Rozdział 1: Powrót nad Wisłę
Pociąg z Gdańska wlókł się przez kujawskie równiny jak student na poniedziałkowy wykład — niechętnie, z przystankami i bez entuzjazmu. Patrycja Nowak siedziała w wagonie pierwszej klasy, choć z przyzwyczajenia nadal nazywała to „przedziałem dla normalnych ludzi”, i patrzyła przez okno na krajobraz, który kiedyś znała na pamięć. Płasko. Zielono. Czasem jakiś kościół na horyzoncie, czasem stado bocianów na podmokłej łące. Irlandia miała swoje wzgórza i swój deszcz, miała pędzące chmury nad Howth i zapach morza w Dún Laoghaire, ale nie miała tego — tej rozlewającej się w nieskończoność przestrzeni, od której człowiekowi robiło się w duszy jednocześnie pusto i pełno.
Piętnaście lat w Dublinie. Piętnaście lat mówienia „sorry” zamiast „przepraszam”, picia Guinnessa zamiast Żywca, tłumaczenia znajomym, że Toruń to nie Warszawa, i nie, pierniki to nie jest to samo co gingerbread. Piętnaście lat budowania życia, które z zewnątrz wyglądało jak historia sukcesu — stanowisko senior developera w firmie technologicznej, mieszkanie w Rathmines z widokiem na kanał, samochód, konto oszczędnościowe w euro, paszport z harfą na okładce. A od wewnątrz? Od wewnątrz Patrycja czuła się jak ten toruński spichrz, który widziała kiedyś na starym zdjęciu — fasada elegancka, a w środku kurz, pajęczyny i echo.
Telefon zawibrował. WhatsApp od Izy.
„Jesteś? Gdzie jesteś? Pociąg się spóźnia? Stoją tu z kwiatami jak idiotka, ludzie się patrzą.”
Patrycja uśmiechnęła się. Iza pisała SMS-y tak, jak rozmawiała — szybko, bez polskich znaków i z absolutną pewnością, że cały świat powinien się dostosować do jej tempa. Dwadzieścia lat znajomości i ta kobieta ani razu nie postawiła ogonka pod „ą”. To było wręcz imponujące w swojej konsekwencji.
„10 minut” — odpisała Patrycja. Potem dodała emotikon serca, skasowała go, wstawiła emotikon pociągu, skasowała i ten, i ostatecznie wysłała samo „10 minut” bez żadnych ozdobników. Tak było bezpieczniej. Emocje na klawiaturze to była Izy domena, nie jej.
Za oknem pojawiły się pierwsze bloki. Toruń nadchodził powoli, ostrożnie, jakby sam nie był pewien, czy Patrycja chce go zobaczyć. Najpierw przedmieścia — te same szare pudełka z wielkiej płyty, które pamiętała z dzieciństwa, tyle że teraz pomalowane na łososiowy róż i pistacjową zieleń, bo ktoś w urzędzie miasta najwyraźniej postanowił, że depresja architektoniczna leczy się farbą. Potem tory zakręciły i między blokami mignęła wieża ratusza — daleko, jak palec wzniesiony do nieba. Patrycja poczuła coś w gardle. Nie łzy. Łzy byłyby zbyt łatwe, zbyt filmowe. To było coś gęstszego, bardziej skomplikowanego. Jak próba przełknięcia dwudziestu lat jednym haustem.
Dworzec Toruń Główny nie zmienił się prawie wcale, co było jednocześnie pocieszające i przygnębiające. Te same żółtawe kafle na ścianie, ten sam zapach — mieszanka spalin, taniego jedzenia z dworcowego baru i czegoś nieokreślonego, co Patrycja zawsze kojarzyła ze słowem „tranzyt”. Ludzie przechodzili, ciągnąc walizki na kółkach, które na nierównej posadzce wydawały dźwięk jak karabin maszynowy w zwolnionym tempie.
I wtedy ją zobaczyła.
Iza Krawczyk stała na końcu peronu w postawie, którą można by opisać jako „generał oczekujący na defiladę”. Sto sześćdziesiąt osiem centymetrów energii w skórzanej kurtce, ciemne włosy ścięte krócej niż Patrycja pamiętała, okulary przeciwsłoneczne wepchnięte na czubek głowy mimo zachmurzonego nieba i wyraz twarzy, który mówił: „Nareszcie, bo już myślałam, że będę tu stać do emerytury”. W jednej ręce trzymała bukiet słoneczników tak wielki, że wyglądała jak sprzedawczyni na targu. W drugiej — reklamówkę, z której wystawała butelka.
— Jezu Chryste Panie — powiedziała Iza zamiast „dzień dobry”, gdy Patrycja stanęła przed nią z walizką i plecakiem. — Ty się w ogóle nie starzejesz? Ja mam już zmarszczki jak mapa drogowa województwa, a ty wyglądasz jak reklama jogurtu.
— Iza, mam rozszerzenia na twarzy za trzy tysiące euro — odpowiedziała Patrycja. — I filtr na aparacie w telefonie za darmo. Nie daj się nabrać.
— Rozszerzenia? — Iza zmrużyła oczy.
— Wypełnienia. Fillery. Nie wiem, jak to jest po polsku, piętnaście lat mówię po angielsku o swoich zmarszczkach.
— Boże, jaka ty jesteś zachodnioeuropejska — Iza wepchnęła jej słoneczniki w ręce i objęła tak mocno, że Patrycja usłyszała trzask w okolicach żeber. — Ale ładne. Ładne jesteś. Daj ci się popatrzę. Obróć się.
Patrycja posłusznie zrobiła obrót na peronie toruńskiego dworca, czterdziestoletnia kobieta w szarym kaszmirowym płaszczu z Marksa & Spencera, z walizką za trzysta euro i bukietem słoneczników, kręcąca się jak modelka na wybiegu między babcią z wózkiem na zakupy a grupą licealistów z plecakami. Licealiści patrzyli z mieszaniną zdumienia i zażenowania. Babcia z wózkiem nie zwróciła uwagi — widziała w życiu dziwniejsze rzeczy.
— No i widzisz — Iza pokiwała głową z aprobatą. — Dublin ci służy. Albo ten jogurt. Chodź, taksówka czeka, zanim facet odjedzie, bo kazałam mu czekać i powiedziałam, że pięć minut, a minęło już chyba dwadzieścia.
W taksówce Iza otworzyła reklamówkę i wyciągnęła butelkę prosecco. Patrycja spojrzała na nią z niedowierzaniem.
— Iza, jest druga po południu.
— I co? W Irlandii nie pijesz o drugiej?
— W Irlandii piję herbatę o drugiej.
— No właśnie. Dlatego musisz wrócić do Polski. — Iza odkręciła korek z wprawą, która sugerowała wieloletnią praktykę, i nalała prosecco do dwóch plastikowych kubeczków, które wyciągnęła z kieszeni kurtki. — Za Toruń. Za nas. Za to, że mamy czterdzieści lat i jeszcze nam się chce.
Stuknęły się kubkami. Taksówkarz — starszy mężczyzna z wąsami jak Lech Wałęsa w latach osiemdziesiątych — zerknął w lusterko, ale nic nie powiedział. Widział gorsze rzeczy. Woził studentów przez dwadzieścia pięć lat. Dwie baby z prosecco w plastikowych kubkach to przy tym był poziom „herbatka u cioci”.
Jechały przez miasto. Patrycja przyciskała nos do szyby jak dziecko w autobusie wycieczkowym i komentowała wszystko.
— O Boże, tu była ta piekarnia, pamiętasz? Z tymi rogalikami z makiem, które kupowałyśmy rano po imprezie?
— Nie ma jej. Teraz jest kebab.
— A tu był ten sklep z płytami…
— Żabka.
— A tu…
— Też Żabka. Patrycja, ja ci powiem w sekrecie, że za dwadzieścia lat w Toruniu nie będzie nic oprócz Żabek i kebabów. Ale Starówka stoi. Starówka zawsze stoi. Przetrwała Krzyżaków, Szwedów, komunę i galerie handlowe, przetrwa i nas.
Toruń za szybą taksówki był jednocześnie tym samym i zupełnie innym miastem. Te same mury obwodowe z czerwonej cegły, które stały tu od siedmiuset lat i wyglądały, jakby zamierzały stać kolejne siedemset, ale między nimi — nowe kawiarnie z napisami po angielsku, rowery miejskie w stojakach, food trucki na parkingach. Gotyckie kamienice sąsiadowały ze szklanymi witrynami butików. Na jednym z budynków Patrycja zauważyła mural — ogromny portret Kopernika z gitarą elektryczną i podpisem „Toruń. Ruszamy Ziemię”. Nie mogła powstrzymać uśmiechu. To było takie toruńskie — ta mieszanka powagi z absurdem, gotyku z popkulturą, Mikołaja Kopernika z rock and rollem.
Toruń zawsze był miastem pełnym paradoksów. Urodził się z krzyżackiego zamysłu w 1233 roku, zbudowany na prawie chełmińskim jako warownia handlowa nad Wisłą. Przez wieki był jednym z najważniejszych miast hanzeatyckich w tej części Europy, bogaty od handlu zbożem, drewnem i bursztynem, dumny ze swoich spichrzy, kościołów i ratusza, który — jak lubił mawiać profesor Jankowski na wykładzie z historii sztuki — „jest jednym z najwspanialszych przykładów gotyku ceglanego na północ od Alp, i proszę to zanotować, bo będzie na egzaminie”. Patrycja zanotowała i zdała egzamin, ale to nie profesor Jankowski sprawił, że pokochała to miasto. To zrobiły nocne spacery nad Wisłą, poranki z kawą na Rynku, wieczory w zadymionych klubach, w których ktoś zawsze grał na gitarze i ktoś zawsze miał butelkę wina. To zrobiły koleżanki. To zrobiło poczucie, że ma się dwadzieścia lat i cały świat jest placem zabaw.
A potem jedna noc wszystko zmieniła. Ale o tym Patrycja nie chciała teraz myśleć.
Taksówka zatrzymała się na uliczce tak wąskiej, że wydawało się, iż kamienice po obu stronach próbują się do siebie przytulić. Hotel Spichrz stał nad samą Wisłą, w budynku, który — jak głosiła mosiężna tabliczka przy drzwiach — był osiemnastowiecznym spichrzem zbożowym, przebudowanym na hotel w pierwszej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku. Z zewnątrz wyglądał dokładnie tak, jak powinien wyglądać stary spichrz — ceglane ściany, grube jak ramiona zapaśnika, małe okna w drewnianych framugach i dach stromy jak życiowe doświadczenie. Z wewnątrz jednak było zupełnie inaczej: recepcja wyłożona ciemnym drewnem, miękkie oświetlenie, na ścianach reprodukcje starych map Wisły i czarno-białe fotografie flisaków w szerokich kapeluszach. Pachniało cedrowym drewnem i kawą.
— Rezerwacja na nazwisko Krawczyk — powiedziała Iza do recepcjonistki tonem, który sugerował, że jest tu stałym gościem, choć Patrycja podejrzewała, że Iza nigdy w życiu nie nocowała w hotelu w mieście, w którym mieszka.
— Trzy pokoje, tak? — Recepcjonistka, młoda blondynka z uśmiechem jak z reklamy pasty do zębów, sprawdzała komputer.
— Dwa. Patrycja ma pokój z balkonem i widokiem na rzekę, Monika dostanie ten obok, a ja jadę do domu, bo mieszkam dziesięć minut stąd i nie zamierzam płacić za hotel we własnym mieście, nawet jeśli mają tu minibar. Chociaż… ile kosztuje minibar?
— Iza — Patrycja złapała ją za łokieć. — Zamelduj mnie i idź po Monikę. Ja muszę wziąć prysznic, bo śmierdzę pociągiem i samolotem.
— I prosecco.
— I prosecco.
Pokój był piękny w ten surowy, oszczędny sposób, który Patrycja kojarzyła z najlepszą skandynawską estetyką — tyle że zamiast bielonych desek i minimalizmu były tu grube belki stropowe z oryginalnego spichlerza, ceglana ściana za łóżkiem i okno, za którym Wisła lśniła jak pas niezasłużonego srebra. Patrycja otworzyła drzwi balkonowe i wyszła. Powietrze pachniało rzeką — mokrym piaskiem, wodorostami, lekką nutą ryb i czegoś słodkiego, co mogło być kwiatami z Bulwaru Filadelfijskiego, a mogło być zwykłym sentymentem.
Bulwar rozciągał się pod nią — promenada nad Wisłą, która swoją nazwę zawdzięczała partnerstwu Torunia z Filadelfią nawiązanemu w 1977 roku. Partnerstwo to, jak lubiła żartować Iza, polegało głównie na tym, że Toruń miał bulwar, a Filadelfia o tym nie wiedziała. Niemniej promenada była piękna — nowa nawierzchnia, ławki, latarnie stylizowane na dziewiętnastowieczne, a nad wszystkim górowały mury Starówki, ceglane i nieprzeniknione, strzegące miasta jak starzy żołnierze, którzy dawno zapomnieli, przed kim właściwie mają bronić, ale stoją na posterunku z przyzwyczajenia.
Patrycja stała na balkonie i patrzyła na wodę. Wisła płynęła powoli, leniwie, jakby miała całą wieczność. I w pewnym sensie miała. Ta sama rzeka widziała krzyżackich rycerzy w białych płaszczach, widziała flisaków spławiających drewno z Karpat do Gdańska, widziała armaty szwedzkie i pruskie, widziała studentów z transparentami w 1989 roku i turystów z selfie-stickami w 2024. Płynęła dalej. Nie oceniała.
Prysznic pomógł. Gorąca woda zmyła pociągowy brud, a wraz z nim przynajmniej część napięcia, które Patrycja nosiła w ramionach od dwóch tygodni — od dnia, gdy dostała maila z zaproszeniem na „zjazd absolwentów UMK, rocznik 2003”. Mail wyglądał oficjalnie — logo uniwersytetu, data, program. Patrycja odpisała Izie i Monice, obie powiedziały, że nic nie dostały, ale pomysł spotkania natychmiast podchwyciły. „Rajd!” — napisała Iza. „Pamiętacie rajd? Powtórzmy to. Trzy dni, trzy noce, Toruń nasz.” Patrycja zgodziła się, bo tęskniła za koleżankami i za miastem. I bo chciała uciec od czegoś, choć przed samą sobą nie potrafiła jeszcze tego nazwać.
Teraz, stojąc w hotelowym szlafroku przed lustrem w łazience, patrzyła na swoją twarz — te same oczy co dwadzieścia lat temu, ciemnozielone, „jak staw w lesie”, jak mówił kiedyś… Nie. Nie teraz. Nałożyła krem, suszyła włosy i czekała na Monikę.
Monika Zawadzka — z domu Kowalska, po mężu Zawadzka, w duchu wciąż Kowalska — przyjechała z godzinnym opóźnieniem, co było całkowicie w jej stylu. Monika żyła w permanentnym konflikcie z czasem — nie dlatego, że była niezorganizowana, przeciwnie, prowadziła galerię sztuki na Starówce z precyzją szwajcarskiego zegarmistrza. Jej spóźnienia brały się stąd, że nie potrafiła niczego zrobić byle jak. Wyjście z domu wymagało sprawdzenia, czy żelazko jest wyłączone (trzy razy), czy drzwi są zamknięte (cztery razy), czy telefon jest naładowany (pięć razy) i czy Krzysztof — mąż — ma w lodówce coś do jedzenia na wieczór, bo inaczej zadzwoni z pretensją o dwudziestej drugiej.
Weszła do hotelowego lobby jak burza w kaszmirowym szalu — wysoka, jasnowłosa, z tą arystokratyczną urodą, która sprawiała, że ludzie na ulicy odwracali się za nią, a ona tego nie zauważała, bo myślała o czymś innym. Zawsze myślała o czymś innym. To było jednocześnie jej największe uroki i największe przekleństwo.
— Przepraszam, przepraszam, przepraszam — powiedziała, wpadając do pokoju Patrycji, gdzie Iza już siedziała na łóżku z nogami na poduszce i dolewała prosecco do plastikowego kubka. — Krzysztof zrobił awanturę. Że wybieram koleżanki zamiast obiadu u teściowej. Że jego matka robiła rolady. Że…
— Że jesteś wolnym człowiekiem i masz prawo spędzić weekend z przyjaciółkami? — wtrąciła Iza.
Monika zatrzymała się w pół kroku. Patrzyła na Izę, potem na Patrycję, potem znowu na Izę. Przez ułamek sekundy coś przebiegło przez jej twarz — cień, zmęczenie, coś jak pęknięcie w porcelanowej masce. Potem uśmiechnęła się.
— Chodźcie tu obie — powiedziała cicho.
Objęły się we trzy. Trzy czterdziestolatki w hotelowym pokoju, między grubymi ścianami starego spichrza, nad rzeką, która pamiętała je młode. Patrycja poczuła zapach perfum Moniki — Chanel No. 5, ten sam co na studiach, tyle że wtedy była to podróbka z bazaru, a teraz oryginał — i zapach Izy, która pachnęła skórą kurtki, prosecco i czymś cytrusowym, pewnie żelem pod prysznic za siedem złotych z Biedronki, bo Iza uważała, że wydawanie pieniędzy na kosmetyki jest „spiskiem kapitalizmu przeciwko zdrowym zmysłom”.
— No — powiedziała Iza, odsuwając się pierwsza, bo Iza zawsze odsuwała się pierwsza z objęć, jakby zbyt wiele czułości mogło ją osłabić. — No. Jesteśmy. Trzy wiedźmy z Torunia. Jak za starych czasów.
— Trzy wiedźmy? — Patrycja uniosła brew.
— A jak nas nazywali na wydziale? „Te trzy”, „te wariatki”, „te, co zamknęły się w bibliotece na noc, bo chciały sprawdzić, czy jest tam duch profesora Steinborna”. Wiedźmy to jeszcze komplement.
— Ten duch to byłeś ty, Iza — powiedziała Monika. — Schowałaś się za regałem z „Pamiętnikiem Literackim” i robiłaś „uuuuuu”.
— I zadziałało. Bibliotekarka zemdlała. Do dziś uważam to za jeden z moich największych sukcesów życiowych.
Zaśmiały się. Śmiech brzmiał najpierw niepewnie — jak instrument, na którym dawno nikt nie grał — ale potem rozluźnił się, rozlał, stał się tym samym śmiechem co dwadzieścia lat temu, kiedy wszystko było śmieszne, bo miały po dwadzieścia lat i głupota była przywilejem, a nie wstydem.
Monika rzuciła telefon na łóżko — Patrycja zauważyła, że ekran wciąż świecił powiadomieniem od „Krzysztof” — i nalała sobie wina do plastikowego kubka.
— Trzy dni — powiedziała tonem kobiety składającej przysięgę. — Żadnych mężów. Żadnych obowiązków. Żadnych rolad teściowej. Rajd jak za starych czasów.
— Rajd — powtórzyła Iza.
— Rajd — powiedziała Patrycja i stuknęła kubkiem o kubki koleżanek.
Nie powiedziała tego, co myślała: że wróciła nie po rajd. Że wróciła, bo ktoś ją wezwał. Że w kieszeni jej kaszmirowego płaszcza z Marksa & Spencera leży koperta, której nie pakowała, a która pojawiła się tam — nie wiedziała kiedy i nie wiedziała jak — gdzieś między Dublinem a Gdańskiem. Koperta, w której jest zdjęcie i wiadomość.
Ale najpierw — rajd. Najpierw Toruń, koleżanki, śmiech. Najpierw życie. Reszta może poczekać. Czekała dwadzieścia lat, prawda? Jeszcze trochę poczeka.
