E-book
13.65
drukowana A5
22.33
Ród wampirów

Bezpłatny fragment - Ród wampirów


Objętość:
149 str.
ISBN:
978-83-8155-972-0
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 22.33

To nic, że nie mogę oddychać bez ciebie,

tylko dla ciebie chcę żyć.

Ja i ty, jak pięknie to brzmi.

Przy tobie spełniają się wszystkie moje marzenia i sny.

Po prostu jesteśmy sobie przeznaczeni.


Dla mojej jedynej miłości.

Anastazja.

Rozdział 1

Była ciepła bezchmurna noc. Koniec sierpnia.

Duncan, mężczyzna średniego wzrostu o szlachetnych rysach twarzy, krótkich, siwych włosach i błękitnych oczach, u którego upływ wieku widoczny był jedynie na skórze, która z biegiem czasu stawała się coraz bardziej przezroczysta, trzymając w dłoni książkę, wyglądał przez okno.

Był sam w zamku, pozostali z rodu polowali, on wolał zostać w domu, odpocząć i poczytać, ale z jakiegoś powodu nie mógł skupić się na książce.

Rozejrzał się po bibliotece zapełnionej rękodziełami, mapami, tomami wierszy i książkami ustawionymi na szafkach od podłogi aż po sufit.

Usłyszał hałas i kroki na schodach, nie zdążył jeszcze mrugnąć, a w progu ukazał się Werter wraz z niektórymi członkami rodu.

Ucieszony ich widokiem rozłożył ręce na powitanie.

— Wróciliście wcześniej. To bardzo miłe. Ciężko było mi tu wytrzymać w samotności, było stanowczo zbyt cicho. A gdzie pozostali?

— Zapewne polują — odpowiedział Werter. Miał długie, siwe włosy, opadające na policzki i oczy, choć był jeszcze młodym i krzepkim mężczyzną. Miał delikatne, szlacheckie rysy twarzy i sposób bycia. Dumnie unosił głowę spoglądając na innych z góry i starał się w jak najmniejszym stopniu ukazywać emocje. — Bardzo mnie, cieszy, że jeszcze ich nie ma przynajmniej nie przeszkodzą mi w zabiciu cię… drogi ojcze.

Jednym skokiem przebył pokój i stanął na wprost Duncana patrząc na niego z nienawiścią.

— Traktowałem cię jak syna, a ty chcesz mi się odpłacić w ten sposób, nie możesz poczekać, aż umrę tylko wolisz mnie zabić?

— Czekałem pięćset lat i sądzę, że to dostatecznie długo — nie mogę zaprzepaścić tak dogodnej sytuacji. Na przeszkodzie do przejęcia władzy nad rodem stoisz mi tylko ty. Ale jeżeli się ciebie pozbędę, to będę miał drogę wolną zwłaszcza, że sam zdecydowałeś, że to ja zostanę twoim następcą.

— Gdy dowiedzą się co mi zrobiłeś nigdy na to nie pozwolą — zagroził Duncan patrząc bez strachu na swego rywala.

— Nikt się nie dowie, że to ja jestem winny twojej śmierci. Powiemy pozostałym, że napadły cię wilkołaki i nikt nie będzie podejrzewał, że to kłamstwo.

Werter wysunął kły i spojrzał na Duncana morderczym wzrokiem, a jego zaufana świta zrobiła to samo

Skoczyli na Duncana, kaleczyli go paznokciami i zębami wgryzając mu się w szyję.

Pod Duncanem ugięły się kolana, wiedział że jeżeli upadnie na ziemię, to już z niej nie wstanie i nic go nie uratuje przed niechybną śmiercią.

Zebrał w sobie wszystkie siły i odrzucił przeciwników. Ukazał swoje kły zaciskając dłonie i patrząc na nich z wściekłością.

Przeciwnicy Duncana przystąpili do kolejnej próby, gdy już cieszyli się ze zbliżającego zwycięstwa, przybyła reszta rodu i ruszyła na ratunek Duncanowi.

Walczyli ze sobą, choć jeszcze godzinę temu uważali się za rodzinę i żyli ze sobą w zgodzie. Okazało się, że były to tylko pozory.

Czas ciągnął się w nieskończoność, każda z uczestniczących w walce osób była wycieńczona ciągłymi atakami, mimo to, żadna ze stron nie zamierzała się poddać.

Wreszcie po długiej konfrontacji spiskowcy zostali pokonani, musieli przyznać się do porażki i poznać jaka czeka ich kara za zdradę.

Przytłumione światło świec oświetlało przestronny, jasny, zwieńczony sklepieniem kolebkowym, skromnie urządzony pokój, w którym było kilka leżanek, niewielki stół pośrodku i fortepian przy ścianie.

