E-book
13.35
drukowana A5
30.7
Rekruci

Bezpłatny fragment - Rekruci

Nie zna życia, kto nie służył w marynarce


Objętość:
157 str.
ISBN:
978-83-8126-419-8
E-book
za 13.35
drukowana A5
za 30.7

Rekruci

***

Nie zna życia, kto nie służył w marynarce!


Słowa zaczerpnięte z tekstu marynarskiej pieśni — wzniosłe i patetyczne. Jednak nie wszyscy dostrzegają w nich to samo. Dla jednych są banalne. Dla laika to tylko przechwałki pyszałków i wytwór ich wybujałej wyobraźni. Inni widzą w nich zakodowane głębokie treści i przeżycia tych, którzy zafascynowani egzotyką morza na zawsze związali z nim swój los. To puenta ich morskich opowieści.

Zaciszne, nie tylko portowe kafejki mogłyby zaświadczyć, że były czasy, gdy wokół wilka morskiego siadało grono przyjaciół pragnących poznać jego fantastyczne morskie opowieści. Najczęściej zasłyszane, ale także te, które były jego osobistym udziałem. One wzbudzały największe zainteresowanie, wywołując zachwyt, a tym samym wzniecając u słuchaczy lawinę marzeń. Puściwszy wodze fantazji, gawędziarz potrafił przykuć słuchaczy do krzeseł na wiele, wiele godzin. Opowiadając, przybliżał słuchaczom znaczenie tych, na pozór banalnych, słów marynarskiej pieśni. Udowadniał, że nie są wcale błahe, lecz kryją w sobie poważne przesłanie. Z toku opowieści wynikało, że pierwsze miejsce w marynarskiej hierarchii zajmuje przygoda, chęć poznania egzotycznych krajów i ludzi. Dalej jest walka z żywiołem. Historie mówią o ładzie i porządku, niezbędnych w życiu oraz koniecznych do harmonijnej pracy w okrętowych warunkach maksymalnego ograniczenia przestrzeni. Wreszcie wypływają z nich treści głęboko patriotyczne, wymagające ogromnego zaangażowania, a niekiedy, gdyby zaszła taka potrzeba, poświęcenia się bez reszty.

Młodzi często hołdują przygodzie, to ona zaprząta ich głowę, potrafi spędzać sen z powiek. Lecz głębię marynarskiego życia, te jasne, fantastyczne jego strony, a także trudy z nim związane, zazwyczaj poznają dopiero z autopsji. I to zarówno ci z dalekich, oceanicznych rejsów, a także ci, którzy z własnej woli podjęli zawodową służbę w marynarce wojennej jako kadra dowódcza, stanowiąc podstawowy trzon załogi każdego okrętu, jak i cała reszta — z obowiązkowego poboru. Dla części powołanych, chcących w przyszłości pływać po morzach i oceanach świata, trzyletnia służba na okrętach stanowiła podstawowy argument w staraniu się o tak zwaną książeczkę żeglarską, dającą możliwość zamustrowania się na statek handlowy. Dlatego te trzy lata pracy jedynie za marny żołd, skromny wikt i opierunek — nie odstraszały ich. Chętnie szli w marynarskie kamasze.


Jednym z takich marzycieli, który osiedlił się w nadmorskim miasteczku, był Kazek. Młody, żądny przygód, przybył na wybrzeże i tu się zadomowił. Zawód elektryka umożliwił mu zatrudnienie się przy modernizacji sieci energetycznej koszar. Otaczający jednostkę las tworzył naturalną przeszkodę przed — jak się wtedy mówiło — wścibskimi oczami imperialistycznego wroga. Kazek miał przy tym okazję, choć jeszcze o tym nie wiedział, poznać teren, na którym później zdobywać będzie pierwsze marynarskie szlify.

Samo miasteczko, wraz z portem, położone tuż przy ujściu rzeki, przylegające do plaży, już wtedy stanowiło nie tylko ośrodek przemysłu związanego z morzem, ale również miało walory turystyczne. Szczęśliwie, w odróżnieniu od innych miast na wybrzeżu, nie zaznało niszczycielskich skutków wojny, toteż po jej zakończeniu bardzo szybko zaludniło się nowymi mieszkańcami przybywającymi z różnych terenów. Niemały w tym udział mieli osadnicy z dawnych Kresów, które w wyniku politycznych rozgrywek Wielkiej Trójki znalazły się poza granicami kraju.

