Pierwsze spojrzenie
Pierwszego listopada, w Dniu Wszystkich Świętych, cmentarze zawsze miały w sobie coś niezwykłego. Tysiące ludzi odwiedzało groby swoich bliskich, a pomiędzy alejkami migotały dziesiątki tysięcy zniczy.
Na cmentarzu w Grębałowie, niedaleko Krakowa, panował tego dnia wyjątkowy ruch. Całe rodziny przechodziły od grobu do grobu, zapalały świece, układały kwiaty i zatrzymywały się na chwilę w zadumie. W chłodnym, listopadowym powietrzu mieszał się zapach wosku, wilgotnych liści i kwiatów.
Andrzej przyszedł tam jak co roku.
Chciał zapalić znicz na grobie swojego ojca. Nic nie wskazywało na to, że ten zwyczajny, listopadowy dzień stanie się początkiem historii, której długo nie będzie potrafił zapomnieć.
Kiedy zbliżał się do grobu, wśród przechodzących ludzi dostrzegł znajomą twarz.
— Marek?
Mężczyzna odwrócił się i przez moment przyglądał mu się z niedowierzaniem, a potem uśmiechnął się szeroko.
— Andrzej! Co ty tutaj robisz?
— Przyszedłem do ojca — odpowiedział.
Przywitali się serdecznie. Znali się jeszcze ze szkoły, choć po jej ukończeniu ich drogi trochę się rozeszły. Każdy poszedł w swoją stronę, życie potoczyło się dalej, a spotkania zdarzały się coraz rzadziej.
Tym razem Marek nie był jednak sam.
Obok niego stała młoda dziewczyna.
Andrzej spojrzał na nią.
I wtedy wydarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewał.
Na krótką chwilę przestał słyszeć gwar cmentarza. Jakby wszystko wokół nagle straciło znaczenie.
Mariola miała około 160 cm wzrostu i była szczupła. Jej twarz była bardzo delikatna, niemal dziecięca, a uwagę przyciągała piękna, nowoczesna fryzura, wyglądająca jak prosto z francuskiego salonu. Ubrana była w czarny, krótki płaszczyk podkreślający jej figurę. Na szyi miała długi kaszmirowy szal, a od niej delikatnie unosił się zapach płatków róż.
Andrzej patrzył na nią trochę dłużej, niż wypadało.
Miała siedemnaście lat.
W jego oczach była najpiękniejszą dziewczyną, jaką kiedykolwiek widział.
Nie wiedział jeszcze, co właściwie przyciągnęło jego uwagę. Jej spojrzenie? Uśmiech? Sposób, w jaki stała obok Marka?
A może po prostu coś, czego nie potrafił jeszcze nazwać.
— Andrzej — powiedział Marek. — Poznaj moją siostrę. To Mariola.
Dziewczyna spojrzała na niego.
— Miło mi.
— Mi… mi również — odpowiedział.
Uśmiechnęła się.
Był to niewinny, zwyczajny uśmiech, a jednak wystarczył, by Andrzej poczuł się jeszcze bardziej niepewnie.
Mariola zauważyła jego zakłopotanie.
I właśnie ono wydało jej się urocze.
Od pierwszej chwili coś w Andrzeju przyciągnęło jej uwagę. Nie był pewny siebie ani przesadnie rozmowny. W jego zachowaniu było coś szczerego, trochę nieśmiałego i trochę zagubionego.
Nie potrafiła przestać na niego patrzeć.
Andrzej natomiast próbował zachowywać się tak, jakby wszystko było zupełnie normalne.
Nie bardzo mu to wychodziło.
Co jakiś czas jego wzrok wracał do Marioli.
Im dłużej na nią patrzył, tym bardziej wydawała mu się kimś nieosiągalnym.
Piękna.
Młoda.
Uśmiechnięta.
I zupełnie mu nieznana.
Zaczął zastanawiać się, czy będzie chciała z nim rozmawiać. Czy w ogóle go zapamięta. Czy po tym przypadkowym spotkaniu jeszcze kiedykolwiek ją zobaczy.
Wtedy Marek spojrzał na niego z uśmiechem.
— Słuchaj, moja mama wyjechała do rodziny do Gliwic. Wróci dopiero za trzy dni.
Andrzej spojrzał na niego.
— No i?
— No i dzisiaj wieczorem robię u siebie prywatkę. Wpadnij.
Andrzej poczuł nagle, że pojawiła się szansa.
Nie chciał jednak od razu pokazać, jak bardzo zainteresowała go Mariola.
Przez chwilę milczał.
W końcu jednak ciekawość zwyciężyła.
— A Mariola też będzie? — zapytał.
Marek roześmiał się.
Mariola również.
Ale jej śmiech był inny niż przed chwilą.
Spojrzała na Andrzeja uważniej.
W jej oczach pojawiło się zainteresowanie.
Może nawet odrobina satysfakcji.
Andrzej nie wiedział jeszcze, że tym jednym pytaniem zdradził znacznie więcej, niż zamierzał.
Mariola już wiedziała, że zwróciła jego uwagę.
I ta świadomość sprawiła jej przyjemność.
— Tak — odpowiedział Marek. — Mariola też będzie.
Andrzej poczuł, że serce zaczyna bić mu szybciej.
— To przyjdę.
Mariola uśmiechnęła się lekko.
Ich spojrzenia spotkały się na moment.
Tym razem żadne z nich nie odwróciło wzroku od razu.
— A co mam przynieść? — zapytał Andrzej.
— Jakieś dobre wino — odpowiedział Marek. — Tylko takie, żebyśmy mieli co pić przez cały wieczór.
— Dobrze. Coś znajdę.
W rzeczywistości Andrzej wiedział już, że nie chodzi mu o prywatkę.
Nie chodziło nawet o wino.
Chodziło o to, że wieczorem znowu zobaczy Mariolę.
Pożegnał się z Markiem i Mariolą.
Kiedy odchodził cmentarną alejką, po kilku krokach obejrzał się za siebie.
Mariola również na niego patrzyła.
Ich spojrzenia spotkały się jeszcze raz.
Tylko na chwilę.
Jedno krótkie spojrzenie.
A jednak oboje zapamiętali je na długo.
Andrzej ruszył dalej.
Przez całą drogę do domu myślał już tylko o wieczorze.
O tym, co jej powie.
Czy odważy się zaprosić ją do tańca.
Czy będą mieli okazję porozmawiać sami.
I przede wszystkim — czy Mariola będzie patrzyła na niego tak samo jak przed chwilą.
W głowie wciąż powracało jedno pytanie:
Czy naprawdę spodobałem się jej tak samo, jak ona spodobała się mnie?
Wieczorem Andrzej długo zastanawiał się, co na siebie włożyć.
Kilka razy zmieniał koszulę, choć sam przed sobą nie chciał przyznać, dlaczego właściwie tak bardzo zależy mu na wyglądzie.
Powód miał na imię Mariola.
W końcu wziął dwie butelki wina i ruszył do mieszkania Marka.
Kiedy stanął przed drzwiami, przez chwilę się wahał.
Serce biło mu szybciej niż zwykle.
Wziął głęboki oddech i nacisnął dzwonek.
Drzwi otworzyły się niemal natychmiast.
Stała w nich Mariola.
Andrzej na moment zaniemówił.
Kilka godzin wcześniej widział ją na cmentarzu, wśród ludzi, kwiatów i płonących zniczy.
Teraz była tutaj — swobodna, uśmiechnięta i jeszcze piękniejsza.
— Jak miło, że jesteś — powiedziała.
— Dziękuję.
Andrzej uniósł butelki.
— Przyniosłem dwa wina.
Mariola spojrzała na nie z rozbawieniem.
— Aż dwa?
Andrzej zawahał się.
Potem, zamiast wymyślić coś bardziej rozsądnego, powiedział prawdę:
— Bo chcę się trochę napić, żeby mieć więcej odwagi i przytulić się do Marioli.
Dziewczyna roześmiała się.
Andrzej poczuł, że robi się czerwony.
— Jestem bardzo nieśmiały — dodał.
— Nie martw się — odpowiedziała z uśmiechem. — Ja cię rozkręcę.
I wtedy Andrzej po raz pierwszy pomyślał, że ten wieczór może zapamiętać na bardzo długo.
W mieszkaniu Marka grała muzyka. Rozmawiano, śmiano się, ktoś nalewał wino do kieliszków. Wszędzie było gwarno i wesoło.
Andrzej jednak widział przede wszystkim jedną osobę.
Mariolę.
Co jakiś czas ich spojrzenia spotykały się ponad głowami innych gości.
Za każdym razem Andrzej czuł to samo przyjemne napięcie.
Kiedy zobaczył, że Mariola nie tańczy z nikim, zebrał się na odwagę.
Podszedł do niej.
— Zatańczysz?
Mariola spojrzała na niego z uśmiechem.
— Z tobą?
— Oczywiście, że ze mną.
Roześmiała się i podała mu rękę.
Tańczyli.
Potem wracali do innych gości.
Rozmawiali.
Wypijali po kieliszku wina.
A po chwili Andrzej znów pojawiał się obok niej.
— Mariola, zatańczysz?
Za każdym razem odpowiadała uśmiechem.
Z każdym kolejnym tańcem znikała początkowa nieśmiałość. Andrzej nabierał odwagi, a Mariola coraz mniej ukrywała, że jego obecność sprawia jej przyjemność.
W pewnej chwili Andrzej spojrzał jej w oczy.
— Wiesz, że jesteś naprawdę piękna?
Mariola uniosła brwi.
— Dopiero teraz to zauważyłeś?
— Nie. Zauważyłem już na cmentarzu.
— To dlaczego nic nie powiedziałeś?
Uśmiechnął się.
— Bo wtedy byłem jeszcze bardziej nieśmiały.
Mariola roześmiała się cicho.
— Jesteś miłym i sympatycznym chłopakiem.
— Tylko tyle?
— Na razie tyle.
— To będę się starał, żebyś powiedziała kiedyś coś więcej.
Mariola spojrzała na niego dłużej.
W jej oczach pojawił się ciepły błysk.
Andrzej nie wiedział, czy właśnie dostał nadzieję, czy tylko mu się tak wydawało.
Ale tego wieczoru wystarczało mu nawet to.
Czas płynął szybko.
Muzyka grała, rozmowy stawały się coraz głośniejsze, a potem powoli zaczęły cichnąć.
W pewnym momencie Andrzej zauważył, że Mariola zniknęła z parkietu.
Rozejrzał się.
Siedziała sama w kącie.
Od razu poczuł, że coś jest nie tak.
Podszedł do niej.
— Mariola?
Nie odpowiedziała.
Dopiero kiedy usiadł obok, zauważył łzy spływające po jej policzkach.
— Co się stało?
Mariola otarła oczy.
— Nic.
— Jak to nic? Przecież płaczesz.
Przez chwilę patrzyła w podłogę.
Andrzej zaczął się zastanawiać, czy nie zrobił czegoś, co ją zraniło.
— Powiedz mi… popełniłem jakiś nietakt? Obraziłem cię?
Mariola pokręciła głową.
— Nie.
— To dlaczego płaczesz?
Spojrzała na niego.
— Chyba trochę za dużo wypiłam — powiedziała cicho. — I zrobiło mi się bardzo smutno.
Andrzej milczał.
Nie chciał jej naciskać.
Po chwili Mariola powiedziała:
— Nikt mnie nie chce.
Andrzej spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Co?
Mariola spuściła wzrok.
— Ja cię chcę — powiedział natychmiast.
Podniosła głowę.
— Jak możesz w ogóle mówić coś takiego?
Andrzej patrzył jej prosto w oczy.
— Dla mnie jesteś najpiękniejszą dziewczyną na świecie.
Mariola przez chwilę nic nie mówiła.
Jakby próbowała zdecydować, czy naprawdę może uwierzyć w jego słowa.
— Naprawdę tak myślisz? — zapytała cicho.
— Od chwili, kiedy cię zobaczyłem.
Na jej twarzy pojawił się uśmiech.
Najpierw delikatny.
Nieśmiały.
Potem coraz bardziej szczery.
I nagle Mariola rzuciła mu się w ramiona.
Andrzej objął ją.
Mocno, ale ostrożnie.
Przez chwilę świat wokół nich przestał istnieć.
Nie było muzyki.
Nie było innych ludzi.
Nie było nawet czasu.
Byli tylko oni.
Mariola przestała płakać.
Andrzej czuł jej głowę opartą o swoje ramię.
I wtedy zrozumiał, że stało się coś ważnego.
Poznał ją zaledwie kilka godzin wcześniej.
Nie znał jej historii.
Nie wiedział, jaka naprawdę jest, kiedy nikt nie patrzy.
Nie wiedział, co przyniesie następny dzień.
Ale wiedział jedno.
Nie chciał, żeby zniknęła z jego życia.
Być może właśnie wtedy, pośród muzyki, śmiechu i dwóch butelek wina, zaczęła się ich historia.
Nie od wielkiego wyznania.
Nie od pocałunku.
Tylko od prostych słów:
— Nikt mnie nie chce.
I odpowiedzi, której Mariola chyba najbardziej potrzebowała:
— Ja cię chcę. Dla mnie jesteś najpiękniejszą dziewczyną na świecie.
Muzyka powoli cichła.
Goście zaczynali rozchodzić się do domów. W mieszkaniu Marka robiło się coraz spokojniej, a za oknami dawno zapadła noc.
Andrzej nadal siedział obok Marioli.
Nie chciał wracać.
Nie chciał kończyć tego wieczoru.
Jeszcze rano nawet nie wiedział, że istnieje dziewczyna, która tego samego dnia stanie się dla niego tak ważna.
Teraz siedziała obok niego.
Tak blisko.
A on miał wrażenie, że zna ją znacznie dłużej.
W głowie wciąż pojawiało się jedno pytanie:
„Czy mogę zostać?”
Powtarzał je sobie kilka razy.
Ale nie miał odwagi go wypowiedzieć.
Był zbyt nieśmiały.
A może po prostu bał się, że odpowiedź Marioli zmieni tę niezwykłą chwilę.
Miał też swój sekret.
Mimo dziewiętnastu lat nigdy wcześniej nie był tak blisko z żadną dziewczyną.
Nie miał doświadczenia w miłości fizycznej.
Myśl o tym jednocześnie go ciekawiła i niepokoiła.
Zwłaszcza teraz, kiedy obok niego siedziała Mariola.
Dziewczyna, której uśmiech odbierał mu pewność siebie.
Mariola chyba zauważyła jego zamyślenie.
— O czym tak myślisz?
Andrzej spojrzał na nią.
— O niczym.
Roześmiała się.
— Nie umiesz kłamać.
— Aż tak widać?
— Bardzo.
Andrzej uśmiechnął się.
Chciał powiedzieć jej wszystko.
Że nie chce wracać.
Że chciałby zostać.
Że od chwili, kiedy zobaczył ją na cmentarzu, cały jego świat jakby przesunął się o kilka kroków.
Ale zabrakło mu odwagi.
Mariola przysunęła się trochę bliżej.
— Andrzej…
— Tak?
— Ty naprawdę jesteś taki nieśmiały?
Uśmiechnął się.
— Przy tobie chyba jeszcze bardziej.
Mariola przez chwilę milczała.
