E-book
13.65
drukowana A5
23.81
Repeat. Until

Bezpłatny fragment - Repeat. Until

Objętość:
108 str.
ISBN:
978-83-8155-296-7
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 23.81

Repeat. Until.

Szczerze dziękuję, dziękuję każdemu, kto był i jest moją codzienną inspiracją. Inspiracją do kochania, przebaczania i życia. Za to, że dostałam dużo ciepła i dobrych ludzi na swojej drodze,

jak również przebaczam tym, którzy mnie zranili.

Dziękuję mojej kochanej mamie, siostrom — które są po prostu cudowne, a ja nie zawsze to doceniam.

Dziękuję za każdy dobry dzień, za słońce, za miłość i nadzieję. Oczywiście to wszystko bez pięknych ludzi dużo traci.

Pamiętajcie kochani, że taki niesamowity dzień może nazywać się „dzisiaj”.

MB.

Prolog

Karetka mknęła przez miasto jak oszalała. Joanna siedziała w środku, zapłakana. Jej mąż miał przed chwilą wypadek i w tejże karetce walczył o życie. To znaczy nie on walczył, a lekarze, którzy go reanimowali. Nikt nie wiedział czy Robert walczył czy już się poddał. Joanna siedziała w kącie karetki, płakała cały czas. Czy można być bardziej zagubionym niż ona w tej chwili? Zaczęła się modlić, gorąco i żarliwie. Lekarze, którzy robili milion różnych rzeczy, których Asia totalnie nie rozumiała, chyba jeszcze nigdy nie słyszeli tak żarliwej modlitwy.

— Tracimy go! Tracimy go!

Dało się słyszeć paniczne okrzyki jednego z nich. Karetka momentalnie jakby jeszcze bardziej przyśpieszyła. Linia życia, którą wskazywał monitor aparatury medycznej, ułożyła się w równą kreskę. Okropny, przeraźliwy dźwięk pustki było słychać teraz w karetce.

Modlitwę dało się słyszeć jeszcze głośniej.

— Boże, niech oni coś zrobią, proszę! — Joanna zanosiła ręce do góry.

Lekarze podjęli drugą próbę. Wszyscy walczyli jak umieli o to jedno życie.

— Mamy go! Mamy! — nagle rozbrzmiały radosne małe trzy słowa jednego z lekarzy.

Chwila ulgi i radości. Karetka wiozła żywego pacjenta, jakież to szczęście. Joanna zanosiła teraz modlitwy dziękczynne. Robert był żywy, ale ciągle w krainie morfeusza..

……

Rozdział 1.

Repeat

Za oknem padał drobniutki deszczyk, ale pogoda była ciepła, przyjemna, jedynie wieczorem wiatr dawał o sobie znaki znacznie obniżając temperaturę powietrza. Mała Wiktoria siedziała przy oknie, w swoim domu wpatrując się w małe kropelki deszczu, które spływały, raz szybciej, to zaraz wolniej mknąc po szybie. Wiktoria wiedziała, że zaraz wróci jej mama z pracy a rodzeństwo ze szkoły, zaraz w domu będzie hucznie, będzie cos się działo, dlatego spokojnie oddawała się tej chwili marazmu. Rodzina Madsonów mieszkała na niewielkim osiedlu domków jednorodzinnych, na obrzeżach miasta. Nieopodal domku znajdował się ogródek, dalej park, ławeczki w sam raz na niedzielny odpoczynek, plac zabaw i sklepiki z artykułami spożywczymi. Dom miał prostą budowę i nie wyróżniał się nadto od innych domków na osiedlu — białe ściany, ganek przy wejściu a na nim parę różnokolorowych kwiatów w dużych donicach. Tak samo rodzina Madsonów również niczym się nie wyróżniała spośród innych rodzin. Standardowy schemat — mama, tata, i ich czwórka dzieci. Nic szczególnego, ale to właśnie z nimi przyjdzie nam się zaprzyjaźnić, być może pokochać.. Bo czy właśnie tak nie jest, że z tłumu umiemy rozróżnić nam zwykłych, niezwykłych ludzi? Albo czy nie rozpoznamy naszego ukochanego psiaka nawet wtedy gdy paru sąsiadów miałoby zwierzaka o takim samym umaszczeniu? Miłość posiada piękną moc, dzięki której ktoś zwykły, staje się dla nas ważny, potrzebny, wyjątkowy..

