E-book
17.75
drukowana A5
25.16
Reno

Bezpłatny fragment - Reno


Objętość:
161 str.
ISBN:
978-83-8221-600-4
E-book
za 17.75
drukowana A5
za 25.16

Podziękowania dla Marty, za pierwszą recenzję

— Chciałeś łamania czwartej ściany? To będziesz mieć takie łamanie czwartej ściany, że żaden ortopeda cię nie poskłada — powiedział Reno do Czytelnika, po czym kopnął z całej siły mężczyznę leżącego na ziemi. Uderzenie było tak mocne, że facetowi wyleciały trzy zęby razem ze strumieniem krwi. Słońce paliło niemiłosiernie, ale Reno, ubrany w czarną skórzaną kurtkę, czerwoną koszulę, czarne jeansy przepasane szerokim pasem z dużą metalową klamrą oraz kowbojskie buty i kapelusz, stał niewzruszony, nie przejmując się duszącym, gorącym powietrzem. Podniósł półprzytomnego faceta, otworzył klapę bagażnika w swoim Toronado rocznik 1977 i wrzucił do niego delikwenta, a potem energicznie trzasnął klapą. Jechał asfaltową drogą przez pustynię, na której tylko gdzieniegdzie wyrastał jakiś kaktus. W oddali widział wysokie góry, które wyrastały nad horyzontem. Taki właśnie krajobraz miał codziennie przed oczami. Piasek, kaktusy, góry skaliste i niemiłosiernie palące żółte słońce. Sam nie wiedział, ile ma lat, ale mógł się tylko domyślać, że był już po czterdziestce. Na jego twarzy z ciemną karnacją widać było ślady młodzieńczego trądziku. Pod dolną wargą znajdowała się mała bródka, a na nosie nosił kwadratowe okulary przeciwsłoneczne. Że co? Że wygląda jak meksykański zakapior z filmów klasy B? I bardzo, kurwa, dobrze! Nie muszę wam nic więcej tłumaczyć.

— Widzieliście NiEBO, to teraz zobaczcie, jak wygląda Piekło… — powiedział, a jego doświadczone przez życie oczy patrzyły przed siebie. Tak, pisarskie Piekło, i tym razem to nie jest żaden skrótowiec. Miejsce przeklęte, do którego trafiają wszystkie najgorsze książkowe szumowiny po swojej, zwykle słusznej i tragicznej, śmierci. Wszystkie czarne charaktery, jakie przychodzą wam do głowy, lądują właśnie tutaj. To nie jest kraina szczęścia i dostatku. Niestety, nawet ci, którzy po swoim literackim zgonie chcą żyć przyzwoicie, muszą walczyć o swoje każdego dnia. To miejsce pełne przemocy, brutalności i okrucieństwa. Jeśli nie zabije cię jakiś psychopata na ulicy, to może to zrobić jedna z wersji Jokera, ćpająca akurat w którymś śmietniku. Nieprzyjazny klimat, wszechogarniająca pustka i nuda krajobrazu oraz nieustannie palące słońce doprowadzają ludzi do szału. Wielu z tych, którzy jeszcze wczoraj starali się być mili, jutro wącha klej pod jednym z licznych burdeli. Istniały skorumpowane władze, które próbowały zarządzać tą krainą. Opierało się to głównie na układach z gangami i wojskiem. Zwykle wybierały one na zarządcę krainy tego, który bierze najmniejsze łapówki. Tak, istnieje wojsko, które ma za zadanie pilnować porządku, ale od dawna jego jedyną rolą jest zbieranie trupów. W tym miejscu nie ma wielu przepisów i zasad Panowała jedna: „Dzieci i kobiety są święte”. Aczkolwiek Reno doskonale wiedział, że i od tej reguły były wyjątki. Mijał właśnie duży biały znak, wysprejowany i z dziurami po kulach, witający wjeżdżających do największego miasta Piekła: Hell City, które nie było klasyczną metropolią. Te zwykle mają slumsy, przedmieścia i centrum miasta z wysokimi szklanymi biurowcami. Tymczasem tutaj są tylko slumsy. Wszyscy mieszkali w małych, ciasnych, murowanych domkach. Nie było muzeów, kin, parków. Ludzie żyli z dnia na dzień, unikając kłopotów i uciekając przed nieprzyjaznym klimatem. Reno wjechał na główną ulicę i mijał kolejne bary, speluny, kluby, burdele, studia tatuażu oraz prywatne punkty lekarskie, gdzie można było zrobić wszystko, od wyciągnięcia kuli po drastyczne tortury. Były też inne sklepy, w których zaopatrywali się ci, próbujący uczciwie zarobić na chleb, z produktami różnej potrzeby. Właściciele tych miejsc musieli płacić mafii i gangom za ochronę, co i tak nie zawsze działało. Wiele z nich było słabo wyposażonych, urządzonych i zaopatrzonych. Ci, którzy zwykle próbowali prowadzić takie miejsca i spokojne życie, ledwo wiązali koniec z końcem.

