E-book
17.75
drukowana A5
27.37
Reno

Bezpłatny fragment - Reno


Objętość:
161 str.
ISBN:
978-83-8221-600-4
E-book
za 17.75
drukowana A5
za 27.37

Podziękowania dla Marty, za pierwszą recenzję

— Chciałeś łamania czwartej ściany? To będziesz mieć takie łamanie czwartej ściany, że żaden ortopeda cię nie poskłada — powiedział Reno do Czytelnika, po czym kopnął z całej siły mężczyznę leżącego na ziemi. Uderzenie było tak mocne, że facetowi wyleciały trzy zęby razem ze strumieniem krwi. Słońce paliło niemiłosiernie, ale Reno, ubrany w czarną skórzaną kurtkę, czerwoną koszulę, czarne jeansy przepasane szerokim pasem z dużą metalową klamrą oraz kowbojskie buty i kapelusz, stał niewzruszony, nie przejmując się duszącym, gorącym powietrzem. Podniósł półprzytomnego faceta, otworzył klapę bagażnika w swoim Toronado rocznik 1977 i wrzucił do niego delikwenta, a potem energicznie trzasnął klapą. Jechał asfaltową drogą przez pustynię, na której tylko gdzieniegdzie wyrastał jakiś kaktus. W oddali widział wysokie góry, które wyrastały nad horyzontem. Taki właśnie krajobraz miał codziennie przed oczami. Piasek, kaktusy, góry skaliste i niemiłosiernie palące żółte słońce. Sam nie wiedział, ile ma lat, ale mógł się tylko domyślać, że był już po czterdziestce. Na jego twarzy z ciemną karnacją widać było ślady młodzieńczego trądziku. Pod dolną wargą znajdowała się mała bródka, a na nosie nosił kwadratowe okulary przeciwsłoneczne. Że co? Że wygląda jak meksykański zakapior z filmów klasy B? I bardzo, kurwa, dobrze! Nie muszę wam nic więcej tłumaczyć.

— Widzieliście NiEBO, to teraz zobaczcie, jak wygląda Piekło… — powiedział, a jego doświadczone przez życie oczy patrzyły przed siebie. Tak, pisarskie Piekło, i tym razem to nie jest żaden skrótowiec. Miejsce przeklęte, do którego trafiają wszystkie najgorsze książkowe szumowiny po swojej, zwykle słusznej i tragicznej, śmierci. Wszystkie czarne charaktery, jakie przychodzą wam do głowy, lądują właśnie tutaj. To nie jest kraina szczęścia i dostatku. Niestety, nawet ci, którzy po swoim literackim zgonie chcą żyć przyzwoicie, muszą walczyć o swoje każdego dnia. To miejsce pełne przemocy, brutalności i okrucieństwa. Jeśli nie zabije cię jakiś psychopata na ulicy, to może to zrobić jedna z wersji Jokera, ćpająca akurat w którymś śmietniku. Nieprzyjazny klimat, wszechogarniająca pustka i nuda krajobrazu oraz nieustannie palące słońce doprowadzają ludzi do szału. Wielu z tych, którzy jeszcze wczoraj starali się być mili, jutro wącha klej pod jednym z licznych burdeli. Istniały skorumpowane władze, które próbowały zarządzać tą krainą. Opierało się to głównie na układach z gangami i wojskiem. Zwykle wybierały one na zarządcę krainy tego, który bierze najmniejsze łapówki. Tak, istnieje wojsko, które ma za zadanie pilnować porządku, ale od dawna jego jedyną rolą jest zbieranie trupów. W tym miejscu nie ma wielu przepisów i zasad Panowała jedna: „Dzieci i kobiety są święte”. Aczkolwiek Reno doskonale wiedział, że i od tej reguły były wyjątki. Mijał właśnie duży biały znak, wysprejowany i z dziurami po kulach, witający wjeżdżających do największego miasta Piekła: Hell City, które nie było klasyczną metropolią. Te zwykle mają slumsy, przedmieścia i centrum miasta z wysokimi szklanymi biurowcami. Tymczasem tutaj są tylko slumsy. Wszyscy mieszkali w małych, ciasnych, murowanych domkach. Nie było muzeów, kin, parków. Ludzie żyli z dnia na dzień, unikając kłopotów i uciekając przed nieprzyjaznym klimatem. Reno wjechał na główną ulicę i mijał kolejne bary, speluny, kluby, burdele, studia tatuażu oraz prywatne punkty lekarskie, gdzie można było zrobić wszystko, od wyciągnięcia kuli po drastyczne tortury. Były też inne sklepy, w których zaopatrywali się ci, próbujący uczciwie zarobić na chleb, z produktami różnej potrzeby. Właściciele tych miejsc musieli płacić mafii i gangom za ochronę, co i tak nie zawsze działało. Wiele z nich było słabo wyposażonych, urządzonych i zaopatrzonych. Ci, którzy zwykle próbowali prowadzić takie miejsca i spokojne życie, ledwo wiązali koniec z końcem.

Stanął swoim czerwonym samochodem pod jednym z niskich, małych budynków i zgasił silnik. Wyciągnął zdobycz z bagażnika i przeszedł, wlokąc mężczyznę po ziemi, przez kratowane drzwi. Wszedł do środka. Pomieszczenie wyglądało jak mały sklepik, ale zamiast towarów wszędzie wisiały zdjęcia dziwnych ludzi oraz charakterystyczne neony ze znakiem „$” albo z napisem „Cash”. Pierwsze co zauważył, jak wszedł, to wysokiego mężczyznę ubranego w czarny garnitur, opierającego się o framugę drzwi. Mężczyzna spojrzał badającym wzrokiem na niego, a potem na jego ofiarę. Za ladą stał gruby, niski facet w koszulce na ramiączkach z widoczną plamą pośrodku, po jakimś tłustym jedzeniu. Reno podszedł do niego i rzucił trzymanym facetem o podłogę.

— Mam waszą zgubę — powiedział, wskazując ręką na faceta na ziemi.

Mężczyzna zza lady wychylił się i spojrzał w dół. Ujrzał małego, łysego gościa ubranego w szpitalną piżamę.

— A tak, ten… — przypomniał sobie, po czym wyszedł zza lady, zebrał delikwenta i przetargał przez podłogę na zaplecze. Reno usłyszał tylko dźwięk zamykanych kajdanek. Obrócił głowę i spojrzał na faceta przy drzwiach, który stał nieruchomo i z gniewną miną patrzył na niego. Mężczyzna zza lady powrócił na swoje miejsce. Meksykanin stał przez chwilę w milczeniu, czekając na reakcję tego w koszulce na ramiączkach, ale ten udawał, że go nie widzi. W końcu podniósł wzrok i z pretensją w głosie spytał:

— Co?

— Chyba należy mi się zapłata. — Słusznie stwierdził Reno.

— Tak? — powiedział z lekkim zdziwieniem mężczyzna w koszulce. — A ja mam inne zdanie na ten temat. — Wyciągnął spod blatu strzelbę, którą skierował prosto w klienta. Meksykanin usłyszał za swoimi plecami, jak drugi facet odbezpiecza swoją broń.

— A, a, a… bez numerów — powiedział facet w koszulce i ruchem głowy skinął, żeby Meksykanin podniósł ręce. Ten, bez protestu, tak też zrobił, widząc jaką ma słabą pozycję. Spojrzał na mężczyznę z bronią, a potem lekko obrócił głowę za siebie, spoglądając na drugiego za jego plecami. Teraz wiedział doskonale w jakim jest miejscu. Szybko, prawą ręką, złapał literę „o” z wcześniejszego zdania i szybkim ruchem, od lewej do prawej, przeciął twarz faceta w koszulce tak, że ten padł martwy na ziemię. Błyskawicznie obrócił się na stopach i rzucił literą w drugiego faceta. Ta przeleciała przez całe pomieszczenie i zanim zdążył on oddać strzał, litera przecięła jego głowę na pół, wbijając się w drewnianą framugę, o którą się opierał. Stał tak przez sekundę, z wbitą literą „o” w czoło, trzymając w dłoni pistolet. Po chwili dolna część ciała runęła z hukiem na podłogę, a górna część, z mózgiem, została na literce, kapiąc krwią na podłogę. Reno spokojnie przeszedł za ladę i podszedł do kasy. Wcisnął guzik. Szufladka się otworzyła. Wyjął pieniądze. Przeliczył powoli, rzucił jeden banknot na blat i skierował się w stronę wyjścia. Przechodząc nad zwłokami mężczyzny przy drzwiach, rzekł:

— Reszty nie trzeba.


Czerwone Toronado przemierzało kolejne ulice miasta. Ludzie krzątali się w swoim tempie, próbując schować się przed piekącym słońcem. Reno przejechał jedną z głównych ulic miasta. Po kilku minutach i wielu skrzyżowaniach wjechał na parking pod restauracją. Był to niski, przeszklony budynek z dużym wyblakłym napisem „Restaurant” na dachu. Wszedł do środka. Było to jedno z najbardziej pospolitych miejsc w jakich bywał. Na podłodze zniszczone biało-czarne płytki. Stoliki i krzesła ustawione w jednym rzędzie po lewej stronie. Po prawej znajdował się długi blat, za którym kelner przyjmował zamówienia oraz wydawał posiłki. Nie było za wielu ludzi. Jeden pijaczek przysypiał przy środkowym stoliku a kobieta, która wyglądała jak prostytutka, dopiero co wciągnęła sporą ilość kokainy i zabierała się za smażone jajka, które leżały na talerzu przed nią. Na stołku barowym naprzeciwko barmana siedział gruby facet z przetłuszczonymi włosami w czarnej koszulce, popijający opróżnione do połowy piwo. Zauważył wchodzącego Meksykanina i lekko skinął mu głową. Reno podszedł i usiadł obok niego.

— Miałem kłopoty przy oddawaniu przesyłki — powiedział Meksykanin, nawet nie patrząc na niego.

— Ty? — zdziwił się jego znajomy. — Domyślam się, że nie spotkało ich nic dobrego… — stwierdził, po czym wziął łyk piwa ze szklanki.

— Mógłbyś dobierać lepszych klientów — odpowiedział Reno.

— Taka robota. Sam wiesz… — Spojrzał na jego twarz. — To niebezpieczny biznes. Nie pytam klientów, czy są grzeczni. Nie interesuje mnie to — rzekł szczerze.

Po chwili wyrósł przed nimi wielki barman, który spojrzał na nowego klienta i spytał:

— Co podać?

Reno tylko przecząco pokręcił głową.

— Może tym razem nie będzie problemu — powiedział facet w czarnej koszulce i podał mu dużą szarą kopertę. Meksykanin wyciągnął z niej zawartość. Było tam duże zdjęcie policyjne jakiegoś faceta oraz wyciąg z akt. Reno rzucił okiem na papiery i od razu zauważył nazwisko: Oscar La Plata.