Potem oparła głowę na jego ramieniu.
Andrzej znieruchomiał.
Poczuł przyjemne ciepło jej bliskości.
Ten prosty gest znaczył dla niego więcej niż wszystkie słowa wypowiedziane tego wieczoru.
Siedzieli tak w ciszy.
Nie musieli nic mówić.
Po raz pierwszy Andrzej poczuł, że jego nieśmiałość nie jest przeszkodą.
Może właśnie dzięki niej ta chwila była tak prawdziwa.
W końcu zebrał się na odwagę.
— Mogę z tobą zostać do rana? — zapytał cicho.
Mariola uniosła wzrok.
Przez chwilę patrzyła mu w oczy.
Andrzej czekał.
Bał się odpowiedzi.
Bał się, że się roześmieje.
Że powie mu, żeby wracał do domu.
W końcu Mariola uśmiechnęła się.
— Możesz zostać.
Andrzej poczuł ogromną ulgę.
Po chwili dodała:
— Będziemy razem spać w jednym łóżku.
Spojrzał na nią zaskoczony.
Mariola roześmiała się cicho.
— Co tak na mnie patrzysz?
— Nic… tylko nie spodziewałem się.
— Czego?
— Że po kilku godzinach znajomości zgodzisz się, żebym został z tobą do rana.
Mariola przysunęła się trochę bliżej.
— A może po prostu mam ochotę, żebyś został?
Te słowa sprawiły, że Andrzej poczuł znajome zakłopotanie.
Ale tym razem się uśmiechnął.
Dla Marioli ten wieczór również był czymś niezwykłym.
Jeszcze rano zobaczyła go po raz pierwszy.
Teraz siedział obok niej chłopak, który nie potrafił ukryć, jak bardzo mu się podoba.
I właśnie ta szczerość zaczynała podobać jej się w nim najbardziej.
Nie udawał kogoś, kim nie był.
Był nieśmiały.
Trochę zagubiony.
Ale prawdziwy.
Andrzej spojrzał na nią i pomyślał, że chyba nigdy wcześniej nie spotkał dziewczyny, przy której tak bardzo chciałby być sobą.
Noc była jeszcze długa.
A oni dopiero zaczynali się poznawać.
Kiedy zostali sami, Mariola zamknęła drzwi pokoju.
Andrzej poczuł, że serce znowu zaczyna bić szybciej.
Przez chwilę milczał.
Wiedział, że musi powiedzieć jej coś ważnego.
— Mariola…
Spojrzała na niego.
— Tak?
— Mam jeszcze jeden sekret.
— Jaki?
Andrzej spuścił wzrok.
— Nigdy wcześniej nie miałem takiej bliskości z dziewczyną.
W pokoju zapadła cisza.
Andrzej czekał na jej reakcję.
Trochę się wstydził.
Miał dziewiętnaście lat i czasami wydawało mu się, że powinien być bardziej doświadczony, bardziej pewny siebie.
Mariola jednak nie roześmiała się.
Podeszła bliżej.
Uśmiechnęła się łagodnie.
— To dobrze.
Andrzej spojrzał na nią zaskoczony.
— Dobrze?
— Bo ja też nie chcę dzisiaj robić niczego, czego moglibyśmy później żałować. Za krótko się znamy.
Te słowa przyniosły mu ulgę.
Mariola usiadła na łóżku.
— Chcę tylko, żebyś mnie mocno przytulił.
Andrzej uśmiechnął się.
— Tylko tyle?
Mariola zaśmiała się cicho.
— Na dzisiaj tylko tyle.
Położyli się obok siebie.
Andrzej objął ją ostrożnie, jakby bał się, że jeden niepotrzebny ruch może przerwać tę niezwykłą chwilę.
Mariola przysunęła się bliżej.
— Mocniej — szepnęła.
Objął ją więc mocniej.
Przez długi czas leżeli w ciszy.
Nie potrzebowali już rozmowy.
Po całym wieczorze pełnym muzyki, śmiechu, tańca i emocji właśnie ta chwila okazała się dla nich najważniejsza.
Andrzej czuł jej spokojny oddech.
Mariola słyszała bicie jego serca.
Jeszcze kilka godzin wcześniej byli sobie zupełnie obcy.
Teraz żadne z nich nie czuło już tej obcości.
Mariola zamknęła oczy.
Andrzej również.
Za oknem noc otulała miasto, a w pokoju panowała cisza.
Nie wiedzieli, co przyniesie następny dzień.
Nie wiedzieli, czy to, co wydarzyło się między nimi, okaże się początkiem wielkiej miłości, czy tylko pięknym wspomnieniem.
Na razie nie potrzebowali odpowiedzi.
Liczyła się tylko ta chwila.
Ich pierwsza wspólna noc.
Pierwsze zaufanie.
Pierwsza bliskość.
I świadomość, że czasami życie potrafi zmienić się w jednej chwili — przy grobie bliskiej osoby, wśród jesiennych liści, zapachu kwiatów i migoczących zniczy.
Czasami wystarczy jedno spojrzenie.
Jeden uśmiech.
Jedno pytanie.
A potem wszystko zaczyna się samo.
Tej nocy zasypiali wtuleni w siebie.
Ich historia dopiero się zaczynała.
Rozdział 2 — Coraz bliżej
Poranek przyszedł cicho.
Za oknem dopiero zaczynało się rozjaśniać. Blade listopadowe światło przesączało się przez zasłony, a w mieszkaniu panowała cisza tak różna od gwaru poprzedniego wieczoru.
Andrzej obudził się pierwszy.
Przez kilka sekund nie otwierał oczu. Leżał nieruchomo, czując obok siebie ciepło Marioli, i próbował sobie przypomnieć, czy wszystko, co wydarzyło się w ciągu ostatnich kilkunastu godzin, naprawdę było prawdą.
Cmentarz.
Pierwsze spojrzenie.
Marek.
Prywatka.
Muzyka i taniec.
Jej łzy.
Jej ramiona.
A potem noc, podczas której zasnęli wtuleni w siebie.
Andrzej powoli otworzył oczy.
Mariola jeszcze spała.
Patrzył na nią przez dłuższą chwilę. Kosmyk włosów opadał jej na policzek, a spokojny oddech poruszał delikatnie kołdrą.
Uśmiechnął się.
Jeszcze wczoraj rano była dla niego zupełnie obcą dziewczyną. Teraz leżała tak blisko, że słyszał jej oddech.
I nagle przez jego głowę zaczęły przebiegać myśli, których sam się po sobie nie spodziewał.
Wspólny dom.
Rodzina.
Dzieci.
Może kiedyś ślub.
Wszystko to wydawało się szalone. Przecież znali się zaledwie od wczoraj.
A jednak Andrzej nie potrafił powstrzymać wyobraźni.
Czy naprawdę można tak szybko poczuć, że spotkało się kogoś wyjątkowego?
Jeszcze dzień wcześniej nie wiedział nawet, że Mariola istnieje.
Teraz nie potrafił wyobrazić sobie poranka bez niej.
Mariola poruszyła się lekko.
Andrzej natychmiast zamknął oczy.
Po chwili usłyszał cichy śmiech.
— Myślisz, że nie widzę, że tylko udajesz? — zapytała.
Andrzej otworzył oczy i od razu się zarumienił.
— Skąd wiedziałaś?
Mariola uśmiechnęła się.
— Bo patrzyłeś na mnie tak długo, że chyba nawet przez sen to czułam.
Andrzej spuścił wzrok.
— Przepraszam.
Mariola przysunęła się do niego i czule go pocałowała.
Andrzej odwzajemnił pocałunek trochę niepewnie.
Kiedy się odsunęła, spojrzała na niego z uśmiechem.
— Muszę cię wszystkiego nauczyć. Nawet całować się jeszcze nie umiesz.
Na twarzy Andrzeja pojawił się cień zakłopotania.
Mariola natychmiast to zauważyła.
Jej uśmiech zniknął.
— Andrzej… przepraszam. Nie chciałam, żeby było ci przykro.
Spojrzał na nią.
— Wiem. Po prostu… chyba naprawdę jestem w tym wszystkim bardzo niedoświadczony.
Mariola położyła dłoń na jego policzku.
— I wiesz co? Właśnie to jest w tobie piękne.
Andrzej spojrzał na nią zaskoczony.
— Naprawdę?
— Naprawdę. Jesteś dobrym, szczerym chłopakiem. Nie udajesz kogoś, kim nie jesteś. I właśnie to mi się w tobie podoba.
Przez chwilę patrzyli sobie w oczy.
Andrzej nadal nie do końca wiedział, co powinien powiedzieć. Wszystko, co działo się między nimi, było dla niego nowe. Z jednej strony był szczęśliwy jak nigdy wcześniej, z drugiej bał się, że zrobi coś nie tak.
— I co teraz? — zapytał w końcu.
Mariola uśmiechnęła się.
— Teraz musimy poczekać na odpowiednią chwilę. Nie jesteśmy przecież sami w mieszkaniu.
Andrzej pokiwał głową.
— Dobrze.
Po chwili uśmiechnął się nieśmiało.
— Ale wszystkiego musisz mnie nauczyć. Nie tylko całowania.
Mariola roześmiała się.
— Spokojnie. Damy radę.
Andrzej również się zaśmiał.
I właśnie wtedy poczuł, że jego niepewność zaczyna powoli znikać.
Nie musiał niczego udawać.
Nie musiał być bardziej doświadczony ani odważniejszy, niż był naprawdę.
Mariola znała go takim, jaki był.
I mimo to chciała być obok niego.
To znaczyło dla niego więcej niż wszystkie słowa.
Mariola przeciągnęła się i usiadła na łóżku.
— Przygotuję coś do jedzenia. Na pewno jesteś głodny.
Andrzej spojrzał na nią z uśmiechem.
— Ja mam apetyt na ciebie.
Mariola pokręciła głową, rozbawiona.
— Chciałbyś raz coś dostać i potem zapomnieć o wszystkim?
Andrzej uniósł brwi.
— Nie. Nie zgadzam się.
— Nie?
Przysunął się trochę bliżej.
— Chcę, żebyś była w moim życiu przez następne sto lat.
Mariola zamilkła.
Jej uśmiech stał się spokojniejszy.
— Tak długo chcesz być ze mną?
Andrzej spojrzał jej prosto w oczy.
Tym razem nie żartował.
— Tak.
Mariola przez chwilę nic nie mówiła.
Potem delikatnie dotknęła jego dłoni.
— To może spróbujemy.
Andrzej poczuł, jak serce zaczyna mu bić szybciej.
Dla Marioli mogły to być tylko słowa wypowiedziane podczas zwykłego poranka.
Dla niego znaczyły znacznie więcej.
Nie chciał, żeby była tylko pięknym wspomnieniem z jednego niezwykłego dnia.
Chciał, żeby została.
Na kolejny dzień.
Na kolejny miesiąc.
Na kolejne lata.
A może rzeczywiście…
Na następne sto lat.
Po śniadaniu Andrzej długo nie chciał się z nią rozstawać.
Wiedział jednak, że poranek powoli dobiega końca.
Sama myśl o powrocie do domu i czekaniu na kolejne spotkanie wydawała mu się trudniejsza, niż chciał przyznać.
W końcu zebrał się na odwagę.
— Mariola… masz dzisiaj jeszcze czas?
Spojrzała na niego z zaciekawieniem.
— Mam. A dlaczego pytasz?
Andrzej przez chwilę się zawahał.
— Pomyślałem, że może moglibyśmy spotkać się jeszcze dzisiaj wieczorem.
Na jej twarzy pojawił się uśmiech.
— Jasne, że możemy.
Andrzej odetchnął z ulgą.
— Naprawdę?
— Naprawdę.
— To dobrze. Bo już teraz wiem, że będę za tobą tęsknił.
Mariola spojrzała na niego czule.
— Ale muszę ci coś powiedzieć.
Andrzej od razu spoważniał.
— Co takiego?
— Możemy spotkać się wieczorem, ale na noc nie możesz zostać u mnie.
Andrzej lekko spuścił wzrok.
— Aha…
Mariola zauważyła jego rozczarowanie.
— Nie rób takiej smutnej miny. To nie dlatego, że nie chcę.
— To dlaczego?
— Dzisiaj wraca moja mama z Gliwic. Przyjeżdża do domu i chyba byłaby bardzo zaskoczona, gdyby rano zobaczyła nas razem w jednym łóżku.
Andrzej przez chwilę milczał.
Potem uśmiechnął się.
— Chyba rzeczywiście mogłaby być trochę zaskoczona.
Mariola roześmiała się.
— Trochę?
— No dobrze. Bardzo.
Oboje zaczęli się śmiać.
Po chwili Andrzej spoważniał.
— Ale wieczorem naprawdę się spotkamy?
Mariola podeszła bliżej.
— Tak. Przecież ci obiecałam.
I znów pojawiło się w nim to niezwykłe szczęście.
Nie musiał zostać na noc.
Ważne było coś innego.
Mariola chciała, żeby znów był przy niej.
— To wieczorem znowu będę z najpiękniejszą kobietą na świecie.
Mariola pokręciła głową.
— Ty naprawdę nie przestaniesz mnie zawstydzać?
— Nie wiem. Ale chyba nie chcę przestać.
Mariola uśmiechnęła się i delikatnie go pocałowała.
Kiedy się odsunęła, Andrzej już czekał na wieczór.
Po powrocie do domu od razu poszedł do mamy.
Nie potrafił ukryć szczęścia.
Uśmiechał się sam do siebie, a jego twarz zdradzała wszystko.
Mama spojrzała na niego uważnie.
— Andrzej, co się z tobą dzieje? Od kiedy wróciłeś, wyglądasz, jakbyś wygrał na loterii.
Usiadł obok niej.
Przez chwilę zastanawiał się, od czego zacząć.
W końcu opowiedział jej wszystko.
O cmentarzu.
O spotkaniu z Markiem.
O Marioli.
O prywatce.
O tańcach.
O ich rozmowach.
O tym, że spędzili razem noc, wtuleni w siebie.
A przede wszystkim o tym, co czuł.
Mama słuchała uważnie. Z każdą chwilą na jej twarzy pojawiał się coraz większy uśmiech.
— Czyli zakochałeś się od pierwszego wejrzenia?
Andrzej lekko się zarumienił.
— Chyba tak.
— Chyba?
Uśmiechnął się.
— Dobrze. Tak. Zakochałem się.
Mama spojrzała na niego z czułością.
Była szczęśliwa, widząc syna tak pełnego życia.
Nagle jednak jej wzrok powędrował w dół.
Zmarszczyła brwi.
— Andrzej…
— Co?
— Pokaż mi swoje skarpety.
Spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Moje skarpety?
— Tak. Natychmiast.
Andrzej uniósł nogę.
Mama pokręciła głową.
W skarpecie była dziura.
— No właśnie! Zakochałeś się w najpiękniejszej dziewczynie na świecie, a chodzisz w dziurawych skarpetach.
Andrzej roześmiał się.
— Przecież Mariola nie patrzyła na moje skarpety.
— Może nie patrzyła — odpowiedziała mama. — Ale jeśli chcesz zrobić na niej dobre wrażenie, powinieneś trochę bardziej zwracać uwagę na swój wygląd.