Stanął swoim czerwonym samochodem pod jednym z niskich, małych budynków i zgasił silnik. Wyciągnął zdobycz z bagażnika i przeszedł, wlokąc mężczyznę po ziemi, przez kratowane drzwi. Wszedł do środka. Pomieszczenie wyglądało jak mały sklepik, ale zamiast towarów wszędzie wisiały zdjęcia dziwnych ludzi oraz charakterystyczne neony ze znakiem „$” albo z napisem „Cash”. Pierwsze co zauważył, jak wszedł, to wysokiego mężczyznę ubranego w czarny garnitur, opierającego się o framugę drzwi. Mężczyzna spojrzał badającym wzrokiem na niego, a potem na jego ofiarę. Za ladą stał gruby, niski facet w koszulce na ramiączkach z widoczną plamą pośrodku, po jakimś tłustym jedzeniu. Reno podszedł do niego i rzucił trzymanym facetem o podłogę.

— Mam waszą zgubę — powiedział, wskazując ręką na faceta na ziemi.

Mężczyzna zza lady wychylił się i spojrzał w dół. Ujrzał małego, łysego gościa ubranego w szpitalną piżamę.

— A tak, ten… — przypomniał sobie, po czym wyszedł zza lady, zebrał delikwenta i przetargał przez podłogę na zaplecze. Reno usłyszał tylko dźwięk zamykanych kajdanek. Obrócił głowę i spojrzał na faceta przy drzwiach, który stał nieruchomo i z gniewną miną patrzył na niego. Mężczyzna zza lady powrócił na swoje miejsce. Meksykanin stał przez chwilę w milczeniu, czekając na reakcję tego w koszulce na ramiączkach, ale ten udawał, że go nie widzi. W końcu podniósł wzrok i z pretensją w głosie spytał:

— Co?

— Chyba należy mi się zapłata. — Słusznie stwierdził Reno.

— Tak? — powiedział z lekkim zdziwieniem mężczyzna w koszulce. — A ja mam inne zdanie na ten temat. — Wyciągnął spod blatu strzelbę, którą skierował prosto w klienta. Meksykanin usłyszał za swoimi plecami, jak drugi facet odbezpiecza swoją broń.

— A, a, a… bez numerów — powiedział facet w koszulce i ruchem głowy skinął, żeby Meksykanin podniósł ręce. Ten, bez protestu, tak też zrobił, widząc jaką ma słabą pozycję. Spojrzał na mężczyznę z bronią, a potem lekko obrócił głowę za siebie, spoglądając na drugiego za jego plecami. Teraz wiedział doskonale w jakim jest miejscu. Szybko, prawą ręką, złapał literę „o” z wcześniejszego zdania i szybkim ruchem, od lewej do prawej, przeciął twarz faceta w koszulce tak, że ten padł martwy na ziemię. Błyskawicznie obrócił się na stopach i rzucił literą w drugiego faceta. Ta przeleciała przez całe pomieszczenie i zanim zdążył on oddać strzał, litera przecięła jego głowę na pół, wbijając się w drewnianą framugę, o którą się opierał. Stał tak przez sekundę, z wbitą literą „o” w czoło, trzymając w dłoni pistolet. Po chwili dolna część ciała runęła z hukiem na podłogę, a górna część, z mózgiem, została na literce, kapiąc krwią na podłogę. Reno spokojnie przeszedł za ladę i podszedł do kasy. Wcisnął guzik. Szufladka się otworzyła. Wyjął pieniądze. Przeliczył powoli, rzucił jeden banknot na blat i skierował się w stronę wyjścia. Przechodząc nad zwłokami mężczyzny przy drzwiach, rzekł:

— Reszty nie trzeba.