Siedziały na łóżku, piły prosecco i rozmawiały. Tak jak kiedyś — szybko, głośno, jedna przez drugą, bez ładu i składu, przeskakując z tematu na temat jak wiewiórki między gałęziami.
— Pamiętacie rajd w 2003? — Iza leżała na brzuchu z kubkiem w ręce. — Trzydzieści sześć godzin non stop. Siedemnaście lokali. Dwa interwencje policji. Jedna nagana z dziekanatu.
— Jedna nagana i jedno wezwanie do rektora — poprawiła Monika. — Bo ty, Iza, weszłaś na fontannę na Rynku i recytowałaś Szymborską.
— „Nic dwa razy się nie zdarza” — Iza uniosła kubek. — I miałam rację, bo to się nigdy nie powtórzyło. Chociaż dzisiaj mogłabym spróbować.
— Dzisiaj fontanna ma monitoring i ochronę — powiedziała Patrycja.
— Monitoring — prychnęła Iza. — W moich czasach jedynym monitoringiem był dozorca Heniek, który widział wszystko, ale udawał, że nie widzi, bo sam pił browary na zapleczu.
Wspomnienia sypiały się jak piernikowe okruchy z pękniętego opakowania. Profesor Jankowski i jego legendarne wykłady o gotyku, na których studenci albo zasypiali, albo zakochiwali się w historii architektury na całe życie — nie było stanów pośrednich. Akademik na Gagarina, gdzie w pokoju trzyosobowym mieszkało sześć osób, bo nikt nie sprawdzał, a łóżka piętrowe wytrzymywały wszystko. Mensa, w której czwartkowa zupa grochowa była bronią biologiczną, ale piątkowe naleśniki z serem — arcydziełem kulinarnym godnym gwiazdki Michelina, przynajmniej według standardów studenckiego żołądka.
— A pamiętacie Tomka? — zaczęła Monika i natychmiast się urwała.
Cisza spadła na pokój jak kurtyna w teatrze. Gęsta, nagła, nieodwołalna.
Iza podniosła wzrok znad kubka. Patrycja zamarła z telefonem w ręce. Przez chwilę jedynym dźwiękiem było bulgotanie wody w rurach starego spichrza i odległy plusk Wisły za oknem.
— Przepraszam — powiedziała Monika szybko. — Nie wiem, dlaczego to powiedziałam. Głupie skojarzenie. Przepraszam.
— Nic się nie stało — powiedziała Patrycja głosem, który miał być spokojny, ale miał w sobie tę szorstkość, jak papier ścierny owinięty w jedwab. — To było dawno. Nie musimy o tym mówić.
— Nie musimy — potwierdziła Iza. — Mamy rajd do zrobienia.
I temat został zamknięty. Zamknięty jak drzwi piwnicy w starej kamienicy. Na zamek, na klucz, na wszystko. Zamknięty jak tajemnica, która nie jest tajemnicą, bo znają ją trzy osoby, ale jest tajemnicą, bo żadna z nich nigdy o niej nie mówi.
Patrycja przeprosiła koleżanki i poszła do łazienki. Zamknęła drzwi. Odkręciła kran, żeby zagłuszyć dźwięk, i sięgnęła do kieszeni płaszcza wiszącego na drzwiach.
Koperta była tam, gdzie ją zostawiła. Biała, zwykła, bez adresu i bez znaczka. W środku — zdjęcie. Stare, lekko wyblakłe, z tymi żółtawymi tonami, jakie miały fotografie z tanich aparatów cyfrowych początku lat dwutysięcznych. Trzy dziewczyny na tle Ratusza Staromiejskiego. Uśmiechnięte, młode, z wiatrem we włosach. Patrycja, Iza, Monika. Lato 2003. Przed tym, co się wydarzyło.
Pod zdjęciem dopisek. Czarny flamaster, drukowane litery, równe i precyzyjne jak wyrok:
„Wiem, po co wracasz. Nie powinnaś.”
Patrycja patrzyła na te słowa. Patrzyła na zdjęcie. Patrzyła na swoje odbicie w lustrze — czterdziestoletnia kobieta w hotelowym szlafroku, z mokrymi włosami i oczami koloru stawu w lesie. Kobieta, która uciekła z tego miasta dwadzieścia lat temu i myślała, że ucieczka wystarczy.
Ucieczka nigdy nie wystarcza. Patrycja wiedziała o tym lepiej niż ktokolwiek. W Dublinie, na terapii, jej psycholożka — Margaret, rudowłosa Irlandka z portretem Junga na ścianie — powtarzała: „Nie uciekasz od miejsca. Uciekasz od siebie. A siebie zabierasz wszędzie.” Margaret miała rację, choć Patrycja nigdy jej nie powiedziała, od czego dokładnie ucieka. Niektóre tajemnice są za ciężkie nawet dla Junga.
Schowała kopertę z powrotem do kieszeni płaszcza. Umyła twarz. Spojrzała w lustro jeszcze raz. Twarz Patrycji Nowak, lat czterdzieści, senior developer, mieszkanka Dublinu, posiadaczka konta oszczędnościowego w euro i tajemnicy w kieszeni. Uśmiechnęła się do siebie — tym uśmiechem, który ćwiczyła latami, który mówił „wszystko jest w porządku” tak przekonująco, że prawie sama w to wierzyła.
Wróciła do pokoju. Iza i Monika kłóciły się o to, który lokal powinien być pierwszym przystankiem rajdu.
— Pod Kuranty — twierdziła Iza. — Klasyka. Zaczynamy od Rynku, od serca miasta, od prosecco w prawdziwym kieliszku zamiast w plastiku.
— Dwór Artusa — upierała się Monika. — Kultura najpierw, zabawa potem. Poza tym chcę zobaczyć, co zrobili z wystawą.
— Monika, ty chcesz zawsze zaczynać od kultury. Na studiach przed imprezą ciągnęłaś nas do muzeum.
— Bo muzeum zamykali o siedemnastej, a impreza zaczynała się o dwudziestej drugiej. To był pragmatyzm, nie snobizm.
Patrycja usiadła na łóżku, włożyła nogi pod kołdrę i patrzyła na swoje koleżanki. Na Izę, która gestykulowała tak energicznie, że prawie wylała resztkę prosecco na hotelową pościel. Na Monikę, która poprawiała szal z nawyku, jakby ciągle przygotowywała się do spotkania, na którym musi wyglądać nieskazitelnie. Dwie kobiety, które znała od dwudziestu lat. Dwie kobiety, z którymi dzieliła najlepsze i najgorsze chwile życia. Dwie kobiety, które — razem z nią — miały na sumieniu coś, o czym nie rozmawiały.
Poczuła nagle przejmującą, niemal fizyczną potrzebę, żeby im powiedzieć. O kopercie. O zdjęciu. O wiadomości. Otworzyła usta.
— Dziewczyny…
— Tak? — Obie spojrzały na nią.
Patrzyła na nie. Na ich twarze. Na zmarszczki, których nie było dwadzieścia lat temu. Na oczy, w których dwadzieścia lat doświadczeń nałożyło warstwy — jak lakier na obraz, jak kurz na spichrzu, jak woda na kamieniu. Widziała w nich zmęczenie i nadzieję, strach i radość, życie przeżyte i życie wciąż do przeżycia.
Nie potrafiła. Nie teraz. Nie w pierwszy wieczór. Nie kiedy dopiero co się spotkały, dopiero co stuknęły kubkami, dopiero co znowu stały się Patrycją, Izą i Moniką.
— ...to gdzie najpierw? — dokończyła. — Pod Kuranty czy Dwór Artusa?
Iza uśmiechnęła się triumfalnie. Monika przewróciła oczami.
— Pod Kuranty — zdecydowała Patrycja. — Zaczynamy od serca. Dwór Artusa jutro.
— Mądra kobieta — Iza wstała i podała jej rękę. — Chodź. Toruń czeka.
Za oknem Wisła płynęła dalej, obojętna na ludzkie tajemnice, ludzkie strachy i ludzkie rajdy. Ratusz wznosił wieżę w ciemniejące niebo. Gdzieś w mieście, w jednej z tysięcy gotyckich kamienic, w piwnicy o ceglanych sklepieniach, pod warstwą dwudziestu lat kurzu i milczenia, leżała prawda.
Ale to była historia na inny rozdział.
Teraz — teraz trzy wiedźmy z Torunia wyszły z hotelowego spichrza w wieczorne miasto, a Wisła za ich plecami złapała ostatnie promienie zachodzącego słońca i zamieniła je w złoto, które natychmiast zabrał prąd i poniósł do morza.
Rozdział 2: Pod Kurantami
Rynek Staromiejski w Toruniu o zmierzchu robi z ludźmi dziwne rzeczy. Może to kwestia światła — złotopomarańczowego, gęstego jak miód, które zachodzące słońce wciska między gotyckie kamienice jak malarz upychający ostatnie pociągnięcia pędzla przed zamknięciem pracowni. Może to kwestia proporcji — plac jest na tyle duży, żeby człowiek poczuł się mały, ale na tyle intymny, żeby nie poczuł się zagubiony. A może to kwestia samego Kopernika, który stoi tu na swoim postumencie od 1853 roku, trzymając astrolabium i patrząc w niebo z wyrazem twarzy, który można interpretować dwojako: albo jako kontemplację nieskończoności wszechświata, albo jako zdziwienie, że po pięciuset latach nadal nikt nie wie, czy był Polakiem czy Niemcem, i że ta debata wciąż potrafi zepsuć rodzinny obiad po obu stronach granicy.
Patrycja stanęła przed pomnikiem i zrobiła zdjęcie. Potem drugie. Potem selfie z Kopernikiem w tle, co wymagało skomplikowanego manewru telefonem, bo pomnik jest wysoki, a Patrycja — jak sama o sobie mawiała — „rosnąco rozczarowująca”. Na zdjęciu wyszła z podwójnym podbródkiem, który był winą kąta kamery, a nie natury, ale i tak je skasowała. Zrobiła trzecie. Na trzecim miała zamknięte oczy. Czwarte. Czwarte było dobre — uśmiechnięta, z wiatrem we włosach, Kopernik za ramieniem jak stary znajomy. Wrzuciła na Instagram ze statusem lokalizacji „Toruń, Polska” i podpisem „Home is where the piernik is”. Trzy sekundy później miała lajka od koleżanki z Dublina i komentarz: „Where????”
— Skończyłaś sesję z Mikołajem? — zawołała Iza z drugiego końca placu. — Bo my tu z Moniką umieramy z głodu.
— Idę, idę.
Szły przez Rynek we trzy, ramię w ramię, jak kiedyś. Monika po lewej, Iza po prawej, Patrycja w środku — zawsze w środku, bo była najniższa i koleżanki żartowały, że bez nich po bokach wiatr zepchnąłby ją do Wisły. Powietrze pachniało jesienią — mokrymi liśćmi, chłodem znad rzeki i piernikami, bo w Toruniu zawsze pachnie piernikami, niezależnie od pory roku, temperatury i sytuacji geopolitycznej. To pewnego rodzaju stała kosmiczna, jak prędkość światła czy cena piwa w akademiku, która zawsze jest za wysoka.
Rynek żył wieczornym życiem. Turyści fotografowali kamienice — i słusznie, bo kamienice przy toruńskim Rynku to osobna opowieść. Pod Gwiazdą, najsłynniejsza z nich, lśniła złoconą fasadą w stylu barokowym, tak ozdobną i przesadną, że wyglądała jak kamienica, która poszła na bal i trochę przesadziła z biżuterią. Obok niej stały jej gotyckie sąsiadki — surowe, ceglane, wyprostowane jak zakonnice na mszy. Kontrast był tak wyrazisty, że przewodnicy turystyczni lubili się przy nim zatrzymywać i opowiadać o wielowiekowym współistnieniu stylów architektonicznych, co brzmiało uczenie, ale w gruncie rzeczy oznaczało, że Toruń nigdy nie potrafił się zdecydować na jeden styl i ostatecznie wybrał wszystkie.
Pod nogami bruk — ten sam bruk, po którym Patrycja chodziła jako studentka, i ten sam, po którym przed nią chodzili kupcy hanzeatyccy, krzyżaccy rycerze, szwedzcy żołnierze i pokolenia torunian, którzy żyli, kochali, handlowali, kłócili się i umierali na tym skrawku ziemi nad Wisłą. Bruk był nierówny, wypolerowany milionami kroków, i Patrycja pomyślała, że to chyba jedyne miejsce, gdzie dosłownie stąpa się po historii. W Dublinie też były stare ulice, ale Dublin miał w sobie tę angielską skłonność do odnowy — zrywania starego, kładzenia nowego, udawania, że przeszłość to tylko atrakcja turystyczna. Toruń nie udawał. Toruń nosił swoją przeszłość na wierzchu, jak bliznę, z którą się pogodził.
— Tutaj — powiedziała Iza i pchnęła drzwi lokalu Pod Kurantami z pewnością siebie kogoś, kto wchodzi do własnego salonu.
Lokal Pod Kurantami mieścił się w samym sercu Rynku Staromiejskiego i był jednym z tych miejsc, o których torunianie mówili „nasz”, nawet jeśli nie byli w nim od trzech lat. Może dlatego, że nazwa nawiązywała do kurantów ratuszowych — mechanizmu zegarowego z osiemnastego wieku, który co jakiś czas wygrywał melodię „Hejnał toruński” i był dumą miasta, choć trzeba uczciwie przyznać, że melodia ta brzmiała raczej jak dzwonek do drzwi w starej kamienicy niż jak koncert filharmonii. Nie szkodzi. Kuranty grały swoją melodię od ponad dwustu lat i nikt nie zamierzał im mówić, żeby przestały. Tradycja to tradycja.
Wnętrze lokalu było ciepłe, drewniane, z niskim sufitem i ścianami obwieszonymi starymi zdjęciami Torunia — ratusz przed wojną, ratusz po wojnie, ratusz w remoncie, ratusz po remoncie. Historia miasta w czterech fotografiach. Światło miało ten bursztynowy odcień, który sprawia, że wszyscy wyglądają lepiej niż w rzeczywistości, co jest być może główną przyczyną, dla której ludzie chodzą do knajp zamiast pić w domu przy jarzeniówce.
Zajęły stolik w rogu, przy oknie wychodzącym na Rynek. Idealny punkt obserwacyjny — widziały plac, pomnik Kopernika i wejście do ratusza. Monika natychmiast ułożyła serwetkę, prostując jej rogi, co robiła zawsze i wszędzie — na wykładach prostowała rogi kartek w zeszycie, w restauracjach prostowała serwetki, w życiu próbowała prostować wszystko, co się krzywiło, włącznie z małżeństwem, choć akurat to ostatnie opierało się jej wysiłkom z uporem godnym lepszej sprawy.
— Co pijemy? — Iza przejęła kartę drinków jak generał przejmujący mapę sztabową.
— Białe wino — powiedziała Monika.
— To nie jest odpowiedź. To jest kategoria. Jakie białe wino? Sauvignon? Riesling? Pinot grigio? Monika, jesteśmy tu na rajdzie, nie na zebraniu rodziców.
— Riesling. I wodę gazowaną.
— Wodę gazowaną — Iza powtórzyła to z takim oburzeniem, jakby Monika poprosiła o krew dziewicy. — Patrycja?
— Gin z tonikiem. Podwójny.
Iza uniosła brwi. Potem uśmiechnęła się z aprobatą.
— No. Dublin jednak czegoś cię nauczył.
Zamówiły. Kelner — młody chłopak z brodą tak gęstą, że wyglądał jak student, który przyszedł prosto z lasu — przyniósł drinki w ciągu pięciu minut, co Iza skomentowała z uznaniem: „Za moich studenckich czasów na piwo w knajpie czekało się dwadzieścia minut i uważało się to za ekspresową obsługę”. Kiedyś studentka, teraz kuratorka sądowa — Iza miała w sobie tę umiejętność porównywania przeszłości z teraźniejszością bez nostalgii, ale z nieodłączną dozą sarkazmu, która była jej pancerzem przeciwko światu.
Pierwszy łyk. Ten moment, kiedy alkohol dotyka gardła i organizm mówi „ach, tak, pamiętam” — nie samo picie, ale to, co picie symbolizuje: odpuszczenie, rozluźnienie, pozwolenie sobie na bycie kimś innym niż się jest na co dzień. Patrycja poczuła, jak gin rozpuszcza coś w jej klatce piersiowej — nie koperty w kieszeni, ta wciąż tam była, ciężka jak ołów, ale przynajmniej warstwę lodu, która narosła przez piętnaście lat dublińskich zim, dublińskiej samotności, dublińskiego udawania, że wszystko jest fine, absolutely fine, grand altogether, jak mówili Irlandczycy na wszystko, od pogody po katastrofę.
— No to gadajcie — Iza oparła się wygodnie i skrzyżowała ręce. — Dwadzieścia lat. Co przegapiłam?
— Ty nic nie przegapiłaś, bo nadal mieszkasz w Toruniu — powiedziała Monika.
— Właśnie. I dlatego chcę wiedzieć, co przegapiłam tam, na zewnątrz. Patrycja, jak jest w tym Dublinie naprawdę? Bez Instagramu i bez filtrów.
Patrycja obracała kieliszek w dłoniach. Światełka odbijały się w ginie jak malutkie gwiazdy uwięzione w szklance.
— Dublin jest… mokry — powiedziała w końcu. — Pada czterysta dni w roku, nawet jeśli rok ma trzysta sześćdziesiąt pięć. To taki deszcz, który nie jest deszczem — jest mgłą, która postanowiła być agresywna. Nie bierzesz parasola, bo parasol jest bezużyteczny, kiedy woda leci z każdej strony, w tym od dołu. Po dwóch latach przestajesz to zauważać. Po pięciu zaczynasz lubić. Po dziesięciu nie wyobrażasz sobie, że gdzieś na świecie jest sucho.
— Brzmi okropnie — powiedziała Monika.
— Brzmi jak Toruń w listopadzie, tylko bez pierników — dodała Iza.
— Ale jest też piękny — Patrycja kontynuowała, jakby nie usłyszała. — Poranne światło nad Grand Canal, kiedy jedziesz rowerem do pracy i mgła wisi nad wodą jak zasłona, i widzisz łabędzie, i widzisz sylwetki ludzi idących do biur, i wszyscy wyglądają jak duchy w eleganckich płaszczach. I puby. Puby w Dublinie to… to jak kościoły, tylko z lepszą muzyką i gorszymi kazaniami. Wchodzisz, jest ciemno, jest ciepło, ktoś gra na fiddle, ktoś płacze nad Guinnessem, ktoś się śmieje, i nikt cię nie pyta, kim jesteś. Jesteś po prostu następną osobą przy barze.
— I nikt cię nie pyta, kim jesteś — powtórzyła Iza cicho. Spojrzała na Patrycję w sposób, który mówił: „Słyszę to, co nie powiedziałaś”. Bo Iza słyszała rzeczy, których ludzie nie mówili. To dlatego była dobrą kuratorką i okropną partnerką — mężczyźni uciekali od niej, bo czytała ich jak akta sprawy.
— A ty, Monika? — Patrycja szybko przekierowała rozmowę. — Jak galeria?
Monika rozjaśniła się. Galeria była jedynym tematem, przy którym rozjaśniała się bezwarunkowo, bez zastrzeżeń, bez cienia na twarzy. Jej galeria sztuki — „Gotyck” z celowym błędem ortograficznym, bo Monika uważała, że sztuka powinna prowokować, nawet na poziomie szyldu — mieściła się w kamienicy przy Żeglarskiej i wystawiała głównie młodych toruńskich artystów, których nikt nie znał i których prace nikt nie kupował, ale których Monika wspierała z uporem matki karmiącej piątkę dzieci jedną pensją.
