E-book
15.75
drukowana A5
34
Randki, które uczą i męczą

Bezpłatny fragment - Randki, które uczą i męczą

O wyborach, granicach i facetach, którzy dają lekcje cierpliwości


5
Objętość:
91 str.
ISBN:
978-83-8440-758-5
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 34

Czterdziestka, Tinder i inne katastrofy

O randkowaniu, rozczarowaniach i wyborze siebie

Pani Doktor Mario, pojawiła się Pani w najciemniejszym momencie mojego życia, wtedy, gdy ledwo potrafiłam oddychać nadzieją. Swoją obecnością, ciepłem, empatią i uważnością pomogła mi Pani powoli podnosić się z miejsca, w którym wszystko bolało. Dzięki Pani odważyłam się być sobą. Nauczyłam się słuchać siebie, ufać swoim emocjom i nigdy więcej nie myśleć o sobie źle. To Pani dała mi odwagę, by spisać moje doświadczenia — i uwierzyć, że moja historia ma wartość. Była Pani obok. Cicho, uważnie, z troską, obserwując moją drogę, mój wzrost, moje potknięcia i każdy mały krok do przodu, aż do momentu, w którym naprawdę wiem, kim jestem i potrafię walczyć o siebie. Dziękuję za wszystko. Za serce, za obecność, za wiarę we mnie — wtedy, gdy ja sama jeszcze nie potrafiłam. Z najgłębszą wdzięcznością.

Autorka

WSTĘP

Dlaczego w ogóle tam weszłam? Bo nauczono mnie, że związek równa się szczęście. Przez całe dzieciństwo i nastoletnie lata słyszałam — wprost albo między wierszami, że kobieta nie powinna żyć sama; że bez mężczyzny nie jest pełna; że to związek ją definiuje, a on ją dopełnia; że szczęście w pojedynkę to coś podejrzanego, chwilowego, nie do końca prawdziwego. Z takim wzorcem wchodziłam w relacje, często w rolę, którą znałam najlepiej: ratowniczki. Tej, która zrobi wszystko, wytrzyma, zrozumie, pomoże — nawet kosztem siebie.

Szacunku do siebie było tam niewiele. Mnie samej też.

Kiedy zaczęłam zauważać powtarzające się schematy, poszłam na terapię. Dzięki niej zrozumiałam, skąd biorą się moje zachowania i dlaczego tak łatwo akceptowałam to, czego akceptować nie powinnam. Potem było małżeństwo. Takie, które wydawało się szczęśliwe — bo przecież każdy może się pomylić, prawda? I rozwód. A po nim zaczęła się moja prawdziwa przygoda, pełna nowych doświadczeń, prób, rozczarowań i — ku mojemu zaskoczeniu — naprawdę ważnych lekcji. To do tej drogi chcę Cię zaprosić. Nie po to, żeby opowiadać o mężczyznach, ale po to, żeby pokazać, czego nauczyłam się o sobie. Postanowiłam podzielić tę książkę na krótkie rozdziały. Każdy z nich to mała historia. Małe lustro. Pokazuje, co przyjmuję, a czego już nie chcę.

To nie jest poradnik ani kronika spotkań. To zapis doświadczenia — czasem ironiczny, czasem bolesny, czasem zaskakująco lekki. Ta struktura pozwala mi pokazać drogę, którą przeszłam, krok po kroku, bez moralizowania. I to jest zaproszenie dla Ciebie — żebyś razem ze mną mogła odkrywać, co jest ważne, czego warto strzec i kiedy powiedzieć „dość”.

Do Czytelniczki

Ta książka powstała z potrzeby opowiedzenia prawdziwej historii. Nie tej idealnej, wygładzonej i romantycznej, ale tej autentycznej — pełnej emocji, wątpliwości, nadziei, rozczarowań i małych zwycięstw. To zapis mojej drogi do siebie, która zaczęła się od randkowania.