Przyglądał się uważnie zdjęciu, kiedy to usłyszeli, jak dzwonek przy drzwiach zadzwonił i do lokalu weszło trzech wysokich mężczyzn ubranych w znoszone zielone płaszcze. W ich oczach widać było wściekłość. Przy sobie mieli wyciągniętą broń: strzelbę, stary rewolwer i pistolet. Rozejrzeli się uważnie po pomieszczeniu i podnieśli broń, celując w różne części lokalu.

— To napad! — krzyknął jeden z mężczyzn, który musiał być liderem ich grupy. — Róbcie, co każemy, a nikomu nie stanie się krzywda! — krzyczał, celując w faceta za ladą.

Jego towarzysze celowali na przemian, w przysypiającego pijaczka, naćpaną, głodną prostytutkę oraz w dwójkę ludzi przy barze.

— Dawaj kasę! — rzucił w stronę barmana lider uzbrojonej grupy i zaczął powoli podchodzić do niego. — Nie lubię, gdy ktoś przerywa mi posiłek — stwierdził kolega Meksykanina w czarnej koszulce.

— Ja też — odparł beznamiętnie Reno.

Mężczyzna ze strzelbą w dłoniach stanął naprzeciwko kelnera i celując w niego, rozkazał:

— Kasa! Już!

Ten, przerażony, skinął głową i próbując nie drażnić napastnika, powoli podszedł do kasy i zaczął ją otwierać. Nie miał zbyt dużego utargu, ale strata nawet jednego dolara w tym świecie była bardzo odczuwalna. Otworzył szufladę i powoli zaczął wykładać banknoty na ladę, jeden po drugim. Mężczyzna z bronią stał i ciągle w niego mierzył. Obrócił głowę i spojrzał na siedzącego obok Meksykanina.

— Masz jakiś problem? — spytał z wyczuwalnym gniewem w głosie.

— Nie lubię, jak ktoś przerywa mi konwersację — odpowiedział buńczucznie Reno.

— O, tak? To panowie wybaczą, ale mam to kurwa gdzieś! — krzyknął w stronę Meksykanina.

Barman ciągle wykładał jeden banknot za drugim.

— Pośpiesz się! — ponaglił go napastnik.

Wtedy ten zaczął szybciej wyciągać pieniądze i po kilku sekundach leżała przed nim kupka banknotów.

— No nareszcie… — powiedział napastnik z satysfakcją w głosie, po czym kolbą od strzelby przywalił barmanowi prosto w czoło tak, że ten momentalnie upadł na plecy. Reno tolerował wiele przykrych i złych rzeczy, ale nie znosił przemocy wobec tych, którzy sami jej nie stosowali. W tym momencie postanowił się zaangażować. Obrócił się lekko w stronę swojego towarzysza i spytał:

— Pomożesz?

— Co potrzebujesz? KKK czy EEE? — spytał z wyczuwalną ironią w głosie jego kolega w koszulce.

— Wystarczyłyby kropki — stwierdził Reno, po czym chwycił trzy litery „K”.

— Zamknąć się! — krzyknął mężczyzna z bronią, odrywając się na chwilę od zbierania kasy i spoglądając w ich stronę. Ujrzał wtedy widok, który bardzo go zdziwił. Widział jak Meksykanin trzyma w dłoniach trzy drukowane litery „K”, co wprawiło go w niemałe zaskoczenie. Nigdy nie widział czegoś takiego w Literackim Piekle. Zanim zdążył się zorientować po co one są, jedna z nich przecięła mu całą czaszkę na pół. Ciało upadło na ziemię, co zaalarmowało jego towarzyszy, którzy zdziwieni ujrzeli, jak ich szef upada na podłogę. Skierowali wzrok na dziwnego mężczyznę w czarnej kurtce i kowbojskim kapeluszu. Zanim zdążyli pomyśleć, co robić, Reno zeskoczył z krzesła i rzucił kolejną literą w kierunku faceta z pistoletem. Ta przeleciała przez całą restaurację i przecięła go na pół. Jego towarzysz tylko patrzył, jak dwie połówki ciała upadają na biało-czarną podłogę. Kiedy obrócił głowę w stronę Meksykanina, widział przed sobą jak ostatnia litera ustawiona na sztorc, leci prosto w jego kierunku. Osłupiały, nie zareagował i ta wbiła się w sam środek jego czoła. Broń wypadła mu z ręki i jedyne, co był jeszcze w stanie zrobić, to wymamrotać:

— Skurwysyn…

Po czym padł na podłogę. Reno podniósł się i poprawił swoją skórzaną kurtkę, rozglądając się po lokalu i widząc, że pijaczek i tak spał, a prostytutka, zapewne ze stresu i narkotyków, leżała z głową w usmażonych jajkach.

— Dobrze, że było ich tylko trzech, bo musiałbym ci cały alfabet wyrecytować — zażartował jego znajomy. Wtedy barman, z zakrwawioną twarzą, podniósł się i spojrzał na leżące przed nim banknoty i martwych napastników.

— Dziękuję… — wymamrotał tylko.

— Nie ma za co — odpowiedział we wspólnym imieniu towarzysz Meksykanina.

Zakrwawiony barman zebrał wszystkie pieniądze do szuflady w kasie i poszedł na zaplecze, opatrzyć swoje rany.

Meksykanin po wszystkim usiadł z powrotem na stołku barowym.

— Muszę z tym skończyć — stwierdził Reno.

— Z czym?

— Z tą robotą. To będzie moje ostatnie zlecenie. — powiedział i chwycił kopertę ze zdjęciem.

— Kiedy mi chciałeś powiedzieć? — spytał, niemile zaskoczony, jego towarzysz.

— Dzisiaj.

— I co będziesz robił?

— Nie wiem — odparł szczerze Meksykanin. — Może będę podróżował — powiedział, zebrał wszystkie rzeczy, zeskoczył z krzesła i skierował się do wyjścia, przechodząc nad trupami.

— Wiesz doskonale, że to nie twoje życie…, że zatęsknisz za tym — zauważył jego znajomy.

Reno zatrzymał się na chwilę. Chciał obrócić się w jego stronę i coś odpowiedzieć. Powstrzymał się, podniósł głowę i głośno rzekł, wychodząc z restauracji:

— Przygotuj kasę, za niedługo Oscar będzie mój.

Doskonale wiedział, gdzie znaleźć poszukiwanego. Po pierwsze, dlatego że był w tym bezapelacyjnie najlepszy, a po drugie, bo zauważył w opisie, że Oscar to członek gangu Dzikiego Byka. A jest tylko jedno miejsce, gdzie członkowie tej grupy przebywają: w barze „Czerwona Wstążka”. Wsiadł do samochodu i skierował się w stronę tego miejsca, skręcając od restauracji w prawo. Jechał jedną z ulic miasta i zatrzymał się na skrzyżowaniu. Wyciągnął zdjęcie kolejnego zlecenia i spojrzał na nie jeszcze raz. Na zdjęciu policyjnym widział mężczyznę z widocznymi tatuażami na szyi i twarzy, który trzymał tabliczkę z numerem do kartoteki policyjnej. Na jego twarzy malował się głupi uśmiech. Kiedy wrócił wzrokiem na ulicę, na chodniku zauważył dziwną postać. Widział tylko jej sylwetkę, nie mógł dostrzec twarzy, nie dlatego że było daleko, ale dlatego że ta postać nie miała twarzy. Czuł jednak, że wpatruje się ona prosto w niego. Stała na chodniku i nagle skręciła w jedną z ciasnych uliczek między budynkami. Reno nie zważając na innych uczestników ruchu drogowego, ruszył z piskiem opon przed siebie, żeby ją dogonić. Zatrzymał się na chodniku i szybko wyskoczył z samochodu, po czym wszedł w uliczkę. Była ona ciasna, zabrudzona, z koszami i wszędzie latającymi śmieciami. Zrobił parę kroków do przodu, żeby odszukać postać, ale nikogo tam nie było. Rozejrzał się dookoła, poza pustymi butelkami, stertami starych gazet i igieł, nikogo nie było. Wtedy poczuł ostry ból w klatce piersiowej. Kucnął i włożył dłoń pod koszulę, zaciskając mocno pięść. Trzymając dłoń na piersi, wrócił do samochodu. Wsiadł i otworzył schowek. Wyciągnął małą, plastikową, białą buteleczkę. Wysypał zawartość na dłoń. Przeraził się, kiedy odkrył, że została ostania tabletka. Połknął ją i po chwili poczuł, jak kojące ciepło rozchodzi się po jego ciele. Przymknął na chwilę oczy, aby odpocząć. Z letargu wyrwał go jakiś wściekły, pijany przechodzień, który walnął w maskę jego samochodu. Nie zareagował. Nie miał zamiaru przejmować się zwykłym pijaczyną. Ruszył i zawrócił. Przejechał kilka przecznic, po czym skręcił w jedną z uliczek w prawo. Stanął koło małego budynku, na którym wisiała drewniana tabliczka z napisem „Drugs”. Wszedł do środka. Na półkach sklepowych znajdowała się niezliczona ilość różnych medycznych specyfików i nie tylko. W kartonowych opakowaniach, szklanych i plastikowych butelkach, a nawet w dziwnych woreczkach. Za szklaną ścianą stał wysoki, szczupły mężczyzna w okularach. Ubrany był w biały fartuch, który chyba dawno nie był prany. Reno podszedł do lady i przez mały otwór w szklanej ścianie postawił przed farmaceutą białą buteleczkę. Mężczyzna w białym kitlu wziął ją do ręki i zaczął czytać. Oderwał od niej wzrok i spojrzał na klienta. Meksykanin położył na ladzie kilka banknotów.

— Wiesz, że to silny lek, i bardzo uzależnia? — ostrzegł farmaceuta.

— Ta? A co cię to obchodzi? –zapytał zirytowany Reno. — Płacę, to wymagam. Nie chcesz zarobić?

— Chcę, ale nawet tutaj jestem ciągle farmaceutą i obowiązuje mnie przysięga Hipokratesa — odpowiedział mężczyzna w białym kitlu.

— Przysięga Hipokratesa? — zadrwił Reno. — A to nie twój przodek sprzedał Romeo truciznę? — spytał retorycznie.

Farmaceuta spojrzał z gniewną miną na niego.

— Masz receptę? — spytał.

— Tak — odparł klient i wyciągnął dłoń, aby mu pokazać środkowy palec.

Farmaceutę lekko to rozbawiło. Wyjął z szuflady taką samą buteleczkę.

— Wypierdalaj — powiedział, stawiając przed klientem lekarstwo i zagarniając banknoty. Reno chwycił buteleczkę i schował do kieszeni, po czym wyszedł ze sklepu.

