E-book
15.75
drukowana A5
57.94
Razem cz. 4

Bezpłatny fragment - Razem cz. 4

Książka została utworzona przy pomocy AI


Objętość:
253 str.
ISBN:
978-83-8467-479-6
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 57.94

CZĘŚĆ CZWARTA
NOWE TYSIĄCLECIE

Wszystko zaczynało się od nowa

Życie potoczyło się dalej.

Jeszcze niedawno Andrzejowi wydawało się, że ich mieszkanie zawsze będzie pełne tego samego hałasu. Trzaskających drzwi, muzyki dobiegającej z pokojów córek, zajętej łazienki, rozmów telefonicznych

i wieczornego pytania:

— O której wrócisz?

Tymczasem coś zaczynało się zmieniać powoli.

Tak powoli, że początkowo niemal tego nie zauważał.

Dominika coraz mniej potrzebowała rodziców do organizowania własnego życia. Miała swoje plany, spotkania i tajemnice. Wychodziła z domu z pewnością młodej kobiety, a nie dziewczynki, którą ojciec powinien prowadzić za rękę.

Andrzejowi najtrudniej było właśnie to zaakceptować.

Czasami chciał zapytać, dokąd idzie, z kim, kiedy wróci i dlaczego tak późno.

Otwierał usta.

Potem widział spojrzenie Marioli.

I rezygnował przynajmniej z połowy pytań.

Z Sabriną było inaczej.

W jej życiu pojawił się Issam.

Niemiec tunezyjskiego pochodzenia, którego przyprowadziła do domu w sylwestrową noc, nie zniknął wraz z ostatnimi fajerwerkami. Sabrina nadal się z nim spotykała.

Andrzej obserwował ten związek z niepokojem właściwym ojcu, który jeszcze nie zdążył pogodzić się z tym, że młodsza córka dorasta.

Mariola miała do wszystkiego znacznie więcej spokoju.

Kiedyś, patrząc na Sabrinę i Issama, powiedziała nawet, że mieliby kiedyś śliczne dzieci.

Andrzej spojrzał na nią wtedy tak, jakby postradała rozum.

— Jakie dzieci?

Mariola zaczęła się śmiać.

— Spokojnie. Powiedziałam tylko, że byłyby ładne.

— Sabrina ma siedemnaście lat!

— A ja w jej wieku byłam już nauczycielką.

Na to Andrzej nie znalazł dobrej odpowiedzi.

Znał przecież historię własnej żony.

Tyle że siedemnastoletnia Mariola z jego wspomnień i siedemnastoletnia Sabrina były dla niego dwiema zupełnie różnymi osobami.

Jedna była młodą kobietą, którą pragnął pocałować.

Druga pozostawała jego małą córką.

Przynajmniej w jego oczach.

Coraz częściej zdarzało się też coś, co jeszcze kilka lat wcześniej było rzadkością.

Dom pustoszał.

Dominika wychodziła.

Sabrina miała swoje spotkania.

I nagle Andrzej zostawał sam z Mariolą.

Pierwsze takie wieczory wydawały mu się dziwne.

Cisza była niemal nienaturalna.

Nie było wołania z pokoju.

Nikt nie zajmował łazienki.

Nikt nie otwierał lodówki pięć minut po kolacji.

Pewnego wieczoru Andrzej siedział z Mariolą w salonie.

Telewizor był włączony, ale żadne z nich specjalnie go nie oglądało.

Mariola siedziała obok z nogami podwiniętymi na kanapie.

Andrzej spojrzał na nią.

Po tylu latach nadal lubił na nią patrzeć.

Mariola zauważyła jego wzrok.

— Co?

— Nic.

— To dlaczego się gapisz?

— Bo mogę.

Uśmiechnęła się.

Andrzej przysunął się bliżej i objął ją.

Mariola oparła głowę na jego ramieniu.

Przez chwilę siedzieli bez słowa.

— Cicho — powiedziała w końcu.

— Przyzwyczajaj się.

Podniosła głowę.

— Do czego?

— Dziewczyny kiedyś odejdą.

Mariola spojrzała w stronę korytarza.

Andrzej zobaczył, że również o tym pomyślała.

Jeszcze nie teraz.

Ale ten dzień nadchodził.

— I co wtedy będziemy robić? — zapytała.

Andrzej popatrzył na nią znacząco.

Mariola natychmiast zrozumiała.

— Ty tylko o jednym.

— Wcale nie.

— Znam cię.

— To dobrze.

Przyciągnął ją bliżej.

Pocałowała go.

Andrzej pomyślał wtedy, że pusty dom może wcale nie być taki straszny.

Może po latach bycia przede wszystkim rodzicami mieli przed sobą jeszcze jeden etap.

Znowu trochę bardziej Andrzej i Mariola. Kobieta i mężczyzna.

W pierwszych miesiącach nowego tysiąclecia Andrzej sam siebie zaskakiwał.

Przeżywał coś, co najprościej można było nazwać nowym przypływem miłości do żony.

Nie chodziło o wielkie deklaracje.

Tych w ich małżeństwie padło już wystarczająco dużo.

Teraz przyszły drobiazgi.

Raz w tygodniu Andrzej starał się przynieść Marioli kwiaty.

Niewielkie bukiety.

Konwalie, kiedy tylko były.

Frezje, które pięknie pachniały w całym mieszkaniu.

Czasami tulipany.

Nie potrzebował rocznicy.

Nie czekał na urodziny.

Po prostu wracał do domu z kwiatami.

Za pierwszym razem Mariola przyjrzała mu się podejrzliwie.

— Co zrobiłeś?

— Nic.

— Andrzej…

— Naprawdę nic.

— To po co kwiaty?

— Dla ciebie.

— Bez okazji?

— Bez.

Mariola długo mu się przyglądała.

Andrzej zaczął się śmiać.

— Człowiek chce być romantyczny, a własna żona prowadzi przesłuchanie.

Wzięła kwiaty.

Powąchała.

— Ładne.

Po chwili pocałowała go w policzek.

Tyle.

Ale Andrzejowi wystarczyło.

Tydzień później przyniósł następne.


Potem pojawiły się karteczki.

Małe kawałki papieru z jednym zdaniem napisanym jego charakterem pisma:

„Kocham Mariolę.”

Nie „Kocham cię”.

„Kocham Mariolę.”

Sam nie wiedział, dlaczego tak pisał.

Może chciał, żeby brzmiało to jak stwierdzenie faktu.

Jak informacja dla każdego, kto przypadkiem znajdzie kartkę.

Kocham Mariolę.

Jedną zostawił przy kawie.

Drugą na lustrze.

Trzecią wsunął pod poduszkę.

Kolejną do szafy.

Mariola czasami się śmiała.

Czasami nic nie mówiła.

Andrzej był przekonany, że po przeczytaniu je wyrzuca.

Dopiero któregoś dnia przypadkiem odkrył, że jest inaczej.

W jednej z szuflad zobaczył kilka złożonych razem karteczek.

Nie ruszył ich.

Zamknął szufladę.

I nic Marioli nie powiedział.

To, że je zachowywała, było dla niego ważniejsze niż jej komentarze.


Miłość jednak nie wyleczyła Andrzeja z zazdrości.

Może nawet chwilami działała odwrotnie.

Im bardziej czuł, że Mariola jest mu potrzebna, tym mocniej wracał strach przed możliwością jej utraty.

Sam dobrze wiedział, jak łatwo człowiek może przekroczyć granicę.

Nie miał prawa udawać niewinnego.

Monika pozostawała częścią jego historii.

Podobnie jak instruktor tańca w historii Marioli.

Andrzej chciał ufać.

Tylko że czasami jego ciekawość była silniejsza od rozsądku.

Przekonał się o tym, kiedy Mariola zaprosiła Arletę.


Andrzej miał wyjść z domu.

Przynajmniej Mariola tak myślała.

Usłyszał dzwonek do drzwi, potem głos Arlety.

Przyjaciółki zrobiły kawę i usiadły w dużym pokoju.

Andrzej powinien był założyć kurtkę i wyjść.

Zamiast tego stanął za otwartymi drzwiami.

Sam nie wiedział, czego oczekuje.

Może chciał usłyszeć, co Mariola mówi o nim, kiedy nie ma go w pobliżu.

Może szukał czegoś, czego wcale nie chciał znaleźć.

Minęło dziesięć minut.

Potem pół godziny.

Andrzej nadal stał.

Kobiety rozmawiały o znajomych, ubraniach, życiu i dzieciach.

W końcu rozmowa zeszła na mężczyzn.

Andrzej natychmiast przestał myśleć o bolących nogach.

Mariola przyznała, że podobają jej się młodsi mężczyźni.

Znacznie młodsi.

Czarne włosy.

Sportowa sylwetka.

Pewność siebie.

Andrzej słuchał coraz uważniej.

A potem usłyszał zdanie, które miało pozostać w jego głowie na długo.

Mariola powiedziała, że gdyby naprawdę spodobał jej się mężczyzna piętnaście lat młodszy, nie wie, czy potrafiłaby mu odmówić.

Andrzej zesztywniał.

Arleta nie śmiała się już tak jak wcześniej.

— Kochasz Andrzeja? — zapytała.

Odpowiedź Marioli przyszła bez wahania.

— Bardzo.

Jedno słowo.

Andrzej stał za drzwiami i prawie przestał oddychać.

Arleta zapytała, czy mówi to mężowi.

Mariola odpowiedziała, że nie.

Celowo.

Nie chciała, żeby po wszystkim, co między nimi było, Andrzej stał się zbyt pewny jej miłości.

Kochała go.

Ale nie zamierzała codziennie mu tego powtarzać.

Andrzej nie wiedział, co zrobić z tym, co właśnie usłyszał.

Powinien być szczęśliwy.

Dowiedział się przecież, że żona nadal bardzo go kocha.

Tymczasem jego zazdrość uczepiła się zupełnie innego fragmentu rozmowy.

Piętnaście lat młodszy.

Czarne włosy.

Sportowa sylwetka.

Nie wiem, czy potrafiłabym odmówić.

Stał za drzwiami prawie dwie godziny.

Kiedy Arleta wreszcie wyszła, Andrzej poczuł się jak kompletny idiota.

Obiecał sobie, że nigdy więcej tego nie zrobi.


Nie dotrzymał słowa.

Przy następnej wizycie Arlety znowu znalazł się za tymi samymi drzwiami.

Tym razem niemal natychmiast pomyślał, że przekracza granicę.

Mimo to został.

Rozmowa zaczęła się niewinnie.

Po kilku minutach Arleta przypomniała Marioli o ich dawnym pomyśle.

Zdjęcia.

Przed laty umówiły się, że co pewien czas będą robiły sobie prywatne fotografie, aby później porównywać, jak zmieniają się z upływem czasu.

Planowane zdjęcia opóźniły się już o kilka lat.

Arleta uznała, że właśnie teraz powinny nadrobić zaległość.

Andrzej słuchał.

Dopiero po chwili zorientował się, o jakie fotografie chodzi.

Bardzo prywatne.

Usłyszał śmiech kobiet i odgłosy przygotowań.

Wtedy ciekawość zniknęła.

Dotarło do niego, że Arleta jest przekonana, iż w mieszkaniu nie ma żadnego mężczyzny.

Nie miał prawa zostać.

Musiał wyjść.

Tylko jak?

Przez kilka sekund stał bez ruchu.

Potem zdjął buty.

Wziął je do ręki.

Powoli ruszył w stronę przedpokoju.

Jeden krok.

Drugi.

Podłoga cicho zatrzeszczała.

Andrzej zamarł.

Rozmowa w pokoju trwała.

Ruszył dalej.

Dorosły mężczyzna, ojciec dwóch córek, właściciel własnego mieszkania przemykał przez nie w skarpetkach z butami w rękach.

Gdyby Mariola go zobaczyła, nie byłby w stanie wytłumaczyć, co właściwie robi.

Dotarł do drzwi wejściowych.

Powoli nacisnął klamkę.

Wysunął się na klatkę.

Zamknął drzwi najciszej, jak potrafił.

Dopiero wtedy odetchnął.

Stał na klatce schodowej w skarpetkach i patrzył na trzymane w rękach buty.

Po chwili zaczął się śmiać.

Sam z siebie.

— Mazur, ty jesteś naprawdę nienormalny — mruknął.

Założył buty i wyszedł.


Spacerował długo.

Wstąpił na kawę.

Oglądał wystawy.

W końcu zobaczył kwiaciarnię.

Wszedł.

Kupił frezje.

Kiedy wrócił do domu, Arlety już nie było.

Mariola otworzyła mu drzwi.

— Gdzie byłeś?

Andrzej podniósł bukiet.

— Po kwiaty.

Mariola spojrzała na frezje.

Potem na niego.

— Dwie godziny kupowałeś kwiaty?

— Spacerowałem.

To akurat było prawdą.

Mariola wzięła bukiet.

— Dziwny jesteś ostatnio.

— Dlaczego?

— Kwiaty. Karteczki. Ciągle się przytulasz.

— Źle?

Powąchała frezje.

— Nie powiedziałam, że źle.

Andrzej objął ją.

Przez moment chciał przyznać się do wszystkiego.

Do pierwszego podsłuchiwania.

Do drugiego.

Do dwóch godzin spędzonych za drzwiami.

Nie zrobił tego.

Pocałował Mariolę w szyję.

— Kocham cię.

— Wiem.

Andrzej pomyślał, że wie więcej, niż powinien.


Kilka dni później usiadł przy stole z kolejną małą kartką.

Tym razem nie napisał:

„Kocham Mariolę”.

Długo obracał długopis w palcach.

Potem uśmiechnął się.

Przypomniało mu się zdanie sprzed dwudziestu pięciu lat.

Napisał:

„Znam to miejsce. Chodź, coś ci pokażę…”

Przeczytał.

I natychmiast cofnął się pamięcią do czasów, kiedy oboje byli bardzo młodzi.

Wtedy brakowało mu odwagi, żeby powiedzieć Marioli wprost, że chce ją pocałować.

Wymyślił więc podstęp.

Zaprowadził ją pomiędzy bloki, trochę dalej od ludzi, gdzie było ciemniej i spokojniej.

Powiedział:

Znam to miejsce. Chodź, coś ci pokażę.

Nie było tam niczego do oglądania.

Chciał tylko znaleźć się z nią sam na sam.

Po ćwierć wieku nadal pamiętał tamten wieczór.


Położył kartkę w miejscu, w którym Mariola na pewno miała ją znaleźć.

Potem obserwował.

Mariola krzątała się po mieszkaniu.

W końcu zauważyła kawałek papieru.

Wzięła go.

Przeczytała.

Andrzej czekał.

Najpierw zobaczył uśmiech.

Potem Mariola przeczytała jeszcze raz.

I nagle wybuchnęła śmiechem.

Tak gwałtownie, że musiała oprzeć się o ścianę.