Wyjęła pięć złotych i podała mu.
— Masz. Kup sobie nowe skarpety.
Andrzej wziął pieniądze.
— I staraj się być elegancki przy Marioli — dodała. — Nie mówię, że masz udawać kogoś innego. Po prostu dbaj o siebie.
— Dobrze, mamo.
Uśmiechnęła się.
— Bo jeśli ta Mariola jest naprawdę taka wyjątkowa, jak o niej opowiadasz, to chcę kiedyś ją poznać.
Andrzej spojrzał na nią.
Sama myśl, że kiedyś Mariola mogłaby poznać jego mamę, sprawiła, że znów wybiegł myślami daleko w przyszłość.
Ale szybko wrócił do rzeczywistości.
Miał przecież spotkanie.
Umówili się na siedemnastą.
Całe popołudnie dłużyło mu się niemiłosiernie.
Kilka razy sprawdzał zegarek.
Zastanawiał się, co założyć.
W końcu jednak wyszedł z domu.
W kieszeni miał pięć złotych od mamy.
Po drodze zamierzał wejść do sklepu po nowe skarpety.
Wtedy jednak zobaczył starszą kobietę siedzącą przy ulicy.
Przed sobą miała niewielki koszyk, a w nim małe bukieciki kwiatów.
Andrzej zwolnił.
Jego wzrok zatrzymał się na delikatnych konwaliach.
I od razu pomyślał o Marioli.
O jej uśmiechu.
O jej spojrzeniu.
O porannym pocałunku.
Po chwili zapomniał o skarpetach.
Podszedł do staruszki.
— Dzień dobry. Ile kosztują te konwalijki?
Kobieta spojrzała na niego i uśmiechnęła się.
Andrzej kupił mały bukiecik.
Kiedy trzymał go już w dłoni, spojrzał na kwiaty i również się uśmiechnął.
Nowe skarpety mogły poczekać.
Mariola nie.
Wsiadł do tramwaju i usiadł przy oknie.
Ulice przesuwały się za szybą, ale prawie ich nie zauważał.
Myślami był już przy niej.
Wyobrażał sobie moment, w którym ją zobaczy.
Jej uśmiech.
Jej reakcję na kwiaty.
Trzymał bukiecik ostrożnie, jakby był czymś bardzo cennym.
Dla kogoś innego były to tylko małe kwiaty.
Dla niego był to pierwszy prezent, jaki kupił dziewczynie, w której naprawdę się zakochał.
Kiedy tramwaj zbliżał się do przystanku, serce zaczęło bić mu szybciej.
Za kilka minut znów miał zobaczyć Mariolę.
Tym razem zamiast nowych skarpet miał dla niej coś ważniejszego.
Mały bukiet konwalii.
I uczucie, którego sam jeszcze nie potrafił do końca nazwać.
Mariola czekała już przed blokiem.
Co chwilę spoglądała w stronę ulicy.
Kiedy wreszcie zobaczyła Andrzeja, na jej twarzy natychmiast pojawił się uśmiech.
Andrzej ruszył w jej stronę.
Mariola zauważyła kwiaty.
— To dla mnie?
Andrzej uśmiechnął się nieśmiało.
— Tak. Dla ciebie.
Wzięła bukiecik do ręki.
Przez chwilę patrzyła na niego z zachwytem.
— Jakie cudowne! Uwielbiam takie małe kwiatki.
Andrzej poczuł ogromną ulgę.
— Bałem się, że będą za małe.
Mariola spojrzała na niego.
— Właśnie dlatego są takie piękne. Nie wszystko musi być wielkie, żeby znaczyć coś ważnego.
Andrzej zapamiętał te słowa.
Mariola przytuliła kwiaty do siebie.
— Musimy najpierw zanieść je do domu, żeby nie zwiędły.
— Aż tak ci się podobają?
— Chcę je zachować jak najdłużej. Są od ciebie.
Te proste słowa wystarczyły.
Weszli do mieszkania.
Mariola znalazła niewielki wazon i ostrożnie włożyła do niego konwalie.
Przez chwilę oboje patrzyli na kwiaty.
— Teraz możemy iść — powiedziała.
Wyszli na spacer.
Nie mieli żadnego konkretnego celu.
Po prostu szli ulicami dzielnicy, w której mieszkała Mariola.
Rozmawiali.
Śmiali się.
Czasami milkli.
Ale ich milczenie nie było już niezręczne.
Przeciwnie.
Andrzej coraz bardziej przyzwyczajał się do jej obecności.
Jeszcze niedawno zastanawiał się nad każdym słowem, kiedy znajdował się obok niej.
Teraz wystarczało mu, że była.
W pewnym momencie zatrzymał się.
Spojrzał przed siebie, jakby nagle coś sobie przypomniał.
— Znam to miejsce.
Mariola spojrzała na niego zaciekawiona.
— Naprawdę?
Andrzej uśmiechnął się.
— Chodź. Pokażę ci.
Delikatnie złapał ją za rękę i poprowadził w spokojniejszy, ciemniejszy zakątek między blokami.
Mariola szła za nim, coraz bardziej ciekawa.
Kiedy znaleźli się z dala od ulicznego ruchu, Andrzej zatrzymał się.
Przez chwilę patrzyli na siebie bez słowa.
Andrzej zrobił krok bliżej.
Objął ją.
Tym razem było w nim mniej nieśmiałości.
Spojrzał jej w oczy i czule ją pocałował.
Pocałunek trwał chwilę.
Kiedy odsunęli się od siebie, Andrzej spojrzał na nią z lekkim uśmiechem.
— I jak? Teraz lepiej?
Mariola zaśmiała się cicho.
— Teraz było naprawdę namiętnie.
Andrzej uśmiechnął się szeroko.
Poczuł ogromną ulgę.
Mariola jednak po chwili zmrużyła oczy.
— A skąd znasz to miejsce?
Andrzej uniósł brwi.
— Jak to skąd?
— No właśnie. Całowałeś się tutaj już z inną dziewczyną?
Andrzej natychmiast pokręcił głową.
— Nie. Nigdy.
Mariola przyglądała mu się z zaciekawieniem.
— To skąd znałeś to miejsce?
Andrzej próbował zachować poważną minę.
Nie wytrzymał.
Roześmiał się.
— To był tylko wymyślony pretekst.
Mariola przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu.
Potem wybuchnęła śmiechem.
— Czyli wcale nie znałeś tego miejsca?
— Nie.
— I wymyśliłeś całą historię tylko po to, żeby mnie tutaj przyprowadzić?
Andrzej poczuł, że znowu się rumieni.
— Może.
Mariola zrobiła krok bliżej.
— Szybko się uczysz.
— To dobrze?
Delikatnie dotknęła jego policzka.
— Bardzo dobrze.
Przez chwilę patrzyli na siebie.
— Ten pocałunek był naprawdę cudowny — powiedziała.
Andrzej poczuł, jak serce zaczyna mu bić szybciej.
Jeszcze poprzedniego ranka bał się, że nie potrafi się nawet dobrze całować.
Teraz Mariola stała przed nim i mówiła, że jego pocałunek był cudowny.
Objął ją ponownie.
Nie zastanawiał się już, czy robi wszystko właściwie.
Po prostu chciał być blisko niej.
Zaczynał rozumieć, że nie chodzi o doświadczenie.
Nie chodziło o to, żeby wszystko umieć.
Chodziło o uczucia.
O to, że kiedy patrzył na Mariolę, chciał być przy niej.
A kiedy ją przytulał, nie chciał jej wypuszczać z ramion.
Ich spacer trwał dalej.
Od tej chwili jednak oboje czuli, że coś się między nimi zmieniło.
Byli coraz bliżej.
Każde spojrzenie, każdy uśmiech i każda wspólna chwila sprawiały, że przypadkowe spotkanie zaczynało zamieniać się w coś znacznie większego.
Wieczór powoli zapadał nad Krakowem.
Szli w stronę domu Marioli.
Ich dłonie co jakiś czas się spotykały, a wtedy oboje uśmiechali się do siebie.
Andrzej przypomniał sobie, że następnego dnia jest niedziela.
— Dobrze, że jutro nie musimy iść do szkoły.
Mariola spojrzała na niego.
— Też się z tego cieszę.
Przez chwilę milczał.
W końcu zapytał:
— Może znowu się spotkamy?
— Chętnie. A co masz na myśli?
Andrzej spojrzał na nią trochę nieśmiało.
— Może… chciałabyś zobaczyć, jak mieszkam?
Mariola zatrzymała się.
— Chcesz mnie zaprosić do siebie?
— Tak. Pomyślałem, że moglibyśmy spotkać się wcześniej. Przyjechałabyś do mnie na obiad.
Uśmiechnęła się.
— Bardzo chętnie.
Andrzej zawahał się jeszcze przez moment.
— I chciałbym, żebyś poznała moją mamę.
Mariola spojrzała na niego zaskoczona.
— Twoją mamę?
— Tak. Opowiedziałem jej o tobie.
— I co jej powiedziałeś?
Andrzej spojrzał jej prosto w oczy.
— Że poznałem najpiękniejszą kobietę na świecie.
Mariola roześmiała się.
— Andrzej!
— No co? To prawda.
Pokręciła głową, ale w jej oczach było widać, że jego słowa sprawiły jej przyjemność.
— Dobrze. Przyjadę.
Andrzej poczuł ogromną radość.
Dla Marioli mogło to być zwykłe zaproszenie na niedzielny obiad.
Dla niego znaczyło znacznie więcej.
Chciał, żeby dwie najważniejsze kobiety w jego życiu się poznały.
Następnego dnia Andrzej przyjechał po Mariolę wcześniej.
Tym razem był jeszcze bardziej zdenerwowany niż podczas poprzednich spotkań.
Przez całą drogę zastanawiał się, czy wszystko dobrze się uda.
Najbardziej martwiło go jedno.
Jak jego mama zareaguje na Mariolę?
A może ważniejsze było to, co Mariola pomyśli o jego mamie?
Kiedy dotarł pod blok, Mariola już na niego czekała.
Była uśmiechnięta.
Andrzej przez chwilę po prostu na nią patrzył.
Mariola roześmiała się.
— No co? Znowu będziesz tak na mnie patrzył?
— Nie mogę inaczej.
Ruszyli razem w stronę tramwaju.
Po kilku minutach Mariola zauważyła, że Andrzej jest wyraźnie spięty.
— Andrzej, ty się denerwujesz?
— Trochę.
— Przecież to tylko obiad.
Spojrzał na nią.
— Dla ciebie może tylko obiad. Ale ja nigdy wcześniej nie przyprowadziłem do domu dziewczyny, która byłaby dla mnie tak ważna.
Mariola przestała się uśmiechać.
Spojrzała na niego z czułością i delikatnie ścisnęła jego dłoń.
— W takim razie postaram się dobrze wypaść.
Andrzej uśmiechnął się.
— Nie musisz się starać. Moja mama cię pokocha.
Kiedy weszli do mieszkania, mama Andrzeja już na nich czekała.
Andrzej przedstawił Mariolę.
Mama przywitała ją serdecznie.
Usiedli razem do obiadu.
Początkowo rozmowa była spokojna.
Nie trwało to jednak długo.
Mama Andrzeja szybko zaczęła zadawać pytania.
Jak się poznali?
Od kiedy się znają?
Do jakiej szkoły chodzi Mariola?
Co lubi robić?
Jakie ma plany na przyszłość?
Mariola grzecznie odpowiadała na każde pytanie.
Andrzej patrzył na swoją mamę i z każdą chwilą coraz bardziej powstrzymywał uśmiech.
W końcu nie wytrzymał.
— Mamo, protestuję!
Przy stole zapadła cisza.
Mama spojrzała na niego zaskoczona.
— Przeciwko czemu?
Andrzej uśmiechnął się.
— Mariola przyszła do nas na obiad, a nie na przesłuchanie.
Mariola wybuchnęła śmiechem.
Mama również zaczęła się śmiać.
— Dobrze już, dobrze. Po prostu chciałam lepiej poznać tę dziewczynę, o której mój syn od wczoraj nie przestaje mówić.
Andrzej natychmiast się zarumienił.
Mariola spojrzała na niego z zaciekawieniem.
— Naprawdę dużo o mnie mówiłeś?
Andrzej przez chwilę nie wiedział, co odpowiedzieć.
— Chyba trochę.
Mama uśmiechnęła się znacząco.
— Trochę? Od rana słyszę tylko: „Mariola powiedziała to”, „Mariola zrobiła tamto”, „Mariola lubi kwiaty”…
Andrzej zakrył twarz ręką.
— Mamo!
Przy stole znów rozległ się śmiech.
Mariola spojrzała na Andrzeja.
Poczuła ciepło.
Jeszcze niedawno byli dla siebie zupełnie obcymi ludźmi.
Teraz siedziała przy stole w jego domu, jadła obiad z jego mamą i słuchała, jak Andrzej próbował ukryć, jak bardzo był nią zauroczony.
I chyba właśnie wtedy po raz pierwszy naprawdę zrozumiała, że dla niego to wszystko było czymś więcej niż przypadkowym spotkaniem.
Wieczorem Andrzej odprowadzał Mariolę do domu.
Oboje byli w doskonałych humorach.
Niedzielny obiad minął znacznie lepiej, niż Andrzej się spodziewał.
Jego mama od razu polubiła Mariolę.
A on przez cały czas nie mógł uwierzyć, że dziewczyna, w której zakochał się zaledwie kilka dni wcześniej, siedziała przy ich rodzinnym stole.
Szli powoli ulicami Krakowa.
Nie spieszyli się.
Oboje wiedzieli, że za chwilę będą musieli się rozstać.
W pewnym momencie Andrzej rozejrzał się dookoła.
Na jego twarzy pojawił się tajemniczy uśmiech.
— Znam to miejsce. Chodź, coś ci pokażę.
Mariola spojrzała na niego podejrzliwie.
— Andrzej…
Ale on już delikatnie złapał ją za rękę i poprowadził w spokojniejsze miejsce.
Mariola założyła ręce.
— Ty znowu coś kombinujesz.
Andrzej próbował zachować poważną minę.
— Ja? Skądże.
Mariola zaczęła się śmiać.
— Już znam ten twój sposób. Znowu znalazłeś sobie jakiś wymyślony pretekst, żeby mnie pocałować.
Andrzej uśmiechnął się nieśmiało.
— Może trochę.
— Czyli znowu wcale nie znasz tego miejsca?
— Nie.
Przez chwilę patrzyli na siebie.
Potem oboje zaczęli się śmiać.
Tym razem Andrzej nie potrzebował żadnego pretekstu.
Zrobił krok w jej stronę, objął ją i przyciągnął do siebie.
Pocałował ją.
Było w tym pocałunku coś spokojniejszego i pewniejszego niż wcześniej.
Andrzej nadal był trochę nieśmiały, ale z każdym spotkaniem coraz mniej się wahał.
Coraz bardziej ufał temu, co czuł.
Kiedy się odsunęli, przez chwilę patrzył na Mariolę.
W końcu zapytał cicho:
— A kiedy nauczysz mnie reszty?
Mariola przez chwilę patrzyła na niego z uśmiechem.
Doskonale wiedziała, co miał na myśli.
— Musimy poczekać na odpowiedni moment.
