E-book
20.48
drukowana A5
51.71
drukowana A5
Kolorowa
74.52
Reduta cz. I (Szymon Cyrenejczyk)

Bezpłatny fragment - Reduta cz. I (Szymon Cyrenejczyk)

Objętość:
225 str.
ISBN:
978-83-8155-050-5
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 51.71
drukowana A5
Kolorowa
za 74.52

Dedykujemy Bohaterom Walki Ostatecznej,

znanym i nieznanym

Mocarzu, jak Bóg silny, jak szatan złośliwy,

Gdy Turków za Bałkanem twoje straszą spiże,

Gdy poselstwo paryskie twoje stopy liże, —

Warszawa jedna twojej mocy się urąga

Podnosi na cię rękę i koronę ściąga,

Koronę Kazimierzów, Chrobrych z twojej głowy,

Boś ją ukradł i skrwawił, synu Wasilowy!

(…)


Bóg wyrzekł słowo stań się, Bóg i zgiń wyrzecze

Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,

Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Obleją, jak Moskale redutę Ordona —

Karząc plemię zwyciężców zbrodniami zatrute,

Bóg wysadzi tę ziemię, jak on swą redutę.


Аdam Mickiewicz, „Reduta Ordona”

Przyszłość Polski zależy od was i musi od was zależeć. To jest nasza Ojczyzna. To jest nasze „być” i nasze „mieć”. I nikt nie może pozbawić nas prawa, ażeby przyszłość tego naszego „być” i „mieć” nie zależała od nas. Każde pokolenie Polaków, zwłaszcza na przestrzeni ostatnich dwustu lat, ale i wcześniej przez całe tysiąclecia, stawało przed tym samym problemem. Można go nazwać problemem pracy nad sobą. I trzeba powiedzieć, jeżeli nie wszyscy, to w każdym razie bardzo wielu nie uciekało od odpowiedzi na wyzwanie swoich czasów. Dla chrześcijanina nigdy sytuacja nie jest beznadziejna. Chrześcijanin jest człowiekiem nadziei!


Św. Papież Jan Paweł II
Do młodzieży


Westerplatte, 12 czerwca 1987 roku.

1

— Jutra może nie być…


Wysoki szczupły starszy pan o arystokratycznych rysach twarzy, z siwą bródką inteligenta, pogrążony do tej chwili w zadumie, usłyszawszy te słowa skwapliwie przytakuje:


— Tak…


I natychmiast dopytuje:


— A właściwie, dlaczego?


Jego rozmówca wyjaśnia:


— Bo mogę zniknąć.


Starszy pan nie kryje zaskoczenia.


— Gdzie to pan zniknie?!


Oni stoją blisko starego domu na pewnej ulicy w centrum miasta. Przed godziną w garderobie Teatru Dramatycznego, należącej do starszego pana, odbyło się czytanie książki. O nim, starszym panu, aktorze dramatycznym. Którego sprawą życia jest już nie teatr.


Tylko Życie Wieczne.


— Do Polski, panie Mikołaju. Do Ojczyzny…


Nagły wyraz sprzeciwu pojawia się na twarzy aktora, sprzeciwu wzmocnionego gestykulacją starszego pana. Obdarzony przez naturę silnym i pięknym, dodatkowo świetnie wyćwiczonym głosem, w tym momencie używa go dla okazania wzburzenia, i lęku. Wypite przed chwilą przez rozmówców tu, na podwórku, stugramowe buteleczki koniaku „Stary Königsberg”, potęgują ekspresję veta interlokutora pisarza wobec usłyszanych słów.


— Po co?! Nie! Nie wolno panu odjeżdżać! Niech pan pozostanie!..


— Ale, panie Mikołaju… To nie mój kraj. Nie moje miasto…


Wyjaśnienie nie zadowala pana Mikołaja.


— To co? Przecież Smoleńsk też i nie moim miastem! Moje miasto to Włodzimierz…


Rozmówca pana Mikołaja czytał godzinę temu w garderobie teatralnej napisaną przez siebie książkę o nim właśnie, częstym bywalcu tej garderoby. Przetłumaczył wprost z tabletu z polskiego na rosyjski. Książka w języku polskim o aktorze rosyjskim.


— ...jestem z innego świata. Nawet z innej planety, panie Mikołaju. Pan o tym wie.


Nawet tak astronomiczny argument nie przekonał pana Mikołaja. Arystokratyczne oblicze wyraża nieustępliwość.


— Cóż takiego pan opowiada! Pan nic nie rozumie! Niechaj tam pan sobie jest z innego świata! Ale z panem można się przyjaźnić! Można czynić ważne sprawy! Choćby pan był z innej planety! Pan odjedzie, — a tu kto pozostanie? Idioci?!.