— Ty idioto!

Andrzej również zaczął się śmiać.

— Co?

— Jeszcze pytasz?

Mariola trzymała kartkę i nie mogła się uspokoić.

Andrzej widział po jej twarzy, że pamięta.

Dwadzieścia pięć lat zniknęło.

Nie musieli niczego sobie tłumaczyć.

Wystarczyło jedno zdanie.

Mariola otarła łzy śmiechu.

Popatrzyła na męża.

I nagle krzyknęła:

— Bardzo cię kocham!

Andrzej znieruchomiał.

Usłyszał te słowa już wcześniej.

Za drzwiami.

Ale wtedy nie były przeznaczone dla niego.

Teraz Mariola powiedziała je prosto do niego.

Głośno.

Bez pytania.

Bez nalegania.

Bez świadków, jak jej się przynajmniej wydawało.

Tyle że krzyknęła tak donośnie, iż niemal jednocześnie otworzyły się drzwi pokojów.

Pierwsza pojawiła się Dominika.

Za nią Sabrina.

— Co się stało?!

Mariola spojrzała na córki.

Potem na Andrzeja.

I znowu dostała napadu śmiechu.

— Nic!

— Mamo, przecież krzyczałaś!

— Bo wasz ojciec jest głupi.

Andrzej rozłożył ręce.

— Ja nic nie zrobiłem.

— Właśnie zrobiłeś!

Sabrina próbowała zobaczyć kartkę.

— Co tam masz?

Mariola schowała ją za plecami.

— Nic dla ciebie.

— To dlaczego tak się śmiejesz?

— Bo przypomniało mi się coś sprzed dwudziestu pięciu lat.

Dominika popatrzyła na rodziców.

— Wy jesteście naprawdę dziwni.

Mariola roześmiała się.

— Poczekaj. Może kiedyś też będziesz z kimś dwadzieścia pięć lat. Wtedy zrozumiesz.

Dziewczyny wróciły do swoich pokojów.

Andrzej został z Mariolą.

Spojrzał na kartkę w jej dłoni.

— Pamiętałaś?

— Oczywiście.

— Wszystko?

— Prawie wszystko.

Tym razem to Mariola podeszła pierwsza.

Objęła go za szyję.

Andrzej położył dłonie na jej talii.

Nie musiał już prowadzić jej w ciemniejsze miejsce między blokami.

Pocałowała go sama.


Wieczorem Andrzej zauważył, że karteczka zniknęła.

Zajrzał do sypialni.

Mariola stała przy otwartej szufladzie.

Dołożyła ją do pozostałych.

Do wszystkich małych karteczek z napisem:

„Kocham Mariolę.”

Ta jedna była jednak inna.

Miała dwadzieścia pięć lat.

Andrzej podszedł i objął żonę od tyłu.

Mariola zamknęła szufladę.

— Słyszałeś dzisiaj? — zapytała.

— Co?

— Nie udawaj.

— Chcę usłyszeć jeszcze raz.

— Niedoczekanie.

— Mariolka…

Odwróciła się w jego ramionach.

— Raz na dwadzieścia pięć lat wystarczy.

— Skąpa jesteś.

— Trzeba było słuchać.

Andrzej omal się nie roześmiał.

Gdyby tylko wiedziała, ile ostatnio słuchał.

Pocałowała go.

Tym razem naprawdę mu wystarczało.


Nowe tysiąclecie nie zaczynało się dla Mazurów wielkim wydarzeniem.

Zaczynało się od zmian, które przychodziły po cichu.

Dominika coraz szerzej otwierała drzwi do własnego życia.

Sabrina poznawała swoją pierwszą młodzieńczą miłość z Issamem, a Andrzej uczył się, że nie może zatrzymać córek w dzieciństwie tylko dlatego, że jemu trudno pogodzić się z ich dorastaniem.

A on i Mariola?

Po ćwierćwieczu nadal potrafili się zaskakiwać.

Czasami Andrzej robił rzeczy głupie. Podsłuchiwał, podejrzewał, zazdrościł.

Czasami Mariola celowo nie mówiła mu wszystkiego, co czuła.

Nie stali się nagle idealnym małżeństwem.

Za dużo razem przeżyli, żeby uwierzyć w tak prostą przemianę.

Ale w ich mieszkaniu znowu pojawiło się coś lekkiego.

Konwalie.

Frezje.

Małe karteczki.

Śmiech Marioli.

Pocałunki bez okazji.

I coraz częstsze wieczory, podczas których zostawali sami i odkrywali, że wcale nie boją się tej samotności we dwoje.

Przeciwnie.

Andrzej zaczynał myśleć, że skoro przeżyli razem pierwsze dwadzieścia pięć lat, następne wcale nie muszą być spokojniejsze.

Mogą jeszcze podróżować.

Tańczyć.

Wygłupiać się.

Kłócić i godzić.

Odkrywać miejsca, których nigdy nie widzieli.

A czasami nie musieli nigdzie jechać.

Wystarczało mieszkanie w Monachium, kwiaty stojące na stole i jedna mała kartka przypominająca, że wszystko zaczęło się kiedyś od chłopaka, który nie miał odwagi powiedzieć dziewczynie, że chce ją pocałować.

„Znam to miejsce, choć coś ci pokażę…”

Po dwudziestu pięciu latach Mariola nadal poszłaby za nim.

A Andrzej coraz mocniej czuł, że właśnie z nią chce zobaczyć, co będzie dalej.

Kiedy dzieci nie ma w domu

Andrzej coraz mocniej czuł, że właśnie z Mariolą chce zobaczyć, co będzie dalej.

Nie przypuszczał tylko, że przyszłość tak szybko przypomni mu również o upływającym czasie.

Na razie jednak miał zupełnie inny problem.

Dominika chciała zrobić prawo jazdy.

Dla niej była to wolność.

Dla Andrzeja — początek nowych zmartwień.

Kiedy córka zapisała się na kurs, był z niej dumny. Kiedy zaczęła jeździć z instruktorem, wypytywał o każdy szczegół. A kiedy zbliżał się egzamin, przeżywał go chyba bardziej niż ona.

Mariola obserwowała to z rozbawieniem.

— Ty zdajesz czy Dominika?

— Ja tylko pytam.

— Od rana pytasz.

Dominika była znacznie spokojniejsza od ojca.

Chciała zdać i mieć wreszcie własne prawo jazdy. Perspektywa, że nie będzie musiała za każdym razem prosić rodziców o podwiezienie, była dla niej kolejnym krokiem w stronę samodzielności.

Andrzej rozumiał to doskonale.

Tyle że rozumieć było łatwiej niż zaakceptować.

Kiedy wreszcie zdała egzamin, wróciła do domu szczęśliwa.

Mariola ją wyściskała.

Andrzej również.

Potem jednak zrobił coś zupełnie przewidywalnego.

Zaczął tłumaczyć córce, jak ma jeździć.

Spokojnie.

Bez pośpiechu.

Odstęp.

Lusterka.

Kierunkowskaz.

Uważać na skrzyżowaniach.

Nie wierzyć innym kierowcom.

Dominika początkowo słuchała.

Po kilku minutach popatrzyła na matkę.

Mariola już się uśmiechała.

— Tato, zdałam egzamin.

— Wiem.

— Czyli chyba umiem jeździć.

— Egzamin to jedno, życie to drugie.

— Andrzej — wtrąciła Mariola. — Daj jej się nacieszyć.

Andrzej zamilkł.

Na chwilę.


Pierwsza jazda Dominiki rodzinnym samochodem była dla niego znacznie trudniejsza niż dla niej.

Usiadł obok.

Mariola z tyłu.

Dominika poprawiła fotel, ustawiła lusterka i uruchomiła silnik.

Andrzej obserwował każdy ruch.

— Sprzęgło spokojnie.

Dominika spojrzała na niego.

— Tato.

— Już nic nie mówię.

Ruszyła.

Po kilkuset metrach Andrzej odruchowo nacisnął prawą nogą podłogę, jakby miał przed sobą własny hamulec.

Mariola zobaczyła to z tylnego siedzenia i parsknęła śmiechem.

— Co robisz?

— Nic.

— Hamujesz?

Dominika również zaczęła się śmiać.

— Tato, tam nie ma pedałów.

— Wiem!

— To po co naciskasz podłogę?

Andrzej popatrzył przez okno.

Obie kobiety śmiały się z niego.

I może właśnie wtedy po raz pierwszy naprawdę dotarło do niego, że Dominika nie jest już małą dziewczynką.

Siedziała za kierownicą.

Sama decydowała, dokąd skręcić.


Z Sabriną mieli zupełnie inne zmartwienie.

Szkoła przestała być dla niej najważniejsza.

Oceny pogorszyły się wyraźnie.

Andrzej początkowo myślał, że to chwilowe. Jedna słabsza ocena, potem druga. Ale z czasem stało się jasne, że Sabrina uczy się mniej niż wcześniej.

Miała ważniejsze sprawy.

Znajomych.

Wyjścia.

Telefon.

Issama.

Andrzej nie chciał od razu obwiniać chłopaka, chociaż taka myśl przyszła mu do głowy.

Mariola szybko ją ucięła.

— Nie zwalaj wszystkiego na Issama.

— Ja nic na niego nie zwalam.

— Znam tę minę.

— Jaką?

— Ojca, który właśnie znalazł winnego.

Andrzej westchnął.

Wiedział, że żona ma trochę racji.

Najbardziej niepokoiło go nie to, że Sabrina dostała kilka słabszych ocen.

Bardziej to, że zdawała się tym nie przejmować.

Próbowali z nią rozmawiać.

Bez krzyku.

Mariola pilnowała, żeby Andrzej nie zamienił rozmowy w przesłuchanie.

Sabrina obiecała poprawę.

Andrzej chciał jej wierzyć.

Ale zaczął częściej zaglądać do jej szkolnych spraw.

Jedna córka właśnie zdobywała coraz większą niezależność.

Druga próbowała jej zasmakować, zanim nauczyła się odpowiedzialności.

Dom rzeczywiście się zmieniał.


A jednak te zmiany miały również przyjemniejszą stronę.

Córki coraz częściej wychodziły jednocześnie.

I wtedy mieszkanie należało tylko do Andrzeja i Marioli.

Mariola bardzo szybko odkryła, że podoba jej się ta nowa sytuacja.

Któregoś popołudnia Andrzej siedział w salonie, kiedy usłyszał kroki żony.

Podniósł głowę.

Mariola przeszła przez pokój w lekkiej domowej bluzce i bieliźnie.

Jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie.

Andrzej przestał patrzeć w telewizor.

Mariola doskonale wiedziała, że na nią patrzy.

Nie zatrzymała się.

Poszła do kuchni.

Po chwili wróciła z wodą.

Andrzej nadal ją obserwował.

— Mariolka.

— Co?

— Ty nie masz spodni.

Spojrzała na siebie z udawanym zdziwieniem.

— Rzeczywiście.

— I?

— I nic.

Przeszła obok.

Andrzej złapał ją za rękę.

Mariola odwróciła się.

— Co robisz?

— Pytanie brzmi: co ty robisz?

Uśmiechnęła się.

To wystarczyło za odpowiedź.

Robiła to specjalnie.

Podobało jej się, że po tylu latach nadal potrafi jednym przejściem przez pokój sprawić, że Andrzej zapomina o telewizji.

Pociągnął ją delikatnie do siebie.

Mariola usiadła obok.

Andrzej objął ją w talii i pocałował.

— Dzieci mogą wrócić — powiedziała.

— To po co tak chodzisz?

— Żebyś się trochę denerwował.

Zaśmiała się i pocałowała go ponownie.

Puste mieszkanie zaczynało mieć swoje zalety.


Kwiaty nadal pojawiały się na stole.

Karteczki również.

Mariola czasami znajdowała rano przy filiżance kawy zwyczajne:

„Kocham Mariolę.”

Innym razem Andrzej pisał:

„Ładnie dziś wyglądasz.”

Mariola znalazła kiedyś kartkę w łazience:

„Bardzo ładnie.”

Przyszła z nią do salonu.

— Widziałeś mnie dzisiaj rano?

Andrzej spojrzał niewinnie.

— Może.

— Jak pisałeś, to jeszcze spałam.

— Mam dobrą pamięć.

Rzuciła w niego karteczką.

Potem ją podniosła.

I oczywiście schowała.


Wszystko wydawało się układać spokojnie, kiedy pewnej nocy Andrzej obudził się z bólem.

Początkowo myślał, że źle się ułożył.

Przewrócił się na drugi bok.

Nie pomogło.

Ból narastał.

Był głęboki, ostry, skupiony po prawej stronie pod żebrami. Po pewnym czasie zaczął promieniować w stronę pleców i prawej łopatki.

Andrzej usiadł na łóżku.

Mariola spała.

Nie chciał jej budzić.

Wstał.

Przeszedł do kuchni.

Napił się wody.

Ból nie ustępował.

Przeciwnie.

Po kilku minutach zrobiło mu się niedobrze.

Oparł dłonie o blat i próbował znaleźć pozycję, w której będzie choć trochę lżej.

Nie znalazł.

Chodził po kuchni.

Siadał.

Wstawał.

Znów chodził.

Zaczynał się pocić.

W końcu w drzwiach pojawiła się Mariola.

Zaspana.

— Andrzej?

Odwrócił się.

Wystarczyło, że zobaczyła jego twarz.

Senność zniknęła.

— Co ci jest?

— Brzuch.

Podeszła.

— Gdzie?

Andrzej wskazał prawą stronę pod żebrami.

— Od kiedy?

— Nie wiem. Obudziło mnie.

Mariola patrzyła na niego coraz bardziej zaniepokojona.

Andrzej próbował to zlekceważyć.

— Przejdzie.

Nie przeszło.


Atak w końcu osłabł, ale nie był ostatni.

Po pewnym czasie ból wrócił.

Znów prawy bok.

Znów promieniowanie w stronę pleców.

Nudności.

Andrzej coraz mniej mógł udawać, że nic się nie dzieje.

Mariola naciskała, żeby poszedł do lekarza.

Tym razem nie protestował długo.

Badania przyniosły odpowiedź.

Kamienie w pęcherzyku żółciowym.

Andrzej słuchał lekarza i miał dziwne wrażenie, że mówi o kimś innym.

Przecież jeszcze niedawno jeździł, pracował, planował następne wyjazdy i zastanawiał się, dokąd zabrać Mariolę.

A teraz nagle pojawiły się badania, szpital i słowo, którego nie chciał słyszeć.

Operacja.


Najbardziej przestraszył się dopiero w domu.

Nie pokazał tego od razu.

Mariola siedziała obok niego na kanapie.

Andrzej patrzył przed siebie.

— Boisz się? — zapytała.

— Nie.

Mariola milczała.

Po chwili Andrzej westchnął.

— Trochę.

Wzięła go za rękę.

Nie żartowała.

