E-book
6.83
drukowana A5
25.91
Ród wampirów

Bezpłatny fragment - Ród wampirów


Objętość:
149 str.
ISBN:
978-83-8155-972-0
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 25.91

To nic, że nie mogę oddychać bez ciebie,

tylko dla ciebie chcę żyć.

Ja i ty, jak pięknie to brzmi.

Przy tobie spełniają się wszystkie moje marzenia i sny.

Po prostu jesteśmy sobie przeznaczeni.


Dla mojej jedynej miłości.

Anastazja.

Rozdział 1

Była ciepła bezchmurna noc. Koniec sierpnia.

Duncan, mężczyzna średniego wzrostu o szlachetnych rysach twarzy, krótkich, siwych włosach i błękitnych oczach, u którego upływ wieku widoczny był jedynie na skórze, która z biegiem czasu stawała się coraz bardziej przezroczysta, trzymając w dłoni książkę, wyglądał przez okno.

Był sam w zamku, pozostali z rodu polowali, on wolał zostać w domu, odpocząć i poczytać, ale z jakiegoś powodu nie mógł skupić się na książce.

Rozejrzał się po bibliotece zapełnionej rękodziełami, mapami, tomami wierszy i książkami ustawionymi na szafkach od podłogi aż po sufit.

Usłyszał hałas i kroki na schodach, nie zdążył jeszcze mrugnąć, a w progu ukazał się Werter wraz z niektórymi członkami rodu.

Ucieszony ich widokiem rozłożył ręce na powitanie.

— Wróciliście wcześniej. To bardzo miłe. Ciężko było mi tu wytrzymać w samotności, było stanowczo zbyt cicho. A gdzie pozostali?

— Zapewne polują — odpowiedział Werter. Miał długie, siwe włosy, opadające na policzki i oczy, choć był jeszcze młodym i krzepkim mężczyzną. Miał delikatne, szlacheckie rysy twarzy i sposób bycia. Dumnie unosił głowę spoglądając na innych z góry i starał się w jak najmniejszym stopniu ukazywać emocje. — Bardzo mnie, cieszy, że jeszcze ich nie ma przynajmniej nie przeszkodzą mi w zabiciu cię… drogi ojcze.

Jednym skokiem przebył pokój i stanął na wprost Duncana patrząc na niego z nienawiścią.

— Traktowałem cię jak syna, a ty chcesz mi się odpłacić w ten sposób, nie możesz poczekać, aż umrę tylko wolisz mnie zabić?

— Czekałem pięćset lat i sądzę, że to dostatecznie długo — nie mogę zaprzepaścić tak dogodnej sytuacji. Na przeszkodzie do przejęcia władzy nad rodem stoisz mi tylko ty. Ale jeżeli się ciebie pozbędę, to będę miał drogę wolną zwłaszcza, że sam zdecydowałeś, że to ja zostanę twoim następcą.

— Gdy dowiedzą się co mi zrobiłeś nigdy na to nie pozwolą — zagroził Duncan patrząc bez strachu na swego rywala.

— Nikt się nie dowie, że to ja jestem winny twojej śmierci. Powiemy pozostałym, że napadły cię wilkołaki i nikt nie będzie podejrzewał, że to kłamstwo.

Werter wysunął kły i spojrzał na Duncana morderczym wzrokiem, a jego zaufana świta zrobiła to samo

Skoczyli na Duncana, kaleczyli go paznokciami i zębami wgryzając mu się w szyję.

Pod Duncanem ugięły się kolana, wiedział że jeżeli upadnie na ziemię, to już z niej nie wstanie i nic go nie uratuje przed niechybną śmiercią.

Zebrał w sobie wszystkie siły i odrzucił przeciwników. Ukazał swoje kły zaciskając dłonie i patrząc na nich z wściekłością.

Przeciwnicy Duncana przystąpili do kolejnej próby, gdy już cieszyli się ze zbliżającego zwycięstwa, przybyła reszta rodu i ruszyła na ratunek Duncanowi.

Walczyli ze sobą, choć jeszcze godzinę temu uważali się za rodzinę i żyli ze sobą w zgodzie. Okazało się, że były to tylko pozory.

Czas ciągnął się w nieskończoność, każda z uczestniczących w walce osób była wycieńczona ciągłymi atakami, mimo to, żadna ze stron nie zamierzała się poddać.

Wreszcie po długiej konfrontacji spiskowcy zostali pokonani, musieli przyznać się do porażki i poznać jaka czeka ich kara za zdradę.

Przytłumione światło świec oświetlało przestronny, jasny, zwieńczony sklepieniem kolebkowym, skromnie urządzony pokój, w którym było kilka leżanek, niewielki stół pośrodku i fortepian przy ścianie.

Naradzie, na której miano zdecydować jak ukarać Wertera i jego wspólników przewodził Duncan — najstarszy wampir w rodzie i jego przywódca, choć Werter zamierzał pozbawić go władzy.

Zajmował on jedyne miejsce siedzące pośrodku pokoju, po jego obu bokach stali jego pobratymcy, a naprzeciwko byli przyjaciele, a teraz wrogowie.

Werter patrzył na wszystkich dumnie, uśmiechając się szeroko, nie było w nim choćby odrobiny skruchy. Pewnie nawet nie wiedział, co to słowo znaczy. Jego towarzysze wbili wzrok w podłogę bojąc się spojrzeć na Duncana i wyglądali tak, jakby za chwilę mieli zostać ścięci na gilotynie i tak też się czuli.

Po skończeniu narady Duncan podniósł się z miejsca, które dotąd zajmował, aby ogłosić jaka kara czeka osądzonych…

— Macie szczęście, że nie chowamy do was urazy i nie jesteśmy mściwi. Zostajecie skazani na wygnanie. Musicie opuścić wasz dotychczasowy dom i wyjechać poza granice Polski. Nie macie prawa tu wracać ani widywać się i rozmawiać z członkami rodu, a jakikolwiek kontakt z wami i wszystkimi, którzy do was dołączą w przyszłości jest wzbroniony i — jeśli ktoś postanowi go złamać — zostanie surowo ukarany. Dziś umarliście dla nas. Już nie jesteście jednymi z nas, musicie radzić sobie sami, czy jesteście na to gotowi? — spytał surowo, z trudem kryjąc żal z powodu utraty rodziny i zaufania jakim kiedyś ich darzył.

— Tak, jesteśmy i możesz być pewny, że nie będziemy tęsknić za tobą. I nawet gdybyś zdecydował inaczej nie zamierzałem tu dłużej zostać, bo mam już dość słuchania wszystkich rozkazów i życia tak jak zdecydowałeś. Potrzebuję wolności, bo tutaj się duszę — odpowiedział Werter arogancko.

— Jeżeli chcesz wolności, to będziesz ją miał — krzyknął Duncan, jednocześnie zaciskając dłonie na blacie stołu… Zamknął oczy i po chwili opanował złość. — Żegnajcie, lepiej żebyście wypełnili nakaz i wyjechali jak najdalej, jeżeli wam życie miłe.

Werter odwrócił się i szedł przed siebie. Trzymając rękę na srebrnej klamce obejrzał się jeszcze przez ramię i uśmiechnął sarkastycznie na pożegnanie.

Członkowie rodu uśmiechnęli się do niego smutno chcąc dodać mu otuchy. Jedynie Duncan odwrócił się do niego plecami i nerwowo na przemian ściskał i rozwierał palce.

Werter otworzył żelazne drzwi. Z uniesioną głową zmierzał długim korytarzem, a następnie schodami w dół ku wyjściu. Jego towarzysze podążali za nim z malującym się w o wiele mniejszym stopniu zadowoleniem, ale też cieszyli się, że już nie będą należeli do rodu.

Wyszli na zewnątrz i zatrzymali się na schodach. Orzeźwiający powiew wiatru ochłodził trochę ich twarze. Zamknęli oczy wdychając zapach otaczających ich drzew i

krzewów. Całkowicie opanowani, odczuwając jedynie dumę pomimo porażki, skierowali się ku powozowi stojącemu na wąskiej ścieżce za zamkiem.

Mieli pewność, że postąpili słusznie i nie żałowali tego co zrobili.

Od tamtej pory minęło dwieście lat, a Duncan…

— Dobrze, że już się obudziłaś, zejdź na dół i pospiesz się. Trzeba posprzątać w domu, poza tym musisz uszykować sobie ubranie na jutro i kupić zeszyty oraz inne rzeczy potrzebne do szkoły. Nie zapominaj, że jutro zaczyna się rok szkolny. Anastazjo, czemu ty zawsze zostawiasz wszystko na ostatnią chwile i śpisz do południa? — Do mojego pokoju wpadła mama, przerwała mi pisanie i jak zwykle, gdy była zdenerwowana, mówiła z prędkością karabinu maszynowego, po czym wyszła nie czekając nawet na odpowiedź na zadane przez siebie pytania. Gdy się denerwowała była po prostu niemożliwa, ale i bardzo zabawna.

Odłożyłam długopis i zeszyt, w którym postanowiłam napisać historię mojej rodziny. Kto wie może ją wydadzą i zostanie bestsellerem. Będzie nosiła tytuł „Wspomnienia wampirów” albo jakoś tak, jeszcze nie podjęłam decyzji. Oczywiście nie miałam zamiaru wspominać, że jest prawdziwą historią. Jeszcze nie oszalałam! Nie miałam ochoty, aby moi znajomi i sąsiedzi zbudowali stos, żeby mnie na nim spalić, a tak by mogło się stać. Albo zamknęliby mnie w szpitalu psychiatrycznym uważając, że jestem stuknięta skoro wierzę w to, że jestem dhampirem.