Pan Mikołaj przerażony zarysowaną przez siebie samego perspektywą pozostania z wszechobecnymi idiotami, dorzuca już cichszym, ale nie mniej mocnym głosem:


— ...pan zna Rosję nie z internetu, nie z dzienników, nie z plotek, jak pana rodacy tam, w Polsce. Pan wie o wiele więcej… Niech pan pozostanie. Pan jest tu potrzebny. Niechże pan to wreszcie zrozumie…


Ulicą Konienkowa w centrum Smoleńska podąża przechodzień. Zobaczył starszego pana. Wita go uściskiem dłoni. Potem rozpoznaje rozmówcę pana Mikołaja i po przywitaniu pyta:


— Gdzie to pan znikł?


Rozmówca odpowiada:


— Nie zniknąłem, profesorze. Trzeba zarabiać…


Profesor uśmiecha się ze zrozumieniem.


— No, niech pan zarabia. Powodzenia.


I odchodzi.


Pan Mikołaj po chwili zadumy mówi :


— Jednak, mimo wszystko, pan jest tutaj potrzebny…


Co znaczy „potrzebny”, rozmówca starszego pana zrozumie później. Nie w tym dniu.


Dniu 3 Maja.


On zrozumie to 29 września.


W świątyni Św. Michała Archanioła.


Stojąc przy trumnie pana Mikołaja.

2

Alejami Polskiego Cmentarza Wojennego w Katyniu idzie młody chłopak w uniformie wojsk lądowych, na naramiennikach szyneli i rogatywce stopnie kaprala.


Sprawia wrażenie zagubionego, w szeroko otwartych ciemnych oczach odbijają się zaskoczenie i niedowierzanie.


W lewej ręce kaprala siny parasol, w prawej trzyma jego rękojeść.


Parasol jest złamany.


Kapral idzie powoli, niosąc siny złamany parasol, na którym srebrny obrazek żołnierskiego guzika z Wojennym Orłem. Pod nim napis:


KATYŃ 1940


Polski żołnierz idzie przez Polski Cmentarz Wojenny w Lesie Katyńskim równo siedemdziesiąt lat po tym jak w tym lesie wrzucono do głęboko wykopanych dołów z niemiecką kulą w skroni, którą oddał pistolet w ręce moskala, pierwsi jego starsi koledzy w takim samym uniformie jak na nim.


Tylko oficerskim.


10 kwietnia 2010 roku.


Niedaleko stąd leżą na tej samej ziemi nadpalone ciała pomordowanych przed chwilą.


KATYŃ 2010


Złamany siny parasol z guzikiem miał należeć do kogoś z tych, których przed chwilą wysadzono w powietrze przez ładunek termobaryczny. Ładunek jest ruski, umieszczony został w Warszawie. A w Londynie, Berlinie i Washingtonie wiedzieli o tym ładunku od dawna. Tak jak wiedzieli o strzałach w tym Lesie siedemdziesiąt lat temu. Bo właśnie tam są pomysłodawcy, klienci tych ówczesnych strzałów. Jak i strzałów, które oddała broń katów z zagonu specjalnego FSB teraz.


Strzałów wycelowanych w Polskę.


Ich kolejny pomysł, by się stało to, w skutek czego w intencji tych którzy lecieli tu się modlić, teraz przez mikrofon brzmi Koronka świętej Faustyny.


By lżej odlecieć do Raju.

3

Oni siedzą w czarnych skórzanych fotelach, przed nimi niski szklany stolik, na nim filiżanki z kawą. Kawa wystygła, ciasteczka i zeschnięte pieczywo na wielkim talerzu leżą nie tknięte.

Ponure milczenie.


Wreszcie jeden z trojga siedzących przy szklanym niskim stoliku, szczupły mężczyzna w średnim wieku z wygoloną na łyso głową, w szarym garniturze i fioletowej koszuli bez krawata, z odpiętym górnym guzikiem, przerywa milczenie i odzywa się głuchym głosem:


— ...sen miałem. Czarny wąż leży w moim łóżku, a ja go nie zauważyłem od razu. Bo cała pościel jest czarna…


Siwy starszy pan w małych niklowanych okularach, o szerokich atletycznych ramionach pod białym swetrem Wimbledon machnął wielką silną dłonią.


— A, milcz lepiej… I tak parszywiej od parszywego na duszy… Ot, siedzimy, czekamy…


Nagle starszy w okularach z rozpaczą w głosie krzyczy:


— …a czego czekamy, do wszystkich diabłów! Czyż nie wiemy, czego się doczekamy?! Czy nie tak samo będzie, jak tyle razy poprzednio?! Za każdym razem, wszędzie! kurwa mać!!!


Trzecia siedząca, niemłoda kobieta w krótkich ciemnych włosach, odzywa się cicho:


— Dajcie już spokój… Nie krzycz mi, Gromku. I ty Marcinie, daj już spokój z tymi wężami swymi… Nic już się nie da zmienić… Tylko się dowiedzieć o tym koszmarze… Żeby…


Siwy atletyczny starzec Gromek błysnął okularami.


— Żeby co?! Ogłosić, nie? Zadusiłbym kurwę Kopaczową tymi, ot, rękoma!!