Nie mówiła, że na pewno wszystko będzie dobrze.

Po prostu siedziała przy nim.

Andrzej spojrzał na ich splecione dłonie.

Pomyślał o swoich karteczkach.

O frezjach.

O konwaliach.

O Dominice za kierownicą.

O Sabrinie i jej szkolnych problemach.

O Issamie.

O Marioli paradującej po mieszkaniu bez spodni tylko po to, żeby go prowokować.

Jeszcze kilka tygodni wcześniej wszystko to wydawało mu się zwyczajnym życiem.

Teraz nagle nabrało wartości.


W dniu operacji Mariola była przy nim.

Andrzej próbował żartować, ale tym razem wychodziło mu to słabo.

Przed rozstaniem złapał żonę za rękę.

— Mariolka.

— Co?

— Nic.

Nie chciał robić z tego wielkiej sceny.

Mariola nachyliła się i pocałowała go.

— Czekam.

To jedno słowo uspokoiło go bardziej niż wszystkie zapewnienia.

Kiedy później otworzył oczy, pierwsze chwile były zamglone.

Świat wracał powoli.

Światło.

Dźwięki.

Ból inny niż wcześniej.

I świadomość, że operacja jest już za nim.

Później zobaczył Mariolę.

Siedziała obok.

Andrzej spróbował się uśmiechnąć.

— Jestem.

— Widzę.

— Bałaś się?

Mariola popatrzyła na niego.

— Nie gadaj tyle.

Ale po jej oczach widział wystarczająco dużo.

Wyciągnął rękę.

Mariola ją chwyciła.


Powrót do domu był dziwny.

Andrzej, który zawsze chciał wszystko robić sam, nagle musiał zwolnić.

Mariola pilnowała go bardziej niż kiedykolwiek.

Dominika pomagała.

Mogła już prowadzić samochód i właśnie wtedy jej prawo jazdy przestało być dla Andrzeja tylko powodem do ojcowskich nerwów.

Któregoś dnia to ona usiadła za kierownicą i zawiozła ojca tam, gdzie potrzebował.

Andrzej zajął miejsce pasażera.

Tym razem nie naciskał niewidzialnego hamulca.

Prawie.

Dominika zauważyła ruch jego nogi.

— Tato.

— Co?

— Znowu hamujesz.

Andrzej spojrzał przez okno.

— Odruch.

— To się odzwyczaj.

Uśmiechnął się.

Jego córka wiozła go samochodem.

Role naprawdę zaczynały się zmieniać.


Kilka dni później został z Mariolą sam.

Czuł się już lepiej, choć do pełnej formy było jeszcze daleko.

Siedział w salonie.

Mariola przeszła przez pokój w swojej lekkiej bluzce i bieliźnie.

Andrzej popatrzył.

— Mariolka…

Odwróciła się.

— Co?

— Ja jestem po operacji.

— Wiem.

— To po co mnie prowokujesz?

Uśmiechnęła się.

Podeszła.

Pochyliła się i pocałowała go delikatnie.

— Żebyś szybciej zdrowiał.

Andrzej objął ją ostrożnie.

— Lekarz tego nie przepisał.

— Nie zna się.

Roześmiał się.

Mariola usiadła przy nim, uważając na jego brzuch.

Andrzej oparł głowę o jej ramię.

Przez chwilę siedzieli spokojnie.

Bez pośpiechu.

Bez potrzeby czegokolwiek więcej.


Wieczorem Mariola znalazła nową karteczkę.

Leżała na stole obok małego bukietu.

Tym razem Andrzej napisał tylko:

„Jeszcze mamy dużo do zobaczenia.”

Mariola przeczytała.

Spojrzała na niego.

Andrzej siedział na kanapie.

— To dokąd jedziemy? — zapytała.

— Jak wyzdrowieję, wymyślimy.

— Daleko?

— Z tobą może być daleko.

Mariola położyła karteczkę obok kwiatów.

Podeszła do niego.

Andrzej objął ją.

Po raz pierwszy od dawna nie myślał ani o młodszych mężczyznach, o których mówiła Arlecie, ani o własnej zazdrości, ani o dawnych zdradach.

Myślał o tym, że Dominika potrafi już sama prowadzić samochód.

Że Sabrina potrzebuje ich teraz inaczej niż kiedyś.

Że córki będą coraz częściej wychodziły z domu.

I że pewnego dnia naprawdę zostanie w nim tylko on i Mariola.

Jeszcze niedawno ta myśl wydawała mu się odległa.

Teraz objął żonę trochę mocniej.

Nie bał się pustego domu.

Chciał tylko, żeby kiedy już nadejdzie, oboje nadal w nim byli.

Córki dorastają

Andrzej chciał tylko, żeby kiedy nadejdzie czas pustego domu, oboje z Mariolą nadal w nim byli.

Na razie jednak do pustego domu było jeszcze daleko.

Zwłaszcza że w życiu Sabriny zaczynało dziać się coraz więcej.

Była jeszcze Aleksandra, córka kuzynki Marioli i jej męża Adama. Miała siedemnaście lat, tyle samo co Sabrina. Obie od lat mieszkały w Monachium i znały się właściwie od dzieciństwa.

Nie były dziewczynami, które dopiero próbowały się zaprzyjaźnić.

One razem dorastały.

Bywały u siebie w domach, znały swoje rodziny, tajemnice, pierwsze sympatie i szkolne historie. Pożyczały sobie ubrania, rozmawiały godzinami, śmiały się z rzeczy, których Andrzej zupełnie nie rozumiał.

Czasami wystarczało jedno spojrzenie i obie zaczynały chichotać.

Andrzej wtedy tylko kręcił głową.

Mariola rozumiała je znacznie lepiej.

Pamiętała siebie w ich wieku.

Może właśnie dlatego szybciej od Andrzeja zauważyła coś jeszcze.

Aleksandra zaczęła inaczej zachowywać się przy Issamie.

Na początku Mariola nie była pewna.

Jedno spojrzenie.

Potem drugie.

Aleksandra częściej się śmiała, kiedy Issam coś mówił. Siadała bliżej. Poprawiała włosy, gdy wiedziała, że za chwilę przyjdzie.

Mariola obserwowała.

I coraz mniej miała wątpliwości.

Aleksandra zakochała się w chłopaku Sabriny.

Nie wiedziała tylko, czy Sabrina już to zauważyła.


Issam coraz częściej pojawiał się w domu Mazurów.

Andrzej przyzwyczajał się do niego powoli.

Bardzo powoli.

Nie był już tak spięty jak podczas pierwszych spotkań, ale nadal obserwował chłopaka ojcowskim wzrokiem.

Mariola czasami musiała go szturchnąć.

— Nie patrz tak.

— Jak?

— Jak policjant.

— Normalnie patrzę.

— Andrzej, ja cię znam.

Issam chyba również zaczynał rozumieć, że ojciec Sabriny potrzebuje czasu.

Nie próbował z nim walczyć.

Nie prowokował.

Zachowywał się swobodnie, ale z szacunkiem.

I to akurat Andrzejowi się podobało.

Znacznie bardziej niepokoiło go zachowanie Sabriny.

Szkoła przestała być dla niej najważniejsza.

Oceny pogorszyły się wyraźnie.

Andrzej początkowo myślał, że to chwilowe. Jedna słabsza ocena, potem druga. Ale z czasem stało się jasne, że Sabrina uczy się mniej niż wcześniej.

Miała znajomych.

Wyjścia.

Telefon.

Issama.

Andrzej widział prosty związek pomiędzy pojawieniem się chłopaka a ocenami córki.

Mariola nie pozwalała mu jednak sprowadzać wszystkiego do Issama.

— Ona sama odpowiada za szkołę.

— Odkąd jest Issam, uczy się gorzej.

— A może po prostu dorasta?

— To ma być usprawiedliwienie?

— Nie. Wyjaśnienie.

Andrzej nie był przekonany.

Mariola patrzyła na to inaczej.

I miała ku temu bardzo osobisty powód.

Sabrina miała siedemnaście lat.

Tyle samo, ile Mariola, kiedy w jej życiu był już Andrzej.

To nie była dla niej jakaś odległa historia opowiadana po latach.

Pamiętała tamtą siebie.

Młodą dziewczynę.

Pierwsze spojrzenia.

Pierwsze pocałunki.

Ciekawość drugiego człowieka.

Pragnienie bycia razem.

Ona i Andrzej również zaczynali właśnie wtedy.

W tym samym wieku co dzisiaj Sabrina i Issam.

Dlatego za każdym razem, kiedy Andrzej mówił, że Sabrina jest jeszcze za młoda, Mariola miała przed oczami ich własną młodość.

I wiedziała, że prędzej czy później będzie musiała mu o tym przypomnieć.


Pewnego dnia Mariola wróciła do domu znacznie wcześniej, niż planowała.

Nie uprzedziła nikogo.

Otworzyła drzwi i od razu usłyszała śmiech.

Sabriny.

Potem Issama.

Zatrzymała się w przedpokoju.

Przez pierwszą chwilę nie zwróciła na to szczególnej uwagi. Oboje często się śmiali.

Po kilku sekundach zorientowała się jednak, że tym razem sytuacja jest zupełnie inna.

Zastała córkę i Issama w chwili bardzo prywatnej bliskości.

Oni również jej się nie spodziewali.

Śmiech urwał się natychmiast.

Sabrina zobaczyła matkę.

Issam znieruchomiał.

Mariola odwróciła wzrok.

Nie chciała ich zawstydzać bardziej, niż już zostali zawstydzeni.

— Ubierzcie się — powiedziała spokojnie.

— Potem porozmawiamy.

Poszła do kuchni.

Usiadła przy stole.

Dopiero wtedy poczuła, jak mocno bije jej serce.

Przez moment nie wiedziała, czy jest bardziej zdenerwowana, przestraszona czy po prostu zaskoczona.

Jej mała Sabrina.

Tylko że Sabrina nie była już mała.

I właśnie to było najtrudniejsze.

Mariola siedziała przy stole i nagle przyszło wspomnienie.

Siedemnaście lat.

Ona też miała siedemnaście.

Andrzej był już wtedy w jej życiu.

Też byli młodzi.

Też chcieli się dotykać, całować, być ze sobą jak najbliżej.

Też zapewne wydawało im się, że dorośli niczego nie rozumieją.

Mariola zamknęła oczy.

Jak miała potępiać córkę za uczucia, które sama poznała dokładnie w tym samym wieku?

Nie mogła.

Ale była matką.

A bycie matką oznaczało również odpowiedzialność.

Nagle przypomniała sobie Andrzeja.

I pojawił się następny problem.

Co ja mu powiem?


Sabrina przyszła do kuchni sama.

Usiadła naprzeciwko matki.

Nie patrzyła jej w oczy.

Mariola przez chwilę milczała.

Nie chciała krzyczeć.

Krzyk byłby najłatwiejszy.

Znacznie trudniej było spróbować zrozumieć własne dziecko.

— Mamo…

Mariola patrzyła na córkę.

Wciąż widziała w niej swoją Sabrinę.

Ale po raz pierwszy tak wyraźnie zobaczyła również młodą kobietę.

— Kochasz go? — zapytała.

Sabrina długo nie odpowiadała.

Potem skinęła głową.

— Tak.

Mariola oparła dłonie na stole.

— A on ciebie?

— Mówi, że tak.

— Nie pytam, co mówi. Pytam, czy ty to czujesz.

Sabrina wreszcie spojrzała matce w oczy.

— Tak.

Mariola westchnęła.

Nie chciała wygłaszać kazania.

Powiedziała córce spokojnie, że uczucie i odpowiedzialność muszą iść razem. Że dorosłość nie zaczyna się w chwili, kiedy człowiek robi to, na co ma ochotę. Zaczyna się wtedy, kiedy rozumie konsekwencje swoich decyzji.

Rozmawiały długo.

O miłości.

O zaufaniu.

O granicach.

O bezpieczeństwie.

O szacunku do samej siebie i do drugiego człowieka.

Mariola nie próbowała przy tym udawać kogoś, kim nigdy nie była.

W końcu Sabrina powiedziała cicho:

— Ty mnie chyba rozumiesz bardziej niż tata.

Mariola spojrzała na nią.

— Może dlatego, że pamiętam siebie w twoim wieku.

Sabrina milczała.

— Miałam siedemnaście lat — ciągnęła Mariola. — Tyle co ty teraz.

— I był już tata?

— Był.

Sabrina lekko się uśmiechnęła.

Mariola również.

— Myślisz, że my byliśmy święci?

— Mamo…

— No właśnie.

Przez moment obie się uśmiechały.

Ale Mariola szybko spoważniała.

— To, że cię rozumiem, nie oznacza, że wszystko mi się podoba. I nie oznacza, że nie będę się o ciebie martwić.

Sabrina skinęła głową.

Po chwili zapytała:

— Powiesz tacie?

Mariola zamilkła.

To było znacznie trudniejsze pytanie.


Wieczorem Andrzej wrócił do domu.

Mariola była inna niż zwykle.

Zauważył to niemal natychmiast.

— Co się stało?

— Nic.

Andrzej spojrzał na nią.

— Mariolka.

— Co?

— Znam cię.

Usiadł przy stole.

— Sabrina?

Mariola popatrzyła na niego.

Trafił.

— Co zrobiła?

— Andrzej, najpierw obiecaj, że nie będziesz krzyczał.

Natychmiast się wyprostował.

— Co zrobiła?

— Właśnie dlatego jeszcze nic ci nie powiedziałam.

Andrzej patrzył na żonę coraz bardziej niespokojnie.

Mariola wiedziała, że nie może tego przeciągać.

Opowiedziała mu spokojnie, że wróciła wcześniej i zastała Sabrinę z Issamem w sytuacji, która nie pozostawiała wątpliwości, że ich związek stał się bardzo bliski.

Andrzej przez kilka sekund nic nie mówił.

Potem wstał.

— Koniec.

Mariola patrzyła na niego.

— Czego koniec?

— Issam nie będzie tutaj przychodził.

— Usiądź.

— Nie będę siedział!

— Andrzej.

— Ona ma siedemnaście lat!

I właśnie wtedy Mariola powiedziała to, czego spodziewała się, że będzie musiała mu przypomnieć.

— Ja też miałam siedemnaście lat.

Andrzej zamilkł.

Mariola nie spuszczała z niego wzroku.

— Co to ma do rzeczy?

— Wszystko.

— Mariola…

— Ile miałam lat, kiedy zaczynaliśmy?

Andrzej wiedział.

Nie odpowiedział.

— Powiedz.

— Siedemnaście.

— No właśnie.

Mariola mówiła spokojnie.

Bez złości.

To działało na niego bardziej niż krzyk.

— Sabrina jest teraz dokladnie w tym wieku, w ktorym ja bylam, kiedy zacznalam z toba.

Andrzej odwrócił wzrok.

— To było co innego.

Mariola niemal się uśmiechnęła.