Każda randka, każda rozmowa, każde spotkanie — udane czy zupełnie nietrafione — było dla mnie lekcją. Lekcją o granicach, o potrzebach, o oczekiwaniach, o schematach, w które łatwo wpadamy, i o sile, którą mamy w sobie, nawet wtedy, gdy wydaje nam się, że już jej nie ma. Z perspektywy czasu widzę, że nawet te trudne, czasem bolesne doświadczenia prowadziły mnie krok po kroku do większej świadomości siebie.

Randkowanie online potrafi być wyczerpujące. Potrafi podkopywać pewność siebie, mieszać w emocjach, budzić frustrację i zniechęcenie. Wiem, jak łatwo w tym wszystkim stracić nadzieję. Dlatego właśnie ta książka powstała — dla kobiet, które są zmęczone, zagubione, rozczarowane, ale gdzieś głęboko w środku nadal chcą wierzyć, że można inaczej. Bo można!

Chcę pokazać, że nawet z pozornie nieudanych historii można wyciągnąć coś dobrego, że każde doświadczenie może stać się krokiem w stronę większego zrozumienia siebie, że można nauczyć się słuchać własnych potrzeb, stawiać granice, odzyskać poczucie sprawczości i zbudować relację z samą sobą opartą na szacunku, czułości i akceptacji.

Ta książka nie jest poradnikiem randkowym. To raczej zaproszenie do refleksji, do zatrzymania się i spojrzenia na własną drogę z nowej perspektywy. Jeśli jesteś w miejscu, w którym czujesz zmęczenie, zwątpienie albo samotność — mam nadzieję, że znajdziesz tu ukojenie, zrozumienie i odrobinę nadziei. A może także odwagę, by spojrzeć na swoje doświadczenia łagodniej i z większą życzliwością dla samej siebie.

Rozdział I
Wielka wycieczka po aplikacjach randkowych

Moja przygoda z portalami randkowymi zaczęła się dużo wcześniej, niż mogłoby się wydawać. To nie był nagły impuls ani kaprys znudzonej singielki. To była konsekwencja życiowych zmian, potrzeby nowego otwarcia i zwykłej ludzkiej ciekawości. Skoro świat przeniósł się do Internetu, to dlaczego nie spróbować tam poszukać także miłości?

Pierwszym przystankiem był Tinder. Oczywiście. Wydawało się, że wszyscy tam są. Znałam pary, które się tam poznały, słyszałam historie o wielkich miłościach zaczętych od jednego przesunięcia palcem w prawo. Pomyślałam: czemu nie?

Zalogowałam się z nadzieją, lekkim dreszczykiem emocji i otwartą głową. Szybko jednak zderzyłam się z rzeczywistością. Tinder okazał się królestwem tak zwanych kolekcjonerów par. Ludzi, którzy zbierają dopasowania jak trofea. Klik — serduszko. Klik — kolejne. I… nic. Cisza. Zero rozmowy. Zero zainteresowania. Jakby celem było samo zdobycie potwierdzenia: ktoś mnie polubił. Pusty gest prowadzący donikąd.

To właśnie tam przeszłam swoje pierwsze „szkolenie randkowe”, o którym jeszcze szerzej napiszę w kolejnych rozdziałach. Dowiedziałam się między innymi, że istnieją trzy rozmiary, które panowie uwielbiają wpisywać w opisy, oraz że znaki zodiaku wcale nie są wyłącznie kobiecą fanaberią. Tinder nauczył mnie dystansu, czujności i tego, że pierwsze wrażenie bywa bardzo mylące.

Po pierwszej fali rozczarowań postanowiłam spróbować gdzie indziej. Skoro tu się nie udaje, może na innym portalu będzie inaczej? Tak trafiłam na Badoo. I tu, Drogie Czytelniczki, nie chcę robić nikomu złudnych nadziei — niewiele się zmieniło. Mechanizmy te same, zachowania bardzo podobne. Dużo profili, dużo klików, mało realnych rozmów i jeszcze mniej prawdziwych spotkań. Pomyślałam więc: dobrze, czas na inwestycję. Skoro zapłacę, na pewno trafię na bardziej świadomych, dojrzałych mężczyzn. Tak oto zawitałam na e-Darling. Droższy portal, poważna oprawa, testy osobowości, obietnica dopasowań na wysokim poziomie.

Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że cena wcale nie gwarantuje jakości. Profile nie różniły się znacząco od tych z darmowych aplikacji. Może jedynie ego było nieco większe, a arogancja bardziej wyczuwalna — w końcu ktoś zapłacił, więc „coś mu się należy”. Czasem miałam wrażenie, że niektórzy mylili opłatę abonamentową z certyfikatem atrakcyjności.

Po e-Darling przyszedł czas na nowość: BOO — portal oparty na sztucznej inteligencji. Reklamy obiecywały cuda. Algorytmy, które miały znaleźć idealne dopasowanie, głęboką analizę osobowości, przełom w randkowaniu. Spodziewałam się czegoś spektakularnego. Efektu „wow”. Tymczasem… rzeczywistość znów okazała się boleśnie znajoma.

W międzyczasie wracałam jeszcze na Sympatię — portal, na którym kiedyś poznałam swojego byłego partnera. I tam zauważyłam coś bardzo ciekawego: te same twarze od lat. Te same osoby, te same opisy, czasem nawet te same zdjęcia, jakby czas się dla nich zatrzymał. Nie mnie oceniać, przecież ja robię dokładnie to samo. Wszyscy krążymy po tych samych przestrzeniach, szukając czegoś, co wymyka się algorytmom.

Na końcu tej cyfrowej wędrówki trafiłam na randki na Facebooku. I tu, ku mojemu zaskoczeniu, poczułam powiew świeżości. Może dlatego, że widzi się wspólnych znajomych. Może dlatego, że trudniej całkowicie zmyślić swoją tożsamość. A może po prostu trafiłam lepiej.

Trzy spotkania. Trzy kulturalne, miłe randki. Trzy dobre wieczory. Bez fajerwerków, ale z klasą. Gdybym miała dziś stworzyć subiektywny ranking portali, to właśnie randki na Facebooku wysunęłyby się na prowadzenie. Nie dlatego, że są idealne, ale dlatego, że wydają się najbardziej ludzkie.

Ten rozdział jest zaproszeniem do świata, który bywa absurdalny, śmieszny, czasem smutny, czasem irytujący, ale zawsze bardzo prawdziwy. Bo za każdym profilem kryje się człowiek, z jego historią, lękami i nadziejami. A ja zapraszam Cię do wspólnej podróży przez te historie, z dystansem, humorem i dużą dawką szczerości.

Rozdział II
Bez twarzy

Na portalach randkowych od dawna fascynuje mnie jedno zjawisko. Profile bez twarzy. Tak je sobie nazwałam. Występują zazwyczaj w dwóch wariantach.

Pierwszy: zdjęcia, na których widać mężczyznę od szyi w dół. Umięśniona klatka piersiowa, starannie wyrzeźbiony brzuch, czasem szerokie barki, czasem tors w lustrze łazienki, obowiązkowo z podciągniętą koszulką. Bywają też kadry tak abstrakcyjne, że do dziś nie mam pewności, co właściwie oglądam. Jedno wiem na pewno — twarz to zbędny detal.

Drugi wariant to zdjęcia „aktywne”: strój narciarski, kask motocyklowy, kominiarka, mundur, czasem maska — zabawna albo bojowa. Postać jak każda inna. Bez personalizacji. Bez twarzy. Za każdym razem, gdy trafiam na taki profil, uruchamia się we mnie ciekawość — nie tylko kobieca, ale też społeczna, wręcz socjologiczna. Zastanawiam się, co właściwie ten mężczyzna chce mi powiedzieć. Jaki komunikat wysyła w świat, pokazując wyłącznie fragment swojego ciała albo sylwetkę, którą mógłby mieć każdy?

Czasem pytam wprost. Odpowiedzi bywają zaskakująco szczere.

— „Chcę pokazać swoje atuty”.

— „Przecież liczy się wnętrze” (szkoda tylko, że to „wnętrze” bardzo często zaczyna i kończy się na wyglądzie — ale kto by się czepiał…).

— „Mam dobre ciało, więc dlaczego nie?”.

— „To mój największy plus”.

