I
Wielki srebrzysty imperialny latający statek lekko osiadł na lądowisku, które wyglądało jak wiotka łodyga kwiatu, a mogło by utrzymać piramidy. Podróż, choć uciążliwa trwała zbyt krótko. Przybyli na miejsce, a ona nadal nie odzyskała pełni sił. A mimo to będzie musiała wypełnić swój obowiązek.
Księżniczka Karr, najmłodsza żyjąca córka imperatora, ukradkiem masowała swoją lewą dłoń. Czuła w niej wciąż ból, po ranie z ostatniego pojedynku.
Obok niej stał wyprostowany wojownik w czarnej lekkiej zbroi.
— Jestem zmęczona.
— Wiem, ale musisz to zrobić.
— Muszę? — powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do niego.
— Wiesz że to święty obowiązek.
— Wiem. To mój krwawy obowiązek. Nie ucieknę od niego…. Dopiero śmierć mnie od niego uwolni…
Walka była jej najważniejszym obowiązkiem. Nie mogła od niego uciec. Nie miała nadziei. Nie mogła liczyć na litość. Od dziecka wiedziała na kogo i na co może liczyć. I na czym lub na kim nie warto polegać.
Miała być posłuszna. Ćwiczyć walkę i panowanie nad kryształem. Pojedynkować się z potomkami pokonanych. Dawać im szanse by wyrównali stare rachunki. Ryzykować swoje życie. A potem wyjść za mąż, urodzić dzieci i patrzeć jak umierają jedno po drugim. Jej starsze siostry zginęły w pojedynkach. Nie były dość silne by znieść cały ciężar przeszłości. Tylko jedna jej siostra przeżyła swój czas. Potem jednak urodziła kalekie dziecko i wygnano ją za to.
Ona i jej siostry od narodzin były więźniami przeszłości. Wydarzeń, które zdarzyły się długo przed ich urodzinami.
Otaczała ją szarość, biel i czerń. Statek przypomniał spłaszczony bąbelek powietrza poruszający się w górę kieliszka. Starożytni budowali prawdziwe giganty. Ich imponujący statek był mniejszy od nich o ponad połowę.
Karr preferowała swój prywatny salonik. Unikała krewnych i obsługi statku. Od dłuższego czasu tolerowała tylko jednego strażnika. Przekorny, z blizną na twarzy i przeszłością, o której jej nie chciał opowiadać, nie nudził jak tak jak inni. Chciała się odciąć od spraw rodzinnych. Nowe żony ojca nie dały mu zdrowych, silnych dzieci. Karał je za to. Bał się że jego linia zniknie. Za to jego kuzyni ostrzyli już sobie zęby na jego tron. Obserwowali ją i tylko czekali na jej porażkę.
Zmiana tradycji wymuszona brakiem synów zabolała jej ojca. Ceremonia wyboru zabijała zbyt wielu kandydatów, a tego nie mogli zmienić.
Wszyscy jej kuzyni mogli tylko czekać na swoją kolej. Byli pilnowani i kontrolowani na każdy kroku. Ciągle w otoczeniu strażników.
Narzeczony, który podróżował z nią do lat, też zabijał czas jak tylko umiał. Prawie się do siebie nie odzywali. Nie musieli. O niczym nie zadecydowali. Kazano im być ze sobą i spłodzić potomstwo. Byli posłuszni. Nie mieli wyboru.
— Jesteśmy na miejscu — powiedział cicho strażnik.
Zwlekała.
— Władamy pustkowiami gdzie nic nie jest w stanie przetrwać. Jest tam tylko martwota.
— Tu są mury i wieże. To najcenniejszy zasób tych ziem.
Budowle starożytnych, monumentalne i martwe. Co one znaczyły? Przed czym mogły ich ochronić?
— Po co je stworzyli?
— Miały nam pomagać.
Spojrzała kątem oka na strażnika.
— Nie powiesz mi do czego mają służyć?
Pokręcił głową.
— To tajemnica. Zdrada świętych sekretów karana jest śmiercią.
Uśmiechnęła się lekko.
— Czasem mam wrażenie, że ten kryształ oddycha. Rusza się.
— Przesądy — powiedział i mocno zacisnął usta.
— Jest martwy? Ale da się z nim kontaktować i kształtować go wolą?
Wzruszył ramionami. Czemu jego ludzie zachowywali coś takiego w sekrecie? Ta wiedza dodawała ich życiu znaczenia?
Ruszyła do centrum statku.
Mijała korytarze wyłożone czarnym kryształem. Otaczały ją liczne odbicia. To była ona. Chuda postać w czerni. Z tatuażami oraz wypalonymi bliznami na ramionach i udach. Czarna zwiewna suknia, kilka czarnych ozdób i maska zakrywająca pół twarzy. Widać było jej tyko usta. Czarne sztuczne włosy i pióra zakrywające głowę łaskotały ją w szyję i plecy.
Cieniutkie jak włos bransolety i naszyjniki, pozorne ozdoby tworzyły w razie potrzeby stawały się bronią, zbroją lub tarczą. Czasem ta zbroja się jej nie słuchała. Pancerz ją więził. Niekiedy rozmyślała co nim kieruje. I czym był. Częścią czarnych budowli?
Główna sala statki była pełna ludzi. Niektórzy z nich byli z nią spokrewnieni. Witali się z nią skinieniem głowy. Wielu z nich przeszło szkolenie, ale zostali odrzuceni podczas ceremonii.
— Powodzenia kuzynko.
Cele kręciły się wszędzie. Ludzie hałasowali kaskadami warkoczyków. To ją zastanawiało. Dworzanie udawali wojowników? Po co? Kto zdrowy na umyśle chciałby być na jej miejscu? Bezsensowna moda irytowała ją. Ich stroje, fryzury, moda i zachowanie. Ciężkie szaty, przez które prawie się nie poruszali, wydawały nieznośne dźwięki.
Mijała zgromadzonych bez słowa i spojrzenia. Tak samo minęła narzeczonego i byłego kochanka. Na pokładzie statku otaczali ją liczni byli kochankowie. Kiedyś bardzo się nudziła i buntowała. Niektórzy z nich starali się wrócić do jej łask. Ignorowała to. Nie miała do tego głowy. Ich pragnienia i plany nie miały znaczenia. Przeszła obok nich skupiona na włazie przed sobą. Bez słowa opuściła statek.
Przed nią był świat który odziedziczyli po przodkach. Ich wiedza o przeszłości była szczątkowa. Co ją to obchodziło? A jednak musiała wypełniać swoje obowiązki. Była tym zmęczona. Niekończące się obowiązki wysysały z niej siły, a nawet człowieczeństwo.
