CZĘŚĆ II — RAZEM
Jeszcze bardziej twoja
Czerwiec 1983 roku przyniósł Mazurkom kolejną wielką zmianę.
Urodziła się Sabrina.
Kiedy Andrzej po raz pierwszy wziął drugą córkę na ręce, długo nie potrafił nic powiedzieć. Patrzył na maleńką twarz, zaciśnięte piąstki i ciemne włoski, a potem przeniósł wzrok na Mariolę.
Była zmęczona, blada i szczęśliwa.
— No i co? — zapytała cicho.
Andrzej uśmiechnął się.
— Znowu mi się udało.
— Tobie?
— Nam.
Mariola wyciągnęła rękę.
Andrzej podszedł bliżej, a ona dotknęła jego policzka.
— Ładna?
Spojrzał na córkę.
— Piękna.
— Po kim?
— Po mnie.
Mariola parsknęła śmiechem.
— Oddaj mi dziecko.
— Dlaczego?
— Bo już zaczynasz opowiadać jej głupoty.
Podał jej Sabrinę, ale zanim się odsunął, pocałował Mariolę w czoło.
— Dziękuję.
Spojrzała na niego.
— Za co?
Andrzej przez moment nie odpowiadał.
— Za was wszystkie.
Mariola uśmiechnęła się, a w jej oczach pojawiły się łzy.
Teraz rzeczywiście były trzy.
Mariola.
Dominika.
Sabrina.
Trzy kobiety, wokół których miał obracać się jego świat.
Tamtego lata nie pojechali nad morze.
Sabrina była jeszcze zbyt mała, a Mariola nie chciała urządzać kilkutygodniowej wyprawy z niemowlęciem. Po raz pierwszy od dawna wakacje oznaczały więc pozostanie w Tychach.
Dominika początkowo nie była zachwycona.
— Wcale nie pojedziemy?
— W tym roku nie — tłumaczyła Mariola.
— Ani na troszeczkę?
— Ani na troszeczkę.
Dominika spojrzała na śpiącą siostrę.
— Przez nią?
Mariola natychmiast spoważniała.
— Nie przez nią. Dla niej.
Dziewczynka zastanowiła się.
— A za rok pojedzie z nami?
— Oczywiście.
— To dobrze.
Pochyliła się nad łóżeczkiem.
— Słyszysz, Sabrina? Masz rok, żeby urosnąć.
Andrzej, który właśnie wszedł do pokoju, zaczął się śmiać.
— I najlepiej szybko, bo siostra nie będzie czekała.
Dom zmienił swój rytm.
Pojawiły się pieluchy, butelki, kąpiele, nocne pobudki i ciche rozmowy nad łóżeczkiem. Dominika z dumą pełniła rolę starszej siostry, choć jej zapał kończył się zwykle wtedy, kiedy Sabrina zaczynała płakać.
— Mamo!
— Co?
— Ona znowu chce ciebie!
Mariola czasem miała wrażenie, że całe jej życie składa się z karmienia, przewijania, prania i usypiania.
A jednak była szczęśliwa.
Naprawdę szczęśliwa.
Andrzej widział to każdego dnia.
I chyba właśnie dlatego zakochiwał się w niej jeszcze bardziej.
Macierzyństwo nie odebrało Marioli urody.
Przeciwnie.
Kilka miesięcy po porodzie wyglądała tak, że Andrzej czasami zatrzymywał na niej wzrok dłużej, niż zamierzał.
Było w niej coś nowego.
Kobiecość, której nie miała jako siedemnastoletnia dziewczyna poznana na cmentarzu.
Nadal była młoda i szczupła, ale jej uroda stała się dojrzalsza. W ruchach pojawiła się pewność siebie, a w spojrzeniu spokój kobiety, która wiedziała już, kim jest.
Nie tylko dziewczyną.
Nie tylko żoną.
Nie tylko matką.
Mariolą.
I najwyraźniej Andrzej nie był jedynym mężczyzną, który to zauważał.
Kiedy Andrzej był w pracy, Mariola niemal codziennie wychodziła z Sabriną na spacer.
Wózek.
Torba z rzeczami dla dziecka.
Czasami Dominika idąca obok.
I długie przechadzki po Tychach.
Początkowo Mariola nie zwracała uwagi na spojrzenia.
Później trudno było ich nie zauważać.
Mężczyźni oglądali się za nią.
Niektórzy tylko patrzyli.
Inni próbowali zagadywać.
— Przepraszam, która godzina?
Mariola odpowiadała i szła dalej.
— Może pomóc z wózkiem?
— Poradzę sobie.
— Mąż chyba szczęściarz.
Na to najczęściej się uśmiechała.
— Jest.
I odchodziła.
Zdarzało się, że ktoś szedł za nią kilka metrów, próbując przedłużyć rozmowę.
Mariola nie była zainteresowana.
Kiedyś podobna uwaga mogłaby ją poruszyć bardziej. Teraz komplement obcego mężczyzny trwał dla niej dokładnie tyle, ile potrzeba było, żeby go usłyszeć i zapomnieć.
Wracała do domu.
Do Andrzeja.
Koleżanki oczywiście wszystko widziały.
— Mariola, ty nawet z wózkiem nie możesz spokojnie przejść ulicą.
— Mogę.
— Przecież przed chwilą tamten prawie wszedł w słup, oglądając się za tobą.
Mariola roześmiała się.
— To jego problem.
— Tobie to naprawdę nic nie robi?
— Co ma mi robić?
Koleżanka spojrzała na nią z niedowierzaniem.
— Gdyby za mną tak faceci chodzili…
— To co?
— Przynajmniej bym korzystała.
Mariola poprawiła kocyk Sabriny.
— Ja już skorzystałam.
— Z czego?
Uśmiechnęła się.
— Wybrałam najlepszego.
Koleżanki przewracały oczami.
— Ty jesteś niemożliwa.
— Nie. Jestem zakochana.
I mówiła prawdę.
Po wszystkim, przez co przeszła z Andrzejem, zainteresowanie innych mężczyzn przestało mieć dla niej większą wartość.
Kiedyś szukała potwierdzenia, że nadal jest piękna i potrzebna.
Teraz nie musiała go szukać.
Wiedziała.
Widziała to każdego wieczoru w oczach własnego męża.
Pewnego dnia Andrzej wrócił z pracy wcześniej.
Marioli nie było.
Dominika również gdzieś wyszła, więc przez chwilę mieszkanie było niezwykle ciche.
Andrzej podszedł do okna.
Po kilku minutach zobaczył Mariolę.
Szła z wózkiem.
Kilka kroków obok niej szedł jakiś mężczyzna.
Andrzej natychmiast spoważniał.
Mężczyzna coś mówił.
Mariola odpowiedziała.
On powiedział coś jeszcze.
Mariola pokręciła głową i przyspieszyła.
Mężczyzna zatrzymał się.
Andrzej obserwował wszystko z góry.
Dawny Andrzej prawdopodobnie już układałby w głowie dziesięć różnych historii.
Teraz czekał.
Kilka minut później usłyszał klucz w zamku.
Mariola weszła z wózkiem.
— Jesteś?
— Jak widzisz.
Uśmiechnęła się i pocałowała go.
Andrzej spojrzał w stronę okna.
— Kto to był?
Mariola od razu zrozumiała.
— Aaa…
— Co „aaa”?
Zaczęła zdejmować Sabrinie czapeczkę.
— Jakiś człowiek.
— Jakiś?
— Andrzej.
Spojrzała na niego i zobaczyła znajome napięcie.
Tym razem jednak zamiast się zdenerwować, podeszła bliżej.
— Podrywał mnie.
Andrzej uniósł brwi.
— Tak po prostu?
— Tak po prostu.
— I co?
Mariola objęła go za szyję.
— I nic.
— Nic?
— Powiedziałam, że mam męża.
— To go powstrzymało?
— Niespecjalnie.
Andrzej zmarszczył brwi.
Mariola roześmiała się.
— Nie rób takiej miny.
— Jakiej?
— Jakbyś zaraz miał zejść na dół i go szukać.
— Nie mam zamiaru.
— Na pewno?
— Może trochę.
Mariola przyciągnęła jego twarz do swojej.
— Nie musisz mnie pilnować.
— Wiem.
— To dobrze.
Pocałowała go krótko.
Andrzej objął ją w pasie.
— Często się to zdarza?
Mariola zawahała się.
— Co?
— Że ktoś cię zaczepia.
Spojrzała na niego niewinnie.
— Czasami.
— Mariola.
— No dobrze. Dość często.
— Jak często?
Zaśmiała się.
— Prawie codziennie.
Andrzej patrzył na nią przez chwilę.
— Prawie codziennie?
— Mniej więcej.
— I nic mi nie mówiłaś?
— A po co?
— Nie wiem.
Mariola pogładziła go po karku.
— Może dlatego, że żaden z nich nie jest dla mnie ważny.
Andrzej spoważniał.
— A ja?
Przestała się uśmiechać.
— Ty jesteś ważny.
— Tylko?
Mariola zbliżyła usta do jego ucha.
— Ty jesteś mój.
Po plecach Andrzeja przebiegł przyjemny dreszcz.
— Nie mów tak, kiedy dzieci są w domu.
— Dlaczego?
— Bo potem będę miał problem.
Mariola odsunęła się od niego z niewinną miną.
— Jaki?
— Doskonale wiesz.
Roześmiała się i odeszła do Sabriny.
Andrzej patrzył za nią.
Zdecydowanie wiedziała.
Wieczory należały do rodziny.
Najpierw kąpiel Sabriny.
Dominika obowiązkowo pomagała.
— Nie lej jej do oczu!
— Dominika, wiem.
— Ale ona nie lubi.
— Ty też nie lubiłaś.
— Ja byłam inna.
Andrzej siedział obok z ręcznikiem.
— Oczywiście. Ty od urodzenia byłaś dorosła.
— Tato!
Śmiech wypełniał łazienkę.
Później Sabrina zasypiała.
Dominika szła do swojego łóżka.
W mieszkaniu gasły kolejne światła.
I wtedy przychodziła pora Marioli i Andrzeja.
Ich kilka godzin.
Czasami tylko kilkanaście minut, zanim zmęczenie wygrywało.
Ale należały do nich.
Pewnego wieczoru Mariola wyszła z łazienki i zobaczyła Andrzeja leżącego już w łóżku.
— Śpisz?
— Jeszcze nie.
— Szkoda.
Spojrzał na nią.
— Dlaczego?
— Bo chciałam cię obudzić.
Andrzej od razu się uśmiechnął.
Mariola zgasiła światło i wsunęła się obok niego.
Przez chwilę leżała spokojnie.
Potem jej dłoń odnalazła jego pierś.
— Co robisz? — zapytał.
— Nic.
— Znam twoje „nic”.
Mariola przysunęła się bliżej.
— Andrzej?
— Mhm?
— Jesteś zazdrosny?
— O tych wszystkich facetów?
— Tak.
Zastanowił się.
— Trochę.
— Niepotrzebnie.
— Łatwo ci powiedzieć.
Mariola uniosła się na łokciu.
W półmroku widziała jego twarz.
— Wiesz, dlaczego?
— Dlaczego?
Pochyliła się i pocałowała go.
Najpierw delikatnie.
Potem dłużej.
Andrzej objął ją i przyciągnął bliżej.
Kiedy się od niego odsunęła, oboje oddychali szybciej.
— Dlatego — szepnęła.
— To nie był argument.
— Nie?
— Potrzebuję więcej dowodów.
Mariola uśmiechnęła się.
— Ty się robisz bezczelny.
— Uczę się od żony.
Pocałowała go ponownie.
Tym razem Andrzej nie pozwolił jej odsunąć się tak szybko.
W ciągu dnia Mariola mogła być matką, która prowadziła wózek, gotowała obiad, prała pieluchy i odpowiadała Dominice na tysiąc pytań.
Wieczorem przypominała sobie, że jest również kobietą.
Jego kobietą.
I bardzo lubiła mu o tym przypominać.
Andrzej również nie protestował.
Wręcz przeciwnie.
Czasami rano spoglądał na żonę z rozbawieniem i mówił:
— Ty naprawdę powinnaś mniej chodzić na te spacery.
— Dlaczego?
— Bo wracasz z nich jakaś wyjątkowo energiczna.
Mariola rzucała w niego poduszką.
— Głupi jesteś.
— Ale zadowolony.
— Widać.
I właśnie w takich chwilach oboje czuli, że odzyskali coś, co kiedyś prawie zgubili.
Nie tylko zaufanie.
Nie tylko miłość.
Również pragnienie siebie.
Druga połowa 1983 roku nie przyniosła im wielkich podróży.
Nie było morza.
Nie było dalekich wyjazdów.
Były Tychy.
Ich mieszkanie.
Wózek Sabriny.
Dominika wracająca do domu z kolejną historią.
Andrzej zmęczony po pracy.
Mariola czekająca na odgłos klucza w zamku.
I właśnie wtedy odkrywali, że szczęście wcale nie musi wydarzać się daleko od domu.
Czasami szczęście miało postać śpiącego niemowlęcia.
Czasami córki wołającej:
— Tato, chodź!
Czasami obiadu jedzonego razem.
A czasami Marioli stojącej wieczorem w drzwiach sypialni i patrzącej na Andrzeja w sposób, po którym natychmiast wiedział, że tej nocy długo nie zaśnie.
Mężczyźni nadal oglądali się za nią na ulicy.
Niektórzy próbowali ją zatrzymać.
Inni komplementowali.
Koleżanki zazdrościły.
Mariola przyjmowała to wszystko z coraz większym rozbawieniem.
Bo żaden z tych mężczyzn nie znał jej naprawdę.
Nie wiedzieli, jak wygląda rano, zanim uczesze włosy.
Nie wiedzieli, jak płacze.
Jak się złości.
Jak martwi się o dzieci.
Jak potrafi śmiać się do łez.
Nie znali jej strachu ani marzeń.
Nie wiedzieli, jak mocno przytula się w nocy do człowieka, którego kocha.
Andrzej wiedział.
I właśnie dlatego to do niego wracała.
Każdego dnia.
Któregoś grudniowego wieczoru stali razem przy łóżeczku Sabriny.
Córeczka spała.
Dominika również już zasnęła.
Mariola oparła głowę na ramieniu męża.
— Szkoda ci trochę tego morza? — zapytała.
— Nie.
— Ani trochę?
Andrzej objął ją w pasie.
— Mam wszystkie moje dziewczyny tutaj. Po co mam gdzieś jechać?
Mariola uśmiechnęła się.
— Wszystkie?
— Wszystkie trzy.
Odwróciła się do niego.
— A którą kochasz najbardziej?
— Nie odpowiadam na takie pytania.
— Tchórz.
— Rozsądny mężczyzna.
Mariola objęła go za szyję.
— To inaczej. Którą najchętniej pocałujesz?
Andrzej spojrzał w stronę śpiącej Sabriny.
Potem na drzwi pokoju Dominiki.
Na końcu na żonę.
— W tej chwili?
— Mhm.
— Zdecydowanie ich mamę.
Mariola uśmiechnęła się.
— Dobra odpowiedź.
Pocałował ją.
W pokoju było cicho.
Za oknem leżały Tychy, zwyczajne, zimowe i dalekie od romantycznych miejsc, które pamiętali z pierwszych lat swojej miłości.
A jednak właśnie tutaj znajdowało się wszystko.
Ich dzieci.
Ich łóżko.
Ich wspólne poranki.
Ich zmęczenie.
Ich pocałunki.
Ich życie.
Osiem pierwszych lat nauczyło ich, jak łatwo można się zgubić.
Teraz zaczynali uczyć się czegoś zupełnie innego.
Jak pięknie można żyć, kiedy po wszystkich burzach dwoje ludzi wreszcie potrafi powiedzieć:
Jesteśmy razem.
I naprawdę wiedzieć, co te słowa znaczą.
Rozdział 2 — Białe święta
Grudzień 1983 roku przyniósł zimę, jakiej od dawna nie pamiętali.
Śnieg pojawił się nagle i niemal od razu przykrył Tychy grubą, białą warstwą. Dachy bloków, chodniki, drzewa i zaparkowane przy ulicach samochody wyglądały tak, jakby ktoś przez jedną noc odmienił całe miasto.
Dominika była zachwycona.
Każdego ranka podbiegała do okna i sprawdzała, czy śniegu przybyło.
— Mamo! Znowu pada!
Mariola, trzymając na rękach półroczną Sabrinę, podchodziła do córki.
— Widzę.
— Możemy wyjść?
— Najpierw śniadanie.
— Ale śnieg może zniknąć!
Andrzej, który właśnie zapinał koszulę przed wyjściem do pracy, roześmiał się.
— Przy takiej ilości raczej nie zdąży.
Dominika nie była przekonana.
— Skąd wiesz?
— Bo tata zna się na śniegu.
Mariola spojrzała na męża.
— Oczywiście. Kolejna specjalizacja.
— Jestem człowiekiem wielu talentów.
— Szczególnie w teorii.
Andrzej podszedł i pocałował ją w policzek.
— A jednak mnie kochasz.
Mariola poprawiła Sabrinę na rękach.
— Nie wiadomo dlaczego.
— Wiadomo.
Spojrzał jej w oczy.
— Bo jestem niepowtarzalny.
Mariola zaśmiała się.
— Idź już do pracy, zanim sam w to uwierzysz.
Andrzej pocałował Dominikę, potem pochylił się nad Sabriną i na końcu ponownie spojrzał na Mariolę.
Przez sekundę ich spojrzenia zatrzymały się na sobie dłużej.
Wciąż tak bywało.
Czasami pomiędzy zwykłym porannym pośpiechem, dziećmi, pracą i codziennymi obowiązkami nagle pojawiała się krótka chwila, która przypominała im, że zanim zostali rodzicami, byli przede wszystkim zakochanym mężczyzną i kobietą.
