Część piąta — NOWY RYTM
Na początku 2009 roku mieszkanie Andrzeja i Marioli wyglądało prawie tak samo jak wcześniej. W przedpokoju stały ich buty, w kuchni dwa ulubione kubki, a w sypialni łóżko, w którym od ponad trzydziestu lat kończyli i rozpoczynali wspólne dni. Zmiana nie dotyczyła mebli ani ścian. Pojawiła się w sposobie, w jaki Mariola spoglądała na telefon, planowała kolejne popołudnia i zatrzymywała się przed witrynami sklepów dziecięcych.
Alissa miała zaledwie kilka miesięcy, a już wyznaczała rytm całej rodzinie.
Mariola budziła się rano i zastanawiała, czy wnuczka dobrze spała. Podczas zakupów wybierała warzywa na zupę dla siebie i Andrzeja, a po chwili oglądała dziecięce ubranka, chociaż Sabrina zapewniała, że szafa Alissy nie mieści już prezentów. Kiedy telefon dzwonił, Mariola odbierała tak szybko, jakby od każdej rozmowy zależało bezpieczeństwo świata.
— Halo? Sabrina? Wszystko dobrze?
Najczęściej było dobrze. Czasem Alissa gorzej spała, czasem płakała bez wyraźnego powodu, a czasem młoda matka chciała po prostu usłyszeć głos własnej mamy.
Andrzej obserwował to z rozbawieniem. Przez wiele lat żyli problemami córek. Gdy obie dorosły, wydawało mu się, że wreszcie odzyskają więcej czasu dla siebie. Los spełnił jego życzenie tylko częściowo. Córki rzeczywiście nie potrzebowały już codziennej opieki, za to pojawiła się Alissa, a Mariola natychmiast postanowiła nadrobić wszystkie godziny, podczas których nie mogła być przy wnuczce.
— Myślałem, że teraz będziemy mieli spokojniejsze życie — powiedział któregoś ranka.
Mariola kroiła chleb i nawet na niego nie spojrzała.
— Mamy spokojne życie.
— Jedziemy dziś do Sabriny?
— Tak.
— Byliśmy u niej wczoraj.
— Wczoraj Alissa była o jeden dzień młodsza.
— Rzeczywiście. Mogła się przez noc bardzo zmienić.
— Właśnie.
Andrzej westchnął z udawaną rezygnacją, ale już po śniadaniu zaczął szukać aparatu fotograficznego.
Mariola nigdy nie przyjeżdżała z pustymi rękami. Jeśli Sabrina mówiła, że niczego nie potrzebuje, matka uznawała to za dowód, że trzeba przywieźć wszystko. W torbach znajdowały się garnki z zupą, mięso, warzywa, ciasto, pieluchy, ubranka oraz drobiazgi kupione dlatego, że były ładne.
— Mamo, naprawdę mamy jedzenie — protestowała Sabrina.
— To dobrze. Będziecie mieli więcej.
— Lodówka się nie zamyka.
— Andrzej ją naprawi.
— Lodówka nie jest zepsuta. Jest pełna.
— To jeszcze lepiej.
Issam szybko nauczył się nie walczyć z logiką teściowej. Witał ją uśmiechem, odbierał ciężkie torby i robił miejsce w kuchni. Andrzej szedł za nimi z mniejszym bagażem, zazwyczaj niosąc coś, czego podobno nie powinien był kupować.
— Co masz za plecami? — pytała Mariola.
— Nic.
— Andrzej.
— Mały prezent.
— Mówiłeś, że nie będziemy jej rozpieszczać.
— Nie rozpieszczam. Wspieram rozwój.
Tym razem przyniósł kolorową grzechotkę. Innym razem miękkiego misia, kocyk albo zabawkę wydającą dźwięki tak głośne, że po kilku minutach Sabrina zaczęła podejrzewać ojca o zemstę za własne dzieciństwo.
— Tato, ona będzie tym hałasować przez cały dzień.
— Dziecko musi poznawać muzykę.
— To nie jest muzyka.
— Dla niej jest.
Mariola kręciła głową, chociaż sama przynosiła trzy razy więcej rzeczy. Różnica polegała na tym, że jej prezenty zawsze uważała za potrzebne.
Najbardziej lubiła chwile, kiedy Sabrina pozwalała jej zostać z Alissą sam na sam. Młoda matka mogła wtedy wykąpać się bez pośpiechu, przespać godzinę albo załatwić sprawy poza domem. Mariola siadała z wnuczką w fotelu i mówiła do niej spokojnie, jakby prowadziły najważniejszą rozmowę w życiu.
Opowiadała o rodzinie, o Monachium, o Polsce i o ludziach, których Alissa miała kiedyś poznać. Czasami wspominała własną matkę. Mówiła, że prababcia byłaby szczęśliwa, gdyby mogła zobaczyć kolejną dziewczynkę w rodzinie.
— Nie zdążyłaś jej poznać — szeptała. — Ale kiedyś ci o niej opowiem.
Alissa patrzyła na babcię szeroko otwartymi oczami albo zasypiała, nie czekając na zakończenie historii. Mariola nigdy nie czuła się urażona. Uważała, że sen w jej ramionach jest najlepszą odpowiedzią.
Andrzej początkowo twierdził, że niemowlęta nie są jego specjalnością. Lubił dzieci dopiero wtedy, gdy zaczynały mówić, śmiać się z żartów i rozumieć, że dziadek zawsze ma rację. Alissa szybko podważyła tę teorię.
Wystarczyło, że położono mu ją na piersi, a nieruchomiał. Siedział wtedy w fotelu, jedną dłonią podtrzymywał maleńkie plecy, a drugą osłaniał główkę. Udawał, że wcale nie boi się poruszyć.
— Możesz oddychać — przypominała Mariola.
— Oddycham.
— Wyglądasz, jakbyś rozbrajał bombę.
— Dziecko jest delikatne.
— Wychowałeś dwie córki.
— Wtedy byłem młodszy i odważniejszy.
Kiedy Alissa zaczynała marudzić, Andrzej spacerował z nią po mieszkaniu. Najpierw próbował mówić spokojnie, potem opowiadał jej, co widzi za oknem, a na końcu śpiewał melodie, których słów nie pamiętał. Zastępował je własnymi, zazwyczaj dotyczącymi samochodów, jedzenia albo tego, że mała wnuczka powinna pozwolić dziadkowi usiąść.
— Co ty jej śpiewasz? — zapytała kiedyś Mariola.
— Kołysankę.
— O wymianie oleju?
— Ważny temat. Kiedyś będzie jeździła samochodem.
— Najpierw musi nauczyć się chodzić.
— Dlatego zaczynam od teorii.
Ku zdumieniu wszystkich Alissa często uspokajała się właśnie u niego. Andrzej uznał to za potwierdzenie swojego talentu, podczas gdy Mariola twierdziła, że wnuczka zasypia, bo jego opowieści są wyjątkowo nudne.
— Jestem dziadkiem od trudnych spraw — oznajmił.
— Jakich?
— Usypiania, noszenia i naprawiania zabawek.
— Jeszcze żadnej nie naprawiłeś.
— Bo żadnej jeszcze nie zepsuła.
— Czyli na razie jesteś dziadkiem od czekania.
Mariola czekała na pierwszy prawdziwy uśmiech Alissy z cierpliwością, której nie okazywała w żadnej innej sprawie. Każde poruszenie ust wnuczki uznawała za możliwy początek wielkiego wydarzenia.
— Uśmiechnęła się — mówiła.
— Ma gazy — odpowiadał Andrzej.
— Skąd wiesz?
— Mam doświadczenie.
— W gazach?
— W życiu.
Pewnego popołudnia Alissa leżała na kocu, a Mariola pochylała się nad nią, powtarzając jej imię i robiąc miny, których nigdy nie pokazałaby dorosłemu człowiekowi. Andrzej siedział przy stole z kawą i obserwował żonę.
Nagle dziewczynka spojrzała na babcię i wyraźnie się uśmiechnęła.
Mariola zamarła.
— Widziałeś?
— Widziałem.
— Uśmiechnęła się do mnie.
— Do lampy.
— Patrzyła na mnie.
— Lampa jest za tobą.
Mariola podniosła głowę.
— Dlaczego zawsze musisz wszystko zepsuć?
Andrzej odstawił kubek, podszedł i objął ją od tyłu.
— Nie zepsułem. Uśmiechnęła się do najpiękniejszej rzeczy, jaką zobaczyła w tym pokoju.
— Do lampy?
— Do babci. Lampa była druga.
Mariola próbowała zachować obrażoną minę, lecz nie potrafiła. Pocałowała Alissę w czoło, a potem poleciła Andrzejowi przynieść aparat, jakby pierwszy uśmiech można było powtórzyć na żądanie.
Nie udało się. Na wszystkich zdjęciach Alissa wyglądała poważnie, z miną dziecka zmęczonego zachowaniem dorosłych.
— Następnym razem musimy być szybsi — powiedziała Mariola.
— Następnym razem zatrudnimy fotografa, który będzie tu mieszkał.
Nowa rola babci pochłaniała Mariolę, lecz Andrzej pilnował, żeby nie zapomnieli o sobie. Kochał wnuczkę, cieszył się szczęściem córki i potrafił godzinami patrzeć, jak Mariola nosi Alissę. Wieczorem jednak chciał odzyskać żonę.
Pewnego dnia wrócili od Sabriny później niż planowali. Mariola przez całą drogę opowiadała o tym, że Alissa inaczej trzyma główkę i coraz dłużej patrzy na twarze.
— Słuchasz mnie? — zapytała.
— Każdego słowa.
— To co powiedziałam?
— Że nasza wnuczka jest najzdolniejszym dzieckiem w Monachium.
— Tego nie powiedziałam.
— Ale pomyślałaś.
W mieszkaniu Mariola od razu zaczęła rozpakowywać torby. Andrzej podszedł od tyłu, objął ją w talii i pocałował w szyję.
— Co robisz? — zapytała, choć doskonale wiedziała.
— Przypominam ci, że oprócz roli babci masz jeszcze kilka innych.
— Na przykład?
— Jesteś moją żoną.
— Pamiętam.
— Ostatnio dużo mówisz o Alissie.
— Jesteś zazdrosny o niemowlę?
— Nie. Niemowlę nie śpi w moim łóżku.
Mariola odwróciła się w jego ramionach.
— Ty naprawdę potrafisz myśleć tylko o jednym.
— Potrafię myśleć o wielu rzeczach. O tobie na wiele sposobów.
Roześmiała się, ale nie odsunęła. Andrzej pocałował ją powoli, bez pośpiechu, którego kiedyś mieli więcej. W ich bliskości nadal żyło pragnienie, lecz po tylu latach towarzyszyła mu pewność. Nie musieli niczego udowadniać. Wystarczało, że odnajdywali siebie pod wszystkimi rolami narzuconymi przez życie.
Mariola była matką, babcią, przyjaciółką i kobietą, która potrafiła zadbać o całą rodzinę. Dla Andrzeja pozostawała także siedemnastoletnią dziewczyną z 1975 roku, dziewiętnastoletnią panną młodą i żoną, której ciało znał równie dobrze jak jej charakter.
— Wiesz, że jesteś bardzo piękną babcią? — szepnął.
— Już mi to mówiłeś.
— Będę powtarzał, dopóki nie uwierzysz.
— A jeśli już wierzę?
— Wtedy będę powtarzał dla własnej przyjemności.
Tej nocy nie śpieszyli się. Ich czułość była spokojna, pełna pocałunków, śmiechu i znajomych gestów. Andrzej cieszył się, że mimo zmian w rodzinie nadal mają sypialnię, w której mogą być wyłącznie sobą. Mariola zasypiała później przytulona do niego, a na stoliku obok łóżka leżało zdjęcie Alissy.
— Teraz masz obie swoje dziewczyny blisko — powiedziała.
— Mam więcej niż dwie. Są jeszcze córki.
— Dobrze odpowiedziałeś.
— Mam doświadczenie.
Z czasem spotkania rodzinne zaczęły krążyć wokół Alissy. Przy niedzielnym stole każdy chciał ją potrzymać, rozśmieszyć albo sprawdzić, do kogo jest podobna. Dominika widziała w niej Sabrinę, Sabrina dostrzegała rysy Issama, a Mariola potrafiła odnaleźć podobieństwo do niemal każdego członka rodziny.
— Ma twoje oczy — powiedziała do Andrzeja.
— Oby nie słuch — odpowiedział.
— Co mówiłeś?
— Bardzo śmieszne.
Andrzej często powtarzał kawał o chłopcu przy oknie. Najpierw szło stryjostwo, potem wujostwo, a na końcu dziadostwo. Za każdym razem opowiadał go tak, jakby nikt wcześniej go nie słyszał.
— Tato, znamy ten dowcip — protestowała Sabrina.
— Alissa jeszcze nie zna.
— Ma cztery miesiące.
— Trzeba rozpocząć edukację wcześnie.
Mariola brała wnuczkę na ręce i zwracała się do niej z udawaną powagą.
— Nie słuchaj dziadka. On jest tym dziadostwem, przed którym cię ostrzegali.
Wszyscy się śmiali, a Andrzej udawał oburzenie. W głębi serca był jednak szczęśliwy. Lubił patrzeć na stół, przy którym siedziały córki, zięciowie, Mariola i najmłodsza osoba w rodzinie. Po latach problemów, zazdrości, niepewności i trudnych decyzji otrzymali czas zwyczajnej harmonii.
Nie był idealny. Dziecko płakało, młodzi rodzice byli zmęczeni, Mariola czasami wtrącała się za bardzo, a Andrzej mówił żarty w najgorszych możliwych momentach. Właśnie dlatego wszystko było prawdziwe.
Wiosną 2009 roku Alissa coraz częściej odpowiadała uśmiechem na głos babci. Mariola z dumą obserwowała każdy kolejny gest i już planowała wspólne spacery, obiady oraz zabawy, choć wnuczka nie potrafiła jeszcze samodzielnie usiąść.
Andrzej żartował, że żona układa jej życie na najbliższe dwadzieścia lat.
— Trzeba mieć plan — odpowiadała.
— Twoja mama też miała dla ciebie plan.
— I zrobiłam po swojemu.
— Właśnie.
Mariola milczała przez chwilę, po czym przyznała mu rację. Wiedziała, że wnuczka również będzie kiedyś miała własne zdanie, własne marzenia i drogę, której babcia nie zdoła wybrać za nią. Na razie jednak Alissa była mała, ufna i bezpieczna w jej ramionach.
Pewnego wieczoru, kiedy wrócili ze spaceru z wnuczką, Mariola usiadła obok Andrzeja na kanapie. Była zmęczona, ale szczęśliwa.
— Myślałam, że po pięćdziesiątce życie zacznie się uspokajać — powiedziała.
— I jak ci się podoba ten spokój?
— Jest głośny, wymaga pieluch i zajmuje wszystkie moje myśli.
— Czyli idealny.
— Prawie.
— Czego brakuje?
Mariola pocałowała go w policzek.
— Czasami ciebie.
Andrzej objął ją ramieniem.
— Jestem tutaj.
— Wiem. Tylko musisz mi czasem przypominać.
— To akurat potrafię.
Siedzieli przytuleni w mieszkaniu, które przez lata było centrum życia ich córek, a teraz coraz częściej wypełniało się dziecięcym śmiechem, butelkami, kocykami i zabawkami. Przeszłość nie zniknęła. Nadal nosili w sobie wszystko, co wydarzyło się od 1975 roku. Jednak przyszłość nie była już wyłącznie sprawą Andrzeja i Marioli.
Miała twarz Alissy.
Tak zaczynała się piąta część ich historii — nie od wielkiej podróży, kryzysu ani tajemnicy, lecz od nowego rytmu codzienności. Rytmu wyznaczanego telefonami Sabriny, krokami Marioli spieszącej do wnuczki, żartami Andrzeja i wieczorami, kiedy dwoje ludzi po ponad trzydziestu latach nadal potrafiło odnaleźć siebie w ciszy własnej sypialni.
Byli rodzicami i dziadkami.
Nadal byli także Andrzejem i Mariolą.
Roczek i święta u babci
Jesienią 2009 roku Mariola zaczęła odliczać dni do pierwszych urodzin Alissy. Dla dziewczynki był to po prostu kolejny dzień życia, lecz dla babci data 21 października miała znaczenie niemal uroczyste. Minął rok od chwili, kiedy po raz pierwszy wzięła wnuczkę na ręce i wyszeptała, że jest jej babcią.
Przez dwanaście miesięcy Alissa zmieniła się z maleńkiego zawiniątka w ruchliwą dziewczynkę, która chciała dotknąć wszystkiego, co znajdowało się w jej zasięgu. Rozpoznawała bliskich, śmiała się do babci i coraz wyraźniej pokazywała własny charakter. Mariola twierdziła, że wnuczka jest spokojna, rozsądna i wyjątkowo bystra. Andrzej odpowiadał, że ma dopiero rok, więc zdąży jeszcze przejąć jego najlepsze cechy.
— Jakie? — pytała Mariola.
— Poczucie humoru, skromność i talent do samochodów.
— Roczne dziecko nie ma talentu do samochodów.
— Jeszcze nie miało okazji prowadzić.
Mariola machała ręką, ale uśmiechała się przy tym. Wiedziała, że Andrzej jest równie zakochany we wnuczce jak ona. Różnica polegała na tym, że ona mówiła o tym bez przerwy, a on ukrywał wzruszenie pod żartami.
W Polsce pierwsze urodziny dziecka zawsze były czymś więcej niż zwykłym przyjęciem. Nazywano je Roczkiem i obchodzono z dumą, jakby przeżycie pierwszych dwunastu miesięcy stanowiło wspólny sukces dziecka, rodziców, dziadków oraz wszystkich krewnych, którzy przez rok udzielali rad, nawet gdy nikt ich o to nie prosił.
Mariola znała tę tradycję od dzieciństwa i nie zamierzała pozwolić, żeby niemieckie otoczenie pozbawiło Alissę polskiego Roczku. Ustaliła z Sabriną, że przyjęcie odbędzie się rodzinnie. Miało być niezbyt wielkie, co w języku Marioli oznaczało tyle osób, ile dało się posadzić przy stołach, oraz jedzenia wystarczającego dla dwa razy większej liczby gości.
Na kilka dni przed uroczystością kuchnia Andrzeja i Marioli zaczęła działać jak niewielka restauracja. Mariola przygotowywała mięsa, sałatki, gołąbki i przekąski. Piekła ciasta, sprawdzała listę zakupów, poprawiała ją i wysyłała męża do sklepu po rzeczy, które wcześniej uznała za niepotrzebne.
— Kupiłem wszystko z kartki — powiedział Andrzej, stawiając torby na stole.
— Nie ma ogórków.
— Nie było ich na kartce.
— Powinieneś wiedzieć, że będą potrzebne.
— Mariola, mam pięćdziesiąt trzy lata, ale nadal nie potrafię czytać w twoich myślach.
— Po trzydziestu czterech latach znajomości powinieneś już zacząć.
— Zaczynam rozumieć, dlaczego mężczyźni wcześniej siwieją.
— Od narzekania?
— Od prób odgadnięcia, czego żona nie napisała na liście.
Pojechał po ogórki, a przy okazji kupił dużą kolorową zabawkę, którą próbował schować w bagażniku. Mariola znalazła ją następnego dnia.
— Przecież ustaliliśmy, że dostanie od nas jeden prezent.
— To jest jeden.
— A tamte trzy torby?
— Tamte są od ciebie.
— Moje rzeczy są potrzebne.
— Oczywiście. Sukienka numer sześć jest dziecku niezbędna do przeżycia.
Mariola chciała odpowiedzieć ostro, ale wiedziała, że ma rację. Od tygodni kupowała dla Alissy ubrania, zabawki i drobiazgi. Za każdym razem przekonywała samą siebie, że to ostatnia rzecz. Później dostrzegała coś jeszcze piękniejszego.
Dwudziestego pierwszego października mieszkanie wypełniło się rodziną. Przyszli Sabrina i Issam z jubilatką, Dominika z Martinem oraz najbliżsi znajomi. Najważniejsza osoba tego dnia pojawiła się w eleganckiej sukience wybranej przez Mariolę i od początku wyglądała na zdziwioną zamieszaniem.
Babcia natychmiast wzięła ją na ręce.
— Moja roczna dziewczynka — powiedziała ze wzruszeniem.
— Mamo, ostrożnie, bo pognieciesz jej sukienkę — zauważyła Sabrina.
Mariola spojrzała na córkę z oburzeniem.
— Sukienkę można wyprasować. Roczek ma się tylko raz.
Andrzej stanął obok nich z aparatem.
— Uśmiech.
— Ona patrzy w drugą stronę — powiedziała Mariola.
— W takim razie ty się uśmiechaj. Alissa jeszcze nie będzie oglądała zdjęć.
Fotografował wnuczkę przy stole, na rękach babci, obok rodziców i przy stosie prezentów. Robił tyle zdjęć, że Sabrina w końcu poprosiła, aby pozwolił dziecku spokojnie oddychać.
Tort stał na środku stołu. Był jasny, ozdobiony delikatnymi dekoracjami i jedną świeczką. Kiedy ją zapalono, wszyscy zaczęli śpiewać „Sto lat”. Alissa patrzyła na płomień z fascynacją, a Mariola trzymała dłonie blisko, gotowa osłonić wnuczkę przed każdym niebezpieczeństwem.
— Teraz trzeba zdmuchnąć — powiedział Andrzej.
Alissa nie reagowała.
— Pokaż jej — poprosiła Mariola.
Andrzej pochylił się i zdmuchnął świeczkę.
— Tato! — zaprotestowała Sabrina. — To jej świeczka.
— Pomogłem. Jest jeszcze mała.
— Mogliśmy poczekać.
— Zdążymy zapalić drugi raz.
Zapłonęła ponownie. Tym razem wszyscy dmuchali delikatnie w stronę płomienia, a Alissa roześmiała się, jakby całe przedstawienie zostało urządzone wyłącznie po to, żeby ją zabawić.
Mariola otarła oczy.
— Nie płacz — szepnął Andrzej. — Dopiero zaczynamy. Jeszcze będziesz miała okazję przy osiemnastce.
— Ja nie płaczę.
— Oczywiście. Tort ci wpadł do oka.
Po torcie nadszedł moment, na który część rodziny czekała najbardziej. Mariola przygotowała tradycyjną zabawę z przedmiotami mającymi przepowiadać przyszłość dziecka. Na czystym obrusie ułożono książkę, pieniądze, różaniec, kieliszek oraz kilka innych drobiazgów. Każdy miał własne znaczenie, choć interpretacje zmieniały się zależnie od tego, kto je objaśniał.
Książka miała oznaczać wiedzę i naukę. Pieniądze zapowiadały powodzenie w interesach. Różaniec kojarzono z duchowością, a kieliszek budził najwięcej śmiechu i natychmiastowych ostrzeżeń.
— Po co kładziemy kieliszek przed dzieckiem? — zapytała Sabrina.
— Taka tradycja — odpowiedziała Mariola.
— Dziwna tradycja.
— Nikt nie każe jej z niego pić.
Andrzej dołożył mały samochodzik.
— Tego nie było w ustaleniach — zauważyła żona.
— Musi mieć prawdziwy wybór.
— I co będzie oznaczał samochód?
— Że odziedziczy po dziadku dobry gust.
Dominika położyła długopis, twierdząc, że może Alissa zostanie pisarką. Martin zaproponował klucze, Issam małą piłkę, a po chwili na obrusie znajdowało się tyle przedmiotów, że dziecko mogłoby wybrać niemal dowolny zawód.
— Zostawmy kilka — zdecydowała Sabrina. — Inaczej wybierze pierwszą rzecz, o którą się potknie.
Posadzili Alissę w niewielkiej odległości od przygotowanych symboli. Wszyscy nachylili się, obserwując ją z napięciem nieproporcjonalnym do znaczenia zabawy.
— Książkę — szeptała Dominika.
— Pieniądze — mówił Issam z uśmiechem.
— Samochód — zachęcał Andrzej.
— Nie podpowiadajcie — upomniała ich Mariola.
Sama jednak delikatnie przesunęła książkę bliżej wnuczki.
— Mamo, widziałam — powiedziała Sabrina.
— Tylko poprawiłam.
Alissa rozejrzała się po twarzach dorosłych, jakby zastanawiała się, dlaczego wszyscy nagle zamilkli. Następnie ruszyła przed siebie, zatrzymała się przy przedmiotach i wyciągnęła rękę.
Zamiast natychmiast dokonać wyboru, przesunęła dłoń nad książką, dotknęła pieniędzy, a potem chwyciła klucze. Potrząsnęła nimi z zadowoleniem, ponieważ wydały najciekawszy dźwięk.
— Klucze! — zawołał Martin. — Będzie miała własny dom.
— Albo będzie kierowcą — uznał Andrzej.
— To były klucze do mieszkania — przypomniała Dominika.
— Każdy samochód też ma kluczyki.
Alissa upuściła je po chwili i sięgnęła po książkę. Mariola natychmiast uznała, że właśnie ten wybór jest najważniejszy.
— Wiedziałam. Będzie mądra.
— Najpierw wybrała klucze — powiedziała Sabrina.
— Sprawdzała, czy wszyscy patrzą.
— Ma rok.
— I już potrafi myśleć strategicznie — dodał Andrzej.
Każdy interpretował wybór po swojemu, lecz Alissa nie przejmowała się przyszłością. Usiadła z książką na kolanach, po czym zaczęła ciągnąć ją za okładkę. Dorośli roześmiali się, a Mariola szybko uratowała książkę przed zniszczeniem.
Przyjęcie trwało do wieczora. Alissa zmęczyła się wcześniej niż goście i zasnęła na rękach babci, obojętna na rozmowy, muzykę oraz własne prezenty. Mariola siedziała z nią nieruchomo, choć zdrętwiały jej ręce. Nie chciała oddać wnuczki, dopóki Sabrina nie powiedziała, że pora wracać.
Po wyjściu gości mieszkanie wyglądało podobnie jak po każdej większej rodzinnej uroczystości. Na stole zostały talerze, okruszki i niedopite napoje, a pod krzesłami leżały kawałki papieru po prezentach.
Mariola zaczęła sprzątać, lecz po chwili zauważyła świeczkę z tortu. Wytarła ją ostrożnie serwetką i odłożyła na bok.
— Po co ci ona? — zapytał Andrzej.
— Zachowam ją.
— To kawałek wosku.
— To pierwsza urodzinowa świeczka Alissy.
— Za rok będziemy mieli dwie.
— Też zachowam.
Mariola przyniosła niewielkie pudełko. Włożyła do niego świeczkę, urodzinową kartkę, zdjęcie oraz wstążkę z jednego z prezentów.
— Kiedyś jej to dam — powiedziała. — Jak będzie dorosła.
Andrzej patrzył na żonę, nie próbując już żartować. Wiedział, że Mariola potrafiła nadawać znaczenie przedmiotom, które dla innych były jedynie drobiazgami. Przechowywała fotografie, kartki i pamiątki, ponieważ wierzyła, że pewnego dnia pomogą komuś wrócić do chwili, której sam nie może pamiętać.
— Będzie wiedziała, jak bardzo ją kochałaś od początku — powiedział.
Mariola zamknęła pudełko.
— Mam nadzieję, że nie dopiero wtedy.
— Przy tobie nie da się tego nie zauważyć.
Dwa miesiące później Mariola zaczęła przygotowywać Boże Narodzenie. Nie miały to być pierwsze święta w życiu Alissy, lecz pierwsze, podczas których dziewczynka była już wystarczająco duża, żeby siedzieć przy rodzinnym stole, interesować się choinką i samodzielnie rozrywać papier z prezentów.
Mariola podjęła decyzję bez rodzinnego głosowania.
— Wigilia będzie u nas — oznajmiła.
— A ktoś proponował inaczej? — zapytał Andrzej.
— Na wszelki wypadek mówię od razu.
— Ile osób?
— Rodzina.
— To nie jest liczba.
— Wszyscy, którzy powinni być.
Andrzej znał tę odpowiedź. Oznaczała dodatkowy stół, pożyczone krzesła, pełną lodówkę i kilka dni przygotowań. Wiedział również, że dyskusja nie ma sensu. Mariola kochała rodzinne uroczystości, a odkąd pojawiła się Alissa, chciała jeszcze mocniej gromadzić wszystkich przy jednym stole.
Już na początku grudnia w mieszkaniu stanęła choinka. Mariola ozdobiła ją bombkami zbieranymi przez lata. Część pamiętała dzieciństwo Dominiki i Sabriny. Inne kupili podczas podróży albo otrzymali od znajomych. Na niższych gałęziach zawiesiła bezpieczne ozdoby, ponieważ wiedziała, że małe ręce Alissy będą próbowały dosięgnąć wszystkiego.
— Daj bombki wyżej — powiedział Andrzej.
— Musi coś widzieć z bliska.
— Zobaczy, jak spadają.
— Będziemy pilnować.
