z elementów natury.
— Gotowi? — Amelia przerwała ciszę, łagodnym głosem. Stała nieopodal, ubrana w ciemnozieloną suknię, która lekko unosiła się na wietrze. Obok niej stał Merador, rozciągający się jak przed biegiem.
— Gotowy — odparł, poprawiając opaskę na włosach.
Amelia podeszła bliżej, jej oczy błyszczały powagą.
— Testujemy nie tylko twe umiejętności, ale też rezonans. Chcę zobaczyć, czy żywioł ci odpowiada. Czy to faktycznie ogień jest twoim przewodnikiem i źródłem.
Serio? — Merador się skrzywił. — Nie możemy po prostu, nie wiem, zapalić świeczki i zobaczyć, czy coś czuję.
Naraz rodzeństwo wybuchło dzikim śmiechem. Ludzie. Tacy prości i bez wyobraźni. Sama Amelia bardzo leciutko uniosła kąciki ust.
— Nie, to tak nie działa — ucięła Ursa, poprawiając się. — Uwierz nam.
Amelia wyciągnęła z kieszeni zawiniątko i rozłożyła na ziemi szereg magicznych znaczników. Tworzyły one nieregularny krąg.
— Stań w środku. Nie próbuj niczego wymuszać. Po prostu stój i oddychaj.
Chłopak stanął zgodnie z poleceniem. Złożył ręce za plecami i zamknął oczy.
Najpierw nic się nie działo. Powietrze było nadzwyczajnie spokojne, ale Lex jakoś tak zmarszczył czoło.
— Hmm, interesujące — szepnął.
I w tej chwili znaki rozbłysły czerwienią. Z ziemi uniosła się fala ciepła, a krąg wypełnił się drgającym, pulsującym światłem.
Ursa uniosła brwi zaciekawiona.
— No. To ogień jak nic.
Płomienie wystrzeliły z ziemi, oplatając Meradora, nie parząc jednak ani jego, ani trawy pod stopami. Wyglądało to jak taniec — ogień poruszał się wokół niego w rytmie bicia serca.
Amelia zrobiła krok do przodu, wpatrując się dumna.
— To nie jest zwykły ogień — powiedziała cicho. — On go nie tylko przywołuje. On go zna.
— Tak jak my z wodą i powietrzem — mruknęła Ursa, zerkając na brata.
Płomienie przygasły, a chłopak otworzył oczy. Na jego twarzy był cień zaskoczenia.
— To było… jak powrót. Jakbym wrócił do czegoś, co znałem, ale zapomniałem.
Czarownica skinęła głową.
— Bóg ognia, nie mam żadnych wątpliwości.
— Czyli jesteśmy we troje — powiedział Lex. — Ale ile jeszcze brakuje?
— Z pewnością ziemi brakuje — dodała Amelia. — Bo nie liczę, że duch się odezwie. Jego panujący dawno zaginął i nie dał nigdy znaku życia.
Kolejne poranne światło przesączyło się przez mgłę unoszącą się nad polanką. W oddali słychać było szelest liści, śpiew ptaków i ciche rozmowy członków sabatu.
Lex rozciągnął ramiona, kręcąc karkiem, jakby próbował zrzucić z siebie resztki snu. Ursa, ubrana z luźną tunikę i lekką spódniczkę. Wiązała włosy w warkocz. Merador już czekał na środku polany, oparty o pień drzewa, z lekko znudzonym wyrazem twarzy.
— I jak Merador? — zapytała Amelia, podchodząc do nich z kręgu. Jej peleryna powiewała lekko na wietrze, w dłoni trzymając drewnianą laskę z wyrzeźbionym symbole ognia na szczycie. — Gotowy na dzisiejszy trening?
— Zależy od tamtych czy chcą oberwać — wskazał głową na rodzeństwo. — Ja zawsze jestem gotowy.
— My? Oberwać? — Lex uniósł brew. — Wydaje mi się, że to ty dziś masz trening.
— Mamy ci pomóc odnaleźć wewnętrzny ogień — dodała Ursa, podchodząc bliżej. — Ale jeśli masz zamiar pyszczyć, mogę podkręcić poziom trudności
Merador w odpowiedzi parsknął.
Amelia klasnęła w dłonie niczym wiejska nauczycielka. — Zasady są proste. Merador ma się bronić, unikać ciosów, ewentualnie odpierać ataki z ograniczoną siłą. Nie chodzi wszak o wygraną, tylko o zgranie się z tym, co w nim płonie.
Lex zajął pozycję z jednej strony polany, Ursa z drugiej. Otoczyli Meradora półkolem. On stał spokojnie, ręce trzymając w kieszeniach.
— No, to znaczymy — mruknęła Ursa.
Pierwszy jak zwykle ruszył Lex. Wampirzy refleks pozwolił mu przemknąć jak cień. Merador zareagował dopiero w ostatniej chwili — zrobił półobrót i uchylił się, a potem wykonał zaskakująco płynny unik. Jego ruchy były jeszcze nie do końca zsynchronizowane, ale coś w nim, zaczynało się budzić.
Ursa strzeliła z łuku, ale celowo nie w tors, a w pobliże jego stóp. Merador przeskoczył nad pociskiem, po czym upadł na jego kolano i wciągnął powietrze przez zęby.
— Chcesz, żebym się zapalił czy co? — rzucił
— A może właśnie o to chodzi — mruknął Lex, podchodząc ponownie. Zobaczymy, co się stanie, jak cię przyciśniemy.
Tym razem rodzeństwo zaatakowało wspólnie. Lex z przodu, a Ursa z boku. Merador odparł pierwszy cios Lexa, zatrzymując jego dłoń na wysokości twarzy, ale Ursa kopnęła go w ramię. Zachwiał się, zrobił przewrót w tył i wylądował na kolanach.
— No dobra… — sapnął. — Teraz się wkurzyłem.
Z jego dłoni zaczęły sączyć się ledwo widoczne smugi ciepła. Powietrze wokół niego zadrżało. Ziemia pod nim nieco się wysuszyła, jakby ogrzana niewidzialnym ogniem.
— Właśnie tak — szepnęła Amelia, obserwując wszystko uważnie.
Kolejne starcia trwały niemal godzinę. Merador coraz lepiej czuł, jak płomień się w nim porusza. Jego ruchy stawały się bardziej płynne, ciosy celniejsze, reakcje szybsze. Nie był jeszcze mistrzem — daleko mu było do Lexa czy Ursy — ale sama Amelia dostrzegała w nim postęp.
W jednej z końcowych sekwencji Merador wykonał szybki obrót i z jego dłoni wystrzeliła iskra — nie kontrolowany płomień, ale impuls, który zatrzymał Lexa na chwilę w miejscu.
Lex spojrzał na niego z uznaniem — No proszę. Jesteś bardziej niż tylko gadułą.
— Wiedziałem, że coś we mnie jest — odpowiedział Merador, z trudem łapiąc oddech.
Ursa podeszła do niego i podała mu bukłak z wodą.
— Jeszcze długa droga, ale robisz postępy
Amelia uśmiechnęła się ciepło.
— A płomień w tobie jest dziki i niecierpliwy, ale dasz radę nad nim w pełni zapanować.
Chłopak spojrzał na nią z powagą.
Nikt już nic nie odpowiedział, każdy zatopiony w swoich myślach.
przygotowanie do walki
Nad obozem wisiało ciężkie, szare niebo. Wiatr niósł chłód, choć lato wciąż jeszcze trzymało się kurczowo ostatnich dni. Wszędzie panował ruch — czarownice przenosiły skrzynie z miksturami, zabezpieczały namioty zaklęciami ochronnymi, rysowały kręgi i inskrypcje wokół granicy polany. To już nie była tylko tymczasowa kryjówka. Sabat szykował się na oblężenie.
— Ile razy można uciekać? — powiedziała cicho Amelia, obserwując z oddali przygotowania.
Samantha zwołała zebranie. W jej namiocie zbierały się wszystkie członkinie sabatu, a atmosfera stawała się coraz bardziej napięta. W środku rozbrzmiewały głosy, dyskusje, podejmowano decyzje.
Tymczasem w namiocie rodzeństwa panował półmrok. Lex szukał swojej uprzęży bojowej wśród porozrzucanych ubrań.
— Gdzie, do diabła, są moje rękawiczki? — mruknął, odgarniając kolejny płaszcz.
Merador stał po drugiej stronie namiotu, trzymając w rękach ciemnoczerwoną koszulę z grubego lnu.
— To twoje? — zapytał.
— To Ursy, poznaję materiał — Lex spojrzał na haftowany mankiet. — Tylko ona nosi takie… ubrania.
— Heh, świetnie się zaczyna, wojownicy — skomentował Merador z lekkim uśmiechem.
Lex również się zaśmiał, ale bardziej z nerwów niż czystej radości. Wciąż nie przyzwyczaił się do Meradora. Był on po prostu jakiś inny, a jego energia była cięższa, gorąca i bardziej rozchwiana.
Ale też nieprzewidywalna.
— Widziałeś moje spodnie? — Lex podniósł coś, co przypominało dzwony. — To?
— Tak — chwycił je chłopak z głupkowatym uśmiechem. —
Dzięki. — rzucił Merador, zdejmując koszulkę.
Oboje zamilkli. Przez chwilę cisza była niemal wyczuwalna w dotyku, ale też nie było czasu na dziwne podrygi i zakłopotanie rozmową. W milczeniu się przebierali, każdy skupiony na przygotowaniach. W końcu Merador zapiął pas z pochewką na noże, które bardziej przypominały wulkaniczną skałę niż potencjalne narzędzie mordu.
— Gotowy? — zapytał Lex, poprawiając swoje szelki i zakładając kurtkę ze wzmocnionymi naramiennikami.
— Gotowy — odpowiedział chłopak, zerkając na drzwi namiotu.
Ursa wróciła dosłownie chwilę później. Ubrana w ciemnoniebieski płaszcz z kapturem, spod którego wystawały skórzane ochraniacze. W ręku trzymała łuk, a na plecach miała kołczan.
— Przepraszam, że się ociągałam — rzuciła, widząc ich spojrzenia.
— Wyglądasz, jakbyś mogła sama poprowadzić tę wojnę — bąknął Merador z uznaniem kiwając.
