E-book
15.75
drukowana A5
78.87
drukowana A5
Kolorowa
114.7
Ród Kantonów

Bezpłatny fragment - Ród Kantonów

Książka została utworzona z pomocą AI


Objętość:
414 str.
ISBN:
978-83-8455-277-3
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 78.87
drukowana A5
Kolorowa
za 114.7

Przedmowa

Książka, którą Państwo trzymają w rękach, jest niezwykłym przedsięwzięciem — próbą opowiedzenia historii jednej rodziny na tle dwustu lat dziejów Polski i Warszawy. To opowieść o ludziach prostych, zwyczajnych, którzy nie zapisali się na kartach podręczników historii, nie dowodzili armiami, nie tworzyli wielkich dzieł sztuki. A jednak ich życie, ich praca, ich codzienne zmagania z rzeczywistością składają się na autentyczną historię narodu — tę prawdziwą, pisaną nie przez królów i wodzów, lecz przez miliony anonimowych ludzi, którzy budowali Polskę swoimi mozolnymi wysiłkami.

Saga rodu Karola Kanto rozpoczyna się w grudniu 1812 roku, gdy włoski żołnierz, wracający z katastrofalnej kampanii napoleońskiej w Rosji, zatrzymuje się w Warszawie i postanawia tu zostać. Ten pojedynczy akt decyzji, podjęty przez zmęczonego, wycieńczonego człowieka, dał początek rodzinie, która przez kolejne pokolenia będzie świadkiem i uczestnikiem najważniejszych wydarzeń polskiej historii — powstań narodowych, zaborów, odzyskania niepodległości, wojen światowych, przemian ustrojowych.

Niniejsza książka opowiada historię ośmiu pokoleń rodu Kantonów, śledząc losy rodziny od początku XIX wieku aż po czasy współczesne. To historia malowana szerokim pędzlem — obejmuje nie tylko bezpośrednich przodków i potomków Karola Kanto, ale również całe spektrum rodzin, które przez małżeństwa połączyły się z Kantonami, wnosząc do rodu swoje geny, tradycje, doświadczenia.

Szczególną wartość tej publikacji stanowią liczne skany autentycznych dokumentów — aktów urodzenia, małżeństwa i zgonu, wpisów metrykalnych z XIX i XX wieku, które stanowią solidny fundament źródłowy dla przedstawionej narracji. Każde nazwisko, każda data, każde miejsce zostały skrupulatnie zweryfikowane w oparciu o zachowane dokumenty archiwalne. Te żółte karty, zapisane starannym pismem parafialnych księży, urzędników stanu cywilnego, pruskich, rosyjskich i austriackich administratorów, przemawiają do nas głosem przeszłości, pozwalając odtworzyć życiorysy ludzi, którzy odeszli dawno temu, ale których krew płynie w żyłach współczesnych pokoleń.

Czytelnik znajdzie tu nie tylko suche daty i nazwiska, ale przede wszystkim opowieść — opowieść o tym, jak żyli nasi przodkowie, czym się zajmowali, w jakich warunkach pracowali, jak wyglądały ich domy, ulice, po których chodzili, warsztat rzemieślniczy, w którym spędzali większość życia. Autorzy starali się ożywić historię poprzez liczne dialogi, sceny rodzajowe, opisy codziennego życia — wszystko to oparte na solidnych fundamentach wiedzy historycznej o epoce.

Warszawa, główna bohaterka tej sagi, przedstawiona jest w całym swoim skomplikowanym pięknie — jako miasto, które przechodziło przez kolejne transformacje, od stolicy upadającej Rzeczypospolitej, przez prowincjonalny ośrodek w Cesarstwie Rosyjskim, aż po odrodzoną stolicę niepodległej Polski. Szczególną uwagę poświęcono życiu warszawskich rzemieślników — szewców, lakierników, krawców, malarzy pokojowych — którzy stanowili trzon miejskiej społeczności i których los najlepiej odzwierciedla dzieje polskiego mieszczaństwa.

Książka śledzi również fascynujące genealogie rodzin, które przez małżeństwa połączyły się z Kantonami. Tu znajdujemy korzenie sięgające mazowieckich wsi — Łagowa, Czarnowa, Płonki, Służewa, Wilgi — gdzie pokolenia chłopów uprawiały ziemię, budowały rodziny, przekazywały tradycję. Widzimy, jak w XIX wieku następował masowy exodus ze wsi do miasta, jak młodzi ludzie porzucali rodzinne gospodarstwa i udawali się do Warszawy w poszukiwaniu lepszego życia. Obserwujemy proces urbanizacji, industrializacji, modernizacji — procesy, które zmieniły oblicze Polski i ukształtowały współczesne społeczeństwo.

Należy jednak wyraźnie podkreślić, że niniejszy tom — choć obszerny i szczegółowy — nie wyczerpuje tematu. Świadoma decyzja autorów polegała na tym, by w pierwszym tomie skupić się przede wszystkim na starszych pokoleniach rodu, na korzeniach, na XIX-wiecznych i wczesno XX-wiecznych losach rodziny. Wiele osób, szczególnie z najmłodszych pokoleń, urodzonych w drugiej połowie XX wieku i w XXI wieku, nie zostało tu uwzględnionych lub zostało jedynie wspomnianych. Ich pełne historie, ich życiorysy, ich własne rodziny — to wszystko będzie przedmiotem drugiego tomu, który jest obecnie w trakcie opracowywania.

Drugi tom obejmie okres od połowy XX wieku po czasy współczesne. Opowie o tym, jak rodzina przeżyła II wojnę światową, jak radziła sobie w czasach PRL-u, jak uczestniczyła w przemianach ustrojowych po 1989 roku. Przedstawi losy współczesnych przedstawicieli rodu — ich kariery zawodowe, osiągnięcia, rodziny, marzenia. Będzie to kontynuacja sagi, prowadząca czytelnika aż do dnia dzisiejszego.

Taki podział wynikał z konieczności zachowania czytelności narracji oraz z ogromnego zakresu materiału. Kompletna saga rodu Kantonów to historia setek ludzi, tysięcy dat, niezliczonych wydarzeń. Próba zmieszczenia tego wszystkiego w jednym tomie byłaby skazana na niepowodzenie — książka stałaby się zbyt obszerna, zbyt chaotyczna, niemożliwa do przyswojenia. Dlatego zdecydowano się na podział chronologiczny, który pozwala czytelnikowi spokojnie podążać za narracją, poznawać kolejne pokolenia, oswajać się z nazwiskami i losami bohaterów.

Warto również wspomnieć o metodologii pracy nad tym dziełem. Autorzy wykorzystali nie tylko dokumenty archiwalne, ale również wspomnienia rodzinne, fotografie, listy, pamiątki przechowywane przez kolejne pokolenia. Przeprowadzono wywiady z najstarszymi żyjącymi członkami rodziny, którzy pamiętają jeszcze opowieści swoich dziadków i pradziadków. Skonfrontowano różne źródła, zweryfikowano daty, rozstrzygnięto wątpliwości. Tam, gdzie dokumenty milczały, a pamięć zawodziła, autorzy pozwolili sobie na uzupełnienie luk poprzez literacką rekonstrukcję — zawsze jednak sygnalizując, że mamy do czynienia z prawdopodobną, a nie pewną wersją wydarzeń.

Szczególnie cenne są przytoczone w książce fragmenty aktów metrykalnych, które pozwalają czytelnikowi zobaczyć, jak wyglądały oryginalne zapisy. Te dokumenty, pisane ręcznie przez księży parafialnych, często po łacinie lub po polsku, ale z rosyjskimi adnotacjami, są nie tylko źródłem informacji genealogicznych, ale również fascynującym świadectwem epoki. Widzimy w nich sposób pisania, formułowanie myśli, charakterystyczne zwroty językowe. Widzimy też błędy, pomyłki, nieścisłości — świadczące o tym, że ludzie tamtych czasów również się mylili, również nie wszystko wiedzieli, również musieli domniemywać i rekonstruować.

Historia rodu Kantonów to również historia Polski widzianej oddolnie, z perspektywy zwykłych ludzi. Powstanie listopadowe, powstanie styczniowe, I wojna światowa, odzyskanie niepodległości, II wojna światowa — wszystkie te wielkie wydarzenia dotykały bezpośrednio życia bohaterów tej sagi. Widzimy, jak wojny zabijały młodych mężczyzn, jak represje zsyłały ludzi na Syberię, jak okupacje zmuszały do życia w strachu. Ale widzimy też, jak ludzie potrafili się dostosować, przetrwać, zachować człowieczeństwo i godność nawet w najtrudniejszych okolicznościach.

Szczególnie poruszające są fragmenty dotyczące II wojny światowej i Holokaustu. Część rodzin, które połączyły się z Kantonami przez małżeństwa, miała żydowskie korzenie. Los tych ludzi w czasie niemieckiej okupacji był często tragiczny. Książka nie unika tych trudnych tematów, przedstawia je z należnym szacunkiem dla pamięci ofiar.

Ale to nie jest książka tylko o cierpieniu i trudach. To również opowieść o nadziei, o sile życia, o zdolności ludzi do odbudowywania się po katastrofach. Po każdej wojnie, po każdym powstaniu, po każdej tragedii — życie toczyło się dalej. Ludzie zawierali małżeństwa, rodzili dzieci, budowali domy, uczyli się zawodów, cieszyli się drobnymi radościami codzienności.

Autorzy mieli świadomość, że piszą nie tylko dla współczesnych, ale również dla przyszłych pokoleń. Ta książka ma służyć jako źródło wiedzy o korzeniach rodziny dla prawnuków, praprawnuków, prapraprawnuków dzisiejszych bohaterów. Ma im przypomnieć, skąd pochodzą, jakie wartości wyznawali ich przodkowie, przez co musieli przechodzić, by kolejne pokolenia mogły żyć w wolnej Polsce.

Dlatego też książka została wzbogacona nie tylko o skany dokumentów, ale również — w wydaniu rozszerzonym — o fotografie, mapy, plany Warszawy z różnych epok, reprodukcje obrazów przedstawiających życie XIX-wiecznego miasta. Wszystko to ma pomóc czytelnikowi lepiej wyobrazić sobie świat, w którym żyli bohaterowie tej sagi.

Na koniec pragnę zachęcić czytelnika do uważnej lektury. Ta książka zasługuje na to, by czytać ją powoli, smakować każdą stronę, odkrywać szczegóły. Warto mieć pod ręką mapę Warszawy, by móc odszukać miejsca, o których mowa w tekście. Warto też notować nazwiska, tworzyć własne drzewa genealogiczne, śledzić związki rodzinne — choć książka zawiera szczegółowe zestawienia genealogiczne, osobiste zaangażowanie w odtwarzanie struktury rodziny pogłębia doświadczenie lektury.

Mam nadzieję, że ta książka przyniesie czytelnikom nie tylko wiedzę, ale również refleksję nad własnym życiem, własnymi korzeniami, własnym miejscem w wielkiej rzece pokoleń. Że pozwoli spojrzeć na historię nie jako na abstrakcyjny zbiór dat i wydarzeń, ale jako na żywą, pulsującą tkankę ludzkich losów, w której każdy z nas ma swoje miejsce.

Zapraszam do lektury. Zapraszam w podróż przez dwieście lat historii jednej rodziny i jednego miasta. Zapraszam do poznania Karola Kanto i jego potomków.

Toruń, 2026

Słodko gorzko

Rozdział 1: Warszawa — miasto nadziei i próby

Między dwoma światami

Mroźny poranek pierwszego dnia stycznia 1800 roku witał Warszawę w całkowitej ciszy. Miasto, które jeszcze pięć lat wcześniej straciło swą państwową podmiotowość, budziło się do życia w nowej, niepewnej rzeczywistości. Pruskie garnizony stacjonujące przy głównych traktach przypominały o niedawnym rozbiorze, lecz życie — jak to życie — toczyło się dalej swoim rytmem, obojętne na wykreślone granice i złamane traktaty.

Warszawa liczyła wówczas niespełna sześćdziesiąt tysięcy mieszkańców — była to liczba znacznie mniejsza od tej, którą mogła się poszczycić w czasach świetności Augusta III, kiedy to stolica Polski tętniła życiem dworskim i magnackim. Teraz, pod pruskim zarządem, miasto przypominało raczej prowincjonalny ośrodek niż dumną metropolię niegdysiejszej Rzeczypospolitej. Ulice były wąskie i błotniste, drewniane domy przylegały do siebie niebezpiecznie ciasno, a bruk — tam gdzie w ogóle istniał — znajdował się w opłakanym stanie.

„Patrzcie państwo na ten nowy wiek!” — wykrzykiwał na Krakowskim Przedmieściu jakiś pijany szlachcic, wymachując szablą i chwiejąc się na nogach. „Co nam przyniesie? Więcej nieszczęść czy może błogosławieństwo odzyskanej wolności?”

Nikt mu nie odpowiadał. Przechodnie śpieszyli do swoich domów, opatuleni w grube futra i kontusz, jeśli było ich na to stać, lub w łachmany, jeśli los nie był dla nich łaskawym. Warszawa roku 1800 była miastem kontrastów — okazałe pałace magnackie sąsiadowały z nędznym drewnianymi chatami, w których mieszkali najbiedniejsi mieszczanie i przybysze ze wsi.


Pruskie rządy i nadzieje na zmianę

Pruska administracja, która objęła miasto po trzecim rozbiorze w 1795 roku, starała się wprowadzić porządek na wzór berliński, lecz spotykała się z biernym oporem mieszkańców. Warszawiacy, dumni ze swojej stołecznej przeszłości, z trudem przystosowywali się do nowej rzeczywistości. Pruski gubernator miasta, generał Johann von Geist, człowiek surowy i metodyczny, wprowadził szereg reform administracyjnych, które miały uporządkować chaos panujący w mieście.

„Musimy zaprowadzić ład i porządek w tym chaotycznym gnieździe!” — mawiał von Geist do swoich podwładnych podczas porannych odpraw w pałacu Brühla, który pruskie władze zarekwirowały na swoje cele administracyjne. „Te wąskie ulice, te drewniane rudery, ten brak jakiejkolwiek kanalizacji — to wszystko musi się zmienić!”

Jednak plany pruskiego gubernatora pozostawały głównie na papierze. Brak funduszy, a przede wszystkim bierna rezystancja mieszkańców, skutecznie hamowały ambitne projekty modernizacyjne. Warszawa trwała w swoim nieładzie, w swoim specyficznym połączeniu elegancji i nędzy, kultury i zacofania.

Architektura miasta w pierwszych latach XIX wieku była niezwykle zróżnicowana. Przy głównych traktach — Krakowskim Przedmieściu, Nowym Świecie, ulicy Senatorskiej — stały wspaniałe pałace magnackie, dzieła wybitnych architektów epoki stanisławowskiej: Dominika Merliniego, Szymona Bogumiła Zuga, Jakuba Fontany. Pałac Radziwiłłów, pałac Kazanowskich, pałac Paca — to były budowle godne europejskich stolic, z eleganckimi fasadami, przepięknymi wnętrzami, przylegającymi ogrodami.

Ale wystarczyło zbiec z głównego traktu w boczną uliczkę, by znaleźć się w zupełnie innym świecie. Ulica Piwna, ulica Bugaj, Rybaki — to były dzielnice nędzy, gdzie drewniane domy chyliły się ku sobie, jakby szukając wzajemnego wsparcia, gdzie błoto sięgało po kostki, a smród wylewających się ścieków odbierał dech. Tu mieszkali najbiedniejsi rzemieślnicy, pomagierzy, drobni kramarze, tu rozbrzmiewały nocami krzyki pijanych awanturników, tu panował inny porządek — porządek przetrwania.


Życie rzemieślnicze — trzon miejskiej społeczności

Jeśli mieszczaństwo warszawskie miało swój trzon, swój fundament społeczny, to byli nim rzemieślnicy zrzeszeni w cechach. System cechowy, który wykształcił się w średniowieczu, nadal funkcjonował w Warszawie początku XIX wieku, choć jego znaczenie stopniowo malało pod wpływem nowych prądów ekonomicznych płynących z Zachodu.

Cechy warszawskie — a było ich kilkadziesiąt — organizowały życie zawodowe i społeczne tysięcy mieszkańców. Cech piekarzy, rzeźników, kuśnierzy, szewców, stolarzy, krawców, złotników — każdy z nich miał swoją siedzibę, swoje statuty, swoje przywileje i obowiązki. Starszyzna cechowa dbała zazdrośnie o przestrzeganie tradycji, o zachowanie monopolu na wykonywanie określonego rzemiosła, o wykluczanie partaczy i intruzów.

„Panowie mistrzowie!” — przemawiał starszy cechu szewskiego, Walenty Kołodziejski, podczas walnego zebrania w grudniu 1802 roku w izbie cechowej przy ulicy Długiej. „Dochodzą mnie słuchy, że pewni ludzie, nieposiadający żadnych uprawnień, śmią trudnić się szewstwem w naszym mieście! To zuchwałość, która godzi w nasze odwieczne prawa! Trzeba natychmiast złożyć skargę do magistratu!”

Zebrani mistrzowie szewscy hucznym okrzykiem poparli słowa swego przywódcy. Młodszy mistrz, Jan Wojciechowski, wstał ze swojego miejsca i dodał:

„Mało tego! Widziałem na targu żyda jakiegoś, co sprzedawał buty. Buty! Jakby to był towarzysz wyuczony, jakby przeszedł należyte próby! Taki jeden to nas wszystkich do nędzy może doprowadzić swoją tandetą i niskimi cenami!”

W cechach warszawskich panowała ścisła hierarchia. Na dole drabiny społecznej znajdowali się uczniowie — chłopcy, którzy wstępowali na naukę do mistrza, zazwyczaj w wieku dwunastu, trzynastu lat. Uczęszczali na służbę do mistrza za darmo, a często jeszcze ich rodzice musieli zapłacić tzw. wpisowe. Nauka trwała od trzech do pięciu lat, w zależności od cechu. Życie ucznia było ciężkie — pracował od świtu do zmroku, wykonywał najprostsze, najbardziej żmudne czynności, często znosił srogie traktowanie ze strony mistrza i jego domowników.

„Grzegorzu! Gdzie się podziewasz, leniwcze?!” — krzyczał mistrz stolarski Antoni Rogalski do swego ucznia, szczupłego piętnastoletniego chłopaka o nieśmiałych oczach. „Przecież mówiłem ci, żebyś ogień w piecu podtrzymywał! A tu zimno jak w psiarni! Weź no tę łatę i przyłóż się porządnie, bo dostaniesz kijem po grzbiecie!”

Grzegorz Malinowski, bo tak nazywał się ów uczeń, schylił głowę i bez słowa sprzeciwu pobiegł wykonać polecenie. Pochodził z ubogiej rodziny — ojciec jego był parobkiem u jakiegoś szlachcica pod Warszawą, a matka prała i prasowała u bogatych mieszczan. Rodzice z trudem zebrali pieniądze na wpisowe do cechu stolarskiego, licząc, że syn nauczy się porządnego fachu i będzie mógł samodzielnie zarobkować.

Po latach nauki, jeśli uczeń dał się poznać jako pracowity i zdolny, przechodził do stanu czeladników — towarzyszów. Czeladnik był już wykwalifikowanym rzemieślnikiem, ale nie miał prawa prowadzić własnej pracowni. Pracował najemnie u mistrzów, wędrując często z miasta do miasta, by zdobywać doświadczenie. Tradycja wędrowania czeladniczego, choć osłabiona, nadal funkcjonowała w wielu cechach.

„Słuchajcie, co wam powiem!” — opowiadał w karczmie „Pod Złotym Lwem” przy ulicy Freta starszy czeladnik krawiecki Józef Nowak, świeżo przybyły z wędrówki po Prusach i Saksonii. „Widziałem ja takie warsztaty w Berlinie i w Dreźnie, że aż oczy bolały! Wszystko ustrojone, uporządkowane, narzędzia najlepsze, materiały ze Francji i Anglii! A u nas? Patrzcie tylko na te nasze dziury, my kroimy i szyjemy w ciemności!”

„Hej, Józefie, nie narzekaj!” — odpowiedział mu siedzący naprzeciwko Feliks Dąbrowski, również czeladnik krawiecki, ale taki, co nigdy z Warszawy nie wyjeżdżał. „U nas też można dobrze zarobić, jak się człowiek przyłoży! A poza tym, w Warszawie przynajmniej swoi ludzie, po polsku gadają, a nie jak te pruskie świnie!”