Podniósł ogromne dłonie, od których jednego dotknięcia złamałaby się nie tylko szyja, cały kręgosłup Kopaczowej i kogokolwiek.


— A kacapów niszczyć! Niszczyć! Obrzucić rakietami, bombami! Zetrzeć z powierzchni ziemi! Wymazać!! By z ich kurewskiej Moskwy popiół nawet nie został! Równe miejsce! Jak ten stół!!


Gromek uderzyłby w Boga ducha winny szklany stolik pięścią Gargantua, jeśliby kobieta nie schwyciła go za biały rękaw swetra.


— Dosyć! Co za histeria, wstydź się, Gromosławie! Kacapy, mówisz? A Londyn? Czym ich obrzucisz? Siedź już! Nie kawa ci potrzebna, a brom z walerianą. Jak z tobą wytrzymuje Joasia biedniutka, no, nie wyobrażam sobie! I to tyle lat… Życie przeżyłeś, wojenek posmakowałeś, ale rozumu ci nie przybyło…


Nieoczekiwanie kobieta wyciągnęła zasuszoną rączkę i pogładziła dłonią siwe włosy starszego w okularach. Ten ujął rączkę ze skromnym srebrnym pierścionkiem i ucałował.


— Ech, Kinguś…


Łysy Marcin wziął filiżankę z wystygłą kawą ze stołka. Wypił ją jednym haustem, całą do dna. Odstawił pustą filiżankę z powrotem i głucho powiedział:


— No, właśnie… Coż tam, gdyż już wiemy z góry. Niech się pan uspokoi, panie generale. Nadszedł czas, to…


Drzwi gabinetu otwarły się. Wszedł niski człowiek, zapinając manżetę białej koszuli. Przez ramię przewieszony biały mundurek. Rzuca go na kanapkę z czarnej skóry. Milcząc siada za wielkim czarnym stołem. Na zmarszczonej ogolonej twarzy odbija się głębokie zmęczenie. Wyciągnął z kieszeni czarnej marynarki białe pudełko papierosów Winston i pozłoconą zapalniczkę Ronson. Milcząc zapalił, wbijając wzrok w stół.


Trójka przy szklanym stołku też milczy. Mijają minuty. Wreszcie niski w białej koszuli gasi papierosa w kryształowej okrągłej popielnicy. Podnosi dwa drżące palce prawej dłoni. Pozostali rozumieją o co chodzi. Atletyczny generał Gromosław cicho pyta:


— Czyje jeszcze?..


Niski nie odpowiadając podnosi się z czarnego skórzanego fotela, podchodzi do ciemnej dębowej szafy, otwiera ją, bierze z półki napoczętą butelkę Teacher’s i wielki kielich z bohemskiego szkła. Nalewa do pełna i wypija jednym tchem. Trzymając opróżniony kielich w drżącej dłoni, patrząc w parkiet podłogi mówi:


— …Płoski…


Uzupełnia, jakby reszta za szklanym stołkiem tego nie wiedziała:


— ...biskup Płoski…


W gabinecie cmentarna cisza. Przerywa ją głos generała.


— ...to jasne, dlaczego ten szczur esbecki Sawa był przeciwko ekshumacji…

4

— …jak się Ekscelencja czuje po tej wiadomości?


Oni spacerują po monasterskim ogrodzie.


Generał Gromosław ubrany tym razem w czarny garnitur, biała koszula z czarnym jedwabnym krawatem. W ręku walizka z czerwonej skóry z szyfrowym zamkiem.


— Dziwne zapytanie, generale. Nie spałem całą noc, jak się pan zapewne domyśla…


Człowiek w czarnej szacie prawosławnego ihumena gładzi czarną brodę z ponurym wyrazem twarzy. Idą powoli, nie zwracając uwagi na pięknie podstrzyżone krzaczki i gazony pełne róż, czerwonych, żółtych i białych, na razie bezwonnych, bo wiosna niezbyt ciepła. To także nie zajmuje uwagi rozmówców.


— Rozumiem Ekscelencję. Ale nie mogę nie zapytać. Czy bezsenną była noc Ekscelencji także dlatego że właśnie Ekscelencji rzecznik ogłaszał sprzeciw cerkwi co do ekshumacji zwłok Eminencji Mirona?..


Ekscelencja uśmiechnął się smutno.


— Panie generale… Przecież w cerkwi jest jak w wojsku. Z tą różnicą że u nas nie rozkaz, tylko błogosławieństwo.


Generał przełożył walizkę do lewej ręki i spytał:


— Czy mogę zapalić, Ekscelencjo?


Ekscelencja ze zrozumieniem skinął czarną brodą. Generał podziękował i w milczeniu palił papierosa Marlboro Light. Wypalił go niemalże do filtra i wyrzucił niedopałek do białej ceramicznej popielnicy w kształcie greckiej amfory.