Andrzej słuchał jej uważnie.
— Chciałabym, żebyśmy byli sami — powiedziała spokojnie. — Bez pośpiechu i bez poczucia, że ktoś może nam przeszkodzić. Kiedy przyjdzie właściwa chwila, sami będziemy wiedzieli.
Andrzej pokiwał głową.
— Dobrze.
Mariola spojrzała na niego i nagle zaczęła się śmiać.
— Co ty się tak napalasz?
Andrzej natychmiast spuścił wzrok.
— Ja się wcale nie…
Nie dokończył.
Mariola roześmiała się jeszcze głośniej.
Po chwili Andrzej również zaczął się śmiać.
— Dobrze. Może troszeczkę.
— Troszeczkę?
Znów wybuchnęła śmiechem.
Potem objęła go i mocno się do niego przytuliła.
Była szczęśliwa.
Czuła, że Andrzej nie udaje kogoś, kim nie jest.
Był szczery.
Trochę nieśmiały.
Czasami naiwny.
A jednocześnie z każdym spotkaniem coraz odważniejszy.
I właśnie to zaczynało ją w nim coraz bardziej przyciągać.
Andrzej natomiast coraz lepiej poznawał Mariolę.
Nie była już tylko najpiękniejszą dziewczyną, jaką kiedykolwiek zobaczył.
Zaczynał dostrzegać jej śmiech, poczucie humoru, sposób, w jaki na niego patrzyła.
Dostrzegał także tę niezwykłą swobodę, którą czuł tylko wtedy, gdy był obok niej.
Jeszcze kilka dni wcześniej nie wiedział, że Mariola istnieje.
Teraz miał wrażenie, jakby znał ją znacznie dłużej.
Nie chciał już wybiegać myślami zbyt daleko.
Nie chciał zastanawiać się, co wydarzy się za tydzień, miesiąc czy rok.
W tamtej chwili chciał po prostu być przy niej.
A Mariola, wtulona w niego i wciąż rozbawiona jego nieśmiałością, czuła, że ten chłopak zaczyna zajmować w jej sercu coraz więcej miejsca.
Stali jeszcze przez chwilę w ciszy.
Nad Krakowem zapadał wieczór.
Ulice powoli pustoszały, a chłodne listopadowe powietrze przypominało im, że czas wracać do domu.
Mariola odsunęła się od Andrzeja.
Spojrzała mu w oczy.
— Muszę już iść.
Andrzej skinął głową.
— Wiem.
Przez moment żadne z nich się nie ruszało.
W końcu Mariola uśmiechnęła się.
— Do jutra?
— Do jutra.
Pocałowała go delikatnie w policzek.
Potem odwróciła się i ruszyła w stronę domu.
Po kilku krokach obejrzała się jeszcze za siebie.
Andrzej wciąż tam stał.
Pomachała mu.
Odpowiedział tym samym.
Dopiero wtedy ruszył w swoją stronę.
Nie wiedział jeszcze, dokąd zaprowadzi ich ta historia.
Nie wiedział, ile szczęścia ich czeka, ani ile trudnych chwil przyjdzie im kiedyś przeżyć.
Wiedział tylko jedno.
Jeszcze kilka dni temu byli sobie zupełnie obcy.
Teraz każde kolejne spotkanie sprawiało, że stawali się sobie coraz bliżsi.
I może właśnie tak zaczynała się ich historia.
Nie od wielkich deklaracji.
Nie od obietnic składanych na całe życie.
Tylko od jednego spojrzenia.
Od uśmiechu.
Od dłoni, która nieśmiało szukała drugiej dłoni.
Od małego bukietu konwalii.
Od pocałunku, który z każdym dniem stawał się coraz pewniejszy.
Od dwóch ludzi, którzy jeszcze nie wiedzieli, że przypadkowe spotkanie na cmentarzu może zmienić całe ich życie.
A jednak oboje czuli już jedno.
Że chcą się spotkać następnego dnia.
I następnego.
I jeszcze następnego.
Bo kiedy ktoś zaczyna zajmować w twoim sercu coraz więcej miejsca, trudno już udawać, że to tylko przypadek.
Andrzej szedł do domu z uśmiechem.
A Mariola, zamykając za sobą drzwi, jeszcze długo trzymała w dłoni mały bukiet konwalii.
Kwiaty pachniały delikatnie.
Tak jak tamto pierwsze spojrzenie.
I tak jak uczucie, które dopiero zaczynało rozkwitać.
Rozdział 3 — Miłość
Od ich pierwszego spotkania minęło zaledwie kilka tygodni, a Andrzejowi czasami trudno było uwierzyć, że kiedyś Marioli w jego życiu nie było.
Jeszcze niedawno była nieznajomą dziewczyną stojącą obok Marka na cmentarnej alejce. Teraz to właśnie o niej myślał rano, kiedy otwierał oczy, i o niej przypominał sobie wieczorem, zanim zasnął.
Ich spotkania stały się czymś naturalnym. Nie musieli już wymyślać powodów, żeby się zobaczyć. Wystarczało jedno krótkie pytanie:
— Masz dziś czas?
I niemal zawsze odpowiedź brzmiała:
— Dla ciebie mam.
Bywali razem tak często, że Andrzej przestał liczyć dni od pierwszego spotkania. Wolał zapamiętywać chwile, które spędzali razem.
A potem nadszedł Sylwester.
Marek niedawno rozpoczął pracę i niemal od razu postanowił się usamodzielnić. Wynajął duże, trzypokojowe mieszkanie, z którego był niezwykle dumny.
Po raz pierwszy miał własną przestrzeń. Mógł zapraszać znajomych, słuchać muzyki tak długo, jak chciał, i organizować spotkania bez zastanawiania się, czy komuś przeszkadza.
Kiedy więc zbliżał się koniec roku, pomysł pojawił się właściwie sam.
Marek urządzał sylwestrową prywatkę.
Andrzej ucieszył się, gdy Mariola mu o tym powiedziała.
Sylwester zawsze miał w sobie coś niezwykłego. Był granicą pomiędzy tym, co już się wydarzyło, a wszystkim, co dopiero miało nadejść. Tym razem jednak dla Andrzeja znaczenie tej nocy było zupełnie inne.
Miał ją spędzić z Mariolą.
I to wystarczało, żeby od kilku dni nie potrafił myśleć o niczym innym.
Kiedy przyszli do mieszkania Marka, zabawa już trwała.
Z głośników płynęła muzyka, w pokojach rozbrzmiewały rozmowy, ktoś śmiał się przy stole, ktoś inny próbował przekrzyczeć piosenkę. Na parapetach stały butelki, kieliszki i talerze z przekąskami, a przez duże okna można było dostrzec światła zimowego Krakowa.
Andrzej zauważał to wszystko jakby mimochodem.
Patrzył przede wszystkim na Mariolę.
Tego wieczoru miała na sobie sukienkę, w której wydawała mu się jeszcze piękniejsza niż zwykle. Przez chwilę po prostu stał i patrzył.
Mariola zauważyła to niemal natychmiast.
— No co?
Andrzej pokręcił głową.
— Nic.
— Znam już to twoje „nic”.
Uśmiechnął się.
— Wyglądasz cudownie.
Mariola spuściła wzrok.
— Dziękuję.
— Jak księżniczka.
Uniosła brwi.
— Jak księżniczka?
— Nawet piękniej.
Roześmiała się.
Andrzej milczał jeszcze przez moment, lecz figlarny błysk w jego oczach zdradzał, że nie powiedział wszystkiego.
— Co jeszcze? — zapytała.
Nachylił się lekko.
— Pomyślałem tylko, że bez tej sukienki pewnie wyglądałabyś jeszcze ładniej.
Mariola przez sekundę patrzyła na niego z niedowierzaniem, po czym wybuchnęła śmiechem.
— No proszę! Gdzie się podział ten nieśmiały Andrzej, którego poznałam?
— Uczy się.
— Widzę.
Zmrużyła oczy i spojrzała na niego znacząco.
— A ty nago pewnie wyglądasz jak Lucyfer, który chce zdobyć duszę i ciało kolejnej ofiary.
Andrzej przyłożył dłoń do piersi.
— Ja?
— Ty.
— Niemożliwe.
— Dlaczego?
Wyprostował się z udawaną godnością.
— Ja wyglądam jak anioł, który chce chronić swoją ukochaną przed wszystkimi diabłami świata.
Mariola pokręciła głową.
— Nie wiem, czy ci wierzę.
— Powinnaś.
— Dlaczego?
Nachylił się bliżej.
— Bo aniołowie nie kłamią.
Przez chwilę patrzyła mu prosto w oczy, a potem znów się roześmiała.
— Ty zdecydowanie nie jesteś aniołem.
— A kim?
Mariola zbliżyła się do jego ucha.
— Tego jeszcze nie jestem pewna.
Andrzej objął ją delikatnie w talii.
Na moment oboje przestali zwracać uwagę na ludzi wokół. Muzyka nadal grała, ktoś obok nich opowiadał dowcip, ktoś przechodził z kieliszkami, ale dla Andrzeja wszystko to stało się tylko tłem.
Mariola była obok niego.
I z każdym dniem coraz trudniej było mu wyobrazić sobie, że mogłoby być inaczej.
Później tańczyli.
Mariola raz po raz znikała wśród znajomych, żeby po chwili znów znaleźć się obok Andrzeja. A on obserwował ją z zachwytem, dostrzegając coraz więcej drobiazgów, których wcześniej nie znał.
Sposób, w jaki odrzucała włosy podczas tańca.
Jak śmiała się, odchylając lekko głowę.
Jak szukała go wzrokiem wśród innych ludzi.
I jak, kiedy ich oczy się spotykały, pojawiał się na jej twarzy mały uśmiech przeznaczony tylko dla niego.
W pewnej chwili Andrzej powiedział:
— Ty musisz być naprawdę wyjątkową kobietą.
Mariola uniosła brwi.
— Dopiero teraz to odkryłeś?
— Nie. Ale na samą myśl o tobie można stracić rozum.
Roześmiała się.
— Jak będziesz się dobrze starał, może pokażę ci dzisiaj mój sylwestrowy numer.
Andrzej znieruchomiał.
— Naprawdę?
Mariola uśmiechnęła się tajemniczo.
— Mama pojechała do Gliwic.
Spojrzała na niego trochę dłużej.
— Będziemy sami.
Andrzejowi nie trzeba było więcej wyjaśnień.
— To co? Jedziemy już do ciebie?
Mariola wybuchnęła śmiechem.
— Ale ty jesteś szalony!
— No co? Sama zaczęłaś.
— Wiem.
Spojrzała mu prosto w oczy.
— I właśnie dlatego trochę się tej nocy boję.
W jej głosie był żart, ale Andrzej dostrzegł również niepewność. Może tę samą, którą sam czuł pod warstwą całego swojego podekscytowania.
Objął ją mocniej.
— Nie musisz się bać.
Mariola uśmiechnęła się.
— Nie?
— Nie.
— To może właśnie ty powinieneś się bać.
— Dlaczego?
Nachyliła się do jego ucha.
— Bo może się okazać, że ten twój niewinny aniołek wcale nie jest taki niewinny.
Andrzej roześmiał się.
Kiedy jednak Mariola ponownie spojrzała mu w oczy, oboje na moment spoważnieli.
Nie musieli mówić więcej.
Ta noc miała być dla nich ważna.
I oboje o tym wiedzieli.
W pewnej chwili Andrzej przestał żartować.
Stał przed Mariolą, wciąż trzymając ją za ręce. Muzyka była głośna, wokół nich przesuwali się ludzie, lecz on patrzył tylko na nią.
— Mariola…
— Co?
Przyciągnął ją bliżej.
Tym razem w jego oczach nie było figlarności.
— Kocham cię.
Mariola znieruchomiała.
— Bardzo cię kocham — powiedział. — Szaleję za tobą. Chcę być z tobą na zawsze.
Przez kilka sekund nic nie odpowiadała.
Andrzej poczuł znajomy niepokój.
Mariola patrzyła na niego z poważną miną.
W końcu powiedziała:
— A ja ciebie nie kocham…
Andrzej pobladł.
Wystarczyło jedno zdanie, żeby wszystko, co jeszcze sekundę wcześniej wydawało mu się tak piękne, nagle runęło.
Mariola wytrzymała może dwie sekundy, po czym objęła go za szyję.
— Ja ciebie uwielbiam.
Andrzej wypuścił powietrze.
Mariola zaczęła się śmiać.
— Widziałeś swoją twarz?
— Mariola…
— Wyglądałeś, jakby właśnie skończył się świat.
Pokręcił głową.
— Nie rób mi więcej takich żartów.
— Dlaczego? To było zabawne.
— Dla ciebie.
Mariola przestała się śmiać i przytuliła się do niego.
— Głuptasie… przecież wiesz, jak bardzo jesteś dla mnie ważny.
Andrzej objął ją mocniej.
Po chwili sam się uśmiechnął.
Bo właśnie taka była Mariola.
Potrafiła jednym zdaniem odebrać mu całą pewność siebie, a chwilę później sprawić, że znów czuł się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
Zbliżała się północ.
Muzyka przycichła, a ludzie zaczęli gromadzić się w największym pokoju. Ktoś otworzył okno, ktoś przygotował butelkę szampana.
Andrzej stał obok Marioli i trzymał ją za rękę.
Za chwilę stary rok miał się skończyć.
Spojrzał na nią i pomyślał, że nie chce wchodzić w kolejny rok z żadnym innym życzeniem.
— Mariola?
— Tak?
— Zanim wybije północ, chcę ci czegoś życzyć.
Uśmiechnęła się.
— Słucham.
Andrzej zawahał się tylko przez sekundę.
— Życzę ci, żebyś kiedyś została moją żoną.
Mariola patrzyła na niego w milczeniu.
— Chciałbym, żebyśmy mieli kiedyś wspólny dom. Własne życie. Rodzinę. Chcę, żebyś była ze mną szczęśliwa. Nie tylko w przyszłym roku.
Uśmiechnął się.
— Znacznie dłużej.
Mariola delikatnie dotknęła jego policzka.
— A ja mam jedno życzenie dla ciebie.
— Jakie?
— Żebyś się nigdy nie zmienił.
Andrzej uniósł brwi.
— Nigdy?
— Nigdy.
Uśmiechnęła się.
— Zostań takim, jakim jesteś. Trochę szalonym, czasami zazdrosnym, trochę naiwnym…
— Dziękuję bardzo.
Roześmiała się.
— Ale przede wszystkim zostań tym Andrzejem, który potrafi kochać tak mocno.
W tej samej chwili ktoś zaczął odliczać.
— Dziesięć!
Pozostali natychmiast się przyłączyli.
— Dziewięć! Osiem! Siedem!
Andrzej objął Mariolę.
— Sześć! Pięć! Cztery!
Ich oczy spotkały się.
— Trzy! Dwa! Jeden!
Za oknami rozbłysły pierwsze fajerwerki.
— Szczęśliwego Nowego Roku!
Andrzej uśmiechnął się.
— Wszystkiego najlepszego, moja przyszła żono.
Mariola roześmiała się.
— Wszystkiego najlepszego, mój szalony Andrzeju.
Pocałowali się.