— Tak, czasami mam wrażenie, że będę musiała — odpowiedziała cicho.
Lex podał siostrze napełniony bukłak z wodą.
— Wracam w sumie od Samanthy. Mam wam do przekazania nasze ustalenia.
Wyszli razem z namiotu. Ich kroki wpadły w rytm, choć każdy niósł na barkach inne brzemię. W oddali, w namiocie Samanthy, dopinane były ostatnie plany i szczegóły. Polana wokół była pełna magii — drgań, śladów energii, runicznych znaków. Wszystko czekało na rozwój sytuacji.
walka
Było zbyt cicho, zbyt nienaturalnie, jakby cały świat wstrzymał oddech.
Ursa jako pierwsza wyczuła zmianę. Drobny podmuch, a nie ten zwykły wiaterek, przyniosły dziwnie smakującą wilgoć tak jakby pomieszaną z domieszką agresji.
Zatrzymała się w pół kroku i zmrużyła oczy.
— Nadchodzą… — szepnęła cicho.
Nie trzeba było pytać o szczegóły, bo powietrze zgęstniało, zadrżało. W ułamku sekundy z polany wyparował cały spokój.
Z krzaków, zza drzew, z każdej możliwej strony wypadali łowcy. Tym razem jednak nie była ich garstka. Dziesiątki, a może nawet i setki. Uzbrojeni po zęby. Co niektórzy — co najbardziej przerażające — nieśli urny z czarną, pulsującą energią.
Krzyk Samanthy przeszył przestrzeń jak ostrze.
— Linia obrony! Krąg ochronny aktywuj!
Czarownice ustawiły się w formacji. W ich oczach nie było paniki. Tylko determinacja. Ręce zadrżały w powietrzu. Runy zapłonęły. Pierwsze tarcze pojawiały się niczym szklane bańki otaczające namioty i punkty dowodzenia.
Meradore był już na skraju polany i stał sam. W jego oczach zatańczył ogień. Wyciągnął rękę przed siebie. Nie powiedział ani słowa. Płomień wyskoczył z jego dłoni i przetoczył się po ziemi, tworząc rozżarzoną barierę, przez którą pierwsza fala łowców przeszła… tylko po to, by natychmiast zapłonąć.
Lex ruszył równoległe z nim. W jednej sekundzie był przy linii frontu. W drugiej — między łowcami. Unik, uderzenie, uniesienie przeciwnika i ciśnięcie nim o ziemię jak szmacianą lalką. Jego ruchy były szybkie, ale nie chaotyczne. Każdy cios miał cel. Każdy unik był niczym piękny taniec.
— Brat, z lewej! — krzyknęła Ursa.
Już wiedział, więc odwrócił się i zatrzymał drewnianą strzałę w locie — dosłownie. Chwycił ją w powietrzu i rzucił z powrotem, celując w łowcę, który trzymał ją w dłoni.
Tymczasem Ursa, jej włosy spięte w wysoki warkocz, przypominała boginię wojny. Z jednej strony strzelała — celnie, szybko, z zabójczą precyzją. Z drugiej: uderzała wodą. Jednym gestem przywołała falę, która zmiotła trzech napastników z nóg. Drugim — wystrzeliła szpikulec, który zatrzymał pędzącego przeciwnika w miejscu.
Amelia stała w centrum magicznego kręgu. Jej oczy płonęły, dosłownie — opalizujące światło wydobywało się spod powiek. Ręce trzymała wzniesione, szeptała zaklęcia, które wywoływały błyskawice. Nie celowała, bo nie musiała. Pioruny spadały tam, gdzie wrogowie byli najgęściej zgrupowani.
— Ochrona północnego wejścia się sypie! — zawołała jedna z czarownic.
Samantha uniosła ręce i natychmiast jej głos, donośny i potężny, przywołał lawinę ognistych węży, które przepłynęły przez pole bitwy, wybuchając po drodze i tworząc ogniste pułapki.
Krew. Dym. Ogień. Krzyki. Wszystko mieszało się w jedno.
Jeden z łowców dobiegł do Ursy i uderzył ją od tyłu. Upadła na kolano. Lex, widząc to, doskoczył do nich w mgnieniu oka i osłonił ją ręką przed kolejnym ciosem, przyjmując go na siebie. Przeciwnik z zaskoczenia nie zdążył zareagować — Lex wbił mu ostrze w klatkę piersiową i zepchnął go z impetem na kolczasty płot z zaklęć.
— Dzięki — sapnęła Ursa, podnosząc się.
— Nie teraz — mruknął. — To się jeszcze nie skończyło.
Merador wszedł w środek oddziału. Sam. Jeden przeciwko siedmiu. Wyczuwał ich wahanie, ich lęk. A potem zalała go furia. Skierował ręce ku ziemi, a z niej wybuchł słup ognia, który rozrzucił panikujących napastników na wszystkie strony. Jego koszula spłonęła w sekundę, ale ciało pozostało nietknięte. Skóra za to lśniła w blasku płomieni, jakby był zrodzony z czystej lawy.
— Merador! Za tobą! — zawołała Amelia z daleka.
Odwrócił się w ostatnim momencie i odepchnął przeciwnika ramieniem, tak silnie, że człowiek przeleciał dziesięć metrów i uderzył w drzewo.
W środku kręgu Samantha upadła na kolana. Miała rozcięcie na ramieniu. Jedna z młodszych czarownic dobiegła do niej z eliksirem.
— Musimy zakończyć to szybko — warknęła, podnosząc się z trudem.
Wtedy Lex poczuł coś bardzo dziwnego, coś jakby przeciąg. Pewien charakterystyczny dźwięk skrzydeł. Ale z drugiej strony nic nad nim nie było. Spojrzał w niebo, próbując dojrzeć źródło tego dziwnego dźwięku.
— Coś się zbliża — wyszeptał tylko.
Nadciągała druga fala.
Ursa też spojrzała w górę. — Nie… cholera, to nie są zwykli łowcy.
I rzeczywiście — nad lasem pojawiły się czarne sylwetki. W locie. Skrzydlate, ciemne, które przypominały hybrydy ludzi i nietoperzy. Niektórzy trzymali miecze, inni — fiolki z jakąś zielonkawą cieszą.
— Demony? — Merador zmarszczył brwi.
— Nie… mutanci — poprawiła Amelia. — Ich nowy eksperyment.
W tej samej chwili pierwsze z tych dziwnych istot runęły na ziemię, pikując. Jedna z nich wylądowała blisko Lexa. Zaatakowała z szaleńczą siłą. Lex ledwo zdążył się pochylić w bok.
— No, to teraz zaczyna się zabawa — warknął, gotowy do kontrataku.
Merador stanął przy nim. — Pokażmy im, że bogowie nie śpią. Ursa wyciągnęła rękę przed siebie. — I że boginie też nie.
W tej chwili powietrze eksplodowało. Ogień, wiatr, woda i pioruny rozdarły niebo, a sabat przestał być tylko schronieniem. Stał się polem bitwy.
Ogłuszający wrzask mutantów rozdarł niebo. Mimo tego, że niewielu zostało z tej drugiej fali, to każdy, który lądował na ziemi, siał spustoszenie. Jeden z nich zdążył nawet zadać cios młodej czarownicy — zanim Ursa posłała mu strzałę między oczy.
Lex walczył z dwoma naraz, z rozciętą wargą i kroplami krwi spływającymi po brodzie. Nie czuł jednak bólu, bo adrenalina za bardzo go napędzała. Czuł przede wszystkim wściekłość. Jednym machnięciem ramienia wywołał podmuch, który zmiótł przeciwników z pola. Jego oczy świeciły jasno — coraz mniej było w nich człowieczeństwa, za to coraz więcej mocy.
Merador stał w środku zgliszczy, wokół niego widoczny był krąg ognia. Ostatni z przeciwników próbował się przebić — bezskutecznie. Płomień tańczył, śpiewał, piekł i odpychał. Merador oddychał jednak ciężko. Jego ciało parowało, ale nie był na szczęście ranny.
— To ostatni! — krzyknęła Amelia. — Niech nikt się nie wycofuje!
Rodzeństwo spojrzało po sobie, bo rozumieli się bez słów.
Lex wystrzelił naprzód, a Ursa napięła łuk. Działali jednocześnie. Jeden uderzył powietrzem, a druga — wodną strzałą.
Ostatni wróg padł na kolana, po czym rozpadł się w pył.
Głucha cisza przerywana była tylko trzaskiem ognia i ciężkimi oddechami.
Sabat zwyciężył.
ROZDZIAŁ 5
Słońce wisiało nisko, kiedy Ursa poprawiała pas z kołczanem i rozglądała się po obozowisku. Czarownice rozchodziły się między namiotami, zbierając resztki magicznych przedmiotów i zacierając ślady kręgu ochronnego. Była cisza — ale nie taka spokojna i błoga, tylko napięta, jak po burzy. Cisza tych, którzy przeżyli bitwę.
Lex stał przy samochodzie, pakując ostatnią torbę z miksturami i księgami siostry, oraz kilkoma dodatkowymi szpargałami, zaleconymi przez Amelię. Merador opierał się o maskę, drapiąc się po brodzie. Wyglądał na całkiem zrelaksowanego, biorąc pod uwagę fakt, że zaufał pierwszy raz widzianej wiedźmie, która przysięgła, nawet na samego boga, że jego motocykl bezpiecznie znajdzie się w jego domu. On, tak po prostu, zaufał jej.
— Gotowi? — zapytała Ursa, podchodząc do nich.
— Fizycznie tak. Psychicznie? — Lex wzruszył ramionami. — Zobaczymy
— Jeśli zostaniemy tu dłużej, i tak znów nas znajdą — dodała cicho. — Samantha ma rację. Musimy ruszać i działać.
Merador podniósł torbę i wrzucił ją do bagażnika.
— Więc kierujemy się na północ?
— Na północ, dokładnie. — potwierdziła Ursa.
Samantha i Amelia podeszły do nich po chwili. Starsza czarownica przytuliła Ursę mocno, niczym własną córkę, która znowu wyrusza w świat.
— Nie musisz wracać — powiedziała jej do ucha. — Ale jeśli kiedyś zechcesz, zawsze będziesz miała miejsce przy ogniu.
