E-book
13.35
drukowana A5
32.88
Rekruci

Bezpłatny fragment - Rekruci

Nie zna życia, kto nie służył w marynarce


Objętość:
157 str.
ISBN:
978-83-8126-419-8
E-book
za 13.35
drukowana A5
za 32.88

Rekruci

***

Nie zna życia, kto nie służył w marynarce!


Słowa zaczerpnięte z tekstu marynarskiej pieśni — wzniosłe i patetyczne. Jednak nie wszyscy dostrzegają w nich to samo. Dla jednych są banalne. Dla laika to tylko przechwałki pyszałków i wytwór ich wybujałej wyobraźni. Inni widzą w nich zakodowane głębokie treści i przeżycia tych, którzy zafascynowani egzotyką morza na zawsze związali z nim swój los. To puenta ich morskich opowieści.

Zaciszne, nie tylko portowe kafejki mogłyby zaświadczyć, że były czasy, gdy wokół wilka morskiego siadało grono przyjaciół pragnących poznać jego fantastyczne morskie opowieści. Najczęściej zasłyszane, ale także te, które były jego osobistym udziałem. One wzbudzały największe zainteresowanie, wywołując zachwyt, a tym samym wzniecając u słuchaczy lawinę marzeń. Puściwszy wodze fantazji, gawędziarz potrafił przykuć słuchaczy do krzeseł na wiele, wiele godzin. Opowiadając, przybliżał słuchaczom znaczenie tych, na pozór banalnych, słów marynarskiej pieśni. Udowadniał, że nie są wcale błahe, lecz kryją w sobie poważne przesłanie. Z toku opowieści wynikało, że pierwsze miejsce w marynarskiej hierarchii zajmuje przygoda, chęć poznania egzotycznych krajów i ludzi. Dalej jest walka z żywiołem. Historie mówią o ładzie i porządku, niezbędnych w życiu oraz koniecznych do harmonijnej pracy w okrętowych warunkach maksymalnego ograniczenia przestrzeni. Wreszcie wypływają z nich treści głęboko patriotyczne, wymagające ogromnego zaangażowania, a niekiedy, gdyby zaszła taka potrzeba, poświęcenia się bez reszty.

Młodzi często hołdują przygodzie, to ona zaprząta ich głowę, potrafi spędzać sen z powiek. Lecz głębię marynarskiego życia, te jasne, fantastyczne jego strony, a także trudy z nim związane, zazwyczaj poznają dopiero z autopsji. I to zarówno ci z dalekich, oceanicznych rejsów, a także ci, którzy z własnej woli podjęli zawodową służbę w marynarce wojennej jako kadra dowódcza, stanowiąc podstawowy trzon załogi każdego okrętu, jak i cała reszta — z obowiązkowego poboru. Dla części powołanych, chcących w przyszłości pływać po morzach i oceanach świata, trzyletnia służba na okrętach stanowiła podstawowy argument w staraniu się o tak zwaną książeczkę żeglarską, dającą możliwość zamustrowania się na statek handlowy. Dlatego te trzy lata pracy jedynie za marny żołd, skromny wikt i opierunek — nie odstraszały ich. Chętnie szli w marynarskie kamasze.


Jednym z takich marzycieli, który osiedlił się w nadmorskim miasteczku, był Kazek. Młody, żądny przygód, przybył na wybrzeże i tu się zadomowił. Zawód elektryka umożliwił mu zatrudnienie się przy modernizacji sieci energetycznej koszar. Otaczający jednostkę las tworzył naturalną przeszkodę przed — jak się wtedy mówiło — wścibskimi oczami imperialistycznego wroga. Kazek miał przy tym okazję, choć jeszcze o tym nie wiedział, poznać teren, na którym później zdobywać będzie pierwsze marynarskie szlify.

Samo miasteczko, wraz z portem, położone tuż przy ujściu rzeki, przylegające do plaży, już wtedy stanowiło nie tylko ośrodek przemysłu związanego z morzem, ale również miało walory turystyczne. Szczęśliwie, w odróżnieniu od innych miast na wybrzeżu, nie zaznało niszczycielskich skutków wojny, toteż po jej zakończeniu bardzo szybko zaludniło się nowymi mieszkańcami przybywającymi z różnych terenów. Niemały w tym udział mieli osadnicy z dawnych Kresów, które w wyniku politycznych rozgrywek Wielkiej Trójki znalazły się poza granicami kraju.

Tuż po zakończeniu działań bojowych życie w miasteczku nabierało rozpędu. Cała infrastruktura pozostawiona przez Niemców w stanie nienaruszonym dawała możliwość podjęcia produkcji oraz uruchomienia niezbędnych usług. Rozwijały się przemysł stoczniowy, rybołówstwo i związane z nim, tak bardzo wówczas potrzebne, przetwórstwo rybne, a także handel wewnętrzny i zagraniczny. Za granicę wysyłano towary, których podstawę stanowiły wyroby spirytusowe i węgiel. Jednocześnie rozwijała się turystyka, z zaczątkiem lecznictwa sanatoryjnego, którego zarzewiem stała się łaźnia, bazująca na słonej morskiej wodzie. Pracowała gazownia, a wieża ciśnień usytuowana na wzniesieniu zaopatrywała mieszkańców w wodę. Potrzeby duchowe ludności zabezpieczał kościół. Rozwój turystyki i wypoczynek umożliwiały liczne domy wczasowe i plaża — czynna od świtu do zmroku, po czym bronowana, pozostawała przez noc pod obserwacją jednostek pogranicza. Rozmieszczenie strażnic zapewniało łączność wzrokową między nimi, komunikowano się więc kodem flagowym lub przy użyciu semaforów.

Powojenne ożywienie miasteczka oraz jego rozwój były możliwe dzięki kolei, jedynemu w owych czasach masowemu środkowi komunikacji z resztą kraju. Niewielka stacyjka — zaledwie dwa perony. Położona przed wiaduktem, pod którym biegły tory prowadzące na teren portu. Kilka razy dziennie przyjmowała i odprawiała pociągi w głąb kraju, przywożąc i wywożąc różne towary, a latem także tłumy turystów.


Zdarzały się również składy specjalne. Jeden z nich pewnego jesiennego dnia przybył na stację. Był to pociąg szczególny, bo oprócz zwykłych pasażerów z jego wagonów wysypywały się tłumy poborowych, ze skierowaniami do odbycia służby wojskowej. Obserwując idących peronem i z trudem pokonujących schody prowadzące na wiadukt, można było wysnuć wniosek, że nie stąpają po twardej ziemi, a po pokładzie okrętu miotanego morskimi falami. Konwojentom w końcu udało się sformować coś, co można przy dużej dozie wyobraźni nazwać szykiem marszowym, i kolumna ruszyła ulicą o nazwie — jak na nadmorskie miasteczko przystało — innego nadmorskiego miasta. Ulica ładnie utrzymana. Jezdnia gładka, asfaltowa. Domy z ogródkami, w których przymarznięte i poschłe już badyle ozdobnych roślin zaledwie pozwalały snuć wyobrażenia o ich wyglądzie w pełni okresu wegetacyjnego. Klomby i grządki, dziś w opłakanym stanie, z pewnością były pielęgnowane ręką czującą piękno i estetykę okolic swego domu.

Wśród maszerujących panował gwar. Ci, którzy zapoznali się w pociągu, wesoło wspominali czas podróży, nadal pieczętując okoliczności sączeniem płynu wprost z butelki. Kolumny pokonały dystans całej ulicy. Na rozwidleniu prawe ramię skręciło do lasu. To ulica — oczywiście — Leśna, w końcu cała biegnie wśród drzew. Pnie i gęsto rosnące krzewy skutecznie zasłaniały roztaczającą się poza nimi przestrzeń. Maszerujący dopiero po długim czasie zauważyli, że po obu stronach okolica się rozjaśnia. Z daleka można było już dostrzec, że droga jest przegrodzona szlabanem z budką wartowniczą i bramą, na szczycie której widniał napis „WITAMY”. W ten sposób witano przybywających poborowych. Każda kolumna zatrzymywała się przed bramą. Wartownicy uzbrojeni, jak na marynarzy przystało, w karabiny piechoty (i to na pewno nie morskiej) sprawdzili ważność dokumentów, którymi legitymowali się konwojenci poborowych. Na ich twarzach ukazywał się uśmieszek radości, że oto nadeszli ci, którzy będą ich następcami na tych trudnych i uciążliwych posterunkach, a oni będą mogli zacząć powoli myśleć o cywilnej wolności. Było gwarno i wesoło, bowiem poborowi wciąż pośpiesznie zawierali nowe znajomości, pieczętując je obficie napojem wcale nieprzypominającym zielonej herbaty, tym bardziej że płynem tym napełnione były butelki z „czerwoną kartką”. Ze wstrętem, lecz ochoczo, już w czasie podróży pociągiem poborowi opróżniali swoje manierki, a gdy maszynista pociągu ostro hamował, butelki przetaczały się po przedziałach i korytarzach wagonów. Wiedząc, że przez pewien czas dostęp do tego źródła „radości” będzie utrudniony, a po przekroczeniu bramy zupełnie niedostępny, poborowi w marszu opróżniali resztki zapasów, co spowodowało, że sylwetki stojących obecnie pod bramą chwiały się jak młode sosny na skraju lasu. Podróż pociągiem oraz marsz od stacji ujemnie wpłynęły na stan sił rekrutów, przyszłych „wilków morskich”.