Wokół nich ludzie składali sobie życzenia, śmiali się i obejmowali. Za oknami wybuchały kolejne fajerwerki, lecz przez kilka chwil Andrzej prawie ich nie słyszał.
Czuł tylko Mariolę.
I jej dłoń na swojej szyi.
Nowy rok właśnie się zaczynał.
Razem.
Bawili się jeszcze długo.
Andrzej dyskretnie zwracał uwagę na Mariolę. Kiedy ktoś proponował jej kolejny kieliszek, spoglądał na nią pytająco.
— Może już wystarczy?
Mariola uśmiechnęła się.
— Ty naprawdę mnie pilnujesz.
— Oczywiście.
— A kto cię o to prosił?
— Nikt.
— No właśnie.
— Ale i tak będę.
Później rzeczywiście piła już głównie wodę.
Około drugiej w nocy Andrzej spojrzał na nią uważnie.
— Dobrze się czujesz?
Mariola uśmiechnęła się szeroko.
— Wspaniale.
Po chwili dodała ciszej:
— I nie zapomniałam, co ci obiecałam.
Andrzej natychmiast spoważniał.
— Sylwestrowy numer?
— Tak.
Przysunęła się bliżej.
— Chcę zrobić dla ciebie coś pięknego.
Andrzej próbował odzyskać figlarny ton.
— Ale ty nie masz zaczarowanej różdżki.
Mariola spojrzała na niego z tajemniczym uśmiechem.
— Ale ty masz.
Andrzej zmarszczył brwi.
— Ja? Jaką?
Mariola patrzyła na niego przez moment, po czym parsknęła śmiechem.
— Andrzej, ty naprawdę jeszcze nic nie rozumiesz!
— No nie rozumiem. Powiedz.
Nachyliła się i szepnęła mu coś do ucha.
Po kilku sekundach jego twarz zrobiła się czerwona.
— Aaa…
Mariola śmiała się jeszcze głośniej.
— No, nareszcie!
— Teraz już rozumiem.
— Na pewno?
— Chyba.
Objęła go za szyję.
— To dobrze. Bo naprawdę nie zapomniałam o mojej obietnicy.
Andrzej przełknął ślinę.
— Czyli… jedziemy do ciebie?
Mariola uśmiechnęła się.
— Chyba że znowu czegoś nie zrozumiałeś.
Tym razem oboje się roześmiali.
Po wyjściu od Marka zatrzymali taksówkę.
Jeszcze kilka minut wcześniej żartowali, ale kiedy samochód ruszył przez nocne ulice Krakowa, atmosfera między nimi się zmieniła.
Andrzej siedział obok Marioli i co jakiś czas na nią spoglądał.
W końcu sama się odezwała:
— Andrzej, spokojnie. Jeszcze jesteśmy w taksówce.
Uśmiechnął się.
— Wiem.
— Denerwujesz się?
Przez chwilę milczał.
— Trochę.
Mariola wsunęła dłoń w jego rękę.
— Ja też.
To jedno zdanie uspokoiło go bardziej niż wszystko inne.
Kiedy znaleźli się w mieszkaniu, Andrzej odruchowo przyciągnął Mariolę do siebie.
Zatrzymała go łagodnie.
— Powoli.
Spojrzał na nią.
— Przed nami jeszcze dużo czasu.
Uśmiechnęła się figlarnie.
— Poza tym proszę słuchać nauczycielki.
Andrzej odpowiedział uśmiechem.
— A co mam robić, pani nauczycielko?
— Na początek przestać się spieszyć.
W jej głosie nie było kpiny, tylko czułość.
Później wszystko zwolniło.
Rozmawiali, śmiali się i przytulali. Mariola zadbała o to, aby w mieszkaniu panował wyjątkowy nastrój. Przygaszone światło, drobne dekoracje i cisza po hałaśliwej sylwestrowej zabawie sprawiały, że noc wydawała się niemal nierzeczywista.
Andrzej patrzył na nią ze wzruszeniem.
— Ty naprawdę to wszystko przygotowałaś?
Mariola skinęła głową.
— Chciałam, żebyś zapamiętał tę noc.
Andrzej podszedł do niej.
— Zapamiętam.
Nie potrzebował niczego więcej dodawać.
Tamtej nocy ich bliskość stała się głębsza, ale dla Andrzeja najważniejsze okazało się coś zupełnie innego, niż wcześniej sobie wyobrażał.
W pewnym momencie emocje i zdenerwowanie wzięły górę. Andrzej stracił wcześniejszą pewność siebie. Próbował to ukryć, ale nie potrafił.
W jego oczach pojawiły się łzy.
Mariola natychmiast to zauważyła.
Nie zaśmiała się ani nie powiedziała niczego, co mogłoby go zawstydzić.
Po prostu go przytuliła.
— Andrzejku…
Schował twarz przy jej ramieniu.
— Wszystko zepsułem.
Mariola odsunęła się tylko na tyle, żeby spojrzeć mu w oczy.
— Niczego nie zepsułeś.
— Ale…
— Niczego.
Pogładziła go po włosach.
— Nie musimy niczego nikomu udowadniać. Nawet sobie.
Andrzej milczał.
— Mamy czas — powiedziała. — Rozumiesz?
Skinął głową.
Położyli się obok siebie, a Mariola mocno się do niego przytuliła.
Napięcie powoli znikało.
Wtedy Andrzej zrozumiał, że prawdziwa bliskość nie polega na perfekcji. Czasami rodzi się właśnie wtedy, kiedy człowiek może pokazać drugiej osobie swoją słabość, a ona nie odchodzi.
Zostaje.
Resztę tamtej nocy zachowali tylko dla siebie.
Nad ranem zasnęli wtuleni w siebie.
Nie wiedzieli, że mama Marioli wróciła z Gliwic wcześniej, niż zapowiadała.
Kiedy weszła do mieszkania, szybko zorientowała się, że córka nie jest sama. W przedpokoju stały rzeczy Andrzeja.
Podeszła do pokoju i zapukała.
Cisza.
Zapukała ponownie.
Nic.
W końcu ostrożnie zajrzała do środka.
Andrzej i Mariola spali, przytuleni do siebie.
Mama Marioli pokręciła głową z rozbawieniem.
— Wstawać, moje romantyczne aniołki!
Mariola gwałtownie otworzyła oczy.
— Mamo?!
Andrzej również się obudził i potrzebował kilku sekund, żeby zrozumieć sytuację.
— Twoja mama?
Mariola zakryła twarz dłońmi.
— Miała wrócić później!
Jej mama zaczęła się śmiać.
— Widzę, że jednak wróciłam w samą porę.
— Mamo! Mogłaś zapukać!
— Pukałam. Ale moje romantyczne aniołki spały tak mocno, że chyba nawet fajerwerki by was nie obudziły.
Mariola spojrzała na Andrzeja.
Andrzej na Mariolę.
I mimo ogromnego zakłopotania oboje zaczęli się śmiać.
Tej pobudki z pewnością nie mieli zapomnieć.
Przy śniadaniu Andrzej nadal był czerwony na twarzy.
W końcu zebrał się na odwagę.
— Bardzo mi przykro, że zastała nas pani w takiej sytuacji.
Mama Marioli spojrzała na niego spokojnie.
— Nic się nie stało, Andrzeju.
Potem przeniosła wzrok na córkę.
— Ufam Marioli. Wiem też, że niektóre decyzje wymagają rozsądku i odpowiedzialności.
Mariola spuściła wzrok.
— Widzę również — ciągnęła mama — że ta noc była dla was ważna.
Spojrzała na Andrzeja.
— Mam tylko jedną prośbę.
Andrzej od razu spoważniał.
— Słucham.
— To, co jest między tobą a Mariolą, należy do was. Nie do kolegów, znajomych ani ludzi, którzy będą chcieli zaspokoić swoją ciekawość.
Andrzej skinął głową.
— Rozumiem.
— Jeśli naprawdę ją kochasz, musisz nie tylko być przy niej, ale również umieć chronić jej zaufanie.
Andrzej spojrzał na Mariolę.
Siedziała naprzeciwko niego, a jej dłoń spoczywała na stole.
Położył swoją obok.
Mariola delikatnie przesunęła palce i dotknęła jego ręki.
— Obiecuję — powiedział Andrzej.
Mama Marioli uśmiechnęła się.
— Nie potrzebuję wielkich obietnic. Wystarczy, że będziesz pamiętał, iż miłość to nie tylko piękne chwile.
— Nie zapomnę.
Mariola spojrzała na mamę.
— Kochana mamo… jesteś wspaniała.
Mama pogładziła ją po dłoni.
— Jestem po prostu twoją mamą.
Mariola przytuliła ją.
Andrzej przyglądał się im przez chwilę i po raz pierwszy tak wyraźnie dostrzegł więź łączącą Mariolę z jej matką.
Było w niej coś więcej niż rodzinna bliskość.
Było zaufanie.
Jeszcze tego samego dnia pojechali do mamy Andrzeja.
Wystarczyło jedno spojrzenie, żeby zorientowała się, że wydarzyło się coś ważnego.
— No, no… widzę, że wracacie w bardzo dobrych humorach.
Andrzej uśmiechnął się.
— Mamo, mama Marioli jest naprawdę wspaniała.
— A dlaczego?
Andrzej spojrzał na Mariolę.
Zanim zdążył coś powiedzieć, mama zmrużyła oczy.
— Zaraz… wy spędziliście noc razem?
— Tak — odpowiedział Andrzej.
Mama przez chwilę milczała, po czym spojrzała na Mariolę.
— Mariola robi na mnie wrażenie rozsądnej dziewczyny. Mam tylko nadzieję, że oboje zachowujecie rozsądek.
Andrzej westchnął.
— Mamo…
— Co?
— Dlaczego wszyscy traktują mnie tak, jakbym niczego nie potrafił?
Mama uśmiechnęła się.
— Nie dlatego, że niczego nie potrafisz. Po prostu dopiero uczysz się dorosłego życia.
Potem spojrzała na Mariolę.
— Mariolko, czasem czuwaj trochę nad moim synkiem.
— Mamo!
Mariola zaczęła się śmiać.
— Nie martw się, Andrzejku. Będę nad tobą czuwać.
Spojrzał na nią z udawanym oburzeniem.
— Czyli teraz już obie uważacie mnie za dziecko?
Mariola przysunęła się bliżej.
— Nie za dziecko.
Uśmiechnęła się.
— Za mojego ukochanego, trochę niedoświadczonego chłopaka.
Andrzej chciał odpowiedzieć czymś złośliwym, ale jej spojrzenie odebrało mu całą ochotę do protestowania.
Mama Andrzeja obserwowała ich z uśmiechem.
Jej syn się zmieniał.
I chyba po raz pierwszy zaczynał rozumieć, że dorosłość to nie tylko swoboda robienia wszystkiego, na co ma się ochotę.
To również odpowiedzialność za drugiego człowieka.
Wieczorem odwiedzili znajomych, z którymi bawili się u Marka.
W mieszkaniu znowu było głośno. Rozmowy, muzyka i śmiech mieszały się ze sobą.
W pewnym momencie podszedł do Andrzeja Zbyszek.
— No i jak było w nocy?
Andrzej natychmiast przypomniał sobie rozmowę przy śniadaniu.
— Super.
Zbyszek uśmiechnął się szeroko.
— No to opowiadaj.
— Nie.
— Daj spokój.
Andrzej pokręcił głową.
— To moja tajemnica.
Zbyszek spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— Serio?
— Serio.
Mariola stała niedaleko i słyszała wszystko.
Nie odezwała się.
Tylko spojrzała na Andrzeja.
Ten jeden wzrok wystarczył mu za największą pochwałę.
Zrozumiał, że dobrze zrobił. Nie potrzebował niczego udowadniać kolegom ani zamieniać czegoś ważnego w opowieść przy kieliszku.
Po chwili odwrócił się do Marioli.
— Chodź. Pójdziemy na spacer?
— Chętnie.
Na zewnątrz było spokojnie.
Szli obok siebie, ciesząc się ciszą po głośnym mieszkaniu.
W pewnym momencie Andrzej zatrzymał się, a na jego twarzy pojawił się znajomy uśmiech.
— Znam to miejsce.
Mariola natychmiast parsknęła śmiechem.
— Nie. Nie ma mowy.
— Ale…
— Już trzeci raz mnie na to nie nabierzesz.
Andrzej próbował zachować powagę.
— Tym razem naprawdę je znam.
— Jasne.
— Mariola…
— Idź sobie sam do tego swojego tajemniczego miejsca.
Zawahała się i dodała:
— Albo zaproś jakąś inną dziewczynę.
Andrzej uniósł brwi.
— Mogę?
Mariola spojrzała mu prosto w oczy.
— Jesteś wolnym człowiekiem.
Jej ton był lekki, ale Andrzej od razu wyczuł, że tym razem pod żartem kryło się coś więcej.
Przestał się uśmiechać i wziął ją za rękę.
— Mariola… nie chcę żadnej innej dziewczyny.
Spojrzała na niego.
— Nawet gdybym znał tysiąc takich miejsc, każde chciałbym pokazać tylko tobie.
Uśmiech powoli wrócił na jej twarz.
— Teraz powiedziałeś to lepiej.
Andrzej odetchnął.
— Czyli mogę dostać nagrodę?
— Nie próbuj mnie nabrać.
Oboje się roześmiali.
Tym razem to Mariola pierwsza wzięła go za rękę.
W kolejnych dniach spotykali się niemal codziennie.
— Co robisz po szkole? — pytał Andrzej.
— A dlaczego?
— Muszę wiedzieć, kiedy zobaczę swoją dziewczynę.
Mariola śmiała się.
— Dla ciebie znajdę czas.
— Codziennie?
— Andrzej…
— Pytam tylko.
— Codziennie to ja powinnam się czasem uczyć.
— A ja przeszkadzam?
Mariola spojrzała na niego znacząco.
— Ostatnio prawie się nie uczę.
— Dlaczego?
Uśmiechnęła się tajemniczo.
— Bo ciągle myślę o jednym chłopaku.
Andrzej natychmiast spoważniał.
— O jakim?
Mariola ledwo powstrzymywała śmiech.
— O takim jednym szaleńcu, który prześladuje mnie dzień i noc.
Andrzej odetchnął.
— Już myślałem…
— Że o kim?
— Nieważne.
— Zazdrosny?
— Ja?
— Ty.
Andrzej objął ją i pocałował.
Kiedy się odsunęli, Mariola przyglądała mu się z rozbawieniem.
— Skąd ty nabierasz takiego doświadczenia?
— Sam nie wiem.
— Z dnia na dzień całujesz coraz lepiej.
Andrzej uśmiechnął się dumnie.
— To zasługa dobrej nauczycielki.
— Widzę, że uczeń szybko się uczy.
— Staram się.
Któregoś dnia znów wspomnieli swoje „tajemnicze miejsce”.
— Fajnie było w tym kącie — powiedział Andrzej.
Mariola natychmiast wiedziała, o czym mówi.
— W którym?
— No wiesz… w tym, który tak dobrze „znałem”.
Roześmiała się.
— Ty naprawdę masz obsesję na punkcie tego kąta.
— Nie na punkcie kąta.
— A na punkcie czego?
Przybliżył się.
— Tego, co się tam wydarzyło.