— Dziękuję — wyszeptała Ursa.
Amelia objęła Meradora jednym ramieniem.
— Nie pozwól, żeby ogień cię pochłonął. Ale nie bój się z niego korzystać, kiedy trzeba
Chłopak skinął głową. Sam jeszcze nie wiedział, co ma zrobić z tą częścią siebie, która niedawno się przebudziła.
Po krótkim, ale ciepłym pożegnaniu wsiedli do auta. Merador zajął miejsce z tyłu, a Lex prowadził. Ursa siedziała obok, w milczeniu porządkując myśli. Gdy tylko minęli ostatnie drzewa, które wyznaczały granicę ukrytego obozowiska, powietrze wokół wydawało się inne, a samo obozowisko zniknęło w ukryciu barier i zaklęć ochronnych.
Droga na północ była niemalże pusta. Wiatr swobodnie przemykał przez otwarte szyby, niosąc zapach wilgoci i suchej ziemi. Ursa wyglądała przez okno, wpatrując się w pasma wzgórz.
— Dziwnie tak… we troje — odezwała się w końcu. — Zawsze byliśmy tylko my.
Lex spojrzał w lusterko na Meradora.
— No wiesz… teraz mamy maskotkę.
— Bardzo śmieszne — odparł Merador. — Zobaczymy, kto kogo będzie ratował, jak znowu wpadniecie w kłopoty.
— Jesteśmy mistrzami wpadania w kłopoty — stwierdziła Ursa z uśmiechem. — Ale też mistrzami wychodzenia z nich.
Jechali długo, mijając opuszczone stacje benzynowe, pagórkowate pola i rzadkie wioski. Gdy słońce zaczęło się zbliżać do zachodniego horyzontu, Lex zjechał na pobocze i zaparkował przed małym, zaniedbanym szyldem z napisem „Ashpine”.
— Zatrzymujemy się? — zapytała Ursa.
— Przydałoby się coś zjeść — mruknął Merador. — I może kawa, bo jak jeszcze raz usłyszę jak Lex śpiewa pod nosem, to zamienię się w kulkę ognia i ucieknę.
Lex uniósł brew.
— To było „Highway to Hell”, klasyka.
— Miałem na myśli raczej twój fałsz.
Ursa parsknęła śmiechem, wysiadając z auta.
Ashpine okazało się być jedną główną ulicą z kilkoma sklepikami i niewielką kawiarnią, z której pachniało cynamonem i czymś apetycznie pieczonym. Weszli do środka, zwracając uwagę na parę starszych kobiet przy stolikach. Merador przykuł uwagę niemal wszystkich — wysokie buty, długie włosy i dziki charakter nie były zbyt dyskretne.
— Może ja zamówię, a wy usiądziecie? — zaproponowała Ursa, czują niechciane spojrzenia.
Lex i Merador usiedli przy oknie. Przez chwilę milczeli, obserwując ludzi za szybą — takich zwykłych, prostych, oderwanych od świata, który oni reprezentowali.
— Myślisz, że jeszcze wrócimy do czegoś normalniejszego? — spytał nagle Lex.
Merador wzruszył ramionami.
— My? Wątpię. Ale może stworzymy coś lepszego niż zwykła normalność.
Ursa wróciła z tacą: trzy kawy, bułki z dynią i coś, co wyglądało jak tarta.
— Przynajmniej jedzenie mają tu przyzwoite — skwitowała.
Przez następne pół godziny rozmawiali, śmiali się, nawet planowali dalszą trasę. Mimo zmęczenia i niewypowiedzianego ciężaru ostatnich dni ta chwila była jak przedsionek pokoju — coś, czego nikt się nie spodziewał, ale każdy potrzebował.
Gdy nastał zmrok, wrócili do auta i ruszyli dalej, w kierunku północnych lasów, zostawiając za sobą Ashpine i resztki cywilizacji. Droga wiła się między wzgórzami, a niebo nad nimi zasnuwały pierwsze gwiazdy.
Ursa przymknęła oczy, oparta o szybę.
— Wiesz, Lex… może Merador to właśnie ten brakujący element. Może nie chodzi o to, żebyśmy byli tylko we dwoje.
Lex nie odpowiedział od razu. Prowadził skupiony, ale słowa siostry zapadły mu głęboko w pamięć.
— Może — powiedział w końcu. — Ale nadal wolę prowadzić auto.
Merador z tyłu przeciągnął się i zaśmiał.
— I ja mam nadzieję, że nie wpadniesz w przepaść. Mam jesz-
cze parę spraw do załatwienia na tym świecie.
Droga, którą jechali, nie przypominała żadnej ze znanych i opisywanych na mapach. W teorii mieli tylko skręcić w kierunku północno-wschodnim, w praktyce wjechali w ciasno spleciony zalesiony wąwóz, gdzie sygnał GPS zgasł równie szybko, co ich nadzieje na szybkie dotarcie do celu.
— Kto do cholery planował tę trasę? — mruknął Lex, wpatrując się w drogę, która wyglądała jak leśna ścieżka niż oficjalna droga krajowa.
— Ty prowadziłeś — rzuciła Ursa, trzymając mapę na kolanach, która wcale nie pasowała do tego, co widzieli za oknem.
Merador, siedzący z tyłu, westchnął.
— To miała być droga na północ. Technicznie rzecz biorąc, wciąż jedziemy na północ, tylko nie tę.
W miarę jak słońce chyliło się ku zachodowi, a gęstwina lasu zagęszczała się jeszcze bardziej, temperatura zaczęła spadać. Nad głowami przeleciała sowa, a potem zrobiło się już kompletnie ciemno.
— Nie damy rady rozbić obozu w takich warunkach — powiedziała Ursa, patrząc na drzewa, które ciasno otaczały każdy skrawek wolnej przestrzeni.
— Śpimy w aucie zatem — podjął decyzję Lex. — i tak nic lepszego nas nie czeka. Przynajmniej nie zamarzniemy.
Zaparkowali na małym, żwirowym placyku przy ścianie lasu. Silnik zgasł. W środku zrobiło się cicho, aż za cicho. Każdy z nich wyciągnął koc, termos i poduszkę.
— Super wycieczka, naprawdę — mruknęła Ursa, zakładając kaptur.
Noc była typowo leśna, niby cicha, ale nie do końca spokojna. Coś wisiało w powietrzu. Las był zbyt ciemny.
Ursa przebudziła się, ziewając. Coś ją wyraźnie zaniepokoiło, jakiś szmer lub trzask, nie wiedziała dokładnie. Początkowo pomyślała, że to jej sen, że jej się przesłyszało, ale dźwięk ten się powtórzył. Cicho, ale dość wyraźnie. Jakby coś się skradało.
Zamarła. Nie ruszała się. Leżała z otwartymi oczami, próbując rozpoznać, co się dzieje za autem. Po chwili ostrożnie niemal bezgłośnie obróciła głowę. Nadal widziała nieprzeniknioną ciemność.
A jednak…
Błysk. Taki ledwo widoczny, jakby mały ognik przemknął między drzewami. Jakby ktoś lub coś nieśmiało puszczało zajączki światłem.
Ursa powoli, niemal rytualnie, wysunęła się z samochodu. Zimne powietrze uderzyło ją w twarz, ale nie zwróciła na to uwagi, bo chciała pozostać czujna i skupiona.
Szła w stronę lasu. Ciche kroki, były wręcz nierealne. Serce biło jej szybciej. Dźwięki co i rusz się nasilały — szelest, trzaski, pękające gałązki.
Kolejny błysk pojawił się w oddali. Był ledwie, ledwie widoczny, ale nadal zauważalny gołym okiem.
Jak zahipnotyzowana, szła przed siebie, nieświadomie oddalając się od ich auta. Nie zdawała też sobie sprawy, że coś ją nachalnie przyciąga. Magia? Sen? Iluzja? Nie wiedziała.
I wtedy…
Całe stado świetlików pojawiło się bez uprzedzenia przed Ursa, blokując jej dalszą drogę. One płonęły prawdziwym ogniem — subtelnie, cicho, ale były prawdziwe. Tworzyły coś w rodzaju ściany światła, zamykając przed nią możliwość dalszej wędrówki w nieznane. Zdębiała gwałtownie i może dzięki temu właśnie się ocknęła.
— Ursa? — rozległ się głos z tyłu. Męski, wysoki, ale znajomy.
Odwróciła się błyskawicznie. Merador stał za nią z uniesioną dłonią. Na placu wskazującym tlił się niewielki płomień, który oświetlał jego twarz.
— Co się dzieje? — zapytał. — Co ty tu robisz?
— Ja… nie wiem. Coś mnie wyciągnęło z auta. Jakby… błysk, światło. Szłam za tym.
— Coś jak hipnoza? — powiedział cicho. — Mocna. Próbowała cię złapać chyba w sen na jawie.
Ursa otarła czoło. Było wilgotne, choć nie wiedziała, czy od potu, czy mgły.
— Wracajmy.
Zawrócili ramię w ramię. Ale nie było to jednak takie proste. W ciemności las wyglądał zupełnie inaczej. Ścieżki się rozmywały, wszystko było takie identyczne. Gdzie wcześniej była przestrzeń, teraz rosły krzaki i drzewa. Gdzie był mech, teraz znajdowało się błoto.
— Lex! — zawołała Ursa.
Echo odpowiadało im tylko chłodem.
— Lex! — tym razem krzyknął donośnie Merador. Nadal cisza.
Aż w końcu…
— Idę, idę… — rozległ się senny, zaspany głos. Zza jednego z drzew wyłonił się Lex, z rozczochranymi włosami, potarganym swetrem i lekko przekrwionym spojrzeniem — Co wy wyprawiacie o tej porze?
— Ursa została prawie porwana przez coś lub kogoś — powiedział chłopak bez cienia ironii.
— Serio? — mruknął Lex, ziewając. — I obudziliście mnie, bo?
— Bo się zgubiliśmy — odparła Ursa, z niepokojem rozglądając się dookoła.
Lex westchnął ciężko.
— Poczekajcie. Skupcie się.
Zamknął oczy, pochylił głowę. Nasłuchiwał.
— Auto jest tam — wskazał kierunek. — Sto metrów na zachód.
Nie czujecie tego metalu?