— Po co ja myślę o takich głupotach. Przecież nie mam zamiaru jej opublikować. Piszę jedynie do szuflady. Ale z drugiej strony fajnie by było, gdyby ktoś przeczytał moją książkę i jakby spodobała się paru osobom. Cóż zawsze można pomarzyć — pomyślałam z rozrzewnieniem.

Zakręciłam się na fotelu i wstałam opierając się o biurko, ponieważ zdrętwiały mi nogi.

Ze stojącej w rogu szafki wyjęłam ubrania, jak zwykle pierwsze z brzegu, które rzuciłam na łóżko.

Najczęściej nie obmyślałam wcześniej tego w co się ubiorę, tylko zakładałam to co mi się w danej chwili podobało i w czym było mi wygodnie, nie zważając na to czy jest to w modzie czy nie.

Szybko się ubrałam w niebieską bluzkę z długim rękawem, jeansy i zieloną bluzę z kapturem kręcąc jednocześnie biodrami w rytm piosenki lecącej w radiu. Wyszłam z pokoju i o mało nie wpadłam na Weronikę — radosną jak zawsze, która w ruchu przewiązywała bujne blond włosy czerwoną wstążką. Miała alabastrową cerę i duże miodowe oczy, przez co przypominała lalkę z porcelany, lecz nie była tak delikatna jak one, mogłaby pokonać najsilniejszego mężczyznę, gdyby tylko jakiś wszedł jej w drogę i akurat miałaby ochotę pokazać mu, że kobiety to nie zawsze słabsza płeć.

Westchnęłam patrząc jak sunie z gracją po schodach, podczas gdy ja schodziłam jak kaczka i mogłam jedynie pomarzyć, że kiedyś mój chód choć odrobinę będzie przypominał jej sposób poruszania się

Uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze wiszącym na ścianie w korytarzu i podskakując zmierzała do jadalni.

Ja ominęłam lustro wzrokiem i bez tego wiedziałam, że wyglądam okropnie.

— Niezdrowo blada cera i sińce pod oczami doprawdy wyglądają niebywale atrakcyjnie — pomyślałam z przekąsem.

Weronika też była blada, ale to podkreślało jej urodę. Wyglądała jak gwiazda filmowa, była wysoka i niebywale zgrabna, czego nie mogłam powiedzieć o sobie.

— Lepiej dam sobie spokój z rozmyślaniem o mojej urodzie, a raczej o jej braku. Szkoda sobie psuć dzień od samego rana — westchnęłam i uśmiechnęłam się z przymusem.

Gdy weszłyśmy do jadalni wszyscy z wyjątkiem Duncana i taty siedzieli już przy długim prostokątnym stole oczekując na przybycie nieobecnych, choć w domu jadłyśmy tylko ja i mama, to lubili przebywać w jadalni.

Marcel, wysoki chłopak o szerokich barkach, wyraźnych rysach twarzy i wydatnych kościach policzkowych, z niecierpliwością stukał w stół nie mogąc się doczekać, aż Weronika, która była jego narzeczoną usiądzie obok niego. Na głowie nie miał pozornego nieładu tylko kompletny chaos i każdy włos sterczał mu w inną stronę. Uważał, że dzięki temu wygląda na niegrzecznego chłopca i bardziej pociąga dziewczyny, co było kompletną bzdurą, ale nikt z wyjątkiem mnie nie chciał wyprowadzać go z błędu, a mnie nie słuchał, więc z własnej winy wyglądał jak idiota. Za to czarną bródkę miał równo obciętą i szczycił się, że ona dodaje mu uroku, co było kolejna bzdurą.

Owidiusz, mój drugi brat, jeszcze głupszy od pierwszego, siedział obok swojej dziewczyny Bogny, która powitała mnie promiennym uśmiechem.

Bogna i Owidiusz byli do siebie podobni tak jakby byli rodzeństwem. Mieli owalne twarze, bladą cerę i zielone oczy, które okalały długie, niezwykle ciemne rzęsy. Różniło ich jedynie uczesanie, bo Owidiusz miał nieco przydługie proste włosy z grzywką zaczesaną na bok, a Bogna miała dredy.

Wyglądali na najmłodszych z rodu, choć to ja i Marcel byliśmy młodsi, ale i tak moje osiemnaście lat nie mogło się równać z jego dziewięćdziesiątką.

Po przeciwnej stronie stołu Marysia i Judyta szeptały sobie coś na ucho i co pewien czas chichotały radośnie.

Choć miałam dużą rodzinę, która bez przerwy zapewniała mi jakąś rozrywkę i zazwyczaj towarzyszyło mi wiele osób, czułam się samotna, a miejsca, w którym mieszkałam nie mogłam nazwać domem, ponieważ nie wracałam do niego z utęsknieniem i nie uważałam go za moje miejsce na ziemi.

Moja mama była człowiekiem, a tata i reszta rodziny wampirami. Za to ja nie wiedziałam kim jestem, byłam czymś, jakimś stworem, to znaczy dokładnie byłam dhampirem, choć nie chciałam nim być i denerwowała mnie myśl, że jestem mieszańcem. Przez to, że nie wiedziałam dokładnie kim jestem i czy bardziej przypominam wampira czy człowieka nie mogłam zrozumieć rodziny i uczniów ze szkoły, a oni nie mogli zrozumieć mnie. Bardzo chciałam poznać kogoś, przy kim będzie mi wystarczyło, że jestem sobą, ale wydawało mi się to niebywale nieprawdopodobne.

Myślenie o moim nieudanym życiu sprawiło mi przykrość, ale po chwili znów wszystko wróciło do normy i postanowiłam, że nie będę się dołować z samego rana, bo i bez tego czekał mnie ciężki dzień.

Pocałowałam mamę w policzek, aby przestała się na mnie gniewać w momencie, gdy ustawiała na stole koszyk z chlebem i cukier. Jej policzek był chłodny, ale miły w dotyku.

Była drobną kobietą średniego wzrostu z twarzą jak jabłuszko, o delikatnych rysach, rumianych policzkach i błękitnych oczach. Choć miała trzydzieści osiem lat wyglądała na trzydzieści, miała na twarzy pojedyncze zmarszczki i gładką cerę, a jej oczy nigdy nie przestawały błyszczeć.

Była ubrana w długą żółtą bluzkę i białe bawełniane spodnie. Żółty to był jej ulubiony kolor, dzięki niemu i towarzyszącej jej radości, która znikała tylko wtedy, gdy była zła, co zdarzało się bardzo rzadko, przypominała słońce i tak też nazywał ją mój tata.

Uśmiechnęła się do mnie, a ja do niej.

— Nie martw się, tylko zjem śniadanie i już zaczynam sprzątanie — powiedziałam zajmując swoje stałe miejsce

— Dzień dobry mamo — powiedziała Weronika pocałowała ją w policzek i objęła w pasie układając drobną buzię na jej ramieniu.

Choć nie byłyśmy siostrami uważała moich rodziców za własnych i mi to nie przeszkadzało. Zwłaszcza, że miała ku temu pewne powody, bo to mój tata przemienił ją w wampira. Poza Weroniką przemienił także Owidiusza, ale jakoś z nim nie mogłam się dogadać, a za to z Weroniką z pewnością bym się zaprzyjaźniła, nawet gdybyśmy nie tworzyły rodziny. Bogna została przemieniona przez Duncana, pozostali dołączyli gdy już byli wampirami, a na koniec dołączyłyśmy jeszcze mama i ja. W ten sposób zamieszkaliśmy razem i choć bardzo się różnimy musimy jakoś ze sobą wytrzymywać, zresztą nie sprawia nam to większych problemów.

— Witajcie kochani — jak na zawołanie zjawił się mój tata i spoglądając na mamę z czułością, zajął miejsce przy stole.

Wyglądał zawsze młodo i to się miało nigdy nie zmienić. Miał kasztanowe włosy do ramion, drobny szczupły nos i przenikliwe spojrzenie.

— O, nasza śpiąca królewna już wstała — powiedział Marcel z sarkazmem, zauważając mnie po upływie dwudziestu minut. Dzień bez uszczypliwości był dla niego dniem straconym.

— A co zazdrościsz? — w moim głosie był jad, a z moich oczu sypały się iskry.

— Nie, bo nie mam czego. Spanie to tylko strata czasu, który można spożytkować na o wiele przyjemniejsze rzeczy.

— Jeżeli na naukę to gratuluję. Ale znając ciebie bym na to nie liczyła — stwierdziłam złośliwie, nie pozostając mu dłużną.

— Marcel nie masz racji. Ona pewnie nie mogła zasnąć myśląc o swoim wymarzonym chłopcu. Kiedy dasz nam przeczytać swoją książkę? Jestem niezwykle ciekawy co też spłodziłaś — Owidiusz zaśmiał się targając moje włosy.

— Prędzej krowy zaczną latać niż pozwolę ci do niej zajrzeć. Za dobrze cię znam, wiem, że od razu wytkniesz mi wszystkie błędy. A jak zobaczysz coś zabawnego to nie dasz mi o tym zapomnieć do końca życia. O nie, dziękuję — warknęłam, układając sterczące włosy.

— No co ty, ja tylko poradziłbym ci, co powinnaś poprawić — odpowiedział, patrząc na mnie niewinnie. — Za to poprawianie wyglądu możesz sobie darować. Bez względu na to co zrobisz i tak nie będziesz piękna — powiedzieli Marcel z Owidiuszem jednocześnie i zadowoleni, że pomyśleli o tym samym uścisnęli sobie dłonie.

