Część trzecia — Razem
Rozdział 1 — Majorka
Lato 1990 roku przyszło ciepłe i pogodne. Dni były długie, wieczory pachniały nagrzaną ziemią, a życie jakby na chwilę zwolniło. Mariola i Arleta spotykały się w tamtych tygodniach bardzo często. Raz przy kawie, innym razem na spacerze albo przy wspólnym obiedzie. Dzieci zdążyły się już przyzwyczaić, że kiedy obie kobiety zaczynają rozmawiać, czas przestaje mieć znaczenie.
Pewnego popołudnia Arleta zjawiła się u nich z miną, która od razu zdradzała, że coś wymyśliła.
— Wiecie co? — powiedziała, siadając przy stole. — Powinniście gdzieś wyjechać. Tak naprawdę wyjechać. Zostawić wszystko na kilka dni i odpocząć.
Mariola spojrzała na nią z zainteresowaniem.
— Ale dokąd?
— Na Majorkę.
Andrzej, który właśnie pił kawę, odstawił filiżankę.
— Na Majorkę?
— Samolotem — dodała Arleta, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie.
Andrzej spoważniał.
— Samolotem to ja nigdzie nie lecę.
Mariola uśmiechnęła się pod nosem. Wiedziała, że Andrzej bał się latania. Sam widok samolotu wysoko na niebie nie robił na nim wrażenia, ale myśl, że miałby znaleźć się kilka tysięcy metrów nad ziemią, była zupełnie czymś innym.
Dzieci zareagowały dokładnie odwrotnie.
— Na Majorkę?! — Sabrina aż podskoczyła z radości.
Dominika natychmiast zaczęła wypytywać o morze, plaże i hotel. W jednej chwili spokojne popołudnie zamieniło się w rodzinne planowanie wielkiej wyprawy.
Andrzej próbował protestować jeszcze przez kilka dni. Mówił o samochodzie, pociągu, nawet o tym, że przecież wcale nie trzeba wyjeżdżać tak daleko. Jednak widząc radość dziewczynek i błysk w oczach Marioli, w końcu skapitulował.
I tak znaleźli się na lotnisku.
Podczas startu Andrzej siedział sztywno w fotelu, zapięty pasem, z dłonią kurczowo zaciśniętą na podłokietniku.
Mariola zerknęła na niego.
— Wszystko dobrze?
— Doskonale — odpowiedział, nie odrywając wzroku od siedzenia przed sobą. — Nigdy w życiu nie czułem się lepiej.
Roześmiała się i położyła swoją dłoń na jego dłoni.
Kiedy samolot wzbił się ponad chmury, Andrzej wreszcie odważył się spojrzeć przez okno. Pod nimi rozciągało się białe, miękkie morze obłoków. Świat na dole zniknął, a ponad nimi pozostało tylko nieskończone błękitne niebo.
Kilka godzin później zobaczyli Majorkę.
Wyspa wyglądała z góry jak zielony klejnot położony na ogromnej tafli Morza Śródziemnego.
Po wyjściu z samolotu uderzyło ich ciepłe, pachnące morzem powietrze. Rosły tam palmy, jakich dziewczynki wcześniej znały właściwie tylko z pocztówek. Między białymi domami kwitły bugenwille, tworząc na ścianach purpurowe i różowe kaskady. W oddali wznosiły się góry, miejscami surowe i skaliste, a miejscami pokryte soczystą zielenią.
Najpiękniejsze było jednak morze.
Rankiem miało kolor jasnego turkusu. Dalej od brzegu przechodziło w głęboki szafir, a kiedy słońce stało wysoko, tysiące drobnych refleksów tańczyło na wodzie jak rozsypane srebro. W niewielkich zatokach morze było tak przejrzyste, że z brzegu można było dostrzec kamienie spoczywające na dnie.
Plaża miała jasny, delikatny piasek. Dziewczynki niemal od pierwszego dnia nie chciały z niej schodzić. Budowały zamki, zbierały muszelki i biegały do wody, uciekając ze śmiechem przed falami.
Andrzej patrzył na nie z leżaka i po raz pierwszy od dawna czuł, że naprawdę odpoczywa.
Potem zobaczył Mariolę.
Szła od strony hotelu w stroju kąpielowym, z włosami poruszanymi lekkim morskim wiatrem. Słońce złociło jej skórę. Andrzej zapatrzył się na nią tak, że przez chwilę zupełnie zapomniał o otaczającym go świecie.
Mariola zauważyła jego spojrzenie.
— Co tak patrzysz? — zapytała z uśmiechem.
— Wolno mi.
— Tylko dlatego, że jesteśmy na urlopie?
— Nie. Dlatego, że jesteś piękna.
Pokręciła głową, lecz uśmiech nie zniknął z jej twarzy.
Później, korzystając ze swobody śródziemnomorskiej plaży, Mariola opalała się i kąpała topless. Dla niej było w tym coś naturalnego — słońce, ciepło i poczucie wolności, którego tak bardzo potrzebowała. Andrzej natomiast nie potrafił udawać obojętności. Mariola wciąż działała na niego niezwykle mocno. Była przecież kobietą, którą kochał, a tutaj, w słońcu Majorki, wydawała mu się jeszcze piękniejsza.
Kiedy wracała z morza, roześmiana i mokra, Andrzej patrzył na nią z mieszaniną zachwytu i pożądania. Ona dobrze wiedziała, co oznacza to spojrzenie.
— Andrzej — powiedziała, mijając jego leżak. — Jesteśmy na plaży.
— Przecież nic nie mówię.
— Właśnie dlatego wiem, o czym myślisz.
Roześmiała się i usiadła obok niego.
Wieczory na Majorce miały zupełnie inny charakter. Upał łagodniał, promenady zapełniały się ludźmi, a z restauracji dochodziły zapachy ryb, czosnku, oliwy i świeżego pieczywa. Rodzina spacerowała wzdłuż morza, zatrzymując się czasem na lody. Sabrina zawsze wybierała zbyt dużą porcję, a potem przekonywała wszystkich, że na pewno zje ją sama. Dominika obserwowała stragany z pamiątkami i długo zastanawiała się, co zabrać ze sobą do domu.
Któregoś wieczoru zostali na plaży aż do zachodu słońca.
Niebo najpierw zrobiło się złote, potem pomarańczowe, aż w końcu zapłonęło czerwienią. Góry na horyzoncie zmieniły się w ciemne kontury, a morze przez kilka minut wyglądało jak płynne złoto.
Mariola siedziała obok Andrzeja.
— Warto było wsiąść do samolotu? — zapytała.
Andrzej spojrzał na nią, potem na bawiące się niedaleko dziewczynki.
— Nie przesadzajmy. Powrót jeszcze przede mną.
Zaśmiała się.
Po chwili jednak Andrzej objął ją ramieniem.
— Warto — powiedział ciszej.
Urlop minął szybciej, niż ktokolwiek chciał. Zostały zdjęcia, kilka muszelek, opalona skóra i wspomnienie morza, którego kolor trudno było później opisać komuś, kto go nie widział.
A potem przyszła jesień.
We wrześniu życie znów zaczęło płynąć według zegarka. Wakacyjna swoboda ustąpiła miejsca porannemu pośpiechowi, tornistrom, zeszytom i szkolnym obowiązkom.
Dla Sabriny był to szczególny rok. Siedmioletnia dziewczynka rozpoczynała pierwszą klasę. Pierwszego dnia szkoły była podekscytowana, choć trochę onieśmielona. Nowy tornister wydawał jej się ogromny, a szkolny korytarz jeszcze większy.
Mariola poprawiła jej ubranie przed wyjściem.
— Gotowa?
Sabrina kiwnęła głową bardzo poważnie.
Dominika, która chodziła już do drugiej klasy gimnazjum, przyglądała się młodszej siostrze z miną osoby znającej wszystkie tajemnice szkolnego życia.
— Nie bój się — powiedziała. — Pierwszego dnia i tak prawie nic się nie robi.
— Naprawdę?
— Naprawdę.
Andrzej spojrzał na obie dziewczynki i uśmiechnął się.
Jeszcze niedawno całą rodziną stali na gorącej plaży pod palmami, patrząc na turkusowe morze. Teraz przed nimi rozpoczynał się kolejny rok — zwyczajny, pełen pracy, szkoły i codziennych spraw.
Ale może właśnie na tym polegało ich szczęście.
Nie na tym, żeby każdy dzień był niezwykły.
Tylko na tym, żeby przeżywać go razem.
Rozdział 2 — Święta
Jesień 1990 roku minęła szybciej, niż Andrzej się spodziewał. Ledwie przyzwyczaili się do szkolnego rytmu, do wczesnego wstawania i coraz krótszych dni, a już w witrynach monachijskich sklepów pojawiły się pierwsze świąteczne dekoracje.
Andrzej od kilku tygodni myślał o wyjeździe do Polski na Boże Narodzenie.
Chciał, żeby pojechali wszyscy. Święta spędzone z rodziną miały w sobie coś, czego nie potrafił odnaleźć w Monachium. Można było urządzić piękną Wigilię również tutaj, kupić choinkę, przygotować te same potrawy i położyć pod obrusem siano, ale dla niego to wciąż nie było to samo.
Pewnego grudniowego ranka wyszedł z domu wcześniej niż zwykle. Było zimno, chodniki połyskiwały od nocnego przymrozku. Andrzej zapiął kurtkę i ruszył w stronę miejsca, gdzie poprzedniego wieczoru zostawił samochód.
Po kilku krokach zwolnił.
Spojrzał przed siebie.
Potem za siebie.
Stanął.
Samochodu nie było.
Przez pierwszą chwilę był przekonany, że pomylił miejsce. Przeszedł kilkanaście metrów dalej, wrócił, obejrzał zaparkowane auta.
Nic.
— No nie… — powiedział sam do siebie.
Jeszcze raz próbował sobie przypomnieć poprzedni wieczór. Doskonale pamiętał, gdzie zaparkował.
Auto zniknęło.
Kiedy powiedział o tym Marioli, początkowo również nie chciała uwierzyć.
— Może policja odholowała?
— Za co?
— Nie wiem. Może źle zaparkowałeś.
— Mariola, wiem, gdzie postawiłem samochód.
Pozostała policja.
Na komisariacie Andrzej musiał odpowiadać na dziesiątki pytań. Gdzie samochód stał, o której godzinie widział go po raz ostatni, kto miał kluczyki, czy były w nim dokumenty, czy miał dodatkowe zabezpieczenia.
Policjant skrupulatnie wszystko zapisywał.
W pewnym momencie odłożył długopis.
— Ostatnio ginie sporo samochodów — powiedział.
Andrzej uniósł brwi.
Policjant wyjaśnił mu, że policja podejrzewa zorganizowane grupy zajmujące się kradzieżami samochodów i przerzucaniem ich za granicę. W tamtym okresie wiele mówiło się o bandach działających między Niemcami a Europą Wschodnią, w tym o grupach z Polski.
— Czyli jakie są szanse, że go odzyskam? — zapytał Andrzej.
Policjant spojrzał na niego w sposób, który właściwie wystarczył za odpowiedź.
— Szukać będziemy.
Po wyjściu z komisariatu Andrzej przez chwilę stał na chodniku. Wyjazd do Polski, który miał być zwyczajnym rodzinnym wyjazdem na święta, nagle stanął pod znakiem zapytania.