— Oczywiście.

— Naprawdę było inaczej.

— Bo chodziło o ciebie?

Andrzej nic nie powiedział.

Mariola usiadła naprzeciwko niego.

— Dla ciebie Sabrina zawsze będzie małą dziewczynką. Rozumiem. Ale ona nią już nie jest.

— To mam udawać, że wszystko jest w porządku?

— Nie. Masz być ojcem. Rozmawiać. Pilnować. Martwić się. Stawiać granice. Ale nie możesz wymagać od niej, żeby w wieku siedemnastu lat nie czuła tego, co my czuliśmy w tym samym wieku.

To zdanie trafiło do Andrzeja.

Bo nagle zobaczył nie tylko córkę.

Zobaczył siebie sprzed wielu lat.

Młodego chłopaka szukającego ciemniejszego miejsca pomiędzy blokami.

I Mariolę idącą obok.

„Znam to miejsce. Chodź, coś ci pokażę…”

Tamten chłopak nie uważał się za dziecko.

Mariola również nie uważała się wtedy za dziecko.

Dlaczego więc tak trudno było mu zaakceptować, że Sabrina czuje dokładnie to samo?


Rozmowę przerwało pojawienie się Aleksandry.

Dziewczyna weszła do kuchni.

Mariola od razu zauważyła jej oczy.

Płakała.

— Ola?

— Nic mi nie jest.

Mariola wiedziała, że nie mówi prawdy.

Andrzej natomiast patrzył raz na jedną, raz na drugą.

— Co jeszcze?

Aleksandra chciała wyjść.

Mariola zatrzymała ją.

— Chodzi o Issama?

Dziewczyna znieruchomiała.

To wystarczyło.

Andrzej spojrzał na Mariolę.

Potem na Aleksandrę.

— Issama?

Mariola już wcześniej podejrzewała prawdę.

Teraz była niemal pewna.

Aleksandra, która znała Sabrinę od lat, która razem z nią dorastała i była jej niemal jak rodzina, zakochała się w tym samym chłopaku.

Sytuacja robiła się znacznie trudniejsza.

Nie chodziło już tylko o ojcowski lęk Andrzeja.

Ani o słabsze oceny Sabriny.

Pojawiały się pierwsze prawdziwe uczucia młodego pokolenia.

A razem z nimi zazdrość.

Rywalizacja.

Rozczarowanie.

Może również pierwsze złamane serce.


Późnym wieczorem Andrzej i Mariola zostali sami w sypialni.

Andrzej długo milczał.

Mariola wiedziała, że myśli.

W końcu odezwał się:

— Naprawdę miałaś siedemnaście?

Mariola spojrzała na niego z niedowierzaniem.

— Zapomniałeś?

— Nie.

— To po co pytasz?

Andrzej położył się obok niej.

— Bo jak patrzę na Sabrinę, to wydaje mi się taka młoda.

Mariola uśmiechnęła się.

— A ja?

— Ty wtedy?

— Tak.

Andrzej spojrzał na żonę.

W jego pamięci siedemnastoletnia Mariola wcale nie była dzieckiem.

Była dziewczyną, za którą chodził.

O której myślał.

Którą chciał całować.

Dziewczyną, przez którą wymyślał najgłupsze preteksty, żeby zostać z nią sam na sam.

Mariola przysunęła się.

— No widzisz.

Andrzej objął ją.

— Nie podoba mi się to.

— Nie musi.

— Issam też mi się nie podoba.

— Kłamiesz.

Andrzej spojrzał na nią.

— Trochę go lubisz — powiedziała.

— Trochę.

Mariola położyła głowę na jego ramieniu.

— To daj im trochę żyć.

— Trochę.

— Andrzej…

— Powiedziałem: trochę.

Mariola się roześmiała.

Andrzej pocałował ją w czoło.

Po chwili pomyślał o czymś jeszcze.

Dwadzieścia pięć lat wcześniej ktoś mógł przecież patrzeć dokładnie tak samo na niego.

Jak na młodego chłopaka, który pojawił się przy siedemnastoletniej Marioli i miał wobec niej zdecydowanie więcej planów niż wspólne spacery.

Ta myśl nie uspokoiła go całkowicie.

Ale pierwszy raz pozwoliła mu spojrzeć na Issama trochę inaczej.


Dom Mazurów zmieniał się szybciej, niż Andrzej chciał.

Dominika miała już prawo jazdy i coraz częściej sama decydowała, dokąd jedzie i kiedy wróci.

Sabrina zakochała się i coraz odważniej wchodziła w dorosłość.

Aleksandra odkrywała, że można kochać kogoś, kto kocha inną.

A Andrzej i Mariola po raz pierwszy zaczynali patrzeć na własną młodość nie tylko jak na piękne wspomnienie.

Ich historia stawała się teraz punktem odniesienia dla córek.

To, co kiedyś robili sami, nagle wracało do nich z drugiej strony.

W spojrzeniach.

W pocałunkach.

W pierwszych miłościach.

W rodzicielskim strachu.

Andrzej nie był na to przygotowany.

Chyba żaden ojciec nie jest.

Wieczorem, kiedy Mariola już zasypiała przy nim, spojrzał na nią.

Przypomniał sobie siedemnastoletnią dziewczynę sprzed ćwierć wieku.

I nagle uśmiechnął się do własnych wspomnień.

Gdyby wtedy ktoś próbował zabronić mu spotykania się z Mariolą, prawdopodobnie i tak znalazłby sposób.

Sabrina była przecież ich córką.

Może więc zamiast zastanawiać się, jak ją zatrzymać, powinien zacząć się zastanawiać, jak nie stracić jej zaufania.

Objął Mariolę mocniej.

Ich dzieci dorastały.

A oni musieli nauczyć się dorastać razem z nimi.

Coraz więcej świata

A oni musieli nauczyć się dorastać razem z nimi.

Nie zawsze było to łatwe.

Aleksandra długo nosiła w sobie uczucie do Issama, zanim w końcu nie wytrzymała i powiedziała o wszystkim swojej matce.

Przyznała, że zakochała się w nim naprawdę. Nie było to już niewinne zainteresowanie chłopakiem, który często pojawiał się w domu Mazurów. Bolało ją, że Issam jest z Sabriną, a jeszcze bardziej to, że Sabrina również go kocha.

Dla siedemnastoletniej dziewczyny świat uczuć nie miał jeszcze wielu odcieni.

Miłość była albo szczęściem, albo tragedią.

Aleksandra czuła się przegrana.

Jej matka zamiast przeczekać pierwsze emocje córki, zareagowała zbyt gwałtownie. Pretensje skierowała do Marioli, jakby to ona mogła zdecydować, którą z dziewczyn powinien pokochać Issam.

Mariola była tym zaskoczona.

Nie wybierała przecież chłopaka dla Sabriny.

Nie mogła też nakazać córce, żeby przestała go kochać tylko dlatego, że Aleksandra zakochała się w tym samym chłopaku.

Napięcie między kobietami rosło.

Andrzej patrzył na to wszystko trochę z boku.

Jeszcze niedawno sam najbardziej przeżywał związek Sabriny z Issamem. Teraz obserwował, jak młodzieńcza miłość zaczyna poróżniać dorosłych, i uznał, że ktoś wreszcie musi zachować spokój.

Nie chciał, żeby uczucia dwóch siedemnastoletnich dziewczyn zniszczyły wieloletnie rodzinne relacje.

Ale zanim znalazł sposób, żeby pogodzić zwaśnione strony, nadeszło lato.

A wraz z nim Gran Canaria.


Ten urlop był zaplanowany już wcześniej.

Lipiec 2000 roku.

Słońce, ocean, Wyspy Kanaryjskie.

Tym razem Andrzej i Mariola nie mieli jechać sami.

Kiedy o planach dowiedziała się Arleta, natychmiast zainteresowała się wyjazdem. Iwo również był chętny.

Potem dołączył Irek z Barbarą i ich córką Katarzyną.

Na końcu jeszcze Józek, sąsiad pochodzący z Tychów, razem z żoną Ewą.

Z urlopu we dwoje zrobiła się cała wyprawa.

Dominiki tym razem z nimi nie było.

Jej życie zaczynało biec już własnym torem.

Zrezygnowała ze studiów.

Dla Andrzeja początkowo nie była to łatwa wiadomość. Jak większość rodziców chciał widzieć córkę z wyższym wykształceniem i zawodem dającym jej pewną przyszłość.

Dominika jednak podjęła własną decyzję.

Rozpoczęła pracę w firmie ubezpieczeniowej Allianz.

I bardzo szybko okazało się, że doskonale sobie radzi.

Była ambitna, samodzielna, szybko się uczyła i potrafiła odnaleźć się wśród ludzi. Zaczęła robić karierę znacznie szybciej, niż Andrzej się spodziewał.

Patrzył na nią z coraz większą dumą.

Jeszcze niedawno przeżywał jej pierwsze samodzielne jazdy samochodem.

Teraz córka sama zaczynała kierować własnym życiem.

Nie zawsze w stronę, którą wybraliby dla niej rodzice.

Ale coraz wyraźniej w swoją.

Dlatego kiedy nadszedł dzień wyjazdu na Gran Canarię, Dominika została w Monachium.

Miała pracę.

Swoje obowiązki.

Swoje życie.

Andrzej poczuł wtedy coś dziwnego.

Po raz pierwszy jeden z rodzinnych wyjazdów odbywał się już bez starszej córki.

Był to drobiazg.

A jednocześnie kolejny znak, że dom Mazurów naprawdę zaczyna się zmieniać.


Już samo lądowanie na Gran Canarii otwierało przed nimi zupełnie inny krajobraz.

Wyspa miała w sobie coś surowego i pięknego jednocześnie.

Góry wyrastały ponad miejscowości, skały kontrastowały z błękitem oceanu, a palmy i jasne zabudowania nadawały nadmorskim miejscom wakacyjną lekkość.

Powietrze było suche i ciepłe.

Ocean zupełnie inny od spokojnych hotelowych basenów.

Żywy, potężny.

Andrzej i Mariola spacerowali wieczorami wzdłuż promenady.

Mariola lubiła wakacyjne sukienki, opaloną skórę i ciepło pozostające w powietrzu długo po zachodzie słońca.

Andrzej lubił Mariolę na wakacjach.

Była wtedy jeszcze bardziej żywa.

Śmiała się głośniej.

Tańczyła chętniej.

Czas przestawał ją interesować.

W większym towarzystwie ciągle coś się działo.

Arleta i Mariola potrafiły zniknąć razem na długi spacer po sklepach.

Irek miał własne pomysły.

Barbara pilnowała, żeby nie wszystkie zostały zrealizowane.

Józek i Ewa szybko odnaleźli się w grupie.

Wieczorami wszyscy spotykali się przy jednym stole.

Rozmowy mieszały się ze śmiechem, wspomnieniami z Polski i planami na następny dzień.

Andrzejowi odpowiadało takie życie.

Lubił ludzi.

Lubił wspólne kolacje, żarty i wieczory, które zaczynały się niewinnie, a kończyły długo po północy.

Ale podczas każdego takiego wyjazdu szukał również chwil tylko dla siebie i Marioli.

A potem Andrzej wracał z nią do pokoju.

Zamykały się drzwi.

Zostawiali znajomych, córki, problemy i cały świat po drugiej stronie.

Czasami wychodzili jeszcze na balkon.

Andrzej obejmował żonę w pasie.

Przed nimi była ciemność oceanu i rozsiane światła.

— Warto było? — pytał.

Mariola nawet nie musiała odpowiadać.

Odwracała się i całowała go.

To wystarczało.


Po powrocie do Monachium wakacyjny rytm zniknął niemal natychmiast.

Walizki zostały rozpakowane.

Pranie trafiło do pralki.

Zdjęcia czekały na wywołanie.

Andrzej wrócił do swoich obowiązków.

Dominika do swojej pracy.

Sabrina do własnego świata, w którym coraz ważniejsze miejsce zajmował Issam.

I właśnie wtedy sprawa Aleksandry wróciła ze zdwojoną siłą.

Jej matka nadal miała pretensje do Marioli.

Jakby Mariola mogła podejść do Sabriny i powiedzieć:

Przestań kochać Issama, bo Aleksandrze jest przykro.

Dla Andrzeja cała sytuacja zaczynała być absurdalna.

Nie lekceważył uczuć Aleksandry.

Było mu jej nawet żal.

Pierwsza wielka miłość potrafiła przecież boleć bardziej niż niejeden późniejszy, poważniejszy związek.

Ale nie można było z tego powodu obwiniać Sabriny.

Tym bardziej Marioli.

I właśnie wtedy Andrzej, który w podobnych sytuacjach potrafił przecież dolać oliwy do ognia, zrobił coś zupełnie odwrotnego.

Postanowił sytuację uspokoić.

Skontaktował się z Adamem.

Rozmawiali długo, znacznie spokojniej niż ich żony.

Obaj doszli do wniosku, że dziewczyny same będą musiały uporządkować swoje uczucia.

Dorośli nie mogą rozstrzygnąć za nie, kto kogo ma kochać.

Andrzej zaproponował coś jeszcze.

Zamiast dalej się kłócić, pojadą razem na urlop.

Adam przez chwilę myślał, że Andrzej żartuje.

Nie żartował.

— Na Sylwestra — zaproponował Andrzej.

Sylwester 2000/2001.

Tunezja.

Adamowi pomysł spodobał się niemal natychmiast.

Do końca roku zostało jeszcze trochę czasu.

Może emocje opadną.

Może dziewczyny same znajdą sposób, żeby ze sobą rozmawiać.

A może trochę słońca, morza i świata większego niż Issam dobrze zrobi wszystkim.

Mieli pojechać razem.

Andrzej z Mariolą i Sabriną.

Adam z żoną i Aleksandrą.

Dominiki również tym razem miało z nimi nie być.

Jej życie zawodowe nabierało coraz większego tempa.

Praca w Allianz, która początkowo miała być po prostu początkiem dorosłości po rezygnacji ze studiów, szybko stała się dla niej czymś znacznie ważniejszym.

Dominika radziła sobie znakomicie.

Dostawała coraz więcej odpowiedzialności.

Była zauważana.

Andrzej widział, że córka jest z siebie dumna.

I on również był.

Powoli przestawał żałować, że nie poszła drogą, którą wcześniej dla niej wyobrażał.

Zaczynał rozumieć, że dobra droga nie zawsze jest tą, którą wybierają rodzice.


Kiedy pod koniec roku znaleźli się w Tunezji, hotel zrobił na nich wrażenie już od pierwszych chwil.

Andrzej zatrzymał się w ogromnym holu i przez moment tylko patrzył.

Wysokie sklepienie, szerokie schody, połyskujące posadzki, miękkie kanapy, kolumny i światło odbijające się od jasnych ścian sprawiały, że wnętrze bardziej przypominało pałac niż miejsce, w którym za chwilę mieli rozpakowywać walizki.