— Galeria jest wspaniała — powiedziała. — Właśnie skończyliśmy wystawę Bartka Kamińskiego, tego rzeźbiarza, wiesz, który robi te instalacje z piernikowego ciasta…
— Z piernikowego ciasta? — Patrycja uniosła brwi.
— Tak. Rzeźbi figury z ciasta piernikowego na skalę jeden do jednego. Ostatnia instalacja to była replika Krzywej Wieży z piernika. Dwa metry wysokości. Pięćdziesiąt kilo ciasta. Stała trzy tygodnie, potem zaczęła się kruszyć, i Bartek twierdził, że to jest właśnie sens — że sztuka, jak piernik, jest efemeryczna.
— Albo że sztuka, jak piernik, w końcu zjedzą ją myszy — wtrąciła Iza.
— Właśnie zjadły. Wieczór wernisażowy zakończył się tym, że z Krzywej Wieży odpadł cały dół i Bartek powiedział, że to komentarz do entropii. Krytycy byli zachwyceni. Szczury też.
Zaśmiały się. Kelner z brodą zerknął na nie z baru i uśmiechnął się — trzy kobiety śmiejące się w piątkowy wieczór to był widok, który poprawiał nastrój nawet zmęczonym barmanom.
Trzeci drink. Albo drugi. Patrycja traciła rachubę, co było dobre, bo oznaczało, że zaczynała odpuszczać. Gin miał tę właściwość, że po pierwszym kieliszku relaksował, po drugim dawał fałszywe poczucie mądrości, a po trzecim sprawiał, że człowiek mówił prawdę. Patrycja była po drugim i balansowała na krawędzi trzeciego.
Rozmowa schodziła na tematy studenckie — a studenckie tematy w Toruniu nieuchronnie prowadziły do mężczyzn, bo na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika stosunek kobiet do mężczyzn na wydziałach humanistycznych wynosił mniej więcej cztery do jednego, co oznaczało, że każdy facet, który potrafił złożyć zdanie podrzędnie złożone i nosił czyste skarpetki, był obiektem zainteresowania co najmniej dwunastu studentek. Rywalizacja była zacięta i nie zawsze elegancka.
— Pamiętacie Marcina z historii sztuki? — Monika pochyliła się nad stolikiem konspiracyjnie. — Tego z kucykiem?
— Marcin z kucykiem! — Iza prawie wypluła wino. — Ten, który twierdził, że jest poetą i chodził wszędzie z moleskinowym notesem?
— Ten sam. Pisał mi wiersze. „Twe oczy jak gotyckie rozety, twa skóra jak cegła palona…”
— To jest najgorszy wiersz, jaki słyszałam — powiedziała Patrycja.
— Jest ich więcej. „Twe piersi jak szczyty kościoła Mariackiego…”
— Błagam, przestań — Iza zginała się ze śmiechu.
— „…a biodra twe szerokie jak nawa główna…”
— On porównał twoje biodra do nawy głównej?! — Patrycja złapała się za głowę.
— I oczekiwał, że będę zachwycona. Pokazał mi cały cykl — „Sonety Gotyckie”, dwanaście wierszy, każdy porównujący inną część mojego ciała do elementu architektury sakralnej. Numer siedem był o moich kolanach i latających przypór.
Śmiały się tak głośno, że para przy sąsiednim stoliku odwróciła się z wyrazem twarzy pełnym dezaprobaty. Iza pomachała im kieliszkiem. Para odwróciła się z powrotem.
— A ty, Iza? — Patrycja ocierała łzy. — Kto był twoim wielkim studenckim romansem?
— Ja nie miałam romansów. Ja miałam epizody. Krótkie, intensywne, nierecenzowane. Jak występy w Off-Broadwayu, tyle że zamiast sceny było łóżko w akademiku, a zamiast oklasków — trzask drzwi o szóstej rano.
— Kłamiesz — powiedziała Monika. — A Piotr?
Iza zamrugała. Przez ułamek sekundy — tak krótki, że ktoś mniej uważny niż Monika by go przegapił — coś przebiegło przez jej twarz. Coś miękkiego, bezbronnego, kompletnie niezgodnego z wizerunkiem Izy Krawczyk, twardej kuratorki sądowej, która raz przyszła na spotkanie z podopiecznym w skórzanej kurtce i z takim wyrazem twarzy, że facet natychmiast przyznał się do kradzieży roweru, której nie popełnił.
— Piotr to była pomyłka — powiedziała Iza i wypiła łyk wina szybciej niż zwykle.
— Piotr to nie była pomyłka — Monika nie ustępowała. — Piotr to był jedyny facet, przy którym robiłaś się miękka. Dwa lata byliście razem. Dwa lata. To w twoim przypadku jest jak małżeństwo w przeliczeniu na zwykłe ludzkie.
— Piotr wyjechał do Wrocławia i się ożenił z dentystką. Koniec historii. Następny temat.
— Ale czy…
— Monika. — Iza postawiła kieliszek na stole z cichym stuknięciem, które było jak kropka na końcu zdania. — Następny temat.
Monika cofnęła się. Patrycja położyła dłoń na ramieniu Izy — lekko, przelotnie, jak dotknięcie motyla — i powiedziała:
— A pamiętacie, jak Iza w drugą rocznicę z Piotrem zamówiła dwadzieścia pierników z lukrowanym napisem „Kocham cię, idioto” i wysłała je do niego na wydział?
Cisza. Potem Iza parsknęła śmiechem. Tym prawdziwym, od środka, z głębi brzucha, śmiechem, który przebijał się przez pancerz jak pęknięcie w murze.
— A ten idiota zjadł wszystkie dwadzieścia i dostał rozwolnienia na egzaminie z prawa karnego — dodała Iza. — Co prawdopodobnie było karmą, bo kto normalny je dwadzieścia pierników naraz.
— Ktoś zakochany — powiedziała Monika cicho.
Trzecia kolejka drinków przyszła niezamówiona. Kelner z brodą postawił je na stoliku i powiedział: „Od pana przy barze”. Trzy głowy obróciły się jednocześnie w stronę baru jak mechanizm toruńskich kurantów — synchronicznie i z lekkim skrzypieniem.
Przy barze stał mężczyzna. Czterdzieści parę lat, może czterdzieści pięć, może mniej — trudno powiedzieć, bo miał twarz z gatunku tych, które starzeją się dobrze, jak wino lub jak aktorzy w filmach Woody’ego Allena. Ciemne włosy z lekką siwizną na skroniach, oczy ciepłe i uważne, ubrany niedbale elegancko — ciemna marynarka na jasny t-shirt, dżinsy, skórzane buty. Stał oparty o bar z kieliszkiem czerwonego wina i patrzył na ich stolik z uśmiechem, który nie był ani nachalny, ani nieśmiały, ale gdzieś pośrodku — pewny siebie, ale nie arogancki. Uśmiech człowieka, który wie, co robi.
— O matko — szepnęła Monika.
— Znasz go? — Patrycja zerknęła na nią.
Monika nie odpowiedziała. Wpatrywała się w mężczyznę przy barze z wyrazem twarzy kogoś, kto właśnie zobaczył ducha. Nie strasznego ducha — ducha czegoś pięknego i dawno utraconego, ducha wakacji z dzieciństwa, ducha pierwszego pocałunku, ducha nocy, w którą wszystko było możliwe.
Mężczyzna odstawił kieliszek i podszedł do ich stolika. Szedł pewnie, ale nie szybko — jakby dawał Monice czas na przygotowanie się. Stanął obok, spojrzał na nią.
— Cześć, Monika — powiedział.
Głos niski, spokojny, z lekką chrypką, jakby dużo mówił albo mało spał, albo jedno i drugie.
— Marek — odpowiedziała Monika i jej własny głos brzmiał tak, jakby ktoś wyciągnął z niego wszystkie kości i zostawił tylko miękkie tkanki.
— Osiemnaście lat — powiedział Marek. — Ostatni raz widziałem cię na Rynku. Stałaś pod Kopernikiem z książką i płakałaś.
— Nie płakałam. Miałam alergię.
— W grudniu?
— Na śnieg.
Uśmiechnął się. Uśmiechnęła się. I w tym podwójnym uśmiechu było osiemnaście lat niewidzenia się, osiemnaście lat życia przeżytego osobno, osiemnaście lat pytania „co by było, gdyby” i osiemnaście lat odpowiadania sobie „nie myśl o tym”. Patrycja obserwowała ich z fascynacją antropologa, który właśnie odkrył nowy gatunek. Iza obserwowała z fascynacją kuratorki, która widzi sytuację wymagającą natychmiastowej interwencji, ale jeszcze nie zdecydowała, czy interweniować.
— To jest Iza — Monika wskazała. — Pamiętasz.
— Pamiętam — Marek podał Izie rękę. — Iza Krawczyk. Kiedyś weszłaś na fontannę i recytowałaś Szymborską.
— Mam nadzieję, że to jedyne, co o mnie pamiętasz — Iza uścisnęła mu dłoń z siłą, która miała być ostrzeżeniem.
— I Patrycja — Monika wskazała drugą stronę stolika.
Marek odwrócił się do Patrycji. Przez ułamek sekundy — znowu ten ułamek, ta malutka szczelina w czasie — coś mignęło w jego oczach. Rozpoznanie, ale też coś innego. Coś, co Patrycja nie potrafiła nazwać, ale co sprawiło, że poczuła chłód na plecach mimo ciepłego wnętrza lokalu. Potem Marek uśmiechnął się i podał jej rękę.
— Patrycja Nowak. Nie widziałem cię od…
— Od dawna — powiedziała Patrycja. — Mieszkam w Dublinie.
— Słyszałem. Toruń jest mały. Wszystko się słyszy.
To zdanie zawisło w powietrzu o sekundę za długo. „Wszystko się słyszy.” Patrycja poczuła, jak koperta w kieszeni płaszcza powieszonego na wieszaku obok stolika waży tonę. Czy Marek wiedział? Czy to jedno z tych „wszystko”, które się słyszało? Nie. Niemożliwe. Nikt nie wiedział. Tylko trzy osoby na świecie.
— Usiądź z nami — powiedziała Monika i przesunęła się, robiąc miejsce, zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować.
Marek usiadł. Zamówił butelkę wina dla stolika. Kelner z brodą przyniósł ją z prędkością sugerującą, że Marek bywał tu częściej niż zwykły klient.
— Co robisz? — zapytała Monika i Patrycja usłyszała w tym pytaniu drugie, niezadane: „Dlaczego nie szukałeś mnie wcześniej?”
— Konserwuję — powiedział Marek. — Zabytki, nie jedzenie. Pracuję przy Dworze Artusa. Odnawiamy sklepienia w sali głównej. Dwa lata pracy, szesnaście warstw farby do zdjęcia, pod spodem oryginalne polichromie z piętnastego wieku. Piękne. Jak otwieranie listu sprzed pięciuset lat.
Mówił o sklepieniach, o farbie, o polichromiach, a patrzył na Monikę. Nie w ten oczywisty sposób, w jaki mężczyźni patrzą na kobiety w barach — nie na dekolt, nie na usta, nie na nogi. Patrzył na nią tak, jakby ona była tym sklepieniem — czymś pięknym, ukrytym pod warstwami, co trzeba ostrożnie odsłonić, żeby nie zniszczyć tego, co jest pod spodem.
Patrycja widziała, jak Monika reaguje na to spojrzenie. Widziała, jak prostuje się na krześle, jak poprawia włosy, jak oblizuje usta — drobne, nieświadome gesty kobiety, która nagle przypomina sobie, że jest atrakcyjna. Monika Zawadzka, z domu Kowalska, żona Krzysztofa, matka zera dzieci, bo Krzysztof „nie był gotowy” przez piętnaście lat małżeństwa, właścicielka galerii sztuki i kolekcji pięciu kaszmirowych szali — Monika nagle wyglądała jak studentka, która właśnie dostała darmowego drinka od przystojnego nieznajomego. Tyle że on nie był nieznajomym. On był kimś, kogo znała lepiej niż męża.
Iza obserwowała to wszystko z mieszaniną czułości i niepokoju. Patrycja znała ten wyraz twarzy Izy — widziała go setki razy, gdy Iza czytała akta swoich podopiecznych. Twarz kogoś, kto widzi nadciągającą katastrofę i kalkuluje, czy da się jej zapobiec, czy trzeba po prostu zminimalizować straty.
Pod stołem — Patrycja zauważyła, bo siedzieli naprzeciwko — ręka Marka przesunęła się po blacie i zatrzymała centymetr od dłoni Moniki. Monika nie cofnęła ręki. Nie przysunęła jej bliżej. Centymetr. Osiemnaście lat i jeden centymetr.
Rozmowa toczyła się dalej — o Toruniu, o zmianach w mieście, o tym, że dawny bar „Manekin” przeniósł się na inną ulicę, że w akademiku zrobili remont i teraz wygląda „prawie jak hotel, tylko bez gwiazdek”, że profesor Jankowski przeszedł na emeryturę i podobno pisze wspomnienia, w których ponoć są fragmenty tak skandaliczne, że wydawca poprosił o wycięcie trzech rozdziałów. Marek opowiadał z humorem i wdziękiem, ale jego oczy ciągle wracały do Moniki jak kompas do północy.
— Powinnaś zobaczyć Dwór Artusa nocą — powiedział w pewnym momencie, zwracając się bezpośrednio do niej. — Pusty, cichy, tylko sklepienia i światło z latarni przez okna. Jak katedra. Mogę was oprowadzić jutro wieczorem, mam klucze.
— Jutro — powiedziała Monika. — Tak. Jutro.
Patrycja wstała i powiedziała, że idzie do toalety. Iza skinęła głową nieznacznie — dyskretny, automatyczny gest koleżanki, która rozumie, że trzecia osoba przy romantycznym stole jest jak piąte koło u wozu.
Toaleta była w suterenie — wąskie schody w dół, ceglane ściany, zapach wilgoci i lawendowego odświeżacza powietrza, który walczył z wilgocią jak Dawid z Goliatem i przegrywał. Patrycja umyła ręce, spojrzała w lustro, poprawiła włosy. W lustrze wyglądała na zmęczoną — nie fizycznie, ale wewnętrznie, tym zmęczeniem, które nagromadziło się przez piętnaście lat noszenia sekretu jak kamienia w bucie. Małego kamienia, ale z każdym rokiem coraz bardziej ostrego.
Wróciła po schodach na górę. Minęła wieszak, na którym wisiały ich kurtki i płaszcze — jej kaszmirowy z Marksa & Spencera, skórzana kurtka Izy, wełniany żakiet Moniki. I zatrzymała się.
Coś było nie tak.
Jej płaszcz wisiał lekko inaczej niż go powiesiła. Kieszeń — ta, w której była koperta — była rozchylona. Patrycja sięgnęła do kieszeni, czując, jak serce przyspiesza, jak przyspiesza wtedy, gdy budzi się w nocy i wie, że coś jest nie tak, ale nie wie jeszcze co. Koperta z lotniska wciąż tam była — biała, z tym cholernym zdjęciem i tym cholernym napisem. Ale obok niej, wepchnięta głęboko w fałdy kaszmiru, była druga koperta.
Mniejsza. Brązowa. Papier gruby, recyclingowy, jakby ktoś ją zrobił ręcznie albo kupił w sklepie z artykułami ekologicznymi. Na wierzchu nic — żadnego adresu, żadnego nazwiska. W środku kartka. Biała, złożona na pół. Drukowane litery, ten sam czarny flamaster, te same równe, precyzyjne znaki:
„Kamienica przy Mostowej 7. Piwnica. Tam go zakopaliście.”
Patrycja stała przy wieszaku w korytarzu lokalu Pod Kurantami, trzymając w ręce kartkę, na której ktoś napisał zdanie, które powinno istnieć tylko w jej głowie. W jej głowie, w głowie Izy, w głowie Moniki. Nigdzie indziej. Zdanie, którego nie wymówiła na głos od dwudziestu lat. Zdanie, które teraz leżało na jej dłoni jak granat z wyciągniętą zawleczką.
Ktoś tu był. Ktoś, kto wiedział. Ktoś, kto podszedł do wieszaka, sięgnął do jej kieszeni, wsunął kopertę i odszedł. Minuty temu. Może sekundy.
Rozejrzała się. Korytarz był pusty. Schody do toalety ciemne i milczące. Z sali dochodził gwar rozmów, brzęk kieliszków, śmiech — zwykły piątkowy wieczór zwykłych ludzi w zwykłym lokalu. Nikt nie wyglądał podejrzanie. Nikt nie uciekał. Nikt nie patrzył.
Ale ktoś patrzył. Ktoś, kogo nie widziała.
Ręce jej drżały. Złożyła kartkę z powrotem, wsunęła do koperty, kopertę wsunęła do kieszeni. Obie koperty. Jedna z Dublina, jedna z Torunia. Kolekcja rośnie. Ktoś prowadzi grę i Patrycja jest w niej pionkiem, który właśnie zaczął rozumieć, że szachownica jest większa, niż myślał.
Wróciła do stolika. Usiadła. Uśmiechnęła się. Ten ćwiczony uśmiech, „wszystko jest fine, absolutely fine, grand altogether”. Nikt nie zauważył. Monika patrzyła na Marka. Marek patrzył na Monikę. Iza patrzyła na nich oboje z wyrazem twarzy kogoś, kto ogląda wypadek samochodowy w zwolnionym tempie i nie może odwrócić wzroku.
— Wszystko dobrze? — Iza zerknęła na Patrycję, bo Iza zawsze zerkała, Iza zawsze widziała, Iza miała ten cholerny instynkt, który mówił jej, kiedy ktoś kłamie.
— Jasne — powiedziała Patrycja. — Kolejka?
Iza patrzyła na nią sekundę dłużej niż trzeba. Te oczy kuratorki sądowej, które widziały narkomanów udających trzeźwych, złodziei udających uczciwych i żony udające szczęśliwe — te oczy nie dawały się zwieść uśmiechowi ćwiczonemu piętnaście lat przed dublińskim lustrem. Patrycja to wiedziała. Ale Iza, Bogu dzięki, wiedziała też, kiedy nie naciskać. Jeszcze nie teraz. Jeszcze nie tutaj, przy stoliku, gdzie Monika właśnie kładła głowę na ramieniu Marka i wyglądała na szczęśliwszą niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich osiemnastu lat.
— Kolejka — powiedziała Iza. I zamówiła.
Wieczór gęstniał za oknem. Rynek ciemniał, latarnie zapalały się jedna po drugiej jak świece na urodzinowym torcie dla miasta, które kończyło właśnie siedemset dziewięćdziesiąt jeden lat i nie wyglądało na swój wiek. Kuranty ratuszowe odezwały się o dziewiętnastej — ta prosta, metaliczna melodia, która nie była piękna w tradycyjnym sensie, ale była swojska, trwała i niezawodna, jak stary przyjaciel, który nie umie śpiewać, ale zawsze przychodzi na urodziny.
Marek opowiadał o swoich podróżach konserwatorskich — Kraków, Wrocław, Gdańsk, nawet Rzym, gdzie przez pół roku pracował przy renowacji mozaiki w małym kościele za Tybrem. Mówił o kolorach, o pigmentach, o tym, jak średniowieczni malarze mieszali farby z jajek i minerałów, i jak te kolory — po sześciuset latach — wciąż potrafią olśnić, kiedy zdejmie się z nich warstwy brudu i zapomnienia.