Sprawa ubezpieczenia potoczyła się jednak zaskakująco szybko. Po dopełnieniu formalności Andrzej otrzymał odszkodowanie i, ku własnemu zdziwieniu, okazało się, że wypłacona suma była nawet wyższa od rzeczywistej wartości skradzionego samochodu.
— Ukradli ci samochód, a ty jeszcze na tym wyszedłeś do przodu — powiedziała Mariola.
— Nie chwal dnia przed zachodem słońca.
Andrzej długo bez samochodu nie wytrzymał.
Jeszcze przed świętami znalazł rocznego Forda Mondeo.
Niebieskiego.
Kiedy zobaczył go pierwszy raz, obszedł samochód powoli dookoła. Lakier błyszczał, wnętrze pachniało niemal jak w nowym aucie, a Andrzej już po pierwszej jeździe próbnej wiedział, że chce go kupić.
Gdy przyjechał nim pod dom, dziewczynki wybiegły zobaczyć nowy samochód.
— Nasz? — zapytała Sabrina.
— Nasz.
— I pojedziemy nim do Polski?
Andrzej poklepał dłonią dach.
— Taki jest plan.
Kilka dni przed Wigilią 1991 roku niebieski Ford ruszył z Monachium w stronę Polski.
Im dalej jechali na wschód, tym bardziej Andrzej czuł znajome podekscytowanie. Za szybami przesuwał się zimowy krajobraz. Nagie drzewa, pola przykryte cienką warstwą śniegu, niewielkie miejscowości i dym unoszący się z kominów.
Dzieci z tyłu raz rozmawiały, raz zasypiały. Mariola siedziała obok Andrzeja, poprawiając od czasu do czasu radio albo podając mu coś do picia.
Do Polski dotarli zmęczeni, ale zadowoleni.
Dom wypełnił się świątecznym zamieszaniem. Zapach choinki mieszał się z aromatem grzybów, smażonej ryby i pieczonego ciasta. W kuchni ciągle ktoś czegoś szukał, ktoś komuś przeszkadzał, ktoś próbował potraw, których podobno absolutnie nie wolno było ruszać przed Wigilią.
Tylko jednej osoby tym razem nie było.
Darek wyjechał do Stanów Zjednoczonych.
Andrzej wiedział o tym. A jednak nie potrafił pozbyć się pewnego niepokoju, który wracał do niego szczególnie wieczorami.
Obserwował Mariolę.
Nie był z tego dumny, ale robił to.
Kiedy dzieci szły spać, Mariola czasem wychodziła. Mówiła, że chce spotkać się ze starymi koleżankami. Odwiedzała Ewę, Kaśkę i Martę.
Najczęściej Martę.
Andrzej początkowo nic nie mówił.
— Długo będziesz? — pytał tylko.
— Nie wiem. Posiedzimy, pogadamy. Przecież tyle czasu się nie widziałyśmy.
— Jasne.
Mariola zakładała płaszcz i wychodziła.
Andrzej zostawał w domu.
Zdarzało mu się podejść do okna, kiedy słyszał jakiś samochód. Innym razem patrzył na zegarek. Dziesiąta. Jedenasta. Północ.
Darek był tysiące kilometrów stąd.
Rozum podpowiadał mu więc, że nie ma czego sprawdzać.
Ale pamięć miała własne prawa.
Któregoś wieczoru Andrzej postanowił przekonać się, dokąd Mariola rzeczywiście chodzi. Nie chciał robić awantury ani jej zatrzymywać. Chciał tylko wiedzieć.
I rzeczywiście — była u Marty.
Innym razem u Ewy.
Potem znów u Marty.
Nie odkrył żadnej tajemnicy. Zamiast ulgi pojawiło się jednak inne pytanie: dlaczego właściwie tak trudno było mu po prostu jej uwierzyć?
Podczas tego samego pobytu w Polsce Mariola zobaczyła coś, czego zupełnie się nie spodziewała.
Dominika stała z Damianem trochę na uboczu. Rozmawiali, śmiali się, a potem, przekonani, że nikt ich nie widzi, pocałowali się nieśmiało.
Mariola zatrzymała się.
Patrzyła przez chwilę zaskoczona.
Jeszcze niedawno Dominika wydawała jej się dzieckiem, a teraz zaczynała mieć swój własny świat, pierwsze sekrety i pierwsze uczucia.
Wieczorem opowiedziała o tym Marcie.
Marta spojrzała na nią i parsknęła śmiechem.
— Gapa… No, po rodzicach!
— Marta!
— A co? Nieprawdę mówię?
Mariola próbowała zachować poważną minę, ale po chwili obie zaczęły się śmiać.
Boże Narodzenie 1990 roku dobiegło końca. Po świętach rodzina została w Polsce jeszcze kilka dni, a następnie zaczęła szykować się do powrotu.
Niebieski Ford ponownie został załadowany walizkami, torbami, prezentami i wszystkim tym, czego jadąc do Polski jeszcze nie mieli, a co w niewytłumaczalny sposób zawsze wracało z nimi do Monachium.
Kiedy ruszyli, Andrzej spojrzał w lusterko.
Polska powoli zostawała za nimi.
Nadchodził rok 1991.
Nie wiedział jeszcze, że niedługo po powrocie Mariola będzie miała przed nim mały sekret.
Był styczeń 1991 roku.
Po świątecznym wyjeździe życie w Monachium ponownie weszło w swój zwyczajny rytm. Andrzej wrócił do pracy, dzieci do szkoły, a Mariola znów zaczęła często spotykać się z Arletą.
Pewnego dnia, kiedy były same, pomysł narodził się właściwie z żartu.
— Zróbmy sobie zdjęcia — powiedziała Arleta.
— Jakie zdjęcia?
— Takie tylko dla nas. Teraz, a potem za pięć lat następne.
Mariola spojrzała na nią podejrzliwie.
— Po co?
— Żeby zobaczyć, jak się zmieniamy.
Po chwili żart zamienił się w prawdziwy plan.
Postanowiły zrobić sobie prywatne fotografie nago — bez makijażu, bez udawania i bez pozowania dla kogokolwiek. Zdjęcia miały zostać wyłącznie między nimi. Nie powiedziały o tym ani Andrzejowi, ani nikomu innemu.
— Co pięć lat — powiedziała Arleta. — Robimy następne.
— I porównujemy?
— Dokładnie.
Mariola roześmiała się.
— Czyli następne w dziewięćdziesiątym szóstym?
— W dziewięćdziesiątym szóstym — potwierdziła Arleta. — A potem w 2001.
Dla Marioli był to trochę żart, trochę kobieca ciekawość, a trochę próba zatrzymania czasu. Chciała kiedyś spojrzeć na siebie sprzed pięciu, dziesięciu czy piętnastu lat i przypomnieć sobie nie tylko, jak wyglądała, lecz także kim wtedy była.
Kiedy fotografie były gotowe, schowały je starannie.
Na pierwszej kopercie znalazł się rok: 1991.
Następna miała pojawić się w 1996 roku.
Potem w 2001.
Tak przynajmniej wtedy planowały.
Żadna z nich nie mogła wiedzieć, jak bardzo przez każde kolejne pięć lat zmieni się nie tylko ich wygląd, lecz całe życie.
Rozdział 3 — Smak życia
Rok 1991 zaczął się dla Mazurów spokojnie, ale szybko okazało się, że spokój nie oznacza nudy.
Wręcz przeciwnie.
Jakby po wszystkich wcześniejszych przeżyciach Andrzej i Mariola doszli do prostego wniosku, którego nawet nie musieli wypowiadać na głos: życie nie będzie na nich czekało.
Trzeba było z niego korzystać.
I korzystali.
Niebieski Ford Mondeo bardzo szybko przestał być tylko samochodem. Stał się dla nich przepustką do weekendowej wolności. Niemal w każdą sobotę albo niedzielę, kiedy tylko pogoda pozwalała, Andrzej pakował rodzinę do auta i wyjeżdżali z Monachium.
Najczęściej w góry.
Alpy były tak blisko, że trudno było oprzeć się pokusie. Czasami nie mieli nawet dokładnego planu. Andrzej wybierał drogę, Mariola przygotowywała coś do jedzenia, dziewczynki zajmowały tylne siedzenie i ruszali.
Miasto zostawało za nimi.
Najpierw znikały wysokie budynki, potem ruch stawał się mniejszy, aż wreszcie przed przednią szybą wyrastały góry.
Andrzej nigdy nie przestawał zachwycać się tym widokiem.
Ośnieżone szczyty błyszczały w słońcu, niżej rozciągały się ciemne lasy, a między nimi leżały niewielkie bawarskie miejscowości z jasnymi domami i spadzistymi dachami. Nad jeziorami unosiła się czasem lekka mgła. Woda była spokojna i przejrzysta, odbijając góry tak dokładnie, jakby pod powierzchnią istniał drugi, odwrócony świat.
Zatrzymywali samochód, gdzie im się podobało.
Spacerowali.
Jedli zabrane z domu kanapki.
Czasem siadali na ławce i przez dłuższą chwilę po prostu patrzyli.
Dzieci bardzo dobrze radziły sobie w szkole, więc Andrzej i Mariola nie musieli bez przerwy zaglądać im przez ramię. Sabrina szybko odnalazła się w szkolnym świecie, a Dominika coraz bardziej stawała się samodzielna. Oczywiście zdarzały się gorsze dni, marudzenie przy odrabianiu lekcji czy poranne szukanie zeszytu, który „przecież jeszcze wczoraj tutaj leżał”, ale ogólnie oboje rodzice mieli powody do zadowolenia.
— Przynajmniej z nauką mamy spokój — powiedział kiedyś Andrzej.
Mariola spojrzała na niego.
— Nie mów tego za głośno, bo usłyszą i się zepsują.
Roześmiał się.
W Monachium coraz częściej chodzili również na polskie zabawy taneczne.
Te wieczory miały własny klimat. Polska muzyka, znajomy język, stoły zastawione jedzeniem, ludzie, którzy często znali się choćby z widzenia. Jedni przychodzili potańczyć, inni porozmawiać, a jeszcze inni po prostu pobyć przez kilka godzin w świecie przypominającym im kraj, który zostawili za sobą.
Mariola uwielbiała tańczyć.
Andrzej też lubił, choć przy niej czasem czuł, że bardziej próbuje za nią nadążyć, niż naprawdę tańczy.
— Powinniśmy zapisać się na kurs — powiedziała któregoś wieczoru.
— Jaki kurs?
— Tańca towarzyskiego.
— My?
— A kto?
Andrzej spojrzał na parkiet.
— Przecież umiemy tańczyć.
Mariola parsknęła śmiechem.
— Ty umiesz się poruszać do muzyki. To niezupełnie to samo.
— Dziękuję bardzo.
Objęła go za szyję.
— Nauczę cię.
— Przed chwilą mówiłaś, że potrzebujemy kursu.
— Tobie potrzebny jest kurs. Ja będę tylko towarzyszyć.
— Aha. Teraz rozumiem.
Tańczyli dalej, przekomarzając się i śmiejąc.
Pomysł jednak pozostał.
Chcieli nauczyć się naprawdę dobrze prowadzić walca, fokstrota, tango. Mariola szczególnie upierała się przy tangu.
— Tango jest dla nas — powiedziała.
— Dlaczego?
Spojrzała na niego w taki sposób, że odpowiedź właściwie nie była potrzebna.
Mariola rzeczywiście się zmieniała.