Naradzie, na której miano zdecydować jak ukarać Wertera i jego wspólników przewodził Duncan — najstarszy wampir w rodzie i jego przywódca, choć Werter zamierzał pozbawić go władzy.

Zajmował on jedyne miejsce siedzące pośrodku pokoju, po jego obu bokach stali jego pobratymcy, a naprzeciwko byli przyjaciele, a teraz wrogowie.

Werter patrzył na wszystkich dumnie, uśmiechając się szeroko, nie było w nim choćby odrobiny skruchy. Pewnie nawet nie wiedział, co to słowo znaczy. Jego towarzysze wbili wzrok w podłogę bojąc się spojrzeć na Duncana i wyglądali tak, jakby za chwilę mieli zostać ścięci na gilotynie i tak też się czuli.

Po skończeniu narady Duncan podniósł się z miejsca, które dotąd zajmował, aby ogłosić jaka kara czeka osądzonych…

— Macie szczęście, że nie chowamy do was urazy i nie jesteśmy mściwi. Zostajecie skazani na wygnanie. Musicie opuścić wasz dotychczasowy dom i wyjechać poza granice Polski. Nie macie prawa tu wracać ani widywać się i rozmawiać z członkami rodu, a jakikolwiek kontakt z wami i wszystkimi, którzy do was dołączą w przyszłości jest wzbroniony i — jeśli ktoś postanowi go złamać — zostanie surowo ukarany. Dziś umarliście dla nas. Już nie jesteście jednymi z nas, musicie radzić sobie sami, czy jesteście na to gotowi? — spytał surowo, z trudem kryjąc żal z powodu utraty rodziny i zaufania jakim kiedyś ich darzył.

— Tak, jesteśmy i możesz być pewny, że nie będziemy tęsknić za tobą. I nawet gdybyś zdecydował inaczej nie zamierzałem tu dłużej zostać, bo mam już dość słuchania wszystkich rozkazów i życia tak jak zdecydowałeś. Potrzebuję wolności, bo tutaj się duszę — odpowiedział Werter arogancko.

— Jeżeli chcesz wolności, to będziesz ją miał — krzyknął Duncan, jednocześnie zaciskając dłonie na blacie stołu… Zamknął oczy i po chwili opanował złość. — Żegnajcie, lepiej żebyście wypełnili nakaz i wyjechali jak najdalej, jeżeli wam życie miłe.

Werter odwrócił się i szedł przed siebie. Trzymając rękę na srebrnej klamce obejrzał się jeszcze przez ramię i uśmiechnął sarkastycznie na pożegnanie.

Członkowie rodu uśmiechnęli się do niego smutno chcąc dodać mu otuchy. Jedynie Duncan odwrócił się do niego plecami i nerwowo na przemian ściskał i rozwierał palce.

Werter otworzył żelazne drzwi. Z uniesioną głową zmierzał długim korytarzem, a następnie schodami w dół ku wyjściu. Jego towarzysze podążali za nim z malującym się w o wiele mniejszym stopniu zadowoleniem, ale też cieszyli się, że już nie będą należeli do rodu.

Wyszli na zewnątrz i zatrzymali się na schodach. Orzeźwiający powiew wiatru ochłodził trochę ich twarze. Zamknęli oczy wdychając zapach otaczających ich drzew i

krzewów. Całkowicie opanowani, odczuwając jedynie dumę pomimo porażki, skierowali się ku powozowi stojącemu na wąskiej ścieżce za zamkiem.

Mieli pewność, że postąpili słusznie i nie żałowali tego co zrobili.

Od tamtej pory minęło dwieście lat, a Duncan…

— Dobrze, że już się obudziłaś, zejdź na dół i pospiesz się. Trzeba posprzątać w domu, poza tym musisz uszykować sobie ubranie na jutro i kupić zeszyty oraz inne rzeczy potrzebne do szkoły. Nie zapominaj, że jutro zaczyna się rok szkolny. Anastazjo, czemu ty zawsze zostawiasz wszystko na ostatnią chwile i śpisz do południa? — Do mojego pokoju wpadła mama, przerwała mi pisanie i jak zwykle, gdy była zdenerwowana, mówiła z prędkością karabinu maszynowego, po czym wyszła nie czekając nawet na odpowiedź na zadane przez siebie pytania. Gdy się denerwowała była po prostu niemożliwa, ale i bardzo zabawna.

Odłożyłam długopis i zeszyt, w którym postanowiłam napisać historię mojej rodziny. Kto wie może ją wydadzą i zostanie bestsellerem. Będzie nosiła tytuł „Wspomnienia wampirów” albo jakoś tak, jeszcze nie podjęłam decyzji. Oczywiście nie miałam zamiaru wspominać, że jest prawdziwą historią. Jeszcze nie oszalałam! Nie miałam ochoty, aby moi znajomi i sąsiedzi zbudowali stos, żeby mnie na nim spalić, a tak by mogło się stać. Albo zamknęliby mnie w szpitalu psychiatrycznym uważając, że jestem stuknięta skoro wierzę w to, że jestem dhampirem.