— Wyobraźcie sobie — mówił, obracając kieliszek w dłoniach — że patrzysz na ścianę, która jest szara, brudna, popękana. I zaczynasz delikatnie zdejmować warstwę za warstwą. I nagle pod spodem jest błękit. Taki błękit, jakiego nie widzieliście nigdy — głęboki, czysty, zrobiony z lapisu lazuli, który ktoś starł na proszek pięćset lat temu. I myślisz: ten kolor przetrwał dżumę, wojny, pożary, remonty i zaniedbanie. Ten kolor przetrwał wszystko.
Patrzył na Monikę, gdy to mówił. I Patrycja pomyślała, że nie mówi o kolorze.
Monika nie patrzyła na telefon. Monika nie sprawdzała wiadomości od Krzysztofa. Monika nie prostowała serwetki. Monika siedziała i słuchała, i jej twarz — ta porcelanowa, zawsze kontrolowana twarz — była miękka, otwarta, bezbronna jak ściana, z której właśnie zdjęto warstwy.
Był już późny wieczór, gdy Marek wstał, żeby iść do toalety. Monika odprowadzała go wzrokiem. Gdy zniknął w korytarzu, odwróciła się do koleżanek. Na jej twarzy walczyły radość i przerażenie, a wyglądało to jak sunrise nad morzem w burzowy dzień — pięknie i groźnie jednocześnie.
— Nie mówcie nic — szepnęła.
— Ja nic nie mówię — powiedziała Patrycja.
— Ja mówię — powiedziała Iza. — Mówię, że masz oczy jak nastolatka, że twój mąż jest debilem i że ten facet patrzy na ciebie jak na polichromię z piętnastego wieku.
— Iza!
— Co? To komplement. W jego ustach polichromia z piętnastego wieku to najwyższa forma adoracji. Inni faceci mówią „ładnie wyglądasz”. On mówi „jesteś jak lapis lazuli sprzed pięciuset lat”. I szczerze? Wolę lapis lazuli.
Monika zagryzła wargę. Jej oczy błyszczały — od wina, od emocji, od kurantów, które właśnie zagrały na pełną godzinę, od zmierzchu, który malował Rynek na fioletowo, od obecności mężczyzny, którego kochała dwadzieścia lat temu i którego — właśnie to do niej docierało z przerażającą jasnością — nigdy tak naprawdę nie przestała kochać.
— Jestem mężatką — powiedziała cicho.
— Jesteś nieszczęśliwa — odpowiedziała Iza. — To nie to samo.
— Jestem mężatką i jestem nieszczęśliwa. I siedzę w knajpie z mężczyzną, który sprawia, że chcę być znowu szczęśliwa. I to mnie przeraża bardziej niż cokolwiek.
Patrycja sięgnęła przez stół i chwyciła dłoń Moniki. Była ciepła i lekko drżała, jak liść na wietrze, który jeszcze się trzyma gałęzi, ale wie, że lada moment oderwie go wiatr. I może to dobrze. Może pora spadać. Może pora lecieć.
Marek wrócił z toalety. Usiadł. Rozmowa popłynęła dalej. Zamówili jeszcze jedno wino. Kelner z brodą miał już koniec zmiany i zastąpiła go kelnerka — starsza, z okularami i tatuażem rozety gotyckiej na nadgarstku. Toruń, pomyślała Patrycja. Jedyne miasto na świecie, gdzie tatuaż architektoniczny jest czymś normalnym.
Wyszli z lokalu przed dwudziestą trzecią. Rynek był prawie pusty — kilku spóźnionych turystów, para całująca się pod pomnikiem Kopernika (Kopernik patrzył w niebo i udawał, że nie widzi), bezdomny kot, który przemykał pod ścianami ratusza jak mały, futrzany duch.
Powietrze było chłodne i pachniało rzeką. Iza zapaliła papierosa — jedynego tego wieczoru, bo paliła „okazjonalnie”, co w jej przypadku oznaczało „przy każdej okazji, ale udaję, że to wyjątek”.
Marek stał blisko Moniki. Nie dotykali się. Ale odległość między nimi była tak naładowana, że Patrycja prawie spodziewała się trzasku elektrycznego wyładowania.
Patrycja wyciągnęła telefon, żeby sprawdzić godzinę, i wtedy to zobaczyła. Na drugim końcu Rynku, pod arkadami jednej z kamienic, stał mężczyzna. Wysoki, ciemna kurtka, czapka naciągnięta nisko na oczy. Stał nieruchomo i patrzył w ich stronę. Nie jak turysta podziwiający architekturę. Nie jak przechodzień czekający na kogoś. Stał i patrzył tak, jak patrzy się na cel.
— Iza — powiedziała Patrycja cicho. — Widzisz tego gościa? Pod arkadami, na lewo od Pod Gwiazdą.
Iza zerknęła. Jej oczy — te kuratorskie oczy, wyszkolone w rozpoznawaniu zagrożeń — natychmiast znalazły postać.
— Widzę — powiedziała równie cicho.
— Zna nas?
— Nie wiem. Ale gapi się jak na transmisję sportową.
Patrycja chciała powiedzieć więcej. Chciała powiedzieć o kopertach, o wiadomościach, o kimś, kto wie, o Mostowej 7. Ale Monika stała obok i śmiała się z czegoś, co powiedział Marek, i wyglądała jak kobieta, która właśnie odzyskała coś, co zgubiła dawno temu, i Patrycja nie potrafiła tego zniszczyć. Jeszcze nie teraz. Jeszcze nie tutaj.
— Patrzysz na niego — szepnęła do Izy. — Ja idę po kurtki.
Wróciła do lokalu po okrycia. Zabrała swój płaszcz z wieszaka — dotknęła kieszeni. Obie koperty tam były. Ciężkie jak kamienie grobowe.
Gdy wyszła z powrotem na Rynek, mężczyzny pod arkadami już nie było. Pustka, cień, echo kroków na bruku — albo tylko wiatr.
— Zniknął — powiedziała Iza.
Patrycja kiwnęła głową.
— Pewnie turysta — dodała Iza, ale jej głos nie brzmiał przekonująco. Głos Izy Krawczyk, kuratorki sądowej, kobiety, która nie bała się niczego, zabrzmiał tak, jakby po raz pierwszy od bardzo dawna nie była pewna, czy to, co mówi, jest prawdą.
Marek odprowadzał je w stronę hotelu. Szli wąskimi uliczkami Starówki, gdzie latarnie rzucały pomarańczowe plamy światła na ceglane ściany, a cienie były gęste i głębokie jak studnie. Toruń nocą był piękny, ale inaczej niż za dnia — za dnia był muzeum, zabytkiem, pocztówką. Nocą był miastem, które pamiętało, i w tym pamiętaniu było coś, co ściskało gardło.
Przed hotelem Marek zatrzymał się. Wyciągnął wizytówkę — prostą, białą, z nazwiskiem i numerem telefonu. Podał ją Monice. Potem wyjął długopis i na odwrocie napisał drugi numer.
— Ten oficjalny jest do biura w Dworze Artusa — powiedział. — Ten na odwrocie jest mój prywatny. Zadzwoń, jeśli będziesz chciała dokończyć tę rozmowę.
Monika wzięła wizytówkę. Patrzyła na nią jak na granat. Jak na list miłosny. Jak na bilet w jedną stronę do miejsca, z którego nie ma powrotu.
— Dobranoc — powiedział Marek. I odszedł. Nie odwrócił się. To było eleganckie i okrutne jednocześnie, bo zostawił Monikę z wizytówką i bez odpowiedzi na pytanie, które wisiało w powietrzu od osiemnastu lat.
Trzy kobiety stały przed hotelem Spichrz. Wisła szumiała cicho za murem. Kopernik gdzieś tam dalej, na swoim postumencie, wciąż patrzył w niebo.
— No — powiedziała Iza, gasząc papierosa na murku. — Pierwszy przystanek rajdu zaliczony. Ilu przystanków tam jeszcze będzie?
— Dużo — powiedziała Patrycja.
— Dużo — powtórzyła Monika, ściskając wizytówkę tak mocno, że jej knykcie pobielały.
Weszły do hotelu. Na recepcji było cicho, tylko zegar tykał i nocna recepcjonistka czytała książkę — Patrycja zerknęła na okładkę: „Zbrodnia i kara” Dostojewskiego. W Toruniu nawet recepcjonistki hotelowe czytały klasykę rosyjską. Albo to był zbieg okoliczności, albo wszechświat miał poczucie humoru.
Na schodach Iza odwróciła się do Patrycji. Popatrzyła na nią tym swoim wzrokiem. Tym wzrokiem, który mówił „wiem, że coś ukrywasz, i wiem, że wiesz, że wiem”. Przez chwilę Patrycja myślała, że Iza zapyta. Że powie: „Co masz w kieszeni, Patrycja? Co cię zjada od środka? Kim był ten facet na Rynku?”
Ale Iza powiedziała tylko:
— Dobranoc. Jutro Dwór Artusa. Rajd trwa.
I weszła do swojego pokoju. Zamknęła drzwi. Patrycja stała na korytarzu i słuchała, jak zamek kliknie. Dźwięk był cichy i ostateczny, jak zamknięcie rozdziału w książce, której dalszego ciągu jeszcze nie zna.
Poszła do swojego pokoju. Otworzyła drzwi balkonowe. Wisła pod nią była czarna i błyszcząca, jak jedwabna wstążka rozłożona na ciemnym stole. Wyciągnęła obie koperty z kieszeni. Położyła je na stoliku balkonowym. Patrzyła na nie.
„Wiem, po co wracasz. Nie powinnaś.”
„Kamienica przy Mostowej 7. Piwnica. Tam go zakopaliście.”
Ktoś wiedział. Ktoś, kto chodził po tym samym bruku, oddychał tym samym powietrzem, pił w tym samym lokalu. Ktoś, kto był bliżej, niż myślała.
A ona stała na balkonie starego spichrza nad Wisłą i myślała, że Toruń jest jak te warstwy farby, o których mówił Marek. Na wierzchu bruk, zabytki, pierniki, turystyka, normalność. A pod spodem — pod warstwami lat, zapomnienia, milczenia — coś, co nie chciało zostać zakopane. Coś, co się przebijało. Jak kolor. Jak prawda. Jak lapis lazuli sprzed dwudziestu lat.
Zamknęła drzwi balkonowe. Schowała koperty pod poduszkę. Położyła się. Nie zgasiła światła.
Na stoliku nocnym leżał hotelowy folder z napisem „Toruń — miasto, które zaskakuje”.
Patrycja pomyślała, że to największy eufemizm, jaki w życiu przeczytała.
Rozdział 3: Dwór Artusa
Są miejsca, które w dzień należą do turystów, a nocą do duchów. Dwór Artusa w Toruniu był jednym z takich miejsc — i to nie metaforycznie. Stróż nocny, pan Henryk, który pilnował budynku od dwudziestu trzech lat, twierdził z ręką na sercu, że regularnie słyszy kroki na piętrze, kiedy nikogo tam nie ma, że świece w kinkietach migoczą bez przeciągu i że raz, jedyny raz, zobaczył w lustrze w sali głównej odbicie mężczyzny w renesansowym kołnierzu, który spojrzał na niego, kiwnął głową i zniknął. Pan Henryk opowiadał to każdemu, kto chciał słuchać, i wielu, którzy nie chcieli, a Marek Sobczak — konserwator zabytków, który od dwóch lat odnawiał sklepienia Dworu — zwykł komentować te historie z dyplomatycznym uśmiechem: „Pan Henryk widział wiele rzeczy. Część z nich po trzeciej lampce nalewki.” Ale sam przyznawał, że pracując nocami sam w pustym Dworze, czuł obecność czegoś, co nie było duchem, ale nie było też pustką. Było pamięcią. Pamięcią wbitą w cegły, wchłoniętą przez drewno, osadzoną w zaprawie między kamieniami. Siedemset lat ludzkich historii — uczty, obrady, kłótnie, miłości, zdrad, transakcji, bankietów i pogrzebów — wszystko to zostawiło ślad, który nie widniał na żadnej mapie, ale który człowiek wrażliwy potrafił wyczuć jak zapach dymu po dawno zgaszonym ognisku.
Sobotni wieczór. Godzina dwudziesta. Rynek Staromiejski opustoszał z turystów, którzy o tej porze migrowali do restauracji i pubów jak łososie płynące w górę rzeki — instynktownie, stadnie i z determinacją. Kamienice rzucały długie cienie na bruk. Latarnie zapalały się jedna po drugiej, przemieniając gotyckie fasady w teatralne dekoracje, w których każda nisza, każdy gzyms, każdy kamienny detal zyskiwał dramatyczną głębię. Ratusz, masywny jak twierdza, stał pośrodku placu i wyglądał tak, jakby nigdy nie zamierzał się stamtąd ruszyć, co było prawdą — stał tam od 1274 roku i wszystko wskazywało na to, że postoi jeszcze co najmniej tyle samo.
Trzy kobiety szły przez Rynek w stronę Dworu Artusa, a przed nimi, o kilka kroków, szedł Marek Sobczak z pękiem kluczy, które dzwoniły przy każdym kroku jak malutkie dzwonki u szyi kozła prowadzącego stado. Porównanie nieeleganckie, ale trafne, bo Marek rzeczywiście prowadził — pewnie, spokojnie, z tą niewymuszоną gracją człowieka, który zna każdą cegłę w promieniu pięciuset metrów i traktuje je wszystkie jak osobiste znajomości.
— Normalnie to nie wolno tu wchodzić po godzinach — mówił przez ramię, przekręcając klucz w ciężkich dębowych drzwiach. — Ale konserwatorzy mają przywileje. Głównie dlatego, że nikt inny nie chce tu siedzieć nocą. Pan Henryk twierdzi, że duchy.
— Pan Henryk to ten z nalewką? — zapytała Iza.
— Ten sam. Ale nie lekceważyłbym go. Człowiek, który przetrwał dwadzieścia trzy lata nocnych dyżurów w gotyckim budynku, zasługuje na szacunek. Albo na badanie psychiatryczne. Albo na jedno i drugie.
Drzwi otworzyły się z jękiem, który powinien być efektem dźwiękowym w horrorze, ale który w rzeczywistości był po prostu skutkiem trzystuletnich zawiasów, które nikt nie naoliwił, bo konserwator zabytków uważa, że autentyczny jęk zawiasów ma wartość historyczną, a oliwienie jest „ingerencją w substancję zabytkową”. Patrycja pomyślała, że to jedyny kraj na świecie, w którym drzwi skrzypią z powodów ideologicznych.
Weszli do środka. Marek włączył światło — nie główne, nie te muzealną iluminację, którą widzieli turyści za dnia, ale boczne lampy konserwatorskie, ciepłe i miękkie, które oświetlały wnętrze od dołu i rzucały na sklepienia cienie tak dramatyczne, że Patrycja mimowolnie wstrzymała oddech.
Dwór Artusa. Serce kupieckiego Torunia. Miejsce, w którym od czternastego wieku spotykali się członkowie Bractwa Świętego Jerzego — toruński odpowiednik klubu gentlemenów, tyle że zamiast whisky i cygar byli tu piwo, miody pitne i interesy na skalę, która wprawiała w ruch połowę handlu wiślanego. Nazwa nawiązywała do legendy o królu Arturze, bo w średniowiecznych miastach hanzeatyckich modne było powoływanie się na rycerskie ideały — choć w praktyce ideały te ograniczały się głównie do solidnego jedzenia, solidnego picia i solidnego zarabiania pieniędzy. Rycerskość to rycerskość, ale marże handlowe to marże handlowe.
Sala główna była imponująca nawet w tym niepełnym, konserwatorskim oświetleniu. Może zwłaszcza w nim. Gotyckie sklepienie rozpościerało się nad głowami jak odwrócony kadłub statku — ceglane żebra zbiegały się w zworniku jak gałęzie starego dębu. Ściany zdobiły malowidła, częściowo odkryte spod warstw późniejszych farb — tu fragment herbu, tam kawałek ornamentu roślinnego, gdzie indziej zarys postaci w szacie, której kolory, po sześciu wiekach, wciąż miały w sobie coś ze swojej dawnej intensywności.
— O mój Boże — szepnęła Monika i Patrycja usłyszała w tym szepcie głos studentki historii sztuki, nie czterdziestoletniej właścicielki galerii. Głos dziewczyny, która siedziała na wykładach profesora Jankowskiego w pierwszym rzędzie i zapisywała każde słowo, nawet gdy profesor dygresyjnie opowiadał o swoim kocie, bo Monika uważała, że w każdej dygresji kryje się jakieś znaczenie. Zazwyczaj nie kryło się, ale ta wiara nadawała jej życiu strukturę, jakiej desperacko potrzebowała.
— Chodźcie — Marek gestem zaprosił je głębiej. — Pokażę wam, nad czym pracuję.
Szli przez salę, a ich kroki odbijały się echem od ścian i wracały pomnożone, jakby szedł z nimi ktoś niewidzialny. Pan Henryk powiedziałby, że to duchy. Patrycja powiedziałaby, że to akustyka. Prawda leżała prawdopodobnie gdzieś pomiędzy.
Marek zatrzymał się pod zachodnią ścianą, gdzie na rusztowaniu konserwatorskim — metalowej konstrukcji osłoniętej folią — widać było fragment sklepienia w różnych stadiach odnawiania. Część była wciąż brudna, szara, pokryta warstwami sadzy, dymu i czasu. Część została już oczyszczona i ukazywała oryginalne polichromie — błękity, czerwienie, złocenia. Granica między czystym a brudnym fragmentem była ostra jak linia między przeszłością a teraźniejszością.
— Szesnaście warstw — powiedział Marek, gładząc palcem krawędź rusztowania z czułością, z jaką inni mężczyźni gładzą samochody sportowe. — Szesnaście warstw farby nałożonych na przestrzeni sześciuset lat. Każda generacja malowała po swojemu, zakrywając to, co było wcześniej. Renesans zakrył gotyk. Barok zakrył renesans. Dziewiętnasty wiek zakrył barok. Dwudziesty wiek zakrył wszystko grubą warstwą szarej emulsji, bo w PRL-u najwyraźniej uznano, że najlepszym kolorem dla zabytku jest kolor betonowego bloku.
— I ty to zdejmujesz? — Patrycja patrzyła na sklepienie z szyją odchyloną do tyłu. Bolało, ale nie mogła oderwać wzroku.
— Warstwa po warstwie. Skalpelem, rozpuszczalnikiem, czasem laserem. Centymetr kwadratowy dziennie. Przy dobrym dniu — dwa centymetry.
— Ile metrów kwadratowych ma to sklepienie? — zapytała Iza z praktycznym zmysłem kuratorki, która jest przyzwyczajona do liczenia.
— Dwieście osiemdziesiąt.
— To ile lat ci to zajmie?
— Przy obecnym tempie finansowania — resztę życia. Ale to jest właśnie piękne. — Marek uśmiechnął się. — Nie spieszę się. Te malowidła czekały na mnie sześćset lat. Mogą poczekać jeszcze trochę. Poza tym najlepsze odkrycia robi się powoli. Gdybym spieszył się ze zdejmowaniem warstw, mógłbym uszkodzić to, co jest pod spodem. A to, co jest pod spodem, jest bezcenne.
Patrzył na Monikę, gdy mówił te ostatnie słowa. I Patrycja pomyślała, że ten mężczyzna albo jest mistrzem metafory, albo jest tak zakochany, że nawet nie zdaje sobie sprawy, jak transparentnie o tym mówi. Oba warianty były jednocześnie urocze i niebezpieczne.