Schodziła powoli po trampie. Gdy wyszła na zewnątrz uderzył w nią niemrawy podmuch wiatru. Trafiła w kolejne ponure miejsce. Sine niebo. Prawie stojące powietrze. Wiedziała, że są inne miejsca gdzie wieje wiatr, ale rzadko je odwiedzali.
Były pasy ziemi gdzie wędrujący ludzie mogli zobaczyć drzew i zwierzęta. Gdzie dawało się przetrwać. Ale słyszała że coś się zmienia. I to na gorsze. Dlaczego tak się działo? I do czego prowadziło? Do nowych walka o każdy skrawki żywej ziemi. Wybuchały krwawe bitwy o pasy ziemi. Bronią, która niszczyła każde życie.
— Nie możemy jej użyć — powtarzali szeptem generałowie i zawsze w końcu po nie sięgali.
Świat w którym żyli był przygnębiający. Stare konflikty. I pojedynki służące do uwalniania emocji. Sprawiedliwość która już niż nic dla nikogo nie znaczyła. Czym były nagrody warte jeszcze ryzyka? Resztki zasobów jak woda i paliwo budziły chciwość. Jedzenie z maszyn, nieapetyczna, szara breja, pozwalało im tylko przetrwać. Wszystko wokoło było zatrute.
Księżniczka spojrzała na czarne budowle otoczone szaro-pomarańczowymi skałami. Krwawiące skały przyciągnęły jej wzrok.
— To upiorny widok… jakby zabito tam setki istot…
— To nie krew.
— Tylko co?
Udał że nie słyszy jej pytania. Często tak robił.
— Nie zdradzisz mi swoich sekretów?
— Nie.
To w nim lubiła. Miał własne zdanie i wole. Przeleciały nad nimi czarne chmary szybkich ptaków lub wielkich owadów. Nikt nigdy ich nie złapał. Przemieszczały się gdzie chciały. Mogły zabić bez trudu.
Strażnik zatrzymał się na końcu trapu. A ona sama zeszła na ziemie. Zrobiła kilka kroków i już stała na szczycie muru otaczającego arenę w dole. Na placu było wielu ludzi. Zwykłych dzikusów w niszczonych, a mimo to wciąż kolorowych szatach.
Zabrzmiały ryki trąb i hałas bębnów. Potem wystąpili przywódcy i zaczęli ceremonie. Przeczekała cierpliwie ich przemówienie. Czarne chmary szybkich ptaków lub owadów wirowały nad jej głową. Ścigała je wzrokiem. Nikt nigdy ich nie złapał. Już tylko one przemieszczały się gdzie chciały.
Wybranie przeciwniczki skwitowała westchnieniem ulgi.
— Przyjmuje wezwanie — krzyknęła.
Dzikuska w czerwonej sukni ruszyła po schodach do wejścia w murze. Miała długie, ciemne splątane włosy, krótki miecz i brudne nagie stopy. Czy wiedziała co ją czeka? Jej, bardzo jasna jak na dzikuskę, skóra lśniła.
Córka imperatora powoli zeszła schodami do tego samego punktu co dzikuska. Niebo i ziemia spotykały się. Symbolika.
Prawie na siebie nie spojrzały. Nie o nie przecież chodziło. Były tylko symbolami. Podążyły razem w głąb budowli.
— Nie mówcie do siebie — słyszały za sobą dudniące słowa. — Słowa są zbędne. Liczy się tylko walka.
Wiedziała co się wydarzy. Krew zostanie wchłonięta przez kryształy, a potem i ciało zabitej. Nikt jej nie chciał powiedzieć czemu tak się działo.
— Powiedzenia.
Ruszyły przed siebie w głąb kryształowego labiryntu. Ściany się przed nią rozstępowały.
Pragnęła wolności. Zerwać kajdany i uciec gdzieś gdzie nikt jej nie znał.
Odwróciły się do siebie twarzami.
Dzikuska zadała jej cios. W tym samym momencie ze ścian wystrzeliły tysiące długich igieł,, które zagłębiły się w jej ciało. Broń przeciwniczki drasnęła ją tylko.
Nagłe zdarzenie zaskoczyło ją. Wiedziała co to znaczy. Przegrała.
II
Pathra patrzyła na nieruchome ciało księżniczki i nie rozumiała co się stało. Jej cios chybił, ale ona i tak umarła. Tak po prostu upadła i znieruchomiała. Dopiero po chwili dotarło do niej, że ciało księżniczki przebiły mikroskopijne czarne kryształy.
Przeszedł ją dreszcz. Czemu jej własne Kryy ją zaatakowały? Słyszała straszne opowieści czym mogą stać się Kryy. Legendy o tym czym się żywiły. Krew i światło sprawiały, że pochłaniające je czarne kryształy rosły. Wbija wzrok w czarną ścianę przed sobą. Przez chwilę była płynna niczym szkło. Pathra odruchowo cofnęła się.
Otrząsnęła się. Nie chciała dać wciągnąć się w zabobonne wierzenia. Spojrzała na nieruchome ciało. Co to znaczyło dla niej? Inni pomyślą, że zabiła księżniczkę? Dziedziczkę imperatora. Następczynię. Dziewczynę, która całe życie nosiła maskę i czarne zwiewne szaty. Jej bransolety były bronią i zbroją. Z czego były stworzone?
Przyjrzała jej się uważnie. W oczy rzucały się blizny na ramionach, nogach, tułowiu i szyi. Wyglądały niczym wypalone na skórze znaki. Pamiętała jej ochrypły głos.
Czy pod maska były blizny?
Znała liczne opowieści o rodzinie władcy. Był w nich ukryta prawda o czymś ważnym? Wiedział co sie liczyło, rozsądny strach przed starożytnymi budowlami i wynalazkami. Starożytną bronią. Zbroje, artefakty, tajemnice, to wszystko co sprowadziło na świat nieszczęścia i śmierć. Grzechy przeszłości, które nie chciały dać się pogrzebać. Już jako dziecko słyszała opowieści o czarnych budowlach i obcych, którzy mogli dokonać wszystkiego. Sagi o przeszłości. Co wtedy robiono i dlaczego. O walkach, które dla przodków miały sens. Jednak jakie znaczenie miała przeszłość, skoro wymierali?
Podeszła do ściany i miejsca gdzie weszła do środka budowli. Nic się nie stało. Była uwięziona? Uderzyła w ścianę pięściami i swoją bronią. Bez efekty. Nie było nawet najmniejszej skazy na krysztale.
Usiadła obok nieruchomego ciała i spojrzała na nią. Jej suknia była zwiewna i cienka. A zarazem mocna niczym zbroja. Podziwiała bransolety, które zmieniały się w broń i teraz niepokojąco pulsowały.