Po nie najkrótszym czasie oczekiwania formalności nareszcie załatwiono. Wartownicy podnieśli szlaban. Konwojujący dał rozkaz: „Za mną marsz!”, i kolumna wolnym krokiem przekroczyła linię bramy. Poborowi poczuli żal za tym, co za nią pozostało. Spoglądali za siebie, by się upewnić, czy naprawdę droga, która przywiodła ich do szlabanu, była inna od tej, którą obecnie zdążali. A zdążali do koszar.

Koszary usytuowane były w lesie. Pomiędzy nimi brukowane kamienną kostką ulice. Budynki solidne, piętrowe, okalały duży asfaltowy plac, przeznaczony do ćwiczeń musztry, apeli i innych uroczystości. Jeden bok placu zamykał duży budynek, w którym na co dzień mieściły się kuchnie i stołówki marynarskie. Na okres poboru służył za miejsce przeobrażania cywili w marynarzy. Całe koszary odziedziczone zostały po jednej z dywizji pancernych, która być może w trzydziestym dziewiątym atakowała ziemie polskie właśnie z tego kierunku. Dlatego oprócz budynków koszarowych stały tu solidne, drewniane, pokryte papą wiaty garażowe dla pojazdów.

Poborowi maszerowali na plac apelowy, skąd grupami wchodzili do sal stołówkowych, specjalnie przygotowanych do ceremonii, które tam się miały odbywać. Pierwsza to strzyżenie głów na zero. Poborowi wierzyli, że ten zabieg będzie pomocny w utrzymaniu higieny, więc bez żalu się mu poddawali. W rzeczywistości strzyżenie poborowych na zero i utrzymywanie tego stanu służyło uświadomieniu im, że od tej pory będą pozbawieni własnego „ja” i staną się całkowicie podporządkowani tym, którzy już mieli prawo zarost na głowie posiadać. Przywilejem tym obdarowani byli dowódcy drużyn oraz instruktorzy, wywodzący się ze starszego rocznika, jak również ich przełożeni. Toteż na stołówkach rozlegał się zgrzyt ręcznych maszynek do strzyżenia. Fryzjerzy uwijali się przy swojej robocie, a spod ich zręcznych dłoni spadały na posadzkę włosy proste, kędzierzawe, ciemne, rude i blond, niekiedy loki utrwalone fachową ondulacją w zawodowym zakładzie fryzjerskim. Ci, którzy doznali „zaszczytu” pozbycia się, w pewnym względzie, męskości — ponieważ w owym czasie uważano, że tylko dzieci strzyże się na zero — zostawali kierowani do innego pomieszczenia, zwanego przebieralnią. Tu pozbywano się resztek cywila. Rozebrani do naga, zdjęte ubrania i obuwie, w których przybyli, aby stać się obrońcami morskich granic ustanowionych w powojennych układach, rozciągających się obecnie od Szczecina aż po Gdańsk, pośpiesznie upychali do otrzymanych worków. W niedalekiej przyszłości, jako nieprzydatne, miały być odesłane tam, skąd przyjechały.

Pakowanie przebiegało sprawnie. Pomocny w tych czynnościach okazał się panujący ziąb oraz pośpiech magazynierów, kolejno rzucających części garderoby, zwanej sortem mundurowym. Otrzymane mundury szybko nakładano, by jak najprędzej przykryć wychłodzone członki swych ciał.


Wszystko, potocznie mówiąc — żarło, aż do chwili, gdy po sorty w kolejce ustawił się poborowy Fredek. Okazało się, że z otrzymanych części umundurowania zdołał założyć na nogi jedynie onuce. Fredek bowiem był to mężczyzna barczysty, silnie zbudowany, posiadał dłonie niczym łopatka saperska, gdyby tylko miała palce. Długość jego ramion była taka, że rękawy bluzy o największym rozmiarze zaledwie zakrywały łokcie, a sięgała ona jedynie okolic pępka.

W przebieralni zrobiło się wesoło. Posypały się żarty i docinki, że Fredek źle trafił, ponieważ ubrany jedynie w onuce może najwyżej zostać strażnikiem na plaży nudystów, a nie jako marynarz pełnić służbę na okręcie. Kazek stopy Fredka przyrównał do rakiet śnieżnych — mógłby na nich pokonywać zaspy, gdyby tylko mniej ważył.

Przekopanie całego magazynu nie dało żadnego pozytywnego rezultatu. Ani munduru, ani butów w rozmiarze cywilnego ubrania i butów Fredka nie znaleziono. Ten stan rzeczy zmusił go do pozostania cywilem, czym odróżniał się od wszystkich poborowych, którzy zdołali przywdziać pierwsze marynarskie mundury. Kwatermistrz z pewnością otrzymał polecenie, aby Fredek również w najbliższym czasie przestał być cywilem i wyróżniać się wśród całego poboru.


Szare drelichy, uszyte z płótna żaglowego, sztywne, niedopasowane, powodowały, że wygląd poborowych nie przypominał marynarzy z dawnych opowieści, eleganckich, za którymi ponoć — panny sznurem. Był to raczej stan opłakany. Przymiarki na oko czynione przez mundurowego bosmana oraz skracanie czasu, ile się tylko dało, były odpowiedzialne za ten opłakany efekt. Wśród rekrutów słychać było nieśmiałe utyskiwania na to, że spodnie uciskają w kroku, a buty są za ciasne lub też są jak kajaki. Prześmiewcom stwarzało to pole do drwin. Szydzili, że posiadacz takich butów ma prawo mówić, że jest już marynarzem i płynie… Tymczasem będzie pływał jedynie po piaskach i bagnach poligonu.

Miał to być bowiem okres tak zwanego szkolenia poborowych, czyli rekrutów, który trwać będzie aż do przysięgi. Przydział poborowych do odpowiednich pododdziałów stanowił jego początek. Moment ten nastąpił, gdy tylko poborowi dotarli na plac apelowy. W kompanii z Kazkiem znaleźli się Stach, Zbyszek, Romek i Janek, którzy spotkali się już podczas podróży, oraz dwóch Fredków — wcześniej poznany, zwany Dużym, i drugi, nazwany Małym. Obaj na pierwszej po umundurowaniu zbiórce przeniesieni zostali do innych kompanii.

***

Zbiórkę w czwórszeregu i według wzrostu zarządził sam szef kompanii. Niełatwe to było dla niego zadanie. Trudność polegała na tym, że podczas zawieranych znajomości nowi koledzy przyrzekali być zawsze blisko siebie, we wszystkim sobie pomagać i przyjaźnie utrzymać do końca służby, a po jej zakończeniu długo je jeszcze wspominać. Więc nie bacząc na rozkazy, stawali, gdzie popadnie, byle przy swoim koledze. Szef kompanii nie dawał za wygraną i na ile tylko miał sił w strunach głosowych — rozkazywał i przynaglał do formowania określonego szyku, w czym nader ochoczo pomagali mu dowódcy plutonów, a przede wszystkim dowódcy drużyn i instruktorzy, posługując się słownictwem, którego trudno szukać w słowniku języka polskiego. Najwięcej określeń pochodziło z „łaciny” i zaczynało się na „k”, były też bardziej mięsne. Przypuszczać należy, że tego typu język poborowym był dobrze znany, bowiem dość żwawo przesuwali się w szeregu, zajmując przeznaczone dla siebie miejsca. Najwyżsi z przodu kolumny, zwanej czołem tego ugrupowania, a „konusy” na końcu. Tak uformowana kompania podzielona została na plutony, te zaś na drużyny. W następnej kolejności nastąpiło przedstawienie przełożonych, aby poborowi wiedzieli, kto nimi dowodzi i komu są podporządkowani bez reszty. Wprawdzie oznajmiono, że w wojsku obowiązują odpowiednie regulaminy, ale ponieważ jeszcze ich treści są im nieznane, więc dowódca każdego szczebla dla swoich podwładnych jest Bogiem i carem. Ma prawo użyć wszelkich środków, by podwładnego zmusić do posłuszeństwa i wykonania rozkazu, nawet gdyby wydawał się niedorzeczny. Zasada ta w dalszym ciągu wojskowej edukacji bywała częstym sposobem na pozbywanie się stresu i chandry przełożonych, która często potrafiła ich opanowywać.


Na koniec ceremonii przeobrażających cywili w marynarzy, po udzieleniu wstępnych wskazówek co do żołnierskiego zachowania, kompania rekrutów plutonami opuściła plac apelowy i udała się do miejsca zakwaterowania. Została rozlokowana w solidnym, murowanym, piętrowym budynku. Jego wnętrze kryło tyle dużych sal, ile kompania liczyła plutonów, oraz kilka mniejszych pokoi, w których mieściła się kancelaria dowódcy kompanii, pokój dowódców plutonów oraz dowódców drużyn i instruktorów. Szef kompanii, jako gospodarz, zajmował osobne pomieszczenie. W jednym z pokoi, usytuowanym przy wejściu do budynku, znajdowała się dyżurka dla służby kompanijnej. Każda kondygnacja posiadała tak zwaną toaletę, z kilkoma umywalkami z zimną wodą, oraz jeszcze mniej kabin, gdzie w celu załatwienia potrzeb fizjologicznych żołnierz kucał bezpośrednio nad otworem, do którego wpadały wydalone niestrawione resztki, przygotowane wcześniej w marynarskiej kuchni, a nazywane żołnierskim wyżywieniem, którego ilość, jak też jakość była określona normą żywieniową. O tym, gdzie, jak i czym żołnierz napełniał swój żołądek, będzie się czytelnik mógł jeszcze dowiedzieć. Tymczasem powróćmy do miejsca zakwaterowania.