Najwyżej w hierarchii cechowej stali mistrzowie — rzemieślnicy, którzy po latach nauki i praktyki, po zdaniu odpowiednich egzaminów i wykonaniu tzw. arcydzieła cechowego, otrzymywali prawo do prowadzenia własnego warsztatu i przyjmowania uczniów. Mistrzem zostawało się najczęściej około trzydziestego roku życia, choć zdarzały się przypadki wcześniejsze lub późniejsze.

Aby zostać mistrzem, czeladnik musiał wykonać specjalne dzieło — arcydzieło, które następnie oceniała komisja złożona ze starszych mistrzów. W cechu stolarskim mogła to być kunsztownie zrobiona szafa lub stół, w cechu szewskim — para eleganckich butów, w cechu piekarskim — określona liczba bochenków chleba o wymaganej jakości. Po akceptacji arcydzieła kandydat musiał jeszcze wnieść opłatę mistrzowską, która nierzadko była bardzo wysoka, oraz wydać tzw. poczestne — uroczystą ucztę dla całego cechu.

„Panowie mistrzowie!” — przemówił w 1807 roku Tomasz Zalewski, który właśnie otrzymał tytuł mistrza ślusarskiego. „Dziękuję wam za przyjęcie mnie w wasze dostojne grono! Na dowód mojej wdzięczności zapraszam wszystkich do karczmy »Pod Białym Orłem« na ucztę, której nie powstydziliby się sami królowie!”

Zebrani mistrzowie przyjęli zaproszenie z entuzjazmem. Tego wieczoru w karczmie płynęła wódka i piwo strumieniami, na stołach nie brakowało pieczeni, kiełbas i wszelkich przysmaków, a śpiewy i wiwaty rozbrzmiewały do późnej nocy.


Warszawa za czasów Księstwa Warszawskiego

Rok 1806 przyniósł dramatyczny zwrot w dziejach Warszawy. W październiku tegoż roku wojska francuskie pod dowództwem Napoleona Bonapartego rozgromiły armię pruską pod Jeną i Auerstedt. W listopadzie do Warszawy wkroczyły oddziały francuskie na czele z generałem Joachimem Muratem. Mieszkańcy witali Francuzów jako wyzwolicieli, jako tych, którzy przywrócą Polsce niepodległość.

„Żyją Francuzy! Niech żyje Napoleon!” — krzyczał tłum zgromadzony na Krakowskim Przedmieściu, gdy przez ulice miasta przechodziły kolumny francuskich żołnierzy w niebieskich mundurach. Kobiety rzucały im kwiaty, mężczyźni wymachiwali czapkami, dzieci biegały obok kolorowych regimentów, zachwycone widowiskiem wojskowej parady.

Napoleon sam przybył do Warszawy w grudniu 1806 roku i zatrzymał się w pałacu Radziwiłłów. Cesarz Francuzów spędził w mieście kilka tygodni, podczas których poznał piękną Marię Walewską, żonę starszego szlachcica, hrabiego Anastazego Walewskiego. Romans Napoleona z Marią stał się tematem gorących dyskusji w salonach warszawskich.

„Słyszeliście? Cesarz zakochał się w naszej pięknej Marii!” — szeptały ze sobą mieszczki na targu przy placu Żelaznej Bramy. „Podobno bywa u niej co wieczór, a hrabiemu nawet się sprzeciwiać nie śmie!”

„Oj, dziewuchy, nie wszystko złoto, co się świeci!” — odpowiadała jedna ze starszych kobiet, sprzedawczyni jaj. „Co z tego, że cesarz? Mąż ma zostać mężem, a zona zoną! Taka miłość to grzech i hańba!”

W lutym 1807 roku Napoleon opuścił Warszawę, by prowadzić dalsze kampanie przeciw Prusom i Rosji. Jednakże pozostawił po sobie ślad głęboki — w lipcu 1807 roku, po zwycięskiej bitwie pod Friedlandem i podpisaniu pokoju w Tylży, utworzono Księstwo Warszawskie. Było to państwo marionetkowe, zależne od Francji, lecz dla Polaków oznaczało przywrócenie chociaż namiastki niepodległości.

Warszawa została stolicą Księstwa Warszawskiego i jako stolica zaczęła się szybko rozwijać. Król saski Fryderyk August, który został księciem warszawskim, rzadko bywał w mieście, lecz książę Józef Poniatowski, minister wojny i faktyczny dowódca wojska polskiego, nadał ton życiu stolicy.

„Teraz wreszcie pokażemy, że naród polski żyje!” — mówił książę Józef podczas jednego z oficjalnych przyjęć w 1808 roku. „Stworzymy armię, która będzie walczyć u boku Francji i odzyska dla Polski należne jej miejsce wśród narodów Europy!”

Entuzjazm pierwszych lat Księstwa był rzeczywiście wielki. Młodzież warszawska garściami wstępowała do tworzonej armii księstwa. Na ulicach można było spotkać żołnierzy w polskich mundurach, co budziło dumę i nadzieję. Organizowano bale, przedstawienia teatralne, koncerty. Życie kulturalne miasta zaczęło rozkwitać.

Teatr Narodowy, którego budowę rozpoczęto jeszcze za czasów Stanisława Augusta, teraz pod kierunkiem Wojciecha Bogusławskiego, zwanego ojcem teatru polskiego, stał się centrum życia kulturalnego Warszawy. Bogusławski wystawiał polskie sztuki, opery, balety. Jego spektakle gromadziły tłumy widzów.

„Panie Wojciechu!” — zwracał się do Bogusławskiego Julian Ursyn Niemcewicz, poeta, dramatopisarz i działacz polityczny. „Wasza praca dla polskiej sceny jest nieoceniona! To pan sprawił, że polski teatr może się równać z teatrami europejskimi!”

„Dziękuję za miłe słowa, panie Julianie” — odpowiadał Bogusławski z charakterystyczną dla siebie skromnością. „Lecz to nie ja jeden. To wszyscy ci aktorzy, muzycy, dekoratorzy, którzy pracują z poświęceniem dla polskiej sztuki. To publiczność, która wypełnia widownię i nagradza nas brawami. To nasza wspólna sprawa!”

Społeczeństwo warszawskie czasów Księstwa było głęboko podzielone społecznie. Arystokracja i bogata szlachta prowadziły wystawny tryb życia, urządzając bale, przyjęcia, polowania. Magnaci posiadali pałace w mieście i rozległe dobra ziemskie poza Warszawą. Stanisław Kostka Potocki, prezes Rady Ministrów Księstwa, był jednym z najzamożniejszych ludzi w kraju, kolekcjonerem dzieł sztuki, mecenasem artystów.

Poniżej arystokracji znajdowała się średnia szlachta oraz zamożne mieszczaństwo — kupcy, bankierzy, właściciele manufaktur. To oni stanowili rozwijającą się klasę przedsiębiorców, którzy próbowali modernizować gospodarkę kraju.

Piotr Blank, bankier pochodzenia niemieckiego, prowadził w Warszawie jeden z największych domów bankowych. Jan Schuch, właściciel manufaktury sukienniczej, zatrudniał setki robotników. Leopold Kronenberg, choć pojawił się w Warszawie nieco później, był przedstawicielem nowej generacji przedsiębiorców, którzy widzieli w mieście miejsce do robienia interesów.

„Warszawa musi się stać nowoczesnym ośrodkiem handlowym!” — przekonywał Schuch podczas zebrania Towarzystwa Przyjaciół Nauk w 1810 roku. „Musimy budować manufaktury, rozwijać rzemiosło, sprowadzać nowoczesne maszyny z Anglii i Francji! Tylko wtedy gospodarka Księstwa będzie mogła konkurować z innymi krajami!”

Jednak zdecydowana większość mieszkańców Warszawy to ludzie prości — rzemieślnicy, kramarze, służba domowa, robotnicy najemni, żebracy. Dla nich życie było ciężkie i pełne trudów. Pracowali od świtu do zmierzchu za głodowe wynagrodzenie, mieszkali w ciasnych, wilgotnych izbach, cierpieli na rozmaite choroby wynikające z niedożywienia i złych warunków higienicznych.

„Panie, zlituj się!” — błagała żebraczka siedząca przy kościele Świętego Krzyża na Krakowskim Przedmieściu. „Dajcie jałmużnę biednej wdowie! Mam troje małych dzieci, a mąż zginął w wojsku pana Napoleona!”

Przechodnie rzadko się zatrzymywali. Żebraków było w Warszawie tysiące — kaleki, starcy, sieroty, kobiety z dziećmi. Miasto nie miało skutecznego systemu opieki społecznej, a te nieliczne instytucje charytatywne, które istniały — jak Towarzystwo Dobroczynności założone przez księcia Adama Jerzego Czartoryskiego — nie były w stanie pomóc wszystkim potrzebującym.


Katastrofa i nadzieje stracone

Rok 1812 okazał się rokiem przełomowym w dziejach Napoleona i całej Europy. W czerwcu tegoż roku wielka armia francuska, licząca ponad pół miliona żołnierzy, w tym znaczące kontyngenty polskie, przekroczyła Niemen i ruszyła na Rosję. Warszawa żyła nastrojem patriotycznego uniesienia.

„Teraz albo nigdy!” — krzyczano na ulicach. „Napoleon pobije Rosjan, a my odzyskamy dawne granice Rzeczypospolitej! Wilno, Kijów, Mińsk — wszystko wróci do Polski!”

Książę Józef Poniatowski wyruszył na czele polskich oddziałów, by walczyć w armii napoleońskiej. Warszawiacy żegnali swoich bohaterów z łzami w oczach i kwiatami w dłoniach.

Ale nadzieje te miały się okazać złudnymi. Kampania rosyjska zakończyła się katastrofą. Z gigantycznej armii, która przekroczyła Niemen, powróciło zaledwie kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy. Napoleon, pokonany, musiał wycofać się z Rosji. W 1813 roku koalicja antyfrancuska odniosła decydujące zwycięstwo w bitwie pod Lipskiem, gdzie zginął książę Józef Poniatowski, próbując przeprawić się przez rzekę Elster.

„Książę Józef nie żyje!” — rozeszła się wieść po Warszawie w październiku 1813 roku. „Nasz bohater zginął, walcząc do końca!”

Żałoba ogarnęła miasto. Książę Józef był symbolem polskiego patriotyzmu i męstwa, jego śmierć oznaczała koniec wielkich nadziei, jakie wiązano z Napoleonem.

W styczniu 1814 roku wojska rosyjskie wkroczyły do Warszawy. Księstwo Warszawskie przestało istnieć. Car Aleksander I obiecywał, że Polska zachowa pewną autonomię, lecz obietnice te miały się okazać wyłącznie pustymi słowami.


Kongresówka — pozory samodzielności

Kongres Wiedeński, który obradował w latach 1814—1815, zadecydował o losach Europy po upadku Napoleona. Polska nie odzyskała niepodległości. Większość ziem Księstwa Warszawskiego wcielono do Rosji, tworząc tzw. Królestwo Polskie, które miało być związane unią personalną z Cesarstwem Rosyjskim. Król rosyjski był jednocześnie królem polskim.

Warszawa pozostała stolicą Królestwa Kongresowego. Car Aleksander I nadał Królestwu konstytucję, która zapewniała pewną autonomię — własny sejm, własną armię, własny system sądowy i administracyjny. Wielu Polaków przyjęło te rozwiązania z ulgą, inni z goryczą.

„Przynajmniej mamy coś” — mówili optymiści. „Konstytucję, sejm, polską armię. To lepsze niż nic!”

„To wszystko pozory!” — odpowiadali pesymiści. „Prawdziwa władza należy do cara. On nas oszukuje, daje nam pozory wolności, a tak naprawdę jesteśmy rosyjską kolonią!”

Namiestnikiem Królestwa został generał Józef Zajączek, stary żołnierz, uczestnik wojen napoleońskich. Faktyczną władzę sprawował jednak brat cara, wielki książę Konstanty Romanow, który dowodził armią Królestwa i miał ogromne wpływy.

Konstanty był postacią kontrowersyjną — despotyczny, kapryśny, brutalny wobec podwładnych, ale jednocześnie — według niektórych świadectw — mający pewne sympatie dla Polaków. Ożenił się z Polką, Joanną Grudzińską, którą uczynił księżną łowicką.

„Widzieliście wczoraj wielkiego księcia na paradzie?” — rozmawiały ze sobą służące na targu Marywilskim. „Jak wrzeszczał na żołnierzy! Strach pomyśleć, co by z nami zrobił, gdybyśmy mu nie przypadły do gustu!”

„Ale podobno żonę swoją kocha” — odpowiadała druga. „Księżna łowicka to Polka, jedna z nas. Może ona go trochę uspokoi?”

W latach 1815—1825 Warszawa przeżywała okres względnej stabilizacji. Miasto rozwijało się, chociaż powoli. Ludność wzrosła do około stu tysięcy mieszkańców. Rozpoczęto pewne prace modernizacyjne — brukowanie ulic, budowę kanalizacji, oświetlenie latarniami olejowymi głównych traktów.

Powstały nowe instytucje. W 1816 roku utworzono Uniwersytet Warszawski, który szybko stał się ważnym ośrodkiem życia intelektualnego. Rektorem został Wojciech Anzelm Szweykowski, profesor prawa. Uniwersytet miał wydziały: teologiczny, prawny, filozoficzny, medyczny.

„Panowie studenci!” — przemawiał Szweykowski podczas inauguracji roku akademickiego 1817/1818. „Oto macie przed sobą wielkie zadanie! Musicie się uczyć, zdobywać wiedzę, abyście mogli służyć ojczyźnie! Naród potrzebuje wykształconych ludzi — prawników, lekarzy, inżynierów, nauczycieli!”

Młodzież warszawska chętnie wstępowała na uniwersytet. Studenci tworzyli bractwa, towarzystwa, dyskutowali o polityce, filozofii, literaturze. Powstawały tajne organizacje patriotyczne, które marzyły o odzyskaniu pełnej niepodległości.

Jedną z takich organizacji było Towarzystwo Filomatów i Filaretów, założone w Wilnie, ale mające swoich członków również w Warszawie. Do grona filomatów należeli młodzi ludzie, którzy później mieli odegrać ważną rolę w historii polskiej kultury — Adam Mickiewicz, Jan Czeczot, Tomasz Zan.

Życie kulturalne Warszawy kwitło. Teatr Narodowy nadal działał pod kierownictwem Wojciecha Bogusławskiego, a po jego śmierci w 1814 roku — pod kierownictwem Jana Nepomucena Kamińskiego i innych. Wystawiano polskie sztuki, opery, balety. Publiczność chętnie uczęszczała na przedstawienia.

Działało Towarzystwo Przyjaciół Nauk, założone jeszcze w 1800 roku przez Stanisława Kostkę Potockiego, Jana Albertandiego i Juliana Ursyna Niemcewicza. Towarzystwo gromadzono uczonych, pisarzy, artystów, którzy zajmowali się badaniem historii, języka, kultury polskiej.

„Nasza działalność ma fundamentalne znaczenie!” — mówił Niemcewicz podczas jednego z posiedzeń Towarzystwa w 1820 roku. „Musimy badać, opisywać, zachowywać naszą historię, naszą kulturę! To jest nasz obowiązek wobec przyszłych pokoleń! Nawet jeśli teraz nie mamy niepodległego państwa, musimy zachować naszą tożsamość narodową!”

W Warszawie powstawały pierwsze czasopisma i gazety. „Pamiętnik Warszawski”, wydawany od 1809 roku przez Franciszka Ksawerego Dmochowskiego, a później przez Kazimierza Brodzińskiego, był jednym z ważniejszych periodyków literackich. „Gazeta Warszawska”, „Gazeta Korespondenta Warszawskiego” — to były gazety, które informowały o wydarzeniach w kraju i zagranicą.

Rzemiosło w Warszawie nadal było domeną cechów, choć ich monopol coraz bardziej słabł. Konkurencję stanowiły powstające manufaktury, które zatrudniały wielu robotników i produkowały towary taniej i szybciej niż tradycyjni rzemieślnicy. Mistrzowie cechowi narzekali na trudne czasy.

„Jak my mamy konkurować z tymi manufakturami?” — skarżył się starszy cechu szewskiego podczas zebrania w 1822 roku. „Oni mają dziesiątki ludzi, maszyny, materiały sprowadzone z zagranicy! My jesteśmy małymi warsztatami, nie możemy im dorównać cenami!”

„Musimy się trzymać jakości!” — odpowiadał inny mistrz. „Nasze wyroby są lepsze, trwalsze! Klient, który ceni sobie dobrą robotę, zawsze przyjdzie do nas, a nie do jakiejś manufaktury!”

Ale rzeczywistość była brutalna. Coraz więcej klientów wybierało tańsze towary z manufaktur, a tradycyjne warsztaty cechowe traciły zlecenia. Niektóre cechy próbowały się dostosować, wprowadzając pewne nowości, ale większość trwała kurczowo przy starych zwyczajach, nie mogąc lub nie chcąc się zmienić.

Życie społeczne Warszawy lat 1815—1825 było głęboko rozwarstwione. Na szczycie społecznej drabiny znajdowała się arystokracja — magnaci, bogaci szlachcice, wysocy urzędnicy. Oni mieszkali w pałacach, urządzali bale i przyjęcia, jeździli karetami zaprzężonymi w konie pełnej krwi.

„Czy słyszałeś o balu u hrabiego Potockiego?” — pytał jeden kawaler drugiego w salonach przy Krakowskim Przedmieściu. „Podobno było ponad trzysta osób, orkiestra grała do rana, a kolacja jak na królewskim dworze!”

„Ach, gdybym tylko miał zaproszenie!” — wzdychał drugi. „Ale ja jestem zbyt małą rybką, by hrabia raczył mnie zauważyć!”

Poniżej arystokracji znajdowała się klasa średnia — kupcy, bankierzy, przedsiębiorcy, wyżsi urzędnicy, profesorowie uniwersyteccy, prawnicy, lekarze. To oni stanowili kręgosłup ekonomiczny i intelektualny miasta. Żyli skromniej niż arystokracja, ale znacznie lepiej niż biedota miejska.

Franciszek Szaniawski, kupiec sukienniczy, posiadał sklep przy ulicy Długiej i mały majątek ziemski pod Warszawą. Mieszkał z rodziną w wygodnej kamienicy, zatrudniał służbę, posyłał dzieci do dobrych szkół.

„Życie jest dobre dla tych, co pracują uczciwie i z głową” — mawiał Szaniawski do swojego syna Ignacego, którego przygotowywał do przejęcia interesu. „Pamiętaj, synu — uczciwa praca i oszczędność to podstawy powodzenia. Nie trwoń pieniędzy na głupstwa, nie pij, nie hazarduj, a będziesz miał dostatek!”

Zdecydowana większość mieszkańców Warszawy to ludzie prości — rzemieślnicy, kramarze, służba, robotnicy, chłopi ze wsi, którzy przybywali do miasta w poszukiwaniu zarobku. Dla nich życie było ciężkie. Pracowali długo i ciężko, zarabiali niewiele, mieszkali w ciasnych, często wilgotnych i ciemnych pomieszczeniach.

Antonina Kowalska, służąca w domu bogatego kupca, wstawała o piątej rano i pracowała do późnego wieczora. Sprzątała, gotowała, prała, prasowała, opiekowała się dziećmi. Zarabiała kilka złotych miesięcznie, mieszkała w małej komorze na poddaszu, jadła resztki z pańskiego stołu.

„Ciężko, ale trzeba wytrzymać” — mówiła do koleżanki, również służącej. „Przynajmniej mam dach nad głową i coś do jedzenia. W wiosce było jeszcze gorzej — tam to prawdziwa nędza!”

Warszawa lat 1815—1825 była miastem kontrastów. Obok wspaniałych pałaców stały drewniane ruderki. Obok eleganckich dam w jedwabnych sukniach szli żebracy w łachmanach. Obok karety magnackiej brnął przez błoto parobek prowadzący wóz z sianem. To wszystko było Warszawą — miastem nadziei i rozczarowań, miastem, które przetrwało rozbiory i wojny, miastem, które nie poddało się.