— Kto?
Mariola spojrzała na niego znacząco.
— Rozumiem. Ja.
Przed Wigilią kuchnia należała całkowicie do Marioli. Przygotowywała barszcz czerwony, uszka, pierogi, kapustę, rybę, sałatki i ciasta. Andrzej pomagał tam, gdzie mu pozwoliła, co zazwyczaj oznaczało obieranie, noszenie zakupów i znikanie z kuchni, gdy zaczynał zadawać zbyt wiele pytań.
— Mogę spróbować? — zapytał, zaglądając do garnka.
— Nie.
— Muszę sprawdzić, czy dobre.
— Sprawdzałeś dziesięć minut temu.
— Smak mógł się zmienić.
Mariola uderzyła go lekko po dłoni, kiedy próbował sięgnąć po pieroga.
— To na Wigilię.
— Jeden nie zrobi różnicy.
— Tak zaczynasz, a potem brakuje pół półmiska.
— Pomagam kontrolować jakość.
— Idź kontrolować choinkę.
W Wigilię przyszli Sabrina i Issam z Alissą oraz Dominika z Martinem. Mieszkanie wypełniło się zimowymi płaszczami, torbami z prezentami, zapachem jedzenia i głosami ludzi, którzy wszyscy chcieli jednocześnie przywitać najmłodszą osobę w rodzinie.
Alissa od razu zauważyła choinkę. Wyciągała w jej stronę ręce, a Andrzej chodził za nią krok w krok, chroniąc bombki, przewody i prezenty.
— Dziadek został ochroniarzem choinki — zauważyła Dominika.
— Ktoś musi być odpowiedzialny.
— Ty?
— Właśnie dlatego sytuacja jest poważna.
Kiedy wszystko było gotowe, stanęli wokół stołu z opłatkiem. Mariola przez chwilę patrzyła na rodzinę. Córki były dorosłe. Obok nich stali mężczyźni, z którymi układały własne życie. Między nimi znajdowała się Alissa, jeszcze zbyt mała, żeby zrozumieć słowa życzeń, ale już wystarczająco ważna, aby zmienić znaczenie całego spotkania.
Mariola pierwsza podeszła do Sabriny. Życzyła jej cierpliwości, zdrowia i radości z macierzyństwa. Issamowi podziękowała za troskę o córkę i wnuczkę. Dominikę przytuliła mocno, a potem stanęła przed Andrzejem.
— Tobie życzę, żebyś mniej narzekał — powiedziała.
— To niemożliwe. Wybierz coś realnego.
— W takim razie zdrowia.
— I cierpliwości do żony.
— Żona potrzebuje cierpliwości do ciebie.
Uśmiechnęli się, lecz po chwili spoważnieli. Andrzej odłamał kawałek opłatka.
— Życzę nam jeszcze wielu takich świąt — powiedział cicho. — Przy jednym stole.
Mariola spojrzała na niego i skinęła głową.
— Każde Boże Narodzenie robimy tutaj.
— Każde?
— Każde.
— Właśnie zostałem poinformowany czy zapytany?
— Poinformowany.
Andrzej pocałował ją w policzek.
— W takim razie będę co roku kontrolował jakość pierogów.
Nikt wtedy nie przypuszczał, jak długo ta prosta decyzja będzie wyznaczać rodzinny kalendarz. Od tamtej pory Boże Narodzenie rzeczywiście miało należeć do mieszkania Andrzeja i Marioli. Co roku zmieniały się prezenty, potrawy i rozmowy. Alissa rosła, dorośli się starzeli, a przy stole czasem pojawiały się nowe osoby i brakowało tych, którzy odeszli. Dopóki żyła Mariola, rodzina wiedziała jednak, gdzie spotka się w święta. - U babci.
Po kolacji nadszedł czas na prezenty. Alissa nie rozumiała jeszcze, dlaczego wszyscy podają jej kolorowe paczki, lecz szybko odkryła, że papier można drzeć. Zabawki interesowały ją przez chwilę, natomiast szeleszczące opakowania wydawały się nieskończenie fascynujące.
— Kupiliśmy jej prezenty, a ona woli papier — powiedział Issam.
— W przyszłym roku damy jej pusty karton — zaproponował Andrzej.
— Ty i tak włożysz do niego pięć zabawek — zauważyła Mariola.
— To będą dodatki do kartonu.
Babcia siedziała na podłodze obok wnuczki i pomagała rozwiązywać wstążki. Cieszyła się każdą reakcją dziecka bardziej niż własnymi prezentami. Kiedy Alissa przytuliła nową lalkę, Mariola wyglądała tak, jakby otrzymała najpiękniejszy podarunek wieczoru.
Andrzej zrobił im zdjęcie przy choince. Mariola trzymała wnuczkę na kolanach, a światła odbijały się w bombkach za ich plecami.
— Teraz wszystkie razem — powiedział.
Do zdjęcia dołączyły Sabrina i Dominika. Cztery kobiety z tej samej rodziny znalazły się w jednym kadrze: żona Andrzeja, ich dwie córki i pierwsza wnuczka.
Przez wizjer aparatu Andrzej patrzył na nie z uczuciem, którego nie potrafiłby wyrazić żartem. Widział Mariolę jako centrum tego obrazu. To ona przygotowała stół, ugotowała potrawy, zaprosiła rodzinę i zdecydowała, że odtąd święta zawsze będą odbywać się w ich domu.
— Tato, robisz zdjęcie czy zasnąłeś? — zapytała Sabrina.
— Robię. Nie ruszać się.
Nacisnął spust migawki.
Nie wiedział jeszcze, że po latach takie fotografie staną się ważniejsze od wszystkich prezentów.
Wieczór skończył się późno. Alissa zasnęła zmęczona wśród dorosłych rozmów. Sabrina otuliła ją przed wyjściem, a Mariola jeszcze kilka razy sprawdziła, czy wnuczce jest ciepło. Córki zabrały przygotowane przez matkę pojemniki z jedzeniem, mimo że wcześniej zapewniały, iż niczego nie potrzebują.
Po zamknięciu drzwi Andrzej spojrzał na stół zastawiony naczyniami.
— Mieliśmy kiedyś spokojne święta?
— Nie pamiętam.
— Ja też nie.
— Podobało ci się?
— Bardzo.
Mariola zaczęła zbierać talerze. Andrzej odebrał je z jej rąk i odstawił.
— Jutro.
— Ty mówisz, żeby zostawić naczynia?
— To święta. Zdarzają się cuda.
Objął ją w talii. Mariola była zmęczona całymi dniami przygotowań, ale w jej twarzy znajdowało się szczęście.
— Chcę, żeby zawsze tu przychodzili — powiedziała.
— Będą.
— Nie możemy wiedzieć, co będzie za dziesięć czy piętnaście lat.
— Nie możemy. Ale możemy co roku nakrywać stół.
Mariola oparła głowę na jego ramieniu. W pokoju świeciła choinka, a pod nią pozostały kawałki papieru i jedna dziecięca wstążka. Andrzej pocałował żonę w skroń.
— Znowu zrobiłaś za dużo jedzenia — powiedział.
— Zostało niewiele.
— W lodówce nie ma miejsca.
— Jutro zjemy.
— Sami?
— Zaprosimy dzieci.
— Czyli zaczynamy od początku.
Roześmiała się i przytuliła mocniej.
W październiku schowała do pudełka pierwszą świeczkę Alissy. W grudniu dołożyła fotografię wnuczki przy choince i niewielką wstążkę z prezentu. Nie robiła tego z myślą o śmierci ani o przemijaniu. Chciała jedynie zachować szczęście, które wydawało jej się zbyt ważne, żeby pozwolić mu zniknąć bez śladu.
Rok 2009 kończył się przy rodzinnym stole Marioli.
Pierwszy Roczek Alissy stał się wspomnieniem, a świąteczna decyzja — tradycją.
Od tej pory, gdy nadchodziło Boże Narodzenie, nikt nie pytał, gdzie spotka się rodzina.
Odpowiedź była zawsze taka sama.
U babci Marioli.
Sylwestrowe wesele
Ostatni dzień 2009 roku Andrzej i Mariola mieli spędzić zupełnie inaczej niż poprzednie sylwestry. Nie kupowali szampana do domu, nie zastanawiali się, do których znajomych pójść na zabawę i nie planowali powitania Nowego Roku na jednym z polskich przyjęć w Monachium. Tym razem zaproszenie przyszło z Polski. Siostrzeniec Andrzeja, Piotr, postanowił ożenić się z Sylwią właśnie w sylwestra.
Andrzej uznał, że to doskonały termin. Jednego dnia człowiek żegnał stary rok, zaczynał nowe małżeństwo i urządzał przyjęcie, na którym nikt nie pytał, dlaczego zabawa trwa do rana. Mariola podchodziła do sprawy bardziej praktycznie. Kilka tygodni wcześniej zaczęła zastanawiać się nad sukienką, butami, fryzurą, prezentem i tym, co trzeba zabrać na zimową drogę z Monachium do Polski.
Najważniejsze miejsce w jej bagażu nie należało jednak do wieczorowej kreacji ani kosmetyczki. Mariola przygotowała gruby album oraz kilka kopert wypełnionych zdjęciami Alissy.
Od narodzin wnuczki minął już ponad rok, a zdjęć przybywało szybciej niż miejsca w albumach. Była Alissa śpiąca w łóżeczku, Alissa w kąpieli, Alissa na rękach Sabriny, Alissa siedząca u dziadka na kolanach i Alissa stawiająca pierwsze niepewne kroki. Były fotografie z pierwszego Roczku, ze świeczką na torcie, z kluczami i książką wybranymi spośród przedmiotów ułożonych zgodnie z polską tradycją. Mariola miała nawet zdjęcie, na którym wnuczka marszczyła nos nad łyżką zupy, jakby już w wieku jednego roku potrafiła ocenić, że babcia mogła ugotować coś lepszego.
— Naprawdę chcesz zabrać je wszystkie? — zapytał Andrzej, gdy zobaczył album leżący na ubraniach.
— Nie wszystkie. Tylko najładniejsze.
— Mariola, ten album waży więcej niż moja torba.
— To dobrze. Przynajmniej będziemy mieli co oglądać.
— Jedziemy na wesele Piotra, nie na wystawę Alissy.
— Jedno drugiemu nie przeszkadza.
Andrzej wiedział, że dalsza dyskusja jest bezcelowa. Odkąd zostali dziadkami, Mariola potrafiła każdą rozmowę doprowadzić do wnuczki. Jeśli ktoś pytał o pogodę, odpowiadała, że Alissa najbardziej lubi spacery, kiedy świeci słońce. Gdy rozmowa schodziła na gotowanie, natychmiast opowiadała, jakie zupki przygotowuje małej. Nawet zwykła uwaga o nowych butach mogła zakończyć się informacją, że Alissa dostała właśnie śliczne buciki, ale rośnie tak szybko, że pewnie za miesiąc będą za małe.
— A gdyby ludzie sami nie chcieli oglądać? — spróbował jeszcze.
Mariola popatrzyła na niego, jakby powiedział coś całkowicie niezrozumiałego.
— Każdy chce zobaczyć naszą wnuczkę.
— Oczywiście — odpowiedział, poddając się. — Każdy. Nawet orkiestra.
Do Polski wyjechali dzień wcześniej. Andrzej nie chciał ryzykować zimowej podróży w dniu ślubu, a Mariola zamierzała jeszcze odwiedzić rodzinę i pomóc przy ostatnich przygotowaniach. Droga była długa, miejscami śliska, lecz nowe Mondeo sprawowało się dobrze. Andrzej prowadził z wyraźną przyjemnością i kilka razy przypominał, że wybór tego samochodu był jedną z jego najlepszych decyzji.
— Kolor wybrałam ja — zauważyła Mariola.
— Ale samochód zamówiłem ja.
— Czyli zrobiliśmy to razem.
— Tak jak wszystko, co później okazuje się dobrym pomysłem.
— A jeśli jest złym?
— Wtedy zwykle okazuje się, że pomysł był mój.
Na miejsce dotarli po zmroku. W domu Andrzejowej siostry panował przedślubny ruch. Ktoś odbierał telefon, ktoś sprawdzał listę gości, a Piotr kilka razy szukał dokumentów, które od początku leżały w tej samej teczce. Sylwia wydawała się spokojniejsza od przyszłego męża, choć również co chwilę pytała, czy na pewno wszystko zostało przygotowane.
Mariola uściskała młodych, wręczyła im drobny prezent na powitanie, a po niespełna kwadransie album ze zdjęciami Alissy leżał już otwarty na stole.
— Zobaczcie, tutaj miała dokładnie rok — mówiła, przesuwając palcem po fotografii. — A tutaj już sama stoi. Tylko przez chwilę, ale naprawdę sama.
— Jest śliczna — powiedziała Sylwia.
— Cała babcia — dodał Andrzej.
Mariola spojrzała na niego z zadowoleniem.
— No, może trochę podobna do Sabriny — przyznała łaskawie.
Następnego dnia od rana trwały przygotowania. Mariola długo układała włosy, potem przebrała się w elegancką sukienkę, która podkreślała jej talię i poruszała się lekko przy każdym kroku. Miała pięćdziesiąt jeden lat, lecz nie zamierzała ubierać się tak, jakby dojrzałość oznaczała obowiązek zniknięcia pod bezkształtnym materiałem. Lubiła wyglądać kobieco, a jeszcze bardziej lubiła tańczyć. Andrzej przyglądał się jej, kiedy zapinała kolczyki przed lustrem.
— Pięknie wyglądasz — powiedział.
— Dopiero teraz zauważyłeś?
— Zauważyłem trzydzieści cztery lata temu. Teraz tylko przypominam.
— To przypominaj częściej.
— Gdybym mówił bez przerwy, przestałabyś słuchać.
— Ciebie czasem przestaję słuchać nawet wtedy, kiedy milczysz.
Podszedł do niej, objął od tyłu i pocałował w szyję, uważając, żeby nie zepsuć fryzury.
— Nie zaczynaj — ostrzegła, choć uśmiechnęła się do ich odbicia w lustrze. — Za chwilę wychodzimy.
— Tylko sprawdzam, czy sukienka dobrze leży.
— Rękami?
— Wzrok już nie ten. Mam pięćdziesiąt trzy lata.
— Dwa lata temu twierdziłeś, że dopiero zaczynasz drugą młodość.
— I właśnie ją wykorzystuję.
Mariola odsunęła jego dłonie, poprawiła sukienkę i zabrała torebkę. W środku, obok chusteczek, szminki i portfela, znajdowała się mała koperta z kilkunastoma zdjęciami Alissy. Duży album zostawiła w domu, ale nie zamierzała ryzykować, że na weselu spotka kogoś, kto jeszcze nie widział wnuczki.
Ślub odbył się późnym popołudniem. Zimowe światło szybko gasło, a przed kościołem unosił się chłód, który zmuszał gości do przestępowania z nogi na nogę. W środku pachniało woskiem, kwiatami i wilgotnymi płaszczami. Piotr czekał przy ołtarzu wyraźnie wzruszony, choć starał się wyglądać poważnie. Kiedy Sylwia pojawiła się w białej sukni, na chwilę zapomniał o wszystkich zgromadzonych.
Mariola ścisnęła dłoń Andrzeja.
— Pamiętasz nasz ślub? — szepnęła.
— Pamiętam ciebie.
— A resztę?
— Trochę. Byłem zajęty patrzeniem na dziewiętnastoletnią pannę młodą.
— I nie bałeś się?
— Bałem się, że zmienisz zdanie.
Mariola spojrzała na niego, a potem znów na młodą parę. Minęły trzydzieści dwa lata od dnia, w którym sami składali przysięgę. Ich małżeństwo nie było prostą drogą. Znalazły się na niej zakręty, błędy, przemilczenia i chwile, kiedy mogli pójść w przeciwne strony. Mimo to siedzieli teraz obok siebie, trzymając się za ręce podczas ślubu kolejnego pokolenia.
Po ceremonii goście przenieśli się do sali weselnej. Przy wejściu czekali rodzice z chlebem i solą, później były życzenia, kwiaty, koperty oraz długie ustawianie się do wspólnych fotografii. Andrzej i Mariola znaleźli miejsca przy stole wśród krewnych, których część widywali rzadko. Nie minęło wiele czasu, zanim rozmowy zeszły na dzieci i wnuki.
Mariola czekała właśnie na tę chwilę.
— My mamy Alissę — oznajmiła z dumą i sięgnęła do torebki.
Zdjęcia zaczęły krążyć z rąk do rąk. Mariola opowiadała, kiedy każde zostało zrobione, co Alissa wtedy powiedziała, jak szybko nauczyła się chodzić i dlaczego na jednej fotografii miała minę człowieka poważnie rozczarowanego światem. Pokazywała je ciotkom, kuzynkom, znajomym rodziny, a nawet kobiecie siedzącej dwa miejsca dalej, którą poznała dopiero podczas wesela.
— Piękna dziewczynka — powtarzali ludzie.
Mariola za każdym razem promieniała tak, jakby komplement dotyczył również jej.
— Ma oczy po naszej rodzinie — wyjaśniała. — I już bardzo dobrze wie, czego chce.
— To na pewno po babci — wtrącił Andrzej.
— A upór po dziadku.
— W takim razie dziecko nie ma żadnych szans.
Kiedy podała zdjęcia starszemu wujkowi Piotra, Andrzej nachylił się do niej i zapytał cicho:
— Został jeszcze ktoś na sali, kto nie widział Alissy?
Mariola rozejrzała się z udawaną powagą.
— Kelnerzy.
— Daj im najpierw podać obiad.
— Nie bądź zazdrosny. Twoje zdjęcia też kiedyś pokazywałam.
— Komu?
— Mamie, kiedy zastanawiała się, czy dobrze robię, wychodząc za ciebie.
— I co powiedziała?
— Że ze zdjęcia trudno ocenić charakter.
— Mądra kobieta.
Po obiedzie młoda para zatańczyła pierwszy taniec. Piotr był skupiony, Sylwia uśmiechnięta, a goście otoczyli parkiet szerokim kręgiem. Gdy utwór dobiegł końca, orkiestra zaprosiła wszystkich do zabawy. Andrzej podał Marioli rękę, zanim zdążył zrobić to ktokolwiek inny.
Tańczyli razem kilka piosenek. Mariola jak zawsze poruszała się lekko, wyczuwając rytm od pierwszych taktów. Andrzej lubił taniec, lecz wiedział, że żona jest w nim lepsza. Ona nie liczyła kroków i nie zastanawiała się, co zrobić z rękami. Muzyka przechodziła przez całe jej ciało, a twarz nabierała wtedy młodzieńczej swobody.
Po serii walców i popularnych polskich przebojów muzycy zrobili przerwę, a później rozpoczęła się część bardziej dyskotekowa. Światła przygasły, kolorowe reflektory przesunęły się po sali, a z głośników popłynął szybki rytm. Część starszych gości wróciła do stołów, lecz Mariola została na parkiecie.
Wtedy zauważyła Jacka.
Miał dwadzieścia dwa lata, był znajomym młodej pary i tańczył w sposób, który natychmiast przyciągał wzrok. Nie wykonywał przypadkowych ruchów ani nie próbował imponować siłą. Poruszał się pewnie, swobodnie i dokładnie w rytmie, jakby muzyka była dla niego naturalnym językiem. Zmieniał kroki, obracał się i zachęcał innych do zabawy, nie ośmieszając tych, którzy tańczyli gorzej.
Mariola przyglądała mu się przez chwilę, a potem sama zaczęła odpowiadać ruchem na jego taniec. Nie stali jeszcze naprzeciwko siebie, lecz oboje szybko zrozumieli, że słyszą rytm podobnie. Jacek uśmiechnął się, podszedł bliżej i wyciągnął rękę.
— Zatańczymy?
— Przecież już tańczymy — odpowiedziała.
Od pierwszych sekund stworzyli zaskakująco zgraną parę. Dzieliło ich dwadzieścia dziewięć lat, lecz na parkiecie wiek przestawał mieć znaczenie. Liczyło się tempo, lekkość kroków i umiejętność przewidzenia, w którą stronę druga osoba poruszy się za chwilę. Jacek nie próbował prowadzić Marioli jak kogoś, kto potrzebuje pomocy. Traktował ją jak równorzędną partnerkę, a ona natychmiast odpowiedziała energią, której nie spodziewała się po niej część młodszych gości.
Jej sukienka wirowała przy obrotach. Włosy poruszały się na ramionach, a uśmiech stawał się coraz szerszy. Jacek wykonywał nowoczesne kroki, Mariola dodawała do nich własną kobiecą elegancję. Raz zbliżali się do siebie, po chwili oddalali, pozwalając, by taniec wyglądał jak rozmowa prowadzona bez jednego słowa.
Ludzie przy stołach zaczęli spoglądać w ich stronę. Kilka osób podeszło bliżej parkietu. Ktoś zaklaskał w rytm muzyki, a Piotr z Sylwią śmiali się, obserwując, jak ciotka pana młodego staje się jedną z największych atrakcji wesela.
Andrzej stał przy swoim miejscu z kieliszkiem w dłoni. Początkowo patrzył z rozbawieniem. Znał Mariolę i wiedział, jak bardzo kocha taniec. Dostrzegał też spojrzenia innych mężczyzn. Były w nich podziw i niedowierzanie, że pięćdziesięciojednoletnia kobieta może poruszać się z taką swobodą obok chłopaka młodszego od jej córek.
— Andrzej, młody ci żonę odbije — zażartował siedzący obok kuzyn.
— Niech próbuje — odpowiedział. — Ja mam trzydzieści cztery lata przewagi.
Powiedział to pewnie, ale nie odrywał wzroku od parkietu. Czuł ukłucie zazdrości, chociaż bardziej niż zazdrość odczuwał dumę. Mariola wyglądała pięknie. Nie udawała młodszej, niż była. Nie musiała. Tańczyła jak dojrzała kobieta świadoma własnego ciała, urody i tego, że upływ czasu nie odebrał jej radości.
Jacek wykonał szybki obrót, później podał Marioli rękę i pozwolił jej zakręcić się pod swoim ramieniem. Zrobiła to bez najmniejszego zawahania. Kiedy wróciła przed niego, oboje roześmiali się z czystej przyjemności udanego ruchu.
— Brawo, Mariola! — zawołał ktoś z rodziny.
Andrzej dołączył do oklasków. Mariola usłyszała go i posłała mu spojrzenie ponad ramieniem Jacka. Było w nim pytanie, żart i pewność, że mąż ją obserwuje.
Uniósł kieliszek w geście uznania.
Muzyka przyspieszyła. Jacek pokazał kilka kroków, które wymagały dobrego wyczucia rytmu, a Mariola powtórzyła je po swojemu. Nie naśladowała go dokładnie. Nadawała ruchom własny charakter, dzięki czemu ich różnica wieku nie wyglądała jak przeszkoda, lecz jak część widowiska. On wnosił młodzieńczą szybkość, ona elegancję i doświadczenie. Razem wyglądali tak dobrze, że na zakończenie utworu otrzymali głośne brawa.
Jacek skłonił się przesadnie i pocałował Mariolę w dłoń.
— Dziękuję. Jest pani najlepszą tancerką na tym weselu.
— Tylko nie mów tego pannie młodej — odpowiedziała, lekko zdyszana.
— Już słyszałam! — zawołała Sylwia i roześmiała się. — Ale tym razem się zgadzam.
Mariola wróciła do stołu z rozgrzanymi policzkami. Andrzej odsunął jej krzesło, podał szklankę wody i przez chwilę nic nie mówił.
— No? — zapytała.
— Co no?
— Powiedz, co myślisz.
— Zastanawiam się, czy powinienem temu chłopakowi podziękować, czy kazać mu usiąść jak najdalej od ciebie.
— Był grzeczny.
— Widziałem.
— I świetnie tańczy.
— To też widziałem.
— Jesteś zazdrosny?
Andrzej nachylił się do niej.
— Jestem mężem najpiękniejszej kobiety na sali. Mam prawo pilnować konkurencji.
— Przed chwilą miałam pięćdziesiąt jeden lat.
— Nadal masz.
— A on dwadzieścia dwa.
— Właśnie dlatego powinien mieć więcej rozsądku ode mnie.
Mariola roześmiała się i pocałowała go w policzek.
— To był tylko taniec.
— Wiem. I bardzo dobry taniec.
— Możesz być ze mnie dumny.
— Jestem. Ale następny zatańczysz ze mną.
Kiedy orkiestra zagrała wolniejszy utwór, Andrzej zaprowadził ją na parkiet. Objął żonę blisko, a ona położyła głowę na jego ramieniu. Nie poruszali się już efektownie. Wystarczały im spokojne kroki i znajomy dotyk.
— Jacek lepiej tańczy — szepnęła Mariola.
— Możliwe.
— Nie obraziłeś się?
— Nie. Ja mam coś, czego on nie ma.
— Co?
— Pewność, że po ostatnim tańcu wrócisz ze mną.
Mariola podniosła głowę i spojrzała mu w oczy.
— Taki jesteś pewny?
— Po trzydziestu dwóch latach małżeństwa mam już pewne doświadczenie.
— A jeśli zmienię zdanie?
— Wtedy przypomnę ci, kto wozi album ze zdjęciami Alissy, kiedy ty zajmujesz się sukienkami.
— To rzeczywiście poważny argument.
Zbliżała się północ. Obsługa rozstawiła kieliszki, na stołach pojawił się szampan, a orkiestra zaczęła odliczanie ostatnich minut starego roku. Piotr i Sylwia stanęli pośrodku sali, otoczeni rodziną i przyjaciółmi. Byli małżeństwem zaledwie od kilku godzin, a za moment mieli wejść razem w pierwszy wspólny rok.
Mariola wyjęła z torebki telefon. Sabrina obiecała, że zadzwoni po północy, choć mogła mieć problem z połączeniem. Alissa zapewne już spała, nieświadoma, że babcia przez pół wieczoru pokazywała jej fotografie niemal wszystkim weselnym gościom.
Gdy zegar wybił północ, salę wypełniły okrzyki, muzyka i huk otwieranych butelek. Andrzej pocałował Mariolę, zanim ktokolwiek inny zdążył złożyć jej życzenia.
— Szczęśliwego Nowego Roku — powiedział.
— Dla nas wszystkich.
— Dla Piotra i Sylwii.
— Dla Dominiki, Sabriny, Issama i Martina.
— I dla Alissy — dodał szybko, wiedząc, że bez tego lista nie byłaby pełna.
Mariola uśmiechnęła się.
— Przede wszystkim dla niej.
Składanie życzeń trwało długo. Ludzie obejmowali się, całowali, unosili kieliszki i próbowali przekrzyczeć muzykę. Mariola odnalazła Piotra i Sylwię, życząc im, żeby za trzydzieści dwa lata nadal potrafili patrzeć na siebie z czułością, nawet jeśli po drodze nie wszystko ułoży się idealnie.
— Najważniejsze, żebyście w trudnych chwilach pamiętali, dlaczego kiedyś się wybraliście — powiedziała.
Andrzej usłyszał te słowa i objął ją w pasie. Wiedział, że nie mówiła ich tylko do młodej pary.
Telefon odezwał się kilkanaście minut po północy. Sabrina z trudem przebiła się przez hałas.
— Wszystkiego dobrego! — krzyczała do słuchawki. — Alissa śpi, ale dostała od nas buziaka dla babci i dziadka!
Mariola odeszła na bok, zatykając drugie ucho palcem. Pytała, jak minął wieczór, czy mała długo nie chciała zasnąć i co miała na sobie. Andrzej stał obok, słuchając odpowiedzi, których prawie nie dało się zrozumieć.
— Pokaż jej jutro nasze zdjęcie — poprosiła Mariola. — I powiedz, że babcia tańczyła.
— Z młodym chłopakiem — dopowiedział Andrzej głośno.
Mariola szturchnęła go łokciem.
— Z bardzo dobrym tancerzem — poprawiła.
Po rozmowie zabawa trwała jeszcze wiele godzin. Jacek kilka razy zatańczył w grupie obok Marioli, ale już nie tworzyli osobnej pary. Andrzej również dał się namówić na szybsze utwory, choć po jednym z nich stwierdził, że człowiek po pięćdziesiątce powinien mieć prawo do przerwy technicznej i dodatkowej porcji barszczu.
Nad ranem goście byli zmęczeni, lecz szczęśliwi. Piotr z Sylwią nadal trzymali się za ręce. Przy stołach trwały ostatnie rozmowy, ktoś szukał płaszcza, ktoś inny próbował przekonać orkiestrę do jeszcze jednej piosenki.
Jacek podszedł pożegnać się z Mariolą i Andrzejem.
— Pańska żona naprawdę świetnie tańczy — powiedział do Andrzeja.
— Wiem. Mam ją na wyłączność od 1977 roku.
— Andrzej — upomniała go Mariola.
Jacek roześmiał się.
— Mam nadzieję, że kiedy będę miał pięćdziesiąt lat, też będę tak tańczył.