Andrzej zauważał to coraz wyraźniej.
Nie pracowała. Zajmowała się domem, dziećmi i codziennymi sprawami, ale jednocześnie miała dużo swobody. Spotykała się z Arletą, wychodziła do miasta, chodziła po sklepach, piła z nią kawę, rozmawiała godzinami. Obie potrafiły spontanicznie wymyślić coś rano, a kilka godzin później już realizowały swój plan.
Mariola zaczęła też ubierać się odważniej.
Znacznie odważniej.
Krótkie spódniczki stawały się jeszcze krótsze. Czasami Andrzej patrzył na nią przed wyjściem i zastanawiał się, czy materiał rzeczywiście można jeszcze nazwać spódnicą.
Innym razem wybierała bardzo krótkie spodenki i efektowne rajstopy. Lubiła podkreślać nogi, talię, kobiecą sylwetkę. Wiedziała, że zwraca uwagę.
I najwyraźniej wcale jej to nie przeszkadzało.
Któregoś wieczoru Andrzej stał w przedpokoju i patrzył, jak Mariola poprawia się przed lustrem.
— Idziesz tak?
Spojrzała na niego w odbiciu.
— A co jest nie tak?
— Nic.
— Andrzej.
— Pytam tylko.
Odwróciła się.
— Za krótka?
Andrzej popatrzył na jej spódniczkę.
— Chcesz odpowiedź męża czy mężczyzny?
Mariola uśmiechnęła się.
— Najpierw męża.
— Zdecydowanie za krótka.
— A mężczyzny?
Podszedł bliżej.
— Zdecydowanie nie zmieniaj.
Zaśmiała się.
Właśnie to było dla niego najtrudniejsze.
Z jednej strony był zazdrosny.
Z drugiej — sam nie potrafił oderwać od niej oczu.
Na zabawach zauważał spojrzenia innych mężczyzn.
Niektórzy byli dyskretni.
Inni wcale.
Mariola wchodziła na salę i niemal natychmiast ktoś ją zauważał. Podczas tańca zdarzało się, że obcy mężczyzna próbował rozpocząć rozmowę albo zaprosić ją do następnego tańca.
Mariolę cała sytuacja bawiła.
Nie traktowała tych zalotów poważnie. Podobało jej się jednak, że jest zauważana. Że mężczyźni odwracają głowy. Że próbują ją zainteresować.
Pewnego wieczoru wróciła do stolika rozbawiona.
Andrzej siedział z rękami skrzyżowanymi na piersi.
— Co?
— Nic.
— Widzę przecież.
— Ten facet z tobą flirtował.
Mariola spojrzała w stronę parkietu.
— Który?
— Jeszcze pytasz który?
Roześmiała się.
— Andrzej, daj spokój.
— Tobie się to podoba.
— Oczywiście, że mi się podoba.
Odpowiedziała tak naturalnie, że przez moment zabrakło mu słów.
Mariola nachyliła się nad stołem.
— Tobie by się nie podobało, gdyby kobiety uważały cię za przystojnego?
— To nie to samo.
— Oczywiście — powiedziała z udawaną powagą. — Jak zawsze.
Usiadła obok niego.
— Oni sobie patrzą, czasem coś powiedzą, ja się pośmieję i tyle. Przecież wracam z tobą.
To ostatnie zdanie uspokoiło go bardziej, niż chciał przyznać.
Mariola wiedziała jednak, że jest zazdrosny.
I chyba odrobinę ją to cieszyło.
Było w tym coś przewrotnego. Po tylu wspólnych latach wciąż chciała wiedzieć, że Andrzej patrzy na nią nie tylko jak na matkę swoich dzieci i kobietę, z którą dzieli mieszkanie, rachunki i codzienność.
Chciała być dla niego kobietą.
Pożądaną.
Kiedy wracali późno do domu, czasami wystarczało jedno jej spojrzenie w samochodzie, przypadkowe dotknięcie jego dłoni albo uśmiech, żeby napięcie między nimi zmieniło się w coś zupełnie innego niż zazdrość.
W takich chwilach Andrzej myślał, że może właśnie dlatego Mariola tak go drażniła.
Bo nadal działała na niego dokładnie tak, jak chciała.
Wiosną przyszły jej trzydzieste trzecie urodziny.
Mariola od początku zapowiedziała, że nie zamierza spędzić ich przy kawie i cieście w cztery osoby.
— Raz się ma trzydzieści trzy lata.
— Rok temu mówiłaś podobnie — przypomniał Andrzej.
— Rok temu miałam trzydzieści dwa. To zupełnie co innego.
Urodziny były huczne.
Przyszli znajomi, była muzyka, jedzenie, alkohol, rozmowy i oczywiście tańce. Arleta zjawiła się w świetnym humorze i od początku zachowywała się tak, jakby to ona odpowiadała za to, żeby solenizantka ani przez minutę nie siedziała spokojnie.
Mariola była w swoim żywiole.
Śmiała się, tańczyła, przyjmowała życzenia. Tego wieczoru wyglądała tak, jakby trzydzieści trzy lata nie były dla niej żadną granicą, lecz początkiem kolejnego etapu.
Andrzej obserwował ją z boku.
Widział kobietę pełną energii, świadomą swojej urody i coraz odważniejszą. Czasami zastanawiał się, skąd nagle brała w sobie tyle apetytu na życie.
Później, kiedy goście zaczęli się rozchodzić, Mariola podeszła do niego.
— No i co tak patrzysz?
— Zastanawiam się nad tobą.
— To niebezpieczne.
— Zmieniłaś się.
Jej uśmiech trochę osłabł.
— Na gorsze?
Andrzej pokręcił głową.
— Nie wiem. Po prostu… jesteś inna.
Przez chwilę patrzyła mu w oczy.
— Może nie chcę kiedyś obudzić się i pomyśleć, że życie przeleciało mi między palcami.
To zdanie zostało z nim na długo.
Kilka tygodni później nadeszła Wielkanoc.
Znowu Polska.
Znowu droga z Monachium, walizki, rozmowy w samochodzie i dzieci pytające, ile jeszcze zostało.
Tym razem krajobraz był już inny niż podczas Bożego Narodzenia. Zima ustępowała. Na polach pojawiała się pierwsza zieleń, drzewa budziły się po chłodnych miesiącach, a słońce świeciło dłużej i mocniej.
Wielkanoc miała też zupełnie inny nastrój.
Dom pachniał pieczonym mięsem, chrzanem i ciastem. Na stole pojawiły się jajka, kiełbasa, mazurki i świąteczne dekoracje. Rodzina spotykała się, rozmawiała, wspominała.
Mariola znów odwiedzała koleżanki.
Andrzej tym razem starał się nie kontrolować każdego jej kroku.
Starał się.
Nie zawsze mu wychodziło.
Zwłaszcza że Mariola przyciągała uwagę również tutaj.
Kiedy wychodziła w krótkiej spódniczce albo szortach, Andrzej widział spojrzenia mężczyzn.
Pewnego dnia nie wytrzymał.
— Musisz się tak ubierać?
Mariola zatrzymała się.
— Jak?
— Wiesz jak.
Spojrzała na siebie, a potem na niego.
— Podoba ci się?
— Mnie tak.
— To dobrze.
— Ale innym też.
Mariola roześmiała się.
— I co mam z tym zrobić? Założyć worek?
— Nie o to chodzi.
Podeszła do niego bliżej.
— Wiem, o co chodzi.
— Wątpię.
— Jesteś zazdrosny.
Andrzej milczał.
Mariola uśmiechnęła się szerzej.
— Jesteś.
— Trochę.
— Trochę?
— Dobra. Bardzo.
Zaśmiała się, objęła go i pocałowała.
— To bądź.
— Łatwo ci mówić.
— Andrzej, mnie naprawdę bawią ci faceci. Niektórzy wystarczy, że zobaczą kawałek nogi i już zapominają, jak się mówi.
— Bardzo zabawne.
— Trochę zabawne.
Patrzyła na niego przez chwilę, a potem dodała ciszej:
— Ale najbardziej podoba mi się, kiedy ty patrzysz.
I tym jednym zdaniem odebrała mu ochotę do dalszej kłótni.
Po Wielkanocy wrócili do Monachium.
Dzieci ponownie zajęły się szkołą i nadal przynosiły dobre oceny. Andrzej pracował. Mariola natomiast nie szukała zatrudnienia. Dom i rodzina były jej codziennością, ale poza nimi budowała sobie życie pełne spotkań, wyjazdów i spontanicznych pomysłów.
Arleta była jego ważną częścią.
Obie potrafiły godzinami siedzieć przy kawie, śmiać się, planować, rozmawiać o ubraniach, mężczyznach, małżeństwie, dzieciach i upływającym czasie. Innym razem wychodziły do miasta i wracały dopiero po kilku godzinach.
Andrzej czasem miał wrażenie, że Mariola próbuje zmieścić dwa dni w jednym.
Rodzinne wypady.
Tańce.
Spotkania z Arletą.
Polska.
Przyjaciele.
Dom.
I oni dwoje.
Paradoksalnie jej coraz większa niezależność nie oddalała ich od siebie całkowicie. Między Mariolą i Andrzejem wciąż istniało silne przyciąganie. Czasem kłócili się właśnie dlatego, że za bardzo im na sobie zależało. Zazdrość Andrzeja potrafiła doprowadzić Mariolę do złości, a jej prowokacyjne zachowanie potrafiło doprowadzić jego do szaleństwa.
Ale potem przychodził wieczór.
Dzieci spały.
Mieszkanie cichło.
I zostawali sami.
Wtedy wszystkie drobne sprzeczki, spojrzenia innych mężczyzn i zaczepki z zabaw traciły znaczenie. Mariola potrafiła usiąść obok Andrzeja, oprzeć głowę na jego ramieniu i nagle znów byli po prostu nimi — dwojgiem ludzi, którzy przeszli razem długą drogę, a mimo to nadal potrafili wzajemnie przyspieszyć sobie bicie serca.
Andrzej coraz częściej rozumiał, że nie zatrzyma Marioli, próbując ją kontrolować.
Ona chciała żyć.
Tańczyć.
Śmiać się.
Podobać się.
Czuć, że wciąż jest młoda.
A jednocześnie wracała do niego.
Może właśnie tego musiał się nauczyć — że miłość nie zawsze oznacza trzymanie kogoś blisko siebie.
Czasem oznacza pozwolić mu rozwinąć skrzydła i mieć nadzieję, że wieczorem zechce wrócić do tego samego domu.
Mariola zaś nie zamierzała zwalniać.
Miała trzydzieści trzy lata.
Dwoje dzieci, które dobrze się uczyły.
Męża, który czasem doprowadzał ją do szału i którego sama równie skutecznie doprowadzała do szału.
Miała Arletę.
Miała przyjaciół.
Miała przed sobą świat.
I coraz mocniej czuła, że chce spróbować wszystkiego, co życie jeszcze dla niej przygotowało.
Rozdział 4 — Lato, miłość i zazdrość
Latem 1991 roku Majorka ponownie zawołała Mazurów.
Tym razem nie lecieli sami. Towarzyszyli im Irek i Barbara oraz ich córka Kasia, rówieśniczka Sabriny. Dla dziewczynek sama wiadomość o wspólnych wakacjach była niemal równie ważna jak Majorka. Od chwili, kiedy dowiedziały się o wyjeździe, snuły plany, jakby miały spędzić na wyspie nie kilkanaście dni, lecz całe lato.