Czerwone Toronado przemierzało kolejne ulice miasta. Ludzie krzątali się w swoim tempie, próbując schować się przed piekącym słońcem. Reno przejechał jedną z głównych ulic miasta. Po kilku minutach i wielu skrzyżowaniach wjechał na parking pod restauracją. Był to niski, przeszklony budynek z dużym wyblakłym napisem „Restaurant” na dachu. Wszedł do środka. Było to jedno z najbardziej pospolitych miejsc w jakich bywał. Na podłodze zniszczone biało-czarne płytki. Stoliki i krzesła ustawione w jednym rzędzie po lewej stronie. Po prawej znajdował się długi blat, za którym kelner przyjmował zamówienia oraz wydawał posiłki. Nie było za wielu ludzi. Jeden pijaczek przysypiał przy środkowym stoliku a kobieta, która wyglądała jak prostytutka, dopiero co wciągnęła sporą ilość kokainy i zabierała się za smażone jajka, które leżały na talerzu przed nią. Na stołku barowym naprzeciwko barmana siedział gruby facet z przetłuszczonymi włosami w czarnej koszulce, popijający opróżnione do połowy piwo. Zauważył wchodzącego Meksykanina i lekko skinął mu głową. Reno podszedł i usiadł obok niego.

— Miałem kłopoty przy oddawaniu przesyłki — powiedział Meksykanin, nawet nie patrząc na niego.

— Ty? — zdziwił się jego znajomy. — Domyślam się, że nie spotkało ich nic dobrego… — stwierdził, po czym wziął łyk piwa ze szklanki.

— Mógłbyś dobierać lepszych klientów — odpowiedział Reno.

— Taka robota. Sam wiesz… — Spojrzał na jego twarz. — To niebezpieczny biznes. Nie pytam klientów, czy są grzeczni. Nie interesuje mnie to — rzekł szczerze.

Po chwili wyrósł przed nimi wielki barman, który spojrzał na nowego klienta i spytał:

— Co podać?

Reno tylko przecząco pokręcił głową.

— Może tym razem nie będzie problemu — powiedział facet w czarnej koszulce i podał mu dużą szarą kopertę. Meksykanin wyciągnął z niej zawartość. Było tam duże zdjęcie policyjne jakiegoś faceta oraz wyciąg z akt. Reno rzucił okiem na papiery i od razu zauważył nazwisko: Oscar La Plata.

Przyglądał się uważnie zdjęciu, kiedy to usłyszeli, jak dzwonek przy drzwiach zadzwonił i do lokalu weszło trzech wysokich mężczyzn ubranych w znoszone zielone płaszcze. W ich oczach widać było wściekłość. Przy sobie mieli wyciągniętą broń: strzelbę, stary rewolwer i pistolet. Rozejrzeli się uważnie po pomieszczeniu i podnieśli broń, celując w różne części lokalu.

— To napad! — krzyknął jeden z mężczyzn, który musiał być liderem ich grupy. — Róbcie, co każemy, a nikomu nie stanie się krzywda! — krzyczał, celując w faceta za ladą.

Jego towarzysze celowali na przemian, w przysypiającego pijaczka, naćpaną, głodną prostytutkę oraz w dwójkę ludzi przy barze.

— Dawaj kasę! — rzucił w stronę barmana lider uzbrojonej grupy i zaczął powoli podchodzić do niego. — Nie lubię, gdy ktoś przerywa mi posiłek — stwierdził kolega Meksykanina w czarnej koszulce.

— Ja też — odparł beznamiętnie Reno.

Mężczyzna ze strzelbą w dłoniach stanął naprzeciwko kelnera i celując w niego, rozkazał:

— Kasa! Już!

Ten, przerażony, skinął głową i próbując nie drażnić napastnika, powoli podszedł do kasy i zaczął ją otwierać. Nie miał zbyt dużego utargu, ale strata nawet jednego dolara w tym świecie była bardzo odczuwalna. Otworzył szufladę i powoli zaczął wykładać banknoty na ladę, jeden po drugim. Mężczyzna z bronią stał i ciągle w niego mierzył. Obrócił głowę i spojrzał na siedzącego obok Meksykanina.

— Masz jakiś problem? — spytał z wyczuwalnym gniewem w głosie.

— Nie lubię, jak ktoś przerywa mi konwersację — odpowiedział buńczucznie Reno.

— O, tak? To panowie wybaczą, ale mam to kurwa gdzieś! — krzyknął w stronę Meksykanina.

Barman ciągle wykładał jeden banknot za drugim.

— Pośpiesz się! — ponaglił go napastnik.

Wtedy ten zaczął szybciej wyciągać pieniądze i po kilku sekundach leżała przed nim kupka banknotów.