— Najpierw musisz znaleźć dobrą partnerkę — odpowiedział Andrzej.
— I nie próbować szukać jej przy moim stole — dodała Mariola.
Pożegnali się w dobrej atmosferze. W drodze do miejsca noclegu Mariola szła ostrożnie po zmarzniętym chodniku, trzymając Andrzeja pod ramię. Była zmęczona, bolały ją stopy, a mimo to nadal nuciła jeden z dyskotekowych utworów.
— Dobrze się bawiłaś? — zapytał.
— Bardzo.
— Najbardziej z Jackiem?
— Najbardziej z tobą. Z Jackiem najlepiej tańczyłam.
— To nie to samo?
— Nie. Z dobrym tancerzem można spędzić trzy minuty. Z dobrym mężem całe życie.
Andrzej zatrzymał się i pocałował ją pod światłem ulicznej latarni.
— To była właściwa odpowiedź.
— Wiem. Przez trzydzieści dwa lata nauczyłam się, co chcesz usłyszeć.
— A ja nauczyłem się, kiedy ci wierzyć.
— I wierzysz?
— Zawsze, kiedy mówisz coś dobrego o mnie.
W pokoju Mariola wyjęła z torebki zdjęcia Alissy i ułożyła je starannie, sprawdzając, czy żadnego nie zgubiła. Andrzej zdjął marynarkę, usiadł na brzegu łóżka i obserwował żonę.
— Całe wesele pilnowałaś tych fotografii bardziej niż mnie.
— Ty potrafisz sam o siebie zadbać.
— A zdjęcia nie?
— To są zdjęcia naszej wnuczki.
— Zauważyłem. Widziała je połowa Polski.
— Nie przesadzaj. Tylko jedna sala weselna.
Mariola usiadła obok niego. Przez chwilę oglądali fotografię z Roczku, na której Alissa trzymała klucze w jednej dłoni, a drugą sięgała po książkę.
— Ciekawe, jaka będzie, kiedy dorośnie — powiedziała.
— Jeśli odziedziczy coś po tobie, będzie lubiła tańczyć i zawsze postawi na swoim.
— A po tobie?
— Będzie kochała jeść i opowiadać dobre dowcipy.
— Twoje dowcipy nie zawsze są dobre.
— Za to jedzenie zawsze.
Mariola oparła głowę na jego ramieniu. Za oknem Polska budziła się powoli w pierwszym poranku 2010 roku. Jeszcze kilka godzin wcześniej patrzyli, jak Piotr i Sylwia rozpoczynają małżeństwo, a teraz sami siedzieli blisko siebie, bogatsi o kolejny wspólny sylwester.
Nowy rok nie przynosił im wielkich obietnic. Nie potrzebowali ich. Mieli córki, wnuczkę, rodzinne spotkania, plany urlopowe i trzypokojowe mieszkanie w Monachium, do którego po każdej podróży wracali jak do najważniejszego miejsca na świecie.
Mariola miała pięćdziesiąt jeden lat i podczas wesela stworzyła na parkiecie piękną parę z dwudziestodwuletnim chłopakiem. Podobały jej się spojrzenia ludzi, brawa i lekkość, którą znów poczuła w swoim ciele. Najbardziej jednak cieszyło ją to, że po tańcu mogła wrócić do stołu, przy którym czekał Andrzej. Zazdrosny tylko trochę, dumny znacznie bardziej i wciąż patrzący na nią jak na kobietę, którą wybrał, zanim Jacek zdążył się urodzić.
Andrzej zgasił lampkę i odnalazł w ciemności jej dłoń. Rok 2009 zakończyli na weselu, wśród muzyki, rodziny i fotografii Alissy krążących z rąk do rąk. Rok 2010 zaczynali tak jak większość najważniejszych etapów swojego życia — razem, bez pewności, co przyniosą następne miesiące, ale z przekonaniem, że zwyczajne plany potrafią zamienić się w najważniejsze wspomnienia.
Jednym z takich planów była Majorka.
Pomysł pojawił się jeszcze zimą. Andrzej przeglądał oferty urlopowe, porównując hotele, odległość od plaży i liczbę posiłków wliczonych w cenę, natomiast Mariola interesowała się przede wszystkim tym, czy w pokoju będzie miejsce na łóżeczko dla Alissy i czy w hotelu znajdzie się brodzik dla dzieci. Od początku nie zakładali, że pojadą sami. Sabrina i Issam potrzebowali odpoczynku, a Mariola pragnęła spędzić z wnuczką więcej niż kilka godzin między jednym rodzinnym spotkaniem a drugim.
— Polecimy wszyscy — zdecydowała, jakby dokonywała rezerwacji we własnej głowie. — Ty, ja, Sabrina, Issam i Alissa.
— W takiej kolejności? — zapytał Andrzej.
— Jakiej?
— Najpierw my, potem młodzi, a Alissa na końcu. Myślałem, że od jej narodzin kolejność jest odwrotna.
— Nie bądź zazdrosny o dziecko.
— Nie jestem zazdrosny. Próbuję tylko ustalić, czy podczas urlopu będę jeszcze twoim mężem, czy już wyłącznie człowiekiem od walizek.
— Jedno nie wyklucza drugiego.
Do czerwca rozmawiali o wyjeździe tak często, że Alissa, chociaż nie rozumiała jeszcze, czym jest Majorka, zaczęła reagować na słowo „samolot”. Kiedy ktoś wypowiadał je przy niej, podnosiła ręce i wydawała odgłos, który według Marioli doskonale naśladował startujący odrzutowiec, a według Andrzeja przypominał raczej odkurzacz walczący z dywanem.
Pakowanie rozpoczęło się kilka dni przed wylotem. Mariola przygotowała dla wnuczki tyle ubranek, jakby zamierzali spędzić na wyspie nie dwa tygodnie, lecz całe lato. Były sukienki, spodenki, koszulki, sweterki na chłodniejszy wieczór, dwa kapelusiki, kilka par bucików, kremy, pieluszki, zabawki, leki i osobna torba z rzeczami, które „mogą się przydać”.
— Co jest w tej torbie? — zapytał Andrzej, próbując ją podnieść.
— Najpotrzebniejsze rzeczy dla Alissy.
— A w pozostałych trzech?
— Reszta najpotrzebniejszych rzeczy.
— Na Majorce też mieszkają dzieci. Mają sklepy.
— Ale nie mają tego, co lubi Alissa.
— Alissa najbardziej lubi otwierać szafki i wyciągać z nich garnki. Garnki będą w hotelu.
Mariola nie dała się przekonać. Ostatecznie Andrzej stanął na wadze najpierw sam, później z każdą walizką, a następnie ogłosił, że jeśli do bagażu trafi choćby jedna dodatkowa zabawka, będzie musiał lecieć w trzech koszulach założonych jedna na drugą.
Na lotnisku największe emocje przeżywała nie Alissa, lecz dorośli. Sabrina pilnowała dokumentów i co chwilę sprawdzała, czy ma paszport córki. Issam prowadził wózek z walizkami, Andrzej zajmował się odprawą, a Mariola niosła wnuczkę, pokazując jej wielkie samoloty stojące za szybą.
— Zobacz, Alissa, tym polecimy — mówiła.
Dziewczynka przykładała dłonie do szkła i wołała coś z zachwytem. Wszystko ją interesowało: światła, głosy z głośników, ludzie ciągnący walizki i ruchome schody, na które chciała wejść jeszcze raz natychmiast po zjechaniu na dół.
— Ona ma twoją ciekawość — powiedział Andrzej do Marioli.
— To dobrze.
— I twoją potrzebę kierowania wszystkimi.
— To jeszcze lepiej.
W samolocie Alissa siedziała początkowo u Sabriny, lecz szybko wyciągnęła ręce do babci. Mariola przyjęła ją z triumfalnym uśmiechem, jakby właśnie wygrała najważniejszy plebiscyt rodzinny. Podczas startu szeptała wnuczce do ucha, wskazywała przez okno malejące domy i zapewniała, że wszystko jest dobrze. Dziewczynka przez chwilę patrzyła poważnie, a potem zasnęła wtulona w jej pierś.
Andrzej obserwował je z sąsiedniego fotela. Mariola trzymała Alissę ostrożnie, poprawiając jej kocyk przy każdym ruchu. W jej twarzy widział spokój, którego czasem brakowało jej jako młodej matce. Wtedy życie było pełne pośpiechu, pracy, pieniędzy, których wiecznie brakowało, i obaw, czy robią wszystko właściwie. Jako babcia nie musiała już niczego udowadniać. Mogła po prostu kochać.
— Co? — zapytała, zauważając jego spojrzenie.
— Nic. Ładnie razem wyglądacie.
— Zrób zdjęcie.
— Oczywiście. Inaczej nikt nam nie uwierzy, że Alissa była w samolocie.
Na Majorce przywitało ich suche, ciepłe powietrze i światło zupełnie inne od monachijskiego. Kiedy wyszli z klimatyzowanego terminalu, Alissa zmrużyła oczy, a potem zaczęła śmiać się do palm poruszanych wiatrem. W autobusie jadącym do hotelu stała na kolanach Marioli i patrzyła przez okno na jasne budynki, skaliste wzgórza i błyski morza pojawiające się między drzewami.
Hotel znajdował się niedaleko plaży. Z balkonu widzieli fragment zatoki, rząd palm i niebieską powierzchnię basenu. Andrzej wszedł do pokoju, postawił walizki i natychmiast otworzył drzwi balkonowe.
— Teraz wiem, po co dźwigałem pół Monachium — powiedział. — Dla tego widoku było warto.
Mariola rozejrzała się po pokoju.
— Gdzie jest łóżeczko dla Alissy?
— Jeszcze nie zdążyliśmy wejść.
— Rezerwowaliśmy łóżeczko.
— Zapytam w recepcji.
— I sprawdź, czy klimatyzacja nie wieje prosto na nią.
— Coś jeszcze?
— Tak. Weź jedną walizkę młodych. Issam niesie wózek.
Andrzej popatrzył na żonę, potem na bagaże i pokiwał głową.
— Wiedziałem, że będę człowiekiem od walizek.
Pierwsze wyjście na plażę odbyło się jeszcze tego samego popołudnia. Alissa znała piasek z placów zabaw, lecz nie znała go w takiej ilości. Usiadła przy brzegu, zanurzyła dłonie w ciepłych ziarnach i przesypywała je między palcami z miną badaczki, która dokonała wielkiego odkrycia. Gdy pierwsza łagodna fala dotknęła jej stóp, cofnęła się gwałtownie, po czym natychmiast ruszyła za uciekającą wodą.
Mariola nie odstępowała jej ani na krok.
— Uważaj, kochanie. Powoli. Babcia jest tutaj.
— Babcia jest tutaj, mama jest tutaj, tata jest tutaj i dziadek też próbuje tutaj być — powiedział Andrzej, rozkładając ręczniki.
Sabrina roześmiała się.
— Tato, pogódź się z tym. Na tym urlopie Alissa jest kierownikiem.
— Jak w całej rodzinie. Zmieniają się tylko kierowniczki.
Przez pierwsze dni ustalili rytm podporządkowany dziecku. Wstawali wcześniej, niż Andrzej uznawał za rozsądne podczas wakacji. Jedli śniadanie, zanim jadalnia zrobiła się tłoczna, później szli na plażę albo nad basen. W południe, gdy słońce stawało się zbyt mocne, wracali do pokoju, aby Alissa mogła zasnąć. Czasem zasypiała również Mariola, trzymając wnuczkę przy sobie, podczas gdy Andrzej siadał na balkonie z kawą i gazetą.
Nie przeszkadzało mu, że urlop wygląda inaczej niż dawne wakacje we dwoje. Zamiast długich godzin na plaży były krótkie wyprawy z wózkiem. Zamiast spokojnych kolacji — pilnowanie, żeby Alissa nie zrzuciła łyżki po raz dziesiąty. Zamiast wieczornego tańca — spacery promenadą, podczas których wnuczka zasypiała w wózku, a dorośli rozmawiali ciszej.
Pewnego ranka Mariola kupiła jej dmuchane rękawki i małe koło z kolorowym wzorem. Andrzej utrzymywał, że do brodzika nie potrzeba wyposażenia jak na wyprawę przez Atlantyk, ale już po chwili sam wszedł do wody i pozwalał Alissie odpychać się od jego dłoni.
— Pływa! — wołała Mariola stojąca obok z aparatem.
— Ja ją trzymam — przypomniał Andrzej.
— Ale rusza nogami.
— Bo woda jest chłodna.
— Nie psuj chwili.
Alissa śmiała się tak głośno, że ludzie na leżakach odwracali głowy. Andrzej przesuwał ją powoli przez wodę, a Mariola robiła kolejne zdjęcia. Kiedy role się odwróciły, babcia weszła do brodzika w stroju kąpielowym i wzięła wnuczkę na ręce. Alissa objęła ją za szyję, po czym z całej siły uderzyła dłonią w wodę, ochlapując Mariolę od włosów po ramiona.
Andrzej wykorzystał moment i zrobił zdjęcie.
— Nawet się nie waż tego nikomu pokazywać — powiedziała Mariola, ocierając twarz.
— Dlaczego? To będzie najpopularniejsze zdjęcie z całego urlopu.
— Skasuj.
— Nie ma mowy. Wreszcie mam fotografię, na której nie zdążyłaś się ustawić.
Wieczorem pokazał ją Sabrinie i Issamowi. Mariola miała mokre włosy przyklejone do policzków, zaskoczoną minę i roześmianą Alissę w ramionach. Początkowo protestowała, lecz kiedy przyjrzała się fotografii, sama się uśmiechnęła.
— Dobrze — zdecydowała. — Tę można wywołać.
— Wiedziałem.
— Ale żadnego powiększenia.
— Jeszcze zobaczymy.
Wspólne posiłki były osobną częścią wakacji. Andrzej podchodził do hotelowego bufetu z powagą człowieka wykonującego ważne zadanie. Przynosił na stół ryby, mięso, warzywa, sery i desery, twierdząc, że skoro zapłacili za pełne wyżywienie, powinien przynajmniej spróbować wszystkiego. Mariola pilnowała jedzenia Alissy, kroiła owoce na małe kawałki i sprawdzała temperaturę każdej łyżki.
— Jedz, bo wystygnie — mówił Andrzej do żony.
— Najpierw nakarmię małą.
— Sabrina może ją nakarmić.
— Sabrina też powinna zjeść ciepłe.
— A ty nie?
Mariola spojrzała na niego i dopiero wtedy zauważyła, że postawił przed nią świeży talerz, podczas gdy jej pierwszy posiłek rzeczywiście zdążył wystygnąć.
— Przyniosłeś mi drugi?
— Znam cię. Wiedziałem, co się stanie.
— I co ja bym bez ciebie zrobiła?
— Jadłabyś zimne jedzenie i nosiła własne walizki.
Któregoś dnia wynajęli samochód i pojechali zobaczyć więcej wyspy. Andrzej prowadził, Issam siedział obok z mapą, a z tyłu Mariola zajmowała miejsce między Sabriną i fotelikiem Alissy. Trasa wiodła przez niewielkie miejscowości, obok kamiennych domów, gajów oliwnych i pól, nad którymi powietrze drżało od upału. Zatrzymywali się w punktach widokowych, robili fotografie i szukali miejsc, gdzie można było spokojnie usiąść z dzieckiem.
W jednej z górskich miejscowości usiedli w cieniu na niewielkim placu. Alissa dostała kawałek bułki i maszerowała między krzesłami, pilnowana przez cztery pary oczu. Starsza Hiszpanka siedząca przy sąsiednim stoliku pomachała do niej, a dziewczynka bez wahania podeszła bliżej.
— Ona nie boi się ludzi — powiedziała Sabrina.
— Bo wie, że wszyscy ją kochają — odpowiedziała Mariola.
— Nie wszyscy jeszcze ją znają — zauważył Andrzej.
— To kwestia czasu.
Nawet Issam, spokojniejszy i mniej skłonny do rodzinnych żartów, śmiał się z determinacji teściowej. Dobrze czuł się podczas tego wyjazdu. Andrzej widział, że młody mężczyzna troszczy się o Sabrinę i córkę, bierze wózek, kiedy droga robi się stroma, i wstaje od stołu, zanim ktokolwiek zdąży poprosić o pomoc. Przez lata Andrzej uczył się nie oceniać wyborów córki wyłącznie własną miarą. Na Majorce łatwiej było mu zobaczyć Issama nie jako chłopaka, który kiedyś zamieszkał w pokoju po Dominice, lecz jako ojca jego wnuczki.
— Dobrze sobie radzisz — powiedział mu któregoś wieczoru, gdy obaj zostali na balkonie.
Issam spojrzał na niego zaskoczony.
— Z czym?
— Z nimi. Z Sabriną i Alissą.
— Staram się.
— To zwykle najlepsze, co można zrobić.
Nie była to długa rozmowa. Andrzej nie lubił wygłaszać wielkich przemówień, a Issam nie potrzebował oficjalnej pochwały. Jednak od tego wieczoru coś między nimi stało się prostsze. Łączyła ich miłość do dwóch kobiet śpiących po drugiej stronie ściany i odpowiedzialność, której żaden z nich nie traktował lekko.
Mariola tymczasem odkrywała na wyspie własny rodzaj szczęścia. Czasem szła z Alissą brzegiem morza, trzymając ją mocno za rękę. Dziewczynka zatrzymywała się przy każdym kamyku, muszli i śladzie pozostawionym w piasku. Droga, którą dorosły pokonałby w pięć minut, zajmowała im pół godziny, ale Mariola nigdzie się nie spieszyła.
Andrzej obserwował je z leżaka. Patrzył na żonę pochyloną nad wnuczką, cierpliwie odpowiadającą na słowa, których nikt inny nie rozumiał. Wiedział, że dla Marioli te chwile nie były dodatkiem do życia. Stawały się jego centrum.
Kiedy Alissa zasypiała wieczorem, a Sabrina z Issamem zostawali przy niej w pokoju, Andrzej zabierał żonę na krótki spacer. Promenada pachniała morzem, kosmetykami do opalania i jedzeniem z restauracji. Z otwartych barów dobiegała muzyka, ludzie rozmawiali w różnych językach, a światła odbijały się w ciemnej wodzie.
— Tęsknisz za czasami, kiedy jeździliśmy sami? — zapytała Mariola.
— Czasami.
— Ja też.
— Ale nie zamieniłabyś tego wyjazdu na urlop we dwoje.
— Nie.
— Ja też nie.
Usiedli na ławce skierowanej w stronę morza. Andrzej objął żonę, a ona oparła głowę na jego ramieniu.
— Kiedyś wszędzie jeździliśmy z córkami — powiedziała. — Potem zostało nas dwoje, a teraz znowu jedziemy z dzieckiem.
— Tylko tym razem możemy oddać je rodzicom, kiedy zacznie płakać.
— Ty zawsze potrafisz znaleźć najważniejszą różnicę.
— Doświadczenie dziadka.
Przez chwilę słuchali morza. Nie potrzebowali wielkich słów. Majorka nie była dla nich ucieczką od codzienności, lecz jej dalszym ciągiem w innym świetle. Wciąż byli sobą: Mariola troszczyła się o wszystkich, Andrzej żartował i pilnował rachunków, Sabrina uczyła się macierzyństwa, Issam szukał własnego miejsca w rodzinie, a Alissa jednym uśmiechem potrafiła zmienić plan całego dnia.
Ostatniego wieczoru zrobili wspólne zdjęcie na plaży. Ustawili aparat na murku, Andrzej kilka razy biegał między urządzeniem a rodziną, nie zdążając przed samowyzwalaczem. Na pierwszej fotografii stał odwrócony tyłem, na drugiej Issam miał zamknięte oczy, a na trzeciej Alissa postanowiła zejść z kolan Sabriny dokładnie w chwili wykonania zdjęcia.
Dopiero czwarte okazało się udane. Andrzej stał obok Marioli, obejmując ją w pasie. Sabrina i Issam trzymali Alissę między sobą, a dziewczynka patrzyła prosto w obiektyw. Za nimi morze miało kolor późnego wieczoru.
— To powiększymy — zdecydowała Mariola.
— A zdjęcie z brodzika? — zapytał Andrzej.
— Małe.
— Wiedziałem, że będzie zgoda.
Powrót do Monachium był trudniejszy niż wylot. Alissa nie chciała siedzieć spokojnie, a zmiana ciśnienia sprawiła, że przez część lotu płakała. Mariola nosiła ją, tuliła i śpiewała cicho, nie zwracając uwagi na zmęczenie. Kiedy wreszcie wnuczka zasnęła, babcia pozostała nieruchoma, choć zdrętwiała jej ręka.
— Daj ją mnie — zaproponował Andrzej.
— Obudzi się.
— Ty za chwilę nie będziesz czuła ramienia.
— Wytrzymam.
Andrzej przykrył obie cienkim kocem. Znał tę odpowiedź. Mariola zawsze potrafiła wytrzymać więcej, jeśli robiła coś dla osoby, którą kochała.
Po urlopie mieszkanie szybko wypełniło się fotografiami. Mariola wywołała ich znacznie więcej, niż planowała, i zaczęła układać nowy album. Na pierwszej stronie umieściła zdjęcie z samolotu, potem plażę, brodzik, górską wycieczkę i wspólny portret nad morzem. Pod każdą fotografią zapisywała datę oraz krótkie zdanie, żeby za wiele lat nikt nie musiał zgadywać, kiedy i gdzie została zrobiona.
Lato minęło szybko. Alissa rosła, mówiła coraz więcej, a jej zainteresowania zmieniały się z tygodnia na tydzień. We wrześniu Dominika postanowiła pokazać siostrzenicy coś, co od dawna było ważną częścią jej własnego życia.
Dominika jeździła konno. W stadninie czuła się swobodnie, znała zapach siana, skóry i końskiej sierści, rozpoznawała nastroje zwierząt oraz wiedziała, że przy koniu nie wolno wykonywać gwałtownych ruchów. Od pewnego czasu mówiła, że zabierze Alissę ze sobą, gdy mała będzie wystarczająco duża, żeby nie przestraszyć się wielkich zwierząt.
— Ona się nie przestraszy — zapewniała Mariola. — Alissa nie boi się niczego.
— Właśnie dlatego trzeba jej pilnować — odpowiadała Dominika. — Koń to nie pluszak.
W słoneczną wrześniową sobotę Dominika przyjechała po siostrzenicę. Sabrina przygotowała kurtkę, wygodne buty i mały plecak. Mariola również chciała pojechać, lecz Dominika przekonała ją, że poradzi sobie sama, a poza tym zamierza spędzić z Alissą trochę czasu bez całego rodzinnego orszaku.
— Będę uważać — obiecała. — Nie wsadzę jej na konia bez zabezpieczenia. Najpierw tylko pokażę jej stajnię.
Mariola przykucnęła przed wnuczką.
— Słuchaj cioci Dominiki. Nie podchodź sama do konia i nie stawaj za nim.
— Mamo, ona ma niecałe dwa lata — przypomniała Sabrina. — Nie zapamięta instrukcji bezpieczeństwa.
— Dlatego mówię również do Dominiki.
— Usłyszałam — odpowiedziała starsza córka. — Oddam ją całą, zdrową i prawdopodobnie pachnącą stajnią.
W samochodzie Alissa powtarzała słowo „koń” coraz głośniej, jakby chciała przyspieszyć podróż. Gdy dotarły na miejsce, pierwsze zwierzę zobaczyła na padoku. Zatrzymała się natychmiast. Koń był znacznie większy niż na ilustracjach w książeczce. Przez chwilę patrzyła bez ruchu, trzymając Dominikę za dwa palce.
— Duży — powiedziała w końcu.
— Bardzo duży — zgodziła się Dominika. — Dlatego podchodzimy spokojnie.
W stajni panował półmrok. Z boksów dochodziło parskanie, szelest słomy i spokojne uderzenia kopyt. Alissa szła wolniej niż zwykle, ale nie cofała się. Dominika wzięła ją na ręce i podeszła do łagodnej klaczy, którą dobrze znała.
— To jest Luna — powiedziała. — Najpierw pozwolimy jej nas powąchać.
Klacz wyciągnęła głowę. Alissa wtuliła się na moment w ramię ciotki, lecz ciekawość zwyciężyła. Wyciągnęła małą dłoń, a ciepły koński oddech poruszył jej palcami. Dziewczynka pisnęła, bardziej z zaskoczenia niż strachu, po czym wybuchnęła śmiechem.
Dominika pokazała jej, jak pogłaskać Lunę po szyi. Alissa zrobiła to bardzo delikatnie. Jej powaga była tak wielka, jakby powierzono jej najważniejsze zadanie w życiu.
— Miękki — powiedziała.
— Tak. I bardzo cierpliwy.
Przez następne kilkanaście minut oglądały boksy. Dominika nazywała konie, opowiadała, co jedzą i dlaczego trzeba czyścić ich sierść. Alissa zapamiętała przede wszystkim, gdzie znajduje się wiadro z marchewkami. Chciała karmić wszystkie zwierzęta naraz, więc Dominika musiała wyjaśnić, że każdą marchew podaje się ostrożnie, na otwartej dłoni.
— Babcia nie uwierzy, że byłaś taka spokojna — powiedziała.
Na zewnątrz czekał mały, łagodny kucyk. Dominika nie planowała prawdziwej jazdy. Posadziła jednak Alissę na siodle, przytrzymując ją mocno, podczas gdy pracownica stadniny prowadziła kucyka kilka kroków po ogrodzonym placu. Dziewczynka najpierw zacisnęła dłonie na uchwycie, lecz po chwili wyprostowała plecy i rozejrzała się z zachwytem.
— Jadę! — zawołała.
Dominika szła tuż obok z ręką na jej nodze.
— Jedziesz. Powoli.
Po jednym okrążeniu Alissa nie chciała zejść. Drugie miało być ostatnie, później trzecie również, a przy czwartym Dominika zaczęła rozumieć, że siostrzenica odziedziczyła rodzinny upór w pełnej sile.
— Jeszcze — prosiła dziewczynka.
— Ostatni raz.
— Jeszcze ostatni.
Dominika roześmiała się. W tej krótkiej rozmowie słyszała jednocześnie Sabrinę, Mariolę i siebie z dzieciństwa.
Zrobiła kilka zdjęć telefonem. Na jednym Alissa siedziała poważnie na kucyku, na drugim głaskała Lunę, a na trzecim stała w słomie z małym źdźbłem przyklejonym do włosów. Dominika wysłała fotografie rodzinie jeszcze przed powrotem.
Mariola zadzwoniła niemal natychmiast.
— Ona naprawdę siedzi na koniu?
— Na kucyku. Trzymam ją.
— Nie puściłaś jej ani na chwilę?
— Mamo, na zdjęciu widać moją rękę.
— Zdjęcie jest małe.
— Powiększ.
— Alissa się nie bała?
— Ani trochę. Bała się tylko, że każę jej zejść.
Kiedy wróciły do Monachium, Alissa wbiegła do mieszkania i zaczęła opowiadać wszystkim naraz. Jej relacja składała się z pojedynczych słów, gestów i odgłosów parskania, ale Mariola rozumiała każde zdanie. Usiadła z wnuczką na kanapie, oglądała fotografie i pytała o wszystkie szczegóły.
— Pokaż, jak siedziałaś — poprosiła.
Alissa usiadła okrakiem na poduszce i zaczęła podskakiwać, wołając, że jedzie.
Andrzej wszedł do pokoju, zatrzymał się w drzwiach i przyjrzał przedstawieniu.
— Widzę, że mamy w rodzinie amazonkę.
— Po Dominice — powiedziała Mariola.
— A odwagę ma po babci.
— Oczywiście.
— Skromność po dziadku.
Dominika została na kolacji. Opowiadała, jak Alissa najpierw patrzyła na wielkiego konia, jak ostrożnie wyciągnęła rękę i jak nie chciała zejść z kucyka. Mariola słuchała, choć znała już historię z rozmowy telefonicznej. Za drugim razem nie była mniej zainteresowana. Później obejrzała zdjęcia jeszcze raz, wybrała najlepsze do wywołania i oznajmiła, że jedno powinno stać w ramce obok fotografii z Majorki.
— Niedługo zabraknie nam ścian — zauważył Andrzej.
— Wtedy kupimy więcej ramek stojących.
— Wiedziałem, że znajdziesz rozwiązanie.
Pod koniec września 2010 roku Mariola i Andrzej zabrali Alissę na Oktoberfest. Mieszkali w Monachium od lat i nieraz odwiedzali największe miejskie święto, lecz tym razem patrzyli na nie zupełnie inaczej. Nie interesowały ich wielkie namioty ani długie stoły pełne dorosłych gości. Szli powoli w stronę karuzel, trzymając wnuczkę za ręce, i oglądali wszystko jej oczami.