— Wróć wcześnie — powiedziała Mariola.
— Postaram się.
— Nie „postaram się”.
Andrzej uśmiechnął się.
— Wrócę.
To jedno słowo nadal miało dla niej większe znaczenie niż kiedyś.
Na Boże Narodzenie dostali zaproszenie do Gliwic.
Mariola bardzo się ucieszyła.
Mieszkały tam jej kuzynki, Mariola i Ala, z którymi od dzieciństwa łączyło ją wiele wspomnień. Spotkania nie zdarzały się już tak często jak dawniej, dlatego możliwość spędzenia kilku świątecznych dni razem wydawała jej się czymś szczególnym.
Andrzej również nie protestował.
— Trzy dni w Gliwicach?
— Trzy.
— Z dwiema Mariolami?
Mariola spojrzała na niego.
— Masz jakiś problem?
— Próbuję się przygotować psychicznie.
— Na co?
— Jedna Mariola w domu wystarcza mi całkowicie.
— Uważaj.
— Właśnie uważam.
Dominika przysłuchiwała się rozmowie.
— Będzie Agnieszka?
— Będzie — odpowiedziała Mariola.
Dziewczynka aż klasnęła.
Agnieszka, córka Ali, była mniej więcej w jej wieku i Dominika bardzo ją lubiła.
— To jedziemy!
Andrzej rozłożył ręce.
— No proszę. Decyzja zapadła.
Do Gliwic dotarli w świąteczny dzień.
Wszędzie leżał śnieg, a mróz szczypał w policzki. Andrzej niósł jedną z toreb, Mariola prowadziła Dominikę, a Sabrina była szczelnie otulona przed zimnem.
Pierwsze spotkanie odbywało się u kuzynki Marioli Szydlik.
W mieszkaniu było gwarno i ciepło. Pachniało jedzeniem, choinką i świątecznymi wypiekami. Przy stole siedzieli krewni, ktoś przynosił kolejne talerze, ktoś inny przesuwał krzesła, żeby zrobić miejsce dla następnych gości.
Andrzej lubił takie rodzinne spotkania.
Przynajmniej na początku.
Wśród gości był również Franek, krewny Szydlików.
Franek od początku wieczoru był niezwykle rozmowny.
Później stał się jeszcze bardziej rozmowny.
A kiedy wypił kilka kieliszków, jego zainteresowanie Mariolą zaczęło być coraz bardziej widoczne.
Najpierw podszedł tylko porozmawiać.
— Mariola, ty się w ogóle nie zmieniasz.
Mariola uśmiechnęła się.
— Zmieniam. Tylko powoli.
— Nie. Ty chyba robisz się coraz ładniejsza.
Andrzej, siedzący kilka kroków dalej, usłyszał to.
Nie zareagował.
Jeszcze.
Mariola przyjęła komplement spokojnie.
— Dziękuję.
Franek nachylił się i pocałował ją w policzek.
Mariola trochę się odsunęła.
— Franek…
— No co? Święta są!
Zaśmiał się i odszedł.
Andrzej spojrzał na żonę.
Mariola wzruszyła ramionami.
— Wypił.
Andrzej nie odpowiedział.
Kilka minut później Franek wrócił.
Tym razem objął Mariolę ramieniem.
— Chodź, piękna kuzynko.
Mariola natychmiast wyswobodziła się z jego uścisku.
— Franek, wystarczy.
— Przecież żartuję.
Andrzej odłożył szklankę.
Mariola zauważyła jego twarz.
Znała tę minę.
Jeszcze chwilę.
Franek ponownie pocałował ją w policzek.
Tym razem Andrzej wstał.
— Może już wystarczy tych żartów.
Rozmowy przy stole ucichły niemal natychmiast.
Franek spojrzał na niego.
— Co ci jest?
— Nic mi nie jest. Po prostu nie podoba mi się, że co chwilę obejmujesz i całujesz moją żonę.
Mariola podeszła bliżej.
— Andrzej…
Franek roześmiał się.
— Człowieku, przecież nic się nie dzieje.
Andrzej nie odpowiedział.
Wtedy odezwał się mąż Marioli Szydlik.
— Andrzej, spokojnie. Przecież nic się nie dzieje. To tylko żarty.
Andrzej spojrzał na niego.
— Dla ciebie może żarty.
W pokoju zrobiło się niezręcznie.
Mariola poczuła, że atmosfera świątecznego spotkania w jednej chwili zupełnie się zmieniła.
— Andrzej, chodź na chwilę — powiedziała cicho.
Wyszli do drugiego pokoju.
Kiedy zostali sami, Mariola zamknęła drzwi.
— Co ty robisz?
Andrzej spojrzał na nią.
— Ja?
— Tak, ty.
— Ten facet co chwilę cię obmacuje.
— Nie obmacuje.
— Obejmuje.
— Bo wypił.
— To go usprawiedliwia?
Mariola westchnęła.
— Nie.
— No właśnie.
Przez chwilę patrzyła na męża.
Wiedziała, że ma prawo czuć się niekomfortowo.
Ale wiedziała też, że jego zazdrość właśnie zaczyna psuć święta.
Podeszła bliżej.
— Andrzej.
— Co?
— Spójrz na mnie.
Spojrzał.
— Czy ja daję mu jakikolwiek powód, żeby myślał, że mi się to podoba?
— Nie.
— Czy flirtuję z nim?
— Nie.
— Czy go zachęcam?
Andrzej odwrócił wzrok.
— Nie.
Mariola dotknęła jego dłoni.
— To zaufaj mi.
Andrzej milczał.
— Ja naprawdę nie potrzebuję żadnego Franka, żeby mnie przytulał.
— Wiem.
Mariola zbliżyła się jeszcze bardziej.
— Mam od tego ciebie.
Spojrzał na nią.
— I wystarcza ci?
Mariola uśmiechnęła się.
— Zdecydowanie.
Andrzej objął ją w pasie.
— Nadal mnie denerwuje.
— Możesz się denerwować.
— Dziękuję za pozwolenie.
— Ale nie rób awantury.
— Nie robię awantury.
Mariola uniosła brwi.
— Jeszcze.
Andrzej w końcu się uśmiechnął.
— Dobrze.
— Dobrze?
— Postaram się zachowywać.
Mariola pocałowała go krótko.
— To jest mój grzeczny mąż.
— Nie przesadzaj.
— Już lepiej?
— Trochę.
— A jak chcesz, mogę cię pocałować jeszcze raz.
Andrzej spojrzał na drzwi.
— Tutaj?
— A czego się boisz?
— Że Franek będzie zazdrosny.
Mariola wybuchnęła śmiechem.
Napięcie trochę opadło.
Nie zniknęło jednak całkowicie.
Do końca wieczoru Andrzej patrzył na Franka znacznie częściej, niż chciałby się do tego przyznać.
Franek natomiast chyba zrozumiał granicę i więcej już do Marioli nie podchodził.
Mimo to atmosfera nie odzyskała wcześniejszej swobody.
Święta, które miały być pełne śmiechu, zrobiły się trochę zbyt ostrożne.
Marioli było przykro.
Nie za siebie.
Za Andrzeja.
Wiedziała przecież, skąd bierze się jego zazdrość.
Ich przeszłość nauczyła go, jak łatwo można przestraszyć się nawet niewinnej sytuacji.
Następnego dnia pojechali do Ali.
I tam wszystko wyglądało zupełnie inaczej.
Od pierwszych minut było swobodnie.
Ciepło.
Rodzinnie.
Dominika niemal natychmiast zniknęła z Agnieszką w pokoju.
Dziewczynki wyciągnęły zabawki, zaczęły wymyślać własne historie i po kilku minutach dorosły świat przestał dla nich istnieć.
— Nie biegajcie tak! — zawołała Ala.
— Dobrze! — odpowiedziały obie.
Po czym pobiegły jeszcze szybciej.
Andrzej roześmiał się.
— Posłuszne.
— Jak wszystkie dzieci — powiedziała Mariola.
Sabrina większość czasu spędzała spokojnie na rękach mamy albo spała.
Andrzej siedział przy stole obok Marioli.
Od czasu do czasu ich kolana stykały się pod obrusem.
Mariola raz po raz spoglądała na niego z lekkim uśmiechem.
W końcu nachyliła się.
— Dzisiaj dobrze?
— Bardzo.
— Nikt mnie jeszcze nie pocałował.
Andrzej spojrzał na nią.
— Mogę naprawić ten problem.
— Tutaj?
— Przecież to tylko żarty.
Mariola od razu zrozumiała aluzję do poprzedniego wieczoru.
— Andrzej!
Roześmiał się.
Ala spojrzała na nich z drugiego końca stołu.
— Co wy tam kombinujecie?
Mariola od razu odpowiedziała:
— Nic.
Andrzej pokiwał głową.
— Bardzo podejrzane „nic”.
— Cicho.
Ala roześmiała się.
— Wy naprawdę nadal zachowujecie się czasami jak para nastolatków.
Mariola spojrzała na Andrzeja.
— To źle?
— Wręcz przeciwnie.
Andrzej objął żonę ramieniem.
— Widzisz? Mamy pozwolenie.
Mariola oparła się o niego.
I właśnie taki miał być ten dzień.
Bez napięcia.
Bez dawnych lęków.
Rodzina.
Dzieci.
Śmiech.
Ciepło.
Wieczorem, kiedy dziewczynki były już zmęczone zabawą, Dominika usiadła obok Marioli.
— Mamo?
— Tak?
— Mogę kiedyś spać u Agnieszki?
Mariola spojrzała na Alę.
— Jeśli Ala pozwoli.
— Pozwolę.
Dominika ucieszyła się.
— To dzisiaj!
Dorośli wybuchnęli śmiechem.
— Nie dzisiaj — powiedział Andrzej.
— Dlaczego?
— Bo jutro jedziemy.
— Dokąd?
— Do domu.
Dominika zrobiła smutną minę.
— Już?
Mariola pogładziła ją po włosach.
— Jeszcze się zobaczycie.
— Kiedy?
— Niedługo.
Dominika westchnęła.
— Dorośli zawsze mówią „niedługo”.
Andrzej spojrzał na Mariolę.
— Ma rację.
— Nie pomagaj jej.
— Tylko stwierdzam fakt.
Po trzech dniach wrócili do Tychów.
Śniegu było jeszcze więcej.
Kiedy wysiedli, Dominika natychmiast zaczęła brodzić po białych zaspach.
— Dominika, uważaj! — wołała Mariola.
— Nic mi nie jest!
Andrzej niósł torby i zerkał na żonę.
Mariola trzymała Sabrinę blisko siebie, osłaniając ją przed zimnem.
— Zmęczona? — zapytał.
— Trochę.
— Świętami czy rodziną?
Spojrzała na niego.
— Tobą.
Andrzej roześmiał się.
— Wiedziałem.
Mariola szturchnęła go ramieniem.
— Ale i tak było dobrze.
— Drugi dzień.
— Pierwszy też.
Andrzej zrobił minę człowieka, który ma odmienne zdanie.
Mariola uśmiechnęła się.
— Z wyjątkiem jednego zazdrosnego męża.
— Bardzo śmieszne.
— I jednego pijanego Franka.
— Jeszcze mniej śmieszne.
— Andrzej…
Wsunęła dłoń pod jego ramię.
— Już po wszystkim.
Spojrzał na nią.
— Wiem.
— To się uśmiechnij.
— Nie na rozkaz.
Mariola stanęła przed nim.
— Naprawdę?
Pocałowała go w policzek.
— A teraz?
Uśmiechnął się.
— Trochę.
Pocałowała go drugi raz.
— Teraz?
— Lepiej.
— Jeszcze jeden?
— Możesz próbować.
Mariola roześmiała się i ruszyła dalej.
— Zapomnij.
Andrzej patrzył za nią przez chwilę.
Po tylu latach nadal potrafiła jednym spojrzeniem, jednym pocałunkiem i jednym uśmiechem całkowicie zmienić mu nastrój.
Sylwestra postanowili spędzić w domu.
Tylko we czworo.
Nie potrzebowali prywatki.
Nie potrzebowali głośnego towarzystwa.
Nie potrzebowali nawet wielkich planów.
Za oknem padał śnieg.
Wieczorem Tychy wyglądały niemal bajkowo. Światła latarni odbijały się od białych ulic, a płatki śniegu wirowały w powietrzu.
Dominika za wszelką cenę chciała wytrzymać do północy.
— Nie zasnę.
— Oczywiście — powiedziała Mariola.
— Naprawdę!
Andrzej spojrzał na zegar.
— Jest dopiero dziewiąta.
— Wytrzymam.
O wpół do dziesiątej Dominika ziewnęła.
— Nie jestem śpiąca.
O dziesiątej leżała już pod kocem.
— Tylko odpoczywam.
Kilka minut później spała.
Andrzej przykrył ją dokładniej.
— Bohaterka poległa.
Mariola trzymała na rękach Sabrinę.
— Druga chyba też zaraz odpadnie.
Sabrina rzeczywiście zasnęła chwilę później.
Zanieśli dzieci do łóżek.
Kiedy wrócili do salonu, mieszkanie nagle ucichło.
Andrzej zamknął drzwi.
Mariola spojrzała na niego.
— No i zostaliśmy sami.
— W końcu.
— Co to ma znaczyć?
Andrzej podszedł bliżej.
— Że bardzo kocham nasze dzieci.
— Ale?
Objął ją.
— Czasami jeszcze bardziej lubię, kiedy śpią.
Mariola roześmiała się.
— Wyrodny ojciec.
— Zakochany mąż.
To brzmiało zdecydowanie lepiej.
Mariola oparła dłonie na jego piersi.
— Wiesz, że to był dobry rok?
Andrzej zastanowił się.
— Sabrina.
— Przede wszystkim.
— Dominika rośnie.
— My jesteśmy razem.
Andrzej spojrzał na nią.
— To chyba najważniejsze.
Mariola zamilkła.
Potem przysunęła się bliżej.
— Dla mnie też.
Kiedy zbliżała się północ, zgasił główne światło.
Zostawili tylko niewielką lampkę.
Za oknem wciąż padał śnieg.
Nie było wielkiego odliczania ani tłumu ludzi.
Byli oni.
Andrzej.
Mariola.
Za ścianą spały ich dwie córki.
Andrzej nalał po odrobinie szampana.
— Za nas?
Mariola spojrzała na kieliszek.
— Za naszą czwórkę.
— Za Dominikę.
— Za Sabrinę.
— Za ciebie.
Mariola uśmiechnęła się.
— I za ciebie.
Stuknęli się delikatnie kieliszkami.
W oddali zaczęły pojawiać się pierwsze wystrzały.
Nad miastem rozbłysło kilka sztucznych ogni.
Andrzej objął żonę.
— Wszystkiego najlepszego, Mariolko.
Mariola popatrzyła mu w oczy.
— Wszystkiego najlepszego, Andrzejku.
— Czego sobie życzysz?
Zastanowiła się.
Kiedyś życzyłaby sobie podróży.
Większego mieszkania.
Pieniędzy.
Spokoju.
Teraz odpowiedź przyszła sama.
— Żeby tak zostało.
— Jak?
Objęła go mocniej.
— Żebyśmy byli razem.
Andrzej pocałował ją w czoło.
— Tego też chcę.
Mariola spojrzała na niego figlarnie.
— I żebyś był trochę mniej zazdrosny.
Andrzej westchnął.
— Wiedziałem, że coś zepsujesz.
— Szczęśliwego Nowego Roku.
Pocałowała go.
Tym razem nie w policzek.
Długo.
Spokojnie.
Tak, jak całuje się człowieka, którego zna się już niemal na pamięć, a mimo to nadal chce się poznawać.
Kiedy się od siebie odsunęli, Andrzej uśmiechnął się.
— Teraz mogę być zazdrosny?
— O kogo?
— O każdego, kto chciałby dostać taki pocałunek.
Mariola pogładziła go po policzku.
— Nie dostanie.
— Skąd wiesz?
Spojrzała mu prosto w oczy.
— Bo wszystkie najlepsze zostawiam dla ciebie.
Andrzej przyciągnął ją ponownie.
Za oknem śnieg przykrywał Tychy.
W dziecięcych pokojach spokojnie spały Dominika i Sabrina.
A Mariola i Andrzej witali kolejny rok wtuleni w siebie.
Nie wiedzieli jeszcze, że 1984 przyniesie nowe decyzje, pieniądze, plany wyjazdów i pytania o przyszłość znacznie dalszą niż Tychy.
Tamtej nocy nic z tego nie miało znaczenia.
Mieli dom.
Dwie córki.
Siebie.
I po wszystkich burzach pierwszych lat właśnie to wydawało im się największym bogactwem.
Nowy rok zaczynali dokładnie tak, jak chcieli przeżyć dalszą część swojego życia.
Razem.
Rozdział 3 — Rok 1984
Wielkanoc 1984 roku przyszła wraz z pierwszymi oznakami wiosny. Zima nie chciała jeszcze całkiem ustąpić, w zacienionych miejscach leżały resztki brudnego śniegu, lecz słońce pojawiało się coraz częściej i nawet Kraków, szary po długich zimowych miesiącach, zaczynał nabierać innych barw.
Mazurów znów ciągnęło do rodzinnego miasta.
Pakowanie przy dwójce dzieci nie przypominało już dawnych wyjazdów, kiedy Mariola mogła wrzucić kilka rzeczy do torby i właściwie była gotowa. Teraz niemal każda rzecz wydawała się niezbędna, zwłaszcza gdy chodziło o Sabrinę, a Andrzej, obserwując rosnącą stertę bagażu, w pewnym momencie tylko pokręcił głową.
— My jedziemy na Wielkanoc czy się przeprowadzamy?
Mariola nawet na niego nie spojrzała.