— Ekscelencjo… Rozmawiamy w cztery oczy. Dlatego będę szczery. Rzekome „błogosławieństwo” starego esbeckiego tewu „Jurka” to właśnie rozkaz. A skąd dostał taki rozkaz sam „Jurek”, to już my z Ekscelencją doskonale wiemy. A sam Ekscelencja? Czy nie domyślał się że Ekscelencji przełożony Sawa nie ma żadnego odniesienia do Prawosławia? Do Chrześcijaństwa, do Chrystusa? Pomoc w ukrywaniu takiego bluźnierstwa, tak nieludzkiej profanacji! Szczątków prawosławnego kapłana! Jak Ekscelencja uważa?..


Na twarzy Ekscelencji pojawiło się napięcie, wargi zacisnęły się pod czarną brodą i pysznymi wąsami, także czarnymi jak wronie skrzydło.


— Generał słusznie zauważył: to mój przełożony. Kim nie byłby, jest metropolitą. Grzeszę przed Bogiem, rozmawiając o nim z panem, a nawet pana słuchając…


Generał milczy. Na twarzy Ekscelencji odbija się wewnętrzna walka…


— Cóż, generale… Znam pana od dawna, pan jest człowiekiem honoru, dobrym chrześcijaninem, a to że katolikiem pan jest, to wszyscy jesteśmy dziećmi Pana Jezusa Chrystusa i Bogurodzicy Przenajświętszej…


Ekscelencja skierował kroki ku najdalej położonej alei starych klonów, generał szedł obok w milczeniu.


— Wie pan, generale… Jak panu wiadomo, w Kościele Katolickim także większość biskupów należała — a należy na nieszczęście nadal — do agentury SB. Tej na samym szczycie, jak też panu wiadomo. Tewu „Zefir”, czcigodny arcybiskup Józef, w niczym nie lepszy… no, pan wie, o kogo nam chodzi. Nie wszyscy czynili opór, nie wszyscy znaleźli w sobie taką siłę, jak arcybiskup łódzki i poznański Jerzy. A ten czynił, jak syn Wiary Prawosławnej rosyjski arystokrata Aleksy Korenistow, przecież takim się urodził, takim go Bóg stworzył… Wielu poddało się znanej operacji „Bizancjum”…


Generał znowu wyciągnął z kieszeni czarnej marynarki pudełko papierosów, spojrzał na Ekscelencję. Tamten skinął czarną brodą. Generał milcząc zapalił, wsłuchując się w słowa rozmówcy.


— ...Jezus uczy nas rozumieć ludzkie słabości, przebaczać nam. On Sam oceni, kto stosuje się do Jego nauki, a kto nie. A przecież grzech mnoży grzechy… Grzech donosicielstwa na brata swego to grzech Judasza, który donosił Sanhedrynowi na Syna Bożego, Pana i Mistrza jego. I jak wiemy, nie bezinteresownie… A ten grzech jest bliźniakiem grzechu zdrady… Grzechu spisku! Coż… Sądzić nie jest naszą sprawą według nauki Chrystusowej. Jednak nasz stosunek do grzechu i jego ojca Lucyfera jest naszym obowiązkiem. A dokładnie potępienie nie człowieka, tylko grzechu, jego patrona a naszego wroga…


Generał zapalił kolejnego papierosa nie czekając już na pozwolenie. Zaś Ekscelencja ze smutkiem w głosie kontynuował.


— ...kiedy pięć lat temu gościł u nas tewu FSB „Michajłow”, spotkał się z tewu „Zefirem” i jeszcze… no, pan wie którym… Wtedy bardzo zgrzeszyliśmy przed Jezusem. My wszyscy, katolicy, prawosławni… Przelękliśmy się wilka w owczej skórze, podczas gdy powinniśmy się lękać jedynie gniewu bożego… Ówczesne apele faryzeuszowskie, wspólne z wilkiem i jego gospodarzami, ziemskimi i piekielnymi, doprowadziły do strasznych rzeczy… Jestem jednym z tych wielkich grzeszników, generale. I będę za każdy popełniony grzech odpowiadał przed Bogiem i Bogurodzicą, Których dobroci nie okazałem się godny…


Głos Ekscelencji wezbrał goryczą.


— ...Prawosławna tradycja nie zakłada ślepego podporządkowania przełożonemu. Tak ono było od wieków, takie są kanony pierwotne Wiary Prawosławnej. Ale tak naprawdę, utraciliśmy te kanony przodków naszych, ustanowione przez Boga poprzez Jego apostołów. Jak i pana Kościół Katolicki, po Trydenckim Soborze został dyktaturą… E, wie pan, kogo…


Ekscelencja przeszedł na szept, jaki wydawał się wołaniem.