Mariola była zachwycona.

Lubiła takie miejsca.

Lubiła wejść do hotelu i przez pierwszych kilka minut mieć wrażenie, że znalazła się w zupełnie innym świecie.

Andrzej jeszcze bardziej lubił obserwować wtedy ją.

Widział ciekawość w jej oczach.

Wiedział, że za chwilę będzie chciała zobaczyć wszystko.

Pokój, balkon.

Basen, plażę.

Restaurację, ogród.

Najlepiej jednocześnie.

Nie pomylił się.

Ledwie zostawili bagaże, Mariola już ciągnęła go dalej.

Tunezja zimą miała inne światło niż Monachium.

Łagodniejsze, cieplejsze.

Palmy kołysały się na wietrze, a morze zmieniało barwę zależnie od słońca. Wieczorami ogród hotelowy rozświetlały lampy ukryte pomiędzy roślinami.

Andrzej szedł wtedy z Mariolą powoli.

Czasami trzymali się za ręce.

Czasami Mariola brała go pod ramię.

Nie potrzebowali już ciągle rozmawiać.

Po dwudziestu pięciu latach wspólna cisza również potrafiła być bliskością.


Najbardziej niezwykłe były jednak świąteczne uroczystości przygotowane przez hotel.

Wydawało się niemal absurdalne, że wśród palm, przy łagodnym powietrzu i zupełnie innym krajobrazie nagle miał pojawić się Święty Mikołaj.

A jednak się pojawił.

I nie przyszedł.

Przyleciał.

Najpierw usłyszeli narastający warkot silnika.

Goście zaczęli wychodzić na zewnątrz i spoglądać w niebo.

Nad hotelem pojawił się helikopter.

Sabrina i Aleksandra na moment zapomniały o swoich problemach. Stały razem z innymi, patrząc, jak maszyna zbliża się do przygotowanego miejsca.

Kiedy wysiadł z niej Święty Mikołaj z ogromnym workiem prezentów, nawet dorośli zaczęli się śmiać i bić brawo.

Mariola złapała Andrzeja za rękę.

— Widziałeś kiedyś coś takiego?

Nie widział.

I właśnie dlatego tak bardzo lubił z nią podróżować.

Ciągle znajdowało się coś, czego jeszcze razem nie widzieli.


Wieczorem hotel przygotował kolejną niespodziankę.

W restauracji nagle zgasło światło.

Przez salę przeszedł szmer.

Po chwili w ciemności pojawiły się pierwsze płomienie.

Pracownicy kuchni i obsługi wchodzili kolejno z zapalonymi pochodniami.

Światło ognia przesuwało się po ścianach, twarzach gości, kieliszkach i zastawionych stołach.

Andrzej patrzył na Mariolę.

Płomień odbijał się w jej oczach.

Przez chwilę nie obserwował już całego widowiska.

Patrzył tylko na żonę.

Mariola poczuła jego wzrok.

Odwróciła głowę.

Uśmiechnęła się.

Pod stołem odnalazła jego dłoń.


Jeszcze bardziej niezwykła okazała się szopka.

Nie była dekoracją ustawioną gdzieś w kącie hotelu.

Postacie odgrywali żywi ludzie, a wokół znajdowały się prawdziwe zwierzęta.

Wszystko miało własne dźwięki, zapach i ruch.

Goście podchodzili powoli.

Dzieci zatrzymywały się przy zwierzętach.

Dorośli robili zdjęcia.

Andrzej przez chwilę obserwował swoją rodzinę z kilku kroków.

Sabrinę.

Mariolę.

Dominiki brakowało.

I właśnie wtedy poczuł to szczególnie mocno.

Rodzina nadal była rodziną, ale nie oznaczało to już, że zawsze wszyscy będą w tym samym miejscu.

Dominika miała własną pracę.

Własne obowiązki.

Własne plany.

Coraz mniej potrzebowała rodziców do organizowania swojego życia.

Sabrina natomiast nadal była z nimi, ale i ona powoli odchodziła w swój świat.

Świat, w którym był już Issam.

To zaczynało mieć dla Andrzeja coraz większe znaczenie.

Wiedział przecież, że takich wyjazdów z Sabriną również nie będzie nieskończenie wiele.

Dlatego nie chciał zmarnować tego czasu na konflikty.

Nawet sprawa Issama podczas wyjazdu zaczęła tracić swoją wcześniejszą ostrość.

Aleksandra nadal przeżywała swoje uczucie.

Sabrina wiedziała już, co kuzynka czuje.

Nie wszystko między dziewczynami było łatwe.

Ale wspólne dni zmuszały je przynajmniej do bycia obok siebie.

Resztę musiał zrobić czas.


Któregoś wieczoru Andrzej i Mariola zostali na tarasie dłużej niż pozostali.

Noc była spokojna.

Z oddali dochodziła muzyka.

Andrzej objął żonę.

Mariola oparła się o niego plecami.

Przed nimi szumiało morze.

Za nimi świecił hotel przypominający nocą jeszcze bardziej ogromny pałac.

Mariola odwróciła się do niego.

— Dobrze wymyśliłeś z tym wyjazdem.

Andrzej uśmiechnął się.

— Czyli czasami mam dobre pomysły?

— Czasami.

— Rzadko?

— Nie przesadzajmy z pochwałami.

Pocałował ją.

Mariola przytuliła się mocniej.

Nie potrzebowali już planować Gran Canarii.

Gran Canaria była za nimi.

Mieli ją na zdjęciach i we wspomnieniach.

Teraz byli w Tunezji.

Kończył się rok 2000.

Za chwilę miał rozpocząć się następny.

A Andrzej pomyślał, że najbardziej niezwykłe w ich wspólnym życiu jest właśnie to, że ciągle jeszcze mają dokąd razem jechać.


Po powrocie do Monachium czekała na nich zwyczajna codzienność.

Dominika była pochłonięta pracą.

Sabrina nadal miała swoje szkolne problemy, Issama i coraz więcej własnych spraw.

Andrzej wrócił do swoich obowiązków.

I wtedy przyszła wiadomość, która mogła zmienić codzienność Marioli znacznie bardziej niż kolejny urlop.

Urząd zatrudnienia przedstawił jej propozycję pracy.

Opiekunka w żłobku.

Mariola długo patrzyła na dokument.

Przez lata przyzwyczaiła się do życia bez stałej pracy.

Dom.

Dzieci.

Arleta.

Wyjazdy.

Zakupy.

Spotkania.

Własny rytm dnia.

Teraz ktoś proponował jej powrót do regularnych obowiązków.

Do wstawania o określonej godzinie.

Do pracy z małymi dziećmi.

Do zespołu obcych ludzi.

Do świata, który nie będzie obracał się wokół domu Mazurów.

Andrzej widział, że żona nie wie jeszcze, czy się cieszyć.


Arleta miała zupełnie inne życie zawodowe.

Pracowała ciężko jako sprzedawczyni odzieży w Kaufhofie.

Całe dni na nogach.

Klienci.

Towar.

Przymierzalnie.

Porządkowanie ubrań.

Powroty do domu ze zmęczonymi nogami i świadomością, że następnego dnia wszystko zacznie się od początku.

Mariola znała jej opowieści.

Nieraz słyszała, jak Arleta narzeka na zmęczenie.

I może właśnie dlatego propozycja ze żłobka trochę ją przerażała.

Przez lata mogła sama decydować o większości swojego dnia.

Teraz miałaby oddać część tej wolności.

Ale było jeszcze coś.

Dominika właśnie pokazywała całej rodzinie, jak bardzo praca może człowieka zmienić.

Zrezygnowała ze studiów, ale nie z ambicji.

W Allianz szybko zaczęła iść do przodu.

Coraz pewniejsza siebie.

Coraz bardziej samodzielna.

Coraz mocniej przekonana, że sama potrafi zbudować sobie przyszłość.

Mariola patrzyła na starszą córkę i chyba po raz pierwszy od dawna zaczęła zadawać sobie pytanie nie o to, czego potrzebuje rodzina.

Tylko czego potrzebuje ona sama.

Wieczorem położyła dokument na stole.

Andrzej przeczytał.

Nie powiedział jej, co powinna zrobić.

To zaskoczyło Mariolę.

— Nic nie powiesz?

— A co mam powiedzieć?

— Czy mam iść.

Andrzej odłożył papier.

— Ty będziesz tam pracowała, nie ja.

Mariola patrzyła na niego.

— A jak powiem, że nie chcę?

— To nie idź.

— A jak pójdę?

— To będę z ciebie dumny.

Uśmiechnęła się.

— Czyli żadnej pomocy.

— Właśnie ci pomagam.

— Jak?

— Pierwszy raz nie mówię ci, co masz zrobić.

Mariola roześmiała się.

Andrzej również.

Potem spoważniał.

Patrzył na kobietę, którą poznał jako siedemnastolatkę. Później była nauczycielką, żoną, matką, emigrantką, kobietą zajmującą się domem, partnerką wszystkich jego szalonych pomysłów i osobą, z którą przeżył więcej, niż jako młody chłopak potrafiłby sobie wyobrazić.

Teraz mogła rozpocząć coś własnego.

Nie kolejny urlop.

Nie następną rodzinną historię.

Coś należącego przede wszystkim do Marioli.


Tego wieczoru znalazła w kuchni małą karteczkę.

Andrzej nie napisał tym razem:

„Kocham Mariolę.”

Napisał:

„Spróbuj. Jak ci się nie spodoba, będziemy myśleć dalej.”

Mariola przeczytała.

Przez chwilę stała nieruchomo.

Potem wzięła długopis.

Pod jego zdaniem dopisała:

„A kwiaty dalej raz w tygodniu?”

Kiedy Andrzej znalazł kartkę, roześmiał się.

Dopisał:

„To nie podlega negocjacji.”

Mariola przeczytała odpowiedź wieczorem.

Karteczki nie wyrzuciła.

Trafiła do tej samej szuflady co wszystkie pozostałe.

Nowe tysiąclecie coraz wyraźniej wchodziło do ich domu.

Dominika nie była już dziewczyną, którą trzeba było prowadzić za rękę. Zrezygnowała ze studiów, wybrała pracę i zaczynała robić karierę w Allianz.

Sabrina odkrywała pierwszą wielką miłość.

Aleksandra poznawała jej mniej szczęśliwą stronę.

Rodzinne konflikty przychodziły i odchodziły.

Latem była Gran Canaria.

Potem przyszedł wspólny Sylwester 2000/2001 w Tunezji.

Świat stawał się coraz łatwiej dostępny — miejsca, o których kiedyś Andrzej i Mariola mogli tylko marzyć, stawały się częścią ich wspólnych wspomnień.

A teraz również Mariola miała wyjść z domu nie na zakupy, nie do Arlety i nie na kolejną podróż.

Miała spróbować wrócić do pracy.

Andrzej czuł, że ta pozornie zwyczajna decyzja może zmienić więcej niż niejeden egzotyczny urlop.

Bo z Gran Canarii wrócili.

Z Tunezji również.

Ale Mariola właśnie miała rozpocząć podróż, z której każdego wieczoru będzie wracała do domu trochę inna.

Osiemnaście świeczek

Ale Mariola właśnie miała rozpocząć podróż, z której każdego wieczoru będzie wracała do domu trochę inna.

Nie tylko ona.

W domu Mazurów wszyscy zaczynali iść własnymi drogami, chociaż nadal każdego wieczoru te drogi przecinały się przy tym samym stole.

Najbardziej zmieniały się córki.

Dominika coraz pewniej czuła się w Allianz. Decyzja o rezygnacji ze studiów, która początkowo tak martwiła Andrzeja, z każdym miesiącem coraz mniej wyglądała na błąd.

Dominika wiedziała, czego chce.

Przychodziła do pracy punktualnie, szybko się uczyła, nie bała się nowych obowiązków i potrafiła rozmawiać z ludźmi. Przełożeni zaczęli to zauważać.

W końcu dostała awans.

Kiedy powiedziała o tym rodzicom, Andrzej poczuł dumę, ale jednocześnie przypomniał sobie własne obawy.

Jeszcze niedawno zastanawiał się, co będzie z córką, która porzuciła studia.

Teraz patrzył na młodą kobietę, która sama znalazła sobie miejsce.

Mariola przyjęła wiadomość znacznie spokojniej.

Jakby od początku wiedziała, że Dominika sobie poradzi.

— No i co? — zapytała później Andrzeja.

— Co?

— Studia.

Andrzej wiedział, do czego zmierza.

— Nic.

— Już nie marudzisz?

— Ja nigdy nie marudzę.

Mariola tylko się roześmiała.


Niedługo później Andrzej również przyniósł do domu dobrą wiadomość.

Dostał podwyżkę.

Nie była to rewolucja, która miała odmienić ich życie, ale po wszystkich latach pracy odebrał ją jako potwierdzenie, że nadal jest potrzebny i doceniany.

Mariola ucieszyła się chyba bardziej od niego.

— To teraz będziesz mi kupował dwa bukiety tygodniowo?

Andrzej spojrzał na nią.

— Wiedziałem, że podwyżka będzie miała konsekwencje.

— Oczywiście.

— Jeden bukiet.

— Większy.

— Mariolka…

— Dostałeś podwyżkę czy nie?

Andrzej się roześmiał.

Wieczorem rzeczywiście wrócił z większym bukietem frezji.

Dołączył małą karteczkę.

„Podwyżka jest moja. Kwiaty twoje.”

Mariola schowała ją do swojej szuflady.


Tymczasem zbliżał się czerwiec.

Osiemnaste urodziny Sabriny.

Andrzej wiedział, że ten dzień nadejdzie.

Mimo to nie był na niego przygotowany.

Osiemnaście lat.

Pełnoletność.

Jeszcze niedawno nosił ją na rękach.

Potem prowadził do szkoły.

Martwił się ocenami.

Denerwował się Issamem.

A teraz miał stanąć przed córką i przyznać, przynajmniej przed samym sobą, że jest dorosła.

Mariola patrzyła na to inaczej.

Dla niej osiemnaste urodziny córki miały jeszcze jeden wymiar.

Sabrina była teraz nawet odrobinę starsza niż ona sama, kiedy zaczynała swoją historię z Andrzejem.

Mariola nieraz mu to przypominała.

Zwłaszcza kiedy zaczynał przesadnie interesować się tym, gdzie Sabrina idzie i o której wróci.

— Ma osiemnaście lat.

— Wiem.

— To przestań ją traktować jak dwanaście.

— Jest moją córką.

— I będzie nią, jak będzie miała pięćdziesiąt.

— No właśnie.

Z takim argumentem Mariola nie potrafiła wygrać.


Urodziny były głośne i radosne.

Osiemnaście świeczek na torcie.

Rodzina.

Znajomi.

Muzyka.

Prezenty.

Issam oczywiście również był.