Przybyłe pod blok plutony poborowych zostały zatrzymane ostrą komendą: „Stój!”. Wszyscy widocznie poczuli się już żołnierzami, bo na głos komendy stanęli jak wryci, w oczekiwaniu na to, co się teraz wydarzy. Wydarzeniem owym była jedynie informacja szefa dotycząca tego, w których salach zostaną zakwaterowane poszczególne plutony. Pluton Kazka i jego kolegów otrzymał salę na piętrze. Do komendy: „Rozejść się!” nie trzeba było dodawać: „Biegiem”. Każdy chciał pierwszy wpaść do sali, uważając, że będzie mógł wybrać sobie odpowiednie łóżko i szafkę na rzeczy osobiste. Jeszcze szybciej okazało się, że te marzenia stały się nieosiągalne. W drzwiach wejściowych stanął dowódca plutonu i to on wskazywał, która drużyna zajmie odpowiednią część sali. Dowódcy drużyn przystąpili do przydzielania łóżek i szafek dla swoich żołnierzy. Łóżka były piętrowe, więc wybuchały spory, ponieważ każdemu odpowiadała prycza dolna. Spory musiały się szybko zakończyć, bo dowódca drużyny dyslokację do łóżek i szafek przeprowadził na swój sposób, według schematu ze swego notatnika. Otworzył go i odczytywał. Pierwszy wyczytany — łóżko na dole, drugi — na górze itd. Łóżka służyły jedynie do nabierania sił po trudach dnia, a w wolnych chwilach korzystanie z nich było surowo zabronione. Solidne, o konstrukcji metalowej, posiadały spody z desek, co mogłoby wskazywać na to, że dbano o odpowiednią linię spoczywającego na nim kręgosłupa. Każdy poborowy otrzymał wyposażenie w postaci dwóch koców i prześcieradeł oraz podgłówek i siennik.

Po rozdzieleniu pościeli zarządzono zbiórkę i wymarsz, aby otrzymane sienniki napełnić słomą. Odbywało się to w jednym z hangarów, w którym była ona zgromadzona. Dowódca drużyny zarządził, by napchać do sienników tyle słomy, aby po wejściu na niego ugięcie było niewielkie. Sam sprawdzał, jak ta czynność została wykonywana. Czas był ograniczony, więc wszyscy uwijali się jak w ukropie. Kolejne wiązki słomy znikały w czeluściach sienników. Ci, u których instruktor jako ekspert od nabijania worków stwierdził, że przebiega ono opieszale, otrzymywali po kilka okrążeń magazynu na czas, co miało dać im wymagane przyśpieszenie przy pracy. Zdaniem przełożonych pośpiech był uzasadniony ze względu na to, że magazyn ze słomą był jeden, a drużyn spora liczba.

Po upływie wyznaczonego czasu i po stwierdzeniu, że sienniki zostały napełnione prawidłowo, dowódca zarządził zbiórkę. Na rozkaz: „Sienniki chwyć!”, poborowi załadowali je sobie na plecy i ruszyli w drogę powrotną. Ciężar nabitej do sienników słomy przygniatał dźwigających, pomiatał nimi raz w prawo, to znów w lewo, niczym wiotkimi drzewkami podczas huraganowego wiatru, którego kierunek wskazywał położenie morza względem lądu. Mimo narastającego bólu kręgosłupa i okolic lędźwi nikt nie utyskiwał. Sienniki zsuwały się z pleców, a kolumna przypominała protestujących podczas ulicznej manifestacji. Instruktor usiłował rozkazami i różnymi epitetami utrzymać coś na kształt kolumny marszowej. Jego zabiegi nie dawały żadnego pozytywnego rezultatu. Poborowi nadal bardziej byli posłuszni ciężarowi na ich plecach niż rozkazom prowadzącego. Kolumna z trudem osiągnęła cel, docierając na kwaterę. Zmęczeni, spoceni i z mocno pulsującą w skroniach krwią stanęli wreszcie przy swoich łóżkach. Natychmiast sienniki znalazły się na przeznaczonych dla nich miejscach, a poborowym zaświtała myśl, że oto nadszedł czas, aby je wypróbować. Na wypoczynek jednak przełożony czasu nie zaplanował. Od razu rozpoczęła się nauka słania. Instruktaż dowódca drużyny prowadził osobiście. Każdą wykonaną przez siebie czynność dokładnie opisywał, następnie pokazywał, jak ma wyglądać prawidłowo zasłane łóżko. Koniec instruktażu to początek mozolnych usiłowań poborowych. Brak nawyków do porządku wojskowego stwarzał barierę wobec wymogów instruktora. Łóżka piętrowe, ustawione parami, rozdzielone zaledwie kilkudziesięcioma centymetrami od siebie utrudniały pracę rekrutom. A posłanie musiało być płaskie, równiutko wygładzone, z krawędziami ułożonymi w kancik, idealnie pod kątem prostym. Do tego celu przydatne okazały się boczne deski łóżka, przy których zaginano i wyrównywano koce oraz prześcieradła. Instruktor obserwował i nadzorował. Gdy uznał, że cokolwiek wykonane zostało nie tak, jak być powinno, burzył całą tę robotę, rozrzucając misternie, zdaniem poborowych, zasłane łóżka. Wtedy pościel lądowała na podłodze, przemieszana i potargana. Po takiej operacji następował rozkaz ponownego przystąpienia do pracy. Gdy poborowi uporali się znów z pościelą, następował powtórny przegląd. Instruktor prawie zawsze znalazł jakieś niedopatrzenie i wszystko po raz n-ty zaczynało się od początku, a dla wprawy jeszcze razy kilka. Prawdopodobnie mogła to być jedna z psychologicznych metod treningu, mająca wpoić poborowym zasadę bezwzględnego podporządkowania i posłuszeństwa. Była to również zasada zagospodarowania czasu wolnego, którego poborowy mógł mieć tylko tyle, ile było mu niezbędne. Im żołnierz miał mniej czasu, tym szybciej zapominał o cywilu.


Tuż po tym, jak wreszcie instruktor uznał, że posłania mają wygląd w miarę jednakowy i nie odbiegają od wzorca namalowanego na kawałku brystolu, którym się posługiwał podczas instruktażu, zarządzono zbiórkę kompanii do apelu wieczornego. Na początku sprawdzenie obecności. Najpierw ilościowo, na komendę: „Kolejno odlicz!”, po czym dla upewnienia się, a może dla celów poznawczych — sprawdzono według listy imiennej. Wyczytany miał odpowiadać, podając nadany z chwilą wcielenia stopień i nazwisko. Niektórzy, w wyniku przemęczenia lub zestresowania, mylili się podczas odpowiedzi, przestawiając słowa nakazanej formułki. Wykrzykiwali np. „Stach poborowy — jestem!”. Wywoływało to powszechną wesołość. Żartowano i dowcipkowano dotąd, dopóki szef gromkim głosem nie krzyknął: „Cisza!”. W kompanii wracał spokój, a sprawdzanie obecności postępowało nadal, aż do ostatniego na liście.

Apel nie polegał jedynie na sprawdzeniu obecności, ale była to swego rodzaju uroczystość. Przy tej okazji dowódcy mogli uważnie przyjrzeć się poborowym, wysłuchać ich próśb, które — za wyjątkiem konieczności pójścia do lekarza — nigdy nie były spełniane. Podczas apelu prowadzący odczytywał również rozkaz dzienny dowódcy kompanii, w którym oprócz zadań szkoleniowych na następny dzień wyznaczano różnorodne służby kompanijne. A była tego liczba spora. Najważniejszą służbę kompanijną pełnili dowódcy plutonów, drużyn i instruktorzy. Poborowych wyznaczano do pełnienia funkcji mniej ważnych, takich jak dyżurny sali i piecowy. Salowy odpowiadał za czystość i porządek w sali oraz za to, aby przypadkiem komuś nie przyszło do głowy położyć się na łóżku. Siadanie też zabronione. Nieprzestrzeganie tych rygorów narażało dyżurnego w razie niespodziewanej kontroli na sankcje przy raporcie karnym. Poborowi, zmęczeni trudami różnych ćwiczeń i treningów, nie zwracali na to uwagi i wbrew upomnieniom potrafili rozciągnąć swe członki na równiutko zasłanej pościeli. Tymczasem poborowemu do odpoczynku, gdy nie był zajęty szkoleniem lub pracami porządkowymi i miał tak zwany czas wolny, służył jedynie taboret. Na nim bezkarnie mógł swoją tylną część ciała posadzić. Było to siedzisko o ciężkich metalowych nogach przykrytych grubą deską z dykty. Siedzenie na takim „fotelu”, za wyjątkiem odciążenia nóg, z pewnością nie mogło i nie przynosiło ulgi innym zmęczonym częściom ciała.

Zakres obowiązków dyżurnego sali nie kończył się na ścisłym wypełnianiu przyklejonej początkowo roślinnym klejem instrukcji. Winien on także być czujny i gotowy na każde wezwanie służbowego kompanii. Na jego sygnał musiał jak najszybciej wyskoczyć z sali, trzaskając za sobą energicznie drzwiami. Nie zawsze w celu otrzymania jakiegoś polecenia, a niekiedy tylko dla treningu. Dyżurnemu, w wyniku tych energicznych szarpnięć drzwiami, przybyło jeszcze jedno dodatkowe zajęcie. Niemal po każdym takim treningu klej puszczał, a instrukcja lądowała na podłodze. Rad nierad, zobowiązany był ją z powrotem na tych drzwiach umieszczać. Klej się wreszcie skończył, co zmusiło szefa kompanii do zaopatrzenia się w pineski, których użycie zapobiegało odpadaniu przytwierdzonych do desek drzwiowych zarządzeń.