Ernest — głowa rodziny Madsonów był biznesmanem. Takim z prawdziwego zdarzenia, w dużej korporacji IT — można powiedzieć taki szczur korporacyjny. W firmie liczyło się tylko aby robić dużo i szybko, oczywiście solidnie. „Kto pierwszy ten lepszy, a kto lepszy ten pieje szampana”. Takie powiedzenia krążyły na orbicie masywnego budynku, firmy IT, w kręgu pracowitych mróweczek- czyli jej pracowników. Elizabeth, żona Ernesta, pracowała w hotelu jako menager u dosyć wymagającej właścicielki nie byle jakiego bo czterogwiazdkowego hotelu z najlepszymi recenzjami w mieście. Praca wymagała umiejętności, systematyczności i niekiedy poświęcenia, ale również dawała dużo czasu wolnego po wykonaniu wszystkich obowiązków. Ernest i Elizabeth byli standardowym, książkowym małżeństwem z 17letnim stażem. Najstarsze z ich pociech, pierworodny, syn Alex, wiek — 15 lat, młodsza Elena — 12 lat, potem Wiktoria młodsza od Eleny o 4 lata i najmłodszy Gracjanek — słodki sześciolatek, o dużych niebieskich oczach.

Cześć kochanie — powiedziała łagodnym tonem, już lekko zmęczona Elizabeth do Wiktorii siedzącej przy oknie.

— Co dziś robiłaś w szkole?

— Nic.. — odpowiedziała szybko Wiktoria, jak to dzieci mają w zwyczaju.

— Wy nigdy w tej szkole nic nie robicie — droczyła się z córką Elizabeth.

— Zaraz przygotujemy obiad, co? — dodała z uśmiechem.

— Siema, mama — z takim właśnie powitaniem wszedł do domu Alex z kolegą. Oboje mieli ubrudzone buty i beztroski wzrok nastolatków, którzy mają w poważaniu zasady i ograniczenia.

— My zjemy kebab na mieście mama. Musimy dokończyć grę u Olafa. Lekcje też odrobimy. No to my spadamy. Narka!

— Wolałabym żebyś zjadł cos gotowanego — z poważną miną mówiła Elizabeth —

tylko te fast-food’y: kababy, hot-dogi, frytki.. W tym nie ma nic wartościowego.. — ciągnęła tak zdejmując buty na obcasie w przedpokoju, gdy skończyła mówić, po Alexie i jego koledze pozostały tylko brudy od ich zabłoconych butów na parkiecie.

Wiktoria pobiegła do salonu i siedziała z lalką barbie na sofie. Była śliczną małą rozrabiaką o lekko kręconych włosach, dużych słodkich oczach i figlarnym uśmiechu. Jej świat był dziecinny i prosty — teraz z niecierpliwością czekała aż mama ugotuje coś pysznego. Jej żołądek po całym dniu w szkole niejednokrotnie dawał o sobie znać w charakterystycznych odgłosach tak zwanego burczenia czy też bulgotania. Z podobnym problemem zmagała się teraz Elena, która właśnie wróciła ze szkoły. Elena jeszcze do niedawna była takim samym beztroskim dzieckiem jak jej młodsza siostrzyczka, teraz powoli przechodziła w okres dojrzewania. Stawała się nastolatką, przy czym nie obchodziło się to bez oznak buntu dokładnie takich jakie się pojawiają podczas tego etapu życia.

— Cześć, mamo! — krzyknęła Elena wchodząc do domu, pobrzękując bransoletką na ręce i machając kolorowymi paznokciami. Czując zapach obiadu szybko dodała:

— Mi bez mięsa!

— O kurcze! — krzyknęła zaniepokojona Elizabeth patrząc na zegarek.

— Trzeba odebrać Granjana ze szkoły… — mruczała pod nosem. Szybko sięgnęła po komórkę dzwoniąc do męża. — w odpowiedzi usłyszała tylko głuche sygnały i automatyczną sekretarkę — no tak — pomyślała — nie ma nic ważniejszego niż praca.

— Dziewczynki, siadajcie do stołu, zejdźcie obiad — z salonu dało się słyszeć odpowiedzi w postaci okrzyków „zaraz, zaraz”.

— Ja lecę po Gracjana do szkoły. Zjecie same- Eliza szybko kontynuowała polecenia. -Bądźcie grzeczne, zaraz wracam.

Szkoła znajdowała się stosunkowo niedaleko i dla Elizabeth nie był to problem aby odebrać syna ze szkoły, jedynie bolało ją to, że dziś się specjalnie umówili z mężem, że ma go odebrać Ernest, a on nawet nie zadzwonił aby poinformować żonę o ewentualnym spóźnieniu. Może właśnie dlatego Elizabeth marszczyła czoło przez całą jazdę do szkoły Gracjanka. Czerwone światła, chmury, ludzie, wszystko i wszyscy przyprawiali ją o złość i niechęć.

— Cześć- do domu wszedł Ernest, zmęczony, w lekko wymiętym garniturze z teczką w ręce.

— Cześć- odparła Eliza siedząc na kanapie ze śpiącymi dziewczynkami po obu jej stronach.