Wrócił do poszukiwań i skierował się w stronę „Czerwonej Wstążki”. Był pewien, że Oscara tam nie ma, ale miał tam znajomego, który mógł wiedzieć to i owo. Musiał zjechać z głównej arterii miasta i udać się do bardziej przemysłowej dzielnicy. Była ona znana najbardziej z tego, że hodowano tam marihuanę, przepakowywano kokainę i gotowano metaamfetaminę, ale w asortymencie były wszystkie znane ludziom narkotyki. Reno wjechał w dzielnicę i przejeżdżał obok różnych hal, składów i podejrzanych miejsc. Na jednej z ulic, obok byłej fabryki heroiny znajdował się mały klub ze striptizem „Czerwona Wstążka”. Była to niewielka, kwadratowa konstrukcja zbudowana ze starych desek. Pod klubem stały miejscowe prostytutki, dilerzy narkotykowi oraz niezliczona ilość wielkich facetów w skórzanych kurtkach, którzy opowiadali o swoich chopperach, popijając kiepskie piwo. Reno zaparkował po przeciwnej stronie ulicy. Wysiadł i udał się do knajpy, nie zważając na groźne miny facetów, oraz zaczepki tanich prostytutek. W środku znajdowało się kilkadziesiąt osób. Pijących, narkotyzujących się, ale przede wszystkim oglądających striptiz robiony przez całkiem atrakcyjne kobiety, zważywszy na usytuowanie lokalu. Skierował się bezpośrednio do baru, za którym stał duży, łysy facet z wieloma kolczykami na twarzy oraz w uszach. Podawał właśnie komuś drinka, kiedy zobaczył, jak Reno podchodzi do baru. Jego twarz pobladła. Wyciągnął spod lady wielką strzelbę i bez chwili wahania wycelował w niego.

— Ani się rusz! — powiedział groźnie do Meksykanina. Ten podniósł od razu ręce do góry, wiedząc, że z Andym nie ma żartów i jeśli tylko wykona jakiś fałszywy ruch, to cała zawartość magazynku wyląduje w jego ciele.

— Przychodzę w dobrych zamiarach — oznajmił Reno.

— Akurat… — zadrwił Andy. — Ty i dobre zamiary.

— Chcę pogadać. Będę grzeczny.

Twarz znajomego początkowo nie była przyjazna, po chwili jednak zaczął powoli opuszczać swoją broń. Łysy kiwnął głową, schował broń i skierował się ku drzwiom prowadzącym na zaplecze. Reno poszedł za nim. Weszli do małego biura, w którym była kanapa, stolik a pod ścianą, naprzeciwko drzwi, duże biurko. Zaraz za nim różne szafki na dokumenty. Andy usiadł za biurkiem i wskazał ręką na krzesło naprzeciwko. — Czego chcesz? — spytał łysy.

Nic nie mówiąc, Reno podał mu zdjęcie Oscara. Andy rzucił okiem, a potem skierował wzrok na swojego gościa.

— Znajomy? — spytał drwiąco łysy.

— Oscar La Plata.

— No i?

— Wiem, że tutaj bywał, a prawdopodobnie nawet bywa. Może wiesz, gdzie może być?

— Nie znam człowieka — stwierdził Andy i rzucił zdjęciem. — A nawet jakbym wiedział, to myślisz, że powiedziałbym ci?

— Jesteś mi coś winien… — stwierdził chłodno Meksykanin.

Twarz łysego pobladła tak, że ciężko było powiedzieć, gdzie są kolczyki, które miał w nią powbijane.

— Będziesz mi to wypominał? — spytał Andy.

— Po prostu wiesz, że gdyby nie ja, to tej budy… — Reno rozglądnął się po pomieszczeniu — …już dawno by tu nie było.

Andy pamiętał, że kiedy cztery lata temu jeden z okolicznych gangów chciał go zabić i wpadł z „przyjacielską” wizytą do baru, tylko Reno nie uciekł i uratował mu życie oraz dobytek.

— Oscar tu bywa — zaczął mówić Andy. — Siedzi, wypija dwa drinki, wciąga kreskę i wychodzi.

— Kiedy był ostatnio?

— Ponad tydzień temu, ale nikt nie wie, że ma jedną słabość.

Reno spojrzał na pomarszczoną twarz łysego, oczekując odpowiedzi.

— Kobiety… — powiedział cicho Andy. — Poprosił mnie, żebym mu dał adres jakiegoś dobrego burdelu…

— Niech zgadnę. — Nie pozwolił mu dokończyć Reno. — Przybytek przy Złotej 86?

Andy pokiwał tylko głową.

— Tyle mi wystarczy — powiedział Meksykanin i wstał, zabierając ze sobą zdjęcie.

Łysy siedział dalej, nie patrząc nawet na swojego gościa.

— Tylko proszę — poprosił Andy, a Reno się odwrócił. — Nikt nie może się dowiedzieć, że coś ci powiedziałem.

Meksykanin skinął głową i powiedział tylko:

— Ja nigdy nie wydaję swoich informatorów.

Potem wyszedł. Burdel lub jak niektórzy mówią „Dom publiczny” przy Złotej, był jednym z wielu takich miejsc na mapie Hell City. Nie był najbardziej znanym ani najlepszym miejscem tego typu w mieście. Ale Reno wiedział doskonale, że Andy zawsze polecał ten lokal, bo jego druga żona tam pracowała. I mimo że już dawno nie miał z nią nic do czynienia, to miał sentyment do tego miejsca i polecał je każdemu, kto pytał o takie atrakcje. Lokal znajdował się na obrzeżach miasta, w dzielnicy portowej zwanej tak, chociaż miasto nie miało dostępu ani do rzeki, ani do morza. Reno zajechał pod jeden z ostatnich budynków. Zaraz za nim rozciągała się pustynia z kaktusami i górami w oddali. Zaparkował na ulicy i podszedł pod główne wejście, przed którym siedział mały chłopiec, na oko 8 lat. Rzucił tylko okiem na chłopaka, który siedział sobie, jakby nigdy nic pod burdelem, i zajadał się czerwonym lodem. Pomyślał, że to zapewne dzieciak jednej z tutejszych pracownic i bez dalszej zwłoki wszedł do środka. Na początku można było pomyśleć, że to normalna knajpa. Za barem siedział zwykły barman, który czyścił właśnie kieliszki. Dopiero po chwili zauważył, że siedzące kobiety są bardzo skąpo ubrane, a część była praktycznie naga. Nie zdążył nawet podejść do baru, kiedy jedna z pracownic podeszła do niego kuszącym, sprężystym krokiem.

— Hej, przystojniaku — przywitała się zalotnie. — Zabawimy się? — spytała zmysłowo, ale bezpośrednio.

Nim zdążył odpowiedzieć, usłyszał głos za swoimi plecami:

— Spadaj Joanna, ten należy do mnie.

Dziewczyna spuściła wzrok i usiadła z powrotem na jednej z kanap. Reno odwrócił się i ujrzał kobietę, która była ubrana normalnie i nic jej nie prześwitywało. Była to Julia, była żona Andy’ego.

— Co sprowadza wielkiego Reno do mojego przybytku? — spytała z nutką ciekawości w głosie.

— Twojego? — zdziwił się.

— Cóż… Za kasę, którą ukradłam mojemu byłemu mężowi, kupiłam to miejsce razem z całym wyposażeniem — mówiąc to rozglądała się po całym lokalu, próbując wzrokiem pokazać, co do niej należy. — Nie odpowiedziałeś na moje pytanie –naciskała dalej. — Co cię tu sprowadza? Bo jakoś nie wierzę, że masz ochotę na seks z jedną z moich dziewczyn.

— Szukam kogoś.

— No tak, mogłam się domyślić… — uśmiechnęła się pod nosem.

— I czemu myślisz, że tutaj jest ten ktoś? — dociekała.

— Twój były, jak zwykle, polecił mi to miejsce.

— A czemu miałabym ci powiedzieć, czy jest tutaj?

Reno wyciągnął z kieszeni pliczek z pieniędzmi i pokazał go Julii. Jak go zobaczyła, tylko spuściła głowę i lekko się uśmiechnęła.

— Gdybym cię nie znała, to bym ci dała w pysk i poprosiła ochroniarza, żeby cię stąd wypierdolił — powiedziała.

Nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia.

— Ale po pierwsze, lubię cię — mówiła dalej — a po drugie, jak ci odmówię, to znowu będziesz robił te swoje cuda z literami i rozpierdolisz mi wszystko.

— Wiesz, że kobiety są nietykalne — stwierdził Reno.

— Jak dobrze pamiętasz, od każdej reguły są wyjątki — powiedziała i wyciągnęła rękę.

Reno położył pieniądze na jej dłoni, a ta schowała je za stanik.

— Pokój 12 — wydała gościa.

Meksykanin kiwnął głową i udał się w stronę schodów.

— A! — krzyknęła, a on odwrócił się w jej stronę. — Tylko nie przestrasz dziewczyny — poprosiła.

— Oczywiście — odpowiedział.

Wszedł na piętro i zaczął iść długim, lekko oświetlonym czerwonym światłem, korytarzem. Po jednej i po drugiej stronie znajdowały się pokoje z numerami na drzwiach. W końcu znalazł się przed pokojem numer 12. Nacisnął klamkę i ostrożnie wszedł do pomieszczenia. Był to mały pokoik z jednym dużym łóżkiem pośrodku. Pomieszczenie było lekko oświetlone, ale wszystko w nim dobrze widoczne. Na łóżku ktoś leżał, przykryty czerwoną pościelą. Powoli i cicho stawiając każdy krok, podszedł do łóżka. Stanął obok i chwycił pościel, po czym szybkim ruchem zrzucił ją na podłogę. Pod nią leżała naga brunetka, która na widok nieznajomego od razu krzyknęła. Wtedy kątem oka zauważył, że z łazienki, która znajdowała się zaraz obok pokoju z łóżkiem, wyszedł zaskoczony facet ubrany w same bokserki i skarpetki. Reno od razu rozpoznał Oscara. Ten, jak tylko zorientował się w sytuacji, rzucił się do ucieczki i wybiegł z pokoju. Meksykanin pobiegł za nim. Mimo wszelkich starań, nie był w stanie go dogonić ani na korytarzu, ani na schodach. Facet w mgnieniu oka wybiegł przez wejściowe drzwi na Hell City. Reno był kilka kroków za nim. Kiedy znalazł się na ulicy, tamten miał solidną przewagę i biegł przed siebie, przekraczając granicę miasta i docierając na pustynię. Meksykanin zatrzymał się. Przed wejściem do lokalu, ciągle siedział ten chłopczyk, który wcześniej jadł loda. Spojrzał na chłopca, pochylił się i spytał:

— Hej chłopczyku, jak się nazywasz?

Chłopiec spojrzał na niego dziwnym wzrokiem i wymamrotał:

— Tomek.

— Jak ładnie. Spójrz, mam tutaj literkę „T” z twojego imienia — powiedział Reno do chłopca, podając mu literę „T”. Chłopiec wziął ją do ręki i zaczął oglądać z zainteresowaniem.