Ponadplanowym obowiązkiem dyżurnego było również utrzymanie odpowiedniej temperatury. Dlatego strzegł, aby drzwi były zawsze zamykane, a wietrzenie odbywało się tylko raz dziennie. Zaraz po pobudce, gdy poborowi wybiegli na poranną zaprawę fizyczną, dyżurny otwierał okna, aby ciężką zawiesinę gazową zamienić na chłodną, ale czystą atmosferę. Sala ulegała oziębieniu, pozostając w takim stanie aż do końca zajęć popołudniowych. Duże zagęszczenie, brak jakiejkolwiek suszarni, a przede wszystkim drastyczna oszczędność opału były przyczyną wilgoci i wszędobylskiego zaduchu, przeciw któremu dyżurny poza wietrzeniem żadnych doraźnych środków zapobiegawczych nie posiadał. Natomiast każdy dyżurny zdawał sobie sprawę z tego, że w wojsku obowiązują pewne zasady, jak: jednoczesność, dokładność i określony czas — które wykorzystuje się podczas różnego rodzaju ćwiczeń i innych nakazanych czynności. Stosowano je również w czasie wolnym. Wtedy instruktorzy wykazywali własną inicjatywę, pokazując, jak zgodnie z wojskowymi zasadami musi być wykonane wydane przez nich polecenie. Trening dotyczył dyżurnych sal, ale miał udowodnić pozostałym poborowym, kto tu jest ważny i kto tu rządzi. Wyglądało to mniej więcej tak:

Donośny okrzyk dyżurnego kompanii był sygnałem dla dyżurnych sal, aby natychmiast jednocześnie wybiegli na korytarz. Jednoczesność dyżurny lub jego pomocnik oceniał po odpowiednim trzasku drzwiami. Trudność wykonania tego polecenia zawierała się w tym, że owo trzaśnięcie musiało być odpowiednio głośne i wybrzmieć jednocześnie. Dyżurnym sal z reguły się to nie udawało. Instruktor prawie zawsze dopatrzył się jakiegoś uchybienia, dlatego ćwiczenia powtarzano do skutku, aż następowało zmęczenie, które nie tyczyło się ćwiczonych, lecz samego materiału, z którego wykonane były odrzwia i ich zamocowanie. Drzwi pękały, klamki i zawiasy się urywały, a mocowania futryn nie wytrzymywały i przy każdym kolejnym trzaśnięciu słychać było podwójny dźwięk, jakby echo. Cel takich treningów, dość opłakany, ale połowicznie zostawał osiągnięty. Skala nieduża, lecz przy codziennych zmianach dyżurów rozszerzała się na stan całej kompanii, tak że każda zmiana dyżurnych wiedziała, co ich czeka, i była na to przygotowana. Jedynie pineskami przytwierdzone instrukcje żadnego szwanku nie doznawały.

Wyluzowane futryny i niedomykające się drzwi stały się przyczyną utraty ciepła. Piecowy oburzał się na dyżurnego, a na piecowego inni — że się leni, przynosi za mało opału i na pewno nie ma kwalifikacji, aby być piecowym. Uwagi czyniono z zazdrości, ponieważ funkcja ta dawała pewne przywileje. Nie brał udziału w sprzątaniu rejonów, a przede wszystkim szorowania umywalek, pisuarów i miejsc ustępowych, które przynajmniej dwa razy dziennie sprzątano na mokro. Podstawowy sprzęt używany przy tych pracach to wiadro, wytarta szczotka ryżowa i szmata, nigdy niewysychająca, która rozsiewała wszechpanujący zapach stęchlizny, od którego tylko piecowy, wprawdzie nie zawsze, ale był chroniony. Brał on jednak udział we wszystkich organizowanych zajęciach. Ponadto musiał troszczyć się o opał i o coś na podpałkę. Po powrocie z zajęć, gdy inni odpoczywali, rozpalał w piecu. Pilnował, aby ogień palił się w miarę równo i na tyle intensywnie, by palenie zakończyło się w określonym czasie, nagrzewając kafle do jak najwyższej temperatury. Koniec palenia, określony rozkładem dnia, następował na rozkaz podoficera dyżurnego kompanii. Obowiązkiem piecowego było wtedy natychmiastowe wygaszenie ognia, wybranie resztek płonących jeszcze węgli, co było powodem tego, że po sali rozchodził się intensywny zapach gazu, a z wiaderka pod sam sufit buchały tumany kurzu, który po ostudzeniu osiadał na wszystkich i na wszystkim tym, co znajdowało w sali.

Piecowy po uporaniu się z ogniem przystępował do wymiatania. Najpierw wybierał popiół z popielnika oraz jego resztki z pieca. Następna czynność to wymiatanie do czysta, ale każde pociągnięcie miotłą wydobywało nieco popiołu, sypiącego się nie tylko do podstawionej szufelki, lecz też poza nią. Gdy drapnięcia miotłą nie przynosiły efektu i wydawało mu się, że palenisko i popielnik są czyste, brał kubeł, wynosił żarzące się jeszcze węgle na kompanijne wysypisko odpadów. Wracając, meldował dyżurnemu kompanii piec do przeglądu. Był zadowolony z zakończenia pracy i mógł zająć się sprawami osobistymi lub wdać z kolegami w dyskusję.

Już po pierwszym paleniu stan zadowolenia zazwyczaj pryskał jak bańka mydlana, gdy tylko dyżurny kompanii zjawiał się, by sprawdzić wynik usilnych zabiegów piecowego. Na jego oko sprawa nie wyglądała zbyt różowo. Na wstępie zauważył drobiny popiołu pod piecem, co wywołało w nim oburzenie na piecowego, ale gdy zajrzał do czeluści pieca, jego stan podniecenia sięgnął zenitu. Najpierw pociągnął palcem po cegłach popielnika, a po stwierdzeniu, że jest brudny, podsunął go piecowemu pod nos, aby powąchał, czym może pachnieć tak wykonana praca. Jego zdaniem piec nie nadawał się do przeglądu, a piecowy nadawał się tylko do ukarania. Piecowy z pokorą w postawie na baczność słuchał kwiecistych słów reprymendy nafaszerowanej przerywnikami zaczynającymi się na „k”, po której zadowolony ze swej pierwszej lustracji dyżurny nakazywał dokończyć czyszczenie pieca, a dodatkowo umywalni i szaletu. Zagroził, że na następny przegląd przyjdzie w białych rękawiczkach. Tego przyrzeczenia jednak nie dotrzymał.

Piecowemu twarz pobladła ze strachu, ręce się trzęsły, ale bez słowa zabrał się do ponownego czyszczenia piecowych czeluści. Aby nie było zastrzeżeń, wpadł na pomysł, by cegły popielnika i paleniska wyszorować mokrą szmatą. Piec nagrzany, więc para z tej ścierki buchała niczym z gwizdka lokomotywy pociągu, którym maszynista oznajmiał odjazd ze stacji. Po skończonej pracy przy piecu zmęczony i zły zabrał się do wykonania nałożonej kary.

Aby nie czynić dwa razy tego samego, postanowił nalać na posadzkę tyle wody, by przypadkiem nie pozostał jakiś suchy kąt. Tak mogło się stać, gdyby wody było za mało, bowiem wylewka posadzki stanowiła swoisty duży lejek. Górne krawędzie opierały się o ściany i obniżały się w kierunku kratki ściekowej na środku, którą przed zalaniem posadzki wodą należało uszczelnić specjalnie przeznaczoną do tego celu szmatą. Zabieg ten zatykał odpływ, pozwalając ryżówce przystąpić do „masażu” brudnej powierzchni, wraz z jednoczesnym opłukaniem szorowanej części. Intensywne szarpnięcia szczotką w przód i do tyłu powodowały głośne pluśnięcia, które mógł słyszeć dyżurny pełniący kompanijną służbę. Z tego powodu nie musiał sprawdzać, czy zadaną karę piecowy wykonuje solidnie.

Gdy ściany łazienki — a przy tym i sam sprzątający — zostały już należycie zmoczone, wystarczyło odetkać kratkę i woda z sykiem spływała do kanału. Pozostałe w zagłębieniach resztki połykała osadzona na szczotce inna szmata, którą piecowy co rusz zmuszony był wyżymać. Czynił to z takim zawzięciem jak aktor serialu traktujący zmoczone w odrzańskiej wodzie swoje spodnie. Po odpowiednim wysuszeniu całej posadzki piecowy, stojąc nieruchomo niby żona Lota zamieniona w słup soli, złożył meldunek dyżurnemu kompanii o wykonaniu polecenia. Ten, nie dając wiary, dokonał przeglądu. Szczególną uwagę zwrócił na intensywność oraz wysokość zamoczenia ścian. Stojąc pod jedną z nich, stwierdził, że miejscami sięga punktu połączenia nogawek jego spodni w jedną całość. Uznał więc, że zadanie zostało wykonane należycie. Piecowy jednak otrzymał ostre zalecenie, by w przyszłości nie powtórzył się taki wypadek, że piec do przeglądu nie będzie należycie przygotowany, bo jeżeli się powtórzy, to kara będzie o wiele dotkliwsza. Po wysłuchaniu tych zapewnień zmęczony ruszył w stronę swojej sali. Zrozumiał, że nie są to puste słowa i od tej pory palenisko i popielnik pieca na przegląd błyszczały jak lakierki z chińskiej skóry wypolerowane najlepszym rodzajem pasty Kiwi. Obserwując zaangażowanie piecowego, zaniechano codziennych przeglądów na rzecz kontroli sporadycznych i z zaskoczenia. Pod koniec okresu szkolenia podstawowego zupełnie zostały zaniechane. Nie znaczy to, że na zawsze. Ożyły po przysiędze oraz przeformowaniu kompanii, kiedy utworzono nowe pododdziały, a młodych, już marynarzy, a nie poborowych, przydzielono do różnych specjalności morskich, przydatnych na jednostkach pływających marynarki wojennej. Lecz zanim do tego doszło, wszyscy nadal byli rekrutami, posługując się tytułem — poborowy.

