E-book
13.65
drukowana A5
65.69
Quo vadis — wiek XX

Bezpłatny fragment - Quo vadis — wiek XX


Objętość:
403 str.
ISBN:
978-83-8104-082-2
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 65.69

Nad wzgórzem unosiło się gniewne kłębowisko chmur, rzekłbyś tak ciężkich, jakby cały nieboskłon spaść miał na Ziemię, wypluwszy przedtem z siebie ocean wody, by zatopić to, co było pod nim. Niebo zdało się ważyć aż tak, jakby pociągnąć miało za sobą i ten ogromny Kosmos, niewidoczny za dnia, gdy wreszcie runie na upodloną grzechem człowieczym skalistą krainę Judei.

A jednak zaledwie błysnęło i grzmotnęło z chmur parę razy i ziemia się tylko zatrzęsła. Widać Bóg pochylił się aż tak, że był teraz Sam pod nieboskłonem i w ostatniej chwili, siłą Swojej Woli powstrzymał olbrzymią katastrofę! Znów okazał potęgę Swojego MIŁOSIERDZIA, bez którego nie byłoby w tym miejscu już nic i nikogo, ani teraz, ani przedtem, ani tym bardziej w przyszłości.

Litował się bez granic, On Sam w ludzkiej postaci, umierając…


Zapisane było w Księgach: „Do swej własności przyszedł, ale swoi Go nie przyjęli”. Grzech człowieczy wbił więc w tym miejscu trzy drewniane krzyże w skałę. Jeden dla złoczyńcy bez wyrzutów sumienia, drugi dla złoczyńcy z poczuciem winy, a trzeci…, O ZGROZO!!! — DLA SAMEGO BOGA!!!

I właśnie dla tego, co stało się wówczas, ludzkość potrzebowała tyle Miłosierdzia, tyle Wybaczenia i tyle Poświęcenia, wypływających przecież z Bezinteresownej Miłości, ile nigdy przedtem!!!

Bóg cierpiał więc i umierał, i litował się zarazem, by przed chwilą śmierci, którą Sam pierwszy raz pokonywał dla wszystkich ludzi, wypowiedzieć najważniejsze we wszech historii Przebaczenia słowa: „Ojcze wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią.”

I tak oddzielił się Duch od Ciała, które i w Duchu miało Swój początek, tym razem jednak nie po kres dni, lecz na chwilę tylko, by ostatecznie Odkupić, by zaświadczyć, że Przebaczenia i Miłości nigdy nie będzie końca. Przebaczenia i Miłości potrzebowały pokolenia minione i to, które krzyżowało Pana oraz potrzebują Ich następne miliardy istnień ludzkich przez następne tysiące lat. Póki Bóg nie powie: „Jest was już wystarczająca liczba”. Chyba, że zapisał już człowiekowi nieskończoność narodzin — znowu właśnie z Miłości do tej istoty śmiertelnej, która jest z Niego.

Syn Najwyższego odwiedzał jeszcze Ziemię, aby wzmacniać Wiarę swoich uczniów, by przekazali Prawdę o Nim i o Jego Zmartwychwstaniu, o Jego Przebaczeniu, bez których świat straciłby swój sens. Ostatecznie opuścił Ciałem ludzkość do tej odległej chwili, której datę zna tylko On i Jego Ojciec, kiedy miliardy zbawionych istnień zawołają razem: „Gloria! Gloria! Chwała Panu Wszechmocnemu, chwała Jego Miłości i Jego Wielkiemu Miłosierdziu!”


Miłość Boża pozwoliła przetrwać istocie rządzącej planetą, (bardzo małą wobec potęgi i różnorodności Wszechświata), przez następne wieki wojen i niesprawiedliwości. Wieki ciemnoty, nieuświadamianej pogardy dla Praw Stwórcy i kultywowania zła z wyboru jednostek i z wyboru całych społeczności, czerpiących z tego kultu doczesną korzyść.

Wybitne postaci w każdym pokoleniu poszukiwały Prawdy o świecie, a były wśród nich osobowości bardzo prawe i mądre, którym Duch podpowiadał drogę właściwą. Zostawiały po sobie spuściznę, której gdyby następne pokolenia okazywały należyty szacunek, doceniały jej wagę, masowo studiowały ją i pielęgnowały, to cywilizacja ludzka nie byłaby tak błądząca i tak bezlitosna sama dla siebie. Bo z reguły władzę w ziemskich królestwach sprawowano w sposób wyjątkowo okrutny, drwiono ze sprawiedliwości „słabych”, czyniono wszelką podłość podwładnym i sąsiadom.

Wraz z postępem homo sapiens odkrywał mechanizmy ułamka Bożego Stworzenia, nazywał każdy napotkany element Dzieła Stwórcy po swojemu, wyznaczając nowe prawa fizyki, matematyki, biologii, chemii, medycyny i innych jeszcze określonych przez siebie nauk, robił to aż z takim zapamiętaniem, że zdało się mu, iż wie już niemal wszystko i że zatem Wiara może nie być już do niczego potrzebna. Zdało mu się, że zastąpi Ją rozwojem nowożytnej nauki i TECHNIKI oraz jego własnym, ludzkim poglądem na kształt praw, które powinny stanowić o porządku świata. Aż nadszedł ten moment, kiedy człowiek nadał też imiona tym poglądom, w które uwierzył: były to komunizm i faszyzm, a po nich jeszcze relatywizm i liberalizm.