Codzienność warszawska

Jak wyglądał zwykły dzień w Warszawie roku 1825? O świcie, gdy pierwsze promienie słońca rozjaśniały niebo, miasto budziło się do życia. Z kominów zaczynał się unosić dym — gospodynie rozpalały ogień w piecach, by przygotować śniadanie. Ulice powoli zapełniały się ludźmi — rzemieślnicy szli do swoich warsztatów, służba spieszyła do pracy w bogatych domach, tragarze uwijali się wokół wozów przywożących towary na targi.

Warszawskie targi — na placu Żelaznej Bramy, na Marywilu, na Grzybowie — były miejscami tętniącymi życiem. Handlarze wykrzykiwali nazwy swoich towarów, klienci targowali się o ceny, dzieci biegały między straganami, złodzieje wypatrywali okazji do kradzieży.

„Kupujcie, kupujcie świeże jajka!” — krzyczała baba z Pragi, rozłożywszy swoje towary na grubym płótnie. „Jajka od moich kur, najlepsze w całej Warszawie!”

„A co za cena?” — pytała jakaś mieszczka, przyglądając się towarowi.

„Pięć groszy za tuzin!”

„Za dużo! Dam trzy grosze!”

„Trzy?! Pani co, chce mnie do nędzy doprowadzić? Cztery, i ani grosza mniej!”

„No dobrze, cztery. Ale niech pani dorzuci jeszcze parę jaj, bo są małe!”

Handel, targowanie się, krzyki, śmiechy — to wszystko było nieodłączną częścią warszawskiej codzienności.

O południu ulice znów zapełniały się. Urzędnicy wychodzili na obiad do karczem i restauracji. Studenci uniwersyteccy gromadzili się w kawiarniach, gdzie dyskutowali o polityce, literaturze, filozofii. Służba biegała po sprawunki dla swoich panów.

Wieczorem Warszawa zmieniała twarz. Główne trakt, oświetlone latarniami olejowymi, zapełniały się elegancką publicznością — szlachtą, oficerami, bogatymi kupcami. Jedni szli do teatru, inni do restauracji, jeszcze inni na prywatne przyjęcia.

W bocznych uliczkach, gdzie latarnie były rzadkością, panował mrok przerywany tylko światłem wydobywającym się z okien. Tu, po zmroku, lepiej było nie zapuszczać się samotnie — grasowały bandy złodziei, pijanych awanturników, ludzi, którzy nie mieli nic do stracenia.

„Hej, kolego, masz może parę groszy dla biedaka?” — zagadywał jakiś oberwaniec, wyłaniając się z cienia.

Mądry przechodzeń przyspieszał kroku i mocniej zaciskał dłoń na kiju, który niósł dla samoobrony.

Warszawa roku 1825 była miastem pełnym życia, miasta, które przetrwało zawieruchy dziejowe i patrzyło w przyszłość z nadzieją, choć też z niepokojem. Nikt wówczas nie wiedział, że zaledwie pięć lat później wybuchnie powstanie, które znów zmieni losy miasta i jego mieszkańców. Nikt nie przypuszczał, że Warszawa będzie jeszcze świadkiem tylu dramatycznych wydarzeń — powstań, wojen, okupacji, zniszczeń i odbudowy.

Ale to wszystko było jeszcze przyszłością. Roku 1825 Warszawa żyła swoim rytmem — rytmem pracy, handlu, modlitwy, rozrywki. Rzemieślnicy w swoich warsztatach wyrabiali buty, stoły, szafy, chleb. Kupcy w swoich sklepach sprzedawali sukno, jedwabie, przyprawy. Studenci na uniwersytecie chłonęli wiedzę. Aktorzy w teatrze grali sztuki, które wzruszały i bawiły publiczność.

A gdzieś w tym wielkim, głośnym, różnorodnym mieście, wśród tysięcy jego mieszkańców, żyli także ci, których potomkowie mieli odegrać ważną rolę w nadchodzących dziesięcioleciach. Żyli rzemieślnicy, których synowie staną się kupcami. Żyli urzędnicy, których córki wyjdą za mąż za przemysłowców. Żyli ludzie prości i nieznani, ale to właśnie z nich, z ich wysiłków, z ich marzeń i nadziei, składała się prawdziwa historia Warszawy.

To właśnie w tym mieście, w tych ulicach, w tych warsztatach, sklepach i domach, rozegra się historia rodu Karola Kanto — historia, która rozpocznie się wkrótce, wraz z nadchodzącymi latami, wraz z nowymi nadziejami i nowymi wyzwaniami. Ale to już będzie przedmiot kolejnych rozdziałów tej opowieści.


Słońce zachodziło nad Wisłą, rzucając złote refleksy na wodę. Nad miastem unosiły się kłęby dymu z tysięcy kominów. Warszawa zasypiała, by nazajutrz znów się obudzić i kontynuować swoje nieuchronne trwanie — trwanie, które nie zależało od woli carów, królów czy cesarzy, ale od tej głębokiej, nieuchwytnej siły, jaką stanowił duch samego miasta i jego mieszkańców.

Rozdział 2: Przybysz z Parmy

Zima 1812 — droga do nikąd

Śnieg padał nieprzerwanie od trzech dni. Gęsty, mokry, lodowaty — okrywał białym całunem niekończące się rosyjskie równiny, po których wlokła się żałosna procesja ludzi przypominających bardziej widma niż żołnierzy. To, co pozostało z Grande Armée, armii, która jeszcze kilka miesięcy temu maszerowała dumnie na Moskwę, teraz cofało się w chaosie i rozpaczy.

Karol Kanto, trzydziestoczteroletni oficer służący w pociągu taborowym armii napoleońskiej, szedł z trudem przez zaspy, podtrzymując chorego kolegę, który tracił przytomność. Jego włoskie pochodzenie — urodził się w Parmie w 1778 roku jako syn Ludwika i Julianny — nie przygotowało go na mrozy rosyjskiej zimy. Nigdy nie znał takiego zimna. Palce u rąk i nóg dawno przestał czuć, nos i policzki piekły od mrozu, a oddech zamieniał się w lodowe kryształki na szaliku otulanym wokół twarzy.

„Forza, Giovanni, jeszcze trochę!” — szeptał po włosku do towarzysza. „Nie możemy się tu zatrzymać. Kto się zatrzyma, ten już nie wstanie!”

Giovanni Marcotti, jego przyjaciel z Parmy, z którym służył od pierwszych kampanii napoleońskich, ledwo poruszał nogami. Gorączka paliła go od wewnątrz, ale na zewnątrz ciało pokrywał szron.

„Carlo… nie mogę więcej… zostaw mnie…” — wyszeptał z trudem.

„Nie gadaj głupstw! Obiecałem twojej matce, że wrócisz do domu!”

Ale Giovanni nie usłyszał już tych słów. Jego ciało zwiotczało, a oczy zamknęły się na zawsze. Karol delikatnie opuścił go na śnieg, ukląkł obok i zamknął mu powieki. Nie było czasu na pochówek, nie było czasu na modlitwę. Wokół leżały setki, tysiące takich ciał. Wielka Armia Napoleona stawała się wielkim cmentarzyskiem.

Karol wstał powoli, otrzepał śnieg z płaszcza i ruszył dalej. Musiał przeżyć. Coś w nim, jakaś głęboka, pierwotna wola życia, kazała mu stawiać jedną nogę przed drugą, kazała mu iść, iść, iść — nawet gdy wydawało się, że siły go opuszczają.


Warszawa — zimowe schronienie

Był początek stycznia 1813 roku, gdy resztki armii napoleońskiej dotarły do Warszawy. Karol Kanto wszedł do miasta przez most na Wiśle, ledwo trzymając się na nogach. Wokół niego szli inni ocaleni — Francuzi, Niemcy, Włosi, Polacy — wszyscy równie wycieńczeni, równie bliscy śmierci.

Mieszkańcy Warszawy, którzy kilkanaście miesięcy wcześniej z takim entuzjazmem witali armię idącą na Rosję, teraz patrzyli na cofające się wojska z mieszaniną współczucia i przerażenia. Kobiety stały przy drogach, częstując żołnierzy ciepłą strawą, mężczyźni pomagali rannym dotrzeć do szpitali.

„Jezu, Maria, w jakim oni są stanie!” — zawołała jakaś warszawianka, patrząc na przechodzących żołnierzy. „To są ludzie czy upiory?”

Karol, słysząc polski język, zrozumiał tylko intencję tych słów. Kobieta podbiegła do niego z dzbanem gorącej zupy.

„Proszę, proszę napić się! Gorące jest!”

Łzy stanęły mu w oczach. Łzy wdzięczności. Wziął dzban drżącymi rękami i pił łapczywie, nie zważając, że parzy gardło. To było pierwsze gorące jedzenie od wielu dni.

„Dziękuję… grazie…” — wyszeptał po włosku, potem po łacinie dodał: „Gratias tibi ago…”

Kobieta pokiwała głową ze zrozumieniem i pomogła mu dotrzeć do pobliskiego domu, gdzie jej mąż, rzemieślnik, przyjął wycieńczonego żołnierza.

„Żona moja ma dobre serce” — powiedział gospodarz, Andrzej Kowalewski, stolarz z ulicy Długiej. „Ja też służyłem w wojsku, wiem, co to znaczy być daleko od domu. Zostańcie u nas, dopóki nie dojdziecie do siebie.”

Karol przesiedział u Kowalewskich prawie miesiąc. Stopniowo wracały mu siły. Andrzej, człowiek rozmowny i życzliwy, opowiadał mu o Warszawie, o Polsce, o tym, co się działo w mieście w ostatnich latach. Jego żona Rozalia, z domu Artanowicz, była kobietą praktyczną i pełną energii. To ona karmiła Karola, prała jego łachmany, a gdy okazało się, że są do wyrzucenia, użyła materiału na szmatki, a jemu zorganizowała przyzwoite ubranie od znajomych.

„Pan mówi, że z Parmy?” — pytał Andrzej któregoś wieczoru, gdy siedzieli przy piecu, a żona przędła wełnę. „To piękne miasto, słyszałem. Napoleon tam rządził, prawda?”

„Tak, Napoleon stworzył Księstwo Parmy dla swojej drugiej żony, Marii Ludwiki” — odpowiedział Karol po łacinie, którą Andrzej, choć z trudem, rozumiał, bo uczył się jej kiedyś u pijarów. „Ale ja służyłem cesarzowi od dawna. Od kampanii włoskiej w 1796 roku. Byłem młody, miałem osiemnaście lat, gdy wstąpiłem do wojska…”

„I teraz co? Dokąd pan pójdzie?”

Karol zamyślił się. Rzeczywiście — dokąd? Wrócić do Parmy? Po co? Rodzice nie żyli, nie miał tam nikogo bliskiego. Armia napoleońska rozpadała się. Europa zmieniała się z dnia na dzień.

„Nie wiem” — przyznał szczerze. „Może… może zostanę tutaj? W Warszawie?”

Andrzej i Rozalia wymienili spojrzenia.

„Czemu nie?” — powiedziała Rozalia. „Warszawa przyjmuje różnych ludzi. Włochów też tu niemało. Jest taki pan Zanetini, Antoni, co handluje korzeniami na Rynku Nowego Miasta. On też z Włoch, z Tyrolu. Może pan go pozna, może pomoże?”

„Antoni Zanetini?” — powtórzył Karol, zapamiętując nazwisko.

„Tak, dobry człowiek. Ma rodzinę, dzieci. Dobrze mu się powodzi. A poza tym zna pół Warszawy. Jeśli ktoś może pomóc obcemu się zadomowić, to on.”


Nowe życie w obcym mieście

Karol rzeczywiście spotkał Antoniego Zanetiniego wiosną 1813 roku. Starszy o siedemnaście lat korcarz, bo tak nazywano handlarzy korzeniami, przyjął rodaka z serdecznością właściwą Włochom.

„Carlo! Benvenuto a Varsavia!” — zawołał, widząc go po raz pierwszy w swojej izbie handlowej na Rynku Nowego Miasta pod numerem 312. „Słyszałem o tobie od Kowalewskich! Podobno wojsko napoleońskie, podobno Moskwa, eh? Okropna historia!”

Antoni Zanetini był człowiekiem korpulentnym, o rumianej twarzy i wesołych oczach. Pochodził z Tyrolu, do Warszawy przyjechał jeszcze za czasów Stanisława Augusta, w latach osiemdziesiątych XVIII wieku, i zdołał zbudować sobie pozycję w mieście. Jego handel korzeniami — pieprzem, goździkami, cynamonem, gałką muszkatołową — przynosił dobre dochody. Był żonaty z Polką, Marianną Orłowską, i miał kilkoro dzieci, w tym córkę Annę, urodzoną w 1807 roku, oraz synów Piotra i młodszą Józefę Teklę.

„Widzisz, Carlo” — mówił Antoni, nalewając włoskiego wina, które sprowadzał dla wybranych klientów — „Warszawa to dobre miejsce dla ludzi przedsiębiorczych. Trzeba tylko znać język, poznać ludzi, załatwić sobie odpowiednie papiery. Mam znajomości w magistracie, mogę ci pomóc.”

I rzeczywiście pomógł. Dzięki Zanetiniemu Karol Kanto otrzymał dokumenty potwierdzające jego prawo pobytu w Warszawie. Musiał się jakoś utrzymać, więc najpierw pracował jako pomocnik w różnych miejscach — u stolarzy, w magazynach, wszędzie tam, gdzie silne ręce były potrzebne.

Ale Karol miał ambicje. Nie chciał być tylko robotnikiem najemnym. Obserwował, jak działa handel warszawski, jak funkcjonują rzemiosła, karczmy, sklepy. Przez kilka lat zbierał doświadczenie i oszczędności.

W 1823 roku, mając już czterdzieści pięć lat, otworzył własny szynk — gospodę przy ulicy Zielonej pod numerem 2061. To była skromna knajpka, gdzie przychodzili drobni rzemieślnicy, czeladnicy, studenci bez pieniędzy. Karol nabył pewną wprawę w języku polskim — mówił z silnym włoskim akcentem, ale dawał sobie radę. Jego gospoda zasłynęła z dobrej włoskiej grappy, którą czasem destylował na zapleczu, oraz z prostych, ale smacznych dań.

„Panie Kanto, proszę dwie wódki i kiełbasę!” — krzyczał któryś z bywalców, siadając przy stoliku.

„Zaraz, zaraz, mój przyjacielu!” — odpowiadał Karol, szczerząc zęby w uśmiechu. „Najlepsza kiełbasa w całej Warszawie!”

Gospodę prowadziła mu częściowo pewna kobieta, Magdalena Cymerman, wdowa po niejakim Krzysztofie Domercie. Magdalena była o dwanaście lat młodsza od Karola — miała trzydzieści osiem lat, gdy się poznali. Pochodziła z Podgórza, miasta nad Wisłą niedaleko Torunia, które dziś jest dzielnicą tego miasta. Trzy lata wcześniej przyjechała do Warszawy po śmierci męża, szukając lepszego życia. Mieszkała przy ulicy Wójtowskiej pod numerem 1864 i utrzymywała się z drobnego handlu i pomocy w gospodach.

„Pan Kanto, pozwoli pan, że te szklanki umyję?” — mówiła Magdalena, porządkując po zamknięciu gospody.

„Oczywiście, pani Magdaleno. Bardzo dziękuję za pomoc.”

Między nimi powoli rodziło się coś więcej niż tylko relacja pracodawca-pracowniczka. Karol, samotny przybysz z obcego kraju, potrzebował ciepła i bliskości. Magdalena, wdowa bez środków do życia, potrzebowała stabilizacji i wsparcia.


Ślub i świadkowie

Trzydziestego pierwszego stycznia 1824 roku w Urzędzie Cyrkułu II w Warszawie Karol Kanto poślubił Magdalenę Cymerman. Ceremonia była skromna, ale pełna prawdziwego wzruszenia.

Karol Kanto, akt ślubu Warszawa ASC Cyrkuł II, akt. 1824/12—1

„Czy ty, Karolu, bierzesz sobie Magdalenę za żonę, aby ją miłować w dobrej i złej doli, w zdrowiu i chorobie, i nie opuszczać jej aż do śmierci?” — pytał ksiądz po polsku, a Karol, choć nie wszystko rozumiał dosłownie, znał sens tych słów.

Karol Kanto, akt ślubu Warszawa ASC Cyrkuł II, akt. 1824/12—2

„Tak, biorę” — odpowiedział wyraźnie.

„A ty, Magdaleno, czy bierzesz sobie Karola za męża…?”

„Tak, biorę” — powiedziała Magdalena, patrząc na niego z czułością.

Świadkami ślubu byli czterej mężczyźni — przyjaciele i znajomi Karola, których zgromadził w ciągu lat spędzonych w Warszawie.

Pierwszym był oczywiście Antoni Zanetini, mający wówczas sześćdziesiąt trzy lata. Stary korcarz, który jako pierwszy wyciągnął do Karola pomocną dłoń, nie mógł opuścić tak ważnego wydarzenia.

„Carlo, mój drogi przyjacielu!” — powiedział po ceremonii, obejmując pana młodego. „Życzę wam z Magdaleną wszelkiego szczęścia! Niech wam Bóg błogosławi potomstwem i dostatkiem!”

Drugim świadkiem był Fryderyk Hochmatt, stolarz urodzony około 1788 roku, żonaty z Joanną Rozyną Hess. Fryderyk był Niemcem, ale od lat mieszkał w Warszawie i świetnie się dogadywał z Karolem, choć ich języki były różne — komunikowali się mieszaniną łaciny, niemieckiego i łamanej polszczyzny.

„Panie Karolu, gratuluję serdecznie!” — mówił Fryderyk, ściskając mocno dłoń pana młodego. „Pani Magdalena to szlachetna niewiasta. Będziecie szczęśliwi!”

Fryderyk miał własny warsztat stolarski i niedawno, w lutym 1814 roku, urodzili mu się bliźniacy — Fryderyk Karol i Józef August. Dumny ojciec nie mógł się powstrzymać od opowiadania o swoich synach.

„Wie pan, panie Karolu, moi chłopcy już teraz pokazują zainteresowanie drewnem! Fryderyk bawi się wiórkami, a Józef próbuje gryźć kawałki desek! Za dziesięć lat będą najlepszymi stolarzami w Warszawie!”

Trzecim świadkiem na ślubie był Franz Schirmer, urodzony w 1794 roku, młody człowiek zaledwie trzydziestoletni. Franz był kramarzem, handlował materiałami i pasmenterią przy ulicy Długiej. Poznał Karola przez Zanetiniego — obaj należeli do nieformalnego stowarzyszenia obcokrajowców mieszkających w Warszawie.

„Pan Karolu” — mówił Franz po niemiecku — „życzę panu wszystkiego dobrego. Niech Bóg błogosławi waszemu związkowi!”

Czwartym świadkiem był Stanisław Koplewski, najstarszy z grona, urodzony w 1772 roku, a więc mający już pięćdziesiąt dwa lata. Stanisław był Polakiem, kupcem zbożowym, człowiekiem zamożnym i szanowanym w mieście. Jego obecność na ślubie Karola świadczyła o tym, że włoski przybysz zdołał zdobyć szacunek również wśród polskich mieszczan.

„Panie Kanto” — mówił Koplewski po polsku, powoli, żeby Karol zrozumiał — „cieszę się, że mogłem być świadkiem waszego ślubu. Znam panią Magdalenę jako osobę pracowitą i uczciwą. Będziecie dobrym małżeństwem.”

Po ceremonii wszyscy udali się do gospody Karola przy ulicy Zielonej, gdzie odbyło się skromne wesele. Zanetini zadbał o włoskie wino, Hochmatt przyniósł domowy chleb i kiełbasę, Schirmer — bukiet kwiatów dla panny młodej, a Koplewski — solidny worek mąki jako dar weselny.

„Za młodą parę!” — wznosił toast Zanetini. „Niech żyją długo i szczęśliwie!”

„Niech żyją!” — odpowiadali pozostali goście.