Monika stała przy rusztowaniu z głową zadartą do góry, oświetlona od dołu ciepłym światłem lampy konserwatorskiej, i wyglądała jak postać z renesansowego malowidła — jasnowłosa, o łagodnych rysach, z wyrazem skupienia i zachwytu, który sprawiał, że jej twarz traciła te wszystkie warstwy codzienności — żony, właścicielki galerii, kobiety, która prostuje serwetki i sprawdza, czy żelazko jest wyłączone — i stawała się tym, czym była pod spodem. Sobą. Dwudziestolatką w auli wykładowej, która patrzy na slajd z polichromią i myśli: „Chcę robić to do końca życia. Chcę odkrywać piękno pod warstwami brzydoty.”
— To jest lapis lazuli? — zapytała, wskazując fragment błękitu na sklepieniu.
— Azuryt — odpowiedział Marek, stając obok niej. Blisko. — Lapis lazuli był za drogi nawet jak na toruńskich kupców. Używali azurytu, który daje podobny odcień, ale z czasem ciemnieje. Widzisz, jak ten błękit ma w sobie zieleń? To właśnie azuryt po sześciu wiekach. Lapis lazuli zachowałby czystość koloru.
— Azuryt — powtórzyła Monika, jakby smakując to słowo. — Jest piękny.
— Jest niedoskonały. I dlatego jest piękny. Doskonałość jest nudna. Doskonałość to plastik. To — wskazał na sklepienie — to jest życie. Popękane, przyciemnione, zmienione przez czas, ale prawdziwe.
Iza stała trzy metry dalej, oparta o filar, z rękami skrzyżowanymi na piersi i wyrazem twarzy kogoś, kto obserwuje eksperyment naukowy. Patrycja podeszła do niej i stanęła obok.
— Widzisz to? — szepnęła Iza, nie odrywając wzroku od Moniki i Marka.
— Widzę — szepnęła Patrycja.
— On jest dobry.
— W konserwacji?
— W podrywaniu. To jest chirurgiczna precyzja. „Azuryt jest niedoskonały i dlatego piękny.” Jezu Chryste. Facet porównuje ją do mineralnego pigmentu sprzed sześciu wieków i ona na to leci. A wiesz dlaczego? Bo Krzysztof przez piętnaście lat małżeństwa prawdopodobnie porównywał ją najwyżej do swojej matki. I to niekorzystnie.
— Iza, bądź fair. Może on naprawdę tak myśli.
— Oczywiście, że naprawdę tak myśli. To jest najgorsze. Gdyby grał, byłoby łatwiej. Grę można przejrzeć. Szczerość jest nie do obrony.
Patrycja nie odpowiedziała. Patrzyła na Monikę i Marka, którzy stali teraz bardzo blisko siebie pod sklepieniem, w tym ciepłym, bocznym świetle, i rozmawiali cicho — tak cicho, że ich słowa tonęły w akustyce sali jak kamienie w głębokiej wodzie. Widziała ich sylwetki na tle odsłoniętych polichromii — dwie postacie, mężczyzna i kobieta, w gotyckim wnętrzu, jak na obrazie, który ktoś namalował sześćset lat temu i zakrył szesnastoma warstwami farby, a teraz ktoś go odkrywał, centymetr po centymetrze, z nieskończoną cierpliwością i z pełną świadomością, że to, co jest pod spodem, jest warte czekania.
Marek powiedział coś i Monika się zaśmiała. Nie tym kontrolowanym, galeryjnym śmiechem, który Patrycja słyszała przez telefon, gdy dzwoniły do siebie co kilka tygodni — tym zmęczonym „ha ha, no tak” kobiety, która dawno zapomniała, co ją naprawdę śmieszy. To był inny śmiech. Głęboki, prawdziwy, zaskakujący ją samą. Śmiech, który wyrwał się z miejsca, o którym Monika nie pamiętała, że istnieje.
— Chodź — Iza chwyciła Patrycję za łokieć. — Dajmy im pięć minut. Zwiedzamy resztę. Jestem ciekawa, czy pan Henryk zostawił gdzieś tę swoją nalewkę.
Poszły w drugą stronę sali, zostawiając Monikę i Marka w ich bańce z azurytu i cichych słów. Przeszły przez boczne drzwi do mniejszego pomieszczenia — dawnej sali obrad Bractwa Kurkowego. Iza włączyła latarkę w telefonie i oświetliła wnętrze. Niski sufit, drewniana boazeria, w rogu stary kredens z szybkami, za którymi stały zakurzone kieliszki.
— Bractwo Kurkowe — powiedziała Iza tonem przewodniczki, choć jej wiedza o Bractwie ograniczała się do tego, co pamiętała z wykładów i co doczytała na Wikipedii w taksówce. — Organizacja strzelecka istniejąca w Toruniu od piętnastego wieku. Nazwa od kura — drewnianego ptaka na żerdzi, do którego strzelano z kusz, potem z broni palnej. Kto trafił, zostawał Królem Kurkowym i przez rok nie płacił podatku od piwa. Co, jak się zastanowić, jest najrozsądniejszą motywacją do ćwiczeń strzeleckich, jaką ludzkość kiedykolwiek wymyśliła.
— Skąd ty to wszystko wiesz? — Patrycja była pod wrażeniem.
— Google, kochana. Trzydzieści sekund w taksówce. W dwudziestym pierwszym wieku ignorancja to kwestia wyboru, nie możliwości.
Wróciły do sali głównej. Monika i Marek stali teraz bliżej siebie niż pięć minut wcześniej, co z punktu widzenia fizyki było logiczne — obiekty obdarzone wzajemnym przyciąganiem zmniejszają dystans — ale z punktu widzenia Izy było alarmujące. Nie dlatego, że Iza miała coś przeciwko Markowi. Marek wydawał się porządnym człowiekiem, a jego oczy, gdy patrzył na Monikę, miały w sobie coś, co Iza — ze swoim doświadczeniem kuratorskim — potrafiła odróżnić od zwykłego pożądania. To była tęsknota. Osiemnastoletnia tęsknota, która dojrzewała jak wino w piwnicy i teraz, otwarta, rozlewała się po gotyckim wnętrzu jak zapach kadzidła.
Problem nie leżał w Marku. Problem leżał w Monice, która była zamężna, nieszczęśliwa i stała właśnie na krawędzi czegoś, z czego nie było łatwego powrotu. Iza widziała to setki razy w swojej pracy — moment, w którym człowiek podejmuje decyzję, która zmieni mu życie. Zwykle ten moment nie wyglądał dramatycznie. Nie było fanfar, błyskawic, muzyki filmowej. Był cichy korytarz, cichy pokój, cichy dotyk dłoni i cisza, w której jedno słowo — „tak” albo „nie” — ważyło tonę.
Teraz, w gotyckim wnętrzu oświetlonym lampami konserwatorskimi, ten moment nadchodził. Patrycja to widziała. Iza to widziała. Marek to wiedział. Monika to czuła.
Marek powiedział:
— Chodź. Jest coś, co chcę ci pokazać.
Wziął ją za rękę. Naturalnie, bez wahania, jakby robił to od lat, jakby te osiemnaście lat przerwy było tylko chwilowym wyjściem z pokoju. Monika nie zabrała ręki. Poszli w stronę bocznych drzwi, które prowadziły do wąskiego korytarza — tego, gdzie konserwatorzy trzymali narzędzia i materiały.
Iza zrobiła krok, jakby chciała iść za nimi. Patrycja złapała ją za rękaw kurtki.
— Nie — powiedziała cicho.
— Ale…
— Nie, Iza. Jest dorosła.
— Jest zamężna.
— Jest nieszczęśliwa. Ty sama to powiedziałaś wczoraj. „To nie to samo.”
Iza stała z ręką w połowie gestu, z ustami otwartymi do protestu, który nie przyszedł. Przez chwilę wyglądała jak ktoś, kto przegrał argument z samym sobą. Potem opuściła rękę, wsadziła ją do kieszeni kurtki i powiedziała:
— Dobrze. Ale jeśli wrócą z miną jak koty, które zjadły kanarka, będę ich obie oceniać. Głośno i bez dyplomacji.
Monika i Marek zniknęli za bocznymi drzwiami. Korytarz był wąski, ciemny, pachniał rozpuszczalnikiem, terpentyną i drewnem — zapachami, które Marek nosił na skórze jak perfumy, zapachami jego pracy, jego życia, jego świata. Po obu stronach stały regały z narzędziami, puszkami farb, rolkami folii ochronnej. Na jednym z regałów leżała sterta wydrukowanych fotografii — zbliżenia sklepień, detale polichromii, makrofotografie pęknięć w tynku.
Na końcu korytarza były drzwi do małego pomieszczenia — dawnej komory kupieckiej, teraz służącej jako biuro konserwatora. Marek otworzył je i zapalił lampkę na biurku. Pokój był malutki — biurko, krzesło, stara kanapa pokryta lnianym prześcieradłem, na ścianach przypięte pinezkami reprodukcje średniowiecznych malowideł. Na biurku laptop, kubek z resztką kawy i książka — „Sztuka gotycka w Prusach” Tadeusza Jurkowlańca, otwarta na rozdziale o malarstwie ściennym.
— To tutaj pracuję nocami — powiedział Marek. — Kiedy Dwór jest pusty i pan Henryk śpi na dyżurce. Siedzę tu, patrzę na fotografie i planuję następny centymetr. Czasem rozmawiam ze sklepieniem. Nie odpowiada, ale słucha.
— Rozmawiasz ze sklepieniem — Monika uśmiechnęła się.
— Konserwator, który nie rozmawia z obiektem, którego konserwuje, jest jak chirurg, który nie rozmawia z pacjentem. Technicznie możliwe, ale brakuje czegoś istotnego.
Stali w tym malutkim pokoiku, w świetle biurkowej lampki, otoczeni zapachem rozpuszczalnika i kawy, i patrzyli na siebie. Patrzyli naprawdę — nie tak, jak patrzyli przy stoliku Pod Kurantami, gdzie była publiczność, kieliszki, role do odegrania. Tu byli sami. Tu warstwy spadały szybciej.
— Monika — powiedział Marek i jego głos miał w sobie coś, co sprawiało, że to imię — zwykłe, polskie, noszone przez tysiące kobiet — brzmiało jak słowo w języku, który zna tylko dwoje ludzi. — Osiemnaście lat temu nie powiedziałaś mi, dlaczego odeszłaś.
Monika odwróciła wzrok. Patrzyła na reprodukcję na ścianie — Madonna z Dzieciątkiem, gotycka, z twarzą pełną smutku i godności jednocześnie, jak kobieta, która wie, co ją czeka, i idzie naprzód mimo to.
— Odeszłam, bo się bałam — powiedziała w końcu.
— Czego?
— Ciebie. Siebie. Tego, jak bardzo cię kochałam. To było za dużo, Marek. Miałam dwadzieścia dwa lata. Nie umiałam kochać kogoś tak mocno. To mnie przerażało. Więc wybrałam Krzysztofa, bo Krzysztof był bezpieczny. Z Krzysztofem nie bolało. Z Krzysztofem nic nie bolało, bo z Krzysztofem nic nie czułam.
Cisza. Ta gęsta, gotycka cisza, która w starych budynkach ma wagę i fakturę, jakby była zbudowana z tych samych cegieł co ściany.
— A teraz? — zapytał Marek.
— Teraz mam czterdzieści lat. Teraz umiem kochać za mocno. I nadal mnie to przeraża.
Marek podniósł rękę i dotknął jej policzka. Delikatnie, opuszkami palców, z tą samą ostrożnością, z jaką dotykał sześciusetletnich polichromii. Monika zamknęła oczy. Pod powiekami poczuła gorąco — nie łzy, jeszcze nie, ale ich zapowiedź, jak ciepło przed burzą.
Pocałunek był nieunikniony jak grawitacja. Dwa ciała, które przyciągały się od osiemnastu lat, w końcu pokonały ostatni centymetr. Marek pocałował ją i Monika poczuła, jak pod warstwami — pod żoną, pod właścicielką galerii, pod kobietą, która prostuje serwetki i sprawdza żelazko — jest ktoś, kogo zapomniała. Dziewczyna, która kochała tego mężczyznę całym sobą i która uciekła, bo miłość była za duża na jej dwudziestoletnie serce.
Teraz serce miało czterdzieści lat. Było większe. Zmęczone, poobijane, z kilkoma pęknięciami, ale większe. I ta miłość, ta osiemnastoletnia miłość zakopana pod warstwami codzienności — mieściła się w nim jak oryginalna polichromia pod szesnastoma warstwami farby. Trzeba ją było tylko odsłonić.
Pocałunek trwał. W ciemnościach za oknem Wisła płynęła dalej. Pan Henryk spał na dyżurce z głową na stoliku, obok pustej szklanki po nalewce. A w gotyckim Dworze Artusa, w malutkim biurze konserwatora, wśród zapachów terpentyny i starej kawy, dwoje ludzi odnajdywało się po osiemnastu latach z desperacją i czułością, które były jak azuryt — niedoskonałe, zmienione przez czas, ale prawdziwe.
Potem Monika odsunęła się. Nie gwałtownie, nie ze strachem — powoli, jak ktoś, kto wyciąga głowę z wody i bierze oddech.
— Jestem mężatką, Marek — powiedziała.
On nie odpowiedział od razu. Patrzył na nią z wyrazem twarzy, który mówił: „Wiem. I wiem, że to nie jest odpowiedź na pytanie, które naprawdę chcesz zadać.” Potem powiedział:
— Wiem. Ale dwadzieścia lat temu nie powiedziałaś mi, dlaczego odeszłaś. Teraz powiedziałaś. I chcę, żebyś wiedziała, że to, co czułem wtedy — czuję nadal. Że żadna kobieta… — urwał, jakby zdanie było za duże na jedno wypowiedzenie. — Że szukałem cię w każdym sklepieniu, w każdym kolorze, w każdym fragmencie. I nigdy nie znalazłem.
Monika otworzyła usta i zamknęła je. Co mówi się człowiekowi, który właśnie powiedział coś takiego? „Dziękuję”? „Przepraszam”? „Ja też”? Każda odpowiedź była za mała. Więc nie powiedziała nic. Położyła mu dłoń na piersi — tam, gdzie biło serce — i trzymała ją tam przez chwilę, która mogła trwać sekundę albo wieczność, bo w gotyckich budynkach czas płynie inaczej.
Wrócili do sali głównej osobno — Marek pierwszy, Monika minutę później. Iza i Patrycja siedziały na ławce pod ścianą i rozmawiały przyciszonymi głosami, robiąc to, co przyjaciółki robią od zarania dziejów — analizowały sytuację, oceniały zagrożenia i planowały ewakuację, jak sztab generalny przed bitwą.
Patrycja widziała, że Monika ma zarumienione policzki i lekko spuchnięte usta. Iza widziała to samo, ale udała, że nie widzi, co w jej przypadku było aktem heroicznej samodyscypliny, bo Iza miała opinię na każdy temat i powstrzymywanie się od dzielenia się nią kosztowało ją fizyczny wysiłek.
— No — powiedziała Iza lekkim tonem, który nikogo nie zmylił. — Zobaczyliśmy sklepienia. Piękne. Co teraz?
Marek odpowiedział coś o wyjściu bocznym, o kluczu, który trzeba oddać panu Henrykowi, o zamknięciu alarmu. Monika stała obok niego i nie patrzyła na koleżanki, bo wiedziała, że Iza czyta z jej twarzy jak z akt sądowych, a Patrycja — choć delikatniejsza — czyta równie dokładnie, tylko z większą empatią.
Wychodzili przez boczne drzwi, gdy Patrycja poczuła, że Iza ściska ją za rękę. Mocno, krótko, jak sygnał.
— Co? — szepnęła Patrycja.
— Patrz — Iza wskazała podbródkiem w stronę Patrycji.
Nie, nie w stronę Patrycji. W stronę okna.
Przez wąskie, gotyckie okno Dworu Artusa widać było fragment Rynku Staromiejskiego. Latarnie, bruk, cień ratusza. I postać.
Ten sam mężczyzna co wczoraj. Wysoki, ciemna kurtka, czapka naciągnięta na oczy. Stał po drugiej stronie Rynku, przy wejściu do jednej z bocznych uliczek, i patrzył w stronę Dworu. Nie poruszał się. Stał nieruchomo jak pomnik — drugi pomnik na tym Rynku, tyle że ten nie trzymał astrolabium i nie kontemplował gwiazd. Ten kontemplował je. Trzy kobiety, które myślały, że ich rajd po Toruniu jest prywatny.
— To ten sam — powiedziała Iza. Głos miała twardy, profesjonalny, kuratorski. — Ten sam co wczoraj pod arkadami.
— Jesteś pewna?
— Patrycja, widzę ludzi zawodowo. Wzrost, postawa, sposób stania — to ten sam facet. Dwa razy w dwóch dniach w tym samym miejscu o tej samej porze to nie jest przypadek. To jest wzorzec.
Patrycja poczuła, jak żołądek ściska się w supeł. Koperty. Zdjęcia. Wiadomości. I teraz — obserwator. Ktoś, kto wiedział, że tu będą. Ktoś, kto szedł za nimi jak cień. Ktoś, kto znał ich przeszłość i chciał, żeby o tym wiedziały.
— Marek — Iza odwróciła się do mężczyzny, który właśnie zamykał boczne drzwi. — Znasz tego gościa? Stoi naprzeciwko, przy uliczce.
Marek podszedł do okna i spojrzał. Jego twarz, dotychczas ciepła i otwarta, ściągnęła się lekko.
— Nie — powiedział. — Nie znam go. Ale…
— Ale?
— Ale widziałem go wcześniej. W zeszłym tygodniu, przed Dworem. Stał i fotografował budynek. Myślałem, że turysta.
— Turyści nie fotografują budynków o dwudziestej trzeciej w ciemności — powiedziała Iza.
— Nie — zgodził się Marek. — Nie fotografują.
Wyszli na ulicę. Chłodne powietrze uderzyło Patrycję w twarz jak zimny kompres po gorącym dniu. Rynek był prawie pusty. Latarnie szumiały. Gdzieś daleko, za murami, przejeżdżał samochód.
Mężczyzna zniknął. Uliczka, przy której stał, była pusta — wąska, ceglana, z jedną latarnią na końcu, która rzucała żółte światło na bruk i na nic więcej. Jakby ktoś nacisnął „delete” i postać została skasowana z krajobrazu.
— Zniknął — powiedziała Monika, która wreszcie zauważyła, że coś jest nie tak. — O czym mówicie? Kto zniknął?
Iza i Patrycja wymieniły spojrzenie. To było jedno z tych spojrzeń, w których mieści się cała rozmowa — pytanie, odpowiedź, decyzja. „Mówimy jej?” — „Nie teraz.” — „Kiedy?” — „Nie wiem. Ale nie teraz, kiedy jest szczęśliwa.”
— Nikt — powiedziała Iza. — Chyba pan Henryk wyszedł na papierosa.
Monika przyjęła to wyjaśnienie, bo chciała je przyjąć, bo jej głowa i serce były w innym miejscu — w małym biurze konserwatora, wśród zapachów terpentyny i kawy, gdzie centymetr między dwojgiem ludzi został w końcu pokonany po osiemnastu latach. Nie miała w sobie miejsca na strach. Cała była wypełniona czymś innym.