— „Kobiety to lubią” (co ciekawe, żaden z nich kobietą nie jest i, z moich obserwacji, raczej nie zadaje sobie trudu, by to sprawdzić 😊).

Najczęściej chodzi o jedno: podkreślenie atrakcyjności fizycznej, o zaprezentowanie „towaru”, o wysłanie sygnału: „Spójrz, co mogę ci zaoferować”. Jakby relacja miała zaczynać się i kończyć na klatce piersiowej. A twarz? Cóż… bywa, że nie do końca pasuje do wizji idealnej wersji siebie, którą ktoś próbuje sprzedać. I wtedy zaczynam myśleć o kryteriach idealności, o tym, jak bardzo nauczyliśmy się kadrować siebie — wybierać fragmenty „wystarczająco dobre”, a resztę chować. Jak bardzo boimy się pokazać w całości, bo twarz to nie tylko rysy. To emocje, historia, zmęczenie, wrażliwość, prawda.

A my wolimy pokazać otoczkę: drogi strój narciarski, mega modny kask motocyklowy. Niech widać, że jestem młody duchem, mam pasje i życie na pełnym gazie 😊.

Nie mam jednej, prostej odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak wielu mężczyzn decyduje się na profile „bez twarzy”. Jedno wiem na pewno: jeszcze nie spotkałam mężczyzny, który, prezentując wyłącznie swoje ciało, nie byłby przy tym skrajnie skupiony na sobie. Bardzo często za takim zdjęciem kryje się powierzchowność, narcystyczne zapatrzenie we własne odbicie i ogromna potrzeba zewnętrznej aprobaty.

Jest jednak także druga strona tej prezentacji — brak pewności siebie.

Panowie, podkreślając swoje hobby (narty, motor, adrenalina), chowają się za fajnymi, modnymi strojami. Fakt ten wychodzi zwykle później. Kompleksy związane z wyglądem fizycznym, łysienie, blizny — rzeczy zupełnie ludzkie, a jednak skrzętnie ukrywane. Brakuje odwagi i wiary w siebie, by od początku pokazać się w całości i zostawić drugiej stronie wybór. Uczciwie. Szczerze.

Z biegiem czasu zauważyłam też coś jeszcze. Z takimi profilami niemal nigdy nie idą w parze głębsze rozmowy. Nie ma ciekawości drugiego człowieka, autentycznego dialogu, prób poznania mnie. Są za to komplementy pod adresem własnego ciała, oczekiwanie zachwytu i ciche pytanie zawieszone w powietrzu: „Podobam ci się?”. I wtedy wszystko stało się jasne. To doświadczenie nauczyło mnie, że wielu z tych panów nie szuka relacji, lecz luster. Kogoś, kto będzie bez końca zachwycał się ich idealnym odbiciem, albo w drugim wariancie podnosił i reperował ich poczucie własnej wartości. Mnie natomiast utwierdziło w przekonaniu, że wygląd to zdecydowanie za mało, by zbudować jakąkolwiek głębię, bo z lustrem, nawet najpiękniejszym, nie da się przeprowadzić prawdziwej rozmowy.

Dodatkowo nie akceptuję roli architekta ani murarza, którego zadaniem jest budowanie lub wzmacnianie cudzych filarów pewności siebie. Wiem, że mężczyzna, z którym chce się spotkać, powinien być pewny siebie — swojego wyglądu i swoich cech. Po prostu czuć się dobrze z sobą i siebie lubić. Inaczej nie ma równowagi energetycznej.

Jest tylko drenaż mojej energii. I właśnie z takich doświadczeń, Drogie Czytelniczki, zrodził się pomysł stworzenia mojej listy pytań. Listy krótkiej, ale dla mnie niezwykle istotnej. Pytań, na które naprawdę chcę znać odpowiedź, bo to one mówią o człowieku więcej niż najlepiej wykadrowany tors czy najdroższy kask motocyklowy. Dlatego gdy tylko widzę zdjęcie, które nie pokazuje twarzy, bez wahania zadaję jedno, bardzo proste pytanie:

„Dlaczego nie widzę Twojej twarzy na zdjęciu?”.