— Nie dokuczajcie Anastazji. Jesteśmy rodziną i powinniśmy się wspierać, a nie dołować — powiedział stojący w progu Duncan i spojrzał na chłopców z naganą.

— Tylko żartowaliśmy — powiedzieli z udawaną skruchą, spuszczając przy tym głowy dla dodatkowego efektu.

— No dobra. Tylko lepiej żeby na przyszłość wasze żarty śmieszyły obie strony, a jak na razie was bawią, sprawiając Anastazji przykrość. Nie na tym to ma polegać.

— Obiecujemy, że się poprawimy — obiecując skrzyżowali kciuki za plecami, więc nie mogłam liczyć na to, że spełnią przyrzeczenie.

— Trzymam was za słowo — powiedział poważnie, ale jego oczy lśniły z rozbawienia. — Jest jeszcze coś co mnie martwi — stwierdził z żalem. — Czemu nikt mnie nie uściskał na powitanie. Nie musicie się przejmować, jeszcze nie jestem taki stary, żeby się rozpaść, gdy się mnie dotknie.

Wstaliśmy z miejsc przytuliliśmy Duncana i poklepaliśmy go po ramionach na powitanie, po czym znów zasiedliśmy do stołu, a dziadek do nas dołączył.

Tylko dzięki niemu nie dziwiło mnie, że mama zrezygnowała z własnej rodziny, aby stać się częścią rodziny taty. Choć zrobiła to, ponieważ bała się, że spędzając czas z bliskimi wyzna im, że jej chłopak jest wampirem lub, że sami się dowiedzą i nie chciała ich narażać na niebezpieczeństwo jakie wiązało się ze znajomością z nieumarłym, z pewnością było jej łatwiej podjąć tę decyzję dzięki temu, że wspierał ją i opiekował się nią Duncan traktując ją jak własną córkę.

Spojrzałam na niego ze zmartwieniem — jego twarz przypominała twarz mumii, miał bardzo przezroczystą skórę, zapadnięte policzki, był chudy i wyglądał na osłabionego. Był jednym z najstarszych wampirów żyjących na świecie i jego wiek wpływał na jego wygląd.

Mimo upływu czasu ciężko było mi zrozumieć jak Werter i niektórzy członkowie rodu mogli się obrócić przeciwko niemu. On i moi rodzice byli najlepszymi osobami jakie kiedykolwiek poznałam.

Choć był surowy wybaczał nam wszystkie błędy i pomagał nam, gdy mieliśmy jakiś problem poświęcając dla nas własne zdrowie i ryzykując życie. Tworzyliśmy jeden ród i mimo, że to Lilith była matką wszystkich dzieci ciemności, to Duncana darzyliśmy wielką, niezachwianą miłością, a nie ją, ponieważ nigdy nie zobaczyliśmy Lilith, przez to, że ona i jej towarzysze ukrywali się w ciągu dnia, pokazywali się jedynie w nocy w celu zdobycia pożywienia, a ich ulubioną muzyką były jęki ich ofiar. Za to Duncan jako pierwszy z wampirów wybrał życie wśród ludzi i nigdy nie opuścił swojej rodziny.

Dostrzegłam, że Bogna przygląda mi się z troską, więc uśmiechnęłam się do niej, aby się nie martwiła.

Zjadłam na śniadanie rogala z dżemem, wypiłam kakao i wróciłam do pokoju, gdzie włączyłam radio i ustawiając głośność na cały regulator, zaczęłam sprzątać, tańcząc przy tym, aby sobie trochę umilić czas.

Rozdział 2

Obudził mnie budzik w telefonie. Była ósma rano. Byłam strasznie niewyspana, ponieważ zasnęłam dopiero koło piątej.

Rozciągnęłam się na łóżku po czym zdjęłam ubranie, które wyprasowałam wczoraj i powiesiłam na drzwiach szafy. Czekało mnie rozpoczęcie kolejnego roku szkolnego, z tego powodu założyłam białą bluzkę z długim rękawem i czarną spódniczkę.

Aby podkreślić talię i ładnie wyglądać zapięłam w pasie czarny pasek.

Nie miałam ochoty wychodzić z domu, ale niestety nie miałam innego wyjścia.

Zeszłam do kuchni, zjadłam śniadanie, po czym włożyłam do torebki notes i długopis, aby napisać plan na pierwsze dni, ponieważ później jak zwykle się zmieni.

Założyłam balerinki, szary płaszcz i wzięłam parasolkę, ponieważ było chłodno i było możliwe, że później będzie padać, co mnie cieszyło, ponieważ dzięki temu nie musiałam się martwić, że będę się źle czuła.

Za to nie byłam zadowolona, że już skończyły się wakacje i rozpoczynałam naukę w trzeciej klasie w III. Liceum Ogólnokształcącym

Był to bardzo ważny rok w moim życiu, ponieważ czekały mnie ważne wydarzenia — studniówka o ile na nią pójdę, a nie byłam przekonana, ponieważ nie miałam partnera, a nawet jakbym znalazła kogoś z kim chciałabym pójść, to nie mogłabym z nim spokojnie tańczyć, bo gdy tańczę z chłopakiem strasznie się denerwuję i potykam o własne nogi przez co nie mogę się skupić na muzyce ani na krokach, tylko myślę o tym, żeby się nie wywalić, co jest dosyć dziwne, bo gdy tańczę z innymi w kółku nie mam problemów z koordynacją.

W maju miało nastąpić kolejne ważne wydarzenie, czyli matura, którą bardzo się denerwowałam głównie przez to, że musiałam zdawać na maturze matematykę, a nie cierpiałam matmy. Nie wiedziałam jak sobie dam radę, ale miałam nadzieje, że uzyskam wynik, z którego będę zadowolona.

Poczekałam na Judytę, Marysię, Marcela i Weronikę i razem wsiedliśmy do Volkswagena Golfa VI, nie było z nami Owidiusza z Bogną, bo uczniowie drugiej klasy mieli wcześniej rozpoczęcie.

Kierował Marcel, bo miał prawo jazdy i lubił prowadzić, a ja nie i jakoś nie śpieszyło mi

się do zdawania prawka. Gdy nie miał mnie kto zawieźć jeździłam autobusem lub tramwajem i ani trochę mi to nie przeszkadzało, bo miałam wtedy czas na przeczytanie książki lub naukę.

Przed szkołą nikogo nie było, niektórzy byli w środku, a część uczniów jeszcze nie dotarła.

Dziwnie się czułam po wakacjach. Nie miałam pojęcia co czeka mnie tym razem i czy wydarzy się coś ciekawego w moim życiu.

Dwie rzeczy były pewne — to że moja szkoła w niczym się nie zmieniła i że znów spotkam tych samych nauczycieli i znajomych z klasy.

Budynek nie wyglądał tak jak przeciętne szkoły. Nie był szary i ozdobiony napisami związanymi z klubami sportowymi tylko żółto-kremowy, a obok niego było duże boisko, pływalnia i park, co miało swoje złe strony: gdy było ciepło zamiast skupiać się na nauce spoglądałam tęsknie na park, a chłopcy myśleli tylko o tym, by jak najszybciej pograć w piłkę nożną.

Weszłam do środka, pożegnałam się z rodzeństwem, umówiliśmy się, że zobaczymy się później i od razu przeszłam do sali gimnastycznej, w której miał się odbyć apel. Wiele krzeseł było już zajętych, na szczęście udało mi się znaleźć wolne miejsce i usiadłam w gronie osób z mojej klasy.

Obejrzałam przedstawienie, z którego niewiele zrozumiałam, ponieważ nie było słychać co mówią osoby w nim występujące, następnie pani dyrektor wygłosiła dłuuuugą i usypiającą mowę powitalną. Ogólnie była to godzina wycięta z życia i jedna z najgorzej wykorzystanych.

Niestety przetrwanie akademii to nie wszystko i czekała mnie jeszcze druga część rozpoczęcia roku, tym razem w klasie.

Podążyłam za tłumem uczniów, kierując się na pierwsze piętro szkoły.

W sali każdy zajął swoje miejsce. Panował ogromny hałas przez toczone rozmowy.

Jak zawsze usiadłam w pierwszej ławce w środkowym rzędzie ze względu na to, że to było najmniej lubiane miejsce i założyłam nogę na nogę.

Siedziałam sama częściowo przez to, że jestem typem samotnika i nie lubię zbytnio rozmawiać z innymi, a częściowo przez to, że jestem dhampirem, muszę to ukrywać i nie mogę nikomu zaufać. Dobrze, że wyglądałam całkiem zwyczajnie. Byłam szczupłą ciemną blondynką średniego wzrostu, wiele razy słyszałam, że jestem ładna, ale ja uważałam, że jestem przeciętna i jest wiele dziewczyn ładniejszych ode mnie. Wyróżniałam się jedynie dzięki bladej cerze, pełnym ustom, odrobinę skośnym oczom i źrenicom, które były większe niż u większości osób i przez nie niektórzy uważali, że jestem narkomanką, choć nawet nie palę papierosów i nie piję kawy, chociaż możliwe, że myśleli tak przez to, że często jestem zamyślona i patrzę wtedy w jeden punkt niewidzącym wzrokiem.

— Miło mi, że mogę was przywitać po wakacjach. Mam nadzieję, że dobrze się bawiliście, odpoczęliście i będziecie się pilnie uczyć — wychowawczyni powitała nas, uśmiechając się do nas życzliwie.