Dyskusjom i wymyśleniom ludzkim nie było więc końca. Upadał świat bogatego blichtru, bezgranicznej pychy i samo wywyższenia, wielowiekowego kłamstwa o wyższości „błękitnej krwi”. Świat, w którym tak niewielu pławiło się w dostatkach, kosztem milionów żyjących w ubóstwie i wyzyskiwanych oraz pozbawionych szansy na lepsze jutro. Zmiany musiały więc nadejść. Nikt nie przypuszczał jednak, jak dalece ludzkość pomyli się w wyborze dróg, które miały poprowadzić ją do owych zmian. Kolejny więc raz szafarze losu mieszkańców Niebieskiej Planety nie oparli budowania cywilizacji na Świętych Księgach.

I tak istota śmiertelna doszła do WIEKU najwymyślniejszego ukrzyżowywania Pana wciąż na nowo, i na nowo…, i na nowo…, i na niespotykaną dotąd w dziejach skalę…!!! :

Rekrut

Oto utkwiliśmy w tym okopie całkiem chyba na wieczność, nie wiadomo dlaczego nie zmieniają nas od kilku dni. Dowódca, zimny i stanowczy służbista, wychudzony drań z zapadniętymi policzkami, stał się jeszcze bardziej odpychający. Unika bliższej znajomości z kimkolwiek z nas, niczym zarazy; przecież przyszły trup, to trup i tyle…, po co więc komu dbać o stosunki z trupami? Nie powiem, jednak nasz kapitan jest ogólnie uczciwy, postępuje z nami w porządku, niczego nie udaje, nie zafałszowuje brutalnej rzeczywistości, nie oszukuje żołnierzy i nie wmawia im, iż w większości wyjdą żywi lub bez okaleczeń z tej całej, wojennej jatki. Nie dokarmia również mojej, być może fałszywej nadziei na powrót do domu.

Dźwiganie ciężaru współodpowiedzialności za śmierć wielu z nas nie może być łatwą sprawą dla naszego kapitana. Lepiej jest — o tak, z pewnością znacznie lepiej jest, kiedy spogląda on z dystansem na te ogromne rzesze ludzkie przewijające się przez krwawy front, psychika pryncypałów ważniejsza jest przecież od psychiki podkomendnych, bo gdyby było inaczej, któż byłby w stanie dowodzić nami z jakimkolwiek „rozsądkiem”? Zatem jeżeli wszyscy mamy ginąć w pewnym „porządku”, jeżeli i zaplecze frontu ma również jakoś funkcjonować, to nie może liczyć się pojedynczy człowiek, nie mogą liczyć się przynajmniej ci żołnierze najniżsi rangą. Bezpieczniej jest i sprawniej dla całego procesu frontowej śmierci, aby dowódca nie kojarzył fizjonomii tysięcy mężczyzn, co zresztą byłoby niemożliwym nawet przy ogromnej skali tej wojny, przy olbrzymiej wręcz rotacji istnień ludzkich, pojawiających się niczym znikąd i kończących swoją życiową przygodę w drewnianych skrzyniach. Po co jednemu człowiekowi znać twarze tak licznych obcych, dość, że dowódca musi mieć styczność z ich nazwiskami i z imionami, oczywiście nie inaczej, jak z tego cholernego obowiązku, więc kapitan wykonuje rozkazy i wypisuje setki imion i nazwisk dziennie, w owych przekonujących listach, w tych listach wysyłanych do rodzin żołnierzy, których absolutnie nikt wolałby nigdy nie dostać. Donosi się tam z linii frontu, iż młodzi chłopcy, iż dojrzali mężczyźni, często głowy wielodzietnych rodzin, zginęli śmiercią bohaterską oraz niby to w poczuciu dzielnie wypełnianego obowiązku wspaniałych patriotów.

A zatem, skoro ten drań, nasz kapitan, rzadko nas obecnie dogląda i aż tak usztywnił się, że nie da się z nim nic a nic normalnie pogadać, jest bardzo zasadniczy nawet dla mnie, chociaż poznaliśmy się przecież przed kilkoma miesiącami i przeszliśmy wspólnie niejedno (czasem pomagałem mu nawet w tej papierkowej robocie), to niestety wyczuwam to najgorsze, iż głębszą tajemnicą jest i również odleglejszej jeszcze przyszłości, kiedy nas wreszcie zmienią.