Mariola czekała na ten wyjazd inaczej niż rok wcześniej.
Coś się w niej zmieniało.
Sama nie potrafiła jeszcze tego nazwać.
Miała trzydzieści trzy lata i po raz pierwszy od dawna nie myślała o swoim wieku jak o liczbie. Zaczynała myśleć o czasie. O latach, które już minęły, o dzieciach, które rosły niepokojąco szybko, o własnym odbiciu w lustrze.
I o tym, ile życia jeszcze przed nią.
Nie bała się starości.
Bała się czegoś zupełnie innego.
Że któregoś dnia spojrzy za siebie i zobaczy lata wypełnione wyłącznie obowiązkami.
Dom.
Zakupy.
Gotowanie.
Szkoła dzieci.
Czekanie na Andrzeja wracającego z pracy.
Nie chciała takiego życia.
Kochała swoją rodzinę. Kochała Andrzeja. Uwielbiała córki.
Ale coraz mocniej czuła, że oprócz bycia żoną i matką nadal jest Mariolą.
Kobietą.
I właśnie tę kobietę zaczynała w sobie na nowo odkrywać.
Tylko dorośli nie wszyscy podzielali wakacyjny entuzjazm.
Andrzej już wiedział, czego się spodziewać po samolocie, ale ta wiedza wcale mu nie pomagała. Na lotnisku udawał spokój. Barbara nawet nie próbowała.
— Ja nie wiem, po co dałam się na to namówić — powiedziała, kiedy czekali na wejście na pokład.
— Ja też nie wiem, po co dałem się namówić — odpowiedział Andrzej.
Mariola spojrzała na nich oboje.
— Wy dwoje powinniście siedzieć razem.
— Nie — zaprotestował Andrzej. — Jeszcze będziemy się nawzajem nakręcać.
Najgorzej było podczas startu.
Barbara zacisnęła dłonie na podłokietnikach. Andrzej siedział niewiele spokojniej. Gdy samolot oderwał się od ziemi i zaczął nabierać wysokości, Barbara zamknęła oczy.
— Ostatni raz lecę samolotem.
Andrzej spojrzał na nią.
— Też tak mówiłem rok temu.
Mariola wybuchnęła śmiechem.
I właśnie taką chciała siebie pamiętać.
Roześmianą.
Nie przestraszoną życiem.
Hotel wynagrodził im podróż.
Pięć gwiazdek.
All inclusive.
Ogromny hol lśnił marmurem, wysokie okna wpuszczały do środka śródziemnomorskie słońce, a za przeszklonymi drzwiami zaczynał się ogród pełen palm, kwiatów i egzotycznej zieleni.
Basen przypominał błękitną lagunę. Woda połyskiwała w słońcu, wokół stały białe leżaki, a ponad nimi poruszały się lekko liście palm.
Dalej było morze.
Turkusowe przy brzegu, granatowe przy horyzoncie.
Mariola zatrzymała się przed tym widokiem.
— Boże, jak tu pięknie…
Andrzej popatrzył nie na morze, lecz na nią.
— No.
Spojrzała na niego.
— Ty nawet nie patrzysz.
— Patrzę.
Od razu zrozumiała.
Uśmiechnęła się.
I właśnie takie chwile karmiły tę nową Mariolę.
Lubiła jego spojrzenie.
Coraz bardziej lubiła również spojrzenia innych.
Nie dlatego, że szukała innego mężczyzny.
Chodziło o coś znacznie prostszego i jednocześnie bardziej niebezpiecznego.
Dawały jej potwierdzenie, że nadal potrafi wejść do pomieszczenia i zostać zauważona.
Że nie stała się niewidzialna.
Sabrina i Kasia odkryły tymczasem własny raj.
Lody.
Ciastka.
I możliwość brania ich niemal bez końca.
Pierwszego dnia Andrzej próbował liczyć porcje Sabriny.
Przy trzeciej przestał.
Przy czwartej spojrzał na Mariolę.
— Ty widziałaś?
— Widzę.
— To już są czwarte.
— Jesteśmy na wakacjach.
Po południu Sabrina ponownie pojawiła się z lodem.
— Sabrina!
Dziewczynka zastygła.
— Który to?
— Mały.
— Nie pytam jaki. Pytam który.
Sabrina spojrzała na Kasię.
— Nie pamiętam.
— Ja pamiętam.
Mariola śmiała się tak bardzo, że musiała odwrócić głowę.
Dominika pomagała pilnować młodszych dziewczynek. Sabrina i Kasia niemal natychmiast stały się nierozłączne.
Siódmego lipca nadszedł szczególny dzień.
Dominika kończyła trzynaście lat.
Były prezenty, życzenia, tort i dużo śmiechu.
Mariola patrzyła na córkę trochę inaczej niż wszyscy.
Trzynaście lat.
Jeszcze niedawno sama trzymała ją na rękach.
Teraz przed nią siedziała młoda dziewczyna, która miała swoje tajemnice, pierwsze zauroczenia, własne zdanie.
Wieczorem Mariola długo patrzyła na śpiące córki.
Pomyślała wtedy o czymś, czego nikomu nie powiedziała.
Skoro one tak szybko rosną, to ja też tak szybko się zmieniam.
Ta myśl nie była przyjemna.
Może właśnie dlatego następnego dnia śmiała się głośniej, pływała dłużej i jeszcze bardziej chciała czuć słońce na skórze.
Jakby próbowała powiedzieć czasowi:
Jeszcze nie.
Andrzejowi najbardziej podobały się chwile przy basenie.
A dokładniej — Mariola przy basenie.
W słońcu, opalona i rozluźniona, wyglądała tak, że nawet po tylu wspólnych latach potrafiła całkowicie zawładnąć jego uwagą.
Pewnego popołudnia stali razem w wodzie.
Andrzej podpłynął bliżej.
Jego dłoń zrobiła się zbyt śmiała.
Mariola gwałtownie się odwróciła.
— Andrzej!
Spojrzał niewinnie.
— Co?
— Weź tę rękę!
— Jaką rękę?
— Doskonale wiesz jaką!
Odepchnęła go.
— Ludzie są dookoła.
— Przecież nic nie zrobiłem.
— Jeszcze raz i cię utopię.
Odpłynął, śmiejąc się.
Mariola patrzyła za nim i próbowała wyglądać na oburzoną.
Nie wychodziło jej.
W głębi duszy podobało jej się, że po tylu latach nadal nie potrafił przy niej zachowywać się rozsądnie.
To było inne spojrzenie niż spojrzenia obcych mężczyzn.
Tamte łechtały próżność.
Jego dotykało serca.
Wieczorami Majorka zmieniała twarz.
Podświetlone palmy rzucały długie cienie, w powietrzu mieszał się zapach morza, perfum i rozgrzanej ziemi. Z dyskotek dobiegała muzyka. Promenady zapełniały się opalonymi ludźmi.
Mariola uwielbiała te wieczory.
Zakładała sukienkę, poprawiała włosy i patrzyła na siebie w lustrze trochę dłużej niż dawniej.
Czasami łapała własne spojrzenie.
I uśmiechała się do siebie.
Nie czuła się starzej.
Przeciwnie.
Czuła się tak, jakby po latach ponownie zaczynała budzić się do życia.
Tańczyła.
Śmiała się.
Pozwalała muzyce prowadzić ciało.
Andrzej obserwował ją czasem z boku.
Niepokoiła go ta zmiana.
Ale jednocześnie fascynowała.
Mariola, którą znał, była jego żoną.
Ta nowa Mariola coraz wyraźniej należała również do samej siebie.
Któregoś wieczoru Andrzej i Irek przesadzili z alkoholem.
Następnego ranka Andrzej leżał z zamkniętymi oczami.
Mariola usiadła obok.
— Żyjesz?
— Nie wiem.
Dotknęła jego czoła.
Przyniosła chłodny ręcznik i zrobiła mu okład.
— Lepiej?
— Jak jesteś przy mnie, to lepiej.
— Nie próbuj się podlizywać.
Poprawiła ręcznik.
Barbara miała inne podejście do Irka.
— Sam pił. Niech teraz cierpi.
Mariola roześmiała się.
Ale po chwili znów spojrzała na Andrzeja.
Cała jej potrzeba wolności, zabawy, tańca i bycia zauważaną nie zmieniała jednej rzeczy.
Kiedy cierpiał, automatycznie chciała się nim opiekować.
Czasami sama nie rozumiała tej sprzeczności.
Chciała być wolna.
A jednocześnie była do niego przywiązana mocniej, niż chciała przyznawać.
Tydzień po powrocie z Majorki Mazurzy pojechali na trzy dni w Alpy.
Latem góry były pełne zieleni. Łąki ciągnęły się pomiędzy potężnymi szczytami, a czyste powietrze sprawiało, że wszystko wydawało się ostrzejsze, bliższe.
Któregoś dnia Mariola zatrzymała się podczas spaceru.
— Dalej nie idę.
— Na pewno?
— Bolą mnie nogi.
Andrzej podszedł i bez ostrzeżenia wziął ją na ręce.
— Andrzej!
— Sama powiedziałaś, że nie idziesz.
— Postaw mnie!
— Nie.
— Ludzie patrzą.
— Niech patrzą.
Mariola objęła go za szyję.
Przez chwilę przestała się śmiać.
Spojrzała mu w oczy.
— Wariat.
— Uwielbiam cię.
Tym razem coś w niej drgnęło.
Takich słów potrzebowała bardziej, niż przypuszczał.
Nie „kocham cię”, wypowiadane niemal automatycznie po tylu latach.
Uwielbiam cię.
Jak kobietę.
Jak Mariolę.
Nie tylko żonę.
Nie tylko matkę.
— To kup mi pierścionek — powiedziała, żeby ukryć wzruszenie.
— Kupię.
— Naprawdę?
— Najpiękniejszy.
Uśmiechnęła się.
— Jest tylko jeden warunek — dodał.
Już wiedziała.
— Dłuższe spódniczki?
— Trochę.
Mariola roześmiała się.
— Nie ma mowy.
— To nie ma pierścionka.
Objęła go mocniej za szyję.
— I tak mi kupisz.
Andrzej westchnął.
Prawdopodobnie miała rację.
Jesienią przemiana Marioli stała się jeszcze wyraźniejsza.
Nie chodziło już tylko o ubrania.
Zmienił się sposób, w jaki wchodziła między ludzi.
Dawniej obserwowała.
Teraz chciała uczestniczyć.
Dawniej czekała, aż ktoś zaprosi ją do tańca.
Teraz sama potrafiła złapać Andrzeja za rękę i pociągnąć go na parkiet.
Dawniej krępowało ją, kiedy ktoś na nią patrzył.
Teraz czasami specjalnie odwzajemniała spojrzenie i uśmiechała się, obserwując zmieszanie mężczyzny.
Bawiło ją to.
Andrzeja znacznie mniej.
We wrześniu hucznie obchodzili jego urodziny.
Mariola tańczyła niemal bez przerwy.
Andrzej patrzył na nią i widział, że jest szczęśliwa.
A jednak gdzieś głęboko pojawiał się lęk.
Nie przed zdradą.
Przed czymś trudniejszym do nazwania.
Bał się, że któregoś dnia jej apetyt na życie stanie się większy niż życie, które może jej dać.
W październiku pojechali do Polski na wesele krewnego Marioli.
Dzieci zostały pod opieką jej siostry.