Była niską, pulchną kobietą w średnim wieku, o owalnej twarzy, serdecznym spojrzeniu i nigdy nie znikającym szerokim uśmiechu. Była ubrana w szaro-niebieski kostium składający się z marynarki i długiej spódnicy.

— Chcę wam przedstawić nowego ucznia, który dołączy do nas — Bartłomieja Jugnykiela, jestem pewna, że choć przybył późno do naszej szkoły znajdzie wśród was wielu przyjaciół i będziecie dla niego życzliwi

Byłam mile zaskoczona słysząc, że pojawił się nowy uczeń, bo do tej pory chodziło do mojej klasy sześciu chłopców i to na dodatek nie w moim typie, a za to Bartek był przystojny. Miał brązowe włosy z odstającą grzywką, opaloną na jasny brąz skórę i zielone oczy, a największymi jego zaletami był uśmiech jak z reklamy i mięśnie doskonale podkreślone, dzięki obcisłej białej koszuli, które wskazywały, że dużo ćwiczy. Nie tylko mi się spodobał, innym dziewczynom i Michałowi też. Można to było poznać po ich minach i przez to, że wpatrywali się w niego jak w obrazek.

Wiedziałam to, też dlatego, że miałam dobry słuch i słyszałam o czym inni mówią nawet wtedy, gdy szeptali sobie coś do ucha.

Bartek przeszedł między ławkami i zajął miejsce w ostatniej ławce przy oknie, przy której nikt nie siedział, przez co wywołał smutek u osób, które miały nadzieje, że usiądzie z nimi i będą miały okazję go poznać, ale ja nie należałam do tego grona, bo wolałam, aby trzymał się ode mnie z daleka, bo mogła mu się stać przy mnie krzywda, zwłaszcza, gdybym straciła kontrolę nad własną mocą.

Rozdział 3

Przed klasą było już wiele osób, wśród nich Bartek w towarzystwie Karoliny, Dominiki i Pauli, naszych klasowych lalek barbie.

Były ubrane w różowe bluzki z głębokim dekoltem, różowe minispódniczki, w których można zamarznąć i miały czarne szpilki na dziesięciocentymetrowym obcasie. Trzepotały zalotnie rzęsami i śmiały się sztucznie, a wszystko po to, aby zwrócić na siebie uwagę Bartka, lecz on nie wyglądał na zainteresowanego.

Podeszłam do Oli, którą lubiłam najbardziej, ponieważ była skryta tak jak ja, nie wypytywała mnie o rodzinę i nie była ciekawska.

Spoglądała na Bartka tęsknym wzrokiem, ale była zbyt nieśmiała, aby do niego podejść.

— Podoba ci się Bartek?

— Tak i to bardzo — mówiąc to, westchnęła, po raz kolejny spojrzała na niego, a następnie na mnie. Jej oczy wyrażały ogromny smutek.

— Może podejdziesz do niego i wyrwiesz z rąk tych harpii? Na pewno będzie ci wdzięczny.

— Chciałabym, ale bardzo się denerwuję. Jestem pewna, że powiem coś głupiego. Poza tym nie mam u niego żadnych szans. Jestem brzydka, a on jest nieziemsko przystojny — odgarnęła kosmyk włosów za ucho i z żalem spuściła wzrok.

— Jesteś dla siebie zbyt surowa, jesteś bardzo ładna i możesz spodobać się każdemu chłopakowi, a najważniejsze, że jesteś inteligentna, sympatyczna i dowcipna. Jedynie idiota mógłby tego nie docenić — starałam się, aby Ola uwierzyła w siebie i odezwała się do Bartka. Mi też on się podobał, ale nie na tyle, żeby go podrywać, zwłaszcza teraz, gdy

dowiedziałam się, że podoba się Oli, zresztą związek powinien opierać się na szczerości, a ja nie mogłabym powiedzieć mu prawdy o sobie. Za to on i Ola pasowali do siebie idealnie.

Moje rozmyślenia przerwał dzwonek na lekcje, do mnie i do Oli podeszli Rafał i Krzysiek — klasowi żartownisie, którzy mieli dziwne pomysły. Nie chcieli wyznać, co tym razem strzeliło im do głowy, ale zapewniali, że nas zaskoczą.

Rafał był wysoki, mocno umięśniony, miał śniadą cerę i krótkie włosy, a posturą przypominał niedźwiedzia.

Krzysiek był od niego niższy, chudszy i miał jaśniejszą karnację, ale i z nim nie miał ochoty nikt zadzierać ze strachu, że nie pokona go w bójce.

W pewnej chwili poczułam, że ktoś mnie obserwuje. Odwróciłam się, żeby sprawdzić kto i okazało się, że to Bartek. Zawstydzony tym, że to zauważyłam spuścił wzrok i udawał, że słucha tego, co mówią do niego dziewczyny.

Gdy zjawił się spóźniony nauczyciel, wszyscy weszli do klasy, lecz wcześniej poczułam jeszcze, że ktoś na mnie patrzy i wiedziałam nawet kto.

Usiadłam na krześle wyciągnęłam zeszyt, piórnik, podręcznik i położyłam torbę na ziemi.

— Mogę tutaj usiąść? — przy krześle obok stał Bartek i czekał na odpowiedź, przeszywając mnie wzrokiem, przez co zaczęłam się peszyć.

Przez dłuższą chwilę zastanawiałam się nad odpowiedzią, nie wiedziałam czy to dobry pomysł, aby koło mnie usiadł, skoro postanowiłam, że nie będą nas łączyły żadne bliższe relacje, nawet koleżeńskie, ale z drugiej strony co mogłoby się stać w trakcie krótkiej rozmowy, przecież nie zrzucę go z krzesła za pomocą telekinezy, chociaż mogłabym.

— Jasne, proszę — starałam się aby mój głos zabrzmiał pewnie, choć nie było to łatwe, bo nadal nie spuszczał ze mnie wzroku.

— My się jeszcze nie znamy. Bartek.

— Anastazja.

— Miło mi.

Wyciągnął do mnie rękę na przywitanie, a ja swoją, gdy jej dotknął odsunął dłoń gwałtownie.

— Przepraszam za moją reakcję to przez to, że twoje dłonie są lodowate. Może jesteś chora? — miał zmartwioną minę pytając, a w jego wzroku można było zauważyć troskę i to o mnie, co było dla mnie miłym zaskoczeniem.

— Nie, wszystko w porządku, po prostu mi zimno — patrzyłam na moje dłonie i starałam się, aby nie poznał, że kłamię. Tak naprawdę zawsze miałam zimne dłonie, była to jedna z cech, którą odziedziczyłam po ojcu.

— Możesz mi coś powiedzieć o nauczycielach i tego jak uczą? Chciałbym się czegoś dowiedzieć.

— Najbardziej lubiani są pan od WOS-u pan Łebski i nauczyciel historii pan Kozłowski, nazywany przez uczniów generałem. Pan Łebski jest bardzo sympatyczny i chętnie pomaga uczniom, jeżeli czegoś nie rozumieją, ponieważ to lubi. Generał jest surowy, ale dobrze uczy i przygotowuje do matury, a lekcje z nim są ciekawe. Przynajmniej tak słyszałam, bo nie mamy lekcji z nim tylko z panią Łabędź.

Choć moja wypowiedź trwała dłuższą chwilę Bartek słuchał mnie z niesłabnącym zainteresowaniem, przez cały ten czas nie przestając na mnie patrzeć.

— Gandalf to też nauczyciel?

— Jaki Gandalf? — spytałam i zmarszczyłam czoło zaskoczona pytaniem, nie miałam pojęcia o kogo mu chodzi.

— No ten z siwą brodą i długimi siwymi włosami. Ubrany w czarną skórzaną kurtkę i takie same spodnie. Jeżdżący na motorze.

— A tak, uczy matematyki w niektórych pierwszych klasach. Gandalf… fajną ksywkę dla niego wymyśliłeś — uśmiechnęłam się do niego, a on zrobił to samo.

— A zdarza się na lekcjach coś ciekawego lub śmiesznego? — zapytał

Jak na zawołanie w tym samym momencie Krzysiek stanął na ławce, krzyżując nogi i splatając ręce nad głową jakby zamierzał odtańczyć fragment z Jeziora Łabędziego. Uniósł głowę z udawaną powagą, a po wszystkim usiadł na swym miejscu.

Po sali rozniósł się odgłos tłumionego śmiechu, nauczyciel obejrzał się po sali, a ponieważ nie dostrzegł nic dziwnego wrócił do rozwiązywania zadania na tablicy.

Po Krzyśku nadeszła kolej na Rafała, ten postanowił podnieść poprzeczkę i wykonał tę samą pozę na biurku.

— Rafale co ty wyprawiasz? — spytał pan, nakrywając mojego kolegę, gdy ten wracał do ławki.

Rafał stanął jak wryty, głowiąc się nad odpowiedzią.

— Szukam długopisu — stwierdził z ogromnym przekonaniem, po czym na klęczkach podnosił wszystkie plecaki w poszukiwaniu zaginionego przedmiotu.

— Wystarczy tej szopki. Weź drugi długopis — rozkazał nauczyciel, powoli tracąc cierpliwość.

— Ale ja nie mam innego — powiedział Rafał z żalem.

— To pożycz jakiś od kolegi.

— Ale to był mój szczęśliwy długopis. Muszę go znaleźć.