Właśnie obejrzały wspólnie wieczorynkę i teraz dało się słyszeć stłumione odgłosy programu telewizyjnego dotyczącego jakichś nowych technologii w budownictwie. Odbiornik telewizyjny był przyciszony tak aby nie zbudzić śpiących dziewczynek.

— Dlaczego tak późno wróciłeś?.. i nawet mi nie powiedziałeś, że nie będziesz mógł dziś odebrać Gracjana? — półszeptem, surowo zapytała Elizabeth. Była dziewiąta wieczorem i sądziła, że takie spóźnienie powinno być jakoś wyjaśnione.

— Nie mam głowy do rozmów.. Jestem strasznie zmęczony — odparł sucho Ernest, po czym odwrócił się na pięcie by pójść do sypialni. Eliza nie zdążyła wyszeptać jeszcze paru pytań, bo w salonie nie było już śladu po jej mężu, została tylko głucha cisza. Jakaś straszna gula goryczy cisnęła się Elizie do gardła, którą z trudem powstrzymywała. Poczuła pustkę, było jej po prostu przykro, próbowała się uspokoić z trudem skupiając swoją uwagę na treści nadawanych w telewizorze, po kilku nieudanych próbach zrezygnowała. Położyła dziewczynki do łóżek, posprzątała w kuchni i poszła spać by jutro stawić się z kolejnymi obowiązkami w pracy i domu.

O świcie Elizę przywitał szeroki uśmiech lekko zamyślonego Ernesta, jednak wzrok nie był skierowany w jej stronę a gdzieś w kąt sufitu.

— Ale jestem głodny.. — powiedział ożywiony.

Elizie nie było do śmiechu, irytowała ją ta powierzchowność męża, brak poważnych rozmów.

Dzisiaj miała na później do pracy i nie miała zamiaru wcześnie wstawać. Obróciła się na drugi bok udając, że niczego nie słyszy.

Ernest szybko zerwał się na równe nogi i powędrował schodami na dół do kuchni. Otworzył lodówkę i szukając swojej ulubionej wędliny krzyczał na cały dom:

— Która godzina?!

W domu Madsonów zegarek, mniejszy czy większy, znajdował się niemal w każdym pomieszczeniu, jednak pan Madson nie myślał o tym aby skupić na nim swój wzrok, miał od tego żonę. Po chwili dało się słyszeć przytłumiony głos dobiegający z sypialni.

— Dziesięć po siódmej.. — ledwo wykrzyczane zaspanym głosem Elizabeth.

— Co? Która? — poirytowany Ernest zaczął szybko rozglądać się i biegać po domu. Najpierw szybko wbiegł na górę do sypialni, założył czyste ubrania, następnie zbiegł schodami na dół do przedpokoju. W domu Madsonów jedynym pokojem, który znajdował się na piętrze była właśnie sypialnia i niewielki hol, do którego prowadziły nieco strome schody z ciemnego drewna, zdobione przy każdym z końców poręczy.

— Cholera, co się dzieje z tymi budzikami.. Przecież nastawiałem.. -burczał pod nosem poirytowany Madson.

Droga do korporacji, która była nieco oddalona od domu Madsonów, zajmowała około godzinę czasu co wskazywało na to, że Ernest niechybnie się dziś spóźni.

— No cholera jasna! — słychać było takie i podobne okrzyki przy chaotycznej krzątaninie pana Madsona. Po paru chwilach została ostatnia prosta w przedpokoju: włożył buty, płaszcz, jakieś dokumenty do czarnej, skórzanej teczki. Następnie dało się słyszeć w całym domu trzask zamykanych drzwi i nagle nastała błoga cisza przerywana chwilami tykaniem dużego zegara, stojącego w salonie. Była to błoga cisza szczególnie dla pani Madson, której zostało jej ostatnie 10 minut drzemki.

Dziewczynki: Elena i Wiktoria chodziły razem do pobliskiej szkoły, niegdyś jeszcze trzymając się za ręce, teraz nieco od siebie oddalone, co było tylko zrozumiałe i wymagane przez starszą Elenę.

Wiktorii brakowało tego uścisku małych rączek, ale nie protestowała przyjmując pokornie tą zmianę, świadoma swojej niższości względem siostry. Za dziewczynkami szedł nastoletni Alex z modnie potarganą grzywką i słuchawkami na uszach, z których rozbrzmiewały same najnowsze, radiowe i dyskotekowe, hity. Małego Gracjanka trzeba było odwozić do szkoły i tym, już od dłuższego czasu, zajmowała się wyłącznie Elizabeth. Nie protestowała, podobnie jak mała Wiktoria, świadoma swojej niższości. Poza tym kochała synka i cieszyła się z tych chwil gdy mogła pogawędzić, przytulić i wycałować syneczka przed jego zmaganiami w pierwszej klasie, wiedząc jaki to dla niego ogromny stres. Czasami tylko robiło jej się przykro gdy patrzyła kątem oka na tatusiów, którzy przybijali, po męsku, „piątkę” ze swoimi synkami. Wiedziała, że taka męska solidarność i wsparcie dla maluchów to coś niezwykle cennego.