Dzieci i trudności

Z dziećmi Karola Kanto jest problem…

Z dostępnych aktów metrykalnych wynika, że najstarsza córka Karola urodziła się w 1815 roku. Kolejne dwie rodziły się w 1819 i 1820, syn Aleksander w 1823, a po ślubie w 1824 roku urodzili się Roman (1826) i Roman Mikołaj (1829). Ciekawe jest to, że Karol uznaje Magdalenę Cymerman za swoją żonę, nawet kilka lat przed oficjalnym ślubem. Posługuje się wówczas nazwiskiem Kanton, zamiast Kanto — jak to brzmi w akcie małżeństwa z roku 1924. Mało tego! Raz twierdzi, że pochodzi z Rzymu, innym razem, że z Parmy. Dodatkowo coś nie zgadza się z pierwszym małżeństwem Magdaleny Cymerman z Krzysztofem Domertem; dlaczego, skoro podobno Magdalena była wdową — nie używa nazwiska swojego męża, a posługuje się nazwiskiem panieńskim?

Aby przybliżyć różne, nasuwające się wątpliwości, załączam wraz ze skanami odpowiednich aktów metrykalnych ich treść tak, aby czytelnik mógł sam wyrobić sobie ocenę sytuacji.


Józefina Wilhelmina Kanton, urodzona 16 marca 1815 na Marymoncie, zmarła 5 lutego 1848 w Warszawie.

akt urodzenia: Warszawa-Wawrzyszew św. Maria Magdalena, 1815/8

akt zgonu: Warszawa (ewang.-augsb.), 1846/61

Józefa Kanton, akt zgonu: Warszawa (ewang.-augsb.), 1846/61

Pojawia się w metrykach pod nazwiskiem: Canten, Cantonoro, Emi oraz pod imieniem Józefa.

Wyszła za mąż za Hilarego Emie (ur. 1788, zm. 11 listopada 1862 w Warszawie), kupca i sędziego trybunału handlowego, wdowca po Konstancji Terlikowskiej (1778—1826), córce Jana i Anny Błońskiej. Jedyny syn z tego małżeństwa — Stanisław Julian (1812—1871) ożenił się z Emilią Mościcką (1818—1964), córką Michała (1786—1847) i Urszuli Krzymowskiej (1786—1846).

Józefina Wilhelmina doczekała się następujących dzieci (wszystkie urodzone w Warszawie): Zofii (1842—1843), Wiktorii Józefy (ur. 19 grudnia 1847), Stefanii (ur. 1839) i Barbary (zmarła 1848). Wiktoria Józefa poślubiła 22 lutego 1873 roku w Warszawie Karola Jana Brobka (urodzonego 16 sierpnia 1846 roku w Warszawie), syna Karola (ur. 1817) i Józefy Emilii Błeszyńskiej (urodzonej 28 marca 1830 w Warszawie i zmarłej 1 marca 1852 tamże). Synem Wiktorii Józefy był Stanisław (urodzony 15 grudnia 1873 w Warszawie), który poślubił 4 lutego 1909 roku w Warszawie Teodozję Zasłonkę (ur. 1890), córkę Aleksandra i Feliksy Ptaszyńskiej.

W akcie zgonu Józefy Emi (czyli Józefiny Wilhelminy Kanton) pojawia się informacja o jej rodzicach. Przytaczam tutaj interesujący fragment:

„… że dnia dzisiejszego, o wpół do drugiej godzinie z rana, umarła w Warszawie pod liczbą sześćdziesiąt pięć Józefa z Kantonów Emi, mężatka lat trzydzieści trzy mająca, w Warszawie urodzona z byłego kupca Karola i Magdaleny z Zimmermannów, niegdyś małżonków Kanton już zmarłych…”


Akt urodzenia wskazuje na Wawrzyszew. Na początku XIX wieku była to wieś. W 1789 roku w miejscowości znajdowało się 20 domów. W 1794 roku Wawrzyszew ucierpiał w czasie walk podczas insurekcji kościuszkowskiej, co w konsekwencji doprowadziło do wyludnienia wsi; w 1827 roku we wsi znajdowało się 11 domów i mieszkało w niej 138 osób. Natomiast sam kościół św. Marii Magdaleny został wzniesiony latach 1543–1548 z fundacji Baltazara Smosarskiego, nadwornego lekarza króla Zygmunta I Starego oraz dziedzica Wawrzyszewa i Burakowa.


Skąd w Wawrzyszewie pojawia się Magdalena Cymerman (występująca tutaj pod nazwiskiem Zimmermann)? Czy Józefina Wilhelmina była nieślubnym dzieckiem Karola? Wygląda na to, że tak. Niestety na dzień dzisiejszy brak jest dostępu do oryginału metryki urodzenia Józefiny.


Kolejna córka to Karolina Wilhelmina Kontoni — nazwisko zapisane w innej formie — urodziła się w 1819 roku w Warszawie, ale zmarła zaledwie kilka tygodni później, dwudziestego szóstego marca tego samego roku. Karol bardzo przeżył tę stratę.


„Madonna Santa, czemu zabierasz mi dziecko?” — płakał, klęcząc przed małą trumienką.

Karolina Wilhelmina Kanton, akt urodzenia: Warszawa ASC Cyrkuł III, 1820/47

Rok później na świat przychodzi Karolina Wilhelmina Kanton, 2 lutego 1820, Warszawa, ul. Szymanowska 2038


Roku tysiąc osiemset dwudziestego, dnia dziesiątego miesiąca lutego, o godzinie pół do drugiej po południu.

Przed nami, Urzędnikiem Stanu Cywilnego Gminy Warszawskiej Cyrkułu Trzeciego w Województwie Mazowieckim Powiecie Warszawskim. Stawił się Karol Kanton, lat czterdzieści cztery liczący, rodem z miasta Rzymu w Państwie Włoskim, syn Ludwika Kantona i Julii już zmarłych małżonków, z wyrobku utrzymujący się w domu przy ulicy Szymanowskiej pod liczbą dwa tysiące trzydzieści osiem zamieszkały, i okazał Nam dziecię płci żeńskiej, które urodziło się w tenże domu dnia drugiego miesiąca lutego roku bieżącego o godzinie czwartej po południu i oświadczając, iż jest ojcem jego, że je spłodził z Magdaleny pochodzącej z Zymermanow, których jednak Rodziców imion ile już w Prusiech zmarłych, Oświadczający na teraz wiadomy nie jest Małżonków córki a małżonki jego lat trzydzieści sześć liczącej, rodem z Królewca, w domu tamże zamieszkałej, i że życzeniem jego jest nadać mu imiona Karolina Wilhelmina. Po uczynieniu powyższego oświadczenia i okazaniu nam dziecięcia, w przytomności Antoniego Zaniatyniego, lat pięćdziesiąt dziewięć liczącego, rodem ze wsi Kastelterzyna(?) w Tyrolu, z profesji korcarza, żonatego, w domu przy ulicy Rynek Nowego Miasta pod liczbą trzysta siedem zamieszkałego i Stanisława Koplewskiego, lat czterdzieści dziewięć liczącego, rodem ze wsi Kople Guberni Wileńskiej (…) się wdowca, w domu przy ulicy Pokornej pod liczbą dwa tysiące dwieście trzydzieści jeden zamieszkałego.

Akt niniejszy urodzenia po przeczytaniu onego stronom stawiającym, wraz z Stanisławem Koplewskim podpisaliśmy, zaś ojciec dziecięcia i Antoni Zanietyni pisać nie umią.

Szymon Kasperski, Urzędnik Stanu Cywilnego


W tym miejscu warto zapamiętać nazwisko urzędnika Stanu Cywilnego: Szymon Kasperski. Będzie o nim więcej kilka stron dalej.


Kolejnym dzieckiem jest Aleksander Ferdynand Kanton, 8 maja 1823, Warszawa

Aleksander Ferdynand Kanton, akt urodzenia: Warszawa ASC Cyrkuł II, 1823/177

W maju 1823 roku, jeszcze przed ślubem z Magdaleną, urodził się Aleksander Ferdynand Kanton. Akt urodzenia utworzono ósmego maja w ASC Cyrkułu II, w obecności świadków:

Antoni Zanetini, ur. 1760, korcarz, zam. ul. Rynek Nowego Miasta 306;

Jan De Nicola, ur. 1777, konwisarz, zam. ul. Zakroczyńska 1845.


Roku tysiąc osiemset dwudziestego trzeciego, dnia ósmego miesiąca maja, o godzinie czwartej z południa.

Przed nami, Urzędnikiem Stanu Cywilnego gminy Cyrkułu Drugiego miasta stołecznego Warszawy stawił się Karól Kanton, szynk utrzymujący, lat czterdzieści pięć liczący w domu przy ulicy Zielonej pod liczbą dwatysiące dwatysiące sześćdziesiąt jeden zamieszkały i okazał nam dziecię płci męskiej, które urodziło się w domu pomieszkania jego, na dniu dzisiejszym o godzinie siódmej z rana oświadczając, iż jest z niego i Magdaleny z Cymermanów, lat trzydzieści sześć mającej jego małżonki spłodzone i jest życzeniem nadać mu imina Aleksander Ferdynand. Po uczynieniu powyższego oświadczenia i okazaniu dziecięcia, w przytomności Jana de Nicolego, konwisarza lat czterdzieści sześć mającego, w domu przy ulicy Zakroczymskiej pod liczbą tysiąc osiemset czterdzieści pięć, tudzież Antoniego Zanietyniego, korcarza lat sześćdziesiąt trzy liczącego, w domu przy ulicy Rynek Nowego Miasta trzysta sześć, zamieszkałych. Poczem akt niniejszy urodzin po przeczytaniu onego przez nas i jednego świadka podpisanym został, zaś oświadczający i drugi świadek pisać nie umieją.

Bonifacy Szperliński, Urzędnik Stanu Cywilnego”

I o tym urzędniku dodam za chwilę kilka zdań.


Aleksander był chłopcem o żywym temperamencie, który od małego przejawiał zainteresowanie szyciem i krawiectwem.

„Tatusiu, zobacz, zrobiłem lalce sukienkę!” — pokazywał mały Aleksander, mając może pięć, sześć lat.

Aleksander Kanton + Józefa Świętochowska, ślub: Łask, 1844/12

Karol patrzył na niego z mieszaniną dumy i zaskoczenia. On sam był żołnierzem, twardym jak kamień, a tymczasem syn interesował się igłą i nitką. Ale czasy się zmieniały, a krawiec to był dobry fach.

„Brawo, synu. Może zostaniesz krawcem?”

Tak się stało. Aleksander Ferdynand w przyszłości zajął się krawiectwem. Ożenił się siedemnastego lutego 1844 roku w Łasku, w miejscowości Kolumna, z Józefą Świętochowską, urodzoną siódmego kwietnia 1817 roku w Mogielnicy, córką Walentego (urodzonego około roku 1780 w Łęczycy) i Tekli Borkowskiej (ur. 1778, zm. 19 kwietnia 1820 roku w Chruślinie). Świadkami ślubu byli Kacper Bieńkowski i Antoni Wasiewicz.


Poniżej transkrypcja aktu ślubu Karola. Warto porównać informacje zawarte w tym dokumencie z informacjami znajdującymi się w cytowanych powyżej aktach urodzin (a w przypadku Józefiny Wilhelminy akcie zgonu).


Karol Kanto + Magdalena Cymerman 31 stycznia 1824 Warszawa

akt małżeŃstwa: Warszawa ASC Cyrkuł II, 1824/12


Roku tysiąc osiemset dwudziestego czwartego, dnia trzydziestego pierwszego miesiąca stycznia, o godzinie trzeciej z południa.

Przed nami Urzędnikiem Stanu Cywilnego Gminy Cyrkułu drugiego miasta stołecznego Warszawy stawił się Karól Kanto, preparator wódek pachnących, kawaler, w Warszawie w domu przy ulicy Woytowskiej pod liczbą tysiąc osiemset sześćdziesiąt cztery, w gminie drugiej od roku zamieszkały, syn niegdy Ludwika Kanto i Julianny małżonków od lat kilkunastu w Kraju Włoskim zeszłych Rodziców, i złożył nam akt zeznania z dwóch świadków przed podsędzią komisarzem Kancelarii Ziemiańskiej Województwa Mazowieckiego w zastępstwie prokuratora Królewskiego zaś przez sąd pokoju Wydziału pierwszego powiatu i miasta Warszawy potwierdzony, którym dowodzi, iż jest w stanie bezżennym, lat mającym czterdzieści sześć, rodem z miasta Parmy z Kraju Włoskiego. Metryki zaś urodzenia swego i sepultur rodziców zeszłych, dla odległości miejsca ile z zagranicy nie jest sposobności złożenia.

Stawiła się również Magdalena z Cymermanów Domertowa, po niegdy Krzysztofie Domert małżonku swym zeszłym, wdowa lat trzydzieści trzy licząca, rodem z miasta Torunia, i złożyła nam sepulturę z ksiąg Kościoła Ewangelickiego w mieście w Warszawie będącego wyjętą, która dowodzi, iż jest w stanie wdowieństwa od lat trzech w Warszawie w domu przy ulicy Woytowskiej pod liczbą tysiąc osiemset sześćdziesiąt cztery, w gminie drugiej od miesięcy sześciu zamieszkała. Córka niegdy Jana Cymermana i Maryanny z Guttów, małżonków od dawna w mieście Toruniu zmarłych.

Strony stawające żądają, abyśmy przystąpili do obchodu złożonego między niemi małżeństwa, którego zapowiedzi uczynione były przed głównymi drzwiami naszego domu gminnego, pierwsza dnia osiemnastego, druga dnia dwudziestego piątego, obydwie w miesiącu styczniu w roku bieżącym o godzinie dwunastej w południe w niedzielę. Gdy żadnym tamowaniem rzeczonego małżeństwa zawiadomieni nie zostaliśmy, a przyszłemu małżonkowi i przyszłej małżonce nie ma komu uczynić aktu uszanowania, jako w braku wstępnych krewnych. My przejżawszy wszystkie wyżej wymienione akta, z których się okazało, iż formalności jakich prawo wymaga zachowane zostały. Przychylając się zatym do wymienionego żądania, po przeczytaniu stronom i świadkom wszystkich wyżej wspomnianych papierów i Działu Szóstego prawa w Tytule o Małżeństwie, zapytaliśmy się przyszłego małżonka i przyszłej małżonki azali chcą połączyć się ze sobą związkiem małżeńskim? Zatem gdy każde z nich oddzielnie odpowiedziało, iż taka ich jest wola, oświadczamy w imieniu prawa, iż Karol Kanto, kawaler i Magdalena z Cymermanów Domertowa, wdowa, połączenie są ze sobą węzłem małżeństwa. Czego spisaliśmy akt w przytomności Antoniego Zanetyniego, handlującego korzeni(-ami), lat sześćdziesiąt trzy mającego, w domu przy ulicy Rynek Nowego Miasta pod liczbą trzysta dwanaście, Frydrycha Hochmatt profesji ciesielskiej, lat trzydzieści sześć mającego, w domu przy ulicy Inflanckiej pod liczbą dwa tysiące sto sześć, Stanisława Koplewskiego, obywatela lat pięćdziesiąt dwa mającego, w domu przy ulicy Leszno pod liczbą siedemset szesnaście, i Franciszka Schermera, majstra profesji ciesielskiej, lat trzydzieści liczącego, w domu przy ulicy Inflanckiej pod liczbą dwa tysiące sto sześć, wszystkich w Warszawie zamieszkałych. Poczym akt umowy małżeństwa, po przeczytaniu onego przez Nas i trzech świadków podpisanym został, zaś obojga w stan Małżeństwa wchodzący i czwarty świadek oświadczyli, iż pisać nie umieją.

Bonifacy Szperlińki, Urzędnik Stanu Cywilnego

Kolejnymi dziećmi Karola i Magdaleny są Roman (o którym więcej w dalszej części) i Roman Mikołaj Kanton, urodzony 25 maja 1829 w Warszawie, ulica Krakowskie Przedmieście 446.

Bonifacy Szperliński, akt zgonu: Warszawa Nawiedzenie NMP, 1826/72

Na koniec kilka słów u urzędnikach Stanu Cywilnego Cyrkułu II i III.


Bonifacy Szperliński, kawaler, ur. 1758, zm. 17 stycznia 1826 w Warszawie.

Bonifacy był całe życie kawalerem. Może widział, że małżeństwa — których przecież udzielał — to nic dobrego?


Szymon Kasperski, żonaty, urodzony 1745, zmarł 21 października 1825 roku w Lubowni.

Szymon Kasperski, akt zgonu: Warszawa ASC Cyrkuł III, 1825/508

Szymon Kasperski, urzędnik Konfederacji Targowickiej, żył w związku z Anielą Zimnochowską córką Pawła, służącą, urodzoną prawdopodobnie w 1775 roku na Podlasiu, zmarłą 5 kwietnia 1814 roku w Warszawie, z którą doczekał się syna Jana Szymona (urodzonego w 24 czerwca 1807 roku) i córki Karoliny Agnieszki (spłodzonej w ostatnich dniach stycznia 1803 roku). Ta ostatnia w dniu 22 listopada 1822 roku w Warszawie poślubiła Piotra Zawadzkiego (ur. 1798 w Szczurowie, parafia piewnicka),syna Jana i Marianny Roguskiej.

Natomiast Jan Szymon ożenił się w 13 stycznia 1835 roku w Wilczyskach z Walerią Suchodolską, urodzoną w 1812 roku, córką Jana (u. 1777) i Joanny Barbary Korzybskiej (ur. 1787). Jednym z braci Walerii był austro-węgierski generał, Franciszek Kazimierz Wincenty Suchodolski (ur. 4 marca 1814 w Okuniewie — zm. 4 stycznia 1895 w Krakowie).

Aniela Zimnochowska, akt zgonu: Warszawa ASC Cyrkuł III, 1814/125

Co ciekawe, akt zgonu podpisują Bonifacy Szperliński i… Stanisłw Koplewski. Skąd on się tam wziął?


Podsumowując. Bonifacy Szperliński zaświadcza w metryce urodzenia Aleksandra Ferdynanda (rok 1823), że Karol Kanon ma żonę Magdalenę, a rok później udziela Karolowi ślubu z Magdaleną. Zwolennicy teorii spiskowych mają tutaj co robić :-)

Roman Ludwik Kanto, akt urodzenia: Warszawa św. Jan. akt. 1826/365

Przedostatnim dzieckiem Karola był Roman Kanto (Kanton), urodzony czwartego czerwca 1826 roku w Warszawie. Chrzest odbył się dwudziestego piątego czerwca w kościele Świętego Jana. Rodzicami chrzestnymi byli Andrzej Kowalewski — ten sam stolarz, który uratował Karola w 1813 roku — oraz Rozalia Artanowicz, żona Andrzeja. Niestety, Rozalia zmarła w 1839 roku, co bardzo poruszyło całą rodzinę.

Natomiast świadkiem na chrzcie był Jakub Marcinkowski, krawiec, lat 38.

Roman w przyszłości zajął się lakiernictwem, rzemiosłem wymagającym precyzji i cierpliwości.


Perfumy, wódki pachnące i prosperity

Rok 1827 był przełomowy dla Karola Kanto. W wieku czterdziestu dziewięciu lat zdecydował się na śmiały krok biznesowy. Sprzedał gospodę przy ulicy Zielonej i za uzyskane pieniądze, pożyczając też od przyjaciół — głównie od Zanetiniego i Koplewskiego — otworzył wytwórnię perfum i tzw. wódek pachnących wraz ze sklepem przy Krakowskim Przedmieściu, pod numerem 22.

„Karol, czy ty oszalałeś?” — pytał Zanetini, gdy Karol przedstawił mu swój plan. „Perfumy? Wódki pachnące? To jest interes dla francuskich arystokratów, nie dla prostych warszawiaków!”

Tomasz Zanetini, akt zgonu Warszawa św. Jan, akt. 1836/624

„Antoni, mój drogi przyjacielu” — odpowiadał Karol z błyskiem w oku — „czasy się zmieniają. Warszawa rośnie, bogaci się. Ludzie chcą luksusu, chcą się wyróżnić. A ja znam receptury z Włoch — mój ojciec był aptekarzem w Parmie, uczył mnie destylacji, mieszania zapachów. To będzie sukces, zobaczysz!”

Zanetini pokręcił głową, ale uśmiechnął się.

„Dobrze, daję ci pożyczkę. Ale nie mów potem, że nie ostrzegałem!”

