„Pamiętaj wnusiu, jeśli poznajesz kobietę,
która cię fascynuje, miej świadomość,
iż zapewne tuż obok bytuje facet,
który nie może już z nią wytrzymać…”
{PAC, czyli Podhorodecki A.C.:
„Mądrości zasłyszane w pubie”}
Wakacje’2024 w Supraślu:
— Kaśka, wiesz skąd się biorą dzieci?
— Z Piątnicy. No, bo skąd?
{Przedszkolaki, w Biedronce
przy lodówie z lodami.}
P R O L O G
Z głupia frant (jak gdyby nieoficjalnie) ożeniłem się, kurka wodna. I to, z… kim! Pół rodzinki za głowy się chwyciło konstatując, z którą nielegalnie dotąd kopuluję. Drugiej połowie było to w ogóle obojętne. Szczególnie po wchłoniętym alkoholu, profilaktycznie zanabytym hurtowo latem, na Podlasiu.
Współczesny puszczańsko-regionalno-tradycyjny napitek (cichcem rozprowadzany we mgle oparów w nadbagiennych borach, bez obowiązkowej akcyzy, oczywiście!) nadal bywa sporawo tańszy niźli truneczki urzędowo dopuszczone do upijania się na umór. No, i niezmierne ekologiczne toto, podobno. Zero w tym GMO! Co najwyżej śladowa zawartość naturalnego gówna, na którym ziemniaczki rosły. Lecz oferowany napój nie wonieje brzydko niczym pradawny ludowy trunek. Stosowną moc, trzyma. A i czachy nie rozsadza po ciupkę nadmiernym spożyciu. Same zalety, cholera. Zero wad! Polecam.
Z tym, że producenci, byle turyście napoju nie sprzedadzą. Jakiś stały, miejscowy konsument potrzebny, który poręczy za nowego, przypadkowego klienta. Inaczej… won, do Biedronki. I czatuj przytomnie spragniona pijaczyno na intratną promocję, względnie przypadkową pomyłeczkę w kodzie kreskowym płynnego towaru, tudzież w zintegrowanym systemie kasowym portugalskiego dyskontu. A bezlitosne pragnienie, nieludzko doskwiera spragnionemu opojowi, psia mać.
Lecz mając przewodnika (wprowadzającego przyjezdnego człeka w borowo-przybagienne ostępy) oraz szczęście podczas udanych, śródleśnych zakupów należy nieustannie baczyć, czy aby wredny Bagnik Nadwodny (czyli nasz największy narodowy pajączek) nie skrył się cichcem w hurtowym opakowaniu pracowicie targanych do bagażnika, różnokształtnych flaszeczk. Po jego przypadkowym ukąszeniu, kac (pospolicie… wędkarskim zwany) będzie murowany. Po tradycyjnej polsko-wschodniej brymusze, raczej rzadka przypadłość. Zaś gdyby wystąpiła, wystarczy proste remedium w postaci dobrze schłodzonego piweńka i wczorajszy imprezowicz, znów migiem staje się trzeźwy oraz zdolny do dalszego spożywania płynów. Byle alkomatu w to niepotrzebnie nie mieszać, oczywiście. No, i dla własnego dobra, od kierownicy wówczas wara. Wynająć, woźnicę trzeba. Albo zdrzemnąć się za kółkiem przy wyłączonym silniku. Przy włączonym, zaraz psy mundurowe śpiocha zaatakują i nieprzyjaźnie powarkując, wlepią mandat za statyczną jazdę na parkingu, po pijanemu.
Na ceremonialny przejazd (z domciu do znajomej knajpy mej niby małżonki) jakby intratnie, wynajęliśmy okazały, nawet nowoczesny i ekologicznie klimatyzowany żonowóz z trwale uszkodzonym, czarnym szyberdachem. Został kiedyś zaimportowany okazyjnie do katolandu azjatyckim frachtowcem z Baltimore, w Marylandzie. Zaś do tamtejszego portu dotarł o własnych siłach, wprost z pustynnego złomowiska zlokalizowanego gdzieś w środkowym USA. Zżarł benzyny, co niemiara. Za więcej, niż sam na kilogramy kosztował! Szczęśliwie za oceanem, paliwo sporo tańsze niźli tu.
Oj, dobrze krwiopijczym kapitalistom zza tzw. wielkiej kałuży. Unijnym sporo gorzej, psia mać. Ot, i międzykontynentalna sprawiedliwość! U tamtych, wszystko tańsze. Podatki i colty, również. O dyskontowych frytkach, keczupie, czy odtłuszczonych hamburgerach, nie wspomnę. A i Burbon sprzedawany we flaszkach galonowych, za grosze. U nas majątek, psia mać. Nic, tylko spieprzać za ocean. Nieprawdaż?
W nowej ojczyźnie motoryzacyjnej, po koniecznym dogłębnym liftingu zezłomowanej w The US (żałobnej niegdyś!) limuzyny, daleki kuzyn (nałogowy abstynent!) zafundował mi wspaniałomyślnie swą standardową usługę ślubną. Właśnie na tym polegał mój intratny wynajem zachodniego cacka!
Człek ów, od lat żył z takiego fachu. Z tym, że wcześniej powoził elegancką poradziecką Wołgą, która w epoce kapitalizmu poczęła wyglądać więcej niż niemodnie. A dla co poniektórych ziomali, nawet mocno obciachowo. No, i… części zamiennych do ruskiego czortostwa wiecznie brakowało, gdy bratni kraj z dnia nadzień stał się wrogim.
W trakcie nagłego, nieokiełznanego przewrotu społeczno-gospodarczego-politycznego, zamiłowany jogurciarz nałogowo palący we wrzosowej hinduskiej mini fajeczce (suszone osobiście!) liście krajowego, dubeltowego, białego bzu zmieszane z bezsensownie chronionym tu czosnkiem niedźwiedzim, akurat miał wolne. Powód nieróbstwa? Prozaiczny! Ludziska bywają dziwnie przesądni i wyjątkowo rzadko chajtają się w piątki, w dodatku… trzynastego. Mnie, było bez różnicy! Mej ponętno-ślicznej pani, również. Po prostu nocki (jak gdyby) poślubnej spontanicznie zapragnęliśmy. Ot, dla urozmaicenia dotychczasowego, udanego, przyjacielsko-koleżeńskiego pożycia płciowego. Kaprysik niewinny tak, znaczy się! Nic strasznego…
Ale o najistotniejszych faktach, tudzież wydarzeniach opowiem po kolei. A przynajmniej postaram się, aby tak jednak wyszło. Dzięki temu logiczniej oraz znacznie sensowniej będzie, mym (jak najskromniejszym) zdaniem.
Przyznam, iż przygodę z obecnym wcieleniem (nie pierwszym, cholera!) rozpocząłem wyjątkowo klasycznie.
Spłodzono mnie spontanicznie oraz wysoce nieodpowiedzialnie. Większość ludzkości tak miewa! O ile w ogóle nie wszyscy jej przedstawiciele, płci obojga. Inaczej migiem by się nam wyludniła błękitnawa (podczas oglądania z kosmosu) planetka. Niczym rudziutki dziś Mars, onegdaj.
Marsjanki, zapewne ohydły tubylcom, czyli tamtejszym samcom. Niemożebnie w kółko im marudziły. Do tego kosmicznie roztyły się oraz (niczym Ewunia w Raju) dość szpetnie zbrzydły, cholernice. Marsjanom, szybko odeszła jakakolwiek chcica na miejscowe potwory. Zapragnęli choćby drobnego urozmaiconka życiowego. Toż w przyrodzie, każdy posiadacz jąder (nawet szczurzy!) miewa podobnie. Nie dziwota raczej, mym samczym zdaniem. Samica, to towar. Zaś samiec, to klient. U ludzi, przynajmniej. Z tym, że dobrze, iż zwyczajowo, akurat w tej kwestii… parytety obowiązują. Lecz bladego pojęcia nie posiadam, czy Marsjanie sądzili podobnie. Sorry!
Onegdaj, mocno zdegustowani marsjańscy chłopcy wyruszyli pewnie w bezkresny kosmos w poszukiwaniu nieco atrakcyjniejszych, międzyplanetarnych damulek. Tylko nigdy nie powrócili w swe planetarne pielesze. Zaś ich dawne marsjańskie obiekty nieziemskiego wprost pożądania, z tęsknoty za nimi wymarły bezpotomnie. Wiadomo! Bez jakiegokolwiek rasowego Marsjanina, Marsjaniątka na Marsie nie uświadczysz. W tej kwestii osamotnione babeczki nie dawały rady skutecznie nagrzeszyć. Przykre! Lecz być może… prawdziwe. Pewien, nie jestem.
Z czasem, straszniście hecna heca zaistniała w bezkresnych przestworzach.
Oto tysiące kilometrów od Ziemi (za wieloma asteroidami zawierającymi drogocenne dla ziemian pierwiastki chemiczne!) powstał pustostan planetarny. Tylko chętnych nań dotąd nie ma, póki co. Aktualnie, planetka znajduje się w gorszym stanie użytkowym aniżeli wszystko, co byle deweloper ziemski oferuje do zasiedlenia. Jedynie mający dość ciasnoty u siebie, nieustannie mnożący się Chińczyk przymierza się już podobno do zawłaszczenia (sporawo odległego jednak) pustostanu.
Jeszcze tylko tam(!), cholernego żółtka nie było. Ale mówi się trudno. W miejscu rudej w okolicznych przestworzach, co najwyżej żółta planetka teraz zaistnieje. Zawsze to jakowaś sąsiedzka odmiana oraz drobne urozmaicenie, w dość dalekawym pobliżu. Więc ponownie będzie latało się do skośnookich zółtków na wakacyjną wyżerkę.
Kosmosik, czasem także się zmienia. Z tym, że kiepściutko daje się ów fakt dostrzec z punktu widzenia ludzkiej cywilizacji. Kosmos, trwa niby spokojniutko. Ludziska, systematycznie i seryjnie przemijają. Niczym onegdaj… dinozaury. Ale czort z pieprzonym wszechświatem oraz dawnisto wymarłymi zwierzaczkami. Co poniektóre, niezbyt sympatycznie wyglądały. A szkoda!
Z tym, że przed milionami lat, wielce ukochano-umiłowana teściowa przybywszy spontanicznie z niezapowiedzianą wizytacją do jaskini córeczki, nie wtargnęłaby raczej do przydomowego ogródka, gdyby pradawny pupilek swobodnie po nim spacerował. Jedynie beztroskie paradowanie po parczku jurajskim z takim stworkiem na smyczy, sprawiałyby zapewne niemałe kłopoty. No, i w co odchody pozbierać po gigantycznym Dinku? Musi sporo tego nafajdoli taki, pod byle krzaczkiem. Spychacz by się pewno przydał, cholera. A to, zawsze generuje dodatkowe koszty! Lecz kochaną teściową jak nic, migiem by pupil zutylizował. Ojoj, miluteńko pomarzyć. Żal, że pożyteczne stworki wyginęły, kiedy bezużyteczne teściowe wciąż żyją. Nieprawdaż?
Za to w nieco bardziej współczesnym, typowo ziemskim realu pora dodać, iż mych beztroskich protoplastów naszło kiedyś na siebie nawzajem (ot tak, dla okazjonalnej rozryweczki), podczas świąt. Bezbożnych, na dodatek! Czyli jakby wielce nieprzystojno-paskudno-okoropniasto-niemoralnych w rozumieniu teoretycznie bogobojnego, niemożebnie zniewolonego kościelnie ludu bytującego pomiędzy Odrą, a Bugiem oraz licznymi ich dopływami. O terenach zalewowych, bagnistych, czy licznych jeziorkach z topielcami, nie wspomnę.
Zadziałano sobie wówczas (ewidentnie beztrosko, lecz hecnie oraz… prokreacyjnie) nie, w trakcie typowych świąt rybnych (śledziowo-karpiowo-choinkowych), względnie podczas wiosennego dnia masowej zagłady kurczęcia poczętego (czyli standardowych świąt święcono-szczęśliwo-jajecznych). Ani też (dajmy na to), nie w jesienno-ponuro-trupim dzionku wysoce nieekologicznego znicza płonącego-kopcąco. Tylko podczas wesoło-letnio-swawolnych Dni Światowej Rozpusty. Odbywających się wówczas pod jakże oczywistym hasełkiem: „Penis, łączy ludzi!”.
Też mi nowinka lub nagła eureka, cholera. Wszak od stuleci wiadomo…
To raczej nic ująć, ani niczego dodać, moim zdaniem. Święta, anatomiczna czysto fizyczno-fizjologiczno-towarzyska prawda, jedynie. Penis (dość lekceważąco, prąciem czasem nazywany) to jakby… kładka, czy choćby długi, względnie krótkawy pomost. Albo nawet solidny most naturalnie wzwodzony. Każdej płci ludzi połączy (z wyłączeniem zatwardziałych lesbijek!). O własnej kategorii osobniczej nosicieli narządu, nie zapominając.
To coś, jakby… uniwersalne narzędzie integracyjne po prostu. Istne towarzyskie perpetuum mobile, znaczy się. I w dodatku, naturalnego pochodzenia! Dzięki czemu w całości podlega recyclingowi. Czyli mówiąc krótko, wybitnie ekologiczne zagadnienie. Nawet porąbani unijni biurokraci nie czepną się, że narząd zagraża środowisku. Jedynie mało święty kościółek ździebko zapewne pomarudzi. Ale co tam. Toż facetom w powiewnych, czarnych kieckach zawsze nie po drodze z tym, co fajne dla nieumundurowanych owieczek. Paskudne zboczenie zawodowe chłopacy załapali i brużdżą niemożebnie, nawołując do nieustannej wiary w niewiarygodne zabobony. Tylko czy sami w nie wierzą? Cholera wie…
Na przeróżnych kontynentach błękitnej planety z powodzeniem egzystują wolne nacje, preferujące doczesne przyjemno-rozkoszno-radosne figielki. A nie, wyłącznie jałowe modły o wszystko lub choćby… byle co. Niczym tutaj.
Nie powiem, zajebiście bywa co poniektórym światowym szczęśliwcom. Szczególnie w święta! Oj, zapewne niejednemu Lechicie chciałoby się w nich uczestniczyć. O pannach Lechitkach, nie wspomnę. Toż kobitki, także uwielbiają zabawy w przyjemny seksik. Jeno nie paplają o tym w kółko, niczym monotematyczni faceci. One, preferują raczej gadki o wszelakich promocjach, posezonowo-świątecznych wyprzedażach, tudzież innych wielce istotnych duperelach. Względnie chętnie informują się o bardzo istotnym fakcie, iż ostatnimi czasy siwiejąca już, świeżo ufarbowana na rudo Wieśka sporo przytyła w dupsku. I tak się paskudnie zestarzała, że milutko na sukę popatrzeć. Aż serce rośnie, cholerka! Jedynie rozumek się przy tym kurczy. Ale trudno! Nie ma ideałów…
Szczęśliwie, akurat tamte odległe dla mnie bardzo konkretne (wówczas przecież powstałem!) oraz naprawdę wyjątkowo-wyjątkowe święta, nie miały niczego wspólnego z galopującym po świecie straszliwie ponurym katolicyzmem. Więc naprawdę wesolutko uczestnikom wtedy było. Nie zawiewało zewsząd nudą, jako to nasza zniewolona ludność przez wieki przywykła świętować. Wyśpiewując (a raczej… zawodząc!) usypiająco-smętno-żałosne (lecz radosne ponoć) kościelne szlagiery. Aż dziw, że podobne, odległe (wesoło-radosne) święta mogą jeszcze gdziekolwiek występować! Jakoweś bosko-watykańsko-kościelne niedopatrzenie, najwyraźniej. Zapewne, dlatego owe radosne dzionki są ewidentnie mało znane na tutejszym obszarze występowania człowieka (ponoć rozumnego). Diabelne mądralo-wykształciuchy istotę tę, uczenie homo sapiensem zdaje się od dawna nazywają. A i w naszej zacnej Wikipedii, identycznie przecie stoi. Więc musi, obowiązkowa to prawda! Czyż nie?
Wszak poczciwa Wiki przecie nie łże bezkresnemu światu, biernie w nią wpatrzonemu. Niczym moja ustawicznie starzejąca się ciotka, w antyczne lustro uwięzione w mahoniowych ramach ponadgryzanych przez wygłodniałe spuszczele. Z tym, że od pewnego czasu ciocia coraz bardziej załamuje ręce na widok swego odbicia. Zaś rozbawiony wujcio, absolutnie się temu nie dziwi.
Podobno gdy lustro było sporo młodsze, działało lepiej. Cioteczka odbijała się w nim znacznie atrakcyjniej, niż aktualnie. Cóż, latka nieubłaganie lecą. Rodzinnych antyków problem ustawicznego starzenia się także dotyczy, niestety. Przykre! Wszak to pamiąteczki z minionych, niepowtarzalnych czasów, które bezpowrotnie przeminęły. Łącznie z dawnymi właścicielami owych przedmiocików, oczywiście. Taka kolej rzeczy. Inaczej ziemski świat byłby potwornie zagracony wszelkimi rupieciami. Ludzkimi starociami, także. Po co komu tak paskudniasty balast? Na ewidentny złom, miejsca przecie szkoda!
Ujmując zwięźle oraz jeszcze nieco bardziej konkretnie me prokreacyjne zagadnienie, to zrobiono mnie w Międzynarodowym Dniu… Orgazmu. Tak wyszło szanownym producentom! Ojoj, ów dzionek wielce milusi dla zdrowego na umyśle swawolnego ludu, jest jednocześnie strasznistym fe (czyli solą, albo pieprzem i papryczką w oku) dla popieprzonych hipokrytów. Aż tak, palma odbija niektórym nieszczęśnikom, tradycyjnie zniewalanym od wczesnego dzieciństwa przez różnistych szamanów. Być może właśnie z tego prozaicznego powodu sztuczne palemki wyświęcają później pobożnie. Czort wie. Szczęśliwie, kompletnie nie moja sprawa…
Przypadkowo mym stwórcom wyszło tak fikuśnie, iż jestem dzieciakiem z pierwszego (powiedzmy…) tłoczenia. Niczym oliwa z oliwek, słonecznika, z lnu, pestek winogron, albo z bezłupinowej dyni. Tudzież jeszcze inno-roślinny, szlachetny na ogół, ciekły tłuszczyk.
Cóż, szanowne żyćko wzięło i zadziałało sobie dość beztrosko. Albo i zaszalało, nawet. Cholera wie, co oraz czemu, akurat wówczas nagle czortostwu odbiło. A skoro tak jakoś wyszło, po kilku miesiącach totalnej beztroski (wprawdzie bezwiednie, ale już oficjalnie) wychynąłem z przytulnego ukrycia, aby pobytować na ziemskim łez padole. Lecz mówi się trudno i nadmiernie nie narzeka na istniejącą wokół rzeczywistość. Toż inni trafili jeszcze gorzej, cholera! Wystarczy rozejrzeć się wokół. U co poniektórych ludów, nawet jeszcze większa paranoja obowiązuje. I póki co, jakoś żyją z owym szajsem na karku, nieboracy.
PRAPOCZĄTKI MEJ ZIEMSKIEJ ERY
Skoro obiecałem zeznawać po kolei dodam, iż z narodzinami, poszło mi tak…
W macicy, zrobiło mi się zdecydowanie przyciasno. Zmalała chyba, cholernica! Nawet i tam jakoweś oszczędności zaczęły chyba obowiązywać. W spontanicznej złości z powodu coraz uboższego metrażu, kopnąłem w napierającą na mnie ściankę. Chyba ciutkę mocnawo przywaliłem, bo wyjątkowo nieprzyjemne echo migiem rozeszło się po wodach płodowych. Nagle jakoś dziwnie zabulgotało oraz zadudniło pode mną. To cholerne wody, beztrosko odchodziły sobie wtedy w nieznane. Więc ja, przyzwyczajony do płynnego otoczenia, wpław za nimi. Jak głupi zadziałałem, kurde-bele. Odruch!
Potem nagle skojarzyłem, iż straszniście sucho zrobiło się wokół mnie. Zaskoczony, rozglądam się gdzie wylądowałem. A tu, wszędzie mnóstwo łap w niebieskich, gumowych rękawiczkach. Któraś z nich cabas mnie za wierzgające nóżęta. Potem wiu, migiem w górę.
I wiszę, głową w dół. Niczym ustrzelony zajączek przysposobiony do oskórowania, lubo żywy prosiaczek płci męskiej przygotowany do barbarzyńskiej kastracji. Głupota w tym ludzka! Z tym, że tradycyjna. Bestialskie ciach, i po mini jajeczkach. Dramat, psia mać. Knurza zgroza oraz niepowetowana strata na całe krótkie życie! Jak bez jaj, marzącej o prosiętach ponętnie chrumkającej loszce, w chlewiku się pokazać? Wstyd, kurwa! Ona, chce. Zaś on, bidulek nie może. Kompromitacja na całego! I dozgonnie, zero seksu. Już lepiej od razu skierować się do najbliższej rzeźni. Migiem urżną łeb, zbiorą krew na kaszaneczkę lub czarny salcesonik, wypatroszą brzusio, rozkawałkują zwłoki, zeżrą z apetytem wszyściutko i po sprawie. Taki los wieprzka, ostatecznie. Nieodjajczonego barbarzyńsko, również. Z tym, że taki przynajmniej nie polegnie, będąc prawiczkiem. Dobrze prosiaczkowi. Podupczy sobie. Powinien zdążyć przed śmiercią…
Nie powiem, aby zaraz po narodzinach i mnie, nazbyt przyjemnie wydało się na tym świecie. Za to pamiętam, że zimno, na pewno mi było. Więc przerażony wrzeszczałem, ile pary w mini płuckach. Ale gówno to kogokolwiek obchodziło. Zero serducha, dla nowoprzybyłego współziomka. Totalna znieczulica, psia mać!
Zdecydowanie paskudniste powitanie zgotowano mi na tutejszym łez padole. Kompletna paranoja, uogólniony tumiwisizm społeczny oraz ewidentny brak kultury powitalnej! A gdzie fanfary, chociażby? Albo skromny transparencik, z napisem: „Wellcome toddler!”, czy też podążając z duchem czasu: 你好幼兒!, albo ciuteczkę bardziej swojskawo: „Привет, малыш!”? Tudzież, choć uroczyste przecięcie lepkiej pępowinki. O doniosłej przemowie powitalnej przy okazji, nie wspomnę. Przedziwne obyczaje, psia mać. Nawet standardowego hymnu mi nie zagrano w odruchu lokalnego patriotyzmu. A pacholęciu należy toto wpajać od maleńkości, podobno. Kompletne bezhołowie organizacyjne. Wstyd, kuźwa!
I co? Mam teraz istnieć przez ileś dziesiątek lat, w tak wysoce patologicznym otoczeniu? Da się jakoś przetrwać?
Nieco później wystawiono mi jakoweś papierzyska urzędowe. Z kilkoma niewyraźnymi podpisami oraz stosownymi pieczęciami, aby poważniej wszystko wyglądało. Czyli w sumie jakby potwierdzono fakcik, że w wodach płodowych się nie utopiłem oraz przetrwałem wszelkie tortury, jakie zgotowano mi na dzień dobry.
Cóż, na Mateczce Ziemi pozostanę zapewne aż do śmierci. Do chwiluni, gdy poczciwa spryciulka z kosą, w końcu zabierze mnie stąd w kolejne nieznane. Tym samym skutecznie wyzwalając od dalszego bytowania tutaj. Wiadomo, niezawodna kostucha każdego ma przecież na oku. Nie przepuści nikomu! Nie wymigasz się szary człowieczku przed jej końcową interwencją. Może i dobrze? Nie wiem, szczerze mówiąc…
Jedynie kraj dozgonnego istnienia zmieniłbym chętnie na mądrzejszy. Toż tu, regularny zabobon nieustannie obowiązuje! A do tego, jeszcze i galopujący klerykalizm dodano gratis w ponurym pakieciku. Czyli uogólniona patologia ideologiczna, albo jakowaś średniowieczno-współczesna wiocha wyszła z absolutnie niestrawnej mikstury. Coś, niczym skansen, który przetrwał do XXI wieku. I nadal ma się dobrze, niestety. Słowem, istna masakra umiejscowiona w centralnej Europie. Straszne!
Oj, bynajmniej nie duma, żem rodem właśnie stąd. Obciach i wstyd, raczej. A zarazem i przykro szaremu człekowi, że trafił tak mocno nieciekawie. Pech? Już od samego urodzenia? A co, dalej? Jedynie zgroza? Nie chcę!
Szczęśliwie nazwy Poland oraz Holland bezproblemowo dają się wymawiać tak, że diabli wiedzą, o który zagon Europy chodzi gadającemu. Więc jeśli nowo poznawany (gdzieś hen, w świecie) rozmówca sądzi żem Holender, nie wyprowadzam człeka z oczywistego błędu. Po co? Toż taki zagramaniczny ludzik najczęściej nie wie nawet, gdzie Wisła płynie. Po czorta mu takowa wiedza, skoro spokojnie żyje sobie (dajmy na to) w Gwatemali, czy innym Hondurasie, albo na jednej z 83 Vanuatu Islands, chociażby.
Aha, ci ostatni ludeczkowie, całkiem ładny hymn sobie wykombinowali. Przynajmniej, mnie się podoba. O sympatycznie brzmiącej melodyjce, oczywiście mowa. Słów ichnich, zwyczajnie nie rozumiem. A ową miłą uchu muzyczkę gra mi komputer, na dzień dobry. Od początku tak ma, wszechświatowo. Naprawdę nie gmerałem w poleasingowym ustrojstwie. Za czorta nie znam się na elektronicznym cholerstwie. Ale używam czortostwa, bo żyjąc w XXI wieku, zwyczajnie muszę. Taki los, człowieka dzisiejszego! Ma przechlapane…
A powracając do porzuconego przypadkowo punktu wyjścia, samo zaranie mych ziemskich dziejów zaczęło się mniej więcej tak. Poszczególne fakty znam jedynie z rodzinnych opowiastek. Głównie, babcinych. Mamuśka jest sporo mniej gadatliwa, póki co… Z wiekiem, zapewne jej minie. Wszystkie babska tak mają, jak uświadomił mi kiedyś niezmiernie fajowy wujaszek. I dlatego (jego zdaniem), co jakiś czas należy złomować żeńskie towary! Czyli sukcesywnie wymieniać na sporo młodsze egzemplarze. Inaczej zwariować w domu można, jak usłyszałem. A skoro ów wujko dobrowolnie wyposażył się w czwartą żonkę (sporo młodszą i naprawdę znacznie ładniejszą od ostatnio odseparowanej), zapewne coś o tym wie. Ziemskie życie człowieka nauczyło! Proste. Wiem też od niego, że z ładnymi dziewczynami nie należy próbować mieć dzieci, bo nigdy nie wiadomo czyje rzeczywiście, mogą być owe maluszydła. Wszak atrakcyjne samiczki rzadko bywają wierne jednemu samczykowi. W przeciwieństwie do tych, których i tak, nikt nie chce. Cała otaczająca nas przyroda podobnie funkcjonuje, zdaniem wujcia. Człek, ostro przegięto-porąbanej i współczesnej, wysoce niepoprawnej logicznie poprawności politycznej, ni wściekłych feministek, przenigdy się nie lękał. W tej kwestii zawsze posiadał ugruntowane, własne przekonania, których się nie wstydził. Przez co wszystkie kolejne żony oraz ich bliskie przyjaciółki uważały go początkowo za naprawdę męskiego mężczyznę. Dopiero z czasem, zmieniały o nim zdanie. Głównie wówczas, kiedy je porzucał, zauroczony inną. Młodszą, oczywiście. Wuj, złomu nie tyka!
Tak więc powracając do mych znowu porzuconych chwilkę temu wynurzeń, onegdaj nad wielką wodą, niespodzianie poznała się beztroska parka płci obojga. Jakiś przypadkowy dziad oraz konkretna dla mnie baba (czyli wyszło nieco podobnie, jak opisano dzieciaczkom w starej bajce o złośliwej rzepce). A zadziało się między nimi w nieznanych im stronach, podczas przypadkowego wyjazdu na doroczne obchody Światowego Dnia Orgazmu.
Jakiegokolwiek romantyzmu w ich zejściu się, nie było. Tracąc ewidentnie zdrowy rozsądek, ludeczkowie ci migiem puknęli się świątecznie na dzień dobry. Z braku czasu, zwarli się ze sobą jeden jedyny raz. I… wpadka!
Nim dotarli na miejsce owych światowych obchodów orgastycznych, huczne święto dobiegało już końca. Większość zarejestrowanych uczestników była po serii udanych kopulacji. Szanowne państwo organizatorstwo nie uwzględniło stref czasowych w przesłanym ludziom grafiku. Przypadkowo nabroili bałaganiarze, psia mać! Lecz nikt za to nie odpowiadał. Podobnie jak u nas każdy kolejny rząd, choć powszechnie wiadomo, że wielce zawinił.
Po spontanicznej, świątecznej, powitalno-pożegnalnej kopulacji (na zakończenie mijających już świąt), każde ze spóźnialskich spokojnie odziało się elegancko i oddaliło we własną stronę szerokiego świata. Nie pozostawiając drugiemu jakichkolwiek namiarów na siebie. Ot, ludeczkowie króciutko zaszaleli okazyjnie i zaraz nastąpiło konieczne pa, pa. Przecie przeloty powrotne do swych ojczyzn, mieli już opłacone! A ewentualne przebukowanie zniżkowych bilecików (aby choć z raz się jeszcze pociupciać) słono by kosztowało, każdego z osobna. Zaś państwu turystom nie przelewało się, oczywiście. Takie to z obydwojga budżetowe dziadostwo, cholera. Czyli kolejny wstyd, moim zdaniem.
Później niespodzianie okazało się, iż ja, pozostałem matce na pamiątkę owego świąteczno-spontaniczno-łóżkowego wydarzenia. Mającego miejsce w deszczowy, letni dzionek w jakimś motelu, gdzieś… tam. Ale dokładnie gdzie, nie wiem. Do dziś, przedziwna tajemnica rodzinna w tej kwestii obowiązuje. Zaś w oficjalnych, urzędowych papierzyskach zwyczajowo wpisują berbeciowi wyłącznie miejsce narodzin. A nie, schadzki oraz łajdaczenia się rozpustnych protoplastów. Szkoda, moim zdaniem! Ale trudno. Ich sprawa, ostatecznie…
Dopiero kiedyś tam, przeczytałem w necie, że obchody Światowego Dzienia Orgazmu przypadają na pierwszy weekend, po ósmym sierpnia. Z tym, że co roku, gdzie indziej ludeczkowie działają. Ale przenigdy w patologicznie katolickiej Polsce, oczywiście. Tu, co najwyżej bywa dopuszczalna skryta modlitwa o grzeszny orgazm lub choćby… jego namiastkę.
Zdawszy sobie sprawę z owego fakciku, od razu inaczej począłem postrzegać panie dewotki. Mocno współczująco, cholera! Jedynie wątpię szczerze mówiąc, czy konkretnie obraną (dla mnie, mocno niekonkretną!) drogą, uda się im cokolwiek wskórać w rzeczonym, milutkim temaciku. Wszak wprawny, jurny chłop bardziej by się tu przydał, niż domniemywane siły, niby nadprzyrodzone.
Niestety, w mej zasadniczej sprawie, niczego nie udało mi się ustalić. O poczęciu gdziekolwiek mej skromnej osoby, nigdzie ani słowa. W czymkolwiek, cholera! A przecież istnieję, do jasnej ciasnej. I jak tu mediom (wyraźnie niedoinformowanym!) można wierzyć? Przegapiły mnie, patałachy! Aż trudno uwierzyć, lecz jednak…
Do rzeczonej już, wysoce okazyjnej ekonomicznie podróży w ów zatajony przede mną zakamarek planety, zachęcił jednorazowych kochanków (oczywiście, każde z osobna!) śliczniutki, kolorowy… folder reklamujący konkretną, świąteczną imprezkę turystyczną. Na zachętę, donoszono w nim po angielsku, iż organizatorzy spędu, fundują gościom gratis aż dwa posiłki dziennie. Czyli okazyjka niemożebna!
Do beztroskiego wyprodukowania świątecznego dzieciątka? Faktycznie, nie zaprzeczam. Nic tylko brać się do konkretnej roboty w ramach obchodów dnia orgazmu. I to migiem! Wszak kolejny darmowy posiłek już w kuchni przygotowują. A bezpłatne teoretycznie, kaloryczne zapewne żarełko, przepaść przecież nie może, kurka wodna. Lecz przed pochłonięciem strawy, odświętna intensywna gimnastyka by się przydała. Czyli ówczesna, spontaniczna kopulacja została podjęta profilaktycznie, w celu spalenia nadmiaru spożytych już kalorii. Zaś na finał przyjemnej zabawy samczy, świątecznie-beztroski, obfity wystrzał w samicy, rozanielonej rozregulowaną egzotycznie owulacją. Ot, ciach-mach i jest wakacyjna pamiąteczka z szerokiego świata. Powstał nagle nieproszony, cholerny dzidziuś. Tylko po diabła czortostwo komukolwiek? Same kłopoty, wartkim strumieniem jedynie płyną. Taki ze spontanicznego numeru, numerek wówczas wyszedł!
Kurde, gdyby zamiast szamanka, darmowe kondomy, albo choćby jakiekolwiek tabletki z serii: „Dzień po” turystom rozdawali, wyszłoby sporawo inaczej. I zapewne taniej dla organizatorów świąteczno-turystycznej imprezy. No, a nielegalne tu usunięcie płodu, przypadkowo powstałego gdzieś hen i beztrosko zagnieżdżonego w ewidentnie nadgościnnej macicy, kosztuje więcej aniżeli okazyjny zagraniczny wypadzik w egzotyczne i całkiem nieznane okolice. W Czechach w kwestii aborcji, także już drożyzna obowiązuje. Ceny usług dla Polek dawno horrendalnie podnieśli, cholernicy. Samemu zadziałać antyciążowo, niby można legalnie i u nas. Ba! Tylko jak się za to zabrać? No, i czym zadziałać, kurde? Szydełkiem? A może wyssać czortostwo odkurzaczem okazyjnie nabytym na intratnej promocji? Silna bestia! Gruz nawet wciąga. Może i z płodem poradzi sobie, nie uszkadzając macicy przy okazji. Ot, dylemacik…
I tak, bardziej niechcący niż chcąc, mamcia mej matki została nagle… poświąteczną babcią. Tylko żadnego cudu, bynajmniej nie było. Wszak samotna, młoda, polska turystka świadomie cudzołożyła w wyrku, będącym własnością jakiegoś motelu. I do dziś nie wie, z kim się puściła. Pamięta jedynie, że fajne, egzotycznawe ciacho, wprawnie ją wówczas obsługiwało.
Czyli szukaj teraz w szerokim świecie należnych, poświątecznych alimentów, niczym wiatru w polu, albo nad oceanem. Takie jaja z wypadu krajoznawczo-świąteczno-wypoczynkowego wtedy wyszły! Szanowna turystka, wprawdzie powróciła z wyjątkowo okazyjnej wyprawy wypoczęta. Tyle, że… zaciążona przy okazji. Mówiąc inaczej, w drodze powrotnej podczas przekraczania ojczyźnianej granicy, zaistniał… przemyt towarowy. Jedynie tym razem puszczalska przemytniczka, nie wpadła. W przeciwieństwie do tego, co zaszło podczas czynnego świętowania gdzieś hen, poza granicami ojczystego (k)raju. Takie buciory, zaistniały! Jedynie pana „szewca”, brakowało przy świątecznym produkcie. Nie miał najmniejszych szans, aby skumać, iż cokolwiek przypadkowo zmajstrował podczas okazyjnej wycieczki w nieznane. Dzięki temu, mógł bezwiednie oszczędzać na alimentach. Nawet sporo zyskał, przez kolejne lata owej niewiedzy.
Za to babunia-poczciwinka dowiedziawszy się o hecnej sprawie, nie mając wyjścia, w końcu ponoć nawet ucieszyła się z córcinej, świąteczno-wakacyjnej pamiąteczki. Mój ówczesny dziadzio, sporo mniej. Z mety stwierdził, iż mocno postarza go ów typowo starczy epitecik. Zaś on, kompletnie nie zdążył przygotować się duchowo do nagłego dziadkostwa. Wszak młoda samotnica, kompletnie beztrosko stanowczo zbyt intensywnie świętowała. I to czort wie, z kim. Wystąpiło nagłe zauroczenie bliżej niezidentyfikowanym samcem. Potem rozrywkowo-świąteczno-spontaniczna kopulacja. Dalej, więcej niż paskudno-przykra wpadka i masz babo mocno niechciany, poświąteczny placek. Jest dziadek! Cóż, protoplastów już niejednego rodu, wredne dzieciaczki nagle postarzyły. Powinny bardziej uważać, cholerne niebożątka! Nieprawdaż?
Aha, dla jasności dodam jeszcze, iż babcię mam jedną. Ale dziadków, kilku. I do dziś, wszyscy współegzystują w dobrej komitywie z naszą babunią oraz resztą okresowej rodzinki, w której kiedyś nieco bytowali. Przez chwilę, za młodszych lat byli po prostu jej mężami. Każdy z osobna, oczywiście! Lecz kolejności poszczególnych związków, nie pamiętam W tej kwestii, babunia ma lepszą pamięć ode mnie. Dziadziusiowie, również. Szczerze mówiąc, wisi mi kolejność ich poszczególnych związków. Toż wówczas, na świecie mnie jeszcze nie było. Czyli jakaś prehistorycznie historyczna historia, cholera. Co mi do niej?
Z tym, że według polskiej, typowo katolickiej tradycji narodowej wszyscy oni, powinni się niemiłosiernie nienawidzić. Tyle, że ludziska ci są zatwardziałymi ateistami. I pewnie, dlatego stronią od mocno niekulturalnej tradycji ojczyźnianej. Z netu wiem, iż Skandynawowie, mają w tej kwestii podobnie jak moi dziadkowie. Tylko szczęśliwie, północni ludeczkowie nie są przesadnie religijni, dzięki bogu. Mają to szczęście, że nie posiadali własnego papieża, więc stale potrafią być wolni ideologicznie. Dobrze takim! Nieprawdaż?
Dodam jeszcze, iż ma mamuśka, oficjalnie nadal jest starą panną (czyli singielką z wyboru, mówiąc po współczesnemu). Wprawdzie nie stroni od facetów, lecz w przeciwieństwie do babuni, nie rejestruje ich sobie urzędowo. Twierdzi, iż rejestrowane małżeństwo, to pradawny przeżytek. Zaś w dzisiejszej rzeczywistości, kolejne śluby i rozwody sporo kosztują. Nie ma więc sensu bezsensowne trwonienie kasiory na głupoty. Lepiej spożytkować nadwyżki, na wszelkie życiowe przyjemności.
Cóż, rodzicielka chyba rzeczywiście ma rację…
OJ DZIAŁO SIĘ WOKÓŁ MNIE
Przyznam, iż wprost niewiarygodne, jak napotkane gdziesik przypadkowe ogłoszenie względnie specyficzny anonsik, potrafią zdeterminować bądź zdemolować przyszłe ludzkie działania. A czasem, nawet życie. Młode, przede wszystkim. Im młodsze, tym bardziej podatne na wszelkie manipulacje, cholerka.