***

Szkolenie biegło nadal trybem normalnym. Musztra, regulaminy, znajomość broni oraz najważniejsze — szkolenie polityczne, domena aparatu politycznego. Każdy poborowy musiał zostać uświadomiony i posiąść wiedzę o tym, dlaczego i kogo będzie bronił, gdy wróg zaatakuje. Rekrut miał obowiązek wiedzieć, kto tym wrogiem może być. Z pewnością będzie to agresor, dysponujący potężną bronią atomową. Żołnierz musi być na to przygotowany. Dlatego powinien znać budowę tej straszliwej broni oraz opanować sposoby, jakimi ma się przed skutkami jej użycia bronić.

Podstawowy środek obrony stanowiła maska przeciwgazowa, która miała chronić przed środkami chemicznymi i wtórnym promieniowaniem po wybuchu atomowym. Każdy poborowy otrzymał jako wyposażenie taką maskę. Nie powinien się z nią nigdy rozstawać. W ciągu dnia nosić w torbie przewieszonej przez prawe ramię, aby w razie zagrożenia można było prawą ręką sięgnąć po nią i w jak najkrótszym czasie, wstrzymując oddech, nałożyć na twarz. Czynności te szczególnie polubili instruktorzy, dążący do osiągnięcia ideału w nakładaniu maski, wydmuchiwaniu z niej skażonego powietrza i składaniu jej na czas do torby, aby zaraz dać rozkaz: „Maski włóż!”. Takie ćwiczenia powtarzać trzeba było nieskończoną ilość razy. Coraz częściej przebywanie w maskach przedłużało się. Żaden przemarsz nie mógł się obyć bez nałożenia masek. Taka metoda dawała instruktorowi pewność, że w kolumnie urwane zostaną wszelkie rozmowy i zachowana będzie dyscyplina. Gdy okazywało się, że uciskające maski powodowały jednak rozluźnienie, instruktor z lubością zarządzał bieg lub inne elementy wojskowej tresury w postaci „padnij — powstań” oraz takie, które były najbardziej uciążliwe — czołganie się wprost po bruku, po piaszczystych skarpach lub, co najgorsze, po błotnych kałużach. Nierzadko taki rodzaj marszruty stosowany był w drodze do stołówki. Po dojściu na miejsce rekruci mogli zaledwie otrzepać swoje mundury. Ręce pozostawały brudne, na co instruktorzy mówili, że to nic takiego, chleb jest ciemniejszy, a smakuje. Wyboru nie było, musiał smakować. Smakował tym bardziej, że jego spożywanie odbywało się na czas. Za krótki dla maruderów, a dla śpieszących się zaledwie wystarczający, by opróżnić to, co do miski nalano. Po komendzie: „Koniec jedzenia!”, niedojedzone kromki Kazek, jego koledzy i inni maruderzy upychali do kieszeni lub za bluzę. Jeżeli udało się zachowek przemycić, to ukradkiem świdrujący w żołądku głód odpędzano nieco później.

Nie zawsze wyniesione ze stołówki chlebowe kromki zostawały skonsumowane. Instruktorzy nie pozwalali na taki luksus. Po opuszczeniu jadalni przeprowadzali szczegółowy przegląd kieszeni. Poborowy, u którego znaleziono choć drobny kawałek pieczywa, miał zapewnioną przynajmniej karę porządkową lub służbę poza kolejnością w pomieszczeniach sanitarnych. Zabiegi instruktorów poskutkowały dojściem do wprawy w spożywaniu posiłków na czas. Kontroli kieszeni z czasem zaniechano. Za to wymyślano inne, nowe sposoby, by rekrutom dopiec.

Już podczas pierwszego apelu padła zapowiedź, że w listach nie wolno pisać czegokolwiek o przełożonych, służbie i panujących tu warunkach. Natomiast należało informować bliskich o dobrym samopoczuciu, należytym zdrowiu oraz wręcz wzorowym odnoszeniu się do nich przełożonych. Koniecznie należało pisać o otrzymanych pochwałach za — jak mówiono — należytą żołnierską postawę, szczególnie w szkoleniu politycznym, bo ono przecież stanowiło cały kręgosłup żołnierskiego wyszkolenia i wychowania każdego poborowego.

Pochwały jednak zdarzały się nader rzadko, więc większość rekrutów pisała listy miłosne do pozostawionych, tęskniących narzeczonych lub żon. Bowiem nie wszystkim „jedynym żywicielom rodziny” udawało się od służby wymigać. Żonaci najbardziej przeżywali rozłąkę, lecz z drugiej strony byli bardziej zadowoleni, gdy podczas wieczornego apelu czytano ich nazwiska widniejące na listach, po czym dumnie występowali z szeregu, gdy inni ze smutkiem zwieszali głowy, bo do nich nikt nie napisał. Jednym z takich rekrutów był Kazek, do którego listy prawie nigdy nie przychodziły. Choć dzięki rozwijaniu i zacieśnianiu stosunków koleżeńskich problem braku listów zanikał. Prowadzący korespondencję pisali o swoich nowych kolegach, zapoznając ich z siostrami lub koleżankami, tak że listów przychodziło coraz więcej.


Jedyną rozrywkę rekrutów stanowiły filmy, wyświetlane na miejscu w jednostce, ale największą atrakcją było zbiorowe wyjście do miejskiego kina, gdzie puszczano filmy nie tylko produkcji radzieckiej, lecz też z innych krajów, często nawet szerokoekranowe, wchodzące wówczas do kin. Niekiedy zdarzały się oszustwa. Zapowiadano film zachodni, erotyczny, kolorowy, a wyświetlano czarno-biały, typu „orka na ugorze”. Niezależnie od treści filmu poborowi z wycieczki do kina byli zawsze zadowoleni. Przez całe dwie godziny swobodnie chłonęli cywilne powietrze, którego po przekroczeniu bramy koszar w żaden inny sposób zaznać się nie dało.

To miejskie kino bardzo polubił Kazek. Nie był on zapalonym kinomanem, więc te wyprawy postanowił wykorzystać w innym celu. Łamał surowy zakaz oddalania się i w czasie emisji filmu odwiedzał dom rodzinny, w którym mieszkał przed poborem do wojska. Kilka razy mu się to udało, ale „dopóty dzban wodę nosi…”. Pewnego dnia ucho się urwało. Kazek wracał z wycieczki i miał już niedaleko do kina. Przechodząc w pobliżu siedziby Komendy Garnizonu, został zatrzymany przez patrol, który jakby celowo czekał na ten moment. Wylegitymowano go, a że przepustki nie miał, ponieważ poborowi do czasu przysięgi nie mieli prawa na samodzielne opuszczenie koszar, został zatrzymany w Komendzie. Nie mógł być jednak ukarany aresztem, a jedynie musiał pozostać tam do czasu osobistego odebrania go przez dowódcę kompanii, co go przeraziło. Nagle stanął mu w oczach cały regulamin służby wewnętrznej, a szczególnie rozdział mówiący o sankcjach za tego typu przestępstwo. Z całej gamy sankcji wykluczał areszt wojskowy, ponieważ po szkoleniu z regulaminów zapamiętał, że poborowych, czyli rekrutów, aresztem karać nie wolno. Myślał jednak o tym, że jego czyn może zostać zakwalifikowany jako samowolne oddalenie się z zamiarem dłuższego na nim przebywania. W takim wypadku groziłby mu nawet sąd wojskowy, ale o tym też przestał rozmyślać. Przecież nic takiego nie zrobił, by musiał ponieść jakąś straszliwą karę. Czas oddalenia był krótki, a on nie miał zamiaru długo pozostawać poza kompanią. Te przemyślenia uspokoiły jego nerwy. Postanowił spokojnie czekać na dowódcę i honorowo przyjąć to wszystko, co po powrocie do koszar czekać go mogło.

Późnym wieczorem w Komendzie Garnizonu zjawił się, jak regulamin przewidywał — sam dowódca kompanii, w humorze co najmniej wściekłego buldoga, ponieważ w całej jego wojskowej karierze podobny wypadek się nie wydarzył. Z pewnością wzburzył go sam fakt, że został zmuszony w środku nocy przerwać wypoczynek i zaprowadzić niesubordynowanego rekruta do koszar, ale również myśl, że Komendant Ośrodka też go nie pogłaszcze. Jaką „nagrodą” uraczyło go dowództwo, Kazek nigdy się nie dowiedział. Jemu zaś się upiekło. Cały ten incydent spłynął po nim jak woda po kaczce. Był ucieszony, że nawet koledzy, dowiedziawszy się o całej sprawie, nie czynili mu żadnych uszczypliwych docinków. A mieli powód, ponieważ Kazek chełpił się tym, iż jako mieszkaniec miasta znał wszystkie przejścia, do których patrole nie zaglądają. Liczył, że je przechytrzy. Ucho jego dzbana musiało się urwać. Miasto znał dobrze, ale pycha go zgubiła i odbiła mu się czkawką w dniu przysięgi.

***

Nastąpił uroczysty moment wręczenia broni. Była to chwila długo wyczekiwana przez poborowych, więc sprawiła im niekłamaną radość. Przedmiot zastępczy, używany podczas ćwiczeń musztry i zajęć polowych, zabrano im. Tym samym poborowi zostali dowartościowani. Mogli się powoli zacząć mianować obrońcami ojczyzny. Do tego, by nimi naprawdę zostać, droga była jeszcze daleka i niekiedy bardzo wyboista.