— No nareszcie… — powiedział napastnik z satysfakcją w głosie, po czym kolbą od strzelby przywalił barmanowi prosto w czoło tak, że ten momentalnie upadł na plecy. Reno tolerował wiele przykrych i złych rzeczy, ale nie znosił przemocy wobec tych, którzy sami jej nie stosowali. W tym momencie postanowił się zaangażować. Obrócił się lekko w stronę swojego towarzysza i spytał:

— Pomożesz?

— Co potrzebujesz? KKK czy EEE? — spytał z wyczuwalną ironią w głosie jego kolega w koszulce.

— Wystarczyłyby kropki — stwierdził Reno, po czym chwycił trzy litery „K”.

— Zamknąć się! — krzyknął mężczyzna z bronią, odrywając się na chwilę od zbierania kasy i spoglądając w ich stronę. Ujrzał wtedy widok, który bardzo go zdziwił. Widział jak Meksykanin trzyma w dłoniach trzy drukowane litery „K”, co wprawiło go w niemałe zaskoczenie. Nigdy nie widział czegoś takiego w Literackim Piekle. Zanim zdążył się zorientować po co one są, jedna z nich przecięła mu całą czaszkę na pół. Ciało upadło na ziemię, co zaalarmowało jego towarzyszy, którzy zdziwieni ujrzeli, jak ich szef upada na podłogę. Skierowali wzrok na dziwnego mężczyznę w czarnej kurtce i kowbojskim kapeluszu. Zanim zdążyli pomyśleć, co robić, Reno zeskoczył z krzesła i rzucił kolejną literą w kierunku faceta z pistoletem. Ta przeleciała przez całą restaurację i przecięła go na pół. Jego towarzysz tylko patrzył, jak dwie połówki ciała upadają na biało-czarną podłogę. Kiedy obrócił głowę w stronę Meksykanina, widział przed sobą jak ostatnia litera ustawiona na sztorc, leci prosto w jego kierunku. Osłupiały, nie zareagował i ta wbiła się w sam środek jego czoła. Broń wypadła mu z ręki i jedyne, co był jeszcze w stanie zrobić, to wymamrotać:

— Skurwysyn…

Po czym padł na podłogę. Reno podniósł się i poprawił swoją skórzaną kurtkę, rozglądając się po lokalu i widząc, że pijaczek i tak spał, a prostytutka, zapewne ze stresu i narkotyków, leżała z głową w usmażonych jajkach.

— Dobrze, że było ich tylko trzech, bo musiałbym ci cały alfabet wyrecytować — zażartował jego znajomy. Wtedy barman, z zakrwawioną twarzą, podniósł się i spojrzał na leżące przed nim banknoty i martwych napastników.

— Dziękuję… — wymamrotał tylko.

— Nie ma za co — odpowiedział we wspólnym imieniu towarzysz Meksykanina.

Zakrwawiony barman zebrał wszystkie pieniądze do szuflady w kasie i poszedł na zaplecze, opatrzyć swoje rany.

Meksykanin po wszystkim usiadł z powrotem na stołku barowym.

— Muszę z tym skończyć — stwierdził Reno.

— Z czym?

— Z tą robotą. To będzie moje ostatnie zlecenie. — powiedział i chwycił kopertę ze zdjęciem.

— Kiedy mi chciałeś powiedzieć? — spytał, niemile zaskoczony, jego towarzysz.

— Dzisiaj.

— I co będziesz robił?

— Nie wiem — odparł szczerze Meksykanin. — Może będę podróżował — powiedział, zebrał wszystkie rzeczy, zeskoczył z krzesła i skierował się do wyjścia, przechodząc nad trupami.

— Wiesz doskonale, że to nie twoje życie…, że zatęsknisz za tym — zauważył jego znajomy.

Reno zatrzymał się na chwilę. Chciał obrócić się w jego stronę i coś odpowiedzieć. Powstrzymał się, podniósł głowę i głośno rzekł, wychodząc z restauracji:

— Przygotuj kasę, za niedługo Oscar będzie mój.