I naprawdę czekam na tę odpowiedź, z ciekawością, bez oceny, bez z góry postawionej tezy, bo uwierzcie mi, zdziwiłybyście się, jak wiele potrafi ujawnić tak zwykła odpowiedź. Czasem więcej niż cała galeria zdjęć. Czasem więcej niż tygodnie rozmów. A najczęściej dokładnie tyle, ile trzeba, by wiedzieć, czy chcę iść dalej, czy zamknąć to okno bez żalu.

Rozdział III
Widoki zamiast siebie

Na aplikacjach randkowych istnieje osobna galeria sztuki. Nieoficjalna, lecz zaskakująco spójna. Jakby wszyscy artyści pracowali według jednego briefu. Są tam zachody słońca jak z folderów biur podróży, zamglone szczyty gór, leśne ścieżki prowadzące donikąd, samotne łódki dryfujące po jeziorze, morze w kolorze obietnicy, mosty, latarnie morskie i drzewa na tle nieba. Czasem pies, który wygląda mądrzej niż jego właściciel. Czasem kot zapatrzony w dal z miną filozofa.

Aż do znudzenia. Pomyślałam nawet, że gdybym chciała zostać botanikiem albo ornitologiem, wybrałabym studia w tym kierunku, a nie portale randkowe 😊. Jest wszystko, z wyjątkiem tego, co najważniejsze. Nie ma twarzy. Nie ma postaci. Nie ma człowieka.

Na początku byłam łagodna, wyrozumiała. Wręcz romantyczna. Tłumaczyłam to sobie na wszystkie możliwe sposoby: nieśmiałość, skromność, niechęć do zdjęć, strach przed obiektywem, potrzeba tajemnicy. Dawałam kredyt zaufania, zanim jeszcze wiedziałam, komu.

Z czasem zaczęłam pytać, prosto i bez oskarżeń: dlaczego nie masz zdjęcia? I wtedy okazywało się, że tajemnica wcale nie jest poetycka. Jest bardzo konkretna i niemal zawsze taka sama: bo jestem w związku, bo nie chcę, żeby ktoś mnie rozpoznał, bo mam rodzinę, bo nie mogę się ujawnić, bo szukam czegoś dyskretnego. Czyli: chcę zjeść ciastko i nadal mieć ciastko.

W tym momencie galeria sztuki zaczęła układać się w logiczną całość. Zachód słońca przestał być romantyczny, morze przestało być tajemnicze, a góry przestały symbolizować wolność. Stały się zasłoną dymną. Zrozumiałam, że brak zdjęcia to nie brak odwagi. To brak gotowości do uczciwości. Oczywiście istnieje ten jeden procent przypadków, kiedy anonimowość ma sens: nauczyciele, osoby publiczne, ludzie pełniący funkcje społeczne. To rozumiem, ale nawet wtedy można to napisać wprost, jednym zdaniem, bez metafor, pejzaży i ptaszków w locie, bo pejzaż w profilu randkowym nie jest niewinny. Pejzaż to alibi.

Im dłużej byłam na tych aplikacjach, tym szybciej mój wewnętrzny radar zaczynał działać, i w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach przypadków nie mylił się ani o milimetr.

Dziś obowiązuje mnie jedna zasada: jeśli mężczyzna zamiast swojej twarzy pokazuje mi zachód słońca, to znaczy, że nie chce być widziany, a jeśli nie chce być widziany, to nie dlatego, że jest intrygujący, tylko dlatego, że prowadzi podwójne życie, do którego nie zostałam zaproszona.

Nie mam już ochoty być sekretem ani rolą „pomiędzy”. Nie chcę relacji, która zaczyna się od kamuflażu. Zaufanie zaczyna się od bardzo prostego gestu: pokazania siebie, a nie psa, gór, morza czy kota w promieniach słońca. Dziś, gdy widzę profil pełen widoków, nie zastanawiam się już, czy „może jednak”. Dziś myślę: wiem, i przesuwam dalej. Spokojnie. Bez żalu, bez dramatu, z wdzięcznością za jedną z najprostszych i najcenniejszych lekcji randkowania.