— Po co ja myślę o takich głupotach. Przecież nie mam zamiaru jej opublikować. Piszę jedynie do szuflady. Ale z drugiej strony fajnie by było, gdyby ktoś przeczytał moją książkę i jakby spodobała się paru osobom. Cóż zawsze można pomarzyć — pomyślałam z rozrzewnieniem.

Zakręciłam się na fotelu i wstałam opierając się o biurko, ponieważ zdrętwiały mi nogi.

Ze stojącej w rogu szafki wyjęłam ubrania, jak zwykle pierwsze z brzegu, które rzuciłam na łóżko.

Najczęściej nie obmyślałam wcześniej tego w co się ubiorę, tylko zakładałam to co mi się w danej chwili podobało i w czym było mi wygodnie, nie zważając na to czy jest to w modzie czy nie.

Szybko się ubrałam w niebieską bluzkę z długim rękawem, jeansy i zieloną bluzę z kapturem kręcąc jednocześnie biodrami w rytm piosenki lecącej w radiu. Wyszłam z pokoju i o mało nie wpadłam na Weronikę — radosną jak zawsze, która w ruchu przewiązywała bujne blond włosy czerwoną wstążką. Miała alabastrową cerę i duże miodowe oczy, przez co przypominała lalkę z porcelany, lecz nie była tak delikatna jak one, mogłaby pokonać najsilniejszego mężczyznę, gdyby tylko jakiś wszedł jej w drogę i akurat miałaby ochotę pokazać mu, że kobiety to nie zawsze słabsza płeć.

Westchnęłam patrząc jak sunie z gracją po schodach, podczas gdy ja schodziłam jak kaczka i mogłam jedynie pomarzyć, że kiedyś mój chód choć odrobinę będzie przypominał jej sposób poruszania się

Uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze wiszącym na ścianie w korytarzu i podskakując zmierzała do jadalni.

Ja ominęłam lustro wzrokiem i bez tego wiedziałam, że wyglądam okropnie.

— Niezdrowo blada cera i sińce pod oczami doprawdy wyglądają niebywale atrakcyjnie — pomyślałam z przekąsem.

Weronika też była blada, ale to podkreślało jej urodę. Wyglądała jak gwiazda filmowa, była wysoka i niebywale zgrabna, czego nie mogłam powiedzieć o sobie.

— Lepiej dam sobie spokój z rozmyślaniem o mojej urodzie, a raczej o jej braku. Szkoda sobie psuć dzień od samego rana — westchnęłam i uśmiechnęłam się z przymusem.

Gdy weszłyśmy do jadalni wszyscy z wyjątkiem Duncana i taty siedzieli już przy długim prostokątnym stole oczekując na przybycie nieobecnych, choć w domu jadłyśmy tylko ja i mama, to lubili przebywać w jadalni.

Marcel, wysoki chłopak o szerokich barkach, wyraźnych rysach twarzy i wydatnych kościach policzkowych, z niecierpliwością stukał w stół nie mogąc się doczekać, aż Weronika, która była jego narzeczoną usiądzie obok niego. Na głowie nie miał pozornego nieładu tylko kompletny chaos i każdy włos sterczał mu w inną stronę. Uważał, że dzięki temu wygląda na niegrzecznego chłopca i bardziej pociąga dziewczyny, co było kompletną bzdurą, ale nikt z wyjątkiem mnie nie chciał wyprowadzać go z błędu, a mnie nie słuchał, więc z własnej winy wyglądał jak idiota. Za to czarną bródkę miał równo obciętą i szczycił się, że ona dodaje mu uroku, co było kolejna bzdurą.

Owidiusz, mój drugi brat, jeszcze głupszy od pierwszego, siedział obok swojej dziewczyny Bogny, która powitała mnie promiennym uśmiechem.

Bogna i Owidiusz byli do siebie podobni tak jakby byli rodzeństwem. Mieli owalne twarze, bladą cerę i zielone oczy, które okalały długie, niezwykle ciemne rzęsy. Różniło ich jedynie uczesanie, bo Owidiusz miał nieco przydługie proste włosy z grzywką zaczesaną na bok, a Bogna miała dredy.

Wyglądali na najmłodszych z rodu, choć to ja i Marcel byliśmy młodsi, ale i tak moje osiemnaście lat nie mogło się równać z jego dziewięćdziesiątką.

Po przeciwnej stronie stołu Marysia i Judyta szeptały sobie coś na ucho i co pewien czas chichotały radośnie.