Każdy marzył o tym, aby jak najszybciej sprawdzić swoje oko na strzelnicy. Tymczasem poborowy uczył się przeznaczenia, budowy, sposobów wykorzystania, rozkładania, składania, czyszczenia i konserwacji broni. Po nabyciu podstawowej wiedzy i umiejętności broń zabierano na ćwiczenia musztry oraz ćwiczenia taktyczne na poligonie. W czasie musztry uczono chwytów, a gdy każdy pojedynczy żołnierz osiągnął w tym wprawę, następowały ćwiczenia w drużynie i większych pododdziałach. Treningi miały doprowadzić do doskonałości. Dlatego prowadzono je przy każdej okazji i nieskończoną ilość razy.

Ćwiczenia z bronią na poligonie to przede wszystkim marsze, biegi oraz lekcje z zasad jej użycia w ataku piechoty, kiedy podstawą było posuwanie się przez czołganie. Poborowy łokciami i kolanami orał ziemię, aby jak najszybciej osiągnąć nakazaną rubież, a przy tym nie dać się wykryć.

Po powrocie z ćwiczeń broń czyszczono. Czyszczenie to rytuał obowiązkowy żołnierza. Wiedza teoretyczna dotycząca tego zajęcia pozwalała na powolne, pod okiem instruktora, rozłożenie broni i po zakonserwowaniu jej — powrotne złożenie. Podczas tych zajęć pomocny okazał się taboret. Każda odłączona część zajmowała na nim odpowiednie miejsce. Takie ich ułożenie było bardzo przydatne przy składaniu. Czynności rozkładania i składania broni limitowano czasem, a dla osiągnięcia wprawy prowadzono intensywne treningi. Niektórzy mimo nieodpartych chęci i mobilizacji instruktora w żaden sposób nie mogli osiągnąć określonego limitu. Początkowo ledwie starczało czasu na rozłożenie broni. W wyniku treningu nastąpił wyraźny postęp — potrafili już dojść do momentu rozpoczęcia składania. Instruktor nie krył oburzenia i zarządzał powtarzanie całego procesu po kilka lub nawet kilkanaście razy. Zbyszek i Kazek jako jedyni osiągnęli wymaganą sprawność. Doszli do takiej wprawy, że z zawiązanymi oczami potrafili broń rozłożyć i złożyć, przy czym ich ruchy pozostały poza zasięgiem reszty składu osobowego drużyny. Ich manualne możliwości, choć dla innych nie do powtórzenia, wpływały na wzrost ogólnego poziomu umiejętności całej drużyny. A w drużynach organizowano zawody, poborowi zakładali się, kto będzie zwycięzcą, przy czym Zbyszka i Kazka nie brano pod uwagę. Bez zawodów instruktor ogłosił ich mistrzami w całej kompanii.

Po uporaniu się z rozkładaniem broń dokładnie czyszczono, po czym następował przegląd poprzedzony meldunkiem, który niejednemu meldującemu sprawiał nie lada trudności. Meldunek uwzględniać musiał numer karabinka, który składał się z literowej serii oraz szeregu niepowtarzalnie ułożonych cyfr. W początkowym okresie po otrzymaniu broni wielu rekrutom nie udawało się ulokować w pamięci rozbudowanego numeru, więc idąc do przeglądu, mylili się, za co natychmiast karani byli pracą porządkową, którą musieli wykonać po uporaniu się z przeglądem i umieszczeniu broni w magazynie na wyznaczonym stanowisku, w gotowości do zabrania na następne ćwiczenia lub na sygnał alarmu.

Poborowi nie znali dnia ani godziny, kiedy taka przyjemność może ich spotkać — gdy podoficer dyżurny kompanii naciśnie przycisk dzwonka alarmowego. Zdarzało to się w dzień, ale i nocą. Rozlegający się z ogromną siłą dźwięk stawiał na nogi największego nawet śpiocha. Nawet Romek przecierał oczy, a na sygnał zwykłej pobudki trzeba było go za nogi spod koca wyciągać. Tym razem tylko złorzeczył, usiłując uporać się z różnymi częściami umundurowania. Jego problemem były onuce. Nie umiał sobie z nimi poradzić, a czas upływał. Wreszcie jakoś omotał stopy, wcisnął buty, z których pokaźna część tych niesfornych onuc wystawała na zewnątrz, powiewając jak chorągiewki na wietrze. Z mundurem sobie poradził. Pobieżnie zasłał łóżko, przewiesił przez ramię torbę z maską przeciwgazową i pędem udał się pod magazyn z bronią. Jego „niesamowity” pośpiech pozwolił mu zająć niestety tylko ostatnie miejsce w kolejce wciskających się przez wąskie drzwi do środka magazynu. Tam, chwyciwszy karabin, przeciskali się przez zatłoczone wyjście i biegiem na zbiórkę. Dopiero wtedy oraz już stojąc w szeregu porządkowano umundurowanie i oporządzenie, a instruktorzy, dumnie przechodząc między szeregami, dokładnie sprawdzali gotowość bojową każdego poborowego. Musiał on posiadać to, co mu ojczyzna dała, by ją w razie potrzeby miał czym bronić. Bojowym wyposażeniem poborowego było wszystko, co posiadał: od karabinu do igły z nicią. Ta ostatnia część bojowego wyposażenia potrafiła przyprawić poborowemu nieraz nie lada problem. Igła jak to igła — potrafi się łatwo zagubić, lecz niełatwo ją znaleźć. W tej kwestii tylko Romek nie miał nigdy problemu. Pomimo że na zbiórkę stawiał się jako ostatni, a nawet po upływie określonego czasu, to marsowa mina instruktora rozjaśniała się po tym, jak wreszcie zajął miejsce w szeregu. Instruktor wiedział, że Romek, syn krawca, igłę na pewno posiada. I rzeczywiście — wpadł na pomysł, aby ten nieodzowny przedmiot bojowego wyposażenia nosić zawsze przy sobie, gdy tylko będzie miał nałożona na głowę swą czapę. Tam właśnie umieścił igłę i żeby nie wypadła, omotał ją nitką, również niezbędną w zestawie bojowego wyposażenia.

Po sprawdzeniu gotowości pododdział musiał w oznaczonym czasie zająć tak zwane pozycje wyjściowe w rejonie działań, gdzie prowadzono ćwiczenia z zasad walki drużyną i plutonem. Rejon ćwiczeń był płaski, ale nadzwyczaj urozmaicony. Porośnięty kępami krzewów, w których z założenia ukrywał się przeciwnik. Należało go wykryć i nie dać się podejść, aby samemu nie wpaść w zasadzkę. Zadanie niełatwe. Osiągnięcie pozytywnego rezultatu zależało nie tylko od działań samych poborowych, ale również od dowódcy i instruktora, którego zadaniem było przede wszystkim danie w kość swoim podwładnym. Poborowi musieli odczuć psychicznie i fizycznie przebieg ćwiczeń. W tym celu instruktorzy, wykazując nadgorliwość i przekraczając nakreślony plan działań, rozwijali drużyny w ugrupowania bojowe do ataku. Stosując wojskowe metody, nie szczędząc sił własnych oraz metod mobilizacyjnych, przejawiali nieodpartą dążność do jak najszybszego zajęcia przez własną drużynę określonej rubieży. Kierunek ataku zmuszał poborowych do pokonywania różnych przeszkód, naturalnych i sztucznych, celowo przygotowanych do prowadzenia takich ćwiczeń. Przeszkodami mogły być, w zależności od miejsca i kierunku działań: głębokie, o stromych, piaszczystych skarpach rowy przeciwczołgowe, bagna, trzęsawiska, których omijanie było surowo wzbronione. Pokonujący je rekruci, zapadali się w błoto po kolana, a niekiedy nawet po pas. Przeszkody wodne stanowiły zawsze ostatni etap prowadzonych ćwiczeń. Pokonanie ich wymagało umiejętności skoczków w dal. Na kierunku, w którym posuwała się drużyna Kazka i jego kolegów, takich skoczków nie było, dlatego wodowanie nieraz zdarzało się po uszy. Niektórzy usiłowali ominąć rowy, nie zażywając zimnej kąpieli, lecz gromki głos instruktora, rad nierad, zmuszał do skoku. Jednym udawało się to, inni zmoczyli tylko buty, a niektórzy nogi po kolana. Przemoczeni zimną jesienną wodą z zazdrością rzucali uszczypliwe epitety w kierunku Kazka, uważając, że ten posiada jakieś specjalne przywileje.

Nie miał on tymczasem żadnych ulg, a jedynie, jako tutejszy, znał teren i podczas natarcia kierował się na wąski przesmyk, którym oddzielone były sąsiednie rowy. Wprawdzie jako elektryk brał udział w modernizacji sieci elektrycznej na terenie jednostki, co dawało mu możliwość poznania części kadry, ale z tego tytułu o żadne profity nie zabiegał. Jedynie miał szczęście przed komisją poborową, gdzie poprosił o służbę w marynarce, i to mu się udało, chociaż nie miał cienia pewności, czy zostanie wcielony do marynarki wojennej. W tym wypadku odstąpiono od zasady, według której do marynarki poborowi kierowani byli z głębi kraju, a przede wszystkim z dalekiego południa Polski. Nie miał pojęcia, dlaczego dla niego zrobiono wyjątek. Może dlatego że poprosił lub dlatego że do miasta przybył ze wschodnich terenów kraju, zamieszkiwał tam krótko i nie miał żadnych koligacji z rybakami. Na pokładach kutrów tych ostatnich zdarzały się ucieczki za granicę, szczególnie do Szwecji. Dlatego władze uznały za słuszne, by do marynarki kierować osoby ze Śląska, a na Śląsk — mieszkańców Pomorza. Czas pokazał, iż było to posunięcie absurdalne i pod każdym względem niedorzeczne. To w wyniku tej zasady zdarzyło się tak, że wszyscy koledzy Kazka pochodzili z Polski południowej, ale to ich w żaden sposób nie wyróżniało. Tym bardziej gdy szkolenie rekruckie zdążało ku końcowi.