Przykłady? Spoko, mam!
O niegdysiejszym anglojęzycznym, komercyjno-turystycznym anonsie, który przypadkowo powołał mnie do życia, wspominałem. Pora na coś swojskiego i ciut bardziej współczesnego. Proszę:
„Oferuję pozamałżeńskie usługi seksualne dla kobiet 18+ (ale poniżej trzydziestki!). Pamiętaj, mąż rzadko trafia się idealny! Niektórzy paskudnicy, nawet nie chcą mieć dzieci. Jeżeli aktualnie planujesz zdradzić prokreacyjnie swego drania, uczyń to tylko z duchownym. Zapewniam, nie będzie grzechu (rozgrzeszam, na poczekaniu — posiadam stosowne uprawnienia!). Zapamiętaj. Ksiądz-inseminator, w najbliższym konfesjonale oczekuje właśnie na Ciebie! Nawiedź swego duszpasterza. Nie błądź gdzie nie trzeba. Amen!” {Oto słowo (zapewne boże), pochodzące z mocno prokościelnej gazetki parafialnej. Znalazłem karteluch na ulicy, pod tablicą ogłoszeń przed katolicką bożnicą. Posiadam przypadkowego świadka…}
„IX-ty Oddział MKST-Mustang, czyli nowa filia Młodzieżowego Klubu Seksu Towarzyskiego — Ogierek, zaprasza do niedawno otwartej filii w Kobyłce. (To, tuż pod Warszawą!) Wydepiluj się elegancko. Zainwestuj w atestowaną gumkę i zajrzyj w wolnej chwili. Nie pożałujesz. Uwaga, mega PROMOCJA! W tym miesiącu dla nowo zarejestrowanych dziewczyn z wyraźną fotką topless w elektronicznej legitymacji, co drugi wstęp wolny. Jak widzisz, nawet i twój cyc może zacząć przynosić profity. Serio! Tylko nie zapomnij okazać na bramce osobistego kodu Qr. Inaczej promocja nie zadziała…” {Wieść zaczerpnięta z niezawodnego Internetu.}
„Ludziska!!! Szczerze polecam najnowsze modele odbiorników telewizyjnych marki Tele-Fe! Ich niezawodna sztuczna inteligencja już w trakcie programowania urządzenia skutecznie pomija wszelkie kanały wyznaniowe (w tym, upiornie nudne msze katolickie, notorycznie transmitowane przez TVP). U mnie jeszcze taniocha, póki co. Szybko, bo towaru zaraz zbraknie! Za miesiąc będzie sporo drożej. Inflacja obowiązuje. Pamiętaj kliencie, że w naszym ogólnie popieprzonym kraju, nigdy normalnie nie będzie. Działaj, człeku!” {Ktoś przykleił ów wydruk komputerowy, na częściowo zdewastowanej wiacie przystanku autobusowego. Namiary na ktosia, pomijam.}
„Kobieto (dziewczyno, żono, matko, kochanko, a także postępowa babciu niezwykle kochająca dojrzewającego płciowo wnuczka!), zadbaj o dobry stan jąder u otaczających cię mężczyzn. Nieprawda, że są im darowane na całe życie! W naszym kraju, corocznie medycy wycinają przerażonym facetom kilka tysięcy typowo męskich akcesoriów. Na przykład, kiedy jajeczka ciężko zachorują wraz z całym ich (nierzadko, zraczałym już!) nosicielem. Lecz owych makabrycznych informacji nie upublicznia się, czort wie czemu. Wdróż, więc rozsądna kobieto niezbędną profilaktykę pro-jajeczną! Jeszcze dziś, szybko przywlecz (zapewne ostro protestującego!) nieszczęśnika, na odpłatne badania męskich genitaliów. Toż lepszy chłop z obydwoma jajami w każdym domu, niźli samotny grosz w zrozpaczonym, damskim portfeliku! Nie sądzisz, żabciu? Pomyśl logicznie, zanim będzie zbyt późno. Przybywaj do nas śmiało, pomożemy! Znajdziesz nas przy ulicy Fikuśnej 2, wejście obok bramy wiodącej do zakładu pogrzebowego Szczęśliwy Truposz. Czekamy!”. {Ów anonsik, to także przypadkowy, internetowy znaleziunek}.
Na ostatnią (nieco nadmiernie panikującą, moim zdaniem) wieść o schorowanych jajach, którą początkowo kompletnie się nie przejąłem, migiem zareagowała ma patologicznie nadtroskliwa mamuśka. Odwieczna panikara i zawodowa rodzinna hipochondryczka, cholera. Najpierw kliknęła w link nadesłany jej przez mą nową, młodziutką ciotkę. Był zaopatrzony w adnotację: „Ty, może niech fachowcy to wstydliwemu obejrzą!”.
Po chwili, mamcia chwyciła telefon i poczęła z kimś spiskować, przeciwko mnie. A konkretnie, moim jądrom. Z tego, co momentami do mnie docierało, kilkakrotnie stwierdzała, iż w tej sprawie należy zadziałać jak najszybciej. Bo jakby co, młodych jajeczek przecież strasznie żal będzie. Zaś ona, przymusowej kastracji ukochanego synka, po prostu nie przeżyje! No, i co to będzie za chłop! Bez jajek? Żadna nie zechce chłopaka w takim stanie, choć zdolny, ładny i przystojny. Zaś na księdza kompletnie się dzieciak nie nadaje, bo nieochrzczony i z przekonania, niewierzący.
Przyznaję, struchlałem w pewnym momencie. I bynajmniej nie dlatego, że matka być może mi nagle zemrze. Przeraziłem się, że mi jajka obetną. Wszak jakoś dziwnie spiskowano przeciw nim, bóg wie czemu.
„Kurwa, jak dziewczynom później się pokażę? Tak drakońsko zdekompletowany mam istnieć? Aż do śmierci? Zgroza! Staruszka ma rację, bez pełnego wyposażenia w gaciach, na pewno żadna mnie nie zechce. Zajrzy w nie z nadzieją na dymanko. Mocno rozczarowana, westchnie żałośnie i w mig, mam po ptakach. Nie chcę tak!” — pomyślałem, maksymalnie logicznie i ewidentnie trwożliwie.
Z tym, że nim w kwestii niezbędnych mi jajeczek doszło do czegokolwiek konkretnego, najpierw…
Cioteczny dziadko-wujcio z ewidentnym zamiłowaniem uprawiający starczą walking-pajdokreację, (czyli codzienne, mozolne spacery w otoczeniu rozbawionych, ustawicznie starzejących się bab oraz jednoczesne, patologiczne obżarstwo własnoręcznie przygotowanymi przez nie pajdami gigantycznych kanapek), z radością… poczłapał na emeryturę. Zaś przechodząc w ów stan wieczystego spoczynku zawodowego, otrzymał od swego wieloletniego pracodawcy (w ramach planowej odprawy emerytalnej) pamiątkowy medalik z odlewem młodej, cycatej, gołej baby oraz błyszczącą (prawdopodobnie bejcowaną?) sosnowo-świerkowo-jodłową… trumnę. Wyjątkowo wygodną, pięciogwiazdkową, klasy Super-De-Lux. Czyli współczesne Orinoko, rodem znad Sanu. Takie nowocześnie resorowane, licencjonowano-certyfikowane w Unii, bardzo szczelne, z niezwykle pojemnym wnętrzem oraz kryształowym lustrem zamontowanym w ciężkim wieku. I z otwieranym, matowym okienkiem w nogach, na dodatek. Zdaniem panów grabarzy z Bródna i Powązek istny, cmentarny majstersztyk! Krótko mówiąc mercedes, bądź inna beemka pośród wynalazków pogrzebowych. Nic tylko rychło zemrzeć, aby ochoczo zlec w owym cudzie. Aż tak cacusie, cacuszko-cacuszeczko, psia mać!
Oj, naprawdę nowoczesne, trupie legowisko to było. Jedynie klimatyzacji wewnątrz brakowało. Ale mały telewizorek zamocowany w wieku tuż pod lustrem oraz pilocik ze świeżą bateryjką, a także przedpłacony telefon na kartę w zasięgu sztywnej ręki występowały na wyposażeniu wieczystego leża. Kablówkę należało już samemu podłączyć, tuż przed zakopaniem lokum wraz z lokatorem. Stosowne gniazdko antenowe umieszczano w wykopie, gratis. A jeżeli truposz płci męskiej okazywał się pełnoletni oraz jeszcze młody, to i pendrive z najnowszymi pornosami dorzucano wówczas cichcem. Taki ful wypasik, znaczy się. Nic, tylko poleżeć w przyjaznym zwłokom wnętrzu. Najlepiej w suchutkim, żółtym, cmentarnym piaseczku. I amen, kurdebele!
Podobno na wyjątkowo okazyjnej, pohalloweenowej super promocji, akurat takie grobowe mebelki wówczas się pojawiły. Więc trwającemu permanentnie w stanie wiecznej upadłości zakładowi pracy, opłaciła się po prostu podobna inwestycja w uchodzących zeń seniorów, którzy latami masowo produkowali tam szpetne medaliki z babami. Lecz na niektórych egzemplarzach wspomnianego szajsu, dla odmiany widniała jakowaś święta osóbka. Tylko takowe ewenementy, w ogóle nie sprzedawały się, bóg wie czemu. Na gołe baby, zwyczajowo zawsze był większy popyt, niż na święte! Ot, klasyczny paradoksik w często-gęsto usianym krzyżykami, wyznaniowym, niby europejskim państewku. Takie tam o dziwo, dziwacznie dziwnowate dziwo…
Sprezentowany młodemu emerytowi mało święty medalik, dziadko-wujaszek szybciutko podarował przypadkowemu dzieciakowi z sąsiedztwa. Zaś super nowoczesny pokrowiec na samego siebie, upchnął w piwnicy i dozgonnie przechowywał w nim najprzeróżniejsze (być może przydatne mu kiedyś) drobiazgi, tudzież przenigdy nieużyteczne szpargały. Taki, był z emeryta kolekcjoner domowych różności, znaczy się!
Początkowo zapowiadał, iż po opuszczeniu tego świata pragnie zostać skremowany. Nawet przezornie zanabył w necie chińskie „Pudełko na Długowieczność”, czyli urnę na swe prochy. Lecz w końcu uznał, iż w luksusowej trumience otrzymanej kiedyś od byłego szefa będzie mu znacznie przytulniej oraz milej gnić, aniżeli trwać przez tysiąclecia (więc nieomal w nieskończoność!) w postaci sproszkowanej w azjatyckim, maszynowo rzeźbionym, mahoniowo-sandałowym, paskudnie polakierowanym, zalatującym chemią badziewiu. I właśnie przy owej woli, wytrwał człek do końca swych ziemskich dni.
Kiedy mocno leciwy już starzec przeniósł się w końcu na sławetne Łono Abrahamowe, uczynnie rychtując mu wieczyste legowisko, opróżniłem z różnistych dupereli ów specyficzny, jak gdyby kuferek pamiątkowy. Natknąłem się w nim także na odręczny spis przeróżnych dykteryjek oraz dowcipów, typu:
— Dziadziu, zdradź sekret, jak robi się kobiecie bliźnięta? W młodości, aż trzy razy zmajstrowałeś je różnym babciom.
— Najprościej przez kalkę, wnusiu. Tylko w dzisiejszej epoce kopiujących wszystko komputerów, nikt już nawet nie pamięta, co to takiego. W Biedronce, ani w Lidlu kalki nie dostaniesz! Ale tandetne chińskie kondomy, owszem. Kraj, mamy niby katolicki. Zaś prezerwatywy, oferują prawie w każdym spożywczaku. Za socjalizmu, w ogóle nie do pomyślenia! Ot, czasy nastały…
Potem za niezłą kaskę opchnąłem na Allegro chińską, czarno-bordową urnę pogrzebową. Słowiańscy ludeczkowie wprost prześcigali się w licytacji. Wszak u nas to unikalny unikat, obficie rzeźbiony w liczne sfinksy i smoki, w miejsce opatrzonych wszystkim tandetnych krzyżyków, względnie pani bozi.
Następnie w pokaźnej krajowej super-trumience odnalazłem różniste zapiski z dawnych wędrówek kuzyna po szerokim świecie. Zanotował na przykład, iż w okolicach Kanarów, krojąc żywą ośmiornicę (na nielegalnie kłusującym statku wielorybniczym wydzierżawionym od niezwykle przedsiębiorczych potomków mongoloidalnych alaskańskich Aleutów), znalazł wewnątrz dogorywającego zwierza bezradnie wijącego śliskimi mackami, aż trzy bijące serca. Zastanawiał się także, czemu w Polsce ludziska nie jedzą wędzonych krewetek, które bywają przepyszne, jego zdaniem.
Zawieruszył się w trumience także niekompletny przepis na pyszny stek z orki, zupkę z kostropatego dziobu ryby-piły, tudzież z pletwy rekina (dawniejszy, zakazany dziś przysmak ludu mini państewka Palau), soczystą pieczeń z młodego kangurka, czy też na dorodne, żywe karaluchy oraz szerszenie azjatyckie smażone w głębokim oleju, niczym frytki. Milion razy smaczniejsze toto od europejskich chipsów, podobno.
Zaś przebywając w Amazonii, kuzyn przypadkowo skosztował tamtejszego świątecznego specjału, który porównywał do naszego wigilijnego karpika w galarecie. Z tym, że w pokaźnej, drewnianej salaterce zamiast poczciwego karpia, zatopiono mocno rozgotowane mięsko z ludzkiego… niemowlęcia. Główny składnik posiłku został ponoć sprytnie wykradziony europejskim turystkom, przez miejscowych młodzieńców zdobywających sprawność zaopatrzeniowca plemiennego. Wprawdzie starszyzna marudziła nieco, iż sporo smaczniejsze bywają dzieciaki amerykańskie, gdyż zazwyczaj trafiają się sztuki bardziej utuczone! Lecz w dzisiejszych, coraz trudniejszych dla tubylców czasach, nazbyt wybrednym być już nie należy i trzeba pałaszować wszystko, czym los darzy. Nieustannie pamiętając o dokładnym posprzątaniu po świątecznym posiłku, aby cholerni żandarmi ludzkich gnatów w obozowisku nie odnaleźli. Inaczej, afera murowana! Wszak wielopokoleniowej tradycji kulinarnej kompletnie się dziś nie szanuje, ani nie ceni. Nawet niektóre przyprawy kuchenne, teraz ludziskom bezczelnie rekwirują. A co dopiero wysoce pożywne, soczyste i wielce smakowite mięsiwo niewiadomego pochodzenia.
Później odkryłem coś w rodzaju wujciowego pamiętnika, zatytułowanego: „Rozsiewając spermę po świecie”. A w nim wieści o europejskim romansie dawnego turysty z młodą, seksowną Dunką, która jego napletek nazywała pieszczotliwie, kurtynką. A także o radosnej zabawie w: „Rozpoznaj Ewelinkę”. Podczas której francuscy studenci identyfikowali dziewczyny z akademika po… nagiej cipce uwidocznionej w niewielkim otworze różnokolorowego parawanu. Zgadywanka nie wszystkim ponoć się udawała. Lecz zdarzali się też istni mistrzowie pamięci (zapewne) wzrokowej!
Natrafiłem także na nieco ciekawych wieści o erotyce w epoce starożytności. Na przykład w Muzeum Egipskim w Turynie, kuzyn widział najstarszego na świecie… pornosa, jaki przetrwał do naszych czasów w postaci erotycznego papirusu powstałego w XII wieku przed naszą erą. Początkowo przez współczesnych, XX wiecznych naukowców-odkrywców rzecz została okrzyknięta niemożebnym świństwem i głęboko ukryta w przepastnych magazynach z uwagi na gigantyczne wzwiedzione członki głównych bohaterów frywolnych rycin. Dopiero później najzdolniejsi uczniowie wyraźnie zakompleksionych profesorów, szczęśliwie oprzytomnieli i udostępnili mocno uszkodzony zabytek publiczności, tłumnie nawiedzającej turyńskie Museo delle Antichite Egize. I nagle skonstatowano, iż dzisiejsze, ludzkie techniki seksualne nie uległy zmianie w stosunku do sposobów kopulacyjnych preferowanych przez starożytnych ziomali. Jedynie gadżety oraz różniste akcesoria pomocnicze wyglądały wówczas ciuteczkę inaczej. Jednak na tyle jednoznacznie, iż nawet współczesny (otrzaskany w Internecie) przedszkolaczek skumałby bezproblemowo do czegóż służyły praprzodkom owe fikuśne zabaweczki.
Kuzyn, niespodziewanie okazał się także współwłaścicielem niewielkiego… kościoła pokatolickiego, w Czechach. Do spółki z miejscowym kolegą-biznesmenem, wygrał kiedyś na licytacji tę starodawną budowlę. Po koniecznym remoncie odpychającego starodawnego wnętrza, w nabytku począł funkcjonować klub gogo, w którym na wysokich kwadratowych rurach tańczyły młodziutkie Ukrainki poprzebierane za mocno niedoubrane zakonnice. Co zapewniało frekwencję o niebo większą od tej, jaka kiedykolwiek zdarzała się onegdaj, w dawno upadłej bożnicy. Rozbierające się siostrzyczki zakonne (także rozdzielające klienteli gratisowe drinki, na powitanie), szybko zrobiły ogólną furorę. Zaś donoszący o wszystkim na bieżąco Internet, migiem rozpropagował mało świętą świątynię wśród grzesznych panów, łaknących przyjemnie pikantnej rozryweczki. Cóż, wystarczyło mieć na karku łeb do interesów, odpowiednio zainwestować wolną kasę w nikomu nieprzydatne starocie oraz sprytnie wykombinować, jakim cudem przyciągnąć współczesne społeczeństwo do kościoła. Całkiem wykonalne zadanko, jak widać. A i standardowa taca, albo próchniejąca skarbona tutaj niepotrzebna. Przeżytki! Wystarczał jedynie… bilet wielokrotnego wstępu wykupowany elektronicznie. Im dłuższy termin ważności, sporo tym taniej klientowi wychodziło. Proste i jakże skuteczne rozwiązanko. Czyż nie?
Kolejna odnaleziona w trumnie notatka informowała bez ogródek, iż zmarły właśnie podróżnik-biznesmen, dość wcześnie nauczył się świetnie pływać oraz zwinnie nurkować. Wyłącznie po to, aby niepostrzeżenie… podglądać ludzi kopulujących w ciepłych morzach, tudzież w egzotycznych bajorkach. Ponad wodą spryciule niby niewinnie, jedynie tulili się do siebie. Ale pod nią, działo się na całego! Nierzadko, nawet ostro. I nie tylko w okolicach plaż nudystycznych, tak bywało. No, i odkrył człek przypadkowo, że małe, egzotyczne rybki chętnie zjadają świeżą ludzką spermę, która czasem wymsknie się w trakcie podwodnych zajęć towarzysko-miłosno-gimnastycznych.
W pewnym momencie zaskoczyłem także, iż kuzyn pisywał czasem fikuśne parafrazy, przeróżne rymowanki, tudzież nieco humorystyczne wierszyki. Oto dwa przykłady owej radosnej twórczości:
KAC PANA TADEUSZA
Wódeczko, toksynko moja,
Kto cię spożył i zwrócił
Wie, jak niewiele kosztujesz,
Póki… fermentujesz.
Dziś wspominam pawika
(Woń kwaśną, wciąż czuję…).
I rzecz niewiarygodna,
Znów, Cię potrzebuję!
POMNIK w PORONINIE
{J. Minkiewiczowi — autorowi pierwowzoru}
Przy dawnej knajpie w gminie Poronin,
Gdzie ongiś pomnik Lenina stał,
Dziś Matka Boska Poronna sterczy
Na postumencie, który On, miał.
A wokół klęczą liczne dziewuchy
W drodze z pielgrzymką poronną do Czech.
Modląc się o przerwanie ciąży, do
Której powstania przyczynił się pech.
Niektóre dotarły tu wraz z matkami.
Z bratem-wioślarzem Kasia, po rzece.
Większość, samotnie wyruszyła w drogę.
Zaś jedna z babek, tak do wnuczki rzecze:
— Tu, na tej ziemi, dawno już temu,
Za moich młodych, dziewczęcych lat,
Stał na cokole człowiek, któremu
Normalność zawdzięczał kobiecy świat.
Wiesz, o kim mówię?
— Wiem! O Leninie…
— Tak. Tutaj marzył, trzeźwiał i pił…
Na polskiej ziemi, tu w Poroninie
Z Nadieżdą Krupską czasem się gził.
Dziś naród, pomnik w gruzy obrócił!
Lecz choć ty wnusiu durnie nie cuduj.
I zapamiętaj. W przyszłości, koniecznie
Pana Lenina pomnik, odbuduj!
Później zamilkły. I zamyślone,
W wielkim skupieniu ku Czechom szły,
Wąziutką dróżką, przy której Lenin,
Nadię obracał za swoich dni.
Z odręcznych notatek poczynionych przez autora przy ostatnim utworku, dowiedziałem się przy okazji, iż w połowie XX wieku (czyli jeszcze w odległej epoce głębokiego socjalizmu, kiedy w szkołach w ogóle nie zadręczano uczniów religią) Polska była jednym z pierwszych państw w Europie, które zalegalizowało… aborcję. Tak zwany Zachód (np. Francja) ślamazarnie podreptał w nasze ślady dopiero sporo później. Niby można by sądzić, iż brednia to, nie do wiary. Lecz wbrew pozorom, to udokumentowane (choć mocno niewygodne dziś) fakty historyczne. Ot, numer!
Dopiero w ferworze kolejnych przemian społeczno-ustrojowych, nowym rządzącym w tej kwestii wszystko gruntownie się popieprzyło. Zrobili poprzednikom jakby na złość (zaś dla odmiany, kościołowi na rękę…) i mamy, jak obecnie. Czyli spontanicznie, w ogólnym rozgardiaszu i pośpiechu stworzono niewiarygodny i ewidentnie nieprzemyślany idiotyzm. Nieoczekiwanie zwyciężyło przerażające współcześnie, zacofanie. Zaistniało więc wysoce patologiczne, typowo katolickie zniewolenie ogólnie skołowanego, nagle wykołowanego (demokratycznie?) narodu.
Krótko mówiąc, powstał uogólniony kociokwik w jednym, niemożebnie chorym, typowo ideologicznym zagadnieniu. A przecież kiedyś, polskim kobietkom było tak normalnie i… fajnie. Lecz komuś, widać to najwyraźniej przeszkadzało! Cóż młode, żeńskie pokolenia przynajmniej się obecnie nie nudzą i mają, o co walczyć. Z tym, że bidule zawzięcie wyważają drzwi, które niegdyś stały na oścież otwarte przed ich… babciami, będącymi ongiś w wieku prokreacyjnym. Cóż, mamy więc polski postęp mknący zawzięcie na wstecznym biegu, nieskrępowany niedorozwój mentalny oraz wprost niewiarygodną kreatywność typowo anty rozwojową. Tak więc jakby niechcąco, osiągnęliśmy ogólny… nonsens narodowy. Ale takiż tu (k)raj, ostatecznie! Nic, nie poradzisz zniewolony obywatelu. Totalne zero jakiejkolwiek nadziei na poprawę nużąco-dennej sytuacji. Szybko, trzeźwo myślący zarządca zapewne by się przydał. Lecz akurat takiego, wciąż brak! Wszyscy, jakby stale skacowani, cholera.
Ostro zaskoczony niezbitym i niezaprzeczalnym faktem historycznym (iż onegdaj, bywało w tym kraju jednak nieco normalniej), odnalazłem w zdrowo przykurzonej, wysoce luksuśnej trumience jeszcze inne odręczne zapiski kuzyna. Bawił już wówczas duchem hen, w zaświatach oraz przebywał jeszcze ciałem w lodóweczce szpitalnej kostnicy, jednocześnie. Notatki składały się na coś w rodzaju mini pamiętnika erotycznego, zatytułowanego jakby ciutkę patriotycznie: „Rozsiewając spermę po ojczyzny łonie”.
Rzecz pisana była naprzemiennie prozą oraz wierszem. Niebagatelny talencik za życia, ówczesno-obecny pan truposz, najwyraźniej posiadał.
„O kurwa! Ale jaja… Nie wierzę! Nie miałem pojęcia, że mieliśmy podobnie. Musi zachodzi, jakby rodzinna mini tradycyjka literacka…” — pomyślałem, radośnie i spontanicznie.
Sam, cichcem także czasem tworzyłem ciutkę podobne dziełka. Później w ramach intelektualnej zabawy, co ciekawsze nasze teksty sprytnie połączyłem. I tak, wspólny rodzinny utwór literacki (ździebko grafomański, raczej), ujrzał pewnego dnia światło dzienne. A także zdobył swój indywidualny numerek, ISBN. Takie to buty wyszły z opróżniania niezwykle pakownej trumienki, służącej nieboszczykowi także u schyłku jego ziemskiego żywota.
Dzieło, zaczynało się następująco:
„Na początku, obaj w te klocki nie mieliśmy łatwo, ani nazbyt wesolutko, cholerka. Nawet chwilami dość pechowo się nam układało, niestety. Niektórzy rówieśnicy miewali znacznie prościej oraz sporo efektywniej działali na polu Amora. O kilku atrakcyjnie rozwiniętych koleżankach, chętnie obsługiwanych przez wszędobylskich sukienkowych duszpasterzy w powiewnej czerni, nie wspomnę. Sprytne pannice zaliczały z młodym księżulem zadaną im mało świętą pokutę i potem, na dalszych lekcyjkach religii, miewały pełny luzik. Zapewne bozia tak chciała, niecna cholernica. Tylko, czemu? Nie wiem, jako skromniutki, czasem ciut grzeszny śmiertelnik…”
Za to wiem, z wypowiedzi wielu kolegów oraz licznych, własnych przemyśleń (i nic na to nie poradzę!), iż w pewnym wieku seks, dla niejednego młodego człowieka bywa zdecydowanie najważniejszy. Jedynie totalni dyletanci w owym istotnym temacie oraz załgani zawodowo faceci w powiewnych strojach twierdzą, że na tym świecie dzieje się inaczej. Wierutna bzdura, cholera! Czyli ogólna masakra oraz jawna ściema, jak mawiają, co bardziej współcześni ludziska.
Toż seksik oraz calutka niezwykle ciekawa jego okolica, stanowią najistotniejsze sprawy w trakcie nieomal każdego młodego żywota, psia mać. Przynajmniej, męskiego. Babsztyle pod wieloma względami miewają sporo inaczej, niźli rasowy człowiek. Czyli w realnej praktyce czort wie, jak…
Starcom, ustawicznie popijającym wysoce wyspecjalizowane ziółka na coraz lepsze trawienie, tudzież notoryczne zatwardzenie (albo na jedno i drugie ogromniaste nieszczęście!), chce się czasem wyłącznie nieco powspominać dawno minioną młodość. A potem miło i relaksująco podrzemać przed włączonym telewizorkiem, albo wręcz otwarcie spać oraz głośno chrapać przy byle dzienniku TV, wychwalającym pod niebiosa aktualnie wymądrzającą się partię polityczną. Zaś zaraz po nagłym ocknięciu, dziadkowie zwykle zapragną cosik przekąsić oraz zażyć kolejną tego dnia garść różnobarwnych pigułeczek, aby w następstwie obżarcia się nimi dziarsko beknąć z głębi starczych, wiecznie przeciążonych trzewi.
Cóż, wszystkie niemowlęta miewają podobne odruchy ze strony układu pokarmowego. Poduszkę powietrzną w żołądeczku w ów prosty sposób zmniejszają. Czyli postępują niczym psiaki, zazwyczaj jedzące zbyt łapczywie. Mać Natura odruch ów, onegdaj wykombinowała i nadal stale istnieje w przyrodzie! Proste, fizjologiczne rozwiązanie bekanego zagadnienia. Nieprawdaż?
No, a młodym ludeczkom, w każdej epoce historycznej cholerne hormonki upiornie buzują. Więc po prostu pragną się w kółko pieprzyć ze sobą! A nie, wyłącznie pieprzyć towarzysko o nowych lekach, na co się da, obfitym popijaniu ich czyś kompletnie bezalkoholowym oraz jakowymś żarełku, na zakąskę pieprzonej chemii przedłużającej dalszą męczarnię na naszym wysoce uprzykrzonym łez padole. Jedynie, po co to? Nie wiem!
Wszak odwiecznie bankrutujący ZUS, tylko płaci za wszystko w nieskończoność. Ot, ekonomiczna durnota oraz mocno nielogiczna, anty buchalterska patologia rachunkowa. Czyli coś, jak gdyby wygrać w Euro-Totka niezwykle solidną kumulację w Euro, a zaraz potem wsadzić zwycięski kuponik wystawiony na okaziciela, do kieszeni świątecznego garnituru i pochować w nim, albo skremować powszechnie nielubianego wujka lub ukochanego dziadzia. Super kretynizm, cholera. Po czorta, komu jakakolwiek kaska gdzieś hen, w bezkresnych zaświatach? I przede wszystkim, jak ją stamtąd odebrać, psia mać? Wątpię, aby w niebiosach zainstalowano ziemskie bankomaty, czy choćby nowoczesne lottomaty. Tudzież podobne im punkty usługowe dedykowane smażącym się, wysoce grzesznym truposzom rozanielonym w cieplutkim podziemnym piekiełku.
A swoją drogą ciekawe, czy seksowne panny diabliczki także bywają łase na kasiorę, niczym typowo ziemskie dziewucho-anielice…
ZARYS CIUTKĘ NIECNYCH DZIEJÓW
Spośród wszystkich kobiet tego świata, najpierw pokochałem mamcię. Oczywiste, chyba.
Potem także przewspaniałą babunię oraz dwie zawsze wesolutkie, młode, naprawdę fajne, wyjątkowo obfito-biustne i szeroko-dupiaste, puszczalskie ponoć cioteczki-bliźniaczki. Jedynie kaliber ich gołych cyców (zoczonych kiedyś przypadkowo pod prysznicem), ździebko mnie przerażał. Serio! W mej prywatnej nomenklaturze anatomicznej, to wymiona. A nie, piersi. Znacznie skąpiej wyposażone samiczki (w wieku zbliżonym do mego), molestowałem znacznie później! Tak jakoś wyszło. Z tym, że nie pamiętam czy w ogóle którąkolwiek kochałem. Cóż, młodzieńcza skleroza, zapewne.
Ojca, na stanie nie posiadałem. On mnie, podobnie. Nawet w ogóle nie wiedział, że gdziesik istnieję. Ale ja, miałem pełną świadomość faktu, iż włóczy się gdzieś po świecie chłop (podobno ciachowaty!), który nieświadomie sprezentował mi swoje geny, zaś mamie, mnie. Przeleciał ją bezkondomowo i odprężony, zniknął. Zaś ona, wówczas nie posiadała pod ręką stosownej pigułki, która migiem rozwiązałaby powstający w niej problem. Przykra sprawa. Facetom, sporo fajniej pod tym względem. Czyli jakby mam cholerne szczęście, że nie urodziłem się dziewczyną. Niechciał bym! Z cyckami, ewidentnie mi nie do twarzy. Stanowczo wolę to, co posiadam. Całkiem niezły osprzęt. Nie tylko, moim zdaniem…
Generalnie, rodzinni faceci zawsze byli mi raczej obojętni, szczerze mówiąc. Szkoda czasu, by takich nadmiernie miłować. Prezentów, z reguły mi nie przynosili. A ciast, w ogóle nie piekli, jako ma ukochana babcia Kasia. Oj, zapasała mnie nimi, w nieskończoność. Nawet z czerwonego kubła na śmieci, potajemnie wyjadałem pokruszone reszteczki. Skrupulatny w tym byłem, wszak pyszotka. Szkoda wyrzucać takowy przysmaczek podwórkowym szczurom. Ewidentne marnotrawstwo dóbr konsumpcyjnych! Wolałem sam wszystko spożyć, ku wielkiej radości coraz grubszego brzuszka. Zabiedzonego i niedożywionego bachorka, nigdy nie przypominałem. Na dowód, posiadam liczne fotki z okresu, kiedy przezywano mnie baleronem. Fajniutka wędlinka, nie powiem. Babunia, także ją uwielbiała i osobiście wędziła zimą, na podmiejskiej działeczce. Nadwyżki, mroziła na lato. Ale rzadko doń doczekiwały. Dbałem o to!
Babcia, to nie jakieś tam zbyteczne wykopalisko, albo przedpotopowy przeżytek życiowy, a przewspaniały, niezastąpiony wprost wynalazek. Przynajmniej, moja. Słowa złego, nie dałoby się nigdy o kobiecie powiedzieć. Serio! Jedynie co roku, coraz bardziej starzała się niepotrzebnie. Często obawiałem się, że w końcu mi umrze i będzie po wyjątkowo smacznistych łakociach. Kupne, zwykle bywają do niczego. Szkoda czasu na przeżuwanie, aby toto przełknąć. A potem defekować godzinami, bo powstaje od tego zatwardzenie (czyli po babcinemu, obstrukcja). Taka, gastronomiczna prawda żywieniowa.
„Jezu, żeby mi rzeczywiście tylko kiedyś nie kojtnęła. Niedobór ulubionego pożywienia w mig zaistnieje, cholera! Przecież nikt inny w rodzinie nie potrafi robić tak smacznych ciast, chrupkich bez, wszelakich przekładańców, ani mini ciasteczek z marmoladą. O soczystych wędlinkach, nie wspomnę…” — martwiłem się czasem troskliwie o seniorkę, w skrytych myślach wnusia-łakomczuszka.
Szczęśliwie, stale miała się dobrze. Zaś po cyklicznych, plotkarskich wieczorkach w jakimś starczym klubie, funkcjonowała jeszcze lepiej. A żyła sobie, bezlekowo. Jej zdaniem, właśnie ów ostatni fakcik nieustannie podtrzymywał jej cenne dla mnie życie oraz zapewniał (albo nawet gwarantował!) starczą długowieczność.
„Żyj nam długo, kochana babuniu! I stale przygotowuj swe frykasy, póki możesz. A móc musisz, jak najdłużej. Innego wyjścia nie masz. Amen…” — życzyłem jej szczerze, w skrytych myślach.
Potem ze mną zaczęło się dziać i z obżarstwa, chudłem…
Rosłem intensywnie. Kolejne nowe buty szybko stawały się sporawo przymałe. Ulubione porcięta, przykrótkie. A matka, co miesiąc stawiała na kuchennej futrynie kolejną kreseczkę, aby unaocznić rodzince ile na długość, znowu mnie przybyło. I przestała mnie kąpać w wannie, przekonując, iż nadszedł czas, abym sam sobie wszyściutko pucował. Łącznie z rzadkimi kłaczkami, pojawiającymi się na podbrzuszu. Kilka dni później, podczas samotnej kąpieli miałem nagły wzwód. Ot, tak. Bez powodu mi stanął! Potem coś gęstego z wacka wystrzeliło i spłynęło po kafelkach ku wodzie. Migiem zaskoczyłem, że to nie żadna paskudna, biaława ropa, a typowo samczy eliksirek, który spostrzegłem kiedyś u ciut starszego kolegi. Wyraźnie chciał się pochwalić, co potrafi czynić. Publicznie zrzucił w szatni ładunek, a potem otrzymał brawa od kolegów zazdroszczących mu zaprezentowanych możliwości. Lecz była to jedynie kwestia czasu, który mknął nieustannie.
Tym razem ja dojrzewałem! Pod każdym względem. Płciowo, także…
Zaś pewnego dzionka w szkolnej szatni, rezolutni koledzy ogłosili kompletnie inne eliminacje rozwojowe. O gabaryty rozporkowe im biegało. Powszechnie wykorzystywali przy tym matematyczne pomoce dydaktyczne, czyli jakąkolwiek linijkę oraz plastikową suwmiareczkę. Z tym, że gacie trzeba było obowiązkowo opuszczać do owych pomiarów. Lecz ostatecznie w zamkniętym na starodawny skobel męskim gronie, nie problem. Niektórzy zawodnicy, nawet śmiało wyskakiwali w szatni ze wszystkiego, w czym przybyli danego dzionka do naszej placówki oświatowej. Toż po zakończonych lekcjach, koniecznie trzeba się było czymś zająć. Inaczej, panowałaby nuda. Nieprawdaż?
Przy okazji, automatycznie spontaniczna samoedukacja seksualna zachodziła. Naocznie zaskoczyłem na przykład, że koleś Żyd (choć z natury, chciwy gbur) jest wprawdzie fachowo obrzezany, lecz posiada wacka europejskiej wielkości. Za to nasz dobrze zintegrowany już z tubylcami Azjata, nawet obejrzany na sztywno, to nadmierny skromniaczek wewnątrzgatkowy, niestety. Po prostu miniaturka męskości, cholerka! Czyli w rozumieniu wielu naszych dziewczyn, przy seksie przechlapana sprawa dla panienek, z powodu aż tak mizernego oprzyrządowania u chętnego na nie chłopaka. A na domiar złego, jeszcze i przepiórcze jajeczka na firmowym, azjatyckim wyposażeniu u mini człeczka zaistniały. Wstyd na caluchną Europę, psia mać! Jak się z podobnym mikrusem w gatkach, na bezgatkowej imprezce pokazać? Już lepiej zawitać na nią solo!
Niewielki chłopaczek, w oficjalnych papierach wprawdzie był Polakiem. Lecz nie prawdziwym, a zaimportowanym z Tajwanu. Jego polscy (niby) rodzice, tyrając w zagramanicznej placówce dyplomatycznej, dobrodusznie adoptowali tamtejszą sierotkę. Zaś potem zabrali ze sobą do słowiańskiego domu z dużym ogrodem, swój dalekowschodni nabytek. Lecz w nowym (k)raju podkolorowany drobiażdżek, rajsko nie miał. Cong-Sen Zielinsky, zbytnio wyróżniał się pośród miejscowych gagatków. Nie tylko nietutejszym zestawem rodzimych imionek, oczywiście. Dla łatwizny, szybko nazwano go tu mini Kenem. Przypominał bowiem nieco ciachowatą, niewielką laleczkę, więc pewnie, dlatego. Ale generalnie, wszędzie dokuczano mu wiecznie, ile wlezie. Zapewne, w ramach obowiązującego tu katolickiego miłosierdzia oraz umiłowania każdego bliźniego swego. Czyli polska normalka!
*****
Tak więc rosłem sobie i rosłem bez umiaru, jedząc coraz mniej. Nawet baleronu nie wyżerałem już wprost z zamrażalnika. Odeszło mi! Zaś wraz z nieco poważniejącym wiekiem, chyba zacząłem się zakochiwać. Z reguły, w przedstawicielkach płci odmiennej (więc, jakby klasyka!). Z tym, że do dziś nie wiem, co przyciągało mnie do konkretnych dziewczyn. Budzący się stopniowo samczy instynkt, być może?
Kilku kolesi miało wprawdzie ciupkę inaczej (zdecydowanie preferowali u innych walory, podobne do posiadanych we własnych gatkach). Lecz w mej okolicy, większości nie stanowili. Wyjątkami bywali, raczej.