Po obiedzie wszystkie dzieci Madsonów zwykle siedziały wspólnie w salonie wymieniając się swoimi doświadczeniami, przekomarzając się, ustalając jakieś plany czy też opowiadając sobie dowcipy albo straszne historie. Właśnie trwało jedno z takich „salonowych” spotkań:

— Elena, idziemy się pobawić lalkami? — pytała Wiktoria.

— Mówiłam Ci już, że dziś nie. Idę do Zośki oglądać film- odparła wyniośle Elena.

— To ja pójdę z Tobą. -odpowiedziała z uśmiechem Wiki.

— Nie, ten film można oglądać dopiero od 12 lat.. no i będziemy malować sobie paznokcie, a Ty nie umiesz… — odburknęła Elena idąc szykować się do wyjścia.

— Mamo, mamo! — poirytowana Wiktoria krzyczała w stronę kuchni. — A Elenka nie chce się ze mną bawić.. — teraz już było słychać dużą falę smutku w głosie małej pociechy.

Alex leżał rozciągnięty na kanapie, tylko przewracał oczami powtarzając co jakiś czas modne — „Oh my gosh” i co chwila parskając śmiechem — nie wiadomo czy śmiechem wywołanym poprzez obserwację otoczenia czy też wywołanym przez jakiś obraz wyświetlony na dużej komórce, do której co jakiś czas zerkał. Prawdopodobnie tego nie wiedział sam Alex, na co wskazywał jego rozbiegany wzrok.

— Chodź kochanie zrobimy razem sałatkę jarzynową, pomożesz mi, dobrze? — mówiła łagodnie Eliza do małej Wiki.

— Nie chcę. — odparła naburmuszona dziewczynka idąc do parapetu i patrząc przez okno jak jej starsza siostra pomyka skocznym krokiem do koleżanki. Jednak po chwili pobiegła za mamą do kuchni by przyrządzić wspólnie jedzenie.

— Mamo, zaraz wpadną do nas moi kumple. Znasz ich, Olaf, Konrad i Rafał.

— Będziemy grać w nową grę Konrada. Nie nabrudzimy, promis.. Ok? — niemal stwierdzająco pytał Alex idąc do kuchni bacznie przyglądając się reakcji mamy.

Elizabeth szykując produkty do sałatki warzywnej odpowiedziała wzdychając — Dobrze, tylko nie siedźcie zbyt długo przy tych grach.. To nie jest zdrowe, podobnie jak fast-foody, pamiętasz? Może byście coś poczytali albo pograli w piłkę? Acha, i nie chce widzieć więcej dwój ze sprawdzianów.. — odparła stanowczo pani Madson.

— Spoko, mama. Z tej ostatniej klasówki z histy to prawie cała klasa dostała dwóje. Nie ma co się spinać — szybko zreflektował się młody Madson i z uśmiechem oraz beztroską poszedł włączyć grę w salonie.

Popołudnie nad domem Madsonów było chmurne i zbierało się na konkretne opady deszczu.

Eliza zdążyła wrócić z Gracjankiem do domu jeszcze przed ulewą. Widok czterech chłopaków siedzących przed szklanym ekranem dzierżących joysticki w rękach, nie był zadowalający.

— A wy jeszcze gracie? — pytała rozżalona Elizabeth.

— Eee.. no wiesz mamo, jeszcze tylko chwilkę. A wy co? Czemu tak późno wróciliście? — pytał Alex próbując zmienić temat.

— Byliśmy jeszcze na lodach z Gracjankiem. — odparła szybko Eliza. Musiała jakoś pocieszyć maluszka po tym jak w drodze powrotnej do domu opowiedział jej z trudem i nieśmiałością jak to silniejsi koledzy w szkole mu dokuczają. Wiktoria siedząca do tej pory na brzegu kanapy przyglądając się emocjonującej grze, teraz wzięła szybko Gracjanka za rękę i pociągnęła go ze sobą do pokoju z lalkami. Mały z lekką niechęcią uległ nieco starszej siostrze.

— Wyłączcie to już. Lekcje odrobione? — rzekła stanowczo Elizabeth.

— Mama, wszystko odrobione… — tłumaczył się Alex. Oczywiście permanentnie kłamiąc.

— Jeszcze tylko chwilka, serio.. — ciągną błagalnie dalej.