— …tak! Zostaliśmy synagogą szatana na szczycie naszym, my i wy… I ta zdrada szczytu zaowocowała poręką kręgów piekielnych. A konsekwencją tego stał się współudział w najokropniejszych spiskach! To że do jednej trumny wrzucono przez barbarzyńców, magów i sługusów szatana szczątki prawosławnego i katolickiego biskupów! Jezu, zmiłuj się…


Eminencja kilka razy nakreślił w powietrzu znak krzyża, z prawa w lewo. Nieoczekiwanie przez rozpacz i skruszenie w jego głosie przebiły się inne nuty…


— Lecz wie co pan, generale? Tacy jak arcybiskup Jerzy, rosyjski szlachcic Aleksy Korenistow, nie pozostali bez sukcesorów… W Rosji zamordowano takiego kapłana, batiuszkę Pawła Adelgejma. A zamordowano, bo całe swe życie bez cienia bojaźni, bez wahań bronił Wiarę Prawosławną i Chrystusa Samego. Brata Mirona też zamordowano… Szczątki jego zbeszcześciono, sprofanowano, — jak i naszego brata biskupa Tadeusza… Okazali się w jednej trumnie…


W oczach Ekscelencji zjawił się płomień tryumfu.


— ...Magowie i sataniści takie rzeczy wyprawiali, a Bóg ich pokonał! Nawet szatańska profanacja stała się znakiem! Boskim nawoływaniem do pojednania! Takie jest

zainterweniowanie z Góry, generale…


Generał nie wyrzekł ani słowa. Pogrążony był we własnych myślach. A raczej w tym co teraz go opanowało…


— …Tym razem prawda zobaczy światło dzienne znacznie wcześniej, niż o Katyniu. Będzie sąd. Straszny, a kara okrutna… A my co na to, generale, bracie mój i przyjacielu?..


Po raz drugi pod czarną brodą pojawił się uśmiech. Tym razem promienny.


— …zanim róg anielski zatrąbi, mamy wierzyć, a to znaczy kochać…


Uśmiech Ekscelencji stał się jeszcze bardziej otwarty.


— …a modlitwa nam w tym pomocnicą.

5

Niewielki żałobny kondukt powoli rusza w trasę. Z przodu i z tyłu policyjne radiowozy z włączonymi farami bez syren. Cały kondukt stanowią cztery mikrobusy, włącznie z katafalkiem, i jeszcze jeden samochód, srebrzysty crossover Subaru Forester, z tyłu przed zamykającym kondukt radiowozem z policjantami.


W salonce Subaru dwóch starszych mężczyzn. Kierowca, tęgi człowiek o krótko podstrzyżonych szpakowatych włosach, także szpakowate cienkie wąsiki pod prostym rzymskim nosem. Szare oczy uważnie śledzą przez szybę trasę przejazdu i mikrobusy przed nimi. Mimo skromnego wyglądu, w oczy rzuca się droga brązowa marynarka, a pod nią błękitna koszula z rozpiętym małym kołnierzykiem. Obok niego siedzi generał Gromosław, ubrany zgodnie z protokołem w czarny garnitur z czarnym jedwabnym krawatem na białej koszuli. Na kolanach leży skórzana walizka z szyfrowym zamkiem.


Generał pali papierosa, trzymając go w palcach ogromnej dłoni, strząsa popiół w niklowaną popielnicę pod kolorowym display’em wyłączonego radia. Lekki wietrzyk przenika przez otwarte okno, delikatnie rozwiewa siwe włosy na masywnej głowie starszego pana.


Nagle generał gwałtownie potrząsa głową. Siwe włosy spadają na czoło, generał ruchem olbrzymiej dłoni układa je z powrotem do tylu, zgodnie z kunsztem fryzjera.


— Co jest, Gromku? —


— pyta kierowca nie przestając śledzić trasę i tył czarnego mikrobusu przed nimi. On zobaczył w przednim lustrze, jak Gromosław potrząsnął głową, oraz mimikę jego twarzy.


— Nic takiego, Tomku.


Kierowca Tomek nie dał wiary, lecz wzruszył ramionami i kontynuował swoją powinność kierowcy.


Wtenczas kondukt zjechał z trasy i podążył jednostronną drogą asfaltową, potem brukowaną. Na przodzie ukazała się barokowa biała brama z dzwonnicą. Za niej wysoka świątynia z prawosławnymi ośmioramiennymi krzyżami na centralnym dachu i wieżach. Owe cztery okrągłe wieże po czterech rogach gmachu, z czerwonej cegły, białe na górze, z ostrymi dachami, wykazywały podobieństwo świątyni do fortecy. Wokół świątyni białe zabytkowe budynki kryte czerwonymi i żółtymi dachami.


Monaster Zwiastowania Przenajświętszej Bogurodzicy i św. Jana Teologa w Supraślu.


Znany także jak Ławra Supraska.

6

Kondukt powoli wjeżdża na monasterski dziedziniec. Policyjne radiowozy pozostają na zewnątrz dziedzińca, wysiadają z nich policjanci, niektórzy po cywilnemu.