Już przy wejściu Alissa stanęła zachwycona. Z każdej strony dochodziła muzyka, nawoływania sprzedawców i śmiech ludzi. Nad głowami obracały się kolorowe światła, w powietrzu mieszały się zapachy pieczonych migdałów, kiełbasek, słodkiej waty i świeżych precli. Dziewczynka nie wiedziała, na co patrzeć najpierw. Odwracała głowę tak szybko, że Mariola w końcu przykucnęła i poprawiła jej czapkę.
— Spokojnie, kochanie. Wszystkiego nie musisz zobaczyć naraz.
— Musi — stwierdził Andrzej. — Jest z naszej rodziny. My też zawsze chcemy wszystkiego naraz.
— Ty przede wszystkim chcesz od razu znaleźć jedzenie.
— Tylko dlatego, żeby później spokojnie zająć się dzieckiem.
Pierwsza była niewielka karuzela z kolorowymi samochodzikami, konikami i łabędziami. Alissa natychmiast wskazała konia, jakby po wrześniowej wyprawie z Dominiką żadne inne miejsce nie mogło wchodzić w rachubę. Mariola chciała wejść z nią, ale obsługujący zapewnił, że dziecko może siedzieć bezpiecznie, a babcia powinna stanąć tuż przy barierce.
Andrzej obserwował żonę bardziej niż karuzelę. Za każdym razem, kiedy Alissa przejeżdżała obok, Mariola machała obiema rękami, wołała jej imię i uśmiechała się tak szeroko, jakby nie widziały się przez kilka tygodni, a nie przez kilkanaście sekund. Wnuczka odpowiadała poważnym skinieniem głowy, skupiona na trzymaniu lejców namalowanych na drewnianym koniku.
— Jeszcze chwila i wejdziesz tam do niej — powiedział Andrzej.
— Gdyby wolno było, już bym siedziała obok.
— Wiem. Dlatego dobrze, że jest barierka.
Po zakończeniu przejażdżki Alissa nie chciała zejść. Powtarzała „jeszcze”, mocno obejmując konika za szyję. Andrzej kupił następny bilet, a później kolejny, chociaż Mariola przekonywała, że trzy rundy to za dużo.
— Sam ją rozpieszczasz — powiedziała.
— Ja? Przecież to ty machasz jak szalona i obiecujesz jej wszystko, kiedy przejeżdża.
— Niczego jej nie obiecałam.
— Słyszałem, jak powiedziałaś, że zaraz pójdziemy po coś dobrego.
— To nie rozpieszczanie. Dziecko po karuzeli musi coś zjeść.
Kilka minut później Mariola wróciła od stoiska z preclem tak wielkim, że kiedy podała go Alissie, niemal zasłoniła nim całą wnuczkę. Dziewczynka trzymała go oburącz i patrzyła przez środek jak przez okno.
— Mariola, ten precel jest większy od niej — zauważył Andrzej.
— Wcale nie.
— Postaw ich obok siebie i zmierz.
— Niech dziecko ma radość.
— Dziecko będzie jadło go do Bożego Narodzenia.
Alissa odgryzła kawałek, przeżuła go z zadowoleniem, a potem wyciągnęła precel w stronę dziadka. Andrzej pochylił się i ugryzł dokładnie tam, gdzie mu wskazała.
— Widzisz? — powiedziała Mariola. — Już jej pomagasz.
— Ratuję rodzinę przed marnowaniem żywności.
Usiedli na ławce z dala od największego tłumu. Alissa trzymała precel na kolanach, a Mariola odrywała jej mniejsze kawałki. Andrzej zrobił im kilka zdjęć. Na jednym wnuczka była prawie całkowicie ukryta za wypiekiem, na drugim Mariola próbowała wytrzeć jej policzek, a dziewczynka odchylała głowę, broniąc się przed chusteczką z całą stanowczością niespełna dwuletniego człowieka.
Później poszli w stronę następnych karuzel. Alissa przejechała się małą kolejką, siedziała w czerwonym samochodziku i patrzyła na wielkie koło obracające się nad placem. Na szybsze atrakcje Mariola nie chciała nawet spojrzeć.
— Kiedyś sama na nich jeździłaś — przypomniał Andrzej.
— Kiedyś nie byłam babcią.
— Co to zmienia?
— Babcia ma obowiązek przewidywać wszystkie nieszczęścia.
— A dziadek?
— Dziadek ma słuchać babci.
Przy jednym ze stoisk wisiały dziesiątki piernikowych serc ozdobionych kolorowym lukrem. Były małe i wielkie, z zabawnymi hasłami, imionami oraz wyznaniami miłości. Mariola zatrzymała się i zaczęła czytać napisy. Andrzej spodziewał się, że wybierze coś z napisem „Najlepsza wnuczka” albo „Kocham babcię”, lecz ona sięgnęła po czerwone serce obramowane białymi i różowymi ornamentami. Pośrodku widniały słowa: „Ich liebe Dich”.
— To dla ciebie — powiedziała, zawieszając Alissie piernik na szyi.
Serce było tak duże, że sięgało dziewczynce niemal do kolan. Alissa złapała je obiema dłońmi i próbowała natychmiast odgryźć kawałek lukrowanej obwódki.
— Poczekaj — roześmiała się Mariola. — Dziadek najpierw zrobi zdjęcie.
Andrzej uniósł aparat. W kadrze znalazły się Alissa z ogromnym sercem i Mariola pochylona obok niej. Za nimi płynął barwny tłum, obracały się karuzele i migotały światła, lecz dla niego wszystko poza nimi było jedynie tłem.
— Teraz ty z nią — powiedziała Mariola.
Podała aparat przypadkowej kobiecie stojącej obok, a sama ustawiła Andrzeja przy wnuczce. Alissa jedną ręką trzymała serce, drugą chwyciła dziadka za palec. Na fotografii Andrzej patrzył w obiektyw, ale Mariola patrzyła tylko na Alissę.
— Naprawdę kupiłaś jej precel wielkości koła samochodowego i piernik większy od jej brzucha — powiedział później, kiedy ruszyli w stronę wyjścia.
— Pierwszy Oktoberfest ma się tylko raz.
— Przy tobie każdy następny też będzie pierwszy w jakiejś kategorii.
— I bardzo dobrze. Dziecko powinno mieć wspomnienia.
— Ona może ich jeszcze nie zapamiętać.
Mariola spojrzała na niego, a potem na wnuczkę, która szła między nimi z piernikowym sercem uderzającym ją przy każdym kroku w kolana.
— W takim razie my zapamiętamy za nią.
W drodze do domu Alissa zasnęła w samochodzie. Na jej kurtce zostało kilka ziaren soli z precla, a piernikowe serce leżało obok, starannie owinięte, ponieważ Mariola nie pozwoliła go całego zjeść. Andrzej prowadził, co pewien czas spoglądając w lusterko.
— Zmęczona — powiedział.
— Szczęśliwa — poprawiła Mariola.
Po powrocie zrobiła jeszcze jedno zdjęcie: śpiącej Alissie, wielkiemu preclowi, z którego została ponad połowa, i sercu z napisem „Ich liebe Dich”. Wiedziała, że dziewczynka prawdopodobnie nie zachowa tego dnia we własnej pamięci. Kiedyś jednak zobaczy fotografie, a babcia opowie jej o karuzeli, drewnianym koniku i preclu tak dużym jak ona sama. Może wtedy Alissa zrozumie, że zanim nauczyła się pamiętać, była już kochana tak mocno, iż dorośli zapamiętywali świat również w jej imieniu.
Wieczorem, gdy wszyscy wrócili do swoich domów, Andrzej i Mariola zostali sami. Na stole leżały fotografie z Majorki, a na ekranie telefonu wciąż widniała Alissa siedząca na kucyku. Jeszcze niedawno ich rodzinne albumy wypełniały zdjęcia córek. Teraz pojawiało się w nich kolejne dzieciństwo.
— Wszystko zaczyna się jeszcze raz — powiedziała Mariola.
— Co?
— Pierwszy samolot. Pierwsze morze. Pierwszy koń. My już to przeżywaliśmy z dziewczynami, ale z Alissą znowu jest nowe.
Andrzej usiadł obok niej.
— Może na tym polega bycie dziadkami. Człowiek dostaje drugą szansę, żeby patrzeć uważniej.
Mariola wzięła go za rękę.
— Myślisz, że wcześniej patrzyliśmy za mało?
— Wcześniej ciągle gdzieś biegliśmy. Teraz wiemy, jak szybko wszystko mija.
Przytaknęła. W styczniu Alissa była dziewczynką ze zdjęć pokazywanych na weselu w Polsce. W czerwcu po raz pierwszy zobaczyła Majorkę i dotknęła bosymi stopami ciepłego morza. We wrześniu siedziała na kucyku, a kilka tygodni później obracała się na karuzeli i szła przez Oktoberfest z piernikowym sercem sięgającym niemal do kolan, przekonana, że cały świat został stworzony po to, aby można go było poznawać.
Andrzej spojrzał na Mariolę. Wiedział, że następnego dnia kupi ramkę, nawet jeśli dziś żartował o braku miejsca. Znał żonę i rozumiał, że każdy taki obraz jest dla niej sposobem zatrzymania czasu, choć oboje wiedzieli, że czasu zatrzymać się nie da.
Część piąta ich historii miała być ostatnia, ale oni jeszcze o tym nie wiedzieli. Dla nich rok 2010 nie był początkiem końca. Był po prostu kolejnym rokiem wspólnego życia, w którym miłość zmieniała kształt, nie tracąc siły. Dawniej mieściła się przede wszystkim między kobietą i mężczyzną. Później objęła córki, zięciów, rodzinę i wnuczkę, która coraz częściej zajmowała najważniejsze miejsce przy stole, w rozmowach i na fotografiach.
W nocy Mariola przyniosła do sypialni zdjęcie z Majorki. Położyła je na komodzie, obok fotografii z młodości.
— Jeszcze jedna? — zapytał Andrzej.
— Ostatnia.
— Do jutra.
— Do jutra — przyznała z uśmiechem.
Położyła się obok niego, a Andrzej zgasił lampkę. W ciemności odnalazł jej dłoń. Za ścianami mieszkania Monachium żyło własnym rytmem, lecz dla nich najważniejszy świat mieścił się w kilku pokojach, w albumach, rozmowach telefonicznych i planach następnego spotkania z Alissą.
Mieli przed sobą jeszcze wiele wspólnych podróży, świąt i zwyczajnych dni. Nie wiedzieli, ile dokładnie. Wiedzieli tylko, że chcą przeżyć je tak jak dotychczas — blisko rodziny, blisko siebie i uważniej niż kiedyś.
Razem.
Pierwsza noc u dziadków
Jesienią 2010 roku Mariola coraz częściej mówiła, że Alissa jest już wystarczająco duża, żeby zostać u dziadków na noc.
Sabrina odpowiadała, że córka nie ma jeszcze dwóch lat, budzi się czasem po ciemku, bywa marudna przy zasypianiu i najbardziej uspokaja się wtedy, gdy czuje obok matkę. Mariola słuchała wszystkich argumentów, przytakiwała, a później zachowywała się tak, jakby właśnie usłyszała potwierdzenie własnego pomysłu.
— Czyli powinna przyzwyczajać się powoli — stwierdziła któregoś popołudnia.
— Mamo, powiedziałam, że może jeszcze zaczekamy.
— Właśnie dlatego mówię: powoli. Najpierw jedna noc, nie od razu cały tydzień.
Andrzej siedział przy stole, udając, że czyta gazetę. Od kilku minut nie przewrócił strony, ale żadna z kobiet nie zwracała na to uwagi.
— A co ty o tym myślisz? — zapytała w końcu Sabrina.
Andrzej opuścił gazetę.
— Myślę, że jeśli odpowiem źle, jedna z was będzie obrażona.
— Nie pytam, komu chcesz się przypodobać. Pytam, czy Alissa może tutaj spać.
— Może. Mamy łóżko, kołdrę, wodę i telefon. W razie problemu zadzwonimy.
Mariola spojrzała na niego z zadowoleniem.
— Widzisz? Dziadek się nie boi.
— Dziadek nauczył się przez trzydzieści trzy lata małżeństwa, kiedy należy się bać po cichu.
Sabrina roześmiała się, lecz nadal miała wątpliwości. Nie chodziło o brak zaufania do rodziców. Widziała, jak Mariola opiekuje się wnuczką, jak pamięta o każdej łyżce zupy, zapasowej bluzce i godzinie drzemki. Wiedziała także, że Andrzej, choć żartuje i udaje mniej przejętego, potrafi siedzieć na podłodze z Alissą dłużej niż ktokolwiek inny, budować wieże z klocków i pozwalać dziewczynce burzyć je natychmiast po postawieniu ostatniego elementu.
Bała się raczej własnego wieczoru bez córki. Od chwili narodzin Alissy prawie każdy plan zaczynał się i kończył na dziecku. Myśl o cichym mieszkaniu wydawała się kusząca, ale również podejrzana, jakby pragnienie kilku spokojnych godzin było czymś, do czego matka nie powinna się przyznawać.
— Spróbujemy — powiedziała w końcu. — Tylko jeśli będzie płakała, dzwonicie od razu. Bez czekania, aż sama się uspokoi.
— Oczywiście — zapewniła Mariola.
— I nie dawaj jej wieczorem czekolady.
— Nigdy nie daję jej za dużo słodyczy.
Sabrina popatrzyła na ojca.
— Tato?
— Kupiła jej na Oktoberfest precel wielkości koła i piernik do kolan, ale czekolady wieczorem na pewno nie dostanie.
— Andrzej, nie pomagaj.
— Próbuję ustalić fakty.
Termin pierwszej nocnej wizyty ustalili na sobotę, jakby planowali rodzinne wydarzenie wymagające zgody kilku osób i odpowiedniego miejsca w kalendarzu. Sabrina miała przywieźć Alissę po południu, a odebrać ją następnego dnia przed obiadem. Mariola uznała, że to zbyt wcześnie, lecz na początek zgodziła się bez protestu.
Przygotowania rozpoczęła kilka dni wcześniej. W pokoju, w którym miała spać wnuczka, zmieniła pościel, chociaż była czysta. Wybrała małą poduszkę, dodatkowy koc i lampkę, której światło nie powinno przestraszyć dziecka po przebudzeniu. Na krześle ułożyła ręcznik, piżamkę i zapasowe ubrania. W kuchni pojawiły się ulubione jogurty Alissy, owoce, zupa ugotowana specjalnie dla niej oraz kaszka na śniadanie.
Andrzej przyglądał się kolejnym torbom stawianym pod ścianą.
— Ona zostaje na jedną noc czy się wprowadza?
— Dziecko potrzebuje swoich rzeczy.
— Widzę. Czy w tej dużej torbie ma meble?
— Zabawki.
— Wszystkie?
— Tylko te, które lubi.
— Myślałem, że najbardziej lubi otwierać nasze szafki i wyciągać garnki.
— Garnków nie musi przywozić. Mamy własne.
Wieczorem przed planowanym noclegiem Mariola jeszcze raz zadzwoniła do Sabriny. Pytała, o której Alissa jadła kolację, chociaż dziecko miało przyjechać dopiero następnego dnia. Chciała wiedzieć, którą przytulankę zabrać, czy nie pojawiło się przeziębienie i czy córka na pewno nie zmieniła zdania.
— To ty dzwonisz trzeci raz, mamo. Mam wrażenie, że to ty możesz zmienić zdanie.
— Chcę tylko, żeby wszystko było przygotowane.
— Będzie dobrze. Jeśli nie, przyjedziemy.
Po odłożeniu telefonu Mariola sprawdziła jeszcze raz łóżko. Andrzej stał w drzwiach z rękami skrzyżowanymi na piersi.
— Co teraz kontrolujesz?
— Czy kołdra nie jest za ciężka.
— Godzinę temu była dobra.
— Godzinę temu nie pomyślałam, że może się odkryć.
— Jeśli się odkryje, przykryjemy ją.
Mariola wygładziła materiał, potem odwróciła się do męża.
— Myślisz, że za bardzo się przejmuję?
— Tak.
— Mogłeś przez chwilę udawać, że się zastanawiasz.
— Po co? Znam cię od trzydziestu pięciu lat. Ty nie umiesz kochać trochę.
Odpowiedź rozbroiła ją skuteczniej niż żart. Podeszła i poprawiła kołnierzyk jego koszuli, choć niczego nie trzeba było poprawiać.
— A ty?
— Ja umiem. Tylko od dawna tego nie praktykuję.
Następnego dnia Alissa przyjechała z rodzicami i bagażem, który potwierdzał podejrzenia Andrzeja. Sabrina przyniosła dużą torbę z ubraniami, pieluszkami, kosmetykami, kubkiem, butelką, książeczkami oraz pluszowym królikiem, bez którego córka ostatnio nie chciała zasypiać. Issam wniósł składane łóżeczko, mimo że Mariola zapewniała, iż przygotowała bezpieczne miejsce.
— Wiedziałem, że będą meble — powiedział Andrzej.
— To tylko łóżeczko — odpowiedział Issam.
— Dzisiaj łóżeczko, jutro szafa.
Alissa nie interesowała się pożegnaniem. Zdjęła buty, pobiegła do dużego pokoju i natychmiast zaczęła szukać pudełka z klockami. Mariola odetchnęła z ulgą, uznając, że wnuczka czuje się u nich jak u siebie.
Sabrina przekazywała instrukcje. O której podać kolację, ile mleka nalać, gdzie znajduje się lek na ząbkowanie, jak długo zwykle trwa kąpiel i co zrobić, jeśli Alissa obudzi się w nocy. Mariola słuchała cierpliwie, nie przypominając, że wychowała dwie córki.
— I zadzwoń, kiedy zaśnie — zakończyła Sabrina.
— Zadzwonię.
— Nawet jeśli będzie późno.
— Zadzwonię.
— A jeśli zacznie płakać…
— Przyjedziecie — dokończyła Mariola. — Wiem.
Issam objął córkę, lecz Alissa próbowała jednocześnie dosięgnąć klocka leżącego za jego plecami. Sabrina pocałowała ją kilka razy i wyszła dopiero wtedy, gdy Andrzej otworzył drzwi i powiedział, że jeśli będą przedłużać pożegnanie, dziecko zdąży dorosnąć, zanim zostanie z dziadkami samo.
Po zamknięciu drzwi Mariola przez moment słuchała kroków na klatce schodowej.
— No dobrze — powiedziała, odwracając się do wnuczki. — Teraz jesteś nasza.
— Do jutra — poprawił Andrzej.
— Nie psuj chwili.
Popołudnie minęło spokojnie. Budowali z klocków dom, który według Andrzeja miał garaż, według Marioli kuchnię, a według Alissy nadawał się głównie do przewrócenia. Oglądali książeczki ze zwierzętami, rysowali i tańczyli przy muzyce płynącej cicho z radia. Kiedy pojawiła się szybsza piosenka, Mariola wzięła wnuczkę za ręce i zaczęła obracać się z nią po pokoju.
— Ostrożnie — upomniał Andrzej.
Mariola zatrzymała się i spojrzała na niego z udawanym zdumieniem.
— To ja zwykle mówię to tobie.
— Dzisiaj jestem odpowiedzialnym dziadkiem.
— Od kiedy?
— Od chwili, kiedy Sabrina zostawiła nam instrukcję dłuższą niż obsługa samochodu.
Alissa wyciągnęła ręce do dziadka. Andrzej podniósł ją i spróbował powtórzyć taniec Marioli, lecz po dwóch obrotach dziewczynka roześmiała się i zażądała, żeby zrobił to jeszcze raz.
— Widzisz? — powiedziała Mariola. — Podoba jej się.
— Mnie kręci się w głowie.
— Pięćdziesiąt cztery lata i już narzeka.
— Mam prawo. Obracam się z dodatkowym ciężarem.
— Wnuczka nie jest ciężarem.
— Waży tyle, ile powinna. Moje plecy również mają tyle lat, ile powinny.
Przed kolacją poszli na krótki spacer. Alissa szła między nimi, trzymając każde za jeden palec, i zatrzymywała się przy wszystkich kałużach. Mariola próbowała je omijać, Andrzej pozwalał wnuczce wejść na sam brzeg, a gdy buty zostały ochlapane, oboje oskarżyli się wzajemnie o brak odpowiedzialności.
W domu Mariola podała zupę przygotowaną specjalnie dla dziecka. Alissa zjadła kilka łyżek, po czym zaczęła mieszać zawartość talerza i spoglądać na kromkę chleba trzymaną przez dziadka.
— Chce chleba — powiedział Andrzej.
— Najpierw zupa.
— Może nie jest głodna.
— Na chleb jest.
— Czyli jest głodna, tylko wybiera.
Mariola podała kolejną łyżkę. Alissa odwróciła głowę.
— Nie zmuszaj jej — poradził Andrzej.
— Nie zmuszam. Zachęcam.
— Wygląda, jakby nie czuła się zachęcona.
— Jeśli wiesz lepiej, proszę bardzo.
Andrzej zamienił się z żoną miejscami. Wziął łyżkę, spróbował sam odrobinę zupy i zrobił minę człowieka właśnie dokonującego niezwykłego odkrycia.
— Bardzo dobra.
Alissa obserwowała go podejrzliwie.
— Dziadek zje wszystko — ostrzegł. — Nic dla ciebie nie zostanie.
Dziewczynka otworzyła usta. Po kilku minutach miseczka była prawie pusta.
Mariola oparła dłonie na biodrach.
— Czyli przy mnie nie chciała, a przy tobie zjadła?
— Mam podejście.
— Masz szczęście początkującego.
— Trzydzieści lat temu też karmiłem dzieci.
— Raz trzymałeś butelkę Dominiki do góry nogami.
— I od tamtej pory pamiętam, którą stroną.
Po kąpieli Alissa biegała po mieszkaniu w piżamce, uciekając przed Mariolą z grzebieniem. Andrzej zagrodził jej drogę, ale zamiast złapać wnuczkę, udał, że jej nie widzi. Dziewczynka ukryła się za fotelem, wystawiając połowę ciała, i piszczała z radości, gdy dziadek pytał, gdzie mogła zniknąć.
Wieczór wydawał się tak udany, że Mariola zaczęła wierzyć, iż wszystkie obawy Sabriny były przesadzone. Przeczytała Alissie dwie książeczki, potem trzecią, ponieważ wnuczka nie pozwoliła odłożyć jej na stolik. Andrzej siedział obok i co pewien czas zamykał oczy.
— Nie śpij — szturchnęła go Mariola.
— Słucham.
— Przed chwilą chrapnąłeś.
— To był odgłos zwierzęcia z książki.
— Czytamy o kaczce.
— Bardzo dużej kaczce.
Kiedy nadeszła pora snu, pierwsze trudności wyglądały niewinnie. Alissa nie chciała wejść do przygotowanego łóżeczka, więc Mariola położyła się obok niej na szerokim łóżku. Dziewczynka obejmowała pluszowego królika, słuchała kołysanki i początkowo wydawała się spokojna. Potem podniosła głowę.
— Mama?
— Mama jest w domu. Przyjedzie jutro — odpowiedziała Mariola. — Dzisiaj śpisz z babcią i dziadkiem.
Alissa rozważała tę informację przez chwilę.
— Mama.
— Rano.
Dolna warga dziewczynki zaczęła drżeć. Mariola natychmiast przytuliła ją mocniej, lecz ciche wołanie zamieniło się w płacz. Andrzej stanął w drzwiach sypialni i spojrzał na żonę. Oboje wiedzieli, co obiecali Sabrinie.
— Dzwonimy? — zapytał.
Mariola zawahała się tylko sekundę.
— Jeszcze chwilę. Może się uspokoi.
— Mieliśmy dzwonić od razu.
— Nie chcę jej od razu wyrywać z tej próby. Przecież jest bezpieczna.
Alissa płakała coraz głośniej. Mariola usiadła, wzięła ją na ręce i zaczęła kołysać, powtarzając, że mama przyjedzie rano. Andrzej przyniósł kubek z wodą, lecz dziewczynka odsunęła go dłonią.
— Mariola — powiedział cicho.
— Wiem.
Sięgnęła po telefon. Kiedy Sabrina odebrała, w tle słychać było głos Issama i muzykę. Młodzi najwyraźniej próbowali wykorzystać wolny wieczór, ale po pierwszym zdaniu matki wszystko ucichło.
— Płacze? — zapytała Sabrina.
— Tęskni. Jest przy mnie, nic jej nie jest. Chciałam tylko, żebyś do niej powiedziała.
Mariola przyłożyła telefon do ucha wnuczki. Głos Sabriny zadziałał natychmiast. Płacz nie ustał całkowicie, lecz Alissa zaczęła słuchać. Matka mówiła spokojnie, że wróci rano, że babcia i dziadek są obok i że królik także zostaje na noc.
— Chcesz, żebyśmy przyjechali? — zapytała Sabrina, kiedy Mariola znów wzięła telefon.
Spojrzała na Alissę, która wtuliła się w jej pierś.
— Daj nam kwadrans. Jeśli nie zaśnie, zadzwonię.
— Na pewno?
— Na pewno. Nie będę udawać bohaterki kosztem dziecka.
Po rozmowie Mariola nie próbowała już odkładać wnuczki do łóżeczka. Położyła ją na środku ich małżeńskiego łóżka i wsunęła się pod kołdrę z jednej strony. Andrzej zajął miejsce z drugiej, choć spoglądał na pozostały mu skrawek materaca z wyraźnym niepokojem.
— Gdzie ja mam spać? — zapytał.
— Tutaj.
— Tutaj ma szerokość mojej ręki.
— Jesteś szczupły.
— Od kiedy?
— Od dzisiaj.
Alissa chwyciła babcię za koszulę, drugą ręką dotknęła dłoni dziadka i powoli przestała płakać. Mariola głaskała ją po plecach, nucąc tę samą melodię, którą śpiewała kiedyś córkom. Andrzej obserwował obie w słabym świetle lampki. Twarz żony była skupiona i łagodna, jakby poza uspokojeniem wnuczki nic nie miało znaczenia.
— Zasnęła? — szepnął po dłuższej chwili.
— Chyba tak.
— Mogę się poruszyć?
— Nie.
— Nie czuję lewej nogi.
— Jutro wróci.
— A jeśli nie?
— Kupię ci laskę.
Leżeli nieruchomo. Andrzej przypomniał sobie podobne noce z Dominiką i Sabriną, kiedy dzieci miały gorączkę, bały się burzy albo po prostu nie chciały spać same. Wtedy następnego ranka trzeba było wstać do pracy, a zmęczenie wydawało się ciężarem. Teraz czuł przede wszystkim wdzięczność, że po tylu latach znów ma obok siebie małą dłoń szukającą jego palców.
— Dziwne — powiedział cicho.
— Co?
— Człowiek przez lata czeka, aż dzieci zaczną spać we własnych łóżkach, a potem cieszy się, kiedy wnuczka zabiera mu połowę jego łóżka.
— Nie połowę. Prawie całe.
— To miało mnie pocieszyć?
Mariola uśmiechnęła się w ciemności. Przez chwilę chciała powiedzieć mu, że taki ścisk jest szczęściem, które dostaje się tylko na krótko. Nie powiedziała, bo bała się obudzić Alissę. Zamiast tego przesunęła dłoń ponad śpiącą wnuczką i odnalazła rękę męża.
Rano Andrzej obudził się pierwszy. Leżał niemal na krawędzi, z jedną ręką zwisającą nad podłogą. Alissa w nocy obróciła się w poprzek łóżka, jej stopy spoczywały na jego brzuchu, a głowa na ramieniu Marioli. Babcia spała mocno, obejmując wnuczkę.
Andrzej wysunął się ostrożnie i poszedł do kuchni. Postanowił przygotować śniadanie, zanim obie się obudzą. Chciał zrobić naleśniki, ponieważ pamiętał, że Alissa je lubi, ale po pierwszej porcji kuchnia wyglądała tak, jakby pracowało w niej kilku kucharzy bez wspólnego planu. Na blacie leżała mąka, w zlewie stały miski, a pierwszy naleśnik przykleił się do patelni tak skutecznie, że nadawał się bardziej do szorowania niż do jedzenia.
Mariola pojawiła się w drzwiach z Alissą na rękach.
— Co ty robisz?
— Śniadanie.
— Dla ilu osób?
— Dla nas.
— A dlaczego zużyłeś wszystkie miski?
— Szukałem właściwej.
Alissa wyciągnęła ręce do dziadka. Andrzej wziął ją i pokazał następny naleśnik, tym razem prawie okrągły.
— Widzisz? Dziadek gotuje.
— Bałagan — powiedziała dziewczynka.
Mariola roześmiała się tak głośno, że musiała oprzeć się o framugę.
— Nie ma jeszcze dwóch lat, a już cię podsumowała.
— To jest twórczy bałagan.
— Po tobie zostaje tylko bałagan. Twórcza część zwykle przypada mnie.
Usiedli razem przy stole. Alissa zjadła kawałek naleśnika z bananem, część rozgniotła palcami, a resztą próbowała nakarmić królika. Mariola zrobiła zdjęcie Andrzejowi trzymającemu wnuczkę na kolanach i talerz w jednej ręce.