***

Zbliżał się moment pierwszego awansu, na mocy którego poborowy stawał się marynarzem. Akt ten nastąpić miał z chwilą złożenia przysięgi wojskowej. Aby do tego doszło, musiał nadejść upragniony dzień przysięgi. Każdy wyczuwał to we własnych nogach. Przygotowania poborowych do tej uroczystości postępowały niezależnie od całego cyklu szkolenia. Prowadzone w intensywnym trybie, jeszcze bardziej nasiliły się tuż przed końcem szkolenia rekruckiego.

Wydłużył się czas treningów musztry. Każdy przełożony zwracał baczniejszą uwagę na prawidłowość wykonywania ćwiczonych elementów, szczególnie na chwyty bronią, w miejscu i w marszu. Następowała koordynacja oddziałów. Ćwiczyły już nie tylko drużyny, plutony, ale całe kompanie. Po przysiędze planowana była defilada, która miała pokazać, jak z cywilnych mazgajów poborowi przekształceni zostali w należycie prezentujących się obrońców morskich granic.

Przygotowania szły pełną parą. Niedługo przed uroczystością zbudowano dwie trybuny. Jedną na placu apelowym, drugą na trasie planowanego przemarszu defilady. Przed trybuną na placu apelowym trwały przymiarki. Pododdziały stały frontem w kierunku trybuny, którą zająć mieli oficjele, z dowódcą marynarki na honorowym miejscu, oraz zaproszeni goście cywilni. Całymi godzinami trwały treningi czynności, które poborowi mieli perfekcyjnie wykonać w czasie aktu samej przysięgi. A więc ćwiczono postawę, jaką mieli prezentować, chwyty bronią, ale już tylko elementy: „Prezentuj!” i „Na ramię broń!”, oraz położenie karabinka i ułożenie czapki na komendę: „Do przysięgi!”. Intensywne ćwiczenia wymagały przestrzegania szczególnych zasad ostrożności. Broń z nałożonym długim bagnetem w niewprawnych jeszcze rękach poborowych stwarzała ogromne zagrożenie. Intensywność treningów, zmęczenie, zbyt mała koncentracja podczas wykonywania chwytów mogły być przyczyną tego, że karabin podnoszony szybkim ruchem w górę zahaczał bagnetem osobę stojącą w szeregu czy kolumnie przed ćwiczącym. Nierzadko z tego powodu zrywane były furażerki. Sprawców takich „wyczynów” ośmieszano, nazywano nieukami i niezdarami. Incydenty tego typu nie stanowiły wykroczeń regulaminowych, więc przechodzono nad nimi do porządku, zwiększając jedynie liczbę powtórzeń tego elementu musztry. Lecz licho nie śpi. Podczas ostatnich już przymiarek do uroczystości zaprzysiężenia zdarzył się poważniejszy wypadek.

Po komendzie poborowemu, który stał w kolumnie przed Kazkiem, karabin unoszony do góry wyślizgnął się z ręki, odchylił się ku przodowi i już nie tylko zawadził ostrzem bagnetu o furażerkę, lecz uderzył w nasadę czaszki współćwiczącego przed nim. Został zraniony. Pociekła krew. Ćwiczenia zostały natychmiast przerwane. Wezwany lekarz opatrzył ranę i zawyrokował, że do dnia planowanej uroczystości zabliźni się i nie będzie śladu. Mimo iż incydent okazał się niegroźny, dowództwo podczas podobnych ćwiczeń zarządziło, aby w szeregach przyjmowano nieco większe, bezpieczniejsze odstępy.


Treningi wreszcie dobiegły końca. Nadszedł czas na reorganizację i przeformowanie całego poboru. Dowództwo, wedle tylko sobie znanych kryteriów, utworzyło nowe kompanie, przydzielając poborowych do różnych kursów specjalistycznych. Wśród piątki zaprzyjaźnionych rekrutów nastąpił wybuch radości, gdy usłyszeli, że nadal będą razem. Twarze im pobladły, gdy doszło do ich świadomości, że będą musieli zgłębiać wiadomości z ciężkiej i trudnej do opanowania specjalności. Mieli nadzieję, że trafią na kurs nawigatorów, łączności radiowej, sygnalistów, a może nawet faworyzowanych radarzystów, które to zajęcia nazywano specjalnościami inteligenckimi. Okazało się, że na zdobywanie wiedzy w tych obszarach szansę mieli tylko ci, którzy posiadali co najmniej zawodowe wykształcenie. Piątka nierozłącznych po kursie zostać miała specjalistami od broni minowej i bombowej.

Z dokonanego przydziału bardzo zadowoleni pozostali Fredkowie. Duży w przyszłości miał posługiwać się okrętowym reflektorem, nadając sygnały alfabetem Morse’a, oraz wymachiwać chorągiewkami umówione znaki sygnałowe. Marzeniem Fredka Małego były potężne, silne maszyny. Spełniło się ono w całości. Został przydzielony na kurs maszynistów okrętowych, tym samym losy Dużego i Małego na pewien czas uległy rozdzieleniu. Każdy z nich trafił do innej kompanii. Przyszłość jednak była dla nich łaskawa. Nie tylko trafili do służby na tym samym okręcie, ale połączyły ich kobiety, z którymi weszli w związki małżeńskie.

Piątka minowców z czasem nabrała zaufania do swojej specjalności, tym bardziej że zakwaterowani w tej samej sali — mogli nadal pozostać w ścisłym koleżeńskim związku, co dla nich stanowiło niebagatelną sprawę. Mogli swą przyjaźń bez trudu kontynuować.


Tymczasem do przysięgi było coraz bliżej. Intensywność ćwiczeń elementów musztry wyraźnie zmalała. Szczególna uwaga skierowana została na przemarsz defiladowy, tuż po akcie zaprzysiężenia. Ćwiczenia miały ujednolicić wykonywanie elementów marszu. Na trasie dojścia: krok równy, przed zaimprowizowaną trybuną: krok defiladowy i wykonanie komendy prowadzącego: „Na prawo patrz!”. W tych elementach przyszłej defilady i w stopniu zgrania z orkiestrą przełożeni zauważali szereg niedociągnięć, które poprzez trening koniecznie należało usunąć. Przede wszystkim — zgranie marszu pododdziałów z orkiestrą, ponieważ przemarsz kolumny nieraz porównywany był do fali na morzu, tworzącej szczyt, by przejść natychmiast w dolinę. Powtarzalność ćwiczeń przyniosła pożądany efekt, do tego stopnia, że kolumny maszerowały równo i w takt orkiestry. Obserwatorzy z dowództwa mogli wreszcie przyznać, że postawa i wykonanie rozkazów przez maszerujących są bez zarzutu i należy dać im czas na osobiste przygotowanie się do, być może, najważniejszej w ich życiu przysięgi. Jej ważność wynikała z tego, że od tej chwili staną się prawdziwymi obrońcami nie tylko ojczyzny, lecz także pokoju w ramach sił całego Układu Warszawskiego, czego potwierdzeniem miały być wkrótce wyrecytowane słowa przysięgi.

W pierwszej kolejności zarządzono obowiązkowe strzyżenie. Odkryte podczas uroczystości głowy musiały mieć wygląd jednakowo podobny do szarobiałej piłki. Osiągnięcie tego celu dla dowództwa okazało się trudnym orzechem do zgryzienia. Brak zakładów fryzjerskich zmusił przełożonych do zorganizowania „kompanijnych fryzjerni”. Wśród rekrutów znaleziono fryzjerów amatorów, którym szefowie kompanii dostarczyli odpowiednie fryzjerskie narzędzia. Każdy pluton urządził kącik fryzjerski. Nader skąpe było jego wyposażenie. Taboret ustawiony pośrodku sali dawał fryzjerowi nieograniczoną swobodę dostępu do strzyżonego i zastępował fotel profesjonalny. Strzyżeni czuli jakość maszynek oraz niewprawionych rąk. Co raz strzyżony podrywał się na stołku, wydając przy tym nieartykułowane dźwięki i dając fryzjerowi znać, że z jego pracy nie może być zadowolony. Maszynka zacinała się, następowały szarpnięcia i zamiast strzyc, rwała włosy, powodując nieznośny ból. Fryzjer, nie zwracając na to uwagi, ciął dalej, aż ostatni włosek spadł na podłogę, po czym krzyczał: „Następny do strzyżenia!”. Siadał następny, i tak aż do ostatniej nieostrzyżonej głowy.

Mając pierwszy etap osobistego przygotowania za sobą, poborowi przystępowali do dalszych niezbędnych czynności. Gdy dzień przysięgi był już ostatecznie znany, prawie każdy poborowy pisał list, aby o tym fakcie powiadomić swoich bliskich. Słano listy do rodziców, narzeczonych, nieraz do żon — z zaproszeniami na mającą się odbyć uroczystość. Dało się również zauważyć, że liczba przychodzącej korespondencji wzrosła pokaźnie. W większości listy zawierały informacje potwierdzające zaproszenie. Inne kryły w sobie treści mniej przyjemne. Zdradzały to miny adresatów. Jakieś bardzo ważne powody kazały bliskim odpowiedzieć negatywnie na zaproszenie. Jakie to były przyczyny, postronni dowiedzieć się nie mogli.