Tuż po zakończeniu działań bojowych życie w miasteczku nabierało rozpędu. Cała infrastruktura pozostawiona przez Niemców w stanie nienaruszonym dawała możliwość podjęcia produkcji oraz uruchomienia niezbędnych usług. Rozwijały się przemysł stoczniowy, rybołówstwo i związane z nim, tak bardzo wówczas potrzebne, przetwórstwo rybne, a także handel wewnętrzny i zagraniczny. Za granicę wysyłano towary, których podstawę stanowiły wyroby spirytusowe i węgiel. Jednocześnie rozwijała się turystyka, z zaczątkiem lecznictwa sanatoryjnego, którego zarzewiem stała się łaźnia, bazująca na słonej morskiej wodzie. Pracowała gazownia, a wieża ciśnień usytuowana na wzniesieniu zaopatrywała mieszkańców w wodę. Potrzeby duchowe ludności zabezpieczał kościół. Rozwój turystyki i wypoczynek umożliwiały liczne domy wczasowe i plaża — czynna od świtu do zmroku, po czym bronowana, pozostawała przez noc pod obserwacją jednostek pogranicza. Rozmieszczenie strażnic zapewniało łączność wzrokową między nimi, komunikowano się więc kodem flagowym lub przy użyciu semaforów.

Powojenne ożywienie miasteczka oraz jego rozwój były możliwe dzięki kolei, jedynemu w owych czasach masowemu środkowi komunikacji z resztą kraju. Niewielka stacyjka — zaledwie dwa perony. Położona przed wiaduktem, pod którym biegły tory prowadzące na teren portu. Kilka razy dziennie przyjmowała i odprawiała pociągi w głąb kraju, przywożąc i wywożąc różne towary, a latem także tłumy turystów.


Zdarzały się również składy specjalne. Jeden z nich pewnego jesiennego dnia przybył na stację. Był to pociąg szczególny, bo oprócz zwykłych pasażerów z jego wagonów wysypywały się tłumy poborowych, ze skierowaniami do odbycia służby wojskowej. Obserwując idących peronem i z trudem pokonujących schody prowadzące na wiadukt, można było wysnuć wniosek, że nie stąpają po twardej ziemi, a po pokładzie okrętu miotanego morskimi falami. Konwojentom w końcu udało się sformować coś, co można przy dużej dozie wyobraźni nazwać szykiem marszowym, i kolumna ruszyła ulicą o nazwie — jak na nadmorskie miasteczko przystało — innego nadmorskiego miasta. Ulica ładnie utrzymana. Jezdnia gładka, asfaltowa. Domy z ogródkami, w których przymarznięte i poschłe już badyle ozdobnych roślin zaledwie pozwalały snuć wyobrażenia o ich wyglądzie w pełni okresu wegetacyjnego. Klomby i grządki, dziś w opłakanym stanie, z pewnością były pielęgnowane ręką czującą piękno i estetykę okolic swego domu.

Wśród maszerujących panował gwar. Ci, którzy zapoznali się w pociągu, wesoło wspominali czas podróży, nadal pieczętując okoliczności sączeniem płynu wprost z butelki. Kolumny pokonały dystans całej ulicy. Na rozwidleniu prawe ramię skręciło do lasu. To ulica — oczywiście — Leśna, w końcu cała biegnie wśród drzew. Pnie i gęsto rosnące krzewy skutecznie zasłaniały roztaczającą się poza nimi przestrzeń. Maszerujący dopiero po długim czasie zauważyli, że po obu stronach okolica się rozjaśnia. Z daleka można było już dostrzec, że droga jest przegrodzona szlabanem z budką wartowniczą i bramą, na szczycie której widniał napis „WITAMY”. W ten sposób witano przybywających poborowych. Każda kolumna zatrzymywała się przed bramą. Wartownicy uzbrojeni, jak na marynarzy przystało, w karabiny piechoty (i to na pewno nie morskiej) sprawdzili ważność dokumentów, którymi legitymowali się konwojenci poborowych. Na ich twarzach ukazywał się uśmieszek radości, że oto nadeszli ci, którzy będą ich następcami na tych trudnych i uciążliwych posterunkach, a oni będą mogli zacząć powoli myśleć o cywilnej wolności. Było gwarno i wesoło, bowiem poborowi wciąż pośpiesznie zawierali nowe znajomości, pieczętując je obficie napojem wcale nieprzypominającym zielonej herbaty, tym bardziej że płynem tym napełnione były butelki z „czerwoną kartką”. Ze wstrętem, lecz ochoczo, już w czasie podróży pociągiem poborowi opróżniali swoje manierki, a gdy maszynista pociągu ostro hamował, butelki przetaczały się po przedziałach i korytarzach wagonów. Wiedząc, że przez pewien czas dostęp do tego źródła „radości” będzie utrudniony, a po przekroczeniu bramy zupełnie niedostępny, poborowi w marszu opróżniali resztki zapasów, co spowodowało, że sylwetki stojących obecnie pod bramą chwiały się jak młode sosny na skraju lasu. Podróż pociągiem oraz marsz od stacji ujemnie wpłynęły na stan sił rekrutów, przyszłych „wilków morskich”.