Andrzej obserwował go znacznie spokojniej niż jeszcze rok wcześniej.

Nie oznaczało to, że przestał być czujnym ojcem.

Po prostu zaczynał rozumieć, że zakazami niewiele osiągnie.

Najważniejsze było, żeby Sabrina nadal chciała z nimi rozmawiać.

Kiedy córka zdmuchnęła wszystkie świeczki, Andrzej patrzył na nią dłuższą chwilę.

Osiemnaście lat.

Nie wiedział, kiedy to minęło.

Mariola stanęła obok niego.

— Nie płacz.

— Nie płaczę.

— Widzę.

— Co widzisz?

— Wszystko.

Objęła go w pasie.

Andrzej pocałował ją w skroń.

Tego wieczoru szczególnie mocno czuł, że rodzina wchodzi w następny etap.

Obie córki były już dorosłe.


Kilka tygodni później wydarzyło się jednak coś, co sprawiło, że wszystkie awanse, podwyżki i urodziny nagle przestały mieć znaczenie.

Dominika była w pracy.

Zwyczajny dzień.

Nic nie zapowiadało tragedii.

W pewnej chwili jeden z jej kolegów źle się poczuł.

Sytuacja pogorszyła się błyskawicznie.

Mężczyzna dostał zawału i stracił przytomność.

Wokół zapanował chaos.

Ktoś wezwał pogotowie.

Ktoś inny nie wiedział, co robić.

Dominika wiedziała.

Była przeszkolona z udzielania pierwszej pomocy.

To, co wcześniej było ćwiczeniem, nagle stało się rzeczywistością.

Nie miała czasu się bać.

Sprawdziła stan kolegi i rozpoczęła działania ratunkowe.

Prowadziła resuscytację, wykonując uciski klatki piersiowej i oddechy ratownicze. Z ust mężczyzny wydobywała się piana, ale Dominika nie przerwała.

Liczyło się tylko jedno.

Żeby przeżył.

Kiedy przyniesiono defibrylator, podłączyła elektrody zgodnie z instrukcjami urządzenia i wykonywała kolejne polecenia.

Wszyscy wokół patrzyli.

Dominika działała.

Kolejne sekundy wydawały się minutami.

W końcu przyjechali ratownicy i przejęli akcję.

Dopiero wtedy mogła się odsunąć.

Ręce zaczęły jej drżeć.


Andrzej dowiedział się o wszystkim później.

Słuchał córki i początkowo prawie się nie odzywał.

— Robiłaś mu sztuczne oddychanie?

— Tato, ratowałam mu życie.

— Wiem.

Dominika opowiedziała o pianie przy ustach kolegi, o uciskaniu klatki piersiowej, o defibrylatorze, o ludziach stojących dookoła.

Mariola słuchała ze ściśniętym gardłem.

Andrzej patrzył na córkę.

Przypomniała mu się Dominika ucząca się chodzić.

Dominika idąca pierwszy raz do szkoły.

Dominika za kierownicą, kiedy on odruchowo próbował hamować nogą po stronie pasażera.

I nagle ta sama dziewczyna ratowała życie dorosłemu mężczyźnie, kiedy inni nie wiedzieli, co zrobić.

Kolega przeżył.

Dla Andrzeja właśnie to było najważniejsze.

Długo patrzył na córkę.

— Jestem z ciebie dumny.

Dominika się uśmiechnęła.

— Wiem, tato.

— Skąd?

— Bo masz taką minę.

Mariola roześmiała się przez łzy.

Andrzej przytulił córkę.

Tym razem nie przeszkadzało mu nawet, że Dominika jest już dorosłą kobietą.

Dla niego przez chwilę znowu była jego małą dziewczynką.

Tyle że małą dziewczynką, która właśnie uratowała komuś życie.


Po wszystkich emocjach Andrzej coraz częściej wracał myślami do podróży.

Gran Canaria była już wspomnieniem.

Tunezja również.

Chciał zobaczyć coś zupełnie innego.

Nie tylko hotel.

Nie tylko basen, plażę i palmy.

Tym razem chciał historii.

Egiptu.

Śladów faraonów.

Luksoru.

Kiedy powiedział Marioli, od razu zobaczył zainteresowanie w jej oczach.

Nie trzeba było jej długo namawiać.


Luksor okazał się zupełnie innym światem.

Upał uderzał w nich niemal fizycznie.

Powietrze było suche, światło ostre, a krajobraz miał kolory, których Andrzej nie znał z Europy.

Nil przecinał ten świat zielenią.

Po jednej stronie życie.

Po drugiej pustynia.

I wszędzie historia.

Andrzej i Mariola oglądali ogromne kolumny świątyń, hieroglify wyryte tysiące lat wcześniej i kamienne postacie faraonów patrzące nieruchomo na ludzi, którzy pojawiali się tutaj na kilka godzin i odjeżdżali.

Przy monumentalnych budowlach człowiek wydawał się mały.

Mariola chodziła z głową zadartą do góry.

Chciała zobaczyć każdy szczegół.

Andrzej obserwował ją i uśmiechał się.

Znowu była tą samą Mariolą, którą znał z wszystkich ich podróży.

Ciekawą.

Zachwyconą.

Wiecznie chcącą zobaczyć, co jest za następnym zakrętem.


Największe wrażenie zrobiła na nich Dolina Królów.

Pustynne wzgórza wyglądały niemal martwo.

Trudno było uwierzyć, że pod nimi przez tysiące lat ukryte były grobowce ludzi, którzy chcieli zapewnić sobie wieczność.

Andrzej szedł obok Marioli.

Patrzył na kamień.

Na piasek.

Na niebo bez jednej chmury.

I myślał o czasie.

Osiemnaście lat Sabriny wydawało mu się ogromną częścią życia.

Dwadzieścia pięć lat z Mariolą jeszcze większą.

Tutaj dwadzieścia pięć lat nie znaczyło nic.

Świątynie liczyły tysiąclecia.

Faraonowie dawno zniknęli.

Ich pałace zamieniły się w ruiny.

A mimo to ludzie nadal przyjeżdżali z drugiego końca świata, żeby zobaczyć ślady ich życia.

Andrzej spojrzał na Mariolę.

— O czym myślisz? — zapytała.

— O nas.

Roześmiała się.

— W Dolinie Królów?

— A gdzie mam myśleć?

— I co wymyśliłeś?

Andrzej przez chwilę patrzył na nią.

— Że dwadzieścia pięć lat to jednak bardzo mało.

Mariola uśmiechnęła się.

— To dobrze.

— Dlaczego?

Wzięła go za rękę.

— Bo jeszcze mamy czas.


Hotelowe wieczory były zupełnym przeciwieństwem ciszy Doliny Królów.

Po kolacji niemal codziennie zaczynała się część rozrywkowa.

Muzyka.

Światła.

Konkursy.

Animatorzy próbowali wyciągnąć turystów z foteli i zmusić ich do zabawy.

Andrzej najchętniej oglądał wszystko z bezpiecznej odległości.

Mariola przeciwnie.

Szczególnie tego wieczoru.

Wypiła kilka drinków i była w wyjątkowym humorze. Śmiała się ze wszystkiego, zaczepiała Andrzeja i właściwie nie potrafiła spokojnie usiedzieć w fotelu.

Andrzej obserwował ją z rozbawieniem.

Do czasu.

Moderator wieczoru zaczął zapraszać gości na scenę.

Jeden konkurs.

Drugi.

Trzeci.

Andrzej za każdym razem udawał, że nie widzi zachęcających gestów prowadzącego.

W końcu moderator zszedł ze sceny osobiście.

Podszedł do Andrzeja.

Wyciągnął rękę.

Andrzej pokręcił głową.

Nic to nie dało.

Prowadzący złapał go za rękę i przy śmiechu publiczności zaprowadził na scenę.

Andrzej obejrzał się jeszcze na Mariolę.

Śmiała się najgłośniej.

Moderator ogłosił konkurs tańca z balonem.

Każdy mężczyzna miał wybrać partnerkę.

Balon należało utrzymać pomiędzy ciałami podczas tańca.

Nie wolno było pomagać sobie rękami.

Jeżeli spadł albo pękł, para odpadała.

Andrzej nie zastanawiał się nawet przez sekundę.

Wyciągnął rękę do Marioli.

— Chodź.

— Ja?

— A kogo mam wziąć?

Mariola wstała.

Po kilku drinkach nie potrzebowała dodatkowej zachęty.


Stanęli naprzeciwko siebie.

Prowadzący umieścił między nimi balon.

Zaczęła grać muzyka.

Andrzej przybliżył się do Marioli na tyle, żeby balon został pomiędzy ich klatkami piersiowymi.

Spojrzeli sobie w oczy.

Mariola natychmiast zaczęła się śmiać.

— Tylko nie zepsuj.

— Ja?

— Znam cię.

Muzyka przyspieszyła.

Tańczyli ostrożnie.

Najpierw niemal sztywno, potem coraz swobodniej.

Wokół nich pękały kolejne balony.

Inne spadały na podłogę.

Pary odpadały.

Andrzej i Mariola zostawali.

Po kilku minutach na scenie były już tylko trzy pary.

Potem dwie.

Mariola spojrzała na Andrzeja triumfalnie.

Byli o krok od zwycięstwa.

I właśnie wtedy Andrzej zrobił zbyt gwałtowny ruch.

Rozległ się huk.

Balon pękł.

Mariola znieruchomiała.

Publiczność wybuchnęła śmiechem.

Andrzej też.

Mariola nie.

— Andrzej!

— Przypadkiem!

— Już prawie wygraliśmy!

Schodząc ze sceny, była naprawdę trochę zła.

Andrzej próbował ją rozśmieszyć.

Bez powodzenia.

Przynajmniej przez następne kilka minut.


Potem był kolejny konkurs.

I następny.

Aż moderator zaprosił na scenę wyłącznie kobiety.

Tym razem chodziło o taniec solo.

Andrzej nawet nie zdążył spojrzeć na żonę.

Mariola wzięła swojego drinka, wypiła resztę jednym haustem i wstała.

— Ty chyba nie idziesz?

Spojrzała na niego z uśmiechem.

— A dlaczego nie?

Ruszyła w stronę sceny.

Andrzej od razu zauważył, że alkohol dodał jej odwagi i odebrał część zwykłej ostrożności.

Tego wieczoru ubrana była odważniej niż zwykle.

Krótka spódnica, eleganckie rajstopy i dopasowana góra sprawiały, że przyciągała spojrzenia.

Andrzej widział to od początku kolacji.

Mężczyźni oglądali się za nią.

Wcześniej nawet mu to trochę pochlebiało.

Teraz przestało.

Kiedy Mariola wchodziła na scenę, jej krótka spódnica podsunęła się na moment wyżej, niż zamierzała.

Andrzej natychmiast zesztywniał.

No pięknie.

W sekundę przestało mu być do śmiechu.


Muzyka zaczęła grać.

Mariola znalazła się w swoim żywiole.

Już od pierwszych chwil wyróżniała się w grupie.

Nie była najlepsza dlatego, że wykonywała najbardziej skomplikowane ruchy.

Miała coś ważniejszego.

Radość.

Swobodę.

Energię.

Tańczyła tak, jakby zapomniała, że ktokolwiek ją ocenia.

Moderator chodził pomiędzy uczestniczkami.

Po każdej rundzie wskazywał kolejną kobietę, a publiczność decydowała oklaskami, kto zostaje.

— Teraz proszę klaskać dla tej pani!

Kolejne kobiety odpadały.

Mariola zostawała.

Za każdym razem, kiedy moderator brał ją za rękę i unosił ją do góry, reakcja sali stawała się głośniejsza.

Szczególnie mężczyźni bawili się doskonale.

Gwizdy.

Oklaski.

Okrzyki.

Andrzej siedział w fotelu z coraz mniej zadowoloną miną.

Powinien być dumny.

Właściwie był.

Tylko że obok dumy rosło coś jeszcze.

Zazdrość.

Znał to uczucie doskonale.

I wcale za nim nie tęsknił.


Do finału zostały trzy kobiety.

Mariola była jedną z nich.

Moderator zapowiedział ostatnią rundę.

Rozległy się pierwsze takty tanga.

Andrzej wyprostował się w fotelu.

Tango.

Oczywiście.

Mariola również natychmiast rozpoznała muzykę.

Spojrzała w stronę Andrzeja.

Przez moment ich oczy się spotkały.

A potem zrobiła coś, czego Andrzej zupełnie się nie spodziewał.

Chwyciła moderatora za rękę.

Skoro miało być tango, potrzebowała partnera.

Prowadzący dał się wciągnąć do zabawy.

I wtedy Mariola przestała wyglądać jak lekko podpita turystka uczestnicząca w hotelowym konkursie.

Nagle przypomniało jej się wszystko.

Kroki.

Obroty.

Prowadzenie.

Figury, których nauczyła się przed laty.

Również podczas prywatnej lekcji z instruktorem.

To wspomnienie pojawiło się w głowie Andrzeja natychmiast.

I wcale nie poprawiło mu humoru.


Mariola tańczyła jednak znakomicie.

Jakby dostała nagłego przypływu energii.

Prowadziła moderatora pewniej, niż on prowadził ją.

Raz obracała się pod jego ręką, chwilę później sama zmuszała go do zmiany kierunku.

Publiczność zaczęła reagować coraz głośniej.

Mariola była skupiona i szczęśliwa.

Nie patrzyła już na stoliki.

Nie widziała zazdrosnej miny Andrzeja.

Była tylko muzyka.

Scena.

Tango.

I wspomnienie kroków, które jej ciało nadal pamiętało.

Kiedy muzyka ucichła, przez moment stała nieruchomo.

Potem sala wybuchła oklaskami.


Nadszedł czas wyboru zwyciężczyni.

Moderator ustawiał finalistki kolejno na środku sceny.

Publiczność miała zdecydować.

Pierwsza kobieta dostała głośne brawa.

Druga jeszcze głośniejsze.

Potem moderator podszedł do Marioli.

Wziął ją za rękę.

Uniósł wysoko.

Hałas był natychmiastowy.

Oklaski.

Gwizdy.

Okrzyki.

Mężczyźni przy stolikach zaczęli skandować.

Mariola roześmiała się.

Nie miała już żadnych wątpliwości.

Wygrała.

Moderator przyniósł przygotowaną koronę i założył jej na głowę.

Królowa tańca.

Mariola ukłoniła się teatralnie.

Publiczność znowu zaczęła bić brawo.

Rzadko w życiu była tak szczęśliwa.


Andrzej natomiast siedział w fotelu i walczył sam ze sobą.

Był zły.

Na moderatora.

Na mężczyzn gwiżdżących przy stolikach.

Trochę na Mariolę.

I chyba najbardziej na siebie.

Bo jednocześnie nie potrafił oderwać od niej wzroku.

Patrzył na żonę stojącą na scenie w koronie, roześmianą, rozgrzaną tańcem i szczęśliwą jak dziewczyna.