Choć miałam dużą rodzinę, która bez przerwy zapewniała mi jakąś rozrywkę i zazwyczaj towarzyszyło mi wiele osób, czułam się samotna, a miejsca, w którym mieszkałam nie mogłam nazwać domem, ponieważ nie wracałam do niego z utęsknieniem i nie uważałam go za moje miejsce na ziemi.

Moja mama była człowiekiem, a tata i reszta rodziny wampirami. Za to ja nie wiedziałam kim jestem, byłam czymś, jakimś stworem, to znaczy dokładnie byłam dhampirem, choć nie chciałam nim być i denerwowała mnie myśl, że jestem mieszańcem. Przez to, że nie wiedziałam dokładnie kim jestem i czy bardziej przypominam wampira czy człowieka nie mogłam zrozumieć rodziny i uczniów ze szkoły, a oni nie mogli zrozumieć mnie. Bardzo chciałam poznać kogoś, przy kim będzie mi wystarczyło, że jestem sobą, ale wydawało mi się to niebywale nieprawdopodobne.

Myślenie o moim nieudanym życiu sprawiło mi przykrość, ale po chwili znów wszystko wróciło do normy i postanowiłam, że nie będę się dołować z samego rana, bo i bez tego czekał mnie ciężki dzień.

Pocałowałam mamę w policzek, aby przestała się na mnie gniewać w momencie, gdy ustawiała na stole koszyk z chlebem i cukier. Jej policzek był chłodny, ale miły w dotyku.

Była drobną kobietą średniego wzrostu z twarzą jak jabłuszko, o delikatnych rysach, rumianych policzkach i błękitnych oczach. Choć miała trzydzieści osiem lat wyglądała na trzydzieści, miała na twarzy pojedyncze zmarszczki i gładką cerę, a jej oczy nigdy nie przestawały błyszczeć.

Była ubrana w długą żółtą bluzkę i białe bawełniane spodnie. Żółty to był jej ulubiony kolor, dzięki niemu i towarzyszącej jej radości, która znikała tylko wtedy, gdy była zła, co zdarzało się bardzo rzadko, przypominała słońce i tak też nazywał ją mój tata.

Uśmiechnęła się do mnie, a ja do niej.

— Nie martw się, tylko zjem śniadanie i już zaczynam sprzątanie — powiedziałam zajmując swoje stałe miejsce

— Dzień dobry mamo — powiedziała Weronika pocałowała ją w policzek i objęła w pasie układając drobną buzię na jej ramieniu.

Choć nie byłyśmy siostrami uważała moich rodziców za własnych i mi to nie przeszkadzało. Zwłaszcza, że miała ku temu pewne powody, bo to mój tata przemienił ją w wampira. Poza Weroniką przemienił także Owidiusza, ale jakoś z nim nie mogłam się dogadać, a za to z Weroniką z pewnością bym się zaprzyjaźniła, nawet gdybyśmy nie tworzyły rodziny. Bogna została przemieniona przez Duncana, pozostali dołączyli gdy już byli wampirami, a na koniec dołączyłyśmy jeszcze mama i ja. W ten sposób zamieszkaliśmy razem i choć bardzo się różnimy musimy jakoś ze sobą wytrzymywać, zresztą nie sprawia nam to większych problemów.

— Witajcie kochani — jak na zawołanie zjawił się mój tata i spoglądając na mamę z czułością, zajął miejsce przy stole.

Wyglądał zawsze młodo i to się miało nigdy nie zmienić. Miał kasztanowe włosy do ramion, drobny szczupły nos i przenikliwe spojrzenie.

— O, nasza śpiąca królewna już wstała — powiedział Marcel z sarkazmem, zauważając mnie po upływie dwudziestu minut. Dzień bez uszczypliwości był dla niego dniem straconym.

— A co zazdrościsz? — w moim głosie był jad, a z moich oczu sypały się iskry.

— Nie, bo nie mam czego. Spanie to tylko strata czasu, który można spożytkować na o wiele przyjemniejsze rzeczy.

— Jeżeli na naukę to gratuluję. Ale znając ciebie bym na to nie liczyła — stwierdziłam złośliwie, nie pozostając mu dłużną.

— Marcel nie masz racji. Ona pewnie nie mogła zasnąć myśląc o swoim wymarzonym chłopcu. Kiedy dasz nam przeczytać swoją książkę? Jestem niezwykle ciekawy co też spłodziłaś — Owidiusz zaśmiał się targając moje włosy.

— Prędzej krowy zaczną latać niż pozwolę ci do niej zajrzeć. Za dobrze cię znam, wiem, że od razu wytkniesz mi wszystkie błędy. A jak zobaczysz coś zabawnego to nie dasz mi o tym zapomnieć do końca życia. O nie, dziękuję — warknęłam, układając sterczące włosy.