Pozostałe mikrobusy oraz srebrzysty Subaru zatrzymują się u wejścia do cerkwi Zwiastowania, podobnej do fortecy. Z mikrobusów wychodzi kilka osób, sami mężczyźni. Czterej mocni faceci w czarnych garniturach podchodzą do katafalku. Powoli otwierają się tylne drzwi. Za drzwiami pojawia się trumna z mahoniowego drzewa o pozłoconych rękojeściach. Czterej faceci ujmują rękojeści, podnoszą trumnę na mocne ramiona. I pomału, noga za nogą, ruszają z trumną na ramionach ku otwartym wielkim ciężkim drzwiom cerkwi. Znikają w drzwiach razem z ciężarem umieszczonym na tragicznych noszach.


Garstka mężczyzn także wchodzi do cerkwi. Wśród nich generał Gromosław ze skórzaną walizką w ręce i kierowca Tomek. Wchodząc kreślą znak krzyża. Po katolicku, z lewa w prawo.


Mała procesja znajduje się teraz w wielkiej przestrzeni wnętrza cerkwi, bogato ozdobionej złoconymi drewnianymi rzeźbami. Ikona Bogurodzicy z wiszącymi pod nią krzyżykami na sznurkach i łańcuszkach.


Schodzą po schodach do krypty.


W krypcie otwarta prostokątna jama, marmurowy czarny nagrobek z napisami łacińskimi i cerkiewno-słowiańskimi stoi z boku. Przy jamie dwóch hieromnichów w służbowych szatach.


Cicho się modlą.


Generał Gromosław i kierowca Tomek zatrzymali się u wejścia do krypty przy samych schodach. Patrzą, jak czterej faceci w czerni stawiają trumnę na mocne rzemienie. Biorą się za rzemienia i bardzo powoli opuszczają trumnę do grobu.


Dwóch hieromnichów zaśpiewało „Wieczna pamięć” w cerkiewno-słowiańskim. Ich głosy odbijają się głucho od grubych ścian i niskiego sufitu krypty. Kiedy faceci w czerni wyciągnęli rzemienie z grobu, zaśpiewali „Święty Boże” na jakąś starożytną grecką melodię. Kiedy śpiew umilkł, przez parę minut zaległa zupełna cisza. Potem Gromosław i Tomek usłyszeli szept:


— Ot, i uspokoił się Miron…


Nie wiedzieli, kto to szeptał.


Gromosław i Tomek nakreślili znak krzyża i wyszli z krypty. Przez cerkiewne wnętrze do wyjścia, i znaleźli się na dziedzincu.


— Tomuś, chodźmy za bramę, tu nie wolno palić.


Na propozycję Gromosława Tomuś przytaknął kiwnięciem szpakowatej głowy. Za monasterską bramą stały dwa policyjne radiowozy, paru policjantów w uniformie i po cywilnemu stało obok nich, cicho rozmawiali, ktoś palił.

Gromosław zaproponował Tomkowi papierosa Marlboro Light, ten podziękował i powiedział


— Zapomniałeś, Gromku? Rzuciłem fajki. Serce…


Gromosław pokiwał głową i milcząc zapalił. Wypuścił aromatyczny dym prawdziwego amerykańskiego Marlboro i zapytał:


— Zawieziesz mnie, a potem ty do Krakowa?


Tomek potwierdził

— Tak, do sztabu. Tam są już Amerykanie… Teraz nie u szwabów Centrum Operacyjne, tylko u nas, jak wiesz.


— Wiem, Tomuś…


Generał Gromosław dopalił papieros, wyrzucił niedopałek do wysokiego metalowego pudła śmieciowego.


Z bramy wyszedł jeden z hieromnichów, który modlił się i śpiewał w krypcie. Podszedł do Gromosława i Tomka.


— Pochwalony…


Hieromnich młody, z jasną brodą. Na ustach słaby uśmiech.


— Na wieki wieków…


Gromosław i Tomek odpowiedzieli także cicho, jak przywitał ich mnich

— Coż… uspokoił się Miron…


Stało się jasne, kto szeptał w krypcie.


— …Bóg go uratował… uczynił męczennikiem… A wy panowie tutaj przecież nie tylko służbowo, prawda?


Gromosław i Tomek milczą


— Tak, tak, wiem że nie tylko służbowo. Dobrzy z was ludzie. A wiecie co państwo, wiele plotkowali o świętej pamięci bracie Mironie. Pisali nawet, że był donosicielem… A Bóg w swój sposób na to odpowiedział. Pozostawił cnoty, przebaczył grzechy… Brat Miron tę, ot, cerkiew odbudował. Kochał Boga, kochał tę ziemie. W wojsku służył… A teraz stał się jeszcze i prawdy świadkiem…


Po raz kolejny milczenie było odpowiedzią tych, do których mnich kierował słowa.


— Wiernym pobłogosławił, złych ukarał Pan nasz. A jeszcze ukarze, oj, jak ukarze… Szczęść wam Boże, panowie. Z Panem i Bogurodzicą pozostańcie.


Mnich ukłonił się i poszedł do barokowej białej bramy monasteru.


— Pytałeś się, Tomuś, o czym myślałem, kiedy jechaliśmy tam… to wiesz, o czym?


Kierowca Tomuś śledził trasę, wioząc Gromosława do domu. Wzruszył ramionami nie odrywając wzroku od trasy.