Raz, jeden przysłał mi zdjęcie spermy, którą wydalił na przedpotopowy, lastrykowy parapet pomiędzy dwoma kwiatami doniczkowymi. Podobno (jak mi potem zrelacjonował) stojąc w oknie golutki, brandzlował się na oczach nowej koleżanki z naprzeciwka, stale myśląc… o mnie. Zaś ona zapewne przekonana, iż stała się obiektem jego zainteresowania seksualnego, pokazała mu cycki i przylepiła do szyby dużą kartkę, z tekstem: „Przyjdź do mnie!”. A ten, olał zaproszenie. Cholernie karkołomne zestawienie zapodanych faktów, moim zdaniem. Lecz zaczerpnięte prosto z młodzieżowego żyćka.
Ów okienny onanista stwierdził też, iż tamta porcyjka spermy, stanowiła niezbity dowód jego rozkwitającej miłości… do mnie. Potem wręczył mi także zdjęcie swego sztywnego penisa pytając, czy zapozowałbym mu nago do kilku zdjęć, z narządem płciowym w takim samym stanie. Zbaraniałem! Zaś on dodał, iż chętnie dopomoże mi w usztywnieniu wacka, gdyby na planie zdjęciowym wystąpił z tym jakiś problem. Zlekceważyłem zaskakującą, pedalską sprawę. Nie, żebym miał cokolwiek przeciw gejom. Niech spokojnie istnieją sobie w moim otoczeniu, co mi tam. Tylko wara ode mnie, zabłąkani płciowo koleżkowie!
No, i ten konkretny kurdupel, w ogóle mi się nie podobał. I często nieprzyjemnie woniał, nawet z rana. Niczym stary, białoruski cieć w moim bloku zbudowanym z betonowych płyt, jeszcze w epoce socjalizmu. Zabytek, znaczy się! Dozorca, także. Kiedyś myślałem, że zmarł biedaczysko. Leżał sztywny obok wejścia do windy. Ale jak się szybko okazało, był tylko ostro naprany. Poza tym cały i zdrowy. Jak to rasowy pijaczyna.
Z zasady, zazwyczaj starałem się być wyrozumiały oraz otwarty na wszystkich ludzi (nawet gburowatych) oraz tolerancyjny, dla różnistych mniejszości. Ucywilizowane zapatrywania na otaczający świat, powinny raczej ułatwiać codzienne życie. Sęk, że nie w typowo wyznaniowym kraju, psia mać. Tutaj, aby wychodziło super, należało wszystkich… nienawidzić. Taki fikuśny kraik mamy. I to nie jaja, bynajmniej. Już w podstawówce, wpajają tę postawę niebożętom. Głównie, na przymusowej religii. Praniem mózgu nazywa się chyba ów ideologiczny, święty zabieg. W policyjnych szkółkach, cykliczne przepierki zwojów mózgowych czynią podobnie, tylko na świecką modłę. Ewidentna, bezczelna manipulacja ludzkimi umysłami, cholera. Później za grosz taki nie pomyśli. Jedynie rozkazy potrafi wykonywać. Nic więcej. Młot, po prostu! Ale fachowo wyszkolony i niezbędny państwowej władzy. Jaka by ona nie była, oczywiście.
*****
Wyznam, iż z pierwszymi młodzieńczymi miłostkami, wychodziło mi ździebeczko nietypowo. Pech? Sam nie wiem…
Pierwsza, naprawdę mocno laskowata dziewczyna z całkiem fajnym cycem, w której próbowałem się na ciut poważniej zakochać, okazała się… chłopakiem. Dla niepoznaki, przyodzianym w wysoce atrakcyjną babską skórę. Zaś druga, była jak gdyby… zakonnicą w cywilnym przebraniu. Ogólna masakra znaczy się, z pierwszych randek mi wychodziła! Nie wiem, czemu.
Z ową ostatnią diabelną anielico-zakonnicą, kompletnie nic mi się nie udało. Nawet wstępne całowanie, w przedbiegach odpadało. A klasyczny, typowo randkowy chwyt za cyc, to nieomal zbrodnia, w jej chorym rozumieniu. Skraweczka cycka nigdy mi nie pokazała, ani na wacka nie zerknęła, przesadnie pobożna numerantka. Chciałem jej go śmiało udostępnić, ale się przeraziła. I bynajmniej nie dla tego, że suwak w nowiutkich, chińskich gaciach akurat mi się wówczas zaciął. Krzyczała, że mam grzeszny narząd i ona, nawet boi się go oglądać, porąbana. Zaś jeśli mimo uprzedzenia pokażę, zaraz mi go odetnie dużymi nożyczkami i zaniesie księdzu jako dowód, że grzechu cudem uniknęła.
Pragnęła, jedynie stale modlić się wraz ze mną. Zatwardziałym, kompletnie bezbożnym ateistą rodem z familijnej krwi oraz kości. O czym dobrze wiedziała! Stwierdziła jednak, iż jeśli mnie jakimś sposobem nawróci na swą jedynie słuszną wiarę, poczyni tym samym wyjątkowo dobry uczynek. Za co w nagrodę, zapewne pójdzie kiedyś do nieba. Oszołomka, cholerna!
Przerażony jej urojonymi niebiosami, z mety odesłałem w diabły wysoce patologiczną istotę! Po jakie licho mi coś aż tak ostro spaczonego życiowo? Czysty idiotyzm, w pakieciku z panną idiotką? Jakowaś święta paranoja, psia mać!
„Do jasnej ciasnej! Zdecydowanie preferuję raj tutaj, na Matce Ziemi. Najlepiej z fajną, wielce seksowną laseczką. A nie, kiedyś…, być może…, gdzieś tam…, w jakichś zaświatach dopiero fajniej mi będzie. W jej ubzdurano-urojonym niebie, na dodatek…” — główkowałem rzeczowo, maksymalnie po ziemsku i świecku oraz logicznie.
Pierwsza, na wstępny rzut oka naprawdę superaśna dupeczka, zaistniała w mym otoczeniu nagle i kompletnie niespodziewanie. Po prostu zaraz po wakacjach zamieszkała wraz ze swą matką tuż obok, w sąsiednim bloku. Cudownie cudne, cudeńko… A nawet, cudenieczko. Naprawdę! Dziewczyna, jak marzenie. Aż takiej dupeczki, zapewne przenigdy bym sobie nie wymarzył. Mało zdolny w tym bywam.
Istny szok, kurwa. Aż tak(!) ładny był z niej, typowo rębny lachonek. Powtarzam, cudo!
Do tego pani mateczka wyjątkowo dobrze zakonserwowana i jakby nawet jeszcze rębna. Choć latka swoje już posiadała, oczywiście. Cyce, były zapewne po liftingu. Na sto procent nie wiem. Bez bezpośredniego obmacania, czy obejrzenia obnażonych obiektów, sprawy nie rozwikłasz dociekliwy człowieku. A mamuchny rozbierać i ciekawsko obmacywać poznawczo, kulturalnemu chłopcu nie wypada. Tym bardziej w kontekście ewentualnej, przyszłej teściowej. Jeszcze przez czysty przypadek, jakieś mocno zawikłane kazirodztwo wyszłoby ze wszystkiego, cholerka. Kryminał? Pojęcia nie mam. Prościej nie ryzykować! Ale jeśli samoistna okazyjka się nadarzy, popatrzeć na gruczoły nie zawadzi. Wszak w doczesnej egzystencji, różniście bywa.
U super-seksy córuchny naturalne, wybitnie akuratne cycuszki, przecudowne mi się wydawały. Szczególnie prezentowane wszem i wobec pod cienką, zalotnie niedopiętą i obiecująco prześwitującą bluzeczką. Jakiegokolwiek staniczka, szczęśliwie zero. Cenię u dziewczyn podobne podejście do typowo męskich zainteresowań. U córuni, i powakacyjna opalenizna na ciałku istniała superaśna! A buźka dziewczynki, śliczniutka. Brzuszek, z gustowną ozdóbką w pępuszku, płaściuteńki. Cudowny tyłeczek elegancko opięty elastyczną lycrą, pierwsza klasa. Owo naturalne, wielce ponętne, młode piękno podziwiałem cichcem. Nie kryjąc się z tym, momentami.
Jednym słowem nic, tylko ciałko z ubranka szybko wydobyć, obejrzeć z bliska golutkie cacuszko i zerżnąć uczciwie! Najlepiej na ostro, chyba. I to zaraz, bo czasu szkoda na byle duperele… Innym, zapewne także ślinka na cacuszko cieknie. I nie mniej chętnie, także skonsumowaliby cudny obiekcik. Cóż, warto załapać się na okazyjkę skoro zaistniała tuż obok. Logiczne, raczej!
Pierwszej nocy w ogóle nie mogłem zasnąć po owym damskim objawieniu, rzadko spotykanym w mym osiedlowym realu. Nie dało rady uczciwie pokimać! Zdałem sobie nagle sprawę, żem prosty samiec mocno podatny na samicze walory oraz spostrzeżone wdzięki. Wacek, nie pozwalał mi na cokolwiek. Nawet na wysikanie się. Sterczał dziarsko, więc nijak nie szło się wysikać, choć pęcherz już nie wyrabiał! Niezawodny przyjaciel anatomiczny wytrwale unosił kołderkę, niczym niestrudzony kulturysta. Nachalnie pragnął seksownego towarzystwa. Ja również, nie ukrywam.
W końcu musiałem zadziałać. Czyli zwalić. Siła wyższa! Nie wytrzymywałem ciągłego napięcia. A i z ewidentnego przepełnienia, jajeczka poczynały już pobolewać. Bez szybkiej zwałki, robiło się coraz bardziej niezdrowo. I jakby katorga trwała wciąż, przy okazji. Wystarczyło zaledwie kilka zdecydowanych ruchów wprawnej dłoni i zaraz nastąpiła lepka, spermowa powódź w piżamowych gaciętach. Nawet istny potop zaistniał, szczerze mówiąc.
„Skądże tyle tego we mnie? Nagła nadprodukcja amunicji, wystąpiła? Przytrafia się człowiekowi czasem cosik podobnego? Przecie wczoraj rano tryskałem do umywalki, jak bóg przykazał. Żebym wiedział, że aktualnie aż tak obfity ładunek się szykuje, po jakiekolwiek naczynko bym sięgnął profilaktycznie. A tak matka znowu zarejestruje, że dopiero co uprane gatki, ponownie wylądowały w rodzinnej pralce. Wyjątkowo spostrzegawczy z niej babsztyl…” — skonstatowałem, zmieszany.
Konieczne rękodzielnictwo pomogło, ale na króciuteńko. Pognałem do klopa, aby się wreszcie wysikać. Potem ciach i ponowna, nagła stójka. Bo w skrytych zamarzeniach, superaśne cycunie laluni zamajaczyły mi pod przymkniętymi powiekami. Zaraz potem zastąpił je ponętnie wypięty ku mnie, jej tyłeczek. Nic, tylko kopulować zawzięcie! Nawet i przy ludziskach, co mi tam. W myślach, wiele można…
Nagle zdałem sobie sprawę, iż z powodu nowej, wysoce ponętnej dupci, która niejednemu okolicznemu samcowi zapewne zamajaczyła już na horyzoncie, pewnie co najmniej pół osiedla cierpi tej nocki. Głownie na ostry, a może i bolesny, nadprogramowy wzwód niezaspokojonego penisa. Chyba wszyscy chłopcy reagują podobnie na damskie atrakcje.
„Jaja, kurde. Jakaś siara w końcu z tej sprawy wyjdzie! Osiedle niestety mocno sporawe. Wyposzczonych płciowo chłopaków-onanistów, w najbliższej okolicy całe multum. Zaś atrakcyjnych dziewczyn w pobliżu, zazwyczaj jak na lekarstwo. Nic, tylko kaszalocice wszędzie krążą! Masakra się zapowiada. Regularne polowanie na ponętną samicę w mig się rozpocznie. Niczym u Neandertalczyków, czy innych Papuasów, kurdebele. Historycznie rzecz ujmując, walka o ogień pojawiła się sporo później. O dupę, od zarania ludzkich dziejów występowała. Zew krwi, zawszeć górą. Dzięki niemu gatunek ludzki jeszcze nie wyginął…” — dywagowałem naprędce.
Krótko podsumowując, w najbliższej okolicy rysował się koszmar i jawna patologia w biały dzień oraz w każdą kolejną noc! Wokół wciąż królowała powszechna męska masturbacja. Czasami (za specjalnymi, imiennymi zaproszeniami) także i grupowa. Z rzadka, przydarzała się w obecności dziewczyn (zazwyczaj na wyraźną prośbę paru nadciekawskich numerantek). Wiadomo, człowiek na ogół zwierz stadny oraz towarzyski rozrywkowo! Wszędzie krążyły zbłąkane i zakazane małolatom pornosy… Jednak w praktyce występowało zero prawdziwego seksu oraz upierdliwa, totalna nędza erotyczna. Taka przykra prawda wszędzie królowała, psia mać!
Czyli wysoce upierdliwa, lecz realna niestety, osiedlowa sprawa. I oczywiście konkurencja nie do pozazdroszczenia, już w przedbiegach. Nawet wariactwo, czasem! Radosnego szału, kompletnie nie było. Nigdy!
Za to wysoce zajebista dziewczyna, zawsze miała tu, z czego wybierać. Nawet centymetrem bezpardonowo mogłaby się oficjalnie posłużyć na pospiesznie zorganizowanym castingu na przybocznego samca. Żaden gad zapewne by nie zaprotestował, tylko potulnie stanął do współzawodnictwa w klasie wackowych gabarytów. I to za nieomal przezroczystym parawanikiem. Było już tak, onegdaj. W podobnych okolicznościach lokalowych, przynajmniej wyraźnie widać, że uczciwie oraz rzetelnie zawody przebiegają. Raz przydarzyło się, że sporawa przypadkowa widownia przy eliminacjach spontanicznie zaistniała. Ale mówiono trudno i odważnie stawano do współzawodnictwa o konkretną samiczkę. Ostatecznie, co za problem. Niektórzy mocno napaleni dżentelmeni, nawet przed parawanem wyskakiwali całościowo z odzienia na wyraźne zażyczenie konkretnej, fajnej laski.
Cóż, ładne dziewczyny często bywają nie tylko wymagające oraz mocnawo wybredne, lecz również i przesadnie humorzaste, niestety. A czasem, zołzowate! Przy tym nie przepadają za nieśmiałymi chłopaczkami wstydzącymi się opuścić gatki na ich polecenie. Co z mety, jak gdyby sugeruje karłowaty sprzęt występujący w gatkach konkretnego kandydata. A przecie wiocha pokazać się gdziekolwiek z takim, na jakiekolwiek rozbieranej imprezie! Musowo, należy najpierw zoczyć istniejącą rzeczywistość. Najlepiej przy świadku w osobie bliskiej przyjaciółki, która niewątpliwie dopomoże w ewentualnym wyborze gada, w razie nadmiaru rodzących się wątpliwości.
Nagle zaskoczyłem, iż w kwestii skutecznego wyrwania nowej laski, powinienem działać zdecydowanie oraz naprawdę szybciutko!
„Kuźwa, pospiesz się nazbyt ospała gadzino! Dalszy tematyczny onanizm pozostaw sobie na potem. Akurat to, ci nie ucieknie. Zaś rębna laseczka, owszem! Za chwilkę, inny napalony basior dla siebie ją zarezerwuje. Łap, co aktualnie jest fajniejszego na okolicznym, babskim rynku i nie narzekaj na wstępie na przeciwności losu. Później sunię dokładnie obejrzysz rozebraną, przetestujesz cacuszko pod sobą i ocenisz czy dupcia, rzeczywiście ci pasi. A jakby co, dobrowolnie przekażesz, albo interesownie odsprzedasz nabytek innemu. Teraz szybciutko pędź i śmiało wyhaczaj nowiutki towarek. Tylko nie spierdol, ważnej sprawy! Migiem chłopino zadziałaj. W te pędy mknij do niej i rób na superaśnym towarku niezapomniane wrażenie. Działaj, kurwa, pacanie, ale już…” — rozkazałem sobie, w młodzieńczych, ustawicznie nadmiernie podnieconych myślach.
A więc pospieszna dezynfekcja młodego ciała, w tym istotnego, chwilowo zrelaksowanego narządu oraz owalnej wytwórni lepkiej amunicji. Potem nowiutkie, dobrze dopasowane majty na siebie. Stare, luźne, poprzecierane gacie, na nie. Do tego jakaś byle koszulka w ciapki. Pierwsze lepsze butki i mknę ochoczo przed siebie.
Kurczę, po trzy stopnie ze schodów zeskakiwałem. Oczekiwanie na windę, to jawna strata czasu w podobnej chwili. Wszak osiedlowa, bardziej wysportowana konkurencja może człeka w każdej chwileczce wyprzedzić! Nie daj boże, psia mać. Pozabijałbym. Albo kolejno kastrował, na poczekaniu. Pozbawiony jaj, żaden nie stanowiłby już zagrożenia. Wstępnych eliminacji nawet by nie przeszedł, biedaczysko. Widziałem w necie podobny przypadek. Przykry widok! A i kalectwo, zarazem.
Poszczęściło mi się. Jak rzadko kiedy! Zameldowałem się pierwszy na wyznaczonej mecie. Nowa, wielce seksowna laseczka, czyli Patrycja, mocno chętna się nawet okazała. Prawie wszystkie ładne lachonki przecież tak mają. Pierwszą nagą randkę w godzinach szkolnych, zaliczyliśmy już następnego dzionka. U niej! Na maksa gościnna, nagle się okazała. Miłe…
Była nie tylko śliczna, lecz także niezwykle bezpośrednia. Zero, zahamowań. Poleciła mi się rozebrać, już w przedpokoju. Od razu, ze wszystkiego. Ciach i do rosołu, tuż przed nią. Ekspresowo, bo czasu niewiele!
— Matka wkrótce wróci. Pospiesz się! — usłyszałem.
— Głupio mi nieco… — zaznaczyłem.
— Bez sensu nawijasz. Wyższa konieczność zachodzi, tak sytuację potraktuj. Toż nie nabędę kocura w worku. Muszę obejrzeć, co potrzeba. Konkrety się liczą. Wyluzuj i rozbieraj się! Gatek zdjąć nie zapomnij. Czekam — ponaglała.
Cóż, wyjścia nie miałem… Nie zamierzałem oddawać pola ostrej, osiedlowej, samczej konkurencji. Przy realnej szansie na tę laseczkę? Głupota by była. A więc stoję na tle drzwi wejściowych i potulnie działam, zgodnie z damskim zażyczeniem. Kolejność odwrotna niż przy niedawnym ubieraniu się, u mnie. Jak gdyby prościzna! Szczęście, że gatki wzułem nowiuteńkie. Czyli odpadała siara, że przypadkowo obsikane, paskudnie zaspermione, albo jeszcze gorzej.
Odgrywając luzaka, zdjąłem je i beztrosko porzuciłem u damskich stópek…
Pieczołowicie, podniosła wdzianko z podłogi i z sympatycznym uśmiechem na cudnej buźce, zaczepiła na kołeczku wieszaka, w przedpokoju. O resztę mego przyodziewku w ogóle się nie zatroszczyła. Dla mnie, bez różnicy.
Odważnie stałem w rozkroku, milcząc. Goluteńki, oczywiście. Męskich niuansów, nie osłaniałem. Po co! Stosowne parametry, trzymałem przecież. Krępacja o jakikolwiek niedorozwój, odpadała w przedbiegach. Mam, co mam dzięki genom niezliczonych przodków. Chwała im za owe dary!
— Źle, nie jest — zaznaczyła, puszczając do mnie oko.
— Miło, że się podoba — odparłem luzacko.
— To, dopiero się okaże, mój drogi. O pierwszym luknięciu, wspomniałam. Za moment, poznam resztę. No wiesz… — uśmiechnęła się sympatycznie, wznosząc wymownie kciuk lewej dłoni.
Zamilkłem z wrażenia. Choć nieomal wszystko wydawało mi się oczywiste, postanowiłem zaczekać, co dalej złotko wygłówkuje. Tylko wszystko zaczynało mi wyglądać na drobny casting.
Ustawicznie, fiuta podziwiała. Jajka, chyba także. Reszta mnie, jakby w ogóle dla niej nie istniała. A przynajmniej, wydawała się obojętna.
„Trudno! Widać tak ma, jedynie samcze narządy taksuje. Dla ewentualnej aż tak atrakcyjnej zdobyczy, warto się niestandardowo poświęcić, moim zdaniem. Pragniesz atrakcyjek? Masz, śliczna żabciu. Zerkaj śmiało na wszelkie me przymioty i oceniaj, co może być zaraz twoje. Tylko życzliwie oraz sprawiedliwie kombinuj, słonko. Przetrwam wymuszoną wystawę, mam nadzieję. Patrz i podziwiaj me skarby…” — pomyślałem, ciutkę stremowany jednak sytuacją.
Przez dłuższą chwilę uważnie studiowała, a potem skrupulatnie wymierzyła istotne szczególiki. Dyżurną suwmiareczkę oraz linijkę przygotowała sobie wcześniej, podstępna cholernica. Na stołeczku, tuż przy drzwiach wszystko pedantycznie ułożyła. Potem już tylko sięgnęła po miarki, uśmiechnęła się sympatycznie, kokieteryjnie zamrugała pokolorowanymi powiekami i rzekła skromniutko:
— Wybacz, babską nadciekawskość. Muszę…
— Spoko, masz załatwione!
— Nie spesz się. Nikomu nie zdradzę szczegółów. Dla siebie zachowam wszystkie parametry.
— Spoko. Działaj według uznania — odparłem bez większych emocji.
A ta, łaps bezbronnego wacunia w dwa paluszki i mierzy wzdłuż oraz wszerz. Jajeczka, ciutkę później. Zabolało przez momencik. Nieśmiało poinformowałem o przykrym incydencie. I usłyszałem w odpowiedzi:
— Nie histeryzuj mi tu! Stój spokojnie. Ból przeminie. Trudno, muszę poznać męską sprawę. Nie utrudniaj, bo jeszcze naprawdę jajka ci niechcący uszkodzę. Po co mam je dręczyć. Sadystką, nie jestem. Obmacam delikatnie, obiecuję. Nie utrudniaj wycieczki!
Dopiero po wszelkich pomiarach i macankach, aprobująco roześmiana, sama entuzjastycznie wyskoczyła przede mną ze wszystkiego. Nie certoliła się z niczym, numerantka. Sekunda i wykwitła kompletnie golutka. Tuż, tuż! Zaś ja, ujrzałem wszystko, o czym niedawno jedynie skrycie marzyłem. Naprawdę super towarek! W naturze, atrakcyjniejszy niż w mych marzeniach. Po prostu mucha nie siada, nie ściemniam.
I stoimy tak naprzeciw siebie na golasa, lustrując prezentowane wzajemnie młode ciałka. Wyłącznie estetyka działa, cholera. Niczego bym u niej nie chciał zmieniać. Jedynie… rychło zerżnąć ponętny tyłeczek, który zdejmując mini gatki, przez momencik wypięła w mym kierunku. Boski zadek.
„I pomyśleć, że pierwotni ludziska, na codzień zaliczali podobne widoczki. Golizna, była ich strojem naturalnym. Oj, sporo fajniej wówczas bywało…” — wydumałem, jakby odkrywczo.
Nie powiem, ruszyło mnie, momentalnie. Samo anatomiczno-erotyczne piękno przecież oglądałem. Więc myk i na widok wielce seksownej samicy, narządzik kopulacyjny żwawo sobie rośnie. Niczym dawniej pyszniutkie, babcine ciasto czynione na swojskich drożdżach! Przy tak zajebistej samiczce, normalna sprawa u zdrowego samczyka. Podnieca się, skurczybyczek. I płciowo, zadziałać pragnie. Hormonki, ostro mu buzują. Zaś jajeczka, mozolnie produkują, co należy. Chwała im za nieustanną fatygę!
A seksowna laleczka z super biustem, podziwia i uważnie obserwuje męski organ płciowy. Potem śmiało kontroluje paluszkami twardość pałki oraz uśmiecha się przyjaźnie do dumnego wacunia, już wgapionego ciekawsko w dość szkaradną lampę na żółtym suficie. Zaś ja w milczeniu, ustawiony przed nią w lekkim rozkroku, prezentuję cierpliwie nabrzmiałe berło. Zero zahamowań! I ani krzty wstydu przy tym, bóg wie czemu. Ona, w wyraźnym skupieniu patrzy uważnie i maca wszyściuteńko. Zaś u mnie, pełny luzik! Naprawdę. Tak, jakoś wyszło.
Po chwilce lalunia ciut nerwowo oblizuje spierzchnięte wargi, ponownie cabas za suwmiarkę i skrupulatnie wymierza, co nagle zesztywniało na jej uradowanych oczętach oraz wyraźnie uśmiecha się do obiektu swych zainteresowań. Lecz co mi tam, jakiekolwiek obawy wytrwale odkładam na bok. Cierpliwie stoję i bezwstydnie prezentuję typowo męskie przymioty. Stan pełnej gotowości bojowej oprzyrządowania, również. Zaś ona, zwiedzała wszyściutko miarką, roziskrzonymi oczkami oraz paluszkami. W pewnym momencie, zapewne z nadmiernych emocji, łapka poczęła jej lekko drżeć, bezwiednie przesuwając skórkę na wacusiu. Przyjemny, damski dotyk. Nie zaprzeczam…
— Zgwałcisz mnie? — zapytałem, z nadzieją w głosie.
— Marzyciel. Tylko… go… poznaję — szepnęła, emocjonalnie przełykając ślinę.
— Szkoda… — jęknąłem żałośnie.
— Kiedyś, może się przydarzy. Nie wiem.
— Szkoda, że nie teraz…
— Kiepskawo się jeszcze znamy. Ale jakby co, spoko. Bywało się na imprezkach i widziało, co trzeba. Wiem, jak to robić — zaznaczyła.
— Dobre, choć to — westchnąłem.
— No. Teraz stój grzeczniutko, wytrwale prezentuj mi samczą broń i nie marudź zanadto. Należę do dziewczynek, które lubią popatrzeć na nieodzianego chłopczyka. Przesadnie skromna, ani obłudna nie bywam — zachichotała.
Mimo wyraźnych przeciwności interesów, całkiem bezproblemowo przetrwałem babską ciekawość, dociekliwość oraz liczne zaczepki manualne. Co chciała widziała, przestudiowała, miała w łapkach i w międzyczasie zdążyła poznawczo obmacać. Potem zerkając mi szelmowsko w oczy, przez moment bezpardonowo zabawiła się wszystkim, po kobiecemu. Jak gdyby częściowo udowadniając, iż jest zapoznana z kwintesencją towarzyskiego zagadnienia.
Nie zaprotestowałem, ani razu! Spoko wyszło. Tak wysoce eksportowa laseczka ma zarezerwowane swe prawa. Może pozwolić sobie na sporo więcej, aniżeli przeciętne lub byle jakie dupencje. Poza tym czyjeś wyraźne hobby (nawet tylko poznawczo-obserwacyjno-miernicze) warto z pełną godnością czasem uszanować. Sporo sympatyczniej wówczas zazwyczaj bywa, moim zdaniem. Czyż nie?
Przyznam, iż czysto anatomicznie (na pierwszy rzut mocno wygłodniałego, samczego oka|) niby wszystko zgadzało się u dziewczyny z mym pierwszym wrażeniem z poprzedniego dzionka. Czyli naprawdę fajna, wyjątkowo seksowna, wielce ponętna, zajebista dupeczka! Buźka, więcej niż sympatyczna. Roziskrzone mą męskością oczęta, subtelnie wcześniej upiększone. Spontanicznie zademonstrowane cycusie, cudne i naprawdę wporzo. Odnóża oraz wysoce rębny zadeczek, nie inaczej. Stópki drobniutkie, nieodpychające estety (a to, rzadkość). Tylko najwyraźniej… nie ma na świecie ideałów. Szybko unaocznił się drobny feler, w dole. Rzadkawy blond trójkącik na przedzie okazał się niewygolony. Akurat tego, naprawdę nie lubię u samicy!
„Cóż wioska, niestety. A raczej niezła wiocha, cholera. U tak zajefajnej dziewczyny cosik takiego? Wstyd, kurwa! I to, ma być unijna Europejka z początków XXI wieku? Nie wierzę…” — dumałem zdegustowany.
Dziś, chyba wyłącznie Azjatki jeszcze się tam nie wygalają. U ruskich, bywa w kratkę. Imć kurdupel Putin, ponoć po dawnemu preferuje. Ale dekretu w tej kwestii samozwańczy car, jeszcze nie wydał. Psychopatyczny zamordysta lubi babskie kłaczory łonowe, najwyraźniej.
„Kuźwa, wolę gdy baby mają toto na bladź! Łechtaczkę wówczas lepiej widać. A przy kulturalnym, obowiązkowym oralu, przynajmniej kłaków człowiek się nie napałaszuje. Ale spoko! Na taką modłę, też dam radę. Wszak ładna, sunia. A przy wysoce markowym towarku, przesadnie obrzydliwy nie bywam. Później sam ją kiedyś elegancko wypielę i gitara…” — dumałem oraz planowałem działania, spontanicznie.
Następnie moja dłoń poczęła nerwowo zwiedzać jej wyjątkowo zajefajne ciałko. Zaś jej ciekawska łapka, ponownie moje. Działała na spokojnie. Z tym, że głównie mój zesztywniały pręt znowu ją interesował. Wszystko co pod nim, dopiero później nawiedziła paluszkami i jakby… przeliczyła jajeczka w sakiewce, oceniając:
— Jezu, całkiem fajowe masz toto. Podoba mi się…
Grzecznie podziękowałem za pozytywną ocenę ujądrzenia i czekałem, co dalej nastąpi. Zaś ona z wyraźną radością na pyszczku, chwilkę pomasowała wacka, mówiąc:
— Kurwa, zajebisty trzonek. Naprawdę niezłe, sztywniutkie mięcho. Wygląda, jakby kość w środku się znajdowała. A z tego co wiem, tam nie ma gnata…
— Pieski, mają. Chłopcy, nie — zaśmiałem się.
— No, właśnie… Sfotografuję to sobie na pamiątkę. Nikomu nie pokażę, obiecuję. Mogę?
— Jeżeli bez twarzy, okay. Cykaj narządy.
— Dzięki.
Pozowałem cierpliwie, zaś ona, pstrykała fotki.
— Często musisz się onanizować? — zapytała niespodziewanie.
— Po czorta ci taka wiedza? — odparłem, zaskoczony.
— Babska ciekawość, powiedzmy. Było już dzisiaj?
— Nie.
— Czyli chłopczyk, w widocznej potrzebie… — zarechotała.
— Pomogłabyś, zamiast dopytywać.
— Rozważam sprawę — odparła wesoło.
Potem wymownie spojrzała mi w ślepia, jakby z wiele obiecującym uśmiechem na ślicznym buziaczku. Nagle pobożnie przyklękła przede mną, ciekawsko zerkając w górę.
— Wiesz, chyba jednak zmienię wstępne zdanie. Nachodzi mnie.
— Na co?
— Domyśl się…
— Seksik?
— Na razie, do buzi chciałabym wziąć. Słyszałam, że chłopaki, zazwyczaj tak lubią. A ty? Mogę? — zapytała, robiąc niewinną minkę.
— Śmiało! To, zawsze bywa dozwolone, skarbie — oznajmiłem.
Momentalnie zajęła się nienagannie naprężonym organem kopulacyjnym, witając się z nim całuskiem w czubek śliniącej się główki.
Oj, wprawnie szła jej dalsza robota. Nieustannie coraz milej i milej mi było. Dziewczyna, posiadała ewidentne zalety. Czyli gibką w nadgarstku dłoń pracującą w idealnym tempie, wyjątkowo głębokie gardziołko oraz frywolny, bardzo zwinny, pracowity ozorek. Podobnego oralu raczej się nie zapomina. Zaś wspomina, niezwykle chętnie.
W jej przypadku istniał jeszcze jeden istotny, niezwykle pozytywny fakcik. Potrafiła grać, na dwie łapki. Stale! Kiedy jedna kończynka nadzorowała położenie wacka w ustach, druga nieustannie zajmowała się jądrami. Istny majstersztyk!
„Naprawdę, mistrzyni w swojej klasie!” — pomyślałem w z wielkim uznaniem, pewnym momencie.
Potem z uwagą oraz nieskrywaną ciekawością obserwowała, jak finiszuję. Sprytnie wyłapując poszczególne wystrzały do sporej plastikowej buteleczki po kapsułkowych witaminkach.
— Robisz coś specjalnego mięśniami, że to, tak ostro z ciebie strzela — dociekała, ze śmiechem.
— Nie. Samcza natura działa. Samograj, złotko — zapewniłem.
— Niby wiem, ale wolałam się upewnić. Lubię oglądać wytryski — bąknęła.
— Więc nie przerywaj zajęcia i ponownie zobaczysz.
— Możesz tak?
— Czasami, owszem. Pracuj! Nabity dziś jestem. Jak nic, drugi raz poleci.
— Super! — bąknęła, zachwycona.
Wkrótce z nieukrywaną radością, zbierała kolejną porcyjkę męskiego eliksiru. Naczynko, cały czas dzierżyła w pogotowiu i wykazała się stosownym refleksem.
Po (koniecznej dla mnie) krótkiej przerwie rekreacyjnej, dotychczasowa obopólna cielesna turystyka zapoznawcza zakończyła się klasycznym figo-fago na nowocześnie podgrzewanej, panelowej podłodze. Aby zajęcie wypadło maksymalnie sprawiedliwie, na początek nastąpił wzajemny, partnerski oral. Przy okazji nieco popodziwiałem chętnie, wszelkie babskie zakamarki. Wszyściutko miała śliczne oraz niebywale podniecające, naprawdę. A łechtasia, nic tylko lizać i… nie przestawać. Cudne cudeńko, cholerka! Wyjątkowo podatne na wszelkie pieszczoty. Migiem, dziewczynka zaliczyła orgazm. Aż zdziwiłem się, że tak szybko i bezproblemowo mi poszło.
— Dużo dziewczyn zaliczyłeś? — poczęła dociekać.
— Nie zliczam. Matmy, od zawsze nie cierpię. A statystyka, to nie moja specjalność — oznajmiłem.
— I słusznie. Ale chciałabym jeszcze, jeśli możesz.
— Mówisz, masz.
Szybko nastąpiło klasyczne, damsko-męskie zwarcie. Czyli rytmiczne bara-bara na super seksy dziewczynce spontanicznie ułożonej pod chłopczykiem na różowym, sztucznie napuszonym dywaniku z jeszcze nieusuniętą, chińską metką. Dzidzia, po prostu zwinnie wślizgnęła się pode mnie. I pokaźnie rozkraczona, owinęła mnie zgrabnymi kulaskami, informując zwięźle:
— Na początek, klasycznie poproszę.
— Bez pieszczotek, ma być?
— No. Poprzednie jeszcze działają, tak przyłożyłeś się do zapoznawczej roboty. Nie certol się zbytnio tym razem! Po prostu nadziej mnie na swój narząd, niczym matka wegetariański szaszłyk na chiński szpikulec. No wiesz, po bożemu zadziałaj. Chcę, jak na większości polskich filmów. Samiec, na górze. Ja, pod nim. Rozumiesz?
— Spoko, masz załatwione — szepnąłem jej w ucho.
— Więc zadziałaj od razu. I nie przejmuj się, gdybym nagle zaczęła protestować. Marudzę czasami, idiotka. Rób swoje jakby, co i nie przestawaj. Rżnij, kapryśną suczkę. Tylko mnie nie przyduszaj, niczym ojciec, matkę. Kurczę, wepchnij mi go tam. Chcę, teraz! — rozkazała jednoznacznie.
— Robi się, żabeńko — odparłem, namierzając bezokim wackiem właściwy cel.
— Wilgotna stale jestem. Weź zamach tyłkiem i wbij się we mnie — poinstruowała rzeczowo.
Nieco dziwnie stęknęła i drgnęła lekko, w momencie początkowego zanurzenia. Lecz przeszło jej zaraz. Potem spojrzała mi w oczy. Uśmiechnęła się szeroko i zachęciła:
— Teraz kopuluj ze mną. Albo rżnij, jak chcesz. Nie mam pojęcia, co wolisz. Najważniejsze za nami. Ulżyj sobie. Należy ci się, nieboraku.
Milcząc, odpowiedziałem typowo samczym czynem. Zaś ona wiła się pode mną, jęcząc ostrzegawczo:
— Jezu… Tylko nie spuść się we mnie, cholero. Nie chcę bachora na pamiątkę. Masz wyskoczyć w porę! Kuma, ogier?
Nawet super sprawa, wyszła ze wspólnych ćwiczeń gimnastycznych. Spodobała się jej ma gibkość w bioderkach oraz narzucone tempo kopulacji. Ostro, działo się momentami. Jedynie ździebko, wacka przyozdobiłem sobie czerwono-różowawym kolorkiem. Zdziwiłem się, bo super seksy laseczka cioty ewidentnie nie miała. Inaczej, już na początku powstrzymałbym się przecież od oralu. Wampirkiem, czy innym krwiopijcą nie jestem!
„Co jest grane? Ma w cipencji stan zapalny, który zbyt szybką jazdą przypadkowo podrażniłem? Nie rozumiem istoty zagadnienia…” — dziwiłem się w myślach.
Później w łazience, troskliwie opłukała mój sfatygowany narząd i z uśmiechem ucałowała go w główkę, jakby ciut dziękczynnie. Jajeczka, także sympatycznie cmoknęła. Każde z osobna. Wreszcie spojrzała mi w oczy i oznajmiła radośnie, iż wacki, co prawda już obrabiała, lecz był to jej… pierwszy raz z chłopakiem w sobie.
Kompletnie zbaraniałem, totalnie idiociejąc na poczekaniu!
— Co? — jęknąłem z niedowierzaniem.
— Firmowego oplombowania mnie pozbawiłeś, dewastatorze niewieścich cnót — zarechotała.
— Jesteś… dziewicą?
— Byłam, do niedawna.
— Nie wierzę…
— Błąd! Podczas oralu nie skapowałeś się, że mam tam to jeszcze? Specjalnie na maksa szeroko bezwstydnie ci się rozkładałam, żebyś wiedział, co cię zaraz czeka. Oślepłeś? — zdziwiła się.
— Nie zaglądałem do środka.
— Żałuj. Fotkę pamiątkową mogłeś sobie cyknąć, pacanie. Pozwoliłabym. A tak, przepadło. Pękło toto wreszcie i mam po sprawie. Kumplom się nie pochwalisz, unaoczniając na foci patologiczne zagadnienie.
— Fakt, patologia.
— Niestety… Tak wyszło.
— Nawet nie podejrzewałem. Wysoce seksowna laseczka… W twym wieku… Jeszcze nigdy… Jezu…
— Cóż, przytrafiają się wyjątki, mój drogi. Zapamiętaj tę starawą regułkę! — przerwała mi, ze śmiechem.
— Wiesz, palec… wszedł bez problemu. Niczego nie wyczułem. Ale żurawia w otworek nie zapuszczałem. Głównie, łechtaczką się zabawiałem — odparłem, zgodnie z prawdą.