— Widzisz, jaka ładna — mówił. — Spójrz na jej brzegi i krawędzie. A teraz patrz. — Zabrał literę chłopcu. — Ona umie fajne rzeczy, jak weźmiesz ją w dłonie i zakręcisz, to poleci.

Chwycił literę w obie dłonie, po czym zakręcił nią tak, że ta poleciała do góry, obracając się w powietrzu jak śmigło helikoptera.

— Ale z jedną literką „T”, to nie mogę wiele zrobić — zasmucił się. — Ale z wieloma, już tak, więc Tomku, powiedz pierwszą literę swojego imienia, tak z siedemdziesiąt pięć razy. Tylko — Reno podniósł palec, żeby położyć nacisk na to co ma powiedzieć — żeby była drukowana.

— TTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTT

TTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTT.

Leciał nad pustynią w zbudowanym, przez siebie, z liter „T”, dziwnym pojeździe. Jedne litery tworzyły podwozie, a pozostałe były kilkunastoma małymi śmigłami, które utrzymywały środek transportu w powietrzu. Kierował innymi literami „T”, które poskładane i poskręcane razem ze śmigłami tworzyły dwie wajchy do kierowania. Rozglądał się w dół i na boki, szukając uciekiniera. W końcu ujrzał sylwetkę mężczyzny, który ledwo biegł przez pustynię i wyglądał jakby miał zaraz upaść. Obniżył lot swojej niezwykłej maszyny. Wtedy Oscar usłyszał dziwny dźwięk za sobą i obrócił się. Kiedy zobaczył nadlatującego Meksykanina, przyspieszył, ale tym razem nie miał absolutnie siły, więc po paru krokach padł na ziemię. Reno tymczasem, spokojnie wylądował i zsiadł ze swojej niezwykłej konstrukcji. Podszedł spokojnym krokiem do Oscara, który półżywy leżał na ziemi, i obrócił go twarzą do siebie.

— Mam cię — powiedział z satysfakcją.

— Proszę… nie… — błagał, mamrocząc Oscar.

— To tylko biznes — odparł Meksykanin.

Reno wziął literę „s” oraz dwie litery „o”. Lekko rozciągnął litery „o”, nakładając je na nadgarstki jak bransoletki. Potem przełożył przez nie literę „s” i wszystko mocno ścisnął, żeby nie było żadnych luzów. Tym samym tworząc prowizoryczne kajdanki.

— Proszę… zdradzę ci tajemnicę… — błagał dalej Oscar, ale Meksykanin zupełnie nie reagował.

Reno złapał swoją ofiarę za ręce, żeby przeciągnąć ją do swojego pojazdu.

— Błagam, puść mnie, jest dużo warta — przekonywał skuty, ale Meksykanin nie słuchał, targając poszukiwanego po piasku i idąc w stronę niezwykłej maszyny.

— Wiem, gdzie jest Wielki Teatr… — wybełkotał w końcu Oscar.

Reno przestał go podnosić i ciągle go trzymając, podsunął do swojej twarzy. Spojrzał mu w oczy, po czym z gniewnym wyrazem rzekł:

— Niemożliwe, Wielki Teatr nie istnieje.

— Jest… istnieje… przysięgam… — bronił się Oscar.

Wtedy Meksykanin ujrzał coś, co wzbudziło w nim strach pomieszany z ciekawością. Oderwał wzrok od twarzy swojej zdobyczy i spojrzał na jeden z jego tatuaży, który znajdował się na ramieniu. Była to głowa wilka zbudowana z kilku linii. Od razu rozpoznał ten rysunek.

— Skąd masz ten tatuaż? — spytał z wściekłością.

Oscar, zaskoczony i przerażony, spojrzał na swoją dziarę na prawym ramieniu.

— Nie pamiętam… Pewnie pijany byłem — odpowiedział.

— Skąd?! — krzyknął mu prosto w twarz Reno.

— Spokojnie… Jakiś dziwny brunet w garniturze mi go robił… Czemu cię tak interesuje?

Meksykanin puścił poszukiwanego, a ten z hukiem upadł na ziemię. Pochylił się nad jego ciałem i rozkazał:

— Mów! Co wiesz o Wielkim Teatrze?

Oscar otworzył oczy i spojrzał na podziurawioną twarz Reno.

— Znam kogoś… kto tam był i wie, co trzeba zrobić, żeby tam trafić… Jak mnie puścisz, to dam ci adres tego kolesia.

Spojrzał na niego, podniósł z ziemi i rzucił na swój, złożony z liter, statek powietrzny.

— Polecisz ze mną — powiedział Reno.

Potem wsiadł na maszynę, poruszył jedną z wajch i wzbili się w powietrze.


Kiedy Oscar otworzył oczy, zauważył, że znajduje się w ciasnym, ciemnym pomieszczeniu. Ponieważ nie był to jego pierwszy raz, od razu zrozumiał, gdzie się znajduje. Poczuł, że samochód się zatrzymał. Usłyszał kroki zbliżające się do bagażnika. Pokrywa otworzyła się i światło palącego słońca oślepiło go. Zmrużył oczy i zobaczył, że przed nim stoi Meksykanin. Ten chwycił go i wyciągnął. Znajdowali się na parkingu piętrowego motelu.

— Który pokój? — spytał Reno.

— 23…

Meksykanin złapał Oscara za ramię i powiedział mu prosto do ucha:

— Prowadź.

Ten zaczął powoli iść w kierunku pokoju będąc ciągle trzymanym. Pokój znajdował się na piętrze, także musieli wejść po schodach na górę. W końcu dotarli pod drzwi z numerem 23, Oscar wyjął klucz i otworzył je. Powoli wkroczyli do środka. Był to standardowy mały pokoik, z dużym łóżkiem i małym telewizorem naprzeciwko. Na wprost drzwi wejściowych znajdowała się mała łazienka. Pokój był pusty, ale widać było, że ktoś tu mieszka, bo na krześle leżały porozrzucane ciuchy. Światło wpadało przez jedyne, małe, brudne okno zaraz obok drzwi w tym tanim przybytku. Wykładzina podłogowa była brudna, a meble stare i mocno zużyte.

— Ktoś! — zawołał niezbyt głośno Oscar.

Reno spojrzał na niego zaskoczonym wzrokiem a ten, reagując na niego, odpowiedział:

— Tak na niego wołają: Ktoś.

Meksykanin nic nie odpowiedział, tylko zaczął się uważnie rozglądać po pomieszczeniu. Wtedy usłyszeli trzask za drzwiami, gdzie znajdowała się pokojowa łazienka.

— Powiedz coś — poprosił szeptem Reno

— Co? — spytał zaskoczony Oscar. Meksykanin chwycił znak pytajnika i złapał go za podstawę, trzymając w dłoni improwizowany hak.

— Tego mi było trzeba — stwierdził cicho i podszedł powoli do drzwi łazienki. Przyłożył ucho, żeby podsłuchać, ale nic nie usłyszał. W końcu, pociągnął za klamkę i z impetem wpadł do łazienki. Zobaczył stojącego przed nim faceta, wysokiego i szczupłego, o jasnej karnacji z bujną blond czupryną. Ktoś miał na sobie tylko ręcznik. W ręce trzymał maszynkę do golenia a na twarzy miał nałożoną piankę. Spojrzał na faceta, z dziwnym przedmiotem w dłoni, przed sobą zaskoczonym wzrokiem i stał tak nieruchomo, przez chwilę.

— Ktoś? Co się stało? — spytał Oscar, który stał za Meksykaninem.

— Nic, chciałem się ogolić — odpowiedział spokojnie Ktoś.

— Chcemy z tobą porozmawiać — powiedział Oscar La Plata.

— Hmm… chyba nawet wiem o czym. Dacie mi się ogolić i ubrać? — Tak — odpowiedzieli obaj i wyszli z łazienki.

Usiedli na łóżku, na niezbyt czystej pościeli, czekając na niego. Ten, po kilku minutach, wyszedł ubrany w czerwone jeansy i zieloną koszulkę. Stanął pośrodku pokoju i patrzył dziwnie nieobecnym wzrokiem na Reno.

— Chcesz się dowiedzieć jak trafić do Wielkiego Teatru? — spytał spokojnym głosem Ktoś, co bardzo zaskoczyło Meksykanina.

— Wiesz, gdzie jest Wielki Teatr? — spytał Reno.

— Mniej więcej… — odpowiedział tajemniczo kudłaty. — Wiem, jak tam trafić, dokładnej lokalizacji nie znam.

— To jak tam trafić?

— Musimy mieć trzy rzeczy: Rzecz z przeszłości, Rzecz z teraźniejszości i Rzecz z przyszłości.

Reno spojrzał dziwnym wzrokiem na Oscara i spytał ironicznie:

— Do kogoś ty mnie przyprowadził?

— Wydaje ci się — kontynuował Ktoś — że Wielki Teatr to miejsce. Żeby się tam znaleźć, musisz najpierw dostać bilet, a żeby go dostać, musisz go wymienić na te trzy rzeczy. Wtedy bilet wskaże ci drogę do Wielkiego Teatru.

— No i gdzie te trzy rzeczy znajdę?

— Wiem tylko gdzie mamy ich szukać.

— No to, gdzie? — irytował się Reno, patrząc na jego twarz.

— W Krainie Związków Frazeologicznych.

— O kurwa… — zauważył Oscar.

Słusznie, bo Kraina Związków Frazeologicznych to przeklęte miejsce. Jeśli Hell City wydało się Czytelnikowi miejscem okropnym do życia, to Kraina Związków Frazeologicznych nie nadawała się w ogóle do życia, przynajmniej takiego, jak to sobie Czytelnik wyobraża. Ktoś mądrze stwierdził, że najwięksi literaccy psychopaci, stwory i dziwadła powinny jednak być izolowane od reszty mniejszych psychopatów. Dlatego postanowiono wydzielić dla nich kawałek dużego terenu i ogrodzić go wielkim, grubym i wysokim murem. Było to jedyne miejsce, gdzie wojsko faktycznie nosiło broń i jej używało, a wjazd i wyjazd z tej Krainy były kontrolowane. O tym miejscu krążyło wiele legend. Że przez pustą i wypaloną Krainę tuła się mnóstwo kościotrupów, zombie i potworów. Że kto raz tam wjechał, ten już nie wyjedzie. Nikt się tam specjalnie nie zapuszczał, więc nikt nie weryfikował tych opowieści, co sprawiało, że wokół tej Krainy narosło więcej mitów niż faktów.

— Tam jest Wielki Teatr? — spytał Oscar La Plata, jakby nie dowierzając.

— Teatr jest tam, gdzie jesteś gotowy — odpowiedział tajemniczo Ktoś.

— Skąd wiesz, że on w ogóle istnieje? — spytał Meksykanin.

— Wiem, bo tam byłem…

— Byłeś?

— Tak…

— I co?