Po nie najkrótszym czasie oczekiwania formalności nareszcie załatwiono. Wartownicy podnieśli szlaban. Konwojujący dał rozkaz: „Za mną marsz!”, i kolumna wolnym krokiem przekroczyła linię bramy. Poborowi poczuli żal za tym, co za nią pozostało. Spoglądali za siebie, by się upewnić, czy naprawdę droga, która przywiodła ich do szlabanu, była inna od tej, którą obecnie zdążali. A zdążali do koszar.

Koszary usytuowane były w lesie. Pomiędzy nimi brukowane kamienną kostką ulice. Budynki solidne, piętrowe, okalały duży asfaltowy plac, przeznaczony do ćwiczeń musztry, apeli i innych uroczystości. Jeden bok placu zamykał duży budynek, w którym na co dzień mieściły się kuchnie i stołówki marynarskie. Na okres poboru służył za miejsce przeobrażania cywili w marynarzy. Całe koszary odziedziczone zostały po jednej z dywizji pancernych, która być może w trzydziestym dziewiątym atakowała ziemie polskie właśnie z tego kierunku. Dlatego oprócz budynków koszarowych stały tu solidne, drewniane, pokryte papą wiaty garażowe dla pojazdów.

Poborowi maszerowali na plac apelowy, skąd grupami wchodzili do sal stołówkowych, specjalnie przygotowanych do ceremonii, które tam się miały odbywać. Pierwsza to strzyżenie głów na zero. Poborowi wierzyli, że ten zabieg będzie pomocny w utrzymaniu higieny, więc bez żalu się mu poddawali. W rzeczywistości strzyżenie poborowych na zero i utrzymywanie tego stanu służyło uświadomieniu im, że od tej pory będą pozbawieni własnego „ja” i staną się całkowicie podporządkowani tym, którzy już mieli prawo zarost na głowie posiadać. Przywilejem tym obdarowani byli dowódcy drużyn oraz instruktorzy, wywodzący się ze starszego rocznika, jak również ich przełożeni. Toteż na stołówkach rozlegał się zgrzyt ręcznych maszynek do strzyżenia. Fryzjerzy uwijali się przy swojej robocie, a spod ich zręcznych dłoni spadały na posadzkę włosy proste, kędzierzawe, ciemne, rude i blond, niekiedy loki utrwalone fachową ondulacją w zawodowym zakładzie fryzjerskim. Ci, którzy doznali „zaszczytu” pozbycia się, w pewnym względzie, męskości — ponieważ w owym czasie uważano, że tylko dzieci strzyże się na zero — zostawali kierowani do innego pomieszczenia, zwanego przebieralnią. Tu pozbywano się resztek cywila. Rozebrani do naga, zdjęte ubrania i obuwie, w których przybyli, aby stać się obrońcami morskich granic ustanowionych w powojennych układach, rozciągających się obecnie od Szczecina aż po Gdańsk, pośpiesznie upychali do otrzymanych worków. W niedalekiej przyszłości, jako nieprzydatne, miały być odesłane tam, skąd przyjechały.

Pakowanie przebiegało sprawnie. Pomocny w tych czynnościach okazał się panujący ziąb oraz pośpiech magazynierów, kolejno rzucających części garderoby, zwanej sortem mundurowym. Otrzymane mundury szybko nakładano, by jak najprędzej przykryć wychłodzone członki swych ciał.


Wszystko, potocznie mówiąc — żarło, aż do chwili, gdy po sorty w kolejce ustawił się poborowy Fredek. Okazało się, że z otrzymanych części umundurowania zdołał założyć na nogi jedynie onuce. Fredek bowiem był to mężczyzna barczysty, silnie zbudowany, posiadał dłonie niczym łopatka saperska, gdyby tylko miała palce. Długość jego ramion była taka, że rękawy bluzy o największym rozmiarze zaledwie zakrywały łokcie, a sięgała ona jedynie okolic pępka.