Marek odprowadził je do hotelu. Szli wąskimi uliczkami Starówki, które o tej porze wyglądały jak korytarze w zamku — ceglane ściany po obu stronach, wąski pasek nieba nad głowami, echo kroków. Toruń nocą był labiryntem, w którym łatwo było się zgubić nie przestrzennie, ale emocjonalnie. Każda uliczka prowadziła do wspomnienia, każdy zaułek kryło się echo jakiegoś wieczoru sprzed dwudziestu lat, każda kamienica miała twarz, którą się znało, ale nie potrafiło nazwać.
Przy hotelu Marek zatrzymał się. Patrzył na Monikę.
— Jutro? — zapytał.
— Jutro — odpowiedziała.
Nie powiedział „dobranoc”. Nie powiedział „do zobaczenia”. Odwrócił się i poszedł w stronę Rynku, a jego kroki na bruku brzmiały jak tykanie zegara, każdy oddalając go o jedną sekundę, o jeden metr, o jeden krok od kobiety, którą kochał od dwudziestu lat i która właśnie, w gotyckim Dworze, w biurze pachnącym terpentyną, powiedziała mu dlaczego odeszła.
Monika stała i patrzyła za nim, dopóki nie zniknął za rogiem. Potem odwróciła się do koleżanek.
— Nie mówcie nic — powiedziała.
— Ja nic nie mówię — powiedziała Patrycja.
— Ja mówię — powiedziała Iza. — Mówię, że wchodzimy do środka, bo jest zimno. I mówię, że jutro rano musimy porozmawiać. Wszystkie trzy. O kilku sprawach.
Coś w tonie Izy — coś twardego, metalicznego, coś, co nie miało nic wspólnego z Moniką i Markiem — sprawiło, że Monika zmrużyła oczy.
— O jakich sprawach?
— Jutro — powiedziała Iza. — Jutro rano. Na spacerze. Teraz — spać.
Weszły do hotelu. Recepcjonistka nocna — ta sama, z Dostojewskim — podniosła wzrok, skinęła głową i wróciła do lektury. Była już na „Zbrodni”, czy dopiero dochodziła do „Kary”? Patrycja nie zdążyła sprawdzić.
Na schodach Monika nagle objęła obie koleżanki. Mocno, bez ostrzeżenia, wtulając twarz w ramię Patrycji z jednej strony i w skórzaną kurtkę Izy z drugiej.
— Kocham was — powiedziała głosem stłumionym przez kaszmirowy szal. — Kocham was obie. Nie mówię tego wystarczająco często. Nie mówię tego w ogóle. Ale kocham was. I ten rajd… ten rajd jest najlepszą rzeczą, jaka mi się przydarzyła od lat.
Iza — Iza, która nigdy nie trzymała objęć za długo, Iza, która traktowała czułość jak obcą walutę — nie odsunęła się. Stała i trzymała Monikę, i Patrycja widziała, że Iza ma zamknięte oczy i że jej usta drżą, minimalnie, prawie niezauważalnie, jak powierzchnia wody, pod którą coś się porusza.
— My ciebie też — powiedziała Patrycja.
Stoły na schodach starego spichrza, trzy kobiety w objęciu, w budynku, który pamiętał flisaków i kupców, w mieście, które pamiętało Krzyżaków i Kopernika, w nocy, która pamiętała wszystko i niczego nie zapomniała.
Potem poszły do swoich pokojów. Monika — do swojego, z wizytówką Marka w kieszeni i smakiem pocałunku na ustach. Iza — do swojego, z twardym wyrazem twarzy i telefonem, na którym — Patrycja była tego pewna — już wyszukiwała informacje. Iza zawsze szukała informacji. To był jej sposób na kontrolowanie świata, który wymykał się kontroli.
Patrycja zamknęła drzwi swojego pokoju, oparła się o nie plecami i stała tak przez minutę. Dwie. Trzy. Oddychała. Wisła za oknem szumiała cicho, jak ktoś, kto mruczy pod nosem starą piosenkę.
Wyciągnęła koperty spod poduszki. Dwie. Pierwsza — zdjęcie, „Wiem, po co wracasz. Nie powinnaś.” Druga — „Kamienica przy Mostowej 7. Piwnica. Tam go zakopaliście.”
Mostowa 7. Piwnica. Dwadzieścia lat temu. Noc, która zmieniła wszystko. Noc, po której Patrycja spakowała walizkę, kupiła bilet do Dublinu i zaczęła uciekać. Noc, o której trzy kobiety nigdy nie rozmawiały, jakby milczenie mogło sprawić, że się nie wydarzyła, jakby niewypowiedziane słowa mogły cofnąć czas, zmyć krew z betonowej posadzki, podnieść ciało z gruzowiska.
Ciało. To słowo leżało w jej głowie jak kamień na dnie rzeki — ciężkie, mokre, obrośnięte mchem milczenia. Nie wiedziała nawet, czy to właściwe słowo. Może powinno być „zwłoki”. Może powinno być „ofiara”. A może — i ta myśl była jak błyskawica, nagła i oślepiająca — może powinno być „człowiek”. Tomek. Tomek Wiśniewski, chłopak z domu dziecka, student, który pił za dużo i kochał za mocno, i którego przemoc była wyuczona jak alfabet, i którego Patrycja kochała mimo tej przemocy, bo miała dwadzieścia lat i myślała, że miłość polega na znoszeniu bólu.
Aż do tej nocy. Aż do piwnicy. Aż do butelki, która spadła na jego głowę z desperacką siłą kobiety broniącej się przed gwałtem. Aż do ciszy, która nastąpiła potem — ciszy gorszej od krzyku, ciszy, w której nie było oddechu, nie było ruchu, nie było nic. I trzy dziewczyny — przerażone, zapłakane, pijane — które zasypały go gruzem i uciekły. Uciekły i nigdy nie wróciły. Nigdy nie sprawdziły. Nigdy nie zadzwoniły na pogotowie, na policję, na nikogo.
Dwadzieścia lat.
Patrycja położyła koperty na stoliku i otworzyła drzwi balkonowe. Wisła była czarna i spokojna. Po drugiej stronie rzeki migotały światła lewobrzeżnego Torunia. Gdzieś na Rynku kuranty wybiły północ — dwanaście metalicznych uderzeń, które rozeszły się po mieście jak kręgi na wodzie.
Nowy dzień. Nowy rozdział. Jutro rano — spacer. Jutro rano — prawda. A może jej część. Bo prawda, jak polichromie w Dworze Artusa, ma wiele warstw, i nie wszystkie da się odsłonić naraz. Niektóre trzeba zdejmować centymetr po centymetrze, z chirurgiczną precyzją, żeby nie zniszczyć tego, co jest pod spodem.
A co jest pod spodem? Pod warstwami kłamstw, milczenia i ucieczki?
Patrycja nie wiedziała. Ale ktoś w Toruniu wiedział. Ktoś, kto stał na Rynku i patrzył. Ktoś, kto podrzucał koperty. Ktoś, kto znał ich sekret i chciał, żeby o tym wiedziały.
Zamknęła drzwi balkonowe. Położyła się. Nie zgasiła światła — drugi dzień z rzędu. W pokoju obok Monika prawdopodobnie leżała z wizytówką Marka przyciśniętą do serca i z uśmiechem, który pierwszy raz od lat nie był wymuszony. Gdzieś w mieście Iza siedziała pewnie przy komputerze i szukała — czego? Informacji o Tomku Wiśniewskim? O kamienicy przy Mostowej 7? O tym, czy przedawnienie obejmuje zakopanie człowieka w piwnicy?
A gdzieś — gdzieś w ciemnych uliczkach Torunia, w cieniu gotyckich kamienic, pod łukami ceglanych bram — ktoś szedł przez miasto z planem, którego Patrycja nie znała, ale którego istnienie czuła tak wyraźnie jak koperty w kieszeni płaszcza.
Rajd trwał. Ale nie był już tylko rajdem po lokalach i zabytkach. Był rajdem przez przeszłość, przez warstwy pamięci, przez szesnaście pokładów farby nałożonych na prawdę, którą trzy kobiety próbowały ukryć przez dwadzieścia lat.
I ktoś właśnie zaczął tę prawdę odsłaniać. Centymetr po centymetrze. Z nieskończoną cierpliwością.
Jak konserwator. Jak myśliwy. Jak ktoś, kto ma dużo czasu i jeszcze więcej powodów.
Patrycja leżała z otwartymi oczami i słuchała, jak stary spichrz oddycha wokół niej — trzask drewna, szept wiatru w szczelinach, odgłos, którego nie potrafiła zidentyfikować, a który mógł być echem kroków na korytarzu albo echem kroków sprzed dwudziestu lat.
W Toruniu wszystko ma echo. Każdy dźwięk odbija się od cegieł i wraca pomnożony. Każdy krok, każde słowo, każdy czyn. Nic nie ginie. Nic nie milknie. Nic nie zostaje zakopane na zawsze.
Sen przyszedł w końcu, ale niechętnie, jak gość, który przychodzi na imprezę, na którą nie był zaproszony. Patrycja śniła o piwnicy. O ciemności. O dźwięku butelki uderzającej o czaszkę — tym tępym, mokrym dźwięku, który słyszała w snach od dwudziestu lat i który żaden dubliński terapeuta nie potrafił wyciszyć.
Ale tej nocy, po raz pierwszy, sen miał inny finał. Tym razem, w ciemności piwnicy, ktoś się poruszył. Ktoś wstał. Ktoś otworzył oczy.
I Patrycja obudziła się z krzykiem, który zdusiła poduszką, żeby nie obudzić Moniki za ścianą.
Za oknem Wisła płynęła dalej. Obojętna. Cierpliwa. Wieczna.
Rozdział 4: U Szwejka
Głód jest demokratą. Nie obchodzi go, czy jesteś kuratorką sądową z dwudziestoletnim stażem, właścicielką galerii sztuki na Starówce czy specjalistką od baz danych z Dublina. Nie obchodzi go, czy właśnie przeżyłaś pocałunek życia w gotyckim budynku z czternastego wieku, czy masz w kieszeni koperty z groźbami, czy też po prostu wypiłaś za dużo ginu na pusty żołądek. Głód przychodzi i mówi: jedz. I człowiek je. Bo głód jest jedynym doradcą, który nigdy nie kłamie.
Było wpół do jedenastej wieczorem i trzy kobiety były głodne tak, że Iza — zwykle stoicka w kwestiach cielesnych — oświadczyła, że „zjadłaby konia z kopytami, a potem jeszcze podkowę na deser”. Monika, która normalnie jadała kolacje złożone z sałatki, wody z cytryną i poczucia wyższości moralnej, przyznała, że marzy o czymś „ciężkim, tłustym i moralnie nagannym”. Patrycja chciała po prostu usiąść gdzieś, gdzie jest głośno, wesoło i gdzie nikt nie będzie jej obserwował z drugiej strony Rynku.
— Szwejk — powiedział Marek, który wciąż był z nimi, bo odprowadzanie trzech kobiet do hotelu po wizycie w Dworze Artusa jakoś naturalnie przekształciło się w dalszą część wieczoru. Nikt go nie zapraszał. Nikt nie protestował. Marek po prostu był, jak element krajobrazu, który zawsze tam stał, a człowiek dopiero teraz go zauważył. — Tam będzie głośno, dużo i tłusto. I będzie piwo.
— Piwo — powtórzyła Iza tonem człowieka, który właśnie usłyszał słowo „zbawienie”.
Restauracja „U Szwejka” mieściła się w suterenie jednej z kamienic przy ulicy, która prowadziła od Rynku w stronę Wisły, i żeby się do niej dostać, trzeba było zejść po stromych, wąskich schodach, które wyglądały, jakby zaprojektował je ktoś, kto chciał, żeby pijani goście mieli problemy z wyjściem. Co, biorąc pod uwagę charakter lokalu, mogło być celowym zabiegiem marketingowym. Im trudniej wyjść, tym dłużej pijesz. Im dłużej pijesz, tym większy rachunek. Kapitalizm w wersji piwnicznej.
Schody prowadziły do wnętrza, które wyglądało jak ilustracja z książki Jaroslava Haška przeniesiona w trzy wymiary i nasycona zapachami. Ciężkie drewniane stoły, tak masywne, że trzy osoby nie byłyby w stanie jednego podnieść, a pięciu pijanych studentów próbowało to zrobić co piątek i co piątek ponosiło porażkę. Drewniane ławy zamiast krzeseł — bo w czeskiej tradycji piwnej nie siada się na krześle, siada się na ławie, bo ława zmusza do bliskości z sąsiadem, a bliskość z sąsiadem prowadzi do rozmowy, a rozmowa prowadzi do kolejnego piwa, a kolejne piwo prowadzi do przyjaźni na całe życie albo do bójki, w zależności od temperamentu. Na ścianach wisiały reprodukcje ilustracji Josefa Lady — Szwejk w mundurze, Szwejk z psem, Szwejk z kuflem, Szwejk z wyrazem twarzy sugerującym kompletny brak zrozumienia świata, który go otacza, co — jak twierdzą znawcy czeskiej literatury — jest jedyną rozsądną reakcją na rzeczywistość.
Pod sufitem wisiały chmielu girlandy, czeskie flagi i drewniany szyld z napisem, którego Patrycja nie potrafiła przetłumaczyć, ale który — jak wyjaśnił kelner z wąsami jak miotła — oznaczał mniej więcej: „Kto nie pije piwa, ten nie jest człowiekiem”. Sentencja dyskusyjna z medycznego punktu widzenia, ale niezaprzeczalnie skuteczna z handlowego.
Lokal był pełny. Sobotni wieczór w sezonie akademickim oznaczał, że przy stołach siedzieli studenci, turyści, pary na randkach, grupy kumpli po meczu i co najmniej jedna wycieczka seniorów z Poznania, która — sądząc po liczbie pustych kufli na stole — traktowała „zwiedzanie Torunia” znacznie bardziej liberalnie niż sugerował program. Gwar był tak gęsty, że trzeba było krzyczeć, żeby usłyszeć osobę siedzącą naprzeciwko, co paradoksalnie sprzyjało intymności — w hałasie nikt nie podsłuchuje, bo nie jest w stanie.
Kelner z wąsami — pan Zbyszek, jak wynikało z identyfikatora przypiętego do fartucha — poprowadził ich do stołu w rogu, pod wiszącym portretem Szwejka w pełnej krasie. Marek zamówił cztery piwa — czeskie, ciemne, z beczki — nie pytając nikogo o zdanie, co w innych okolicznościach mogłoby być aroganckie, ale w restauracji „U Szwejka” zamawianie czegokolwiek innego niż piwo z beczki byłoby jak zamówienie espresso na rynku bydła. Technicznie możliwe, ale społecznie niezrozumiałe.
Piwo przyszło w kuflach tak wielkich, że Patrycja musiała trzymać swój oburącz. Pianka była gęsta, kremowa, idealna — ten rodzaj pianki, o którym Czesi mówią, że jest „koroną piwa” i którą traktują z większą powagą niż większość narodów traktuje swoje korony monarchiczne.
— Za Toruń — powiedziała Iza, unosząc kufel.
— Za rajd — powiedziała Monika.
— Za piwo — powiedziała Patrycja, bo w tym momencie piwo wydawało jej się jedyną rzeczą na świecie, której mogła zaufać bez zastrzeżeń.
Stuknęły się kuflami. Dźwięk był głuchy, pełny, satysfakcjonujący — dźwięk, od którego na twarzy mimowolnie pojawia się uśmiech. Marek stuknął się z każdą z nich po kolei, ale przy Monice przytrzymał kufel o sekundę dłużej i Patrycja widziała, jak ich palce prawie się dotknęły na uchwycie. Prawie. Ten sam centymetr, który kurczył się przez cały wieczór jak sweter w gorącej praniu.
Zamówili jedzenie. Menu w „U Szwejka” było proste jak czeski humor — golonka, knedliki, kiełbaski, gulasz, golonka z knedlikami, gulasz z kiełbaskami i golonka z gulaszem i knedlikami dla tych, którzy uważali, że umiarkowanie jest oznaką słabości. Monika, ta sama Monika, która dwadzieścia minut temu marzyła o czymś „tłustym i moralnie nagannym”, zamówiła golonkę. Patrycja wzięła gulasz. Iza zamówiła golonkę I gulasz, co kelner przyjął bez mrugnięcia okiem — pan Zbyszek widział w życiu gorsze rzeczy.
— No — powiedziała Iza, opierając łokcie na stole z determinacją prokuratora przystępującego do przesłuchania. — Skoro jemy, to gadajmy. Patrycja, jak naprawdę jest w tym Dublinie? Bo wczoraj opowiadałaś o mgle i łabędziach, a ja czuję, że to jest wersja turystyczna.
Patrycja obracała kufel w dłoniach. Piwo miało ten ciemnobursztynowy kolor, który w odpowiednim świetle wygląda jak roztopione złoto, a w nieodpowiednim — jak woda z kałuży. W świetle „U Szwejka” wyglądało na złoto. Wszystko w „U Szwejka” wyglądało lepiej niż w rzeczywistości. Może dlatego ludzie tu wracali.
— Dublin jest… samotny — powiedziała w końcu. — Możesz mieć milion znajomych i ani jednego przyjaciela. Irlandczycy są cudowni — ciepli, zabawni, otwarci. Ale otwartość jest powierzchowna. Powiedzą ci „you’re great, you’re brilliant, you’re amazing” i będą to mieli na myśli, ale nie zaproszą cię do domu. Nie na prawdę. Jesteś „Polka z pracy”. Miła Polka, sympatyczna Polka, ale Polka. Zawsze Polka.
— Piętnaście lat — powiedział Marek cicho. — I dalej jesteś „Polka”?
— Po piętnastu latach jestem „Polka, która mówi po angielsku prawie jak native i która zna się na IT”. To jest awans. Ale dalej jestem z zewnątrz. Wiesz, Irlandia ma takie powiedzenie: „Stranger is a friend you haven’t met yet”. Piękne, prawda? Problem w tym, że niektórych „strangerów” nie spotykasz nigdy. Bo oni cię spotykają — na powierzchni. W pubie, na meczu, na firmowej imprezie. Ale do środka nie wchodzą. I ty nie wchodzisz do nich.
— A mężczyźni? — zapytała Monika z tą bezpośredniością, która pojawiała się u niej po trzecim drinku, kiedy kontrola uwalniała się na krótkie przepustki.
Patrycja uśmiechnęła się. Uśmiech był krzywy, jak ramka na ścianie, która wisi pod kątem i irytuje, ale nikt jej nie poprawia, bo przyzwyczaił się do jej krzywizny.
— Mężczyźni — powtórzyła jak echo. — Byli. Są. Nie ma. To zależy, jak liczyć. Jeśli liczyć randki z Tindera, to jest ich tuzin. Jeśli liczyć tych, przy których czułam cokolwiek, to… mniej.
— Ile mniej?
— Zero, Monika. Zero. Od dwudziestu lat nie byłam w stanie czuć czegokolwiek do mężczyzny, który kładzie na mnie rękę. I wiem, brzmi to jak melodramat, ale to nie jest melodramat. To jest fakt. Moje ciało zamknęło się na dotyk dwadzieścia lat temu w piwnicy na Mostowej…
Urwała. Słowo „Mostowa” wisiało nad stołem jak dym z papierosa — widoczne, drażniące, niemożliwe do zignorowania. Monika zamarła z kuflem w połowie drogi do ust. Iza patrzyła na Patrycję z wyrazem twarzy, który mówił: „Nie tutaj. Nie teraz. Nie przy nim.”
Marek patrzył na nie trzy z tym spokojnym, uważnym wzrokiem konserwatora, który widzi pęknięcie na powierzchni i wie, że pod spodem jest coś większego, ale nie dotyka, bo dotknięcie mogłoby zniszczyć.