Ostatnio jednak zapytałam. Otrzymałam odpowiedź:

— „Kochanie, zdjęcie to mogę ci przesłać na prywatny czat”. — I pomyślałam: czy my w ogóle zamieniliśmy ze sobą choć jedno słowo? Kiedy przeszliśmy na „ty”? A już „kochanie”? Czy coś mnie ominęło?

Ta sytuacja tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że takie profile przesuwam w lewo bez wahania. A co do listy, tutaj nie ma żadnego pytania ani punktu. Tu nie ma drogi na skróty ani tak wyrozumiałego serca 😊. Cóż poradzić… rodzi się we mnie zołza. Taka, którą coraz bardziej lubię i szanuję i której intuicję wzmacniam każdym kolejnym doświadczeniem.

Rozdział IV
Specyfikacja techniczna

Kiedy zaczynałam swoją przygodę z portalami randkowymi, a konkretnie z Tinderem, dość szybko zauważyłam pewną prawidłowość. Wielu mężczyzn w swoich opisach zamieszczało… parametry techniczne. Najczęściej dwa wymiary: waga łamana na wzrost albo wzrost łamany na wagę. Jak w karcie produktu: model 1985, 182 cm, 82 kg, stan dobry, niewielkie ślady użytkowania. Już samo to było dla mnie lekkim zaskoczeniem, ale prawdziwe zdziwienie wzbudził trzeci wymiar.

Przez dłuższą chwilę, jak już wspominałam, naprawdę nie mogłam zrozumieć, co autor miał na myśli. Czy to jakiś nowy trend? Tajny kod wtajemniczonych? A może skrót branżowy, którego jeszcze nie opanowałam? Z moją ówczesną naiwnością sądziłam, że być może chodzi o rozmiar buta, albo szerokość barków. Albo — w porywach fantazji — rozpiętość skrzydeł.

Niestety, prawda okazała się znacznie bardziej… przyziemna. Ten trzeci wymiar to długość penisa. Najczęściej we wzwodzie. Informacja najwyraźniej na tyle kluczowa, że postanowiono umieścić ją obok wzrostu i wagi. Jakby bez niej profil był niekompletny, a ja nie mogła podjąć świadomej decyzji, czy w ogóle warto powiedzieć „cześć”.

Co ciekawe, temat ten potrafił wracać w rozmowie niczym bumerang. Zdarzało się, że gdy próbowałam grzecznie zakończyć konwersację, panowie ratowali sytuację ostatnią deską ratunku:

— „Ale wiesz… ja mam 19”. — I tu następowała cisza. W ich wyobrażeniu zapewne pełna zachwytu, westchnień i nagłej zmiany zdania. W mojej, raczej konsternacji i pytanie: czy ja właśnie dostałam argument w centymetrach? Wygląda na to, że dla wielu mężczyzn ten trzeci wymiar jest istotnym filarem ego. Im większy, tym lepszy. Im dłuższy, tym wyższa pozycja w hierarchii samców alfa portalu randkowego. Co zabawne, żaden z nich nie jest kobietą, więc trudno powiedzieć, skąd ta niezachwiana pewność, że właśnie tego najbardziej pragniemy. A jednak wiara w magiczną moc centymetrów bywa absolutna.

Dla mnie ta informacja działała jak filtr bezpieczeństwa. Gdy tylko widziałam w opisie trzy wymiary, automatycznie przesuwałam w lewo. Bez analizy. Bez roztrząsania. To jasny sygnał, że rozmowa bardzo szybko skręci w rejony, do których ja jeszcze nawet nie zdążyłam zaparkować. Nie lubię, gdy ktoś od pierwszego zdania sprowadza relację do anatomii. Nie imponuje mi publiczne chwalenie się rozmiarami i nie wierzę, że udane spotkanie zaczyna się od linijki.