— Słuszne podejście! Fajniutko mi było dzięki temu. Nie mniej gapa z ciebie, boś mocno przeterminowaną cnotę przeoczył. Ale może i dobrze, żeś drobny gamoń. Sama nie wiem. Grunt, że stanąłeś na wysokości zadania. Dzięki!
— Wcześniej, żaden nie podjął się tej roboty?
— Aż tak fatalnie nie było. Raz, leżałam pod takim jednym. Ciacho nawet. I z fajowym kaloryferkiem. Tylko miał nagły uwiąd korniszona. I gówno z tego wyszło. Niemożebny pech, kurdebele. Wiesz, jak czuje się dziewczyna, gdy facet ewidentnie z nią nie może? Koszmar!
— On, wiedział o twej przypadłości?
— Nadałam mu uczciwie sprawę, jak głupia. Momentalnie fiut mu skapcaniał. Dlatego teraz wolałam o tym milczeć. Wybacz.
„Masz babo placuszek z niezłym zakalcem. Kurwa, czemuś idiotko, otwarcie simlokowej sprawy wcześniej mi nie zapodała! Nawet jakiejkolwiek przeszkody tam, nie zarejestrowałem. Do łba mi nie przyszło, żeś stale dziewica. W twoim wieku, z firmową plombą pomiędzy nogami paradowałaś jeszcze po świecie? Przy tak zajebistej urodzie, na dodatek? Ukrywałaś się gdziesik? W gęstym lesie, zawalonej piwnicy, albo w zatajonym przed ludźmi kącie, czy zapomnianym bunkrze, gdzie wcześniej żaden dupci nie dopadł i nie zrobił z nią, co trzeba? Nagły kretynizm z tego wyszedł! Jezu, od tej pory, każdą nową dupę będę skrupulatnie sprawdzał zanim beztrosko w nią wejdę. Najpierw, do golaska mała. I pac, grzecznie na plecki. Nóżęta szeroko, a ja uważnie zaglądam w otworek, przyświecając sobie telefonikiem dla pełnej jasności zagadnienia. Dopiero później wydobywam z gaci własny, gotowy sprzęt. Śmiało pokazuję narząd ziemskich uciech i działam, jeśli droga już wolna. Ale gdy zoczę cholerną plombę, migiem odeślę taką do kolegi. Znam pokręconego numeranta, który lubi bywać tam pierwszy. Taki, zakręcony z niego porąbaniec…” — skonstatowałem, w myślach.
Jednak stale trwałem w niezłym zaskoczeniu. Od początku wydawało mi się przecież, że ta super dupcia posiada już stosowną wiedzę oraz niezbędną, podstawową praktykę towarzyską. Przynajmniej w działaniach ręcznych oraz całkiem sprawną buźką. W datku, niczym sportowa, klubowa pielęgniarka wymierzała mi wszystko fachowo, jak należy. A tu, szokująca niespodzianeczka. Nagle dowiaduję się, że cichcem dziewicę, kurwa, zaliczyłem. Naprawdę niezły szok i niedowierzanie!
W jej metrykalnym wieku? Niemal niemożliwe, kurczę. Naprawdę! Ale jednak prawdziwe… Lecz nadmiernie, nic raczej chyba nie zabolało w spontanicznie rozpruwanej cipce… A może laleczka na ból jest wyjątkowo odporna? Nie wiem. W tej kwestii, ewidentnie wprawy nie zdobyłem! Używane damskie egzemplarze z reguły preferuję! Inni odkorkowali je społecznie, przecierając drogi następnym. Ja, śmiało korzystam z udostępnionej autostrady. Taka szczera, życiowa prawda seksualnego egoisty. Po kiego się przemęczać, skoro koniecznego musiku nie ma?
„Kumpel relacjonował mi kiedyś, że jakaś naturalnie ruda dupencja ostro krzyczała, wierzgała kulasami, kopała na oślep i panicznie wyrywała się spod niego, kiedy usłużnie robił swoje na jej wyraźne, wcześniejsze zażyczenie. Chciała brykać, ale oporna się okazała, albo patologicznie przywiązana do przenoszonej cnoty? Cholera wie…” — przypomniałem sobie dawne, towarzyskie, typowo męskie opowieści snute przy chłodnym browarku.
Cóż regularna, rutynowa wymiana typowo męskich doświadczeń wówczas zachodziła, znaczy się. Normalka! Wszak, jak wykazuje oraz naucza życiowe doświadczenie, każda zasłyszana wieść, może kiedyś odbiorcy się przydać.
Inny koleżeńsko-uczynny chłoptaś, zapewniał mnie telefonicznie kiedy indziej, że w namiocie na obozie harcerskim po kilku wchłoniętych wspólnie piweńkach (dla obopólnego rozluźnienia harcerskich obyczajów oraz rozruszania inicjacyjnej sytuacji), poszło mu z tym fantem gładko oraz całkiem bezproblemowo.
— Oj, łatwizna, chłopie. Nie przepracujesz się! Luzik, przy tym zadanku. Kazałem się jej rozebrać i ułożyć, jak należy. Czyli do wersji dymania, po bożemu. Tak, najprościej się cnotę zwalcza! Dokładnie obejrzałem babski feler anatomiczny. Migiem zesztywniałem należycie przy owym obdukcyjnym zajęciu. Na jej ślepiach, wzułem na wacusia atestowane ogumienie (bo wcześniej miło o nie poprosiła). Okazałem dupci gotowy, zabezpieczony gumką sprzęcik i śmiało zadziałałem. Nic trudnego, kurde! W dodatku ułatwiała mi zadanko, jak tylko mogła. Rozkraczała się, sama z siebie. Nawet nie wiem, kiedy cholerna przeszkoda w niej pękła. Może wtedy, jak nagle z głupia frant krzyknęła, że mnie kocha. Pojęcia nie mam, co babinie odbiło. Umawialiśmy się na konkretne, koleżeńskie przedsięwzięcie, a nie, na byle miłość. Grunt, że konieczną robotę chwalebnie odwaliłem zgodnie z danym słowem, że skutecznie ją nocką przelecę. Czyli męski honor, bez problemu został uratowany. Wiesz, do dziś lubię tę mocno figlarną lasencję. Loda, nieźle robi. A calutki ładunek, połyka z apetytem! Bratu mego dobrego kolegi, także podoba się jej wprawna obsługa. Spróbuj z nią przy okazji. Zapoznam was. Wówczas chciałem jedynie skutecznie dopomóc zaplombowanej suczce w jej nieszczęściu życiowym. Ale także przetrzeć szlaki młodszemu, ciotecznemu bratu, któremu niemożebnie się pindzia podobała. Sam, bał się szczyl napocząć firmowo oplombowany towarek. Zaskomlał o wsparcie, to i dopomogłem bliźniemu swemu. Proste, całkiem racjonalne rozwiązanie… On, do dziś czasem ją jeszcze posuwa, gdy akurat jedzie na silnym musiku. Wiesz, nawet filmik kiedyś im nakręciłem na śniegu, podczas wspólnych zimowych ferii w górach. I mamy własnego pornoska, na pamiątkę. Tyle, że korzonki później biedaka złapały i kompletnie płciowo zaniemógł. A filmik: „Dymanie w ostrą zadymkę śnieżną pod krzyżem, na Giewoncie”, żeśmy zatytułowali. Bije rekordy w necie. Nawet fajna kasiorka z tego kapie! W dzisiejszym świecie, reklamy dobrych sponsorów robią swoje… — oznajmił, z entuzjazmem.
Później za free, pokazał mi owo mało artystyczne dziełko przy jakiejś okazji. Nic specjalnego, moim zdaniem. Poza tym, że śniegu wokół pełno, zaś aktorzy obowiązkowo goli. Najpierw, klasyczne robienie loda (tyle, że na mrozie) na tle ośnieżonych szczytów górskich. Potem wiadoma akcja podczas burzy śnieżnej. Płatki mokrego śniegu, szybko topiły się na wytrwale pracującym penisie. Następnie jeszcze rżnięcie od tyłu, przy wsparciu się aktorki o metalowe pręty jakiejś wysokiej konstrukcji. Nic więcej. Dalej filmik się urywał, bo kompletnie nagi aktor, nieoczekiwanie zaniemógł, z zimna. Chwycił się za lędźwie i zastygł w bezruchu. Zaś z przodu, miał totalny zwis poerekcyjny! Aż przykro było patrzeć na autentyczne ludzkie cierpienie. Dziewczyna robiła co mogła, aby jeszcze choć finał mógł dograć. Lecz nic nie skutkowało. Nagła, bezwarunkowa impotencja u biedaka pechowo wystąpiła.
Za to w mym życiorysie, na kolejnych, wspólnych sex-wagarach z wielce superaśną Patrycją (za naszym którymś tam, nagim razem) usłyszałem, że przypadkowo odplombowana przeze mnie, nigdy niedepilowana jeszcze lalunia, bardzo chciałaby posiadać we własnych gatkach komplecik naprawdę dorodnych… jajeczek oraz naturalnego, elegancko sztywniejącego wacka.
Przyznaję, znowu oniemiałem z jej powodu. Ot, kolejny zdrowo-niezdrowy szok związany z tą zajebistą pięknością oraz niedowierzanie własnym uszom. Ale jednak wystąpiło…
„Co takiego znowu wymyśliłaś? Odbiło nagle rębnej dupci? Zidiociałaś do reszty, nieszczęsna? Jezu, tylko cycków sobie przypadkiem w marzeniach nie poobcinaj. Szkoda, bo ładne cholerstwa! Ale po czorta ci toto męskie tam w dole, malutka? W twoim przypadku bez samczych ozdóbek wyglądasz znacznie lepiej, korzystniej i sporo atrakcyjniej, kochaneńka. Przynajmniej, dla mnie…” — zauważyłem spontanicznie, w ciutkę skołatanych myślach.
Za cholerę nie wiedziałem, co myśleć o ewidentnie porąbanym zagadnieniu. W życiu, nie spotkałem się z czymkolwiek podobnym. Ot, dziwaczne dziwo oraz przedziwna dziwność, ponad standardowymi, dziwacznymi dziwnościami. Zaistniał, znaczy się, uogólniony kociokwik, cholera!
Potem (kiedy już ździebeczko doszedłem do siebie) seksowna, naguteńka blondzia oznajmiła bez najmniejszej krępacji, iż aktualnie pragnie spróbować ze mną seksu… w seksowny tyłeczek.
— Centralnie w brązowe oczko, tym razem poproszę. Wypnę się ku tobie, abyś miał łatwiej. Napatrz się, podjaraj i śmiało zadziałaj. O nawilżaczu, tylko nie zapomnij. Tak, też nigdy u mnie nie było. Czytałam, że egipscy faraonowie preferowali w zadek. Pamiętaj, znów pierwszy będziesz. Na stojąco ma być, gadzino — zaznaczyła.
„Mówisz, masz. Spoko, zadziałam i na starodawną, egipską modłę, oczytana żabciu! No problem, niedoszła faraonówno…” — pomyślałem życzliwie i wyjątkowo uczynnie.
I stało się zgodnie z damskim zażyczeniem. Zadek korcił, wacek świadkiem! Tylko jęczała nadmiernie i całkiem niepotrzebnie, moim zdaniem. Na ów pedalsko-egipski sposobik, raczej by przecież nie doszła. Choć czort, babę wie! Z taką, nigdy nic nie wiadomo. Szczególnie, w łóżku. Pobożny katecheta, tak nam kiedyś wpajał w ramach szkolnej religii. Z niego, na mnie owa święta (zapewne), nauka dość wcześnie spłynęła. Gdyby nie religia, w szkole w ogóle by nam o seksie nie mówiono. Tradycja, najwyraźniej. Zaś na przysposobieniu do życia w rodzinie o patriotyzmie oraz żołnierzach wyklętych, głównie nawijano. Niemożebna nuda…
Po szybkim, bezgumkowym seksie doodbytniczym Patka wyprostowała się, stanęła przede mną okrakiem, wypięła dumnie fajny cyc i nagle zapodała śmiało, iż tak naprawdę, to wyłącznie we wszystkich papierach jest Patrycją. Zaś w rzeczywistości, powinna mieć na imię Patryk, albo inaczej, ale wyłącznie po męsku. I, że choć regularną lesbą nie jest, jako mocno utajniony chłopak, od pół roku szaleńczo kocha grubą Gośkę z sąsiedniego, starego osiedla. A tak generalnie, to preferuje nie, wychudzonych chłopców lecz wsobno-zasobne w ciałeczko, mocno cycate dziewuszyska o dużym, obszernym tyłku i udach, niczym nogi przedwojennego fortepianu. Ze mną bzyknęła się wyłącznie z czystej ciekawości. Aby zobaczyć, jak z chłopakiem będzie. Ale po koniecznym eksperymencie, nastąpi definitywny koniec między nami! Więcej mi dupy nie da, cholernica. Co najwyżej, od czasu do czasu może ciekawsko poobserwować jak się onanizuję patrząc z zachwytem na nią, rozebraną. Czyli ogólnie, sadystka wyszła z niej niemożebna, kurwa mać! Patrz chłoptasiu i podziwiaj mnie. Lecz męcz się sam, ze sobą. Jawny sadyzm i zgroza, cholera!
„Ot, masz poczciwy, uczynny człowieczku nagłą niezasłużoną przykrość z niby fajowej sex-przygody z dość rzadko spotykaną pięknością. Własny, prywatny wacek we własnych gaciorach, suni się zamarzył. O solidnych jajach, nie wspomnę! Pozory widać rzeczywiście mylą, psia mać! Dziewczynka z kutasem i jądrami? Bez jaj! Może dla odmiany, ja mam posiadać w majtach łechtaczkę oraz cipencję? Czasem, jakoś trzeba przecież pobrykać w te klocuszki. No a cycki, niby do kogo mają wówczas należeć? Może po jednym, u każdego? Pasi, aby? Gubię się w mocno porąbanym zagadnieniu. Istne szaleństwo. Litości, czcigodni ludeczkowie! O boże…” — kombinowałem odruchowo.
Ale nie było pomiłuj, ani żadnej, nawet mini korekty jej zapatrywań na naszą patową sytuację. W roli sex-usłużnego chłopaka, widzieć mnie więcej nie zamierzała. Zaś ja, ewidentny naiwniaczek liczyłem, iż może przejdzie jej w końcu ta przedziwna dziwota. Lecz szybciej mnie odpuścił zawziątek na nią, niźli stało się odwrotnie. Wówczas pojęcia jeszcze nie miałem, iż podobne przypadłości bywają nieuleczalne. Oczywiście, przy typowo standardowym podejściu do mocno nietypowego zagadnienia.
„Kuźwa, tak prześliczna dziewczyna wnosi ostre pretensje do losu, że posiada na firmowym wyposażeniu ładne cycki, cudną łechtasię oraz cipkę, a nie jajka i wacka, do kompletu. Pozornie, idiotyzm. Ale, gdzie tam. Jedynie szczera prawda, niestety…” — niedowierzałem w młodych, ewidentnie zbłąkanych myślach.
A że owa niemożebnie pociągająca samiczka naprawdę przepiękna była, długo żałowałem ostro wypaczonej, koleżeńsko-towarzysko-osobniczej rzeczywistości. Ustawicznie wgapiałem się w jej cudowne cycuszki, które na odchodnym, dobrodusznie pozwoliła mi sfotografować. Ona zaś, zadowoliła się portretem mego usztywnionego przyrodzenia. Po prostu z obopólnej inicjatywy, po raz ostatni rozebraliśmy się przy sobie i każde, cyknęło u drugiego, co chciało zachować na pamiątkę. Czyli nastąpiła spontaniczno-koleżeńska wymiana mocno osobistych fotek na nieuniknione pożegnanie, nic więcej. Jawna szkoda, psia mać. Ale mówi się trudno i pozostaje w rozmarzonej, kompletnie niechcianej samotności. Ot, życie…
Potem diabelnie sfrustrowany mocno zaskakującym niepowodzeniem (jakby uczuciowym, jednak) za namową pewnego nowopoznanego, wysportowanego kolegi (z zamiłowania, otwartego onanisty!), zapisałem się do… Młodzieżowego Elitarnego Klubu Leworęcznych Masturbantów Intelektualnych. W skrócie: MEKLMI -„Onan”. Wcześniej pojęcia nie miałem, że w ogóle istnieje cokolwiek podobnego! Dopiero ów kolega zaznajomił mnie z aktualnie obowiązującą, towarzyską rzeczywistością. Dotyczyła wyłącznie śmiałych i absolutnie bezpruderyjnych chłopaków, oczywiście.
Gbur (ksywka tegoż kumpla, a nie, chamski przytyk!), jako jeden z kilku członków-założycieli specyficznego klubu, został mym zaufanym wprowadzającym do mocno niestereotypowej organizacji. Z tym, że najpierw zażyczył sobie… obejrzeć mnie całościowo. Co oczywiście umożliwiłam nowemu koledze. Toż żaden problem! Szczególnie, kiedy usłyszałem, iż naczelne hasło organizacji brzmi: „Yes, we can!”.
Wszak logiczne, iż po koleżeńsku powinienem udowodnić, iż także potrafię skutecznie zwalić lądunek, posługując się wyłącznie lewą ręką podczas typowo męskiego zabiegu. A więc w małej salce, na polecenie obserwatora, gatki powędrowały w dół tuż przed nim. Potem samoistnie budzący się narząd cabas w lewą dłoń i do dzieła, chłopino-kandydacie. Tylko obserwujący wszystko człek, nie miał bladego pojęcia, że od małego, we wszystkich czynnościach bywam… oburęczny. W pisaniu, także. Nie wiem, skąd mi się to wzięło. Tak było, jest i tyle w temaciku! Dla mnie, żaden problem. Dla innych, owszem. Demonstracja wiadomych uzdolnień, wypadła pozytywnie. Lecz to zaledwie początek…
Klub był wysoce elitarny, więc oczywiście nie każdy mógł się doń zapisać. O ostatecznej przynależności decydowała specjalna, wieloosobowa komisja kwalifikacyjna. Jak wynikało z nazwy wyjątkowo towarzyskiego, młodzieżowego stowarzyszenia (któremu nieświadomie patronował miejscowy ośrodek krzewienia kultury fizycznej!), należało udowodnić przed kadencyjnym kierownictwem, iż bezproblemowo czyni się sobie dobrze lewą ręką. Prawa, mogła posłużyć delikwentowi jedynie do trzymania w pogotowiu fikuśnego, klubowego pojemniczka o kształcie dwóch kopulujących, różowych świnek. Do wyłapywania wydalanej przed komisją spermy, wysoce przydatne cacko, nie powiem. Podobno zostało sprowadzone hurtowo wprost z Wenecji, kurierem. Zaledwie jedno euro za sztukę płacono na tamtejszej wyprzedaży. Lecz w klubie, odsprzedawano rzecz członkom za polskie trzy dychy. Inaczej kasiory na działalność organizacyjną, migiem by zabrakło! A bez niezbędnych funduszy, wszak każda organizacja upadnie.
Zawarte w nazwie określenie: „masturbacja intelektualna” oznaczało, iż należało wykombinować w myślach podczas rozluźniającego zabiegu odpowiednio rajcującą zajawkę erotyczną. Bezmyślne gapienie się wówczas na byle fotkę z gołą babą, tudzież z podnieconym chłopem (w zależności od prywatnych preferencji klubowicza!), albo dajmy na to, pilne śledzenie akcji klasycznego pornosa, w ogóle odpadało. Zero wysiłku intelektualnego przecież wówczas zachodziło. Oto, główny powód!
Członkostwo w klubie zapewniało także nieco zaskakujące, a nawet ździebko egzotyczne atrakcyjki. Pewnego dnia przekonywano nas naocznie, iż sperma może wyciec również z wiotkiego fiutka. Początkowo, wszyscy chłopcy twierdzili zgodnie, iż to w ogóle nie możliwe. Wówczas zaproszono na ogólną salę wspólnych ćwiczeń masturbacyjnych, nieco egzotycznego gościa. Młodą Chinkę, bawiącą w Polsce w celach własno-edukacyjnych. Lecz nie pamiętam już, co skośnooka dama studiowała.
Dziewczyna kłaniając się kurtuazyjnie po swojemu, sama wybrała z sali chłopaka do zapowiedzianego eksperymentu. Chyba się jej po prostu spodobał. Z radosnym uśmiechem na owalnej buźce, bezpardonowo rozebrała go do rosołu. Z tym, że najpierw ciekawsko zajrzała w jego bieliźniane gatki. Po czym radośnie klasnęła w dłonie i szybko ściągnęła je z niego. Zachichotała, wskazując prącie. A obracając je w niewielkich palcach, obejrzała ze wszystkich stron, wyrażając mimicznie podziw dla samczych przymiotów, typowo europejskich rozmiarowo. Ułożyła golasa na podłodze na wznak, rozpostarła mu nogi i klękając pomiędzy nimi głęboko skłoniła się, jak gdyby oddając hołd samczym narządom płciowym. Później tak długo masowała prostatę przez odbyt, aż z kompletnie sflaczałego fiuta wyciekło, co planowała. Lecz nie siuśki, oczywiście. Wacuś doświadczalnego chłopaka był naprawdę kompletnie wiotki w momencie męskiego finału. Widownia spostrzegając wyciekającą zeń spermę, poczęła klaskać. Lecz jednocześnie, ewidentnie zbaraniała. A któryś, krzyknął:
— O kurwa, a niech mnie. Ludziska, widać współczesny Chińczyk, wszystko potrafi! Nigdy bym nie uwierzył w sukces przedsięwzięcia, gdybym nie ujrzał przed chwilą, że tak, też to zadziała.
Zaś młodziutka Chinka, uśmiechnęła się rozbrajająco. Skrupulatnie zebrała chusteczką z płaskiego, męskiego brzuszka własnoręcznie utoczoną spermę. Zdjęła z mini łapek błękitne, medyczne rękawiczki. Ponownie skłoniła się wszystkim po swojemu i wyraźnie uradowana, zniknęła za drzwiami, którymi wcześniej weszła. Lecz główny obiekt międzykontynentalnego eksperymentu przyznał otwarcie, iż ów specyficzny zabieg nie był dla niego nazbyt przyjemny. Dlatego na przyszłość pozostanie tradycjonalistą świadomie wybierającym klasyczne rękodzielnictwo, w czyimś wykonaniu. W swoim, oczywiście także. Bo jakże by inaczej, skoro należy się do wysoce elitarnego klubu…
Mniej więcej miesiąc później, wydarzyła się przykra sprawa w rzeczonej organizacji towarzyskiej. Na wyraźnej fotce ktoś udowodnił zgromadzonej tego dnia publiczności pilnie ćwiczącej leworęczność, iż jeden z członków elitarnego klubu leworęcznych panów masturbantów, ewidentnie oszukuje. Podczas weekendowej imprezki na jakimś krytym basenie, anonimowy fotograf zrobił chłopakowi zdjęcie, na którym ten, onanizował się tradycyjnie, prawą grabą. Co wszystkim członkom elitarnego klubu, było oficjalnie zakazane. A szczególnie afiszowanie się ze sprawą, publicznie! Co innego dyskretnie wzbogacić doznania prywatnie w domowym zaciszu, kiedy nikt nie widzi. Lecz przenigdy na oczach postronnej publiki, do cholery! Intelektualna elita masturbacyjna, przenigdy nie powinna oszukiwać wpatrzonych w pornosy, maluczkich onanistów. To niehonorowo! I nie godzi się…
Bezczelny winowajca i ewidentny oszust, momentalnie trafił pod zwołany w trybie pilnym sąd kominiarkowy. Jeszcze tego samego dnia stanął nagi przed obliczem złowrogo wyglądających pięciu sędziów, wcześniej zaprzysiężonych na trzyletnią kadencję. Mieli na głowach czarne kominiarki oraz nic więcej na sobie. Jedynie po genitaliach widocznych pod prezydialnym stołem, dawało się ustalić, iż są to wyłącznie faceci. Przewodniczący składu sędziowskiego był brzydko obrzezany. Jego krótki, niewiarygodnie gruby penis wytrwale prezentował dostojny wzwód. Poniżej w pomarszczonej mosznie widniały dwa niewielkie jądra o zróżnicowanej wielkości. Pozostali sędziowie, pod względem płciowym wyglądali standardowo. Oklapnięci przeciętniacy, po prostu! Z jajkami niczym z Biedronki, wielkościowo. I zero znaków szczególnych na uwidocznionym ciele. Nikt spośród obecnych na sali rozpraw, nie miał pojęcia, kto jest, kim. Obowiązywała pełna anonimowość, z wyłączeniem kilku zdawkowych informacji dostarczanych przez narządy płciowe, widoczne pod stołem.
Skruszony winowajca szybko przyznał się do niedopuszczalnego, weekendowego przewinienia. Zwalając winę na nadmiernie spożyty, nazbyt słodki alkohol oraz przypadkową dziewczynę, która także się wtedy rozebrała w celach rozrywkowych. Owe fakty, jedynie pogorszyły trudną sytuację winowajcy. A błyskawiczny wyrok kominiarkowego trybunału ostro przeraził niejednego klubowicza. Zasądzoną karę wykonano natychmiastowo, przy wszystkich zgromadzonych. Zaistniała przy okazji także drobna, klubowa profilaktyka dyscyplinarna! Aby i innym członkom nie przydarzyła się kiedyś podobna, publiczna niesubordynacja manualna. I zadziało się, dość paskudnie…
Z bocznego pomieszczenia przytoczono bardzo stary, skrzypiący, metalowy, wyraźnie wysłużony już stół sekcyjny. Taki, ze sporym otworem pośrodku blatu i z przymocowanym pod spodem ocynkowanym wiadrem oraz czarnym, dużym akumulatorem. Chłopakowi, rozkazano ubrać się i ponownie rozebrać do naga. Co bezszmerowo uczynił i struchlały, oczekiwał wymierzenia kary. Drżącymi łapami troskliwie osłaniając panicznie obkurczone jajeczka, które jakby wiedziały, co je czeka. Potem nagłym kopniakiem w tył kolana, powalono przerażonego golasa na podłogę.
Po chwili pochwycono go za nogi oraz ręce i ułożono na blacie starego stołu, niczym bezwładne zwłoki. Następnie szeroko rozciągnięto skazańcowi nogi, na boki. A konopnymi sznurami wprawnie unieruchomiono bezbronne ciało, z maksymalnie wyeksponowanymi genitaliami. Ewidentnie zmarniały kutasek skazańca był maksymalnie skulony, zapewne z przerażenia swego właściciela. Zaś wredny sędzia zmierzył ów mini narządzik głośno ogłaszając publicznie, iż penisek przestępcy, liczy zaledwie dwa i pół centymetra długości. Jednym słowem, zachodzi wstydliwa męska patologia, wybitnie niedorozwojowa! Lecz nikt nie zaśmiał się z mizerotki. Wszak wcześniej, wszyscy klubowicze wielokrotnie widywali ów nieobrzezany narząd. Szczerze podziwiając twardy, jurny okaz poddawany towarzysko procesowi leworęcznej masturbacji.
Chwilkę potem główny sędzia, brutalnie (aż uwiązany chłopaczyna zawył z bólu), przypiął mu do jądra metalową, zębatą klamrę połączoną czerwonym przewodem z pokaźnym akumulatorem. Drugi zacisk (także dołączony do źródła zasilania), umocował na blacie metalowego stołu. Nacisnął ciemnozielony, podświetlany przycisk, inicjując przepływ prądu. I rozpoczął się istny koszmar klubowicza!
Solidnie uwiązany, nagle podskoczył całym ciałem na stole sekcyjnym i zawył, niemiłosiernie. Potem już tylko prężył się ustawicznie i coraz bardziej czerwieniał na twarzy. Zaś wcześniejsze wycie, przeistoczyło się w piskliwy skowyt błagający o ułaskawienie. Lecz o jakiejkolwiek litości nie mogło być mowy. Klubowy, demokratycznie zatwierdzony statut nie przewidywał podobnej możliwości. A sędziowie, byli zobowiązani do jego skrupulatnego przestrzegania. Jawny winowajca powinien cierpieć, aby chronić się przed ewentualną recydywą. Wszystko działo się dla dobra członka klubu! I przebiegało zgodnie z planem, przewidzianym dla wymierzanej kary. Prawidłowo, oczywiście.
Nagle skazaniec dziwnie zadygotał. Wyprężył się prezentując zebranym nagły wzwód penisa, po czym… zamilkł. Zaś jego bose stopy, bezwładnie przechyliły się na zewnętrzne boki. Okazało się, że nagi człeczek… zemdlał. Podobnego punktu programu, w ogóle nie uwzględniono w jakichkolwiek planach.
Penis zwiotczał i opadł smętnie. Golas, momentalnie zsikał się oraz walną solidną kupę wprost do wiadra zamocowanego idealnie pod jego tyłkiem, pod blatem metalowego stołu. W wyraźnej panice, odcięto przepływ prądu. Po czym energicznie i ewidentnie boleśnie, ściśnięto jądra nieboraka. Później dziwacznymi klapcęgami, mocno przyciskano już tylko jedno jajo do blatu metalowego stołu. Potem, ktoś maksymalnie rozszerzył bezwładne nogi i z impetem walnął pięścią w oba jądra, mocno dociskając je do kości miednicy. Wyglądało jakby chciał je zmiażdżyć. Nieprzytomna ofiara, nijak nie reagowała na brutalne bodźce. W narastającej panice, bóg wie czemu zaczęto intensywnie szarpać skazańca za wiotkie prącie. Dwaj inni panikarze, robili to samo z jądrami. Każdy, ciągnął pochwycone jajo we własną stronę. Akcja (niby ratunkowa), poczynała przebiegać coraz bardziej makabrycznie…
— Kurwa, za momencik jajka mu pourywacie — krzyknął któryś ze świadków szokującego zajścia.
— I dobrze. Może przestanie udawać, albo przebudzi się wreszcie — odkrzyknął ktoś, z drugiej strony sali elitarnych tortur.
— Panowie, a może skorzystajmy z okazji, że leży na stole medycznym nic nie czując i za karę wykastrujmy go lub chociaż obrzezajmy całościowo, dla zabawy. Widziałem na kanale przyrodniczym, jak Murzyni, swoim to robią. Tylko u nich obrzezanie, to plemienne wyróżnienie za męstwo, a nie kara. Mogę spróbować. Raczej, łatwizna. Tylko ktoś odporny na widok krwi, do pomocy oraz ostry kozik będzie potrzebny. Własnego, nie mam dziś chyba przy sobie — oznajmił rosły blondyn, pospiesznie przeszukując kieszenie.
— E, tam. On, nie miał jeszcze dziewczyny, ani chłopaka. Po czorta takiemu jajka. Lepiej wykastrujmy go dla jaj, na poczekaniu. Ciekawe jak zareaguje, kiedy się wreszcie obudzi? — zaśmiał się rezolutny brunecik.
— Chłopcy, odpuśćmy. Jeszcze, jaka heca w końcu z tego wyjdzie. Po co nam to, kurwa mać! — zastanawiał się inny obserwator.
Nie czekałem na dalszy przebieg wysoce elitarnych, klubowych wydarzeń. Totalnie zszokowany, zwiałem stamtąd gdzie pieprz rośnie. Nawet o kurtce i ukochanym plecaczku zapomniałem. Po prostu gnałem przed siebie miastem, baz określonego celu. Nie wiem, jakim sposobem znalazłem się przy zoo. Nagle, ponad ogrodzeniem ujrzałem śmiesznie rogatą głowę żyrafy. Wówczas zatrzymałem się, mocno zdyszany. Dla ochłonięcia z nadmiaru elitarnych emocji, poszedłem pooglądać małpy. Zacząłem, od człekokształtnych. W końcu, ulżyło mi.
Dzień później, na własną prośbę wypisałem się z towarzyskiej elity sadystycznej. Skonstatowałem, iż z wielkim zdziwieniem oraz zaskoczeniem wykreślano mnie z listy członków owej elity. Zaznaczono przy tym jasno i stanowczo, iż powrotu, nigdy dla mnie nie będzie! Wówczas, odetchnąłem! Z nieskrywaną ulgą, oczywiście.
Po kilku latach przypadkowo dowiedziałem się, iż w wyniku owej elitarnej zabawy prądem, ówczesnemu skazańcowi amputowano potem w szpitalu lewe jądro. Podobno wdała się w nie… martwica tkanek. Wyciachano jajko, w tempie ekspresowym. Aby uogólnionej posocznicy z tego nie było!
Chłopak przeżył. Ponoć wstawiono mu do moszny sztuczne jądro. Aby przynajmniej na pobliskiej plaży nudystów, czy na nowych randkach zapoznawczych, wszystko wyglądało po staremu. Wiem, że nie znalazł dziewczyny i próbował zostać księdzem. Lecz ustawiczna przemoc seksualna w seminarium duchownym ostro go przeraziła. Już raz, przeszedł swoje! Ostatecznie, chłopak został… gliniarzem. Mógł działać na rozkaz i nie myśleć, cóż czyni bliźniemu swemu!
Podobno chętnie przesłuchiwał bandziorów przystawiając im służbowy paralizator do przymusowo obnażonych jąder. Czyli działo się coś, na wzór wrednej, ukrytej zemsty? Czy może raczej perfidnej patologii zawodowej oraz ewidentne nadużywanie… niby władzy, przez imć pana maluczkiego? Pojęcia nie mam.
*****
Natomiast sporawo, naprawdę sporo, sporo wcześniej, jeszcze jako typowy małolat, dowiedziałem się od (starej już w owym czasie numerantki), iż od wczesnej młodości jestem podobno nieuleczalnym… seksoholikiem.
Czemu?
Cóż, taka niby lekko druzgocząca oraz niby fachowa diagnoza padła kiedyś pod mym nieletnim adresem. Lecz z założenia, bynajmniej nie miała być komplementem! Pozarejonowa, emerytowana już wtenczas, stara panna psycho-pediatro-androlożka, tak mnie kiedyś matce nagle dookreśliła. Twierdząc (po bezczelnym obejrzeniu przy rodzicielce oraz wymierzeniu mych najistotniejszych, nieletnich jeszcze szczegółów anatomicznych), iż jej zdaniem, stanowczo zbyt często się onanizuję, nieustannie marząc o seks-zapasach, z co bardziej atrakcyjnymi koleżankami.
Lecz z kolei moim, młodzieńczym wtedy zdaniem, była to istna bujda na resorach. Zdezelowanych, jak i owa pieprzona niby specjalistka od męskich jajek oraz wacka migiem sztywniejącego przed jej medycznym obliczem. Miała na to swe sposoby, przy których przymusowo rozebrany chłopczyk czuje się kompletnie bezradny. On, nie chce. A ten, rośnie mu, jak na drożdżach. Zaś ta, beztrosko ocenia stopień dojrzałości płciowej zawstydzonego małolata. Taki numer!
Tylko cóż mocno schyłkowa już babina z rozklekotaną, poradziecką suwmiarką oraz współczesną, chińską, tandetną linijeczką w wyraźnie dygoczących łapach, może wiedzieć o młodej, prężnej, typowo męskiej sprawie? Na domiar złego, kobita była ponoć starą panną, cholera! Lecz być może przed wiekami, posiadała jakąś prywatną praktykę pozazawodową. Skąd mogę wiedzieć. Z tym, że aż tak makabrycznie „urodziwej” baby, raczej żaden normalny chłop by dobrowolnie nie zechciał, moim zdaniem. Jedynie pamiętać należy, iż wyjątkowe wyjątki, a także i prości zboczeńcy trafiają się na tym świecie, podobno. Czyli jak mawiają liczni ludeczkowie, każda potwora ma szansę na spotkanie jakiegoś amatora. Rzecz gustu, jedynie.
Z wrodzonej nieurody, naprawdę piękno z niej było paskudniste, jak diabli. Bynajmniej nie dlatego, że mocno leciwe już, cholerstwo. Pani Baba Jaga-Jędza przy tak super paskudzie, to nieziemskie seksy bóstwo, nieomal. Niejeden skandynawski Troll pewnie by z naszą Jagunią czasem nawet ochoczo zaszalał, gdyby naszło go na miłosne zwarcie z byle potworą. Określonka: pasztet, szkaradnica, czy choćby kaszalot, to przemiłe komplemenciki w jej przypadku. Brak słów w ojczystym języku, aby precyzyjnie dookreślić takową superaśną urodę. Ja, nie potrafię. Nie da się, moim zdaniem! Nie przesadzam…
I co? Mam się liczyć z opinią aż tak szkaradnej specjalistki? Seksoholika sobie nagle ze mnie zrobiła przebrzydła, stara lampucera. Bzdura i totalna niedorzeczność, przecież!
Ludeczkowie przemili, pomyślcie trzeźwo choćby odrobinkę. Chociażby przez mini-mini momencik! Niby, czemu miałbym zostać tak wysoce, szlachetnie oraz niemożebnie zaszczytnie wyróżniony przez przewspaniałą Matkę Naturę, która stworzyła mnie z własnej woli, albo dla kaprysu. Wszak na calutkim, ziemskim łez padole seksoholicy płci obojga u wszelkich narodów, stanowią zaledwie około 3-4-5% współczesnej, ludzkiej populacji. I co? Ja, skromniutki nieboraczek zrobiony matce przypadkowo przez kogoś tam, pośród owej uprzywilejowanej garsteczki globalnych współziomków, miałbym nagle zaistnieć spontanicznie? E tam, nie dam wiary. Bujda przecie…
Już przy urodzeniu, miałem mieć niby aż tyle fartu, czy ogólnego szczęścia? Niby czemu, kuźwa? Gdzie tam! W żadne wielkie cuda, czy insze, karłowate cudeńka nie uwierzę. Nie ma sensu, przecie! Gdyby imć mocno paskudniasty babsztyl apodyktycznie orzekł, że drobny erotoman ze mnie, zapewne nie protestowałbym zanadto. Lecz seksoholik? Na pewno, nie! Kretyński idiotyzm pokręcona, stara panna sobie ubzdurała, czort wie czemu. Też mi, wielgachna specjalistka. A jeśli już, to wyłącznie dzięki przesadnym gabarytom. Szczególnie ud oraz dupska!
A sprawy, tak się potoczyły…
Matka, po przypadkowej lekturze wspomnianego już wcześniej anonsiku skierowanego do wszystkich nadtroskliwo-odpowiedzialnych kobiet, o męskich jajkach czymś tam zagrożonych, stała się szczerze zatroskana (tak, po rodzicielsku!), czy aby rozwijam się w gatkach prawidłowo. Pilnując garów wydumała sobie z nudów, iż skoro zwykle (w przeciwieństwie do niej!) szczelnie zamykam się pod prysznicem, musi czaić się cosik złego za rozporkiem. Doprowadziła mnie więc przymusowo do owej starej, wąsatej babo-zołzy o męsko brzmiącym nazwisku, Gamoń. Niespodziewanie, na całościowy przegląd techniczny u wyjątkowej szkarady wylądowałem. Ukochany synalek, niczym byle autko został oddelegowany do sprawdzenia wszyściuteńkiego, co posiadał! Tylko migiem, niezła siara ze sprawy wyszła…
Owa fachura medyczna, pierwotnie miała być facetem. Lecz w ostatniej chwili okazała się… kobietą. Zerknęła na mnie spode łba w tandetnej peruce i beztrosko rozkazała, migiem wyskoczyć z ubranka. Ot tak, na dzień dobry. Majtki w dół, na powitanie starej pani medyczki!