— Przepraszam — powiedziała Patrycja szybko. — Dużo piwa na pusty żołądek. Gadam głupoty.
— Nie gadasz — powiedział Marek. I nic więcej. Nie pytał. Nie naciskał. Siedzieli w ciszy, która trwała trzy sekundy, pięć, siedem, a potem pan Zbyszek przyniósł golonkę i świat wrócił na swoje miejsce, bo nic nie przywraca normalności tak skutecznie jak dwukilogramowy kawał mięsa na talerzu.
Golonka w „U Szwejka” była dziełem sztuki kulinarnej, jeśli za sztukę kulinarną przyjąć definicję, w której podstawowym kryterium jest ilość tłuszczu na centymetr kwadratowy. Skóra chrupiąca jak pergamin, mięso miękkie jak masło, kość sterczącą jak maszt żaglowca. Do tego knedliki — te czeskie knedliki, które nie są pierogami, nie są kluskami i nie są chlebem, ale czymś pomiędzy, czymś, co istnieje wyłącznie po to, żeby zbierać sos, i robi to z poświęceniem godnym saperów. I kapusta — kiszona, pachnąca kminem, tak kwaszona, że aż wciągała policzki.
Jedli. W ciszy, która nie była ciężka, ale pełna — cisza ludzi, którzy jedzą z głodem i wdzięcznością, cisza ust zajętych przeżuwaniem zamiast mówieniem, cisza, w której jedynym dźwiękiem jest brzęk sztućców, chrzęst chrupiącej skóry i pomruk zadowolenia, który jest uniwersalnym językiem sytości.
Potem, gdy talerze były puste, a kufle ponownie pełne — pan Zbyszek miał telepatyczną zdolność uzupełniania piwa w momencie, gdy poziom spadał poniżej połowy, co było albo profesjonalizmem, albo obsesją, albo jednym i drugim — rozmowa wróciła. Ale lżejsza. Jedzenie robi to z ludźmi — napełnia nie tylko żołądek, ale też emocjonalny bufor, tę strefę amortyzacji między tym, co czujesz, a tym, co mówisz.
Iza zaczęła opowiadać o swojej pracy. Robiła to rzadko, bo kuratorzy sądowi mają obowiązek zachowania poufności, ale Iza interpretowała ten obowiązek w sposób „twórczy” — nie podawała nazwisk, ale sytuacje, które opisywała, były tak absurdalne, że żadna fikcja nie mogłaby ich przewyższyć.
— Mam takiego jednego podopiecznego — mówiła, gestykulując kuflem, z którego piwo rozbryzgiwało się na stół jak deszcz na bruk. — Warunek dozoru: zakaz zbliżania się do byłej partnerki na odległość mniejszą niż sto metrów. Prosty warunek, prawda? Sto metrów. Boisko piłkarskie. Nie podchodź. Łatwe?
— Łatwe — potwierdziła Monika.
— Otóż nie dla tego gentlemana. Bo ten gentleman kupił drona. Profesjonalnego drona z kamerą. I latał tym dronem nad domem byłej, fotografując ją w ogrodzie. Technicznie — był od niej dalej niż sto metrów. Dron nie. Ale w dozorze nie było mowy o dronach. A prawo, jak wiecie, jest jak sito — ma dziury, przez które przeciskają się ludzie z wyobraźnią.
— I co zrobiłaś? — Patrycja nachyliła się, zainteresowana.
— Zadzwoniłam do prokuratora. Prokurator powiedział, że nie wie, czy dron jest „zbliżeniem się” w rozumieniu kodeksu. Zadzwoniłam do sędziego. Sędzia powiedział, że „to ciekawe zagadnienie prawne” i że „trzeba to przemyśleć”. Zadzwoniłam do policji. Policja powiedziała, że nie mają procedury na drony stalkingowe.
— A więc?
— Więc poszłam do tego geniusza i powiedziałam mu, że jeśli jeszcze raz zobaczę tego drona, to osobiście zestrzelę go procą, a potem napiszę raport, w którym słowo „dron” nie padnie, ale słowa „rażące naruszenie warunków dozoru” padną siedemnaście razy. A potem spojrzałam na niego tak — Iza zrobiła minę, która sprawiła, że Marek instynktownie odsunął się na ławie — i dodałam: „Panie Władysławie, ja nie jestem prawnikiem. Ja jestem kuratorką. A kurator jest gorszy od prawnika, bo kurator przychodzi do pana do domu.”
— I co? — Monika miała oczy wielkie jak knedliki na jej talerzu.
— I dron poszedł na Allegro następnego dnia. Pan Władysław teraz hoduje kaktusy. Mówi, że go to uspokaja.
Śmiech eksplodował przy stole jak petarda — głośny, bezwstydny, mokry od piwa i łez. Marek śmiał się z głową odrzuconą do tyłu, odsłaniając szyję, i Patrycja zauważyła, że Monika patrzy na tę szyję z wyrazem twarzy, który nie miał nic wspólnego z humorem, a bardzo dużo wspólnego z pragnieniem. Pragnieniem tak wyraźnym, że gdyby było kolorem, oświetliłoby pół restauracji.
— A ten drugi — Iza była rozkręcona jak karuzelowa lokomotywa — ten drugi to jest mój ulubiony. Dozór za posiadanie. Marihuana. Gość musiał przychodzić do mnie na spotkania raz w tygodniu i za każdym razem musiał być czysty. Przez trzy miesiące był wzorowy — przychodził punktualnie, trzeźwy, uśmiechnięty, w czystej koszuli. Wzór resocjalizacji. Aż pewnego dnia przychodzi i stawia na moim biurku doniczkę z kaktusem.
— Z kaktusem? — Patrycja uniosła brew.
— Z kaktusem. Mówi: „Pani kurator, to prezent dla pani. Za to, że pani mnie zmotywowała do zmiany.” Ja patrzę na ten kaktus. Ładny kaktus. Ale coś mnie tknęło. Może instynkt, może doświadczenie, może po prostu fakt, że ten kaktus wyglądał jakoś… bujnie. Zbyt bujnie jak na kaktusa. I mówię: „Panie Damianie, niech pan mi powie — co to za gatunek?” A on: „Nie wiem, pani kurator. Kupiony w Castoramie.” A ja mówię: „W Castoramie? Bo ten kaktus wygląda mi na san pedro. A san pedro, panie Damianie, zawiera meskalinę. A meskalina, panie Damianie, jest na liście substancji kontrolowanych.”
— Nie — powiedziała Monika.
— Tak. Facet na dozorze za marihuanę przyniósł kuratorce kaktus z meskaliną. Jako prezent. W doniczce z napisem „Dziękuję”.
— Co się z nim stało? — Marek wycierał oczy ze łez.
— Nic. Bo się okazało, że to nie był san pedro. To był zwykły echinopsis. Ja się nie znam na kaktusach, on się nie zna na kaktusach, ale jego mina, kiedy powiedziałam „meskalina” — bezcenna. Myślałam, że zemdleje. Stał biały jak ściana mojego biura, a ja przez dwie minuty udawałam, że dzwonię na policję, i obserwowałam, jak mu się życie przewija przed oczami. Potem się przyznałam, że żartowałam. Facet nie przynosił mi już prezentów. Ale na dozór przychodził jeszcze punktualniej.
Rechot przy stole był tak głośny, że seniorzy z Poznania przy sąsiednim stole odwrócili się z wyrazem zainteresowania, a ich przewodniczka — energiczna kobieta w kapeluszu z piórkiem — uniosła kieliszek w geście solidarności, jakby chciała powiedzieć: „My też umiemy się bawić, i to od dłuższego czasu.”
Patrycja śmiała się i czuła, jak coś w jej klatce piersiowej rozluźnia się z każdym wybuchem śmiechu, jak sznurowanie gorsetu popuszczane haczyk po haczyku. Piwo pomagało. Jedzenie pomagało. Ale najbardziej pomagały głosy koleżanek — Izy, która opowiadała o swoim absurdalnym życiu zawodowym z miną człowieka, który dawno przestał się dziwić, ale nigdy nie przestał się bawić, i Moniki, która śmiała się tak, jakby ktoś odkręcił zawór, przez który uszło piętnaście lat ciśnienia.
Czwarty kufel. Piąty? Patrycja traciła rachubę, co oznaczało, że piwo robiło swoje. Pan Zbyszek przynosił następne rundy z precyzją szwajcarskiego zegarmistrza i z uśmiechem, który mówił: „Piję z wami duchowo, ale ktoś musi obsługiwać bar.”
Marek opowiadał teraz o swoich podróżach konserwatorskich z tym samym zaangażowaniem, z jakim wcześniej mówił o polichromiach, ale lżej, zabawniej, podlewając anegdoty piwem jak kwiatki w doniczce.
— W Krakowie pracowałem przy kościele na Kazimierzu. Osiemnasty wiek, freski na sklepieniu, anioły, cherubiny, cała operacja. I odkryliśmy pod warstwą tynku napis. Łaciński. Myśleliśmy: modlitwa, cytat biblijny, może dedykacja fundatora. Sprowadziliśmy eksperta od łaciny. Ekspert czyta, robi wielkie oczy i mówi: „To nie jest modlitwa. To jest… przepis.”
— Przepis? — trzy głosy jednocześnie.
— Na nalewkę wiśniową. Osiemnastowieczny mnich wyskrobał na ścianie kościoła przepis na nalewkę. Pod freskiem z aniołami. Łaciną, żeby proboszcz nie zrozumiał.
— I co, zrobiliście tę nalewkę? — zapytała Iza z błyskiem w oku.
— Eksperymentalnie. Była okropna. Mnich może i znał łacinę, ale proporcji nie opanował. Za dużo cukru, za mało wiśni. Ale sam fakt — ktoś w osiemnastym wieku położył się na rusztowaniu pod sklepieniem kościoła, z dłutem w jednej ręce i kuflem w drugiej, i pomyślał: „Tu jest idealne miejsce na mój sekretny przepis.” I miał rację. Przetrwał trzysta lat.
— Ludzie ukrywają najdziwniejsze rzeczy w najdziwniejszych miejscach — powiedziała Patrycja i natychmiast pożałowała tego zdania, bo poczuła, jak Iza patrzy na nią ostro, jak skalpel konserwatorski, który pod warstwą pozornie niewinnych słów wyczuwa coś, czego dotykać nie wolno.
Ale Iza nie powiedziała nic. Nie tym razem. Zamiast tego wstała i oznajmiła, że idzie na papierosa. Papierosem Iza nazywała każdą przerwę od towarzystwa, niezależnie od tego, czy faktycznie paliła. Czasem po prostu stała przed drzwiami, oddychała nocnym powietrzem i porządkowała myśli, jak archiwistka segregująca akta w szafie — każde uczucie do odpowiedniej teczki, każde podejrzenie do odpowiedniego numeru.
Wyszła po wąskich schodach na ulicę. Noc była chłodna, gwiaździsta, z tym typowo toruńskim zapachem — rzeka, cegła, chleb z pobliskiej piekarni, która pracowała na nocną zmianę. Uliczka była wąska i ciemna, oświetlona jedną latarnią, która rzucała krąg żółtego światła na bruk jak reflektor na pustej scenie.
Iza zapaliła papierosa. Prawdziwego tym razem — nie wyciągała paczki przy koleżankach, bo przy koleżankach trzymała fason, ale teraz, sama, pozwoliła sobie na ten jeden, jedyny, wieczorny grzech. Dym uniósł się w chłodne powietrze i rozpłynął się jak myśl, której nie udało się uchwycić.
Usłyszała kroki.
Kroki na bruku mają specyficzną akustykę — twardą, rytmiczną, odbijającą się od kamiennych ścian jak piłka od ściany. Te kroki były powolne i miarowe. Kroki kogoś, kto nie śpieszy się. Kogoś, kto wie, dokąd idzie.
Postać wyłoniła się z ciemności na krawędzi kręgu latarni. Wysoki mężczyzna, ciemna kurtka, czapka naciągnięta na oczy. Ten sam. Ten sam, który stał pod arkadami na Rynku wczoraj wieczorem. Ten sam, który obserwował je spod Dworu Artusa. Ten sam, którego sylwetka pojawiała się i znikała jak cień na ścianie — niby nic, niby przypadek, ale zbyt regularnie i zbyt celowo, żeby być przypadkiem.
Tym razem nie stał z daleka. Szedł w jej stronę.
Iza nie cofnęła się. Iza Krawczyk nigdy się nie cofała — nie przed podopiecznymi na dozorze, nie przed prokuratorami w sądzie, nie przed mężczyznami na ciemnych ulicach. Stała z papierosem w ręce i patrzyła na zbliżającą się postać z wyrazem twarzy, który mówił: „Podejdź. Zobaczmy, co masz.”
Mężczyzna zatrzymał się dwa metry od niej. Na granicy kręgu światła, z twarzą w półcieniu — widoczna dolna część: szczęka mocna, usta wąskie, dwu- albo trzydniowy zarost. Górna część ukryta pod daszkiem czapki. Oczy — ciemne, uważne, intensywne — błyszczały w cieniu jak oczy kota obserwującego ptaka.
— Pani Izabela Krawczyk? — powiedział. Głos niski, spokojny, bez emocji. Głos człowieka, który przygotował to zdanie wcześniej i teraz je odczytywał z wewnętrznego promptera.
— Kto pyta? — Iza zaciągnęła się papierosem. Ręka nie drżała. Nie dlatego, że się nie bała — bała się, oczywiście, że się bała, każdy normalny człowiek boi się obcego mężczyzny, który podchodzi do ciebie na ciemnej ulicy i zna twoje imię i nazwisko. Ale Iza nauczyła się dawno temu, że strach jest jak pies — jeśli pokażesz mu plecy, goni. Jeśli staniesz i spojrzysz mu w oczy, siada.
— Muszę z panią porozmawiać — powiedział mężczyzna. — Chodzi o sprawę sprzed dwudziestu lat.
— Nie znam żadnych spraw sprzed dwudziestu lat. Mam czterdzieści lat i pamięć selektywną. To przywilej wieku.
— O Tomka Wiśniewskiego — powiedział mężczyzna, ignorując jej sarkazm z uporem kogoś, kto ma scenariusz i zamierza się go trzymać.
Tomek Wiśniewski. Imię i nazwisko, które Iza słyszała w głowie niemal codziennie od dwudziestu lat, ale które nie padało na głos nigdy, ani razu, w żadnej rozmowie, w żadnym kontekście. Imię, które trzy kobiety zakopały tak samo jak zakopały… To, co zakopały.
Iza poczuła, jak żołądek ściska się w supeł. Golonka, piwo, knedliki — wszystko nagle ważyło tonę i groziło powrotem na powierzchnię drogą, którą przyszło. Przełknęła. Uśmiechnęła się. Ten uśmiech, który podopieczni nazywali „uśmiechem, po którym wiesz, że przegrałeś”.
— Nie znam żadnego Tomka Wiśniewskiego — powiedziała.
Mężczyzna patrzył na nią. Przez chwilę — długą, gęstą, nabitą ciszą jak ładunek wybuchowy — nie mówił nic. Potem kiwnął głową, powoli, jakby potakiwał czemuś, co usłyszał w swojej głowie.
— Zna pani — powiedział. — I wie pani, co się z nim stało.
Iza zgasiła papierosa o ścianę kamienicy. Odwróciła się i zeszła po schodach z powrotem do restauracji. Serce biło jak młotem, ale kroki były równe, pewne, odmierzone — kroki kobiety, która idzie tam, gdzie chce iść, w tempie, które sama wybrała.
Na dole, w cieple i gwarze „U Szwejka”, wszystko wyglądało tak, jak zostawiła. Monika i Marek siedzieli przy stole i rozmawiali cicho — ich głowy pochylone ku sobie jak dwa magnesy, które właśnie odkryły, że są przeciwnymi biegunami. Patrycja bębniła palcami po kuflu i patrzyła w przestrzeń z wyrazem twarzy kogoś, kto prowadzi wewnętrzny monolog i przegrywa.
Marek mówił coś o jutrzejszym dniu, o planach, o tym, że powinni zobaczyć Ratusz od wewnątrz, bo właśnie skończyli renowację sali gotyckiej na piętrze i jest tam wystawa, której nie można przegapić. Mówił to wszystko do Moniki, ale jego ręka leżała na stole obok jej ręki, i Patrycja widziała, że centymetr między nimi skurczył się do milimetra.
Iza usiadła na swoim miejscu. Wzięła kufel. Wypiła jeden duży, długi łyk, który miał zmyć smak strachu z gardła. Potem postawiła kufel i spojrzała na swoje dłonie. Były spokojne. Nie drżały. Dwadzieścia lat praktyki w udawaniu, że wszystko jest w porządku, kiedy nic nie jest w porządku — to się opłaca.
Patrycja nachyliła się do niej.
— Długo paliłaś — szepnęła.
— Długi papieros.
— Iza.
— Hm?
— Wszystko dobrze?
Iza spojrzała na Patrycję. Przez ułamek sekundy — ten sam cholerny ułamek, który pojawiał się co chwilę w ciągu ostatnich dwóch dni, ta malutka szczelina w pancerzu, przez którą widać było coś miękkiego i przerażonego — Iza rozważała powiedzenie prawdy. O mężczyźnie. O imieniu, które padło. O ciemnej uliczce i ciemnych oczach.
Ale Marek siedział obok. I Monika była szczęśliwa. I piwo było dobre. I „U Szwejka” było ciepło, głośno i bezpiecznie. A prawda — prawda była zimna, cicha i niebezpieczna.
— Wszystko dobrze — powiedziała Iza. — Opowiadaj mi o czymś śmiesznym. Szybko.
Patrycja nie uwierzyła. Patrycja Nowak, senior developer z Dublinu, kobieta, która od piętnastu lat programowała komputery i debugowała kod, miała zawodowo wytrenowany instynkt do wykrywania błędów — w systemach, w danych, w ludziach. Wiedziała, że Iza kłamie. Wiedziała to z tą samą pewnością, z jaką wiedziała, że dwa plus dwa równa się cztery i że koperty w jej kieszeni nie są żartem.
Ale zrobiła to, o co Iza poprosiła. Opowiedziała jej coś śmiesznego. Opowiedziała o facecie z Tindery w Dublinie — tym, który na zdjęciu profilowym wyglądał jak Brad Pitt, a na żywo okazał się wyglądać jak Brad Pitt, gdyby Brad Pitt nie spał przez dwadzieścia lat, jadł wyłącznie kebaby i nosił sandały z skarpetkami.
— Spotkaliśmy się w pubie — mówiła Patrycja, a Iza słuchała z wdzięcznością kogoś, kto właśnie dostał koło ratunkowe. — Zamówił Guinnessa i powiedział: „Wiesz, jestem bardzo duchowy”. Pomyślałam, że chodzi o jogę albo medytację. Okazało się, że chodzi o duchy. Dosłownie. Był medium. Zawodowym medium. Rozmawiał ze zmarłymi za pięćdziesiąt euro za godzinę.
— I co mu powiedziałaś? — zapytała Iza.
— Zapytałam, czy może porozmawiać z moją babcią, bo babcia jest mi winna dwadzieścia złotych z komunii. Nie zrozumiał żartu. Powiedział, że „duchy nie rozmawiają o pieniądzach”. A ja pomyślałam: jasne, za pięćdziesiąt euro za godzinę to on rozmawia o pieniądzach wystarczająco za nich obu.