Moja osobista zasada była więc prosta: nigdy nie zaczynałam rozmowy i nigdy nie polubiłam mężczyzny, który w opisie zawierał trzy wymiary. Specyfikację techniczną zostawiam producentom sprzętu AGD. A co do listy — z tej lekcji nie zabrałam już żadnego pytania „na później”. Tutaj nie było czego sprawdzać ani pogłębiać. Taki parametr skreśla pana całkowicie z listy potencjałów. Bez negocjacji. Bez ciekawości. Czasem naprawdę wystarczy jeden wymiar, żeby wiedzieć, że to zdecydowanie nie mój model.

Rozdział V
Jedno słowo lub gest

Jedną z największych zagadek portali randkowych pozostaje dla mnie sposób rozpoczynania rozmów, a konkretnie to, dlaczego tak wielu mężczyzn zaczyna i kończy konwersację na jednym słowie. Jakby samo jego wysłanie było już wysiłkiem wystarczającym.

Schemat jest zaskakująco powtarzalny:

„Cześć”, „Hej”, „Witaj”. — Odpowiadam grzecznie, neutralnie, bez nadinterpretacji. „Hej 🙂”.

I na tym często wszystko się kończy. Jest też druga forma rozpoczęcia rozmowy, jeszcze mniej wymagająca. Portale randkowe podpowiadają gotowe gesty: pomachaj, wyślij buziaka, reakcja. I nie uwierzycie, spojrzałam kiedyś na listę moich rozmów i zobaczyłam siedem machających łapek pod rząd. Siedmiu panów, siedem kliknięć w ikonkę „pomachaj”.

Zazwyczaj odpowiadałam równie wyczerpująco, machnięciem w odpowiedzi,

bo przecież ma być równowaga energetyczna. Nie będę wkładać więcej, niż dostaję 😊. I wtedy zapada cisza. Cisza, która potrafi trwać kilka godzin. Czasem kilka dni. A bywa, że przechodzi w stan wiecznego spoczynku. Leżymy więc po przeciwnych stronach ekranu, wpatrując się w to jedno słowo albo jeden gest i zadając sobie to samo pytanie:

no dobrze… i co dalej?

Z czasem zrozumiałam, że tu wcale nie chodzi o rozmowę.

Tu chodzi o energię. Każda relacja, nawet ta całkowicie wirtualna, opiera się na wymianie. Na prostym bilansie tego, ile daję i ile dostaję. Jeśli ktoś zaczyna od „hej”, a ja miałabym w odpowiedzi tworzyć wielowątkowe, błyskotliwe wypowiedzi, zadawać pytania, budować klimat i podtrzymywać rozmowę, to gdzie w tym wszystkim jest równowaga? Dlaczego miałabym wkładać więcej, niż otrzymuję? Dlaczego miałabym projektować całą konwersację dla kogoś, kto nie wysilił się nawet na jedno zdanie? W którymś momencie przestałam to robić.

Przyjęłam prostą zasadę: nigdy nie daję więcej energii, niż dostaję.

Jeśli dostaję „hej”, odpowiadam „hej”. Jeśli ktoś zada pytanie, odpowiadam pełnym zdaniem. Jeśli ktoś wykazuje ciekawość, oddaję ją z nawiązką. Bez kombinowania.

Bez dopowiadania intencji. Bez ratowania rozmowy na siłę. To mój osobisty bilans energetyczny. Bez debetu emocjonalnego.

Aplikacje randkowe potrafią być potwornie wyczerpujące. Pochłaniają czas, uwagę, emocje i myśli. Zaczynasz analizować: czy dobrze odpisałam, czy nie za krótko, czy nie za długo, czemu się nie odezwał, może napisał do dziesięciu innych, może zasnął, może stracił zasięg, może zgubił telefon. W pewnym momencie trzeba to zatrzymać.