Mariola pokręciła głową.
— A może po prostu lubisz mnie całować?
— Może.
— Tylko może?
— Dobrze. Bardzo.
Przytuliła się do niego.
Po chwili jednak spoważniała.
— Wiesz… czasem trochę się tam wstydzę.
— Dlaczego?
— Boję się, że ktoś nas zobaczy.
Andrzej również spoważniał.
— To nie będziemy tam chodzić.
Mariola spojrzała na niego zaskoczona.
— Tak po prostu?
— Tak.
Objął ją ramieniem.
— Nie chcę, żebyś robiła cokolwiek, przy czym czujesz się źle.
Uśmiechnęła się.
— Ty naprawdę potrafisz być słodki.
— Uczę się od najlepszej nauczycielki.
Mariola zaśmiała się.
— Cierpliwość też należy do programu nauczania.
Andrzej westchnął teatralnie.
— Trudno. Jakoś przeżyję.
— Przeżyjesz.
Ruszyli dalej, trzymając się za ręce.
Coraz lepiej rozumieli, że ich bliskość nie zależy od konkretnego miejsca. Czasem najbardziej intymną chwilą był zwykły spacer, dłoń zamknięta w drugiej dłoni albo spojrzenie, którego nikt inny nie potrafił odczytać.
Wieczorami Andrzej nieraz długo nie mógł zasnąć.
Leżał w łóżku i wracał myślami do Marioli — jej uśmiechu, śmiechu, sposobu, w jaki wymawiała jego imię, i tych zwyczajnych chwil, kiedy po prostu szli obok siebie i nie potrzebowali niczego więcej.
Czasami zastanawiał się, czy istnieje poeta, który potrafiłby opisać to, co działo się w jego sercu.
Bo zwykłe słowa wydawały mu się za małe.
„Kocham cię”.
Dwa proste, piękne słowa.
A jednak jak mogły pomieścić wszystko?
Jak opowiedzieć nimi o sercu, które zaczyna bić szybciej na samą myśl o jednym człowieku? O tęsknocie pojawiającej się kilka minut po pożegnaniu? O szczęściu, które rodziło się tylko dlatego, że ktoś się uśmiechnął?
Andrzej nie umiał.
Mariola nie była już po prostu piękną dziewczyną, którą zobaczył na cmentarzu.
Stała się częścią jego codzienności.
Pierwszą myślą rano i ostatnią wieczorem.
Kimś, komu chciał opowiadać nawet rzeczy nieważne.
Kimś, z kim cisza nie była pustką.
I może właśnie na tym polegała miłość.
Nie na wielkich słowach ani na tym, żeby wszystko było idealne.
Była cierpliwością, zaufaniem i szacunkiem.
Była umiejętnością zachowania wspólnej tajemnicy.
Była chwilą, w której można było zobaczyć czyjąś słabość i zamiast się odsunąć — zostać.
Była śmiechem po głupim żarcie, troską, zazdrością, która po chwili zamieniała się w uśmiech, i zwyczajnym:
— Do jutra.
Andrzej nie wiedział jeszcze, dokąd zaprowadzi ich ta historia ani ile będzie w niej szczęścia i trudnych chwil. Nie wiedział, ile marzeń się spełni, a z ilu będą kiedyś musieli zrezygnować.
Jednego był pewien.
Kiedy próbował wyobrazić sobie przyszłość, Mariola zawsze gdzieś w niej była.
Tamtej nocy, zanim zasnął, zobaczył w pamięci jej twarz.
Ten sam uśmiech, który zobaczył po raz pierwszy na cmentarzu.
Tylko teraz znaczył dla niego zupełnie coś innego.
Zamknął oczy i pomyślał dwa słowa.
Wciąż zbyt małe, aby pomieścić wszystko, co do niej czuł.
A jednak najpiękniejsze, jakie znał.
Kocham cię.
Rozdział 4 — Razem
Po kilku dniach Andrzej przypomniał sobie o czymś, co nagle wydało mu się niezwykle ważne.
Za miesiąc Mariola miała obchodzić osiemnaste urodziny.
Sama myśl nie dawała mu spokoju.
Osiemnaście lat.
Granica między tym, co jeszcze niedawno należało do dzieciństwa, a światem, który oboje coraz odważniej nazywali dorosłym życiem.
Andrzej chciał, żeby ten dzień był dla niej wyjątkowy.
Nie chodziło mu o zwykły prezent.
Nie chciał kupić czegoś przypadkowego tylko dlatego, że wypadało coś wręczyć.
Chciał podarować jej coś, na co spojrzy po latach i pomyśli właśnie o nim.
Problem był tylko jeden.
Nie miał pieniędzy.
A dokładniej — miał ich zdecydowanie za mało.
Któregoś wieczoru usiadł przy biurku i wysypał na blat wszystkie drobne, jakie posiadał.
Liczył raz.
Potem drugi.
Za trzecim razem wynik oczywiście się nie zmienił.
Westchnął.
Pięć przystanków tramwajowych dzieliło jego dom od mieszkania Marioli.
Do tej pory niemal zawsze wsiadał do tramwaju. Chciał dotrzeć do niej jak najszybciej. Czasami wręcz niecierpliwił się, kiedy tramwaj zatrzymywał się zbyt długo na światłach.
Teraz jednak podjął decyzję.
Będzie chodził pieszo.
Każda zaoszczędzona złotówka miała znaczenie.
Początkowo wydawało mu się, że droga będzie długa.
Szybko jednak odkrył, że ją lubi.
Szedł ulicami Krakowa i myślał o Marioli.
Wyobrażał sobie moment, kiedy poda jej prezent.
Jej twarz.
Zaskoczenie.
Uśmiech.
Może nawet łzy wzruszenia.
I wtedy te pięć przystanków przestawało mieć znaczenie.
Wkrótce pojawiła się kolejna możliwość.
W szkole ogłoszono dwutygodniowy hufiec pracy.
Andrzej zapisał się niemal natychmiast.
Wiedział, że przez dwa tygodnie będzie miał mniej czasu. Wiedział też, że nie będzie mógł spotykać się z Mariolą tak często jak wcześniej.
To była najtrudniejsza część całego planu.
Kiedy jej o tym powiedział, spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Mariola… potrzebuję dwóch tygodni urlopu od ciebie.
Zmarszczyła brwi.
— Dwóch tygodni urlopu?
— Tylko dwóch.
— A co to ma znaczyć?
Andrzej uśmiechnął się trochę niepewnie.
— Muszę zarobić parę stówek.
Mariola patrzyła na niego uważnie.
— A twoja mama ci nie da?
Pokręcił głową.
— Mama sama nie ma za dużo. Poza tym ostatnio dziwnie na mnie patrzy.
— Dlaczego?
— Bo oszczędzam.
Mariola uśmiechnęła się.
— Na co?
Andrzej natychmiast spoważniał.
— Tego ci nie powiem.
— Czyli masz przede mną tajemnice?
— Jedną.
— Jedną?
— Obiecuję, że za miesiąc wszystko zrozumiesz.
Mariola przez chwilę patrzyła mu prosto w oczy.
Nie wiedziała, dlaczego Andrzej nagle zaczął chodzić pieszo.
Nie wiedziała, dlaczego tak bardzo zależało mu na dodatkowej pracy.
Nie wiedziała nawet, dlaczego za każdym razem, kiedy pytała o pieniądze, na jego twarzy pojawiał się ten sam tajemniczy uśmiech.
Wiedziała jednak jedno.
Coś przygotowywał.
A kiedy Andrzej wracał tego dnia do domu pieszo, uśmiechał się sam do siebie.
Miał jeszcze miesiąc.
I jeden cel.
Sprawić, żeby Mariola zapamiętała swoje osiemnaste urodziny na całe życie.
Dwa tygodnie rozłąki okazały się trudniejsze, niż oboje przypuszczali.
Nie zerwali przecież kontaktu. Czasami udało im się zamienić kilka słów. Czasami spotkali się na krótko.
Ale to było za mało.
Mariola przyzwyczaiła się do jego obecności.
Do tego, że Andrzej pojawiał się niemal codziennie.
Do wspólnych spacerów.
Do jego nieśmiałego uśmiechu.
Do pocałunków.
Do rozmów, które czasami trwały tak długo, że oboje zapominali o godzinie.
Teraz tych chwil brakowało.
Czasami wieczorem łapała się na tym, że wygląda przez okno, choć wiedziała, że Andrzej tego dnia nie przyjdzie.
A Andrzej po pracy, zmęczony, odliczał dni.
Nie do końca hufca.
Do Marioli.
Wreszcie nadszedł dzień jej osiemnastych urodzin.
Mariola od rana była zajęta.
Zaprosiła trzy koleżanki i trzech kolegów. Wśród nich był również Jurek.
Przygotowała sernik i szarlotkę. Na stole pojawiły się wędliny, przekąski i napoje. Wszystko miało być zwyczajne, swobodne, bez przesadnej uroczystości.
Ale mimo całego zamieszania Mariola raz po raz spoglądała na drzwi.
Czekała na jedną osobę.
Andrzeja.
Kiedy wreszcie rozległo się pukanie, serce zabiło jej mocniej.
Otworzyła.
Stał na korytarzu.
Przez chwilę tylko na siebie patrzyli.
— Andrzej…
Nie dała mu nawet czasu odpowiedzieć.
Rzuciła mu się w ramiona.
Objęła go tak mocno, że Andrzej aż się roześmiał.
— Tak strasznie za tobą tęskniłam.
— Ja za tobą też.
Mariola odsunęła się trochę.
Dopiero wtedy zauważyła kwiaty.
I starannie zapakowane paczki.
Spojrzała na niego pytająco.
Andrzej nic nie powiedział.
Tylko podał jej pierwszy prezent.
Rozpakowała go.
W środku znajdowała się modna bluzka.
Mariola spojrzała na niego z zachwytem.
— Andrzej…
— Jest jeszcze coś.
Podał jej drugie pudełeczko.
Otworzyła.
W środku leżał pierścionek.
Mariola nagle zamilkła.
Jej spojrzenie przesunęło się z pierścionka na Andrzeja.
Potem na kwiaty.
I znów na niego.
W oczach pojawiły się łzy.
— To musiało bardzo dużo kosztować…
Andrzej patrzył na nią poważnie.
— Na ciebie nie ma ceny.
Mariola zacisnęła usta, jakby chciała powstrzymać wzruszenie.
Nie udało się.
Łzy popłynęły po policzkach.
— Dla mnie jesteś warta miliony — powiedział Andrzej. — A kiedyś, jak będę bogaty, zobaczysz, co potrafię.
Mariola rozpłakała się jeszcze bardziej.
Nie przez bluzkę.
Nie przez pierścionek.
Nawet nie przez kwiaty.
Wiedziała już, co zrobił.
Dwa tygodnie pracy.
Oszczędzanie każdej złotówki.
Piesze wędrówki zamiast tramwaju.
Wszystko dla niej.
Objęła go.
— Ty jesteś szalony…
Andrzej przytulił ją mocniej.
— Wiem.
— I właśnie dlatego cię uwielbiam.
Jedna z koleżanek Marioli zauważyła jej łzy.
— Ej! Chodźcie tutaj! Mariola płacze!
Kilka osób natychmiast odwróciło głowy.
Po chwili podszedł również Jurek.
Spojrzał na zapłakaną Mariolę, a potem na obejmującego ją Andrzeja.
— Coś jej zrobiłeś, że tak płacze?
Andrzej spojrzał na niego spokojnie.
— Nic. Chciałem tylko sprawić jej przyjemność.
Mariola otarła policzki.
— I sprawił.
Jurek zerknął na prezenty.
— A ja już myślałem, że ją skrzywdziłeś. Chciałem ci sypnąć.
Andrzej zmarszczył brwi.
— Co zrobić?
Jurek zaśmiał się.
— Sypnąć. Zbić cię.
Andrzej spojrzał na Mariolę.
— No proszę. Dopiero wróciłem po dwóch tygodniach, dałem ci prezenty, doprowadziłem cię do łez, a już ktoś chce mnie bić.
Mariola zaczęła się śmiać.
— Widzisz? Mam swoich ochroniarzy.
— To chyba muszę uważać.
Mariola spojrzała mu prosto w oczy.
— Nie musisz.
Jej głos nagle stał się spokojniejszy.
— Jeżeli będziesz mnie tak dalej traktował, żaden ochroniarz nie będzie ci potrzebny.
Andrzej uśmiechnął się.
— Czyli pierścionek uratował mi życie?
Mariola pokręciła głową.
— Nie pierścionek.
Dotknęła dłonią jego piersi.
— Twoje serce.
Na moment Andrzej zapomniał o wszystkich dookoła.
Od pierwszej chwili nie polubił Jurka.
Właściwie sam nie potrafił wyjaśnić dlaczego.
Może przez to, że Mariola wcześniej o nim wspominała.
Może dlatego, że Jurek miał prawo jazdy i samochód.
Może przez sposób, w jaki patrzył na Mariolę.
A może zwyczajnie przez zazdrość.
Andrzej nie chciał nawet udawać przed samym sobą.
Był zazdrosny.
Kiedy Jurek powiedział, że w razie czego mógłby go pobić, Andrzej uśmiechnął się, ale wewnątrz poczuł narastającą złość.
— Ciekawe, czy naprawdę byś mnie zbił — powiedział.
Jurek spojrzał na niego.
— Jakbyś skrzywdził Mariolę, to może bym spróbował.
Mariola natychmiast weszła między nich spojrzeniem.
— Dajcie spokój. To moje urodziny, a nie ring bokserski.
Andrzej nic już nie powiedział.
Nie chciał robić scen.
Nie chciał też psuć jej dnia.
Ale gdzieś z tyłu głowy pojawiła się myśl, że Jurek zaczyna działać mu na nerwy.
Mariola chyba to zauważyła.
Podeszła do Andrzeja chwilę później i dyskretnie wsunęła swoją dłoń w jego.
Nie powiedziała ani słowa.
Nie musiała.
Andrzej spojrzał na nią.
Ten jeden gest wystarczył.
Przyjęcie trwało dalej.
Była muzyka.
Śmiech.
Sernik i szarlotka znikały ze stołu szybciej, niż Mariola przypuszczała.
Co jakiś czas ktoś wznosił toast.
Andrzej obserwował Mariolę.
Pierścionek błyszczał na jej dłoni.
I za każdym razem, kiedy na niego patrzyła, uśmiechała się.
Dla niego to było warte wszystkich pieszych spacerów.
Wszystkich godzin pracy.
Każdej zaoszczędzonej złotówki.
Z czasem goście zaczęli się rozchodzić.
Najpierw koleżanki.
Potem pozostali koledzy.
W końcu wyszedł również Jurek.
Kiedy drzwi się zamknęły, w mieszkaniu zrobiło się nagle niezwykle cicho.
Jeszcze przed chwilą wszędzie rozbrzmiewała muzyka.
Teraz słychać było tylko odgłos odkładanych talerzy.
Mariola zaczęła sprzątać.
Andrzej bez pytania jej pomagał.
Co jakiś czas ich dłonie spotykały się przypadkiem nad stołem.
Za każdym razem oboje się uśmiechali.
W końcu Andrzej odłożył talerz.
— Mariola…
Odwróciła się.