— Jak czegoś zabraknie, ty będziesz po to wracał.
Andrzej natychmiast przestał komentować.
Dominika, która słyszała rozmowę, roześmiała się tak głośno, że obudziła Sabrinę.
— No i pięknie — powiedziała Mariola. — Teraz możesz się wykazać.
— Czym?
— Ojcostwem.
Podała mu młodszą córkę, a sama wróciła do pakowania.
Andrzej wziął Sabrinę na ręce i zaczął spacerować z nią po mieszkaniu. Dziewczynka początkowo marudziła, ale po chwili uspokoiła się przytulona do ojca.
Mariola zerknęła na nich i mimowolnie się uśmiechnęła.
Lubiła taki widok.
Andrzej z dzieckiem na rękach wciąż wywoływał w niej szczególne wzruszenie. Może dlatego, że pamiętała czasy, kiedy wszystko inne potrafiło być dla niego ważniejsze od domu, a może po prostu z każdym rokiem coraz mocniej kochała mężczyznę, którym się stawał.
— Co się patrzysz? — zapytał, zauważając jej spojrzenie.
— Patrzę na mojego męża.
— I?
Mariola podeszła bliżej, poprawiła kocyk otulający Sabrinę, a potem pocałowała Andrzeja w policzek.
— Może być.
— Tylko może?
Spojrzała mu w oczy.
— Bardzo może.
— To już lepiej.
Chciał ją pocałować, ale Mariola cofnęła głowę i wskazała na Sabrinę.
— Najpierw obowiązki.
— Zawsze coś.
— Sam chciałeś mieć dzieci.
— Ciebie też chciałem.
Mariola uśmiechnęła się szerzej.
— Mnie już masz.
— I właśnie dlatego nie narzekam.
Ich spojrzenia zatrzymały się na sobie odrobinę dłużej, niż wymagała zwyczajna rozmowa.
Dominika natychmiast zepsuła chwilę.
— Mamo! Gdzie jest moja lalka?
Mariola zamknęła oczy.
— I to jest właśnie małżeństwo — mruknął Andrzej.
Roześmiali się oboje.
Kraków oznaczał rodzinę, świąteczny stół, rozmowy ciągnące się godzinami i nieustanne przechodzenie z jednego mieszkania do drugiego.
Dominika była zachwycona. Dla niej nawet ciasnota miała swoje zalety, bo zawsze ktoś był w pobliżu, zawsze można było znaleźć kogoś do zabawy, a dorośli przy świątecznym stole znacznie łatwiej niż na co dzień zapominali o zakazach.
Sabrina przechodziła z rąk do rąk.
Każdy chciał ją potrzymać.
Każdy miał własną teorię, do kogo jest podobna.
— Cała Mariola.
— Gdzie tam, oczy Andrzeja.
— Nos Marioli.
— Ale charakter będzie po ojcu.
Mariola spojrzała na męża.
— Biedne dziecko.
— Bardzo śmieszne.
Przy stole ktoś się roześmiał.
Andrzej nachylił się do żony.
— Wieczorem ci przypomnę, jaki mam charakter.
Mariola spojrzała na niego spod rzęs.
— Grozisz mi?
— Ostrzegam.
— Już się boję.
Powiedziała to jednak takim tonem, że Andrzej doskonale wiedział, iż strach jest ostatnią rzeczą, którą ma na myśli.
Po tylu latach wystarczało im czasem jedno spojrzenie.
Jedno zdanie wypowiedziane przy innych.
Muśnięcie dłoni pod stołem.
Między nimi ponownie istniało coś, co przez pewien czas niemal zgubili — nie tylko uczucie, lecz także pragnienie bycia blisko siebie.
Mariola była matką dwóch córek, miała codzienne obowiązki, nieprzespane czasem noce i tysiące drobnych spraw na głowie, a jednak przy Andrzeju nadal chciała czuć się przede wszystkim kobietą.
On nie pozwalał jej o tym zapomnieć.
Czasami wystarczyło, że patrzył.
Mariola znała ten wzrok.
I bardzo go lubiła.
Podczas pobytu w Krakowie spotkała się również z Martą.
Ich znajomość, która początkowo wydawała się przypadkowa, zdążyła już przerodzić się w prawdziwą przyjaźń. Mogły rozmawiać o dzieciach, mężach, codziennych troskach i rzeczach, o których łatwiej mówiło się drugiej kobiecie niż komukolwiek innemu.
Darek nadal odbywał służbę wojskową i miał wrócić jesienią.
Marta coraz gorzej znosiła rozłąkę.
— Czasami mam wrażenie, że jestem mężatką tylko na papierze — powiedziała, kiedy siedziały razem przy herbacie. — Damian ma ojca, ja mam męża, tylko że właściwie ciągle go nie ma.
Mariola przez chwilę milczała.
— Najgorsza jest chyba samotność we dwoje — powiedziała w końcu. — Kiedy człowiek formalnie nie jest sam, a jednak wieczorem nie ma do kogo się odezwać.
Marta spojrzała na nią uważnie.
— Ty chyba dobrze wiesz, o czym mówisz.
Mariola uśmiechnęła się lekko.
— Wiem. Ale wiem też, że wiele można jeszcze naprawić, jeśli oboje tego chcą.
Nie wracała do szczegółów.
Nie było takiej potrzeby.
Jej życie znajdowało się już gdzie indziej.
Kiedy wróciła wieczorem, Andrzej siedział z Dominiką, a Sabrina spała mu na piersi. Dziewczynka trzymała ojca za jeden palec, jakby nawet przez sen pilnowała, żeby nigdzie nie odszedł.
Mariola zatrzymała się w drzwiach.
Ten obraz poruszył ją bardziej niż rozmowa z Martą.
Andrzej zauważył żonę.
— Cicho — szepnął. — Dopiero zasnęła.
Mariola zdjęła buty i podeszła bliżej.
— Daj mi ją.
— Nie trzeba.
— Zdrętwieje ci ręka.
— Już zdrętwiała.
— To dlaczego jej nie odłożysz?
Andrzej spojrzał na śpiącą córkę.
— Bo mi jej szkoda budzić.
Mariola poczuła ciepło rozlewające się gdzieś pod sercem.
Pochyliła się i pocałowała go.
Najpierw krótko.
Potem drugi raz, wolniej.
Andrzej spojrzał na nią zaskoczony.
— Za co?
— Za nic.
— Takich pocałunków nie daje się za nic.
Mariola uśmiechnęła się.
— To za całokształt.
— Muszę częściej siedzieć z dzieckiem.
— Zdecydowanie.
Po świętach wrócili do Tychów, gdzie życie ponownie zamknęło ich w swoim zwyczajnym rytmie.
Andrzej pracował, Mariola zajmowała się dziećmi, Dominika stawała się coraz bardziej samodzielna, a Sabrina rosła niemal z tygodnia na tydzień.
Właśnie ta codzienność okazała się dla Marioli czymś niezwykle cennym.
Nie potrzebowała już nieustannych wydarzeń.
Lubiła czekać na charakterystyczny dźwięk klucza w zamku, kiedy Andrzej wracał z pracy. Lubiła patrzeć, jak Dominika biegnie do ojca, zanim zdąży zdjąć kurtkę, i jak Sabrina wyciąga do niego ręce.
Najbardziej jednak lubiła późne wieczory.
Kiedy dzieci wreszcie zasypiały, mieszkanie cichło, a oni odzyskiwali choć godzinę tylko dla siebie.
Czasami rozmawiali.
Czasami siedzieli przytuleni.
A czasami rozmowa szybko przestawała być potrzebna.
Mariola po urodzeniu Sabriny znów czuła się piękna. Zauważała spojrzenia mężczyzn na ulicy, lecz nie robiły już na niej większego wrażenia. Znacznie bardziej obchodziło ją spojrzenie jednego człowieka, szczególnie wieczorami, kiedy dzieci spały, a Andrzej obejmował ją w talii i przyciągał do siebie tak, jakby cały dzień czekał właśnie na tę chwilę.
— Co? — pytała czasami, choć doskonale wiedziała.
— Nic.
— Znowu to twoje „nic”.
— Patrzę na żonę.
— Napatrzyłeś się przez tyle lat.
— Widocznie jeszcze nie.
Mariola wtedy się uśmiechała.
Lubiła prowokować go drobnymi gestami, przechodząc obok odrobinę bliżej, niż było trzeba, albo zatrzymując pocałunek o sekundę dłużej. Andrzej szybko odpowiadał tym samym, a ona czuła wtedy, że pod warstwą codzienności, dziecięcych zabawek, prania, pracy i rachunków nadal są tym samym mężczyzną i kobietą, którzy kiedyś nie potrafili oderwać od siebie oczu.
Tyle że teraz ich miłość była inna.
Dojrzalsza.
Bezpieczniejsza.
A jednocześnie wcale nie spokojniejsza, kiedy zostawali sami.
Bywały noce, kiedy Mariola oddawała Andrzejowi całą nagromadzoną przez dzień energię, tęsknotę i kobiecą potrzebę bliskości, a on przyjmował ją z zachwytem, który po tylu latach nadal potrafił wywołać na jej twarzy rumieniec.
Nad ranem leżeli przytuleni, zmęczeni i szczęśliwi, dopóki z sąsiedniego pokoju nie rozlegało się:
— Mamo!
Mariola wtedy zamykała oczy.
— Twoja kolej.
— Dlaczego moja?
— Bo ja byłam zajęta w nocy.
Andrzej parskał śmiechem.
— Sama zaczęłaś.
Mariola otwierała jedno oko.
— Idziesz czy mam ci przypomnieć, kto tu rządzi?
— Już idę.
Wstawał, a Mariola patrzyła za nim z uśmiechem.
Tak wyglądało ich szczęście.
Nie idealnie.
Nie jak w romansach.
Z dzieckiem budzącym się o niewłaściwej porze, ze zmęczeniem, obowiązkami i pracą następnego dnia.
Ale prawdziwie.
Latem zaczęli coraz częściej rozmawiać o przyszłości.
Andrzej nie był człowiekiem, któremu wystarczało pogodzenie się z rzeczywistością. Chciał więcej nie tyle dla siebie, ile dla Marioli i dziewczynek.
Polska codzienność coraz bardziej go męczyła. Kolejki, problemy z kupieniem najprostszych rzeczy, ciągłe kombinowanie i poczucie, że nawet ciężka praca nie daje rodzinie takiej przyszłości, jakiej dla niej pragnął, sprawiały, że pewna myśl powracała coraz częściej.
Niemcy.
Monachium.
Krzysiek.
Ludzie, którzy wyjeżdżali i próbowali zaczynać od początku.
Początkowo Mariola traktowała te rozmowy jak kolejne marzenie Andrzeja.
Pewnego wieczoru zrozumiała jednak, że tym razem jest inaczej.
Sabrina już spała, Dominika siedziała w swoim pokoju, a Andrzej przy kuchennym stole robił jakieś notatki.
Mariola stanęła za nim.
— Co robisz?
— Myślę.
— Niedobrze.
— Dlaczego?
— Bo jak ty zaczynasz za dużo myśleć, później cała rodzina gdzieś jedzie.
Andrzej roześmiał się.
— Tym razem może trochę dalej.
Mariola przestała się uśmiechać.
— Niemcy?
Skinął głową.
Usiadła obok.
— Naprawdę chcesz wyjechać?
— Coraz bardziej.
— Na jak długo?
Andrzej spojrzał jej w oczy.
I właśnie po tym spojrzeniu zrozumiała.
— Nie na wakacje — powiedziała.
— Nie.
Mariola spuściła wzrok.
Przez kilka sekund przesuwała palcem po krawędzi stołu.
— Boję się.
Andrzej odłożył długopis.
— Wiem.
— Nie znasz nawet wszystkiego, czego się boję.
— To mi powiedz.
Mariola spojrzała na niego.
— Języka. Obcego miasta. Tego, że nikogo nie będę znała. Że zatęsknię za mamą. Za Krakowem. Nawet za tym mieszkaniem.
Andrzej ujął jej dłoń.
— A najbardziej?
Mariola odpowiedziała dopiero po chwili.
— Że wyjedziemy tam po lepsze życie, a po drodze zgubimy to, które już mamy.
Andrzej patrzył na nią długo.
Potem wstał, podszedł do jej krzesła i przykucnął przed nią.
— Spójrz na mnie.
Mariola podniosła wzrok.
— Ja nie chcę jechać bez tego życia.
— Co masz na myśli?
— Ciebie. Dziewczynki. Nas.
Objął ją w pasie.
— Nie jadę szukać nowej rodziny ani nowego siebie. Chcę tylko znaleźć dla nas miejsce, w którym będzie trochę łatwiej.
Mariola przesunęła palcami po jego włosach.
— A jeśli nie będzie?
— To będziemy się martwić razem.
— Ładnie powiedziane.
— Nauczyłem się od ciebie.
Uśmiechnęła się.
Andrzej pocałował ją delikatnie.
Mariola odpowiedziała na pocałunek, obejmując go za szyję, i przez kilka chwil Niemcy, pieniądze, dokumenty oraz wszystkie problemy przyszłości przestały istnieć.
Byli tylko oni.
Kiedy się od siebie odsunęli, Andrzej oparł czoło o jej czoło.
— Pojedziesz ze mną?
Mariola spojrzała mu w oczy.
— Głupie pytanie.
— Dlaczego?
— Bo dokąd ja mam jechać bez ciebie?
Tym razem pocałował ją jeszcze raz.
Jesienią Darek zakończył służbę wojskową.
Mariola dowiedziała się o tym od Marty i przyjęła wiadomość bez większych emocji. Bardziej interesowało ją, jak przyjaciółka odnajdzie się po tak długiej rozłące z mężem i czy będą potrafili na nowo nauczyć się wspólnego życia.
Sama wiedziała już, że bliskość nie wraca tylko dlatego, że dwoje ludzi ponownie znajduje się pod jednym dachem.
Trzeba ją budować.
Czasami rozmową.
Czasami cierpliwością.
Czasami zwyczajnym dotykiem.
Tego wieczoru, kiedy wspomniała Andrzejowi o powrocie Darka, mąż jedynie skinął głową.
— To Marta się pewnie cieszy.
— Mam nadzieję.
I na tym rozmowa się skończyła.
Mariola zauważyła to dopiero później.
Jeszcze kilka lat wcześniej samo imię Darka potrafiło zmienić atmosferę w ich domu.
Teraz było tylko imieniem człowieka należącego do innej rodziny.
I chyba właśnie to najlepiej świadczyło o tym, jak daleko zaszli.
Pod koniec roku rozmowy o Niemczech stawały się coraz konkretniejsze.
Andrzej zapisywał wszystko.
Dokumenty.
Mieszkanie.
Pracę.
Bagaże.
Podróż.
Pieniądze na początek.
Mariola patrzyła na kolejne kartki z rosnącym rozbawieniem.
— Ty chcesz zaplanować nawet to, kiedy będziemy oddychać?
— Jeżeli pomoże nam to przejechać granicę, mogę zapisać.
— Andrzej…
— Musimy być przygotowani.
— Mamy dwoje dzieci. Nigdy nie będziemy przygotowani.
Andrzej podniósł głowę.
— To akurat prawda.
Największym problemem było mieszkanie, ponieważ było związane z pracą Andrzeja. Wyjazd wymagał więc znacznie więcej niż kupienia biletów i spakowania walizek.
Mariola miała natomiast własne zmartwienia.
Co zabrać?
Co zostawić?
Ile rzeczy potrzebuje Sabrina?
Co z zabawkami Dominiki?
Któregoś wieczoru zaczęła układać ubrania na łóżku.
Andrzej stanął w drzwiach.
— Co robisz?
— Sprawdzam.
— Co?
— Co zabierzemy.
Spojrzał na łóżko.
— Wszystko?
— To jest dopiero początek.
Andrzej złapał się za głowę.
— Mariola, my jedziemy pociągiem.
— Właśnie dlatego.
— Dlatego?!
— W pociągu można zabrać więcej niż do samolotu.
Andrzej popatrzył na stertę.
— Ty chcesz zabrać pół mieszkania.
— Nie pół.
— Ile?
Mariola rozejrzała się.
— Zobaczymy.
— Szafę też?
— Jak będzie miejsce.
— Kupię jej osobny bilet.
Mariola rzuciła w niego sweterkiem Sabriny.
Andrzej złapał go w locie.
Dominika, która pojawiła się w drzwiach, patrzyła na rodziców.
— Gdzie jedziemy?
Zapadła cisza.
Andrzej i Mariola spojrzeli na siebie.
— Do Niemiec — odpowiedział ojciec.
Dominika weszła do pokoju.
— Naprawdę?
— Chcemy.
— Pociągiem?
— Tak.
Dziewczynka zastanawiała się przez chwilę.
— A gdzie będziemy mieszkać?
Andrzej usiadł na łóżku.
— Jeszcze dokładnie nie wiemy.
Dominika zmarszczyła brwi.
— To po co jedziemy?
Mariola usiadła obok męża.
Andrzej przez chwilę szukał odpowiedzi.
— Bo chcemy, żebyś ty i Sabrina miały kiedyś więcej możliwości.
— A tutaj jest źle?
To pytanie zatrzymało oboje.
Mariola wyciągnęła rękę do córki.
— Nie, kochanie. Tutaj nie jest źle.
Dominika podeszła bliżej.
— To dlaczego musimy wyjechać?
Andrzej wziął ją na kolana.
— Czasami można kochać swoje miejsce i jednocześnie chcieć zobaczyć, czy gdzieś indziej uda się zbudować coś jeszcze lepszego.
Dominika myślała przez chwilę, po czym zapytała:
— A mama jedzie?
— Jadę — odpowiedziała Mariola.
— Sabrina?
— Oczywiście.
Dominika spojrzała na ojca.
— A ty?