Bartek rozbawiony całą sytuacją zaczął się śmiać po cichu tak, że go nie było słychać, a ja nie mogłam się powstrzymać i wybuchnęłam gromkim śmiechem.

— Anastazjo, może powiesz nam co cię tak rozśmieszyło, czyżby zadanie było takie zabawne? — zapytał nauczyciel, poprawiając okulary i patrząc na mnie ze złością.

Choć dopiero trzy lata temu ukończył studia i był młodym nauczycielem, to był bardzo wymagający i patrzył na nas swoimi szklistymi wąskimi oczami z wyraźną pogardą.

— Nie, to nic takiego.

— To może zajmiesz się czymś pożytecznym i rozwiążesz zadanie na tablicy? — A ty Rafał siadaj. Wystarczy tych żartów, chcę słyszeć jedynie ciszę.

Wstałam, szykując się na rzeź niewiniątek i pałę w dzienniku, ale na szczęście uratował mnie dzwonek.

— Dziś ci się upiekło, ale następnym razem możesz nie mieć tyle szczęścia — ostrzegł mnie, jednocześnie marszcząc brwi. — Zaczekajcie jeszcze chwilę i zapiszcie prace domową.

Po napisaniu co jest zadane wyszliśmy z klasy i poszliśmy w stronę sali, w której miała być kolejna lekcja.

Zauważyłam machającego Owidiusza i Bognę opartą o jego ramię, więc do nich podeszłam.

— Cześć siostra. Kim jest ten chłopak, z którym rozmawiałaś i który się do ciebie uśmiechał? Czyżby to był twój chłopak? Jestem ciekaw co na to powie Duncan.

— Owidiusz przestań — Bogna spojrzała na niego wymownie, szczypiąc go w ramię. — Nie przejmuj się jego słowami on tylko żartuję.

— Tak, wiem. Bartek to jedynie kolega.

— Więc tak się to teraz nazywa. Jestem trochę stary, więc wybacz mi, ale nie nadążam za dzisiejszą młodzieżą.

Przyłożyłam dłoń do jego czoła z miną specjalisty.

— Choć bredzisz nie jesteś chory i nie masz gorączki. Cudownie, po prostu jesteś sobą — powiedziałam z sarkazmem.

— Ja tu się o ciebie martwię. Przyszedłem specjalnie po to, żeby sprawdzić czy nie czujesz się opuszczona, a ty tak się odwdzięczasz — otarł oczy udając, że faktycznie moje słowa go uraziły. — Ale ci się nie dziwię, bo widzę, że masz miłe towarzystwo.

— Chodź idziemy. Zobaczymy się w domu — powiedziała Bogna, ciągnąc Owidiusza za rękaw.

— Ale ja chcę poznać kolegę Anastazji, może niedługo zostanie moim szwagrem — zawołał, znikając na schodach.

Pokręciłam głową, spoglądając na sufit. Dlaczego nie mogę mieć mądrzejszego brata. Doprawdy nie wymagam zbyt wiele.

— Z kim rozmawiałaś? — spytał Bartek, patrząc tam, gdzie jeszcze niedawno stałam.

— Z bratem i kuzynką.

— A masz jeszcze jakieś rodzeństwo?

— Tak. Trzy adoptowane siostry i poza tym mieszka jeszcze z nami dziadek i Marcel, który jest bratem kuzynki którą przed chwilą poznałeś i narzeczonym mojej najstarszej siostry. Możliwe, że będziesz miał okazję kiedyś z nimi porozmawiać. Bo wszyscy chodzą do tej szkoły.

— Dziadek też? — zażartował i natychmiast jego twarz rozpromienił uśmiech.

— Nie. Wątpię, by się dobrze czuł w liceum.

— To pewnie często przytrafiają się nieporozumienia, skoro masz tak dużą rodzinę.

— Nawet nie wiesz jak często.

To była całkowita prawda. Zdarzało się, że gdy kłóciłam się z Owidiuszem, aż się iskrzyło i Duncan, aby nas uspokoić żartował, że przez nas zawali się dom. Miał w tym pewną słuszność, bo rzadko obywało się bez zniszczeń.

Ukucnęłam na podłodze, a obok mnie usiadł Bartek. Dalej opowiadałam mu o szkole, o tym kogo lubię, a kogo nie i o tym co mnie interesuje.

Dziwiło mnie to, że opowiadałam mu o sobie z taką łatwością, wcześniej, gdy z kimś rozmawiałam po paru minutach następowała niezręczna cisza, bo nie wiedziałam co powiedzieć albo przypominałam sobie, że powinnam się pilnować, aby nie wygadać za wiele… Jednak z Bartkiem było inaczej, choć znaliśmy się krótko. W jego towarzystwie czułam się wyjątkowo dobrze, tak jakbyśmy zostali przyjaciółmi już jako dzieci.

— Mój przyjaciel — pomyślałam z zadowoleniem, ponieważ dotąd nie miałam przyjaciół i to była dla mnie nowość

— Coś się stało? — spytał Bartek, kładąc swoją dłoń na mojej i tym razem nie odsunął jej gwałtownie.

— Nie, wszystko w porządku. Co tam masz? — spytałam z zainteresowaniem spoglądając na czarny futerał leżący obok Bartka.

— Skrzypce.

— Umiesz grać? — spytałam z niedowierzaniem.

— Tak.

— Mogę je zobaczyć? — wyciągnęłam rękę, aby je dotknąć.

— Nie — krzyknął Bartek i chwycił mnie za rękę. — Przepraszam — powiedział już normalnym tonem. — Są dla mnie bardzo cenne i nie pozwalam ich nikomu dotykać, aby nikt ich nie zepsuł.

— Nie zepsułabym, ale ci się nie dziwię. Na twoim miejscu też bym o nie dbała, skoro są dla ciebie ważne.

— Nawet nie wiesz jak bardzo. Ratują mi życie.

Zdziwiło mnie, że jest aż tak przywiązany do skrzypiec, ale ja umiałam grać jedynie na nerwach, więc ciężko mi było stwierdzić co się czuje, gdy się gra na prawdziwym instrumencie.

— A ty, gdzie się wcześniej uczyłeś?

— W różnych miejscach. Mój ojciec jest pisarzem i archeologiem, dlatego często się przeprowadzaliśmy. Mieszkałem w różnych miejscach: w Pradze, Helsinki, Nowym Jorku, Utah, Londynie, Tokio, na Alasce i w wielu innych. Najwięcej, bo cztery lata w Berlinie.

— O czym są książki twojego taty?

— O wampirach.

Na wieść o tym zaczęłam się krztusić kawałkiem kanapki, którą akurat jadłam i Bartek musiał mnie poklepać po plecach.

Postanowiłam, że będę ostrożniejsza, aby nie stać się bohaterką kolejnej książki jego taty.

Rozdział 4

Szłam powoli, z trudem podnosząc nogi, byłam zmęczona po lekcjach, ale powoli nabierałam energii dzięki myśli, że już niedługo dotrę na przystanek autobusowy i wreszcie wrócę do domu.

W moją twarz zawiał mroźny wiatr, zapięłam guzik pod szyją, aby ochronić się trochę przed zimnem.

Okazało się to niekonieczne. Od razu zrobiło mi się gorąco, gdy zauważyłam małą uśmiechniętą dziewczynkę, wbiegającą na ulicę na czerwonym świetle i zbliżający się w jej stronę autobus, którego kierowca nie miał już szans na zatrzymanie się, a ona na ucieczkę, ponieważ każdym pasem jechał z dużą prędkością jakiś pojazd. Była to pora zwiększonego ruchu.

Nie bacząc na nic, kierowana instynktem przebiegłam środkiem jezdni, przeskoczyłam nad barierką przy torach tramwajowych, podbiegłam do dziewczynki i chwyciłam ją w pasie, gdy już dosłownie sekundy dzieliły nas od zderzenia z autobusem.

Upadłam na plecy trzymając dziewczynkę w ramionach, autobus przejechał obok i na szczęście nie stała się nam żadna krzywda.

Liczyłam, że już jesteśmy bezpieczne, ale wtedy zauważyłam nadjeżdżający samochód.

Zwróciłam uwagę na przerażone spojrzenie kierowcy, mała ściskała mnie za szyję wtulona w moją klatkę piersiową. Zaczęłam się krztusić.

Usiadłam, zgięłam nogi w kolanach chcąc ją w ten sposób osłonić. Oparłam ręce o zderzak samochodu robiąc w ten sposób w nim wgniecenie. Wyobraziłam sobie kierownicę, skręciłam nią za pomocą telekinezy i skierowałam samochód prosto na latarnię, w którą uderzył.

Wstałam trzymając dziewczynkę w ramionach i obie przeszłyśmy na chodnik, byłyśmy bezpieczne. Przyglądała mi się, a w jej oczach można było odczytać wielkie zdziwienie zapewne nie dotarło jeszcze do niej, co się przed chwilą stało.

Kierowca samochodu, który o mało w nas nie uderzył, wysiadł z samochodu rozejrzał się kompletnie skołowany, a następnie podszedł do mnie i do małej.

Po jego czole spływała strużka krwi i miał obtartą szyję.

— Nic się wam nie stało? — spytał ze zmartwioną miną.

— Wszystko w porządku — odpowiedziałam, a on słysząc to odetchnął z ulgą.

Przyglądało nam się wiele osób i szeptali sobie coś na ucho.

— Mamusiu! — dziewczynka, która dotąd stała spokojnie, krzyknęła radośnie, widząc szczupłą, młodą kobietę około trzydziestki o fioletowych włosach i padła jej w ramiona, a jej mama przytuliła ją mocno, płacząc przy tym ze szczęścia.