— Mogę dzisiaj zostać?
W jej oczach pojawiło się ciepło.
— Bardzo bym chciała.
Andrzej od razu się uśmiechnął.
Mariola jednak po chwili dodała:
— Tylko jest jeden problem.
— Jaki?
— Mama nic nie powiedziała, jakie ma plany. Nie wiem, czy wróci na noc.
Andrzej spojrzał w stronę drzwi.
— Czyli możemy mieć całą noc dla siebie…
Mariola roześmiała się.
— Albo za godzinę usłyszeć klucz w zamku.
— To ryzykujemy?
Patrzyła na niego przez chwilę.
— Chyba jesteś większym ryzykantem, niż myślałam.
Andrzej wziął ją za rękę.
— Po dwóch tygodniach bez ciebie jestem gotów zaryzykować.
Mariola ścisnęła jego palce.
— To zostań.
Nie wiedzieli, że mama Marioli celowo postanowiła spędzić tę noc u znajomej.
Chciała dać córce odrobinę swobody.
Nie powiedziała jej jednak o swoich planach.
Andrzej i Mariola zostali więc sami.
Za oknem było już ciemno.
W mieszkaniu panował spokój.
Usiedli obok siebie.
Przez chwilę żadne z nich nie mówiło.
Andrzej spojrzał na Mariolę.
— To były chyba najpiękniejsze twoje urodziny.
Mariola uśmiechnęła się.
— Chyba tak.
— Przez prezenty?
Pokręciła głową.
— Przez wszystko.
Zaczęła wyliczać.
— Przyjaciele. Muzyka. Sernik. Szarlotka.
Spojrzała na niego.
— I ty.
Andrzej przyciągnął ją bliżej.
Po dwóch tygodniach prawie ciągłej rozłąki znów mogli po prostu być razem.
Bez pośpiechu.
Bez odliczania czasu.
Bez myślenia o tym, kiedy muszą się pożegnać.
Tamtej nocy najważniejsza była bliskość.
Rozmowy wypowiadane półgłosem.
Czułość.
Poczucie, że nie muszą już niczego sobie udowadniać.
Później leżeli obok siebie.
Mariola spojrzała na pierścionek.
— O czym myślisz? — zapytał Andrzej.
Uśmiechnęła się.
— Że wszystko się udało.
— Urodziny?
— Wszystko.
Spojrzała na kwiaty.
Potem znów na niego.
— Mam osiemnaście lat. Byli moi przyjaciele. Świetnie się bawiliśmy.
Przesunęła się bliżej.
— A potem zostałeś ty.
Andrzej pogładził ją po włosach.
— I czego najbardziej chciałaś?
Mariola spojrzała mu prosto w oczy.
— Żebyś był przy mnie.
Andrzej zamilkł.
Przez miesiąc oszczędzał.
Pracował.
Chodził pieszo.
Myślał o prezencie.
A teraz dopiero zrozumiał, że być może najważniejszą rzeczą, jaką mógł jej dać, nie była bluzka ani pierścionek.
Była nią jego obecność.
Mariola przytuliła się do niego.
Tej nocy zasnęła spokojna.
Szczęśliwa.
Byli razem.
Jeszcze nie zdążyli zapomnieć o urodzinach, kiedy zaczęły zbliżać się Święta Wielkanocne.
Andrzej bardzo chciał, żeby Mariola spędziła część świąt razem z nim i jego mamą.
Miał jednak również drugi plan.
— Mamo… może Mariola zostanie u nas na noc?
Mama Andrzeja spojrzała najpierw na syna.
Potem na Mariolę.
— Zostać może.
Andrzej już się uśmiechnął.
— Ale spać będziecie osobno.
Uśmiech zniknął.
— Mamo…
— Andrzej.
— Ale…
— Nie jestem zacofana. Wiem, że jesteście młodzi i zakochani. Ale mam swoje zasady.
Andrzej spojrzał na Mariolę, jakby oczekiwał pomocy.
— Czyli u Marioli mogę, a u siebie nie?
Mama pokręciła głową.
— To, co dzieje się w domu Marioli, jest sprawą jej mamy. Tutaj obowiązują moje zasady.
Mariola uśmiechnęła się.
— Twoja mama ma prawo.
Andrzej spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Ty też jesteś przeciwko mnie?
— Nie przeciwko tobie. Przeciwko kłótni podczas świąt.
Mama Andrzeja zaczęła jeszcze mówić o odpowiedzialności, dorosłości i zasadach.
Andrzej słuchał jednym uchem.
Drugim obserwował Mariolę, która z coraz większym trudem powstrzymywała śmiech.
Po chwili mama spojrzała na zegarek.
— Muszę się ubrać. Idę jeszcze do kościoła.
Kilka minut później stała przy drzwiach.
— Zachowujcie się.
Andrzej uśmiechnął się niewinnie.
— Oczywiście, mamo.
Mama zmrużyła oczy.
— Właśnie tego twojego „oczywiście” najbardziej się boję.
Drzwi się zamknęły.
Andrzej odczekał kilka sekund.
Potem spojrzał na Mariolę.
— Super.
— Co?
— Znowu jesteśmy sami.
Mariola natychmiast zaczęła się śmiać.
— Andrzej, twoja mama przez pół godziny tłumaczyła ci zasady.
Podszedł bliżej.
— Ale nie powiedziała, że nie możemy czarować.
— Ty naprawdę potrafisz znaleźć dziurę w każdej zasadzie.
— Nie w każdej.
Pocałował ją delikatnie.
— Tylko w tych, które przeszkadzają mi być blisko ciebie.
Mariola objęła go za szyję.
— No dobrze, czarodzieju.
Spojrzała na drzwi.
— Tylko pamiętaj, że mama może wrócić wcześniej.
Andrzej również zerknął w tamtą stronę.
— W takim razie musimy dobrze wykorzystać czas.
Mariola roześmiała się i przytuliła do niego.
I właśnie takie były ich wspólne chwile.
Trochę romantyczne.
Trochę zabawne.
Pełne młodzieńczej niecierpliwości.
Ale coraz bardziej również pełne zaufania.
Z czasem Andrzej coraz częściej myślał o przyszłości.
Nie tylko o kolejnych spotkaniach.
O czymś znacznie dalszym.
Patrzył na Mariolę i czasami przez jego głowę przechodziło jedno pytanie:
Czy powinien kiedyś poprosić ją o rękę?
Nie traktował jej już jak pierwszego wielkiego zauroczenia.
Wyobrażał sobie dom.
Codzienność.
Rodzinę.
Mariolę siedzącą przy stole podczas zwyczajnego śniadania.
Ale za każdym razem rozsądek przypominał mu o rzeczywistości.
We wrześniu miał skończyć dwadzieścia lat.
Nie miał stałej pracy.
Nie miał mieszkania.
Nie miał oszczędności.
Pewnego dnia powiedział:
— Mariola, czasami myślę o tym, jak będzie wyglądało nasze życie za kilka lat.
Spojrzała na niego.
— A jak ty je widzisz?
Andrzej zamyślił się.
— Razem.
— Tylko tyle?
— Wspólny dom.
Uśmiechnęła się.
— Co jeszcze?
— Rodzina.
Mariola pokręciła głową z rozbawieniem.
— Ty znowu myślisz o ślubie.
— Może trochę.
— A ja w tej chwili myślę o czymś zupełnie innym.
— O czym?
Jej twarz rozjaśniła się.
— O wakacjach.
Andrzej uniósł brwi.
— Wakacjach?
— Chcę pojechać nad morze.
— Do hotelu?
— Nie.
Uśmiechnęła się szeroko.
— Pod namiot.
Andrzej przez chwilę patrzył na nią z niedowierzaniem.
— Ty? Pod namiot?
— A co w tym dziwnego?
Andrzej przypomniał sobie Mariolę w eleganckiej sylwestrowej sukience.
Roześmiał się.
— Nic.
— Wyobraź sobie — mówiła z entuzjazmem. — Plaża. Morze. Słońce. Wieczorne spacery.
Spojrzała na niego.
— I my dwoje.
Andrzej natychmiast spoważniał.
— To zaczyna mi się podobać.
Mariola zaśmiała się.
— Tylko musimy wszystko zaplanować.
— Czyli znowu będę oszczędzał każdą złotówkę?
Mariola przytuliła się do niego.
— Tym razem będziemy oszczędzać razem.
Andrzej objął ją mocniej.
On myślał o domu i ślubie.
Ona o namiocie i morzu.
A jednak oboje myśleli o tym samym.
O przyszłości, w której byli razem.
W końcu rozpoczęły się wakacje.
Któregoś wieczoru Andrzej zapytał:
— No dobrze. Z kim jedziemy?
Mariola wyglądała tak, jakby od dawna czekała na to pytanie.
— Z moimi kuzynkami z Gliwic. Z Alą i drugą Mariolą. Pojadą też ich chłopaki.
Andrzej spojrzał na nią.
— Ty już wszystko zaplanowałaś?
— Rozmawiałam z nimi tydzień temu.
— Kiedy?
— W Gliwicach.
— To kiedy jedziemy?
— W sierpniu.
— Na jak długo?
Mariola uśmiechnęła się.
— Trzy tygodnie.
Andrzej otworzył szeroko oczy.
— Trzy tygodnie?
— Trzy całe tygodnie nad morzem.
— Z tobą pod namiotem?
Mariola spojrzała na niego znacząco.
— A z kim niby?
Andrzej już o nic więcej nie pytał.
W sierpniu wyruszyli.
Pogoda od początku im sprzyjała.
Słońce.
Ciepły piasek.
Szum morza.
Życie na kempingu było zupełnie inne niż wszystko, do czego byli przyzwyczajeni.
Nie było szkoły.
Nie było codziennych obowiązków.
Nie było ciągłego patrzenia na zegarek.
Byli razem.
Oczywiście wokół byli również Ala, druga Mariola i ich chłopcy.
Ale Andrzej i Mariola mieli własny, dwuosobowy namiot.
Każdego ranka Andrzej otwierał oczy i przez chwilę patrzył na śpiącą obok Mariolę.
Czasami uśmiechał się do siebie.
Któregoś ranka powiedział:
— Wiesz, że mógłbym się do tego przyzwyczaić?
Mariola spojrzała na niego sennie.
— Do czego?
— Do budzenia się codziennie obok ciebie.
Uśmiechnęła się.
Przysunęła bliżej.
— To może kiedyś będziesz miał taką okazję.
Andrzej pomyślał o swoich dawnych marzeniach.
Ślub.
Wspólny dom.
Rodzina.
Tym razem jednak nie powiedział nic.
Po prostu ją przytulił.
Dni spędzali na plaży.
Czasami całą grupą.
Czasami tylko we dwoje.
Spacerowali wzdłuż brzegu, pozwalając falom obmywać stopy.
Mariola zbierała muszelki.
Andrzej śmiał się z niej, że zabierze do Krakowa pół plaży.
Wieczorami przebierali się i ruszali na dyskoteki.
Andrzej uwielbiał patrzeć, jak Mariola tańczy.
Nadal, wśród wszystkich ludzi, dostrzegał ją pierwszą.
I nadal czasami budziła się w nim zazdrość.
Zwłaszcza kiedy zauważał, że ktoś patrzy na nią zbyt długo.
Mariola szybko nauczyła się rozpoznawać jego minę.
— Andrzej, nie patrz tak.
— Jak?
— Jakbyś za chwilę chciał wyrzucić wszystkich chłopaków z lokalu.
— Ja?
— Ty.
— Przecież tylko tańczę.
Mariola roześmiała się.
— Właśnie dlatego cię lubię. Nawet zazdrości nie potrafisz ukryć.
Andrzej objął ją.
— Bo jesteś moja.
Mariola spojrzała mu prosto w oczy.
— Jestem z tobą.
Andrzej zamilkł.
To było coś zupełnie innego.
Nie własność.
Nie zazdrość.
Wybór.
Mariola była z nim.
Bo sama tego chciała.
I właśnie to liczyło się najbardziej.
Trzy tygodnie minęły szybciej, niż przypuszczali.
Dla Andrzeja były to najpiękniejsze wakacje w jego dotychczasowym życiu.
Budzenie się obok Marioli.
Wspólne śniadania.
Plaża.
Wieczorne spacery.
Powroty do namiotu.
Zwyczajne rzeczy, które dzięki niej nabierały zupełnie innego znaczenia.
Któregoś wieczoru siedzieli na piasku.
Morze było spokojne.
Na horyzoncie gasło ostatnie światło dnia.
— Wiesz, czego się boję? — zapytał Andrzej.
Mariola odwróciła głowę.
— Czego?
— Że te wakacje kiedyś się skończą.
Uśmiechnęła się.
— Wszystko kiedyś się kończy.
Andrzej zrobił smutną minę.
Mariola od razu dodała:
— Ale potem zaczyna się coś następnego.
— Co?
Zastanowiła się.
— Szkoła.
Andrzej westchnął.
— To akurat nie brzmi romantycznie.
Mariola roześmiała się.
— Może nie.
Przysunęła się bliżej.
— Ale nadal będziemy razem.
Andrzej objął ją ramieniem.
I wtedy zrozumiał, że to właśnie było najważniejsze.
Nie namiot.
Nie morze.
Nie wakacje.
Razem.
Po trzech tygodniach wrócili do Krakowa.
Lato powoli się kończyło.
Znów trzeba było myśleć o szkole.
O obowiązkach.
O przyszłości.
Dla Andrzeja nie miał to być jednak zwykły rok.
Czekała go matura.
Kończył szkołę.
Przed nim znajdował się pierwszy naprawdę poważny krok w dorosłość.
Coraz częściej zastanawiał się, co dalej.
Praca.
Pieniądze.
Samodzielność.
Jeszcze niedawno mógł godzinami myśleć wyłącznie o Marioli.
Teraz zaczynał rozumieć, że jeśli naprawdę chce spełnić wszystkie marzenia o wspólnym domu i rodzinie, musi zacząć budować coś więcej niż tylko plany.
Przypomniał sobie słowa wypowiedziane w dniu jej osiemnastych urodzin:
„Kiedyś, jak będę bogaty, zobaczysz, co potrafię”.
Wtedy były romantyczną obietnicą.
Teraz zaczynały nabierać znaczenia.
Andrzej wiedział już, że sama miłość nie rozwiązuje wszystkich problemów.
Potrzebne były również praca.
Odpowiedzialność.
Cierpliwość.
I odwaga, żeby zrobić pierwszy krok.
Po wakacjach czas zaczął biec coraz szybciej.
Jeszcze niedawno budzili się przy szumie morza.
Teraz znowu pojawiły się zeszyty.
Książki.
Lekcje.
Nauka.
I jedno słowo, które coraz częściej wracało do Andrzeja:
Matura.
A jednak nawet w najbardziej zwyczajnych szkolnych dniach coś pozostało niezmienne.
Mariola.
Jej uśmiech.
Jej dłoń w jego dłoni.
I pewność, którą oboje coraz bardziej czuli.
Bez względu na to, co miało nadejść później, nie chcieli już iść przez życie osobno.
Chcieli iść dalej.
Razem.
Rozdział 5 — Mariola i Andrzej
Maj przyszedł szybciej, niż się tego spodziewali.