Była na siebie zła. Po co się zgłosiła? Przeszłość nic dla niej nie znaczyła. Była dla innych tylko dzikuską. Mogła robić co chciała i iść gdzie chciała. I powinno jej to wystarczyć. Czy naprawdę jako dziecko chciała zostać kimś innym? Potem dostrzegła jakie wiąże się z tym ryzyko. Walka i ambicja pożerały swoje ofiar. Życie i tak było zbyt krótkie. Wolała się bawić i korzystać z tego co miała. Zawsze dobrze korzystała ze swoje siły i sprytu. Cieszyło ją to co jej to dawało.
Była odważna i dzika. Wytykano jej to. Prawie najsilniejsza wśród swoich rówieśników. Jej największa rywalka prowokowała ją i namawiała do walk prawie co dnia. Robiła to, bo chciała dla siebie jej nowego kochanka. Prowokowała ją i w końcu dopięła swego. Namówiła ją by się zgłosiła.
Posłuchała jej i to był błąd. Była aż boleśnie świadoma, że nie mogła już do tego co było poza więżącym ją kryształem wrócić. Mogła tylko umrzeć w tym miejscu.
Była na siebie zła. Co zrobią jej przyjaciele i plemię, które było jak rodzina? Odprawią jej ceremonie pogrzebową i zapomną o niej? To było takie niesprawiedliwe.
Jednak czy miało sens siedzenie w labiryncie aż do śmierci z pragnienia? Musiała coś zrobić. Przynajmniej spróbować.
Postanowiła zaspokoić ciekawość. Zbliżyła się do pokonanej. Pod maską była młoda, gładka skóra i krótko obcięte włosy. Ta gładka niewinna twarz była tak niepokojąco dziewczęca.
Nagie ciało z każdą chwilą bledło. Suknie i ozdoby zniknęły. Rozsypały się w pył na jej oczach. Przez chwilę próbowała złapać to co się rozpadało, ale bez powodzenie. To po prostu zniknęło. Czym było?
Obserwowała drobinki odrywające się od ciała księżniczki i osiadające na kryształach, a nawet jej ciele. Na jej skórze zakwitały tatuaże i ozdoby. Zakrywały jej skórę dzikuski. Stawała się kimś innym. Zbroja rosła wokół niej. Ciało księżniczki stanęło nagle w czarnych płomieniach. A po chwili zatopiło się w krysztale.
Podłoga zafalowała jak powierzchnia wody. Cofnęła się przerażona aż pod samą ścianę. Na szczęście ona sama stała na twardej powierzchni.
Zbliżyła maskę do twarzy. Poczuła ból. Blizny pojawiły się na jej skórze. Z trudem oddychała.
Zdjęła swoje ubranie i ścięła włosy. Otoczyła ją lekka i miękka jak pajęczyna suknia. Jeszcze nigdy nie dotykała czegoś takiego. Gdy tylko machnęła szybciej ręką pojawiała się w niej broń, która jakby słyszała jej myśli. Założyła sztuczne włosy księżniczki.
Nie było odwrotu. Zakładając maskę stała się kimś innym. Odbicie w lustrzanych kryształach mówiło jej że jest już kimś innym. Czy to udawanie kogoś innego powiedzie się?
Spojrzała znów na swoje odbicie. Wyglądała jak ona. Były podobne do siebie wbrew temu co jej mówiono. Wmawiano im że ludzie ze statków są od nich lepsi. Tak inni jakby byli innym gatunkiem. Pieśni, pełne ech przeszłości, gniewu, starych prawda kłamały. Sprawy na których kiedyś budowano tradycje powoli znikały z oczu. Czy to miało jeszcze znaczenie?
Przez chwilę stała niezdecydowana. Co powinna zrobić? Straciła wiele, ale teraz odebrano jej już wszystko inne. Kim teraz była? Poczuła tęsknotę za swoim ja. I za życiem, którego nie doceniała jak powinna.
Nie mogła się już wycofać. Włożyła jej maskę i przyjęła jej tożsamość. Miała udawać zabita. Blizny wypalające się na jej skórze naznaczyły ją. Zrobiła kilka kroków przed siebie, a ściany się przed nią rozstępowały.
Była wolna.
Szła szybko aż opuściła budowlę. Nie dążyła się oddalić, bo podszedł do niej wysoki mężczyzna w czarnej, matowej zbroi. Jego twarz znaczył długa blizna. Wpatrywał się w nią z uwagą i wyrazem, którego nie potrafiła rozszyfrować.
— Jak poszło?
— Szybko — wyrzuciła z siebie, a jej głos brzmiał obco.
Skinął głową.
— To dobrze. Nie mamy opóźnień.
Szybko wspięli się na statek. Tam czekali na nich inni strażnicy. Jeden z nich zagadnął ją.
— Jak było? Dzikuska sprawiła ci kłopoty? — spytał.
— To nie było nic trudnego, dziecinna zabawa.
Zaśmiali się. Jeden ze strażników, ten z blizną uważnie się jej przyglądał. Czyżby powiedziała coś nie tak? Wiedziała, że musi go unikać.
— Musimy ruszyć w drogę.
Drugi strażnik zaprowadził ją do wnętrza statku.
Po raz pierwszy na własne oczy ujrzała dwór. Twarze do połowy zaczernione. Włosy splecione w długie ciężkie warkocze, obciążone metalem. Ciemne połyskujące sztywne szaty. Elegantki poruszające się powoli i zmysłowo. A do tego kręcące się wszędzie kolorowe, zmienne stwory z płynnego metalu. Czym one były? Zauważyła na nich liczne nacięcia. Czy to świadczyło o tym jak się je taktuje? To były cele, do których się strzelało dla zabawy?
Nigdy nie uwierzyła by jak żyli ci ludzie. Luksus otaczał ją z każdej strony. Cenne metale, kryształy, niezwykłe wzory. Jedzenie i picie na stołach. To było całkiem inne życie. Poziom życia o jakim nawet nie marzyła. Do tej pory nie zastanawiała się jak się komuś takiemu żyje.
— Jak się czujesz? — spytał przystojny strażnik, gdy go mijała.
— Blizny mnie swędzą — powiedziała, nim pomyślała.
Zamarła w pół kroku. Mogła się tym zdradzić, ale strażnik tylko się zaśmiał.
— Od dawna na to nie narzekałaś.
Spróbowała się uśmiechnąć.
— Ruszmy w dalszą drogę. Czeka nas jeszcze pięć wież w tym obiegu.
Skinęła głową i usiadła na pobliskim fotelu. Ludzie wpatrywali się w nią z zaciekawieniem. Czy ktoś domyślał się kim naprawdę była?
Czuła na sobie uważne spojrzenie strażnika z blizną. Czego od niej chciał? Poznał, że tylko udaje? Chciała go unikać.
Unoszący się w powietrze statek uświadomił jej że bezpowrotnie straciła swoje dawne życie. To wywołało w niej fale gniewu i strachu. Prawie się nie zdradziła.
— Przygotuj się, zaraz kolejna walka — powiedział dworzanin stojący blisko niej.