— Pokaż mi chłopcze klejnoty. I prącie, przy okazji. Pora sprawdzić twój męski ekwipunek — wyjaśniła obojętnie.
— Czyli mam się rozebrać? — postanowiłem się upewnić.
— Zgadłeś!
„Przy wszystkich? W tym przy młodej, elegancko cycatej, bezdyskusyjnie rębnej pielęgniarce, ze świeżą malinką w kształcie sporych ust, na niemożebnie długaśnej szyjce?” — zajęczałem w duszy.
Nie powiem, całkiem interesujący przypadek współczesnej kobiecości, także pracował w owym gabinecie. Nieomal… nówka sztuka! I to, jaka! Nic, tylko docierać z taką stosowny mechanizm. Cóż, chyba czasem pociągają mnie nieco starsze obiekty pożądania. Nie moja wina. Taka, cichutka prawda oraz prywatna tajemnica. W dodatku pani pielęgniareczka przypominała mi naszą cudną, nową matematyczkę. Bóstwo, na boskich odnóżach!
„Cholerka, sam bym się w nią chętnie wgryzł, niczym tamten, jakiś. Raczej chyba nie mąż, bo rejestracyjnej obrączki na smukłym paluszku ewidentnie brakuje…” — myślałem spostrzegawczo.
W duchu panikując ździebko przed przymusowym striptizem w jej wysoce seksownej obecności.
„Wyjdzie na jaw, że mi się podoba. Wacek drań, jak nic, zdradzi sprawę. Niczego nie poradzę, kurwa mać. Siara!” — zajęczałem wewnętrznie.
— Nie wstydź się nas. Nie ma sensu — rzekła, puszczając do mnie oko.
— Łatwo powiedzieć… — bąknąłem, strapiony.
— Szkoda czasu. Śmiały bądź. Rozepnij i opuść spodnie razem z majteczkami. Zaprezentuj swe skarby i nie przejmuj się niczym. Działaj! — chyba próbowała dodać mi otuchy, na swój sposób.
— Jezu, wychodzi, że naprawdę muszę okazać wacusia i klejnoty… — westchnąłem, wyraźnie zdruzgotany.
— Nie inaczej, przystojniaczku. Rozbierz się. Poczuj się, jak na randce… — zaśmiała się beztrosko.
— Czyli co? Kompletnie na gółkę mam tu być?
— Tak, będzie najlepiej.
— Zależy, jak dla kogo… — westchnąłem.
— Pamiętaj, zdrowie to podstawa.
— Nic mi nie dolega…
— Sprawdzimy. Zdrowe jądra są bardzo istotne w przypadku każdego mężczyzny. Okaż je do koniecznego przebadania. Siusiaka, również dokładnie obejrzymy. Nie przejmuj się niezręczną sytuacją. Rozbieraj się, nieboraku. Twój poprzednik, w ogóle nie protestował… — uśmiechnęła się ciepło i sympatycznie.
— Jeszcze nigdy nie pokazywałem narządów w takim otoczeniu.
— Nie szkodzi. Zawsze jest jakiś pierwszy raz. Takie życie.
— Niby racja. Ale…
— Nie panikuj nadmiernie, nieszczęśniku.
— Nie panikuję. Po prostu, głupio mi.
— Niepotrzebnie. Weź przykład z wcześniej badanego kolegi. Rozebrał się, potem ubrał i po problemie — zachęcała.
— Skoro najwyraźniej trzeba… nie mam chyba wyjścia — jęknąłem, podłamany.
— Dokładnie.
— Trudno… — westchnąłem.
Nieszczęsny i rzeczywiście przygnębiony, miałem szybko zaprezentować się w pełnej okazałości po środku gabinetu, w którym nawet mini firaneczek w oknach nie było. Za to jakaś znudzona, gruba dziewczyna w oknie naprzeciwko, owszem. Tkwiła, wyraźnie zapuszczając żurawia do wnętrza rzęsiście oświetlonego gabinetu lekarskiego. Czyli ewidentny nadmiar żeńskich oczu i ichniego szczęścia, przy jednym, męskim nieszczęściu, cholera! Lecz cóż miałam począć? Po tylu uzasadnionych zachętach wypadało już tylko zdjąć kolorowe majty i zademonstrować babom swe walory.
„Kurwa, chyba rzeczywiście nie zadzieje się inaczej. Zero ratunku, znikąd! Najwyraźniej muszę wszystko pokazać. Nawet tej szkaradzie w oknie, która zna zapewne gabinetowy scenariusz. I wyczekująco, patrzy na mnie teraz uporczywie…” — jęknąłem wewnętrznie, zdejmując na początek buty i skarpetki.
Szczerze mówiąc, dopiero w poczekalni mamcia lojalnie zasygnalizowała mi, iż może zaistnieć ewentualność, że polecą mi zdjąć gatki i wacunia oraz jajeczka ciekawsko obejrzą w gabinecie. Czyli szanowni medycy przebadają mnie, niczym pan ginekolog, ją. Bezwstydnie rozkraczoną przed nim, bez bielizny na sobie. Więc jakby co, trudno! Siła wyższa. Wyjścia nie ma. Skoro zdrowie człowieka zawsze najistotniejsze, mam grzecznie oraz bezszmerowo okazać swe narządy płciowe wszystkim zainteresowanym. Niczym ona naguteńką cipkę w typowo babskim gabinecie.
— Fakt, synku. To niezbyt przyjemne oraz mocno niekomfortowe wydarzenie. Ale czasem trzeba — podkreśliła.
— Po co?
— Zrozum sytuację oraz specyficzne, prozdrowotne, życiowe okoliczności. Nagość przy kimś (nawet kompletna!), to w sumie ludzka rzecz. Nic strasznego. Z czasem przywykłam do sprawy, choć początkowo miałam opory, aby zaprezentować się rozebrana postronnym ludziskom. Bądź dzielny i odważny, jakby co.
— Łatwo ci mówić…
— Spokojnie, kochanie. Pamiętaj, twoje majty mają powędrować dziś w dół, gdy zaistnieje potrzeba. Każdy dorastający chłopiec powinien mieć przebadane i fachowo ocenione jajka oraz zasadniczy, męski narząd. Zrozum to! — zaznaczyła.
— Jezu, gdzieś ty mnie przywlekła? — jęknąłem.
— Do lekarza od jąder. Masz je przecież, tylko nie mam pewności, czy są zdrowe.
— Nic im nie dolega, zapewniam.
— Trzeba sprawdzić. To konieczność. Z uwagi na nazwisko medyka myślałam, że przyjmuje dziś facet. I łatwiej pójdzie ci wówczas pokazanie mu swoich narządów płciowych. Tylko wyszło inaczej. Przepraszam, mały. Zaszła drobna pomyłka. Chciałam, jak najlepiej. Nie wstydź się pani doktor, kochanie. Stopień dojrzałości twych jąder należy ocenić. W domu, dawno ich nie widziałam. Mocno wstydliwy jesteś.
— Mama, powiedz jasno. To tutaj, chłopakom jajka obcinają? Zaraz będę miał… po nich? Nie chcę! Co ci przeszkadza, że je mam. Niech… dalej będą. Przydadzą się. Ostro zaboli? Nie kastruj mnie, proszę.
— Coś ty nagle wykombinował, pacanie.
— Zrozum. Jednemu z naszego osiedla, jajo tak w szpitalu załatwili. Za zgodą matki, cholera. Taka wredna.
— Co?
— Nie uprzedziła biedaka, co medycy mu zrobią. Zapodała jedynie, że majtki z niego zdejmą. Kiedy go usypiali gołego, miał oba. A teraz, z jednym chodzi. Widziałem! Pokazał kilku kumplom, zdruzgotany. Kalectwo, cholera! Dziewczyny, ciągle się z niego teraz nabijają. Z tym, że wacek, podobno nadal mu staje. Tak zapewniał, ale nie udowodnił. Wstydliwy się zrobił. Wcześniej, miał sporo inaczej.
— Ja zapewniam, że niczego ci tutaj nie utną! Siurka, także.
— Dobre, choć to.
— Zrozum najpewniej, jedynie obejrzą twe mocno tajne narządy. Tutaj profilaktycznie jądra badają, aby potem nie trzeba ich było mężczyznom wycinać. Pamiętaj, niezbędna jest profilaktyka oraz badania kontrolne. Tak, jak w przypadku kobiet. Cycki, także przecież badam u różnych lekarzy. To konieczność! Rozumiesz synku?
— Przecież masz sztuczne…
— To, nie ma nic do rzeczy. Zamknij się! A jeśli już o tym gadasz, to sporo ciszej, cholerniku. Ludzi, w poczekalni pełno — warknęła ostrzegawczo.
— Sztuczne cyce, to powód do wstydu? Czemu? Nie wiedziałem… Ale wiesz, dobrze ci je zrobili. Nie wiszą, jak przedtem.
— Skąd wiedza? — oniemiała.
— Widziałem, obie wersje.
— Kiedy?
— Nie pamiętam. Drzwi do łazienki często nie domykasz. Kiedyś przyuważyłem też, jak się depilujesz. Ładniej ci bez kłaczorów. No wiesz, tam. Od razu młodsza się wydajesz, niż jesteś w rzeczywistości. Tak trzymaj.
— Zamilcz, nędzna kreaturo!
— Niczego złego nie powiedziałem. Ale… dobra. Milknę.
Milczeliśmy, oboje. Chwilami, zgrzytała zębami lub bębniła palcami po sąsiednim krześle.
Potem nagle odpochmurniała i ponownie nadała jeszcze raz, iż pomimo, że jej zdaniem jestem w domu mocno nadwstydliwy, w gabinecie mam zdjąć gaciory, nie bacząc na wszelkie niesprzyjające okoliczności.
— Pamiętaj synku, siła wyższa, to konieczne! Wiadome oprzyrządowanie u mężczyzny, to podstawa, istotna w różnych sytuacjach życiowych. Należy o nie pieczołowicie dbać, gdy posiada się w majtach, co potrzeba. A póki co, stale je tam masz, w przeciwieństwie do jakiegoś osiedlowego, częściowo odjajczonego kolegi. Więc w ramach ochrony istotnych walorów, okaż wszystko do koniecznej kontroli. Pozbądź się gatek i masz po problemie. Prosta czynność, mały. Dasz radę… — podkreśliła.
— Najwyraźniej, nie odpuszczasz — westchnąłem.
— Owszem. Twoje dobro mi w głowie, małolacie.
Później argumentowała dodatkowo, że kiedyś, jej pradziadek ostro zaniedbał męską sprawę, a potem nie tylko calutką prostatę, ale i oba jajka naraz, mu wycięto. Czyli zaistniał męski koszmar! Przed którym ona, koniecznie pragnie mnie uchronić. Bo skoro w bliskiej rodzinie było już raz coś podobnego, może się powtórzyć, niestety.
— Pamiętaj, młody. Nie po to wyprodukowałam cię kiedyś z eleganckim, zgrabnym i fajnym mini siusiaczkiem oraz z dwoma ładnymi jąderkami, aby ci wszystko później paskudni medycy poobcinali, cholera — zaznaczyła, ciut nerwowo, lecz jakby troskliwie.
— Jezu, mama. Odpuść wreszcie! Nie strasz konieczną kastracją i tak, ostro zaskoczonego człowieka… — jęknąłem błagalnie.
— Więc potwierdź mi szybciutko, że zdejmiesz majtki, gdy medycy ci każą, albo poproszą o to. Błagam! Obiecuję, dziś na pewno tutaj kastrowany nie będziesz. Wacka, także ci nie odetną. Zachowasz wszystko. Nie pozwoliłabym na podobne barbarzyństwo, syneczku. Zrozum zaniepokojoną matkę!
— Mamcia, przypominam. Moim zdaniem, wszystko wporzo mam — podkreśliłem.
— Mam nadzieję, młody. Lecz skoro tu dotarliśmy, sprawdźmy wszyściutko. Jeśli nie będziesz stwarzał zbędnych problemów, długo to nie potrwa. Więc jak będzie z gatkami, syneczku?
— Okay, opadną. Skoro mus, ściągnę je i pokażę ludziom, co posiadam. Niczym po kolei każdy z chłopaków obecnych na poprzedniej imprezce. Inaczej nie honorowo by wówczas wyszło. Także, wystąpił musik. Z tym, że nie medyczny, a okolicznościowo-towarzyski.
— Coś ty wyczyniał, dzieciaku? — wytrzeszczyła gały w ostrym niedowierzaniu.
— Sorki. Wyrwało mi się przypadkowo. Nic takiego. Udawaj, że nie słyszałaś — bąknąłem.
— Wporzo, mówiąc po twojemu. Jedynie nie wiedziałam, że wyhodowałam w domu striptizera — zaśmiała się.
— Przypominam, nie słyszałaś o czysto towarzyskim zajściu.
— Potwierdzam, na moment dziwnie ogłuchłam, cholerny striptizerze. Przerażasz mnie…
— Mamo!
— Nie było tematu, nicponiu. O niczym, stale nie wiem. Ale dziś, postąp identycznie bezwstydnie, cholerniku. Jedynie widownia będzie sporo inna. Nie przejmuj się nią, a także przeżyjesz, dzwońcu.
— Masz obiecane. Zdejmę, co potrzeba. Trudno! Resztę przypadkowo wyznanych win, odpuść mi, proszę.
— Załatwione, syneczku. Niczego nie wiem o twoim życiu towarzyskim. Wzorem babci, widać przygłuchłam na starość. Cóż, stopniowo tetryczeję. Taka kolej rzeczy, mały…
— Dzięki, za wyrozumiałość!
— Nie ma za co, syneczku. Ale błagam, w przyszłości nadmiernie nie przesadzaj. Szczególnie z alkoholem oraz dziewczynami.
— Postaram się.
W skrytości ducha liczyłem, że mocno nadtroskliwa staruszka może się jednak nieco myli, co do konieczności okazywania komukolwiek penisa oraz kompletu wiecznie przeładowanych jajeczek. Ale gdzie tam! Płoche nadzieje oraz naiwne złudzenia, czy też małoletnie mrzonki nieletniego nieśmiałka. Jak wspominałem, medyczne polecenie padło krótkie, lecz nad wyraz jasne i wyraziste. Brzmiało, mniej więcej tak:
— Do golasa, chłopcze.
— Tak, od razu? — jęknąłem.
— Nie ma sensu rozkładanie tego na raty. Osłucham cię, opukam, jądra dokładnie zbadam i prąćko obejrzę oraz zmierzę. Szybko, działaj! Szkoda mego czasu. Inni czekają na to samo. Rozumiesz?
— Okay. Zrobi się wszyściutko, skoro trzeba. Trudno! Majty, też spadną. Mus, to mus, cholera. Będę goły niczym święty turecki, albo inny, pogardzający doczesnością, starodawny, wędrowny mnich muzułmański — zapewniłem bez entuzjazmu.
— Cieszę się, że rozumiesz gabinetową sytuację. Na dodatek, jesteś już oczytany. Brawo! — podkreśliła z szerokim uśmiechem.
— Faktycznie, lubię czytać. Ale pani doktor, skoro mam stać tu całkiem na golasa, może chociaż o jakiś skromny parawanik nieśmiało poproszę. W sumie, nie mam jeszcze wprawy w beztroskim pokazywaniu kompletnie obcym ludziom wszystkiego, co posiadam dzięki familijnym genom — jęknąłem, ciut błagalnie.
— Wybacz chłopcze, od dawna nie posiadamy żadnych przesłonek. Pogódź się z tym. W państwowej służbie zdrowia stale obowiązują drakońskie oszczędności. Nie wiesz jeszcze? — usłyszałem w rozbrajającej odpowiedzi.
— Rozumiem. Wszędzie dziś bieda. Taki kraj…
— Niestety. Teraz wyskakuj z ubranka i naprawdę nie marudź zanadto. Śmiało!
— Spoko. Za moment gatki bezwstydnie opadną i okażę ciekawskiej służbie zdrowia stan mego posiadania. Pulpeciara w oknie naprzeciwko, też mnie pewnie chętnie obejrzy. Trudno, czort z nią! Ale mama, choć ty na mnie nie patrz! Dobrze? — poprosiłem.
— Spokojnie, kochanie. Nie wstydź się swej nagości, rozmawialiśmy już o niej. Męskie narządy płciowe, także trzeba zbadać, co jakiś czas. Młode ujądrzenie, również. A twoich skarbów, prócz kilku wyluzowanych, bezpruderyjnych kolegów oraz mocno ciekawskich, imprezowych koleżaneczek, nikt jeszcze nie oglądał — odparła, jakby zgryźliwie.
— Jezu, mama. Przestań!
— Przepraszam, nie powinnam o tym pamiętać. Ale zapomnieć nie mogę, kochanie.
— Błądzisz. Nie rozumiesz aktualnej sytuacji?
— Czyli czego, twoim zdaniem?
— Stanąć mi zaraz może. Pan fiut, często miewa fanaberie. W tym sęk. Urośnie mi pewnie, mamuniu. Proste!
— Stajesz się mężczyzną, syneczku. Nie dziwota, że możesz zareagować typowo po męsku. Raczej brak wzwodu pana członka byłby powodem do niepokoju o ciebie. Lecz jeżeli twój penis elegancko mężnieje, to dobrze. Nie wstydź się anatomii, ani typowo męskiej fizjologii. Prawidłowa erekcja penisa, jest niezwykle istotna w życiu każdego mężczyzny. Przekonasz się o tym kiedyś, mały.
— No, nie… Oszaleję z tobą mamciu!
— Nie rozumiem. Świętą prawdę przecież powiedziałam… — zdziwiła się.
— Nie przeczę.
— Więc, w czym dostrzegasz problem?
— Jezu, skojarz peszące mnie zagadnienie. Rodzonej matce, sztywnego kutasa mam tu za chwilkę otwarcie pokazać? Chcesz tego? Serio?
— Ojej, spokojnie dzieciaku. Od dawna znam sprawę.
— Jakim cudem?
— Pamiętam, jak zmieniałam ci pieluchy, czasami miewałeś wzwodzik. Babcia się wówczas z niego śmiała, ciut histerycznie. Mawiała, że niezły ogierek, albo rasowe psisko na baby, kiedyś z ciebie wyrośnie. A niepoprawna cioteczka Agata, nawet sfotografowała wtedy twój sztywny narządzik. Śmiechu, było co niemiara, kochanie.
— Mamuś, skojarz wreszcie. Od tamtej pory, zmieniło się u mnie, co nieco.
— Nie wątpię. Kiedy zaczynały się u ciebie typowo młodzieńcze zmiany, przestałam cię kąpać. Pamiętasz? Wówczas nie wstydziłeś się mnie jeszcze, jak obecnie.
— Pradawne czasy, mateczko. Zapewniam, gabaryty wszystkiego już inne, niż wówczas. I w różnych sytuacjach, często pręży mi się toto, na dole. Taka święta prawda, mamuniu.
— Dzięki bogu, że narząd ci się napręża. I właśnie, dlatego teraz pani doktor fachowym okiem oceni czy intymnie, rozwijasz się prawidłowo. Zapewne obejrzy oraz obmaca twój nadpobudliwy członek i oba jąderka. To, nie boli. Tylko nie przejmuj się niezręczną sytuacją oraz ewentualnymi, ubocznymi drobiazgami. Bądź śmiałym mężczyzną.
— Łatwo ci mówić… — bezradnie wzruszyłem ramionami.
— Oj tam, głowa do góry, młody.
— Obawiam się, że wacek może pójść w jej ślady.
— Nie zaszkodzi, mój drogi. Potem się szybko ubierzesz. A przynajmniej majteczki założysz i zakryjesz przed otaczającym światem swój wzwód, jeśli akurat wystąpi. Szczerze mówiąc, skoro sytuacja temu sprzyja, dobrze by było żeby przy okazji i ów stan narządu fachowo skontrolować.
— Kurde, po co?
— No wiesz, profilaktycznie. Choćby ze względu na… przyszłe dziewczyny. Żeby potem nie narzekały na twą męskość. Dla większości kobiet istotne, aby członek męski stawał bezproblemowo na wysokości zadania. Naprawdę, kochanie.
— Mama, a jeżeli wolę chłopców?
— Także przyda się podobna kontrola penisa. W obu przypadkach nienagannie twardy narząd się liczy. Tylko wolałabym, abyś nie uległ współczesnej modzie, szczerze mówiąc. Skup się na dziewczętach! Taka tradycja w naszej rodzinie panuje, mój drogi. Dostosuj się doń, jeśli możesz.
— Skoro preferujesz starodawną tradycję, postaram się.
— Liczę na to. Jakby nie patrzeć na zagadnienie, tu nie staraj się świadomie powstrzymywać rosnącego narządu, gdyby ci spontanicznie nabrzmiewał. Wrzuć na luz młody i wytrwaj! Zrób to dla mamusi.
— Celowo przeginasz?
— Skądże! W niektórych krajach podobne badanie dorastającego chłopca, to standard. U nas, rzadkość i prawie nowość. Lecz to nic strasznego, moim zdaniem. Ludzka, typowo męska sprawa nikogo nie przeraża. To po prostu odruchowo-fizjologiczna reakcja młodego, samczego organizmu. Nie panikuj zawczasu bezsensownie. Więcej śmiałości i odwagi w razie nagłego wzwodu, słonko — zaznaczyła.
— Spokojnie, chłopcze. Nic ci nie zagraża. Nie spesz się, gdy będę oglądała twój grubiejący narząd. Ponad połowa pacjentów w twoim wieku, przy podobnym badaniu reaguje pełną erekcją. Dawno do tego przywykłam. Taki mam zawód. Młoda pani pielęgniarka, także jest już ze zjawiskiem obyta. Normalka, jak teraz mawiacie — zapewniła stara lekara.
— Oj, pani doktor. Częściej chyba młodzi, eleganckimi stójkami reagują. W ubiegłym tygodniu wszyscy chłopacy mieli mocne, kompletnie bezawaryjne wzwody. Przynajmniej u mnie, na zapleczu — wskazała boczne drzwi.
— No, to superaśnie badanko się zapowiada. Ahoj, nudystyczna przygodo! Nie powiem, fajowa perspektywa się szykuje — westchnąłem bezradnie.
— Przetrwasz wszystko — oznajmiła seksowna pielęgniareczka.
— Spróbuję. Mama, w razie stójki u mnie, choć ty nie patrz. Głupio, cholera! Na wiotkiego dzyndzla ostatecznie możesz zerknąć, jeśli musisz — jęknąłem.
— Niczego nie muszę, kochanie. Mogę na chwilkę wyjść na korytarz i pozostawić cię w gabinecie nagiego, tylko z oboma paniami. Szybko obejrzą twój dumny narząd, ocenią jego przydatność kopulacyjną, przebadają jądra i po sprawie — oznajmiła.
— Niestety. Ostatnio zmieniło się nieco, proszę pani. On, jest jeszcze nieletni. A nowe procedury służbowe nas obowiązują. Opiekun prawny, powinien być obecny przy każdym badaniu małolata.
— Nie wiedziałam.
— Dlatego informuję. Na przykład wczoraj przyszedł fajny, rezolutny chłopaczek, z dziadkiem. Rozebrał się do naga, bez problemu. Rozumiał zagadnienie, bo wcześniej jego bliski kolega u nas był. Przy okazji, dziadziowi przypomniała się dawna młodość. Nawet żałował, że za jego młodych czasów, tak dokładnie chłopców nie badano — rzekła pielęgniarka, ze śmiechem.
— Nie wiem, czy kiedykolwiek zapodam wnukom podobnie… — westchnąłem.
— Do dziadkowania masz jeszcze daleko. Trudno, synku. Teraz wstyd odłóż na bok. We wszystkim, o twe zdrowie biega. Posiedzę tu, skoro muszę. Lecz zamknę oczy w razie nagłego wzwodu, obiecuję. Teraz rozbierz się, skarbie. Majteczek, także śmiało się pozbądź. Obiecałeś mi to w poczekalni — rzekła matka.
— I stanie się zgodnie z obietnicą, mamciś. Za momencik nawet maszkara z okna naprzeciwko obejrzy mnie na golasa. Co mi tam… — zarechotałem sztucznie.
— Wiedziałam, że mnie nie zawiedziesz. Tamtą, nie przejmuj się, mój drogi. Na moich oczach, także przebadano kiedyś młodego mężczyznę. Drużynowy miał uraz jąder na obozie. Musiałam pomóc sanitariuszce go rozebrać.
— Starczy tych uzasadnień, zachęt i pocieszeń. Dam radę. Wybacz wacuniu, obejrzą cię zaraz wszystkie. Tylko nie stwardniej momentalnie na oczach tylu kobiet. Jajeczka, także wybaczcie mój mocno ekshibicjonistyczny postępek! Na nic nie mam tu wpływu, cholera. Na golasa rozkazali mi się pokazać — westchnąłem zdruzgotany, zaciskając zęby.
Niemal wszystko ściągnąłem bezproblemowo. Lecz tuż przed beztroskim opuszczeniem pasiastych gatek, zawahałem się odrobinkę. Dopiero po kolejnym, jednoznacznym zapewnieniu mamci, iż szczelnie zamknie oczy, aby niczego nie rejestrować, w końcu także przymierzyłem się do ich zdjęcia. Postanowiłem poddać się koniecznemu, zapowiedzianemu, całościowemu przeglądowi technicznemu. I nagle poczułem się niczym auto matki, w serwisie pana Janka. Tylko je, serwisują faceci. Zaś mnie, baby. W tym jedna naprawdę ładna, z cyckami przyozdobionymi przez cieliste nasutniki. A co? Śmiało zerknąłem sobie w dekolcik białego fartucha. Stąd wiedziałem…
Nie mniej, stale przemawiałem sobie do rozsądku:
„Jak mus, to mus, kurwa mać. Jaja też na wierzch, chłopie. Patrzcie sobie babsztyle na niewątpliwe samcze przymioty. Młoda, wysoce rębna pielęgniareczka, wprawdzie stale gapi się jakby wyczekująco, gdzie nie powinna. Ale co tam. Pokażę zestawik! Wszak taka już jej ciężka praca, mocno rozrywkowa kosztem innych! Wstyd i wszelkie męskie opory, czy bezsensowne obawy olej chłopino, niczym na niedawnej imprezce towarzyskiej. Tam, także wyjścia nie miałeś, boś przerżnął zakładzik. A jeżeli kuśka ci spontanicznie zaraz stanie, mówi się trudno. Ostatecznie, nie dramat. Toż rozmiar stosowny, trzyma. Skoro najistotniejsze narządy trzeba fachowo ocenić, należy je śmiało i otwarcie okazać pani kontrolerce, niczym skasowany bilecik, w autobusie. Ostatecznie wszyscy ciekawscy, tam także bezczelnie gapią się na kontrolowanego delikwenta. Pokraczna w oknie, pełni tu bardzo podobną rolę. Co mi tam, niech się gapi…” — analizowałem naprędce sytuację, w nieco rozzłoszczonych myślach.
Cóż, z ewidentnej konieczności, speszone gatki nieśmiało powędrowały w dół. I niby beztrosko, stoję przed babami kompletnie naguśki. Nie osłaniam niczego, bo przecież bez sensu. Skoro muszę pokazać narządy, otwarcie je demonstruję. Logiczne! Panienka z okienka naprzeciwko, także wyraźnie na mnie łypie i chyba relacjonuje komuś przez telefon, co aktualnie widzi.
Ciutkę niezbędnej otuchy przy typowo ekshibicjonistycznym wystąpieniu dodaje mi miły, wyraźnie aprobujący uśmiech tkwiący stale na wytapetowanej buźce pielęgniareczki, przyodzianej w bardzo kusy, obcisły, biały, elegancko wydekoltowany fartuszek. Super w nim wyglądała. Tyłeczek, że haj! Cycuś, niezgorszy. Aż trudno się nie rozmarzyć. Pal sześć, że z nadmiaru striptizowych emocji oraz seksownego, damskiego widoczku niezaprzeczalnie pociągającej samicy w bieli (czyli w służbowym odzieniu), obserwowanemu chłopaczkowi cosik przy okazji systematycznie rośnie pod płaskim brzusiem. Przynajmniej otwarcie widać, iż solidnie ujądrzony młodzieniec elegancko dojrzewa. Spontanicznie napręża publicznie ciała jamiste prącia i już niedługo, niejednej kobitce przyda się pobudzony, czyli w jurnym stanie. Nic, tylko rekreacyjnie kopulować z takim. Paszteciara w otwartym oknie, dalej gada przez telefon. Z tym, że na mnie, gapi się teraz przez… lornetkę.
„Ożeż ty, zołzo-mołzo. Ale trudno. Niech popodziwia wszystko, wredna małpa. Przed taką potworą, raczej żaden dobrowolnie gaci nie zdejmie. Trafiła się raszpli rozrywkowa okazyjka, więc korzysta śmiało. Niech wie, co traci na co dzień dzięki swej przepasionej urodzie. Pooglądaj se babsztylu gołego chłopaczka, skoro możesz. Wisi mi sprawa, choć pan narząd przewlekle sterczy przed tobą na widoku…” — pomyślałem ciut złośliwie, świadomie napinając tyłek i tym samym jeszcze bardziej naprężając sztywny organ płciowy.
A małpo-mołzo-zołza odłożyła telefon i spontanicznie uniosła w mym kierunku kciuk, uwolnionej dłoni. Ale z lornetki nie zrezygnowała, numerantka. Lecz co mi tam, desperacko tkwię w miejscu, w pełnej gotowości bojowej. Działo europejską normę trzyma, więc siary nie ma i nie będzie.
Dodam, iż od nieco starszego kumpla wiedziałem, że przed dwoma laty też zaliczył ciut podobne wystąpienie. Przypadkowo oberwał w jajka, twardą piłeczką. Wredne dziewczyny-tenisistki, centralnie biedaka walnęły. Ponoć upiornie bolało i nie przechodziło. Panienki na boisku gromadnie, ciekawsko zajrzały w jego spodenki spodziewając się w nich jajecznicy. Po prostu ułożyły kontuzjowanego kibica na wznak, przytrzymały w tej pozycji, osłoniły sobą przed resztą obecnej gawiedzi i bezpardonowo ściągnęły mu gatki do kolan. Nawet nie protestował, gdy gromadnie lustrowały samcze tajemnice. Chwilkę podebatowały nad stanem oglądanych jaj oraz podumały, co dalej czynić. Jedna, zaproponowała okład na jaja z mokrego, zimnego ręcznika. Druga uważała, że trzeba by raczej z… ciepłego. Trzecia, chciała samca ręcznie spuścić, aby doraźnie sprawdzić, czy domieszka krwi w spermie nie wystąpi. Bo jeśli tak, należy go migiem dostarczyć na… kastrację. Lecz w gruncie rzeczy, żadna nie miała pomysłu na skuteczne udzielenie pierwszej pomocy ewidentnie cierpiącemu kibicowi. Któraś obiecała nawet, że w ramach rekompensaty prześpi się z nim, kiedy mu się polepszy. Inna zapodała, iż ona, także. Potem troskliwie podciągnęły mu gatki i wspólnie, odprowadziły pojękującego biedaka do… domu.
Spanikowana mamuśka zadzwoniła gdziesik, a potem migiem dostarczyła synalka na pogotowie. Z tym, że odwieczna zgrywuska(!) ocząt, bynajmniej nie zamknęła. Nie zamierzała nawet! Troskliwie, pomogła mu ściągnąć majtki i otwarcie oglądała badane fachowo narządy płciowe dojrzewającej pociechy. Zaś po kilku dniach, podczas badania kontrolnego w kolejnym gabinecie medycznym, podziwiała zmężniały z emocji narząd kopulacyjny synka. Wypowiadając nagle tajemnicze:
— A niech, mnie… Pojęcia nie miałam, że to dziedziczne.
Później w samochodzie, beztrosko i wesolutko wyznała synalkowi skontrolowanemu przy niej oraz otylej pielęgniarce i kilku przypadkowych studentkach bawiących właśnie na praktyce zawodowej, iż w dość nietypowej krzywiźnie spontanicznie zmężniałego w gabinecie narządu płciowego, do złudzenia przypomniał jej organ kopulacyjny zapomnianego już dawno… męża. Czyli zdaniem rozbawionej tym faktem mateczki, mój kumpel targał przy sobie niezbity dowód, iż właśnie tamten niemożebny drań z jej dawnych, młodych lat, jest jego biologicznym tatusiem. Z tym, że podobno w wersji na kompletnie wiotko i mięciutko, typowo męska sprawa przedstawiała się u obu dżentelmenów, sporo inaczej. Ale, na czym polegała konkretna różnica, nie pamiętam.
Moja, niezmiernie odpowiedzialna oraz słowna zazwyczaj mamcia, danego mi słowa, częściowo dotrzymała. Oczy miała wprawdzie szeroko otwarte, ale gdy sterczałem w bezparawanowym gabinecie naguteńki, stale patrzyła przez okno. Lecz nie na zołzę z lornetką przy ślepiach. Wyglądało, jakby liście na rosnącej topoli skrupulatnie zliczała. Lecz i tak przypadkowo usłyszała, iż owłosienie łonowe, penis oraz oba jądra mam rozwinięte w normie, stosownie do aktualnego wieku. Że napletek jest wprawdzie jakby ciut ciasnawy, ale prawidłowo ruchomy na spontanicznie grubiejącym penisie i pozwala na pełne odsłonięcie żołędzi. Zaś później dowiedziała się, że mam właśnie pełną, nienaganną erekcję prącia, które patologicznie wykrzywione nie jest, zaś rozmiarowo, mieści się w przyjętej w Europie normie. Tak, więc z kopulacją podejmowaną w celach reprodukcyjnych, raczej nie powinienem mieć technicznych problemów.
„Kurwa, dla troskliwej matuśki, same superaśne wieści. Uspokoi ją to zapewne…” — przemknęło mi przez myśl.
— Oj, bezproblemowo uczyni panią babunią — zaśmiała się stara lekarka.
— Wołałabym, aby zanadto się z tym nie spieszył — odparła matka.
— O antykoncepcji, proszę mu nieco poopowiadać. Przystojniak, pewnie już lecą na niego. Jeżeli chłopak zawsze korzysta z markowego ogumienia, raczej żadna go na dzieciaka nie złapie. Taka prawda — wtrąciła pielęgniarka.
— Niedawno, zastanawiałam się nad tą sprawą — odparła mama.
— Więc teraz, proszę zadziałać póki pora — poleciła pielęgniarka.
— Ma pani rację… — przytaknęła matka.
Przyuważyłem, iż moim zdaniem, młodziutka pielęgniareczka, jakby nawet przez chwilkę podziwiała męski zestawik, wytrwale prezentowany przeze mnie. Później wydało mi się, że dyskretnie puściła do mnie oko. Co ponownie dodało mi ciutkę otuchy, na momencik.
Dzięki jaskrawej lampie sufitowej, nasutniki wyraźnie przebijały przez cienkawy materiał fartucha młodej pielęgniarki.
Wacek, wytrwale nie odpuszczał…
Zołza z naprzeciwka, nadal zabawiała się moim kosztem. Aktualnie, wycelowaną we mnie lornetę trzymała oburącz.
„Gap się, cholernico. Ciesz, podziwiaj, korzystaj z okazyjki. Czort z tobą. Mi, nie ubędzie…” — zwróciłem się do niej w myślach.
W gabinetowym realu w kolejnej minucie mej nagości, w ruch poszła linijka oraz suwmiarka. I wszyscy zgromadzeni w pomieszczeniu szczegółowo poznali me wyjątkowo osobiste dane wyrażone w centymetrach, niezwykle istotnych dla każdego chłopaka. Wysoce jędzowata, stara kontrolerka stopnia mego dojrzewania płciowego, na bieżąco głośno podawała czynione odczyty. Niby wyłącznie… mi.
Jakbym ich, kurwa, wcześniej nie znał, psia mać! Jajka, także skrupulatnie wymierzyła chińską suwmiareczką i ponownie obmacała. Każde z osobna. Tylko brutalniej, niż poprzednio. Po czym beztrosko upubliczniła ich wielkość, idiotka.
„Jezu, na imprezkach przy podobnej zabawie dzieje się znacznie dyskretniej! A tu, mamcia właśnie się dowiedziała jak duży i gruby jest mój penis w pełnym wzwodzie. Siara, kurwa mać! Ale nic nie poradzisz. Przetrwaj to jakoś, golasie. Wyjścia, nie masz…” — zauważyłem, w speszonych myślach.
Zaraz potem, stare babsko poczęło ciekawsko wypytywać nieustannie podnieconego naguska o wszelkie, mocno tajne zazwyczaj myśli oraz niejawne z reguły, wyjątkowo prywatne, przedsenne działania manualne. Poranne, również. W tym, o wszelkie dotychczasowe zachowania płciowe oraz zdobyte już doświadczenia. Nawet o takie, z… porozbieranymi chłopakami. Zeznawałem szczerze, psia mać. Wrednym, policyjnym psom z mety bym nałgał we wszelakich przymusowych zeznaniach, jakby co. Lecz tutaj, o me zdrowie płciowe biegało, cholerka. Czyli jakby… priorytet.
Potem starucha spytała także o ręczne treningi sprawnościowe. Przeprowadzane indywidualne, bądź też w dobrze zaprzyjaźnionej grupie męskich nastolatków oraz o najczęstsze marzenia koedukacyjne, względnie typu homo. Wyraźnie znała się na rzeczy. Tylko wszystko odbywało się przy matce, kurwa mać. A wacek, wytrwale nie opadał. Głównie z powodu przymusowo relacjonowanych wspomnień oraz ponętnego dekoltu, naprawdę apetycznej pielęgniarki. Pierwszy raz oglądałem wtedy na żywo fajowe cycki w nasutnikach, czyli nagła atrakcyjka. Tylko wyszła ze wszystkiego… masakra!
„Kuźwa, podobne publiczne spytko-wypytki, to ewidentne naruszanie istotnych dóbr osobistych oraz jawna bezczelność, moim skromnym zdaniem. W dodatku babsko gada głośno, a matka głucha nie jest. No, i pielęgniarka ma wyraźny dowód, że mi się cholernie podoba. Zero dyskrecji, czy intymności, psia mać…” — oburzałem się w myślach.
Ale cóż w podobnej sytuacji możne uczynić spowiadany, nagutki synuś? Szczególnie wówczas, kiedy owa wysoce seksowna, sympatycznie uśmiechnięta, drobniutka pielęgniareczka szykuje na jego mocno zaskoczonych oczach nieco dziwaczne urządzenie, którego przeznaczenia on, jeszcze nie zna.
„Najwyraźniej, kroi się jakaś kolejna niespodzianka…” — dedukowałem, na bieżąco.
Działo się tak, bo nadtroskliwa matka, spontanicznie zapragnęła pójść na ostateczną całość. Nie zapytawszy mnie o zdanie, postanowiła dodatkowo sfinansować nadprogramowy proceder kontrolny, pierwotnie w ogóle niebrany pod uwagę.
— Synku, przepraszam za kolejną nowinę. Ale wszystko, wyłącznie dla twojego dobra, zrozum.