Andrzej uśmiechnął się.
— Ktoś musi nieść walizki.
Dominika zachichotała.
Po chwili jednak spoważniała.
— Czyli będziemy razem?
Mariola poczuła ścisk w gardle.
Przysunęła się do Andrzeja, a on objął ją wolnym ramieniem.
— Wszyscy — powiedział.
Dominika wtuliła się w rodziców.
Z pokoju obok dobiegł płacz Sabriny.
Mariola już chciała wstać, lecz Andrzej ją zatrzymał.
— Ja pójdę.
— Dlaczego?
Pochylił się i pocałował ją.
— Bo ty zostań chwilę z Dominiką.
Mariola patrzyła, jak wychodzi.
Po chwili usłyszała jego głos z sąsiedniego pokoju.
— No już, córeczko. Tata jest.
Dominika wtuliła się w mamę.
— Mamo?
— Tak?
— Ja chcę jechać, jeśli wszyscy jedziemy.
Mariola pocałowała ją w głowę.
— Ja też.
Kilka minut później Andrzej wrócił z Sabriną na rękach.
Usiadł obok.
Mariola poprawiła córeczce włosy, a potem spojrzała na całą swoją rodzinę.
Cztery osoby na jednym łóżku.
Trochę ściśnięte.
Trochę przestraszone tym, co miało nadejść.
Ale razem.
Andrzej spojrzał na Mariolę.
— Nadal się boisz?
— Tak.
— Ja też.
Mariola uniosła brwi.
— Ty się boisz?
— Bardziej, niż myślisz.
— Nie wyglądasz.
— Bo jestem ojcem. Ojciec ma wyglądać, jakby wszystko wiedział.
Mariola roześmiała się.
— To ci nie wychodzi.
— Dziękuję.
Po chwili spoważniał.
— Boję się, że wam będzie ciężko. Że będziesz tęsknić. Że Dominika nie odnajdzie się w nowym miejscu. Że nie dam wam tego, po co tam jedziemy.
Mariola dotknęła jego policzka.
— Nie musisz dawać nam wszystkiego.
— Chcę.
— Wiem.
Przysunęła się i pocałowała go.
— Dlatego z tobą jadę.
— Tylko dlatego?
Mariola spojrzała mu w oczy.
— Nie.
— To dlaczego jeszcze?
— Bo nadal cię kocham, wariacie.
Andrzej uśmiechnął się.
— Nadal?
Mariola pocałowała go jeszcze raz, tym razem dłużej.
Dominika natychmiast zaprotestowała:
— Mamo!
Rodzice odsunęli się od siebie.
— Co? — zapytała Mariola.
— My tu jesteśmy.
Andrzej wybuchnął śmiechem.
— Widzisz? Człowiek nawet własnej żony nie może pocałować.
Mariola spojrzała na córkę.
— Przyzwyczajaj się. To się jeszcze długo nie zmieni.
Andrzej popatrzył na żonę z wyraźnym zadowoleniem.
— Mam nadzieję.
Mariola wsunęła dłoń w jego rękę.
Za oknami Tychów zbliżał się koniec kolejnego roku, a gdzieś daleko na zachodzie znajdowało się miasto, którego jeszcze dobrze nie znali, lecz które coraz częściej pojawiało się w ich rozmowach.
Monachium.
Nie wiedzieli, co ich tam czeka.
Nie wiedzieli, czy znajdą mieszkanie, jak szybko nauczą się języka, ile razy zatęsknią za Polską ani jak wiele będą musieli zaczynać od początku.
Wiedzieli tylko, że jeśli nadejdzie dzień wyjazdu, na peronie nie stanie sam Andrzej ani sama Mariola.
Będą tam wszyscy.
Andrzej.
Mariola.
Dominika.
Sabrina.
Przez pierwsze lata ich miłość była przede wszystkim uczuciem dwojga młodych ludzi, którzy szukali siebie, gubili się i odnajdywali.
Teraz miała cztery twarze.
Miała śmiech Dominiki.
Małe dłonie Sabriny.
Miała zmęczone wieczory Marioli i ramiona Andrzeja, w których wciąż lubiła zasypiać.
Miała ich pocałunki, żarty, pragnienie, kłótnie i pojednania.
Miała dziecięce ubrania porozrzucane po mieszkaniu i nocne chwile, podczas których przypominali sobie, że zanim zostali mamą i tatą, byli kobietą i mężczyzną zakochanymi w sobie do szaleństwa.
I może właśnie na tym polegało ich największe zwycięstwo.
Po tylu latach nadal siebie pragnęli.
Nadal potrafili za sobą tęsknić.
Nadal szukali swoich dłoni pod kołdrą, przy stole, na ulicy i w pociągu.
A kiedy świat wokół nich zaczynał się zmieniać, mieli coś, czego nie trzeba było pakować do żadnej walizki.
Siebie.
Rok 1984 dobiegał końca, a wraz z nim kończył się kolejny spokojny etap ich życia.
Przed Mazurami otwierała się droga, która miała zaprowadzić ich znacznie dalej, niż wtedy potrafili sobie wyobrazić.
Do obcego kraju.
Do nowych ludzi.
Do nowego domu.
Do kolejnych prób, marzeń, sukcesów i rozczarowań.
Ale tamtego wieczoru nic z tego jeszcze nie było ważne.
Andrzej trzymał Sabrinę.
Mariola obejmowała Dominikę.
Ich kolana stykały się na brzegu łóżka.
A kiedy dzieci na chwilę zajęły się sobą, Andrzej odnalazł dłoń żony i splótł z nią palce.
Mariola spojrzała na niego.
Uśmiechnęła się.
I ścisnęła jego rękę.
Bo niezależnie od tego, gdzie miał znajdować się ich następny dom, najważniejszą część zabierali ze sobą.
Razem.
Rozdział 4 — Zanim ruszy pociąg
Początek 1985 roku przyniósł mróz, śnieg i coraz silniejsze poczucie, że każdy zwyczajny dzień spędzony w Tychach może należeć do ostatnich w ich polskim życiu. Jeszcze nie wiedzieli dokładnie, jak ułoży się wszystko po drugiej stronie granicy, gdzie zamieszkają ani jak długo potrwa oswajanie obcego miasta, lecz plan wyjazdu przestał być rodzinnym marzeniem wypowiadanym wieczorami przy stole. Dokumenty były przygotowywane, rozmowy z Krzyśkiem stawały się coraz bardziej konkretne, a w mieszkaniu Mazurów pojawiały się pierwsze torby i rzeczy odkładane z myślą o podróży.
Mimo przygotowań życie nie zamierzało podporządkować się wielkim planom. Sabrina rosła niemal z dnia na dzień, Dominika miała coraz więcej własnych dziecięcych spraw, Andrzej codziennie chodził do pracy, a Mariola zajmowała się dziewczynkami, robiła zakupy, gotowała i próbowała sobie wyobrazić, jak za kilka miesięcy będzie wyglądał ich zwyczajny poranek.
Tyle że już nie w Tychach.
W Monachium.
Czasami ta myśl ją ekscytowała, innym razem budziła lęk, lecz najczęściej oba uczucia pojawiały się jednocześnie i splatały tak mocno, że sama nie potrafiła powiedzieć, którego jest w niej więcej.
Pewnego zimowego popołudnia stała przy oknie z Sabriną na rękach i patrzyła na zasypane śniegiem osiedle. Białe dachy, chodniki i samochody wyglądały inaczej niż zwykle, jakby miasto na kilka godzin straciło swój codzienny pośpiech. Dominika siedziała na dywanie i urządzała swoim lalkom całe życie według zasad, które rozumiała wyłącznie ona.
— Ta jedzie do Niemiec — oznajmiła nagle.
Mariola odwróciła głowę.
— Która?
Dominika podniosła jedną z lalek.
— Ta.
— Sama?
— Nie. Z mężem i dziećmi.
Mariola się uśmiechnęła.
— Widzę, że wszystko zaplanowałaś.
Dominika przyjrzała się lalce z powagą.
— Bo nie można nikogo zostawić.
Mariola pocałowała Sabrinę w główkę i ponownie spojrzała przez okno. Dziecko potrafiło zamknąć w jednym prostym zdaniu coś, nad czym dorośli zastanawiali się tygodniami.
Nie potrzebowała gwarancji, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Takiej gwarancji nikt nie mógł jej dać.
Wystarczała jej świadomość, że kiedy przyjdzie chwila wyjazdu, obok będzie Andrzej.
Wrócił późnym popołudniem, zmarznięty i zmęczony. Ledwie przekroczył próg, Dominika już znalazła się przy nim.
— Tato!
— Cześć, córeczko.
— Wiesz, gdzie jedzie moja lalka?
Andrzej nawet nie zdążył zdjąć butów.
— Nie mam pojęcia.
— Do Niemiec.
Spojrzał ponad głową córki na Mariolę, która stała kilka kroków dalej z Sabriną na rękach.
— Widzę, że emigracja objęła już zabawki.
Mariola wzruszyła ramionami.
— Lalek nie bierzemy. Od razu ci mówię.
Dominika otworzyła szeroko oczy.
— Jak to?!
Andrzej wybuchnął śmiechem.
— Brawo. Teraz się tłumacz.
— Żartowałam!
— Mamo!
— Wszystkie jadą — zapewniła Mariola. — Nawet ta bez jednej nogi.
Uspokojona Dominika pobiegła sprawdzić swój dobytek, a Andrzej podszedł do żony.
Najpierw pochylił się nad Sabriną i pocałował ją w główkę.
Potem popatrzył na Mariolę.
— A dla mnie?
— Co dla ciebie?
— Dziecko dostało więcej.
Mariola próbowała zachować poważną twarz.
— Bo dziecko jest grzeczne.
— Ja też jestem.
— Od kiedy?
Andrzej objął ją wolną ręką.
— Od jakichś pięciu minut.
— To zdecydowanie za krótko.
Mimo to pozwoliła mu się pocałować. Jego usta były zimne od mroźnego powietrza i Mariola odruchowo się cofnęła.
— Ale jesteś lodowaty.
— Możesz coś z tym zrobić.
— Mogę. Kazać ci zdjąć kurtkę i iść umyć ręce.
Andrzej westchnął teatralnie.
— Cały romantyzm diabli wzięli.
— Ktoś musi pilnować porządku.
Kiedy chciała odejść, przytrzymał ją jeszcze przez moment. Ich spojrzenia spotkały się i Mariola zobaczyła w jego oczach coś, co mimo upływu lat nadal potrafiło wywołać w niej przyjemny dreszcz.
Nie był to już zachwyt nieśmiałego chłopaka, który kiedyś zobaczył ją po raz pierwszy i nie potrafił przestać patrzeć. Andrzej znał ją teraz zbyt dobrze. Widział ją elegancko ubraną i rozczochraną po nieprzespanej nocy, szczęśliwą, zmęczoną, zapłakaną i wściekłą. Znał jej charakter, przyzwyczajenia, humory, ciało i drobne słabości, które po latach wspólnego życia przestaje się przed drugim człowiekiem ukrywać.
A jednak w jego spojrzeniu wciąż pozostawało pragnienie.
Mariola lubiła je znacznie bardziej, niż chciała przyznać.
— Przestań — powiedziała ciszej.
— Co?
— Dobrze wiesz.
Kącik jego ust drgnął.
— Stoję spokojnie.
— Właśnie widzę.
Z pokoju dobiegł głos Dominiki:
— Mamo! A misia też zabieramy?
Mariola westchnęła, a Andrzej wykorzystał moment nieuwagi i musnął ustami jej szyję.
— Jeszcze się policzymy — szepnęła.
— Czekam.
Odsunęła się, ale uśmiech pozostał na jej twarzy.
Wieczór należał najpierw do dzieci. Sabrina nie chciała zasnąć, jakby postanowiła udowodnić całej rodzinie, że to właśnie ona ustala zasady w mieszkaniu. Andrzej nosił ją po pokoju, Mariola przygotowywała ubrania na następny dzień, a Dominika siedziała niedaleko i prowadziła niekończące się przesłuchanie dotyczące Niemiec.
— A tam jest śnieg?
— Jest.
— Więcej niż tutaj?
— Nie wiem.
— A dzieci mówią po polsku?
— Niektóre pewnie tak.
— A inne?
— Po niemiecku.
Dominika zastanowiła się.
— To jak będę się z nimi bawić?
Andrzej spojrzał na Mariolę. To były właśnie pytania, na które jako rodzice nie mieli gotowych odpowiedzi.
Mariola usiadła obok córki.
— Na początku może być trochę trudno.
— Nie będę ich rozumiała.
— Pewnie czasami nie.
Dominika spoważniała.
— To co zrobię?
— To samo co wszystkie dzieci. Najpierw będziesz pokazywać rękami, potem poznasz kilka słów, a któregoś dnia wrócisz i będziesz poprawiała nas.
Andrzej się roześmiał.
— Tego właśnie się boję.
— A wy umiecie po niemiecku? — zapytała Dominika.
Zapadła wymowna cisza.
Andrzej chrząknął, a Mariola zaczęła się śmiać.
— Tata na pewno wszystko załatwi.
— Mariola…
— Przecież jesteś ojcem. Ojciec powinien przynajmniej wyglądać, jakby wiedział, co robi.
— Bardzo zabawne.
— Czyli tata nie umie? — dopytywała Dominika.
— Tata się nauczy — odpowiedział Andrzej z godnością.
— Mama też?
— Mama pierwsza.
Mariola zmrużyła oczy.
— Dlaczego ja?
— Bo jak czegoś nie zrozumiem, wyślę ciebie.
— Sprytnie.
— Małżeństwo powinno się uzupełniać.
— Ty właśnie odkryłeś bardzo wygodną definicję małżeństwa.
W końcu nawet Sabrina skapitulowała. Andrzej ostrożnie odłożył ją do łóżeczka z miną człowieka przeprowadzającego niezwykle skomplikowaną operację. Kiedy mała poruszyła ręką, oboje z Mariolą zastygli, wstrzymując oddech, lecz po chwili Sabrina westchnęła i zasnęła głębiej.
Wyszli na palcach.
Dopiero za drzwiami Mariola parsknęła śmiechem.
— Bohater.
Andrzej otarł wyimaginowany pot z czoła.
— Najtrudniejsze zadanie dnia wykonane.
— Medal ci kupię.
Objął ją w talii.
— Mam inne wymagania.
Mariola uniosła brwi.
— Zaczynasz być bezczelny.
— Dopiero zaczynam.
Tym razem sama zamknęła mu usta pocałunkiem.
Kiedy dzieci spały, mieszkanie nareszcie należało tylko do nich. W takich chwilach najbardziej czuli różnicę między byciem rodzicami a byciem małżeństwem. Przez cały dzień ktoś czegoś potrzebował: jedzenia, pomocy, zabawy, uwagi albo zwyczajnej obecności. Dopiero noc przypominała im, że pod wszystkimi obowiązkami nadal kryją się ta sama kobieta i ten sam mężczyzna, których kiedyś wystarczało zostawić samych na kilka minut, aby świat przestawał mieć znaczenie.
Mariola objęła go za szyję.
— No dobrze. Na czym skończyliśmy?
— Wiedziałem, że pamiętasz.
— Nie bądź taki pewny siebie.
— Za późno.
Pocałowała go, początkowo zaczepnie, niemal żartobliwie, lecz Andrzej przyciągnął ją bliżej i po chwili żarty same ucichły.
Mariola zamknęła oczy.
W ciągu dnia była przede wszystkim mamą: organizowała, pilnowała, pocieszała, karmiła i troszczyła się o wszystkich. Przy nim mogła na chwilę odłożyć tę odpowiedzialność, pozwolić sobie na słabość i przypomnieć sobie własną kobiecość.
Andrzej przesunął dłonią po jej plecach. Znał jej ciało, a jednak dotykał jej tak, jakby nadal potrafiła go zaskoczyć. Mariola przywarła do niego mocniej, czując pod palcami ciepło jego skóry i ten rodzaj bliskości, którego nie zastępowały żadne słowa.
— Wiesz, co w tobie lubię? — szepnął.
— Wszystko.
Roześmiał się cicho.
— Skromność przede wszystkim.
— Sam mnie tak rozpuściłeś.
— Możliwe.
— To teraz cierp.
Nie odpowiedział. Zamiast tego pocałował ją w szyję, a Mariola zadrżała i zacisnęła palce na jego ramionach.
— Właśnie o tym mówiłam — wyszeptała.
— O cierpieniu?
— Ty naprawdę musisz wszystko zepsuć gadaniem?
— Już milczę.
I tym razem dotrzymał słowa.
Później leżeli obok siebie w ciemności. Mariola miała głowę na jego piersi, a jego dłoń leniwie przesuwała się po jej ramieniu.
— Andrzej?
— Mhm?
— Jak będziemy mieszkać w Niemczech?
— Teraz o tym myślisz?
— Teraz mam czas.
— To źle wykorzystujesz czas.
Mariola uszczypnęła go lekko.
— Pytam poważnie.
— Nie wiem jeszcze.
— Będziemy mieli własny pokój?
— Mam nadzieję.
— Ja też.
Andrzej dopiero po chwili zrozumiał ton jej głosu.
— Aha.
Mariola zaczęła się śmiać.
— Dopiero teraz?
— Byłem zmęczony.
— To niedobrze.
— Dlaczego?
Przesunęła palcem po jego piersi.
— Bo zamierzam cię zabrać ze sobą na długo.
Objął ją mocniej.
— W takim razie będę oszczędzał siły.
Tym razem nie potrzebowała od niego żadnej deklaracji. Wystarczało jej ciepło jego ciała, spokojny oddech i świadomość, że nawet rozmowę o emigracji potrafili zakończyć śmiechem.