I przypomniał sobie coś bardzo prostego.

Inni mężczyźni patrzyli na nią przez kilka minut.

On patrzył na nią od ponad ćwierć wieku.

Kiedy Mariola zeszła ze sceny, podeszła prosto do niego.

Korony nie zdjęła.

— No?

Andrzej popatrzył na nią.

— Co „no”?

— Wygrałam.

— Widziałem.

— Jesteś zły?

— Nie.

Mariola zmrużyła oczy.

— Andrzej.

— Trochę.

Roześmiała się.

— Zazdrosny?

Nie odpowiedział.

To wystarczyło.

Mariola nachyliła się i pocałowała go.

— Przecież wracam do ciebie.

I właśnie to jedno zdanie wystarczyło, żeby część jego złości zniknęła.

Nie cała.

Andrzej nie był aż tak doskonały.


Później wyszli jeszcze na zewnątrz.

Mariola nadal miała na głowie koronę.

Szła obok niego, trzymając go pod rękę i od czasu do czasu sama śmiała się z tego, co wydarzyło się na scenie.

Andrzej w końcu również zaczął się śmiać.

— Ale balon zepsułeś.

— Znowu zaczynasz?

— Byliśmy o krok od wygranej.

— Ty wygrałaś za nas oboje.

Mariola poprawiła koronę.

— To prawda.

— Skromna jak zawsze.

Spojrzała na niego.

— Podobało ci się moje tango?

Andrzej przez moment udawał, że się zastanawia.

— Moderatorowi chyba bardziej.

Mariola szturchnęła go w bok.

— Zazdrośnik.

— Za krótką miałaś tę spódnicę.

— Wiedziałam.

Andrzej zatrzymał się.

— Wiedziałaś?

Mariola roześmiała się i pociągnęła go dalej.

Nie zamierzała mu już niczego tłumaczyć.

A on po chwili pomyślał, że może właśnie taka Mariola podoba mu się najbardziej.

Nieprzewidywalna.

Trochę bezczelna.

Czasami doprowadzająca go do złości.

Ale żywa.

Zdecydowanie żywa.


Następnego dnia znowu byli w świecie faraonów.

Świątynie.

Kamień.

Hieroglify.

Historia.

Wieczorem siedzieli razem i patrzyli na Nil.

Dzień powoli gasł.

Upał stawał się łagodniejszy.

Andrzej objął Mariolę.

Przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło.

W Monachium Dominika budowała swoją karierę.

Sabrina miała już osiemnaście lat i coraz mocniej wchodziła we własne życie.

Mariola zaczynała budować coś własnego poza domem.

Andrzej dostał podwyżkę i pierwszy raz od dawna miał poczucie, że zawodowo również wszystko idzie w dobrym kierunku.

Ich życie nie zatrzymało się wraz z dorastaniem dzieci.

Przeciwnie.

Jakby otwierało się przed nimi następne.

Andrzej pocałował Mariolę.

— Gdzie pojedziemy następny raz?

Mariola spojrzała na niego.

— Dopiero przyjechaliśmy.

— Pytam na przyszłość.

— Ty się nigdy nie zmienisz.

— Mam się zmienić?

Przytuliła się do niego.

— Nie za bardzo.

Andrzej spojrzał jeszcze na hotelową koronę, którą Mariola uparła się zabrać ze sobą do pokoju.

— Królowa tańca.

— Masz jakiś problem?

— Żadnego.

— To dobrze.

— Tylko następnym razem balon trzymamy inaczej.

Mariola zaczęła się śmiać.

Jej śmiech mieszał się z wieczornymi odgłosami znad Nilu.

Andrzej patrzył na ciemniejącą wodę.

Kiedyś myślał, że najważniejszą częścią ich historii będzie młodość.

Potem małżeństwo.

Potem dzieci.

Teraz zaczynał rozumieć, że nie musi wybierać, która część była najważniejsza.

Każda prowadziła do następnej.

A gdzieś pośród świątyń, pustyni, hotelowych tańców i śladów faraonów Andrzej po raz kolejny poczuł to samo, co wtedy, gdy pisał Marioli małe karteczki i zostawiał je po mieszkaniu.

Że mimo wszystkich lat, błędów, zdrad, pojednań, dorastających córek i zmieniającego się świata nadal najbardziej chciał zobaczyć to, co będzie dalej.

Oczywiście z Mariolą.

Pani Mariola

Oczywiście z Mariolą.

Tylko że po powrocie z Egiptu Andrzej coraz wyraźniej zaczynał rozumieć, że „z Mariolą” nie musi już oznaczać tego samego co dawniej.

Przez wiele lat ich życie miało ustalony rytm. Andrzej wychodził rano do pracy, Mariola zostawała w domu. Dzieci, zakupy, gotowanie, sprzątanie, spotkania z Arletą, tysiące drobiazgów, których właściwie nikt nie zauważał, dopóki były zrobione.

Teraz miało się to zmienić.

Mariola przyjęła propozycję pracy w żłobku.

Pierwszego dnia wstała znacznie wcześniej, niż musiała.

Andrzej jeszcze leżał, kiedy usłyszał otwierane szafki.

Potem suszarkę.

Potem znowu szafę.

W końcu uniósł głowę.

— Mariolka, jest piąta rano.

— Wiem.

— To po co wstałaś?

— Bo idę do pracy.

— Na którą?

— Później.

Andrzej opadł na poduszkę.

— To dlaczego ja też już nie śpię?

Nie odpowiedziała.

Kilka minut później ponownie otworzyła szafę.

Andrzej się uśmiechnął.

Denerwowała się.

Znał ją zbyt długo, żeby tego nie zauważyć.


Mariola trzy razy zmieniała ubranie.

W końcu wybrała coś zwyczajnego i praktycznego. Dopiero kiedy stanęła przed lustrem, zrozumiała, że właściwie nie wie, jak powinna wyglądać kobieta wracająca po tylu latach do pracy.

Nagle pomyślała o Dominice.

Córka wchodziła do Allianz coraz pewniejszym krokiem, awansowała, zdobywała doświadczenie i budowała sobie pozycję.

Mariola zaczynała od początku.

Miała ponad czterdzieści lat i pierwszego dnia czuła się niemal jak uczennica.

Andrzej wszedł do kuchni.

Spojrzał na nią.

— Ładnie wyglądasz.

— Za elegancko?

— Nie wiem. Nigdy nie pracowałem w żłobku.

— Bardzo pomocne.

Podszedł do niej i pocałował ją w policzek.

— Dasz sobie radę.

Mariola spojrzała na niego.

Tym razem nie zażartowała.

— Myślisz?

— Wychowałaś Dominikę i Sabrinę. Jak przeżyłaś z nimi, przeżyjesz wszystko.

— Idiota.

Ale się uśmiechnęła.


Pierwsze dni szybko pozbawiły ją złudzeń, że praca z małymi dziećmi będzie spokojnym zajęciem.

Nie była.

Jedno dziecko płakało.

Drugie chciało jeść.

Trzecie właśnie przewróciło kubek.

Czwarte postanowiło, że absolutnie nie będzie spało wtedy, kiedy spać powinno.

Do tego dochodzili rodzice, koleżanki, przełożeni, ustalone godziny, obowiązki i odpowiedzialność.

Mariola wracała do domu zmęczona.

Pierwszego dnia jeszcze opowiadała.

Drugiego trochę mniej.

Trzeciego zdjęła buty, usiadła na kanapie i powiedziała:

— Nie ruszam się.

Andrzej zajrzał z kuchni.

— A kolacja?

Mariola powoli odwróciła głowę.

To jedno spojrzenie wystarczyło.

— Dobra — powiedział. — Już nic nie mówiłem.

Wtedy po raz pierwszy dotarło do niego, że zmiana Marioli oznacza również zmianę jego własnego życia.


Przez lata pewnych rzeczy właściwie nie zauważał.

Zakupy po prostu były zrobione.

Pranie było wyprane.

Lodówka nie stawała się pusta sama z siebie.

Kolacja również nie pojawiała się na stole dzięki jakiejś tajemniczej sile.

Kiedy oboje zaczęli wracać zmęczeni, stary układ przestał działać.

Początkowo Andrzejowi się to nie podobało.

Nie powiedział tego wprost.

Mariola i tak wiedziała.

Widziała jego minę, kiedy czegoś brakowało.

Widziała, jak zagląda do lodówki.

Któregoś wieczoru nie wytrzymała.

— Andrzej, jak otworzysz ją jeszcze trzy razy, jedzenie samo się tam nie pojawi.

— Tylko patrzę.

— To popatrz w sklepie.

Zamknął lodówkę.

— Mam zrobić zakupy?

— Nie. Możemy umrzeć z głodu.

Spojrzał na nią.

Mariola siedziała przy stole i piła kawę.

— Ty się zmieniłaś od tej pracy.

— Dopiero zauważyłeś?

Następnego dnia Andrzej wrócił z dwiema torbami zakupów.

Położył je demonstracyjnie na stole.

Mariola zajrzała do środka.

Kupił dużo.

Niekoniecznie to, czego potrzebowali.

Ale nic nie powiedziała.

To też było nowe.


W pracy Mariola powoli odnajdywała swoje miejsce.

Pierwszy strach znikał.

Dzieci zaczynały ją poznawać.

Jedne biegły do niej od razu.

Inne potrzebowały czasu.

Mariola przypominała sobie coraz więcej z własnej pracy nauczycielskiej i odkrywała, że pewnych umiejętności nie traci się nawet po wielu latach.

Umiała mówić do dzieci.

Umiała je uspokajać.

Potrafiła być stanowcza, a za chwilę delikatna.

Najbardziej zaskoczyło ją jednak coś innego.

Zaczęła czekać na następny dzień.

Nie zawsze.

Bywały wieczory, kiedy miała dość.

Ale praca dawała jej własny świat.

Ludzi, których Andrzej nie znał.

Historie, których nie przeżywali razem.

Własne pieniądze.

Własne sukcesy.

Własne zmęczenie.

Po tylu latach było w tym coś niezwykle przyjemnego.

Mariola znowu była nie tylko żoną Andrzeja i matką Dominiki oraz Sabriny.

Była panią Mariolą.


W tym samym czasie Dominika przeżywała coś, o czym początkowo nie chciała rozmawiać.

Mężczyzna, któremu uratowała życie w pracy, przeżył zawał i wracał do zdrowia.

Dominika wiedziała o tym.

Wszyscy jej gratulowali.

Przełożeni byli dumni.

Koledzy powtarzali, że zachowała zimną krew.

Ona sama również starała się traktować wszystko rzeczowo.

Zrobiła to, czego nauczyła się na szkoleniu.

Tyle.

Przynajmniej tak mówiła.

Aż któregoś dnia zadzwonił telefon.

To był on.

Chciał jej podziękować.

Nie za pomoc.

Za życie.

Powiedział jej, że gdyby wtedy nie zareagowała, prawdopodobnie nie rozmawialiby teraz ze sobą.

Dominika słuchała.

Odpowiadała spokojnie.

Powiedziała, że każdy zrobiłby to samo.

Oboje wiedzieli, że nie każdy zrobił.

Kiedy rozmowa się skończyła, odłożyła telefon.

Poszła do łazienki.

Zamknęła drzwi.

I dopiero tam się rozpłakała.


Mariola znalazła ją po kilku minutach.

Nie pytała od razu.

Usiadła obok.

Dominika otarła oczy.

— Zadzwonił.

Mariola wiedziała, o kim mówi.

— Podziękował mi.

— Powinien.

— Mamo, on mógł umrzeć.

Dopiero teraz cała sytuacja dotarła do niej naprawdę.

Tamtego dnia nie było czasu na strach.

Trzeba było uciskać klatkę piersiową.

Robić oddechy.

Podłączyć defibrylator.

Słuchać poleceń urządzenia.

Działać.

Teraz nie musiała już niczego robić.

Mogła się bać.

Mariola przytuliła córkę.

— Bałaś się wtedy?

Dominika pokręciła głową.

— Nie miałam czasu.

— A teraz?

Dominika rozpłakała się jeszcze bardziej.

Mariola niczego już nie mówiła.

Trzymała ją tylko przy sobie.


Andrzej dowiedział się o tej rozmowie wieczorem.

Nie poszedł do Dominiki z kolejnym przemówieniem o tym, jaki jest z niej dumny.

Już jej to powiedział.

Tym razem zostawił ją w spokoju.

Coraz częściej odkrywał, że dorosłe córki nie potrzebują od niego rozwiązania każdego problemu.

Czasem potrzebowały tylko wiedzieć, że jest.

Było to dla niego trudniejsze, niż przypuszczał.


Z Sabriną miał jeszcze większy problem.

Osiemnaste urodziny zmieniły coś przede wszystkim w niej.

Sabrina zaczęła coraz częściej podkreślać swoją dorosłość.

Chciała sama decydować.

O powrotach.

O spotkaniach.

O Issamie.

Andrzej próbował być rozsądny.

Naprawdę próbował.

Do wieczoru, kiedy Sabrina oznajmiła, że chciałaby pojechać z Issamem na kilka dni.

Andrzej odłożył widelec.

— Gdzie?

Sabrina powiedziała.

— Sami?

— Tato…

— Pytam.

— Tak.

Andrzej spojrzał na Mariolę.

Oczekiwał wsparcia.

Nie dostał.

Mariola jadła spokojnie.

— Powiedz coś.

— Co mam powiedzieć?

— No właśnie.

Mariola odłożyła widelec.

— Ma osiemnaście lat.

Andrzej popatrzył na nią z niedowierzaniem.

— I co z tego?

— To, że jest dorosła.

— Papierowo.

Sabrina przewróciła oczami.

— Tato!

— Nie przewracaj oczami.

Mariola zaczęła się uśmiechać.

— Co cię śmieszy?

— Ty.

— Bardzo zabawne.

Mariola spojrzała na niego dłużej.

— Andrzej, kiedy ja miałam siedemnaście lat, już kochałam ciebie. Ty też nie pytałeś wszystkich o pozwolenie.

I wtedy zabrakło mu argumentów.

Nie dlatego, że zgadzał się z Mariolą.

Po prostu zbyt dobrze pamiętał siebie.

Siedemnastoletnią Mariolę również.

Tyle że w jego głowie istniała zasadnicza różnica.

Mariola była Mariolą.

Sabrina była jego córką.

Dla Andrzeja było to całkowicie logiczne.

Dla pozostałych niekoniecznie.


Wieczorem wrócił do tematu.

Leżeli już w łóżku.

Mariola czytała.

— Ty naprawdę byś ją puściła?

— Tak.

— Z Issamem?

— Tak.

— Samą?

Mariola opuściła książkę.

— Andrzej, jeżeli chcesz mnie zapytać czwarty raz o to samo, odpowiedź nadal będzie taka sama.

Milczał.

— Boję się o nią.