— Nie rób mi zdjęcia w piżamie — zaprotestował.
— Wczoraj robiłeś zdjęcia Alissie ze słonym preclem na kurtce.
— Ona wygląda dobrze we wszystkim.
— Dziadek też. Zwłaszcza oprószony mąką.
Sabrina przyjechała wcześniej, niż zapowiadała. Weszła do mieszkania i od razu wzięła córkę na ręce. Alissa przytuliła się do niej, lecz po chwili zaczęła pokazywać w stronę kuchni, opowiadając coś o naleśnikach, króliku i dziadku. Jej słowa nie tworzyły pełnych zdań, ale wszyscy rozumieli sens: noc u dziadków była wydarzeniem wartym relacji.
— Jak spała? — zapytała Sabrina.
Mariola i Andrzej spojrzeli na siebie.
— Bardzo dobrze — odpowiedziała Mariola.
— Po krótkim proteście — dodał Andrzej.
— Jak krótkim?
— Dłuższym niż reklama, krótszym niż film.
— Tato.
— Zadzwoniliśmy. Potem zasnęła między nami i spała spokojnie. Ja trochę mniej, bo dostałem trzy razy nogą w żebra.
Sabrina spojrzała na matkę.
— Wiedziałam, że weźmiesz ją do waszego łóżka.
— Tęskniła.
— Nie mam pretensji. Ja robię to samo.
Mariola odetchnęła, jakby dopiero teraz uzyskała ostateczne potwierdzenie, że pierwsza noc zakończyła się powodzeniem.
Kiedy młodzi odjechali, mieszkanie nagle ucichło. Na podłodze leżały klocki, na kanapie pluszowy królik, którego Sabrina musiała po chwili odebrać, a w kuchni czekało sprzątanie po naleśnikach.
— No i mamy spokój — powiedział Andrzej.
Mariola zaczęła zbierać zabawki.
— Za cicho.
— Jeszcze godzinę temu mówiłaś, że marzysz o kawie wypitej w ciszy.
— Człowiek może marzyć o ciszy, a później jej nie lubić.
— Z tobą wszystko jest możliwe.
Jeszcze tego samego dnia Mariola zadzwoniła do Sabriny, żeby zapytać, czy Alissa nie jest zmęczona po noclegu. Wieczorem zadzwoniła ponownie, ponieważ chciała wiedzieć, czy wnuczka wspominała dziadków. Kiedy córka powiedziała, że mała próbowała założyć piżamę przed kolacją i powtarzała słowo „babcia”, Mariola chodziła po mieszkaniu z uśmiechem przez resztę wieczoru.
Pierwsza noc otworzyła nowy etap. Alissa nadal nie zostawała u dziadków często, ale kolejne wizyty nie wymagały już tak wielu przygotowań. Pluszowy królik miał swoje miejsce, w szafie pojawiły się ubrania na zmianę, a w łazience mały ręcznik. Andrzej żartował, że wnuczka stopniowo przejmuje mieszkanie, lecz sam kupił dla niej kolorowy kubek i postawił przy swoim miejscu przy stole.
Dwudziestego pierwszego października Alissa skończyła dwa lata. Urodziny odbyły się w rodzinnym gronie. Mariola przygotowała tort, choć Sabrina zamówiła wcześniej inny, przekonana, że jeden wystarczy. Babcia uznała jednak, że tort kupiony i tort zrobiony przez nią pełnią zupełnie różne funkcje.
— Co zrobimy z dwoma? — zapytała Sabrina.
— Zjemy.
— Jest nas kilka osób.
— Andrzej pomoże.
— Dobrze, że w tej rodzinie mam jasno określoną rolę — powiedział Andrzej.
Na urodziny przyszli Dominika z Martinem, rodzice Alissy, dziadkowie i kilku bliskich znajomych. Mieszkanie wypełniło się balonami, papierowymi ozdobami i prezentami, których dwulatka nie była w stanie otworzyć bez pomocy całej grupy dorosłych. Każdy chciał podać właściwą paczkę, rozwiązać wstążkę i zobaczyć reakcję dziecka.
Mariola kupiła wnuczce lalkę z wózkiem, ubranka i zestaw małych naczyń. Andrzej twierdził, że miał to być jeden prezent, ale żona wyjaśniła mu, że wózek bez lalki nie ma sensu, lalka potrzebuje ubrań, a naczynia są konieczne, żeby można ją było nakarmić.
— To logiczne — powiedziała.
— Nie odważę się dyskutować z tak rozbudowanym systemem.
Alissa najbardziej zainteresowała się wielkim kartonem po jednym z prezentów. Weszła do niego, usiadła i nie chciała wyjść, mimo że wokół leżały kolorowe zabawki.
— Następnym razem kupimy jej pudełko — stwierdził Andrzej.
— I co włożysz do środka? — zapytała Mariola.
— Nic. Właśnie na tym zaoszczędzimy.
Podczas zdmuchiwania świeczek Mariola stanęła tuż za wnuczką i pomagała jej dmuchać. Andrzej zrobił zdjęcie dokładnie w chwili, kiedy płomień zgasł, a Alissa klasnęła w dłonie. Potem wszyscy zaśpiewali jeszcze raz, ponieważ dziewczynka domagała się ponownego zapalenia świeczek.
— Po babci — powiedziała Dominika. — Jedne urodziny nigdy jej nie wystarczą.
— Człowiek ma urodziny raz w roku, więc powinny trwać porządnie — odpowiedziała Mariola.
— Przypomnij sobie własną pięćdziesiątkę — dodał Andrzej. — Wynajęliśmy salę dla tylu ludzi, jakbyś startowała w wyborach.
— I wszyscy dobrze się bawili.
— Właśnie dlatego boję się, co zrobisz na sześćdziesiątkę.
Mariola spojrzała na niego z miną sugerującą, że zaczęła już planować.
Po urodzinach zdjęcia trafiły do kolejnego albumu. Mariola podpisała każdą fotografię datą, a pod tą z dwiema świeczkami dopisała, że Alissa zdmuchiwała je trzy razy. Andrzej czytał przez jej ramię.
— Jeśli będziesz zapisywać każdy szczegół, zabraknie miejsca na zdjęcia.
— Za dwadzieścia lat będzie chciała wiedzieć.
— Skąd wiesz?
— Bo ja chciałabym wiedzieć wszystko o swoich pierwszych latach.
Andrzej nie odpowiedział. Rozumiał, że albumy nie są dla Marioli wyłącznie zbiorem ładnych obrazów. Tworzyła nimi pamięć rodziny, porządkowała czas i zostawiała znaki dla ludzi, którzy kiedyś będą pytać, jak wyglądali, co robili i czy byli szczęśliwi.
W grudniu mieszkanie Andrzeja i Marioli ponownie stało się miejscem rodzinnych przygotowań do Bożego Narodzenia. Tradycja wspólnych świąt u babci dopiero się umacniała, ale Mariola traktowała ją już jak zasadę, której nikt nie powinien podważać. Córki mogły mieć własne plany, zięciowie własne rodziny i obowiązki, jednak przynajmniej jeden świąteczny dzień miał należeć do nich wszystkich.
— Kiedyś będzie trudno zebrać każdego przy jednym stole — powiedział Andrzej, widząc listę zakupów.
— Dlatego trzeba zbierać, dopóki się da.
— Na tej liście jest jedzenia dla dwudziestu osób.
— Zawsze ktoś może przyjść.
— Kto?
— Rodzina, znajomi, ktoś samotny. W święta nie liczy się porcji.
— W sklepie liczą.
Mariola przygotowała barszcz, uszka, pierogi, ryby, kapustę z grzybami i kilka ciast. Część potraw robiła wcześniej, zamrażała i podpisywała, żeby Andrzej nie pomylił pudełek. Rok wcześniej wyjął nie to opakowanie i do wieczora rozmrażał sos, który miał być przeznaczony na zupełnie inną okazję.
— Tym razem niczego nie dotykasz bez pytania — ostrzegła.
— W takim razie odpowiadam za choinkę.
— Ozdoby są w piwnicy.
— Przyniosę.
— Tylko nie bierz tego dużego kartonu z napisem „kuchnia”.
— Dlaczego świąteczne ozdoby stoją obok rzeczy kuchennych?
— Bo ty tak postawiłeś.
— Skąd wiesz?
— Bo ja postawiłabym je logicznie.
Choinkę ubierali razem z Alissą. Dwulatka zawieszała wszystkie ozdoby na dwóch najniższych gałązkach, przez co drzewko przechylało się na jedną stronę. Mariola próbowała dyskretnie przenosić bombki wyżej, lecz wnuczka za każdym razem zauważała zmianę i wracała z nimi na wybrane miejsce.
— Zostaw — powiedział Andrzej. — To jej część choinki.
— Będzie krzywo.
— Pierwszy raz w życiu bronisz czyjegoś bałaganu?
— To nie bałagan. To dziecięca kompozycja.
— Oczywiście. Gdy ja tak wieszam, jest źle.
— Ty nie masz dwóch lat.
— Czasami twierdzisz inaczej.
W Wigilię przyszli najbliżsi. Dominika i Martin przywieźli wino oraz deser, Sabrina z Issamem pojawili się z Alissą i torbą prezentów. Dziewczynka miała elegancką sukienkę, którą Mariola kupiła kilka tygodni wcześniej, choć Sabrina utrzymywała, że w szafie córki są już trzy odpowiednie stroje.
— Ten jest świąteczny — wyjaśniła babcia.
— Tamte też miały być świąteczne.
— Ale ten jest na te święta.
Przy stole mieszały się języki. Alissa słyszała polskie słowa od babci i dziadka, niemieckie z otoczenia, a czasem również zwroty używane przez Issama. Powtarzała te, które były najłatwiejsze, tworząc własne zdania złożone z kilku światów.
Kiedy powiedziała do Marioli „Oma, daj”, babcia natychmiast spełniła prośbę, choć nie było jasne, czego dotyczyła.
— Mówi do ciebie po niemiecku — zauważył Andrzej.
— Ważne, że wie, do kogo mówi.
— Powinna powiedzieć „babcia”.
— Mówi i tak, i tak.
— A do mnie?
Alissa spojrzała na dziadka.
— Opa.
— Widzisz? Mnie też przerobiła na Niemca.
— Jesteśmy w Monachium — przypomniała Dominika.
— W domu mówimy po polsku.
— W domu mówimy tak, żeby dziecko nas rozumiało — odpowiedziała Mariola. — A ona rozumie więcej niż ty.
Podczas kolacji Alissa próbowała wszystkiego po trochu, ale najbardziej smakowały jej uszka wyławiane z barszczu. Mariola kroiła je na mniejsze części i dmuchała na każdą łyżkę. Andrzej siedział naprzeciwko i patrzył, jak żona zapomina o własnym talerzu.
— Jedz — powiedział.
— Jem.
— Od dziesięciu minut trzymasz ten sam widelec.
Po chwili postawił przed nią świeży, ciepły talerz, tak jak robił podczas wakacji na Majorce. Mariola uniosła brwi.
— Znowu przewidziałeś, że moje jedzenie wystygnie?
— Po tylu latach znam kolejność. Najpierw nakarmisz wnuczkę, potem zapytasz wszystkich, czy mają dokładkę, a na końcu zjesz zimne.
— Dlatego mam ciebie.
— Wiem. Jestem od walizek i ciepłych talerzy.
Po kolacji przyszedł czas na prezenty. Alissa biegała między choinką a dorosłymi, podawała paczki nie tym osobom i próbowała otwierać wszystkie, niezależnie od imienia na bileciku. Największą radość sprawiało Marioli obserwowanie wnuczki, ale w pewnej chwili dziewczynka ominęła ją i usiadła dziadkowi na kolanach, żeby wspólnie rozpakować drewnianą układankę.
— No proszę — powiedziała Mariola. — Babcia kupowała prezenty, a dziadek zbiera wdzięczność.
— Dziecko rozpoznaje, kto w tym domu jest spokojniejszy.
— Za chwilę przypomnę jej, kto ma schowane słodycze.
— To przekupstwo.
— W miłości wszystkie uczciwe metody są dozwolone.
Alissa odwróciła się, wyciągnęła rękę do babci i zawołała ją po polsku. Mariola natychmiast usiadła obok, zapominając o udawanej zazdrości.
— Wiedziałam, że mnie wybierze — powiedziała.
— Zawołała cię, bo nie mogła otworzyć pudełka.
— Nie psuj mi zwycięstwa.
Wieczorem śpiewali kolędy. Andrzej zaczynał zbyt nisko, Dominika próbowała utrzymać melodię, Sabrina śmiała się z ojca, a Alissa powtarzała końcówki słów. Mariola siedziała wśród nich z wnuczką na kolanach. Dla innych była to jedna ze świątecznych chwil. Dla niej stawała się początkiem tradycji, którą chciała powtarzać każdego roku.
Nie mogła wiedzieć, ile takich świąt jeszcze przygotuje. W tamtej chwili nie myślała o końcu. Myślała o następnym Bożym Narodzeniu, o większej choince, nowych potrawach i o tym, że Alissa będzie już śpiewać więcej słów. Wyobrażała sobie, że wnuczka rośnie przy ich stole, najpierw jako mała dziewczynka, potem uczennica, nastolatka i młoda kobieta, która nadal przychodzi do babci, bo właśnie tutaj święta pachną tak jak powinny.
Kiedy późnym wieczorem wszyscy zaczęli się zbierać, Mariola pakowała im jedzenie. Dominika dostała ciasto i pierogi, Sabrina z Issamem barszcz, rybę oraz pojemnik uszek dla Alissy. Nikt nie pytał, czy chce coś zabrać, ponieważ odpowiedź nie miała znaczenia.
— Mamo, nie zmieści nam się to w lodówce — protestowała Sabrina.
— Zmieści.
— Skąd wiesz, jaką mamy lodówkę?
— Widziałam.
— Nie wiesz, co już w niej stoi.
— To wyjmij coś mniej potrzebnego.
Andrzej pomagał zanosić torby do samochodu. Kiedy wrócił, Mariola stała przy oknie i patrzyła, jak tylne światła auta znikają na ulicy.
— Pojechali — powiedział.
— Widzę.
— Było dobrze.
— Bardzo dobrze.
W mieszkaniu nadal pachniało choinką, barszczem i świecami. Na podłodze zostały kawałki papieru, pod stołem leżała dziecięca spinka, a jedna z bombek wisiała niebezpiecznie nisko, ponieważ Alissa poprawiała ją tuż przed wyjściem.
Mariola nie zaczęła od razu sprzątać. Usiadła na kanapie i przez chwilę słuchała ciszy.
— Jeszcze niedawno czekałam na ciszę — powiedziała. — Teraz, kiedy przychodzi, od razu za nią tęsknię.
Andrzej usiadł obok.
— Za ciszą?
— Nie. Za nią.
Objął żonę ramieniem. Mariola oparła głowę na jego piersi, zmęczona całym dniem, ale zbyt poruszona, żeby od razu iść spać.
— Córki dorosły tak szybko — powiedziała. — Wtedy myślałam, że zawsze będziemy je kąpać, ubierać i prowadzić za rękę. Potem nagle przestały nas potrzebować w taki sposób. Teraz mam Alissę i wiem już, jak krótko trwa wszystko, co wydaje się codziennością.
— Dlatego robisz tysiąc zdjęć.
— Zdjęcia pomagają.
— Wiem.
— Śmiejesz się z moich albumów.
— Śmieję się, bo musimy kupować nowe szafki. Ale kiedy chcę przypomnieć sobie nasze życie, to właśnie ty potrafisz znaleźć właściwy rok, miejsce i zdjęcie.
Mariola podniosła głowę.
— Naprawdę je oglądasz?
— Czasami. Kiedy ciebie nie ma w pokoju, żebyś nie komentowała każdej fotografii.
— Bez komentarza możesz nie zrozumieć.
— Właśnie dlatego robię to po cichu.
Pocałowała go w policzek. Andrzej przesunął dłonią po jej włosach. Za oknem grudniowa noc przykrywała Monachium, a w mieszkaniu po rodzinnym święcie pozostał ten szczególny rodzaj bałaganu, którego nie chciało się usuwać zbyt szybko, bo był dowodem obecności bliskich.
— Zostawmy wszystko do jutra — powiedział.
Mariola spojrzała na stół.
— Ty to mówisz?
— Uczę się od ciebie. Na moich pięćdziesiątych urodzinach też zostawiliśmy naczynia.
— Wtedy miałeś inne zamiary.
— Dzisiaj również mam.
W jego głosie pojawiło się ciepło, które znała od młodości. Nie było w nim pośpiechu ani żądania. Była propozycja bliskości między dwojgiem ludzi, którzy przez cały dzień należeli do rodziny, a teraz mogli znowu pobyć wyłącznie ze sobą.
Mariola uśmiechnęła się i wyciągnęła do niego rękę.
— Najpierw zgaś lampki na choince.
— To mało romantyczne.
— Romantycznie będzie, jeśli mieszkanie się nie spali.
Andrzej zgasił lampki, sprawdził świece i wrócił. Mariola stała przy drzwiach sypialni, wciąż w świątecznej sukience. Zmęczenie widoczne było w jej oczach, lecz gdy spojrzała na męża, pojawił się w nich również dawny blask.
— Co? — zapytała.
— Patrzę.
— Cały dzień miałeś na to czas.
— Cały dzień byłaś mamą, babcią, kucharką i gospodynią. Teraz znów jesteś tylko moją Mariolą.
— Nigdy nie jestem tylko czymś jednym.
— Wiem. Dlatego patrzenie na ciebie nie może mi się znudzić.
Podeszła bliżej i poprawiła mu włosy, jak robiła od lat, kiedy chciała ukryć wzruszenie pod zwyczajnym gestem.
— Dobrze, że jesteś — powiedziała.
— Nigdzie się nie wybieram.
— Ja też nie.
Pocałowali się spokojnie, z czułością ludzi, którzy nie musieli już niczego sobie udowadniać. Ich miłość nie potrzebowała wielkich deklaracji. Mieściła się w świeżym talerzu postawionym przed żoną, w przesunięciu się na brzeg łóżka dla wnuczki, w torbach jedzenia wynoszonych do samochodu i w dłoni odnajdywanej po ciemku.
Później leżeli obok siebie, a Mariola opowiadała, co zrobi inaczej podczas następnych świąt. Andrzej słuchał z zamkniętymi oczami.
— Za rok Alissa będzie już większa — mówiła. — Możemy razem lepić pierogi. Kupię jej mały fartuszek. I powinna mieć własną ozdobę na choinkę, co roku inną. Kiedy dorośnie, dostanie wszystkie.
— Śpisz? — zapytała po chwili.
— Nie. Wyobrażam sobie miejsce, w którym będziemy trzymać dwadzieścia ozdób, nowe albumy i wszystkie rzeczy, które kupisz jej przez następne lata.
— Znajdziemy.
— Wiem. Ty zawsze znajdujesz.
Mariola ułożyła głowę na jego ramieniu. Rok 2010 kończył się dla nich bez wielkich dramatów, za to z mnóstwem drobnych chwil, które nie trafiają do oficjalnych kronik rodzinnych: z pierwszą nocą wnuczki, mąką rozsypaną przy naleśnikach, dwiema świeczkami zapalanymi kilka razy i krzywo ubraną choinką.
Właśnie takie chwile miały po latach okazać się najcenniejsze.
Nie wiedzieli jeszcze, że święta przy stole Marioli będą wracały co roku i że rodzina będzie traktować je jak stały punkt własnego życia. Nie wiedzieli, ile fotografii przybędzie, ile razy Alissa zaśnie w ich mieszkaniu ani jak mocno obecność wnuczki zwiąże ze sobą kolejne pokolenia.
Wiedzieli jedynie, że dom jest pełny wtedy, kiedy ktoś zostawia w nim zabawkę, brudzi stół, zajmuje środek łóżka i po wyjściu sprawia, że cisza brzmi inaczej niż wcześniej.
Andrzej zgasił lampkę. W ciemności odnalazł dłoń Marioli, a ona splotła z nim palce.
Po trzydziestu pięciu latach znajomości i trzydziestu trzech latach małżeństwa wciąż uczyli się nowych odmian tej samej miłości.
Teraz byli nie tylko kobietą i mężczyzną, mężem i żoną, rodzicami dwóch dorosłych córek. Byli także babcią i dziadkiem, a mała Alissa pokazywała im, że życie potrafi rozpocząć się jeszcze raz bez cofania czasu.
Razem.
Dziadowe urodziny
Lato 2011 roku minęło Andrzejowi i Marioli zaskakująco szybko. Kiedy wrócili z urlopu do Monachium, walizki przez kilka dni stały jeszcze w sypialni, na stole leżały niewywołane fotografie, a Mariola co rano spoglądała za okno z miną kobiety, która nie mogła pogodzić się z tym, że zamiast słońca i beztroski czekały na nią praca, zakupy oraz zwyczajne obowiązki. Andrzej znosił powrót lepiej. Twierdził, że każde wakacje mają jedną wadę: człowiek przez cały czas wie, że w końcu będzie musiał wrócić. Jednocześnie już po kilku dniach zaczął przeglądać oferty na następny rok, jakby najlepszym lekarstwem na koniec jednego urlopu było natychmiastowe zaplanowanie kolejnego.
Mariola obserwowała go z rozbawieniem. W ich trzypokojowym mieszkaniu znów pojawił się znajomy rytm. Rano wstawali o stałej porze, pili razem kawę, a później każde ruszało w swoją stronę. Wieczorem spotykali się przy stole, opowiadali sobie o drobiazgach i często telefonowali do córek. Najwięcej rozmów dotyczyło Alissy, która zbliżała się do trzecich urodzin i z każdym tygodniem mówiła coraz więcej. Sabrina twierdziła, że córka potrafi już prowadzić długie rozmowy, chociaż połowę słów rozumiała wyłącznie najbliższa rodzina. Mariola uważała to za przesadę i zapewniała, że rozumie wnuczkę doskonale. Andrzej odpowiadał, że obie posługują się specjalnym językiem kobiet, do którego mężczyźni nigdy nie otrzymają słownika.
We wrześniu miał skończyć pięćdziesiąt pięć lat. Tym razem nie udawał już tak przekonująco, że urodziny go nie interesują. Kiedy Mariola pytała, czy chce przyjęcie, odpowiadał, że nie potrzebuje wielkiego zamieszania, ale zaraz potem wyliczał osoby, które dawno ich nie odwiedzały. Gdy proponowała skromną kolację, zastanawiał się głośno, czy przy stole zmieszczą się wszyscy przyjaciele, bracia, córki i ich rodziny. W końcu Mariola powiedziała, że skoro ma zaprosić pół Monachium, powinien przynajmniej przestać nazywać to skromnym spotkaniem.
— Ja nikogo nie zapraszam — bronił się. — Tylko mówię, kogo byłoby miło zobaczyć.
— Wymieniłeś już ponad dwadzieścia osób.
— Mam wielu przyjaciół. To chyba dobrze o mnie świadczy.
— Albo o ilości alkoholu, którą stawiasz na stole.
— Człowiek powinien pielęgnować przyjaźnie.
— Wiem. Najlepiej w temperaturze pokojowej i małych kieliszkach.
Ostatecznie ustalili, że przyjęcie odbędzie się w sobotę po właściwej dacie urodzin. Mariola od razu zaczęła planować jedzenie. Mówiła, że przygotuje tylko kilka potraw, lecz Andrzej znał ją wystarczająco długo, aby wiedzieć, co oznaczało jej „kilka”. Na liście szybko znalazły się mięsa, sałatki, krokiety, zimna płyta, ciasta i tort. Kiedy próbował wykreślić połowę pozycji, żona odbierała mu kartkę i pytała, czy zamierza podać gościom chleb z musztardą.
Przez następne dni mieszkanie zaczęło pachnieć smażoną cebulą, pieczonym mięsem i ciastem. Mariola pracowała spokojnie, ale z widoczną przyjemnością. Lubiła duże rodzinne spotkania, nawet jeśli później narzekała na zmęczenie. Dla niej stół zastawiony jedzeniem nigdy nie był tylko meblem. Stanowił miejsce, przy którym rodzina potwierdzała, że wciąż chce być razem. Andrzej pomagał tyle, ile mu pozwalała, chociaż jego pomoc często polegała na próbowaniu gotowych potraw i zapewnianiu, że jeszcze czegoś im brakuje.
— Nie dotykaj tych krokietów — powiedziała, kiedy po raz trzeci pojawił się w kuchni.
— Sprawdzam jakość.
— Sprawdziłeś już trzy.
— Wyniki muszą być powtarzalne.
— Następny wynik będzie taki, że dostaniesz ścierką.
Andrzej cofnął rękę, lecz nie odszedł. Objął Mariolę od tyłu i oparł brodę na jej ramieniu. Przez chwilę kołysali się lekko przy kuchennym blacie, choć z radia nie płynęła żadna muzyka.
— Pięćdziesiąt pięć — powiedział. — Kiedy to się stało?
— Powoli. Rok po roku.
— Czuję się najwyżej na czterdzieści.
— Kiedy patrzę, jak podkradasz jedzenie, dałabym ci dwanaście.
— A kiedy jesteśmy sami?
Mariola odwróciła głowę i spojrzała na niego z ukosa.
— Wtedy czasami zachowujesz się jak osiemnastolatek, tylko następnego dnia bolą cię plecy.
— Najważniejsze, że duch jest młody.
— Kręgosłup ma na ten temat inne zdanie.
Roześmiał się i pocałował ją w szyję, ale Mariola wskazała wałkiem drzwi.
— Idź przygotować stół. Inaczej na urodziny dostaniesz tylko świeczkę i talerz do polizania.
W sobotę od rana oboje byli na nogach. Andrzej ustawiał krzesła, przynosił napoje i kilka razy zmieniał zdanie w sprawie muzyki. Mariola poprawiała obrus, układała półmiski i sprawdzała, czy tort zmieści się w lodówce. Po południu założyła granatową sukienkę, którą Andrzej kupił jej kilka miesięcy wcześniej. Kiedy weszła do pokoju, przerwał ustawianie kieliszków i przyjrzał jej się z taką uwagą, że odruchowo wygładziła materiał na biodrach.
— Coś jest nie tak? — zapytała.
— Właśnie przeciwnie.
— Nie zaczynaj. Za chwilę przyjdą goście.
— To ty założyłaś tę sukienkę.
— Normalna sukienka.
— Na tobie żadna nie jest normalna.
Mariola próbowała zachować powagę, lecz uśmiech zdradził, że komplement sprawił jej przyjemność. Podeszła, poprawiła kołnierzyk jego koszuli i pocałowała go krótko.
— To twoje urodziny, więc dzisiaj wolno ci trochę więcej.
— Jak dużo więcej?
— Możesz sam zanieść pustą skrzynkę do piwnicy.
Pierwsi goście pojawili się wcześniej, niż zapowiadali. Edek i Róża przynieśli duży kosz z drobnymi prezentami, z których każdy miał przypominać Andrzejowi o wieku. Były w nim okulary z wyjątkowo grubymi szkłami, drewniana laska, paczka tabletek witaminowych, lupa, mały budzik i śliniak podobny do tego, który dostał pięć lat wcześniej. Edek wyjaśnił, że przedmioty tworzą kompletny zestaw dla mężczyzny wchodzącego w dojrzałość.
— Laskę możesz sobie zabrać — powiedział Andrzej. — Przyda ci się wcześniej.
— Ja jestem młody.
— O trzy miesiące.
— W naszym wieku trzy miesiące to cała epoka.
Za nimi przyszli Irek z Barbarą, a później kolejni krewni i znajomi. W mieszkaniu szybko zrobiło się głośno. Płaszcze ledwo mieściły się w przedpokoju, krzesła trzeba było dostawiać, a każdy nowy gość zatrzymywał się przy Andrzeju, żeby złożyć życzenia i powiedzieć mu, że jak na swój wiek wygląda całkiem nieźle. Jubilat odpowiadał, że słowo „całkiem” jest w tych życzeniach zupełnie niepotrzebne.
Dominika przyjechała sama, bo Martin miał obowiązki, z których nie mógł się zwolnić. Sabrina zjawiła się z Issamem i Alissą. Dziewczynka weszła do mieszkania, trzymając w obu dłoniach własnoręcznie wykonaną kartkę. Na kolorowym papierze znajdowały się krzywe kreski, naklejone serca i duża plama po kleju. Sabrina wyjaśniła, że środkowa postać przedstawia dziadka, choć trudno było rozpoznać ją po wyglądzie.
Andrzej uklęknął przed wnuczką.
— To ja?
Alissa skinęła głową.
— A dlaczego mam zieloną twarz?
— Bo nie było skóry — odpowiedziała poważnie.
— Nie było kredki w kolorze skóry — wyjaśniła Sabrina.
— Rozumiem. A te trzy włosy?
— To dużo — powiedziała Alissa.