— Nie pamiętam…, ale jestem pewny, że byłem. Pamiętam scenę, puste krzesła na widowni i Wielkiego Aktora. — Reno miał wbity wzrok w twarz Ktosia, oderwał go na chwilę i wpatrywał się w plamę na podłodze. — I jego słowa: orutuf… — mówił dalej kudłaty.

— Orutuf? — Te słowa zaskoczyły Oscara. — Co to w ogóle znaczy?

— To znaczy to, co ma znaczyć… — skwitował Ktoś.

— Czy Teatr działa? — zapytał Meksykanin, nie odrywając wzroku od plamy na podłodze.

— Tak… Tego jestem pewny… — potwierdził kudłaty.

Reno patrzył w podłogę zamyślony. Cisza przecinała pomieszczenie, a Ktoś stał beznamiętnie i patrzył na niego. — Skąd mam wiedzieć, że mogę ci zaufać? — spytał Meksykanin i spojrzał na jego twarz.

— Może to ci pomoże — oznajmił i podciągnął prawą nogawkę. Na kostce widniał tatuaż. Wilk, taki sam jakiego miał Oscar. Reno lekko pobladł.

— Wiesz co to jest? — spytał go Ktoś.

— Wiem… — odparł cicho, odwrócił wzrok i spojrzał przed siebie. Na ścianie przed nim znajdowało się lustro. Patrzył w swoje odbicie, miał wrażenie, że się nie rusza, nawet nie widział, czy jeszcze oddycha. Nie był do końca przekonany, nie wiedział, czy może ufać tej dziwnej postaci. Ale znał doskonale ten tatuaż. Wiedział co on oznacza i z czym się wiąże. Wtedy zrozumiał, że nie ucieknie ani przed przeszłością, ani przed przeznaczeniem. Ktoś widział, jak Meksykanin prawą rękę przyłożył do swojej klatki piersiowej i trzymał tak przez krótką chwilę.

— Zgoda. W takim razie zabierz rzeczy, które potrzebujesz i jedziemy — rozkazał Reno.

— Jestem gotowy — odpowiedział spokojnie Ktoś.

Meksykanin tylko kiwnął głową i wstał, po czym spojrzał na Oscara i powiedział:

— Jesteś wolny. — Podszedł i roztrzaskał mu prowizoryczne kajdanki.

Oscar wyglądał na szczęśliwego i od razu skierował się do wyjścia.

— Tylko — zatrzymał go na chwilę Reno — wyjedź z miasta, tutaj wszyscy cię szukają.

Oscar La Plata nawet nie zareagował i szybkim krokiem wyszedł z pokoju.

— A ty — Meksykanin skierował się do Ktosia — chodź ze mną, czeka nas długa podróż i masz mi wiele do powiedzenia.

                                              ***

Diego znajdował się w ciemnym, wilgotnym i ciasnym pomieszczeniu. Siedział na metalowym krześle, a jego nogi i ręce były związane. Twarz bolała go od ciosów zadanych pięścią przez napastników. Nie miał pojęcia, jak długo tu przebywa i jak długo będzie tu przebywał. Usłyszał dźwięk zamka, który dobiegał ze ściany przed nim. Nie mógł jej dostrzec w ciemności. Po chwili usłyszał skrzypnięcie otwieranych drzwi, a zaraz potem błysnęła jedna mała żarówka, która wisiała na kablu bezpośrednio z sufitu. Ponieważ długo przebywał w ciemności, zmrużył oczy, próbując przyzwyczaić je do jasności. Do pokoju weszły dwie osoby: młody Murzyn, Milo oraz trochę starszy facet, z czerwonymi włosami oraz istnym szaleństwem w oczach, Carlos. Milo ubrany był w zieloną kurtkę oraz jeansy, czerwonowłosy Carlos miał na sobie długi skórzany płaszcz. Carlos podszedł do Diega, chwycił go za podbródek i podniósł głowę tak, aby spojrzeć na jego twarz i oczy. Obrócił ją w jedną i drugą stronę, żeby przyjrzeć się ranom na policzkach, a zaraz potem wyciągnął bardzo długi, zaokrąglony nóż i podniósł go na wysokość twarzy. Powoli podsunął go przed oczy faceta na krześle. Ten aż poczuł, jak dreszcze przesuwają się po całym jego ciele, kiedy nóż zbliżał się do jego oczu, coraz bliżej.

— Hmm… — zaczął czerwonowłosy, przesuwając nożem w lewo i w prawo przed oczami Diega. — Wygląda na to, że ktokolwiek cię złapał, średnio zna się na swojej robocie. — Schował nóż szybkim ruchem. — Ale my tu się znamy na naszej robocie. Nie trzeba będzie jednak nic robić, jeśli będziesz współpracował.

— Nie wiem, kim jesteście i czego ode mnie chcecie! — wykrzyczał Carlosowi prosto w twarz Diego. Ten pokręcił głową z dezaprobatą i rzucił:

— Już źle zaczynasz…

Wtedy wszyscy usłyszeli dobiegający zza ściany, na której były drzwi, stukot. Młody Milo i Carlos obrócili głowy, a Diego tylko spojrzał na ścianę, mając nadzieję, że coś ujrzy.

— Widzisz. — Carlos znowu patrzył na zainteresowaną twarz przetrzymywanego. — Chyba go rozzłościłeś. Teraz ci już nie pomogę — powiedział. Wstał i stanął zaraz koło Mila, odsłaniając otwarte drzwi. Kroki stawały się coraz wyraźniejsze i głośniejsze. Diego czuł jak przez całe jego ciało, z każdym kolejnym krokiem, przelatuje zimny dreszcz. W końcu przez drzwi przeszło dziwne monstrum. Wyglądało jak człowiek, ale zamiast normalnego ciała składało się z samych liter. Całe dziwadło było złożone ze znaków, które przelewały się, formowały i zmieniały co sekundę. Jego ramiona oraz nogi były literami „l”, zamiast palców miał litery „i”. Stopy były drukowanymi literami „A”. Jednak najbardziej niesamowita była twarz albo miejsce, gdzie zwykle jest twarz. Było tam skupisko wielu liter, które pojawiały się i znikały, przemieszczały się z miejsca na miejsce, tworząc niezwykłą, niepokojącą mieszankę. Ciężko było dostrzec, gdzie zaczynały się usta, gdzie jest nos, a gdzie oczy. Dopiero po chwili można było się domyślić, że oczy były każdą wariacją litery „o”, usta składały się z dwóch nawiasów, a nos z litery „V”. Było to monstrum nie tylko dziwnie wyglądające, lecz także wielkie, sprawiające wrażenie, jakby potrafiło się rozrosnąć do niebotycznych rozmiarów. Mimo że składało się ze znanych elementów, cała jego sylwetka sprawiała wrażenie groźnej i niebezpiecznej. Jego ciągle zmieniające się wnętrzności wprawiały każdego patrzącego w poczucie obrzydzenia. Ta mieszanka powodowała, że samoistnie każdego przerażał.

— Paragraf… — wyszeptał z przerażeniem Diego.

— Jednak coś wiesz — stwierdził ironicznie czerwonowłosy.

Paragraf powolnym krokiem zaczął podchodzić do swojej ofiary. Każdy krok wywoływał delikatne wstrząsy. Diego wpadł w panikę i próbował wykręcić się z więzów, którymi był spętany. Był jednak na tyle skutecznie związany, że jego próby okazały się bezcelowe. Kiedy Monstrum stało wyprostowane przed ofiarą, zasłaniając źródło światła i kładąc cień na nim, zmieniło swoją prawą rękę w dużą literę „Y” i górną jej część wsunęło w szyję Diega, po czym, bez najmniejszego wysiłku, podniosło go razem z krzesłem. Jego ofiara od razu zaczęła się dusić i ruszać całym ciałem, próbując bezskutecznie złapać kontakt z podłogą.

— Gdzie są pieniądze? — spytał gniewnie Paragraf.

— Miałem… trudny… tydzień… — próbował coś powiedzieć Diego, krztusząc się przy każdym słowie. To jednak nie uspokoiło monstrum, które z wściekłością ruszyło do przodu, wbijając delikwenta oraz swoją dłoń z „Y” w ścianę. Diego tylko jęknął, czując, że jeśli czegoś nie wykombinuje, szybko dokona swojego żywota.

— Gdzie kasa?! — wysyczał przez swoje literowe zęby Paragraf, przyciskając ofiarę jeszcze mocniej do ściany.

— Nie mam… — wydusił z siebie facet na krześle. Gdyby nie to, że twarz Paragrafa miała kolor czarnej czcionki, to na pewno cała byłaby czerwona z wściekłości. Chciał on przycisnąć przetrzymywanego tak, żeby go udusić lub odciąć mu głowę, ale wtedy, ostatkiem sił, Diego postanowił się ratować.

— Ale mam coś innego…

— Co niby takiego? — zapytał gniewnie Paragraf, i tak wiedząc, że zaraz Diego zginie.

— Chciałbyś trafić do Wielkiego Teatru?

— Co? — zdziwił się Carlos.

Mocny uścisk literowej pokraki się rozluźnił, dzięki czemu facet na krześle mógł swobodniej oddychać.

— Mówisz o tej legendzie, że niby jest miejsce, które spełnia wszystkie życzenia, jak się przejdzie za kurtynę? — spytał z niedowierzaniem czerwonowłosy.

— Przecież to tylko legenda — zwrócił uwagę młody Milo.

— W każdej legendzie jest ziarenko prawdy — stwierdził słusznie Diego.

— Gadaj! Gdzie to jest! — krzyczał Paragraf.

— Nie wiem… — Wtedy Paragraf znowu mocniej ścisnął jego szyję.

— Ale wiem, gdzie jest facet, który tam był i wie, jak tam trafić.

— Gdzie jest ten ktoś? — spytał Paragraf, przybliżając swoją twarz do jego twarzy.

— W Hell City… — ledwo mówił przez ściśnięte gardło — w motelu, na rogu 45-tej i 67-ej… w pokoju numer 23…

Paragraf puścił go i facet na krześle z głośnym hukiem upadł na podłogę.

— Bierzcie to ścierwo — rozkazał swoim ludziom Paragraf. — Jedziemy do Hell City.

                                              ***

Reno mknął pustą, prostą drogą. Za jego i Ktosia plecami już dawno nie było widać Hell City. Czerwone Toronado przecinało kilometr za kilometrem w palącym słońcu, w otoczeniu piasku, kaktusów i skalistych gór. Jechali już dłuższy czas, nie mówiąc nic do siebie. Meksykanin widział kątem oka, że kudłaty ma nieobecny wzrok wlepiony w widok za oknem. Cisza, która przeszywała wnętrze samochodu była tak niepokojąca, że Reno w końcu musiał ją przerwać:

— Gdzie znajdziemy te rzeczy? — spytał.

Ktoś powoli odwrócił głowę w jego stronę.

— Mówiłeś, że potrzebujemy rzeczy z przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.

Ktoś spojrzał na twarz Meksykanina i powiedział:

— Byłeś w Krainie Związków Frazeologicznych.