Prawda jest znacznie prostsza i dużo mniej romantyczna. Jeśli komuś zależy, znajdzie czas, chęć i sposób. Jeśli nie, cisza jest jasnym komunikatem, nawet jeśli próbujemy przetłumaczyć ją sobie na coś łagodniejszego. I jeszcze jedno. Nawet w tym nowoczesnym, cyfrowym świecie nadal wierzę, że to mężczyzna powinien wyjść z inicjatywą. Nie chodzi o stare schematy ani grę w role. Chodzi o elementarne zaangażowanie. O prosty gest: widzę cię, interesujesz mnie, chcę cię poznać. Nie o rzucone od niechcenia „hej”, po którym oczekuje się, że kobieta przejmie stery, poprowadzi rozmowę, zbuduje napięcie, stworzy klimat i jeszcze będzie wdzięczna za lakoniczne odpowiedzi raz na kilka godzin. Nie. Szanujmy się.

Nie godzimy się na takie standardy, i tu właśnie dopisuję kolejny punkt do mojej listy. Jedno bardzo proste pytanie: czy on włożył jakikolwiek wysiłek w rozpoczęcie rozmowy?

Czy dał coś osobistego, choćby w minimalnym stopniu? Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, i Ty to czujesz, możesz od razu skreślić pana z listy potencjalnych kandydatów. Choćby na pierwszą randkę. Bez poczucia winy. Bez tłumaczenia się. Bez dorabiania mu historii, których sam nie napisał. Bo relacja nie zaczyna się od ciszy. Relacja zaczyna się od intencji.

Rozdział VI
Elegancka bierność

W poprzednim rozdziale wspomniałam o kategorii Panów, którzy — chyba już schematycznie, niemal tradycyjnie, wysyłają jedno słowo albo jeden zaczepny gest… i na tym historia się kończy. No dobrze, czasem dorzucą ochłap komunikacyjny w postaci „co słychać” raz na parę dni 😊.

W tej części chciałabym Wam przybliżyć stan, który nazwałam Elegancką biernością.

To taki stan istnienia, w którym mężczyzna formalnie uczestniczy w rozmowie, ale mentalnie znajduje się gdzieś pomiędzy „zaraz odpiszę” a „co ja tu właściwie robię”. On jest. On odpowiada. On czasem nawet użyje pełnego zdania, ale tylko wtedy, gdy gwiazdy się dobrze ustawią, Merkury nie jest w retrogradacji, a kot akurat nie zrzuci mu czegoś z półki.

To jest ten typ rozmowy, w której Ty masz wrażenie, że prowadzisz wywiad, a on, że bierze udział w ankiecie jednokrotnego wyboru.

— Co lubisz robić w wolnym czasie?

— Sport.

— Jaki?

— Różny.

— A konkretnie?

— Siłownia.

I w tym momencie czujesz, jak powoli opuszczają Cię siły życiowe. Ale mówisz sobie: dobra, jeszcze spróbujmy. Może się rozkręci. Nie rozkręca się. Za to bardzo elegancko czeka. Czeka, aż zadasz kolejne pytanie. A potem następne. I jeszcze jedno, aż w końcu łapiesz się na tym, że to Ty jesteś wodzirejem tej rozmowy, a on siedzi w pierwszym rzędzie, z rękami w kieszeniach, lekko znudzony, ale obecny.

W końcu przychodzi moment olśnienia i zadajesz pytanie ostateczne:

— Słuchaj, a Ty w ogóle jesteś zainteresowany tą rozmową? Bo mam wrażenie, że trochę gadam sama ze sobą. Na co on, lekko zdziwiony, odpisuje:

— No jak to? Oczywiście, że jestem zainteresowany. Przecież odpisuję. I wtedy w Twojej głowie rozgrywa się mały dramat egzystencjalny, bo… co właściwie znaczy zainteresowanie? Według niego: odpisuję, nie znikam bez słowa na trzy dni, nie blokuję.

Według Ciebie: pytam, dopytuję, jestem ciekawa, wnoszę coś od siebie. To trochę tak, jakbyś zapytała kogoś:

— Chcesz kawy? — A on odpowiedział:

— No przecież trzymam kubek. — Kubek pusty. Ale trzyma…

Jest też drugi rodzaj panów, także związany z biernością w mojej ocenie.

Często w opisie widnieje wiadomość: „chcesz mnie poznać, napisz, chcesz wiedzieć więcej, odezwij się, czekam na Twój ruch, nie piszę pierwszy, czekam na wiadomość od Ciebie…”.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 34