Na horyzoncie majaczyła kolejna wielka starożytna budowla.
Czekał ją pojedynek? Będzie musiała walczyć i zabijać. W imię czego?
Znów poczuła gryzący strach.
Obok niej przeszedł elegant w ciemniej, ciężkiej, szeleszczącej szacie. Spojrzał na strażnika obok niej.
— Co tu robisz? — spytał mężczyznę.
— Nie widać?
— Powrót po latach? Czyżby ostatni pupilek stracił nagle wpływy?
Zaśmiali się obaj.
O czym oni mówili? Czyżby strażnik z blizną był obecnym kochankiem księżniczki? A strażnik obok niej starał się odzyskać wpływy? Popełniła chyba błąd. Było już jednak za późno by coś zmienić.
— Zwiadowcy zauważyli stado…
Mówili o niedobitkach zwierząt?
— Może coś złapiemy?
— Po co? One przecież szybko umierają.
— Nie szkodzi… Przyda nam się trochę rozrywki…
Spojrzeli na nią z ukosa.
— No może… O ile zostanie odrobina czasu…
Pustkowia nie okazywały nikomu litości. Nie tylko zwierząt, ale i ludzi było coraz mniej. Coś ich zabijało.
Dworzanin spojrzał na nią.
— Porozmawiajmy. Na osobności — podkreślił.
Strażnik odszedł i zostali sami.
— To twoje ostatnie pojedynki kuzynko, a potem zostaniesz żoną i matką.
To ją zaskoczyło. Nic nie słyszała o nowym Następcy.
— Ktoś mnie zastąpi?
— Oczywiście.
— Kto?
— Czy to ważne?
— Kto?
Westchnął.
— Nasz mały kuzynek Kannt. Szkolą go i już wpada w amok na widok krwi. Tak, nasi drodzy nauczyciele wiedzą jak doprowadzić do furii każdego.
Spojrzał na nią z dziwnym uśmiechem.
— Prawie mi go szkoda. Ale ty będziesz wolna… Cieszysz się?
Skinęła głową, bo co innego mogła zrobić.
Ona nie miała już nikogo. Straciła rodzeństwo, ostatniego kochanka, przyjaciół. Jej rodzice dawno temu zachorowali, przez porzucone przez statki śmieci. Dziwne przedmioty wywołały u nich liczne dolegliwości. Od razu zostali odizolowani i nie widziała ich od lat, jak wielu innych młodych ludzi. Nie miało już znaczenia czego kiedyś chciała, bo wszystko to straciła. Nie mogła już uciec. Lęk sączył się jej w żyłach.
— Załatw pojedynek szybko, to zostanie nam czas na przyjemności… zrobisz to dla nas?
Chciała odmówić, powiedzieć kim jest, ale słowa uwięzły jej w gardle. Była w pułapce.
Wstała i podeszła do wielkiego okna. Ujrzała jak strażnik z blizną startuje na małym lekkim statku powietrznym i kieruje się do budowli, którą opuścili. Co tam znajdzie?
Statek zachwiał się lekko.
— Chodźmy już. Im szybciej się z tym uporasz tym lepiej…
Dotarli do celu. O wiele zbyt szybko.
Zaprowadzono ją na zewnątrz. Spojrzała na zebranych tam ludzi. Wyglądali znajomo. Odwiedziła ich dawno temu. Pamiętała ich pieśni i opowieści. Ich gościnność. Nie byli złymi ludźmi. Ubrani w skóry zwierząt patrzyli na nią z nienawiścią. Nawet jej nie znali, ale była dla nich symbole tego co nienawidzili. Czy tak czuła się księżniczka?
Na szczęście szybko wybrano jej przeciwniczkę. Milczącą, niską, pomarszczoną, siwą, żylastą staruszkę z wielką nabijaną kamieniami maczugą wyszła przed tłum.
Ruszyły do labiryntu kryształów. Ściany przesuwały się przed nią. Szła mechanicznie, nie panując nad swoim ciałem. Była więźniem.
Stanęła do pojedynku. Broń i pancerz zareagowały od razu. Miała wrażenie, że cały świat wiruje wokół niej. Stawała się jednością ze wszystkim co ją otaczało. Z całym światem. Nic nie było w stanie jej zatrzymać. Stała się śmiercią. Gniewem i żalem pokoleń. Ona sama zniknęła gdzieś w mroku.
III
Danh dotarł do gigantycznej czarnej budowli niespodziewanie szybko. Wyskoczył z małego słonecznego szybowca i podbiegł do czarnego muru. Działał pod wpływem impulsu i emocji. Po raz w pierwszy w życiu.
Wiedział jakie to będzie miało konsekwencje. Złamał wszystkie zasady i przysięgi. Ale nie chciał się wycofać. Musiał przynajmniej spróbować ją ocalić.
Dotarł do fundamentu czarnego muru i spojrzał w górę. Stał długo w ciszy, bezruchu i napięciu. Mógł natknąć się na strażników monolitu. A oni zabili by go bez wahania.
Znał drogę do wnętrza kryształu, ale to było tabu. Czuł wewnętrzny opór. Mimo to zaczął kopać, aż dotarł do ukrytego włazu. Otworzył go i zamarł. Wiedział co musi teraz zrobić. To było zakazane, ale tylko to mogło uratować Karr.
Postanowił, że przekształci swoją zbroję z kryształu za pomocą przedmiotu, który był w jego rodzinie od siedmiu pokoleń. Od dawna miał na to ochotę. Poszło mu szybciej i łatwiej niż przypuszczał. Zadrasnął fragment zbroi i z radością obserwował zmianę. Z satysfakcją wyprostował się, a zbroja teraz przyległa do jego ciała jak druga skóra. Była teraz twardsza i zrazem bardziej elastyczna. Wiedział że to możliwe.
Wziął głębszy oddech i wskoczył w tunel. Przed nim była sieć długich dość ciasnych korytarzy. Od dziecka szklono go i kazano uczyć się na pamięć schematów i instrukcji dotyczących konstrukcji i broni starożytnych. Nigdy tego nie lubił, ale teraz doceniał wysiłek i poświęcony na to czas.
Znał sekrety nie tylko tej budowli. Wszystkie ich tajne przejścia. Kanały prowadzące do serca kryształowych sal, gdzie gromadzono wiedzę i to co będzie potrzebne w Dniu Wyboru.
Tajny zakon, do którego należeli jego bliscy, miał przechowywać wiedzę i kody tak by świat mógł się odrodzić. Czekali o wiele dłużej niż zakładano na początku. Byli wierni tradycji. Strażnicy przeszłości nie porzucili swojej służby.