W przebieralni zrobiło się wesoło. Posypały się żarty i docinki, że Fredek źle trafił, ponieważ ubrany jedynie w onuce może najwyżej zostać strażnikiem na plaży nudystów, a nie jako marynarz pełnić służbę na okręcie. Kazek stopy Fredka przyrównał do rakiet śnieżnych — mógłby na nich pokonywać zaspy, gdyby tylko mniej ważył.

Przekopanie całego magazynu nie dało żadnego pozytywnego rezultatu. Ani munduru, ani butów w rozmiarze cywilnego ubrania i butów Fredka nie znaleziono. Ten stan rzeczy zmusił go do pozostania cywilem, czym odróżniał się od wszystkich poborowych, którzy zdołali przywdziać pierwsze marynarskie mundury. Kwatermistrz z pewnością otrzymał polecenie, aby Fredek również w najbliższym czasie przestał być cywilem i wyróżniać się wśród całego poboru.


Szare drelichy, uszyte z płótna żaglowego, sztywne, niedopasowane, powodowały, że wygląd poborowych nie przypominał marynarzy z dawnych opowieści, eleganckich, za którymi ponoć — panny sznurem. Był to raczej stan opłakany. Przymiarki na oko czynione przez mundurowego bosmana oraz skracanie czasu, ile się tylko dało, były odpowiedzialne za ten opłakany efekt. Wśród rekrutów słychać było nieśmiałe utyskiwania na to, że spodnie uciskają w kroku, a buty są za ciasne lub też są jak kajaki. Prześmiewcom stwarzało to pole do drwin. Szydzili, że posiadacz takich butów ma prawo mówić, że jest już marynarzem i płynie… Tymczasem będzie pływał jedynie po piaskach i bagnach poligonu.

Miał to być bowiem okres tak zwanego szkolenia poborowych, czyli rekrutów, który trwać będzie aż do przysięgi. Przydział poborowych do odpowiednich pododdziałów stanowił jego początek. Moment ten nastąpił, gdy tylko poborowi dotarli na plac apelowy. W kompanii z Kazkiem znaleźli się Stach, Zbyszek, Romek i Janek, którzy spotkali się już podczas podróży, oraz dwóch Fredków — wcześniej poznany, zwany Dużym, i drugi, nazwany Małym. Obaj na pierwszej po umundurowaniu zbiórce przeniesieni zostali do innych kompanii.

***

Zbiórkę w czwórszeregu i według wzrostu zarządził sam szef kompanii. Niełatwe to było dla niego zadanie. Trudność polegała na tym, że podczas zawieranych znajomości nowi koledzy przyrzekali być zawsze blisko siebie, we wszystkim sobie pomagać i przyjaźnie utrzymać do końca służby, a po jej zakończeniu długo je jeszcze wspominać. Więc nie bacząc na rozkazy, stawali, gdzie popadnie, byle przy swoim koledze. Szef kompanii nie dawał za wygraną i na ile tylko miał sił w strunach głosowych — rozkazywał i przynaglał do formowania określonego szyku, w czym nader ochoczo pomagali mu dowódcy plutonów, a przede wszystkim dowódcy drużyn i instruktorzy, posługując się słownictwem, którego trudno szukać w słowniku języka polskiego. Najwięcej określeń pochodziło z „łaciny” i zaczynało się na „k”, były też bardziej mięsne. Przypuszczać należy, że tego typu język poborowym był dobrze znany, bowiem dość żwawo przesuwali się w szeregu, zajmując przeznaczone dla siebie miejsca. Najwyżsi z przodu kolumny, zwanej czołem tego ugrupowania, a „konusy” na końcu. Tak uformowana kompania podzielona została na plutony, te zaś na drużyny. W następnej kolejności nastąpiło przedstawienie przełożonych, aby poborowi wiedzieli, kto nimi dowodzi i komu są podporządkowani bez reszty. Wprawdzie oznajmiono, że w wojsku obowiązują odpowiednie regulaminy, ale ponieważ jeszcze ich treści są im nieznane, więc dowódca każdego szczebla dla swoich podwładnych jest Bogiem i carem. Ma prawo użyć wszelkich środków, by podwładnego zmusić do posłuszeństwa i wykonania rozkazu, nawet gdyby wydawał się niedorzeczny. Zasada ta w dalszym ciągu wojskowej edukacji bywała częstym sposobem na pozbywanie się stresu i chandry przełożonych, która często potrafiła ich opanowywać.