— Dostaliśmy dziś po piątce proszę pani — wtrącił zadowolony Rafał. Była to piątka z lekcji w-fu, co też nie było nowością. Ich nowy nauczyciel zachwycał się ich grą w piłkę nożną.

— No i wszystko posprzątamy, proszę pani — odezwał się skruszony Konrad, zgarniając niewinnie okruszki chipsów ze stołu.

Elizabeth przewracała tylko oczami. Spojrzała na zegarek i pokiwała groźnie palcem w jego kierunku. — Macie ostatnie pół godziny — westchnęła i wyszła z pokoju zostawiając młodych fanatyków w ich wirtualnym świecie.

Idąc do sypialni, wspinając się po drewnianych schodach, Eliza zaczęła rozmyślać. Rozmyślać o tym, że została ze wszystkim sama, że Ernest coraz częściej był nieobecny — w jej i ich dzieci życiu. Poczuła zmęczenie psychiczne. Wiedziała, że zaraz musi zabrać się za papierkową robotę, musi wykonać parę telefonów, posprzątać, przyrządzić kolację i na koniec dnia położyć się obok męża od którego coraz bardziej się oddalała, czy też on się od niej się oddalał. Męża, z którym wymieniała tylko jakieś pojedyncze, mało ważne słowa, na którego coraz rzadziej mogła liczyć. Zasypiając już starała się myśleć tylko o pozytywnych rzeczach, jednak coraz częściej, pomimo szczerych chęci widziała tylko czarne barwy, a jej umysł spowijały negatywne myśli.

……

Przed dużym lustrem w salonie z poważną miną i ognistoczerwoną szminką w ręku stała nastoletnia Elena. Właśnie starannie wykręcała czerwoną zdobycz i zaczęła ostrożnie pociągać nią po ustach. Jej włosy były upięty w modny kok. Strój odkrywał brzuch i uda. Jedynie piersi były starannie ukryte, których jeszcze się wstydziła. Przykrótki golf, spódniczka mini i duże smoliste glany nadające charakter buntu jej osobie. Perfumy, które unosiły się jeszcze w powietrzu gdy przeszła pięć kroków dalej i mocny makijaż, świadczyły o tym, że Elena jest gotowa do wyjścia.

— Cześć tato!

Krzyknęła widząc schodzącego po schodach ojca.

— Cześć — powiedział ziewając Ernest.

Przewrócił tylko oczami na widok swojej córki co świadczyło o jego dezaprobacie co do jej stroju.

Pomimo próśb żony Ernest nie rozmawiał z córką na temat ubioru czy inne ważne tematy, przez co jedynie Elizabeth była uważana w domu za jędzę, której ciągle coś nie pasuje. Ernest zbytnio nie zastanawiał się nad tym, powtarzał sobie, że jak znajdzie odrobinę czasu to się tym zajmie, że zrobi to w niedalekiej przyszłości, a w przypływach głębszych refleksji, gdy rano stał przy oknie z kubkiem kawy, wyobrażał sobie nawet takie rozmowy i obmyślał ich strategię. Jednak zwykle na tym się kończyło.

Tak mijały dni. Dni w domu, korporacji, w szkole, w sklepach, parkach.. Był dzień, była noc. Elizabeth przytłaczało to, tylko to i aż to. To wszystko co się działo, to co było i to czego nie było.

Często myślała, że jej życie jest po prostu jałowe. Dokładnie tak, ostatnio nie poczuła żadnej fali pozytywnego dreszczu, zaskoczenia czy miłości. Dlatego stojąc w supermarkecie sięgnęła po wino. Dużą butelkę czerwonego wina w średniej cenie. Słodkie dobre wino, takie jakie lubiła.. i jakie lubił też Ernest. Lubili je razem- jak byli jeszcze młodzi, co było stosunkowo niedawno, parę lat temu, a może kilkanaście?. Szybko leciał ten czas. Pomyślała, że zrobi dziś coś specjalnie dla niego, dla swojego męża, że ugotuje jakieś pyszności i spędzą razem miłą kolację przy świecach. Tak jak dawniej, kiedy byli blisko siebie, a nie obok siebie. Pomyślała, że może wtedy ją zauważy, doceni, przytuli.. Przytuli dokładnie tak jak tylko on potrafi. Uwielbiała dotyk jego silnych dłoni, objęcia tak samo silnych ramion. Tak dawno nie czuła poczucia bezpieczeństwa, które dawał jej ten którki akt miłości w postaci uścisku.

……

— Cześć, mamo — jak zwykle po szkole mała Wiktoria przywitała się z mamą.

— Cześć kochanie — powiedziała Eliza zdejmując buty.

— Czeeść — przywitał się również mały Gracjanek, mówił przeciągle, jeszcze lekko zaspany.