Po usłyszeniu tych słów Reno aż zdjął nogę z gazu i powoli obrócił głowę w stronę pasażera.

— Skąd wiesz? — spytał z niepokojem w głosie.

— Wiem dużo rzeczy…

Reno nie mówiąc nic, wrócił wzrokiem na drogę.

— Wtedy jeszcze ta Kraina tak się nie nazywała — stwierdził Reno. — Nie była jeszcze taka przerażająca. Nie było wielkiego muru, a sam region nie różnił się wiele od innych w Piekle. Biedne, brudne i puste… Poza kilkoma miejscami… — Jeżeli chcesz dostać bilet — zaczął mówić Ktoś — będziesz musiał zmierzyć się ze swoją przeszłością i tym, jak wpłynęła na twoje życie. Jesteś na to gotowy?

Reno spojrzał na swojego pasażera i tylko kiwnął głową, nic nie mówiąc.

Właśnie wtedy ujrzeli przed sobą ogromną betonową konstrukcję, która wyrastała na środku drogi. Był to mur, za którym znajdowała się Kraina. Miało się wrażenie, że zapora sięga aż do samego nieba albo nawet wyżej. Sprawiała przytłaczające wrażenie, czuło się, że po jej przekroczeniu czeka cię coś groźnego, niebezpiecznego i tajemniczego. Na drodze przed murem znajdowała się mała jednostka wojskowa, uzbrojona po zęby w karabiny, moździerze, działa, a nawet czołgi. Była to jednostka graniczna, która wpuszczała i wypuszczała ludzi z Krainy. Uzbrojony żołnierz stał na środku drogi, trzymając karabin, który zwisał mu przez ramię na klatkę piersiową i brzuch. Kiedy zobaczył Toronado, wyciągnął dłoń przed siebie, żeby zasygnalizować kierowcy, aby się zatrzymał. Reno powoli podjechał do żołnierza i zatrzymał samochód, a zaraz potem odsunął szybę. Żołnierz powoli, trzymając ciągle palec na spuście broni, obszedł wokół samochód. Przyglądał się bacznie, stanął przy każdym kole i kopał w nie, sprawdzał także ręką karoserię. Podszedł do kierowcy i zapytał:

— Co chcecie?

— Chcemy wjechać do Krainy — stwierdził Reno i wskazał ręką na metalową bramę, która znajdowała się w murze.

— Po co?

— Chcemy pozbierać grzyby — zażartował Meksykanin.

— Hmm… Wiecie, że nikt jeszcze stamtąd nie wrócił? — stwierdził spokojnie żołnierz, nie reagując na kiepski żart.

— Może my będziemy pierwsi — odpowiedział Reno.

Żołnierz zaczął się głośno śmiać.

— Dobrze. Spiszemy tylko numery rejestracyjne samochodu i ilu jest pasażerów. Może was wrócić mniej, ale nie więcej. Chociaż… — tutaj zawiesił swój głos i spojrzał na kierowcę i jego pasażera — …tak jak mówię, zapewne nie wrócicie wcale, ale to już wasz problem.

Drugi żołnierz w tym czasie dokonywał rutynowej procedury. Po chwili kiwnął głową w kierunku stojącego żołnierza. Ten tylko przytaknął i zwrócił się z powrotem do kierowcy:

— W takim razie, życzę miłego pobytu w Krainie Związków Frazeologicznych — powiedział i szyderczo się uśmiechnął.

Meksykanin kiwnął tylko głową i zasunął szybę. Wtedy metalowe drzwi, które znajdowały się w murze, zazgrzytały i zaczęły się powoli otwierać. Żołnierze odsunęli się, aby samochód mógł spokojnie przejechać. Po paru minutach, kiedy ciężka, metalowa brama otworzyła się całkowicie, obydwaj zobaczyli przed sobą tunel. Reno wbił bieg i ruszył przed siebie. Wjechali w lekko oświetlony tunel, który, mieli wrażenie, ciągnie się kilometrami. Kiedy dotarli na drugą stronę, wjechali do kolejnej bazy wojskowej. Tym razem była o wiele lepiej zaopatrzona i uzbrojona. Po obu stronach drogi znajdował się cały możliwy wojskowy sprzęt: czołgi, karabiny, haubice, wyrzutnie rakiet oraz niezliczona ilość żołnierzy ubranych w specjalne, ciężkie skafandry i uzbrojonych po zęby.

— Mają rozmach… — skwitował ten widok Ktoś.

— Kiedyś tego nie było… — odparł Reno.

Baza była rozległa i rozciągała się na dużej szerokości wzdłuż muru. W końcu dotarli na jej sam koniec, gdzie znajdowała się kolejna brama. Tym razem, ubrany w specjalny skafander, żołnierz nie sprawdzał dokumentów. Przepuścił ich tylko w stronę okopanego punktu kontroli. Po jego minięciu Reno i Ktoś znaleźli się, w końcu, w Krainie Związków Frazeologicznych. Pierwsze, co dało się zauważyć, to ogarniająca wszystko pustka, jedynie daleko na horyzoncie majaczyło wzgórze. Pozostała część Piekła wydawała się już jałowa, ale tutaj miało się wrażenie, że nawet ziemia jest spalona i nie było żadnej roślinności. Nic, tylko bezkresna przestrzeń. Po raz pierwszy też Reno zatęsknił za jakością dróg w Hell City, która i tak pozostawiała wiele do życzenia. Tutaj miało się wrażenie, że drogi nie ma wcale, albo to, po czym jechali, było tylko jakąś jej marną imitacją. Spojrzał na swoje wskaźniki w samochodzie i ujrzał, że powoli kończy im się paliwo.

— Cholera… — zaklął pod nosem.

— Co się stało?

— Musimy zatankować. Tu chyba kiedyś była stacja — przypomniał sobie Meksykanin i zaczął się rozglądać. Po kilku minutach ujrzeli samotnie stojącą stację benzynową, zaraz przy drodze. Skręcili i wjechali na jej teren. Miejsce wydawało się dziwnie puste i nieobecne. Z zewnątrz sam budynek był dawno nieremontowany, pożółkły od palącego słońca, a szyby mocno brudne. Reklamy, które kiedyś błyszczały i zachęcały do zakupów, teraz odrapane, wyglądały jakby były już duchami. Nie widzieli też żadnej osoby, pracownika ani tym bardziej klienta.

Reno wysiadł z samochodu i podszedł do jednego z dystrybutorów. Chwycił za pistolet do tankowania i nacisnął na spust. Był mile zaskoczony, gdy zobaczył, że wylewa się z niego płyn o charakterystycznym zapachu. Ktoś wysiadł z samochodu i stanął koło niego.

— Wejdź do środka — rozkazał Meksykanin, nalewając paliwo.

Ktoś popatrzył na niego zdziwionym wzrokiem.

— Spokojnie, zapłacimy i jedziemy dalej.

Kudłaty, początkowo niechętnie, wszedł do środka pomieszczenia, w którym powinien znajdować się sprzedawca i kasa. Reno nalewał paliwo, które o dziwo, ciągle znajdowało się w dystrybutorze. Obrócił głowę w lewo i ujrzał postać. Ta sama tajemnicza postać znowu go nawiedziła. Tym razem była jednak daleko. Patrzył na nią, jak stoi pośrodku niczego, a wiatr zmieszany z piaskiem, rozmywa ją. Tak się na niej skoncentrował, że nie zauważył nawet, jak paliwo zaczęło się wylewać z przepełnionego baku. W końcu puścił pistolet od dystrybutora i obrócił resztę ciała w jej stronę.

— Czego chcesz? — spytał, ale postać nie odpowiedziała. Stali tak przez chwilę, obserwując się nawzajem. Kiedy chciał ruszyć w jej stronę, kolejny podmuch wiatru zabrał ją ze sobą i cała rozpłynęła się w powietrzu. Poczuł, jak pojawia się znajomy ból. Tym razem uścisk był tak mocny, że upadł na kolana. Raczkując, dostał się do drzwi pasażera i otworzył je. Ze schowka wyciągnął buteleczkę i otworzył ją. Najpierw wysypał sobie na dłoń jedną tabletkę, ale potem dosypał jeszcze kilka i połknął. Znowu kojące ciepło rozeszło się po jego ciele. Włożył dłoń pod koszulę i mocno zacisnął pięść. Odetchnął z ulgą i na chwilę przymknął oczy.

Tymczasem Ktoś znajdował się w budynku i nie patrzył, co robi jego towarzysz. Stał na samym środku i rozglądał się dookoła. Na półkach znajdowały się towary do kupienia. Widać było, że dawno nikt ich nie wymieniał, dlatego wszystkie opakowania były pożółkłe, a w niektórych wyewoluowała nowa forma życia. Spojrzał niepewnym wzrokiem najpierw na wnętrze, a potem na ladę, za którą stał ubrany w uniform, patrzący przed siebie, jegomość. Skierował się w jego stronę i stanął naprzeciwko niego. Sprzedawca miał nieobecny wzrok i był dziwnie blady. Kudłaty początkowo nie zwracał na to uwagi i spojrzał na półkę pod ladą, szukając jakiegoś produktu, który nadawałby się jeszcze do spożycia. Jedyne co znalazł, to paczka gum do żucia, która miała jeszcze kilka miesięcy ważności.

— To, i mój kolega jeszcze tankuje — powiedział do sprzedawcy, kładąc przed nim paczkę gum.

Sprzedawca nie odezwał się ani słowem i ciągle stał, patrząc przed siebie. Ktoś był mocno zdziwiony brakiem reakcji pracownika stacji. Wtedy do sklepu wszedł opanowany już Reno i szybkim krokiem podszedł do towarzysza podróży, stając obok niego. Ktoś spojrzał na Meksykanina, nachylił się i szepnął mu do ucha, żeby być dyskretnym:

— Ten sprzedawca dziwnie się zachowuje.

— Nic dziwnego. — potwierdził przypuszczenia towarzysza. — Martwi sprzedawcy słabo wykonują swoją pracę — zauważył Reno.

Kudłaty zrobił wielkie oczy i spojrzał na blade, martwe ciało sprzedawcy, które jakimś cudem stało przed nimi. Meksykanin szturchnął je, a ono powoli, z hukiem, upadło na podłogę. Wtedy to usłyszeli za sobą dziwny, rytmiczny i wyraźny stukot. Odwrócili się i ujrzeli pod ścianą trzy osoby. Byli to, jak można było wywnioskować po charakterystycznym ubiorze, trzej piraci z szablami w dłoniach, którzy złowieszczo się uśmiechali na widok dwóch potencjalnych ofiar.

— Ooo… Cóż to za szczury lądowe zawitały do nas! — powiedział jeden z piratów, szczerząc się i odsłaniając zniszczone zęby.

— Chyba się nam poszczęściło, chłopaki — ucieszył się drugi.