W kolejnych tygodniach coraz więcej przedmiotów zaczęło dzielić się na dwie kategorie: zabieramy i zostawiamy. Dominika szybko zrozumiała zasadę, lecz interpretowała ją po swojemu, tworząc własne stosy rzeczy przeznaczonych do podróży.
Problem polegał na tym, że według niej należało zabrać wszystko.
— Dominika, po co ci trzy misie?
— Bo się lubią.
— Jeden nie może zostać u babci?
Dziewczynka spojrzała na mamę z oburzeniem.
— Mamo! Przecież będzie mu smutno!
Andrzej, który usłyszał to z drugiego końca pokoju, odwrócił się, żeby ukryć śmiech.
Mariola wskazała na niego palcem.
— Nie pomagaj.
— Nic nie powiedziałem.
— Właśnie widzę twoją minę.
Dominika objęła wszystkie misie.
— Jadą trzy.
Mariola skapitulowała.
— Dobrze. Ale sama je niesiesz.
Dziewczynka natychmiast spoważniała.
— Tata poniesie.
— Oczywiście — mruknęła Mariola.
Andrzej spojrzał na córkę.
— Chwileczkę…
— Jesteś silny — powiedziała Dominika.
Mariola wybuchnęła śmiechem.
— I co teraz?
Andrzej popatrzył na córkę, potem na żonę.
— Zaczynam podejrzewać spisek.
Z łóżeczka odezwała się Sabrina.
— Słyszysz? — powiedziała Mariola. — Najmłodsza też się zgadza.
Andrzej pokręcił głową.
— Cztery kobiety w Niemczech byłyby tańsze niż trzy.
— Cztery?
— Liczę jeszcze te trzy misie. Jeden wygląda jak dziewczyna.
Mariola rzuciła w niego dziecięcą skarpetką.
Kilka dni później wrócił z pracy wyjątkowo późno. W mieszkaniu było już cicho, obie dziewczynki spały, a Mariola siedziała sama przy stole z niemal nietkniętą herbatą.
— Czekałaś? — zapytał.
— Trochę.
Andrzej znał ją wystarczająco dobrze, żeby usłyszeć w tym jednym słowie coś więcej. Usiadł naprzeciwko.
— Co się stało?
Mariola przez chwilę obracała filiżankę w dłoniach.
— Byłam dzisiaj z dziewczynkami na spacerze. Patrzyłam na osiedle i nagle pomyślałam, że będę za tym tęsknić.
— Za Tychami?
Skinęła głową.
— Nawet za rzeczami, na które teraz narzekamy. Za tą drogą, sklepem, znajomymi twarzami. Tutaj wiem, dokąd iść, kiedy czegoś potrzebuję. Tam będę obca.
Andrzej nie odpowiedział od razu.
Zamiast zapewniać ją, że wszystko będzie dobrze, czego przecież sam nie mógł wiedzieć, wyciągnął rękę i przykrył jej dłoń swoją.
— Ja też się boję.
Mariola spojrzała na niego zaskoczona.
Andrzej rzadko przyznawał się do strachu.
— Czego?
— Że czegoś nie przewidziałem. Że zabraknie pieniędzy, że nie znajdę od razu pracy, że dzieci będą płakały, a ty spojrzysz na mnie i pomyślisz: „Po coś nas tutaj przywiózł?”.
Mariola długo patrzyła mu w oczy.
— Pewnie nieraz tak pomyślę.
Andrzej uniósł brwi.
— Dziękuję. Od razu mi lepiej.
Uśmiechnęła się.
— Ale pewnie nieraz pomyślę też, że dobrze zrobiłeś.
— To już trochę lepiej.
Wstała, obeszła stół i usiadła mu na kolanach.
— Nie musisz przede mną udawać, że wszystko wiesz.
— A przed Dominiką?
— Przed Dominiką musisz. Sam ją tego nauczyłeś.
Zaśmiał się i objął Mariolę.
Przez chwilę siedzieli bez słowa.
Nie rozwiązali żadnego problemu. Niemcy nadal były obce, przyszłość niepewna, a lista spraw do załatwienia nie zrobiła się ani trochę krótsza.
Jednak Mariola poczuła się spokojniejsza.
Czasami wystarczało odkryć, że człowiek siedzący obok boi się dokładnie tak samo.
Nad ranem obudził ich płacz Sabriny. Mariola jęknęła i schowała twarz w poduszkę, podczas gdy Andrzej otworzył jedno oko.
— Twoja kolej.
Mariola natychmiast podniosła głowę.
— Moja?
— Tak mi się wydaje.
— Źle ci się wydaje.
— Mariola…
— Wczoraj powiedziałeś, że boisz się, że będę żałowała wyjazdu.
Andrzej spojrzał na nią podejrzliwie.
— I co to ma wspólnego z Sabriną?
— Możesz już zacząć pracować nad tym, żebym nie żałowała.
Andrzej popatrzył na zegarek.
— Jest piąta rano.
— Idealna pora.
— Jesteś okropna.
Mariola uśmiechnęła się słodko.
— Ale wiedziałeś, kogo bierzesz za żonę.
— Tego właśnie nie jestem pewien.
Uderzyła go poduszką.
Andrzej wstał.
— Dobrze już, dobrze.
Po chwili przez ciszę mieszkania dobiegł ją jego spokojny głos.
— Już dobrze, Sabinko. Tata jest.
Mariola leżała z otwartymi oczami i słuchała.
Właśnie takie chwile znaczyły dla niej więcej niż najpiękniejsze zapewnienia. Andrzej wstający w środku nocy, biorący córkę na ręce i chodzący z nią po ciemnym pokoju był odpowiedzią na wiele pytań, których nawet nie musiała zadawać.
Po kilku minutach wrócił.
— Śpi.
Mariola uniosła kołdrę.
— Chodź tutaj.
— Nie wiem, czy zasłużyłaś.
— Andrzej.
— Już idę.
Położył się obok, a ona natychmiast wsunęła się w jego ramiona.
— Zimny jesteś — mruknęła.
— Znowu narzekasz.
— Informuję.
— To jaka jest procedura?
Mariola pocałowała go w szyję.
— Taka.
— Dobra procedura.
Leżeli przez chwilę w ciszy.
— Andrzej?
— Co?
— Jak będziemy starzy, będziesz jeszcze pamiętał to mieszkanie?
— Jeżeli dalej będziesz mnie budzić o piątej rano, to na pewno.
Mariola roześmiała się cicho.
— Pytam poważnie.
Pogładził ją po włosach.
— Będę pamiętał ciebie przy tym oknie. Dominikę z lalkami. Sabrinę, która nie chciała spać. I to, że ciągle brakowało miejsca.
— Piękne wspomnienia.
— Najlepsze zwykle nie są idealne.
Mariola uniosła twarz.
— A czego chciałbyś nie zapomnieć najbardziej?
Andrzej zastanowił się.
— Jak było głośno.
— Głośno?
— Tak. Jedna płakała, druga czegoś chciała, ty wołałaś z kuchni, ja próbowałem coś zrobić i nikt nikogo nie słuchał.
Mariola zaczęła się śmiać.
— I za tym będziesz tęsknił?
— Kiedyś może być za cicho.
Jej uśmiech powoli złagodniał.
Przytuliła się do niego mocniej.
Nie odpowiedziała, bo tym razem nie było potrzeby.
Za oknem Tychy spały pod śniegiem, a kilka kroków dalej odpoczywały ich córki. W niewielkim mieszkaniu stały torby przygotowywane do podróży, na stole leżały dokumenty, a trzy misie Dominiki miały już zagwarantowane miejsce w bagażu.
Przed nimi były Niemcy, obcy język, nowe ulice i życie, którego nie potrafili jeszcze sobie wyobrazić.
Nie próbowali już przekonywać siebie nawzajem, że nie będą się bali. Wiedzieli, że będą. Nie obiecywali też, że wszystko się uda, ponieważ po ośmiu wspólnych latach rozumieli, że życie rzadko respektuje podobne zapewnienia.
Ich uczucie coraz rzadziej potrzebowało wielkich słów.
Było w dłoni Andrzeja przykrywającej dłoń Marioli przy kuchennym stole, w jej pocałunku, kiedy wracał zmarznięty z pracy, w trzech misiach, które musiały zmieścić się w bagażu, i w jego cichym „tata jest”, wypowiadanym do płaczącej córki o piątej rano.
Mariola przysunęła się jeszcze bliżej.
Andrzej przez sen zacisnął ramię wokół jej talii.
I właśnie tak, bez kolejnych obietnic, zasnęli.
Jeszcze w Tychach.
Jeszcze przed podróżą.
Jeszcze przed wszystkim, co miało nadejść.
Rozdział 5 — Ostatni spacer
Na kilka dni przed wyjazdem Mariola obudziła się wcześniej niż zwykle.
Przez chwilę leżała nieruchomo, wsłuchując się w znajome odgłosy mieszkania. Z pokoju dziewczynek dochodził spokojny oddech dzieci, za ścianą ktoś puścił wodę, gdzieś wyżej przesunięto krzesło po podłodze, a z ulicy dobiegł pierwszy odgłos przejeżdżającego autobusu.
Tyle razy słyszała to wszystko, że właściwie już tego nie zauważała.
Dopiero teraz, kiedy wiedziała, że za kilka dni może usłyszeć te dźwięki po raz ostatni, każdy wydawał się dziwnie ważny.
Andrzej spał obok.
Mariola odwróciła głowę i przez chwilę mu się przyglądała. Potem przesunęła dłoń po jego ramieniu.
— Andrzej.
— Mhm…
— Śpisz?
— Już nie.
Nie otworzył oczu.
Mariola uśmiechnęła się.
— Chodźmy dzisiaj na spacer.
— Pójdziemy.
— Nie taki zwykły.
Teraz spojrzał na nią.
— A jaki?
Mariola przez chwilę szukała właściwych słów.
— Pożegnalny.
Andrzej spoważniał.
Nie musiała tłumaczyć.
— Z Tychami?
Skinęła głową.
— Chcę jeszcze raz przejść się po naszych miejscach. Bez pośpiechu. Z dziewczynkami. Popatrzeć.
Andrzej wyciągnął rękę i odgarnął jej włosy z twarzy.
— Dobrze.
Mariola przysunęła się do niego.
— Głupio mi trochę.
— Dlaczego?
— Przecież sami chcemy wyjechać, a ja już tęsknię.
Andrzej objął ją.
— Jeszcze nie wyjechałaś.
— Właśnie dlatego mówię, że to głupie.
Pocałował ją w czoło.
— Wcale nie.
Po śniadaniu wyszli całą rodziną.
Nie mieli żadnego konkretnego celu. Nie spieszyli się na zakupy, do urzędu ani na spotkanie. Andrzej nie patrzył co chwilę na zegarek, Mariola nie przypominała, że trzeba jeszcze coś spakować, a Dominika, kiedy zapytała, dokąd idą, usłyszała tylko:
— Przed siebie.
— A gdzie jest „przed siebie”?
Andrzej wskazał ręką chodnik.
— Tam.
Dominika popatrzyła na niego z miną świadczącą o tym, że odpowiedź uważa za wyjątkowo niemądrą.
— Tato…
Mariola się roześmiała.
— Dzisiaj po prostu spacerujemy.
Sabrina szła między rodzicami, trzymając ich za ręce. Co kilka kroków próbowała podskakiwać, więc Andrzej i Mariola jednocześnie unosili ją lekko nad chodnikiem.
Mała piszczała z zachwytu.
— Jeszcze!
— Nie, bo tacie ręka odpadnie — powiedział Andrzej.
— Tobie? — zdziwiła się Mariola. — Taki silny mężczyzna?
Spojrzał na żonę.
— Chcesz sprawdzić?
— Może później.
Jej spojrzenie sprawiło, że Andrzej uśmiechnął się pod nosem.
Dominika natychmiast zapytała:
— Co będzie później?
— Nic — odpowiedzieli rodzice jednocześnie.
— Zawsze jak mówicie „nic”, to coś jest.
Mariola wybuchnęła śmiechem.
— Za mądra się robisz.
— Po mamie — powiedział Andrzej.
— Oczywiście.
Ruszyli dalej.
I przez pierwszych kilkanaście minut rzeczywiście był to zwyczajny rodzinny spacer.
Dopiero później zaczęli zwalniać.
Przechodzili ulicami, które przez lata stały się częścią ich codzienności.
Tutaj Mariola chodziła z Dominiką, kiedy była jeszcze mała. Tam robiła zakupy. Przy tamtym przystanku nieraz czekała na Andrzeja. Dalej znajdowała się droga, którą wracali razem do mieszkania, czasami rozmawiając, czasami kłócąc się o drobiazgi, a czasami idąc obok siebie w milczeniu.
Teraz nawet najzwyklejsze miejsca nabierały znaczenia.
Mariola zatrzymała się.
— Popatrz.
Andrzej spojrzał we wskazanym kierunku.
— Na co?
— Na wszystko.
— Bardzo konkretnie.
— Nie żartuj.
Stanął obok niej.
Mariola objęła wzrokiem osiedle.
— Tyle lat człowiek tutaj chodzi i nawet nie patrzy.
Andrzej wsunął dłonie do kieszeni.
— Bo myślisz, że jutro też tutaj będziesz.
— Właśnie.
Dominika z Sabriną pobiegły kilka kroków przed nimi.
Mariola patrzyła za córkami.
— W Niemczech nie będziemy znać żadnej ulicy.
— Nauczymy się.
— Nie będę wiedziała, gdzie jest dobry sklep.
— Znajdziemy.
— Nie będę znała sąsiadów.
— Poznasz.
Spojrzała na niego.
— Na wszystko masz odpowiedź?
— Próbuję.
— A jak ci powiem, że się boję?
Andrzej już się nie uśmiechał.
Wyciągnął rękę.
Mariola podała mu swoją.
— To ci powiem, że ja też.
Ta odpowiedź spodobała jej się bardziej niż wszystkie zapewnienia, że będzie dobrze.
Przysunęła się do niego.
Szli dalej, trzymając się za ręce.
Po pewnym czasie znaleźli się niedaleko miejsca, w którym Dominika lubiła się bawić.
Dziewczynka natychmiast pobiegła do znajomych urządzeń, a Sabrina ruszyła za nią, próbując naśladować starszą siostrę.
Mariola i Andrzej usiedli obok.
Przez chwilę obserwowali córki.
— Dominika będzie pamiętała Tychy — powiedziała Mariola.
— Na pewno.
— Sabrina chyba nie.
Andrzej spojrzał na młodszą córkę.
— Może jakieś obrazy.
— Będzie znała Polskę bardziej z naszych opowieści niż z własnych wspomnień.
To zdanie zabolało Mariolę bardziej, niż się spodziewała.
Andrzej zauważył zmianę w jej twarzy.
— Hej.
— Nic mi nie jest.
— Znam twoje „nic”.
Mariola westchnęła.
— Czasami zastanawiam się, czy robimy dobrze.
Nie odpowiedział natychmiast.
— Ja też.
Spojrzała na niego zaskoczona.
— Naprawdę?
— Oczywiście.
— Nigdy tego nie mówisz.
— Bo gdybym codziennie chodził i mówił: „Mariola, może popełniamy największy błąd naszego życia”, to chyba daleko byśmy nie zajechali.
Roześmiała się mimo wzruszenia.
— Idiota.
— Ale twój.
— Niestety.
Andrzej objął ją ramieniem.
Mariola oparła głowę o jego bark.
— Tutaj mamy wszystko.
— Nie wszystko.
— Mieszkanie.
— Tak.
— Pracę.
— Tak.
— Rodzinę niedaleko.
— Trochę dalej, ale tak.
— Przyjaciół, znajomych, swoje miejsca. Wiemy, jak żyć. Wiemy, gdzie iść, kiedy czegoś potrzebujemy. Dzieci mają swój świat.
Andrzej słuchał.
— Tyle się nam udało — dodała ciszej. — Pamiętasz, jak kiedyś marzyliśmy właściwie tylko o tym, żeby mieć własny kąt i trochę spokoju?
— Pamiętam.
— A teraz, kiedy w końcu to mamy, zostawiamy wszystko.
Andrzej objął ją mocniej.
— Nie wszystko.
Mariola podniosła głowę.
Tym razem nie pozwolił jej zaprotestować.
— Mieszkanie zostaje. Meble zostają. Moja praca zostaje. Te ulice też zostają. Ale to, co najważniejsze, jedzie z nami.
Spojrzał w stronę bawiących się dziewczynek.
Mariola również tam popatrzyła.
Dominika właśnie pomagała Sabrinie wejść wyżej.
— Uważaj na siostrę! — zawołała.
— Uważam!
Andrzej uśmiechnął się.
— Widzisz?
Mariola otarła palcem wilgotny kącik oka.
— Widzę.
— A ja?
Spojrzała na niego.
— Co ty?
— Ja też jadę.
— Jeszcze się zastanowię.
Andrzej udał oburzenie.
— Teraz?
— Mam kilka dni.
Przyciągnął ją do siebie.
— Za późno, pani Mazur.
— Dlaczego?
Nachylił się do jej ucha.
— Bo już cię sobie zabieram.
Mariola poczuła jego oddech na szyi i uśmiechnęła się.
— Przy dzieciach?
— Powiedziałem tylko, że cię zabieram.
— Znam cię.
— I dlatego mnie wybrałaś.
Tym razem pocałowała go w policzek.
— Między innymi.
Szli dalej, aż znaleźli się w pobliżu swojego bloku.
Mariola zwolniła.
Patrzyła na budynek długo i bez słowa.
To przecież były tylko ściany, okna, klatka schodowa i balkon podobny do wielu innych. A jednak za jednym z tych okien mieściła się ogromna część ich życia.
Tam dzieci chorowały i zdrowiały.
Tam obchodzili urodziny.
Tam jedli zwyczajne kolacje.