— Nie wiem jak na razie, niby skąd mam wiedzieć. A jeżeli powiesz, to się dowiem.


Gromosław się uśmiechnął.


— Wredny jesteś, nic się nie zmieniłeś.


Tomek zripostował patrząc w lusterko


— A ty to się zupełnie zmieniłeś, Gromuś, aż skrzydełka widać.


Gromosław w tym momencie spoważniał, i powiedział:


— Myślałem sobie: ot, jeśliby się stało tak że świętej pamięci ordynariusz Miron Chodakowski byłby na miejscu Sawy, a zabiliby kogoś innego, no… choćby Ekscelencję Jakuba. Czy tak samo uczyniłby jak Sawa? „Nie ma potrzeby, dajcie spokój”, — a sam wiedziałby że w trumnie szczątki nie jednego zamordowanego przez tych szmat, kacapskich satanistów…


Tomek znowu wzruszył ramionami


— Wszystko możliwie, Gromuś. Tylko stało się jak się stało.


Przez krótką pauzę dorzucił:


— To już wszystko tam…


Wskazał wielkim palcem do góry nie odrywając ręki od kierownicy Subaru.


— …a nasza sprawa to bliżej do Krakowa.

7

Uważa się że wojna jest straszna swoją strzelaniną, eksplozjami, brudną, długotrwałą, codzienną, cogodzinną i cominutną wyczerpującą pracą, zapachem krwi, widokiem trupów, koniecznością zabijania by nie zabili ciebie. Grozą utraty życia lub pozostania kaleką.


Fizycznym czy duchownym.


To wszystko jest prawdą.


Lecz nie do końca prawdą.


Bo istnieje rodzaj wojny o wiele gorszy.


To niezapowiedziana wojna.


Zamaskowana pod płaszczykiem pokoju.


Na niej także strzelają. Eksplozje też bywają.


Na niej też zabijają i giną.


Także okalecza się ciało i duszę.


I to nie wojna o wymyślonej, a dlatego kłamliwej nazwie „hybrydowa”. To manipulacyjna nazwa dla laików i profanów. Bo tak naprawdę chodzi o zwykłą terrorystyczną wojnę, o wielotysiącletniej brodzie.


Terrorystyczna wojna tylko wynikiem, skutkiem, konsekwencją tej głównej, niezapowiedzianej wojny.


A przyczyną jest ona.


Na tej głównej niezapowiedzianej jest tak: dla wszystkich jest pokój, choćby tylko pozorny, takie sobie widmo pokoju.


A dla ciebie to wojna.


Boś poinformowany. A przez to zaangażowany. Czy odwrotnie.


Ponieważ siły zła nienawidzą prawdziwy pokój, taka wojna jest bez początku i końca. Z zapowiedzianej wojny można wrócić — jeśli na niej nie zabiją.


Z wojny pod płaszczykiem pokoju nie da się powrócić.


Chcesz czy nie chcesz.


Biada tym czyich krzyżem stała się taka wojna.


Spróbuj no stworzyć rodzinę, kiedy masz na ramionach ten krzyż. Masz czekać na jak najbardziej nietuzinkowego człowieka, a takich Szymonów Cyrenejczyków obu płci są jednostki na miliony.


I choćby tylko przez to krzyż niezapowiedzianej wojny pod maską pokoju jest tak nie do zniesienia ciężkim że w pewnych, choćby rzadkich momentach czujesz się śmiertelnie zmęczonym przez samo życie. Tracisz jego smak.


Pomimo że to nie najcięższy krzyż w arsenale Pana Boga.


Przecież Bóg proponuje tylko taki krzyż, który nie złamie twych ramion.

8

Od tego dnia, w którym Olek zobaczył w Lesie Katyńskim kaprala ze złamanym parasolem w dłoniach, minęło ponad siedem lat.


Dwa takie same sine parasole z żołnierskim guzikiem i napisem „Katyń 1940” on zabrał wtedy z sobą do domu. Siedział w białym plastykowym foteliku, w którym miał siedzieć ktoś z tych, czyje nadpalone i przebite kulami ciała leżały w lesie przy lotnisku Sewerny. Na fotelikach wisiały parasole, te same. Nie wiedział Olek, czyje miejsce zajął na zaproszenie oficera, kapitana. Kiedy Jacek Sasin powiedział przez mikrofon —


— ...Pana Prezydenta nie ma z nami… —


— kapitan zrobił gest ręką w stronę pustych plastykowych białych i niebieskich fotelików z sinymi parasolami po lewej stronie przed ołtarzem:


— Zapraszam.


Bo prawa strona była ruską. Polacy siedzieli po lewej. Jeśli patrzeć od ołtarza, po prawej.


Na zaproszenie kapitana Olek przeszedł do jednego z pustych fotelików, obok już siedział starzec z biało-czerwonym znakiem na prostej znoszonej brązowej kurtce. Rodzina Katyńska.


— Wolno, wolno, niech pan usiądzie.