Doskonale wiedział, gdzie znaleźć poszukiwanego. Po pierwsze, dlatego że był w tym bezapelacyjnie najlepszy, a po drugie, bo zauważył w opisie, że Oscar to członek gangu Dzikiego Byka. A jest tylko jedno miejsce, gdzie członkowie tej grupy przebywają: w barze „Czerwona Wstążka”. Wsiadł do samochodu i skierował się w stronę tego miejsca, skręcając od restauracji w prawo. Jechał jedną z ulic miasta i zatrzymał się na skrzyżowaniu. Wyciągnął zdjęcie kolejnego zlecenia i spojrzał na nie jeszcze raz. Na zdjęciu policyjnym widział mężczyznę z widocznymi tatuażami na szyi i twarzy, który trzymał tabliczkę z numerem do kartoteki policyjnej. Na jego twarzy malował się głupi uśmiech. Kiedy wrócił wzrokiem na ulicę, na chodniku zauważył dziwną postać. Widział tylko jej sylwetkę, nie mógł dostrzec twarzy, nie dlatego że było daleko, ale dlatego że ta postać nie miała twarzy. Czuł jednak, że wpatruje się ona prosto w niego. Stała na chodniku i nagle skręciła w jedną z ciasnych uliczek między budynkami. Reno nie zważając na innych uczestników ruchu drogowego, ruszył z piskiem opon przed siebie, żeby ją dogonić. Zatrzymał się na chodniku i szybko wyskoczył z samochodu, po czym wszedł w uliczkę. Była ona ciasna, zabrudzona, z koszami i wszędzie latającymi śmieciami. Zrobił parę kroków do przodu, żeby odszukać postać, ale nikogo tam nie było. Rozejrzał się dookoła, poza pustymi butelkami, stertami starych gazet i igieł, nikogo nie było. Wtedy poczuł ostry ból w klatce piersiowej. Kucnął i włożył dłoń pod koszulę, zaciskając mocno pięść. Trzymając dłoń na piersi, wrócił do samochodu. Wsiadł i otworzył schowek. Wyciągnął małą, plastikową, białą buteleczkę. Wysypał zawartość na dłoń. Przeraził się, kiedy odkrył, że została ostania tabletka. Połknął ją i po chwili poczuł, jak kojące ciepło rozchodzi się po jego ciele. Przymknął na chwilę oczy, aby odpocząć. Z letargu wyrwał go jakiś wściekły, pijany przechodzień, który walnął w maskę jego samochodu. Nie zareagował. Nie miał zamiaru przejmować się zwykłym pijaczyną. Ruszył i zawrócił. Przejechał kilka przecznic, po czym skręcił w jedną z uliczek w prawo. Stanął koło małego budynku, na którym wisiała drewniana tabliczka z napisem „Drugs”. Wszedł do środka. Na półkach sklepowych znajdowała się niezliczona ilość różnych medycznych specyfików i nie tylko. W kartonowych opakowaniach, szklanych i plastikowych butelkach, a nawet w dziwnych woreczkach. Za szklaną ścianą stał wysoki, szczupły mężczyzna w okularach. Ubrany był w biały fartuch, który chyba dawno nie był prany. Reno podszedł do lady i przez mały otwór w szklanej ścianie postawił przed farmaceutą białą buteleczkę. Mężczyzna w białym kitlu wziął ją do ręki i zaczął czytać. Oderwał od niej wzrok i spojrzał na klienta. Meksykanin położył na ladzie kilka banknotów.

— Wiesz, że to silny lek, i bardzo uzależnia? — ostrzegł farmaceuta.

— Ta? A co cię to obchodzi? –zapytał zirytowany Reno. — Płacę, to wymagam. Nie chcesz zarobić?

— Chcę, ale nawet tutaj jestem ciągle farmaceutą i obowiązuje mnie przysięga Hipokratesa — odpowiedział mężczyzna w białym kitlu.

— Przysięga Hipokratesa? — zadrwił Reno. — A to nie twój przodek sprzedał Romeo truciznę? — spytał retorycznie.

Farmaceuta spojrzał z gniewną miną na niego.

— Masz receptę? — spytał.

— Tak — odparł klient i wyciągnął dłoń, aby mu pokazać środkowy palec.

Farmaceutę lekko to rozbawiło. Wyjął z szuflady taką samą buteleczkę.

— Wypierdalaj — powiedział, stawiając przed klientem lekarstwo i zagarniając banknoty. Reno chwycił buteleczkę i schował do kieszeni, po czym wyszedł ze sklepu.