Ursa spojrzała z rozbawieniem na brata.
— Jesteś przydatny, teraz w wersji pies tropiący.
— No. To gdzie moja nagroda? — odburknął.
Dotarli na miejsce, do auta.
Tylko że…
— Brat? — zaczęła Ursa, zaglądając na jego miejsce. — Gdzie są kluczyki?
— Co?
— Kluczyki od auta. Nie ma ich.
Lex podszedł szybciej. Zajrzał do środka. Rzeczywiście, stacyjka była pusta. Schylił się, zaglądając pod siedzenie i w różne zakamarki.
— Nie, nie ma ich.
— Żartujesz sobie — mruknęła Ursa. — Miałeś je w kurtce, pamiętam.
Merador przeszukał tył auta. Potem plecaki. Potem wokół auta.
Nic. Kluczyków nie było.
Trzask.
Ledwo słyszalny chichot, ale ostry i pełen satysfakcji.
— Zaraz… to nie był sen — powiedziała cicho Ursa.
— Ktoś tu z nami gra, jak widzę. — dodał Merador, a jego oczy błysnęły ogniem.
Ursa rozejrzała się nerwowo, ale nie dostrzegła niczego poza głębokim mrokiem i plątaniną drzew.
— Czy wy też to słyszeliście? — zapytała szeptem.
— Ale co? — Lex spojrzał na siostrę wyraźnie zdezorientowany.
— Znowu! Śmiech, trzask. Coś tam… się poruszało.
— Eee…, nic nie słyszałem. — odparł Merador, marszcząc czoło. — Ale coś czułem. Mglistą obecność.
Podczas ich krótkiej wymiany zdań, auto nie byle jakie, bo Hammer, który był zaparkowany tuż obok nich, po prostu w jednej sekundzie zniknął.
— Gdzie do diabła?! — Lex rzucił się do przodu, rozglądając się w ciemności na wszystkie strony, próbując wypatrzeć choćby zarys jego auta.
— Nie, nie, nie, nie… — Ursa zacisnęła pięści. — Przecież ono nie mogło się po prostu rozpłynąć!
— To jest jakaś pułapka! — stwierdził cicho Merador, instynktownie wyciągając rękę i formując mały płomyk. — Mentalna, iluzoryczna… coś potężnego tu działa.
— Musimy się chyba rozdzielić — powiedział Lex, aż za spokojnie. — Ale kontaktujemy się telepatycznie.
— Okej! — Ursa i Merador rzucili jednocześnie. Lex skinął głową i dodał. — Zaczynajmy.
Ursa
Szła powoli, z dłońmi uniesionymi lekko do góry. Woda pulsowała w ich wnętrzu jak bijące serce, gotowa wystrzelić na znak choćby najmniejszego zagrożenia. Stąpała ostrożnie, uważnie, krok po kroku. Niebo nad koronami drzew było zupełnie czarne, bez gwiazd. Z każdej strony dobiegały szepty ciche jak syknięcia przeciągu przez stare okna.
Zza drzew przemykały kształty. Niewyraźne i zbyt szybkie, by uchwycić je wzrokiem jakby utworzone z cienia i zapachu mchu. Chichoty zbliżały się, stawały się coraz bardziej nerwowe i nieprzyjemne. Gdy próbowała spojrzeć im w oczy — znikały. Ursa przystanęła.
Lex?
Słyszę, bez obaw.
Jego głos pojawił się jak echo wewnątrz jej głowy.
Wszystko w porządku?
Jeszcze tak, sprawdzałam łączność.
Uspokoiła się odrobinę, czując, że nie jest sama ale las nadal szeptał, jakby rozczarowany, że jej nie złamał. Zrobiła ostrożny krok, potem kolejny i pod jej nogą coś się ugięło. Próbowała złapać równowagę, ale było na to za późno, nie zdążyła zareagować. Podłoże zniknęło spod jej stopy, a świat obrócił się gwałtownie w prawo. Krzyknęła krótko.
Upadła na bok, ponownie krzycząc i próbując zamortyzować zderzenie z ziemią. Kolano otarło się o kamień, ale prawdziwy ból przyszedł z kostki.
— Cholera jasna — jęknęła, zaciskając zęby i chwytając się za nogę. Palce znalazły miejsce, które już zaczęło puchnąć. Każdy dotyk palił jak ogień.
Siostra?
Skręciłam kostkę. Nic poważnego.
Ale czuła, że to kłamstwo. Już wiedziała, że nie ustanie całym ciężarem ciała na tej nodze przez najbliższy dzień, może dwa. Co będzie jeśli przyjdzie jej uciekać lub walczyć?
Przycisnęła czoło do chłodnej ziemi. Mokry mech pachniał deszczem, gdy coś raptownie przemknęło tuż za jej plecami. Tętno waliło jej w skroniach jak bębny.
Spróbowała się podnieść, najpierw na łokciach, potem podciągnąć kolano i uklęknąć na zdrowej nodze. Oparła się o pobliskie drzewo, wciągając drżąco powietrze. Ręce miała zimne i wilgotne, ale wciąż sprawne. Woda w niej szumiała niczym rzeka pod powierzchnią lodu. Czekała.
Poczuła ciepło w piersi. Była daleko od brata, ale go wyczuwała, to najważniejsze. Ten kontakt dodawał jej siły.
Spojrzała przed siebie — mgła gęstniała. Gdzieś z lewej znowu błysnęły oczy. Nie były duże, ale czekające.
Ursa nie mogła się ruszyć, ale mogła walczyć, jeśli będzie trzeba.
— No, dalej — wyszeptała. — Spróbujcie.
Lex
Poruszał się niemal bezszelestnie, ciało miał napięte jak cięciwa, gotowe do nagłego skoku, do ucieczki lub ataku. Powietrze wokół niego było jak miękka szata. Każdy ruch liści, każda zmiana ciśnienia, każdy szmer niesiony wiatrem — wszystko niosło niepokój.
Zatrzymał się pod wielkim świerkiem, przylegając plecami do kory. Nasłuchiwał. Zmarszczył brwi. Coś było zbyt cicho. Światło księżyca nie odbijało się od liści tak, jak powinno. To nie był zdecydowanie zwyczajny las.
Ruszył dalej, krokiem ostrożnym, prawie tanecznym. Unikał korzeni, suchych gałęzi, wyciągniętych dłoni paproci. Chciał przemieszczać się jak cień.
I wtedy to poczuł.
Coś szorstkiego, klejącego, niemal ciepłego otarło się o jego biodro. Instynktownie zatrzymał się. Zbyt późno.
Z cichym świstem coś pociągnęło go w górę. Liny — mechaniczne, splecione z włókien i zaklęć — zacisnęły się jak pętle. Przez ułamek sekundy walczył z grawitacją, ale nie było ucieczki. Pułapka zadziałała idealnie.
Jego ciało zostało poderwane w powietrze i zawisło głową w dół.
Świat zawirował. Gałęzie drzew wyglądały teraz jak rozciągnięte palce, które próbowały dotknąć jego twarzy. Krew natychmiast spłynęła mu do głowy, pulsując w skroniach jak bębny.
— No świetnie — wymamrotał, bujając się lekko.
Wokół znów zapadła cisza przerywana miarowym, jednostajnym skrzypieniem lin.
Chciał sięgnąć po nóż — nie miał go. Jego własne ręce były też skrępowane w dziwny sposób, jakby pułapka została specjalnie stworzona dla kogoś takiego jak on. Uścisk był magiczny.
Ursa, potrzebuję cię. Potrzebuję noża, albo czegokolwiek.
Przez chwilę było cicho. I wtedy myśl wróciła do niego. Lecę… ale ledwo idę. Daj mi chwilę.
Lex zamknął oczy. Oddech miał spokojny i kontrolowany. Ale w środku buzował.
Wiszenie głową w dół miało swój urok — zwłaszcza gdy wokół panowała ciemność, a z oddali dobiegały niepojące dźwięki. Chichoty i szmery. Cichy szyk przeszedł tuż obok jego ucha. Powietrze nagle zgęstniało.
Lex ponownie otworzył oczy. Z mgły wyłoniła się postać — niewielka, jak dziecko z porożem. Miała wielkie oczy, które mieniły się zielenią, i szeroki uśmiech z zębami ostrymi jak igły. Stała i patrzyła na niego.
Nie poruszyła się.
Lex nie mrugnął. Nie chciał pokazać strachu. Wiedział, że istoty z takich miejsc czują strach tak samo jak zapach krwi.
— Nie jestem dla ciebie — syknął cicho. — Nie dzisiaj!
Stworzenie przechyliło głowę, po czym… rozpłynęło się. Jak dym.
Merador
Z każdym kolejnym krokiem coraz wyraźniej czuł niepokój. Wnętrze lasu nie pachniało już drzewami i mokrą ziemią, tylko sennym chaosem. Ogień, który zazwyczaj płynął przez jego żyły jak gorąca rzeka, teraz przypominał przygaszoną świecę w przeciągu. Jakby ktoś zasłonił mu dostęp do samego siebie. Czuł się po prostu dziwnie słaby, zdezorientowany.
Zatrzymał się przy omszałym pniu i przetarł skroń. Mimo chłodu miał wrażenie, że się poci. Skupienie przychodziło z trudem, myśli płatały figle i plątały się jak sucha trawa na wietrze. Zacisnął dłonie, próbując przywołać płomień, ale nic takiego się nie działo.
Tylko lekki trzask w powietrzu.
— Co jest, do cholery… — mruknął, przymykając oczy.
Zrobił krok.
Ziemia zadrżała nagle i zapadła się pod nim.
Krzyknął krótko, zanim ciało poleciało w dół i ziemia go pochłonęła.
Upadł z tępym uderzeniem. Nie głęboko — może ze dwa metry — ale wystarczająco, by poczuć silny ból w ramieniu, który sygnalizował możliwe zwichnięcie. Przez chwilę leżał nieruchomo, próbując zrozumieć, co się właśnie wydarzyło.
Z góry zniknęła pokrywa. Runy, ledwo widocznie wcześniej, rozbłysły przez moment na warstwie darni, po czym zgasły, jakby nigdy ich nie było.
— Świetnie, pułapka magiczna. Cudownie — syknął przez zaciśnięte zęby.