Tam Mariola kąpała dziewczynki, a Andrzej czasem zasypiał zmęczony po pracy.
Tam śmiali się, planowali, martwili o pieniądze, przyjmowali gości, budzili się rano i zasypiali wieczorem.
Tam nauczyli się być rodziną.
— Będzie mi go brakowało — powiedziała Mariola.
Andrzej wiedział, że mówi o mieszkaniu.
— Mnie też.
— Naprawdę?
— Myślisz, że tylko ty masz uczucia?
Spojrzała na niego.
— Czasami mam wątpliwości.
— Dziękuję.
Uśmiechnęła się i wsunęła rękę pod jego ramię.
— Pamiętasz, jak pierwszy raz tutaj weszliśmy?
— Ty od razu zaczęłaś ustawiać meble, których jeszcze nie mieliśmy.
— Nieprawda.
— Prawda. „Tutaj będzie stół, tutaj szafa, tutaj łóżko…”
— Ktoś musiał myśleć.
— Ja myślałem.
— O czym?
Andrzej nachylił się do niej.
— Gdzie postawić łóżko.
Mariola spojrzała na niego z udawanym zgorszeniem.
— Oczywiście.
— Byłem młody.
— Teraz jesteś stary?
— Teraz wiem, że łóżko może stać wszędzie.
Mariola parsknęła śmiechem i uderzyła go lekko w bok.
— Przestań.
— Sama zapytałaś.
— I już żałuję.
Dominika obejrzała się na rodziców.
— Z czego się śmiejecie?
— Tata opowiada głupoty.
— Jak zawsze?
Andrzej zatrzymał się.
— Co się dzieje z kobietami w tej rodzinie?
Mariola objęła córkę.
— Trzymamy się razem.
— Trzy przeciwko jednemu.
— Przyzwyczajaj się.
Sabrina, nie rozumiejąc rozmowy, podniosła rękę.
— Ja też!
Mariola i Dominika wybuchnęły śmiechem.
Andrzej złapał się za głowę.
— Cztery.
Wieczorem wrócili do mieszkania później, niż planowali.
W pokojach stały już walizki, część szaf była pusta, a przedmioty, które przez lata miały swoje stałe miejsca, nagle leżały posegregowane na te, które pojadą z nimi, i te, które zostaną.
Dominika zasnęła szybko.
Sabrina również.
Mariola długo jednak nie mogła znaleźć sobie miejsca.
Chodziła po mieszkaniu, dotykała mebli, poprawiała rzeczy, które wcale nie wymagały poprawiania. W końcu stanęła przy oknie.
Andrzej podszedł od tyłu.
Nie odezwał się.
Objął ją w pasie i przyciągnął do siebie.
Mariola oparła plecy o jego pierś.
— Pięć dni — powiedziała.
— Wiem.
— A potem pociąg.
— Tak.
— I Niemcy.
— Tak.
Mariola przykryła jego dłonie swoimi.
— Powiedz coś innego niż „tak”.
Andrzej pocałował ją we włosy.
— Kocham cię.
Uśmiechnęła się.
— Lepiej.
Przez chwilę patrzyli przez okno.
— Andrzej?
— Mhm?
— Jak będziemy kiedyś starzy, będziesz pamiętał ten widok?
— Jaki?
— Ten.
Wskazała osiedle.
— Światła. Bloki. Naszą ulicę. Tychy.
Andrzej milczał przez chwilę.
— Będę pamiętał ciebie stojącą przy tym oknie.
Mariola odwróciła się w jego ramionach.
— To nie była odpowiedź.
— Dla mnie była.
Przesunęła dłonią po jego karku.
— Zawsze musisz powiedzieć coś, żebym nie mogła się na ciebie złościć.
— Praktyka.
— Ile lat?
— Za mało.
Pocałowała go.
Spokojnie, długo, bez żartów.
Kiedy się odsunęła, nadal trzymała twarz blisko jego.
— Boję się — wyszeptała.
— Wiem.
— Ale chcę jechać.
— Ja też.
— I nie chcę jechać.
Andrzej uśmiechnął się lekko.
— Ja też.
Mariola oparła czoło o jego czoło.
— To chyba jesteśmy nienormalni.
— Od dawna.
Zaśmiała się cicho.
Andrzej przyciągnął ją mocniej, a ona wtuliła się w niego tak, jakby chciała na kilka minut zatrzymać czas.
Nie wiedzieli, co czeka ich po drugiej stronie granicy.
Nie wiedzieli jeszcze, jak będą wyglądały pierwsze tygodnie, gdzie trafią, jak szybko nauczą się języka ani ile razy zatęsknią za tym, co właśnie zostawiali.
Wiedzieli jedynie, że pewnego życia nie da się zabrać ze sobą w walizkach.
Można zabrać fotografie, ubrania, kilka ulubionych przedmiotów i dziecięce zabawki, ale nie da się spakować ulic, zapachu klatki schodowej, znajomych twarzy ani wszystkich zwyczajnych dni, z których po latach powstają najważniejsze wspomnienia.
Tychy pozostawały tutaj.
Ich młodość częściowo również.
Ale historia Marioli i Andrzeja nie kończyła się wraz z wyjazdem.
Zmieniała tylko miejsce.
Tej nocy, kiedy dziewczynki już spały, długo jeszcze leżeli obok siebie. Mariola miała głowę na piersi Andrzeja, a jego palce leniwie przesuwały się po jej włosach.
— Śpisz? — zapytała.
— Nie.
— Ja też nie.
— Wiem.
— Skąd?
— Bo mnie łaskoczesz włosami.
Mariola uniosła głowę.
— To mogę się odsunąć.
Natychmiast objął ją mocniej.
— Nie powiedziałem, że mi przeszkadza.
Uśmiechnęła się i wróciła na swoje miejsce.
Po chwili jej dłoń odnalazła jego dłoń pod kołdrą.
Splotła z nim palce.
Nie potrzebowali już niczego mówić.
Za kilka dni mieli zamknąć za sobą drzwi tego mieszkania, wziąć dzieci, walizki i ruszyć na dworzec, gdzie będzie czekał pociąg prowadzący ich ku życiu, którego jeszcze nie znali.
Ale tego wieczoru byli nadal w Tychach.
I po raz ostatni pozwolili sobie po prostu w nich być.
Rozdział 6 — Pierwsze dni po drugiej stronie
Pierwsze godziny w Niemczech wyglądały zupełnie inaczej, niż Mariola wyobrażała je sobie podczas długich rozmów z Andrzejem w Tychach.
Nie było czasu na spokojne oglądanie miasta ani na zachwycanie się wystawami sklepów, samochodami czy ulicami, które już od pierwszych chwil wydawały się czystsze, bardziej uporządkowane i jednocześnie zupełnie obce. Najpierw musieli zrobić to, co wcześniej ustalili — zgłosić się na policję i powiedzieć, że przyjechali z Polski i chcą pozostać w Niemczech na stałe.
Andrzej prowadził rodzinę, niosąc część bagaży i co chwilę sprawdzając, czy Mariola z dziewczynkami idą tuż za nim. Jeszcze poprzedniego dnia znał niemal każdą ulicę wokół ich mieszkania w Tychach, wiedział, którym autobusem pojechać, gdzie zrobić zakupy i do kogo zwrócić się w razie problemów, a teraz nawet najprostsza sprawa wymagała od niego skupienia.
Mariola zauważyła jego napięcie.
— Wiesz, gdzie idziemy?
— Wiem.
— Na pewno?
Andrzej obejrzał się na nią.
— Mniej więcej.
— Czyli nie wiesz.
— Mariolko, dopiero przyjechaliśmy.
Uśmiechnęła się.
— Pytam tylko.
Dominika, która szła obok matki, natychmiast zainteresowała się rozmową.
— Tata się zgubił?
— Nie — odpowiedział Andrzej.
— Trochę — dodała Mariola.
Dominika zachichotała, a nawet Andrzej w końcu się uśmiechnął.
— Bardzo mi pomagacie.
— Jesteśmy od podtrzymywania morale — stwierdziła Mariola.
Sabrina najmniej przejmowała się całym zamieszaniem. Trzymała mamę za rękę, maszerowała swoimi małymi krokami i z zaciekawieniem spoglądała na samochody, przechodniów oraz budynki. Dla niej Niemcy nie były emigracją ani wielką życiową decyzją. Były po prostu nowym miejscem, do którego przyjechała razem z mamą, tatą i siostrą.
A skoro wszyscy byli obok, świat pozostawał bezpieczny.
Na komisariacie Andrzej poczuł po raz pierwszy, że decyzja, o której przez tyle miesięcy rozmawiali, przestała być planem.
Stała się faktem.
Stali przed obcymi ludźmi, z paszportami i dokumentami w rękach, próbując wyjaśnić, że przyjechali z Polski i chcą zostać w Republice Federalnej Niemiec na stałe.
Mariola stała przy Andrzeju, trzymając Sabrinę blisko siebie. Dominika rozglądała się po pomieszczeniu, nie rozumiejąc, dlaczego dorośli nagle stali się tacy poważni.
Andrzej odpowiadał na pytania najlepiej, jak potrafił.
Mariola słuchała i co jakiś czas spoglądała na jego profil.
Dopiero wtedy naprawdę do niej dotarło.
Nie jechali już na wakacje.
Nie przyjechali w odwiedziny.
Nie mieli za kilka dni wsiąść do pociągu powrotnego.
Chcieli tutaj zostać.
Kiedy wszystko zostało zapisane i sprawdzone, otrzymali skierowanie do hotelu, w którym mieli spędzić dwie doby. Po tym czasie mieli dostać kolejne skierowanie — tym razem do obozu dla uchodźców, który przez pierwsze miesiące miał stać się miejscem ich pobytu.
Mariola spojrzała na Andrzeja.
— Dwa dni?
— Dwa.
— A potem obóz?
Skinął głową.
Przez moment nic nie mówiła.
Słowo „obóz” nie brzmiało zachęcająco.
Andrzej od razu zauważył jej minę.
— Mariolko.
— Co?
— Damy sobie radę.
— Wiem.
— Nie wyglądasz, jakbyś wiedziała.
Mariola popatrzyła na córki.
— Po prostu inaczej sobie wyobrażałam pierwszy dzień.
— Ja też.
— Myślałam, że przyjedziemy i…
Urwała.
— I co?
Sama zaczęła się śmiać.
— Właściwie nie wiem. Chyba myślałam, że Niemcy będą na nas czekały.
Andrzej również się uśmiechnął.
— Są.
— Gdzie?
— Za drzwiami.
— Bardzo romantyczne.
— Staram się.
Mariola wsunęła dłoń w jego rękę.
— To staraj się dalej.
Andrzej ścisnął jej palce.
Ruszyli.
Hotel nie był miejscem, w którym mieli rozpocząć nowe życie. Wiedzieli o tym od początku. Był jedynie przystankiem pomiędzy Polską, którą zostawili, a nieznaną przyszłością, do której dopiero mieli zostać skierowani.
Ale kiedy wreszcie zamknęły się za nimi drzwi pokoju, Mariola poczuła ogromną ulgę.
— Jesteśmy.
Andrzej postawił walizki.
— Jesteśmy.
Dominika natychmiast zaczęła oglądać pokój.
— Tutaj będziemy mieszkać?
Mariola zdjęła płaszcz Sabrinie.
— Tylko dwie noce.
— A potem?
Andrzej spojrzał na córkę.
— Pojedziemy do innego miejsca.
— Jakiego?
Rodzice wymienili spojrzenia.
— Takiego, gdzie będziemy mieszkać trochę dłużej — odpowiedziała Mariola.
Dominika przyjęła tę informację bez większych emocji.
— A tutaj jest telewizor?
Andrzej parsknął śmiechem.
— Człowiek właśnie wyemigrował, a ty pytasz o telewizor.
— No bo jest.
Mariola roześmiała się pierwszy raz od wielu godzin naprawdę swobodnie.
— Włącz jej ten telewizor. Może przynajmniej dowiemy się, jak brzmi niemiecki, kiedy człowiek niczego nie rozumie.
— Ja trochę rozumiem — zaprotestował Andrzej.
Spojrzała na niego.
— Oczywiście.
— Naprawdę.
— To powiedz, co mówią.
Andrzej popatrzył przez kilka sekund na ekran.
— Mówią… po niemiecku.
Mariola wybuchnęła śmiechem.
Dominika również.
— Tato!
— No co? Przecież mówię prawdę.
Nawet Sabrina zaczęła się śmiać, chociaż nie miała pojęcia dlaczego.
I właśnie wtedy, w hotelowym pokoju, po całym dniu pełnym napięcia, wydarzyło się coś niezwykle zwyczajnego.
Przez kilka minut byli znowu tylko Mazurami.
Nie emigrantami.
Nie ludźmi czekającymi na skierowanie.
Nie rodziną, która nie wiedziała, gdzie będzie mieszkała za trzy dni.
Po prostu rodzicami i dwiema córkami, które śmiały się z ojca.
Wieczorem zmęczenie dopadło ich wszystkich.
Sabrina zasnęła pierwsza, niemal natychmiast po położeniu. Dominika walczyła ze snem trochę dłużej, bo nowe miejsce budziło jej ciekawość, ale w końcu i ona ucichła.
Mariola jeszcze przez jakiś czas krzątała się po pokoju. Układała ubrania dziewczynek, sprawdzała bagaże i przygotowywała rzeczy na następny dzień, jakby zaprowadzenie porządku w kilku walizkach mogło dać jej poczucie kontroli nad całym życiem.
Andrzej obserwował ją z łóżka.
— Zostaw.
— Jeszcze tylko to.
— Mówisz tak od pół godziny.
— Bo ciągle coś znajduję.
Wstał i podszedł do niej.
Mariola właśnie pochylała się nad otwartą walizką, kiedy poczuła jego dłonie na biodrach.
Znieruchomiała.
— Andrzej…
— Mhm?
— Co robisz?
— Pomagam.
Odwróciła głowę.
— To jest pomaganie?
— Bardzo specjalistyczne.
— Jesteś niemożliwy.
Objął ją od tyłu i przyciągnął delikatnie do siebie.
Przez chwilę Mariola chciała jeszcze coś powiedzieć, lecz kiedy poczuła jego usta na swojej szyi, przymknęła oczy.
Cały dzień była spięta. Pilnowała dzieci, bagaży, dokumentów, próbowała zapamiętać nowe miejsca i nie pokazywać córkom, że sama się boi. Dopiero teraz, kiedy Andrzej ją obejmował, pozwoliła sobie przestać nad wszystkim panować.
Oparła głowę o jego ramię.
— Dzieci śpią.
— Wiem.
— To znaczy, że masz być cicho.
— Przecież nic nie mówię.
Mariola odwróciła się w jego ramionach.
— Właśnie dlatego się martwię.
Uśmiechnął się.
Przez moment patrzyli na siebie z bardzo bliska.
Andrzej przesunął dłonią po jej policzku.
— Co? — zapytała cicho.
— Patrzę.
— Cały dzień na mnie patrzysz.
— Bo cały dzień jesteś ładna.
Mariola przewróciła oczami.
— To było straszne.
— Ale zadziałało.
— Wcale nie.
— Uśmiechasz się.
— Z litości.
Pocałował ją.
Najpierw lekko, niemal zaczepnie, lecz Mariola objęła go za szyję i odpowiedziała pocałunkiem, który szybko przestał mieć cokolwiek wspólnego z żartami.
Przy nim wszystko, co jeszcze godzinę wcześniej wydawało się ogromne — obcy kraj, policja, hotel, skierowanie do obozu, język, którego prawie nie znała — na kilka chwil przestało istnieć.
Był tylko Andrzej.
Znajomy zapach jego skóry, ciepło dłoni i ten szczególny sposób, w jaki ją obejmował, jakby nawet po tylu latach nadal nie miał jej dosyć.
Mariola odsunęła usta od jego ust.
— Ciszej.
Andrzej spojrzał na nią niewinnie.
— To ty mnie całujesz.
— Bo ty zaczynasz.
— Ty zawsze tak mówisz.
— Bo zawsze zaczynasz.
— Nie zawsze.
Mariola zmrużyła oczy.
— Nie prowokuj mnie.
— Właśnie próbuję.
Tym razem sama go pocałowała.
Później leżała wtulona w niego, z głową opartą na jego piersi, a Andrzej powoli przesuwał dłonią po jej plecach.
W pokoju panowała cisza.
Za ścianą od czasu do czasu dochodziły jakieś głosy, z ulicy docierał odległy szum samochodów, a światło miasta wpadało przez zasłony.
Mariola patrzyła przed siebie.
— Andrzej?
— Mhm?
— My naprawdę tutaj jesteśmy.
— Naprawdę.
— I powiedzieliśmy dzisiaj, że chcemy zostać na stałe.
— Tak.
Przesunęła palcem po jego piersi.
— Jak to powiedzieliśmy, zrobiło mi się dziwnie.
— Mnie też.
Mariola podniosła głowę.
— Tobie?
— A myślisz, że ja się nie boję?
Przez chwilę przyglądała mu się uważnie.
Andrzej przez większość dnia próbował być tym silniejszym. To on pilnował dokumentów, pytał, szukał, tłumaczył, prowadził ich przez obce miasto. Mariola prawie zapomniała, że dla niego wszystko było równie nowe.
— Nie pokazujesz.
— Bo ty wystarczająco się martwisz za nas oboje.
Szturchnęła go lekko.
— Bardzo śmieszne.
Przyciągnął ją bliżej.
— Boję się, Mariolko.
Tym razem nie zażartowała.
Pocałowała go w pierś.
— Czego?
— Że coś źle zrobię. Że nie znajdę pracy. Że będzie wam ciężko. Że któregoś dnia popatrzysz na mnie i powiesz: Andrzej, po co mnie tutaj przywiozłeś?