Wesele było głośne, pełne muzyki i alkoholu.
Mariola od początku promieniała.
Tańczyła z Andrzejem.
Potem z kuzynem.
Potem z innymi.
Jeden taniec przechodził w następny.
Im więcej wypiła, tym więcej było w niej spontaniczności.
Śmiała się.
Krzyczała coś do znajomych ponad muzyką.
Nie chciała siedzieć.
Nie chciała, żeby ta noc się kończyła.
Kiedy przyszła zabawa z bukietem, stanęła z innymi kobietami.
Wiązanka poleciała wysoko.
I wpadła prosto w jej ręce.
Mariola przez sekundę patrzyła na kwiaty.
Potem zapiszczała.
— Mam!
Ktoś zawołał:
— Następna panna młoda!
Mariola zaczęła się śmiać.
Pobiegła do Andrzeja.
— Słyszałeś? Będę wychodzić za mąż!
— Gratuluję.
Nie zauważyła tonu jego głosu.
— Może nawet za ciebie!
Pocałowała go szybko i ponownie zniknęła na parkiecie.
Andrzej został przy stole.
Patrzył.
Na jej twarz.
Na mężczyzn, którzy z nią tańczyli.
Na dłonie wyciągane w jej stronę.
Na jej śmiech.
I nagle poczuł coś znacznie gorszego od zwykłej zazdrości.
Poczuł się niepotrzebny.
Wstał i wyszedł.
Mariola dopiero po chwili zauważyła pusty fotel.
Zatrzymała się w pół tańca.
— Gdzie Andrzej?
Nikt nie wiedział.
Coś ścisnęło ją w środku.
Cała radość nagle wyparowała.
Odłożyła bukiet.
Wybiegła.
— Andrzej!
Dogoniła go kawałek od sali.
— Gdzie ty idziesz?
— Przejść się.
— Beze mnie?
Milczał.
— Jesteś zły.
— Wracaj. Tam masz pełno partnerów.
Dopiero wtedy zrozumiała.
— O to chodzi?
— O nic.
— Andrzej.
Stanęła przed nim.
— Popatrz na mnie.
Nie chciał.
Złapała go za rękę.
— Ja z nimi tylko tańczę.
— Wiem.
— Nie, nie wiesz.
Podeszła bliżej.
— Podoba mi się, że patrzą. Podoba mi się, że jeszcze się podobam. Może to głupie, ale podoba mi się.
Andrzej spojrzał na nią.
Mariola nagle spoważniała.
— Ale kiedy zniknąłeś, przestało mnie bawić wszystko.
To go zatrzymało.
Przez chwilę stali w ciszy.
Potem w jej oczach ponownie pojawił się znajomy błysk.
Chwyciła go za rękę.
— Chodź.
— Dokąd?
Pociągnęła go w stronę ciemnych zarośli.
— Znam to miejsce. Chodź, pokażę ci.
— Mariola…
— Chodź.
— Jesteś niemożliwa.
Odwróciła się.
— A ty mnie kochasz.
— Niestety.
— Nie „niestety”.
Podeszła i przytuliła się do niego.
— Na szczęście.
Następnego ranka Mariola płaciła za swoją weselną radość.
Leżała blada, z zamkniętymi oczami.
— Umieram.
Andrzej siedział przy łóżku.
— Wczoraj byłaś zdrowsza.
— Wczoraj byłam głupia.
— Trochę.
Otworzyła jedno oko.
— Miałeś powiedzieć, że nie.
— Nie będę kłamał chorej kobiecie.
— Jesteś okropny.
Pogładził ją po włosach.
Mariola przymknęła oczy.
Po chwili odezwała się ciszej:
— Andrzej?
— Co?
— Nie chcę, żebyś myślał, że szukam kogoś innego.
Nie odpowiedział od razu.
— To czego szukasz?
Mariola długo milczała.
— Siebie.
Te dwa słowa zabrzmiały poważniej, niż zamierzała.
Andrzej patrzył na nią.
— Przecież jesteś.
— Wiem. Ale przez tyle lat byłam czyjąś córką, potem twoją żoną, potem mamą. I nagle pomyślałam… gdzie w tym wszystkim jestem ja?
Andrzej nadal głaskał ją po włosach.
Nie miał gotowej odpowiedzi.
Mariola otworzyła oczy.
— Kocham was. Nie pomyśl inaczej.
— Wiem.
— Naprawdę?
— Naprawdę.
Przesunęła dłoń po jego ręce.
— To zostań jeszcze.
— Nigdzie nie idę.
I został.
Boże Narodzenie przyszło kilka miesięcy później.
W domu Mazurów pojawiła się choinka. Dzieci wieszały bombki, Mariola przygotowywała potrawy, Andrzej krążył po mieszkaniu, twierdząc, że pomaga.
Pierwszy dzień świąt spędzili u siebie.
Spokojnie.
Rodzinnie.
I Mariola odkryła coś, co jeszcze kilka miesięcy wcześniej wydawałoby jej się sprzecznością.
Nie musiała wybierać między rodziną a życiem.
Ten stół też był życiem.
Śmiech dzieci był życiem.
Andrzej podjadający w kuchni był życiem.
Taniec był życiem.
Majorka była życiem.
Arleta była częścią życia.
Jej krótkie spódniczki, spojrzenia mężczyzn, góry, podróże i chwile szaleństwa również.
Problem zaczynał się dopiero wtedy, kiedy próbowała jednym zastąpić drugie.
Drugiego dnia świąt pojechali do Gliwic, do kuzynki Marioli i jej męża Adama.
Było wielu gości.
Wśród nich Franek.
Pił za dużo.
Z czasem zaczął kręcić się przy Marioli. Najpierw żartował, potem próbował ją obejmować.
Odsunęła jego rękę.
— Franek, wystarczy.
Nie posłuchał.
Kiedy spróbował ją obmacywać, Mariola gwałtownie się odsunęła.
— Powiedziałam: nie!
Andrzej był już na nogach.
— Zostaw ją.
Franek odpowiedział coś zaczepnego.
Andrzej uderzył go w twarz.
Rozpętała się awantura.
Mariola chwyciła męża za ramię.
— Andrzej. Idziemy.
Zabrali dzieci.
Dopiero na dworze, w zimnym powietrzu, Andrzej zaczął się uspokajać.
Mariola spojrzała na niego.
— Nie musiałeś go bić.
— Wiem.
Po chwili dodała:
— Ale dziękuję.
Andrzej spojrzał na nią.
— Myślałem, że lubisz, jak mężczyźni zwracają na ciebie uwagę.
Mariola zatrzymała się.
— Lubię, kiedy patrzą. Lubię czasem poflirtować, pośmiać się. Ale to ja decyduję, gdzie jest granica.
Andrzej nic nie powiedział.
Mariola wzięła go pod rękę.
— I nie zamierzam nikomu pozwalać jej przekraczać.
Poszli do kuzynki Ali.
Sylwestra spędzili już w Monachium.
W domu.
O północy niebo nad miastem eksplodowało kolorami.
Dominika i Sabrina stały przy oknie.
Mariola patrzyła na fajerwerki, ale myślami była gdzie indziej.
Rok wcześniej nie zadawała sobie tylu pytań.
Teraz wiedziała przynajmniej jedno.
Zmieniała się.
Nie chciała już być wyłącznie taka, jakiej oczekiwali od niej inni.
Chciała sama decydować, jak wygląda, jak tańczy, z kim rozmawia, dokąd jedzie i czego pragnie od życia.
Ale wolność, której szukała, nie oznaczała dla niej samotności.
Odwróciła się.
Andrzej stał za nią.
Podeszła i objęła go.
— Szczęśliwego Nowego Roku.
— Szczęśliwego.
— Nadal mnie uwielbiasz?
Andrzej uśmiechnął się.
— Niestety coraz bardziej.
— Znowu „niestety”.
Pocałowała go.
Za oknem wystrzeliły kolejne fajerwerki.
Mariola oparła głowę na jego ramieniu.
Miała trzydzieści trzy lata.
Nie była już dziewczyną, którą kiedyś poznał.
Nie była też kobietą, którą miała stać się za dziesięć czy dwadzieścia lat.
Była gdzieś pomiędzy.
I po raz pierwszy zaczynała rozumieć, że nie musi bać się tej zmiany.
Chciała być matką.
Żoną.
Kochanką.
Przyjaciółką.
Kobietą, za którą oglądają się mężczyźni.
Kobietą, która potrafi wrócić do domu, usiąść przy łóżku córki i poprawić jej kołdrę.
Jedno nie musiało wykluczać drugiego.
Andrzej objął ją mocniej.
Mariola spojrzała jeszcze raz na rozświetlone niebo.
Nie chciała zatrzymać czasu.
Już nie.
Chciała tylko, żeby czas, który dostała, naprawdę należał również do niej.
Kończył się rok 1991.
A Mariola miała wrażenie, że jakaś część jej życia dopiero się zaczyna.
Rozdział 5 — Tango
Styczeń 1992 roku zaczął się spokojnie.
Po świętach i sylwestrze życie Mazurów znów weszło w codzienny rytm. Andrzej wrócił do pracy, dzieci do szkoły, a Mariola do swoich zwykłych zajęć. Zima w Monachium była szara, chłodna i trochę monotonna. Dni kończyły się szybko, wieczory były długie, a okna często zaparowywały od ciepła mieszkania.
Mariola przez kilka dni zachowywała się podejrzanie spokojnie.
Andrzej oczywiście to zauważył.
— Co kombinujesz? — zapytał któregoś wieczoru.
Mariola siedziała przy stole z kubkiem kawy.
— Ja?
— Ty.
— Nic.
— Właśnie dlatego się boję.
Spojrzała na niego i uśmiechnęła się.
— Pamiętasz kurs tańca?
Andrzej od razu wiedział, o co chodzi.
— Nie.
— Kłamiesz.
— Niczego takiego sobie nie przypominam.
— Obiecałeś.
— Niczego nie obiecywałem.
Mariola odłożyła kubek.
— Dobrze. To zapiszę nas sama.
— Mariola…
— Za późno.
Andrzej spojrzał na nią podejrzliwie.
— Już nas zapisałaś?
Jej mina wystarczyła za odpowiedź.
— Wiedziałem.
— Będzie fajnie.
— Dla kogo?
— Dla mnie na pewno.
Roześmiała się.
Kilka dni później poszli na pierwsze zajęcia.
Sala taneczna znajdowała się niedaleko centrum. Drewniana podłoga błyszczała od światła lamp, przy jednej ze ścian ciągnęły się ogromne lustra.
Mariola poczuła się tam znakomicie niemal od razu.
Andrzej znacznie gorzej.
Instruktor rozpoczął od podstaw.
Postawa.
Krok.
Rytm.
Prowadzenie.
Mariola chłonęła każde słowo.
Andrzej bardziej walczył z własnymi nogami.
— Lewa — powiedziała Mariola.
— Wiem.
— To czemu idziesz prawą?
— Bo moja prawa ma własne zdanie.
Mariola zaczęła się śmiać.
Po kilku zajęciach zaczęło jednak iść coraz lepiej.
Walca polubili szybko.
Fokstrot wymagał cierpliwości.
Tango okazało się czymś zupełnie innym.
Gdy instruktor pierwszy raz pokazał podstawową figurę, Mariola od razu się wyprostowała.
— To jest moje — powiedziała.
Andrzej spojrzał na nią.
— Oczywiście.