Wszyscy stojący w pobliżu wybuchnęli śmiechem. Andrzej przycisnął kartkę do piersi i zapewnił wnuczkę, że jest to najpiękniejszy portret, jaki kiedykolwiek otrzymał. Alissa natychmiast wyciągnęła ręce, więc podniósł ją i zaczął oprowadzać po pokoju, pokazując jej gości. Dziewczynka pozwalała się przedstawiać, chociaż większość osób już znała, a po chwili oznajmiła, że chce siedzieć obok dziadka podczas kolacji.
Mariola patrzyła na nich z kuchni. Widok Andrzeja z wnuczką na rękach zawsze poruszał ją bardziej, niż się spodziewała. Pamiętała go jako młodego ojca, niepewnie trzymającego Dominikę, później Sabrinę, i człowieka, który twierdził, że małe dzieci są zbyt delikatne dla jego dużych dłoni. Teraz te same dłonie pewnie podtrzymywały Alissę, a on sam gotów był nosić ją tak długo, dopóki nie zaczynały boleć go ramiona.
— Dziadek ma dzisiaj urodziny — powiedziała Mariola do wnuczki.
— Ile?
— Pięćdziesiąt pięć — odpowiedział Andrzej.
Alissa zastanowiła się chwilę.
— Dużo.
— Dziękuję. Właśnie tego brakowało w życzeniach.
— Babcia też dużo?
— Babcia jest młoda — wtrąciła Mariola.
— Babcia ma pięćdziesiąt trzy — powiedział Andrzej.
Mariola spojrzała na niego ostrzegawczo.
— Dziadek za chwilę może nie dożyć tortu.
Przy stole rozmowy mieszały się ze sobą. Jedni wspominali minione wakacje, inni pytali o pracę, samochody i plany na następny rok. Mariola krążyła między kuchnią a pokojem, choć wszyscy powtarzali, żeby wreszcie usiadła. Andrzej kilkakrotnie łapał ją za rękę i próbował zatrzymać obok siebie, ale po chwili przypominała sobie o kolejnym półmisku albo dzbanku.
— Siadaj — powiedział w końcu stanowczo. — Jeśli czegoś zabraknie, goście przeżyją.
— Łatwo ci mówić. Ty siedzisz.
— Mam urodziny.
— Od pięćdziesięciu pięciu lat używasz tego samego argumentu raz w roku.
Mimo protestu usiadła przy nim. Andrzej nalał jej wina, a pod stołem położył dłoń na jej kolanie. Nie było w tym nic nieprzyzwoitego, jednak sposób, w jaki przesunął kciukiem po materiale sukienki, sprawił, że Mariola rzuciła mu krótkie spojrzenie.
— Zachowuj się — szepnęła.
— Siedzę grzecznie.
— Znam twoje grzeczne ręce.
— Od trzydziestu sześciu lat.
— Właśnie dlatego mnie nie oszukasz.
Po kolacji na stole pojawił się tort. Mariola umieściła na nim dwie świeczki w kształcie piątek, a obok, dla żartu, małą figurkę staruszka siedzącego w fotelu. Alissa chciała pomóc w zdmuchiwaniu, więc Andrzej posadził ją na kolanach. Kiedy wszyscy skończyli śpiewać „Sto lat”, wnuczka nabrała tyle powietrza, że policzki zrobiły jej się okrągłe, i zdmuchnęła jedną świeczkę, zanim dziadek zdążył pomyśleć życzenie.
— Oszukałaś mnie — powiedział.
— Jeszcze jedna — odpowiedziała i wskazała drugą.
Zdmuchnęli ją razem. Ktoś zapytał, czego Andrzej sobie życzył.
— Żeby wszystkie kobiety w moim życiu przestały mną rządzić.
— To życzenie już się nie spełni — powiedziała Dominika.
— Szczególnie że pomagają ci je zdmuchnąć — dodała Sabrina.
— W takim razie chcę jeszcze kawałek tortu.
— To możemy załatwić — oznajmiła Mariola.
Kiedy przyszedł czas na prezenty, Andrzej otrzymał koszulę, książki, butelkę dobrego koniaku, akcesoria do samochodu i kopertę od córek. Alissa wręczyła mu dodatkowo mały plastikowy samochodzik, który sama wybrała w sklepie. Był jaskrawoczerwony i miał otwierane drzwi. Andrzej długo oglądał go ze wszystkich stron, po czym postawił na honorowym miejscu obok kieliszka.
— To najlepszy samochód, jaki dziś dostałem — stwierdził.
— Jedyny — zauważyła Mariola.
— Dlatego bezkonkurencyjny.
Po kilku toastach atmosfera stała się swobodniejsza. Edek założył Andrzejowi na głowę papierową koronę z liczbą pięćdziesiąt pięć, Irek przyniósł laskę i kazał jubilatowi pokazać, jak będzie chodził za dziesięć lat. Andrzej oparł się na niej, zgarbił przesadnie i zaczął drobnymi krokami przechodzić przez pokój, narzekając na dzisiejszą młodzież, ceny oraz brak szacunku dla starszych.
Alissa obserwowała go przez chwilę, po czym podeszła i chwyciła za wolną rękę.
— Pomogę ci, dziadku.
Śmiech wybuchł jeszcze głośniej. Andrzej natychmiast się wyprostował, odłożył laskę i podniósł wnuczkę.
— Dziękuję, ale dziadek jeszcze daje sobie radę.
— Boli noga?
— Nie. Wujek Edek jest niemądry.
— To akurat dziecko zrozumiało bez tłumaczenia — powiedziała Róża.
Rozmowa zeszła na ważne rocznice. Ktoś zauważył, że pięćdziesiąt piąte urodziny nie brzmią tak uroczyście jak pięćdziesiąte, a ktoś inny dodał, że następny naprawdę okrągły jubileusz czeka Andrzeja dopiero za pięć lat. Jubilat pokręcił głową i uniósł kieliszek.
— Ludzie niepotrzebnie tak przeżywają trzydzieste, czterdzieste i pięćdziesiąte urodziny — oświadczył. — Ja wolę inne liczby.
— Jakie? — zapytał Irek.
— Trzydzieste trzecie są Chrystusowe.
— To wszyscy wiedzą — powiedziała Barbara.
— Czterdzieste czwarte są Andrzejowe.
— Dlaczego Andrzejowe? — zdziwiła się Sabrina.
— Bo wtedy miałem czterdzieści cztery lata, a jestem Andrzej. Bardzo ważna rocznica.
— Niezwykle logiczne — oceniła Dominika.
Andrzej odczekał chwilę, zadowolony, że wszyscy patrzą właśnie na niego.
— A pięćdziesiąte piąte są Dziadowe.
Przy stole zapadła krótka cisza, po której Edek uderzył dłonią w blat i zaczął się śmiać. Irek wzniósł toast za wszystkich obecnych i przyszłych dziadów. Mariola spojrzała na męża z miną pełną czułego politowania.
— W takim razie wreszcie obchodzisz urodziny odpowiednie do swojego charakteru — powiedziała.
— Chciałem powiedzieć, że jestem szczęśliwym dziadkiem.
— Teraz próbujesz się ratować.
— Mam wnuczkę, więc mam prawo do Dziadowych urodzin.
— A ja mam prawo potwierdzić, że czasami jesteś starym dziadem.
— Tylko czasami?
Mariola nachyliła się i pocałowała go w policzek.
— Dzisiaj masz urodziny, więc będę miła.
Alissa nie rozumiała całego żartu, ale usłyszała słowo „dziadek” i zaczęła klaskać. Andrzej objął ją jedną ręką, a drugą uniósł kieliszek.
— Za moje Dziadowe urodziny! — zawołał. — I za to, żebym jak najdłużej mógł być takim dziadkiem.
Tym razem toast zabrzmiał inaczej. W pierwszej chwili wszyscy się śmiali, lecz po chwili w słowach Andrzeja odnaleźli coś więcej niż dowcip. Pięćdziesiąt pięć lat nie było starością, ale stanowiło wiek, w którym człowiek coraz częściej mierzył czas nie tylko własnymi urodzinami. Patrzył na dorosłe dzieci, rosnącą wnuczkę i miejsca pozostawione przez tych, których już brakowało przy stole. Mariola pomyślała o matce. Minęły cztery lata od jej śmierci, a jednak czasami wśród rodzinnego gwaru wciąż odruchowo oczekiwała głosu, którego nie mogła już usłyszeć.
Andrzej dostrzegł nagłą zmianę w jej twarzy. Nie zapytał przy wszystkich. Jedynie ścisnął jej dłoń pod stołem. Mariola odpowiedziała tym samym i po chwili znów się uśmiechnęła. Wiedziała, że mąż rozumie takie krótkie nieobecności. Sam czasem milkł, wspominając ludzi i lata, których nie można było odzyskać.
Muzyka zaczęła grać głośniej. Mariola pierwsza wstała do tańca, bo długie siedzenie przy stole nigdy nie było dla niej najważniejszą częścią przyjęcia. Wyciągnęła rękę do Andrzeja, a on udawał zaskoczonego.
— Ja? W moim wieku?
— Wstawaj, dziadzie. Zobaczymy, czy nogi jeszcze działają.
— Przed chwilą miałaś być miła.
— Byłam. Minęło.
Ruszyli między stołem a odsuniętymi krzesłami. Miejsca było niewiele, ale Marioli to nie przeszkadzało. Tańczyła lekko, obracając się w granatowej sukience, i po kilku chwilach przestała zwracać uwagę na to, kto patrzy. Andrzej prowadził ją pewnie. Nie miał jej zamiłowania do tańca, lecz przez lata nauczył się podążać za muzyką oraz za żoną, która potrafiła własną radością porwać nawet najbardziej opornego partnera.
— Nieźle jak na starego dziada — powiedziała.
— A ty nieźle jak na babcię.
— Uważaj.
— Piękną babcię.
— Za późno. Już usłyszałam pierwszą wersję.
Przyciągnął ją bliżej, choć do szybszej piosenki zupełnie to nie pasowało.
— Dla mnie nadal jesteś tą dziewczyną, z którą chciałem tańczyć w 1975 roku.
— Tylko wtedy nie zawsze miałeś odwagę podejść.
— Teraz nadrabiam.
— Po trzydziestu sześciu latach?
— Nigdy nie jest za późno.
Mariola oparła na moment czoło o jego skroń. Lubiła, gdy mówił do niej w ten sposób, nawet jeśli po chwili obracał wszystko w żart. Wiedziała, że pod żartami Andrzeja często kryła się najprawdziwsza część jego uczuć. Nie zawsze umiał wygłaszać piękne przemowy, ale potrafił przez całe przyjęcie szukać jej wzrokiem, podać rękę, kiedy tego potrzebowała, i zauważyć smutek, którego nie dostrzegał nikt inny.
Po chwili Alissa wbiegła między nich i zażądała tańca z dziadkiem. Mariola ustąpiła miejsce, a Andrzej wziął wnuczkę na ręce. Obracał się z nią ostrożnie, podczas gdy dziewczynka śmiała się i wołała, żeby szybciej. Sabrina próbowała go powstrzymać, obawiając się, że po winie i torcie straci równowagę, lecz Andrzej zapewniał, że kontroluje sytuację.
— On przez całe życie twierdzi, że kontroluje sytuację — powiedziała Mariola do córki. — Zwykle właśnie wtedy trzeba najbardziej uważać.
— Słyszę was! — zawołał.
— To dobrze. Ze słuchem też jeszcze nie jest najgorzej.
Kiedy piosenka się skończyła, Andrzej odstawił Alissę na podłogę i przyłożył dłoń do pleców.
— Co się stało? — zapytała Mariola z udawaną troską.
— Nic.
— Młodość cię złapała?
— Za szybko się obracałem.
— Oczywiście. To nie ma nic wspólnego z wiekiem.
— Właśnie tak.
Wieczór płynął w rozmowach, muzyce i kolejnych dowcipach. Andrzej opowiedział znany kawał o chłopcu wyglądającym przez okno. Chłopiec najpierw wołał, że idzie stryjostwo, później wujostwo, a gdy zobaczył dziadków, oznajmił z powagą, że nadchodzi dziadostwo. Edek śmiał się najgłośniej, choć słyszał ten dowcip już wcześniej. Alissa zapytała, co to jest dziadostwo, a Mariola bez wahania wskazała jubilata i jego przyjaciół.
— O, właśnie to.
— My jesteśmy elitarnym dziadostwem — poprawił ją Irek.
— Z własnymi krzesłami, tabletkami i okularami — dodała Barbara.
W pewnym momencie Andrzej wyjął zdjęcia z wakacji. Natychmiast rozpoczęła się dyskusja, na których fotografiach Mariola wygląda najlepiej, a na których Andrzej powinien był wciągnąć brzuch. Jubilat bronił się, że aparat poszerza, na co Dominika odpowiedziała, że dziwnym trafem poszerzył tylko jego. Mariola oglądała fotografie z uśmiechem. Na wielu stali obok siebie, opaleni i rozluźnieni, w tych kilku dniach wolni od codziennych obowiązków. Najbardziej spodobało jej się zdjęcie zrobione bez przygotowania: siedziała przy stoliku i odwracała głowę w stronę Andrzeja, który właśnie coś do niej mówił. Nie patrzyli w obiektyw. Patrzyli na siebie.
— To chcę powiększyć — powiedziała.
— Przecież prawie nie widać widoku — zauważył Andrzej.
— Widok mnie nie interesuje.
Spojrzał jeszcze raz na fotografię i zrozumiał. Schował ją osobno, obiecując, że oprawi ją w ramkę. Edek natychmiast zaczął żartować, że po pięćdziesiątce ludzie robią się sentymentalni, ale Róża uciszyła go, pytając, kiedy ostatni raz sam oprawił ich wspólne zdjęcie. Edek nagle bardzo zainteresował się kawałkiem tortu.
Alissa wytrzymała znacznie dłużej, niż przewidywała Sabrina. W końcu jednak zaczęła przecierać oczy. Mariola przygotowała jej miejsce w sypialni, licząc, że wnuczka zaśnie, zanim rodzice będą chcieli wracać. Dziewczynka nie zgodziła się położyć bez babci, więc Mariola usiadła obok niej i zaczęła opowiadać prostą historię o małej dziewczynce, która znalazła w lesie urodzinową koronę dla dziadka.
— Dziadek też spać? — zapytała Alissa.
— Jeszcze nie. Dziadek ma gości.
— Dziadek stary.
Mariola zasłoniła usta, żeby nie roześmiać się za głośno.
— Kto ci to powiedział?
— Dziadek.
— Dziadek dzisiaj mówi różne głupoty.
Alissa zamknęła oczy, obejmując małą poduszkę. Po kilku minutach jej oddech stał się równy. Mariola siedziała jeszcze chwilę, patrząc na drobną twarz wnuczki. Czuła wdzięczność, która niemal bolała. Jeszcze niedawno martwiła się o dorastające córki, ich wybory i przyszłość. Teraz jedna z nich była matką, a ona sama miała przed sobą dziecko, dla którego chciała zatrzymać wszystkie dobre rzeczy świata.
Andrzej zajrzał do sypialni.
— Śpi?
Mariola skinęła głową i wyszła z nim na korytarz.
— Powiedziała, że jesteś stary.
— Kto ją tego nauczył?
— Podobno ty.
— Mówiłem o Dziadowych urodzinach, a nie że jestem stary.
— Dla niej pięćdziesiąt pięć to prehistoria.
Andrzej objął żonę w pasie.
— A dla ciebie?
Mariola przyjrzała mu się. W świetle z pokoju wyraźniej widziała siwe pasma we włosach i zmarszczki przy oczach, których nie było, gdy się poznali. Nie odejmowały mu jednak niczego. Przeciwnie, należały do twarzy mężczyzny, z którym przeżyła niemal całe dorosłe życie.
— Dla mnie jesteś dokładnie w takim wieku, w jakim powinieneś być — odpowiedziała.
— To znaczy?
— Dwa lata starszy ode mnie.
— Bardzo romantyczne.
— Chcesz romantycznie? Nadal cię kocham, chociaż znam cię od trzydziestu sześciu lat. Większego dowodu nie dostaniesz.
Pocałował ją, zanim zdążyła dodać następny żart. Pocałunek był krótki, bo kilka metrów dalej siedzieli goście, ale wystarczył, żeby Mariola spojrzała na niego inaczej.
— Idź do swoich dziadów — powiedziała cicho. — Później dokończymy.
— Obiecujesz?
— Jeśli pomożesz sprzątać.
— To już nie brzmi romantycznie.
Goście zaczęli wychodzić przed północą. Pożegnania jak zwykle trwały długo. Każdy chciał jeszcze dopowiedzieć ostatnią historię, zabrać przepis albo ustalić termin następnego spotkania. Edek zostawił laskę w prezencie i zapewnił, że Andrzej podziękuje mu za kilka lat. Irek po raz ostatni wzniósł toast za Dziadowe urodziny, a Barbara musiała przypomnieć mu, że kieliszek jest już pusty.
Sabrina i Issam zdecydowali się zostawić śpiącą Alissę u dziadków. Mariola zaproponowała to od razu, widząc, że przenoszenie dziecka do samochodu tylko ją obudzi. Sabrina sprawdziła, czy w torbie są ubrania na następny dzień, pocałowała córkę i długo powtarzała matce wszystkie instrukcje.
— Wychowałam dwoje dzieci — przypomniała Mariola.
— Wiem, ale ona czasami budzi się w nocy.
— Poradzimy sobie.
— I rano nie dawaj jej za dużo słodyczy.
— Oczywiście.
Andrzej stojący za żoną próbował zachować niewinną minę.
— Tato, to dotyczy również ciebie — dodała Sabrina.
— Ja w ogóle nie jem słodyczy.
— Mówimy o Alissie.
— A, to co innego.
Po zamknięciu drzwi mieszkanie nagle ucichło. Na stole zostały talerze, kieliszki i półmiski z resztkami jedzenia. Papierowa korona leżała na kanapie, a plastikowy samochodzik od Alissy stał obok fotografii z wakacji. Andrzej popatrzył na bałagan i westchnął.
— Pięć lat temu po urodzinach mieliśmy w szafie nadmuchiwaną lalkę — powiedział. — Dzisiaj mamy laskę i zabawkowy samochód. Człowiek naprawdę się starzeje.
— Lalka nadal gdzieś jest — odpowiedziała Mariola.
— Naprawdę jej nie wyrzuciłaś?
— Chyba leży na dnie szafy.
— Czyli jednak mam zabezpieczenie na starość.
— Spróbuj ją znaleźć, a laska przyda ci się jeszcze dzisiaj.
Zaczęli sprzątać po cichu, żeby nie obudzić wnuczki. Andrzej zbierał szkło, Mariola chowała jedzenie. Co pewien czas spotykali się w wąskim przejściu między stołem a kuchnią i żadne nie spieszyło się, żeby ustąpić. W końcu Andrzej odstawił tacę i położył dłonie na biodrach żony.
— Co robisz? — zapytała szeptem.
— Przechodzę.
— To przejdź.
— Nie ma miejsca.
— Cały pokój jest pusty.
— Właśnie tutaj jest najkrótsza droga.
Mariola objęła go za szyję.
— Urodziny się skończyły. Już nie wolno ci wszystkiego.
— Jeszcze nie ma północy.
— Zostało osiem minut.
— Musimy je dobrze wykorzystać.
Pocałował ją wolno, z cierpliwością, której brakowało im w młodości. Nie spieszyli się, mimo tykającego zegara i bałaganu wokół. Po trzydziestu sześciu latach od pierwszego spotkania nadal potrafili odnaleźć w zwyczajnej kuchni chwilę należącą tylko do nich. Mariola przesunęła dłonią po jego karku i przyciągnęła bliżej, ale po chwili z sypialni dobiegło ciche wołanie.
— Babciu…
Oderwali się od siebie.
Andrzej spojrzał na zegar.
— Siedem minut.
— Tak wygląda życie dziadka — powiedziała Mariola i pocałowała go w policzek. — Poczekaj tutaj.
Alissa siedziała na łóżku z potarganymi włosami i zdezorientowaną miną. Mariola położyła się obok niej, a po chwili Andrzej przyniósł szklankę wody. Dziewczynka napiła się, spojrzała na dziadka i wyciągnęła rękę. Usiadł po drugiej stronie. W ten sposób, podobnie jak podczas jej pierwszej nocy u dziadków, znaleźli się we troje na jednym łóżku.
— Dziadek ma urodziny — przypomniała sennie Alissa.
— Już prawie miał — odpowiedział.
— Prezent?
— Dostałem od ciebie samochód.
— Czerwony.
— Najpiękniejszy.
— Babcia też prezent?
Andrzej spojrzał ponad głową wnuczki na Mariolę.
— Babcia jest moim prezentem od życia.
Mariola uśmiechnęła się.
— Ładnie. Sam wymyśliłeś?
— Czekałem pięćdziesiąt pięć lat, żeby to powiedzieć.
Alissa nie słuchała już odpowiedzi. Zamknęła oczy, trzymając jedną ręką palec babci, a drugą dłoń dziadka. Po kilku minutach ponownie zasnęła. Andrzej i Mariola leżeli bez ruchu, bojąc się ją obudzić.
Z dużego pokoju dobiegało ciche tykanie zegara. Minęła północ. Pięćdziesiąte piąte urodziny Andrzeja oficjalnie przeszły do historii, choć na stole wciąż stały ich ślady.
— No i co, dziadku? — szepnęła Mariola. — Dobre były te Dziadowe urodziny?
Andrzej spojrzał na śpiącą wnuczkę, później na żonę.
— Najlepsze.
— Lepsze od pięćdziesiątych?
— Wtedy dostałem lalkę. Teraz dostałem samochód.
— Plastikowy.
— Ale od Alissy.
Mariola delikatnie pogładziła dziewczynkę po włosach.
— Ona będzie rosła, a my będziemy coraz starsi.
— Taki jest plan.
— Czasami mnie to przeraża.
— Co dokładnie?
— Że wszystko dzieje się tak szybko. Niedawno Sabrina sama była małą dziewczynką, a teraz zostawia u nas swoją córkę. Ty masz pięćdziesiąt pięć lat, ja pięćdziesiąt trzy. Za chwilę Alissa pójdzie do szkoły, później dorośnie, a my nawet nie zauważymy, kiedy to minęło.
Andrzej milczał przez chwilę.
— Nie zatrzymamy czasu — powiedział. — Możemy tylko być tam, gdzie jesteśmy, zanim przejdzie dalej.
— Od kiedy jesteś taki mądry?
— Od Dziadowych urodzin. To przychodzi dokładnie o północy.
Mariola stłumiła śmiech, żeby nie obudzić Alissy.
— Wiedziałam, że długo nie wytrzymasz bez żartu.
— Mówię poważnie. Chcę widzieć, jak rośnie. Chcę ją wozić, zabierać na karuzele, kupować za duże precle i wszystko, czego ty będziesz jej zabraniała.
— To ja kupiłam jej tego precla.
— W takim razie będziemy ją wspólnie rozpieszczać.
— Sabrina nam tego nie wybaczy.
— Kiedyś zrozumie. Dziadkowie mają inne obowiązki niż rodzice.
— Jakie?
— Rodzice wychowują, a dziadkowie pokazują, że życie może być trochę słodsze.
Mariola patrzyła na niego długo. Pod dowcipami znów pojawiło się zdanie, które chciała zapamiętać.
— Będziesz dobrym dziadkiem — powiedziała.
— Już jestem.
— Skromnym też.
— To jedna z moich największych zalet.
Po pewnym czasie przenieśli Alissę na środek łóżka i ostrożnie ułożyli obok siebie. O romantycznym zakończeniu wieczoru nie mogło być mowy, ale żadne nie czuło rozczarowania. Leżeli po dwóch stronach wnuczki i trzymali się za ręce ponad jej małym ciałem.
Andrzej pomyślał o wszystkich swoich urodzinach. Nie pamiętał większości tortów, prezentów ani życzeń. Pamiętał jednak ludzi. Matkę pochylającą się nad nim, gdy był dzieckiem, braci, pierwsze urodziny obchodzone z Mariolą, córki pomagające zdmuchiwać świeczki i pięćdziesiątkę, podczas której dorośli mężczyźni zachowywali się jak chłopcy z nadmuchiwaną lalką. Teraz zapamięta zieloną twarz na rysunku, trzy włosy i Alissę, która powiedziała mu bez litości, że pięćdziesiąt pięć to dużo.
Nie miał nic przeciwko temu, że był dziadkiem. Słowo, które kiedyś kojarzyło mu się ze starością, dziś brzmiało jak tytuł otrzymany od jednej małej osoby. Było w nim zaufanie, odpowiedzialność i radość, jakiej nie znał wcześniej. Dzięki Alissie odkrywał, że miłość do dziecka własnego dziecka jest jednocześnie znajoma i zupełnie nowa.
Spojrzał na Mariolę. Miała zamknięte oczy, lecz nadal ściskała jego dłoń. W półmroku widział zarys twarzy kobiety, którą poznał jako siedemnastolatkę. Przez chwilę próbował objąć wyobraźnią wszystkie lata między tamtym pierwszym spotkaniem a dzisiejszą nocą. Nie potrafił. Było ich zbyt wiele, pełnych zdarzeń, pomyłek, szczęścia, bólu i powrotów do siebie.
— Śpisz? — zapytał szeptem.
— Nie.
— Kocham cię.
Mariola otworzyła oczy.
— Wiem.
— Nie odpowiada się „wiem”.
— Sam mnie tego nauczyłeś.
— To było pięć lat temu.
— Pamiętam.
— Ja też.
Uśmiechnęli się do siebie ponad głową wnuczki.
— Kocham cię, mój stary dziadzie — powiedziała Mariola.
— Lepiej.
— Nie przyzwyczajaj się.
Następnego ranka Alissa obudziła ich wcześnie. Andrzej próbował przekonać ją, że solenizanci mają prawo spać dłużej, ale dziewczynka oznajmiła, że jest głodna. Mariola wstała pierwsza, założyła szlafrok i poszła do kuchni. Na stole czekał widok po przyjęciu, którego poprzedniego wieczoru nie zdążyli całkowicie usunąć.
Andrzej wszedł za nią z Alissą na rękach. Włosy miał potargane, twarz zmęczoną, a na ramieniu ślad odciśniętej poduszki.
— Wyglądasz dziś naprawdę dostojnie — powiedziała Mariola.
— Tak wygląda szczęśliwy człowiek po Dziadowych urodzinach.
— Tak wygląda człowiek, który wypił za dużo i spał na brzegu łóżka.
— Szczegóły.
Alissa zobaczyła czerwony samochodzik i natychmiast zażądała, żeby dziadek bawił się z nią na podłodze. Andrzej usiadł, mimo cichego jęku, którego nie zdołał powstrzymać. Mariola przygotowywała śniadanie, słuchając odgłosów jazdy, wymyślanych przez męża. Po chwili samochód przejechał pod krzesłem, zderzył się z nogą stołu i wylądował przy jej stopie.
— Wypadek — ogłosiła Alissa.
— Dziadek źle prowadzi — dodała Mariola.
— Dziadek ma najlepsze auto i najlepsze umiejętności — zaprotestował Andrzej.
— Dziadek siedzi na podłodze i nie wie, jak wstać.
— Wiem. Tylko jeszcze nie chcę.
Mariola podała mu rękę. Wstał z jej pomocą, a kiedy znalazł się blisko, pocałował ją krótko.
— Dziękuję.
— Za pomoc?
— Za wczoraj. Za przyjęcie, za rodzinę i za całe to moje dziadostwo.
— Nie ma za co. Za pięć lat zrobimy sześćdziesiąte.
— A jak je nazwiemy?
— Jeszcze masz czas, żeby wymyślić.
— Emerytowe?
— Najpierw dożyj.
— Przy twoim gotowaniu mam duże szanse.
— Przy twoim apetycie nie jestem pewna.
Sabrina przyjechała przed południem. Zastała ojca siedzącego na dywanie z wnuczką i matkę pakującą do pojemników jedzenie z przyjęcia. Alissa natychmiast zaczęła opowiadać o torcie, tańcu, czerwonym samochodzie i o tym, że dziadek jest stary, ale nie boli go noga.
— Widzę, że dużo się nauczyła — powiedziała Sabrina.
— Najważniejszych rzeczy — potwierdziła Mariola.
Andrzej podniósł się z dywanu znacznie ostrożniej niż poprzedniego dnia.
— Zabierzcie dziecko, zanim całkowicie zniszczy mój autorytet.
Alissa podbiegła i objęła go za nogi.
— Dziadku, ja cię kocham.
Andrzej znieruchomiał. Po chwili pochylił się i podniósł ją, nie zwracając uwagi na plecy.
— Ja ciebie też, maleńka.
Mariola odwróciła się do kuchennego blatu, udając, że szuka pokrywki. Sabrina również zamilkła. Jedynie Issam, który właśnie wszedł po torbę córki, uśmiechnął się i niczego nie komentował.