— Coś znowu wykombinowała? — zapytałem.
— Wiesz, skoro już tu jesteśmy i stoisz przed paniami rozebrany, z nabrzmiałym narządem męskim nieomal przygotowanym do wytrysku, sprawdzimy również, co twoje jąderka produkują. To ważne.
— Możesz jaśniej?
— Owszem. Oddasz kontrolnie spermę, mój drogi.
— Co?
— Olej, o plemniczki chodzi. Zrozum, o moje przyszłe wnuczęta także tu biega. Oczywiście na razie, zbyt wcześnie na nie. Lecz pewnie kiedyś spłodzisz je jakiejś dziewczynie. Taka tradycja, zwyczaj, kolej rzeczy oraz męska rola w rodzinie i otaczającej przyrodzie. A do owego przedsięwzięcia nie tylko solidny wzwód peniska, ale i twoja sperma będzie potrzebna. Zbadajmy ją, skoro jest możliwość i akurat promocja dziś obowiązuje. Nie wychodzi zbyt drogo, więc skorzystajmy z nadarzającej się okazji. Proste! — wyjaśniła, jakby entuzjastycznie.
— Zdrowo przeginasz, mama… — mruknąłem zdruzgotany.
— Nie, kochanie. Tak, trzeba!
— Wątpię.
— Błąd. Wszystko dla twojego dobra, syneczku. Pamiętaj, nie tylko stale sprawny penis, ale i zdrowe jądra są skarbem młodego mężczyzny. Zrozumiesz to kiedyś. Teraz, poddamy cię kolejnemu badaniu. Będziesz musiał oddać spermę do specjalistycznej analizy. Nie wstydź się.
— Kuźwa, mam się tu zaraz… wypstrykać? Przy was? Stojąc nago po środku tego pokoju? Teatrzyk, taki? — oniemiałem, zerkając na dziewuchę z lornetką.
— Nie wiem. Być może, rzeczywiście. Nic strasznego chyba, kochanie. Wzwód, już masz. I dobrze znasz męskie zajęcie.
— Do wystrzału jeszcze daleko…
— Nie szkodzi. Jak każdy normalny chłopiec, stale przecież ćwiczysz. Posiadasz wprawę. Wszyscy macie tak, w tym wieku. Spokojnie, kochanie. Dobrze znasz zagadnienie. Potem zrobi ci się przyjemnie. Wiesz przecież.
— Fakt.
— Wszystkie rozumiemy, że się onanizujesz. Chłopcy, zwykle muszą.
— No, czasem nachodzi człowieka musowy musik i konieczna konieczność zachodzi. Inaczej, jajka rozbolą… — westchnąłem, przyparty do niewidzialnego muru.
— Właśnie. Nie denerwuj się teraz. Jeden raz więcej nie zaszkodzi, mój drogi. Mamusia, nie będzie patrzyła. Panie, pewnie tak. Wiesz, spostrzegłam kiedyś przypadkowo, czym zajmujesz się przesiadując przed komputerem. Wybacz. Przynajmniej pojęłam, w jakim celu trzymasz przed monitorem jasnozielony pojemniczek.
— Jezu, ale siara… — jęknąłem.
— Porządnicki chłopiec, znaczy się. Przynajmniej śladów po sobie nie pozostawia wokół, niczym kiedyś, mój młodszy brat — zaśmiała się pielęgniarka.
— Nie nabijajcie się ze mnie — poprosiłem.
— Planuje pani wbijać igły w jego oba jądra, aby strzykawką wydostać z nich nasienie? Czy też rzeczywiście musi się tu wyonanizować, jak się biedaczek obawia? A może pani będzie go masturbowała do skutku? Nie mam bladego pojęcia, jak odbywa się pobieranie nasienia od mężczyzny… — zwróciła się rodzicielka do pielęgniarki, aby upewnić się w jej przyszłych poczynaniach.
— Nie tu, tylko tam, zaraz odbędzie się niezbędny zabieg — wyjaśniła seksy dziewczyna, wskazując niewielkie, zamknięte, boczne drzwi.
— Okay. Z tym, że techniczną stronę zagadnienia bardziej miałam na myśli. Pani, zajmie się jego penisem? Czy on, musi? Rozumiem jedynie, że ma wydalić nasienie przy pani, bo ktoś, powinien przecież obejrzeć młodzieńczy wytrysk.
— Nie ja, tylko nowoczesna maszynka zadziała odpowiednio na penisie syna. Ja, zazwyczaj tylko uważnie nadzoruję sprawę i faktycznie oglądam wszystko. Wie pani, siła wytrysku, kondycja męskiego narządu, usytuowanie obu jąder i takie tam… Mój facet czasem wścieka się, że na codzień zajmuję się w pracy takimi rzeczami. Ale z czegoś, żyć trzeba.
— Pamiętam, że kiedyś mężowi koleżanki wbijano igły w jądra. Twierdziła, że strasznie spuchły mu po zabiegu i długo nie nadawał się do obowiązków małżeńskich.
— Igłą, zdrowo boli. Katorga, dla żywego mężczyzny. Krzyczy przy tym i cierpi. To, mocno starodawna metoda. Jedynie ze zwłok, tak się jeszcze teraz nasienie pobiera, jeśli trzeba. Po co katować żywego człowieka, skoro można zadziałać znacznie humanitarniej i przyjemniej dla pacjenta. Lecz jeżeli trzeba wykonać biopsję jądra, siła wyższa. Dźgamy, niestety.
— Straszne.
— Owszem. Za to pobieranie spermy maszynką, szybko idzie. Dopiero od niedawna rzecz testujemy. Klasyczna masturbacja, na ogół zajmuje chłopcu znacznie więcej czasu. A przy mnie, jest z reguły mocno speszony podczas koniecznego zajęcia. I fikuśne pornosy często trzeba wówczas dostarczyć, jako klasyczną, męską zajawkę do ręcznych poczynań. Ten pacjent nieletni jest jeszcze, czyli problem prawny powstaje. Aktualnie, służbowych pisemek erotycznych już nie posiadamy. Kiedyś były. Cięcia budżetowe wszędzie. Nędza w całym kraju obowiązuje. Takie, przykre czasy! Nie martw się, chłopcze. Damy radę — orzekła pielęgniarka, jakby pokrzepiająco puszczając do mnie oko.
Uśmiechnąłem się w odpowiedzi, ustawiając się do niej przodem, aby ponownie zerknąć w atrakcyjny dekolcik. Nie kamuflowałem się z tym. Spostrzegła me poczynania, lecz nie zostałem obsztorcowany. Za to uśmiechnęła się, jakby ciut tajemniczo…
Obie ręce, zwisały mi swobodnie wzdłuż tułowia. W aktualnym usytuowaniu w gabinecie, wyłącznie ona mogła widzieć mego stale uzbrojonego wacka. Z tym, że paskuda z odległego okna, również. Nie odpuszczała cholernica! Mnie, stało się to już jakby obojętne. Toż nie ona pierwsza oglądała mnie w takim stanie.
Dopiero w tym momencie gruntownie zaskoczyłem, co zaraz mnie czeka. Nic strasznego, na szczęście. Nawet ciekaw byłem jak się wszystko potoczy. Ulżyło mi, że ktoś, a raczej coś, zrobi to za mnie. A nie ja sam, na polecenie seksownej piguły, tuż przed nią. No, i że nie będę tryskał przymusowo przy matce. Niby podejrzała mnie kiedyś, ale jednak głupawo, cholera. Towarzystwo seksownej pielęgniarki, wydawało mi się znacznie ciekawsze i jakby bardziej naturalne, w aspekcie kontroli mego zdrowia seksualnego. Zdałem sobie też sprawę, iż nagle przestałem się kobitki wstydzić, bóg wie czemu. Stałem przed nią wyluzowany, nie przejmując się, że wacka mego ogląda zawodowo.
„Cóż, wybrała taką profesję, to i patrzy służbowo. Ciekawe, na ilu dziennie. Tylko zbyt ładno-zgrabno-seksowno-ponętna sunia, aby młody pacjent spoglądał na taką obojętnie. A, że na medyczne zażyczenie delikwent rozebrany do nagutka, to i wpływ damskiej ponętności widać gołym okiem. Zero tajemnic, cholera. Mój wacek niezaprzeczalnym dowodem, w sprawie. Początkowo jedynie z nadmiaru emocji spontanicznie się spionizował i zaprezentował przystojniaczek damskiemu otoczeniu. Aktualnie stoi, jakby dla piguły. Czuję wewnętrznie, że mnie wzięło. Kutas ewidentnie pragnie poznać ją bliżej. Lecz dzieje się odwrotnie, niestety. Ona, go ogląda. I na zmianę stanu poznawania rzeczywistości, na pewno się nie zanosi…” — pomyślałem, uruchamiając wodze wyobraźni.
Zawsze bujną miałem. Szczególnie erotyczną. Zadziałała i teraz! Patrzyłem niby na ubraną kobitkę, ale widziałem kompletnie naguteńką. Ładniutka! Cycunie superaśne. Lewy, jakby ciutkę mniejszy, ale nie mniej śliczny, od prawego. Cielesne osłonki brodawek zniknęły. W mej głowinie pojawiła się dolna depilacja. Dzieło, bez zarzutu. Nawet nieco szparki jak gdyby zobaczyłem… Gdyby to wszystko należało do mnie, stałbym się zazdrosny o podobne fantazje postronnych kolesi. Wara od niej!
Wacuś, ponownie osiągnął apogeum i począł się pieniście ślinić, z zachwytu. Dostrzegła, spryciulka. Znała się na rzeczy, seksowna fachura. Uśmiechnęła się przyjaźnie, gdy niespodziewanie zadrżałem, rozdziawiając powieki.
— Spokojnie, chłopcze. Dostrzegam problem. Ponosi cię. W tamtym pokoiku oddasz spermę. Nie wystrzel mi tu przypadkiem. Nie miałabym jej, w co spakować. Wszystkie naczynka pobraniowe, tam stoją… — zaznaczyła, wskazując zamknięte pomieszczenie.
Po chwili, zabrała mnie do niego. Ciasnota! Patrząc mi w oczy, uśmiechnęła się sympatycznie. Nie przerywając kontaktu wzrokowego, nagle chwyciła mnie za jajka. Obmacała je ciut boleśnie, mówiąc:
— Wybacz, muszę zapytać. Tylko nie skłam, ważne. Kiedy się ostatnio spuszczałeś? Sposób, nieistotny. Termin, owszem. Wieść, dla siebie zachowam. Szczerze, poproszę!
— Wczoraj rano było… — bąknąłem.
— Dobrze, że nie dzisiaj. Powinno wystarczyć nasienia. Zaraz zadziałamy. Czuj się swobodnie. Mną się nie przejmuj. Wyobraź sobie, że na randce jesteś. Z tym, że nie przesadzaj z tym, małolacie.
Oczywiście, bezproblemowo pobrała lalunia, co chciała. Wyobraziłem sobie jej podejrzane wcześniej cycki z nieosłoniętymi, sporymi brodawkami. Później, wypięty ku mnie drobny tyłeczek. W myślach wepchnąłem wacka, gdzie należy. Cicho jęknąłem z wyimaginowanej rozkoszy i realu… poleciało! Pogratulowała mi sukcesu oraz ponownie obmacała jądra. Każde z osobna.
Zgodnie z zapowiedzią, jedynie w cztery oczy byliśmy w wyjątkowo ciasnym mini gabinecie. Zaledwie bardzo wysoka, sterowana hydraulicznie leżanka się tam mieściła. I ona, obok lub tuż pod nią, w zależności od etapu pobierania ze mnie eliksirku. Nieustannie, z wielce fikuśną maszynką w szczupłej dłoni. Od początku byłem ciekawy, jak toto zadziała. Zawszeć jakaś odmiana, w stereotypowej zazwyczaj zabawie. Lubię różniste sex-nowości oraz niespodzianeczki techniczne. Ostatecznie, po to pracowici ludziska ostro główkują gdzieś w szerokim świecie, aby inni, doświadczali później spodziewanych przyjemności. Nieprawdaż?
W skromnym gabineciku, początkowo musiałem nieskromnie leżeć na pleckach, golutki. A ponętna piguła, jakby testowała sztywność wacka. Następnie kazała mi umościć się na brzuchu, na owej bardzo wysokiej leżance. Nienagannie sztywny fiut, utkwił wówczas w specjalnym otworze, po środku. Pod spodem, maksymalnie dyskretnie lecz skutecznie, medyczna babeczka pomagała mi utrzymywać erekcję, swoją łapką. Miała wprawę! Wprawdzie rejestrowałem miły masażyk oraz dotyk, jednak początkowo nie mogłem się zbytnio wyluzować. Peszyła mnie nowa sytuacja. Na randce, dzieje się sporo inaczej…
— Strasznie spięty jesteś. To nam utrudni zabieg. Popracuj nad tym — poleciła.
— Łatwo powiedzieć. Wykonać, znacznie trudniej — bąknąłem.
— Postaraj się. Podstawowy narząd, już sprawdziłam. Przystojniaczek, jest okay. Wystarczająco twardnieje. Nie masz powodu do jakichkolwiek obaw. Sukces randkowy murowany, dziewczyny nie powinny narzekać.
— Mam nadzieję…
— Nie poruszaj się teraz. Jądra, muszą leżeć w miejscu gdzie aktualnie je umieściłam, taki wymóg techniczny. Nie zmieniaj pozycji dopóki sperma nie poleci do pojemniczka pod spodem. Ruchy kopulacyjne, zabronione. I nie przejmuj się, że wszystko ze szczegółami zobaczę. Taka praca. Tajemnica służbowa mnie obowiązuje. O niczym, nikomu nie wspomnę. Pamiętaj o tym. Teraz wyobraź sobie coś fajnego i działamy — podkreśliła.
— Panią, rozbiorę w myślach do nagutka — oznajmiłem śmiało i otwarcie.
— Bez przesady, młody. Ale nie zabraniam, bo i tak, nie posłuchasz. Tylko ładna mam być, paskudniku — zaśmiała się.
— Nie inaczej…
— Okay, fantazjuj erotomanie. A na przyszłość, w dekolt nachalnie mi nie zaglądaj. Podobało się? — spytała wesolutko.
— Bardzo. Po raz pierwszy, nasutniki na żywo widziałem. Szkolne dziewczyny, tego nie używają — zaznaczyłem.
— W pracy, muszę. Na randkach nie, jak i one. Leż spokojnie. Zaczynamy zabieg — oznajmiła.
Po chwili mechanicznie uniosła leżankę i założyła mi coś na kutasa, wystającego pod medycznym legowiskiem. Potem mini pilotem, sterowała tym czymś aż do końca. Chyba obserwowała pod leżanką, jak dziarsko strzelam w jednorazowy pojemniczek. Lecz pewien nie jestem. Ale na pewno wyciskała z wacka resztki spermy, wykonując ruchy jakby doiła krowę. Wyluzowałem się, dopiero pod koniec zabiegu. Błogo nagle mi się zrobiło.
— Uczciwa porcyjka, chłopcze. Powtarzać, nie musimy — podkreśliła wesoło.
— Szkoda. Źle nie było, szczerze mówiąc. Lecz dopiero mini staniczek oraz oba nasutniczki z pani zdjąłem. Reszta odzienia, pozostała. A ciekawość zżera, co jeszcze kryje się pod łaszkami — odparłem.
— Pudło! Nie noszę staników, małolacie. Gapa z ciebie. Mój aktualny facet, ich nie lubi. Nasutniki toleruje. Patologicznie zazdrosny bywa o babskie przymioty. Oberwałbyś zapewne za swe dekoltowe obserwacje — zaśmiała się.
Dopiero teraz spostrzegłem kompletnie bezstanikowy fakcik. Pochyliła się po coś, a ja, ponownie ciekawsko zerknąłem w sporawy dekolt. Naprawdę ładnie i seksownie tam było. Lecz dobrowolnie wydumana wersja typowo damskich obiektów, znacznie bardziej mi się podobała. Spostrzegłem również, iż lewy nasutnik zniknął z miejsca, w którym pierwotnie występował. Cóż, w pełnej tajemnicy, calutki cycek tym razem obejrzałem. Lubię niespodzianki!
Przy innej kombinacji naszych wzajemnych usytuowań, nie starczyłoby miejsca dla obojga w ciasnym pomieszczeniu. Jak wspominałem, ciasnota niemożebna! Lecz przebadać się, przecież trzeba. W dodatku, na wyraźne zażyczenie rodzicielki, która sfinansowała dodatkowy zabieg oraz przebadanie mych nasionek. A im dokładniej się człek bada, tym dla niego lepiej, podobno. Spoko wyszło! A i widziałem coś fajnego, o czym matuli oczywiście nigdy nie doniosłem. Po czorta jej, nadmiar wieści…
W sumie, bezproblemowo przetrwałem nowe doświadczenie życiowe. Tyle, że tym razem, kompletnie na golasa. Ale trudno, przydarza się i tak, że nawet sztywny penis należy czasem komuś zademonstrować. A przy ładnej, młodziutkiej, wysoce ponętnej kobitce żaden wstyd wykazać się sprawnością płciową. Tym bardziej, kiedy chwali to, co sprawdza i uważnie ogląda. Czyli duma, że wszystko gra u zdrowego chłopaka!
— Jeszcze trochę i niezły ogier z ciebie będzie — usłyszałem proroctwo seksownej pielęgniarki.
Naprawdę w ogóle nie protestowałem podczas krótkiego, koniecznego pobierania mego młodzieńczego eliksiru. Po początkowych typowo sytuacyjno-obyczajowych obiekcjach, później ewidentnie odprężała mnie, a nawet autentycznie cieszyła bliska obecność seksownej pielęgniarki. W sumie, łączyła nas jednak jakaś nietypowa forma dość nowatorsko-nowoczesnej formy seksu, moim zdaniem. Z tym, że wyjątkowo bezpośrednia kobitka poleciła mi zapamiętać na przyszłość, iż w kontekście bzykania, dziewczyny na ogół wolą jak facet może wytrwać z wytryskiem, znacznie dłużej. U mnie, poszło błyskawicznie. Ledwo wysoce oryginalna maszynka poczęła działać, a migiem wydaliłem spermę przeznaczoną do przebadania. Później uśmiechnięta babeczka szczelnie zakręciła i oznakowała dziwnym kodem sterylny, wysoce specjalistyczny pojemniczek z mymi plemniczkami. Fiut szybko opadł i było, po przyjemnej sprawie.
Szczęśliwie, obyło się bez ewentualnego ostrego bólu, cholernej igły w maltretowanych jajkach oraz strzykawki. Koszmar! No, i obeszło się bez przymusowej masturbacji przy obserwatorce z lornetką, troskliwej mateczce oraz dwóch medyczkach. Spory obciach byłby przecie. W sumie, nawet fajowo oraz całkiem przyjemnie przebiegło pobieranie, nie powiem! Zaliczyłem strzał pierwsza klasa. Wyjątkowo fachowa, nowoczesna, maszynowa robota z całkiem atrakcyjną asystą. Ponoć na japońską modłę pobieranie się odbyło, jak mi piguła po fakcie zapodała. Plus na początku subtelne, smukłe, wprawne, damskie paluszki do chwilowej pomocy. Naprawdę milutki dotyk, a i fajny zabieg! Jedynie żal cholera, że bisować nie musiałem. A chciałbym. Serio! Nawet dziś. Przy tak sympatycznej asyście, daj boże!
„Mam farta, że światowa technologia ruszyła na przód. Nawet bladego pojęcia nie miałem, że dawniej, bezlitośnie igły facetom w jajka wbijano. I to na żywca, psia kostka! Okropność, wyjątkowa perfidia i jawny sadyzm, cholera. Nigdy w życiu nie dałbym się tak badać…” — skonstatowałem w myślach.
Kiedy kompletnie sflaczały i nadal nagutki wróciłem za pielęgniarką do pierwszego gabinetu, matka nie kryła faktu, że patrzy na mnie otwarcie. Ewidentnie uważnie taksowała wiotki stan posiadania przymusowo rozebranego do golasa synalka. Lecz wówczas, było mi to już całkiem obojętne. Nie wiem, czemu. Może dlatego, że wygadała się, iż zoczyła kiedyś jak masturbuję się przy komputerze i precyzyjnie strzelam do ulubionego pojemniczka. Poręczny, dlatego stale trzymałem rzecz pod ręką. Proste. Dzięki niemu, spermą nie woniało w mym pokoju, bo naczynko było z klapką. Czyli zamykane.
Ubrałem się dopiero, kiedy mi nakazano. I także nie od razu. Stałem z gatkami w garści i rozmawiałem z fajną pielęgniarką. Nagły, pełny luzik oraz zero obaw, że ponownie nagle mi stanie. A jakby co, czort z nim. Niech patrzą. Toć fajowy. Matka, teraz już również może zerknąć. Co mi tam. I tak już zołza armatkę podpatrzyła. Tylko wcześniej, wstydziła się przyznać, najwyraźniej. Taka prawda…
„Wzwód penisa u zdrowego chłopaka, normalna rzecz. Pogapcie się i popodziwiajcie, dziarsko wyprężony, typowo męski, przystojny narządzik oraz calutki komplecik mych ozdóbek…” — myślałem całkiem beztrosko.
Zaskakujący mnie problem, pojawił się ciutkę później…
Tkwiąc w stroju adamowym trakcie składania koniecznych zeznań płciowych, nie zważając zbytnio na obecność damskiej publiczności, niepotrzebnie nazbyt szczery się okazałem w swych relacjach i typowo samczych sprawozdaniach. Głównie w trosce o rozwój mych istotnych narządów, chyba. A kretyńska, stara kontrolerka płciowa migiem dopatrzyła się u mnie nieistniejącej, jakby psychopatologii mocno niepedagogicznej. Czyli jawnych podstaw głęboko ukrytego seksoholizmu.
Wierutna bzdura, moim skromnym zdaniem! Lecz babsko uparcie twierdziło, że tak jest.
Toż pod względem płciowym, zawsze działo się ze mną prawidłowo. I na dodatek nigdy majtek nie ściągano ze mnie nieomal siłą. Lecz po dobroci czasem owszem, spadały. Przydarzało się tak, głównie podczas ogólnie udanej zabawy inicjowanej zazwyczaj przez niektóre dziewczyny. Ostatecznie nic nadmiernie dziwnego, ani strasznego. Wyłącznie młodzieńcze wygłupy towarzyskie oraz ogólne jaja, jak berety. Tyle, że na golasa. Czyli wszyscy chłopcy z oprzyrządowaniem na wierzchu. Dziewczynki, również bez niczego na sobie. I fajniej, wszystkim od razu.
Znaczy się, wielce udana impreza. Zaś beztrosko imprezujący ludeczkowie, ekstremalnie zadowoleni z siebie. Logiczne i proste!
Za to w mym mózgowiu, zaszła pewna zmiana odnosząca się do wewnątrz rodzinnej obyczajowości. Po niezwykle szczegółowym, przymusowym, okresowym przeglądzie calutkiego ciałka w obecności szanownej mateczki, ciutkę inaczej się w domciu przydarzało, niż onegdaj. Golutki (tak, począłem sypiać!), swobodnie wędrowałem rano do łazienki i z powrotem do siebie. Wieczorkiem, podobnie. Z nieosłoniętym dzyndzlem, oczywiście. Wszyściutko, co fajnego posiadam, śmiało dyndało na widoku. Skoro mamuśka wytknęła mi w międzyczasie, iż zbytnio się jej wstydzę, postanowiłem wyprostować chorą sytuację. Więc paradowałem przy niej… na gółkę. Co mi tam!
„Jeśli pozwolę jej swobodnie obserwować istotne narządy, być może nie będzie znowu ciągała mnie po lekarzach, każących mi rozbierać się do naga w jej obecności. Sama synowski stan posiadania oceni i będzie, po problemie? Ale wzwodu raczej nie zademonstruję jej oficjalnie. Co najwyżej pozwolę… ponownie podejrzeć mnie przypadkowo przy koniecznym, męskim zajęciu…” — knułem, perspektywicznie.
Rodzicielka, specjalnie nie komentowała mych nowych obyczajów. Jedynie za pierwszym razem powitała mnie z uśmiechem, mówiąc:
— O! Dobra zmiana, syneczku. Tak, teraz będzie?
— Owszem — odparłem, kompletnie obojętnie.
— Tylko pamiętaj, że babcia czasem nas odwiedza. Wprawdzie oglądała cię kompletnie nagiego lecz bardzo dawno temu. A zaszły pewne zmiany w twym wyglądzie. Jąderka, chyba ciut mniejsze wówczas posiadałeś. Znacznie dorodniej aktualnie wyglądają. Nie zszokuj jej zbytnio, nudysto. Mną, możesz się nie przejmować, kochanie.
— Postaram się nie zaskakiwać babuni, mamciu — obiecałem.
I słowa dotrzymałem. Ale kąpiąc się kiedyś nie usłyszałem, że koleżanka matki wpadła ją odwiedzić. Zderzyłem się z kobietą w przedpokoju. Otaksowała mnie zdrowo zaskoczona. I rzekła do matki:
— O, fajny chłopak. Ty wciąż twierdzisz, że to jeszcze dziecko. Przyjrzyj się mu uważniej, moja droga. Siusiak, zupełnie inny niż u mego Januszka. Twój synek, sakiewkę na jajeczka posiada już solidnie wypełnioną. Jasio, jeszcze nie. Ogólnie, okaz samczego zdrowia, kochana. To już naprawdę ludzki samiec, cholera. Żałuję, że sporo młodsza nie jestem. Zgrzeszyłabym…
Oczywiście, mamuśka migiem opieprzyła mnie za witanie gości w ewidentnie nieodpowiednim stroju. Lecz potem nie raz, zerkała śmiało na całokształt ukochanego potomka, który jej wzorem, też nie domykał już drzwi łazienki. Cóż, sporo wcześniej, widywałem ją czasem na golasa. Zaś teraz ona, mogła i mnie. Czyli jakby nie patrzeć, ciutkę sprawiedliwiej aktualnie wychodziło.
Kolega, miewał podobnie. Tyle, że na plaży dla nudystów, którą od małego nawiedzał wraz z rodzicami oraz siostrą matki, która jak i moja rodzicielka wyremontowała sobie piersi. Właśnie od niego dowiedziałem się ile kosztuje renowacja babskich zabytków. Dobrze, że faceci nie muszą tego robić. Kasy szkoda! Ale słyszałem, że niektórzy w penisy inwestują. Współczesna medycyna za kasę, wszystko oferuje. O refundacji, nie ma co marzyć. Za darmochę na nocnym dyżurze, co najwyżej ząb wyrwą człowiekowi bez znieczulenia. Stosowny zastrzyk przysługuje jedynie za dopłatą. Babcia twierdzi, że za socjalizmu, państwowa medycyna funkcjonowała inaczej. Wszystko było za darmo. Widać ludziska woleli płacić, skoro chętnie zmienili pradawny, pro-ludzki ustrój…
Natomiast któregoś popołudnia spostrzegłem przy swym kompie stary, babciny wek pełen różnistych… prezerwatyw. Mamcia stwierdziła wówczas, że to profilaktyczny prezencik. Abym bachorów zbyt wcześnie niepotrzebnie nie naprodukował. Wysoko specjalistyczne, pełnopłatne badanie utoczonej ze mnie spermy wykazało bowiem, że samiec rozpłodowy ze mnie, pierwsza klasa. Ale i o skuteczne zapobieganie AIDS przy okazji mamci biegało, jak szczerze przyznała. Innego byle syfa, także.
— Pamiętaj, koniecznie przećwicz zakładanie prezerwatywy. Na sztywny penis się to nakłada, kochanie. Wiem, że podniecasz się przy niektórych filmikach. Poćwicz w domu, w momencie rozpoczynanej masturbacji. Umiejętność, przyda ci się później na randkach. Dbaj o siebie, mały. Może, choć z raz… wytryśnij w tym. No, wiesz… na próbę. Zorientujesz się w praktyce, jak kondom działa — zaproponowała troskliwie.
— Mama, teraz dziewczyny przymusowo chłopaków w toto ubierają. Inaczej, zero seksu na imprezach — zaśmiałem się.
— Nie szkodzi, mój drogi. Samemu, także trzeba wszystko umieć. Opłaca się! — zaznaczyła, niezwykle poważnie.
Potem usłyszałem jeszcze zapewnienie, iż jeśli najdzie mnie kiedyś na molestowanie jakiejś dziewczyny w rodzinnym domciu, wystarczy, że powieszę cokolwiek na klamce własnego pokoju, a mama, na pewno doń wówczas nie wejdzie. Aby nie stresować mnie i nie przeszkadzać w przyjemnym zajęciu. Przetestowałem ów tajny kod, podczas oglądania z kolegą nowej serii pornosów. Faktycznie, działało. Po raz pierwszy zabawialiśmy się, odziani w mamine gumki. Niewygodnie, cholera. A i fiut potem cały ubabrany. Nie polecam. Lepiej sprawdzi się jakikolwiek pojemniczek…
On, wyraźnie pozazdrościł mi nowoczesnej rodzicielki, mającej właściwe podejście do tych spraw. W jego katolickim domostwie nadmiernie usianym świętymi krzykami (dwa, nawet zawieszono w rodzinnej Świątyni Dumania, czyli w kiblu!), nie przeszedłby podobny numerek. Dostawał burę nawet za masturbację, której ślady zwykle starał się skrzętnie zacierać. Lecz różnie z tym bywało. Czasami, pojawiał się u niego nadmierny rozrzut amunicji podczas nerwowego, pospiesznego naprowadzania działa na właściwy cel (czyli przydarzało się mu coś, jak wystrzał z ruskiej armaty, z której pocisk wprawdzie wylatuje, ale czort wie, gdzie poleci i w co trafi). Przez co spore plamy na jasnożółtych ścianach, w jego pokoju nierzadko zostawały. A to, straszliwie wykurzało bogobojną mateczkę.
*****
Generalnie w mym przypadku, z seksem zadziało się jakoś tak…
Na niezwykle pociągającą i wciągającą każdego (klasycznie ujądrzonego) nastolatka erotykę, zwróciłem uwagę osiągając stosowny ku temu wiek. Fascynowałem się wówczas standardowo: gołymi babami (facetami, już niekoniecznie!), licznymi rajcującymi sprośnościami, tudzież drobnymi świństewkami obyczajowymi oraz siermiężnym seksem. A także przeróżnymi, nieomal niezliczonymi sposobami jego niestrudzonego uprawiania w najprzeróżniejszych miejscach (nawet w karkołomnej pozycji w zabytkowym, zaparkowanym przy parku, postsocjalistycznym fiaciku 126p, raz cosik działo się na mych zaskoczonych oczętach!). A wszystko przebiegało za czasów mej przymusowej bytności w państwowej podstawówce. Z zainteresowaniami samo tak jakoś wyszło czort wie, czemu. Z tym, że prawie wszyscy koledzy mieli bardzo podobnie, więc nierzadko wspólnie podglądaliśmy ludzi kopulujących w przeróżnych ustronnych miejscach. Czyli ewenementem w owym hobby, zdecydowanie nie byłem. Ewidentna norma rozwojowa pojawiająca się u wczesnego, znudzonego szkołą nastolatka! Proste.
Na nieco szerszą skalę, wielce emocjonujące podglądactwo także dość prozaicznie się u mnie rozpoczęło. Najpierw od samotnego obserwowania młodych ludzi z pasją kopulujących w zdezolowanych, zamkniętych samochodach zaparkowanych dla niepoznaki na zapleczu plebanii. Nikt (poza mną!|), nigdy nie pojawiał się tam regularnie od strony mini lasku, za którym był stary, cichy cmentarzyk parafialny. Chowano na nim wyłącznie księży oraz zakonnice miłujące ongiś owych ojczulków bardziej, niźli bozię.
Później przyswoiłem także nieco niecenzuralnych opowiastek o różnistych ciekawostkach zaobserwowanych nad rzeką przez wiecznie beztroskiego, niezwykle wesolutkiego kuzyna. Często pojawiał się tam z przeróżnymi modelkami, którym cykał akty w plenerze pełnym naturalnie ekologicznej zieleni. Hobbysta taki, znaczy się! Rodowo, wywodził się z zacnej familii Fiutów, lecz swe nieco erotyczne pracko-obrazki publikował pod ksywką, Onufry Klepacz. Żył zaś przez pewien czas z nielegalnego obrotu samochodami masowo skupowanymi od księży, którzy otrzymywali je w darze od grzeszno-majętno-bogobojnych parafian. Rasowego katolika, święty rozwód kosztował przeważnie… nowego, czarnego mercedesa. Tym sposobem, wszyscy byli zadowoleni. Oprócz nazbyt zachłannego państwa, tracącego na mocno wygórowanych podatkach. Cóż, pazerność przeważnie nie popłaca, kurka wodna!
Odkąd pamiętam, autentycznie ceniłem owego sporo starszego ode mnie człowieka oraz uwielbiałem jego odjazdowo odhamowane młode kobietko-modelki. Głównie, studentki. Zdarzało się, iż pozowały mu, przy mnie. Z mego ówczesnego punktu widzenia, wydawały się niby ciupeczkę starowate. Lecz psychicznie, niejednokrotnie sporo młodsze od wielu mych marudnych, wstydliwych koleżaneczek. Mym zdaniem, były to ciut nietypowo wyluzowane babsztylki, lecz naprawdę fajnowate. Do tego najczęściej, goluteńkie. Czyli super sprawa w oczętach zdrowego, niezakompleksionego nastolatka doświetlającego ich wdzięki specjalną, okrągłą lampą zasilaną z akumulatora. Nie ukrywam, lubiłem pomagać kuzynowi. Do dziś, uczynny bywam…
Dzięki grupce odhamowanych studentek często adorujących kuzyna-fotografa, wszystkim wokół wydawał się ustawicznie młody duchem, choć PESEL’owo był już dość leciwy (przynajmniej, w moim pojmowaniu kwestii ludzkiego wieku). Urzędowo, zatwardziały singiel, czyli stary kawaler (po dawnemu). Ale w życiowym realu, od dawna posiadał… dwie żony. Oficjalnie, obie nielegalne. Letnią oraz… zimową. Kobitki, znały się podobno od początku! Jedynie zbytnio nie przepadały za sobą. Jak to baby. Lecz zanim, szalały. Zaś on twierdził, iż przypadkowo stworzył sobie raj na ziemi. Podczas gdy niektórzy z jego kolegów, nierzadko mieli na tej planecie doczesne piekło zorganizowane im przez jedną, legalną żonkę.
Z pierwszą, ciut egzotyczną z urody przyjaciółeczką (która dzięki współczesnym konserwantom, jak gdyby w ogóle się nie starzała) spędzał pół roku w ich letniej, drewnianej, mazurskiej rezydencji. Dbając w przestronnym ogrodzie o borówki amerykańskie, jagody kamczackie, trzy wykradzione Chorwatom donice z krzewami aromatycznego kumkwatu, wczesne arbuzy, gigantyczne ogórki himalajskie oraz klasyczne dynie, cukinie i patisony. A także łowiąc z nią ryby. Głównie na robaki znalezione w kompoście za płotem kulawo-koślawego autochtona, Jędrzeja. Od którego garściami czerpał wysoko specjalistyczną wiedzę ogrodniczo-rolniczą.
Stąd wiedział na przykład, iż każdy ogórek wyhodowany na szlachetnym, naturalnym gównie (najlepiej kurzęcym, podebranym jesienią szczęśliwym kurkom, z kurnika) jest w środku jasno zieloniutki. I posiada niewielką, białą otoczkę wokół pestek. A do tego bywa przepyszny, w każdej postaci. Zaś ordynarny, sztucznie schamiały ogrodniczo, sklepowo-marketowy ogór hodowany na byle sztucznym gównie (czyli na współczesnych sztucznych nawozach atestowanych w pierońskiej Unii) będzie wewnątrz biały. I zawsze bez zajefajnego smaku, właściwego wyłącznie szlachetnemu, pogówiennemu warzywku. Szczególnie po ukiszeniu, mocno ohydnieje takie coś prawdziwemu smakoszowi ekologicznej zieleninki. Toż to paskudniste paskudztwo i ohydne ohydztwo jedynie. Fe, kurde!
— Panie, gówno to naturalna, niedoceniana wciąż, potęga światowa! Super ekologiczna, do tego. Tylko nikt na ów cenny towar nie zwraca uwagi, bo wonieje toto typowo po swojemu. Lecz dla mnie milej, aniżeli niejeden babski, chemiczny dezodorant. Śmierdzą takie, głównie! Panie, przyszłość ludzkości od zarania została zakodowana w gównie! A nie, skrzętnie ukryta na Księżycu, czy gdzieś hen, na Marsie. Patrz pan, ta pusta dziś planeta to jakby jakowaś wiedza tajemna, albo inny tajny kod dla maluczkich. Toż jedynie proste fakty skojarzyć prawidłowo tu trzeba. Jeżeli króciutkie słóweczko Mars wspak, czyli od dupy strony pan przeczytasz, ponownie o gównie w tym szyfrze mowa. Pra pradawni pozaziemsko-starożytni kosmici, już przed wiekami wpadli na oczywisto-genialny wymyślunek, że w szerokim wszechświecie życia, należy poszukiwać tam gdzie gówno występuje. A nie, woda. Na samej wodzie ogóreczka pan nie wyhodujesz. Zgnije, biedaczysko. Zaś na gówienku wyrośnie, że aż miło popatrzeć. Kiedy susza akurat nastanie, poszczyć pod toto zawszeć przecie można. I gitara! Wówczas od ludzkiej szczyny, jędrna nowalijka jeszcze bardziej smacznista się zrobi. Na samą myśl o chrupiącej, soczystej roślince ślinka człowiekowi cieknie. Z pomidorami, masz pan podobnie. Współczesne, nie posiadają smakowitości, bo wyłącznie chemicznie napędzane. A dawniejsze, od maleńkości na gównie wzrastały. I smakowały tak, że aż piosenkę kiedyś o nich, z miłości do pychoty, wytrawni smakosze napisali. Z tym, że jej kluczowe słowa: ”Addio pomidory” zrozumiano dogłębnie dopiero, kiedy diabelna Unia pojmała nas w jasyr. Co smaczniejsze odmiany migiem nieodwracalnie przepadły. Pozostało coś, co jedynie z wyglądu swój apetyczny pierwowzór przypomina. O smaku szajsu, lepiej nie wspominać. Nerwów szkoda! Trucizna pewnie lepsza i mniej człowiekowi zaszkodzi. Tylko nieomal siłowo, wciśnięto nam owo unijnie atestowane cholerstwo, kurwa mać! Ja panie, dobrowolnie takowego gówna nie jadam. Życie wciąż jeszcze mi miłe. Wolę chińskie przeciery pomidorowe, w zupie z byle makaronem, albo na kanapce z tajwańskim majonezem. Dzięki cholernej Unii, szybko przestałem być lokalnym patriotą. Szkoda zdrowia. Z wyboru, sobek aktualnie ze mnie. Tak… profilaktycznie! A wiesz pan, tera czosnek, wyłącznie hiszpański w Biedronce nabywam. Ten w siateczkach. Tańszy przynajmniej i w gębie dobrze piecze. Taka szczera prawda o więcej niż smętno-ponurej współczesności, miły panie sąsiedzie. Jeżeli sam czegoś sobie człek na gównie nie wyhoduje, to i gówno ma — stwierdził stanowczo głos, z mazurskiego ludu.