Na koniec ceremonii przeobrażających cywili w marynarzy, po udzieleniu wstępnych wskazówek co do żołnierskiego zachowania, kompania rekrutów plutonami opuściła plac apelowy i udała się do miejsca zakwaterowania. Została rozlokowana w solidnym, murowanym, piętrowym budynku. Jego wnętrze kryło tyle dużych sal, ile kompania liczyła plutonów, oraz kilka mniejszych pokoi, w których mieściła się kancelaria dowódcy kompanii, pokój dowódców plutonów oraz dowódców drużyn i instruktorów. Szef kompanii, jako gospodarz, zajmował osobne pomieszczenie. W jednym z pokoi, usytuowanym przy wejściu do budynku, znajdowała się dyżurka dla służby kompanijnej. Każda kondygnacja posiadała tak zwaną toaletę, z kilkoma umywalkami z zimną wodą, oraz jeszcze mniej kabin, gdzie w celu załatwienia potrzeb fizjologicznych żołnierz kucał bezpośrednio nad otworem, do którego wpadały wydalone niestrawione resztki, przygotowane wcześniej w marynarskiej kuchni, a nazywane żołnierskim wyżywieniem, którego ilość, jak też jakość była określona normą żywieniową. O tym, gdzie, jak i czym żołnierz napełniał swój żołądek, będzie się czytelnik mógł jeszcze dowiedzieć. Tymczasem powróćmy do miejsca zakwaterowania.

Przybyłe pod blok plutony poborowych zostały zatrzymane ostrą komendą: „Stój!”. Wszyscy widocznie poczuli się już żołnierzami, bo na głos komendy stanęli jak wryci, w oczekiwaniu na to, co się teraz wydarzy. Wydarzeniem owym była jedynie informacja szefa dotycząca tego, w których salach zostaną zakwaterowane poszczególne plutony. Pluton Kazka i jego kolegów otrzymał salę na piętrze. Do komendy: „Rozejść się!” nie trzeba było dodawać: „Biegiem”. Każdy chciał pierwszy wpaść do sali, uważając, że będzie mógł wybrać sobie odpowiednie łóżko i szafkę na rzeczy osobiste. Jeszcze szybciej okazało się, że te marzenia stały się nieosiągalne. W drzwiach wejściowych stanął dowódca plutonu i to on wskazywał, która drużyna zajmie odpowiednią część sali. Dowódcy drużyn przystąpili do przydzielania łóżek i szafek dla swoich żołnierzy. Łóżka były piętrowe, więc wybuchały spory, ponieważ każdemu odpowiadała prycza dolna. Spory musiały się szybko zakończyć, bo dowódca drużyny dyslokację do łóżek i szafek przeprowadził na swój sposób, według schematu ze swego notatnika. Otworzył go i odczytywał. Pierwszy wyczytany — łóżko na dole, drugi — na górze itd. Łóżka służyły jedynie do nabierania sił po trudach dnia, a w wolnych chwilach korzystanie z nich było surowo zabronione. Solidne, o konstrukcji metalowej, posiadały spody z desek, co mogłoby wskazywać na to, że dbano o odpowiednią linię spoczywającego na nim kręgosłupa. Każdy poborowy otrzymał wyposażenie w postaci dwóch koców i prześcieradeł oraz podgłówek i siennik.

Po rozdzieleniu pościeli zarządzono zbiórkę i wymarsz, aby otrzymane sienniki napełnić słomą. Odbywało się to w jednym z hangarów, w którym była ona zgromadzona. Dowódca drużyny zarządził, by napchać do sienników tyle słomy, aby po wejściu na niego ugięcie było niewielkie. Sam sprawdzał, jak ta czynność została wykonywana. Czas był ograniczony, więc wszyscy uwijali się jak w ukropie. Kolejne wiązki słomy znikały w czeluściach sienników. Ci, u których instruktor jako ekspert od nabijania worków stwierdził, że przebiega ono opieszale, otrzymywali po kilka okrążeń magazynu na czas, co miało dać im wymagane przyśpieszenie przy pracy. Zdaniem przełożonych pośpiech był uzasadniony ze względu na to, że magazyn ze słomą był jeden, a drużyn spora liczba.