— Co oczywiście?
— Wiedziałem, że wybierzesz najbardziej niebezpieczny taniec.
— Niebezpieczny?
— Dla mnie.
Mariola wyciągnęła do niego rękę.
— Chodź.
Muzyka ruszyła.
Andrzej objął ją.
Tym razem oboje przestali żartować.
Tango wymagało bliskości.
Spojrzenia.
Pewności.
Mariola patrzyła mu prosto w oczy.
Andrzej prowadził.
Po kilku krokach pomylił figurę.
— Miało być w lewo — szepnęła.
— Wiem.
— To czemu poszedłeś w prawo?
— Bo patrzysz na mnie w ten sposób.
— Jaki?
— Jakbyś chciała, żebym się pomylił.
Uśmiechnęła się.
— Może chciałam.
Z tygodnia na tydzień kurs stawał się dla nich czymś więcej niż tylko zajęciem.
Był ich wspólnym wieczorem.
Bez dzieci.
Bez codziennych spraw.
Tylko muzyka, ruch i oni.
Było jednak coś, czego Andrzej jeszcze nie dostrzegał.
Mariola coraz częściej zwracała uwagę na instruktora.
Miał dwadzieścia sześć lat, świetnie tańczył i poruszał się z naturalną pewnością człowieka, który od lat wie, co zrobić z każdą nutą muzyki.
Początkowo Mariola po prostu go obserwowała.
Przecież był nauczycielem.
Potem zaczęła zauważać jego uśmiech.
Sposób mówienia.
To, jak podchodził do niej podczas zajęć i poprawiał krok.
I pewnego dnia zorientowała się, że czeka na moment, kiedy znów znajdzie się obok niej.
Przestraszyło ją to.
A jeszcze bardziej przestraszyło ją, że jednocześnie sprawiało jej to przyjemność.
Wiosną przyszły jej trzydzieste czwarte urodziny.
Mariola świętowała je hucznie, tak jak lubiła.
Muzyka, znajomi, śmiech, tańce.
Po trzydziestych czwartych urodzinach coraz częściej myślała jednak o tym, co się z nią dzieje.
Nie czuła się starsza.
Przeciwnie.
Czuła w sobie więcej energii niż kilka lat wcześniej.
Chciała podróżować.
Tańczyć.
Podobać się.
Przeżywać.
Czasami miała wrażenie, że próbuje odzyskać lata, które minęły zbyt szybko.
W tym samym okresie w polskim środowisku zorganizowano wielką zabawę przebierańców.
Warunek był jeden.
Każdy musiał przyjść w kostiumie.
Mariola i Andrzej długo zastanawiali się nad pomysłem, aż w końcu Mariola wymyśliła:
— Idziemy jako pierwszoklasiści.
Andrzej popatrzył na nią.
— My?
— My.
Przygotowania bawiły ich już kilka dni wcześniej.
Mariola zrobiła sobie dwa kucyki przewiązane dużymi kokardami. Założyła stylizowany szkolny strój z bardzo krótką spódniczką i zabrała tradycyjną tytę pierwszoklasisty.
Kiedy wyszła z pokoju, Andrzej zaczął się śmiać.
— Co?
— Nic. Wyglądasz absurdalnie.
— Poczekaj, aż zobaczę ciebie.
Andrzej wyglądał jeszcze bardziej komicznie.
Spodnie miał specjalnie potargane i przybrudzone, włosy rozczochrane, w kieszeni wystawała proca, a wokół oka zrobił sobie ciemny makijaż udający porządne podbite oko.
Mariola spojrzała na niego.
— Ty nie wyglądasz jak pierwszoklasista.
— A jak?
— Jak pierwszoklasista, którego już pierwszego dnia wyrzucili ze szkoły.
— Czyli idealnie.
Na zabawie wzbudzili sensację.
Były czarownice, kowboje, lekarze, piraci, księżniczki i najróżniejsze postacie, ale Mazurzy od początku należeli do faworytów konkursu.
Mariola dodatkowo odgrywała swoją rolę z przesadną powagą.
Andrzej chodził za nią z procą wystającą z kieszeni i miną największego łobuza na sali.
Kiedy przyszło głosowanie, wygrali.
— Pierwsze miejsce dla państwa Mazurów!
Mariola uniosła ręce z radości.
— Wiedziałam!
— Oszustwo — powiedział Andrzej.
— Zazdrościsz mi kokardek.
— Zdecydowanie.
Ale prawdziwa niespodzianka miała dopiero nadejść.
Ktoś dowiedział się, że chodzą na kurs tańca.
— Tango! — krzyknął ktoś z sali. — Niech zatańczą tango!
Natychmiast dołączyli inni.
— Tango! Tango!
Andrzej spojrzał na Mariolę.
— Nie.
Mariola wyciągnęła do niego dłoń.
— Tak.
— W tych przebraniach?
— Tym lepiej.
Muzyka ruszyła.
Śmiechy ucichły.
Andrzej objął Mariolę.
Pierwsze kroki były jeszcze trochę niepewne.
Potem przestali zwracać uwagę na ludzi.
Krok.
Obrót.
Zatrzymanie.
Spojrzenie.
Mariola poruszała się dokładnie tak, jak uczyli się przez ostatnie miesiące. Andrzej prowadził ją coraz pewniej.
Kiedy skończyli, przez sekundę panowała cisza.
Potem sala wybuchła oklaskami.
Mariola zarzuciła Andrzejowi ręce na szyję.
— Widzisz?
— Co?
— Warto było chodzić na kurs.
— Nie przyzwyczajaj się do tego, że przyznaję ci rację.
Była szczęśliwa.
Tego wieczoru naprawdę była.
Tylko gdzieś głęboko pojawiła się myśl, której nie chciała mieć.
Żałowała przez moment, że instruktor tego nie widział.
Kilka dni później siedziała z Arletą przy kawie.
Długo mówiły o wszystkim i o niczym.
Mariola była jednak dziwnie zamyślona.
Arleta w końcu odłożyła filiżankę.
— No dobra. Mów.
— Co?
— Znam cię. Co się dzieje?
Mariola pokręciła głową.
— Nic.
— Nie zaczynaj.
Przez chwilę milczała.
Potem powiedziała:
— Podoba mi się ktoś.
Arleta przestała się uśmiechać.
— Kto?
— Instruktor.
— Ten od tańca?
Mariola skinęła głową.
— Ile ma lat?
— Dwadzieścia sześć.
Arleta spojrzała na nią.
— A ty?
— Wiem, ile mam.
— Pytam.
Mariola westchnęła.
— Trzydzieści cztery.
Przez moment obracała filiżankę w dłoniach.
Potem powiedziała coś, czego sama chyba potrzebowała usłyszeć na głos:
— Mam trzydzieści cztery lata, on dwadzieścia sześć… i czasami myślę, że chętnie poszłabym z nim do łóżka.
Arleta patrzyła na nią przez kilka sekund.
— Mariola…
— Co?
— Co się z tobą dzieje?
Mariola spuściła wzrok.
— Nie wiem.
Tym razem nie było w jej głosie śmiechu.
— Naprawdę nie wiem.
Arleta pochyliła się nad stołem.
— Podoba ci się. Dobrze. Jesteś kobietą, masz oczy, możesz zauważyć przystojnego faceta. Ale nie szalej.
Mariola milczała.
— Jest jeszcze rozsądek — ciągnęła Arleta. — I jest Andrzej.
Mariola podniosła wzrok.
— Wiem.
— Kochasz go?
— Oczywiście, że kocham.
— To czego szukasz?
To pytanie trafiło dokładnie tam, gdzie nie powinno.
Mariola odwróciła wzrok w stronę okna.
— Nie wiem.
— Wiesz.
— Może chcę sprawdzić, czy jeszcze mogę.
— Co możesz?
Mariola wzruszyła ramionami.
— Wszystko.
Arleta westchnęła.
— Uważaj, żebyś sprawdzając, czego możesz, nie straciła tego, co już masz.
Mariola nic nie odpowiedziała.
Na następnych zajęciach instruktor podszedł do niej jak zawsze.
— Jeszcze raz. Za szybko robisz obrót.
Mariola spróbowała.
— Tak?
— Lepiej.
Uśmiechnął się.
Zupełnie zwyczajnie.
A jednak poczuła znajome ukłucie emocji.
Spojrzała w lustro.
Kilka metrów dalej stał Andrzej.
Ćwiczył krok.
Ten sam Andrzej, który nosił ją na rękach w Alpach.
Który robił jej okłady, kiedy źle się czuła.
Który siedział przy niej przez cały dzień po weselu.
Który potrafił doprowadzić ją do szału swoją zazdrością.
I który po tylu latach nadal mówił, że ją uwielbia.
Nagle słowa Arlety wróciły.
Uważaj, żebyś sprawdzając, czego możesz, nie straciła tego, co już masz.
Mariola spojrzała ponownie na instruktora.
Potem na Andrzeja.
Po raz pierwszy jej przemiana przestała być wyłącznie zabawą.
Do tej pory krótkie spódniczki, tańce, spojrzenia mężczyzn i flirt dawały jej poczucie wolności.
Teraz pojawiło się prawdziwe pragnienie.
A razem z nim granica.
Mariola zrozumiała, że wcześniej czy później będzie musiała zdecydować, po której stronie tej granicy chce zostać.
— Mariola! — zawołał Andrzej. — Tańczymy?
Spojrzała na niego.
Stał z wyciągniętą dłonią.
Przez sekundę się zawahała.
Potem podeszła.
Wsunęła swoją dłoń w jego.
— Tańczymy.
Andrzej objął ją.
Ruszyło tango.
Tym razem Mariola nie patrzyła w lustro na instruktora.
Patrzyła na męża.
Ale po raz pierwszy wiedziała już, że samo niepatrzenie nie sprawi, że to, co poczuła, zniknie.
Rozdział 6 — Granica
Po rozmowie z Arletą Mariola obiecała sobie, że przestanie myśleć o instruktorze.
Obietnica wytrzymała kilka dni.
Przed kolejnym kursem długo wybierała strój. Dwa razy zmieniła bluzkę, potem spódniczkę. W końcu stanęła przed lustrem w czarnej, dopasowanej górze, bardzo krótkiej spódniczce, cienkich rajstopach i butach na obcasie.
Obróciła się bokiem.
Poprawiła włosy.
I wtedy przyszła niewygodna myśl.
Nie ubierała się tak wyłącznie dla Andrzeja.
Chciała zobaczyć reakcję instruktora.
Mogła jeszcze otworzyć szafę i wybrać coś spokojniejszego.
Nie zrobiła tego.
Spryskała szyję perfumami i wyszła do przedpokoju.
Andrzej spojrzał na nią raz, potem drugi.
— Ty idziesz na kurs tańca czy na wybieg?
— Na kurs.
— W tym?
Mariola zerknęła na siebie.
— A co?
— Ta spódniczka zaraz przestanie spełniać definicję spódniczki.
Roześmiała się.
— Przesadzasz.
— Ani trochę.
— Podoba ci się?
Westchnął.
— I właśnie w tym jest problem.
Podeszła do niego i pocałowała go krótko.
— To nie narzekaj.
Andrzej pokręcił głową.
— Kiedyś naprawdę kupię ci ten pierścionek i zamknę wszystkie minispódniczki na klucz.
— Najpierw kup pierścionek.
— Pamiętam.
Mariola uśmiechnęła się.