Rozejrzał się. Ściany dołu były gładkie, ubite i wzmocnione zaklęciem — czuł to. Każda próba podniesienia ręki wywoływała bolesny puls w barku, ale nie zamierzał się poddawać.
Spróbował usiąść, ale jego ramię zapiekło. Westchnął głęboko, tłumiąc jęk.
— Lex… Ursa… czy mnie słyszycie? — powiedział na głos, jednocześnie koncentrując myśli, desperacko potrzebując ich obecności.
Cisza.
Tylko echo własnych myśli mu towarzyszyło.
Przez chwilę nie wiedział, co bardziej go przeraża — samotność, świadomość, że może być odcięty, czy ten dziwny las, który zdawał się ich pożerać. Zamknął oczy, by się ponownie skoncentrować. Wiedział, że ogień nadal w nim jest. Nie mogło być przecież inaczej. Las może go tłumić, ale nie może go zgasić.
Wyciągnął dłoń, nieśmiało. Skoncentrował się na cieple, które tak dobrze już znał.
I wtedy — maleńka iskra pojawiła się nieśmiało. Mikroskopijny był przy jego palcu.
— Jestem. Nadal tu jestem. — wyszeptał, otwierając oczy.
Iskra nie rozrosła się w płomień, ale wystarczyła. Dodała mu odwagi. Wyciągnął drugą rękę, oparł się o ścianę i spróbował się podciągnąć. Nic, za stromy dół i zbyt śliski, a dodatkowo to ramię…
Zgrzytnął zębami.
Ursa i Lex
Ursa dotarła pod drzewo, pod którym wisiał jej brat. Jej krok był już mocno kulejący, ale nawet jeśli kostka paliła żywym ogniem, nie zamierzała się zatrzymywać. Każdy krok mimo wszystko był wyzwaniem. Wilgoć lasu pogłębiała ból, chłód przesiąkał przez materiał spodni, a mgła oplatała ciało jak pajęczyna.
Gdy podeszła bliżej, uniosła wzrok i zobaczyła Lexa wiszącego do góry nogami, z rękami związanymi przy tułowiu. Liny, którymi był skrępowany, wyglądały na stare, ale silne — grube, ciasno związane i napięte jak stalowe linki.
Ursa parsknęła półgłosem, opierając się o pień drzewa.
— No, mądralo. Jak mamy cię teraz ściągnąć? Powiedz, że masz jakiś plan awaryjny.
Lex westchnął ciężko, a jego głowa bujała się w rytm wiatru jak zbyt duży owoc na zbyt cienkiej gałęzi.
— Próbowałem. Użyłem powietrza, siły, przekleństw i swojej najbardziej zabójczej miny. Nic. Te cholerne liny są jak zaklęte.
— Może i są — warknęła Ursa, zaciskając zęby z bólu, gdy znowu obciążyła kontuzjowaną nogę. — Ale jak się uprzemy, to je rozwalimy wspólnie.
Podparła się, stając pewniej. Czuła, jak krew w niej pulsuje — nie tylko z bólu, ale z gniewu również. Ktoś porwał jej brata, zrobił z nich zabawki w jakimś chorym lesie iluzji. Już miała tego serdecznie dość.
Lex spojrzał w dół.
— Masz jakiekolwiek narzędzia?
— A wyglądam ci na kuźnię?
— No dobrze, więc kombinujemy. Na trzy?
— Na trzy, ale najpierw ty.
Lex przymknął oczy. Skoncentrował się. Dłoń, choć wciąż związana, lekko zadrżała. Powietrze wokół niego zaczęło drgać, jakby ktoś uruchomił niewidzialny wentylator. Strumień powietrza zawirował, kierując się w stronę liny. Ale to było za mało — lina zadrżała, ale nie pękła.
— Cholera, jest zbyt gruba. Trzyma mnie jak żmija.
Ursa wzięła głęboki wdech. Uniosła ręce, a woda zaczęła pulsować wokół jej palców. Skierowała ją ku linie — maleńki strumień, który wślizgnął się w ciasno związaną strukturę, zaczął pracować. Wilgoć zaczęła rozszerzać włókna. Lina zasyczała i zaczęła puchnąć, jakby nasiąkała zbyt szybko.
— Jeszcze trochę… — wycharczała Ursa, pocąc się z wysiłku.
Lex znowu się skoncentrował. Wir powietrza nasilił się, uderzając w nabrzmiałą, wilgotną linę z większą mocną.
— No już… już… jeszcze moment… — dyszał Lex.
I wtedy…
Trzask.
Jak zgrom z jasnego nieba, lina pękła z głośnym hukiem, a Lex spadł. Nie był jednak kompletnym amatorem — przekręcił się w powietrzu, zwinął ciało w kulkę i wylądował… z gracją.
Na tyłku.
— Au. — mruknął, krzywiąc się. — Dziękuję za pomoc, kochana siostrzyczko.
Ursa opadła na kolano, sapiąc.
— Nie zapomnij, że jestem kontuzjowana. I że to przez ciebie tu łazimy po nocy.
Lex uśmiechnął się, podchodząc do niej. Schylił się, wyciągając rękę.
— W takim razie, z wdzięczności, zaciągnę cię z powrotem do auta. Na barana. Jak w dzieciństwie, pamiętasz?
Ursa prychnęła.
— W dzieciństwie to miałam dziesięć kilo mniej i nie nosiła kołczana z piętnastoma strzałami i butów z blachą.
Lex zaśmiał się, podnosząc ją delikatnie.
— Dasz radę, siostrzyczko. A ja cię zaniosę, bo taką mam misję — ochronić najdzielniejszą czarownicę, jaką znam.
— Głupoty gadasz.
— Merador musi być w tarapatach, milczy cały czas.
— Wiem, Ursa. Musimy się pospieszyć.
— Moja kostka protestuje, ale trudno. Byleby nie było z niego grilla.
Ruszyli szukać chłopaka.
Merador
Lex skupił całą moc, unosząc rękę w stronę ziemi. Powietrze wokół niego zaczęło drżeć — gęstniało jak szkło tuż przed pęknięciem. Skoncentrowany, zmrużonym wzrokiem śledził ukrytą w mroku pułapkę. Wnet pod powierzchnią zaszeleścił liść, trawa drgnęła, a coś jak fala ciśnienia uniosła się spod ziemi.
Merador, przyczajony w jamie, wyczuł nagłą zmianę ciśnienia. Ściany pułapki zaczęły się poruszać, jakby jakiś ogromny oddech wydychał spod jego nóg powietrze. I nagle — w górę. Zupełnie bez uprzedzenia, niczym na niewidzialnej platformie powietrznej — został uniesiony, powoli, ostrożnie, aż wylądował na miękkim dywanie trawy.
— Dzięki — powiedział z ogromną ulgą, otrzepując się z piachu. Klepnął Lexa w nogę, który nadal stał skoncentrowany, z dłonią w górze. — Powietrze jest jednak przydatne. Muszę to przyznać.
— No, skoro już to mówisz, to niech ci będzie — odparł Lex z lekkim uśmiechem.
Ale ich żarty szybko utonęły w nowym problemie. Mgła zaczęła się zagęszczać.
Najpierw powoli — jakby ktoś spuszczał mleko do lasu z olbrzymiego dzbanka. Potem coraz szybciej. Już nie czuć było zapachu liści, tylko coś cięższego, wilgotniejszego. Gęsta zawiesina rozlewała się po ziemi, pochłaniając korzenie drzew, krzewy, cienie i światło.
Z każdej strony nadchodziła ta dziwna mgła. Nie było już kierunku, tylko środek. Ich środek.
A potem pojawiły się oczy.
Miliony.
Szmaragdowe, jasne jak szklane koraliki, rozrzucone między gałęziami, niską roślinnością i unoszącą się mgłą. Były dosłownie wszędzie — w górze, w dole, z boku i patrzyły. Oddychały.
— Szykujcie się — powiedziała Ursa, czując, jak woda pod jej skórą zaczyna wibrować. — To chyba nie koniec atrakcji.
— Gotowy — mruknął Lex.
— Zawsze — dodał Merador.
Trójka stanęła blisko siebie. Ich sylwetki powoli znikały w gęstniejącej bieli.
— Na trzy… — Ursa spojrzała po nich. Jej dłonie zaczęły drżeć, a krople wody unosiły się wokół jak delikatne paciorki zawieszone w powietrzu.
Lex rozpostarł ramiona, wokół jego nóg i pleców zaczęły wirować prądy powietrza — spiralne, opalizujące i czekające na wybuch.
Merador uniósł dłoń, a jego palce zadrżały jakby w oczekiwaniu na rozkaz. Mały płomyk pojawił się nad jego dłonią, rozpalając się powoli, ale wyraźnie. Ciepło roztopiło mgłę w promieniu jednego kroku.
— Dwa… — warknął Lex.
Z mgły zaczęły wyłaniać się zarysy — oczy miały teraz twarze, twarze miały usta, a usta… zęby. Istoty nie były w pełni materialne, ale ich obecność była niepodważalna. Pazury wysuwały się z kłębowisk cieni, głowy obracały się nienaturalnie, a ich chichoty przypominały łamanie kości.
— TRZY! — krzyknęła Ursa.
I wszystko wybuchło.
Wir powietrza uderzył niewidzialnie. Wzniósł się jak tornado, miażdżąc postaci, które zdążyły podejść już najbliżej. Rozrzucał je jak liście, a ich cienie pękały niczym szkło.
Zaraz za nim nadeszła woda. Potężna, świdrująca fala, która rozlała się wachlarzem, miażdżąc i dusząc to, co nie zostało porwane przez wiatr. Jej brzeg był jak ostrze.
A potem ogień.
Merador rozrzucił dłonie, a z jego piersi buchnął jęzor płomienia. Wir ognia zawirował wokół ich ciał, tworząc barierę, ale też narzędzie zniszczenia. Wszystko, czego dotknął — znikało. Nie paliło się, po prostu przestawało istnieć.
Oczy rozproszyły się. Istoty piszczały przeraźliwie, wycofując się, ale ogień nie dawał im pola do ucieczki. Lex wzmocnił wir, Ursa poprowadziła wodne bicze. Rytmicznie, w pełnej synchronizacji.
I nagle…
Cisza.