Śmiech. Nawet Iza się zaśmiała, choć jej oczy nie śmiały się — jej oczy były gdzie indziej, na ciemnej ulicy, przy latarni, przy mężczyźnie, który znał imię, którego nikt nie powinien znać.
Wieczór przeszedł w noc. Pan Zbyszek przyniósł rachunek, który był zaskakująco niski jak na ilość piwa i golonki, co sprawiło, że Marek zostawił napiwek większy niż rachunek, co sprawiło, że pan Zbyszek uśmiechnął się po raz pierwszy tak, że widać było oba rzędy zębów, co było wydarzeniem na skalę restauracyjną porównywalnym z lądowaniem na Księżycu.
Wstali. Patrycja poczuła, że nogi ma lekko gumowe, co było efektem pięciu — czy sześciu? — kufli czeskiego piwa wypitych w ciągu trzech godzin. Monika trzymała się Marka za ramię, oficjalnie dla równowagi, nieoficjalnie z powodów, które nie wymagały wyjaśnienia. Iza szła prosto jak struna — nawet po sześciu piwach Iza chodziła prosto, jakby alkohol bał się zaburzać jej koordynację.
Na zewnątrz noc była ciemna, chłodna i spokojna. Uliczka pusta. Żadnego mężczyzny, żadnego cienia, żadnych kroków. Iza zerknęła w obie strony — szybko, dyskretnie, jak ktoś, kto sprawdza lusterko przed skrętem. Nic. Pusto.
Marek odprowadził je w stronę hotelu. Szli wąską ulicą, która prowadziła od restauracji ku Wiśle, między kamienicami, których fasady w nocnym świetle wyglądały jak twarze starych ludzi — pomarszczone, poważne, pełne historii, których nikt już nie pamięta. Gdzieś w oddali szumiała Wisła. Gdzieś bliżej ktoś grał na gitarze za zamkniętym oknem — zniekształcone akordy, które mogły być piosenką Cohena albo pieśnią studencką, albo jednym i drugim, bo w Toruniu te kategorie często się pokrywały.
Przy hotelu — przed wejściem, w kręgu światła hotelowej latarni — Marek i Monika zatrzymali się. Patrycja i Iza weszły do środka z taktem, który był połączeniem przyjaźni, zmęczenia i pragmatyzmu. Przyjaźń dyktowała: daj jej chwilę sam na sam. Zmęczenie dyktowało: wejdź i połóż się. Pragmatyzm dyktował: jeśli zostaniesz, będziesz trzecim kołem u wozu, a trzecie koło nigdy nie jest wdzięczną rolą.
W holu hotelowym Iza chwyciła Patrycję za rękę. Mocno. Zdecydowanie. Tak, jak chwytała za ręce podopiecznych, gdy musiała im powiedzieć coś ważnego — twardo, ale bez agresji. Z siłą, która mówi: „Słuchaj, bo to jest poważne.”
— Muszę ci coś powiedzieć — powiedziała Iza.
Patrycja patrzyła na nią. W hotelowym świetle twarz Izy wyglądała inaczej niż w restauracji — starsza, bardziej zmęczona, z cieniami pod oczami i linią między brwiami, która mówiła o latach marszczenia czoła nad aktami, raportami, problemami ludzi, których problemy Iza miała obowiązek rozwiązywać, choć własnych rozwiązywać nie umiała.
— Na ulicy, przed Szwejkiem — zaczęła Iza. — Podszedł do mnie mężczyzna.
— Ten sam?
— Ten sam. Ten z Rynku. Z Dworu Artusa. I powiedział coś.
— Co?
Iza przełknęła. Patrycja widziała, jak mięśnie gardła poruszają się pod skórą — akt przełykania, który był aktem odwagi, bo to, co Iza miała powiedzieć, leżało w gardle od godziny jak kość, ostro, boleśnie, blokując oddech.
— Znał moje nazwisko. Powiedział: „Pani Izabela Krawczyk, muszę z panią porozmawiać. Chodzi o sprawę sprzed dwudziestu lat. O Tomka Wiśniewskiego.”
Cisza. Ta hotelowa cisza, która jest inna od ciszy restauracyjnej i inna od ciszy ulicznej — jest wyściełana dywanami, wytłumiona ścianami, otulona ciepłem recepcji, ale pod tym wszystkim jest tak samo pusta i tak samo przerażająca.
Patrycja zamknęła oczy. Otworzyła je. Świat nie zmienił się — recepcja, lampa, schody, obraz na ścianie przedstawiający flisaków na Wiśle. Wszystko na swoim miejscu. Tylko podłoga pod nogami wydawała się mniej solidna niż minutę temu.
— Co mu powiedziałaś? — szepnęła.
— Że nie znam żadnego Tomka. I wróciłam do środka.
— Wierzy ci?
— Nie. Nikt rozsądny by nie uwierzył. Patrycja, on wiedział. Wiedział, kim jestem. Wiedział, o kogo pytać. I stoi pod każdym lokalem, w którym jesteśmy. Jeśli to nie jest zorganizowane działanie, to ja nie znam się na ludziach. A ja się znam na ludziach. To jest mój zawód.
Patrycja sięgnęła do kieszeni płaszcza. Wyciągnęła obie koperty — białą i brązową. Podała je Izie.
— Ja też mam ci coś do powiedzenia — powiedziała.
Iza wzięła koperty. Otworzyła pierwszą — zdjęcie, trzy dziewczyny, Ratusz, „Wiem, po co wracasz. Nie powinnaś.” Twarz Izy nie zmieniła wyrazu. Otworzyła drugą — „Kamienica przy Mostowej 7. Piwnica. Tam go zakopaliście.” Twarz Izy nadal nie zmieniła wyrazu. To było przerażające — nie dlatego, że Iza była niewzruszona, ale dlatego, że Iza była tak wstrząśnięta, iż jej twarz się zamroziła, jak ekran komputera, który się zawiesił i pokazuje ostatni obraz sprzed awarii.
— Kiedy? — zapytała.
— Pierwsza w hotelu w Gdańsku, w kieszeni płaszcza. Druga wczoraj, Pod Kurantami, kiedy byłam w toalecie. Ktoś wsunął ją do kieszeni kurtki na wieszaku.
Iza patrzyła na koperty. Na zdjęcie. Na flamastrowe litery. Na trzy uśmiechnięte twarze sprzed dwudziestu lat — swoja, Moniki, Patrycji. Trzy studentki, które jeszcze nie wiedziały, co się wydarzy, które jeszcze miały przed sobą noc, po której nic nie będzie takie samo.
— Ktoś wie — powiedziała Iza i jej głos był płaski jak linia na monitorze serca. — Ktoś wie i gra z nami.
— Pytanie: kto?
— I drugie pytanie: czego chce?
Stały w holu hotelowym, dwie czterdziestolatki z kopertami i strachem, w budynku, który był spichlerzem, a potem hotelem, i który w ciągu swoich kilkuset lat istnienia widział prawdopodobnie więcej ludzkich dramatów niż niejeden teatr. Za ścianą Wisła szumiała obojętnie. Na schodach recepcjonistka nocna przewróciła stronę Dostojewskiego.
— Mówimy Monice? — zapytała Patrycja.
— Nie dziś. Monika jest… — Iza szukała słowa — ...Monika jest w innym miejscu. Dajmy jej tę noc.
— A jutro?
— Jutro rano. Spacer. Bulwar. Powiemy jej wszystko. I zdecydujemy, co robimy.
— Co robimy?
Iza schowała koperty do swojej kieszeni. Zabrała je Patrycji — nie pytając, nie prosząc, po prostu biorąc, jak kurator zabiera niebezpieczny przedmiot od podopiecznego. Odruchowo. Zawodowo. „Ja się tym zajmę. Ja to kontroluję.” Nawet jeśli nie kontrolowała nic.
— Robimy to, co zawsze — powiedziała Iza. — Idziemy do przodu. Rajd trwa. Jesteśmy trzy. To wystarczy.
Patrycja chciała zapytać: „Czy na pewno wystarczy? Przeciwko komuś, kto zna nasz sekret, kto nas obserwuje, kto wie, gdzie jesteśmy i co zrobiłyśmy?” Ale nie zapytała. Bo Iza potrzebowała teraz wierzyć, że kontroluje sytuację. A Patrycja potrzebowała teraz wierzyć Izie.
Objęły się krótko. Iza pachniała papierosem, piwem i skórzaną kurtką — zapachem, który Patrycja kojarzyła z bezpieczeństwem od dwudziestu lat, bo Iza zawsze była tą, która stała między światem a swoimi bliskimi jak mur, ceglany, toruński, nieprzenikniony.
Poszły do swoich pokojów. Na schodach minęły Monikę, która wracała z ulicy z twarzą zarumienioną od chłodu i od czegoś innego, z ustami lekko spuchniętymi i z oczami, w których tańczyły światła, których nie było w żadnej latarni.
— Dobranoc — powiedziała Monika z uśmiechem tak szerokim, że nie mieścił się na jej twarzy.
— Dobranoc — powiedziały jednocześnie Iza i Patrycja, i każda z nich schowała za tym słowem coś innego. Iza schowała strach. Patrycja schowała koperty. Monika schowała pocałunek.
A gdzieś w ciemnych uliczkach Torunia — między gotyckimi kamienicami, pod łukami ceglanymi, w cieniu wież kościelnych, które od siedmiuset lat strzegły miasta i jego sekretów — ktoś szedł. Ktoś, kto wiedział. Ktoś, kto czekał. Ktoś, kto właśnie zaczął grę, w której stawką nie było piwo, nie golonka, nie wspomnienia.
Stawką była prawda. A prawda, jak mawiał dobry żołnierz Szwejk, jest jak piwo — im dłużej stoi, tym bardziej gorzka. I w końcu ktoś musi ją wypić. Nawet jeśli nie chce. Nawet jeśli skrzywi się do łez.
Nawet jeśli po wypiciu nic już nie będzie smakować tak samo.
Rozdział 5: Hotel Czarna Róża
Pomysł padł o pierwszej w nocy, kiedy Patrycja leżała w łóżku z otwartymi oczami i słuchała, jak stary spichrz trzeszczy wokół niej, jakby budynek prowadził rozmowę sam ze sobą. Trzask. Skrzypnięcie. Cichy jęk drewna, które pracuje w nocnym chłodzie. Dźwięki, które za dnia są niewidoczne — pochłonięte przez ruch, gwar, życie — ale nocą wychodzą ze ścian jak duchy i chodzą po korytarzach w skarpetach z pajęczyny.
Patrycja nie mogła spać. Zamknięte oczy pokazywały jej film, który znała na pamięć — piwnica, ciemność, butelka, upadek — i otworzyła je, bo otwarty film jest łatwiejszy do zniesienia niż zamknięty. Przynajmniej widzi się sufit. Sufit jest prawdziwy. Sufit nie oskarża.
Telefon zawibrował. Iza.
„Nie śpisz?”
„Nie.”
„Ja tez nie. Myślę.”
„O czym?”
„O tym ze ktoś wie gdzie nocujemy. Ten facet stal pod Dworem, potem pod Szwejkiem. Wie gdzie jesteśmy. Wie gdzie śpimy. To mi się nie podoba.”
Patrycja patrzyła na ekran telefonu. Niebieskie światło rysowało na jej twarzy maski — jedną jasną, jedną ciemną — jak na obrazach Caravaggia, który malował ludzi w świetle świecy i w cieniu grzechu. Iza miała rację. Oczywiście, że miała rację. Ktoś, kto podrzuca koperty do kieszeni płaszcza w zatłoczonym lokalu, ktoś, kto podchodzi na ciemnej ulicy i zna twoje nazwisko, ktoś, kto stoi i obserwuje — ten ktoś wie, gdzie jesteście. Wie, gdzie śpicie. A hotel Spichrz, choć piękny, jest małym hotelem, z jednym wejściem, jedną recepcją i jedną nocną recepcjonistką, która czyta Dostojewskiego i prawdopodobnie nie zauważyłaby czołgu przejeżdżającego przez lobby, bo właśnie jest w rozdziale, w którym Raskolnikow wchodzi po schodach ze siekierą.
„Co proponujesz?” — napisała Patrycja.
„Zmieniamy hotel. Teraz. Dziś w nocy. Pakujemy się i jedziemy gdzie indziej. Niech szuka.”
„O pierwszej w nocy? Monika śpi.”
„Monika nie śpi. Monika lezy i myśli o Marku. Tak jak ty leżysz i myślisz o kopertach. Tak jak ja leżę i myslę o tym facecie. Nikt w tym hotelu nie śpi oprócz recepcjonistki i Dostojewskiego.”
Patrycja uśmiechnęła się mimo wszystko. Iza miała rację po raz drugi w ciągu minuty, co było prawdopodobnie jej osobistym rekordem, choć Iza twierdziłaby, że ma rację zawsze i że reszta świata po prostu potrzebuje czasu, żeby to zauważyć.
Pięć minut później stały we trzy na korytarzu hotelowym z walizkami. Monika, wyrwana z łóżka SMS-em od Izy o treści „Wstawaj. Uciekamy. Wyjaśnię po drodze”, miała na sobie jedwabną piżamę w paski, kaszmirowy szal narzucony na ramiona i wyraz twarzy kogoś, kto został obudzony z najpiękniejszego snu i jeszcze nie zdecydował, czy jest wściekły, czy przerażony.
— Iza — szepnęła Monika na korytarzu, ściskając walizkę jedną ręką i telefon drugą. — Iza, jest pierwsza w nocy. Co się dzieje? Dlaczego uciekamy?
— Nie uciekamy. Przenosimy się. Taktyczny manewr.
— Taktyczny manewr? Jesteśmy na rajdzie, nie na wojnie.
— Czasem jedno przechodzi w drugie — powiedziała Iza i ruszyła schodami w dół, ciągnąc walizkę, która na drewnianych stopniach starego spichrza wydawała dźwięk jak bęben wojenny. Bum. Bum. Bum. Każdy stopień jak krok ku czemuś, czego Monika jeszcze nie rozumiała, ale co wisiało w powietrzu — ciężkie, gęste, naelektryzowane jak niebo przed burzą.
Recepcjonistka nocna podniosła wzrok znad książki. Była na stronie dwieście trzydzieści cztery — Patrycja zauważyła, bo programistka w niej automatycznie rejestrowała liczby, daty, dane — i wyglądała na lekko zaskoczoną widokiem trzech kobiet z walizkami o pierwszej w nocy. Lekko. Nie bardzo. Pracowała w hotelu w Toruniu od pięciu lat i widziała rzeczy, przy których trzy kobiety z walizkami o pierwszej w nocy były na poziomie „normalne jak poniedziałek”.
— Wymeldowujemy się — powiedziała Iza. — Proszę o rachunek.
— Teraz?
— Teraz.
— Czy coś było nie tak z pokojami?
— Pokoje wspaniałe. Belki stropowe zachwycające. Wisła za oknem malownicza. Musimy się przenieść z powodów osobistych.
Recepcjonistka skinęła głową z profesjonalizmem, który mówił: „Nie moja sprawa, ale gwarantuję, że opowiem o tym na przerwie śniadaniowej.” Wystawiła rachunek. Iza zapłaciła kartą. Patrycja zostawiła napiwek. Monika stała z walizką i piżamą i wyglądała jak postać z farsy, która weszła na złą scenę.
Na ulicy — ciemno, chłodno, pusto. Wisła szumiała za murem jak publiczność w teatrze, która szepcze przed podniesieniem kurtyny. Latarnie rzucały plamy światła na bruk. Nigdzie żadnego mężczyzny w ciemnej kurtce. Żadnego cienia. Żadnych kroków. Toruń o pierwszej w nocy był miastem duchów — nie tych, które widział pan Henryk w Dworze Artusa, ale tych prawdziwych, codziennych duchów: pustych ulic, zamkniętych okien, ciszy tak głębokiej, że słychać było bicie własnego serca.
— Dokąd? — zapytała Monika. Na jej twarzy zaczynało się pojawiać coś nowego — nie senność, nie zdziwienie, ale ta bystra, analityczna uwaga kobiety, która prowadzi galerię sztuki i rozpoznaje fałszywy obraz na pierwszy rzut oka. Monika wiedziała, że coś jest nie tak. Monika wiedziała, że „taktyczny manewr” nie wynika z kaprysu. Monika czekała na wyjaśnienie i jej cierpliwość miała termin ważności krótszy niż kaszmirowy szal.
— Czarna Róża — powiedziała Iza.
Patrycja spojrzała na nią.
— Czarna Róża? O tej porze?
— Dzwoniłam. Mają wolne pokoje. Recepcja dwudziestoczterogodzinna. Pięć minut pieszo.
— Kiedy dzwoniłaś?
— Kiedy ty leżałaś i patrzyłaś w sufit. Ja też leżałam i patrzyłam w sufit, ale jednocześnie szukałam hotelu w Google, bo wielozadaniowość to moja jedyna supermoc.
Szły ciemnymi uliczkami Starówki, trzy kobiety z walizkami, w środku nocy, między kamienicami, które wyglądały jak strażnicy zasnęli na posterunku — ciemne, milczące, z zamkniętymi oczami okiennic. Bruk był nierówny i walizki podskakiwały na nim jak piłki, wydając turkot, który niósł się echem między ścianami i wracał pomnożony, jakby za nimi jechała kareta. Albo tabun koni. Albo przeszłość na kółkach, której nie da się zostawić w recepcji.
Hotel Czarna Róża mieścił się w gotyckiej kamienicy przy jednej z bocznych uliczek odchodzących od Rynku Staromiejskiego. Patrycja widziała go kiedyś za dnia — fasada z ciemnej cegły, portal wejściowy z kamiennym obramowaniem, nad drzwiami relief przedstawiający różę — i pamiętała, że pomyślała wtedy: „To wygląda jak dom wiedźmy z bajki, tyle że z gwiazdkami na Bookingu.” Nocą wrażenie potęgowało się dziesięciokrotnie. Kamienica była wąska, wysoka, z ostrym szczytem dachu, który wcinał się w nocne niebo jak ostrze noża. Okna na wyższych piętrach były wąskie i głęboko osadzone w grubych murach, co nadawało im wygląd oczu zmrużonych z podejrzliwością. Drzwi wejściowe — ciężkie, dębowe, z kutym żelaznym kołatką w kształcie lwa trzymającego w pysku pierścień — wyglądały, jakby chroniły nie hotel, ale sekret.
Weszły do środka. I Patrycja natychmiast zrozumiała, dlaczego Iza wybrała to miejsce. Nie ze względu na dostępność pokojów i nie ze względu na dwudziestoczterogodzinną recepcję. Iza wybrała Czarną Różę, bo ten hotel był labiryntem. Wąskie korytarze, niskie sufity, schody w nieoczekiwanych miejscach, zakręty, odnogi, przejścia — budynek, który na przestrzeni siedmiuset lat był przebudowywany, łączony z sąsiednimi kamienicami, dzielony, podnoszony, pogłębiany, aż stał się organizmem tak skomplikowanym, że nawet Google Maps by się poddał. Ktoś, kto nie zna tego budynku, mógł błąkać się po nim godzinami. Ktoś, kto szukał trzech kobiet w tym budynku, miałby problem.
Recepcja mieściła się w dawnej sieni — wąskim, wysokim pomieszczeniu z kamienną posadzką i sklepionym sufitem. Za kontuarem stał mężczyzna w średnim wieku — łysy, w okularach, w kamizelce, z twarzą tak spokojną, jakby przyjmowanie trzech kobiet z walizkami o wpół do drugiej w nocy było standardową procedurą, przy której nawet nie warto odkładać krzyżówki.
— Dobry wieczór — powiedział. — Państwo Krawczyk?