— Dziękuje ci bardzo, nie wiem co bym zrobiła, gdyby coś stało się mojej córce. Wiem od jednego ze świadków wypadku, że to ty ją uratowałaś ale on nie rozumie jak tego dokonałaś.

— Po prostu miałyśmy szczęście — odpowiedziałam i uśmiechnęłam się do dziewczynki. Kobieta oddaliła się, trzymając córkę na rękach i zatrzymała się kawałek dalej.

Ucieszyłam się, że świadek nie zobaczył jak wgniotłam zderzak w samochodzie, zresztą to się wydarzyło tak szybko, że raczej nikt nie był w stanie tego zarejestrować.

— Wiem, kim jesteś — ktoś szepnął mi na ucho, oblał mnie zimny pot.

Przerażona tym, że jednak ktoś widział to co zrobiłam otworzyłam szeroko usta i wstrzymałam oddech. Po chwili na szczęście udało mi się opanować nerwy, odwróciłam się powoli marszcząc brwi i udałam, że nie wiem, o co mu chodzi.

Przede mną stał wysoki mężczyzna z krótkimi siwymi włosami, o szerokiej klatce piersiowej, orlim nosie, wysokim czole i wydatnym podbródku, z blizną na policzku, ubrany w czarną kurtkę i brązowe spodnie, wyglądający na jakieś pięćdziesiąt lat. Jego buty były brudne i zniszczone. Z jakiegoś powodu miał na dłoniach wiele śladów po skaleczeniach.

— Jesteś dhampirem — w jego tonie głosu dało się usłyszeć niezbitą pewność. Nie miał, żadnych wątpliwości, co do tego kim jestem i faktycznie miał rację, ale musiałam w jakiś sposób przekonać go, że się myli.

— Dhampiry nie istnieją. Każdy wie, że to postacie wymyślone — odpowiedziałam spokojnie i zaśmiałam się.

— Tak. W takim razie jak wytłumaczysz to, że choć jesteś szczupła i nie za wysoka, to masz tyle siły, że zdołałaś zatrzymać jadący z dużą prędkością samochód i dobiec do dziewczynki na czas, zanim zdążył w nią uderzyć autobus, choć dzieliła was duża odległość.

— Musiał się pan przewidzieć, nie zatrzymałam żadnego samochodu, nie dałabym rady kierowca sam zahamował i byłam blisko dziewczynki — przyglądałam mu się zastanawiając się, czy mi uwierzył, ale bez względu czy tak, musiałam nadal kłamać.

— Możesz zaprzeczać, ale dobrze wiem co widziałem i nie spocznę dopóki nie poznam prawdy i nie dowiem się co ukrywasz — powiedział i przyjrzał mi się podejrzliwie.

— Może pan próbować, ale ostrzegam, że straci pan tylko czas. Proszę się odsunąć i pozwolić mi przejść, nie lubię, gdy ktoś zaczepia mnie na ulicy.

Chciałam już iść, ale on złapał mnie mocno za ramię.

— Przyznaj się do tego, że wgniotłaś zderzak w samochodzie i nie kłam, bo i tak mnie nie oszukasz — zagroził, patrząc na mnie z gniewem. i coraz mocniej ściskał moje ramię.

— Nie przyznam się do czegoś czego nie zrobiłam — odpowiedziałam ostro.

Spoglądaliśmy na siebie groźnie, mężczyzna, który mnie zaczepił odszedł w momencie, gdy usłyszał zbliżającą się straż pożarną, domyślając się, że nie przyznam się do jego oskarżeń.

Przez moment stałam zaskoczona w miejscu, po czym szybko zniknęłam między blokami.


— Anastazja, to ty? — zawołała mama z głębi domu, słysząc, że ktoś otwiera drzwi.

— Tak, to ja.

— Dobrze, że już jesteś.

— Coś się stało? — spytała z troską, przykładając dłoń do mojego policzka.

— Wszystko w porządku — odpowiedziałam, zmuszając się do swobodnego tonu, mimo to mama nie wyglądała na przekonaną.

Zobaczyłam zbliżającego się dziadka i zdecydowałam, że powiem mu o uratowaniu dziewczynki, bo i tak sam odkryje prawdę.

Duncan przytulił mnie.

— Właściwie masz rację mamo i wydarzyło się dzisiaj coś ważnego — zawahałam się na chwilę, lękając się ich reakcji, ale zdecydowałam, że muszę wyznać co uczyniłam.– W drodze do domu natrafiłam na dziewczynkę, która wybiegła na ulicę przez co mógł ją potrącić samochód i aby zapobiec wypadkowi skorzystałam ze zdolności telekinetycznych

Duncan odsunął się, spoglądając na mnie z gniewem, ale na jego twarzy malował się również strach.

— Ujawniłaś się, choć wiesz, że ci nie wolno. Czy zdajesz sobie sprawę na jak wielkie ryzyko naraziłaś siebie i nas? Nie powinnaś tego robić.

— Tak wiem. Ale nie miałam innego wyjścia. Gdyby nie ja, dziewczynka by zginęła.

Duncan potarł dłonią szyję i powoli zniknął z jego twarzy gniew, a w jego miejsce pojawiło się zrozumienie.

— Tak, nie miałaś wyjścia i dlatego jesteś usprawiedliwiona, a twoje zachowanie nie zostanie ukarane. Ale pamiętaj, że nikt nie może się dowiedzieć kim jesteśmy, bo nigdy nie zaznamy spokoju — powiedział, patrząc mi głęboko w oczy.

— Tak wiem i przysięgam, że to się nigdy więcej nie powtórzy.

— Wiesz, że ci dałem drugą szansę, choć wyjawiłaś kim jesteś nieodpowiedniej osobie, a teraz jeszcze to. Mam nadzieję, że więcej mnie nie zawiedziesz.

— Nie zawiodę, przysięgam — pocałowałam dziadka w policzek na pożegnanie i ze spuszczoną głową poszłam do pokoju.

Przewróciłam się na bok i wpatrywałam się w księżyc oświecający mój pokój. Nie mogłam zasnąć, ponieważ martwiłam się tym, co zrobi mężczyzna, który mnie zaczepił, zastanawiałam się też, czy nie powiedzieć o tym rodzicom, ale nie chciałam ich denerwować, zresztą nie byłam pewna czy on zamierza mnie skrzywdzić lub wykorzystać moją tajemnicę.

Rozdział 5

Dwa tygodnie później już kompletnie zapomniałam o strasznym zdarzeniu i spotkaniu z mężczyzną, który dowiedział się, kim jestem.

Od tamtej pory go nie spotkałam, co bardzo pomogło mi w ukojeniu nerwów i powrocie do normalnego życia. Miały też w tym dużą zasługę zajęcia teatralne i upływ czasu.

Zbliżał się zmierzch. Na granatowym niebie pojawiły się czerwone smugi, właśnie zmierzałam na kolejne zajęcia.

Zatrzymałam się przed Pałacem Młodzieży, w którym miały się odbyć.

W pałacu najbardziej podobały mi się wieżyczki, graffiti przedstawiające postacie z bajek i panującą w nim przyjacielską atmosferę. Od dziecka brałam udział w tamtejszych zajęciach. Najpierw z samoobrony, a od początku września w zajęciach teatralnych.

Weszłam do środka. Do tablicy wiszącej na ścianie były przypięte kolorowe kartki, na których były napisane rodzaje i godziny zajęć. Uśmiechnięta grupka dzieci z hałasem przebiegła korytarzem Natychmiast udzieliła mi się ich wesołość i nabrałam energii niezbędnej do nauki.

Weszłam na górę po schodach i stanęłam jak wryta, widząc przed salą Bartka.

Gdy ochłonęłam, podeszłam do niego. Stał do mnie tyłem, dlatego mnie nie widział

— Cześć, co tu robisz?

— O, hej. Co za miłe zaskoczenie. Przyszedłem na zajęcia.

— Wcześniej cię tu nie widziałam.

— Bo jestem tu po raz pierwszy. Zastanawiałem się, czy to dobry pomysł, bo do tej pory nie interesowałem się teatrem i to będzie mój pierwszy raz.

— Nie przejmuj się, nikt cię tu nie zje.

— Naprawdę? Co za ulga, bo już się bałem, że tak i lepiej zwiewać stąd, gdzie pieprz rośnie — powiedział żartobliwie i udał, że wyciera pot z czoła.

Weszliśmy do sali i stanęliśmy z resztą osób w kole.

— Witam wszystkich serdecznie. Widzę, nowe twarze. To bardzo dobrze — powiedziała, słowiczym głosem wysoka, smukła kobieta prowadząca zajęcia, która miała idealnie gładką cerę, bez żadnej zmarszczki i krostki

Była ubrana w zwiewną, czarną tunikę i getry tego samego koloru.

Zaczesała za ucho kosmyk czarnych włosów i uśmiechnęła się do wszystkich serdecznie.

— Dobrze, zaczynajmy. Na początek trochę poćwiczmy. Unosimy ręce do góry, stajemy na palcach i wdech i wydech.

Wszyscy wykonali jej polecenia. Spojrzałam na Bartka, stojącego obok mnie i ledwo co byłam w stanie powstrzymać śmiech, widząc jak udaje, że ma zeza.

— I jeszcze raz.

Stanęłam na palcach, zaczerpnęłam powietrze i je gwałtownie wypuściłam, gdy parsknęłam śmiechem znów rozśmieszona przez Bartka.