Mgła rozwiała się, zostawiając po sobie tylko echo wilgoci w powietrzu.
Troje młodych bogów leżało na trawie, w kompletnej ciszy. Nie było już lasu iluzji. Nie było też pułapek, ani istot, ani szmaragdowych oczu.
Obok nich — stało auto, jak gdyby nigdy nic.
Lex podniósł się, jego włosy były rozchwiane, twarz zabrudzona od ziemi, a oczy błyszczały.
— To był… sen? — spytała Ursa, z trudem siadając.
— Nie. To był las — mruknął Merador, który rozcierał najnormalniejsze na świecie ramię. — Ale nie taki zwyczajny. Miejsce, które żyje… i śni. I wciąga innych do tych snów.
— Chochliki, złodzieje snów i energii, diabli by to. — Lex przeciągnął się. — Legendarne, ale raczej nie chcę ich drugi raz poznawać.
Spojrzał na maskę samochodu. Leżały tam i kluczyki.
— Serio?! — ryknął z niedowierzaniem.
Ursa spojrzała na nie z mieszaniną złości i rozbawienia.
— No dobra, nie wiem, jak wy, ale ja chcę się stąd zawijać.
— Tak, jak najszybciej — mruknął Merador, rozcierając odrętwiałe ramię.
Ruszyli w stronę auta. Nikomu nie było do śmiechu, ale każdy z nich miał poczucie, że coś przetrwali. Kolejny trening lub bitwę. Lex odpalił silnik.
— Spadamy stąd, zanim znowu zrobi się bajkowo. Tym razem bez happy endu.
Koła zahuczały, opony rozcięły ziemię, a auto ruszyło przed siebie — dalej w stronę północy.
Silnik Hammera mruczał nisko i spokojnie, sunąc po wijącej się wśród wzgórz asfaltowe nitce. Ziemia zmieniała się wokół nich — ścieżki, które jeszcze kilka godzin wcześniej były dzikimi leśnymi traktami, teraz ustępowały otwartej przestrzeni, pokrytej złotem zbóż i fioletowym szeptem lawendy. Horyzont był pełen pofałdowanych wzgórz, miękko zanurzonych w lekkiej, porannej mgle, która unosiła się wśród drzew jak duch.
Słońce wisiało jeszcze nisko, rozlewając pomarańczowy blask po szosie, a wszystko, co mijali, zdawało się tchnąć spokojem. Tylko oni — trójka siedząca w masywnym aucie — byli cieniami w ruchu, napędzani niepokojem i instynktem.
Ursa siedziała obok Lexa, z nogą opartą na desce rozdzielczej. Kostka nadal bolała, choć znacznie mniej niż dzień wcześniej. Otwarte okno wpuszczało świeże, chłodne powietrze, a jej włosy co chwilę tańczyły na wietrze.
— Długo mamy jeszcze do tej… północy? — zapytała, spoglądając na brata, który prowadził z łatwością, jedną ręką, jakby auto było przedłużeniem jego myśli.
— Nie wiem — odpowiedział z lekkim uśmiechem. — Mamy tylko kierunek. Amelia mówiła wyraźnie „północ”, ale nie określiła, gdzie dokładnie.
— Pewnie dlatego, że i tak czegoś na to ma nauczyć — wtrącił Merador z tylnego siedzenia. Leżał rozwalony, oparty o poduszkę, którą wygrzebał gdzieś z bagażnika. — Jak każda porządna podróż duchowa.
— Nie mów mi teraz o żadnej duchowości, proszę — mruknęła Ursa. — Jeszcze nie doszła do siebie po tych całych chochlikach.
— Prawie zginęliśmy w lesie, który próbował nas uśpić i zjeść — dodał Lex. — To nie jest zwykła podróż.
— No, to nie zatrzymujmy się w zwykłym miejscu — Merador usiadł prosto. — Potrzebujemy hostelu, ale nie takiego dla ludzi.
Takiego… bardziej dla nas?
Ursa zmarszczyła brwi.
— Myślisz, że znajdziemy coś takiego tak po prostu?
— No, jeśli istnieją bary dla wilkołaków i nekromantów, to i takie miejsce do spania się znajdzie — rzucił Merador z przekonaniem. — Poza tym, czuję, że nie jesteśmy daleko od takiego miejsca.
Lex zerknął w lusterko.
— Czujesz?
— Tak. Ogień to nie tylko walka. To też instynkt. Kierunek, serce.
— No to powiedz swojemu sercu, żeby znalazło coś z wygodnymi łóżkami i prysznicem — rzuciła Ursa. Bo śmierdzimy jak po trzydniowym rytuale pogrzebowym.
Droga powiodła ich przez rozległe połacie łąk, gdzie wysokie trawy falowały na wietrze jak morskie fale. Po obu stronach rozciągały się pasma brzóz, z białymi pniami lśniącymi w słońcu. W oddali, jak pocztówkowy krajobraz, rysowały się góry. Ich szczyty znikały w lekkim, niebieskawym oparze, a niebo nad nimi było czyste jak kryształ.
Lex zwolnił, mijając skrzyżowanie z ledwie widoczną, kamienną tablicą. Widniał na niej symbol — rysunek jelenia w koronie, z zielonymi runami wokół poroża.
— Widzieliście to? — zapytał.
— To zdecydowanie nie jest ludzkie oznaczenie — przyznała
Ursa.
— Magia ziemi, las żyje. To prowadzi do czegoś — powiedział Merador, spoglądając przez tylną szybę.
Lex skręcił bez dalszych pytań.
Nowa droga była węższa, bardziej dzika, prowadząca między lasami i pagórkami. Z jednej strony znajdował się niewielki strumień, po drugiej rosły potężne dęby, pod którymi wiatr śpiewał jakąś nieznaną, starą pieśń.
— Dobra, ktoś musi przyznać, że to miejsce ma klimat — odezwała się Ursa, wpatrzona w krajobraz. — Trochę jak dom. Ale… starszy niż jakikolwiek dom, który znam.
— To pewnie stara ziemia — powiedział Merador. — Tu musiały żyć istoty na długo przed ludźmi. Czasami czuję, jakbyśmy wracali na swoje miejsce.
— A może po raz pierwszy trafiamy — mruknęła Ursa.
Zatrzymali się przy rozwidleniu, gdzie mała, drewniana tabliczka pokazywała jedynie napis
Hostel „Dąb i Cień”
Pod spodem wypalono ręcznie „Dla tych, którzy widzą więcej” — Brzmi obiecująco — Lex uniósł brew.
— Albo złowrogo — stwierdziła Ursa.
— To ten sam język, co w zaklęciach ochronnych czarownic z południa — odezwał się Merador. — Jest prawdziwe to wszystko, na szczęście nie jest iluzją.
Lex ruszył dalej, powoli, pozwalając silnikowi mruczeć na niskich obrotach. Wkrótce wśród drzew pojawiła się drewniana konstrukcja przypominająca dawną karczmę. Miała dwa piętra, ganki oplecione winoroślą i okna z kolorowymi witrażami, przez które sączyło się delikatne światło.
Nad drzwiami wisiał dzwonek z identycznym, jelenim porożem.
Gdy podjechali bliżej, brama otworzyła się sama.
Ursa zerknęła na brata.
— To znak, że ktoś na nas czeka, czy jakaś magiczna automatyka?
Z wnętrza wyszła kobieta o nieco ciemnej, kasztanowej cerze i włosach spiętych w setki cienkich warkoczy. Jej oczy były srebrne — dosłownie. Całe tęczówki mieniły się jak lustro pod światłem księżyca.
— Witajcie — powiedziała łagodnie. — Czekałam na was. Pokój dla trójki z wyjątkowym przeznaczeniem. Tak, mamy wolny.
— Czy to… standardowy pakiet może? — mruknął Lex, czując się dziwnie. Wszak nie zdążyli porządnie się odezwać.
— Standard? To fakt, ale jeśli chodzi o wybrańców — odpowiedziała kobieta, z uśmiechem nieco zbyt przenikliwym. — Wejdzie do środka. Cień was tu ochroni, a dąb was nakarmi.
Od progu uderzył ich zapach drewna. Ściany, zbudowane z ciemnych bali, były ozdobione suszonymi wiankami lawendy, szałwii i dziurawca. W powietrzu unosił się delikatny dym z paleniska, przy którym stał miedziany kocioł, bulgoczący spokojnie.
— Wejdźcie, zdejmijcie buty, jeśli macie ochotę. Podłoga jest po prawdzie stara, ale miła i ciepła. — powiedziała gospodyni, prowadząc ich przez obszerny korytarz.
Lex rozejrzał się uważnie. Witrażowe okna wpuszczały światło w kolorach zieleni, złota i bursztynu, które kładły się na podłodze niczym plamy farby. W kątach korytarza stały rzeźbione krzesła, każde z innej parafii — jedno z oparciem w kształcie skrzydeł, drugie w formie wijących się wodorostów.
— Czuję się jak w innym świecie — mruknęła Ursa, idąc boso po skrzypiących deskach. — I chyba to miejsce mnie lubi.
— Ciebie? — Merador uniósł brew. — Mi ciepło jak w wulkanie, więc chyba i mnie też.
Zaprowadzono ich do jadalni — dużej, otwartej sali z długim stołem z litego dębu. Nad nim wisiał ogromny żyrandol z jelenich rogów rzecz jasna, w którym płonęły dziesiątki świec. Przy stole siedziało już kilka osób — młody mężczyzna o oczach jak kryształowe tafle lodu, kobieta z różanymi tatuażami wijącymi się po szyi i ktoś, kto wyglądał na starego rybaka, ale z gracją trzymał w dłoniach kielich, z którego unosiła się podejrzana zielona poświata.
— Nasi goście z południa — powiedziała gospodyni do zgromadzonych istot, a oni w milczeniu skinęli im głowami, niektórzy z zaciekawieniem, inni z czymś, co wyglądało na względny szacunek.
Usiedli. Przed nimi pojawiły się miski z gorącą zupą z grzybów i korzeni, pachnąca tymiankiem i jałowcem. Potem pieczony chleb z orzechami, mało o lekko miodowym posmaku, a na koniec pieczona ryba w liściach, podana z sosem o ostrym, cytrusowym aromacie.