Mariola podniosła się na łokciu.
— Popatrz na mnie.
Spojrzał.
— Ty mnie tutaj nie przywiozłeś.
— Nie?
— Przyjechaliśmy razem.
To jedno zdanie wystarczyło.
Andrzej objął ją mocniej.
Mariola położyła policzek na jego piersi i przez chwilę słuchała bicia jego serca.
— Poza tym — odezwała się po chwili — hotel nie jest taki zły.
— O?
— Łóżko jest całkiem dobre.
Andrzej spojrzał na nią.
— Dopiero teraz zauważyłaś?
— Przeprowadzam dokładną ocenę warunków.
— Mogę ci pomóc.
— Ty już pomagałeś.
— Mogę jeszcze raz.
Mariola zaczęła się śmiać i natychmiast zakryła mu usta dłonią.
— Cicho, wariacie. Dzieci.
Pocałował wnętrze jej dłoni.
Spojrzała na niego, a jej uśmiech zrobił się łagodniejszy.
— Wiesz, co jest najdziwniejsze?
— Co?
— Że jestem w obcym kraju, w obcym hotelu, nie wiem, gdzie będziemy za dwa dni… a teraz wcale nie czuję się obco.
Andrzej pogładził ją po włosach.
— Bo jesteś ze mną.
Mariola uniosła brew.
— Ale skromny.
— A nie?
Przytuliła się mocniej.
— Trochę masz rację.
— Wiedziałem.
— Tylko się nie przyzwyczajaj.
Następnego ranka pierwsza obudziła się Sabrina.
Stanęła przy łóżku rodziców i zaczęła ciągnąć Mariolę za rękę.
— Mama.
Mariola otworzyła jedno oko.
— Co się stało?
— Jeść.
Andrzej leżał obok z zamkniętymi oczami.
Mariola szturchnęła go łokciem.
— Słyszałeś?
— Śpię.
— Już nie.
— Jestem za granicą. Nic nie rozumiem.
Mariola parsknęła śmiechem.
— Ona mówi po polsku.
— Tym bardziej podejrzane.
Sabrina ponownie pociągnęła mamę.
— Jeść!
Andrzej w końcu otworzył oczy.
— Dobrze. Już wstaję.
Mariola popatrzyła na niego z satysfakcją.
— Wiedziałam, że szybko nauczysz się języka.
— Poczekaj, aż wieczorem będziesz czegoś chciała.
Nachyliła się nad nim tak, żeby dziewczynki nie słyszały.
— Wieczorem nie będę dużo mówiła.
Andrzej zastygł.
Mariola niewinnie wyprostowała się, wzięła Sabrinę za rękę i ruszyła w stronę łazienki.
Po dwóch krokach obejrzała się.
— No co?
— Nic.
— To wstawaj.
Wyszła z córką.
Andrzej został przez moment sam i pokręcił głową z uśmiechem.
Pierwszego dnia w Niemczech nie wiedział jeszcze, gdzie będą mieszkać za tydzień, kiedy znajdzie pracę ani jak długo potrwa droga do normalnego życia.
Jednego był jednak pewien.
Mariola pozostała Mariolą.
I ta świadomość uspokajała go bardziej niż wszystkie dokumenty, pieczątki i skierowania.
Drugiego dnia wyszli z hotelu na krótki spacer.
Nie chcieli siedzieć zamknięci w pokoju, a dziewczynki potrzebowały ruchu. Dominika szła pomiędzy rodzicami, Sabrina co chwilę zatrzymywała się przy czymś, co przyciągało jej uwagę, natomiast Mariola oglądała wystawy sklepowe z mieszaniną ciekawości i niedowierzania.
— Andrzej.
— Co?
— Widziałeś?
— Co?
— Tam.
— Co tam?
— Wszystko.
Roześmiał się.
— Bardzo precyzyjnie.
Mariola zatrzymała się przy jednej z witryn.
— Człowiek patrzy i nie wie, od czego zacząć.
Andrzej stanął obok niej.
— Od pracy.
Spojrzała na niego.
— Wiedziałam, że coś romantycznego powiesz.
— Najpierw praca, potem romantyzm.
— Wczoraj kolejność była odwrotna.
Andrzej spojrzał na córki, a potem na nią.
— Mariolko…
— No co?
— Zachowuj się.
Uśmiechnęła się z satysfakcją.
— Teraz ty się czerwienisz.
Ruszyła dalej.
Andrzej patrzył za nią przez sekundę, po czym dogonił rodzinę i objął Mariolę ramieniem.
Dominika spojrzała na rodziców.
— Wy znowu się przytulacie?
— Tak — odpowiedział Andrzej.
— Dlaczego?
Mariola popatrzyła na córkę.
— Bo tata się boi, że mama mu ucieknie.
— Nie uciekniesz?
Mariola spojrzała na Andrzeja.
W jego oczach dostrzegła coś więcej niż żart.
— Nie — odpowiedziała spokojnie. — Nie ucieknę.
Andrzej pocałował ją w skroń.
I poszli dalej we czworo przez miasto, które nie wiedziało jeszcze nic o rodzinie Mazurów.
Nie wiedziało, skąd przyjechali.
Nie wiedziało, ile zostawili za sobą.
Nie wiedziało też, że za kilka dni zamiast hotelowego pokoju będą mieli dostać miejsce w obozie dla uchodźców, gdzie rozpocznie się znacznie trudniejsza część ich niemieckiej historii.
Tego popołudnia jednak nie chcieli o tym myśleć.
Mieli jeszcze jedną noc w hotelu.
Kilka walizek.
Dwie córki idące obok nich.
I siebie.
Na początek musiało wystarczyć.
Rozdział 7 — Cena nowego początku
Trzeciego dnia pobytu w Niemczech, po dwóch nocach spędzonych w hotelu, cała czwórka ponownie zjawiła się na policji.
Tym razem wiedzieli już, po co tam idą. Mieli otrzymać skierowanie do ośrodka przejściowego, w którym mieli spędzić pierwsze miesiące, zanim niemieckie urzędy zdecydują, co będzie z nimi dalej.
Mariola szła obok Andrzeja, prowadząc Sabrinę za rękę, podczas gdy Dominika trzymała się ojca. Wszystko nadal było dla nich obce: język, którego prawie nie rozumieli, ulice, ludzie, urzędy, a nawet sposób, w jaki pracownicy przekładali dokumenty z jednej strony biurka na drugą i zadawali pytania, których znaczenie Andrzej próbował jak najlepiej zrozumieć.
Byli w Niemczech zaledwie trzeci dzień, a Mariola miała wrażenie, jakby od chwili wyjazdu z Tychów minęło znacznie więcej czasu.
Jeszcze niedawno spacerowali po swoim osiedlu, próbując zapamiętać znajome ulice, blok, przystanki i miejsca związane z ich wspólnym życiem.
Teraz siedzieli w obcym urzędzie z dwiema córkami i kilkoma walizkami, czekając, aż ktoś powie im, dokąd pojadą dalej.
Andrzej od pierwszych chwil próbował zachowywać spokój. Pytał, słuchał, wyciągał dokumenty i odpowiadał na kolejne pytania. Wiedział, że od tego, co wydarzy się w najbliższych godzinach, może zależeć początek życia całej rodziny w Niemczech.
W pewnym momencie rozmowa przybrała jednak zupełnie inny obrót.
Urzędnik przeglądający dokumenty Andrzeja zainteresował się jego działalnością w Polsce.
Najpierw padło pytanie o „Solidarność”.
Potem o Zakłady Samochodów Małolitrażowych w Tychach.
Następnie o działalność związkową, zebrania, ludzi, z którymi współpracował, i funkcje, jakie pełnił w zakładzie.
Andrzej odpowiadał rzeczowo.
Mariola słuchała, początkowo nie przywiązując do tego szczególnej wagi. Wiedziała przecież, że jej mąż był aktywnym działaczem „Solidarności” i pełnił odpowiedzialną funkcję w strukturach związku w tyskim zakładzie. Wiedziała również, ile czasu kiedyś temu poświęcał.
Dopiero po kilku minutach zauważyła, że urzędnicy traktują jego historię znacznie poważniej, niż się spodziewała.
Pojawiły się dodatkowe pytania.
Jeden urzędnik wyszedł z pokoju.
Po chwili wrócił z drugim.
Rozmawiali między sobą po niemiecku, co jakiś czas spoglądając na Andrzeja i jego dokumenty.
Mariola poczuła niepokój.
Nachyliła się do męża.
— Andrzej, o co chodzi?
— Nie wiem.
— Coś jest nie tak?
— Chyba nie.
— „Chyba”?
Spojrzał na nią.
— Mariolko, naprawdę nie wiem więcej od ciebie.
Po krótkiej naradzie jeden z urzędników usiadł naprzeciwko Andrzeja i zaczął wyjaśniać mu sytuację.
Ze względu na jego działalność w „Solidarności”, funkcję pełnioną w strukturach związku oraz aktywność w Zakładach Samochodów Małolitrażowych w Tychach mógł wystąpić o azyl polityczny nie tylko dla siebie, lecz dla całej rodziny.
Andrzej znieruchomiał.
— Dla nas wszystkich? — upewnił się.
— Dla pana, żony i dzieci.
Mariola spojrzała na męża.
Jeszcze kilka minut wcześniej przyszli tutaj jedynie po skierowanie do ośrodka przejściowego.
Teraz stali przed decyzją, której w ogóle nie przewidywali.
Urzędnik tłumaczył dalej.
Jeżeli Andrzej zdecyduje się rozpocząć procedurę azylową, rodzina zostanie skierowana do ośrodka dla uchodźców politycznych w Zirndorfie niedaleko Norymbergi, gdzie jego działalność zostanie dokładniej udokumentowana i gdzie otrzymają pomoc przewidzianą dla ludzi znajdujących się w podobnej sytuacji.
Andrzej słuchał bardzo uważnie.
Padła informacja o kursie języka niemieckiego, pomocy finansowej na rozpoczęcie życia, a w dalszej perspektywie również o większych możliwościach otrzymania mieszkania i znalezienia odpowiedniej pracy.
Pojawiło się także coś, czego Mariola zupełnie się nie spodziewała.
Dowiedzieli się, że Zirndorf jest miejscem, w którym sprawami uchodźców politycznych przybywających ze Wschodu interesują się nie tylko niemieckie instytucje, ale również przedstawiciele zachodnich służb i instytucji bezpieczeństwa.
Mariola poczuła dreszcz.
Spojrzała na męża zupełnie inaczej niż jeszcze kilka minut wcześniej.
— Andrzej…
— Co?
— Ty wiedziałeś, że oni będą się tobą tak interesować?
Pokręcił głową.
— Skąd miałem wiedzieć?
— Ale przecież pytają o wszystko.
— Widzę.
Mariola patrzyła na niego i nagle przypomniały jej się lata w Tychach.
Zebrania.
Telefony.
Ludzie przychodzący do mieszkania.
Jego późne powroty.
Rozmowy prowadzone czasami półgłosem.
Sprawy, których wtedy nie rozumiała albo których nie chciała rozumieć, ponieważ widziała przede wszystkim ich wpływ na rodzinę.
Przez długi czas działalność Andrzeja kojarzyła jej się głównie z jego nieobecnością, z mężem, na którego czekała, i z człowiekiem, który miał czas dla setek innych ludzi, podczas gdy ona czasem pragnęła tylko jednego spokojnego wieczoru z nim.
Tutaj po raz pierwszy zobaczyła tamten okres z innej strony.
To, co dla niej kiedyś było źródłem żalu, dla ludzi siedzących przed nimi stanowiło dowód odwagi, odpowiedzialności i działalności, która najwyraźniej miała znacznie większe znaczenie, niż przypuszczała.
Poczuła dumę.
Tak wielką, że przez chwilę ścisnęło ją w gardle.
I jednocześnie pojawił się żal.
Nie do Andrzeja.
Do samej siebie.
Że kiedyś tak często widziała tylko to, czego jej brakowało, a nie potrafiła zobaczyć człowieka, którym był jej mąż.
Spojrzała na niego jeszcze raz.
Na tego samego Andrzeja, który przed laty chodził pieszo przez Kraków, żeby zaoszczędzić pieniądze na jej osiemnaste urodziny.
Na chłopaka, z którym zaczynała życie w małym mieszkaniu.
Na ojca Dominiki i Sabriny.
Na mężczyznę, z którym przeżyła już tyle dobrych i złych chwil.
A teraz nagle zobaczyła w nim jeszcze kogoś innego.
Człowieka, którego działalność była wystarczająco istotna, aby w obcym kraju potraktowano jego historię tak poważnie.
Andrzej pochylił się ku niej.
— Mariolko…
— Tak?
— Co robimy?
To pytanie zaskoczyło ją.
— Pytasz mnie?
— Oczywiście.
— Andrzej, przecież chodzi o twoją działalność.
Pokręcił głową.
— Nie.
Spojrzał na Dominikę i Sabrinę.
— Chodzi o nas czworo.
Mariola poczuła wzruszenie.
Właśnie to różniło obecnego Andrzeja od tego sprzed kilku lat.
Nie decydował już sam.
Nie przychodził z gotowym postanowieniem.
Pytał ją.
Chciał, żeby była częścią decyzji.
Urzędnik wyjaśnił jednak jeszcze jedną rzecz.
I właśnie wtedy radość Marioli zgasła na kilka sekund.
Jeżeli wystąpią o azyl polityczny, muszą liczyć się z tym, że przez pierwsze lata procedury powrót do Polski nie będzie możliwy. W ich przypadku należało przygotować się na to, że przez około trzy lata nie będą mogli pojechać do kraju.
Ani na święta.
Ani na wakacje.
Ani choćby na kilka dni do Krakowa.
Mariola pobladła.
— Trzy lata? — powtórzyła.
Andrzej spojrzał na nią.
Urzędnik potwierdził.
Mariola przestała słyszeć kolejne słowa.
Trzy lata.
Nagle zobaczyła mamę.
Kraków.
Rodzinny stół.
Znajome ulice.
Kuzynki.
Przyjaciół.
Tychy.
Polskę, którą dopiero co opuściła i za którą już zaczynała tęsknić.
Do tej chwili gdzieś głęboko miała poczucie, że przecież zawsze można będzie wrócić.
Może nie za tydzień.
Może nie za miesiąc.
Ale kiedy przyjdą święta albo zatęsknią za rodziną, wsiądą kiedyś do samochodu albo pociągu i pojadą do Krakowa.
Teraz ktoś mówił jej, że przez pierwsze trzy lata ta możliwość praktycznie przestanie istnieć.
— Andrzej…
Usłyszał zmianę w jej głosie.
— Wiem.
— Trzy lata to strasznie długo.
— Wiem.
— Sabrina będzie już dużą dziewczynką.
Spojrzała na młodszą córkę.
— Mama prawie jej nie pozna.
Andrzej nie próbował jej uspokajać.
Nie powiedział, że trzy lata szybko miną.
Nie powiedział, że będzie dobrze.
Tym razem wiedział, że niektórych rzeczy nie należy pomniejszać.
Wyciągnął rękę.
Mariola natychmiast ją chwyciła.
— Jeżeli nie chcesz — powiedział cicho — nie musimy tego robić.
Spojrzała na niego.
— Naprawdę?
— Przyjechaliśmy tutaj razem. I razem zdecydujemy.
Mariola spuściła wzrok na ich splecione dłonie.
Jeszcze kilka dni wcześniej spacerowała po Tychach i mówiła mu, że chce wyjechać i jednocześnie nie chce.
Teraz zrozumiała, że tamten lęk był dopiero początkiem.
Emigracja rzeczywiście oznaczała rozstanie.
Nie symboliczne.
Prawdziwe.
Na lata.
Andrzej mówił dalej:
— Jeśli zgodzę się na azyl polityczny, możemy dostać lepszy start. Pomoc, język, później mieszkanie i większą szansę na dobrą pracę. Dla dziewczynek też może być łatwiej.
Zawahał się.
— Ale cena jest duża.
Mariola spojrzała mu w oczy.
— A czego ty chcesz?
Tym razem Andrzej nie odpowiedział natychmiast.
Popatrzył na Dominikę.
Na Sabrinę.
Na swoją żonę.
Potem na dokumenty leżące na biurku.
— Chcę, żeby za dziesięć czy dwadzieścia lat nasze córki powiedziały, że warto było.
Mariola poczuła łzy pod powiekami.
— A jeżeli nie powiedzą?
— To przynajmniej będę wiedział, że próbowałem dać im więcej, niż sam miałem.
Zamilkł.
— Ale nie chcę zrobić tego kosztem ciebie.
Mariola ścisnęła jego rękę.
— Posłuchaj mnie.
Andrzej podniósł wzrok.
— Przez wiele lat nie zawsze rozumiałam, co robiłeś. Czasami byłam wściekła na tę całą „Solidarność”, bo zabierała mi męża.
Andrzej milczał.
— Dopiero tutaj chyba naprawdę zobaczyłam, że to miało znaczenie.
Jej głos lekko zadrżał.
— I jestem z ciebie dumna.
Andrzej patrzył na nią bez słowa.
Mariola uśmiechnęła się przez wzruszenie.
— Bardzo dumna.
— Mariola…
— Nie. Teraz ja mówię.
Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu.
— Dobrze.
— Jesteś mądrym człowiekiem. Znasz się na tych sprawach lepiej ode mnie. To ty musisz ocenić, co da nam większą szansę.
— A trzy lata bez Polski?
Mariola na moment zamknęła oczy.
To bolało.
Bardzo.
Kiedy ponownie na niego spojrzała, miała wilgotne oczy.
— Będę tęsknić.
— Ja też.
— Pewnie czasami strasznie.
— Wiem.
— Mogę nawet któregoś dnia powiedzieć ci, że to był najgorszy pomysł w naszym życiu.