Nauczycielka spojrzała na mnie z dezaprobatą i zacisnęła usta w wąską linię.

— Dobrze, a teraz czas na gardło. Powtarzajcie za mną a ę ą a a ę ą a… Wspaniale, a teraz wysuńcie języki do przodu i oddychajcie jak pieski.

Wykonując ćwiczenie znów spojrzałam na Bartka, co było okropnym błędem, bo znów o mało się nie roześmiałam. Nie tylko oddychał jak pies, lecz się też tak zachowywał. Zgiął ręce i przyłożył je do klatki piersiowej, aby wyglądały jak łapy, przekręcił lekko w bok głowę i spojrzał na mnie z radością, a następnie przyłożył głowę do mojego ramienia.

Przy kolejnym zadaniu zamiast się skupić na nim szturchał mnie palcem w brzuch i smyrał mnie po szyi.

— Może pan nie podrywać swojej koleżanki i zająć się czymś bardziej pożytecznym? To nie czas na amory — powiedziała pani surowo i wbiła w Bartka morderczy wzrok.

Uniosłam głowę dumnie i przytaknęłam na znak, że się w pełni z nią zgadzam i spojrzałam na niego wymownie, po czym ukłułam go palcem w bok.

Bartek uśmiechnął się, zamiast się pogniewać

— A teraz połączcie się w pary. Jedna osoba udaje węża i musi się wspiąć na drzewo, które udaje druga.

Pary stawały na środku i wykonywały zadanie, a reszta się im przyglądała z rozbawieniem.

— Pan jest wężem powiedziała nauczycielka, gdy nadeszła kolej moja i Bartka.

Stanęłam w rozkroku, z rękami przylegającymi do nóg, a Bartek zamiast wspinać się w górę, chwycił mnie za nogi i zarzucił mnie sobie na ramię.

Zaśmiałam się rozweselona, wisząc do góry nogami.

— Nie tak. Źle, wręcz okropnie. To nie miało być tak, proszę zrobić tak jak kazałam.

Tym razem wysłuchał polecenia. Postawił mnie, położył się na podłodze, przeczołgał się między moimi nogami, po czym próbował się wdrapać po moim ciele, łapiąc mnie najpierw za przedramię, a następnie za ramię. Zaczęliśmy się śmiać, przez co straciliśmy równowagę i upadliśmy na podłogę. Leżąc, dostaliśmy ataku niekontrolowanego śmiechu i nie mogliśmy się uspokoić.

— Dość. Tego już za wiele. Proszę stąd wyjść — powiedziała pani, cała czerwona na twarzy, ręką wskazując drzwi.

— Ja i Bartek spojrzeliśmy na siebie z zaskoczeniem.

— Nie przesłyszeliście się. Prosiłam, abyście stąd wyszli i wróćcie jak dojrzejecie.

— To raczej nie nastąpi zbyt szybko — powiedział Bartek, unosząc do góry jedną brew.

Spiorunowałam go wzrokiem, a następnie wyszłam na korytarz z opuszczoną głową, żałując, że zajęcia już się skończyły.

— Tak dobrze się bawiłam — pomyślałam i spojrzałam na Bartka z wyrzutem.

Przestał skakać i spojrzał na mnie z zaskoczeniem.

— Wszystko zepsułeś. Pewnie następnym razem nas nie wpuszczą.

— Nie martw się. Pani „ja nie wiem, co to poczucie humoru” do przyszłych zajęć o wszystkim zapomni.

— Ale ja jeszcze nigdy nie zostałam wyrzucona.

Bartek rozłożył ręce i uniósł brwi.

— Zawsze musi być ten pierwszy raz.

Miałam ochotę powiedzieć mu do słuchu, ale zrezygnowałam z tego pomysłu i roześmiałam się, zdając sobie sprawę, że to, że zostaliśmy wyproszeni było całkiem zabawne.

Zaczęłam się śmiać jeszcze głośniej, gdy spojrzałam na Bartka zbitego z tropu i jego zdezorientowaną minę, zastanawiającego się pewnie przy tym czy nie zwariowałam.

Ciągle się śmiejąc, oparłam głowę o jego ramię i poklepałam go po twarzy. Nie zamierzałam przestać się śmiać. Za bardzo mi się podobało to, że jestem taka wesoła, żeby się powstrzymać. Zresztą, przecież śmiech to zdrowie.

Rozdział 6

Trwała lekcja historii, choć bardzo chciałam, nie mogłam się na niej skupić, bo strasznie bolała mnie głowa. Słońce grzało niemiłosiernie, tak jakby jeszcze trwały wakacje i było duszno. Gdybym wiedziała, że tak będzie, w ogóle nie przychodziłabym do szkoły, ale w prognozie pogody zapowiadano, że będzie zimno i tak też było wcześniej, a od godziny z każdą chwilą stawało się coraz cieplej.

Ukryłam twarz w dłoniach i zamknęłam oczy, bo dzięki temu ból był trochę mniej uciążliwy. Miałam głowę zakrytą kapturem, ale i to mi nie pomagało.

— Dobrze się czujesz, może jesteś chora albo coś cię boli? — spytał mnie Bartosz z zatroskaną miną i położył swoją dłoń na mojej.

— Nie wszystko w porządku — odpowiedziałam, miałam ochotę dodać, a co nie widać? ale się powstrzymałam, nie powinnam się na nim wyżywać, przecież to nie jego wina, że źle się czuję, tylko tego wrednego słońca. Odsunęłam się na krawędź krzesła. Nie miałam ochoty, aby ktoś mnie dotykał.

— Jeśli będziesz czegoś potrzebowała, to powiedz, chętnie ci pomogę. Może chcesz, abym odprowadził cię po szkole do domu?

— Dziękuję, to bardzo miłe z twojej strony, ale sama sobie poradzę — wolałam, żeby nie odprowadzał mnie do domu, bo zamierzałam nie wracać od razu, tylko poczekać w parku do momentu, aż zajdzie słońce.

Wyszłam z klasy po skończonej lekcji, zależało mi na tym, aby jak najszybciej znaleźć się w cieniu. Na schodach wpadłam na Marcela i zaklęłam pod nosem. Miał twardą skórę, a przez to, że byłam osłabiona, każdy ból przeżywałam intensywniej.

— Anastazja, co ci jest? — spytała Weronika, spoglądając na mnie ze smutkiem zza okularów przeciwsłonecznych. Choć i jej doskwierało słońce, wyglądała o wiele lepiej ode mnie i lepiej sobie radziła z dokuczającym jej bólem, przez to, że miała więcej czasu, aby się do niego przyzwyczaić.

— To nic, po prostu boli mnie głowa, ale nie masz cię czym martwić.

— Oprzyj się na mnie, zaprowadzę cię do samochodu.

Bardzo ci dziękuję za troskę, ale to nie będzie konieczne.

— Nie wracam jeszcze do domu. Przyjadę wieczorem, przekażcie to mojej mamie dobrze?

— Dobrze — odpowiedziała Weronika, ponieważ nie miała ochoty się ze mną kłócić, ale nie wyglądała na zadowoloną.

— Anastazja nie gadaj głupot. Za piętnaście minut będziemy w domu. Naprawdę wolisz tu czekać, niż jechać z nami? — spytał z niedowierzaniem Marcel.

— Tak, przykro mi, ale już zdecydowałam i nie zmienię zdania.

— Chodź Marcel. Dajmy jej spokój. Jest zbyt słaba, aby się denerwować. Nie powiemy mamie w jak ciężkim stanie jesteś, aby jej nie niepokoić.

— Będę wam za to bardzo wdzięczna.

Weronika przytuliła mnie, spoglądając na mnie z troską i trzymając Marcela za rękę zniknęła za drzwiami szkoły.

Poszłam do parku, usiadłam na ziemi w cieniu drzew i zdjęłam kaptur, bo wreszcie mogłam odpocząć od promieni słonecznych.

Kiedy już poczułam się lepiej, zaczęłam się uczyć do sprawdzianu z polskiego, a następnie sentencji na kartkówkę z łaciny. Po zakończeniu nauki czytałam książkę, „Mitologia Grecka dla dorosłych.”

Byłam nią pochłonięta do tego stopnia, że nawet nie przeszkadzało mi to, że zrobiło się ciemno, bardzo zależało mi na tym, aby ją skończyć.

Schowałam książkę do plecaka, gdy przeczytałam ją całą. Wstałam i przeszłam kawałek.

Niespodziewanie czterech mężczyzn zatarasowało mi drogę. Pojawili się nie wiadomo skąd, tak jakby wyrośli spod ziemi. Stanęli w kole uniemożliwiając mi w ten sposób ucieczkę.

Chodziłam wkoło, lecz za każdym razem któryś z nich stawał przede mną, nie pozwalając mi odejść

— Bardzo się spieszę. Dacie mi przejść? — spytałam bardzo grzecznie i spokojnie. Tacy jak oni zdolni są do wszystkiego.

— Oczywiście, że tak, tylko jeszcze nie teraz — odezwał się jeden z nich, podszedł do mnie i klepnął mnie w tyłek, a pozostali stali w tyle i uśmiechali się głupkowato.

Odsunęłam się i go spoliczkowałam, aby nie pozwalał sobie na zbyt wiele.

— Oho, widzę, że masz charakterek, to bardzo mi się podoba. Jak chcesz, możesz uderzyć mnie w drugi policzek.

Mieli wąskie, przekrwione oczy, czerwone twarze i spiczaste podbródki, a najgorsze było to, że śmierdzieli jak nie prane od dawna skarpety. Po wyglądzie ciężko było stwierdzić ile dokładnie mają lat, wszyscy byli łysi i ubrani w dresy.