Chwilami zwalniał. Czuł się strasznie. Zdrada swoich była gorsza niż mógłby przypuszczać. Ale czy chciał wrócić na srebrny statek i udawać że nic się nie stało? Pilnować rodzinę panującą i dwór sprawdzając czy nie wyłamują się z reguł, aż do śmierci? Nie chciał już takiego życia. Księżniczka nadała jego życiu nowy sens i nie chciał tego stracić. Był tylko kochankiem księżniczki, a mimo to szukał jej. Chciał sprawdzić co się z nią stało. Miał tylko podejrzenia.
Minął wielkie filtry. Co wiedział o ich przeznaczeniu? Historia budowli starożytnych była zawiła. Wiedziano z czego powstały. I do czego służyły. Miały umożliwić ludziom powrót tego co było. Z czasem zyskały nowe funkcje. Wierzył zawsze że to ważne. Stare zwyczaje przekonywały go że to jedyna słuszna droga. Odtworzenie tego co było. Świata gdzie można jeść rośliny i zwierzęta. Pić wodę spadająca z nieba. Nie martwić się i nie zależeć od maszyn we wszystkim. Tak być powinno.
Zakon miał swoje tajemnice. Połączenie z kryształami, o którym nikt nie miał pojęcia. Najstarsi znali tajemnice, które były gromadzone i przechowywane od tak dawna. Żyli według zasad, o których nikt inny nie wiedział. Wybaczali. Pomagali, tym którzy upadli i konali. I unikali tego co dodawało do świat cierpienia. Odrzucali styl życia innych ludzi. Sposoby na krzywdy. Rozliczenie. Walkę na śmierć i życie w imię przeszłości.
Zatrzymał się na chwile i poczuł energię i wole kryształów, które go otaczały. Wiedział w co budowle mają się zmienić w Dniu Wyboru. Już teraz posiadały świadomość. Czyjaś wola pozwoliła im zaistnieć i przekształcać się pozornie bez końca. Szukały najdoskonalszej formy i odpowiedniego momentu.
Ucieszył się gdy znalazł ślady. Przelanej krwi i kanały, w których wyczuwał znajmy zapach. Energi jaką tworzyły tylko żywe organizmy. Uświadomił sobie coś i zrobiło mu się niedobrze. Wiedział gdzie będzie musiał się wedrzeć.
Księżniczka była w zakazanym miejscu.
Posuwał się powoli, spokojnie i w końcu dotarł do celu. Miał rację. Była tam, zatopiona w krysztale. Wiedział czym staje się księżniczka. Nie chciał do tego dopuścić.
Użył swojej krwi i kilku substancji zmieniających strukturę kryształów. Łamał wszystkie zakazy, ale nie mógł postąpić inaczej. Zmieszał wszystko, nałożył na kryształ i czekał.
Na szczęście to zadziałało. Struktura się zmieniała, stawała miękka i elastyczna. Sięgnął w głąb kryształ i złapał ją za ramię. W końcu wydobył ją z kryształu. Miała rany i połączenia, ale nie stała się jeszcze częścią budowli. Nie została jeszcze strawiona w pełni. Nie wiedział ile z niej zostało. Może nie była już sobą?
Kryształ opróżniał umysły ludzi. Inni pokonani zmienili się już do postaci mazi, która spływała kanałami w dół do ukrytych komór. Ich świadomość na szczęście nadal trwała. Czym się stawali z czasem? Informacjami i energią?
Przyglądał się Karr. Czemu ona nagle stała się dla nich cenna? Coś się w niej zmieniło w czasie wejścia do budowli?
Karr otworzyła powoli oczy. Spojrzała na niego ze dziwieniem.
— Co się stało?
— Przegrałaś.
Była coraz bardziej zdziwiona.
— Pamiętam, że umierałam. Myślałam że kryształy mnie zabiły… Nie mogłam się ruszyć, bo przebiły mnie igły… Kryy ukarały mnie… za coś.
Spojrzała na niego ze strachem i bezradnością.
— Odrzuciły mnie, ale to nie ma sensu…
— One zaczęły cię trawić.
Karr skrzywiła się i skuliła.
— Nie powinny, ja nie byłam godna…
— Uznały inaczej.
Karr spojrzała na niego z niepokojem.
— Dlaczego żyje? I co ty tu robisz?
— Złamałem święte prawo.
Była zaskoczona.
— Dla mnie?
— Na to wychodzi.
— Jak tu trafiłeś?
— Domyśliłem się co się stało.. Dzikuska przyszła na statek przebrana za ciebie. Miała twoje ubranie i broń…
— Jak to możliwe?
— Nie wiem.
— I co się potem stało? Ktoś zauważył że to nie ja?
Pokręcił głowa.
— Dzikuska walczy teraz zamiast ciebie.
— Dlaczego?
Wzruszył ramionami.
— Została wybrana.
— Ale… dlaczego?
— Nie wiem.
Uwolniona z kryształu księżniczka usiadła obejmując ramionami kolana. Jej kształt w krysztale powoli się zapełniał.
— Czułam się jak sparaliżowana.
— Wiem…
— Słyszałam kogoś… pytał mnie o wiele spraw… Co to było?
— Stara świadomość. Jedna z wielu…
Patrzyła na niego z niedowierzaniem.
— Czego one chcą?
— Nie wiemy.
— Wy czegoś nie wiecie? — spytała z kpiną.
— Niektórych rzeczy o przeszłości i budowlach nikt nie wie…
O pewnych sprawach nie chciał jej mówić. Nie rozumiała by ich. Nawet jego napełniało to przerażeniem. Olbrzymie struktury kryły coś, czego żaden człowiek by nie zaakceptował. Mimo to strażnicy musieli jakoś funkcjonować. Czasem zmuszał się by wypełniać niektóre zadania.
Karr dotknęła ostrożnie kryształową ścianę obok siebie.
— Ale wiesz czym one są?
Powoli skinął głową.
To były stare historie, przekazywane ustnie z pokolenia na pokolenie. O tym co się działo na świecie. Ofiary potrzebne by coś zaspokoić. Wcześniej coś polowało na ludzi. Budowle, mury i wieże rosły dzięki ludziom. Czym to wszystko było? Tworzącą się siecią nowej istoty? Czy mógł jej to zdradzić. Tak wiele już złamał zasad.
— To maszyny starożytnych.
— Maszyny?
Potwierdził.
— Są małe i tworzą co tylko zechcą. Są wszędzie wokół nas. Wchłaniają ludzi gdy muszą coś stworzyć.
Zaczęła dygotać.
— Po co to robią?
— Nie wiemy.
Spojrzała na niego zaskoczona.
— Te wszystkie ofiary są na nic…
— Chronią nas.
— Przed czym?
Czy mógł jej to powiedzieć? Cyz to miało jeszcze znaczenie? Wybrał wyjście pośrednie.
— Może przed nami samymi.
— I udało im się?