— Cześć, a Ty już po szkole? Z kim wróciłeś? Tatuś jest w domu? — pytała zaskoczona Eliza, jakby lekko podekscytowana. Byćmoże Ernest dzisiaj też poczuł, że w ich życiu potrzeba odobinę więcej czułości i rozmów?

— Odwiozła go ze szkoły koleżanaka z pracy taty. Tatuś zadzwonił z pracy i powiedział, że dziś odwiezie Gracjanka taka pani z jego firmy. — wyrecytowała prawie na jednym wydechu mała Wiktoria, ciesząc się, że mogła być takim przekaznikiem informacji. I zaraz poszła się bawić.

— Hm, jakas pani. Pani z taty firmy. Ciekawe czy ładna? — pomyślała Eliza czując przez chwile dziwne ukłucie w gardle jednocześnie próbując sobie przypomnieć jakąś z koleżanek męża. Długo nie musiała myśleć. Weszła do salonu a jej oczom ukazała się szeroko uśiechnięta kobieta. Miała na sobie eleganckie czarne szpilki, dość krótką ołókową spudnicę, dopasowaną marynarkę i białą koszulę z dekoltem, do tego ciekawe dodatki w postaci srebrnej biżuterii. Czerwona szminka, włosy w modnym kolorze podchodzącym pod czerwień. Jednym słowem wyglądała olśniewająco. Promiennie i perfekcyjnie. Eliza nie musiała długo się przekonywać dlaczego to właśnie ona była dobrą znajomą jej męża. Po chwili spojżała na siebie, na swoje znoszone płaskie buty, dziurawą torebkę, potargane włosy, podkrążone oczy i niemodny brązowy sweter, który zupełnie nie podkreślał jej kobiecych kształtów.

— Witam — przywitała się dźwięcznym i tak samo promiennym głosem zarówno jak i wyglądem, pani z firmy IT. — Nazywam się Adrianna Walker. Pracuję z Pańskim mężem. Miałyśmy okazję się poznać jakieś pół roku temu, ale pewnie już mnie pani nie pamięta..

Odwiozłam pańskiego synka dziś ze szkoły. Ernest mnie o to gorąco prosił.. sama wiesz ile on pracuje.. — tu nastała chwilowa pauza — znaczy, przepraszam, pani wie. Może przejdziemy na „t”? Jestem Ada.. — wyciągnięta ręka Ady i jej promienny uśmiech z niecierpilwością czekały aż Eliza odwzajemni chęć nawiązania nowej znajomości. Z lekkim oszołomnieniem Eliza wyciągnęła niemal automatycznie rękę.

— Jestem.. Elizabeth. Dziękuję za odporowadzenie syna. — Może coś pani zje. Znaczy zjesz? Może podać kawy, herbaty? — Eliza zaczęła nerwowo pytać, jednocześnie w myśli próbując sobie uświadomić co ta piękna kobieta właściwie robi w jej domu i dlaczego jej mąż „gorąco” ją prosił o odbór syna. Czy nie ma w firmie informatycznej wystarczająco dużo kolegów? Czy może coś ich łączy? Musiał dać jej klucze do ich mieszkania, czy daży ją tak dużym zaufaniem? Zazdrość w oczach Elizabeth była wręcz nie do ukrycia, choć bardzo starała się nic po sobie nie dać poznać. — Nie. Nie obchodzi mnie wcale ich relacja, ile czasu się znają i w jakich okolicznościach się poznali– myślała naprzekór sobie.

— W zasadzie to muszę już iść — pani Walker odpowiedziała, wyrywając Elizę z jej nagłych przmyśleń — Urwałam się tylko na chwilę z pracy, ale dziękuję. Może jeszcze się zobaczymy — mówiła z uśmiechem, energicznie maszerując ku drzwiom wyjściowym. Była pachnąca, świeża i pełna uroku. Było to coś czego ewidentnie teraz brakowało Elizie i było to wystarczająco dużo aby popsuć jej dobry humor.

……

Ernest jak zwykle wrócił do domu późnym wieczorem. Już od jakiegoś czasu nikt nie spodziewał się go o innej porze dnia. Wszedł cicho, prawie bezszelestnie. W przedpokoju panował półmrok. Zmęczony Madson ospale zmierzał do salonu. W salonie czekała już na niego nie lada niespodzianka.