Po upływie wyznaczonego czasu i po stwierdzeniu, że sienniki zostały napełnione prawidłowo, dowódca zarządził zbiórkę. Na rozkaz: „Sienniki chwyć!”, poborowi załadowali je sobie na plecy i ruszyli w drogę powrotną. Ciężar nabitej do sienników słomy przygniatał dźwigających, pomiatał nimi raz w prawo, to znów w lewo, niczym wiotkimi drzewkami podczas huraganowego wiatru, którego kierunek wskazywał położenie morza względem lądu. Mimo narastającego bólu kręgosłupa i okolic lędźwi nikt nie utyskiwał. Sienniki zsuwały się z pleców, a kolumna przypominała protestujących podczas ulicznej manifestacji. Instruktor usiłował rozkazami i różnymi epitetami utrzymać coś na kształt kolumny marszowej. Jego zabiegi nie dawały żadnego pozytywnego rezultatu. Poborowi nadal bardziej byli posłuszni ciężarowi na ich plecach niż rozkazom prowadzącego. Kolumna z trudem osiągnęła cel, docierając na kwaterę. Zmęczeni, spoceni i z mocno pulsującą w skroniach krwią stanęli wreszcie przy swoich łóżkach. Natychmiast sienniki znalazły się na przeznaczonych dla nich miejscach, a poborowym zaświtała myśl, że oto nadszedł czas, aby je wypróbować. Na wypoczynek jednak przełożony czasu nie zaplanował. Od razu rozpoczęła się nauka słania. Instruktaż dowódca drużyny prowadził osobiście. Każdą wykonaną przez siebie czynność dokładnie opisywał, następnie pokazywał, jak ma wyglądać prawidłowo zasłane łóżko. Koniec instruktażu to początek mozolnych usiłowań poborowych. Brak nawyków do porządku wojskowego stwarzał barierę wobec wymogów instruktora. Łóżka piętrowe, ustawione parami, rozdzielone zaledwie kilkudziesięcioma centymetrami od siebie utrudniały pracę rekrutom. A posłanie musiało być płaskie, równiutko wygładzone, z krawędziami ułożonymi w kancik, idealnie pod kątem prostym. Do tego celu przydatne okazały się boczne deski łóżka, przy których zaginano i wyrównywano koce oraz prześcieradła. Instruktor obserwował i nadzorował. Gdy uznał, że cokolwiek wykonane zostało nie tak, jak być powinno, burzył całą tę robotę, rozrzucając misternie, zdaniem poborowych, zasłane łóżka. Wtedy pościel lądowała na podłodze, przemieszana i potargana. Po takiej operacji następował rozkaz ponownego przystąpienia do pracy. Gdy poborowi uporali się znów z pościelą, następował powtórny przegląd. Instruktor prawie zawsze znalazł jakieś niedopatrzenie i wszystko po raz n-ty zaczynało się od początku, a dla wprawy jeszcze razy kilka. Prawdopodobnie mogła to być jedna z psychologicznych metod treningu, mająca wpoić poborowym zasadę bezwzględnego podporządkowania i posłuszeństwa. Była to również zasada zagospodarowania czasu wolnego, którego poborowy mógł mieć tylko tyle, ile było mu niezbędne. Im żołnierz miał mniej czasu, tym szybciej zapominał o cywilu.


Tuż po tym, jak wreszcie instruktor uznał, że posłania mają wygląd w miarę jednakowy i nie odbiegają od wzorca namalowanego na kawałku brystolu, którym się posługiwał podczas instruktażu, zarządzono zbiórkę kompanii do apelu wieczornego. Na początku sprawdzenie obecności. Najpierw ilościowo, na komendę: „Kolejno odlicz!”, po czym dla upewnienia się, a może dla celów poznawczych — sprawdzono według listy imiennej. Wyczytany miał odpowiadać, podając nadany z chwilą wcielenia stopień i nazwisko. Niektórzy, w wyniku przemęczenia lub zestresowania, mylili się podczas odpowiedzi, przestawiając słowa nakazanej formułki. Wykrzykiwali np. „Stach poborowy — jestem!”. Wywoływało to powszechną wesołość. Żartowano i dowcipkowano dotąd, dopóki szef gromkim głosem nie krzyknął: „Cisza!”. W kompanii wracał spokój, a sprawdzanie obecności postępowało nadal, aż do ostatniego na liście.