Wrócił do poszukiwań i skierował się w stronę „Czerwonej Wstążki”. Był pewien, że Oscara tam nie ma, ale miał tam znajomego, który mógł wiedzieć to i owo. Musiał zjechać z głównej arterii miasta i udać się do bardziej przemysłowej dzielnicy. Była ona znana najbardziej z tego, że hodowano tam marihuanę, przepakowywano kokainę i gotowano metaamfetaminę, ale w asortymencie były wszystkie znane ludziom narkotyki. Reno wjechał w dzielnicę i przejeżdżał obok różnych hal, składów i podejrzanych miejsc. Na jednej z ulic, obok byłej fabryki heroiny znajdował się mały klub ze striptizem „Czerwona Wstążka”. Była to niewielka, kwadratowa konstrukcja zbudowana ze starych desek. Pod klubem stały miejscowe prostytutki, dilerzy narkotykowi oraz niezliczona ilość wielkich facetów w skórzanych kurtkach, którzy opowiadali o swoich chopperach, popijając kiepskie piwo. Reno zaparkował po przeciwnej stronie ulicy. Wysiadł i udał się do knajpy, nie zważając na groźne miny facetów, oraz zaczepki tanich prostytutek. W środku znajdowało się kilkadziesiąt osób. Pijących, narkotyzujących się, ale przede wszystkim oglądających striptiz robiony przez całkiem atrakcyjne kobiety, zważywszy na usytuowanie lokalu. Skierował się bezpośrednio do baru, za którym stał duży, łysy facet z wieloma kolczykami na twarzy oraz w uszach. Podawał właśnie komuś drinka, kiedy zobaczył, jak Reno podchodzi do baru. Jego twarz pobladła. Wyciągnął spod lady wielką strzelbę i bez chwili wahania wycelował w niego.

— Ani się rusz! — powiedział groźnie do Meksykanina. Ten podniósł od razu ręce do góry, wiedząc, że z Andym nie ma żartów i jeśli tylko wykona jakiś fałszywy ruch, to cała zawartość magazynku wyląduje w jego ciele.

— Przychodzę w dobrych zamiarach — oznajmił Reno.

— Akurat… — zadrwił Andy. — Ty i dobre zamiary.

— Chcę pogadać. Będę grzeczny.

Twarz znajomego początkowo nie była przyjazna, po chwili jednak zaczął powoli opuszczać swoją broń. Łysy kiwnął głową, schował broń i skierował się ku drzwiom prowadzącym na zaplecze. Reno poszedł za nim. Weszli do małego biura, w którym była kanapa, stolik a pod ścianą, naprzeciwko drzwi, duże biurko. Zaraz za nim różne szafki na dokumenty. Andy usiadł za biurkiem i wskazał ręką na krzesło naprzeciwko. — Czego chcesz? — spytał łysy.

Nic nie mówiąc, Reno podał mu zdjęcie Oscara. Andy rzucił okiem, a potem skierował wzrok na swojego gościa.

— Znajomy? — spytał drwiąco łysy.

— Oscar La Plata.

— No i?

— Wiem, że tutaj bywał, a prawdopodobnie nawet bywa. Może wiesz, gdzie może być?

— Nie znam człowieka — stwierdził Andy i rzucił zdjęciem. — A nawet jakbym wiedział, to myślisz, że powiedziałbym ci?

— Jesteś mi coś winien… — stwierdził chłodno Meksykanin.

Twarz łysego pobladła tak, że ciężko było powiedzieć, gdzie są kolczyki, które miał w nią powbijane.

— Będziesz mi to wypominał? — spytał Andy.

— Po prostu wiesz, że gdyby nie ja, to tej budy… — Reno rozglądnął się po pomieszczeniu — …już dawno by tu nie było.

Andy pamiętał, że kiedy cztery lata temu jeden z okolicznych gangów chciał go zabić i wpadł z „przyjacielską” wizytą do baru, tylko Reno nie uciekł i uratował mu życie oraz dobytek.

— Oscar tu bywa — zaczął mówić Andy. — Siedzi, wypija dwa drinki, wciąga kreskę i wychodzi.

— Kiedy był ostatnio?

— Ponad tydzień temu, ale nikt nie wie, że ma jedną słabość.

Reno spojrzał na pomarszczoną twarz łysego, oczekując odpowiedzi.

— Kobiety… — powiedział cicho Andy. — Poprosił mnie, żebym mu dał adres jakiegoś dobrego burdelu…

— Niech zgadnę. — Nie pozwolił mu dokończyć Reno. — Przybytek przy Złotej 86?

Andy pokiwał tylko głową.

— Tyle mi wystarczy — powiedział Meksykanin i wstał, zabierając ze sobą zdjęcie.

Łysy siedział dalej, nie patrząc nawet na swojego gościa.