Przygotowania szły dalej swoją drogą. Z najważniejszych pozostała kąpiel w ogólnej wojskowej łaźni, z której poborowi co dwa tygodnie, przez całe piętnaście minut, do woli mogli korzystać, a w międzyczasie musiała wystarczyć im umywalka z zimną wodą, żeby przyszły marynarz przyzwyczaił się, że na okrętach wody słodkiej, w szczególności ciepłej, będzie zawsze brakować i będzie ona wydzielana. Przedostatnia czynność do wykonania to czyszczenie broni. Przewidywano pogodę piękną, słoneczną, więc wyczyszczone karabiny powinny błyszczeć i migać zajączkami niczym lusterko. Na koniec przygotowanie mundurów. Wzniecało to między niecierpliwymi kłótnie i spory, kto pierwszy ma prawo do żelazka, które jako jedyny egzemplarz w kompanii nie było w stanie zabezpieczyć potrzeb wszystkich poborowych w krótkim czasie. Szczerze mówiąc, możliwość skorzystania z żelazka przez każdego w ogóle nie wchodziła w rachubę. W wyniku intensywnej eksploatacji spiralka grzejna przepalała się. Żelazko stygło. Niecierpliwość rosła, sięgając prawie zenitu. Następowały przerwy. Usunięcie awarii posuwało prasowanie do przodu, zanikał niepokój, ale nie na długo. Żelazko coraz częściej przestawało grzać, a niepokój ponownie wzrastał. Ustalono w końcu, że prasowane będą jedynie kołnierze i krawaty.

Nie mając możliwości skorzystania z dobrodziejstwa cywilizacji, jakim niewątpliwie była energia elektryczna, poborowym nie pozostało nic, oprócz szukania doraźnych rozwiązań tego problemu. Pomysłodawcą rozwiązania okazał się Janek, który wpadł na to, że spodnie z pewnością nabiorą kantów, gdy — odpowiednio ułożone — na noc umieści się pod prześcieradłem. Ciężar śpiącego powinien zaprasować nieszczęsne kanty nie gorzej niż żelazko. Poborowi, którzy nie mieli szczęścia, aby skorzystać z możliwości prasowania, podchwycili pomysł Janka. Jak się rano okazało, nie przyniósł on takiego efektu, jakiego oczekiwano. Niektóre spodnie zaprasowały się nie tam, gdzie powinny, lecz obok już istniejących kantów, tworząc równoległe podwójne linie na nogawkach. Niektóre natomiast upodobniły się do miechów akordeonu. Częściowo jednak metoda łóżkowego prasowania się sprawdziła, przynosząc w miarę pozytywny efekt — kanty spodni, mimo że niezbyt ostre, zaprasowane zostały prawidłowo. Były to jednak tylko wyjątki. Większość wyglądała fatalnie. Taki stan rzeczy zmusił do szukania pomocy u sąsiadów. Poproszono ich o wypożyczenie sprawnych żelazek. Dzięki intensywnym zabiegom samego szefa kompanii udało się doprowadzić mundury do stanu, który pozwalał w ubranych w nie widzieć marynarzy, a nie łachmaniarzy bez poczucia elementarnych zasad estetyki. To sprawa niebagatelna. Pierwszy publiczny pokaz ówczesnego najmłodszego kwiatu marynarki wojennej, w rzeczy samej, u przybyłych na przysięgę powinien wzbudzić zachwyt i uznanie, a nieestetyczny wygląd mógł spowodować jedynie niesmak i zawstydzenie.

Zadaniem szefa kompanii było nie dopuścić do kompromitacji. W tym celu jeszcze raz zarządził zbiórkę i przegląd umundurowania, począwszy od butów, po nakrycia głowy, które stanowiły okrągłe marynarskie czapki, opasane otokiem z dumnym napisem „Marynarka Wojenna”. Napis złotego koloru, wyraźnie odbijał się na tle czarnego, błyszczącego, wypolerowanego resztkami pasty do butów otoku.


Po przeglądzie nadszedł czas wymarszu na plac apelowy. Kompanie nadchodziły z różnych stron i jedna po drugiej, zgodnie z numeracją, w ustalonym porządku zajmowały przydzielone im stanowiska. Na placu panowała cisza jak makiem zasiał. Poborowi, pomimo komendy „Spocznij!” stali nieruchomo, wyczekując chwili, kiedy padną rozkazy do powitania przybywającego dowódcy marynarki wojennej i złożenia przez dowódcę jednostki meldunku o gotowości poborowych do przysięgi. Poborowi po raz pierwszy mieli okazję zobaczyć swego najwyższego dowódcę, dlatego ich wzrok sam kierował się w jego stronę. Ciekawość ogromna panowała wśród rekrutów. Żaden z nich dotąd nie spotkał kontradmirała. Niewielu też zdawało sprawę, kim jest i skąd pochodzi. Nosił polski mundur, ale zawieszona na nim choinka medali zdradzała kraj i flotę, której dowództwo doceniło zasługi ich właściciela. Wśród odznaczeń znajdowały się również polskie, wyraźnie uwypuklone na piersi, by pokazać, że również są cenne i drogie — jak cała wojenna marynarka, którą niepodzielnie dowodził.

Po odebraniu meldunku i przywitaniu się z poborowymi łamaną polszczyzną, wszedł na trybunę i bystrym wzrokiem lustrował wciąż stojące w postawie zasadniczej kolumny gotowe do rozpoczęcia głównej uroczystości. Czas się przedłużał, rosło zniecierpliwienie. Podniecenie wzrastało do tego stopnia, że widać było rumieńce na twarzach poborowych, a ręce trzymające broń zaczynały drżeć, co powodowało kołysanie bagnetów, podobnych do chwiejących się czubków młodych drzew na wietrze.

Wreszcie padła komenda: „Pododdziały do przysięgi!”. Nastąpiło błyskawiczne, a zarazem jednoczesne jej wykonanie. Plac zajaśniał od świeżutko ostrzyżonych głów, a czapki spoczęły na przedramieniu lewej ręki, orzełkiem obowiązkowo skierowanym do przodu. Prawa zaś ręka zaciśnięta w pięść, z wyprostowanymi dwoma palcami uniesionymi w górę na wysokość oka. Niżej ani wyżej być nie mogła. Dowódca odczytywał rotę przysięgi, a marynarze — jeszcze poborowi — w postawie zasadniczej gromkim, w miarę równym głosem powtarzali jej słowa. Przysięga jak przysięga, zazwyczaj zaczyna się od słów: „Stając w szeregach LWP, przysięgam…”. Niektóre słowa roty, chociaż wypowiadane w języku polskim, nie przemawiały do świadomości wszystkich poborowych. Były niezrozumiałe, szczególnie te, które nakazywały być wiernym ideałom socjalizmu oraz przyjaźni z innymi socjalistycznymi krajami i stawać w ich obronie, gdyby zaszła taka potrzeba. Takie wątpliwości snuto ukradkiem, ale już po przysiędze, a podczas jej trwania wszyscy głośno, bez żadnych zająknięć, z godnie podniesionym czołem powtarzali treść roty.

Po ostatnich słowach padły komendy dające marynarzom możliwość wytchnienia i odprężenia. Twarze kadry oficerskiej i podoficerskiej zabłysły z zadowolenia z powodu należytego przebiegu całej ceremonii. Żadnych potknięć nikt z obserwatorów nie zauważył. Szeregi się nieco rozluźniły, ale do zbyt dużej swobody czuwający instruktorzy nie mogli w żaden sposób dopuścić. Dużo wcześniej zapowiedziano, że będą wyciągnięte ostre konsekwencje za najmniejsze chociażby naruszenie dyscypliny i żołnierskiego zachowania. Marynarze, pomni przestróg, nawet ze sobą nie rozmawiali.

Natomiast wręcz odwrotnie było na trybunie. Tam goście prowadzili dyskusje, zapoznawali się ze sobą. Idylliczną tę chwilę przerwały przemówienia oficjeli. Pierwszy wystąpił sam dowódca marynarki, oświadczając, że jest dumny z nowych sił marynarskich i ze swej strony robić będzie wszystko, by ich dalsza służba, jako dobrze wyszkolonych specjalistów, mogła przebiegać wzorowo, osiągając cele marynarki wojennej i całego kraju. Przemówienia nie mniej płomienne wygłaszali przedstawiciele władz cywilnych. Po czym wystąpił ojciec syna, który okazał się najlepszym poborowym. Chwalił swego potomka, stawiając go za przykład tego, w jaki sposób inni powinni dążyć do osiągnięcia sukcesów i awansów w służbie na morzu.

Na zakończenie przemówień wytypowano nowo upieczonego marynarza. Nie był on najlepszym poborowym, ale miał zadatki na niezłego erudytę. Posiadł dar mówienia bez sensu i o niczym, za to dużo i w miarę ciekawie. Będąc z zawodu nauczycielem, potrafił, występując przed audytorium, w mig opanować tremę i natychmiast przejść do swobodnej wypowiedzi. Tak też się stało. Z powagą i wielkim szacunkiem w imieniu wszystkich nowych marynarzy zapewnił dowództwo, że słowa przysięgi będą stanowiły dlań drogowskaz podczas całej służby, przepisy regulaminów będą przestrzegane w całości, rozkazy zaś i polecenia wykonywane dokładnie, z należytą starannością, jak na marynarzy przystało. Po tych słowach na trybunie rozległy się oklaski, a mówca został uhonorowany uściskiem dłoni samego admirała.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.35
drukowana A5
za 32.88