Apel nie polegał jedynie na sprawdzeniu obecności, ale była to swego rodzaju uroczystość. Przy tej okazji dowódcy mogli uważnie przyjrzeć się poborowym, wysłuchać ich próśb, które — za wyjątkiem konieczności pójścia do lekarza — nigdy nie były spełniane. Podczas apelu prowadzący odczytywał również rozkaz dzienny dowódcy kompanii, w którym oprócz zadań szkoleniowych na następny dzień wyznaczano różnorodne służby kompanijne. A była tego liczba spora. Najważniejszą służbę kompanijną pełnili dowódcy plutonów, drużyn i instruktorzy. Poborowych wyznaczano do pełnienia funkcji mniej ważnych, takich jak dyżurny sali i piecowy. Salowy odpowiadał za czystość i porządek w sali oraz za to, aby przypadkiem komuś nie przyszło do głowy położyć się na łóżku. Siadanie też zabronione. Nieprzestrzeganie tych rygorów narażało dyżurnego w razie niespodziewanej kontroli na sankcje przy raporcie karnym. Poborowi, zmęczeni trudami różnych ćwiczeń i treningów, nie zwracali na to uwagi i wbrew upomnieniom potrafili rozciągnąć swe członki na równiutko zasłanej pościeli. Tymczasem poborowemu do odpoczynku, gdy nie był zajęty szkoleniem lub pracami porządkowymi i miał tak zwany czas wolny, służył jedynie taboret. Na nim bezkarnie mógł swoją tylną część ciała posadzić. Było to siedzisko o ciężkich metalowych nogach przykrytych grubą deską z dykty. Siedzenie na takim „fotelu”, za wyjątkiem odciążenia nóg, z pewnością nie mogło i nie przynosiło ulgi innym zmęczonym częściom ciała.

Zakres obowiązków dyżurnego sali nie kończył się na ścisłym wypełnianiu przyklejonej początkowo roślinnym klejem instrukcji. Winien on także być czujny i gotowy na każde wezwanie służbowego kompanii. Na jego sygnał musiał jak najszybciej wyskoczyć z sali, trzaskając za sobą energicznie drzwiami. Nie zawsze w celu otrzymania jakiegoś polecenia, a niekiedy tylko dla treningu. Dyżurnemu, w wyniku tych energicznych szarpnięć drzwiami, przybyło jeszcze jedno dodatkowe zajęcie. Niemal po każdym takim treningu klej puszczał, a instrukcja lądowała na podłodze. Rad nierad, zobowiązany był ją z powrotem na tych drzwiach umieszczać. Klej się wreszcie skończył, co zmusiło szefa kompanii do zaopatrzenia się w pineski, których użycie zapobiegało odpadaniu przytwierdzonych do desek drzwiowych zarządzeń.

Ponadplanowym obowiązkiem dyżurnego było również utrzymanie odpowiedniej temperatury. Dlatego strzegł, aby drzwi były zawsze zamykane, a wietrzenie odbywało się tylko raz dziennie. Zaraz po pobudce, gdy poborowi wybiegli na poranną zaprawę fizyczną, dyżurny otwierał okna, aby ciężką zawiesinę gazową zamienić na chłodną, ale czystą atmosferę. Sala ulegała oziębieniu, pozostając w takim stanie aż do końca zajęć popołudniowych. Duże zagęszczenie, brak jakiejkolwiek suszarni, a przede wszystkim drastyczna oszczędność opału były przyczyną wilgoci i wszędobylskiego zaduchu, przeciw któremu dyżurny poza wietrzeniem żadnych doraźnych środków zapobiegawczych nie posiadał. Natomiast każdy dyżurny zdawał sobie sprawę z tego, że w wojsku obowiązują pewne zasady, jak: jednoczesność, dokładność i określony czas — które wykorzystuje się podczas różnego rodzaju ćwiczeń i innych nakazanych czynności. Stosowano je również w czasie wolnym. Wtedy instruktorzy wykazywali własną inicjatywę, pokazując, jak zgodnie z wojskowymi zasadami musi być wykonane wydane przez nich polecenie. Trening dotyczył dyżurnych sal, ale miał udowodnić pozostałym poborowym, kto tu jest ważny i kto tu rządzi. Wyglądało to mniej więcej tak:

Donośny okrzyk dyżurnego kompanii był sygnałem dla dyżurnych sal, aby natychmiast jednocześnie wybiegli na korytarz. Jednoczesność dyżurny lub jego pomocnik oceniał po odpowiednim trzasku drzwiami. Trudność wykonania tego polecenia zawierała się w tym, że owo trzaśnięcie musiało być odpowiednio głośne i wybrzmieć jednocześnie. Dyżurnym sal z reguły się to nie udawało. Instruktor prawie zawsze dopatrzył się jakiegoś uchybienia, dlatego ćwiczenia powtarzano do skutku, aż następowało zmęczenie, które nie tyczyło się ćwiczonych, lecz samego materiału, z którego wykonane były odrzwia i ich zamocowanie. Drzwi pękały, klamki i zawiasy się urywały, a mocowania futryn nie wytrzymywały i przy każdym kolejnym trzaśnięciu słychać było podwójny dźwięk, jakby echo. Cel takich treningów, dość opłakany, ale połowicznie zostawał osiągnięty. Skala nieduża, lecz przy codziennych zmianach dyżurów rozszerzała się na stan całej kompanii, tak że każda zmiana dyżurnych wiedziała, co ich czeka, i była na to przygotowana. Jedynie pineskami przytwierdzone instrukcje żadnego szwanku nie doznawały.