Jeszcze niedawno Andrzej miał wrażenie, że do końca szkoły pozostała cała wieczność. Tymczasem kolejne tygodnie znikały jeden po drugim, a słowo „matura”, które przez wiele miesięcy wydawało się czymś odległym, nagle stało się rzeczywistością.
Ostatnie miesiące nie były łatwe.
Wieczorami siedział nad książkami, czasami do późnej nocy. Czytał, powtarzał, zapisywał, a potem wracał do tego samego materiału, przekonany, że połowę zdążył już zapomnieć.
Mariola widziała, jak bardzo się denerwował.
Andrzej oczywiście twierdził, że wszystko jest w porządku.
Ale ona znała go już zbyt dobrze.
Wystarczyło spojrzeć na jego twarz.
Przed każdym ważniejszym egzaminem stawał się cichszy. Mniej żartował, częściej zamyślał się w połowie rozmowy. Nawet kiedy siedział obok Marioli, czasami było widać, że myślami wciąż pozostaje przy książkach.
Ich spotkania stały się krótsze.
Dawniej potrafili spacerować godzinami, nie przejmując się czasem. Teraz Andrzej coraz częściej zerkał na zegarek.
Mariola nigdy nie robiła mu z tego powodu wyrzutów.
Czekała.
Wierzyła w niego.
Czasami tylko, kiedy widziała jego zmęczoną twarz pochyloną nad książkami, podchodziła i zabierała mu długopis.
— Dosyć.
Andrzej podnosił głowę.
— Jeszcze chwilę.
— Mówisz tak od godziny.
— Muszę zdać.
— Zdasz.
— Skąd wiesz?
Mariola patrzyła na niego z absolutną pewnością.
— Bo ja wiem takie rzeczy.
Andrzej uśmiechał się wtedy.
— A jeśli nie?
— Nie ma żadnego „jeśli”.
Oddawała mu długopis, ale zanim pozwoliła wrócić do nauki, dodawała:
— I pamiętaj, że kiedy skończysz szkołę, będziesz musiał oddać mi cały czas, który zabrała nam matura.
— Cały?
— Wszystkie godziny.
— To może mi nie wystarczyć całego życia.
Mariola uśmiechała się.
— W takim razie będziesz musiał się bardzo postarać.
W maju 1977 roku Andrzej zdał maturę.
Skończył szkołę.
Kiedy poznał wyniki, przez chwilę stał nieruchomo, jakby potrzebował czasu, żeby naprawdę uwierzyć, że to już koniec.
Nie będzie kolejnych klasówek.
Nie będzie następnego semestru.
Nie będzie wieczornego powtarzania materiału z myślą, że rano znów trzeba wstać do szkoły.
Poczuł ogromną ulgę.
Ale zaraz potem pomyślał o Marioli.
Wreszcie będzie miał dla niej czas.
Kiedy się spotkali, Mariola spojrzała na niego z szerokim uśmiechem.
— No i?
Andrzej przez chwilę udawał poważnego.
— No i chyba będę musiał zacząć oddawać dług.
— Jaki?
— Te wszystkie godziny.
Mariola roześmiała się i rzuciła mu się na szyję.
— Wiedziałam!
Objął ją mocno.
Dopiero wtedy naprawdę poczuł, że szkoła się skończyła.
A przed nimi zaczynało się coś nowego.
Znów mogli spotykać się bez ciągłego patrzenia na zegarek.
Spacerowali.
Rozmawiali.
Siedzieli obok siebie i snuli plany, które czasami były zupełnie rozsądne, a czasami tak odległe, że sami zaczynali się z nich śmiać.
Najpierw jednak były wakacje.
Morze.
Wspomnienie poprzedniego lata wciąż pozostawało niezwykle żywe.
Namiot.
Piasek.
Wieczorne dyskoteki.
Szum fal, przy którym zasypiali.
Poranki, kiedy Andrzej otwierał oczy i pierwszą osobą, którą widział, była Mariola.
Dla niej morze przestało być zwykłym miejscem wakacyjnego wypoczynku.
Stało się częścią ich historii.
Symbolem czasu, kiedy po raz pierwszy przez wiele dni mogli żyć niemal tak, jakby świat poza nimi nie istniał.
Pewnego dnia Mariola zapytała:
— Pojedziemy tam znowu?
Andrzej nawet się nie zastanawiał.
— Oczywiście.
— Obiecujesz?
— Przecież już ci obiecałem.
— A jeśli będę chciała codziennie chodzić nad morze?
— Będziemy chodzić codziennie.
Mariola zmrużyła oczy.
— Nawet jeśli będzie padać?
— Nawet wtedy.
— A jeśli będzie zimno?
— Założymy kurtki.
— A jeśli będzie strasznie wiało?
Andrzej wzruszył ramionami.
— Będę cię mocniej trzymał.
Mariola przez moment patrzyła na niego bez słowa.
Potem się roześmiała.
Andrzej uwielbiał ten śmiech.
Czasami wystarczało, że patrzył na Mariolę i ogarniało go to samo zdumienie co kiedyś.
Jak to możliwe, że jedna osoba stała się dla niego tak ważna?
Mariola doskonale znała jego spojrzenia.
Czasami udawała, że ich nie zauważa.
Ale zauważała każde.
I chyba właśnie dlatego czuła się przy nim tak bezpiecznie.
Przed nimi było jednak coś znacznie większego niż kolejne wakacje.
Tychy.
Miasto, które coraz częściej pojawiało się w ich rozmowach.
Miejsce, w którym miało rozpocząć się ich wspólne życie.
Czasami mówili o tym z entuzjazmem.
Innym razem ciszej.
Jakby bali się, że przyszłość, o której tak długo marzyli, stanie się nagle zbyt prawdziwa.
— Myślisz, że damy sobie radę? — zapytała kiedyś Mariola.
Andrzej spojrzał na nią.
Nie odpowiedział od razu.
Wiedział przecież, że nie mają wiele.
Nie mieli pieniędzy.
Nie mieli doświadczenia.
Nie wiedzieli, jak wygląda prawdziwe wspólne życie, kiedy kończą się randki, a zaczynają rachunki, praca, obowiązki i codzienność.
Ale wiedział coś jeszcze.
Wyciągnął rękę i splótł palce z jej palcami.
— Jeśli będziemy razem, damy radę.
Mariola spojrzała na ich połączone dłonie.
Chciała mu wierzyć.
Chciała wierzyć, że miłość naprawdę może być początkiem wszystkiego.
Lato minęło zbyt szybko.
A potem nadszedł czas podróży.
W 1977 roku, w chłodny poranek, w Tychach przy ulicy Nałkowskiej rozpoczął się kolejny etap ich historii.
Dziewiętnastoletnia Mariola Kędzior związała swoje życie z dwudziestojednoletnim Andrzejem Mazurem.
Byli młodzi.
Bardzo młodzi.
Być może zbyt młodzi, żeby rozumieć wszystko, co oznacza małżeństwo.
Ale wtedy nie myśleli o tym w ten sposób.
Dla nich liczyło się przede wszystkim jedno.
Byli razem.
Andrzej patrzył na Mariolę z tym samym zachwytem co wcześniej.
Wciąż potrafił zatrzymać na niej wzrok bez żadnego powodu.
Wciąż zdarzało mu się pomyśleć, że jej uśmiech zmienia cały dzień.
Mariola również nie potrzebowała wiele.
Czasami wystarczał jej Andrzej siedzący obok.
Rozmowa.
Dotyk jego dłoni.
Albo cisza, która nie była krępująca, ponieważ nauczyli się już milczeć razem.
Andrzej, świeżo po ukończeniu technikum, rozpoczął pracę w miejscowym zakładzie przemysłowym.
Wkrótce otrzymał jednopokojowe mieszkanie zakładowe.
Nie było duże.
Jeden pokój.
Mała kuchnia.
Łazienka.
Nic luksusowego.
Kiedy pierwszy raz weszli tam razem, Andrzej przez moment patrzył na puste ściany.
— Trochę małe — powiedział.
Mariola rozejrzała się.
Podeszła do okna.
Potem odwróciła się do niego.
— Nasze.
To jedno słowo zmieniło wszystko.
Andrzej uśmiechnął się.
— Nasze.
Mariola niemal od razu zaczęła urządzać mieszkanie w wyobraźni.
— Tutaj postawimy stół.
— Tutaj?
— Tak.
— A łóżko?
— Tam.
— A jeśli ja chcę odwrotnie?
Spojrzała na niego.
— Nie chcesz.
— Skąd wiesz?
— Bo ja będę tu częściej sprzątać.
Andrzej roześmiał się.
— Czyli już nie mam nic do powiedzenia?
Mariola podeszła do niego.
— Masz.
— Co?
— Możesz powiedzieć, że ci się podoba.
Andrzej objął ją.
— Bardzo mi się podoba.
— Mieszkanie?
Spojrzał jej w oczy.
— Ty.
Mariola pokręciła głową.
— Wiedziałam, że tak powiesz.
Zaczęło się ich zwyczajne życie.
Pierwsze wspólne zakupy.
Pierwsze decyzje.
Pierwsze poranki, kiedy żadne z nich nie musiało się zastanawiać, kiedy znów się zobaczą.
Andrzej wychodził do pracy.
Mariola zostawała w ich mieszkaniu.
Wieczorem czekała na charakterystyczny dźwięk klucza w zamku.
Kiedy Andrzej wracał zmęczony, czasami wystarczało, że ją zobaczył, a jego twarz natychmiast się zmieniała.
— Tęskniłaś? — pytał.
Mariola udawała zamyślenie.
— Nie wiem.
— Nie wiesz?
— Może trochę.
— Tylko trochę?
Mariola przez chwilę wytrzymywała jego spojrzenie.
Potem się uśmiechała.
— Cały dzień.
Andrzej obejmował ją.
A ona wtulała się w niego tak naturalnie, jakby właśnie tam było jej miejsce.
W pierwszych miesiącach małżeństwa przyszłość wydawała im się niemal nieskończona.
Mówili o większym mieszkaniu.
O podróżach.
O kolejnych wakacjach nad morzem.
I coraz częściej również o dzieciach.
Nie wiedzieli jeszcze, że życie rzadko realizuje plany dokładnie w takiej kolejności, w jakiej człowiek je sobie układa.
Pewnego dnia Mariola zauważyła, że coś się zmieniło.
Początkowo nie chciała o tym myśleć.
Tłumaczyła sobie, że może jest zmęczona.
Że organizm reaguje na przeprowadzkę, nowe życie, zmianę codziennych przyzwyczajeń.
Ale jedna myśl powracała.
Coraz częściej.
Czy to możliwe?
Kiedy wreszcie upewniła się, przez dłuższą chwilę siedziała nieruchomo na brzegu łóżka.
Była w ciąży.
Powiedzenie tego nawet w myślach wydawało się czymś ogromnym.
Położyła dłoń na brzuchu.
Jeszcze niczego nie było widać.
A jednak wiedziała.
Gdzieś w niej zaczynało się nowe życie.
Poczuła radość.
Zaskoczenie.
I lęk, którego trochę się wstydziła.
Miała dopiero dziewiętnaście lat.
Jeszcze niedawno sama była uczennicą.
Teraz miała zostać matką.
Kiedy Andrzej wrócił z pracy, od razu zauważył, że coś jest inaczej.
— Co się stało?
— Nic.
Spojrzał na nią podejrzliwie.
— Mariola.
— Naprawdę nic.
— Znam cię.
Usiadła.
Andrzej zrobił to samo.
Przez moment patrzyła na swoje dłonie.
W końcu podniosła wzrok.
W jej oczach pojawiły się łzy.
— Andrzej…
Natychmiast spoważniał.
— Co się stało?
Mariola uśmiechnęła się przez łzy.
— Chyba będziemy mieli dziecko.
Andrzej znieruchomiał.
— Co?
— Będziemy mieli dziecko.
Patrzył na nią, jakby potrzebował kilku sekund, żeby znaczenie tych słów naprawdę do niego dotarło.
— Naprawdę?
Mariola skinęła głową.
Wstał.
Podszedł do niej.
Objął ją mocno.
Przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło.
Mariola zamknęła oczy.
Czuła jego ramiona.
Jego oddech.
I bicie serca.
W tamtej chwili nie wiedzieli jeszcze, jak sobie poradzą.
Nie wiedzieli, czy ich małe mieszkanie wystarczy.
Nie wiedzieli, czy będą dobrymi rodzicami.
Ale trzymali się siebie.
I na razie to musiało wystarczyć.
Z czasem ciąża przestała być tylko wiadomością.
Stała się częścią ich codzienności.
Mariola miała zostać mamą.
Andrzej ojcem.
A kiedy dowiedzieli się, że będzie dziewczynka, Mariola właściwie od razu wiedziała, jakie imię chce jej nadać.
— Dominika.
Andrzej spojrzał na nią.
— Już wybrałaś?
— Tak.
— Tak po prostu?
— Tak.
— A jeśli chłopiec?
Mariola spojrzała na niego z absolutną pewnością.
— Nie będzie chłopca.
Andrzej roześmiał się.
— Skąd możesz wiedzieć?
— Wiem.
— Znowu wiesz takie rzeczy?
— Znowu.
Od tamtej pory imię coraz częściej pojawiało się w ich mieszkaniu.
Dominika.
Nie „dziecko”.
Nie „maleństwo”.
Dominika.
Ich córka.
Zbliżało się Boże Narodzenie.
Pewnego wieczoru Andrzej zaproponował:
— Pojedziemy na święta do Krakowa?
Mariola od razu się uśmiechnęła.
— Do twojej mamy?
— Tak.
— Naprawdę?
— Mama będzie szczęśliwa.
Mariola również się cieszyła.
Kraków pozostawał częścią ich wcześniejszego życia.
Miastem spacerów.
Spotkań.
Pierwszych pocałunków.
Powrót tam teraz, kiedy byli małżeństwem i oczekiwali dziecka, miał w sobie coś niezwykłego.
Nie wiedziała jeszcze, że podczas tych świąt jedno niewinne spotkanie pozostanie w jej pamięci na znacznie dłużej.
W domu mamy Andrzeja panowała świąteczna atmosfera.
Pachniało choinką i przygotowanymi potrawami.
Rozmowy mieszały się ze śmiechem.
Mariola siedziała wśród rodziny Andrzeja, spokojna i szczęśliwa.
I wtedy go zobaczyła.
Darka.
Wtedy był piętnastoletnim chłopcem, który puścił jej oko.
Zabawny gest.
Nic więcej.
Teraz przez moment nie była pewna, czy patrzy na tę samą osobę.
Darek miał szesnaście lat, ale przez ostatni rok bardzo się zmienił. Wydawał się wyższy, pewniejszy siebie i dojrzalszy.
Mariola spojrzała na niego trochę dłużej, niż zamierzała.
Bardziej ze zdziwienia niż z czegokolwiek innego.
To naprawdę Darek?
Chłopak zauważył jej spojrzenie.
Ich oczy spotkały się.
Mariola natychmiast odwróciła wzrok.
Poczuła zakłopotanie.
I właśnie wtedy zauważyła, że Andrzej patrzy na nią.
Nie powiedział nic.
Ale znała już to spojrzenie.
Zazdrość.
Andrzej również znał siebie wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, co się z nim dzieje.