— Brać ich! — rozkazał pirat z drewnianą nogą i wszyscy trzej, delektując się chwilą, powoli zaczęli iść w stronę niewinnych ofiar.

Ktoś zamarł ze strachu, a Reno wiedział, że muszą działać szybko. Chwycił kudłatego i sprawnym ruchem przeskoczył za ladę, pociągając za sobą kompana tak, że ten znalazł się na podłodze zaraz obok zimnego ciała sprzedawcy. Meksykanin złapał litery „y” oraz „c”, i zaczął coś z nimi robić.

— Potrzebuję trzech kropek — stwierdził, ciągle majstrując przy literach.

— Co? — zdziwił się Ktoś.

— No trzech kropek, powiedz trzy kropki, potrzebuję ich. Powiedz coś i zawahaj się.

— Ale co?

— Cokolwiek. Szybko, nie mamy czasu!

Ktoś pomyślał przez chwilę i w końcu wydusił z siebie:

— A…

Reno złapał trzy kropki. Wstał, wyciągnął coś, co było procą ułożoną z liter „y” i „c”. Wystrzelił, jedną po drugiej, trzy kropki w stronę przeciwników. Dzięki swojej celności, cała trójka oberwała śmiertelne rany w głowę lub w szyję, dzięki czemu, zanim piraci ich dopadli, leżeli już martwi na podłodze. Ktoś wstał i z niedowierzaniem popatrzył na Meksykanina oraz na martwych przeciwników.

— Chodź szybko, musimy stąd wiać — rozkazał Reno i chwycił swojego towarzysza za ramię, po czym wybiegli z opuszczonej stacji i wskoczyli do samochodu. Meksykanin błyskawicznie odpalił samochód, wrzucił bieg i z piskiem opon odjechał, zostawiając za sobą tylko tumany kurzu.

— No i nie musieliśmy płacić — stwierdził Ktoś, oglądając się za siebie. Po chwili spytał z zaskoczeniem: — Jak to zrobiłeś?

— Co?

— No to z literami i kropkami.

— Sam nie wiem… Po prostu mogę wykorzystywać litery napisane przez Narratora albo wypowiedziane przez inne postaci.

— Wszystkie? Z całej książki?

— Nie, tylko z ostatniego zdania.

— To całkiem przydatna umiejętność w tym świecie.

— Prędzej nazwałbym to klątwą…

Ktoś spojrzał na Reno i widział, że jego twarz nabrała smutnego wyrazu.

— Musimy znaleźć rzecz, która łączy cię z przeszłością tego miejsca — powiedział Ktoś.

— Czyli?

— Byłeś tu wcześniej. Jest na pewno coś, co cię wiąże z tym miejscem z przeszłości. Prawda?

— Możliwe, ale nie wiem co…

— Opowiedz, jak ostatnio tu byłeś, może coś wymyślimy — zaproponował Ktoś.

Reno wahał się przez chwilę, ale wiedział, że jeśli chce naprawić przeszłość, to musi ją najpierw przywołać. Prowadził samochód przez chwilę w milczeniu, nie patrząc na pasażera.

— Opowiesz? — naciskał Ktoś.

— Opowiem… — odpowiedział w końcu, a strzępy wspomnień zaczęły układać się w opowieść.

Retrospekcja 1

Strach obleciał Marka, który przywiązany do krzesła, nie mógł wykonać żadnego ruchu. Miejsce, w którym przebywał było ciasne, wilgotne i ciemne. Prawdopodobnie była to pozostałość po jakimś wojskowym pomieszczeniu lub bunkrze. Spojrzał w szalone spojrzenie wysokiego, niebieskookiego blondyna, który siedział przed nim na krześle. Jim patrzył mu prosto w oczy i coraz baczniej przypatrywał się jego przerażonej twarzy. Przetarł ręką po jego policzku, zbierając dłonią cały pot. Potem powąchał go, i wzniósł oczy do góry, delektując się zapachem.

— Uwielbiam ten zapach. — powiedział z perwersyjną przyjemnością. — Zapach strachu…

Te słowa zmroziły faceta na krześle.

— Reno! — zawołał blondyn i zza jego pleców wyłonił się Meksykanin o zniszczonej twarzy.

— Widzisz… — zaczął mówić do przywiązanego. — Strach to silne uczucie, ale ja zawsze uważałem, że jednak ból jest gorszy. Reno! — Tutaj Meksykanin stanął praktycznie na baczność. — P — powiedział wyraźnie Jim.

Reno chwycił w prawą dłoń literę „P”, po czym z całej siły uderzył nią w twarz Marka. Uderzenie było tak silne, że nie tylko jego usta zaczęły momentalnie krwawić, ale wypluł także ząb.

— Widzisz, „P” jest świetną literą — mówił Jim do bitego, kiedy to Marek po raz kolejny został uderzony w twarz, tym razem w drugi policzek. — Łatwo ją złapać, a brzuszek na górze ma idealną powierzchnię do zadawania ciosów.

Meksykanin zadawał ciosy, raz w lewy, raz w prawy policzek, jakby był w transie.

— Dość… — wymamrotał ledwo żywy Marek.

Jim złapał jego zwisającą głowę w obie dłonie, podniósł i spojrzał złowieszczym wzrokiem na swoją ofiarę.

— Kod do sejfu — powiedział rozkazującym tonem.

Półprzytomny mężczyzna tylko otworzył oczy, w opuchniętej i krwawiącej twarzy, i spojrzał na obłąkanego Jima.

— Dobrze… — wybełkotał.


Reno prowadził samochód przez pustkowia. Na miejscu pasażera siedział wielki, wytatuowany od stóp do samej głowy Rico. Z tyłu, na kanapie, leżał Jim, popijający whiskey prosto z butelki. Obok niego leżały wartościowe przedmioty: biżuteria, złote łańcuszki, złoto, monety i przede wszystkim, duże pliki banknotów.

— Nieźle się obłowiliśmy — zauważył wytatuowany Rico.

— Bywało lepiej… — studził jego entuzjazm Jim, biorąc kolejny łyk trunku.

— Nie musiałeś go zabijać — powiedział chłodno Reno i spojrzał kątem oka w środkowe lusterko, gdzie jego wzrok napotkał spojrzenie szefa.

— Co się czepiasz — zbył go blondyn. — I tak nie był nam już do niczego potrzebny.

— Właśnie dlatego nie musiałeś go zabijać…

— O, nagle się znalazł, wielki dobroduszny! — drwił z niego Jim. — Masz! — powiedział blondyn, po czym chwycił coś, co leżało na tylnej kanapie i rzucił w stronę kierowcy, który, dzięki swojemu refleksowi, złapał rzucony przedmiot. — To na pocieszenie… — dodał jego szef.

Reno przyjrzał się temu. Był to mały, złoty sygnet z wizerunkiem orła oraz inicjałami „A.S.” Schował go do kieszeni i skupił się z powrotem na prowadzeniu.

— Jaki mamy plan? — spytał wytatuowany.

— Pojedziemy do kolejnego miasta i znajdziemy jakieś miejsce do obrobienia. — stwierdził Jim. — Ale najpierw… — Tutaj wyprostował się i przybliżył do kierowcy i pasażera z przodu. — Najpierw, to bym coś zaruchał — powiedział z podnieceniem w głosie. — Reno! Znajdź jakiś nocleg, na pewno w pobliżu będzie jakiś burdel — rozkazał blondyn, pociągnął łyk whiskey i z powrotem położył się na tylnej kanapie samochodu.

Niewzruszony Meksykanin jechał dalej przed siebie. W końcu wjechali do jakiegoś małego miasteczka. Nie było tam za wiele: kilka budynków, bank i bar. Wszystko usytuowane po obu stronach drogi. Jedna rzecz, która wyróżniała to miejsce od innych, to wysoki kamienny budynek, który znajdował się na samym końcu miasta. Cała trójka była zdziwiona konstrukcją, wyglądało to jak… kościół, czyli coś, czego w Piekle nigdy nie widzieli. Co najistotniejsze, to to, że przed kościołem znajdował się dość duży hotel. Był to stary, odrapany budynek z trzema kondygnacjami i jednym wielkim neonem na górze: „Hotel”, z nieświecącą literką „H”. Nie był w najlepszym stanie, ale wyglądało na to, że są wolne miejsca, bo parking był zupełnie pusty. Reno zaparkował na jednym z miejsc. Cała trójka wysiadła z samochodu i szybkim krokiem weszła do budynku. W środku znajdowała się portiernia, za którą siedziała starsza blondynka.

— Dzień dobry — przywitała się i kiwnęła głową w stronę nowych klientów. — Nazywam się Katarzyna i jestem właścicielem tego hotelu. W czym mogę pomóc?

Początkowo nowi goście byli zdziwieni przyjaznym, miłym i ciepłym tonem, jakim zostali przywitani. Szybko jednak Jim wyskoczył do przodu i z udawanym uśmiechem podszedł do niej.

— Dzień dobry. Jesteśmy podróżnikami i potrzebujemy noclegu na parę dni — skłamał, szyderczo się uśmiechając, mając nadzieję, że nie wzbudzi jej podejrzeń.

— Oczywiście — odpowiedziała. — Mamy wolne pokoje. Ilu pokoi panowie potrzebują?

— Tylko jeden, jesteśmy skromnymi ludźmi — mówił dalej, udając miłego.

— Dobrze, to mam pokój idealny dla panów, 6B, z łazienką, telewizorem i trzema pojedynczymi łóżkami. Proszę, oto klucz. Musicie panowie iść schodami na górę i skręcić w prawo, pokój będzie po lewej stronie.

— Bardzo dziękujemy — odpowiedział blondyn, chwytając klucz.

Cała trójka udała się do pokoju, razem ze swoimi skromnymi bagażami. Było to średniej wielkości pomieszczenie z trzema pojedynczymi łóżkami po prawej stronie i łazienką, po lewej, zaraz przy wejściu do pokoju. Jedyne okno znajdowało się naprzeciwko wejścia. Nie było to nowoczesne wnętrze, ale wyjątkowo schludne i czyste, jak na to, w jakich przybytkach do tej pory bywali. Jim wszedł pierwszy, rzucił swoją torbę na pierwsze łóżko od okna, a potem rzucił się na miękki materac. Rico wziął środkowe, a dla Reno zostało to najbliżej wejścia.

— Dzielimy łupy? — spytał wytatuowany.

— Spokojnie… — odpowiedział szef. — Mamy czas… Teraz weźmiemy trochę kasy i pójdziemy się zabawić — stwierdził z nieskrywaną radością, po czym wyciągnął ze swojego bagażu plik banknotów i schował do kieszeni. Wstał i rozkazał:

— Chodźcie!

Wytatuowanemu nie trzeba było dwa razy powtarzać, szybko wstał i stanął obok Jima.

— Ja nie idę… — stwierdził Reno i położył się na łóżku.

— Jak chcesz… — odparł Jim i razem z wytatuowanym wyszli z pokoju.