Starzec był z Lublina. Jego tatę, policjanta, rozstrzelano nie w Katyniu, chyba w Ostaszkowie, jak zapamiętał Olek.


— Nikt nie przeżył?..


Na Olka zapytanie starzec smutno pokręcił głową.


— Niech byłby to Putin!!


Starzec skinął głową, smutno, z wyrazem rezygnacji na twarzy i beznadziejnie.


Zabrzmiało Requiem Aeternum.


Tego Requiem w Lesie Katyńskim Olek nie zapomni do samej śmierci.


Od tamtego samego dnia myślał o jednym jedynym.


Pomsta.


Z najokrutniejszych.


Bez litości.


Bez wahań.


Bez sentymentów.


Dla wszystkich Rosjan.


Jak czynili Olka przodkowie rycerze, żołnierze i powstańcy wszystkich Powstań.


Oprócz Warszawskiego.


Dla Olka to była tylko kontynuacją niezapowiedzianej wojny bez początku i końca, trwała dla niego w tym momencie dwadzieścia trzy lata.


Tylko kontynuacja miała już sens. Nawet jakiś czas było to sensem życia dla niego.


Aż dotarła do niego pewna informacja z pierwszych rąk o tym Drugim Katyniu.


Aż został jego przyjacielem Pan Mikołaj

9

Requiem Katyńskie


Cisza na niebie,

nad cmentarzem mgła,

brzmi Różaniec wciąż

przez kobiecy płacz.


Cicho szepcze mi

sąsiad z Lublina:

„nikt tam nie przeżył”,

a w oczach: „przebacz”.


Dlaczego?

powiedź mi, o Panie!

Znowu tam.

Znów na tamtej ziemi.

Na tamtej

zimnej czarnej ziemi,

Katyńskiej,

nieludzkiej a świętej…


Znicze już zgasły,

Requiem wybrzmiało.

Na Powązkach ktoś,

ktoś na Wawelu…


…a testament Ich

dziś dopiero nasz.

W polskiej kolejce

my następni już.


Racz dać Im,

litościwy Panie,

Wszystkim Raj!

A nam, kto na ziemi,

daj od zła obronić tę ziemię,

która krwią

Męczenników —

święta.

10

To biuro znajduje się na parterze niewielkiego gmachu wśród budynków z czasów zaboru austriackiego na krakowskim Starym Mieście. Sam mały gmaszek też z czasów austriackich.


Wielkie pomieszczenie umeblowano prosto, wielki stół w kształcie litery T, na białej ścianie ogromny plazmowy display. Na stole monoblok Apple Mac, czarny pulpit dystancyjny i jakiś gruby brulion w czarnej plastykowej okładce. Okien w tym biurze nie ma, białe światło lampek diodowych wmontowanych w sufit z białego plastyku. Pracuje klimatyzacja, na zewnątrz panuje upał. Żelazne drzwi oddzielają biuro od wielkiego przedpokoju, gdzie przed ekranami kamer rejestrujących widok na ulicę i podwórko siedzi para dobrze zbudowanych chłopaków.


Przy wielkim stole w biurze siedzą dwaj mężczyźni. Przed komputerem jeden z nich, inteligentna twarz w wąskich prostokątnych okularach w oprawie z czarnego plastyku, przypomina nauczyciela czy profesora jakiegoś colleg’u czy uniwerku. Ciemne włosy, fryzura nie rzucająca się w oczy. Ubrany skromnie w szarą letnią koszulę z krótkim rękawem. Sylwetka dość umięśniona, widać niezłe bicepsy pod krótkim rękawem koszuli.


Drugi z nich to tęgi mężczyzna, szpakowate krótko podstrzyżone włosy, pod prostym rzymskim nosem takie same szpakowate wąsiki. Błękitna przewiewna koszula Lacoste. Czarne dżinsy. Siedzi w białym skórzanym fotelu przy stole.


— …Tata marzył by wrócić, lecz nie dożył… Pamiętasz tatę, Tomuś?


Tęgi w koszuli Lacoste rozłożył ręce.


— A jakbym mógł nie pamiętać, Heniu… Kiedy gościłem w Cleveland, sam pamiętasz, przyjmował mnie właśnie twój tata. Uroczym człowiekiem był pan Marian, choć jednocześnie gdy tego wymagała sytuacja zdecydowany i twardy, potrafił dać nam pieprzu…


Podobny do nauczyciela Heniu uśmiechnął się.


— Oj, dawał… Już uczyłem się w West Point, a tata do mnie telefonuje i egzaminuje, a jego egzamin nie każdy z tamtejszych pułkowników wytrzymałby, a nawet sam generał…


Tomuś także się uśmiecha, lecz pod uśmiechem wyczuwalne napięcie. Heniu przytaknął.


— Tak, ale wspomnienia będą później. Teraz przejdźmy do teraźniejszości. Tym bardziej że sam tata o tym tak marzył…


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 51.71
drukowana A5
Kolorowa
za 74.52