Interes Karola rzeczywiście się rozwinął. Jego perfumy — robione z importowanych olejków róży, jaśminu, lawendy — oraz wódki pachnące, aromatyzowane cynamonem, cytrusami, ziołami — znalazły swoich odbiorców wśród zamożniejszego mieszczaństwa i drobnej szlachty.

Sklep przy Nowym Świecie był elegancko urządzony. Karol sprawił sobie piękne witryny, w których eksponował szklane flakony z perfumami. Na zapleczu mieściła się pracownia, gdzie wraz z pomocnikami destylował spirytus, mieszał esencje, napełniał butelki.

Antoni Zanetini, akt małżeństwa Warszawa (ewang.-ref.) 1834/4

„Panie Kanto, czy ma pan jeszcze tę wodę różaną?” — pytała jakaś dama, wchodząc do sklepu.

„Oczywiście, proszę pani” — odpowiadał Karol, już całkiem nieźle mówiący po polsku. „Najświeższa partia, dopiero wczoraj rozlana. Zapach jak prawdziwe róże z ogrodu!”

„No to poproszę dwie buteleczki. I jeszcze te perfumy cytrynowe, co pani sąsiadka mi poleciła.”

Interes kwitł. Karol zatrudnił kilku pomocników, w tym młodego Tomasza Zanetini, syna Antoniego, który urodził się w Paryżu między 1790 a 1798 rokiem i przyjechał do Warszawy, by tu pracować, jako cukiernik. Tomasz ożenił się dziewiątego lipca 1820 roku z Ewą Myszkowską, urodzoną w 1798 roku w Solcu. Mieli córkę Juliannę, urodzoną drugiego maja 1821 roku. Zmarł 13 listopada 1836 roku.

„Panie Kanto” — mówił Tomasz, pomagając w warsztacie — „mój ojciec miał rację, mówiąc, że pan jest człowiekiem przedsiębiorczym. Ten interes to prawdziwa złota żyła!”

„Dziękuję, Tomaszu. Ale pamiętaj — sukces wymaga pracy i uczciwości. Jeśli będziemy oszukiwać klientów, dawać im tandetę, zamiast jakości, szybko wszystko stracimy.”

Antoni Zanetini miał też drugiego syna, Antoniego, urodzonego w 1799 roku w Szwajcarii, który również został cukiernikiem. Antoni junior ożenił się dziesiątego kwietnia 1834 roku w kościele ewangelicko-reformowanym w Warszawie z Marią Gir, urodzoną w 1803 roku w Szwajcarii, służącą. Świadkami ich ślubu byli Andrea Semadini i Jan Jarosiewicz.

Rodzina Zanetinich rozrastała się i prosperowała. Córka Antoniego seniora, Anna Zanetini, urodzona w 1807 roku w Warszawie, wyszła za mąż szesnastego sierpnia 1823 roku za Bartłomieja Wawrzyńca Flatta, urodzonego w 1802 roku, rzeźnika. Świadkami ich ślubu byli Stanisław Koplewski — ten sam, który był świadkiem na ślubie Karola — oraz Kacper Jankowski, Andrzej Dylus i Józef Skrzypkowski.

„Karolu, proszę przyjść na wesele mojej córki!” — zapraszał Zanetini w 1823 roku.

Anna Zanetini, akt ślubu Warszawa ASC Cyrkuł II, akt.1823/91

„Oczywiście, Antoni! Z największą przyjemnością!”

Wesele było huczne. Cała warszawska kolonia włoska i niemiecka się zeszła, a także polscy przyjaciele. Pito wino, śpiewano pieśni po włosku, polsku, niemiecku. Karol czuł się tam jak w domu — otoczony przyjaciółmi, świętujący radosne wydarzenie.

Anna i Bartłomiej Flatt mieli gromadkę dzieci. Pierwsza była Ludwika Marianna, urodzona w 1825 roku, która w przyszłości wyszła za mąż w 1843 roku za Jana Wesołowskiego i zmarła w 1893 roku w Radonicach pod Błoniem. Kolejny był Józef Nikodem, urodzony w 1826 roku, który ożenił się w 1855 roku z Rozalią Dobosiewicz i miał licznych potomków.


Przyjaźnie i wspólnota obcokrajowców

Karol Kanto, choć już dobrze zadomowiony w Warszawie, nadal utrzymywał bliskie kontakty ze środowiskiem obcokrajowców — Włochów, Niemców, Szwajcarów — którzy jak on znaleźli w Warszawie nowy dom.

„Wiecie, panowie” — mówił podczas jednego ze spotkań w swoim sklepie, gdzie czasem po godzinach pracy zbierali się przyjaciele — „Warszawa jest miastem otwartym. Przyjmuje ludzi z całego świata. Ja jestem Włochem, wy jesteście Niemcami, Szwajcarami, a przecież czujemy się tu u siebie.”

„To prawda” — przytakiwał Fryderyk Hochmatt, stolarz. „Ja przyjechałem tu przed dwudziestoma laty, nie znałem języka, nie miałem nikogo. Teraz mam warsztat, rodzinę, przyjaciół. Warszawa to dobre miejsce dla ludzi pracowitych.”

„A co pan sądzi o sytuacji politycznej?” — pytał Franz Schirmer, kramarz. „Słyszałem, że car Mikołaj zaostrza politykę wobec Królestwa. Boją się powstania.”

Rok był 1828, a nastroje w Warszawie rzeczywiście stawały się coraz bardziej napięte. Młodzież studencka, oficerowie wojska, część szlachty — wszyscy rozmawiali o konieczności odzyskania pełnej niepodległości. Car Mikołaj I, który objął tron w 1825 roku po śmierci Aleksandra I, był despotą nieufnym wobec Polaków.

„Polityka to niebezpieczna sprawa” — odpowiadał Karol ostrożnie. „Ja jestem prostym rzemieślnikiem, chcę pracować i żyć w pokoju. Nie będę się mieszał do spraw wielkiej polityki.”

Ale wydarzenia miały swój własny bieg. W listopadzie 1830 roku wybuchło powstanie, które na wiele miesięcy wstrząsnęło Warszawą i całym Królestwem Polskim. Karol przeżył te czasy z niepokojem, starając się chronić swoją rodzinę i interes.


Życie rodzinne i codzienność

Codzienne życie w domu państwa Kanto na Krakowskim Przedmieściu było pracowite, ale i pełne ciepła. Magdalena okazała się nie tylko dobrą żoną, ale i znakomitą gospodynią oraz matką dla dzieci Karola.

„Karolciu” — mówiła do małej Karoliny — „pomóż mi w kuchni, naucz się gotować. Kobieta musi umieć prowadzić dom!”

„Tak, mamusiu” — odpowiadała dziewczynka, zawiązując fartuszek.

Józefina, najstarsza, pomagała w sklepie, obsługując klientów. Była już młodą panną, ładną i inteligentną.

„Ojcze” — mówiła do Karola — „ta pani pytała o perfumy różane. Powiedziałam, że są najlepszej jakości, tak jak ojciec zawsze mówi.”

„Brawo, córeczko. Zawsze mów prawdę klientom. To podstawa dobrego handlu.”

Aleksander, chłopiec o artystycznej duszy, spędzał czas u znajomego krawca, ucząc się fachu.

„Tatusiu, czy mogę zostać na noc u mistrza Kowalskiego? Mamy dużo pracy, szyje suknię dla jakiejś hrabiny.”

„Dobrze, synu. Ale pamiętaj — wracaj rano i nie zaniedbuj obowiązków domowych.”

Roman, najmłodszy, biegał po podwórku, bawiąc się z innymi dziećmi. Czasem wpadał do sklepu ojca, zachwycony kolorowymi butelkami.

„Tato, a mogę spróbować tych perfum?”

„Nie, synku, to nie do picia! To tylko do pachnienia!”

„A ta wódka pachnąca?”

„Ta też nie dla małych chłopców! Idź się bawić!”

Wieczory rodzina spędzała razem przy stole. Karol opowiadał dzieciom o Włoszech, o Parmie, o swoich przygodach w armii napoleońskiej — choć te najstraszniejsze wspomnienia zachowywał dla siebie.

„Tatusiu, a jak wyglądała Parma?” — pytała Karolina.

„Ach, Parma… Piękne miasto, córeczko. Wspaniałe kościoły, pałace, place. I jedzenie — takie jedzenie! Makarony, sery, wina… Kiedyś was tam zabiorę, zobaczycie.”

Ale wiedział, że to marzenie raczej się nie spełni. Jego życie było teraz w Warszawie, a podróż do Włoch — droga i niebezpieczna.


Tragedie i straty

Nie wszystko układało się pomyślnie. W 1829 roku zmarł Piotr Zanetini, syn Antoniego, który przyszedł na świat dwudziestego ósmego kwietnia 1809 roku i odszedł dwudziestego ósmego marca 1810 roku, przeżywszy zaledwie jedenaście miesięcy. To była tragedia dla rodziny Zanetinich, ale taka była rzeczywistość tamtych czasów — śmiertelność niemowląt była wysoka.

W 1825 roku zmarła mała Zuzanna Barbara Zanetti, córka Tomasza i Ewy, zaledwie kilka tygodni po urodzeniu. Dziewiątego lutego pochowano ją na cmentarzu Cyrkułu I.

„Dlaczego Bóg zabiera niewinne dzieci?” — płakała Ewa Myszkowska-Zanetti.

„To jest tajemnica Boska” — odpowiadał ksiądz podczas pogrzebu. „Musimy zaufać, że Bóg wie lepiej.”

Karol Kanto uczestniczył w tych pogrzebach, wspierając swoich przyjaciół. Sam też przeżył stratę — jego pierwsza córka Karolina zmarła w niemowlęctwie. Wiedział, jak bolesna jest taka strata.

„Antoni” — mówił do Zanetiniego po pogrzebie małej Zuzanny — „trzeba być silnym. Życie idzie dalej. Trzeba dbać o tych, którzy żyją.”

„Masz rację, Carlo. Ale tak trudno…”


Epilog rozdziału

W roku 1830, gdy Karol Kanto miał pięćdziesiąt dwa lata, mógł spojrzeć na swoje życie z pewnym zadowoleniem. Przybył do Warszawy jako żołnierz Napoleona, bliski śmierci, bez grosza przy duszy, bez znajomości języka. A teraz? Miał rodzinę, prosperujący interes, grono przyjaciół, dom. Był szanowanym mieszkańcem miasta.

„Magdaleno” — mówił do żony któregoś ciepłego letniego wieczora, siedząc przy oknie ich mieszkania nad sklepem — „myślę czasem, że los był dla mnie łaskawy. Mogłem zginąć w Rosji, jak tysiące innych. A jestem tu, z tobą, z dziećmi.”

„Bóg miał wobec ciebie plan, Karolu” — odpowiadała Magdalena, kładąc dłoń na jego ramieniu. „I dobrze, że go spełniłeś.”

A gdzieś w dole, na ulicy, życie Warszawy toczyło się swoim rytmem — powoziki turkotały po bruku, sprzedawcy wykrzykiwali swoje towary, dzieci biegały z krzykiem. Warszawa żyła, rozwijała się, przygotowywała do kolejnych wyzwań, jakie miała jej przynieść historia.

Karol Kanto, włoski przybysz, który stał się warszawiakiem, był częścią tej historii — niewielką może, ale ważną. Bo historia składa się nie tylko z wielkich wydarzeń i wielkich ludzi, ale przede wszystkim z tysięcy małych historii zwykłych ludzi, którzy pracują, kochają, rodzą dzieci, budują swoje życie w trudnych czasach.

I to właśnie była prawdziwa saga rodu Karola Kanto — saga zwykłego człowieka, który mimo przeciwności losu zdołał zbudować coś trwałego, coś, co przetrwa go samego i przejdzie na następne pokolenia.

Rozdział 3: Ulice i kamienice

świat warszawskich mieszkańców

Ulica Zielona — pierwsze kroki w handlu

Rok 1823 zastał Karola Kanto przy ulicy Zielonej pod numerem 2061, gdzie prowadził niewielki szynk — gospodę, która stała się jego pierwszym samodzielnym przedsięwzięciem w Warszawie. Ulica Zielona, biegnąca w północnej części miasta, była traktem o mieszanym charakterze. Mieszkali tu zarówno rzemieślnicy, jak i drobni handlarze, były karczmy i składy towarowe, a także skromne mieszkania robotników najemnych.

Kamienica pod numerem 2061 była budynkiem drewniano-murowanym, typowym dla tej części miasta. Na parterze mieściły się sklepy i warsztaty, wyższe kondygnacje zajmowały mieszkania. W bramie unosił się nieodłączny zapach stęchlizny, gotowanej kapusty i dymu z pieców. Schodami trzeba było chodzić ostrożnie — deski skrzypiały groźnie, a niektóre stopnie były tak zużyte, że uginały się pod stopami.

„Panie Kanto, dzień dobry!” — witał go każdego ranka Wojciech Kowalczyk, szewc mieszkający o piętro wyżej. „Będzie pan dziś miał porządny ruch, bo dzisiaj jarmark na placu. Ludzie będą się schodzić do pańskiej gospody!”

„Mam nadzieję, panie Wojciechu” — odpowiadał Karol ze swoim charakterystycznym włoskim akcentem. „Przygotowałem dużo wódki i piwa. I kiełbasy mam świeżej od rzeźnika!”

Gospoda Karola składała się z dwóch izb na parterze. W pierwszej, większej, stały proste drewniane stoły i ławy, gdzie siadali goście. W drugiej, mniejszej, znajdowała się kuchnia z wielkim piecem i szafami pełnymi naczyń. W kącie pierwszej izby za kontuarem Karol trzymał beczki z piwem i wódką, butelki z różnymi trunkami, czasem jakiś importowany włoski likier, który sprowadzał przez znajomych.

„Panie gospodarzu, nalej no!” — wołali stali bywalcy, wchodząc do środka i otrzepując się ze śniegu albo kurzu, w zależności od pory roku. „I przynieś coś pod ząb, bo brzuch mi świeci!”

Karol obsługiwał ich sprawnie, nalewał wódkę do małych kieliszków, piwo do glinianych kubków, przynosił talerzach kiełbasę, chleb ze smalcem, czasem grochówkę czy barszcz. Gospoda tętniła życiem szczególnie wieczorami, gdy rzemieślnicy kończyli pracę i przychodzili tu dla rozrywki.

„Słyszeliście, co się dzieje na dworze?” — zagadywał Tomasz Niewiadomski, cieśla mieszkający w sąsiedniej kamienicy. „Podobno car Aleksander znowu myśli o jakichś reformach. Mówią, że może nam nawet trochę więcej swobody da!”

„Aj, Tomku, nie bądź naiwny!” — odpowiadał mu Stanisław Grabowski, stolarz. „Oni nam nic nie dadzą z własnej woli. Jak im będzie wygodnie, to nas okradną jeszcze bardziej!”

Karol słuchał tych rozmów, ale rzadko się wtrącał. Polityka była niebezpiecznym tematem, a on — jako obcokrajowiec — wolał trzymać się z dala od takich sporów. Miał swoje zmartwienia — trzeba było płacić czynsz właścicielowi kamienicy, kupować towary, utrzymywać lokal w czystości i porządku.

W kamienicy pod numerem 2061 mieszkało około trzydziestu lokatorów. Obok szewca Kowalczyka była rodzina Grabowskich — stolarz ze żoną i czwórką dzieci. Wyżej mieszkali Litwini — Jan Szulc, piekarz, z żoną Katarzyną i dwójką synów. Na poddaszu kąt wynajmowała młoda wdowa, Marianna Kopeć, która utrzymywała się z prania i szycia. W oficynie z tyłu podwórka mieściły się warsztaty — stolarnia, kuźnia, warsztat kowalski.

„Pani Marianno!” — krzyczał czasem do podwórka któryś z sąsiadów. „Ma pani czas uprasować mi koszulę na niedzielę?”

„Mam, mam, proszę przynieść!” — odpowiadała Marianna, rozwieszona właśnie pranie na sznurach rozciągniętych przez podwórze.

Życie w tej kamienicy toczyło się swoim rytmem. Rano wszyscy wstawali wcześnie — o świcie słychać było trzaski drewna, gdy palono w piecach, brzęk garnków, krzyki dzieci. Potem zaczynała się praca — rzemieślnicy szli do swoich warsztatów, służące do bogatszych domów, kramarze rozkładali swoje towary na targach.


Ulica Wójtowska — nowy etap życia

W roku 1824, tuż przed ślubem z Magdaleną, Karol przeprowadził się na ulicę Wójtowską pod numer 1864. To była ulica o szczególnym charakterze i bogatej historii, wyznaczająca niegdyś naturalną granicę zwartej miejskiej zabudowy Nowej Warszawy.

Wójtowska biegła od brzegu skarpy wiślanej nieco poza ulicę Zakroczymską. Schodki łączyły ją z ulicą Rybaki. Wytyczona na przełomie XIV i XV wieku w związku z lokacją miasta, łączyła ulicę Przyrynek z Zakroczymską. Nazwa wywodziła się stąd, iż grunt, przez który przebiegała, był częścią uposażenia wójta Nowej Warszawy.

Przez kilka stuleci droga ta wyznaczała naturalną granicę zwartej miejskiej zabudowy — jej środkiem ku Wiśle płynął bowiem strumień zwany Nalewką, a obszary ciągnące się na północy stanowiły bądź bagienne nieużytki, bądź przeciwnie, żyzne gleby nadające się pod uprawę i wyrobiska gliny cenne dla rzemiosła. W 1621 roku usypano opodal Wały Zygmuntowskie, tak że Wójtowska znalazła się poza ich obrębem.

Jeszcze w drugiej połowie XVII wieku drewniane domostwa stały tylko po południowej stronie ulicy. W XVIII stuleciu na tych peryferiach miejskich chętnie osiedlała się szlachta — mieli tu swe dwory Kazimierz Mokronowski, chorąży warszawski, i Adam Wielądek, stolnik kijowski. Znaczną część zaś terenu wykupił Jan Fryderyk Sapieha, kanclerz wielki litewski, by poszerzyć swój pobliski pałac przy ulicy Zakroczymskiej.

Dopiero około połowy XVIII wieku strumień ujęto krytym kanałem, co umożliwiło przeprowadzenie w dalszych latach regulacji i brukowania ulicy. W połowie XIX wieku — gdy Karol tam mieszkał — na czterech zaledwie znajdujących się przy niej posesjach stały trzy kamienice i jeden dom drewniany.

Kamienica pod numerem 1864, gdzie Karol zamieszkał z Magdaleną po ślubie, należała do Józefa Jankowskiego, zamożnego mieszczanina. W 1854 roku właścicielem był już inny Jankowski — bądź syn, bądź krewny poprzedniego. Budynek był solidny, murowany, czteropiętrowy, z przestronnym podwórzem i oficynami.

„Witamy państwa Kanto!” — powiedziała Karolina Jankowska, żona właściciela, gdy Karol i Magdalena wprowadzali się do mieszkania na drugim piętrze. „Mam nadzieję, że będziecie się tu dobrze czuć. To uczciwy dom, sąsiedzi porządni.”

I rzeczywiście, sąsiedzi w kamienicy przy Wójtowskiej stanowili ciekawe towarzystwo. Tu mieszkał Walenty Grzeczyński, majster szewski, który prowadził warsztat w oficynie. Miał trzech czeladników — Józefa Jarosińskiego, Grzegorza Nickiego i jeszcze jednego młodego chłopaka, którego nazwiska nikt dokładnie nie pamiętał.

„Panie Grzeczyński, jak interes?” — pytał Karol, spotykając majstra na schodach.

„Oj, panie Kanto, ciężko” — odpowiadał szewc, wycierając spocone czoło. „Ludzie chcą tanio, a materiały drożeją. Ale jakoś się kręcimy!”

Grzeczyński był człowiekiem w średnim wieku, żonatym, z dwójką dzieci. Jego warsztat szewski mieścił się w oficynie, w dwóch ciemnych izbach o niskich sufitach. Zapach skóry i kleju unosił się tam nieustannie. Majster siedział przy oknie na niskim stołku, pochylony nad butem, który akurat naprawiał. Czeladnicy pracowali przy długim stole, szyją, krojąc skórę, przybijając podeszwy.

„Józefie, uważaj tam!” — krzyczał Grzeczyński do Jarosińskiego. „Ten but to dla urzędnika, musi być porządnie zrobiony! Jak mi go spieprzycie, to klient nie zapłaci!”