Kiedy rodzina wyszła, mieszkanie znów należało tylko do Andrzeja i Marioli. Zostało jeszcze sprzątanie, pranie obrusa i układanie naczyń, ale tym razem pracowali bez pośpiechu. Andrzej oprawił wakacyjną fotografię w prostą ramkę i postawił ją na komodzie. Obok umieścił rysunek Alissy z zieloną twarzą i trzema włosami.
— Piękna wystawa — oceniła Mariola.
— Moje życie w dwóch obrazach.
— Na jednym masz za dużo brzucha, na drugim za mało włosów.
— Najważniejsze, że na obu jestem szczęśliwy.
Mariola podeszła i stanęła obok niego. Na fotografii z wakacji patrzyli na siebie, nieświadomi aparatu. Na dziecięcym rysunku obok Andrzeja znajdowały się dwie mniejsze postacie, które Alissa narysowała jako siebie i babcię. Trzy osoby trzymały się za ręce pod nierównym żółtym słońcem.
— Pięćdziesiąt pięć lat — powiedział Andrzej. — Dziadowe urodziny.
— I co dalej?
Objął ją ramieniem.
— Dalej będziemy żyć. Pojedziemy jeszcze na niejeden urlop, wyprawimy kolejne święta, zobaczymy, jak Alissa rośnie, i będziemy się kłócić o to, kto ma wynieść śmieci.
— Bardzo ambitny plan.
— Najlepsze plany składają się ze zwyczajnych rzeczy.
Mariola położyła głowę na jego ramieniu. Nie wiedzieli, co przyniosą następne lata. Nie mogli przewidzieć wszystkich radości, chorób, podróży i pożegnań. Tego dnia nie potrzebowali jednak wiedzieć. Mieli wspólne mieszkanie, dorosłe córki, wnuczkę, która nazywała ich babcią i dziadkiem, oraz miłość dojrzałą na tyle, aby nie potrzebowała ciągłych dowodów, a jednocześnie wciąż żywą na tyle, by jeden pocałunek w kuchni zmieniał zwykłą chwilę w coś tylko ich.
Andrzej spojrzał na ramkę, później na Mariolę.
Kiedyś bał się, że starzenie oznacza przede wszystkim utratę. Teraz rozumiał, że każdy kolejny rok również coś przynosił. Nowe role, nowe wspomnienia i nowe osoby, których wcześniej nie było w ich życiu. Pięćdziesiąt pięć lat nie zamykało żadnych drzwi. Otwierało czas, w którym mógł być mężem, ojcem i dziadkiem jednocześnie.
— Wiesz co? — zapytał.
— Co?
— Lubię te Dziadowe urodziny.
Mariola pocałowała go w policzek.
— Ja też, mój dziadzie.
Stali jeszcze chwilę przed dwiema fotografiami. Jedna zatrzymała ich jako małżeństwo po trzydziestu czterech latach wspólnego życia, druga pokazywała oczami dziecka rodzinę połączoną krzywymi kreskami. Obie mówiły właściwie to samo.
Wciąż byli razem. Teraz już nie tylko dla siebie, ale również dla tych, którzy przyszli po nich i uczyli ich, że miłość nie kończy się na dwojgu ludzi. Rozrasta się, zmienia imiona i role, a pewnego dnia siada człowiekowi na kolanach, wręcza czerwony samochodzik i mówi, że pięćdziesiąt pięć lat to bardzo dużo.
Andrzej nie zamieniłby tego dziadostwa na żadną młodość.
Ostatnie pożegnanie
Styczeń 2012 roku rozpoczął się spokojnie. Po świętach mieszkanie Andrzeja i Marioli jeszcze przez kilka dni nosiło ślady rodzinnych spotkań. W dużym pokoju stała choinka, na której dolnych gałązkach brakowało kilku ozdób przeniesionych przez Alissę w miejsca znane tylko jej, a w kuchni wciąż można było znaleźć pudełka z ciastem. Mariola jak zwykle zapewniała wszystkich, że przygotowała za mało jedzenia, po czym przez tydzień rozdawała córkom i znajomym pełne pojemniki.
Andrzej patrzył na początek nowego roku bez szczególnego niepokoju. Miał pięćdziesiąt pięć lat, dorosłe córki, wnuczkę, która potrafiła w ciągu jednego popołudnia zmienić ich uporządkowane mieszkanie w plac zabaw, i Mariolę, z którą nadal planował każdy urlop tak, jakby przed nimi znajdowało się nieskończenie wiele wspólnych lat. Po Dziadowych urodzinach określenie wymyślone dla żartu zadomowiło się w rodzinie. Kiedy narzekał na kręgosłup, Mariola pytała, czy odezwał się już wiek Dziadowy. Gdy zapominał, gdzie położył okulary, córki twierdziły, że to pierwsze poważne objawy. Andrzej odpowiadał, że wszyscy jeszcze zobaczą, który z nich zachowa najwięcej sił.
Tylko jeden temat powracał w jego myślach częściej niż dawniej. Mama.
Mieszkała w Polsce i od pewnego czasu była coraz słabsza. Nie wydarzyło się nic nagłego, co kazałoby rodzinie natychmiast ruszać z Monachium. Były raczej kolejne drobne sygnały: krótsze rozmowy telefoniczne, gorsze dni, mniejszy apetyt i zmęczenie, którego nie potrafiła już ukryć nawet przed synami. Kiedy Andrzej pytał, jak się czuje, odpowiadała zwykle, że odpowiednio do wieku, a później szybko zmieniała temat i wypytywała o Mariolę, córki oraz Alissę.
— Powinieneś zadzwonić do mamy — przypomniała mu któregoś styczniowego wieczoru Mariola.
— Dzwoniłem w niedzielę.
— Dzisiaj jest czwartek.
— Wiem, jaki jest dzień.
— To dobrze. Bałam się, że Dziadowe urodziny zaczynają działać.
Andrzej poszedł po telefon, ale zanim wybrał numer, przez chwilę siedział przy stole i patrzył na aparat. Mariola zauważyła to wahanie.
— Boisz się dzwonić? — zapytała.
— Nie.
— Andrzej.
Westchnął.
— Czasami tak. Kiedy długo nie odbiera, od razu myślę, że coś się stało. A kiedy odbierze i słyszę, że jest słabsza, też nie wiem, co powiedzieć.
— Powiedz to samo co zawsze. Zapytaj, czy czegoś potrzebuje, opowiedz o Alissie i daj jej ponarzekać na ciebie.
— To akurat przychodzi jej bez trudu.
— Widzisz? Macie już temat.
Telefon odebrała po kilku sygnałach. Andrzej przywitał się głośniej niż zwykle, jakby sama siła głosu mogła skrócić odległość między Monachium a Polską. Mama od razu zapytała, czy z jego słuchem jest już tak źle, że również mówić musi coraz głośniej. Uśmiechnął się i spojrzał na Mariolę.
Rozmawiali niemal pół godziny. Opowiedział o świętach, o Alissie, która próbowała powiesić bombkę na klamce, i o tym, że Mariola zamierza pozbyć się choinki, choć on uważa, że mogłaby zostać do Wielkanocy. Mama śmiała się cicho. Później pytała o córki, braci Andrzeja i pogodę w Monachium. O sobie mówiła niewiele.
— Przyjedziemy, jak tylko zrobi się trochę spokojniej — powiedział pod koniec.
— Nie musicie pędzić przez pół Europy za każdym razem, kiedy gorzej się czuję.
— Nie jedziemy za każdym razem.
— I dobrze. Macie swoje życie.
— Ty też jesteś częścią naszego życia.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Wiem, synku — odpowiedziała w końcu.
To słowo zostało z nim po zakończeniu rozmowy. Miał pięćdziesiąt pięć lat, siwe włosy, dorosłe dzieci i wnuczkę, a w głosie matki nadal był synkiem. Nikt inny nie potrafił zwracać się do niego w taki sposób, nie odbierając mu przy tym dorosłości.
— Lepiej się czujesz? — zapytała Mariola.
— Trochę.
— Widzisz. Warto było zadzwonić.
— Powiedziała, żebyśmy nie przyjeżdżali.
— Twoja mama zawsze mówi, żeby nie robić zamieszania.
— A później ma pretensje, że dawno nas nie było.
— To też rodzinne. Ty mówisz, że nie chcesz urodzin, a potem wymieniasz trzydziestu gości.
Andrzej pokręcił głową, ale nie próbował zaprzeczać. Umówili się, że pojadą do Polski, gdy tylko uda się zgrać wolne dni. Nie wybrali jeszcze daty. Jak zwykle wydawało im się, że mają czas.
W pierwszej połowie lutego mama Andrzeja poczuła się gorzej. Wiadomości przychodziły od jego braci. Krzysiek zadzwonił któregoś wieczoru i powiedział, że mama prawie nie wstaje. Leszek następnego dnia przekazał, że lekarz zalecił spokój oraz obserwację. Nikt nie używał słów, które brzmiałyby ostatecznie. Rozmawiali o osłabieniu, wieku i konieczności częstszych wizyt, jakby odpowiednio ostrożne określenia mogły zabezpieczyć ich przed najgorszym.
Andrzej chciał natychmiast zaplanować wyjazd. Sprawdzał grafik w pracy, obliczał trasę i zastanawiał się, czy ruszyć w piątek po południu, czy w sobotę przed świtem. Mariola patrzyła, jak krąży między stołem a szafką z dokumentami.
— Zadzwoń do niej najpierw — powiedziała.
— Krzysiek mówi, że dużo śpi.
— Może akurat nie śpi.
Wybrał numer. Nikt nie odpowiedział. Spróbował ponownie po dziesięciu minutach, potem po półgodzinie. Za trzecim razem telefon odebrała osoba, która była przy mamie. Powiedziała, że śpi i jest bardzo osłabiona, ale można zadzwonić rano.
— Jedziemy — zdecydował Andrzej.
— Dobrze.
Mariola nie pytała, czy jest pewien. Wyjęła walizkę, zadzwoniła do pracy i zaczęła pakować najpotrzebniejsze rzeczy. Andrzej stał przez chwilę pośrodku sypialni, jakby zapomniał, co robi się przed podróżą, którą pokonywał już wiele razy.
— Koszule masz w szafie — przypomniała spokojnie. — Ja zajmę się resztą.
— Nie musisz wszystkiego robić za mnie.
— Nie robię wszystkiego. Ty sprawdź samochód i zatankuj. Wyjedziemy rano.
— A jeśli do rana…
Nie dokończył.
Mariola podeszła i położyła dłonie na jego ramionach.
— Jeśli zadzwonią, ruszymy wcześniej. Teraz przygotujmy się tak, żebyśmy mogli wyjechać w każdej chwili.
Telefon zadzwonił w nocy.
Andrzej obudził się natychmiast, jeszcze zanim w pełni zrozumiał, skąd dochodzi dźwięk. Mariola również usiadła na łóżku. W ciemności ekran aparatu świecił mocnym, zimnym światłem.
Dzwonił Krzysiek.
Andrzej odebrał i powiedział tylko: „Tak?”. Później słuchał. Nie zadawał pytań. Mariola widziała, jak jego twarz nieruchomieje, a wolna ręka zaciska się na kołdrze.
— Kiedy? — zapytał w końcu.
Po krótkiej odpowiedzi zamknął oczy.
— Dobrze. Przyjedziemy.
Odłożył telefon na szafkę. Przez kilka sekund siedział bez ruchu.
— Mama nie żyje — powiedział.
Zdanie zabrzmiało obco, jak informacja dotycząca kogoś innego. Mariola objęła go. Andrzej pozwolił jej na to, ale sam pozostał sztywny. Nie płakał. Patrzył ponad jej ramieniem w ciemność, próbując przyjąć do wiadomości, że jeszcze w styczniu słyszał głos matki, a teraz nie usłyszy go już nigdy.
— Krzysiek był przy niej? — zapytała cicho.
— Tak. Powiedział, że odeszła spokojnie.
Mariola mocniej objęła męża. Znała te słowa. Ludzie wypowiadali je z dobrą intencją, bo nie wiedzieli, jak inaczej opisać śmierć i jak pocieszyć tych, którzy zostali. Spokojne odejście nie zmieniało jednak pustki.
— Nie zdążyłem — powiedział Andrzej.
— Rozmawiałeś z nią.
— Mieliśmy przyjechać.
— Wiem.
— Powiedziała, żebyśmy nie pędzili.
— Bo nie chciała, żebyś się martwił.
— A ja jej posłuchałem.
Mariola odsunęła się na tyle, żeby spojrzeć mu w twarz.
— Nie zrobiłeś nic złego. Nie wiedzieliśmy, że zostało tak mało czasu.
— Powinienem wiedzieć.
— Skąd?
Nie odpowiedział. Wina nie potrzebowała logiki. Pojawiała się zawsze tam, gdzie człowiek próbował znaleźć choćby jedną rzecz, którą mógł zrobić inaczej, aby oszukać nieodwracalność.
Nie położyli się już spać. Mariola zaparzyła herbatę, choć żadne jej nie wypiło. Andrzej zadzwonił do Leszka, potem do córek. Dominika odebrała pierwsza. Kiedy usłyszała wiadomość, długo milczała. Sabrina rozpłakała się. Obie powiedziały, że pojadą na pogrzeb.
— Nie musicie — próbował protestować Andrzej.
— Tato, to nasza babcia — odpowiedziała Dominika.
W jej głosie usłyszał stanowczość Marioli. Nie dyskutował więcej.
Przed świtem zaczęli znosić rzeczy do samochodu. Monachium było jeszcze ciemne i niemal puste. Andrzej sprawdzał dokumenty kilka razy, choć wszystkie leżały w tej samej teczce. Mariola zamknęła mieszkanie, wzięła go pod rękę i poprowadziła do auta.
— Ja mogę zacząć prowadzić — zaproponowała.
— Dam radę.
— Nie pytam, czy dasz. Pytam, czy nie lepiej, żebym prowadziła pierwsze godziny.
— Chcę prowadzić.
Rozumiała. Potrzebował zajęcia, które wymagało uwagi, ruchu i podejmowania prostych decyzji. Droga dawała mu cel: dotrzeć do Polski, spotkać się z braćmi i zająć wszystkim, czym trzeba było się zająć po śmierci.
Ruszyli. Przez długi czas w samochodzie słychać było tylko silnik i cichy szum ogrzewania. Andrzej patrzył przed siebie, trzymając kierownicę trochę mocniej niż zwykle. Mariola siedziała obok i nie zmuszała go do rozmowy.
Po dwóch godzinach zatrzymali się na stacji benzynowej. Andrzej kupił kawę, ale po pierwszym łyku odstawił kubek.
— Pamiętam, jak wołała mnie do domu — powiedział nagle. — Wszyscy chłopcy jeszcze grali, a ja udawałem, że nie słyszę. Potem wychodziła i od razu wiedziałem, że zabawa się skończyła.
Mariola czekała.
— Byłem zły, że zawsze mnie znajdzie. Nieważne, gdzie się schowałem. Dzisiaj oddałbym wszystko, żeby jeszcze raz usłyszeć, jak mnie woła.
Nie próbowała odpowiadać pięknym zdaniem. Dotknęła jego dłoni.
— Opowiedz mi o niej — poprosiła.
— Przecież ją znałaś.
— Znałam jako twoją mamę. Opowiedz mi, jaka była, kiedy byłeś chłopcem.
Andrzej uśmiechnął się smutno. Wrócili do samochodu, a przez kolejne kilometry mówił. Wspominał zapach obiadu, który wyczuwał już na klatce schodowej, jej zdolność dzielenia jednej porcji tak, żeby wystarczyła dla wszystkich, i sposób, w jaki rozpoznawała kłamstwo, zanim zdążył je porządnie wymyślić. Opowiedział o rozbitym oknie, o pierwszym spóźnieniu do domu i o spodniach, które podarł podczas zabawy, choć matka ostrzegała, żeby ich nie zakładał.
Nie wszystkie wspomnienia były ciepłe. Mówił o kłótniach, surowości i słowach, których oboje później żałowali. Mariola słuchała również tego. Wiedziała, że po śmierci człowieka rodzina często próbuje natychmiast uczynić go idealnym, a prawdziwa miłość nie potrzebuje takiego upiększenia. Matka Andrzeja była człowiekiem z własnym charakterem, wadami i trudnym życiem. Właśnie dlatego wspomnienia miały wartość.
Gdy przekroczyli granicę Polski, Andrzej zamilkł. Znajome nazwy miejscowości przybliżały ich do domu, w którym miało już nie być mamy. Córki jechały osobno i miały dotrzeć później. Krzysiek oraz Leszek zajmowali się formalnościami.
Na miejscu bracia przywitali się bez zwykłych żartów. Krzysiek objął Andrzeja i przez chwilę trzymał go mocno, jakby znowu byli chłopcami, którzy po bójce muszą upewnić się, że nadal stoją po tej samej stronie. Leszek podał mu rękę, ale zaraz potem również go przytulił.
— Była spokojna — powiedział Krzysiek. — Naprawdę. Nie męczyła się długo.
Andrzej skinął głową.
— Pytała o was kilka dni temu — dodał Leszek. — Mówiłem, że chcecie przyjechać.
— I co powiedziała?
— Żebyście nie jechali po nocy.
To było tak podobne do niej, że Andrzej prawie się uśmiechnął. Nawet zbliżając się do końca, martwiła się, czy syn nie będzie prowadził zmęczony.
Następne dni wypełniły formalności. Trzeba było ustalić termin pogrzebu, wybrać trumnę, zamówić kwiaty, powiadomić rodzinę i odpowiedzieć na dziesiątki pytań. Andrzej działał sprawnie. Dzwonił, podpisywał dokumenty i uzgadniał wszystko z braćmi. Każde zadanie dawało mu krótką ochronę przed myśleniem.
Mariola pozostawała blisko, ale nie próbowała przejmować decyzji. Pilnowała, żeby jadł, pamiętał o lekach i choć na kilka godzin położył się spać. Kiedy protestował, odpowiadała, że zna go zbyt długo, aby uwierzyć, że kawa może zastąpić sen.
— Nie jestem głodny — mówił.
— Nie musisz być. Zjedz trochę.
— Nic mi nie będzie.
— Tego nie sprawdzimy.
Stawiała przed nim talerz i siadała obok. Czasem zjadał tylko kilka łyżek, lecz jej to wystarczało.
Dominika i Sabrina przyjechały dzień przed pogrzebem. Alissa została w Monachium z Issamem, ponieważ rodzina uznała, że długa podróż i uroczystość będą dla trzyletniego dziecka zbyt trudne. Sabrina miała z tego powodu wyrzuty sumienia, ale Andrzej powiedział, że mama nie chciałaby, aby mała męczyła się wiele godzin tylko po to, żeby dorośli czuli, iż dochowali wszystkich zwyczajów.
Córki przywiozły stare zdjęcia. Wieczorem cała rodzina usiadła przy stole. Krzysiek wyciągnął pudełko fotografii, które znaleźli w rzeczach mamy. Były tam obrazy z dzieciństwa braci, szkolne uroczystości, komunie, wesela i wakacje. Zdjęcia miały pozaginane rogi, niektóre wyblakły, ale na każdym zatrzymany był fragment życia, którego już nikt nie potrafił odtworzyć w całości.
— Tutaj Andrzej płakał, bo nie chciał iść do szkoły — powiedział Leszek, pokazując fotografię drobnego chłopca z poważną miną.
— Nie płakałem.
— Mama mówiła, że płakałeś.
— Mama czasami przesadzała.
— Nie może się już bronić — zauważył Krzysiek. — Teraz możemy opowiadać wszystko.
Andrzej spojrzał na brata.
— Właśnie dlatego powinniśmy mówić prawdę.
Słowa zabrzmiały ostrzej, niż zamierzał. Przy stole zrobiło się cicho. Mariola dotknęła jego ramienia.
— Przepraszam — powiedział po chwili. — Nie chciałem.
— Wszyscy jesteśmy zmęczeni — odpowiedział Krzysiek.
Po chwili znów oglądali fotografie. Wspomnienia pomagały im oswoić pustkę. Bracia poprawiali się nawzajem, spierali o daty i nazwiska, a czasem śmiali się tak, że natychmiast pojawiało się poczucie winy. Mariola znała ten odruch. Po śmierci jej mamy również wydawało jej się, że śmiech jest czymś niestosownym. Dopiero później zrozumiała, że żałoba nie wymaga nieprzerwanego cierpienia, a wspomnienie człowieka może jednocześnie boleć i rozśmieszać.
— Możecie się śmiać — powiedziała, kiedy kolejna zabawna historia urwała się zbyt nagle. — Ona pewnie też by się śmiała.
Andrzej spojrzał na żonę. Wiedział, że nie mówiła tego lekko. Pięć lat wcześniej sama siedziała po pogrzebie matki, próbując zrozumieć, jak wrócić do zwyczajnego życia. Teraz rozpoznawała w nim wszystko, przez co przechodziła wtedy.
Noc przed pogrzebem była długa. Andrzej położył się obok Marioli, ale nie potrafił zasnąć. Odwracał się, poprawiał poduszkę i sprawdzał godzinę. W końcu wstał i wyszedł do kuchni.
Mariola znalazła go przy stole. Przed nim leżała fotografia mamy z czasów, gdy była młodą kobietą.
— Obudziłem cię? — zapytał.
— Nie spałam.
Usiadła naprzeciwko.
— Cały czas myślę o ostatniej rozmowie — powiedział. — Opowiadałem jej jakieś głupoty o choince. Mogłem powiedzieć coś ważnego.
— Powiedziałeś, że przyjedziemy i że jest częścią naszego życia.
— Mogłem powiedzieć, że ją kocham.
— Wiedziała.
— Skąd możesz wiedzieć?
— Bo byłam przy was przez ponad trzydzieści lat. Widziałam, jak na ciebie patrzyła i jak ty z nią rozmawiałeś. Ludzie nie zawsze wypowiadają wszystko w ostatnim zdaniu. Całe życie też jest rozmową.
Andrzej przesunął palcem po brzegu fotografii.
— Kiedy umarła twoja mama, próbowałem ci tłumaczyć, że nie powinnaś się obwiniać. Teraz każde moje własne słowo wydaje mi się puste.
— Nie było puste. Tylko łatwiej je powiedzieć komuś niż sobie.
— Jak ty to zniosłaś?
— Nie zniosłam jednego dnia. Uczyłam się powoli. Najpierw nie mogłam uwierzyć, że już nigdy nie zadzwonię. Później łapałam się na tym, że chcę jej coś opowiedzieć. Jeszcze później zaczęłam mówić o niej bez płaczu. Ale nadal czasami za nią tęsknię.
Andrzej opuścił głowę.
— Ja jeszcze nie płakałem.
— Wiem.
— Może coś jest ze mną nie tak.
Mariola przesiadła się na krzesło obok niego.
— Nic nie jest z tobą nie tak. Każdy przeżywa to inaczej.
— Krzysiek płakał przez telefon. Leszek też miał łzy w oczach. Ja załatwiam trumnę i liczę samochody.
— Bo ktoś musi to zrobić. Łzy przyjdą albo nie. Nie musisz niczego udowadniać.
Andrzej spojrzał na nią.
— Nawet przed tobą?
— Szczególnie przede mną nie musisz być silny.
Oparł czoło o jej ramię. Początkowo tylko siedział, pozwalając, by trzymała go za kark. Potem jego oddech się zmienił. Pierwsza łza spadła na rękaw jej nocnej koszuli, za nią następna. Andrzej zacisnął dłonie, jakby wstydził się własnego ciała, które wreszcie przestało wykonywać polecenia.
Mariola niczego nie mówiła. Objęła go mocno i pozwoliła płakać. Nie był już mężczyzną organizującym pogrzeb, ojcem dorosłych córek ani dziadkiem próbującym zachować pogodę ducha. Był synem, który stracił matkę.
— Już jej nie ma — powiedział między urywanymi oddechami.
— Wiem.
— Naprawdę jej nie ma.
— Wiem, kochanie.
Siedzieli w kuchni długo. Kiedy łzy wreszcie ustały, Andrzej wyglądał na wyczerpanego, ale spokojniejszego. Mariola podała mu wodę i otarła policzek kciukiem.
— Nikomu nie mów — powiedział.
— O czym?
— Że ryczałem jak dziecko.
— Nie ryczałeś. Płakałeś.
— To samo.
— Nie. A nawet gdyby, masz prawo.
— Dziadowie nie płaczą.
— Synowie płaczą.
Tym razem nie znalazł odpowiedzi. Pocałował jej dłoń i pozwolił zaprowadzić się z powrotem do łóżka.
Dzień pogrzebu był zimny i pochmurny. Nie padał śnieg, lecz wilgoć przenikała ubrania, a wiatr przesuwał po cmentarnej alejce suche liście i drobne gałązki. Rodzina zebrała się wcześniej. Przyjechali krewni, znajomi oraz ludzie, których Andrzej nie widział od wielu lat. Niektórych rozpoznawał dopiero po głosie. Wszyscy podchodzili, ściskali mu rękę i wypowiadali podobne zdania o współczuciu, stracie i czasie, który podobno leczy rany.
Andrzej odpowiadał automatycznie. Dziękował, kiwał głową i przedstawiał córkom osoby pamiętające je jako małe dziewczynki. Mariola przez cały czas stała obok. Nie trzymała go kurczowo, lecz jej obecność była stała, jak punkt, do którego mógł wracać wzrokiem.
Kiedy zobaczył trumnę, wszystko stało się ostateczne. Dokumenty, telefony i rozmowy można było jeszcze traktować jak serię obowiązków. Trumna nie pozostawiała miejsca na podobne złudzenia.
Krzysiek stanął z jednej strony, Leszek z drugiej. Trzej bracia patrzyli przed siebie. Każdy stracił tę samą matkę, ale nie tę samą relację. Każdy pamiętał ją inaczej i każdy zabierał ze sobą inną część jej historii.
Podczas nabożeństwa Andrzej słyszał słowa, lecz nie potrafił ich później powtórzyć. Zapamiętał szelest płaszcza Marioli, dłoń Dominiki na ramieniu Sabriny i kaszel kogoś stojącego z tyłu. Najwyraźniej zapamiętał moment, w którym córki podeszły bliżej trumny. Zrozumiał wtedy, że żegnały nie tylko babcię. Żegnały część własnego dzieciństwa: wizyty w Polsce, święta, smak potraw i głos osoby, która znała ich ojca, zanim stał się ich ojcem.
Na cmentarzu wiatr wzmógł się. Gdy trumna zaczęła znikać w grobie, Andrzej ścisnął dłoń Marioli. Tym razem nie próbował ukrywać łez. Płynęły cicho, a on patrzył, dopóki nie zasłoniły mu widoku.
— Żegnaj, mamo — powiedział tak cicho, że usłyszała tylko Mariola.
Po uroczystości rodzina spotkała się przy wspólnym posiłku. Stoły były zastawione, ludzie rozmawiali ciszej niż zwykle, ale z każdą godziną atmosfera przestawała być zupełnie ciężka. Ktoś opowiedział historię z młodości mamy Andrzeja, ktoś inny przypomniał jej ulubione powiedzenie. Bracia znów zaczęli się spierać o to, który z nich sprawiał najwięcej kłopotów.
— Andrzej — stwierdził Krzysiek bez wahania.
— Ja byłem najspokojniejszy.
— Tak często to powtarzasz, że może kiedyś sam uwierzysz — odpowiedział Leszek.
— Mama mówiła, że miałem dobre serce.
— Mówiła też, że byłeś uparty jak osioł.
Mariola uniosła filiżankę.
— W tej sprawie nic się nie zmieniło.
Andrzej spojrzał na żonę, a potem niespodziewanie się uśmiechnął. Śmiech, który pojawił się przy stole, nie był zdradą wobec zmarłej. Był dowodem, że pozostawiła po sobie ludzi połączonych wspólną pamięcią.
Wieczorem, po powrocie, bracia zostali jeszcze razem. Bez gości, garniturów i oficjalnych słów rozmawiali swobodniej. Każdy próbował zdecydować, które rzeczy mamy powinny zostać zachowane. Nagle zwyczajne przedmioty nabrały znaczenia: filiżanka, chusta, modlitewnik, stary zegar i garnek, w którym przez lata gotowała rodzinne obiady.
— Nie możemy zachować wszystkiego — powiedział Leszek.
— Wiem — odpowiedział Krzysiek, trzymając w dłoniach niewielki kubek.
Andrzej patrzył na kuchenne przedmioty i myślał, że człowiek przez całe życie otacza się rzeczami, a po jego śmierci bliscy muszą wybrać kilka z nich, które będą udawały, że potrafią go zastąpić.
Wziął fotografię mamy oraz niewielką drewnianą łyżkę, której używała od lat.
— Po co ci ta stara łyżka? — zapytał Krzysiek.
— Pamiętam ją z dzieciństwa.
— Mama miała lepsze.
— Nie chcę lepszej.
Mariola nie komentowała. Owinęła łyżkę w papier i włożyła do torby razem z fotografią.