— Tylko proszę — poprosił Andy, a Reno się odwrócił. — Nikt nie może się dowiedzieć, że coś ci powiedziałem.

Meksykanin skinął głową i powiedział tylko:

— Ja nigdy nie wydaję swoich informatorów.

Potem wyszedł. Burdel lub jak niektórzy mówią „Dom publiczny” przy Złotej, był jednym z wielu takich miejsc na mapie Hell City. Nie był najbardziej znanym ani najlepszym miejscem tego typu w mieście. Ale Reno wiedział doskonale, że Andy zawsze polecał ten lokal, bo jego druga żona tam pracowała. I mimo że już dawno nie miał z nią nic do czynienia, to miał sentyment do tego miejsca i polecał je każdemu, kto pytał o takie atrakcje. Lokal znajdował się na obrzeżach miasta, w dzielnicy portowej zwanej tak, chociaż miasto nie miało dostępu ani do rzeki, ani do morza. Reno zajechał pod jeden z ostatnich budynków. Zaraz za nim rozciągała się pustynia z kaktusami i górami w oddali. Zaparkował na ulicy i podszedł pod główne wejście, przed którym siedział mały chłopiec, na oko 8 lat. Rzucił tylko okiem na chłopaka, który siedział sobie, jakby nigdy nic pod burdelem, i zajadał się czerwonym lodem. Pomyślał, że to zapewne dzieciak jednej z tutejszych pracownic i bez dalszej zwłoki wszedł do środka. Na początku można było pomyśleć, że to normalna knajpa. Za barem siedział zwykły barman, który czyścił właśnie kieliszki. Dopiero po chwili zauważył, że siedzące kobiety są bardzo skąpo ubrane, a część była praktycznie naga. Nie zdążył nawet podejść do baru, kiedy jedna z pracownic podeszła do niego kuszącym, sprężystym krokiem.

— Hej, przystojniaku — przywitała się zalotnie. — Zabawimy się? — spytała zmysłowo, ale bezpośrednio.

Nim zdążył odpowiedzieć, usłyszał głos za swoimi plecami:

— Spadaj Joanna, ten należy do mnie.

Dziewczyna spuściła wzrok i usiadła z powrotem na jednej z kanap. Reno odwrócił się i ujrzał kobietę, która była ubrana normalnie i nic jej nie prześwitywało. Była to Julia, była żona Andy’ego.

— Co sprowadza wielkiego Reno do mojego przybytku? — spytała z nutką ciekawości w głosie.

— Twojego? — zdziwił się.

— Cóż… Za kasę, którą ukradłam mojemu byłemu mężowi, kupiłam to miejsce razem z całym wyposażeniem — mówiąc to rozglądała się po całym lokalu, próbując wzrokiem pokazać, co do niej należy. — Nie odpowiedziałeś na moje pytanie –naciskała dalej. — Co cię tu sprowadza? Bo jakoś nie wierzę, że masz ochotę na seks z jedną z moich dziewczyn.

— Szukam kogoś.

— No tak, mogłam się domyślić… — uśmiechnęła się pod nosem.

— I czemu myślisz, że tutaj jest ten ktoś? — dociekała.

— Twój były, jak zwykle, polecił mi to miejsce.

— A czemu miałabym ci powiedzieć, czy jest tutaj?

Reno wyciągnął z kieszeni pliczek z pieniędzmi i pokazał go Julii. Jak go zobaczyła, tylko spuściła głowę i lekko się uśmiechnęła.

— Gdybym cię nie znała, to bym ci dała w pysk i poprosiła ochroniarza, żeby cię stąd wypierdolił — powiedziała.

Nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia.

— Ale po pierwsze, lubię cię — mówiła dalej — a po drugie, jak ci odmówię, to znowu będziesz robił te swoje cuda z literami i rozpierdolisz mi wszystko.

— Wiesz, że kobiety są nietykalne — stwierdził Reno.

— Jak dobrze pamiętasz, od każdej reguły są wyjątki — powiedziała i wyciągnęła rękę.

Reno położył pieniądze na jej dłoni, a ta schowała je za stanik.

— Pokój 12 — wydała gościa.

Meksykanin kiwnął głową i udał się w stronę schodów.

— A! — krzyknęła, a on odwrócił się w jej stronę. — Tylko nie przestrasz dziewczyny — poprosiła.

— Oczywiście — odpowiedział.