Nie wiedziała, że tym razem mówił poważnie.
Na sali od razu poczuła spojrzenia.
Dawniej bawiłoby ją to bardziej. Tego wieczoru interesowało ją właściwie tylko jedno.
Instruktor zauważył ją niemal natychmiast.
— Elegancko dzisiaj.
Dwa zwyczajne słowa, a Mariola poczuła ciepło na twarzy.
— Dziękuję.
Odeszła do Andrzeja.
Miała trzydzieści cztery lata, męża, dzieci, dom i ustabilizowane życie, a mimo to jedno zdanie młodszego mężczyzny potrafiło sprawić, że przez chwilę czuła się jak dziewczyna.
Arleta miała rację.
Coś zaczynało wymykać się spod kontroli.
Tego wieczoru ćwiczyli tango.
Andrzej robił coraz większe postępy. Nie liczył już każdego kroku w głowie, prowadził pewniej i coraz częściej naprawdę słuchał muzyki.
— No proszę — powiedziała Mariola. — Jeszcze trochę i będę z ciebie dumna.
— Jeszcze nie jesteś?
— Trochę.
Obrócił ją.
Kiedy wróciła w jego ramiona, za jego plecami zobaczyła instruktora.
Patrzył w ich stronę.
Ich spojrzenia spotkały się na sekundę.
Mariola pierwsza odwróciła wzrok.
Pod koniec zajęć instruktor podszedł do nich.
— Andrzej, bardzo dobrze. Duża poprawa.
— Słyszysz? Fachowiec mówi.
Mariola uśmiechnęła się.
Instruktor zwrócił się do niej.
— U ciebie została jeszcze jedna figura do dopracowania.
Pokazał krok.
Spróbowała.
— Za szybko.
Powtórzyła.
— Lepiej.
Andrzej spojrzał na zegarek.
— Ja pójdę się przebrać.
— Zaraz przyjdę.
Kiedy odszedł, instruktor jeszcze raz pokazał jej figurę.
— Wolniej.
Mariola wykonała obrót.
— Tak?
— Właśnie tak.
Powinna była podziękować i odejść.
Zamiast tego zapytała:
— Możemy jeszcze raz?
Pięć minut zmieniło się w dziesięć.
Sala niemal opustoszała.
— Za bardzo kontrolujesz każdy ruch — powiedział instruktor. — W tangu czasami trzeba przestać myśleć.
— Łatwo powiedzieć.
— Spróbuj.
Ruszyli.
Mariola natychmiast poczuła różnicę. Przy nim nie musiała zastanawiać się nad kolejnym krokiem. Prowadził bez wysiłku.
Muzyka ucichła.
Zatrzymali się trochę zbyt blisko.
— Dobrze tańczysz — powiedział.
— Mam dobrego nauczyciela.
— Nie tylko dlatego.
Patrzył na nią dłużej, niż wymagała rozmowa.
Mariola nie odchodziła.
— Mariola?
Głos Andrzeja z korytarza przerwał ciszę.
Odsunęła się.
— Idę!
Chwyciła torebkę.
— Do następnego tygodnia.
— Do następnego.
W samochodzie Andrzej był w świetnym humorze.
— Widziałaś, jak mnie pochwalił?
— Widziałam.
— Czyli coś ze mnie będzie.
— Może.
Spojrzał na nią.
— A ty czemu taka cicha?
— Zmęczona jestem.
— Długo cię poprawiał.
Mariola poczuła ukłucie niepokoju.
— Jedna figura mi nie wychodziła.
Nie skłamała.
Po prostu nie powiedziała wszystkiego.
I właśnie to nie dawało jej spokoju.
Kilka dni później opowiedziała Arlecie o dodatkowym tańcu.
— Nic się nie wydarzyło — zaznaczyła.
— Ale chciałaś, żeby się wydarzyło?
Mariola milczała.
Arleta westchnęła.
— Ty się bawisz z ogniem.
— Nic nie zrobiłam.
— Jeszcze.
— Nie zdradzę Andrzeja.
— To przestań sprawdzać, jak blisko możesz podejść do granicy.
Mariola spojrzała na nią ostro, ale nic nie odpowiedziała.
Bo wiedziała, że Arleta trafiła w sedno.
Przez następne tygodnie napięcie nie znikało.
Nie potrzebowali długich rozmów.
Czasem wystarczał uśmiech.
Spojrzenie.
Krótka korekta kroku.
Mariola zaczynała rozumieć, że fantazja jest łatwa tylko wtedy, kiedy pozostaje w głowie.
Pewnego wieczoru instruktor zatrzymał ją przy wyjściu.
Andrzej stał kilka metrów dalej, zajęty rozmową.
— Mariola.
Odwróciła się.
— Tak?
— Mogę ci coś powiedzieć?
Ton jego głosu wystarczył, by wiedziała, że nie chodzi o taniec.
— Mów.
— Bardzo mi się podobasz.
Serce uderzyło jej szybciej.
Tyle razy zastanawiała się, czy jego spojrzenia znaczą to samo, co jej.
Teraz już wiedziała.
— Ty mnie też — odpowiedziała.
Instruktor przyjrzał jej się uważnie.
— Naprawdę?
Skinęła głową.
— Moglibyśmy kiedyś spotkać się poza kursem.
Mariola wiedziała, co powinna odpowiedzieć.
Zamiast tego zapytała:
— Kiedy?
Umówili się dwa dni później.
Od tego momentu Mariola funkcjonowała jakby w dwóch rzeczywistościach.
W jednej była żoną Andrzeja i matką. Robiła zakupy, przygotowywała kolację, rozmawiała z dziećmi o szkole.
W drugiej odliczała czas do spotkania.
Nie próbowała już udawać przed sobą, że chodzi tylko o kawę czy rozmowę.
Chciała tego mężczyzny.
Powtarzała sobie, że wydarzy się to raz.
Jedna tajemnica.
Jedna chwila tylko dla niej.
Potem wszystko wróci do normy.
Chciała w to wierzyć.
W dniu spotkania przygotowywała się wyjątkowo starannie.
Wyjęła krótką spódniczkę.
Odłożyła ją.
Sięgnęła po jeszcze krótszą.
Dobrała dopasowaną bluzkę, cienkie rajstopy i wysokie obcasy.
Rozpuściła włosy.
Spojrzała na siebie w lustrze.
— Zwariowałaś — powiedziała cicho.
Ale nie zmieniła ubrania.
Andrzej miał wrócić później.
Wszystko było ułożone.
Mariola wzięła torebkę.
I wtedy zadzwonił telefon.
Początkowo chciała go zignorować.
Telefon odezwał się ponownie.
Podniosła słuchawkę.
Po kilku sekundach jej twarz spoważniała.
Jedna z córek potrzebowała jej natychmiast.
Nie wydarzyło się nic tragicznego, ale sprawa była na tyle ważna, że Mariola nie mogła po prostu wyjść.
Spojrzała na zegarek.
Przez kilka minut próbowała jeszcze znaleźć rozwiązanie.
Może zdąży później.
Może spotkanie da się przesunąć.
W końcu zrozumiała.
Nie pojedzie.
Wieczorem siedziała sama w kuchni.
Przed nią stała zimna kawa.
Najgorsze było to, że czuła nie tylko ulgę.
Czuła też rozczarowanie.
Naprawdę chciała tam pojechać.
Gdyby telefon nie zadzwonił, pojechałaby.
I wiedziała, co prawdopodobnie wydarzyłoby się później.
Nie mogła już mówić sobie, że tylko flirtowała.
Nic się nie stało wyłącznie dlatego, że przeszkodził przypadek.
To bolało bardziej niż sama pokusa.
Andrzej wrócił późnym wieczorem.
Wszedł do kuchni.
— Co tak siedzisz?
— Tak sobie.
— Wszystko dobrze?
— Tak.
Popatrzył na nią przez chwilę.
— Na pewno?
Mariola miała nagłą ochotę powiedzieć mu wszystko.
Nie potrafiła.
— Jestem zmęczona.
Andrzej pocałował ją w czoło.
— To idź wcześniej spać.
Wyszedł.
Zwyczajny gest zabolał ją bardziej niż oskarżenie.
Bo ufał jej.
Nazajutrz opowiedziała wszystko Arlecie.
— Umówiłam się z nim.
Arleta znieruchomiała.
— Z instruktorem?
Mariola skinęła głową.
— I?
— Nie pojechałam.
— To dobrze.
— Nie. Coś mi wypadło. Gdyby nie to, pojechałabym.
Arleta milczała.
Mariola otarła oczy.
— Ja naprawdę chciałam zdradzić Andrzeja.
Wypowiedzenie tego na głos sprawiło, że sytuacja stała się jeszcze bardziej realna.
— Nie zrobiłam tego tylko dlatego, że przypadek mnie zatrzymał.
Arleta dotknęła jej dłoni.
— Ale teraz możesz zatrzymać się sama.
Mariola spojrzała na nią.
To zdanie zostało w niej na długo.
Przez kolejne dni zaczęła uważniej patrzeć na swoje życie.
Na Andrzeja szukającego rano kluczyków.
Na jego rozmowy z dziewczynkami.
Na zwyczajne kolacje.
Na rękę kładzioną odruchowo na jej ramieniu, kiedy przechodził obok.
Instruktor był nowy.
Ekscytujący.
Nieznany.
Andrzej był codziennością.
I Mariola po raz pierwszy zrozumiała, jak łatwo pomylić codzienność z czymś mniej wartościowym.
Na następny kurs wybrała strój nieco spokojniejszy niż zwykle.
Andrzej zauważył natychmiast.
— Co się stało?
— Nic.
— Spódniczka prawie do kolan?
— Bez przesady.
— Widzę postęp.
— Nie przyzwyczajaj się.
— Uff. Już myślałem, że jesteś chora.
Roześmiała się.
Na sali instruktor szybko znalazł moment, kiedy mogli porozmawiać.
— Co się stało?
— Nie mogłam.
— Czekałem.
— Wiem.
— Możemy umówić się jeszcze raz.
Mariola poczuła znajome napięcie.
Tym razem jednak sytuacja była inna.
Za pierwszym razem zdecydował za nią przypadek.
Teraz nikt jej nie zatrzymywał.
Mogła powiedzieć „tak”.
Nadal jej się podobał.
Nie próbowała temu zaprzeczać.
Ale teraz widziała również to, czego wcześniej nie chciała widzieć.
Kłamstwa.
Ukrywanie spotkań.
Pilnowanie telefonu.
Strach przed pytaniami dzieci.
Powroty do domu i udawanie przed Andrzejem, że nic się nie wydarzyło.
— To kiedy? — zapytał instruktor.
Mariola spojrzała mu w oczy.
— Nie.
— Nie możesz?
Pokręciła głową.
— Mogę.
To słowo było dla niej ważne.
— Po prostu nie chcę.
Instruktor wyglądał na zaskoczonego.
— Przecież ostatnio chciałaś.
— Wiem.
— Więc co się zmieniło?
Mariola zastanowiła się chwilę.
— Ja.
— Boisz się?
— Tak. Ale nie ciebie.
— To czego?
Spojrzała w stronę Andrzeja.
— Tego, kim stałabym się sama dla siebie.
Instruktor nic nie odpowiedział.
— Kocham Andrzeja — powiedziała Mariola. — Prawie zrobiłam coś bardzo głupiego. Nie chcę tego zrobić.
Tym razem nikt nie zdecydował za nią.