Józef Jarosiński był młodym czeladnikiem, może dwudziestoletnim, szczupłym i bladym. Pochodził z okolicznych wsi, przybył do Warszawy, by nauczyć się fachu. Mieszkał u majstra, spał w warsztacie na pryczy w kącie, jadł to, co mu dano, zarabiał grosze.

„Nie martw się, majstrze” — odpowiadał Józef. „Zrobię jak trzeba.”

W tej samej kamienicy mieszkała też Maryanna Kuczyńska, szwaczka, kobieta około czterdziestki, niezamężna, utrzymująca się z szycia dla bogatszych mieszczanek. Wynajmowała małą kawalerkę na trzecim piętrze, gdzie stała jej maszyna do szycia — jedna z pierwszych w okolicy — sprowadzona z Niemiec.

„Pani Marianno, czy mogłaby pani uszyć mi sukienkę na niedzielę?” — pytała Magdalena, sąsiadka z drugiego piętra.

„Oczywiście, pani Magdaleno! Proszę przyjść jutro, obierzemy materiał i krój.”

Marianna była kobietą pracowitą i skromną. Wstawała o piątej rano i szyła do późnego wieczora. Jej małe mieszkanko wypełnione było materiałami, nićmi, igłami, kawałkami sukna. Czasem przysypiała przy maszynie, zmęczona wielogodzinną pracą.

W kamienicy mieszkał też Karol Ostrowski, majster stolarski, oraz jego brat Józef Ostrowski, majster organmistrzowski — budowniczy organów kościelnych. Dwaj bracia prowadzili wspólne warsztaty w oficynie, choć każdy zajmował się swoim rzemiosłem.

„Bracie Józefie, pomóż mi no z tą deską!” — wołał Karol Ostrowski.

„Zaraz, zaraz, tylko dokończę tę fajkę organową!”

Józef Ostrowski był rzemieślnikiem wyjątkowym — jego organy słynęły w całej Warszawie. Pracował dla parafii, dla bogatych domów, gdzie instalowano instrumenty muzyczne. Jego warsztat był pełen tajemniczych narzędzi, rurek, mechanizmów. Czasem słychać było stamtąd dźwięki — Józef testował swoje dzieła, grając proste melodie.

Wśród lokatorów był też Motyl Kufert, majster stolarski wyznania mojżeszowego, oraz Moszek Alsztajn, blacharz. Żydzi stanowili znaczącą część mieszkańców warszawskich kamienic, zwłaszcza w dzielnicach rzemieślniczych. Kufert prowadził niewielki warsztat, gdzie naprawiał meble, robił proste stoły i krzesła.

„Panie Kufert, mógłby pan naprawić mi ten stół?” — pytał ktoś z sąsiadów.

„Mogę, mogę. Zostaw, zrobię do jutra.”

Motyl Kufert był drobnym, zgarbiony człowiekiem po pięćdziesiątce. Miał długą brodę i zawsze nosił jarmułkę. Mówił ze specyficznym akcentem, mieszając polski z jidysz. Ale był uczciwy w interesach i pracował solidnie, więc ludzie go szanowali.

Moszek Alsztajn, blacharz, mieszkał w suterynie. Jego warsztat mieścił się tam samo — w ciemnej, wilgotnej piwnicy, gdzie naprawiał garnki, robił rynny, blachy na dachy. Stukot młotka o blachę rozbrzmiewał stamtąd od rana do wieczora.

„Alsztajn, ucisz się tam!” — krzyczał czasem ktoś z góry. „Człowiek spać nie może!”

„Przepraszam, przepraszam!” — odpowiadał Moszek. „Zaraz skończę!”

W kamienicy mieszkała też Dorota Dmochowska, starsza pani, wdowa po urzędniku, która żyła „z własnych funduszów” — jak zapisano w spisie mieszkańców. Miała niewielką rentę po mężu i skromne oszczędności. Mieszkała na pierwszym piętrze, w dwóch pokojach wypełnionych starymi meblami i pamiątkami.

„Pani Doroto, jak się pani miewa?” — pytała Magdalena, spotykając ją na schodach.

„Oj, córeczko, stara już jestem. Nogi bolą, ręce sztywnieją. Ale dzięki Bogu żyję.”

Pani Dmochowska była pobożną katoliczką. Każdego ranka szła do pobliskiego kościoła na mszę, potem wracała do domu i spędzała dzień na modlitwie, czytaniu i drobnych pracach domowych.

Innym ciekawym lokatorem był Wiktor Nowakowski, urzędnik w magistracie. Był to młody człowiek, ambitny, wykształcony, marzący o karierze. Mieszkał sam w kawalerce na trzecim piętrze, a wieczorami studiował akta prawne i podręczniki administracji.

„Pan Nowakowski znowu się uczy do późna!” — mówili sąsiedzi. „Światło mu się świeci do północy!”

Wiktor rzeczywiście był pracowity. Pochodził z ubogiej rodziny szlacheckiej z okolic Płocka. Przyjechał do Warszawy, by zrobić karierę. Pracował w magistracie jako niższy urzędnik, ale marzył o awansie. Uczył się rosyjskiego, bo w administracji był to język coraz bardziej potrzebny.

W kamienicy działała też kawiarnia, prowadzona przez Hanę Goldsztejn, Żydówkę w średnim wieku. Kawiarnia mieściła się na parterze, obok bramy wjazdowej. Było to popularne miejsce spotkań mieszkańców i gości z okolicy.

„Pani Hano, kawę proszę!” — wołali bywalcy.

„Zaraz, zaraz, panowie!” — odpowiadała Hana, krzątając się za kontuarem.

Kawiarnia pani Goldsztejn była skromna — kilka stolików, proste krzesła, kontuarem z samowarem do wody. Ale kawa była dobra, a ceny przystępne. Przychodzili tu rzemieślnicy na krótką przerwę w pracy, urzędnicy na popołudniową kawę, studenci na dyskusje.

Byli też inni lokatorzy — Karolina Hanke, kucharka pracująca w bogatym domu przy Nowym Świecie, Franciszek Raczyński, strażnik miejski, Fryderyk Szmidt, czeladnik ciesielski, Jakób Sztajnhans, subiekt handlowy, Boruch Tusz, tasiemkarz, Józef Wodzyński, czeladnik stolarski.

„To jest prawdziwy mrówkowiec!” — mawiał Karol, obserwując życie kamienicy.

Każdy mieszkaniec miał swój rytm dnia, swoje troski, swoje marzenia. Rano kamienica budziła się do życia — słychać było trzaskanie drzwi, tupot nóg na schodach, krzyki dzieci, szczekanie psów. W ciągu dnia panował względny spokój — większość mieszkańców była w pracy. Wieczorem znów ożywienie — powroty do domów, przygotowanie kolacji, rozmowy na schodach i w bramie.

„Dobry wieczór, panie Kanto!” — witali sąsiedzi.

„Dobry wieczór, dobry wieczór!” — odpowiadał Karol, wchodząc po schodach do swojego mieszkania.

W niedziele i święta kamienica miała inną twarz. Ludzie ubierali się odświętnie i szli do kościołów lub synagogi. Potem rodziny spędzały czas razem — jedli wspólne obiady, chodzili na spacery, odwiedzali krewnych.


Ulica Bednarska — krótki przystanek

W 1826 roku, na krótko przed otwarciem wytwórni perfum, Karol z rodziną mieszkał przy ulicy Bednarskiej pod numerem 2673. To właśnie tu, czwartego czerwca 1826 roku, urodził się Roman, najmłodszy syn Karola.

Ulica Bednarska była jedną z głównych ulic tej części miasta. Nazwa pochodziła od bednarzy — rzemieślników wyrabiających beczki, których warsztaty tu niegdyś stały. W latach dwudziestych XIX wieku była to ulica o mieszanym charakterze — mieszkali tu rzemieślnicy, kupcy, drobni urzędnicy.

Kamienica pod numerem 2673 należała do rodziny mieszczańskiej, która wynajmowała mieszkania. Karol zajmował tu trzy pokoje na pierwszym piętrze. Z okien widać było ruchliwą ulicę, po której jeździły fury z towarem, szli przechodnie, biegały dzieci.

„Panie doktorze, proszę szybko!” — krzyczała Magdalena, gdy zaczęły się bóle porodowe. „Dziecko się rodzi!”

Akuszerka, starsza kobieta z wielkim doświadczeniem, pomogła Magdalenie urodzić zdrowego chłopca. Nazwali go Roman — na cześć świętego Romana, którego wspomnienie przypadało w tym okresie.

„To będzie silny chłopak!” — przepowiadała akuszerka, trzymając niemowlę. „Ma zdrowe płuca, słyszycie jak krzyczy!”

Chrzest Romana odbył się dwudziestego piątego czerwca w kościele Świętego Jana. Rodzicami chrzestnymi byli Andrzej Kowalewski — ten sam stolarz, który uratował Karola w 1813 roku — oraz jego żona Rozalia Artanowicz.

„Carlo, mój drogi przyjacielu!” — mówił Andrzej podczas uroczystości. „To dla mnie wielki zaszczyt być ojcem chrzestnym twojego syna! Będę się o niego troszczył jak o własne dziecko!”

„Dziękuję, Andrzeju. Ty jesteś moim najlepszym przyjacielem w Warszawie. Ufam ci bezgranicznie.”

Pobyt przy ulicy Bednarskiej był krótki. Już w następnym roku, 1827, Karol przeprowadził się ze swoim największym przedsięwzięciem — otwarciem wytwórni perfum przy Nowym Świecie.


Nowy Świat — Krakowskie Przedmieście nr 22 — szczyt prosperity

Kamienica pod numerem 22 przy Nowym Świecie — Krakowskim Przedmieściu była zupełnie innym światem niż poprzednie miejsca zamieszkania Karola. To był jeden z najbardziej prestiżowych adresów w Warszawie, położony przy głównym trakcie łączącym Zamek Królewski z południowymi dzielnicami miasta.

Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście stanowiły serce eleganckie Warszawy. Tu stały pałace magnackie, tu mieszkała arystokracja i bogaci mieszczanie, tu mieściły się najlepsze sklepy, kawiarnie, restauracje. Ruch na ulicy był nieustanny — przejeżdżały karety, szli elegancko ubrani przechodnie, żołnierze w mundurach, urzędnicy ze swoimi teczkach.

Kamienica numer 22 była solidnym, czteropiętrowym budynkiem z piękną fasadą. Na parterze mieściły się sklepy i kawiarnia, na wyższych piętrach — mieszkania zamożniejszych lokatorów. W bramie wjazdowej były eleganckie detale architektoniczne, klatka schodowa miała ozdobne balustrady.

Karol wynajął lokal na parterze, składający się z dwóch dużych sal i zaplecza. W pierwszej sali urządził sklep — z pięknymi witrynami, w których eksponował flakony z perfumami i butelki z wódkami pachnącymi. W drugiej sali i na zapleczu mieściła się wytwórnia — tu stały alembiki do destylacji, beczki ze spirytusem, regały z olejkami aromatycznymi, stoły robocze.

„Proszę państwa, witam w moim sklepie!” — mówił Karol do klientów wchodzących do eleganckiego wnętrza. „Oferuję najlepsze perfumy i wódki pachnące w całej Warszawie!”

Sklep szybko zyskał renomę. Kupowali tu zamożni mieszczanie, drobna szlachta, czasem nawet arystokracja. Perfumy Karola — robione z importowanych olejków róży, jaśminu, lawendy, bergamoty — pachniały wybornie. Wódki pachnące, aromatyzowane cynamonem, cytrusami, ziołami, miały nietypowy, przyjemny smak.

„Panie Kanto, czy ma pan jeszcze tę wodę różaną?” — pytały damy.

„Oczywiście, proszę pani. Najświeższa partia!”

W 1824 roku w tej samej kamienicy otwarto kawiarnię Aspazja, która szybko stała się modnym miejscem spotkań warszawskiej inteligencji. Kawiarnia mieściła się tuż obok sklepu Karola, więc często bywał tam na kawie i poznawał ciekawych ludzi.

„Panie Kanto, proszę dołączyć do nas!” — zapraszali go znajomi siedzący przy stoliku. „Właśnie dyskutujemy o najnowszej sztuce w Teatrze Narodowym!”

W połowie XIX wieku w kamienicy mieszkał architekt Symforian Szpadkowski, człowiek wykształcony i utytułowany. Miał biuro na pierwszym piętrze, gdzie projektował budynki dla bogatych klientów. Czasem schodził do sklepu Karola po perfumy dla żony.

„Dzień dobry, panie architekcie!” — witał go Karol. „Czym mogę służyć?”

„Potrzebuję perfum dla małżonki. Ma pan coś nowego?”

„Oczywiście! Właśnie dostałem olejek fiołkowy z Francji. Wspaniały zapach!”

Kamienica tętniła życiem. Na pierwszym piętrze mieszkał urzędnik wysokiego szczebla z żoną i dwójką dzieci. Na drugim — zamożny kupiec sukienniczy. Na trzecim — lekarz prowadzący prywatną praktykę. Na najwyższym piętrze — młody malarz, który wynajmował pracownię z dobrym światłem.

W oficynie z tyłu podwórka mieszkali ludzie skromniejsi — rzemieślnicy, służba, drobni kramarze. To był charakterystyczny podział warszawskich kamienic — front dla bogatych, oficyna dla biednych.

„Kamienica jak gmina!” — mawiał Karol, obserwując to zróżnicowanie.

Podwórze kamienicy pod numerem 22 było przestronne, brukowane. Stały tam studnia, szopy na drewno i węgiel, ustęp w drewnianej budce. Dzieci bawiły się na podwórku, służące prały i wieszały pranie na sznurach.

„Józiu, przestań biegać!” — krzyczała matka do syna. „Potrącisz panią z praniem!”

Życie kamienicy miało swój rytm. Rano wszystko budziło się wcześnie — służące szły po wodę do studni, palono w piecach, gotowano śniadania. Potem zaczynała się praca — sklepy na parterze otwierały drzwi, rzemieślnicy rozpoczynali pracę w warsztatach, dzieci szły do szkoły (jeśli rodzice mieli na to pieniądze).

Około południa kamienica nieco cichła — ci, co mogli, jedli obiady i odpoczywali. Popołudnie znów przynosiło ożywienie — handel trwał, warsztat pracowały, po ulicy jeździły fury dowożące towary.

Wieczorem kamienica powoli zasypiała. Sklepy zamykały się, ludzie wracali do domów. Przy Nowym Świecie zapalały się latarnie olejowe, rzucające żółtawe światło na bruk. Elegancka publiczność szła do teatru, do restauracji, na przyjęcia. Z okien kawiarni Aspazja dochodziła muzyka i śmiechy.

„Piękne życie!” — myślał Karol, patrząc z okna swojego sklepu na tętniącą życiem ulicę.

Ale nie wszystko było piękne. W 1830 roku wybuchło powstanie listopadowe, które na wiele miesięcy wstrząsnęło Warszawą. Przez ulice przechodziły oddziały wojska, słychać było strzały, czasem dochodziło do walk. Karol zamykał sklep i siedział z rodziną w mieszkaniu, modląc się, by przetrwali.

Po upadku powstania w 1831 roku nastały trudne czasy. Represje rosyjskie, zamknięcie uniwersytetu, wyjazd wielu Polaków na emigrację — to wszystko wpływało na nastroje w mieście. Interesy karlały, ludzie mieli mniej pieniędzy, perfumy przestały być priorytetem.

„Hej, Karol, jak interes?” — pytał Antoni Zanetini, odwiedzając przyjaciela.

„Źle, Antoni, bardzo źle. Ludzie kupują tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Perfumy to luksus, na który teraz nie stać większość klientów.”

Ale Karol był twardym człowiekiem. Przeżył kampanię rosyjską, przeżyje i to. Zmniejszył produkcję, zwolnił część pomocników, sam więcej pracował. Jakoś się kręcił.

W kamienicy pod numerem 22 życie też się zmieniło. Niektórzy lokatorzy wyjechali — ci, którzy uczestniczyli w powstaniu i obawiali się represji. Inni przyszli — głównie Rosjanie, urzędnicy cara, którzy zajmowali coraz więcej stanowisk w administracji.

„Teraz tu będą Moskale rządzić!” — narzekali Polacy.

„Cicho bądź!” — uciszali ich ostrożniejsi. „Doniosą, i będziesz miał kłopoty!”

W drugiej połowie XIX wieku kamienica nadal służyła jako centrum handlowe i mieszkalne. Pod koniec stulecia zbudowano obecną kamienicę, jeszcze bardziej okazałą. Mieściła się tu wytwórnia fortepianów Juliana Hincza — renomowana firma produkująca instrumenty muzyczne. Mieszkał tu architekt Marceli Berent i malarz Józef Turowski.

Na początku XX wieku w kamienicy funkcjonował bar Strycki, Salon Sztuki Wołowskiego i zakład elektromechaniczny M. Piotrowskiego. W 1906 roku umieszczono tu redakcję młodopolskiego periodyku „Chimera” Zenona Przesmyckiego „Miriama”. W latach trzydziestych działał tu sklep z porcelaną i szkłem Kazimierza Kinasta.

Ale to wszystko było już po czasach Karola Kanto. On prowadził swój sklep i wytwórnię do około 1840 roku, potem przekazał interes synowi Aleksandrowi i przeszedł na zasłużoną emeryturę.


Roman Kanto — wędrówka po Warszawie

Roman Kanto, najmłodszy syn Karola, urodzony w 1826 roku przy ulicy Bednarskiej, miał zupełnie inne życie niż ojciec. Nie był przedsiębiorcą, nie prowadził własnego interesu. Był skromnym rzemieślnikiem — czeladnikiem lakierniczym — który przez całe życie pracował najemnie i często zmieniał miejsce zamieszkania.

W 1852 roku Roman mieszkał przy ulicy Marymoncką pod numerem 2648. Ulica Marymoncką biegła na północnych przedmieściach Warszawy, w okolicy Marymontu. Była to dzielnica uboższa, gdzie mieszkali głównie robotnicy, drobni rzemieślnicy, służba.

Kamienica pod numerem 2648 była skromnym budynkiem, drewniano-murowanym, z małymi mieszkaniami. Roman wynajmował kawalerkę — jedną izbę z kuchnią — za niewielki czynsz. Zarabiał mało, ledwo starczało na życie.

„Panie Kanto, czynsz proszę!” — upominał się właściciel kamienicy pierwszego dnia każdego miesiąca.

„Zaraz, zaraz, mam tu…” — Roman liczył grosze, zbierając potrzebną sumę.

Pracował w lakierni przy ulicy Długiej, gdzie lakierowano meble, powóz, różne drewniane przedmioty. Praca była ciężka — trzeba było przygotowywać powierzchnie, nakładać lakier równymi warstwami, polerować. Lakier miał ostrą zapach, który wżerał się w ubranie i skórę.

„Roman, uważaj tam!” — krzyczał majster. „Ten stół to dla pana hrabiego, musi błyszczeć jak lustro!”

„Dobrze, majstrze” — odpowiadał Roman, pochylony nad stołem.

W którymś momencie Roman dostał pracę w teatrze — oczywiście w charakterze rzemieślnika. Został tzw. oficjalistą.

W 1854 roku Roman przeniósł się na ulicę Bonifraterską pod numer 2158. Bonifraterska była ulicą w centrum Warszawy, bliżej jego miejsca pracy. Kamienica pod tym numerem była nieco lepsza — murowana, z wygodniejszymi mieszkaniami.

Trzy lata później, w 1857 roku, Roman mieszkał już przy ulicy Gęsiej pod numerem 2291 (lub 2293, w różnych dokumentach zapisywano różnie). To był kolejny krok w jego życiowej wędrówce po warszawskich kamienicach.

Ulica Gęsia była sercem żydowskiej dzielnicy Warszawy, centrum handlu tekstylnego. Jak opisywał Mosze Zonszajn, „Ulica Gęsia to centrum handlu tekstylnego. Wsysa wyroby polskich ośrodków przemysłowych, a następnie rozprowadza je po wszystkich zakątkach kraju, a nawet poza jego granice.”

Na handlowym odcinku Gęsiej nie było prawie mieszkań. Każdy skład, każda izba i piwnica to sklep wypchany od podłogi po sufit materiałami krawieckimi. W niektórych domach handlowano materiałami nawet na schodach prowadzących z jednego piętra na drugie. Na Gęsiej zawsze pełno było kupców i handlarzy, pośredników i spedytorów, fabrykantów i rzemieślników, furmanów i tragarzy.