Reno był okropnie zmęczony długą podróżą i całą dzisiejszą akcją. Był na siebie zły, że nie potrafi przeciwstawić się szaleńcowi, jakim był Jim. Od wielu lat współpracują, razem napadając na banki, bary lub po prostu okradając zwykłych ludzi. Jednak, dopiero od niedawna zaczął dostrzegać, jakim popaprańcem i szaleńcem jest blondwłosy Jim. Wyciągnął sygnet, który wcześniej wręczył mu szef ich bandy. Obracał go w dłoniach i przyglądał się jego wyrafinowanej formie, pieczołowicie wygrawerowanym: orle oraz inicjałom, które były bardzo estetycznie wkomponowane w całość. Jego zachwyt przerwało pukanie do drzwi pokoju. Szybko, wręcz w panice, schował sygnet z powrotem do kieszeni. Był przekonany, że to jego kompani zapomnieli czegoś, ale kiedy otworzył drzwi, zamarł. Stała przed nim anielska istota. Piękna, z długimi, rozpuszczonymi, czarnymi włosami. Dziewczyna o niezwykłej urodzie oraz cudownych ciemnych oczach. Niezwykła dziewczyna uśmiechnęła się do niego i powiedziała równie pięknym głosem:

— Dzień dobry. Mam na imię Natalia. Pani Katarzyna kazała przynieść świeże ręczniki, bo chyba nie ma w łazience.

Reno stał jak wryty i przez chwilę nie mógł pozbierać myśli, aby cokolwiek odpowiedzieć.

— Tak… — wymamrotał w końcu. — Proszę wejść… — powiedział i przesunął się, aby mogła wkroczyć do środka. Weszła powoli do pokoju i skręciła od razu do łazienki. Nie mógł oderwać od niej wzroku. Patrzył, jak delikatnymi ruchami drobna, szczupła piękność układa ręczniki w hotelowej łazience.

— To wszystko — powiedziała, kiedy ułożyła ostatni i zaczęła wychodzić z pomieszczenia. — Jeśli potrzebują panowie czegokolwiek, można zadzwonić na recepcję z telefonu, który wisi tu, na ścianie. — Wskazała na rozlatujący się aparat.

Dziewczyna wyszła z pokoju i była już na korytarzu, kiedy Reno stwierdził, że musi ją jakoś zatrzymać, chociaż na chwilę.

— Przepraszam — zaczął niepewnym głosem.

— Tak? — Odwróciła się do niego.

— Co jest w tym wysokim, kamiennym budynku? Tutaj obok? — spytał nie dlatego, że go to interesowało, ale żeby ją zatrzymać, i spojrzeć w jej przepiękne, ciemne oczy.

— To jest nasz Kościół Szóstego Dnia Zmartwychwstania — odpowiedziała.

— Co? — zdziwił się. — Jakiego zmartwychwstania?

— Wierzymy, że szóstego dnia Autor zmartwychwstał i uwierzył w Boga. Wie pan… — Tutaj zawiesiła swój głos i na chwilę spuściła wzrok ku podłodze, jakby wstydząc się tego, co ma zaraz powiedzieć. — Wszyscy myślą, że Autor jest złym i okrutnym człowiekiem, umieszczając nas tutaj. A my wierzymy, że wcale tak nie jest, i że nad nim jest jeszcze dobry i szczodry Bóg, który się nami opiekuje, a Autor wykonuje jego wolę. Proszę przyjść do kościoła na nasze nabożeństwo, codziennie o 18:00. — Zachęcała go.

— Może… Spróbuję znaleźć chwilę — odpowiedział niepewnym głosem.

— To do zobaczenia w takim razie — rzekła i szybkim krokiem poszła korytarzem w stronę schodów.

Reno nie był w stanie nic więcej powiedzieć. Spojrzał jeszcze na nią, jak szła, by potem zniknąć mu z oczu, kiedy skręciła w kierunku schodów. Zamknął drzwi i wrócił na łóżko. Przez resztę nocy o niczym innym nie myślał, jak tylko o tej anielskiej istocie. O jej włosach, oczach, twarzy. Wszystko wydawało mu się takie idealne, takie wspaniałe, wręcz boskie. Nie mógł spać ani myśleć o niczym innym, próbował tylko nie zapomnieć jej oczu. Kiedy w końcu zasnął, obudził go łomot. Wstał półprzytomny, podszedł do drzwi i otworzył je. Za nimi stali kompletnie pijani Jim i Rico, trzymając się razem w pijackim uścisku. Weszli do pokoju, obijając się o swojego kompana, jak i o każdy mebel. Ich szef rzucił zataczającego się miłośnika tatuaży na środkowe łóżko.

— Piękne dziwki tutaj mają — stwierdził pijany Jim i usiadł na swoim łóżku. — Rico się nawet w jednej zakochał.

— Piękna kobieta… anioł… — wybełkotał wytatuowany.

— No! A jak zajebiście loda robi — potwierdził słowa swego przedmówcy blondyn.

— Spierdalaj! Mówisz o mojej przyszłej żonie!

— Ha, ha, ha! — zaśmiał się głośno Jim. — Tak, oczywiście — ironizował. — A ty co robiłeś? — skierował to pytanie do Meksykanina.

— Spałem, dopóki mnie nie obudziliście — odpowiedział Reno z lekką irytacją w głosie.

— Ta… — skomentował tę wypowiedź blondyn, jakby nie wierząc w jego słowa. — Chyba zatrzymamy się tu na chwilę. Mają tu ładny bank. Musimy się mu przyjrzeć.

Meksykanin był zachwycony tą myślą. Doskonale wiedział, że to oznacza okazję do spotkania się z piękną Natalią.

— Jutro oświadczę się Sarze… — wymamrotał pijacko Rico.

— Ha, ha, ha! — zaśmiał się, jeszcze głośniej niż poprzednio, Jim. — Na pewno. Musisz tylko ukraść jakiś pierścionek i startuj. — Dalej żartował.

Reno nie słuchał ich pijackiej kłótni. Położył się z powrotem na łóżku, zamknął oczy i próbował zasnąć, ciągle mając w pamięci twarz ciemnookiej Natalii.

Następnego ranka obudził się i zauważył, że nie ma jego towarzyszy. Szybko wstał i zszedł na dół do recepcji. Obok miejsca, gdzie wydawano klucze i odbierano opłatę za pobyt, znajdowały się podwójne, przeszklone drzwi. Nad nimi widniał napis: „Stołówka”. Przeszedł przez nie i ujrzał niezwykły widok. Otóż blady jak ściana Rico siedział przy stoliku ze swoim szefem, próbując przełknąć cokolwiek ze śniadaniowego menu. Tymczasem, jego towarzysz, popijał kawę, czytając lokalną gazetę. Cała stołówka świeciła pustkami i wyglądało na to, że są jedynymi klientami. Meksykanin chyba po raz pierwszy widział, żeby Jim coś czytał. Stał przez chwilę i wpatrywał się w tę dziwną parę, dopóki nie dostrzegł go blondyn. Uśmiechnął się do niego i przywołał ręką. Reno powolnym krokiem podszedł do małego, okrągłego stolika i usiadł na pustym krześle.

— Dzień dobry — powiedział Jim z radosnym uśmiechem. — Jak się spało?

— Dobrze — odpowiedział lakonicznie Reno.

Wtedy do stolika podeszła Katarzyna z recepcji i z miłym uśmiechem spytała Meksykanina:

— Dzień dobry. Co chce pan na śniadanie?

— Można prosić jajka na bekonie?

— Ależ oczywiście — odpowiedziała radośnie. — A czy panowie coś jeszcze potrzebują? — Skierowała pytanie w stronę jego kolegów.

Wytatuowany nic nie odpowiedział, a jego szef odłożył gazetę i szczerząc zęby, powiedział:

— Nie, dziękuję. Wszystko mamy.

Właścicielka kiwnęła głową i zwróciła się do Reno:

— Zaraz dostanie pan jajka. — Po czym wróciła do kuchni.

— Nie musisz udawać takiego miłego — zauważył Meksykanin, kierując słowa do szefa.

Ten nachylił się w jego stronę i poważnym tonem powiedział:

— Musimy być mili, żeby niczego nie podejrzewali. — Obrócił głową w lewo i w prawo, żeby sprawdzić, czy nikt go nie podsłuchuje. — Musimy się przyjrzeć temu bankowi. My pójdziemy z Rico i wybadamy, co się da. Ty spróbuj rozglądnąć się po mieście, może znajdziesz coś wartościowego — wydał polecenia.

Reno nic nie odpowiedział, tylko kiwnął głową. Nagle, praktycznie spod ziemi, wyrosła Katarzyna i z uśmiechem na ustach postawiła przed Reno talerz z jajkami i boczkiem, mówiąc:

— Proszę. Oto pana jajka.

— Dziękuję — powiedział krótko.

— Jakby pan czegoś potrzebował, to proszę wołać.

— Dziękuję — odparł jeszcze raz, jakby nie mógł znaleźć innych słów.

Właścicielka szybko się obróciła i wróciła do kuchni.

— Dobra — zaczął mówić Jim. — My idziemy obczaić bank, a ty sprawdź miasto. — Podniósł się z krzesła i miał nadzieję, że to samo uczyni Rico, ale ten nie wykonał żadnego ruchu.

— Idziemy — Szturchnął go szef.

Wtedy wytatuowany oprzytomniał, spojrzał na szefa bandy i odpowiedział szybko:

— Tak, już. — Po czym rzucił wszystko i wstał. Wychodząc ze stołówki, Jim ze swoim sztucznym uśmiechem, rzucił w stronę właścicielki:

— Dziękujemy.

Ta odpowiedziała tym samym z tą różnicą, że jej uśmiech był szczery.

Reno zjadł spokojnie śniadanie i nie silił się na takie uprzejmości jak jego kompan. Bez słowa opuścił pustą stołówkę. Wrócił do pokoju, umył się w łazience, przebrał w czyste ciuchy i wyszedł rozglądnąć się po mieście i okolicy. Szybko odkrył, że nawet jeśliby chcieli cokolwiek ukraść, to wartościowych skarbów w tym mieście jest jak na lekarstwo. Poza paroma budynkami, bankiem, klubami, lekarzem czy hotelem w mieście nie było nic ciekawego. Ludzie, jeśli już jacyś byli, na jedynej ulicy poruszali się w sennej atmosferze. Z ciekawszych rzeczy, jakie znajdowały się w okolicy, można było znaleźć pozostałości po jakiejś fabryce. Reno zajrzał tam, a potem podpytał okolicznych mieszkańców. Ci opowiedzieli mu historię o miejscowym browarze, który funkcjonował tam parę lat temu, ale nie działał już od dłuższego czasu.

— Podobno — mówił jeden z sąsiadów pustostanu — ciągle są tam otwarte kadzie z dziwnym płynem, ale gdyby to było piwo, to na pewno już dawno zostałoby wypite.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 17.75
drukowana A5
za 27.37