To było jej „nie”.
Kilka minut później Andrzej podszedł do niej.
— Tańczymy?
Wyciągnął rękę.
Mariola podała mu swoją.
— Tańczymy.
Ruszyło tango.
Andrzej objął ją i poprowadził.
— Coś jesteś dzisiaj poważna.
— Skupiam się.
— Na mnie?
Spojrzała mu w oczy.
— Na tobie.
— O, to niebezpieczne.
Uśmiechnęła się.
Przez cały taniec ani razu nie spojrzała w stronę instruktora.
Nie dlatego, że się bała.
Po prostu nie potrzebowała.
Kilka dni później Andrzej wrócił do domu z małym pudełeczkiem.
Trzymał je za plecami.
Mariola od razu zauważyła jego minę.
— Co kombinujesz?
— Ja?
— Ty.
— Nic.
— Właśnie dlatego się boję.
Uśmiechnął się i podał jej pudełko.
— Otwórz.
W środku był pierścionek.
Mariola zamilkła.
— Pamiętasz Alpy? — zapytał.
Pamiętała.
Niósł ją wtedy na rękach.
Powiedział, że ją uwielbia.
Ona zażartowała, że powinien kupić jej pierścionek.
— Ale ja nie zaczęłam nosić dłuższych spódniczek — powiedziała.
— Zauważyłem.
— To dlaczego go kupiłeś?
— Bo prędzej zbankrutuję na pierścionku, niż doczekam się dłuższej spódniczki.
Mariola roześmiała się przez łzy.
Andrzej wyjął pierścionek.
— Daj rękę.
Wsunął go na jej palec.
Mariola patrzyła na jego twarz.
Pomyślała o pustej sali, o instruktorze, o niedoszłym spotkaniu.
I o drugim zaproszeniu, któremu sama powiedziała „nie”.
— Podoba ci się? — zapytał Andrzej.
Objęła go mocno.
— Bardzo.
— Aż tak?
— Tak.
Pogładził ją po plecach.
— Co ci jest?
Mariola zamknęła oczy.
— Nic.
Tym razem to „nic” nie było kłamstwem.
Było końcem czegoś, czego Andrzej nawet nie znał.
W nocy długo nie spała.
Pierścionek lekko połyskiwał na jej dłoni.
Mariola nie próbowała tworzyć dla siebie wygodniejszej wersji wydarzeń.
Prawda była prosta.
Chciała zdradzić Andrzeja.
Umówiła się.
Przygotowała.
Przypadek ją zatrzymał.
Ale później dostała drugą możliwość.
I wtedy zatrzymała się sama.
Nie była z siebie dumna.
Była za to pewna jednej rzeczy.
Nie chciała romansu.
Nie chciała drugiego życia złożonego z tajemnic.
Nie chciała zmieniać wolności w kłamstwo.
Spojrzała na śpiącego Andrzeja.
Nie zamierzała też przestać być sobą.
Nadal chciała tańczyć.
Nadal zamierzała nosić swoje krótkie spódniczki.
Nadal podobało jej się, kiedy mężczyźni na nią patrzyli.
Ale teraz rozumiała różnicę między byciem zauważaną a przekraczaniem granicy.
Przesunęła się bliżej męża.
Andrzej przez sen objął ją ramieniem.
Mariola zamknęła oczy.
Chciała wiedzieć, czy jeszcze może.
Mogła.
To już wiedziała.
Ale ważniejsze było coś innego.
Miała wybór.
I wybrała Andrzeja.
Rozdział 7 — Po drugiej stronie
Po wydarzeniach związanych z instruktorem Mariola przez jakiś czas żyła spokojniej.
Nie zrezygnowała z kursu tańca. Nie zamierzała również nagle zmieniać sposobu ubierania się ani udowadniać komukolwiek, że stała się inną kobietą. Nadal lubiła krótkie spódniczki, obcisłe bluzki, wysokie obcasy. Nadal cieszyła się, kiedy mężczyźni oglądali się za nią na ulicy.
Zmieniło się coś innego.
Przestała szukać potwierdzenia, jak daleko może się posunąć.
Instruktor zachowywał się poprawnie. Mariola również. Rozmawiali, tańczyli, czasem żartowali, ale nie wrócili do propozycji spotkania.
Andrzej o niczym nie wiedział.
Zauważył natomiast, że żona stała się wobec niego bardziej czuła.
Pewnego wieczoru, gdy siedzieli przed telewizorem, Mariola bez słowa wsunęła się pod jego ramię.
Andrzej spojrzał na nią podejrzliwie.
— Co?
— Nic.
— Coś chcesz?
— Ciebie.
— Pierścionek działa.
Mariola uderzyła go lekko w brzuch.
— Głupi jesteś.
— Ale skuteczny.
Przytuliła się mocniej.
Andrzej się uśmiechnął.
Nie wiedział, jak wiele znaczył dla niej ten zwyczajny wieczór.
Tymczasem ktoś inny w domu Mazurów zaczynał coraz wyraźniej zaznaczać własną niezależność.
Dominika.
Nie była już dziewczynką, której wystarczało powiedzieć, o której ma wrócić do domu.
Coraz częściej chciała wiedzieć:
— Dlaczego?
To jedno słowo zaczynało doprowadzać Andrzeja do szaleństwa.
— O dziewiątej jesteś w domu.
— Dlaczego?
— Bo powiedziałem.
— To nie jest odpowiedź.
Andrzej patrzył na córkę.
— Mariola!
— Nie wołaj mamy. Pytam ciebie.
Mariola w kuchni zakrywała usta dłonią, żeby nie parsknąć śmiechem.
— Bardzo zabawne! — wołał Andrzej.
— Wcale się nie śmieję!
Śmiała się.
Dominika zaczynała coraz bardziej przypominać matkę.
Miała własne zdanie, własny gust i coraz silniejszą potrzebę decydowania o sobie.
Pewnego popołudnia wyszła z pokoju ubrana w krótką spódniczkę.
Mariola spojrzała.
— Nie.
Dominika stanęła.
— Co nie?
— Idź się przebrać.
— Dlaczego?
Andrzej siedzący przy stole powoli podniósł głowę.
Na jego twarzy pojawił się uśmiech.
Mariola natychmiast go zauważyła.
— Nawet nie zaczynaj.
— Ja nic nie mówię.
— Widzę.
Dominika spojrzała na matkę.
— Ty chodzisz w krótszych.
Zapadła cisza.
Andrzej odłożył gazetę.
— O, to będzie ciekawe.
— Andrzej!
— Siedzę cicho.
Mariola wróciła wzrokiem do córki.
— Ja jestem dorosła.
— No i?
— Dominika…
— Co? Tobie wolno, a mnie nie?
Mariola otworzyła usta.
I zabrakło jej odpowiedzi.
Andrzej nie wytrzymał.
— Witaj po mojej stronie.
Mariola rzuciła mu spojrzenie, które powinno było go uciszyć.
Nie uciszyło.
Śmiał się jeszcze długo.
Gorzej było z Damianem.
Mariola wiedziała już, że córka się z nim całowała. Początkowo traktowała to jak pierwsze młodzieńcze zauroczenie.
Teraz zaczynała zauważać, że Dominika coraz częściej o nim wspomina.
A jeszcze częściej nie wspominała wcale.
I to było bardziej podejrzane.
— Gdzie idziesz?
— Do Kaśki.
— Będzie Damian?
— Mamo…
— Pytam.
— Może.
— Co znaczy „może”?
Dominika westchnęła.
— Że może będzie, a może nie.
Mariola poczuła irytację.
I nagle usłyszała samą siebie.
Dokładnie takim tonem Andrzej wypytywał ją czasem, kto będzie na zabawie, kto z nią tańczył i dlaczego jakiś mężczyzna tak długo z nią rozmawiał.
Nie spodobało jej się to odkrycie.
— O dziesiątej w domu — powiedziała.
— Tata powiedział o dziewiątej.
Mariola spojrzała na nią.
— To po co się kłóciłaś?
Dominika uśmiechnęła się.
— Wiedziałam, że z tobą się dogadam.
— Dziewiąta trzydzieści.
— Dziesiąta.
— Dziewiąta trzydzieści.
— Dobra.
Dominika pocałowała ją w policzek i wybiegła.
Mariola została sama.
— Sprytna — mruknęła.
Z pokoju odezwał się Andrzej:
— Po kimś to ma!
Sabrina obserwowała te wszystkie wojny z bezpiecznej odległości.
Jej świat nadal składał się głównie ze szkoły, koleżanek i rzeczy, które dla starszej siostry dawno przestały mieć znaczenie.
Obie dziewczynki uczyły się bardzo dobrze.
Andrzej był z nich dumny, choć z Dominiką coraz częściej musiał przypominać sobie, że dobre stopnie nie oznaczają, iż córka pozostanie dzieckiem.
Najtrudniej przychodziło mu zaakceptować chłopców.
— Damian ma ile lat? — zapytał kiedyś.
Mariola spojrzała na niego.
— Andrzej, daj spokój.
— Pytam tylko.
— Ty nigdy „tylko” nie pytasz.
— Nie podoba mi się.
— Nawet go nie znasz.
— Tym bardziej.
Mariola się roześmiała.
— Teraz rozumiem, co czujesz, kiedy ktoś na mnie patrzy.
Andrzej spoważniał.
— To zupełnie co innego.
— Oczywiście.
Ale w głębi duszy Mariola rzeczywiście zaczynała go rozumieć.
Miłość czasami bardzo łatwo zamieniała się w strach.
Kiedy nadeszło lato, Andrzej któregoś wieczoru rozłożył mapę na stole.
— Jedziemy samochodem.
Mariola podeszła.
— Dokąd?
Przesunął palcem na południe.
— Włochy.
Dominika pojawiła się natychmiast.
— Naprawdę?
Sabrina przybiegła za nią.
— Będzie morze?
— Będzie.
— Lody?
Andrzej spojrzał na młodszą córkę.
— Wiedziałem, że to będzie najważniejsze pytanie.
— Codziennie?
— Zobaczymy.
— Czyli codziennie — oznajmiła Sabrina.
Mariola roześmiała się.
Plan był prosty: przez Austrię, dalej na południe, bez samolotu i bez nerwowego ściskania fotela podczas startu.
Andrzej był zachwycony już samym sposobem podróży.
— Widzisz? — powiedział do Marioli. — Człowiek siedzi, prowadzi, ziemia cały czas pod kołami. Normalny środek transportu.
— Do czasu korka.
— Nawet korek jest lepszy niż samolot.
Wyjechali wcześnie rano.
Monachium zostało za nimi, a krajobraz stopniowo się zmieniał.
Im bliżej Alp, tym częściej przed nimi wyrastały góry. Droga wiła się między zboczami, pojawiały się tunele, doliny i niewielkie miejscowości przyklejone do stoków.
Sabrina co jakiś czas pytała:
— Jesteśmy już we Włoszech?
— Nie.
Piętnaście minut później:
— A teraz?
— Nadal nie.
— A teraz?
Dominika jęknęła.
— Sabrina!
— No co?
— Jak będziemy we Włoszech, wszyscy ci powiemy.
Kiedy wreszcie przekroczyli granicę, Andrzej oznajmił uroczyście:
— Teraz.
Sabrina wyjrzała przez okno.
— Wygląda tak samo.
Cały samochód wybuchnął śmiechem.
Włochy zmieniały się jednak z każdym kilometrem.