— No co ty, ja tylko poradziłbym ci, co powinnaś poprawić — odpowiedział, patrząc na mnie niewinnie. — Za to poprawianie wyglądu możesz sobie darować. Bez względu na to co zrobisz i tak nie będziesz piękna — powiedzieli Marcel z Owidiuszem jednocześnie i zadowoleni, że pomyśleli o tym samym uścisnęli sobie dłonie.

— Nie dokuczajcie Anastazji. Jesteśmy rodziną i powinniśmy się wspierać, a nie dołować — powiedział stojący w progu Duncan i spojrzał na chłopców z naganą.

— Tylko żartowaliśmy — powiedzieli z udawaną skruchą, spuszczając przy tym głowy dla dodatkowego efektu.

— No dobra. Tylko lepiej żeby na przyszłość wasze żarty śmieszyły obie strony, a jak na razie was bawią, sprawiając Anastazji przykrość. Nie na tym to ma polegać.

— Obiecujemy, że się poprawimy — obiecując skrzyżowali kciuki za plecami, więc nie mogłam liczyć na to, że spełnią przyrzeczenie.

— Trzymam was za słowo — powiedział poważnie, ale jego oczy lśniły z rozbawienia. — Jest jeszcze coś co mnie martwi — stwierdził z żalem. — Czemu nikt mnie nie uściskał na powitanie. Nie musicie się przejmować, jeszcze nie jestem taki stary, żeby się rozpaść, gdy się mnie dotknie.

Wstaliśmy z miejsc przytuliliśmy Duncana i poklepaliśmy go po ramionach na powitanie, po czym znów zasiedliśmy do stołu, a dziadek do nas dołączył.

Tylko dzięki niemu nie dziwiło mnie, że mama zrezygnowała z własnej rodziny, aby stać się częścią rodziny taty. Choć zrobiła to, ponieważ bała się, że spędzając czas z bliskimi wyzna im, że jej chłopak jest wampirem lub, że sami się dowiedzą i nie chciała ich narażać na niebezpieczeństwo jakie wiązało się ze znajomością z nieumarłym, z pewnością było jej łatwiej podjąć tę decyzję dzięki temu, że wspierał ją i opiekował się nią Duncan traktując ją jak własną córkę.

Spojrzałam na niego ze zmartwieniem — jego twarz przypominała twarz mumii, miał bardzo przezroczystą skórę, zapadnięte policzki, był chudy i wyglądał na osłabionego. Był jednym z najstarszych wampirów żyjących na świecie i jego wiek wpływał na jego wygląd.

Mimo upływu czasu ciężko było mi zrozumieć jak Werter i niektórzy członkowie rodu mogli się obrócić przeciwko niemu. On i moi rodzice byli najlepszymi osobami jakie kiedykolwiek poznałam.

Choć był surowy wybaczał nam wszystkie błędy i pomagał nam, gdy mieliśmy jakiś problem poświęcając dla nas własne zdrowie i ryzykując życie. Tworzyliśmy jeden ród i mimo, że to Lilith była matką wszystkich dzieci ciemności, to Duncana darzyliśmy wielką, niezachwianą miłością, a nie ją, ponieważ nigdy nie zobaczyliśmy Lilith, przez to, że ona i jej towarzysze ukrywali się w ciągu dnia, pokazywali się jedynie w nocy w celu zdobycia pożywienia, a ich ulubioną muzyką były jęki ich ofiar. Za to Duncan jako pierwszy z wampirów wybrał życie wśród ludzi i nigdy nie opuścił swojej rodziny.

Dostrzegłam, że Bogna przygląda mi się z troską, więc uśmiechnęłam się do niej, aby się nie martwiła.

Zjadłam na śniadanie rogala z dżemem, wypiłam kakao i wróciłam do pokoju, gdzie włączyłam radio i ustawiając głośność na cały regulator, zaczęłam sprzątać, tańcząc przy tym, aby sobie trochę umilić czas.

Rozdział 2

Obudził mnie budzik w telefonie. Była ósma rano. Byłam strasznie niewyspana, ponieważ zasnęłam dopiero koło piątej.

Rozciągnęłam się na łóżku po czym zdjęłam ubranie, które wyprasowałam wczoraj i powiesiłam na drzwiach szafy. Czekało mnie rozpoczęcie kolejnego roku szkolnego, z tego powodu założyłam białą bluzkę z długim rękawem i czarną spódniczkę.

Aby podkreślić talię i ładnie wyglądać zapięłam w pasie czarny pasek.

Nie miałam ochoty wychodzić z domu, ale niestety nie miałam innego wyjścia.

Zeszłam do kuchni, zjadłam śniadanie, po czym włożyłam do torebki notes i długopis, aby napisać plan na pierwsze dni, ponieważ później jak zwykle się zmieni.