Sęk, że kuzyn nie potrafił bezproblemowo przekazać swej letniej kobiecie zasłyszanych, ludowych mądrości. Nie znał, hiszpańskiego. Zaś zadbana egzotyczna obcokrajówka, polskiego. Na co dzień gadali, albo z rzadka kłócili się wyłącznie po angielsku. Lecz nie wszystkie klimaty poszczególnych wypowiedzi udawało się im przełożyć na obcy dla obojga, wyuczony język. Istotny problem wówczas powstawał.
Z drugą swą wybranką (wesolutką Czeszką), aby uniknąć przypadkowych, dość częstych (polsko-czeskich) nieporozumień językowych, także gaworzył głównie po obcemu. A mitrężył w dużym mieście z kobitką, kolejnych sześć tyle, że zimnych miesięcy. Pracując przy okazji na miejscowej, polskiej uczelni.
Ustawicznie zapewniał wszystkich, iż w podobnym układziku (jak gdyby rodzinnym), wygodniej mu istnieć na tym świecie oraz naprawdę znacznie ciekawiej. Czasami, jeździł też na różne konferencje naukowe z dobrze rokującymi, co ładniejszymi studentkami. Panów studentów, nigdy podobno ze sobą nie zabierał. Zawsze otaczały go wyłącznie babeczki, będące w najprzeróżniejszym wieku. Uwielbiał ich towarzystwo oraz… ciała, które z pamięci czasem uwieczniał zdolniacha, na zagruntowanym płótnie. Zazwyczaj, nagie. Względnie zimą, wykorzystywał do swych erotycznych malunków plenerowe fotki pstryknięte gdzieś latem.
Poza tym ów wesolutki, pozornie jakoby beztroski człeczek nielegalnie handlujący onegdaj świętymi autami, prowadził kiedyś cichaczem, ponoć wyłącznie hobbystycznie (dla koniecznego dorobku finansowego do nędzniutkiej, budżetowej pensyjki) jeszcze za czasów swej uniwersyteckiej docentury, niezwykle popularną wówczas i nowatorską jak na owe czasy, tajną agencję matrymonialną dla rozwodników: „Lumpex — Human Goods Second Hand”. Z tym, że nigdy nie zarejestrował oficjalnie swej nietypowej firmy.
Ponownie zapragnął skutecznie uniknąć zarówno obowiązkowych, horrendalnych składek ZUS, jak i drakońskich podatków. A także nie utrzymywać na darmo zdrowo popieprzonego, katolickiego państewka. Pazernego na kaskę swych uczciwych obywateli, niczym jego jedynie słuszny, umiłowany ponoć kościółek. Skrzętnie ukrywający niezliczone hordy niepobożnie pobożnych księży-pedofilów oraz tabuny czynnych (zapewne z woli bożej!) homoseksualistów. Taka… tajno-tradycyjna, wielowiekowa organizacja skrywająca się pod obcym szyldem. Nie pierwszyzna, psia mać!
Aha i od zawsze, niezwykle wysoko trunkowy był nasz (czcigodny obecnie) pan profesor belwederski (dawniej, hochsztapler z zamiłowania). Prywatnie, mój osobisty wujko-dziadko-kuzyn. I właśnie ów nieco wiekowaty już, ale stale niepoprawny zgrywus, kupił kiedyś pod choinkę nielubianej przezeń mej ciocio-babci, najnowocześniejszy model specyficznego… wibratora. Czym momentalnie wywołał przy wigilijnym stole ogólne poruszenie. Zaś chwilkę później dał się słyszeć bucząco-pomrukowy, nieskrywany zawód biesiadującego karpiowo, przedświątecznie nadmiernie wygłodniałego, rodzinnego towarzystwa.
Okazało się bowiem, iż owo wysoce nowoczesne azjatyckie urządzonko owszem, wibrowało. A na dodatek nawet solidnie ogrzewało miejscowo, stopniowo wiotczejące ciałko imć kuzynki. Lecz służyło wyłącznie do… masażu lewego ramienia ukochanej przeze mnie babunio-cioteczki (czyli przyrodniej, sporo starszej siostrzycy pana darczyńcy). W której to, połączenie kostno-stawowe wkradał się cholerny reumatyzm, albo inna wielce upierdliwa, typowo starcza podagra, więc trzeba było świństwu spróbować jakoś zaradzić fizjoterapeutycznie. Prywatna, fachowa rehabilitacja wychodziła znacznie drożej, aniżeli dalekowschodni, masujący ramko wibratorek. Zaś na krótką serię należnych emerytom refundowanych państwowo zabiegów kondycyjnych, trzeba było cierpliwie oczekiwać blisko pięć… lat. Czyli drobnostka!
Jedynie zachodziło całkiem sporawe prawdopodobieństwo, iż szybko podupadająca na zdrówku ciocio-babunia, nie dożyje wyznaczonego urzędowo terminu koniecznych zabiegów ratunkowych. A pośmiertne masowanie schorowanego narządu ruchu, kompletnie nie ma sensu. Tym bardziej, iż kobieta u schyłku swego żywota doczesnego stanowczo zażyczyła sobie skremowania swych zwłok, kiedy już powstaną.
Nawet wybitnie nieekologiczną urnę kupiła sobie w prezencie pod choinkę. Za calutką, nędzną odprawę emerytalną otrzymaną od ostatniego, koszmarnie sknerowatego pracodawcy. Tradycyjnego gnicia po bożemu w cmentarnej glebie przyszła nieboszczka, za życia stanowczo nie akceptowała. Ba, nawet mocno przerażała ją takowa perspektywa oraz ewentualna (niedopuszczalna w jej rozumieniu!) kolej rzeczy:
— Co? Mam być stopniowo pożerana żywcem przez jakieś wredne mikroby, zdrowo wygłodniałe cmentarne robale, albo paskudno-obrzydliwe robalo-rosówy, krety, szczury, czy też insze wielce paskudne byle glisty? Zgroza, cholera! Nigdy w życiu! Jeśli odważycie się zakopać mego trupa żywcem w jakimś pudle, wiecznie będę was nocami straszyła. Choćby dlatego, że ustawicznie cierpię na klaustrofobię. Przysięgam, przyrzekam i solennie obiecuję wszystkim oraz każdemu z osobna, dotkliwą zemstę zza grobu! Pamiętajcie, mam być spalona w całości!. Tak, jak tu jestem, cholera. A z powstałymi prochami możecie zrobić, co zechcecie. Jedynie przy sprawnym telewizorze mnie nie ustawiajcie! Dzienników telewizyjnych nie toleruję! Z dwojga złego, już wolę znaleźć się na rodzinnej działce, na grządce z pomidorami malinowymi. Ale pamiętajcie, tak na raz (pomimo, że elegancko schudłam), zbyt dużo mnie będzie dla roślinek. Padną z przeżarcia, biedaczyny! No, i tylko na tej części pod folią, stopniowo mnie rozsypujcie. Aby w razie nagłej ulewy, nadmiernie na łeb mi nie ciekło. Miejcie też na uwadze, iż co cztery lata, koniecznie musicie wymieniać owo mizerne zadaszenie grządki. Czyli działać, jak w instrukcji użytkowania produktu, chiński producent polskiej folii, po angielsku wyraźnie przykazał. I dobrze wam radzę, moi mili. Raz na zawsze zapamiętajcie ową wielce istotną dla mnie sprawę. Nim zimno-sztywną nieboszczką wreszcie zostanę, teraz u schyłku życia, jasno wyrażam swą ostatnią wolę. Musicie wszystko wykonać! Jasne? Inaczej nieunikniona zemsta nadciągnie zza grobu, otwarcie przypominam… — argumentowała ciut nerwowo i emocjonalnie podczas którejś wcześniejszej wieczerzy karpiowej, bądź jajecznej, czy może imieninowo urodzinowej, dokładnie nie pamiętam.
Za to podczas zasygnalizowanego już wcześniej, świąteczno-familijnego obżarstwa wyszło tak, iż ogólnie spodziewana świąteczna (około wibratorowa), rodzinna sex-sensacyjka obyczajowa (z zakresu wielce frapującego otoczenie zagadnienia: ”Jak zabawiają się na starość współcześni dziadziusiowie?”) nie wystąpiła, niestety. Poświątecznego zgorszenia przy skocznej, amerykańskiej kolędzie płynącej z poradzieckiego jeszcze, niezniszczalnego radyjka, również zabrakło. Wokół królowała jedynie ogólno-rybna konsumpcja oraz różnisty światowy alkoholik, skutecznie ułatwiający trawienie owoców wszelkich możliwych, mniej lub bardziej szlachetnych wód, mini bajorek, tudzież bezkresnych oceanów, czy też jeszcze inszych zbiorniczków wodnych.
Wiadomo, każda rybka lubi pływać (nawet umordowana humanitarnie w sposób naturalny solidnym ruskim, zabytkowym młotkiem zachowanym jeszcze z epoki wczesnego socjalizmu). A nie, leniwie wylegiwać się godzinami w tradycyjnie klarowanej galarecie. Tudzież rozpaczliwie tonąć w maziowatym oleju rzepakowym z przedostatniego tłoczenia. W owej wersji, oczywiście obowiązkowo w towarzystwie szlachetnej, marynowanej w occie słodkiej szalotki wraz z ususzonym lub zamrożonym wczesnym latem, czosnkiem niedźwiedzim. Naprawdę wielce pyszniutka potrawka, kuźwa. Polecam, jeśli ktoś jeszcze jadła nie zna!
Tylko niestety… o klasyczny czosnek niedźwiedzi w tym kraju niezwykle trudnowato. W umiłowanej przez emerytów Biedroneczce, zielska owego za cholerę nie kupisz. W niezmiernie pazernym na biedronkowego klienta Lidlu, tym bardziej! A solidnie panierowane plasterki mrożonego, wielgachnego rekina-głowomłota (nie mylić z etiopskim, młotogłowym nietoperzem!) usmażone z owym zielonym, typowo ekologicznym dodatkiem są przecież prześwietne w smaku. Nawet pyszniasto-przewspaniałe, moim zdaniem. Warto skosztować. Zapewniam!
W tym kraju w okolicach zimowych świąt, znacznie łatwiej o kawałek byle rekina śmieciarza-wszystkozjada, niźli o szlachetny czosneczek niedźwiedzi. Chyba, że ktoś w porę ukradnie w krajowym lesie bezsensownie chronioną, aromatyczną roślinkę. Albo posiada choćby skromną działeczkę na odludziu i późną wiosną, poczyni legalne zapasy z własnych upraw. Wówczas ma, co zapragnie spałaszować zimą, ze smakiem. A cieszy się wówczas taka przezorna człeczynka, niczym byle wieprzek włażący sąsiadowi w szkodę i pożerający bez opamiętania swą pyszniastą zdobycz.
Tylko jakby nie popatrzeć na kolejność serwowanego menu, wigilijna wieczerza to jednak dość ciężkostrawno-tłustawe żarełko. Musowo przekąsić aptecznym, bezreceptowym Raphacholinem, albo uczciwie popić czymś równie pro-trawiennym, wspomniane potrawinki należy. Inaczej poświąteczne komplikacje, czyli upierdliwe wzdęcia oraz wysoce smrodliwe gazy, murowane! O permanentnym zatwardzeniu, nie wspomnę. Przykra, niezwykle upierdliwa sprawa, kurde!
Moim skromnym zdankiem, wokół świątecznego stołu ludziska powinni zasiadać towarzysko, bezpośrednio na nowoczesnych kibelkach (na przykład typu: Sedes Duo!). A nie, na tradycyjnie niewygodnych, standardowo profilowanych krzesełkach: made in China. Podobno polscy przedwojenni stolarze na indywidualne zamówienia, znacznie wygodniejsze mebelki wytwarzali. Ale owi prawdziwi fachowcy dawno już powymierali, niestety. Zaś kurduplaśny pan Chińczyk nie potrafi zadziałać niczym tamci, bawiący aktualnie w zaświatach. Cóż, niemożebna szkoda, cholerka!
Czyli rozumując inaczej, podczas rodzinnej biesiadki, w trakcie spożywania apetycznej jeszcze na tym etapie treści pokarmowej, najpierw królowałoby wspólne mlaskanie z wyraźnym uznaniem dla talentu kulinarnego producenta świątecznej strawy. Odgłosy te, dziś mało rażą świątecznie rozbawione otoczenie. Potem następowałoby wspólne, rodzinne pokonsumpcyjne skupienie. Ogólna zaduma nad doczesnym żywotem oraz sukcesywne wydalanie zbędnych, nieprzyswajalnych resztek pokarmowych. To z kolei, jelitom dobrze robi. I tak, fizjologię pokarmową za jednym rodzinnym posiedzeniem, mielibyśmy z głowy. Proste, nowatorskie oraz wysoce ekologiczne rozwiązanie. Tylko, co na to unijne normy towarzyskie? Cholera wie…
Jedynie wdrożenie powszechnie zalecanej dziś wersji zero waste, jest w tym przypadku raczej niemożliwe, niestety. Lecz gdyby tak jeszcze do ekologicznej sprawy zaangażować przydomowy, atestowany unijnie kompostownik, kto wie, co by z tego wyszło. Szczypiorek, soczysta kalarepka oraz wczesne rzodkieweczki wysiane na przekopanej z tym czymś grządce, zapewne by się ucieszyły z dodatkowego rarytasu. Zaś my z nich, gdy podrosną. Potem już tylko pac, kuszące nowalijki na pełnoziarnistą kanapeczkę z krowim masłem. Posypać toto jeszcze ciupeczką soli himalajskiej z dodatkiem własnej Hungarian Hot Wax, albo choćby naturalnej piperyny. I… po-szło-oo! Smacznego. Po prostu palce lizać. Byle zanadto nie wspominać, co działo się z roślinkami wcześniej, bo apetycik na wysoce ekologiczne żarełko konsumentowi w mig przejdzie. Taka, wysoce nieekologiczna prawda, niestety.
No, a późnym wieczorkiem świętująca, szczęśliwa rodzinka bez większych obaw o przypadkowe niespodzianki ze strony zaharowanego wigilijnie układu pokarmowego, mogłaby udać się na wielce niemodny już w Europie oraz za oceanem shepherdess (czyli obowiązującą jeszcze w RP oraz w Watykanie, pasterkę). Wyłącznie po to, aby świątecznie dofinansować chciwego zakonnika. A poczynioną darowiznę zakąsić niewielkim postnym, prozdrowotnie bezsolnym, bezsmakowo-mdłym okrągłym opłatkiem. I oczywiście popatrzeć, jak sukienkowy gościu popija ze smakiem mszalne winko, podczas śródnocnej ciszy. Niestety, truneczkiem owym główny aktor świętego przedstawienia przenigdy nie podzieli się z zebraną publicznością. Zapewne także spragnioną winogronowej popitki. Niemiłosiernie sadystyczna i mocno nieludzka, święta tradycja w owym zakresie wszak obowiązuje! Nieprawdaż?
Aha, jeszcze drobne cosik nagle mi się wzięło i przypomniało. Przypadkowo, zerknąłem w okno. W bloku naprzeciwko, całowało się akurat dwóch niedoubranych chłopaków, którym trzeci, wyraźnie się przyglądał. W mej łepetynie, spontanicznie zawitało pewne wspomnienie…
Otóż za młodu, mój wiecznie rozrywkowy wujko-dziadko-profesorek (dawniejszy hochsztapler), a od nieomal zawsze niepoprawny kobieciarz, sądził podobno, iż jest… gejem. Korciły go wówczas penisy kolegów, które prawie co dzień fotografował, albo amatorsko malował. Najchętniej, z natury. Ponoć zawzięcie portretował wiotkie i nieobrzezane egzemplarze. Pozbawionych większych zahamowań panów modeli wybierał w szatni na prywatnym, wysoce elitarnym basenie dla… pedałów. Właśnie tam, także i sam, spróbował niegdyś męsko-męskiej zabawy. Później za namową całkiem fajnego kolegi, zabisował z nim na odludziu. W końcu począł zabawiać się w zaprzyjaźnionym, męskim, wiernym sobie trójkąciku. Stopniowo, bywało coraz częściej i częściej. Bezpośrednio od kuzyna, dowiedziałem się o sprawie, która w rodzince pozostawała tajemnicą poliszynela. Wszyscy, kochali raczej tradycyjnie. Zaś on, jakby… niezdecydowanie. Więc cierpliwie czekano, co z tego wyniknie.
Podobno po pierwszym roku przypadkowych studiów (przepełniony kompletnie bezużyteczną wiedzą o pradawnych szablozębych stworach, kosmatych mamutach oraz przepotężnych wielbłądach arktycznych) udał się ze swymi dwoma ówczesnymi chłopakami nad morze. A konkretnie, do Chałup. Na modną wówczas plażę nudystyczną, ostro rozreklamowaną wokalnie w zawsze wolnym umysłowo, na on czas akurat socjalistycznym, narodzie. I właśnie w Chałupach, pewnego dnia ujrzał powabną, długowłosą blond-nimfę wynurzającą się na golasa z mętnej, bałtyckiej toni. Wówczas niespodziewanie okazało się, iż w przeciwieństwie do obu swych kochanków on, gejem nie jest…
Najpierw jego wielce niepoprawny, młody wówczas, niesforny jeszcze, przyszło-profesorski wacek poinformował o owym fakcie najbliższe, nudystyczne otoczenie. Entuzjastycznie zachwycił się widoczkiem panny nimfy i uniósł drań, żeby jeszcze lepiej widzieć niemożebne bóstwo. Zaś posiadacz rozbudzonego organu płciowego, już pierwszego wieczorka porzucił migiem swych zawiedzionych, podnieconych sobą chłopaków, aby gorliwie zająć się samotną nimfą. Ubraną już, z powodu wieczornego, nadmorskiego chłodu. Zaś pani nimfa niezwykle chętnie, nim się zajęła. Wiadomo, równouprawnienie wszak w kraju istnieje! Tyle, że nie bacząc na wspomniane wieczorne chłody, calutkie ubranko z zachwyconego nią chłopaka ściągnęła na nocnej plaży, wrednawa termo-egoistka. Lecz jemu, to nie wadziło, podobno. Później, zadziało się między nimi w nadmorskiej ciemności. Księżyca, nie było. A konkretnie, istniał czort w przestworzach, trwając w nowiu.
W końcu przez zbyt silne emocje płciowe, wyjątkową nieuwagę oraz nadmierne skupianie się na ustawicznej kopulacji, nudystyczna parka zmajstrowała paskudną, wakacyjną pamiąteczkę z nad morza. Po blisko roku, rozmnożeni przypadkowo studenci zastosowali drobny fortel, wzywając na pomoc znanego im, ciachowatego… geja. I pewnego dnia odbyły się oficjalne zaślubiny, częściowo fikcyjnych rodziców, na których faktyczny sprawca mocno zaawansowanej ciąży, wystąpił w roli oficjalnego świadka matrymonialnego wydarzenia. A wszystko zawirowało idiotycznie przez patologicznie upierdliwą rodzinkę panny młodej, spragnioną hucznej, familijnej biesiady oraz szybkiego zatarcia śladów puszczalstwa, ewidentnie puszczalsko-niemoralnej dziewuszyny. Wstyd przecie! I cóż, katoliccy sąsiedzi powiedzą? Zgroza…
Po kolejnych dwunastu regularnych miesiączkach starzejącej się stopniowo panny młodej oraz wielu przespanych oddzielnie nockach (nawet standardowe atrakcje nocki poślubnej w ogóle nie zaistniały, choć z czystej ciekawości, małżonkowie kilkakrotnie próbowali skonsumować zawarte małżeństwo!), nowożeńcy rozwiedli się za porozumieniem stron. Wyjątkowo zgodnych w owej kwestii. W mig, było po krótkiej przygodzie matrymonialnej. Niechcianej, w gruncie rzeczy. Uczynny kolega, ponownie został singlem wiodącym życie klasycznego geja. A samotna matka, rozwódką regularnie łykającą pigułki antykoncepcyjne. Zaś świadek owych zaślubin, dobrowolnie płacił dziewczynie alimenty i czasem gził się z nią, jak ongiś, nad morzem. Zaistniał więc klasyczny, wolny, ludzki wybór dziwno-rodzinnej sytuacji. Proste, jak stalowy pręt budowlany! Choć zarazem, jakby i… ździebełko skomplikowane, niczym życie.
Ciutkę później pojawiła się kuzynowi kolejna, lewa pamiąteczka upierdliwie becząca w przyciasnym becie. Tym razem… posylwestrowa. Drobny, naturalny, zimowy wyrób z polskich gór. Gdzie udał się chłop solo, na noworoczny podryw byleczego. Po tej przygodzie były niby gej, już nigdy nie wyruszał w świat bez solidnego zapasu atestowanych kondomów. Przewrotne życie nauczyło człowieka przezorności.
Tym razem nikt nie musiał żenić się z cycato-dupiastą, hożą góralką. Nie miała nic przeciwko własnej, przypadkowej ciąży. Lubiła nie tylko facetów i seks, lecz także produkty uboczne swego łajdaczenia się, czyli dzieci. Zaś kolejnych producentów potomstwa (drobne stadko kompletnie przypadkowych ojców), na ogół miło wspominała. Radując się, iż nie siedzą jej na głowie czekając na góralską kwaśnicę, wędzony oscypek, albo żętycę, czy inną bryndzę.
Do rozrywkowej góraleczki, kuzyn pedało-babiarz poczuł słabość całkiem na trzeźwo. Podobno właśnie klasyczną bryndzę owczą, wyjątkowo smacznistą wytwarzała. Głównie nią, go ujęła. Sobą, nieco później. O ów rodzaj białego serka (nieskażonego dodatkiem ordynarnego, krowiego mleka!), zawsze bywało trudno w polskich sklepikach nabiałowych. I do dziś, nic się w tej kwestii nie zmieniło, niestety. Za to multum owego specjału na Słowacji. Wystarczy śmiało przekroczyć otwartą na oścież granicę i pyszne szamanko czeka na konesera. Smacznego! Podeżryj polski głodomorze, ile twój żołądeczek zapragnie i ciesz się słowackim nabiałem.
Zaś, jeżeli jesteś akurat rębną samiczką w niechcianej ciąży pozostałej po rozrywkowej imprezce (przypadkowo, inseminacyjnej!), skocz po sąsiedzku do Czech. Aby legalnie pozbyć się upierdliwego problemu. Inaczej zajebiście przecudna uroda, migiem ci się straszniście popsuje, kochanieńka. O cyckach, nie wspomnę. Oklapną w cholerę, cholery. Szkoda tak atrakcyjnych gruczołków! Naprawdę. Ratuj je, póki jeszcze pora.
Cóż, nasi okoliczni sąsiedzi widać górą, najwyraźniej. I to w niejednym! Tylko diabelnie przykro, że w żadnej z powyższych kwestii na współplemieńcach polegać nie można, psia kostka. Niestety, taki (k)raj nam się przytrafił! Cóż poradzisz człowiecze, jak zwykle wykołowany przez wybrańców pieprzonego narodu?
Tutaj, jedynie modlić się o wszystko wypada człowiekowi. Więc kiedyś na religii (przymusowej nawet dla stuprocentowego ateisty!), buszując z nudów w telefonie, po co ciekawszych, zakazanych stronkach, pomyślałem szczerze oraz naprawdę wyjątkowo spontanicznie:
„Oj, dzięki ci diabelnie dobry Panie Boże za Internet oraz wszelkie, zawsze darmowe pornosy, które przewspaniałomyślnie nakazałeś ludziom licznie stworzyć oraz w nim zamieścić. Oby zawsze były tak łatwo dostępne, jak tanie winko, liczne browarki oraz woda święcona lub ognista. Spraw też o Panie, aby wszystkie laskowate dziewczyny chętniej rozbierały się na imprezach, bo ruda Małgośka, już dawno wszystkim się opatrzyła. Uczyń także, aby w szkołach seksu nas nauczali, zamiast pierońsko nudnej religii. Właśnie tego gorąco pragniemy. Przenigdy nie zapominaj Pnie, o istotnych potrzebach swych młodych, ziemskich owieczek. Pokornie błagamy cię o to wszyściuteńko! Amen…”.
Z tym, że chwilunię później skonstatowałem, iż ową wysoce dziękczynno-błagalną myślą, prawdopodobnie co nieco nagrzeszyłem przy okazji. Ale z drugiej strony, skoro istota ludzka jest stworzeniem kompletnie ubezwłasnowolnionym i wszystko w jej życiu zależy od jakiegoś boga (a multum parzcie takiego towaru na ziemskim świecie!), w kwestię ciekawych pornosów, smacznego alkoholu oraz nagutkich, seksownych lachonków na imprezkach, wszechmogący także musi być przecież jakoś zamieszany. Toż najprostsza logika na ów fakcik, wyraźnie wskazywała. Czyż nie?
Czyli znowu jakby wyszło mi ciut źle, przez przypadek. A przynajmniej, chyba nie najlepiej wtedy pokombinowałem, psia kostka.
Zaś po kolejnej chwiluni, spod tablicy doleciała do mnie święta nauka, wyrażona w stanowczym stwierdzeniu szkolnego księdza. Właśnie wzniósł tłustą łapę ku niebu i uporczywie wmawiał szkolnej dziatwie, iż:
— Seks, to wyłącznie samo zło, stymulowane ustawicznie przez wysoce paskudne, zawsze grzeszne, sterowane przez diabła kobiety. Wredne demony nimi zarządzają, pamiętajcie chłopcy — odebrałem święte ostrzeżenie.
Tylko szczerze mówiąc niedowierzałem, że w naszej zajebistej Kasi, czyli klasowej, elegancko cycatej super piękności, jakikolwiek diabeł siedzi. Wszak, jeżeli już cokolwiek z czarciego gatunku, to raczej seksowna, zajebiście kusząca diabliczka by to była. Lecz przenigdy, jakikolwiek dostojny pan diabeł. Wierutna bzdura, psia mać! Totalna ściema oraz kolejna, regularna kościelna wtopa. Czyli nieustający, durnowaty koszmar po prostu!
„Litości, obłąkani religijnie ludeczkowie. Odpuśćcie z tym szajsem, do jasnej cholery! Wszak cywilni ludziska, także tuż obok was spokojnie istnieją. I na dodatek trzeźwo myślą, w przeciwieństwie do was. Opamiętajcie się nareszcie, kurwa mać! Tak wspólnie żyć, za cholerę nie idzie…” — krzyknąłem w myślach, z wyraźnym świeckim oburzeniem.
Ale oczywiście na zewnątrz, niczego nie dałem po sobie poznać. Olałem klechę, jego rzekomo święte nauki i szybko powróciłem do pracowitego przeglądania, co ciekawszych filmików w telefonie. Na jednym z nich, jakiś zasapany księżulo posuwał akurat grubą zakonnicę wspartą o konfesjonał. Działo się więc, jak gdyby stosownie oraz ciuteczkę tematycznie i adekwatnie do szkolnej lekcji o wszechobecnej nań, przenajświętszej (zapewne) nudzie.
*****
Dodam jeszcze (dla pełniejszej przejrzystości mego niby seksoholicznego zagadnienia!), iż istotne podwaliny pod me młodzieńcze, nieustannie postępujące zainteresowania wyjątkowo milutką ciupciano-zbereźną stroną żywota doczesnego, położyła także (niezwykle podobno zacna ongiś!) lecz w onym czasie już mocno wysłużona pedagożka w stanie spoczynku, Kornelia Niestrawna. Na co dzień niemożebnie upierdliwa dla okolicznych sąsiadów, pieczołowicie przechowująca w rogu centralnego pokoju wojenno-cmentarny szkielet swego pradawnego amanta, ogólnie zidiociała sąsiadko-dewotka oraz emerytowana celebrytko-demagożka w jednym starczym, nieustannie próchniejącym kawałku. Aż przykro było zerkać na kobiecinę. Za to ozdobny szkielet pradawnego gacha przystojny, nie powiem. Czyli kiedyś, chyba miała babina wzięcie u płci mniej pięknej, niźli ona za młodu.
Nawet całkiem sporawo zawdzięczam owej przeraźliwie pomarszczonej, mocno nadszarpniętej zębem nieubłaganego czasu, ewidentnie ostro przeterminowanej w istnieniu na ziemskim łez padole, prawie już bezzębnej, nigdy nieremontowanej babinie. Czyli cholerze, dozgonnie przekonanej (niczym zacofany, wiejski Szkot!), iż powszechnie znane obiekty UFO, to nieuchwytne rakiety ziemskich duchów, które przypadkowo zabłądziły w bezkresnych przestworzach.
Głuchawa kobiecina nieustannie i niestrudzenie słuchała transmisji przeróżnych kościelnych zapiewajek tudzież modłów, z niezwykle silnych (pamiątkowych ponoć!), makabrycznie osranych przez miejskie gołębie poradzieckich, wciąż niestety sprawnych głośników, jakie stale trzymała na niewielkim balkonie w wybitnie nieekologicznych, warunkach miejskich. Nic, nie było w stanie wykończyć czortostwa, niestety.
Calutkie nasze świeckie osiedle mieszkaniowe wiecznie terroryzowała diabelnymi pobożnościami, owa święcie porąbana kretynka! Zaczynała nadawać nielegalnie o szóstej, z samego rańca. I tak, aż do późnego wieczora, kurwa mać. Zaś mocno ponure, kościelne szlagiery do spontanicznego tańca się nie nadają, niestety. Do miłego posłuchania, tym bardziej. Kompletnie niestrawne toto dla wyzwolonej z przesądów, świeckiej małżowiny usznej, psia mać. A ponoć przecież od dawien dawna mamy tu kraj tzw. wolnych ludzi oraz nigdzie niezrzeszonych obywatelek i obywateli. Dzięki bogu, grupa kościelnych oszołomów szczęśliwie nieustannie maleje. Czyli wreszcie dobra zmiana zachodzi, znaczy się!
Za młodu (jak niosła osiedlowa opowieść), baba była kompletnie innego wyznania niż obecnie. Komunizm, do spółki z socjalizmem wielce ceniła, a nawet uwielbiała i kochała po swojemu. Zaś ówczesnym sąsiadom, na cały regulator puszczała transmisje z obchodów rocznic Wielkiej Rewolucji Październikowej, pochodów pierwszomajowych, albo plenarne przemówienia ówczesnych przywódców, systematycznie ogłupianego narodu. Po prostu zawsze wyłaziła z cholernicy odwieczna celebrytka, psia mać! Nigdy nie potrafiła istnieć niezauważona. Zawsze musiała się czymś wyróżniać z otoczenia. Przynajmniej na osiedlu, które wówczas było podobno mocno prokatolickie. Zaś obecnie, kompletnie świeckie. Takie jaja!
Czyli masz ździebko skołowana człeczynko współczesny paradoksik dziejowy. Dawniej, babina zawieszała nad swym nieskrzypiącym jeszcze wtedy wyrkiem portrecik zadumanego wujaszka Stalina, z gruzińską fajką w dłoniach. A zaraz potem święty ponoć, równie tandetny obrazek z papieżem sterczącym z ciupagą na gór szczycie. Alpy, chyba. Z tym, że ciupażka, spod Giewontu. Rasowy alpenstock, inaczej wygląda. Wystarczy wpaść (choćby i z nudów) do zakopiańskiego muzeum im. Tytusa Ch., aby się przekonać.
W końcu nastał podwójnie szczęśliwy dzionek. Niemożebnie paskudna starucha nagle wykorkowała, akurat w dniu zakończenia mego roku szkolnego. Krótko mówiąc uogólnione: Hurraaa! Zapewne czerwcowy, cholerny upał, cholernistą cholerę, w cholerę wykończył! Grunt, że naprawdę konieczne, oczekiwane z utęsknieniem w całej okolicy biologiczne, Szekspirowskie „run out of live” nadciągnęło nareszcie. I niezawodna pani kostucha stanęła na wysokości zadania, popełniając wyjątkowo dobry uczynek. Wielgachna chwała jej za ów morderczy czyn, oczywiście. Oraz typowo myśliwskie, Darz Bór w podobnych łowach (na przyszłość!). Dzięki temu, naturalna selekcja nieustannie w przyrodzie zachodzi. A i pan grabarz na chlebuś uciuła. O rejonowym klesze, organiście, kwiaciarce, tudzież wytwórcy trumienek, nie wspomnę… Same plusy, cholerka. Nic, tylko umierać!
I tak styrane, nadmiernie otłuszczone serducho cholernej sąsiadki zastopowało. Wiecznie świszczący oddech, szczęśliwie ustał. Potem na mocno zużytym cielsku pojawiły się klasyczne, wysoce nieestetyczne plamy opadowe. Zawezwany urzędowy, młody, prawie bezcyckowy blond-trupolog (w niziutkich markowych, czerwonych kozaczkach oraz takiejż kolorowo, seksy miniówie!) fachowo stwierdził oczywisty zgon. Przystawił konieczną pieczątkę na firmowo ponumerowanym karteluchu aby wszystko wyglądało poważniej i na osiedlu, szczęśliwie było po wysoce męcząco-upierdliwej sprawie.
Tylko do piekielnego nieba diabli nie odstawili imć pani zołzy, moim zdaniem. Z tym, że jeżeli wcześniej przezornie i perspektywicznie wykupiła w rejonowym kościele stosowną miejscówkę w owym kierunku, cholera wie gdzie aktualnie wredna duszyczka się poniewiera. I zapewne, także uprzykrza komuś milutkie istnienie w bezkresnych zaświatach. Jej mocno zołzowaty podgatunek po prostu tak ma!
Babsztyle potrafią być przeokropnie koszmarne, makabrycznie gderliwe, wielce przebiegłe, jędzowate, niemożebnie cwane oraz niezmiernie wredne i podstępne, zarazem. Wiem od wielebnego duszpasterza. Wytrwale nauczał nas tego na religii:
— Pamiętajcie umiłowani chłopcy! Każda kobieta, to zło konieczne bytujące na tym świecie. Taka, tylko do rozmnażania się służy rozumnemu człowiekowi (czyli mężczyźnie). Lecz cóż począć nam, maluczkim. Skoro była to i zaiste nadal jest wola Pana naszego, ohydne, złe stworzenie nieustannie istnieje tuż obok nas, wspaniałych. I niektórych, kusi stale do złego. Zacnych księży, także. A to zło diabelskie! Rodem z piekieł, niestety — zapodał nam kiedyś szkolny, zapewne światły ksiądz-pedofil i jednocześnie ewidentny babofob, na obowiązkowej, szkolnej lekcyjce.
Potem mniej więcej to samo wyczytałem na pro kościelnej stronce w Internecie. Przypadkowo przebywałem wówczas gościnnie u kumpla. Akurat buszował po katolickiej wersji sieci, która okazała się wyjątkowo monotematyczna. Jedynie same świętości, cholera. A z bab dostępnych na ekranie, tylko ostro rozmodlone, stare zakonnice. Zaś widoczny w tle duszpasterz w służbowej czerni, znany był z ustawicznego molestowania owieczek płci męskiej, którymi gorliwie opiekował się ponoć zawodowo. Wiem, iż zaopiekowanemu tak koledze oraz jeszcze paru innym chłopcom, niezbyt wszystko odpowiadało w owym bożym zakładzie opiekuńczym. Nadopiekuńczość wychowawców, najwyraźniej nie zawsze dobrze robi wychowankom! Czyż nie?
No, i jak powszechnie wiadomo, patologicznie umiłowany przez niektórych, bardziej pazerny niż święty kościółek, od zawsze był łasy na kasiorę. O nasłanym na parafian w ramach świętej pokuto-kary, kolejnym ojcu proboszczu (tym razem Janie Stanisławie Nieznośnym), nie wspomnę. Wychodzi, że za przysłowiowe bóg zapłać, jeszcze wyłącznie poczciwy pan diabeł na świecie bożym funkcjonuje, cholera. Ot, super czasy.
Jakoś przenigdy nie słyszałem, aby gościnne piekło pobierało od duszyczek jakiekolwiek datki za podgrzanie smoły, tudzież hurtowy jej zakup wprost od ziemskiego producenta. Albo dajmy na to, kolekcjonowało ekstra grosz na konieczny remont zadaszenia nad głową pana Lucyfera, względnie innego Belzebuba. Po tak zwanej kolędzie, również co roku diabli człowieka w jego prywatnym domostwie bezczelnie nie nachodzą. Zaś byle klecha, wiecznie w nim żebrze. Chora tradycja, kuźwa, widać zobowiązuje drani. Zaś tę konkretną, jak i wszelaką inną szerzącą się zarazę zwalczyć łatwo nie jest. Cóż, skutecznych leków oraz stosownych szczepionek odwiecznie brakuje. Taka przykra prawda w całym (przenajświętszym ponoć) zagadnieniu.
Nie ukrywam, po nagłym zgonie mocno nadświętobliwej cholernicy z sąsiedztwa, wszyscy świeccy z ulgą odetchnęli. Nie tylko, na naszym osiedlu! Na które od tej pory, żaden żebrzący okołonoworocznie ksiądz nie miał już wstępu. O czym otwarcie informowała ozdobna, metalowa tabliczka solidnie umocowana przy furtce z domofonem przez nowego szefa wspólnoty mieszkaniowej i po świecku poświęcona przez jego zastępczynię. Latem w podziemnych garażach odbyło się demokratyczne głosowanie i wspólnie postanowiono, jak być wreszcie powinno. Konkretna, dobra zmiana nastąpiła. I obowiązuje!
Kiedy owego pamiętnego pro-trupiego dzionka, cały w skowronkach wracałem ze szkoły niemożebnie uszczęśliwiony rozpoczynającymi się właśnie wakacjami, odświętnie odziany w nieco przyciasny, ciut przepocony garniturek, akurat wynosili padłą babę z windy. Zapakowaną, niczym wielki zbyteczny śmieć w pojemny, czarny, foliowy worek zamykany na jasny suwak. Potem truchło podskakujące na wybojach powieziono na metalowym, skrzypiącym wózeczku do czarnego trupobusa z ozdobnym, złotawym napisem: ”Welcome Darling!”, umieszczonym na jego lewej burcie. Prawej strony hybrydowego, współczesnego, elektryczno-spalinowego, pogrzebowego wynalazku nie widziałem, więc pojęcia nie mam, co równie sympatycznego, albo ciekawego tam napisano.
Elegancko błyszczący, ostro przegrzany w pełnym słońcu nowoczesny samochodzik z wyraźnie zapraszająco otwartymi na oścież tylnymi drzwiami, oczekiwał niecierpliwie na załadunek tuż przy głównym wejściu na klatkę schodową. Pierwszy raz przydarzyło mi się wówczas być tak blisko jakiegokolwiek trupa. Dlatego zapamiętałem niecodzienne wydarzenie.
Ostatecznie rok szkolny, kończy się… co roku. Żadna nowina! Zaś wielce upierdliwa sąsiadko-dewotka, umiera tylko raz. I na szczęście, nigdy nie zmartwychwstanie cholernica, mam nadzieję. Amen!