Wyluzowane futryny i niedomykające się drzwi stały się przyczyną utraty ciepła. Piecowy oburzał się na dyżurnego, a na piecowego inni — że się leni, przynosi za mało opału i na pewno nie ma kwalifikacji, aby być piecowym. Uwagi czyniono z zazdrości, ponieważ funkcja ta dawała pewne przywileje. Nie brał udziału w sprzątaniu rejonów, a przede wszystkim szorowania umywalek, pisuarów i miejsc ustępowych, które przynajmniej dwa razy dziennie sprzątano na mokro. Podstawowy sprzęt używany przy tych pracach to wiadro, wytarta szczotka ryżowa i szmata, nigdy niewysychająca, która rozsiewała wszechpanujący zapach stęchlizny, od którego tylko piecowy, wprawdzie nie zawsze, ale był chroniony. Brał on jednak udział we wszystkich organizowanych zajęciach. Ponadto musiał troszczyć się o opał i o coś na podpałkę. Po powrocie z zajęć, gdy inni odpoczywali, rozpalał w piecu. Pilnował, aby ogień palił się w miarę równo i na tyle intensywnie, by palenie zakończyło się w określonym czasie, nagrzewając kafle do jak najwyższej temperatury. Koniec palenia, określony rozkładem dnia, następował na rozkaz podoficera dyżurnego kompanii. Obowiązkiem piecowego było wtedy natychmiastowe wygaszenie ognia, wybranie resztek płonących jeszcze węgli, co było powodem tego, że po sali rozchodził się intensywny zapach gazu, a z wiaderka pod sam sufit buchały tumany kurzu, który po ostudzeniu osiadał na wszystkich i na wszystkim tym, co znajdowało w sali.

Piecowy po uporaniu się z ogniem przystępował do wymiatania. Najpierw wybierał popiół z popielnika oraz jego resztki z pieca. Następna czynność to wymiatanie do czysta, ale każde pociągnięcie miotłą wydobywało nieco popiołu, sypiącego się nie tylko do podstawionej szufelki, lecz też poza nią. Gdy drapnięcia miotłą nie przynosiły efektu i wydawało mu się, że palenisko i popielnik są czyste, brał kubeł, wynosił żarzące się jeszcze węgle na kompanijne wysypisko odpadów. Wracając, meldował dyżurnemu kompanii piec do przeglądu. Był zadowolony z zakończenia pracy i mógł zająć się sprawami osobistymi lub wdać z kolegami w dyskusję.

Już po pierwszym paleniu stan zadowolenia zazwyczaj pryskał jak bańka mydlana, gdy tylko dyżurny kompanii zjawiał się, by sprawdzić wynik usilnych zabiegów piecowego. Na jego oko sprawa nie wyglądała zbyt różowo. Na wstępie zauważył drobiny popiołu pod piecem, co wywołało w nim oburzenie na piecowego, ale gdy zajrzał do czeluści pieca, jego stan podniecenia sięgnął zenitu. Najpierw pociągnął palcem po cegłach popielnika, a po stwierdzeniu, że jest brudny, podsunął go piecowemu pod nos, aby powąchał, czym może pachnieć tak wykonana praca. Jego zdaniem piec nie nadawał się do przeglądu, a piecowy nadawał się tylko do ukarania. Piecowy z pokorą w postawie na baczność słuchał kwiecistych słów reprymendy nafaszerowanej przerywnikami zaczynającymi się na „k”, po której zadowolony ze swej pierwszej lustracji dyżurny nakazywał dokończyć czyszczenie pieca, a dodatkowo umywalni i szaletu. Zagroził, że na następny przegląd przyjdzie w białych rękawiczkach. Tego przyrzeczenia jednak nie dotrzymał.

Piecowemu twarz pobladła ze strachu, ręce się trzęsły, ale bez słowa zabrał się do ponownego czyszczenia piecowych czeluści. Aby nie było zastrzeżeń, wpadł na pomysł, by cegły popielnika i paleniska wyszorować mokrą szmatą. Piec nagrzany, więc para z tej ścierki buchała niczym z gwizdka lokomotywy pociągu, którym maszynista oznajmiał odjazd ze stacji. Po skończonej pracy przy piecu zmęczony i zły zabrał się do wykonania nałożonej kary.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.35
drukowana A5
za 30.7