Mały stolik na środku pokoju, przykryty odświętnym obrusem. Krzesła ustawione z jego obu stron. Na stoliku ułożone było danie kolacyjne, które wyglądało co najmniej jak z porządnej restauracji. Owoce morza, wino, sałatka z różnych warzyw. Wszystko świeże, aromatyczne. Pokój wypełniał zapach perfum Elizy. Wnętrze było oświetlone zmysłowym światłem jedynie wysokiej lampy ustawionej w jednym z rogów salonu i paru małych świeczek na środku stołu. Elizabeth przygotowała na tą okazję nie tylko cudowną kolację, ale też i piękny uśmiech, który ćwiczyła prawie godzinę przed lustrem, i którym właśnie prommiennie przywitała Ernesta stojącego w progu pokoju. No cóż, nie mogła być gorsza od Ady, chociaż wmawiała sobie, że nie o to jej chodzi, pani Waler była tylko inspiracją. Ponadto Eliza miała na sobie czarną połyskującą sukienkę, którą jakimś cudem znalazła na dnie szafy. Nie nosiła jej już wieki. Sukienka była dopasowana, zwężana w talii i ukazywała krągłości piersi. Włosy, choć zwykle figlarne, dzisiaj pięknie ułożyły się w zgrabną fryzurę upiętą spinkami. Makijaż był skromny: różowa szminka, lekki podkład — Eliza chciała wydobyć z siebie naturalne piękno. Wszystko było dopięte na ostatni guzik.

Ernest był lekko zdziwiony. Miał na sobie elegancki garnitur, firmowy garnitur tkaniny najwyższej jakości. Pod względem ubioru byli teraz do siebie idealnie dopasowani. Istna para z okładki.

Elizabeth zalotnie podniosła kieliszek wypełniony do połowy słodkim winem i zaczęła powolnie podchodzić do męża.

— Dzieci już śpią.. — szepnęła mu zalotnie do ucha.

Ernest spojrzał na nią z niedowierzaniem i dezaprobatą.

— My też powinniśmy już pójść. Miałem straszny dzień… — odpowiedział stanowczo Madson.

— Zrobiłam Twoje ulubione danie. Może skosztujesz?

— Nie mam ochoty na jedzenie. Nawet nie wiesz jaki sajgon dziś miałem w firmie. Nie mam na nic siły. Muszę się położyć. — odwrócił się na pięcie i powędrował do sypialni. Tak po prostu. Jakby to był kolejny nudny dzień. Kolejne takie samo nudne przywitanie. A przecież takim nie było. Jednak ta reakcja była dobrze znana Elizie. Dlaczego więc za każdym razem tak bardzo szokująca? Co będzie dalej? Czy to już koniec ich związku? Może ma romans? Pytanie takie i inne kotłowały się w głowie Elizabeth.

Być może dlatego, że część butelki czerwonego wina już samotnie wypiła gdy jeszcze czekała na męża.. Spojrzała bezradnie na zegarek. Było już po północy. Usiadła na kanapie, w ręku ciągle trzymając kieliszek z winem, a raczej jego brakiem. Przed chwilą wypiła ostatni łyk. Siedziała tak zamyślona. Rozmyślała nad sensem miłości i czy ona w ogóle istnieje. Otoczyła ją głucha cisza, jedynie było słychać, co jakiś czas, gwar przejeżdżających samochodów na pobliskiej drodze. Im bardziej była pijana, tym weselsze wspomnienia przychodziły jej do głowy. Na przykład majaczyły jej przed oczami radosne chwile ze ślubu. Stali wtedy młodzi, ona i Ernest, uśmiechnięci przed kościołem, posypywani drobnym ryżem, ale to przecież był banał.

Studia, i to jak się poznawali, to było dopiero ekscytujące. Niezwykłe, zabawne a chwilami dramatyczne. Wtedy było ich stać na szalone wybryki, mówili sobie otwarcie o swoich przemyśleniach, obawach, planach. Wszystkie głupie żarty, kłótnie kończyły się pocałunkami. Teraz była szczęśliwa. W alkoholowym transie mogła się zapomnieć, mogła chociaż na chwilę wrócić do tych pięknych scen. Uśmiechnęła się szeroko, tak pomyślała, ale prawdę mówiąc uśmiechała się tak jak głupia do sera już jakiś czas zupełnie tego nie kontrolując. Spinki pozsuwały jej się z miękkich włosów, makijaż rozmazał od łez, których również nie kontrolowała. Rozbawiona czy też smutna, osunęła się sennie na kanapę i zupełnie nagle, mimowolnie usnęła.

……

Nastęnego dnia, po południu. Podczas pory obiadowej Wiktoria z Eleną siedziały po zajęciach szkolnych jedząc odgrzewany obiad, przygotowany wczoraj przez Elizę.

— Tato, to jest pyszne! — podskakiwała radośnie Wiktoria.

Ernest stał w fartuchu ze skrzyżowanymi rękoma i dumnie uśmiechał się do córki.

Dźwięk obracających się kluczy w zamku drzwi wejściowych oznajmiał, że do domu weszła właśnie Eliza z Gracjankiem. Maluch szybko obiegł salon, potem powędrował do kuchni gdzie czekała już na niego jego porcja odgrzanego jedzenia. Eliza pojawiła się w kuchni chwilę później zastając widok męża i dzieci jedzących przy stole.