Założyłam balerinki, szary płaszcz i wzięłam parasolkę, ponieważ było chłodno i było możliwe, że później będzie padać, co mnie cieszyło, ponieważ dzięki temu nie musiałam się martwić, że będę się źle czuła.

Za to nie byłam zadowolona, że już skończyły się wakacje i rozpoczynałam naukę w trzeciej klasie w III. Liceum Ogólnokształcącym

Był to bardzo ważny rok w moim życiu, ponieważ czekały mnie ważne wydarzenia — studniówka o ile na nią pójdę, a nie byłam przekonana, ponieważ nie miałam partnera, a nawet jakbym znalazła kogoś z kim chciałabym pójść, to nie mogłabym z nim spokojnie tańczyć, bo gdy tańczę z chłopakiem strasznie się denerwuję i potykam o własne nogi przez co nie mogę się skupić na muzyce ani na krokach, tylko myślę o tym, żeby się nie wywalić, co jest dosyć dziwne, bo gdy tańczę z innymi w kółku nie mam problemów z koordynacją.

W maju miało nastąpić kolejne ważne wydarzenie, czyli matura, którą bardzo się denerwowałam głównie przez to, że musiałam zdawać na maturze matematykę, a nie cierpiałam matmy. Nie wiedziałam jak sobie dam radę, ale miałam nadzieje, że uzyskam wynik, z którego będę zadowolona.

Poczekałam na Judytę, Marysię, Marcela i Weronikę i razem wsiedliśmy do Volkswagena Golfa VI, nie było z nami Owidiusza z Bogną, bo uczniowie drugiej klasy mieli wcześniej rozpoczęcie.

Kierował Marcel, bo miał prawo jazdy i lubił prowadzić, a ja nie i jakoś nie śpieszyło mi

się do zdawania prawka. Gdy nie miał mnie kto zawieźć jeździłam autobusem lub tramwajem i ani trochę mi to nie przeszkadzało, bo miałam wtedy czas na przeczytanie książki lub naukę.

Przed szkołą nikogo nie było, niektórzy byli w środku, a część uczniów jeszcze nie dotarła.

Dziwnie się czułam po wakacjach. Nie miałam pojęcia co czeka mnie tym razem i czy wydarzy się coś ciekawego w moim życiu.

Dwie rzeczy były pewne — to że moja szkoła w niczym się nie zmieniła i że znów spotkam tych samych nauczycieli i znajomych z klasy.

Budynek nie wyglądał tak jak przeciętne szkoły. Nie był szary i ozdobiony napisami związanymi z klubami sportowymi tylko żółto-kremowy, a obok niego było duże boisko, pływalnia i park, co miało swoje złe strony: gdy było ciepło zamiast skupiać się na nauce spoglądałam tęsknie na park, a chłopcy myśleli tylko o tym, by jak najszybciej pograć w piłkę nożną.

Weszłam do środka, pożegnałam się z rodzeństwem, umówiliśmy się, że zobaczymy się później i od razu przeszłam do sali gimnastycznej, w której miał się odbyć apel. Wiele krzeseł było już zajętych, na szczęście udało mi się znaleźć wolne miejsce i usiadłam w gronie osób z mojej klasy.

Obejrzałam przedstawienie, z którego niewiele zrozumiałam, ponieważ nie było słychać co mówią osoby w nim występujące, następnie pani dyrektor wygłosiła dłuuuugą i usypiającą mowę powitalną. Ogólnie była to godzina wycięta z życia i jedna z najgorzej wykorzystanych.

Niestety przetrwanie akademii to nie wszystko i czekała mnie jeszcze druga część rozpoczęcia roku, tym razem w klasie.

Podążyłam za tłumem uczniów, kierując się na pierwsze piętro szkoły.

W sali każdy zajął swoje miejsce. Panował ogromny hałas przez toczone rozmowy.

Jak zawsze usiadłam w pierwszej ławce w środkowym rzędzie ze względu na to, że to było najmniej lubiane miejsce i założyłam nogę na nogę.

Siedziałam sama częściowo przez to, że jestem typem samotnika i nie lubię zbytnio rozmawiać z innymi, a częściowo przez to, że jestem dhampirem, muszę to ukrywać i nie mogę nikomu zaufać. Dobrze, że wyglądałam całkiem zwyczajnie. Byłam szczupłą ciemną blondynką średniego wzrostu, wiele razy słyszałam, że jestem ładna, ale ja uważałam, że jestem przeciętna i jest wiele dziewczyn ładniejszych ode mnie. Wyróżniałam się jedynie dzięki bladej cerze, pełnym ustom, odrobinę skośnym oczom i źrenicom, które były większe niż u większości osób i przez nie niektórzy uważali, że jestem narkomanką, choć nawet nie palę papierosów i nie piję kawy, chociaż możliwe, że myśleli tak przez to, że często jestem zamyślona i patrzę wtedy w jeden punkt niewidzącym wzrokiem.