— Przeszłość była inna niż wszyscy sądzą. Ludzie byli bezmyślni. To maszyny robiły za nich wszystko. Doprowadzili do wojny, wyniszczenia planety… prawie zniszczyli samych siebie…
Spojrzała na niego z uwagą, jakby sprawdzała czy nie żartuje z niej.
— I co teraz? Wracasz na statek?
Zaprzeczył.
— Złamałem przysięgę. Nie mogą wrócić do mojego starego życia.
— Żadne z nas nie może — powiedziała cicho.
— Jesteśmy razem i możemy tylko iść przed siebie.
— Gdzie?
— Nie wiem. Coś znajdziemy…
Uśmiechnęła się niespodziewanie.
— Nie wiedziałam, że jesteś takim optymistą…
— Bo nie jestem. Musimy się wydostać z budowli nim ktoś nas tu zauważy.
— Zimno mi…
Podał jej kilka prostych kawałków materiału, z których mogła stworzyć dla siebie strój. Okryła się krótką tunikę, a pasmami tkaniny by osłoniła stopy i dłonie.
— Jak stąd wyjdziemy?
— Znam drogę.
Ruszyli w drogę powrotną. Towarzyszył im wysoki nieprzyjemny dźwięk.
— Co to za hałas?
— Nie mam pojęcia.
Buczenie narastało z każdą chwilą.
— To coś nowego… nawet dla ciebie?
Potwierdził. Nie był pewny czy uda mu się ich ocalić. Poczuli wstrząsy, a potem zauważyli pęknięcia w konstrukcji.
— To nie zapowiada niczego dobrego.
Zaczęli posuwać się tak szybko jak mogli, a potem, gdy opuścili tunel, biec.
Gdy byli daleko od budowli bezpieczni, odwrócili się i ujrzeli, że coś się wyłania z budowli. Przerażające istoty rosły i zmieniały się na ich oczach.
Był zadowolony, że wydostali się z budowli na czas.
— Wszystko zniszczone… To przez nas? — spytała.
— Chyba nie.
Spojrzał w kierunku widocznego z daleka srebrnego statku.
— Walka się zaczęła…
— Co?
— Zaczęła się walka dzikuski — powtórzył.
— A co to ma za znaczenie… — powiedziała z irytacją. — To już nie nasza sprawa. Prawda?
Nie odpowiedział jej. Wpatrywał się w odległy statek i budowlę. Coś zaczynało się tam dziać.
Obserwacja z daleka była utrudniona, ale i tak dostrzegł kule ognia, która błyskawicznie pochłonęła budowlę i statek nad nim.
Księżniczka złapała go za ramię.
— Wszyscy zginęli? — wyszeptała Karr.
Czarny wybuch rozrywał kryształy.
Trudno było mu w to uwierzyć. Na jego oczach działo się to co zapowiadano od dawna. Cykl dobiegł końca. Nowy porządek świata właśnie się zaczął. Prawdziwi Wyznawcy czekali na to od bardzo wielu pokoleń.
W powietrzu unosiły się drobiny kryształu, formujące się dziwne, obce kształty.
Zalała go fala strachu. Nie tego się spodziewał. Tajemnice i prawdy w które wierzył, nagle zniknęły. Widział, że coś jest inne niż mu mówiono.
Wybuchy wciąż rozrywały czarne kryształowe budowlę i ziemię wokół nich.
— Widowiskowe… ale co to jest? — spytała cicho Karr.
Milczał. Był wstrząśnięty. To co powstaje nie powinno było nigdy zaistnieć. Wierzył, że ze zniszczenia wyłonią się istoty, które ocalą ludzi i świata. Nic takiego się nie stało.
— Tamci ludzie zginęli? — spytała znowu Karr.
— Tak.
Trudno było uwierzyć w to co widzieli z daleka.
— Uniknąłem śmierci. Tak jak ty…
Czuł, że coś rodzi się. Przekształca w kierunku, którego nie przewidywał.
Ujrzeli tłumy biegnących ludzi. To była ucieczka, czy podążanie za wielkimi istotami.
— Na co oni liczą?
— Nie wiem…
Nie podobało mu się to.
— Nie wiadomo co oni zrobią…
Reakcje ludzi były nieprzewidywalne. Nie tego się spodziewali. Wtajemniczeni byli by zdruzgotani.
— To nie tak miało być — wyszeptał.
— Co teraz zrobimy?
Wyprostował się.
— Muszę wiedzieć co się teraz stanie.
— Ale to niebezpieczne.
— Wiem. Ale muszę… a ty się schowaj gdzieś.
— Idę z tobą — powiedziała spokojnie.
Obserwowali poczynania nowo narodzonej istoty. Podążali za nią w bezpiecznej odległości.
— Co ona robi?
— Nie mam pojęcia.
Czuł się skołowany. To nie tak miało być.
Istota wchłaniała części budowli, resztki przeszłości.
— Tam są inni! — krzyknęła nagle Karr, wskazując czarna kropkę na horyzoncie.
— Nie powinno ich być…
— Powstaje nowy gatunek…
To się nie zgadzało. Czyżby wcale nie wiedzieli wszystkiego o planie starożytnych? I nie znali całej prawdy?
Wiedział co powinno się wydarzyć. Zaczął biec.
— Musze coś sprawdzić — rzucił za siebie.
Ruszyła za nim.
— Co sprawdzić?
— Jakie formy przybiorą…
— Co to znaczy?
Nie tracił czasu na wyjaśnienia, tylko biegł.
Z daleka dostrzegał ruch. Budowle przekształcały się na ich oczach. Przechodziły do kolejnego etapu planu starożytnych? Na pewno traciły swoją twardość. Upodabniały się do form życia organicznego. Do drzew i ogromnych meduz.
Spod ziemi, kamieni i piachu wyłaniały się przedziwne gigantyczne twory. Niepodobne do niczego co znali, miały płynne, czarne kształty. Niektóre w kształcie jaj, inne podobne do wielkich kwiatów, owadów, gadów i ptaków, które wyginęły przed wiekami.
Co stanie się gdy plan przejdzie do następnego etapu? On tego nie wiedział. I chyba nikt inny. A to znaczyło, że nikt nie był na to gotowy.
Wyczuwał rosnące ciśnienie. Zaczął się kolejny proces. Tworzenie energii w bardzo długim cyklu dobiegło końca. Nie chodziło tylko o przetwarzanie czegoś, by użyć to na nowo. To było coś o wiele więcej.
Zastanawiał się jak tak czarna istota widzi świat. Co wie o planie starożytnych. I tego jak on przebiegał.
Uświadomił sobie nagle, że plan musiał być z czasem modyfikowany. Co dzięki temu zyskano? Czym będzie kolejny, nowy etap planu?