— Dziś wcześniej wróciłem — oznajmił radośnie Ernest.

— To miło — odparała żona. — Włożysz mi też trochę? — dodała.

— Dobrze, dzisiaj ja podaję. — odparł sucho mąż.

— A gdzie Alex? — kontynuowała pytania Eliza.

— Nie wiem, wpadł tylko na chwilę i wyszedł.

— Nie dziwię się… — pani Madson odparła figlarnie biorąc już do buzi

kolejny kęs potrawy z kurczaka.

Ernest, lekko zaskoczony odpowiedzią, spokojnie stał dalej przy zlewozmywaku.

— Dziękujemy! — krzyknęła chórem trójka dzieciaków wychodząc z kuchni do swoich zajęć.

Wiktoria i Gracjan przodem a za nimi leniwie Elena oglądająca i oceniająca swoje kolorowe paznokcie.

— Na zdrowie! — krzyknął Ernest na odchodne.

— Jak było na wywiadówce? — Eliza postanowiła nie dopytywać się o wczorajszy wieczór, schodząc na inne tematy.

Ernest patrzył się przez chwilę w podłogę, chwilami w stronę żony. Próbował sobie coś przypomnieć. Eliza nie dawała za wygraną, wierciła w niego wzrokiem, który przybierał coraz to większe zniecierpliwienie.

— Nie byłeś, tak? — nie było słychać żadnej odpowiedzi.

— To już trzeci raz. Ostatnim razem obiecałeś mi. Nawet napisałeś kartkę, która miała ci o tym przypominać. Zobacz. Wisi na lodówce. — teraz już mówiła lekko poddenerwowana.

Ernest już wszystko sobie przypomniał. To dlatego dziś wcześniej puścili go z pracy. Musiał to kiedyś zgłosić.

— Zapomniałem.. — mówił ściszonym głosem.

— Alex ciągle gra w jakieś gry komputerowe.. Jestem pewna, że ma problemy z ocenami — głos Elizy był dosadny i z lekką dozą goryczy.

— Jutro pójdę. Wszystko wyjaśnię.

— Jutro? Zawsze tylko jutro! — teraz dało się słyszeć w jej głosie nie lada zdenerwowanie.

Niemal w tym samym momencie wzięła torebkę i szybko wybiegła do samochodu.

Ernest doskonale wiedział, że jutro nie będzie miał czasu, że znowu praca nie pozwoliłaby mu na załatwienie tej czy innej sprawy. Widział teraz oczami wyobraźni jak Eliza wchodzi do szkolnej sali, gdzie odbywała się wywiadówka, jako ostatni rodzic. To jak musi się tłumaczyć dlaczego już trzeci raz nikogo nie ma na wywiadówce u Alexa. Widzi jak profesor-wychowawca krytycznie na nią patrzy i ocenia ją jako człowieka, jako matkę. Matkę, która nie interesuję się życiem swojego dziecka, jego ocenami, jego problemami. Pan Madson zdjął szybkim ruchem z siebie fartuch i cisnął nim o blat stołu. Potem podszedł do okna i popatrzył przez nie w zamyśleniu. Uniósł prawą dłoń do góry. Otworzył ją szeroko i zaraz potem napiął mocno pięść i mięśnie ręki. W niemym geście uderzył niewidzialnego wroga, przy czym zamachnął się i pochylił lekkko do przodu. Miał ochotę teraz krzyczeć z całej siły, na siebie, na cały świat. Osunął się po chwili na podłogę. Poczuł się bezsilny. Przecież chciał dobrze. Próbował sobie przypomieć czy to aby na pewno trzeci raz zapomniał o wywiadówce..? Jenak kartka na drzwiach lodówki uświadamiała go w tymże przekonaniu. Było dokładnie tak jak powiedziała Eliza. Nikt i nic nie mogło go teraz usprawiedliwić.

Postanowił, że zrekompensuje popełniony błąd. Zerwał się na równe nogi i poszedł do pokoju Alexa. Ze zdziwieniem i jednoczesną ulgą zobaczył, że Alex jest u siebie, nie gra nawet w żadną grę i zdawało się, że przed chwilą coś czytał, sądząc po niechlujnie spoczywającej obok niego książce. Alexander leżał wyciągnięty na łóżku ze wzrokiem utkwionym w sufit.

— Cześć synu.

— O… Cześć.. — odparł Alex.

— Jak było w szkole? — pytał przyjaźnie Madson, ale nie usłyszał żadnej odpowiedzi. Syn nadal patrzył bezwładnie w sufit, będąc jedynie ciałem w pokoju.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 23.81