Andrzej uśmiechnął się słabo.
— Tego akurat się spodziewam.
Mariola również się uśmiechnęła.
Po chwili spoważniała.
— Ale skoro już zrobiliśmy ten krok, nie chcę, żebyśmy teraz ze strachu wybrali gorszą drogę.
Andrzej patrzył na nią.
— Zostawiasz decyzję mnie?
— Tak.
— A jeśli się pomylę?
Mariola przybliżyła się.
— To pomylimy się razem.
Te słowa zatrzymały go.
Przez kilka sekund Andrzej nic nie mówił.
Potem ponownie spojrzał na córki.
Przypomniał sobie pytanie Dominiki jeszcze w Polsce:
Będziemy tam razem?
I własną odpowiedź:
Wszyscy razem.
Wtedy było to zdanie wypowiedziane do dziecka.
Teraz stawało się zobowiązaniem.
Wyprostował się.
Mariola zobaczyła zmianę w jego twarzy.
Znała ten wyraz.
Wahanie zniknęło.
Andrzej odwrócił się do urzędnika.
— Dobrze. Składamy wniosek o azyl polityczny.
Zrobił krótką pauzę.
— Całą rodziną.
Mariola ścisnęła jego dłoń.
Decyzja została podjęta.
Przez najbliższe trzy lata Polska miała pozostać dla nich wspomnieniem, głosem bliskich w telefonie, fotografiami, listami i tęsknotą.
Andrzej odwrócił się do Marioli.
Zobaczył łzy.
— Żałujesz?
Pokręciła głową.
— Jeszcze nie zdążyłam.
Uśmiechnął się.
Mariola otarła policzek.
— Andrzej?
— Tak?
— Dobrze wybrałam męża.
Uniósł brwi.
— Dopiero teraz zauważyłaś?
— Nie psuj chwili.
— Już nic nie mówię.
— I tak cię kocham.
Andrzej ścisnął jej dłoń.
Nie odpowiedział.
Nie musiał.
Niespełna godzinę później Mazurowie siedzieli już w niewielkim, ośmioosobowym busie jadącym w stronę Zirndorfu.
Było popołudnie, a podróż miała potrwać jeszcze kilka godzin. Za oknami przesuwały się kolejne miasta, pola i drogi, podczas gdy oni próbowali przyzwyczaić się do myśli, że wieczorem zasną już w następnym miejscu.
Mariola siedziała przy oknie z Sabriną, a Dominika co chwilę przesuwała się bliżej szyby, żeby lepiej widzieć krajobraz.
— Mamo, popatrz!
— Widzę.
— Ale tutaj jest inaczej.
Mariola uśmiechnęła się.
— Wszystko jest tutaj trochę inne.
Andrzej siedział obok i patrzył na mijane miejscowości. Dopiero teraz, kiedy decyzja została podjęta, pozwolił sobie na niepewność.
Nie musiał już udawać przed Mariolą, że zna wszystkie odpowiedzi.
Ona również ich nie oczekiwała.
Położyła dłoń na jego kolanie.
— O czym myślisz?
— O tych trzech latach.
Mariola spuściła wzrok.
— Ja też.
— Wiesz, że jeśli będzie ci ciężko, możesz mi powiedzieć.
Spojrzała na niego.
— Nawet jeśli będę zła na ciebie?
— Nawet wtedy.
— Mogę ci przypominać, że to ty powiedziałeś „zgadzam się”?
Andrzej westchnął teatralnie.
— Wiedziałem, że trzeba było się zastanowić.
Mariola roześmiała się.
Po chwili jednak położyła głowę na jego ramieniu.
— Damy radę?
Tym razem nie odpowiedział automatycznie.
Spojrzał na dziewczynki.
Potem na nią.
— Będziemy próbować każdego dnia.
Mariola uśmiechnęła się.
— To lepsza odpowiedź.
Andrzej pocałował ją we włosy.
Za oknem przesuwały się Niemcy, które jeszcze kilka dni wcześniej były tylko nazwą kraju na mapie i odległym planem, a teraz stawały się miejscem, w którym miały dorastać ich dzieci.
Do Zirndorfu dotarli tego samego dnia późnym wieczorem.
Byli zmęczeni podróżą i całym dniem pełnym decyzji, urzędowych rozmów oraz emocji.
Po krótkich formalnościach zaprowadzono ich do części ośrodka, w której mieli zamieszkać. Ku zaskoczeniu Marioli dostali duży, czysty pokój, znacznie przyjemniejszy, niż wyobrażała sobie wcześniej, słysząc słowo „obóz”.
Były łóżka, stół, krzesła i wystarczająco dużo miejsca, żeby rozstawić walizki oraz dziecięce rzeczy.
Mariola weszła do środka i przez chwilę stała w drzwiach.
— To tutaj?
Andrzej postawił walizkę.
— Wygląda na to, że tutaj.
Dominika natychmiast zaczęła wybierać łóżko.
— Ja chcę to!
— Dlaczego akurat to? — zapytała Mariola.
— Bo jest moje.
— Od kiedy?
— Od teraz.
Andrzej roześmiał się.
— Szybko się urządza.
— Po tobie — odpowiedziała Mariola.
Sabrina, widząc siostrę, również zaczęła wspinać się na łóżko.
Po kilku minutach dziewczynki zachowywały się tak, jakby całodniowa podróż w ogóle ich nie zmęczyła.
Mariola patrzyła na nie ze wzruszeniem.
— Popatrz na nie.
Andrzej stanął obok.
— Co?
— My przeżywamy emigrację, azyl, trzy lata bez Polski, a one wybierają łóżka.
— Może są mądrzejsze od nas.
— Dlaczego?
— Zajmują się tym, na co mają wpływ.
Mariola spojrzała na niego.
— Ty dzisiaj naprawdę jesteś mądry.
— Drugi raz w jednym dniu.
— Nie przyzwyczajaj się.
Zaśmiał się i pocałował ją w skroń.
Dzieci miały niezwykłą zdolność oswajania miejsc, których dorośli jeszcze się bali.
Tego wieczoru nie mieli już siły na poznawanie ośrodka. Zjedli posiłek, umyli dziewczynki i położyli je spać.
Kiedy zrobiło się cicho, Mariola usiadła na brzegu łóżka obok Andrzeja.
— Dziwny dzień.
— Bardzo.
— Rano hotel, potem policja, decyzja o azylu, podróż… a teraz jesteśmy w Zirndorfie.
Andrzej objął ją ramieniem.
Mariola natychmiast się do niego przytuliła.
— Będzie mi brakowało mamy — powiedziała.
— Wiem.
— Krakowa.
— Mnie też.
— Tychów.
— Mnie też.
Milczała przez chwilę.
— Ciebie mi przynajmniej nie będzie brakowało.
Andrzej spojrzał na nią.
— To zabrzmiało okropnie.
Mariola uśmiechnęła się.
— Bo będziesz przy mnie.
— A.
— Głuptasie.
Pocałowała go w policzek.
Andrzej przyciągnął ją bliżej.
— Przez trzy lata możesz się mną nacieszyć.
Mariola uniosła brwi.
— Tylko trzy?
— Potem też, ale wtedy już będziesz mogła od czasu do czasu pojechać do Polski i ode mnie odpocząć.
— Nie liczyłabym na to.
— Dlaczego?
Mariola przysunęła twarz do jego.
— Bo jeszcze bardziej się do ciebie przyzwyczaję.
Pocałował ją.
Spokojnie i czule.
Za ich plecami spały dwie córki, a wokół znajdowało się miejsce zupełnie obce, które na jakiś czas miało stać się ich całym światem.
Tej pierwszej nocy w Zirndorfie zasnęli szybko.
Zmęczenie okazało się silniejsze od niepewności.
Następnego ranka, po pierwszej nocy spędzonej w Zirndorfie, zaczęli naprawdę poznawać ośrodek.
Po śniadaniu wyszli z dziewczynkami na zewnątrz i obeszli teren. Szybko zauważyli, że życie jego mieszkańców było wyraźnie podzielone.
W jednej części znajdowali się przybysze z krajów afrykańskich, mieszkający w znacznie skromniejszych warunkach, między innymi w barakach. Mazurowie słyszeli od innych mieszkańców, że część z nich otrzymywała czasowe prawo pobytu i pozostawała pod opieką ośrodka również ze względu na stan zdrowia.
Druga część, w której zakwaterowano rodzinę Andrzeja, przeznaczona była dla uchodźców politycznych i oferowała zdecydowanie lepsze warunki.
Mariola szybko dostrzegła coś jeszcze.
W kantynie podział był widoczny szczególnie mocno.
Jedzenie okazało się bardzo dobre, porcje były duże, dzieciom niczego nie brakowało, ale zasady obsługi mieszkańców nie wyglądały jednakowo. Afrykańscy mieszkańcy ośrodka czekali w kolejce, podczas gdy uchodźcy polityczni z drugiej części byli przepuszczani wcześniej.
Marioli nie podobało się to.
— Andrzej, widzisz?
— Widzę.
— Dlaczego oni czekają, a my nie?
Andrzej rozejrzał się.
— Nie wiem. Tak to tutaj zorganizowali.
Mariola spojrzała na ludzi stojących z tacami.
Jeszcze kilka dni wcześniej sama była obca w Niemczech i nie wiedziała, gdzie będzie spała następnej nocy. Nie potrafiła więc patrzeć na innych jak na ludzi gorszych tylko dlatego, że przyjechali z innego miejsca.
— Dziwne — powiedziała.
Andrzej skinął głową.
— Bardzo.
Najmniej przejmowała się tym wszystkim Dominika.
Dla niej Zirndorf nie był miejscem procedur azylowych, polityki ani urzędniczych decyzji.
Był wielkim placem zabaw.
A przede wszystkim miejscem pełnym nowych ludzi.
Dominika od zawsze miała łatwość nawiązywania kontaktów. Nie potrzebowała wspólnego języka. Wystarczały gesty, śmiech i kilka minut wspólnej zabawy.
Szczególną sympatią obdarzyła grupę Afrykańczyków mieszkających w drugiej części ośrodka.
Oni zaś bardzo szybko polubili ją.
Już w pierwszych dniach pobytu w Zirndorfie Mariola zobaczyła coś, co sprawiło, że zatrzymała się w pół kroku.
Dominika siedziała na czymś przypominającym prowizoryczne nosze, na których ustawiono wygodny fotel. Kilku roześmianych mężczyzn niosło ją przez teren ośrodka niczym królową.
Dziewczynka siedziała wyprostowana, z poważną miną godną władczyni, choć po chwili nie wytrzymała i zaczęła się śmiać.
— Szybciej! — zarządziła.
Mężczyźni wybuchnęli śmiechem.
— Dominika! — zawołała Mariola.
Córka pomachała jej ręką.
— Mamo! Jestem królową!
Andrzej stanął obok żony.
Przez kilka sekund patrzył na tę scenę, po czym zaczął się śmiać.
— No proszę. Ledwie zamieszkaliśmy w Zirndorfie, a nasza córka już zrobiła karierę.
Mariola nie podzielała jego spokoju.
— Andrzej, oni ją noszą!
— Widzę.
— Obcy ludzie.
— Też widzę.
— I co?
— Wygląda na szczęśliwą.
Mariola rzuciła mu spojrzenie.
— To jest twoja odpowiedź?
Andrzej przestał się śmiać.
Rozumiał jej niepokój. Wszystko było nowe, ludzi nie znali, a Mariola miała naturalną potrzebę pilnowania dzieci szczególnie mocno.
— Będziemy ją obserwować — powiedział. — Nie spuszczamy jej z oczu.
Ta odpowiedź bardziej ją uspokoiła.
Mariola obserwowała uważnie.
Nie ufała jeszcze nikomu na tyle, by bez obaw pozostawić córkę pod jego opieką, niezależnie od pochodzenia. Dlatego trzymała się blisko i pilnowała Dominiki.
Tymczasem dziewczynka najwyraźniej uznała, że skoro została królową, należy korzystać z należnych jej przywilejów.
Wskazała ręką plac zabaw.
— Teraz tam!
Jej „poddani” posłusznie zmienili kierunek.
Andrzej parsknął śmiechem.
— Widzisz? Już nimi rządzi.
— To akurat mnie nie dziwi — odpowiedziała Mariola.
— Po kim ona to ma?
Mariola spojrzała na niego.
— Po ojcu. Przecież podobno jesteś ważną osobistością.
Andrzej jęknął.
— Wiedziałem, że będziesz mi to teraz wypominała.
Mariola uśmiechnęła się i wsunęła dłoń pod jego ramię.
— Nie wypominam.
— A co robisz?
Przytuliła się do niego.
— Jestem z ciebie dumna.
Andrzej spoważniał.
Tego akurat się nie spodziewał.
Mariola spojrzała mu w oczy.
— Naprawdę. Chyba nigdy wcześniej nie powiedziałam ci tego tak wyraźnie.
Przez chwilę milczał.
— Nie musisz.
— Muszę.
— Dlaczego?
Mariola przybliżyła się.
— Bo przez lata dużo mówiłam ci o tym, co robiłeś źle. To chyba mogę też powiedzieć, kiedy zobaczę coś dobrego.
Andrzej uśmiechnął się.
— To mów dalej.
— Nie przesadzaj.
Objął ją ramieniem.
— Wiesz, z czego ja jestem najbardziej dumny?
— Z czego?
Spojrzał na Sabrinę bawiącą się kilka metrów dalej, potem na Dominikę podróżującą właśnie po ośrodku na swoim królewskim tronie.
W końcu popatrzył na Mariolę.
— Z was.
Mariola przez chwilę nic nie powiedziała.
Potem pocałowała go w policzek.
— To dobrze.
— Tylko tyle?
— A czego oczekiwałeś?
— Nie wiem. Może jakiejś nagrody.
Mariola spojrzała na córki, po czym nachyliła się do jego ucha.
— Wieczorem.
Andrzej natychmiast spojrzał na nią.
— Mariolko…
— Co?
— Nic.
Uśmiechnęła się z satysfakcją.
— Właśnie.
Pierwsze dni w Zirndorfie mijały im zadziwiająco szybko.
Rano chodzili do kantyny, później załatwiali kolejne formalności, poznawali teren ośrodka i ludzi, którzy podobnie jak oni znaleźli się nagle pomiędzy dawnym życiem a nowym.
Dominika miała swój plac zabaw i coraz więcej znajomych.
Sabrina wszędzie chodziła za starszą siostrą.
Mariola przyglądała się dzieciom i zauważała, że one znacznie szybciej od niej zaakceptowały nowe miejsce.
Dla nich najważniejsze było to, że rodzice byli obok.
Dla niej wszystko było bardziej skomplikowane.
Wieczorami, kiedy dziewczynki już spały, wracała myślami do Polski.
— Co teraz robi mama? — powiedziała któregoś wieczoru.
Andrzej leżał obok niej.
— Pewnie też o nas myśli.
— Trzy lata.
Wypowiedziała te słowa prawie szeptem.
Andrzej objął ją.
— Mariolko…
— Wiem. Sama się zgodziłam.
— To nie znaczy, że nie możesz tęsknić.
Odwróciła się w jego stronę.
— A ty tęsknisz?
— Jasne.
— Nie widać.
— Muszę wszystko pokazywać?
— Mnie możesz.
To zdanie sprawiło, że przez chwilę patrzył na nią bez słowa.
Potem przyciągnął ją bliżej.
— Brakuje mi Krakowa — przyznał. — Mamy. Ryśka. Tychów też. Nawet rzeczy, na które jeszcze miesiąc temu narzekałem.
Mariola uśmiechnęła się.
— Mnie nawet kolejek trochę brakuje.
— Nie przesadzaj.
— Trochę.
— Za pół roku ci przejdzie.
— Zobaczymy.
Andrzej przesunął dłonią po jej plecach.
Mariola przysunęła się jeszcze bliżej.
— Ale wiesz, czego mi nie brakuje?
— Czego?
— Czekania na ciebie.
Andrzej spoważniał.
Mariola dotknęła jego policzka.
— Teraz jesteś cały czas obok.
— Jeszcze ci się znudzę.
— Nie licz na to.
Pocałowała go.
Długo, spokojnie, z czułością, która z każdym rokiem ich małżeństwa stawała się coraz bardziej świadoma.
Kiedy się odsunęła, Andrzej nadal trzymał ją blisko.
— Czyli mam rozumieć, że te trzy lata będą miały również dobre strony?
Mariola uśmiechnęła się.
— Jeżeli będziesz grzeczny.
— A jeśli nie?
Nachyliła się do jego ucha.
— To będę cię wychowywać.
Andrzej roześmiał się cicho.
— Już się boję.
Mariola wtuliła się w niego.
Za oknem ośrodek powoli cichł.
Byli setki kilometrów od miejsc, które znali przez całe życie, i po raz pierwszy naprawdę rozumieli, że przez najbliższe trzy lata nie zobaczą ich na własne oczy.
Nie będzie nagłego wyjazdu do Krakowa.
Nie będzie świątecznego stołu u mamy.
Nie będzie spaceru po Tychach tylko dlatego, że zatęsknią.
Pozostaną listy, telefony, fotografie i wspomnienia.
I oni sami.
Dlatego może jeszcze bardziej niż wcześniej zaczęli trzymać się siebie.
W kolejnych dniach Mariola coraz lepiej poznawała teren ośrodka. Wszędzie widziała funkcjonariuszy policji i pracowników ochrony. Początkowo wzbudzało to w niej niepokój, później jednak zaczęło dawać poczucie bezpieczeństwa.
Dominika nadal królowała.
Dosłownie.
Jej nowi znajomi szybko przyzwyczaili się do małej Polki, która z dziecięcą pewnością siebie potrafiła wskazać kierunek i oznajmić:
— Tam!
A po chwili cały jej „dwór” ruszał za nią.