Następnego dnia odwiedzili cmentarz ponownie, tym razem tylko Andrzej i Mariola. Było cicho. Kwiaty przykrywały świeżą ziemię, a znicze migotały mimo wiatru.
Andrzej stał przed grobem z rękami w kieszeniach.
— Kiedy umarła twoja mama, zastanawialiśmy się, czy pogrzeb będzie kolidował z naszymi planami — powiedział. — Pamiętasz?
— Pamiętam.
— Dzisiaj wstydzę się, że człowiek w ogóle potrafi tak myśleć.
— Niepotrzebnie. Próbowaliśmy wtedy zrozumieć, jak dalej żyć. Teraz robisz to samo.
— Śmierć powinna zatrzymać wszystko.
— Zatrzymuje wiele rzeczy, ale nie świat. To boli właśnie dlatego, że następnego dnia ludzie nadal idą do pracy, sklepy się otwierają, a człowiek musi jeść.
— Mama też kazałaby mi jeść.
— Na pewno. I wzięłaby za obrazę, gdybyś odmówił dokładki.
Uśmiechnął się lekko.
— Chciałbym jej jeszcze coś powiedzieć.
— Powiedz.
— Przecież mnie nie słyszy.
— Nie wiem, czy słyszy. Ale ty potrzebujesz powiedzieć.
Andrzej spojrzał na imię wyryte na tabliczce. Mariola odeszła kilka kroków, dając mu prywatność.
Nie wygłosił długiej przemowy. Podziękował za dzieciństwo, za wszystkie obiady, cierpliwość i troskę, której jako młody człowiek często nie doceniał. Przeprosił za chwile, kiedy był niesprawiedliwy. Powiedział również to, czego nie wypowiedział podczas ostatniej rozmowy telefonicznej.
— Kocham cię, mamo.
Wiatr poruszył wstążkami na wieńcach. Nic więcej się nie wydarzyło, a jednak Andrzej poczuł, że zdanie znalazło swoje miejsce.
W drodze powrotnej do Monachium Mariola prowadziła przez pierwsze godziny. Andrzej siedział obok z fotografią schowaną w teczce i drewnianą łyżką w bagażu. Polska znikała za nimi powoli. Tym razem nie odczuwał ulgi związanej z powrotem do domu. Miał wrażenie, że zostawia za sobą coś, czego nie będzie już mógł odwiedzić.
— Dom mamy nadal tam jest — powiedział. — Ale bez niej to już nie będzie to samo miejsce.
— Nie będzie.
— Zawsze mówiłem, że jadę do Polski, ale tak naprawdę jechałem też do niej.
— Wiem.
— Teraz będziemy jeździć na grób.
Mariola nie zaprzeczyła. Wiedziała, jak brutalna potrafi być zamiana czasowników. Jeszcze niedawno jechało się odwiedzić człowieka. Później jechało się odwiedzić miejsce, w którym został pochowany.
Kiedy dotarli do Monachium, było późno. Mieszkanie pachniało zamkniętymi pokojami. Andrzej postawił torbę w przedpokoju i wszedł do kuchni. Przez chwilę nie wiedział, co zrobić. Jeszcze kilka dni wcześniej telefon stojący na szafce łączył go z mamą. Teraz jej numer nadal znajdował się w pamięci urządzenia, choć nikt już nie mógł go odebrać.
Mariola przygotowała herbatę. Andrzej wyjął drewnianą łyżkę i położył ją na stole.
— Tutaj wygląda jeszcze starzej — powiedział.
— Jest piękna.
— Jest zużyta.
— Właśnie dlatego jest piękna. Widać, że służyła przez lata.
— Gdzie ją damy?
— Tam, gdzie będziesz chciał.
Ostatecznie powiesili ją w kuchni obok innych przyborów, choć żadne nie zamierzało jej używać. Fotografia mamy stanęła na komodzie. Nie była w żałobnej ramce. Andrzej wybrał zdjęcie, na którym się uśmiechała.
Następnego dnia zadzwoniła Sabrina. Chciała wiedzieć, jak minęła podróż i czy ojciec czegoś potrzebuje. W tle było słychać Alissę, która domagała się rozmowy z dziadkiem.
— Dziadku, gdzie byłeś? — zapytała.
— W Polsce.
— U kogo?
Andrzej zawahał się.
— Na pogrzebie mojej mamy.
— Twoja mama umarła?
Sabrina próbowała odebrać córce telefon, ale Andrzej poprosił, żeby pozwoliła jej mówić.
— Tak, maleńka. Umarła.
— I już nie przyjdzie?
— Już nie.
Po drugiej stronie zapadła dziecięca cisza.
— To smutne — powiedziała Alissa.
— Bardzo.
— Możesz przyjść do mnie.
Andrzej zamknął oczy. Mariola, która stała obok, zobaczyła, jak jego twarz mięknie.
— Przyjdę — obiecał.
— Dam ci mojego misia.
— Dziękuję. To bardzo dobry pomysł.
Kiedy rozmowa się skończyła, Andrzej przez chwilę trzymał telefon w dłoni.
— Trzyletnie dziecko potrafi powiedzieć więcej niż wszyscy dorośli na pogrzebie — stwierdził.
— Bo nie próbuje naprawić tego, czego nie da się naprawić. Chce tylko być obok.
— Zupełnie jak ty.
Mariola usiadła przy nim.
— Nauczyłam się od najlepszej wnuczki.
W kolejnych tygodniach życie powoli odzyskiwało rytm. Andrzej wrócił do pracy. Odpowiadał na telefony, robił zakupy i planował drobne naprawy w mieszkaniu. Czasami przez kilka godzin nie myślał o śmierci mamy, a później poczucie winy przypominało mu, że świat nie powinien tak łatwo wracać do zwyczajności.
Najtrudniejsze były odruchy. W niedzielę sięgał po telefon, zanim przypomniał sobie, że nie ma już dokąd zadzwonić. Gdy wydarzyło się coś zabawnego, układał w głowie opowieść dla mamy. W sklepie zobaczył produkt, który lubiła, i przez krótką chwilę zastanawiał się, czy go kupić.
Mariola rozumiała te chwile. Nie próbowała odwracać jego uwagi za każdym razem. Czasami mówiła: „Opowiedz mnie”, i słuchała historii przeznaczonej pierwotnie dla kogoś innego.
Pewnej niedzieli przyjechały córki z rodzinami. Alissa rzeczywiście przyniosła dziadkowi misia. Był mały, miał jedno ucho lekko przygniecione i wyraźnie należał do jej ulubionych zabawek.
— Możesz spać z nim — wyjaśniła.
— A ty nie będziesz tęsknić?
— Pożyczę ci.
Andrzej przyjął misia z powagą, która rozbawiła dorosłych, ale nikt nie ośmielił się zażartować. Postawił zabawkę obok fotografii mamy.
— To strażnik? — zapytała Mariola.
— Pilnuje babci — odpowiedziała Alissa.
Andrzej uklęknął i przytulił wnuczkę.
Przy rodzinnym stole rozmawiali później o prababci. Dominika przypomniała święta z dzieciństwa. Sabrina opowiadała o potrawie, której jako mała dziewczynka nie chciała jeść, a babcia przekonała ją obietnicą deseru. Andrzej słuchał i uzupełniał szczegóły. Po raz pierwszy od pogrzebu wspomnienia nie były wyłącznie ciężarem. Stawały się czymś, co można przekazać dalej.
— Alissa będzie ją pamiętać? — zapytała Sabrina.
— Może nie tak jak my — odpowiedział Andrzej. — Ale możemy jej opowiadać.
— I pokazywać zdjęcia — dodała Mariola.
— Wtedy będzie wiedziała, skąd pochodzimy — powiedziała Dominika.
Andrzej spojrzał na córki. Po śmierci mamy po raz pierwszy wyraźnie poczuł, że on i Mariola przesunęli się o jedno miejsce w rodzinnej kolejności. Kiedyś nad nimi byli rodzice, do których można było zadzwonić, wrócić i zapytać o wydarzenia sprzed własnych narodzin. Teraz coraz więcej pytań miało trafiać właśnie do nich.
Wieczorem, gdy wszyscy odjechali, powiedział o tym Marioli.
— Zostaliśmy najstarszym pokoleniem.
— Nie jesteśmy jeszcze tacy starzy.
— Nie chodzi o wiek. Nie mamy już nad sobą matek. Twoja odeszła pięć lat temu, moja teraz.
Mariola usiadła obok niego na kanapie.
— Też o tym myślałam.
— To dziwne uczucie. Jakby nagle nikt nie stał przed nami.
— Za nami stoją córki i Alissa.
— Właśnie dlatego trochę się boję.
— Czego?
— Że teraz my mamy pamiętać wszystko, trzymać rodzinę razem i wiedzieć, co robić. A ja często nie wiem.
Mariola wzięła go za rękę.
— Nasi rodzice też nie wiedzieli wszystkiego. Tylko kiedy byliśmy młodzi, wydawało nam się, że wiedzą.
— Czyli mamy dobrze udawać?
— Mamy kochać. Resztę będziemy wymyślać po drodze.
Andrzej uśmiechnął się.
— To brzmi prawie zbyt prosto.
— Najważniejsze rzeczy często brzmią prosto, dopóki nie trzeba ich zrobić.
Siedzieli w ciszy. Na komodzie stała fotografia mamy Andrzeja, a obok niej miś pożyczony przez Alissę. W kuchni wisiała stara drewniana łyżka. Trzy przedmioty z trzech różnych etapów życia spotkały się w jednym mieszkaniu: rzecz pamiętająca dzieciństwo Andrzeja, twarz kobiety, która go wychowała, i zabawka podarowana przez wnuczkę.
— Dziękuję — powiedział.
— Za co?
— Za to, że byłaś ze mną. W Polsce, na pogrzebie, w nocy w kuchni. Za wszystko.
— Jestem twoją żoną.
— Wiem. Ale to nie jest odpowiedź na wszystko.
— Dla mnie jest.
Objął ją. Nie było w tym pragnienia, które zwykle potrafił zamienić w żart, ani potrzeby udowadniania czegokolwiek. Trzymał Mariolę tak, jak człowiek trzyma jedyną osobę, przy której może odłożyć cały ciężar.
— Kiedy umarła twoja mama, nie rozumiałem wszystkiego, co czułaś — przyznał. — Chciałem pomagać, załatwiać i tłumaczyć. Teraz rozumiem trochę więcej.
— Wolałabym, żebyś nie musiał.
— Ja też.
— Ale skoro już musisz, nie będziesz przez to przechodził sam.
Andrzej pocałował ją w skroń.
W nocy długo nie zasypiali. Rozmawiali o swoich matkach, dzieciństwie i o tym, jak niewiele pytań zadali, gdy jeszcze mogli. Mariola żałowała, że nie zapisała niektórych historii swojej mamy. Andrzej postanowił, że będzie więcej opowiadał córkom i Alissie, nawet jeśli część wspomnień wydawała mu się zwyczajna.
— Dla nas są zwyczajne, bo w nich żyliśmy — powiedziała Mariola. — Dla Alissy kiedyś będą historią.
— Myślisz, że będzie chciała słuchać?
— Teraz może nie. Później tak.
— A jeśli nie zdążę jej wszystkiego opowiedzieć?
— Nikt nie opowiada wszystkiego. Wystarczy, że dasz jej część siebie.
Andrzej spojrzał w stronę komody, której w ciemności prawie nie było widać.
Zrozumiał, że wraz ze śmiercią matki nie przestał być jej synem. Został nim na zawsze, tylko od tej chwili musiał nosić ją w pamięci. Nie mógł już zadzwonić, zapytać ani usłyszeć, jak go woła. Mógł jednak opowiadać o niej córkom, pokazywać Alissie fotografie i używać tych samych powiedzeń, które kiedyś go irytowały.
Pamięć nie zastępowała człowieka. Pozwalała jedynie zachować drogę, którą dotarł do ich życia.
Mariola odnalazła jego dłoń pod kołdrą i splotła z nią palce.
— Śpisz? — zapytała.
— Jeszcze nie.
— O czym myślisz?
— O mamie. I o nas.
— To dobrze?
— Boli. Ale dobrze, że jesteś.
Przysunęła się bliżej.
Razem nie oznaczało życia bez cierpienia. Nie chroniło przed telefonem w środku nocy, podróżą na pogrzeb ani chwilą, w której człowiek żegnał kogoś, kto znał go od pierwszego oddechu. Razem znaczyło tylko i aż tyle, że żadnego cierpienia nie trzeba było dźwigać samotnie.
Andrzej zamknął oczy, trzymając Mariolę za rękę.
Po raz pierwszy od śmierci mamy zasnął spokojnie.
Wesele w pałacowym ogrodzie
Pod koniec marca 2012 roku, kiedy zima w Monachium nie chciała jeszcze całkiem ustąpić, zadzwoniła Arleta. Mariola rozmawiała z nią długo, stojąc przy kuchennym oknie i obserwując deszcz ze śniegiem spływający po szybie. Andrzej siedział przy stole z gazetą, lecz po kilku minutach przestał czytać. Z tonu żony wywnioskował, że tym razem nie chodzi o zwykłą rozmowę dwóch przyjaciółek.
— Naprawdę? — zapytała Mariola i od razu się uśmiechnęła. — W sierpniu? Oczywiście, że przyjedziemy.
Andrzej uniósł brwi. Mariola odwróciła się do niego, zasłoniła dłonią słuchawkę i szepnęła:
— Marcin się żeni.
Marcin, syn Arlety, nie był już chłopcem, którego pamiętali z dawnych lat. Miał własne życie, plany i kobietę, z którą postanowił założyć rodzinę. Mimo to wiadomość o jego ślubie przypomniała Marioli czasy, kiedy ich dzieci były małe, oni sami znacznie młodsi, a przyszłość wydawała się tak długa, że nikt nie próbował jej liczyć.
Arleta opowiadała o przygotowaniach, wynajętym pałacu, rozległym ogrodzie i pokojach zarezerwowanych dla gości. Ślub oraz przyjęcie miały odbyć się na terenie posiadłości, jeśli pogoda dopisze. W razie deszczu przygotowano wielką salę, lecz Arleta wierzyła, że sierpniowe niebo okaże się łaskawe.
— Macie przyjechać i nie przyjmuję żadnych wymówek — powiedziała na koniec tak głośno, że nawet Andrzej usłyszał jej słowa.
— Będziemy — zapewniła Mariola. — Oboje.
Po odłożeniu telefonu usiadła naprzeciwko męża. Na jej twarzy nadal widniało ożywienie, którego ostatnio brakowało. Śmierć matki Andrzeja w lutym rzuciła cień na początek roku. Żałoba nie wypełniała już każdej rozmowy, ale pozostawała obecna w ciszy, w telefonach do braci oraz w chwilach, kiedy Andrzej nagle przypominał sobie, że nie może zadzwonić do matki i opowiedzieć jej o czymś zwyczajnym.
— Pojedziemy? — zapytała Mariola, choć przed chwilą już to obiecała.
— Skoro powiedziałaś Arlecie, że oboje będziemy, to chyba właśnie podjęłaś decyzję.
— Mogę jeszcze zadzwonić i powiedzieć, że mój mąż stał się ponury, uparty i nie lubi wesel.
— Wesela lubię. Nie lubię tylko tańczyć wtedy, kiedy wszyscy patrzą.
— Nikt nie będzie patrzył na ciebie. Wszyscy będą patrzeć na młodych.
— Ty będziesz patrzyła.
— Ja zawsze na ciebie patrzę. Ktoś musi pilnować, żebyś się nie skompromitował.
Andrzej uśmiechnął się nieznacznie.
— W takim razie jedziemy.
Do sierpnia pozostało kilka miesięcy. Mariola szybko zaczęła zastanawiać się nad sukienką, butami i prezentem. Andrzej twierdził, że mężczyzna potrzebuje na wesele jednego garnituru, czystej koszuli oraz koperty, dlatego wszystkie przygotowania można zakończyć w ciągu jednego popołudnia. Mariola nie zamierzała tłumaczyć mu, dlaczego wybór odpowiedniego stroju wymaga więcej czasu. Przez trzydzieści pięć lat małżeństwa nauczyła się, że pewnych różnic między kobietą a mężczyzną nie trzeba rozwiązywać. Wystarczy je zaakceptować i dopilnować, żeby mąż nie założył skarpet w niewłaściwym kolorze.
Kiedy nadszedł sierpień, pogoda od rana była piękna. Pałac stał pośród starego parku, z dala od ruchliwej drogi. Do głównego wejścia prowadziła szeroka aleja wysadzana drzewami, a za budynkiem rozciągał się ogród z równymi trawnikami, kamiennymi ścieżkami i rabatami pełnymi letnich kwiatów. Między drzewami ustawiono białe krzesła dla gości, natomiast dalej znajdował się duży namiot ze stołami i miejscem do tańca.
Mariola, wysiadając z samochodu, zatrzymała się na chwilę i rozejrzała z zachwytem.
— Pięknie tu — powiedziała.
— Ładnie — przyznał Andrzej, poprawiając marynarkę. — Tylko mam nadzieję, że pokój nie jest na ostatnim piętrze.
— Ledwo przyjechaliśmy, a ty już myślisz o łóżku?
— Myślę o walizce. Ktoś musi ją wnieść.
— Oczywiście. Walizka.
Arleta przywitała ich przy wejściu. Była wzruszona, zabiegana i szczęśliwa. Obejmowała Mariolę długo, potem uściskała Andrzeja i od razu zaczęła przepraszać, że nie może poświęcić im więcej czasu.
— Idź do Marcina — powiedziała Mariola. — My sobie poradzimy.
— Pokoje macie na pierwszym piętrze. Numer dwanaście. Kolacja będzie później, a teraz częstujcie się, poznawajcie ludzi i bawcie się. Dzisiaj żadnych zmartwień.
To ostatnie zdanie zabrzmiało jak życzenie skierowane nie tylko do nich, ale także do samej Arlety.
Pokój był wysoki, jasny i urządzony starymi meblami. Z okna widzieli ogród, przygotowane stoły i gości przechadzających się po trawniku. Mariola poprawiła przed lustrem włosy. Miała na sobie elegancką sukienkę, która miękko układała się na jej figurze. Andrzej stanął za nią, objął ją w pasie i spojrzał na ich odbicie.
— Wyglądasz bardzo dobrze — powiedział.
— Tylko dobrze?
— Bardzo dobrze to najwyższa ocena, jaką można bezpiecznie dać własnej żonie przed weselem. Gdybym powiedział, że wyglądasz doskonale, zapytałabyś, dlaczego nie mówię tak codziennie.
— Uczysz się.
— Trzydzieści pięć lat praktyki.
Mariola odwróciła się i poprawiła mu krawat.
— Ty też wyglądasz dobrze. Tylko proszę, nie pij za dużo.
— Dlaczego zakładasz, że w ogóle będę pił?
Spojrzała mu w oczy bez słowa.
— Dobrze — poprawił się. — Nie będę pił za dużo.
Ceremonia w pałacowym ogrodzie była uroczysta i piękna. Słońce przesączało się przez liście, lekki wiatr poruszał białymi wstążkami przy krzesłach, a Arleta ocierała łzy, nie próbując nawet udawać, że wzruszenie jej nie pokonało. Mariola ścisnęła dłoń Andrzeja. Patrzyli, jak Marcin składa przysięgę, i oboje wrócili myślami do własnego ślubu. Wtedy Mariola miała dziewiętnaście lat, a Andrzej dwadzieścia jeden. Nie wiedzieli jeszcze, czym będzie wspólne życie, jak wiele razy będą się ranić, wybaczać sobie, zaczynać od nowa i trwać obok siebie mimo wszystkiego.
— O czym myślisz? — szepnęła Mariola.
— Że my byliśmy prawie dziećmi.
— A jednak nam się udało.
— Jeszcze nie chwal dnia przed wieczorem.
Szturchnęła go łokciem, lecz w jej spojrzeniu była czułość.
Po ceremonii rozpoczęły się życzenia, fotografie i pierwsze toasty. Andrzej początkowo trzymał się obok Marioli. Znał część rodziny Arlety, lecz wielu gości widział po raz pierwszy. Nie przeszkadzało mu to długo. Miał łatwość nawiązywania rozmów, szczególnie jeśli po drugiej stronie znajdował się człowiek skory do żartów.
Przy jednym ze stołów poznał mężczyznę mniej więcej w swoim wieku. Wystarczyło kilka zdań o samochodach, pracy, życiu w Niemczech i cenach wszystkiego, żeby obaj zaczęli rozmawiać jak starzy znajomi. Nowy kompan śmiał się z opowieści Andrzeja, przytakiwał mu energicznie, a po chwili położył przed nim kieliszek.
— Mówisz moim językiem, napij się ze mną.
Andrzej spojrzał na Mariolę. Stała kilka metrów dalej z Arletą i innymi kobietami. Właśnie wtedy odwróciła głowę w jego stronę. Podniósł kieliszek tylko odrobinę, jakby chciał pokazać, że chodzi o symboliczny toast. Mariola zmrużyła oczy, lecz nic nie powiedziała.
Pierwszy kieliszek rzeczywiście był symboliczny. Drugi wypili za młodą parę, trzeci za zdrowie wszystkich rodziców, czwarty za spotkanie ludzi, którzy od pierwszego zdania rozumieją się bez tłumaczenia. Potem ktoś dołączył do rozmowy, pojawił się następny toast, a Andrzej przestał liczyć.
Nie jadł wiele, ponieważ ciągle z kimś rozmawiał. Upał, szybkie tempo i puste prawie żołądek zrobiły swoje. Gdy Mariola podeszła do niego przed podaniem głównego dania, od razu zauważyła, że porusza się odrobinę zbyt szeroko, mówi zbyt głośno i z przesadną serdecznością obejmuje człowieka, którego poznał niecałą godzinę wcześniej.
— Andrzej, chodź coś zjeść.
— Zaraz. Rozmawiamy.
— Widzę. Cały ogród widzi.
— To bardzo porządny człowiek. Mówimy tym samym językiem.
— Na razie obaj mówicie coraz mniej wyraźnie.
Mężczyzna roześmiał się i chciał nalać następny kieliszek. Mariola przykryła dłonią szkło Andrzeja.
— Dziękuję. Mąż już wystarczająco dobrze poznał pański język.
— Mariola, nie przesadzaj.
— Chodź do stołu.
Andrzej pozwolił się odprowadzić, ale po drodze zatrzymywał się, żeby witać osoby, z którymi już się witał. Przy stole próbował jeść, jednak więcej opowiadał, niż wkładał do ust. Jego żarty były coraz głośniejsze. Raz przewrócił kieliszek, później prawie strącił łokciem talerz sąsiadki, a kiedy orkiestra zagrała skoczny utwór, poderwał się, zapewniając, że musi pokazać wszystkim, jak tańczy prawdziwy mężczyzna.
— Ty najpierw pokaż, jak prawdziwy mężczyzna idzie prosto — powiedziała Mariola.
Kilka osób się uśmiechnęło. Andrzej także, ale po dwóch krokach zachwiał się wyraźnie. Mariola poczuła, jak gorąco napływa jej do twarzy. Nie chciała robić sceny. To był dzień Marcina i jego żony, dzień Arlety, nie miejsce na małżeńskie upomnienia. Jednocześnie miała świadomość, że jej mąż stał się pierwszym naprawdę pijanym gościem wesela.
— Idziemy do pokoju — powiedziała stanowczo.
— Po co?
— Odpoczniesz.
— Nie jestem zmęczony.
— Ja jestem. Z tobą.
Wzięła go pod ramię. Andrzej próbował protestować, lecz schody szybko odebrały mu ochotę do dyskusji. Na pierwszym podeście przystanął, oparł dłoń o poręcz i stwierdził, że schody zostały źle zbudowane, bo wyraźnie uciekają na bok.
— Schody stoją prosto od stu lat — odpowiedziała Mariola. — To ty się chwiejesz.
— Nie chwiejesz się, tylko dostosowuję do schodów.
— Przynajmniej nie straciłeś poczucia humoru.
W pokoju pomogła mu zdjąć marynarkę i buty. Andrzej usiadł na łóżku, a chwilę później opadł na poduszkę. Mariola przyniosła mu wodę, postawiła szklankę na stoliku i rozluźniła krawat.
— Zostań ze mną — powiedział, chwytając ją za rękę.
— To wesele syna mojej przyjaciółki. Nie będę siedziała w pokoju, bo ty postanowiłeś upić się przed kolacją.
— Nie upiłem się. Tylko ten człowiek nalewał za szybko.
— A ty nie umiałeś powiedzieć „nie”.
— Bardzo mnie polubił.
— Musiałeś zasłużyć na tę przyjaźń sześcioma kieliszkami?
— Nie pamiętam, ile było.
— Właśnie widzę.
Andrzej zamknął oczy. Po chwili nadal trzymał jej dłoń, lecz uścisk osłabł.
— Jesteś zła? — zapytał.
— Jest mi wstyd.
Otworzył oczy, ale nie odpowiedział. Był zbyt pijany, by znaleźć słowa, które mogłyby coś naprawić.
Mariola przykryła go lekkim kocem, zasunęła częściowo zasłony i przez chwilę stała przy łóżku. Kochała go, ale w tym momencie była na niego wściekła. Przyjechali tu razem. Mieli tańczyć, spotkać znajomych i świętować z Arletą. Zamiast tego ona prowadziła męża po schodach jak niesfornego chłopca.
— Śpij — powiedziała. — Może za kilka godzin znowu będziesz człowiekiem.
Kiedy wróciła do ogrodu, miała wrażenie, że wszyscy na nią patrzą. W rzeczywistości większość gości zajmowała się jedzeniem, rozmowami i młodą parą. Kilka osób zapytało, czy Andrzej źle się poczuł. Mariola odpowiadała krótko, że potrzebował odpoczynku. Nie chciała kłamać, ale nie zamierzała też ogłaszać całemu weselu, że jej mąż nie zna granicy.
Arleta podeszła do niej z troską.
— Wszystko w porządku?
— Będzie. Andrzej poznał bratnią duszę i postanowili uczcić to spotkanie wszystkimi toastami naraz.
Arleta parsknęła śmiechem, lecz szybko spoważniała.
— Chcesz do niego wrócić?
— Nie. Niech śpi. Ja przyszłam na wesele.
— I bardzo dobrze. Dzisiaj masz się bawić.
Początkowo Mariola siedziała przy stole spięta. Każdy wybuch śmiechu wydawał jej się komentarzem do zachowania Andrzeja, choć wiedziała, że to nierozsądne. Zjadła trochę, napiła się wody i rozmawiała z kobietą siedzącą obok. Stopniowo muzyka, ciepły wieczór i ruch na parkiecie odciągnęły ją od złości.
Mariola zawsze kochała taniec. Muzyka potrafiła przejąć kontrolę nad jej ciałem, zanim rozsądek zdążył przypomnieć o wieku, zmęczeniu albo cudzych spojrzeniach. Kiedy ktoś zaprosił ją do pierwszego tańca, zgodziła się bez wahania. Później tańczyła z następnym partnerem, z Arletą i grupą kobiet, a po kilkunastu minutach śmiała się już swobodnie.
Na parkiecie pojawił się również brat Arlety. Tak jak jej mąż miał na imię Andrzej, dlatego w rozmowach nazywano go czasem drugim Andrzejem, choć jemu samemu bardzo się to określenie nie podobało.
— Dlaczego ja mam być drugi? — zapytał kiedyś. — Może to twój Andrzej jest drugi.
Mariola znała go od początków życia w Niemczech. Łączyły ich wspomnienia z lat trudnych, biednych i pełnych niepewności. Gdy zaprosił ją do tańca, nie widziała w nim obcego mężczyzny, lecz człowieka należącego do dawnej części ich wspólnej historii.
— Gdzie zgubiłaś męża? — zapytał.
— Odpoczywa.
— Już?
— Bardzo intensywnie świętował.
— Rozumiem. W takim razie muszę uratować honor wszystkich Andrzejów.
Tańczył dobrze i pewnie. Mariola pozwoliła się prowadzić, ciesząc się muzyką. Podczas wolniejszego utworu podeszli bliżej siebie, żeby nie wpadać na inne pary. Jego dłoń spoczywała na jej plecach, jej ręka na jego ramieniu. Rozmawiali o dawnych znajomych, o dzieciach i o tym, jak niewiarygodnie szybko minęły lata.
— Pamiętasz Holland Hof? — zapytał brat Arlety.
— Takich miejsc się nie zapomina.
— Wtedy nikt z nas nie wiedział, gdzie będzie za miesiąc, a co dopiero za trzydzieści lat.
— Byliśmy młodzi. To nam pomagało.
— Młodzi i głupi.
— Ty może bardziej niż ja.
Roześmiał się. Kiedy utwór się skończył, objął Mariolę serdecznie. Był to krótki uścisk starych znajomych, gest wdzięczności za wspólny taniec i lata, które oboje przetrwali. Mariola odwzajemniła go bez zastanowienia.
Nie wiedziała, że w tej samej chwili jej mąż stoi na skraju ogrodu.