— Okej… to jest o niebo lepsze niż większość uczt, które miałam w sabacie — przyznała się Ursa, tuż po pierwszej łyżce zupy.
— Tyle że sabat gotuje dla przetrwania, jak wiesz. Tu gotują widać dla duszy — skomentował Lex, sięgając po kromkę chleba.
Merador jadł szybko i dużo, trochę po prosiaczkowemu, ale widać było, że pomiędzy kęsami, rozglądał się po sali.
— Wszyscy są tu… inni. Nie czuję w nich zwykłej krwi.
— Bo to hostel przede wszystkim dla takich jak wy… no, może poza nim, zazwyczaj — odezwała się gospodyni, stawiając przed nimi gliniane kubki z gorącym naparem. — Wędrowcy, którzy żyją na krawędzi światów.
Herbata miała głęboki, ciemny kolor i smakowała jednocześnie słodko i korzennie, z nutą czegoś odurzającego, ale przyjemnie wyciszającego od środka.
Po udanej kolacji, gospodyni zaprowadziła ich na górę. Korytarze na piętrach były już znacznie węższe, ale za to miło i ciepło oświetlone świecami w lampionach z matowego szkła. Drewniane drzwi do ich połączonego pokoju były ozdobione wyciętym w desce motywem fal, wiatru i płomienia. Trzy żywioły splecione w jeden znak.
— Oo, pasuje! Jak miło — mruknęła Ursa, przesuwając delikatnie dłonią po rzeźbieniu.
Wspólny salon był przytulny, miał olbrzymią kanapę z pięknym widokiem na pobliski lasek. Na ścianach wisiały obrazy przedstawiające krajobrazy — góry w blasku zachodzącego słońca, gęste lasy nocą, rozgwieżdżone niebo na taflą jeziora. W rogu stał piecyk, w którym cicho trzaskało drewno.
Merador rzucił swoją torbę na łóżko w pokoju jego i Lexa, wybierając łóżko bliżej okna.
— Biorę to, lubię mieć okno zawsze obok siebie
— Ok, ja tam mogę spać przy drzwiach. Zawsze będę miał kontrolę nad tym, kto idzie lub puka. — zaśmiał się Lex, zrzucając z ramion swój workowy plecak.
— Może wam pomóc? — krzyknęła Ursa ze śmiechem. — Żebyście się mi nie pozabijali w nocy.
Lex przewrócił oczami, ale też uśmiechnął się pod nosem.
Rozebrali się z wierzchnich ubrań, a ciepło piecyka rozluźniało mięśnie po długiej podróży w pozycji głównie siedzącej. Za oknem wiatr poruszał winoroślą oplatającą gzyms, a w oddali słychać było donośne pohukiwanie sowy.
Ursa będąc w swojej sypialni, ułożyła się pod chłodnym i miękkim kocem, zamykając oczy.
— To pierwsza noc od dawna, kiedy czuję się bezpieczna — mruknęła pod nosem.
Płomienie w piecyku przygasały, a hostel otulił ich miękkim snem, do którego żadne chochliki ani inne straszydła wstępu nie miały.
Poranek w „Dębie i Cieniu” był jak leniwe przeciągnięcie się po dobrze przespanej nocy. Światło wpadało przez witrażowe okna w odcieniach zieleni i złota, kładąc na ścianach plamy koloru. W powietrzu unosił się apetyczny zapach pieczonego chleba i dymu z kominka, wymieszany z chłodnym aromatem porannej rosy.
Ursa ubrała się lekko, narzucając tylko luźny płaszcz.
— Idę na spacer — powiedziała, wiążąc włosy w niedbały warkocz. — Chcę zobaczyć, jak wygląda tutejszy las o poranku.
Lex uniósł brew.
— Uważaj, żeby znowu cię nie zwabiły świetliki.
— Aha, bardzo zabawne — rzuciła przez ramię i wyszła, zamykając za sobą drzwi.
Merador i Lex przenieśli się na tylną werandę hostelu — szeroką, zadaszoną konstrukcję z rzeźbionymi słupkami i starymi, skrzypiącymi krzesłami. Przed nimi rozciągała się ściana lasu, a w oddali, nad ciemną linią drzew, majaczyły niebieskawe czubki gór.
— To wygląda jak obraz, a nie rzeczywistość… — mruknął Lex, opierając się wygodnie na rozkładanym fotelu.
— Wulkany też wyglądają pięknie z daleka, tak myślę — odpowiedział Merador, popijając z kubka, czarną, gorzką kawę. — Ale z bliska jest inny. Tak samo jest z górami.
Lex skrzywił się lekko, mrucząc.
— Ty to zawsze musisz wpleść ogień do każdej metafory?
— A ty wiar. Każdy ma swoje. — uśmiechnął się ironicznie Merador.
Siedzieli chwile w ciszy. Słychać było tylko cykanie ptaków, szum liści i odległe stukanie młotka, gdzieś w wiosce poniżej.
— I co dalej? — spytał po chwili Lex, który wpatrywał się w górski horyzont. — Jedziemy w kierunku wybrzeża?
— Możemy, czemu nie, ale po drodze powinniśmy znaleźć kogoś, kto wie więcej o tej całej Kathabelle i tym waszym Crispinie, skoro w obozie czarownice nie były zbyt wylewne. — Merador odstawiając kubek, zerknął na Lexa. — Nie możemy tak działać po omacku.
— Wiem, wiem, Drong — Lex westchnął. — Ale po ostatnich tygodniach mam wrażenie, że każdy ruch jest głównie po omacku.
— To może chociaż ten dzień niech będzie w bezruchu, haha — odparł Merador i zamknął oczy, opierając głowę o oparcie swojego krzesła.
Ursa wróciła przed obiadem, na policzkach miała zarysowane świeże rumieńce, a w dłoni trzymała kilka dzikich kwiatów.
— Tam jest strumień. Woda jest tak czyściutka, że widać każdy kamyk na dnie — powiedziała, stawiając bukiet w małym glinianym wazonie na stole w pokoju wspólnym.
Na obiad zaserwowano pieczeń z dziczyzny w sosie jałowcowym, pieczone ziemniaki z ziołami i sałatę z rukoli z dodatkiem orzechów włoskich. W jadalni panował, jak zwykle, spokój — kilka osób czytało książki przy stole, ktoś grał cicho na lutni w rogu sali.
— Może poszlibyście ze mną dalej, może na tę górę, co ją widzieliście? — zaproponowała Ursa między kęsami.
— W sumie… czemu nie? — Lex wzruszył ramionami znad talerza. — Dzień się jeszcze nie skończył.
Szli wolno, zaczynając od kamienistej drogi prowadzącej w górę, a potem skręcając w ścieżkę wśród drzew. Świerki pachniały intensywnie, a mech pod stopami był miękki niczym gąbka. W powietrzu unosił się lekki chłód, ale słońce przemykało między gałęziami, zostawiając na ziemi ciepłe, złote smugi.
— Pamiętasz, jak kiedyś też wspinaliśmy się na wzgórze przy rzece? — spytał Lex siostrę, idąc obok niej.
— Pamiętam doskonale, że wpadłeś do wody, zanim doszliśmy na szczyt — Ursa uśmiechnęła się lekko.
Merador szedł kilka kroków przed nimi, ale przysłuchiwał się rozmowie.
— A ja pamiętam, że nigdy nie zaliczyłem kąpieli na dziko, hahaha.
— Brzmi… nudno — rzucił Lex z nutką ironii.
W połowie drogi zatrzymali się przy punkcie widokowym. Przed nimi rozpościerał się pejzaż — zielona dolina, srebrne wstążki rzek i dalekie pasma gór.
— Wiesz, co? — Ursa usiadła na kamieniu. — Mogłabym tu zostać na dłużej.
— Nie zdążysz się znudzić, zanim coś nas znowu dopadnie — Lex spojrzał w dal, ale w jego głosie tym razem nie było zgryźliwości.
Poranek był cichy, choć na zewnątrz było słychać skrzypienie kół jakiegoś wozu przejeżdżającego po bruku. Ursa zeszła do jadalni sama — Lex i Merador jeszcze spali, a może tylko udawali, żeby przedłużyć sobie leniwy poranek.
Sala była prawie pusta. W powietrzu tradycyjnie unosił się zapach kawy i świeżego chleba. Przy jednym z długich stołów i siedział trzech mężczyzn w ciemnych, podróżnych płaszczach. Mówili przyciszonymi głosami, ale Ursa wychwyciła pewnie imię.
Kathabelle.
Zatrzymała się na moment przy improwizowanym bufecie, nalewając kawę, ale w rzeczywistości nadstawiała uszu.
— …mówię ci, że widziałem jej twarz w tym lustrze. Nie żyje, a jednak… — powiedział jeden z nich, kręcąc głową.
— E tam, nie wiesz, co widziałeś — Drugi odsunął talerz. — Ale fakt, że sięgała po takich jak my, to prawda.
— Ponoć jej sabat był w stanie rozpętać burze tak wielką, że zatopiła pół wybrzeża — dodał trzeci, poprawiając kaptur na głowie.
Ursa poczuła znajome ukłucie ciekawości, które mieszało się z zaniepokojeniem i potrzebą wiedzy. Wzięła głęboki oddech, podeszła do stołu i stanęła obok mężczyzn.
— Przepraszam, panowie… — zaczęła pewnie. — Słyszałam, że mówicie o Kathabelle. Czy mogę się dosiąść?
Mężczyźni spojrzeli na nią nieufnie, ale po chwili jeden z nich kiwnął głową z przyzwoleniem.
— Jeśli chcesz słuchać o wiedźmach, które raczej nie powinny wracać do życia, to siadaj.
Usiadła naprzeciw, obok mężczyzny w najdłuższym płaszczu.
— Spotkałam… osoby, które ją znały. Chciałabym się dowiedzieć czegoś więcej. Skąd ona pochodziła?
— Z gór, gdzieś na zachodzie — odpowiedział pierwszy. — Podobno już jako dziecko potrafiła sprawić, że woda w rzekach cofała się pod prąd. Jej matka była kapłanką, a o ojcu… nikt nie wie. Dosłownie nikt.
— Powiadają, że jej stary to demon był — wtrącił trzeci. — Dlatego tak długo dychała.
— Co? Tak mówią! — parsknął ten drugi.