Wszedł na piętro i zaczął iść długim, lekko oświetlonym czerwonym światłem, korytarzem. Po jednej i po drugiej stronie znajdowały się pokoje z numerami na drzwiach. W końcu znalazł się przed pokojem numer 12. Nacisnął klamkę i ostrożnie wszedł do pomieszczenia. Był to mały pokoik z jednym dużym łóżkiem pośrodku. Pomieszczenie było lekko oświetlone, ale wszystko w nim dobrze widoczne. Na łóżku ktoś leżał, przykryty czerwoną pościelą. Powoli i cicho stawiając każdy krok, podszedł do łóżka. Stanął obok i chwycił pościel, po czym szybkim ruchem zrzucił ją na podłogę. Pod nią leżała naga brunetka, która na widok nieznajomego od razu krzyknęła. Wtedy kątem oka zauważył, że z łazienki, która znajdowała się zaraz obok pokoju z łóżkiem, wyszedł zaskoczony facet ubrany w same bokserki i skarpetki. Reno od razu rozpoznał Oscara. Ten, jak tylko zorientował się w sytuacji, rzucił się do ucieczki i wybiegł z pokoju. Meksykanin pobiegł za nim. Mimo wszelkich starań, nie był w stanie go dogonić ani na korytarzu, ani na schodach. Facet w mgnieniu oka wybiegł przez wejściowe drzwi na Hell City. Reno był kilka kroków za nim. Kiedy znalazł się na ulicy, tamten miał solidną przewagę i biegł przed siebie, przekraczając granicę miasta i docierając na pustynię. Meksykanin zatrzymał się. Przed wejściem do lokalu, ciągle siedział ten chłopczyk, który wcześniej jadł loda. Spojrzał na chłopca, pochylił się i spytał:

— Hej chłopczyku, jak się nazywasz?

Chłopiec spojrzał na niego dziwnym wzrokiem i wymamrotał:

— Tomek.

— Jak ładnie. Spójrz, mam tutaj literkę „T” z twojego imienia — powiedział Reno do chłopca, podając mu literę „T”. Chłopiec wziął ją do ręki i zaczął oglądać z zainteresowaniem.

— Widzisz, jaka ładna — mówił. — Spójrz na jej brzegi i krawędzie. A teraz patrz. — Zabrał literę chłopcu. — Ona umie fajne rzeczy, jak weźmiesz ją w dłonie i zakręcisz, to poleci.

Chwycił literę w obie dłonie, po czym zakręcił nią tak, że ta poleciała do góry, obracając się w powietrzu jak śmigło helikoptera.

— Ale z jedną literką „T”, to nie mogę wiele zrobić — zasmucił się. — Ale z wieloma, już tak, więc Tomku, powiedz pierwszą literę swojego imienia, tak z siedemdziesiąt pięć razy. Tylko — Reno podniósł palec, żeby położyć nacisk na to co ma powiedzieć — żeby była drukowana.

— TTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTT

TTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTT.

Leciał nad pustynią w zbudowanym, przez siebie, z liter „T”, dziwnym pojeździe. Jedne litery tworzyły podwozie, a pozostałe były kilkunastoma małymi śmigłami, które utrzymywały środek transportu w powietrzu. Kierował innymi literami „T”, które poskładane i poskręcane razem ze śmigłami tworzyły dwie wajchy do kierowania. Rozglądał się w dół i na boki, szukając uciekiniera. W końcu ujrzał sylwetkę mężczyzny, który ledwo biegł przez pustynię i wyglądał jakby miał zaraz upaść. Obniżył lot swojej niezwykłej maszyny. Wtedy Oscar usłyszał dziwny dźwięk za sobą i obrócił się. Kiedy zobaczył nadlatującego Meksykanina, przyspieszył, ale tym razem nie miał absolutnie siły, więc po paru krokach padł na ziemię. Reno tymczasem, spokojnie wylądował i zsiadł ze swojej niezwykłej konstrukcji. Podszedł spokojnym krokiem do Oscara, który półżywy leżał na ziemi, i obrócił go twarzą do siebie.

— Mam cię — powiedział z satysfakcją.

— Proszę… nie… — błagał, mamrocząc Oscar.

— To tylko biznes — odparł Meksykanin.

Reno wziął literę „s” oraz dwie litery „o”. Lekko rozciągnął litery „o”, nakładając je na nadgarstki jak bransoletki. Potem przełożył przez nie literę „s” i wszystko mocno ścisnął, żeby nie było żadnych luzów. Tym samym tworząc prowizoryczne kajdanki.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 17.75
drukowana A5
za 25.16