Kamienica pod numerem 2293, gdzie mieszkał Roman, należała do Lewka Justmana, zamożnego Żyda trudniącego się handlem. W domu tym mieszkali głównie Żydzi, choć byli też Polacy — jak Roman czy Zofia Piotrowska, kucharka.

„Dobry wieczór, panie Kanton!” — witał Roman Mosiek Dziubek, czeladnik piekarski mieszkający w sąsiednim pokoju.

„Dobry wieczór!” — odpowiadał Roman, zmęczony po całym dniu pracy.

W kamienicy mieszkał też Jan Dancigier, mularz, Nepomucena Gerszykiewicz, szwaczka, i inni. Życie na Gęsiej było głośne, chaotyczne, pełne ruchu. Z rana słychać było krzyki handlarzy wykrzykujących swoje towary, stukot fur dostarczających materiały, rozmowy w jidysz, polsku, rosyjsku.

„Kupujcie, kupujcie najlepsze sukno!” — wołali handlarze.

„Tani futer, prosto z fabryki!”

„Jedwab, atłas, wszystko co potrzeba!”

Roman pracował dorywczo w lakierni gdzieś na Pradze, więc codziennie musiał przechodzić przez most na Wiśle. Rano wychodził wcześnie, wracał późnym wieczorem. W niedziele odpoczywał — chodził do kościoła, czasem spotykał się z rodzeństwem, czasem po prostu leżał w łóżku, odpoczywając zmęczone ciało.

W 1851 roku pierwsza żona Romana, Marianna Wachowska, była zameldowana przy ulicy Zielnej pod numerem 2080. To była ta sama ulica, gdzie kiedyś jego ojciec Karol prowadził gospodę! Czy to zbieg okoliczności, czy świadoma decyzja? Trudno powiedzieć.

Marianna była kobietą prostą, może służącą lub szwaczką. Poznali się gdzieś na ulicy, zakochali, pobrali. Małżeństwo było krótkie — Marianna zmarła młodo, może przy porodzie, może na cholerę lub inną chorobę. Roman został wdowcem.

W 1875 roku Roman mieszkał już na Pradze, w dzielnicy Szmulowizna. Praga była wówczas biedną, robotniczą dzielnicą, oddzieloną od właściwej Warszawy Wisłą. Mieszkali tu głównie robotnicy, drobni rzemieślnicy, Żydzi.

„Przewodnik warszawski informacyjno-adresowy za rok 1870” wymienia: „Kanton Roman: czeladnik lakierniczy, Praga 233”. To był szczyt jego kariery — nadal czeladnik, nadal najemny robotnik, nadal żyjący z dnia na dzień.

Ale Roman nie narzekał. Miał pracę, miał dach nad głową, miał co jeść. To było więcej niż mieli miliony ludzi w ówczesnej Europie. Wieczorami, gdy wracał do swojej małej kawalerki na Pradze, siadał przy oknie i patrzył na światła Warszawy po drugiej stronie Wisły.

„Ojciec miał lepiej” — myślał czasem. „Miał własny interes, sklep, szacunek ludzi. A ja? Jestem tylko czeladnikiem.”

Ale potem przypominał sobie opowieści ojca o kampanii rosyjskiej, o śmierci i zniszczeniu, o tym, jak cudem przeżył. I Roman rozumiał, że życie to dar, że sam fakt istnienia to już szczęście.

„Żyję” — mówił sobie. „To najważniejsze.”

I rzeczywiście, żył swoim prostym, skromnym życiem, pracując uczciwie, nie szkodząc nikomu, znajdując radość w małych rzeczach — w niedzielnym spacerze, w rozmowie z sąsiadem, w kubku gorącej zupy po ciężkim dniu pracy.

Taka była historia Romana Kanto, syna włoskiego przybysza, który stał się warszawiakiem i żył tym, czym żyła większość mieszkańców miasta — pracą, nadzieją i cierpliwym trwaniem.

Rozdział 4: Małżeństwa synów

nowe gałęzie rodu

Aleksander Ferdynand — droga do Łasku

Wiosna roku 1844 nadeszła do Warszawy z gwałtowną mocą — śnieg topniał niemal z dnia na dzień, Wisła przybierała, a na drzewach pękały pąki. Dwudziestego pierwszego letnia lutego tego roku — choć kalendarz wiosny jeszcze nie pokazywał — w małej miejscowości Kolumna pod Łaskiem miało się wydarzyć coś, co połączy dwie rodziny: włosko-warszawskich Kantonów i rdzennie polskich Świętochowskich.

Aleksander Ferdynand Kanton, syn Karola Kanto i jego pierwszej partnerki, miał wówczas niespełna dwadzieścia jeden lat. Urodzony ósmego maja 1823 roku w Warszawie, ochrzczony tego samego dnia w kościele parafialnym Cyrkułu II, wyrósł na szczupłego, ciemnowłosego młodzieńca o żywych, inteligentnych oczach — odziedziczonych po włoskim ojcu. Od najmłodszych lat przejawiał niezwykłe zainteresowanie szyciem i krawiectwem, co początkowo niepokoiło Karola.

„Synku, to nie jest zajęcie dla mężczyzny!” — mówił Karol, patrząc, jak mały Aleksander szyje sukienki lalkom siostry. „Mężczyzna powinien trzymać w ręku szablę albo młot, a nie igłę!”

„Ale tatusiu, krawiec to dobry zawód!” — odpowiadał chłopiec. „Pan Kowalski, krawiec z Nowego Świata, to ma piękny sklep i wszyscy go szanują!”

I rzeczywiście, wbrew obawom ojca, Aleksander wybrał właśnie tę ścieżkę. Gdy miał czternaście lat, Karol oddał go na naukę do mistrza krawieckiego, Jana Wojciechowskiego, który prowadził renomowany warsztat przy ulicy Długiej. Nauka była ciężka — Aleksander wstawał o świcie, przynosił wodę, palił w piecu, przygotowywał materiały, obsługiwał mistrza i starszych czeladników. Dopiero po roku pozwolono mu dotykać tkanin, a po dwóch — szyć proste rzeczy.

„Chłopcze, uważaj na te szwy!” — krzyczał mistrz Wojciechowski, kontrolując pracę ucznia. „To ma być równe, a nie jak pijany robił! Pruj i rób od nowa!”

Ale Aleksander miał talent. Jego palce były zręczne, oko wyćwiczone, a cierpliwość niemal nieograniczona. Potrafił godzinami siedzieć pochylony nad materiałem, wykonując miniaturowe ściegi, które tworzyły piękne wzory. Gdy po pięciu latach nauki otrzymał status czeladnika, mistrz Wojciechowski powiedział do Karola:

„Panie Kanto, pański syn to ma złote ręce. Nie widziałem takiego talentu od lat! Będzie z niego mistrz, zobaczysz pan!”

Jako czeladnik Aleksander pracował jeszcze przez kilka lat u różnych mistrzów w Warszawie, zdobywając doświadczenie i oszczędzając pieniądze. Marzył o własnym warsztacie, ale wiedział, że w Warszawie konkurencja jest ogromna. Może gdzie indziej, w mniejszym mieście, miałby większe szanse?

Los zrządził, że w 1843 roku poznał Wojciecha Bieńkowskiego, podróżnego handlarza suknem z okolic Łasku. Bieńkowski regularnie przyjeżdżał do Warszawy, by kupować materiały, które potem sprzedawał na prowincji. Często zachodził do warsztatu, gdzie pracował Aleksander, zamawiając proste usługi krawieckie.

„Panie Aleksandrze, ma pan może ochotę przyjechać do Łasku?” — zapytał Bieńkowski któregoś dnia. „Tam jest zapotrzebowanie na dobrych krawców. Szlachta potrzebuje eleganckich ubrań, a miejscowi rzemieślnicy to często partacze.”

„Do Łasku?” — zdziwił się Aleksander. „Nigdy tam nie byłem. To daleko od Warszawy?”

„Jakieś sto mil. Ale warto! Spokojniejsze życie, tańsze, a zarobić można uczciwie.”

Aleksander zastanawiał się nad propozycją. Z jednej strony — opuścić Warszawę, miasto, w którym się urodził i wychował? Z drugiej — może tam czekała na niego przyszłość?

„Pomyślę o tym, panie Wojciechu” — odpowiedział w końcu.

Ale los zdecydował za niego. Podczas jednej z kolejnych wizyt Bieńkowski zabrał ze sobą młodą kobietę — swoją bratanicę, Józefę Świętochowską.


Józefa Świętochowska — dziedzictwo chłopskiego rodu

Józefa była kobietą niezwykłą. Urodzona siódmego kwietnia 1817 roku w Mogielnicy, niewielkiej miejscowości w powiecie rawskim, miała w opisywanym czasie dwadzieścia sześć lat — była więc o pięć lat starsza od Aleksandra. To jak na owe czasy spora różnica, zwłaszcza że tradycyjnie to mężczyzna powinien był być starszy. Ale Józefa nie była kobietą trzymającą się ściśle konwenansów.

Wysoka, o ciemnych włosach splecionych w warkocz, z pięknymi, choć smutnymi oczami, nosiła w sobie historię swojego rodu — rodu Świętochowskich, chłopów z okolic Łęczycy, którzy przez pokolenia uprawiali ziemię i walczyli o przetrwanie.

Jej pradziadkiem był Maciej Świętochowski — niektóre dokumenty wymieniają go też jako Marcina — chłop z okolic Łęczycy, który żył w połowie XVIII wieku. Maciej poślubił Katarzynę Brzozowską i doczekał się z nią kilkorga dzieci. Życie nie było dla nich łaskawe — dwie córki, bliźniaczki Marianna i Barbara, urodzone w 1768 roku, zmarły zaledwie rok później. Taka była rzeczywistość tamtych czasów — dziecięca śmiertelność była przerażająco wysoka.

„Bóg dał, Bóg wziął” — szeptała Katarzyna, klęcząc nad małymi trumienkami. „Niech będzie imię Pańskie błogosławione.”

Ale Maciej i Katarzyna mieli też dzieci, które przeżyły. Dominik, urodzony w 1765 roku, Katarzyna, urodzona w 1773, i najmłodszy — Walenty, który przyszedł na świat dziesiątego lutego — choć w niektórych dokumentach widnieje rok 1775, w innych 1784.

Walenty Świętochowski okazał się człowiekiem przedsiębiorczym. W czasach, gdy chłopi byli jeszcze pańszczyźnianym, zdołał osiągnąć pewną niezależność. Nie wiadomo dokładnie jak — może przez pracowitość, może przez szczęśliwe okoliczności — ale stał się dzierżawcą niewielkiego gospodarstwa.

Czternastego lutego 1809 roku, w Otalążkach pod Mogielnicą, Walenty poślubił Teklę Borkowską, dziewczynę urodzoną w 1778 roku. Tekla była córką miejscowego chłopa, kobietą silną fizycznie i duchem, przyzwyczajoną do ciężkiej pracy w polu.

Walenty Świętochowski, zapowiedzi i ślub, Mogielnica, 1809/19

„Walenty, obiecujesz, że będziesz mnie miłował i szanował?” — pytała Tekla przed ślubem.

„Obiecuję, Teklo. Będziemy razem pracować, razem się modlić i razem wychowywać dzieci, które nam Bóg da.”

Bóg dał im córki. Pierwsza, Józefa, urodziła się siódmego kwietnia 1817 roku w Mogielnicy. Druga, Tekla, przyszła na świat dwudziestego czwartego marca 1820 roku w Chruślinie, wsi należącej do parafii Lisiewice. Ale mała Tekla przeżyła zaledwie trzy dni — zmarła dwudziestego siódmego marca. Znowu śmierć niemowlęcia, znowu łzy matki, znowu maleńka trumienka.

„Czemu Bóg mi zabiera dzieci?” — płakała Tekla Borkowska, trzymając w ramionach martwe ciałko córeczki. „Co takiego złego zrobiłam?”

Walenty próbował ją pocieszyć, ale sam był złamany. Młoda Józefa, mająca wówczas trzy lata, patrzyła wielkimi oczami na płaczących rodziców, nie rozumiejąc do końca, co się dzieje.

Zaledwie miesiąc później, dziewiętnastego kwietnia 1820 roku, zmarła sama Tekla Borkowska. Miała czterdzieści dwa lata. Przyczyna śmierci nie jest znana — może gorączka połogowa, może wyczerpanie po trudnym porodzie, może jakaś choroba, która rozwinęła się błyskawicznie.

Walenty został wdowcem z małą córeczką. Józefa, niespełna trzyletnią dziewczynkę, wzięły pod opiekę krewne — ciotki, babki, sąsiadki. Wychowywała się w chłopskim domu, pomagając w gospodarstwie, ucząc się kobiecych obowiązków — gotowania, szycia, prania, pracy w polu.

„Józefo, chodź, nauczę cię dojenia krowy” — mówiła ciotka Marianna.

„Józefo, trzeba prząść wełnę, patrz, jak to się robi” — uczyła ją babka Katarzyna.

Dziewczynka rosła na silną, samodzielną kobietę. Uczyła się też czytać — co w chłopskiej rodzinie było rzadkością — dzięki miejscowemu organiście, który prowadził szkółkę parafialną dla dzieci.

„Pan Bóg dał ci rozum, Józefo” — mówił organista. „Nie marnuj go. Czytaj, ucz się, rozwijaj.”

Tekla Borkowska, akt zgonu, Chruślin, Lisiewice 1820/23

Gdy Józefa miała około dwudziestu lat, wuj Wojciech Bieńkowski — brat jej zmarłej matki — zaproponował, by pojechała z nim do Warszawy.

„Zobaczysz świat, Józefo. Warszawa to wielkie miasto, takie jak nie widziałaś nigdy. Może znajdziesz tam męża, jakiegoś porządnego rzemieślnika?”

Józefa wahała się. Opuścić wieś, w której spędziła całe życie? Pojechać do wielkiego, obcego miasta? Ale ciekawość zwyciężyła.

„Dobrze, wujku. Pojadę.”


Spotkanie w Warszawie

Ich pierwsze spotkanie miało miejsce w zimowy dzień stycznia 1844 roku, w warsztacie krawiecki przy ulicy Długiej, gdzie pracował Aleksander. Wojciech Bieńkowski przyszedł zamówić kilka sztuk sukna, a towarzyszyła mu Józefa.

„Panie Aleksandrze, poznaj moją bratanicę, Józefę Świętochowską” — przedstawił ją Bieńkowski.

Aleksander podniósł wzrok znad materiału, który akurat kroił, i zobaczył ją. Stała w drzwiach warsztatu, w prostej wiejskiej sukni, z chustą na głowie, ale jej postawa była dumna, a spojrzenie — pewne.

„Dzień dobry, pani Józefo” — powiedział, wycierając ręce w fartuch.

„Dzień dobry, panie…” — zawahała się, nie znając jego imienia.

„Aleksander. Aleksander Kanton.”

„Kanton? To nie polskie nazwisko” — zauważyła.

„Ojciec mój to Włoch z Parmy. Przybył do Warszawy z wojskami napoleońskimi i tu już został.”

„Ach, rozumiem.”

Rozmawiali jeszcze chwilę, o błahostkach — o pogodzie, o Warszawie, o różnicy między miastem a wsią. Ale coś między nimi zaiskrzyło — jakaś chemia, jakieś wzajemne zainteresowanie.

„Józefo” — powiedział Bieńkowski, gdy wychodzili z warsztatu — „podobał ci się ten młody krawiec?”

Józefa zarumieniła się lekko.

„Jest… miły.”

„Miły! Ha! Widziałem, jak na ciebie patrzył! I ty na niego podobnie!”

„Wujku, nie mów głupstw!”

Ale Bieńkowski miał rację. W ciągu następnych tygodni Aleksander znajdował rozmaite preteksty, by odwiedzić dom, gdzie zatrzymywali się Bieńkowski z Józefą. Przynosił próbki materiałów, rozmawiał o interesach, ale naprawdę chodziło mu o spotkanie z Józefą.

„Pani Józefo, czy mogłaby pani pójść ze mną na spacer?” — zapytał któregoś dnia.

„Spacer? W środku zimy?”

„Śnieg przestał padać, słońce świeci. Będzie miło.”

Chodzili po Krakowskim Przedmieściu, po Nowym Świecie, po Łazienkach. Aleksander opowiadał o Warszawie, o swojej rodzinie, o marzeniach o własnym warsztacie. Józefa opowiadała o wsi, o swojej rodzinie, o trudnym dzieciństwie bez matki.

„Byłaś bardzo samotna?” — pytał Aleksander.

„Tak. Ale to mnie zahartowało. Nauczyło samodzielności.”

„Podziwiam cię za to.”

Ich uczucie rosło szybko. Po miesiącu Aleksander poprosił Bieńkowskiego o rękę Józefy.

„Panie Wojciechu, wiem, że Józefa nie ma ojca, więc zwracam się do pana jako do jej opiekuna. Proszę o jej rękę.”

Bieńkowski popatrzył na niego surowo.

„Młody jesteś, panie Aleksandrze. Ona starsza od ciebie o pięć lat.”

„Wiem. Ale to nie ma znaczenia.”

„Nie masz własnego warsztatu, nie masz pieniędzy.”

„Będę pracował dzień i noc, żeby jej zapewnić godziwe życie.”

Bieńkowski milczał chwilę, potem uśmiechnął się.

„Widzę, że się kochacie. Dobrze. Daję wam błogosławieństwo.”

Ślub w Kolumnie

Siedemnastego lutego 1844 roku, w małym kościółku w Kolumnie pod Łaskiem, Aleksander Ferdynand Kanton poślubił Józefę Świętochowską. Ceremonii przewodniczył miejscowy proboszcz, ksiądz Józef Kowalski, starszy kapłan o siwej brodzie i łagodnym głosie.

„Czy ty, Aleksandrze, bierzesz sobie Józefę za małżonkę, przyrzekając jej miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz że jej nie opuścisz aż do śmierci?”

„Biorę” — odpowiedział Aleksander stanowczo.

„A ty, Józefo, czy bierzesz sobie Aleksandra za małżonka…?”

„Biorę” — powiedziała Józefa, patrząc mu w oczy.

Świadkami ślubu byli Kacper Bieńkowski i Antoni Wasiewicz — obaj znajomi rodziny Józefy, miejscowi chłopi, którzy znali ją od dziecka.

„Niech Bóg wam błogosławi!” — mówił Kacper po ceremonii, ściskając rękę pana młodego. „Józefa to dobra dziewczyna, pracowita. Będzie z was szczęśliwa para!”

„Dziękuję, panie Kacprze” — odpowiadał Aleksander.

Skromne wesele odbyło się w domu Bieńkowskich. Było kilkunastu gości — krewni Józefy, sąsiedzi, znajomi. Jedzono proste, ale obfite potrawy — barszcz, kaszę, pieczeń z kury, chleb, placki. Pito wódkę i piwo. Śpiewano pieśni — i te weselne, i te smutne, o niełatwym losie chłopa.

„Za młodą parę!” — wznosił toast Bieńkowski. „Niech im Bóg da zdrowie, potomstwo i dostatek!”

„Niech żyją!” — odpowiadali goście.

Józefa siedziała obok Aleksandra, trzymając go za rękę. Była szczęśliwa. Po tylu latach samotności, po ciężkim życiu na wsi, wreszcie miała kogoś, kto ją kochał, kto się o nią troszczył.

„Będziemy szczęśliwi?” — szepnęła do ucha męża.

„Najszczęśliwsi na świecie” — odpowiedział.

Po weselu młoda para wróciła do Warszawy. Aleksander wynajął małe mieszkanko przy ulicy Bednarskiej — ironicznie, niedaleko od miejsca, gdzie urodził się jego młodszy brat Roman. Tam rozpoczęli wspólne życie.

Aleksander pracował jako czeladnik, oszczędzając pieniądze na własny warsztat. Józefa zajmowała się domem, szyla, prała, gotowała. Byli ubodzy, ale szczęśliwi.

„Kochanie, zobacz, uszyłam ci nową koszulę!” — pokazywała mu efekty swojej pracy.

„Piękna! Jesteś najlepsza!”