Co stało się możliwe? Przestrzeń i energia zlewały się ze sobą. Istota chłonęła to co się do niej zbliżyło. To była całkiem nowe istota. Jakie miała możliwości? Chciał ją zrozumieć. Odkryć jak i z czego się narodziła. Oraz czego chce.
To były świadome kryształowe istoty nowej generacji. Czy ona chciała tworzyć czy niszczyć? Do tej pory budowała samą siebie. Co się stanie jak zakończy ten etap?
Stwory nagle zaczęły ze sobą walczyć. Pochłaniać słabszych. Trudno było mu w to uwierzyć.
— Ktoś nad nimi panuje? — spytała Karr.
Milczał długo.
— Nie, nikt. Są poza kontrolą.
— Co zrobimy?
— Nic nie możemy zrobić — powiedział powoli.
Wiedział co jeszcze się nie ujawniło: ani monolity, ani prastare podziemne istoty, z którymi mieli walczyć ich obrońcy. Były jeszcze, zapewne już pełne, magazyny energii. Jak coś w nich dorastało i dojrzewało dekadami. Wieki przygotowań dobiegły końca. Skończyło się czekanie. Nastał czas stawania się.
Ziemia obok muru zadrżała i otworzyła się.
Ujrzeli maszyny przesiewające ziemie. Szukały metali. Zadowalały się złomem. Zbrojami. Metalowymi i ceramicznymi skorupami. Martwe i zepsute mechanizmy lądowały na wielkim stosie. Coś składało je do kupy.
Dziwił się co z nich powstaje. To było życie. Nowe i pełne dzikości, siły i świadomości.
Trwało wielkie sprzątanie. Przyśpieszona przebudowa świata. Tworzyli nowe drogi dla siebie.
— Co tam powstaje?
— Ich nowe miasto i drogi…
— Po co im to?
— Będą budować.
— Ale co?
— Nowy świat.
— Dla nas?
Powoli pokręcił głową. Kazali mu w to wierzyć, ale teraz zwątpił.
— Zostanie dla nas coś?
— Nie wiem…
Czuł przygnębienie i żal.
Działo się coś jeszcze. Filtry działały jak nigdy do tej pory. I zmiany były błyskawiczne. W oddali ujrzeli czysty horyzont.
Jeszcze nigdy nie widział tak intensywnych kolorów. Patrzenie na nie aż bolało, ale nie chciał odwracać wzroku.
Nowa istota powoli szła przed siebie.
— Gdzie ona idzie?
— Nie wiem — powtórzy po raz kolejny.
Do tej pory miał pewność. Wiedział co się wydarzy. Śnił piękny sen o dobrej przyszłości. O naprawieniu krzywd.
Prawda okazała się zupełnie inna.
Coś jednak powstawało. Piękne nieskażone krainy. Tam było wszystko co dobre. Wiatr, który nie zabija, niebieskie niebo, czysta woda. Tam mogło na nowo powstać życie.
— Nie możemy tu zostać.
Szli w kierunku czystej ziemi.
— Życie tu mogło być dobre.
— Wszystko mogło być tam dobre.
Zastawiał się czy wie co się dzieje. Czy to właśnie raj powstaje na czystych terenach? Miejsce gdzie zamieszkają nowe gatunki i nowe życie? I gdzie powstaną nowe pierwiastki?
Rodził się nowy lepszy świat, czy wręcz przeciwnie? Nie potrafił zdecydować.
Nagle kolos zaczął się rozpadać i dzielić. Karr wzięła go za dłoń. Pomogło mu to uporządkować myśli i wyciszyć emocje. Przynajmniej byli razem.
IV
1.
Orfann kręcił i potrząsał głowa, bo otaczała go kakofonia głosów. Nie mógł się do nich uwolnić. To on był tam najstarszy. Powinni go słuchać i milczeć, ale tak nie robili. Wydawało im się że znaczą więcej niż on, a nic nie rozumieli. Śnili od dawna niekończące się sny. Czyste absurdy i mrzonki, które go złościły i męczyły Tolerował to. Musiał znosić. Czekał, jak reszta, na swój moment.
Byli we wnętrzu ogromnego kryształu pełnego plam światła i cieni. Nie pamiętał jak się tam znalazł. Jak przez mgłę pamiętał co było wcześniej.
Jedno wiedział na pewno. To on znał cały plan i pilnowało go. Byli też inni, ale ich rola była inna. Dzielili wizje i przestrzeń. Podtrzymywali tradycję. Takie było ich zadanie. Z czasem tłoczyli się coraz bardziej. Przeszkadzali mu. Starał się od nich odsunąć, ale nie czuł swojego ciała, tak jak kiedyś. Było obce. Zapomniał jak nim poruszać. Musił tkwić nieruchomo i zgadzać się na swoją niewygodę.
Długo był tylko rosnący ścisk i bezruch. Miał nadzieję że to nie będzie trwać bez końca. Chciał zmiany, a mimo to wybuch zaskoczył go i wstrząsnął nim. Ogień przeraził go, a fala zmusiła by się przesunął. Zyskał odrobinę swobody.
To był początek przemiany. Zaczał się podział. Faza, która miała wyłonić to co najlepsze, najsilniejsze, najsprawniejsze.
Inni nie rozumieli co powstaje. Tego że byli segregowani i oceniani, tak szczegółowo jak nigdy wcześniej. On obserwował ich. Budził się z letargu. Niepokoił go to, że nie poznaje go. Był kiedyś inny. Co go tak odmieniło? Czy nadal był po jego stronie? Miał wątpliwości.
Początek był prosty. Symulacja, wyliczenia i pierwsze testy. Nie wszystko poszło dobrze, ale widzieli nadzieje i to ich napędzało. Mogli wszystko uratować. Kontynuowali prace.
Wojna była koszmarem i pomyłką. Katastrofy sabotażem i zemstą wrogów. Plan przebudowy i udoskonalania świata musiał stać się planem odbudowy. Poprawki nanosili na szybko. Dawali z siebie wszystko. Liczyli na tak wiele.
Niewiele już im zostało. Trudno byłoby opisać zrujnowaną ziemię. Zniszczoną przez wojny i kataklizmy. Pamiętał czarne połacie ziemi, wypalone lasy, zrujnowane miasta. Dym i suchy, martwy wiatr. Już nic nie chciało rosnąć na wyniszczonej Ziemi.
Wybrali miejsce na zaczęcie projektu. Nikt nie chciał tam mieszkać. Od nich zależało wszystko. Potem były długie męczące narady. Wiedzieli co jest niemożliwe, niewykonalne. Pomógł im epokowy, przełomowy wynalazek. Odkrycie, które ratowało życie na ich planecie. I od tego się zaczęło.
Kłócili się jaki powinien być ich świat. Ciągle wracał do niego rejestr wymarłych gatunków. Zniknęło ponad 99% gatunków żyjących na ziemi. To nie było istotne. Mogli je kiedyś odtworzyć. Mogli też stworzyć coś całkiem nowego. Fascynowało go to.