— Miło mi, że mogę was przywitać po wakacjach. Mam nadzieję, że dobrze się bawiliście, odpoczęliście i będziecie się pilnie uczyć — wychowawczyni powitała nas, uśmiechając się do nas życzliwie.

Była niską, pulchną kobietą w średnim wieku, o owalnej twarzy, serdecznym spojrzeniu i nigdy nie znikającym szerokim uśmiechu. Była ubrana w szaro-niebieski kostium składający się z marynarki i długiej spódnicy.

— Chcę wam przedstawić nowego ucznia, który dołączy do nas — Bartłomieja Jugnykiela, jestem pewna, że choć przybył późno do naszej szkoły znajdzie wśród was wielu przyjaciół i będziecie dla niego życzliwi

Byłam mile zaskoczona słysząc, że pojawił się nowy uczeń, bo do tej pory chodziło do mojej klasy sześciu chłopców i to na dodatek nie w moim typie, a za to Bartek był przystojny. Miał brązowe włosy z odstającą grzywką, opaloną na jasny brąz skórę i zielone oczy, a największymi jego zaletami był uśmiech jak z reklamy i mięśnie doskonale podkreślone, dzięki obcisłej białej koszuli, które wskazywały, że dużo ćwiczy. Nie tylko mi się spodobał, innym dziewczynom i Michałowi też. Można to było poznać po ich minach i przez to, że wpatrywali się w niego jak w obrazek.

Wiedziałam to, też dlatego, że miałam dobry słuch i słyszałam o czym inni mówią nawet wtedy, gdy szeptali sobie coś do ucha.

Bartek przeszedł między ławkami i zajął miejsce w ostatniej ławce przy oknie, przy której nikt nie siedział, przez co wywołał smutek u osób, które miały nadzieje, że usiądzie z nimi i będą miały okazję go poznać, ale ja nie należałam do tego grona, bo wolałam, aby trzymał się ode mnie z daleka, bo mogła mu się stać przy mnie krzywda, zwłaszcza, gdybym straciła kontrolę nad własną mocą.

Rozdział 3

Przed klasą było już wiele osób, wśród nich Bartek w towarzystwie Karoliny, Dominiki i Pauli, naszych klasowych lalek barbie.

Były ubrane w różowe bluzki z głębokim dekoltem, różowe minispódniczki, w których można zamarznąć i miały czarne szpilki na dziesięciocentymetrowym obcasie. Trzepotały zalotnie rzęsami i śmiały się sztucznie, a wszystko po to, aby zwrócić na siebie uwagę Bartka, lecz on nie wyglądał na zainteresowanego.

Podeszłam do Oli, którą lubiłam najbardziej, ponieważ była skryta tak jak ja, nie wypytywała mnie o rodzinę i nie była ciekawska.

Spoglądała na Bartka tęsknym wzrokiem, ale była zbyt nieśmiała, aby do niego podejść.

— Podoba ci się Bartek?

— Tak i to bardzo — mówiąc to, westchnęła, po raz kolejny spojrzała na niego, a następnie na mnie. Jej oczy wyrażały ogromny smutek.

— Może podejdziesz do niego i wyrwiesz z rąk tych harpii? Na pewno będzie ci wdzięczny.

— Chciałabym, ale bardzo się denerwuję. Jestem pewna, że powiem coś głupiego. Poza tym nie mam u niego żadnych szans. Jestem brzydka, a on jest nieziemsko przystojny — odgarnęła kosmyk włosów za ucho i z żalem spuściła wzrok.

— Jesteś dla siebie zbyt surowa, jesteś bardzo ładna i możesz spodobać się każdemu chłopakowi, a najważniejsze, że jesteś inteligentna, sympatyczna i dowcipna. Jedynie idiota mógłby tego nie docenić — starałam się, aby Ola uwierzyła w siebie i odezwała się do Bartka. Mi też on się podobał, ale nie na tyle, żeby go podrywać, zwłaszcza teraz, gdy

dowiedziałam się, że podoba się Oli, zresztą związek powinien opierać się na szczerości, a ja nie mogłabym powiedzieć mu prawdy o sobie. Za to on i Ola pasowali do siebie idealnie.

Moje rozmyślenia przerwał dzwonek na lekcje, do mnie i do Oli podeszli Rafał i Krzysiek — klasowi żartownisie, którzy mieli dziwne pomysły. Nie chcieli wyznać, co tym razem strzeliło im do głowy, ale zapewniali, że nas zaskoczą.

Rafał był wysoki, mocno umięśniony, miał śniadą cerę i krótkie włosy, a posturą przypominał niedźwiedzia.