W 1845 roku urodziło się ich pierwsze dziecko. Potem następne. Rodzina rosła, a z nią — troski i radości.


Roman i Marianna Wachowska — pierwsze małżeństwo

Roman Kanton, najmłodszy syn Karola, miał zupełnie inny charakter niż brat Aleksander. Urodzony czwartego czerwca 1826 roku, ochrzczony dwudziestego piątego czerwca w kościele Świętego Jana, wychował się w cieniu starszego, bardziej utalentowanego brata. Aleksander był krawcem, artystą igły i nici. Roman nauczył się lakiernictwa — fachu mniej prestiżowego, ale równie potrzebnego.

Lakiernicy lakierowali meble, powozy, instrumenty muzyczne, różne drewniane przedmioty. Praca wymagała precyzji i cierpliwości, ale nie przynosiła wielkich dochodów. Roman był prostym czeladnikiem, pracującym najemnie u różnych mistrzów.

Roman Kanton, ślub 1, Warszawa Nawiedzenie NMP, akt. 1851/199

W 1851 roku, mając dwadzieścia pięć lat, poznał Mariannę Wachowską, dziewczynę urodzoną w 1832 roku, a więc młodszą od niego o sześć lat. Marianna mieszkała przy ulicy Zielnej pod numerem 2080 — tej samej ulicy, gdzie kiedyś Karol prowadził swoją pierwszą gospodę.

August Wachowski, zgon: Warszawa Nawiedzenie NMP, akt.1847/158

Marianna pochodziła z rodziny o długiej, choć niełatwej historii. Jej pradziadkiem był Józef Wachowski z powiatu rawskiego — chłop, rolnik, który wraz z żoną Małgorzatą Antoniną Wiśniewską uprawiał ziemię i walczył o przetrwanie.

Józef i Małgorzata mieli dwóch synów: Aleksego, urodzonego w 1771 roku, i Augusta, urodzonego w 1787 w Sterdyniu w powiecie siedleckim. August Wachowski był kołodziejem — rzemieślnikiem wyrabiającym koła do wozów. To była ciężka, fizyczna praca, wymagająca siły i umiejętności.

August poślubił Wiktorię Antoninę Michałowską i mieli razem kilkoro dzieci. Pierwsza była Józefa Katarzyna, urodzona dwudziestego szóstego kwietnia 1823 roku w Warszawie. Potem przyszedł Piotr, urodzony drugiego października 1825 roku, ale zmarł zaledwie w wieku trzech lat — dwudziestego czwartego maja 1829 roku. Kolejna była Marianna, urodzona w 1832 roku, oraz najmłodsza Katarzyna, urodzona dwudziestego piątego listopada 1836 roku, która zmarła jako niemowlę pierwszego września 1837 roku.

Józefa Katarzyna Wachowska, akt urodzenia Warszawa ASC Cyrkuł VI, 1823/195

August Wachowski zmarł szóstego lutego 1847 roku w Warszawie, mając sześćdziesiąt lat. Wiktoria pozostała wdową z dwójką dorosłych córek — Józefą i Marianną.

„Mamo, co teraz będzie?” — pytała młoda Marianna, mająca wówczas piętnaście lat.

„Będziemy pracować, córko. Józefa już ma męża, ty też wkrótce wyjdziesz za mąż. Jakoś przeżyjemy.”

Józefa Katarzyna rzeczywiście wyszła już za mąż — siódmego czerwca 1842 roku poślubiła Józefa Jabłońskiego, sukiennika urodzonego w 1801 roku w Łęcznej. Po latach, już jako wdowa, ponownie wyszła za mąż — piątego lutego 1867 roku poślubiła Andrzeja Hoffmana, robotnika urodzonego w 1829 roku w Warszawie.

Marianna była piękną dziewczyną — wysoka, o jasnych włosach i błękitnych oczach. Pracowała jako służąca w bogatych domach, co było typowym zajęciem dla dziewcząt z uboższych rodzin. Poznała Romana Kanto przypadkowo — na targu przy placu Żelaznej Bramy, gdzie oboje robili zakupy.

„Przepraszam, czy mogłabym przejść?” — powiedziała, próbując przecisnąć się między straganami.

„Oczywiście, proszę!” — Roman usunął się, by zrobić jej miejsce, i wówczas ich spojrzenia się spotkały.

„Dziękuję” — uśmiechnęła się.

„Nie ma za co. Przepiękny dzień, prawda?”

Rozmawiali jeszcze chwilę, potem Roman odprowadził ją do domu. Spotkania się powtarzały — raz, drugi, trzeci. Po kilku miesiącach znajomości Roman poprosił o jej rękę.

„Marianno, wiem, że jestem tylko prostym lakiernikiem. Nie jestem bogaty, nie mogę ci zaoferować wspaniałego życia. Ale kocham cię. Czy wyjdziesz za mnie?”

Marianna patrzyła na niego poważnie. Nie był bogaty, to prawda. Ale był uczciwy, pracowity, dobry. A to się liczyło.

Katarzyna Wachowska, ślub: Warszawa Nawiedzenie NMP 1842/74

„Wyjdę, Romanie.”

Drugiego października 1851 roku w Warszawie Roman Kanto poślubił Mariannę Wachowską. Świadkami byli Mateusz Wiktor Rybałtowski, urodzony w 1827 roku, i Jacenty Zych, urodzony w 1823 roku — obaj koledzy Romana z pracy.

„Czy ty, Romanie, bierzesz sobie Mariannę…?”

„Biorę.”

„A ty, Marianno…?”

„Biorę.”

Skromne wesele odbyło się w małej gospodzie przy ulicy Grzybowskiej. Było kilkunastu gości — rodzina, przyjaciele, koledzy z pracy. Pito wódkę, śpiewano pieśni, życzono młodej parze szczęścia.

„Niech wam Bóg da dużo dzieci!” — życzył Jacenty Zych.

„I żebyście żyli długo i szczęśliwie!” — dodawał Mateusz Rybałtowski.

Roman i Marianna zamieszkali w małej kawalerce przy ulicy Gęsiej. Życie było trudne — Roman zarabiał mało, Marianna musiała dorabiać, biorąc pranie do domu od bogatszych mieszczanek. Ale byli razem, kochali się, wspierali wzajemnie.

Rodziły się dzieci. Pierwsze, drugie, trzecie… Każde kolejne dziecko to była radość, ale i dodatkowy ciężar. Jak wyżywić rosnącą rodzinę? Jak zapewnić dzieciom przyszłość?

„Romanie, jak my to wszystko udźwigniemy?” — pytała Marianna, trzymając w ramionach kolejne niemowlę.

„Jakoś damy radę, kochanie. Bóg nie opuści tych, którzy w Niego wierzą.”

Ale los był okrutny. Marianna była kobietą delikatnego zdrowia. Kolejne ciąże i porody wyczerpywały jej organizm. We wrześniu 1874 roku, mając prawdopodobnie czterdzieści dwa lata, zmarła. Przyczyna śmierci nie jest dokładnie znana — może gruźlica, może wyczerpanie, może jakaś choroba, która rozwinęła się nagle.

Roman został wdowcem z kilkorgiem dzieci. Miał czterdzieści osiem lat i czuł się jak starzec. Jak miał sobie poradzić sam? Jak wychować dzieci bez matki?

„Panie Boże, czemu mi ją zabrałeś?” — modlił się w pustym mieszkaniu, trzymając w dłoniach jej chustkę, która nadal pachniała jej zapachem.


Julianna Janczuk — nowa miłość, nowa nadzieja

Rok po śmierci Marianny, w 1875 roku, Roman poznał Juliannę Janczuk. Było to spotkanie przypadkowe, a może przeznaczenie? Trudno powiedzieć.

Julianna przyjechała do Warszawy z Płonki Strumianki, małej wsi w powiecie sokołowskim. Urodziła się trzynastego października 1852 roku w Płonce Kościelnej i miała wówczas dwadzieścia trzy lata — była młodsza od Romana o dwadzieścia sześć lat! Różnica wieku była ogromna, ale w tamtych czasach takie małżeństwa nie były rzadkością, zwłaszcza gdy starszy partner był wdowcem z dziećmi potrzebującymi matczynej opieki.

Julianna pochodziła z rodziny o złożonej historii. Jej matką była Marianna Roszkowska, córka Józefa Roszko i Rozalii Dziejma — chłopów z Płonki Strumianki. Marianna miała siostry: Agnieszkę Juliannę, urodzoną ósmego października 1834 roku, która wyszła za mąż trzeciego lutego 1862 roku za Adolfa Porowskiego, oraz Annę, która szóstego lutego 1843 roku poślubiła Marcina Płońskiego.

Ojcem Julianny był Ludwik Janczuk, syn Antoniego Janczuka i Krystyny Ludwiczak. Antoni i Krystyna mieli troje dzieci: Józefę, która dwudziestego szóstego listopada 1850 roku wyszła za mąż za Piotra Łapińskiego, Ludwika oraz Jana, urodzonego w 1832 roku, który szesnastego lutego 1852 roku w Poświętnem poślubił Franciszkę Łapińską.

Ludwik Janczuk dwudziestego dziewiątego stycznia 1849 roku w Płonce Kościelnej poślubił Mariannę Roszkowską. Mieli razem czworo dzieci: Jana, urodzonego w 1849 roku, Juliannę, urodzoną trzynastego października 1852 roku, Mikołaja, urodzonego trzeciego grudnia 1856 roku, oraz Józefa, urodzonego szesnastego marca 1863 roku.

Julianna Janczuk, ślub Warszawa MB Loretańska (Praga), akt. 1875/47

Mikołaj Janczuk przeżył niemal sto trzy lata — zmarł piątego września 1959 roku w Płonce Strumiance, będąc żywą legendą wsi, świadkiem kolejnych pokoleń, przemian społecznych i politycznych.

Ludwik Janczuk zmarł dziesiątego marca 1868 roku w Płonce Strumiance, gdy Julianna miała zaledwie piętnaście lat. Marianna została wdową z czwórką dzieci. Życie na wsi było trudne — trzeba było uprawiać ziemię, hodować zwierzęta, dbać o gospodarstwo.

„Julianno, musisz pomóc w polu” — mówiła matka. „Jesteś najstarsza z dziewcząt, na tobie najwięcej spoczywa.”

Julianna pracowała ciężko, ale marzyła o innym życiu. O mieście, o czymś więcej niż tylko codzienną harówka w polu. Gdy usłyszała, że w Warszawie jest zapotrzebowanie na służące, zdecydowała się wyjechać.

„Mamo, pojadę do Warszawy. Znajdę pracę, będę ci wysyłać pieniądze.”

„Warszawy? Ale tam jest niebezpiecznie! Duże miasto, obce ludzie…”

„Poradzę sobie, mamo. Jestem silna.”

I rzeczywiście pojechała. W Warszawie znalazła pracę jako służąca w domu przy ulicy Nowy Świat. Przypadek — a może przeznaczenie — sprawił, że poznała tam Romana Kanto, który czasem przychodził do tego domu w sprawach zawodowych — lakierował meble dla właścicieli. Warto zaznaczyć, że w Tyma czasie Roman zaczął używać nazwiska Kanton, wymiennie z Kanto.

„Dzień dobry, pani” — witał ją Roman, zdejmując czapkę.

„Dzień dobry, panie lakierniku” — odpowiadała Julianna.

Rozmawiali czasem — krótko, o błahostkach. Ale Roman zauważył, że ta młoda dziewczyna ma w sobie coś szczególnego — siłę, determinację, dobroć. A Julianna widziała w nim człowieka zmęczonego życiem, samotnego, potrzebującego wsparcia.

„Panie Romanie, słyszałam, że pan jest wdowcem” — powiedziała któregoś dnia.

„Tak. Żona zmarła rok temu. Zostałem sam z dziećmi.”

„To musi być bardzo trudne.”

„Jest. Bardzo.”

Milczeli chwilę, potem Julianna odważyła się zapytać:

„A czy… czy pan myślał o ponownym małżeństwie?”

Roman popatrzył na nią zaskoczony.

„Myślałem. Ale kto by chciał wyjść za starego, biednego lakiernika z gromadką dzieci?”

„Może ktoś, kto pana kocha?”

Ich spojrzenia się spotkały. I oboje zrozumieli.

Dwudziestego piątego kwietnia 1875 roku w Warszawie Roman Kanton, mający czterdzieści dziewięć lat, poślubił Juliannę Janczuk, mającą dwadzieścia trzy lata. Świadkami byli Mikołaj Witkowski, urodzony w 1839 roku, i Antoni Kienecki, urodzony w 1840 roku — znajomi Romana z pracy.

„Czy ty, Romanie, bierzesz sobie Juliannę za żonę, przyrzekając jej miłość…?”

„Biorę.”

„A ty, Julianno…?”

„Biorę” — powiedziała zdecydowanie, patrząc na swojego znacznie starszego męża.

Nie było wielkiego wesela. Skromna uroczystość w kościele, potem mały obiad dla najbliższych. Ale była miłość, była nadzieja na lepsze jutro.

Julianna okazała się wspaniałą macochą dla dzieci Romana z pierwszego małżeństwa. Traktowała je jak własne, troszczyła się o nie, karmiła, ubierała, wychowywała.

„Dzieci, chodźcie jeść!” — wołała wieczorami, gdy wracały z ulic, gdzie się bawiły.

„Już, mamusiu!” — odpowiadały, bo tak zaczęły ją nazywać.

Roman był szczęśliwy. Po roku samotności, po roku zmagania się z codziennością, znowu miał u boku kobietę, która go wspierała, kochała, dawała sens życiu.

„Julianno” — mówił wieczorami, gdy leżeli obok siebie — „dziękuję ci za wszystko. Za to, że jesteś. Za to, że przyjęłaś mnie i moje dzieci.”

„Kocham cię, Romanie. To proste.”

Julianna Janczuk, akt zgonu Warszawa 1889/34

Mieli razem jeszcze własne dzieci — ale to będzie już historia kolejnego rozdziału. Teraz wystarczy powiedzieć, że byli szczęśliwi, na tyle, na ile pozwalały im trudne warunki życia w XIX-wiecznej Warszawie.

Ale los znowu okazał się okrutny. Julianna zmarła dwunastego stycznia 1889 roku w Warszawie, mając zaledwie trzydzieści sześć lat. Przyczyna śmierci nie jest znana — może gruźlica, może komplikacje po porodzie, może jakaś nagła choroba.

Roman został wdowcem po raz drugi. Miał sześćdziesiąt trzy lata. Był starcem, zmęczonym życiem, złamanym kolejną stratą.

„Czemu Bóg zabiera mi wszystkich, których kocham?” — pytał, klęcząc przy trumnie Julianny.

Nikt mu nie odpowiedział.

Tak kończy się historia małżeństw synów Karola Kanto — Aleksandra i Romana. Dwaj bracia, dwie różne drogi życiowe, ale jedno wspólne doświadczenie: miłość, rodzina, trud codziennego życia w niepewnych czasach. I przekonanie, że mimo wszystkich trudności, życie trzeba przeżyć godnie, uczciwie, z wiarą w lepsze jutro.

Rozdział 5: Dzieci Romana i Marianny

pokolenie warszawskich rzemieślników

Rodzina przy ulicy Gęsiej

Lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte XIX wieku były dla Romana Kanto i jego żony Marianny Wachowskiej czasem intensywnej pracy i rodzicielskich trosk. W ich małym mieszkaniu przy ulicy Gęsiej, w sercu żydowskiej dzielnicy Warszawy, rodziły się kolejne dzieci — każde z nich przynosiło radość, ale i dodatkowe obciążenie dla skromnego budżetu rodziny lakiernika.

Roman wracał do domu zmęczony po całym dniu pracy w warsztacie lakierniczym, z ubraniem przesiąkniętym ostrym zapachem terpentyny i lakieru. Marianna czekała na niego z kolacją — najczęściej skromną: chleb, czasem trochę sera lub kiełbasy, rzadziej coś ciepłego. Dzieci kręciły się wokół stołu, głośno domagając się uwagi ojca.

„Tatusiu, tatusiu, popatrz, co narysowałem!” — krzyczał jeden z synów, pokazując kartkę z bazgrołami.

„Bardzo ładnie, synku” — odpowiadał Roman, głaszcząc chłopca po głowie, choć oczy miał zmęczone, a w głowie roiło się od trosk o jutrzejszy dzień.

Marianna nosiła w sobie kolejne dziecko prawie co dwa lata. Każda ciąża była trudem — jej delikatne zdrowie nie było przystosowane do takiego obciążenia. Po każdym porodzie wyglądała jeszcze bladziej, jeszcze szczuplejsza, jakby życie powoli z niej uciekało.

„Marianno, może tym razem powinna odpocząć?” — mówił Roman z troską.

„Jak mam odpoczywać, Romanie? Dzieci potrzebują opieki, dom sam się nie utrzyma. A poza tym — Bóg dał, Bóg da siłę wynieść.”

Karol Kanto, akt chrztu Warszawa św. Jan 1852/696

Karol — pierworodny syn, nadzieja rodziny

Pierwsze dziecko Romana i Marianny przyszło na świat dwudziestego pierwszego października 1852 roku. Był to syn, którego nazwali Karol — na cześć dziadka, Karola Kanto, włoskiego przybysza, który założył ród w Warszawie.

„Będzie nosił imię mojego ojca” — powiedział Roman z dumą, trzymając niemowlę w ramionach. „Może odziedziczy jego przedsiębiorczość, może będzie miał lepsze życie niż ja.”

Chrzest odbył się drugiego listopada tego samego roku w kościele Świętego Jana. Rodzicami chrzestnymi byli Jan Nikofor i Józefa Karzbowska — sąsiedzi z kamienicy przy Gęsiej, ludzie prości, ale dobrzy, którzy obiecali troszczyć się o chłopca, gdyby rodzicom coś się stało.

„Obiecujecie wychować tego chłopca w wierze katolickiej i dbać o jego zbawienie?” — pytał ksiądz podczas ceremonii.

Katarzyna Marianna Kanton, chrzest Warszawa Nawiedzenie NMP, akt 1854/823

„Obiecujemy” — odpowiadali chrzestni, trzymając małego Karola opatulonego w białe płótno.

Mały Karol był dzieckiem żywym i ciekawym świata. Ledwo nauczył się chodzić, już włóczył się po podwórzu kamienicy, zaglądając do wszystkich zakamarków, brudząc się w błocie, zaczepiając sąsiadów.

Stefan Kanton, akt zgonu Warszawa Nawiedzenie NMP 1858/207

„Pani Marianno, pani syn znowu grzebie w moich skrzyniach!” — skarżyła się Nepomucena Gerszykiewicz, szwaczka z sąsiedztwa.

„Karolek! Chodź tu natychmiast!” — krzyczała Marianna, wychodząc na podwórze. „Ile razy mam ci mówić, żebyś nie chodził do cudzych rzeczy!”

Ale chłopiec miał w sobie coś z dziadka Karola — ciekawość, przedsiębiorczość, jakąś wewnętrzną siłę. Gdy dorósł, nauczył się czytać i pisać — co w rodzinie rzemieślniczej było osiągnięciem niemałym. Roman, choć sam ledwo znał litery, starał się zapewnić synowi wykształcenie.

„Karol pójdzie do szkoły parafialnej” — oznajmił Mariannie. „Będzie umiał więcej niż ja. Może zostanie urzędnikiem albo nauczycielem, nie będzie musiał pracować rękami jak ojciec.”

Ale los miał dla Karola inne plany. O tym jednak powiemy później, gdy dojdziemy do historii jego małżeństw.


Katarzyna Marianna — drugie dziecko

Katarzyna urodziła się 24 listopada 1854 roku. Żyła tylko trzy lata. Zmarła piątego grudnia 1857 roku w Warszawie.

Marcella Marianna Kanton, akt chrztu Warszawa-Praga MB Loretańska, 1860/377

Stefan — krótkie życie

Stefan przyszedł na świat drugiego września 1857 roku, a zmarł klika miesięcy później — 25 lutego 1858 roku.


Marcella Marianna — śmierć dziewiętnastolatki

Urodzona 23 października 1860 roku, odeszła z tego świata 17 stycznia 1880. Ale zanim to nastąpiło, jeszcze dwoje dzieci Romana zmarło we wczesnym dzieciństwie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 78.87
drukowana A5
Kolorowa
za 114.7