Teraz znowu był podekscytowany. Tak długo czekał. Wiedział co się musi zdarzyć.
W końcu zaczęło się. Inni ludzie znikali jeden po drugim. Rozpływali się. Przekształcali się w energię i budulec. Zapanowała cisza i otoczyła go pustka. Przez chwilę był zadowolony, ale potem poczuł się samotnie. Chciał by już wszystko się skończyło.
Powoli otaczała go czerń, która znieczulała i usypiała go. Powinien się potem obudzić odświeżony i potężny jak nigdy wcześniej. Poddał się tej pozornej śmierci, bo był pewnie, że potem zmartwychwstanie. Otoczył go ocean nicości.
2.
Budził się powoli z ciemności. Zaskoczony tym co czuje i doświadcza. I nad czym panuje. Doświadczał niewyobrażalnych wcześniej wolności i ogromu. Oraz całkiem nowych możliwości. Wielkość była mu pisana. Jego nowe ciało było gigantyczne. A jego nowe zmysły wykraczały daleko poza nie. Powodowało trzęsienia ziemi gdy kroczyło. Był tym zachwycony. Musiał jeszcze tylko zrobić porządki.
Wiedział jaki był plan. I miał świadomość, co poszło w nim nie tak. Zarodki umierały. Nie miały w sobie życia. Musiał przejść do plany awaryjnego.
Czy mógł coś ocalić z pierwotnego planu? Zaczał szybko sprawdzać stan obecny. Było gorzej niż oczekiwał. Cofnęli się do tego co było wcześniej. Czy to czego pragnął i co zaplanowano było jeszcze możliwe? Przebudowa ludzkości i świata musiała się dokonać. Zmiana po której będą doskonalsi, odporniejsi i silniejsi, mogła się dopełnić. Oni będą inni. Staną się hybrydami. Nowymi istotami wolnymi od ludzkich ograniczeń. W najmniej optymistycznej wersji zdarzeń, ludzie mieli wyginąć zwalniając miejsce dla nowego życia. Do tego nie chciał dopuścić. Prawda o czymś była przerażająca. To by była porażka. Uznał iż to dobrze, że nic nie wyszło z pewnych planów ludzi. Zmiana była konieczna.
Musieli poszukać alternatywy. Wykorzystali to co było dostępne. I pod ręką.
Wchłonięci masowo ludzie, byli już bazą. Każda kolejna katastrofa odbierała im szanse na życie jakie znali. Musieli się dostosować. Niektórzy z nich mogli odrodzić się jako bestie. Czy tego chciał? Świadomości i instynkty wojowników mogły się przydać. Wchłaniani i zespalani byli poprawiani. Byli starannie wybierani by wykonywać polecenia i śnić niekończące się seny. Dzielili wizje i rozkazy. Byli bardzo przydatni. Pomagali zachować kontrolę.
Mieli też inne narzędzia. Zakon oraz maszyny. Były też bestie kryształów, powstałe z fuzji kryształów i ocalałych z katastrof zwierząt. Zespolone zwierzęce ukrywające się giganty miały swoje zadanie. Stworzone z czegoś co do tej pory nie istniało, wpływały na wszystko. Odmieniając coś na zawsze, pracowali na ich przyszłość. Wykorzystując obecne życie by przygotować środowisko na nowe życie. Wchłaniając energia i życie powiększali się i przekształcali.
Kroczący gigant napotykał się na ostatnie maszyny z przeszłości.
Co nimi teraz kieruje? Przetrwały i pracowały przez wieki. Kryła się w nich wiedza, którą ukrywano od bardzo dawna. Dziwna technologia, o której wiedzieli nieliczni. Wiedział skąd się wzięła. Stał za nią złodziej i oszust. Wykorzystał patenty umierającego geniusza, który wiedząc, że dzieło jego życia zostanie wykorzystane do zarabiania stworzył coś na czym nikt nie umiał zapanować. Genialny wynalazca, który starał się uratować ludzi, choć ci byli skazani na zagładę. Stworzył maszyny, które tworzyły jedzenie z powietrza. Oraz ubrania i narzędzia ze śmieci i tego co udało się maszynom znaleźć. To na czym mu zależało było zupełnie bez sensu. Wierzył w zapewniania i szanse dla ludzkości. Maszyny pracowały po swojemu. Złodziej widząc na co się zapowiada, zabrał to co mu się udało i uciekł gdzieś gdzie spokojnie żył i umarł. Maszyny pracowały dalej. Nie dawało się ich zatrzymać. Ludzie mieli wybór. Nie chcieli się do nich przyłączyć. To była przeszkoda. Ingerencja w to co miało się stać. Geniusz i jego prognozy przyszłości były inne niż ich. Starał się im przeszkodzić, ale i tak to oni wygrali.
Przetrwali do końca cyklu. Ten etap planu się zakończył. I choć jeszcze to nie był nowy początek, to już teraz tworzył się nowy porządek. Zasady, które zostają ludziom narzucone, już nie mogły być ignorowane. Nie mieli wyboru. Coś co powstaje odbierze im wszytko. Zajmie ich miejsce.
Niedobitki ludzkiego gatunku stały się im przeszkodzić. Słyszał głosy ludzi, a nawet ich myśli.
— To potwory. I jak sobie z tym poradzimy?
— Zniszczmy je.
— Czym? Nie mamy broni…
— Znajdziemy broń starożytnych.
— Jej już nie ma.
— Musi gdzieś być.
On wiedział gdzie są stare magazyny z bronią i sprzętem. Żyli nadzieją, którą należało im odebrać. Polował na nich za pomocą małych obiektów, które wcześniej zbierały do niego informacje. Ci którzy ocaleli i przetrwali wszystko, byli jego celem. Przeszkadzali mu. Nie mieli znaczenia. Nie byli mu już potrzebni, miał najlepsze próbki i geny. Mógł zacząć od nowa.
Czasem ścigał i rozdeptywał ich. Wyciszał hałasy jakie tworzyli. Porządkował wszystko. Ludzie znikali. I te zmiany były konieczne. Wiedział dokładnie jak teraz ma wyglądać nowy lepszy świat. Nie było sensu cofać się ani zachowywać tego co było. Był konstruktorem i twórcą nowego świata i podobało mu się to.
Po jakimś czasie wyczuł czyjaś obecność, zauważył rozmazaną postać i cień. Co to było? Nie potrafił tego określić. Ignorował wątpliwości. Skupiał się na swoich zadaniach.
Szło mu sprawnie. Potrafił planować i realizować swoje plany. Z czasem powoli uświadomił sobie, że to jeszcze nie koniec. Czegoś brakowało. Były miejsca, do których nie miał dostępu. Wszystko przebiegało inaczej niż kiedyś zakładał.