Dwa dni później (akurat w momencie, gdy stara, garbata i kulawa dozorczyni z sąsiedztwa, zorganizowała zwyczajową zrzutkę na wieniec pogrzebowy, tym razem dla Niestrawnej), beztrosko wyruszałem z dziadkami oraz naprawdę fajną, młodą jeszcze wówczas ciotką, do zaprzyjaźnionej z nią leśniczówki. Oczywiście na ekologiczny, agroturystyczny wypoczynek. Podczas którego zobaczyłem, jak na żywca kastruje się kozikiem przeraźliwie kwiczące prosiaczki płci męskiej oraz zabija wyszczerbionym toporkiem szczęśliwe kurki, biegające jeszcze przez chwilę po podwórku bez głów. No, i obserwowałem przy okrwawionym pieńku odciętą kurzą głowę kłapiącą dziobem, jeszcze przez pewien czas. Później zastygły ptasi łeb, wykradł i pożarł czarny kot. Zaś ociekające krwią zwłoki przeszczęśliwej kurki, sparzono wrzątkiem. Potem odarto z piór zmoczony korpus i wypatroszono gołe ptaszydło (skrupulatnie wybierając spośród cuchnących flaków wszelkie jadalne elementy). I łącznie z pazurami oraz młodą marcheweczką pochodzącą wprost z podokiennej grządki, powędrowało wszystko do wysłużonego, osmolonego gara. Z przeznaczeniem na wysoce ekologiczny, obiadowy rosołek. Taki, z domowym makaronem z domieszką przeszczęśliwych miejscowych jajek (pozbawionych obligatoryjnych numerków na skorupach). Zaś zboże na ekologiczną mąkę, wyhodowano rok wcześniej na gnoju. A więc wysoce ekologicznie. Czyli zero, współczesnej chemii. Wszędzie tradycyjne, naturalne gówno! Niczym przed wiekami. Paskudny postęp, diabli wzięli. Względnie… bóg tak chciał. A może Unia? Cholera wie.
Później leśniczówkowy Azorek z wyraźnym apetytem, głośno schrupał wygotowane kurze gnatki. I zaraz potem, walnął nieobyczajnie cuchnącą kupę na grządce w warzywniaku. Widać nawet wiejskie burki proekologicznie dziś kombinują. Wszyściutko się przecie przyda! Nawet psie łajno. Czyli inaczej, kompletne zero waste występuje w tamtejszej okolicy. Unijni biurokraci zapewne ucieszyliby się z podobnego obrotu ekologicznej postawy. O której wszem i wobec pieprzą, na okrągło.
Onego lata niespodziewanie dowiedziałam się również, iż poczciwe krowy dzielimy na jałowe, mleczne, mięsne oraz… bezmięsne. Czyli przerażająco wychudzone, bo zazwyczaj zaniedbane i zarobaczone. Owe ostatnie mućki, należy jak najszybciej odstawić do państwowej rzeźni! Inaczej rychło zdechną w obórce, przynosząc niepotrzebne straty ekonomiczne wysoce ekologicznemu gospodarstwu, które ekologicznym gówienkiem stoi. A najlepiej rosną na nim pomidorki smakujące, jak dawniej. W przeciwieństwie do paskudnych i kompletnie bezsmakowych, z marketów. Obficie napędzanych współczesną, unijnie atestowaną chemią. Ot, mamy durnowate czasy. Kiedy to atestowany atest stał się znacznie istotniejszy, niźli swojski smak w ludzkiej gębuli. Idiotyzm, czy bardziej kretynizm? Cholera wie.
„Dziś najwyraźniej w kupie siła, nie w byle nawozie…” — doceniłem wówczas oraz bystro oszacowałem w myślach wiejskie, wysoce ekologiczne realia nowoczesno-gospodarcze.
Podglądając z zainteresowaniem także życie płciowe wszelkiej wiejskiej gadziny (w tym naszego pana leśniczego, Pawiana) zaliczałem wówczas wakacje nad mocno zanieczyszczonym mazurskim, bezrybnym jeziorem pełnym paskudnych, mazistych wodorostów. Chińczycy ponoć wpierdzielają takowe rarytasy, aż uszy im się trzęsą z kulinarnego zachwytu. Ja, raczej bym się porzygał na poczekaniu. Wolałem nie kosztować tamtejszego jarskiego, naturalnie cuchnącego specyfiku! Toż sztuczna, najtańsza karma dla psiaków przyjaźniej zwykle wonieje, moim zdaniem.
Podczas owych wakacji na łonie natury zapodano mi też, iż dla współczesnych krówek także nowoczesne, sztuczne żarełko w granulkach produkują. Tylko rogato-cycate niewdzięcznice często bywają zbyt wybredne i nie chcą pałaszować owej paszowej nowoczesności. Zrobionej ponoć z… mączki rybnej. Cóż krasule, to przecież znane wegetarianki. Zaś rybka nie jest mięskiem wyłącznie dla Kościoła, od zarania wciskającego światu ewidentne ciemnoty. Więc pojawia się niezbity dowód, iż poczciwe krówki są niewierzące, niczym ma rodzinka. Miło!
Z tym, że my, cało-rodzinnie wpieprzamy mięsko na okrągło. Krówki, również pałaszujemy z apetytem! Jedynie cholerna Unia Europejska sprawiła, iż trudno dziś w ojczyźnie o wołowinkę. A od panowania nad nami pieprzonej Unii, podrożała u nas niebotycznie, niestety. Przynajmniej tak twierdzą moi dziadkowie z rozrzewnieniem wspominający dawne, dobre czasy. A konkretnie, erę socjalizmu. Podobno wówczas widywało się na wsiach więcej krówek, aniżeli dziś gołębi w mieście. Potem wszystko się nagle tąpnęło! Z unijnego zalecenia polskie krowy wymordowano i mamy, co mamy. Czyli drożyznę oraz rząd, pieprzący wciąż, że jest tu coraz lepiej. Jedynie cholernicy przenigdy nie zapodadzą, komu. Zapewne tylko im…
Szczerze mówiąc do urokliwej leśniczówki, jako takiej oraz tamtejszego hałaśliwego drobiu srającego ze szczęścia gdzie popadnie oraz namiętnie wpieprzającego wszelkie podwórkowe robactwo, wyruszyłem wraz z babcią oraz urzędowo zarejestrowanym na nią wówczas dziadkiem (aktualnie, inny już obowiązuje). Zaś ma wesolutka, naprawdę fajowa ciotunia ochoczo wyrwała się tam do owdowiałego niedawno pana leśniczego. Swojsko i entuzjastycznie twierdzącego każdego poranka, iż (tu zacytuję dokładnie, aby niczego nie uronić): „Do wysranych świat należy!”. Ot, taki swojski, wiejsko-leśny folklor i tyle w fizjologiczno-psychiczno-emocjonalno-kulturowym zagadnieniu.
Ma cioteczka łajdaczyła się z tym człekiem jeszcze przed spodziewaną, rychłą śmiercią mocno skorodowanej, czyli ogólnie schorowanej, a konkretnie, zraczałej pani leśniczyny. Nawet życie w ekologicznym polskim buszu nie znosi pustki, najwyraźniej! Leśniczówka, także. O leśniczym oraz jego skrzypiąco-pojękującym wyrku na mocno zużytych sprężynach, nie wspomnę. No, a samotna cioteczka, załapała się na atrakcyjne dla niej męskie towarzystwo, więc nie miała powodów, aby czuć się osamotniona. Za to niedospana, owszem!
Oj, w ogóle nie starczało jej na nic czasu! Nieustannie pan Pawian się nią zajmował. A ona nim, oczywiście. Raz, w sianie wspólnie się nawet zapadli! Aż tak namiętnie się kotłowali. Jedynie ubranka obojga pozostały na wyznaczonym im miejscu, na szczycie sporawej kopy. Ukryłem je! Tak, dla jaj…
Później, gdy rozpaczliwie poszukiwali zguby, obejrzałem parkę kochanków kręcących się bezradnie na golasa. Leśniczy miałby się czym pochwalić, gdyby zechciał. A w totalnym zwisie wówczas toto występowało. Nieczęsta sprawa u rasowego Słowianina sądząc po obrazkach w necie. Do tego jaja, także niczego sobie. Coś, jakby… indyczo-gęsie dorodności. Czyli ogólny, samczy okaz! Szybko pojąłem, czemu cioteczka aż tak ochoczo wyrwała się do kniei na calutkie wakacje. Bynajmniej, nie o modną ekologię jej szło. Owdowiały niedawno pan Pawian przywabiał ją swymi istotnymi walorami, poznanymi przez nią uprzednio. I ewidentnie, skutecznie zadziałał. Taka, cicha prawda o ich wakacyjnym romansiku! Ekologia, na pewno nie miała z tym nic wspólnego. Serio!
Nie mam zielonego pojęcia czy poprzednio ciocia bywała nockami również aż tak bardzo głośna, jak tego lata. Lecz obecnie jej westchnienia typowo ziemskiej rozkoszy oraz okrzyki nieskrywanej radości, zagłuszyłyby chyba nawet jelenie rykowisko. Jedynie w obu przypadkach skala dźwiękowa koncertów godowych trafiała się diametralnie odmienna. Jelenie, o ile dobrze pamiętam, z reguły odzywają się barytonem, tenorem, względnie basem. Zaś nadmiernie uradowana ciotunia, to mezzosopran koloraturowy! Aż mi uszy, kurwa, puchły od nadmiaru jej wyrkowego szczęścia oraz radosnych popiskiwań. Tak, ostro działo się w leśniczówce coraz dłuższymi nocami, w owe wysoce ekologiczne wakacyjki. Obydwoje, ewidentnie cierpieli na bezsenność. Więc spółkowali sobie, aby czas szybciej zleciał. Proste i logiczne, chyba!
Kochani dziadziusiowie-lekomani, przezornie łykali wieczorkiem melatoninę zapijając ją jakimiś ziółkami. A w odróżnieniu ode mnie, szczęśliwie byli chyba nieco niedosłyszący. Raniutko zawsze meldowali się na ekologicznym, wysokonabiałowym śniadanku wypoczęci, rześcy i wyraźnie wyspani. Zaś ja oraz cioteczka wyłomotana zdrowo okazałą buławą pana leśniczego, wprost przeciwnie. Leśniczy Maciej Pawian, przenigdy na nic nie narzekał. Zaś na widok mej ciotki (nawet ubranej!) wyraźnie wariował, albo nawet idiociał. Momentami niczym łaciaty, krowi byk jego sąsiada zza płotu, spostrzegłszy na pobliskiej łące ponętną dlań rudawą Mućkę miejscowego, wiecznie pijanego sołtysa Antoniego Stakanka. Czyli naturalny zew krwi, najprawdopodobniej czynił tu swoje. Albo jakoweś godowe feromony, nie wiem. W przyrodzie, wszystko możliwe…
Ów włodarz ogólnie pro-ekologicznej wioski (czyli kadencyjny sołtys) pędził swojski, tradycyjny, ziemniaczano-zbożowy alkohol w wyremontowanej na koszt Unii murowanej, świeżo podpiwniczonej i zelektryfikowanej stodole, pokrytej ekologicznymi panelami słonecznymi. Przez co konieczne podgrzewanie zacieru, sporo taniej wychodziło!
Chłopina, bez umiaru chlał swój lokalny produkcik. Twierdząc, iż odwieczna, miejscowa, a także rodzinna tradycja oraz szlachetne, poradzieckie nazwisko odziedziczone po pradziadku, zobowiązują go do permanentnego próbowania ździebko nielegalnego truneczku. Poza tym, jak dodatkowo uzasadniał czasem swe nadmierne ochlajstwo, ze względu na dobre imię własnej stodolnej firmy, musiał nieustannie kontrolować jakość końcowego produktu cieszącego się w całej okolicy powszechnym uznaniem. W tym, także wieloletniego wójta miejscowej gminy oraz zacnych panów komendantów straży preciwpożarnej oraz służalczej, prorządowej policji. A nawet wielebnego znachora i proboszcza w jednej, wyświęconej onegdaj, rzadko trzeźwiejącej osobie. Pojemny ojczulek Stanisław, także na pogrzebach potrafił sporo wypić za nieustające zdrowie świeżo zakopanego nieboszczyka. Tak miejscowa, wielowiekowa tradycja wszak nakazywała. Inaczej, ponoć piekło umarlakowi zagrażało. Więc niezwykle istotne, było owo profilaktyczne postępowanie, znaczy się.
No, i bez złożenia w ofierze owemu klesze wysokoprocentowej flaszeczki za spodziewane odpuszczenie grzechów, żaden chłop w okolicy rozgrzeszenia nigdy nie dostawał. Natomiast młode parafianki, z reguły rewanżowały się swemu duszpasterzowi w naturze. Zaś stare baby masowo znosiły mu wędliny własnej roboty, tudzież pyzy albo pierogi z mięsiwem lub ruskie. Zawsze, okraszone suto skwareczkami. Do tego obowiązkowo musiał pojawić się na świętym stole domowy makowiec, szarlotka, serniczek, albo ciasto drożdżowe, na smacznisty deserek. Lecz za odpuszczenie typowo śmiertelnego grzechu, bezwarunkowo obowiązywało wszystkich uiszczenie stosownej opłaty w… dolarach. Wszak krajowe złotóweczki zbyt szybko dewaluowały się, niestety. A umiłowany kościółek strat, z żadnego powodu ponosić przecie nie może. Boskie prawo podobnego marnotrawstwa, od wieków nie toleruje. Amen, kurdebele!
Dla pełnej jasności mej wspomnianej sytuacji wakacyjnej dodam jeszcze, iż mą cioteczkę z elegancko wyposażonym, naprawdę jurnym Pawianem połączyła jej… kość udowa. Przypadkowo poważnie uszkodzona zeszłej zimy przez ciężkie, zabytkowe sanie pana leśniczego. Na ostrym kacu, wyruszał nimi z samego rana do lasu po dodatkowe drewno opałowe dla nieplanowanej wcześniej zimowej lokatorki. Młodego, nieokrzesanego jeszcze Gniadego nagle poniosło i sanie, urwały się. Kość udowa cioteczki znalazła się pod nimi. Zaś zdezorientowany Pawian, wbił się w pobliską zaspę śnieżną oczapkowanym łbem.
Potem mocno skacowany chłopina migiem oprzytomniał i poczuł się wszystkiemu winien, bo konika ponoć zbyt luźno do sanek przytroczył. Z własnej inicjatywy, aż nadto zaopiekował się cioteczką z ogipsowanym już fachowo kulasem. Codzień targał na rękach po chałupie swą sezonową turystkę. A także do ekologicznego kibelka (oznakowanego serduszkiem) usytuowanego za cuchnącym ekologicznie chlewikiem. Zaś późną wiosną, po wyczekiwanej z utęsknieniem śmierci zraczałej pani Pawianicy, zaprosił mą kuzyneczkę na całe lato na indywidualną, powypadkową rehabilitację na łonie wysoce ekologicznej natury.
Cioteczka chętnie skorzystała z zaproszenia i wnet, wyjątkowo prozdrowotnie zadziało się między nimi. Ot, taka rehabilitacyjna sielanka z nogami wysoko w górze, często przerywana intensywnymi orgazmami.
Także na świeżym, przyjemnie pachnącym sianku zwiezionym tuż przed burzą do sporawej stodółki, również kiedyś się zadziało. Wspominałem! Za innym razem spontanicznie ukryłem się w przestronnym sąsieku, aby nie zmoknąć. Oni w sąsiednim, również. Dzięki temu sytuacyjnemu rozwiązaniu nie nudziłem się pod azbestowym zadaszeniem. Kuźwa, ciekawie nawet było… Serio! Zaś ciocine cycki spodobały mi się jeszcze bardziej, niźli wcześniej. Wówczas ujrzałem też oprzyrządowanie leśniczego w stanie pełnej gotowości kopulacyjnej. Oj, przepotężne oraz giga wielgachne toto było, naprawdę. Dziw, że z Pawiana, nie Murzyn. Choć penis posiadał, niemal czarny. Jajca, także kruczo ciemnowate. Tylko skąd aż tak przesadnie hojne geny, we Wschodniej Europie wystąpiły? Pojęcia nie mam, cholera! Mutacja? Anomalia jakaś? Ostry nadrozwój, sterowany wysoce nieekologiczną chemią? Czort wie. Jedynie żal, że mnie cosik podobnego nie spotkało. Ale trudno…
Szczęśliwie, źle nie jest. A już na pewno nie najgorzej, w porównaniu z mymi kilkoma kolegami. Karzełki biedaczyska posiadają, kuźwa. Dopiero wstyd, cosik podobnego zaproponować dziewczynie do zabawy. Masakra i zgroza! Na dodatek, babsztyle patologicznie plotkują. Czyli uogólniona siara, murowana.
Dodam jeszcze (dla pełniejszej jasności ździebko dziwnowatego geograficzno-anatomicznie zagadnienia), iż facjata u pana Pawiana, typowo słowiańska. Zaś gadając, zaśpiewuje chłopina melodyjnie. Zaciąga, typowo po wschodniemu. Cóż, normalka na obszarze, na którym ów Pawian w Polsce, naturalnie występuje. Murzyńskich cech u wspomnianego osobnika, zero. Takie przyrodnicze dziwo z imć leśniczego, psia kostka. Ot, hojnie obdarowany, śródleśny Słowianin i tyle… Inni, mogą co najwyżej pozazdrościć. Jest, czego!
Istotny narząd Pawiana, naprawdę mocno odbiegał od średniej krajowej. Lecz cioteczce kompletnie to nie przeszkadzało. Chyba nawet cieszył ją ów naturalny, puszczański, okazały, rozporkowy ewenement. Wyjątkowo solidny ekwipunek, którego byle kondom nie pomieści. Musowo, gumka trzaśnie! Szczególnie, chińska.
Lecz cioteczka, co rana łykała pigułkę antykoncepcyjną. Czyli trutkę na dzieci, jak uczenie (na szkolnej religii!) wyjaśnił nam kiedyś owo chemiczne zagadnienie księżulo-seksuolog. Grunt to właściwa wiedza, cholera! No, i ile trzeba się nagłówkować, żeby coś podobnego wykombinować. Geniuszem, zapewne być należy. Inaczej, nie da rady aż tak durnowato rozumować. Nieprawdaż?
Kiedy z końcem sierpnia przymusowo, acz bardzo niechętnie (wszak strasznie pragnąłem obejrzeć jeszcze ekologiczne świniobicie, zaplanowane w kolejnym tygodniu) powróciłem z ekologicznych wakacji w domowe pielesze, w mieszkaniu padłej w upalnym czerwcu starej, patologicznie nadreligijnej pedagożki (będącej aktualnie w stanie rozkładu grobowego), trwał remont. Zaś wokół osiedlowego śmietnika walały się liczne przenajświętsze obrazy oraz niezliczone plastikowe torby pełne przeterminowanych świętych opłatków, tandetnych krzyżyków, tombakowych łańcuszków, a także innych, co pomniejszych dewocjonaliów. Na takie właśnie paskudztwa oraz kompletnie bezwartościowe bzdety, najwyraźniej beztrosko trwoniła baba comiesięczną emeryturkę. Lecz cóż, jej nędzna ZUS-owska kaska oraz jej święta, wielce rozrzutna wola. Jedynie bezsensownie zmarnowanego grosza, kuźwa, szkoda. Na jej miejscu, w coś znacznie fajniejszego mamonkę bym raczej zainwestował. Albo nawiedził internetowy sex-shop, tudzież czeski objazdowy sex-teatrzyk często bawiący u nas na występach gościnnych. Moim zdaniem tak, sporo atrakcyjniej by wyszło! Lecz ostatecznie rzecz gustu oraz osobistych zainteresowań, oczywiście… Być może na starość, też mi się w tej kwestii niestety odmieni. Ot, zgroza!
Natomiast z początkiem października, w świeżo odnowionym po dewocim lokalu poczęła działać klasyczna oraz wyjątkowo tania… agencja towarzyska. Z atrakcyjną, głównie młodziutką kadrą zaimportowaną bezpośrednio z zaprzyjaźnionej Ukrainy oraz z wrogiej ostatnio Białorusi (najwyraźniej trafiają się i sprawy łączące sąsiedzkie narody!). Owa firma rozrywkowa należała do pana Józefa Marii Pobożnego. Czyli przedsiębiorczego, ciut podstarzałego już wnuczka niedawno zmarłej starej panny. Facet odziedziczył notarialnie mieszkanko po mocno nadpobożnej, przenigdy ponoć niezamężnej babuni, Kornelii Niestrawnej. Wiadomo, w tym zaściankowym kraju, oczywisty paradoks życiowy oraz powszechna obłuda katolicka, to regularna norma przyżyciowa. Oficjalnie ludziska pieprzą o jednym. Zaś cichcem, robią swoje. Niczym każdy kolejny, krajowy rząd. A więc jakby zmowa jakaś…
Usłyszawszy od kilku niezdrowo rozemocjonowanych (głównie młodych!) sąsiadów, cóż ciekawego wyczyniają ludeczkowie w osiedlowym klubie zmysłowej rozkoszy, szybko i wysoce interesownie zaprzyjaźniłem się z mocno nieciekawym dotąd, osiedlowym kolegą Lechem Wiewiórem. Jego nowy, przybrany ojciec hobbystycznie mordował zwierzątka. Czyli polował w systematycznie wycinanych państwowych lasach. Człek, z konieczności posiadał więc na wyposażeniu nie tylko jakąś flintę na zbrodnicze, ołowiane kule, ale i dobrą szwabską lornetkę, aby móc wyraźnie widzieć, co ubija w niszczonej bezmyślnie puszczy. Ów hobbystyczny zabójca z zawodu był… gliniarzem. Czyli jakby powszechny obciach, rodzinny wstyd oraz uogólniona paranoja, cholera! Lecz cóż, ojca (nawet lewego!) dzieciak nie wybiera. Zazwyczaj matka to robi. Najwyraźniej nie bacząc na wykonywaną profesję oraz prywatne upodobania zainteresowanego nią samca. Tylko czy… aby dobrze to o niej świadczy? Nie wiem, szczerze mówiąc.
Szybko rozpoczęliśmy we dwóch cykliczne, amatorskie, typowo męskie obserwacje z użyciem wyposażenia łowieckiego pana ojczyma. Z tym, że nasze tajne łowy były oczywiście bezkrwawe. Miesiączkujące pracownice burdeliku, miewały zazwyczaj wolne. Agencyjni klienci, na ogół rzadko preferują numerki w wersji… na Indianina. Co innego wiecznie napaleni nastolatkowie. Tym nic nie zawadzi, jeśli dziewczyna, jako-tako ładna. To typowi ludzie czynu, ma się rozumieć! Liczy się cel. Przeszkody, czy jakiekolwiek duperele, nieistotne.
Przestronne, wybitnie nie ekologiczne, wymienione niedawno plastikowe okno dosyć skromnego pokoiku mego nowego kumpla (zamieszkującego na trzeciej kondygnacji), wychodziło wprost na dość jaskrawo oświetlony burdelik, mieszczący się na pierwszym piętrze przeciwległego budynku. Zasłonki (zapewne chińskie), zainstalowano tam nieomal przezroczyste. W każdym razie stawały się takie po włączeniu wewnątrz oszczędnego, jasnoróżowego oświetlenia. Kolorek, niby tandetny. Lecz skutecznie kusił młode oczęta spragnione bezpłatnych, wizualnych atrakcyjek, które finansowali nam nieświadomie, masowo obsługiwani tam dżentelmeni.
Szybko zorientowaliśmy się, iż brzuchaci panowie wolą na ogół zabiegi rozluźniające czynione im na leniuszka. Chudzielcy (przyodziani w kondomy), pragnęli zadziałać sami. Najczęściej, od tyłu. Czasem, dość brutalnie i ostro. Zaś jeśli akurat bzykali po bożemu, nierzadko dusili babinę za gardziołko. Wówczas ona, wierzgała w powietrzu kulasami, a oni przyspieszali i migiem dochodzili. Preferencji, co do wielkości damskiego cyca, w żadnej z obserwowanych grup nie udawało się obiektywnie ustalić. W tej kwestii, różniście bywało. Niczym, w codziennym życiu… Z tym, że w naszym osiedlowym przybytku doraźnej rozkoszy nie brakowało pracownic z okazałym biustem. Wszak większość zatrudnionej kadry stanowiły dziewczyninki ze wschodu. Zaś na tym obszarze geograficznym sporawy cyc, rzadkością jeszcze nie jest. W cholernej Unii, pod tym względem bywa sporo gorzej, niestety. Przykre i nie do końca jasne zagadnienie! Paskudnie, seryjnie wybrakowane geny, wrogie sankcje, rzucony ze wschodu urok, zachodnia (zaczerpnięta od Japońców) moda na uogólnioną miniaturyzację wszystkiego, czy jeszcze inne licho? A może kosmici tu zawinili? Czort wie!
Dzięki typowo sytuacyjnemu rozwiązaniu, u ździebko pierdołowatego kolegi miewaliśmy często edukacyjny sex-teatrzyk na żywo. Oj, działo się w nim! A zatrudnione tam pracownice seksualne (nazywane dawniej grubiańsko, kurwami) wydawały się w swym fachu niestrudzone.
Dla nastolatków wiecznie spragnionych zakazanej wiedzy, prześwietna (choć raczej niepedagogiczna) okazyjka oświatowa. Wprawdzie z rzadka sceny erotyczne stawały się ciupeczkę zawoalowane (szyby w agencji czasem zaparowywały, psia mać!). Lecz ku naszej nieskrywanej radości oraz wielkiemu szczęściu, spektakle grano tam nieustannie. Jedynie obsada zmieniała się wewnątrz pomieszczonka. Ale podstawowy schemacik zwyczajowych działań, powielano ustawicznie. Z reguły, aktoreczki rozpoczynały od oralu. Dopiero później rżnięto je, na wszelkie możliwe sposoby. Rutyna!
W naszej przewspaniało-zajebisto-cudownej, a nawet przecudowno-nieodzownej w całej okolicy, nowiutkiej agencji rozrywkowej o nazwie: „Niebiański Amorek” (należącej do pana Pobożnego), działo się zazwyczaj następująco:
W poniedziałki (jak oficjalnie informowały ogólnodostępne, walające się wszędzie kolorowe ulotki z gołymi, atrakcyjnie cycatymi babami), obowiązywała 50% zniżka dla wszystkich studentów oraz… rencistów i emerytów płci męskiej. Lecz wyłącznie tych, którzy już na wstępie okażą obsłudze ważną legitymację wystawioną przez państwowy ZUS. Zaś w przypadku studentów, przez jakąkolwiek (nie tylko unijną!), uczelnię. Tak więc nawet chłopcom z zacnego, zaoceanicznego Harvard University, również przysługiwałyby stosowne przywileje gdyby zawitali do nas za płciową potrzebą. Wątpię jednak, aby naszym żaczkom, którzy dotrą kiedykolwiek do Massachusetts, przytrafiło się podobnie w tamtejszym burdelu. W USA nie ma lekko, psia kostka! Paskudny kraj, w którym jedynie homeless czasem miewa dobrze. Miliardera, momentalnie zaś oskubią, wycackają bezczelnie, albo choćby wystrychną na Dutka. Chyba, że pospiesznie ogłosi, iż przynależy do jakiejkolwiek frakcji LGBT lub mniejszości rasowo-wyznaniowej. Wtedy odpuszczą mu, na wszelki wypadek. Czyli jakby nie spojrzeć na współczesną zaoceaniczną rzeczywistość, zachodzi tam uogólniona tragedia. Totalne zero zdrowego pomyślunku, kurka wodna. Jedynie bezsensowna poprawność polityczna, wokół obowiązuje. Nonsens, ale jest! Dawniej, nie do pomyślenia. Zniesmaczony generał Washington, zapewne w grobowcu się przewraca. O rolniku-samouku z farmy Sinking Spring — A. Lincolnie, nie wspomnę. Obu, aż tu pewnie słychać nawet!
Z tym, że jakby nie zerknąć na uogólnione sex zagadnienie, w takiej dajmy na to Nevadzie, mają zalegalizowaną prostytucję. A najchętniej zatrudnianymi w tamtejszych burdelach dupeczkami są drobniutkie panny Koreaneczki. Amerykańscy klienci, ich w lokalach rozpusty głównie poszukują. Na drugim miejscu (na liście męskich zapotrzebowań płciowych) plasują się młode Tajki. Potem cycate Rosjanki i takież Ukrainki. Następnie wielce seksowno-rozrywkowe panienki z Czech. Na Polki, nikt ponoć nie leci. Więc i konkretnej podaży dziś brak. Przynajmniej tak usłyszałem kiedyś w polskim radiu. Tuż przed transmisją kościelnej mszy zaplanowanej w intencji wzrostu naturalnego dobrobytu nad Wisłą. Modlitewną imprezkę sfinansowano z funduszy kancelarii prezydenta RP. Podobno rząd, także hojnie wspomógł sprawę z własnej rezerwy budżetowej. Jedynie szarzy podatnicy ośmielili się wyrazić spore niezadowolenie z powodu rozrzutności władców. Lecz ostatecznie, trudno wszystkich zadowolić. Nieprawdaż?
Za to polska, a nie amerykańska gościnność jest powszechnie znana na tym, zazwyczaj nazbyt interesownym świecie. Dawni Indianie, mieli podobnie jak nasi ziomkowie. Jedynie kiepsko wyszli na tym, biedaczkowie. Gdyby to pradawni polscy konkwistadorzy (o ile w ogóle takowi kiedykolwiek zaistnieli) podbili przed wiekami rodzime ziemie tamtych, czerwonoskórzy zapewne nadal by na nich występowali gromadnie. Przyjazny nowym przybyszom Indianin, zaraz zapewne upiekłby dzikiego indyka na zakąseczkę. Trunkowy Polaczek, wprawnie wyrychtowałby wodę ognistą z tamtejszej słodkiej kukurydzy i ogólnie, byłoby fajnie. Przynajmniej pod względem towarzyskim. Toż znacznie przyjemniej wspólnie pobiesiadować przy byle kielichu i soczystej zakąseczce, aniżeli zawzięcie wojować. Obcinając łby sobie nawzajem. Tudzież patroszyć wroga na polu walki, usytuowanym pomiędzy licznymi wigwamami. Względnie na bieżąco odcinać poległym penisy, aby skrzętnie zliczyć potem faktyczną ilość trupów po stronie przeciwnika. Ot, ogólny debilo-kretynizm, cholera!
A w dawniejszym realu wyszło tak, iż liczni barbarzyńscy najeźdźcy rodem z Zachodniej Europy, po zachłannym pożarciu zaoferowanego gościnnie soczystego indorka, w podzięce za syty powitalny poczęstunek, z mety dobyli flint i zrobili chamskie pif-paw z przywiezionej ze sobą broni palnej. I było po, ostro zaskoczonych niewdzięcznością gospodarzach. W tym również po dzielnym Winnetou oraz reszcie jego nadgościnnych, ciachowatych Apaczów. Nawet bachory oraz naprawdę całkiem fajne, młode, kolorowe babeczki wędrujące topless przy ogniskach, wytłukli im zachodnioeuropejscy cholernicy. Niewyobrażalne chamstwo oraz wyjątkowe draństwo, w jednym brutalnym przedsięwzięciu! I to w biały dzień, bo w ówczesnej Ameryce elektryczności jeszcze nie posiadali. Zaś po ciemaku, diabelnie trudno trafić w jakikolwiek cel. Toż ludziska, pochodniami wtenczas się doświetlali nie bacząc na liczne od ogniowe zagrożenia. Dawne smutno-trudne czasy, psia kostka.
Potem tak zwany cywilizowany świat (szybciuteńko!) zapomniał o wyjątkowo makabrycznych zarodniach masowo popełnianych przez ponurych panów Europejczyków. Czyli wystąpiła tu, jak gdyby masowa skleroza względem niegdysiejszego prekursora późniejszego faszyzmu z domieszką idiotycznego putinizmu. Dzisiaj, w niewygodnym temaciku mamy już spoko. Tudzież pojawia się nieustanne pieprzenie o przewspaniałej amerykańskiej demokracji oraz owocnej współpracy i wielgachnej przyjaźni z wysoce morderczą ongiś Europą. Jedynie nigdzie (poza kilkoma odrutowanymi rezerwatami), Rdzennych Amerykańców już nie ma, kurwa mać. Przepadli na amen! Prawda, jakby mocno niechciana dla współcześnie bytujących za Wielką Kałużą. Lecz nadal istnieje w wielu łepetynach obecnej cywilizacji. Na nic tu mocno idiotyczne modły o dalej postępującą jak najszybszą, powszechną sklerozę! W powyższym kontekście powtarzane nieustannie za oceanem zażyczonko: „God bless America!”, brzmi więcej niż kuriozalnie, cholera. Lecz wiadomo, taka jest ogólnoświatowa polityka, psia mać. A jakby co, w zanadrzu leży silna bombka atomowa. A więc zbytnio podskakiwać, nie należy. Dla własnego dobra, oczywiście. Władza, zawsze skutecznie się schroni. Ma, gdzie…
Kosmici, zapewne śmiechem się zanoszą obserwując, co współcześnie dzieje się na naszej Mateczce Ziemi. Lecz choć podobno ochoczo grasowali tu przed wiekami, z jakiegoś powodu nie interweniują, bóg (względnie ich wódz) wie, czemu. Ostatecznie to nasza planetka, a nie ichnia odległa konstelacja, której my maluczcy, bliżej nie znamy. Mówiąc nieco międzygalaktycznie: „Plejady, ichnie. Mamcia Ziemia, nasza”. I niech tak dalej, bezkolizyjnie pozostanie. Zaś UFO, może krążyć swobodnie w obie strony. Prościutkie, przyjazne i całkiem bezpieczne rozwiązanko, moim zdaniem. Czyż nie?
Powracając ponownie do tematu naszego nowiutkiego osiedlowego burdeliku, wyznam szczerze, iż poniedziałkowe, cykliczne porno-spektakle z udziałem postronnych starców, spokojnie mogłem sobie darować. Kolega, czynił to równie chętnie. Masakra, kurwa! Szczególnie, gdy klienta zainteresowanego ziemską rozryweczką dostarczano do lokalu usługowego na wózeczku inwalidzkim. Nierzadko uczynne wnuczki dowoziły ukochanych dziadziusiów na ustaloną wcześniej godzinkę. Potem regulowały rachuneczek należny za usługę i odbierały protoplastów rodu słodko kimających na wózeczku. Raz, jakaś kobita przywiozła dość młodego chłopaka-inwalidę. Nie chodził. Potem czekała nań na stołeczku, pod zamkniętymi drzwiami. Lecz żaden z nas nie obserwował, jak obsługiwano nieszczęśnika. W ów prosty sposób postanowiliśmy uszanować jego ułomność i problem. Zerknęliśmy jedynie ciekawsko, czym dysponował. Sporawe zagadnienie, szczerze mówiąc. Przynajmniej pod tym względem natura okazała się dlań łaskawa. Tylko, co z tego…
Aha, jak powszechnie wiadomo krajowym, biednym studenciakom zazwyczaj się nie przelewa. Więc po czorta im jakakolwiek promocyjna, burdelowa zniżka. Toż w pobliskim akademiku, mogą mieć identyczną rozryweczkę kompletnie za free. I do tego zagrożenie byle syfem, jeszcze znacznie mniejsze! Aż tylu partnerów, co zawodowe kurwiszony, klasyczne studentki zazwyczaj nie obsługują. Do tego, jeśli wysoce rezolutny pan żaczek (odtajniając i ujawniając nadciekawskim producentom, rozmiar swego sztywnego wacka) wpisze się na listę stałego testera najprzeróżniejszych modeli kondomów, to i nieograniczoną ilość gumek miewa zapewnioną gratis. Grunt to się umiejętnie, mądrze, dobrze, cwanie oraz perspektywicznie urządzić w doczesnym wcieleniu.
Tyle, o wyraźnie prospołecznych poniedziałkach w naszym nowym, osiedlowym burdeliku. Firma, miała geścik. Nieprawdaż?
We wtorki, na dwóch gapiów czatujących wytrwale w okienku Wiewióra, najczęściej czekała klasyczna zgaduj-zgadula. Czyli różniście zadziewało się w przybytku koniecznej ulgi oraz doraźnej rozkoszy. Przeważnie, mało ciekawie. Względnie, w ogóle nieciekawie. Z rzadka tegoż dzionka, zbłądził też czasem do sex-klubu nasz szkolny ksiądz. Elegancko wystrojony wówczas po cywilnemu w czarną koszulkę oraz spodnie, wyprasowane w nienaganny kancik. W służbowej kiecce, nigdy obłudnik się nie pojawił. Ani białej obróżki na szyję wówczas nie zakładał. Zaś kompletnie goły, wyglądał śmiesznie i przeokropnie. Kupa tłuszczu. Wszędzie! Na domiar złego święta kusinka, ewidentnie małowata. Istny karzełek po prostu! Z tym, że ów klient nie dymał na ogół żadnej z pań pracownic. Zazwyczaj, ciągle ta sama (obowiązkowo goła!), gigantycznie cycata blondzia, stale go obsługiwała klęcząc pobożnie przed wielebnym peniskiem. Wówczas duszpasterz trzymał ją oburącz za rytmicznie poruszającą się główkę. Na koniec, błogosławił pracowitą niewiastę. A ta, jakby dziękczynnie cmokała go w czubek zwiędłego już penisiątka. Straszliwa monotonia z obu stron oraz patologiczne, totalne zero inicjatyw. Inni klienci, chociaż żwawsi ruchowo zazwyczaj bywali. Nawet ci chorobliwie otłuszczeni, niczym nasz szkolny klecha. Istni tucznicy. I wszyscy z… mini peniskami. O jajeczkach, w ogóle nie warto wspominać. Nędza! Czyli uogólnione męskie kalectwo, cholera. Aż wstyd, że to jednak polsko-słowiański genotyp. Ewidentna ujma na patriotycznym, samczym honorze, psia mać. Zgroza i wołanie o pomstę do nieba! Tylko czy wypada… aż tak nagłaśniać pieprzoną sprawę?
Dla niepoznaki swej jawno-tajnej rozpusty, mocno pokraczną gosposię zatrudnił imć klecha na plebanii. Czyli ostatecznie niby nie dziwota, że chętnie zaglądał, gdzie pod damskim względem bywało sporo zgrabniej, tudzież estetyczniej. Za to gotował mu podobno ów babsztyl wyśmienicie! A i często przepyszne ogóreczki z czosnkiem, kisił w wodzie święconej. Jedynie maszkara wyglądała, mocno nieapetycznie. Jezusie, istna ziemska potwora. Więcej niż koszmarnie było u niej, pod względem damskiej urody. Cóż, w realnym życiu niezmiernie trudno popaść idealny, babski idealik. Przynajmniej, w przypadku tak zwanej kobiety udomowionej. Ładne oraz ogólnie atrakcyjne dupencje na ogół kiepsko gotują, nie chcą prać i nie sprzątają, jako pan bóg przykazał. W tym, główny szkopuł. Widać dawnych, damskich omnibusek dziś nie ma. Albo skutecznie kryją się przed człowiekiem poszukującym klasycznej normalności, psia mać. Taki ponury psikus oraz mocnawo pechowa rzeczywistość, w jednej przykrej niespodziance. Szkoda gadać!