— Co taka ślicznotka robi sama o tej porze — odezwał się ten sam co poprzednio. Widocznie pozostali byli zbyt głupi, żeby cokolwiek wymyślić. Zresztą wyraz ich twarzy wskazywał na to, że nie byli zbyt rozgarnięci i pod względem intelektu przypominali australopiteka.

Odepchnęłam go tak mocno, że aż się przewrócił i spróbowałam uciec, ale któryś chwycił mnie w pasie i znów znalazłam się w tym samym miejscu co wcześniej.

— Gdzie się tak śpieszysz? Nie powinnaś się bać, nie zrobimy ci krzywdy — powiedział ten sam chłopak co poprzednio i odgarnął mi kosmyk włosów za ucho.

— Właśnie, chcemy się trochę zabawić, bądź pewna, że będzie ci przyjemnie. Muszę się przyznać, bardzo mi się podobasz — tym razem inny się odezwał, ale nie miało to dla mnie najmniejszego znaczenia, chciałam tylko jak najszybciej odejść, nie robiąc przy tym nic, co mogłoby wzbudzić jakiekolwiek podejrzenia. Dlatego nie chciałam się z nimi bić.

Przybliżali się coraz bardziej i rozbierali mnie wzrokiem. Doskonale wiedziałam o czym myślą i nie zamierzałam pozwolić, aby zrobili to co planują.

Stanęłam w rozkroku, nogę z tyłu skręciłam w bok, aby mieć pewność, że nie upadnę, jeżeli mnie zaatakują, zwinęłam dłonie w pięści i zakryłam nimi twarz. Choć nie miałam ochoty walczyć, wiedziałam, że nie mam innego wyboru.

Pierwszy złapał mnie za bluzkę. Wyswobodziłam się z uchwytu wykonując dźwignię, przez którą napastnik upadł na bok.

Drugi przeciwnik złapał mnie za szyję i zaczął dusić. Zablokowałam ucisk brodą, przekręciłam się delikatnie w bok, uniosłam wyprostowaną rękę do góry i uderzyłam go nią w ręce, sprawiając w ten sposób, że mnie puścił.

Trzeci napastnik spróbował mnie uderzyć, kantem dłoni zablokowałam atak, zaś drugą dłonią uderzyłam go w kark. Okręciłam rękę wokół jego szyi, jednocześnie dusząc barkiem, a na koniec uderzyłam go kolanem w nos.

Zamierzałam iść jak najdalej, ale ktoś uderzył mnie ostrym przedmiotem w tył głowy. Poczułam spływającą po głowie krew, straciłam równowagę, na szczęście udało mi się nie upaść, jednak któryś z napastników wykorzystał okazję i wykręcił mi rękę do tyłu.

Szamotałam się z nim i robiłam wszystko, aby mnie puścił, ale miałam coraz mniej siły, a on przystawił mi nóż do gardła.

Podnosiłam za pomocą telekinezy do góry wszystkie rzeczy, które były w zasięgu wzroku i starałam się nimi w nich trafić, już nie zważając na to, że w ten sposób ktoś dowie się kim jestem, lecz one przelatywały obok.

— Och czyżbyś już nie miała siły, lepiej daj sobie spokój i przestań się rzucać, jeżeli nie chcesz, żebym się zdenerwował, a dla ciebie będzie lepiej, jeśli tak się nie stanie, bo wtedy może ci się stać jakaś krzywda albo oszpecę ci tę piękną buzię. Dobrze ci radzę, lepiej bądź dla mnie miła — trzymający mnie chłopak przejechał nosem po mojej twarzy i pocałował mnie w policzek, otarłam go o ramię, aby zetrzeć obrzydliwy dotyk.

W tym czasie pozostali z grupy zaśmiali się.

Poddałam się i przestałam walczyć, byłam pewna, że to już koniec i nie mam żadnych szans, ale w tym samym momencie nagle stało się coś niezwykłego.

Pojawiła się gęsta mgła, przez którą nic nie było widać.

Chłopak, który do tej pory mnie trzymał, gwałtownie mnie puścił.

Słyszałam krzyki i odgłosy walki, ale wiele trudności sprawiało mi dostrzeżenie czegokolwiek. Widziałam jedynie poruszające się rozmazane postacie i smugę, w której rozpoznałam kontury czyjeś sylwetki i ciemne błyszczące oczy.

W końcu mgła opadła, napastnicy leżeli nieprzytomni na ziemi, i okazało się, że osobą, która mnie uratowała, a która do tej pory była dla mnie jedynie smugą był najprzystojniejszy chłopak jakiego kiedykolwiek widziałam i któremu na dodatek udało się wybawić mnie z opresji. Miał na sobie brązowy płaszcz za kolana, czarną bluzkę i czarne spodnie. Choć ubrany był całkiem zwyczajnie wyglądał nieziemsko. Był wysoki, miał czarne, lśniące włosy delikatnie rozwichrzone przez wiatr, bladą cerę, brązowe oczy, wydatne kości policzkowe, pełne, zmysłowe usta stworzone do całowania i idealnie wyrzeźbione ciało. Wiem, że to dziwne określenie, ale wyglądał tak doskonale, że był jeszcze piękniejszy niż greccy bogowie i herosi. Patrzył na mnie spod lekko przymrużonych powiek, uśmiechając się uwodzicielsko.

Jego spojrzenie było tajemnicze, mroczne i hipnotyzujące, pod jego wpływem nie mogłam się poruszyć, nic powiedzieć i oderwać od niego wzroku.

Podchodził coraz bliżej, przez co moje serce biło jak oszalałe i ciężko mi było złapać oddech. Gdy już był na tyle blisko, że mogłam go dotknąć, gwałtownie cofnął się, zmarszczył czoło i z grymasem na twarzy odwrócił głowę. Nie mogłam zrozumieć jego zachowania, ale było ono najgorszym z dotychczasowych ciosów. Bo wskazywało na to, że mój widok wywołał w nim obrzydzenie i dlatego musiał się cofnąć.

— Dziękuje ci za pomoc, bardzo się cieszę, że byłeś akurat w pobliżu, gdy mnie osaczyli — powiedziałam drżącym głosem. Starałam się uśmiechnąć, ale na mojej twarzy pojawił się jedynie wywołany bólem grymas, ale tym akurat nie musiałam się martwić, bo mój wybawiciel i tak na mnie nie patrzył.

Czekałam na jego reakcję, liczyłam, że się odezwie, ale on po prostu odszedł bez żadnego słowa wyjaśnienia i zniknął wśród drzew. Wystarczyłoby mi w zupełności, gdyby powiedział chociaż do widzenia, ale on się wcale nie odezwał i nie wiedziałam nawet jak ma na imię i czy kiedykolwiek się zobaczymy.

Gdy wróciłam do domu, mama już na mnie czekała.

Anastazjo nareszcie jesteś, powiedz mi czemu tak późno i gdzie byłaś do tej pory. Strasznie się o ciebie martwiłam i nie mogłam się nawet spytać czy przytrafiło ci się coś złego, bo jak zwykle nie odbierasz telefonu.

Mama stała w przejściu między korytarzem a salonem, miała skrzyżowane ręce w łokciach. Na jej twarzy widniała złość.

— Weronika nie powiedziała ci, że byłam w parku?

— Powiedziała, ale co można robić tak długo w parku i czy nie ma tam zasięgu? Przecież nie byłaś w buszu ani na innej planecie, więc spokojnie mogłaś mnie poinformować, że nic ci nie jest, abym nie denerwowała się niepotrzebnie.

— Przepraszam, to przez słońce, nie mogłam wrócić wcześniej i czekałam w parku, aż zajdzie. Czytałam książkę i tak mnie wciągnęła, że nawet nie zauważyłam, że już jest tak późno — popatrzyłam na nią ze smutkiem w oczach i zrobiłam z ust dzióbek, aby się nie gniewała. Nie lubiłam, gdy była na mnie zła.

— Dobrze już w porządku, na szczęście nic ci się nie stało. Zapomniałam, że nie lubisz słońca, proszę cię tylko następnym razem postaraj się wrócić wcześniej albo zadzwoń i uprzedź, że się spóźnisz — pocałowała mnie w policzek, a w jej spojrzeniu już nie było złości tylko troska i miłość. — A teraz idź umyj ręce. Na obiad zrobiłam naleśniki, na pewno jesteś głodna.

— Jak wilk — odpowiedziałam i roześmiałam się.

— O już jesteś. Czuję zapach krwi, pewnie znowu się przewróciłaś — powiedział Owidiusz wkładając dłonie do kieszeni i doprowadzając mnie do szewskiej pasji.

— Krew?! — krzyknęła mama z przerażeniem i już zamierzała przejrzeć każdą cześć mojego ciała, aby sprawdzić jak poważne jest moje skaleczenie, ale w porę się odsunęłam.

— To tylko lekkie zadraśnięcie naprawdę, nie masz powodu, aby się denerwować — odpowiedziałam, jednocześnie patrząc na Owidiusza morderczym wzrokiem.

— Jesteś najbardziej niezdarną wampirzycą jaką znam. Już twoja mama bardziej przypomina wampira niż ty, bo przynajmniej nie potyka się o własne nogi.

— Wolę być najbardziej niezdarnym wampirem niż najgłupszym. Spokojnie możesz zażywać sterydy, bo na mózg i tak już ci nic nie zaszkodzi.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 25.91