Krzysiek był od niego niższy, chudszy i miał jaśniejszą karnację, ale i z nim nie miał ochoty nikt zadzierać ze strachu, że nie pokona go w bójce.

W pewnej chwili poczułam, że ktoś mnie obserwuje. Odwróciłam się, żeby sprawdzić kto i okazało się, że to Bartek. Zawstydzony tym, że to zauważyłam spuścił wzrok i udawał, że słucha tego, co mówią do niego dziewczyny.

Gdy zjawił się spóźniony nauczyciel, wszyscy weszli do klasy, lecz wcześniej poczułam jeszcze, że ktoś na mnie patrzy i wiedziałam nawet kto.

Usiadłam na krześle wyciągnęłam zeszyt, piórnik, podręcznik i położyłam torbę na ziemi.

— Mogę tutaj usiąść? — przy krześle obok stał Bartek i czekał na odpowiedź, przeszywając mnie wzrokiem, przez co zaczęłam się peszyć.

Przez dłuższą chwilę zastanawiałam się nad odpowiedzią, nie wiedziałam czy to dobry pomysł, aby koło mnie usiadł, skoro postanowiłam, że nie będą nas łączyły żadne bliższe relacje, nawet koleżeńskie, ale z drugiej strony co mogłoby się stać w trakcie krótkiej rozmowy, przecież nie zrzucę go z krzesła za pomocą telekinezy, chociaż mogłabym.

— Jasne, proszę — starałam się aby mój głos zabrzmiał pewnie, choć nie było to łatwe, bo nadal nie spuszczał ze mnie wzroku.

— My się jeszcze nie znamy. Bartek.

— Anastazja.

— Miło mi.

Wyciągnął do mnie rękę na przywitanie, a ja swoją, gdy jej dotknął odsunął dłoń gwałtownie.

— Przepraszam za moją reakcję to przez to, że twoje dłonie są lodowate. Może jesteś chora? — miał zmartwioną minę pytając, a w jego wzroku można było zauważyć troskę i to o mnie, co było dla mnie miłym zaskoczeniem.

— Nie, wszystko w porządku, po prostu mi zimno — patrzyłam na moje dłonie i starałam się, aby nie poznał, że kłamię. Tak naprawdę zawsze miałam zimne dłonie, była to jedna z cech, którą odziedziczyłam po ojcu.

— Możesz mi coś powiedzieć o nauczycielach i tego jak uczą? Chciałbym się czegoś dowiedzieć.

— Najbardziej lubiani są pan od WOS-u pan Łebski i nauczyciel historii pan Kozłowski, nazywany przez uczniów generałem. Pan Łebski jest bardzo sympatyczny i chętnie pomaga uczniom, jeżeli czegoś nie rozumieją, ponieważ to lubi. Generał jest surowy, ale dobrze uczy i przygotowuje do matury, a lekcje z nim są ciekawe. Przynajmniej tak słyszałam, bo nie mamy lekcji z nim tylko z panią Łabędź.

Choć moja wypowiedź trwała dłuższą chwilę Bartek słuchał mnie z niesłabnącym zainteresowaniem, przez cały ten czas nie przestając na mnie patrzeć.

— Gandalf to też nauczyciel?

— Jaki Gandalf? — spytałam i zmarszczyłam czoło zaskoczona pytaniem, nie miałam pojęcia o kogo mu chodzi.

— No ten z siwą brodą i długimi siwymi włosami. Ubrany w czarną skórzaną kurtkę i takie same spodnie. Jeżdżący na motorze.

— A tak, uczy matematyki w niektórych pierwszych klasach. Gandalf… fajną ksywkę dla niego wymyśliłeś — uśmiechnęłam się do niego, a on zrobił to samo.

— A zdarza się na lekcjach coś ciekawego lub śmiesznego? — zapytał

Jak na zawołanie w tym samym momencie Krzysiek stanął na ławce, krzyżując nogi i splatając ręce nad głową jakby zamierzał odtańczyć fragment z Jeziora Łabędziego. Uniósł głowę z udawaną powagą, a po wszystkim usiadł na swym miejscu.

Po sali rozniósł się odgłos tłumionego śmiechu, nauczyciel obejrzał się po sali, a ponieważ nie dostrzegł nic dziwnego wrócił do rozwiązywania zadania na tablicy.

Po Krzyśku nadeszła kolej na Rafała, ten postanowił podnieść poprzeczkę i wykonał tę samą pozę na biurku.

— Rafale co ty wyprawiasz? — spytał pan, nakrywając mojego kolegę, gdy ten wracał do ławki.

Rafał stanął jak wryty, głowiąc się nad odpowiedzią.

— Szukam długopisu — stwierdził z ogromnym przekonaniem, po czym na klęczkach podnosił wszystkie plecaki w poszukiwaniu zaginionego przedmiotu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 22.33