Teraz Mariola odłożyła książkę.

— Wiem.

To jedno słowo zabrzmiało zupełnie inaczej niż wcześniejsze żarty.

— Ja też się boję — powiedziała. — Tylko nie możemy trzymać jej za rękę do trzydziestki.

Andrzej westchnął.

— Możemy spróbować.

Mariola roześmiała się i zgasiła lampkę.


Na szafce w sypialni nadal stała korona z Egiptu.

Mariola specjalnie jej nie schowała.

Andrzej spojrzał na nią w półmroku.

— Może wreszcie to gdzieś schowasz?

— Nie.

— Po co ci ona?

— Ma ci przypominać, że masz w domu królową.

Andrzej odwrócił się do niej.

— Jakbym przez dwadzieścia pięć lat nie zauważył.

Mariola parsknęła śmiechem.

— W Egipcie byłeś jakiś mniej zachwycony.

— Bo pół hotelu patrzyło na twoje nogi.

— Nie moja wina.

— Spódnica była twoja.

— Zazdrośnik.

Andrzej przysunął się bliżej.

— I jeszcze ten moderator.

— Nadal go przeżywasz?

— Wcale.

— Jasne.

Mariola pocałowała go krótko.

Andrzej objął ją.

Po chwili Egipt, moderator, korona i wszyscy mężczyźni z hotelowej sali przestali mieć znaczenie.

Zostało tylko dwoje ludzi, którzy po tylu latach nadal potrafili się ze sobą droczyć, złościć na siebie, być o siebie zazdrośni i za chwilę szukać swojej bliskości.


Kilka dni później Andrzej skończył pracę wcześniej.

Nie zadzwonił do Marioli.

Pomyślał, że zrobi jej niespodziankę.

Pojechał pod żłobek.

Było jeszcze za wcześnie, żeby kończyła.

Wszedł do środka i przez szybę zobaczył salę.

Zatrzymał się.

Mariola siedziała na podłodze wśród dzieci.

Jedno przytulało się do niej.

Drugie coś pokazywało.

Trzecie próbowało zwrócić na siebie jej uwagę.

Mariola miała związane włosy.

Nie była umalowana tak jak na wieczorne wyjście.

Nie miała krótkiej spódnicy z Egiptu.

Nie miała korony.

Nie tańczyła tanga.

Nikt nie gwizdał.

Nikt nie bił brawo.

A Andrzej patrzył.

W Egipcie patrzyła na nią cała sala.

Tutaj nikt nie wiedział, że kiedyś była nauczycielką.

Że wychowała dwie córki.

Że przeżyła z nim ponad ćwierć wieku.

Że potrafi zatańczyć tango tak, żeby pół hotelu oszalało.

Że była dziewczyną, którą kiedyś zwabił między bloki słowami: „Znam to miejsce, chodź, coś ci pokażę.”

Dla tych dzieci była po prostu panią Mariolą.

I chyba właśnie dlatego Andrzej zobaczył ją tego dnia trochę inaczej.

Nie jako swoją żonę.

Nie jako matkę swoich dzieci.

Nie jako kobietę, której pilnował, o którą był zazdrosny i którą przez tyle lat uważał za część własnego świata.

Zobaczył Mariolę w świecie, który należał do niej.


Nie wszedł.

Poczekał.

Kiedy skończyła pracę i wyszła przed budynek, zobaczyła jego samochód.

Otworzyła drzwi.

— Co ty tutaj robisz?

— Przyjechałem po ciebie.

— Dlaczego nie zadzwoniłeś?

— Bo wtedy nie byłaby to niespodzianka.

Wsiadła.

Była zmęczona.

Położyła torebkę na kolanach.

Andrzej ruszył.

Po chwili Mariola zapytała:

— Co na kolację?

— Już zrobiłem.

Odwróciła głowę.

— Ty?

— Ja.

— Co?

Andrzej przez moment milczał.

— Jajecznicę.

Mariola popatrzyła na niego.

— To nie jest kolacja.

— Dla człowieka, który przez dwadzieścia pięć lat miał żonę w domu, to jest ogromny postęp.

Mariola zaczęła się śmiać.

Andrzej również.

Przejechali kawałek w milczeniu.

— Widziałem cię dzisiaj — powiedział w końcu.

— Gdzie?

— W pracy.

Mariola spojrzała na niego.

— Podglądałeś mnie?

— Tylko chwilę.

— I?

Andrzej prowadził dalej.

Nie odpowiedział od razu.

— Pasujesz tam.

Mariola przestała się uśmiechać.

Spojrzała przez szybę.

Andrzej kątem oka zauważył, że coś w jej twarzy się zmieniło.

— Naprawdę?

— Naprawdę.

Położyła dłoń na jego ręce.

Tylko na chwilę.

Nie powiedziała nic więcej.

Nie musiała.


Wieczorem zjedli jajecznicę.

Była trochę za mocno przypieczona.

Mariola nie skomentowała.

Potem poszła do kuchni.

Na stole leżał mały bukiet konwalii.

Obok karteczka.

Wzięła ją do ręki.

„Dla pani Marioli.”

Uśmiechnęła się.

Odwróciła kartkę.

Na drugiej stronie było jeszcze jedno zdanie.

„Królowa może czasem pracować.”

— Andrzej!

Z dużego pokoju dobiegł śmiech.

Mariola również zaczęła się śmiać.

Schowała karteczkę.

Oczywiście do tej samej szuflady.

Korony z Egiptu także nie zamierzała chować.


Dom Mazurów zmieniał się powoli.

Nie przez wielkie decyzje.

Przez drobiazgi.

Przez dwie torby zakupów przyniesione przez Andrzeja.

Przez jajecznicę, która kiedyś byłaby czymś oczywistym, a teraz stała się symbolem nowego podziału ich codzienności.

Przez Dominikę, która ratowała życie człowiekowi, a potem płakała po cichu w łazience.

Przez Sabrinę, która nie pytała już rodziców, kim wolno jej być, tylko zaczynała im o tym oznajmiać.

I przez Mariolę, która każdego ranka wychodziła z domu do własnego świata.

Andrzej nadal czasami tęsknił za dawnym porządkiem.

Był wygodniejszy.

Prostszy.

Znajomy.

Ale coraz częściej rozumiał, że nie chciałby cofnąć czasu.

Bo wieczorem Mariola wracała.

Czasem zmęczona.

Czasem rozdrażniona.

Czasem pełna opowieści o dzieciach i ludziach, których on nigdy nie widział.

A jednak wracała do niego.

I chyba dopiero teraz Andrzej zaczynał rozumieć, że najpiękniejsze w ich wspólnym życiu nie było to, że Mariola zawsze była obok.

Najpiękniejsze było to, że mogła mieć własny świat, a mimo to każdego dnia znowu wybierała drogę do ich wspólnego.

Jeszcze tyle miejsc

Najpiękniejsze było to, że mogła mieć własny świat, a mimo to każdego dnia znowu wybierała drogę do ich wspólnego domu.

Andrzej coraz częściej myślał, że właśnie na tym polegała największa zmiana w ich małżeństwie. Kiedy byli młodzi, chcieli być razem bez przerwy, jakby każda godzina osobno była godziną straconą. Później przyszły dzieci, praca, obowiązki, pieniądze, problemy i wszystkie wydarzenia, które omal ich nie rozdzieliły. Teraz uczyli się czegoś zupełnie innego — mogli mieć oddzielne światy, a wieczorem znowu spotykać się w jednym.

Mariola miała pracę w żłobku. Andrzej swoją firmę. Dominika coraz szybciej budowała własne życie zawodowe. Sabrina była już pełnoletnia i coraz mniej potrzebowała rodziców do podejmowania decyzji.

Dom Mazurów przestawał być miejscem, wokół którego kręciło się życie czterech osób.

Andrzej nie chciał jednak, żeby wraz z dorastaniem córek skończyły się również ich wspólne przygody.

Przeciwnie.

Miał wrażenie, że dopiero teraz naprawdę mają na nie czas.

Zdjęcia z Egiptu nie zdążyły jeszcze dobrze trafić do albumów, a on już przeglądał następne katalogi. Mariola śmiała się z jego niecierpliwości, ale znał ją zbyt dobrze. Wiedział, że jej pierwsze „nie” bardzo często oznaczało tylko: „przekonaj mnie”.

W sierpniu 2001 roku znowu pakowali walizki.

Tym razem lecieli na Wyspy Zielonego Przylądka.


Od pierwszych godzin czuli, że trafili w miejsce inne niż wszystkie, które odwiedzili wcześniej.

Egipt miał ciężar historii. Człowiek chodził tam pomiędzy śladami ludzi żyjących tysiące lat wcześniej i mimowolnie myślał o przemijaniu.

Wyspy Zielonego Przylądka były inne.

Tutaj przede wszystkim czuło się przestrzeń.

Ocean.

Wiatr.

Słońce.

Muzykę.

I pewną lekkość życia, która bardzo odpowiadała Marioli.

Andrzej obserwował żonę i coraz częściej łapał się na tym, że podczas urlopów patrzy na nią inaczej niż w domu.

W Monachium widział Mariolę rano przed pracą, zmęczoną wieczorem, stojącą przy lodówce, szukającą czegoś w szafie, rozmawiającą przez telefon z Arletą albo martwiącą się córkami.

Na wakacjach znikała codzienność.

Mariola znowu stawała się przede wszystkim kobietą.

Jego kobietą.

I Andrzejowi bardzo się to podobało.


Podczas jednej z wycieczek zobaczyli coś, co Andrzej znał dotąd właściwie tylko z książek.

Rozgrzane powietrze drżało nad ziemią. Daleko przed nimi pojawił się obraz przypominający wodę, choć żadnej wody tam nie było.

Fatamorgana.

Natychmiast przypomniała mu się przeczytana przed laty książka

„W pustyni i w puszczy”.

Jako chłopak próbował sobie wyobrazić, jak można widzieć coś, czego naprawdę nie ma. Teraz stał obok Marioli tysiące kilometrów od miejsc swojej młodości i oglądał to na własne oczy.

Lubił takie chwile.

Podróże powoli zamieniały rzeczy znane z książek, filmów i opowieści w prawdziwe wspomnienia.

Jeszcze większe wrażenie zrobiła na nich Buracona, słynne Niebieskie Oko. Światło wpadające pomiędzy skały sprawiało, że fragment wody przybierał niezwykłą, intensywną barwę.

Mariola długo patrzyła w dół.

Wiatr rozwiewał jej włosy, a Andrzej zamiast na wodę przez chwilę patrzył właśnie na nią.

Po ponad ćwierćwieczu znajomości nadal zdarzały mu się takie momenty.

Nagle widział Mariolę jakby pierwszy raz.

Nie potrzebował wtedy wielkich deklaracji.

Wystarczała świadomość, że stoi obok.


Wieczory należały do muzyki.

Była właściwie wszędzie.

Dobiegała z hotelu, restauracji, barów i miejsc, obok których przechodzili. Ludzie nie potrzebowali specjalnego powodu, żeby zacząć tańczyć.

Mariola tym bardziej.

Po sukcesie w egipskim hotelu Andrzej żartował czasami z jej tytułu królowej tańca, ale prawda była taka, że od tamtego wieczoru jeszcze uważniej obserwował ją na parkiecie.

Mariola potrafiła zapomnieć o wszystkim, kiedy zaczynała grać muzyka.

Jej ruchy robiły się swobodniejsze, twarz młodniała, oczy nabierały blasku.

Andrzej lubił z nią tańczyć.

I miał jeszcze jeden powód, którego nie musiał jej tłumaczyć.

Kiedy tańczył z Mariolą, nie tańczył z nią nikt inny.

Jego dawna zazdrość nie zniknęła.

Zmieniła tylko formę.

Nie chciał już robić scen ani traktować żony jak swojej własności. Wiedział jednak doskonale, kiedy obcy mężczyzna zatrzymywał na niej wzrok o sekundę za długo.

Na Wyspach Zielonego Przylądka zdarzało się to często.

Mariola potrafiła ubierać się odważnie, szczególnie podczas wakacji. Lubiła krótsze spódnice, dopasowane bluzki i stroje podkreślające figurę. Andrzej czasami udawał, że tego nie zauważa.

Zauważał wszystko.

Podczas tańca obejmował ją mocniej, czuł pod dłonią jej talię i znajome ciepło ciała. Mariola doskonale wiedziała, co się z nim dzieje. Czasami specjalnie przysuwała się bliżej, żeby po chwili z niewinną miną odsunąć się o pół kroku.

Po tylu latach znali swoje reakcje prawie na pamięć.

I właśnie dlatego nadal potrafili się nimi bawić.


Pewnego popołudnia odpoczywali przy hotelowym basenie.

Mariola leżała na brzuchu, a Andrzej masował jej kark i ramiona. Powoli przesuwał dłonie po jej plecach, czując, jak pod dotykiem rozluźniają się napięte mięśnie.

Nie spieszył się.

Mariola przymknęła oczy.

Była rozgrzana słońcem, spokojna i zadowolona. Andrzej pomyślał, że takie chwile lubi najbardziej. Bez wielkich wydarzeń. Bez walki o małżeństwo. Bez przeprosin i obietnic.

Zwyczajna bliskość.

Jego dłonie.

Jej skóra.

Szum basenu i odległy ocean.

I wtedy gdzieś obok rozległ się głos:

— A można się zapisać do kolejki? Też mogę pomasować!

Andrzej natychmiast podniósł głowę.

Mariola otworzyła oczy.

Przez chwilę oboje byli bardziej zaskoczeni językiem niż samym żartem.

Polski.

Kilka tysięcy kilometrów od domu ktoś odezwał się do nich po polsku.

Andrzej szybko odnalazł wzrokiem autora propozycji i odpowiedział, że żadnej kolejki nie przewiduje.

Mariola śmiała się tak mocno, że musiała się podnieść.

Żart zakończył masaż, ale rozpoczął nową znajomość.

Po kilku minutach rozmawiali już o tym, skąd przyjechali, gdzie mieszkają i co warto zobaczyć na wyspie. Wieczorem przypadkowo poznani Polacy siedzieli razem z nimi przy stole.

Andrzej lubił takie spotkania.

Chociaż przez resztę urlopu, kiedy masował Mariolę przy basenie, odruchowo sprawdzał, czy nie pojawił się kolejny ochotnik.

Mariola oczywiście to zauważyła.

I bawiło ją to ogromnie.


Dni mijały szybko.

Ocean, wycieczki, spacery i długie wieczory przy muzyce zaczęły tworzyć kolejną warstwę ich wspólnych wspomnień.

Andrzej czasami zastanawiał się, dlaczego właśnie teraz podróżowanie stało się dla niego tak ważne.

Odpowiedź była prostsza, niż przypuszczał.

Przez wiele lat ciągle na coś czekali.

Na lepsze pieniądze.

Na większe mieszkanie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 57.94