Ursa pochyliła się konspiracyjnie nad stołem.
— A jej sabat? Jak zdobyła władzę, jeśli nie była czystej krwi?
— A jak inaczej mogła? Oczywiście, że siłą — Pierwszy wbił w nią spojrzenie. — Zawsze miała dar przyciągania ludzi, ale i dar zastraszania. Wciągała do swojego kręgu tych, którzy mieli moc i dawali się łatwo zmanipulować… a jeśli ktoś odmówił, ginął na miejscu.
Drugi zaś westchnął.
— Ale nie myśl, że to tylko złe legendy. Potrafiła też leczyć. Ponoć uratowała całą wioskę przed zaraża. Tyle że w zamian za to ta wioska służyła jej bezterminowo.
— Do końca życia… — powtórzyła Ursa powoli. A jednak ktoś ją pokonał.
— Ktoś… albo coś — Trzeci spojrzał w bok. — Nikt nie zna szczegółów, ale zniknęła nagle. Bez słowa, bez walki, jakby została wymazana.
Zapadła nieprzyjemna cisza, w której słychać było tylko trzask drewna w kominku. Ursa dopiła kawę, czując, że już wie więcej i… jednocześnie nadal za mało.
— Dziękuję — powiedziała, wstając. — To ważne, co mi powiedzieliście.
Zostawiła ich przy stole i niemal biegiem ruszyła do pokoju, czując, jak buzują w niej nowe pytania. Lex i Merador musieli o tych „rewelacjach” usłyszeć.
Ursa wbiegła po schodach, niemal potykając się o własne stopy, tak bardzo chciała im wszystko opowiedzieć. W ręku wciąż trzymała, zupełnie nieświadomie, pusty kubek po kawie, a w głowie układała słowa, które miała za chwile wypowiedzieć.
Otworzyła drzwi do pokoju wspólnego i… stanęła.
Widok był tak zaskakujący, że przez chwilę nie była pewna, czy to jest na pewno rzeczywistość. Lex siedział na kanapie, oparty bokiem o jej brzeg, głowę miał przechyloną do przodu. Merador spał obok, lekko przechylony, a jego ramię opierało się wygodnie o ramię Lexa. Obydwaj wyglądali, jakby od lat spali w ten sposób, zupełnie nieświadomi, że tworzą kadr, który Ursa mogłaby sprzedać jako pocztówkę „Nieprzytomni po misji”.
— No proszę… — bąknęła pod nosem. — Rodzeństwo się nie przytula, ale przyjaciele już tak, co?
Zrobiła krok do przodu i chrząknęła znacząco.
— Panowie…
Zero reakcji.
Podeszła bliżej, stukając butem o podłogę.
— Halo! Tu ziemia, wstawajcie, świat czeka!
Lex mruknął coś niezrozumiale, poruszył ramieniem, na co Merador z kolei przesunął się, chcąc ułożyć się wygodniej. Ursa przewróciła oczami i klepnęła Lexa w kolano.
— Ej, przestań udawać, już ja znam to twoje spanie.
Lex w końcu uchylił jedno oko, mrużąc je po czasie ciemności. — Co… która już godzina?
— Godzina już taka, żebyście obaj przestali chrapać w pokoju wspólnym i posłuchali, co mam do powiedzenia.
Meradore podniósł głowę powoli, przeciągnął się, po długim i cudownym śnie.
— Myślałem, że tylko na chwilę usiądziemy…
— Na chwilę, jasne — Ursa skrzyżowała ramiona. — Wyglądaliście, jakbyście tu spali całą noc.
Lex odsunął się od Meradora, poprawiając koszulę.
— Okej, a co takiego ważnego masz do powiedzenia? Bo sądząc po twojej minie, albo znalazłaś zaginiony artefakt, albo wiesz, kto zjadł ostatnie ciastka.
— Ani jedno, ani drugie — Ursa usiadła naprzeciw, prostując plecy. — Rozmawiałam na dole z trzema podróżnikami. Podzielili się ciekawymi informacjami, których o Kathabelle nie słyszałam wcześniej.
Merador spojrzał na nią uważniej.
— A jakie to rzeczy?
— Przede wszystkim, że pochodziła z gór, gdzieś na zachodzie, że jej ojciec, choć to nie potwierdzone, był demonem, że potrafiła zatapiać wybrzeża i leczyć całe wioski, ale w zamian odbierała wolność. I… co akurat jak wiemy nie jest prawdą, że nie zniknęła w walce, tylko ktoś ją wymazał. Bez śladu.
Zapadła cisza. Lex przesunął dłonią po twarzy, próbując odgonić resztki snu.
— Czyli mamy na koncie śmierć kogoś, kto wydawało się, był niezniszczalny.
ROZDZIAŁ 6
Ursa weszła cicho, przecierając zmęczone oczy i rozglądając się za wolnym miejscem. Lex i Merador zostali w pokoju — a raczej to ona ich zostawiła, bo obaj byli w stanie ledwo otworzyć jedno oko po wczorajszym spacerze i późnej kolacji. Wzięła z bufetu kubek parującej kawy i talerz z kilkoma kromkami chleba oraz plastrami żółtego sera. Siadła przy stoliku w rogu, żeby spokojnie zebrać myśli.
Planowali dziś spokojnie ruszyć dalej, ale coś jej podpowiadało, że nadchodzące dni nie będą już tak sielankowe jak dwa ostatnie. Po prostu zbyt długo było spokojnie, a w ich życiu spokój był zdecydowanie przereklamowany.
Podczas gdy piła powoli kawę, jej uwagę przykuły głosy przy stoliku obok. Siedziało tam dwóch mężczyzn — jeden szczupły, z długimi ciemnymi włosami związanymi w niski kucyk, drugi o szerokich barkach i twarzy niczym stara brzoskwinia. Ich rozmowa była cicha, ale nie aż tak, by nie mogła wyłapać pewnych słów.
— …mówię ci, poważnie, Kathabelle znów się pojawiła — głos niższy, szorstki jak potłuczone szkło. — Tym razem na obrzeżach północnych lasów.
— To niemożliwe — odpowiedział ten o głębszym, spokojnym tonie. — Myślałem, że ona nie żyje, tak mówili.
— Też tak myślałem, ale mam od zwiadowców potwierdzenie.
Widzieli ją.
Ursa uniosła brwi. To imię padło już wcześniej, dwa razy. Wiedźma, która miała nie żyć, żyła? Z pewnością coś tu śmierdziało, chociaż Ursa podejrzewała, że mając swoich popleczników, ktoś, albo któraś, mogła się pod wiedźmę podszywać. Tylko po co ktoś miałby to robić?
Jednak po chwili, obydwaj podnieśli na nią wzrok. Wpatrywali się tak przez dłuższą chwilę, po czym wstali i rozglądając się na boki, usiedli obok niej.
— Nie masz zbyt dyskretnych myśli
— Eee… co? — Ursa zdębiała.\
— Ja jestem Aldren, a to mój brat Calen. — drugi mężczyzna kiwnął głową, milcząc.
— Ja Ursa, ale co masz na myśli, Aldren?
Mężczyzna wzruszył ramionami i dodał jakby od niechcenia.
— Obydwoje czytamy w myślach. Wiemy, że słuchałaś naszej rozmowy o Kathabelle. Wiemy również, że się nią interesujesz, co jest ciekawe, biorąc pod uwagę fakt, jak niebezpieczna ona jest.
Ursa poczuła chwilową ulgę. Zebrała się w sobie i odpowiedziała, nadal trochę nieufnie.
— Panowie, miałam nią stracie. Ja i mój brat byliśmy ścigani przez jej łowców. Dopadła nas w moim sabacie. Myślałam… myślałam, że ona… że już jej nie ma.
— To, co słyszałaś, nie jest jeszcze w 100% potwierdzone — szepnął Calen. — Pracujemy nad tym.
— Jeśli masz jakieś pytania, śmiało. — Aldren wydawał się być godny zaufania.
Czarownica musiała wyjaśnić pewne rzeczy. Zwłaszcza dotyczące Kathabelle. Jej domniemany powrót mógł zniwelować ich plany udania się na wyspę.
— Więc… — Ursa nagle nie wiedziała, jak ubrać swoje pytania we właściwe słowa. — Jak to z nią było, zanim została liderką?
— Hmm. — Aldren splótł dłonie i spojrzał na nią badawczo. — Kathabelle nie była zawsze taka. Dawno temu była jedną z nas. Czarownicą, która służyła radzie wschodnich sabatów. Jednak jej ambicje okazały się o wiele większe. Szukała miejsc, w których energia żywiołów jest najczystsza. Ostatecznie znalazła jedno… i to ją diametralnie zmieniło.
Calen przejął opowieść.
— Na północy jest wyspa, ale nie byle jaka. To centralny punkt przepływu energii — coś jak serce tego świata. Jeśli ktoś umiałby je w pełni kontrolować… miałby możliwość zasilać swoje moce bez końca. Może również niszczyć, zabijać bez żadnych konsekwencji. Kathabelle wiedziała doskonale, że jeśli zdobędzie to miejsce, będzie już nie do zatrzymania.
Ursa poczuła, jak ciarki przebiegają jej po plecach.
— Skąd wiecie o tej wyspie?
— Byliśmy tam — Aldren brzmiał poważnie. — Ale dotarcie tam nie jest takie proste dla postaci naszego świata.
— Wyspa chroniona jest przez naturalne i magiczne bariery. Dodatkowo jest tam strażniczka ziemi. Generalnie tylko wybrani mogą się tam dostać.
Ursa oparła stole na łokcie.
— Czy myślicie, że mogłabym się tam dostać?
— Masz taką szansę — Calen skinął głową. — Ale sama sobie nie poradzisz. Jeśli masz kogoś, komu mogłabyś zaufać… zabierz ich.
Ursa w odpowiedzi wciągnęła powietrze i odchyliła się na krześle.
— Oczywiście. Nie jestem zupełnie sama…
— To doskonale — Aldren wstał i położył przed nią kawałek pergaminu. Była na nim narysowana mapa z zaznaczonym kierunkiem na północny wschód. — Jeśli chcecie dotrzeć na wyspę, musicie podążać dokładnie tą trasą, inaczej ją przegapicie.