Oto ponad naszymi głowami roztacza cię cała ta groteskowa rzeczywistość, połamane drzewa pochylają się mocno, jakby same chciały schować swoje korony, tam gdzie i my, wciąż żywi, chronimy się przed masakrą (dziwne, bo przecież już jej nie przetrwały, doleciały tu z pobliskiego lasu trafione wybuchem), depczę więc i ja po resztkach ich korzeni, po zwęglonych gałęziach, spoglądam nie raz przez te małe szybki maski przeciwgazowej na ciągnący się w nieskończoność ów kręty korytarz, czasem w nim stoimy, czasem siedzimy, czasem, kiedy jest spokojniej, odkopujemy go na nowo, jemy też w nim i ostatnio nawet zdarza się nam załatwiać tutaj potrzeby (do ogromnego wiadra i bez fekaliów cholernie ciężkiego — skąd u licha ktoś wytrzasnął tak ogromne wiadro???), rozmawiamy tu i o tych najzwyklejszych sprawach, nie związanych ani trochę z potworną wojną, czynimy to, żeby odreagować w przerwach pomiędzy atakami, inaczej i najtwardsi z nas, ci nawet najbardziej doświadczeni żołnierze, którzy jeszcze przetrwali, również zbzikowaliby. Patrzę więc, póki żyję, jak koledzy moi umierają w tym „naszym” okopie lub pomiędzy nim, a rozciągającą się nieopodal linią wroga (z każdym dniem ubywa kogoś, kogo kojarzyłem jeszcze ze szkół, albo z podwórek naszego miasta, które oddalone stąd, zauważa już pewnie utratę nawet tych nie znanych powszechnie obywateli), korytarz wykopany jest głęboko, wzmocniony jest też potężnymi blokami betonowymi, żebyśmy mogli próbować chować się w jego ścianach przed tą ciężką śmiercią, która — podła ladacznica — jakoś nie chce oszczędzić tak licznych z nas. Kulę się więc w sobie również i ja, tak, jak tylko potrafię, wśród owych konstrukcji z betonu i jeszcze z grubych desek, wówczas kiedy jest najgoręcej, kiedy ponad moją głową trzęsie się od wielkiego zgiełku bitwy złowroga pajęczyna ostrych bezlitośnie drutów zagradzających.

Błotnista, brązowa ziemia i piasek wciskają się w każdy zakamarek naszych sztywnych mundurów, drapiemy się więc co rusz to tu, to tam, chociaż zdawałoby się, że już same wszy i te szczury chodzące po nas nocą, powinny uodpornić skórę na dokuczliwe swędzenie. Drapiemy się więc nie patrząc na nasze ciała, robimy to odruchowo i mechanicznie, próbujemy skupić się w tym czymś gumowym, czego ciasnota szczególnie dotkliwa jest na skroni, bo żyły puchną nam tam okrutnie (chcą wręcz eksplodować!), ze śmiertelnego zatem przymusu tkwimy więc często w tym czymś gumowym na twarzach, ograniczającym całe nasze postrzeganie świata. I prawie nie widujemy, podczas ataku wroga, błękitu nieba usianego wiszącymi na uwięzi balonami (widać ten dziwny spektakl wyraźnie za dnia, kiedy czasem artyleria milczy) i ledwie udaje się nam zważać zza tych okrągłych i małych szybek, co robią własne dłonie, bardziej w największej trwodze polegamy na wyczuciu palców, na pamięci czynności, których dowódca i nieżyjący już towarzysze broni nauczyli nas wcześniej, czynności, które mamy wykonywać zawsze i jak najsprawniej, żeby przetrwać i żeby mścić się za każdą kulę i za każdy granat gazowy, które wróg posłał w stronę naszych linii.


Oto więc kiedy pojawia się ta trucizna, to myślę sobie zaraz, zaraz w sobie dedukuję, że ten świat, który mnie właśnie otacza, ten świat, widziany przez szybki mojej ciasnej maski przeciwgazowej, maski skazańca, wygląda całkiem idiotycznie. Oto brzmią też całkiem głupio i całkiem nienaturalnie, brzmią groteskowo te wszystkie wrzaski żołnierzy, te strzały pojedyncze i serie całe z kulomiotów, i te głuche eksplozje, nasza rzeczywistość świszczy dookoła w przerażający sposób, bo jest i tak, że na co dzień, czyli każdego zwykłego dnia w normalnym świecie, kiedy człowiek nie ma cuchnącej gumy zaciśniętej na twarzy, otacza go spokój, najczęściej cisza gra mu w uszach, a bywa wówczas i tak, że gdzieś na otwartej przestrzeni człowiek słyszy chociażby śpiew ptaków lub dochodzą do niego głosy bliskich, głosy dobrych znajomych, z którymi uwielbia człowiek zwyczajnie przebywać. Bo jest i tak, bo i owszem, że słyszy się przecież nie raz ten wspaniały zgiełk czasu pokoju, kiedy dla przykładu gra się ze swoimi dziećmi w szmacianą piłkę, kiedy robi się to razem z całą gromadą dzieciaków sąsiadów z dzielnicy — ot, w zabawie wszyscy krzyczą, rodzice i ich dzieciaki wołają: biegnij tu i podaj tam…! Wówczas też słychać przecież zgiełk i brzmi on dla nas kojąco, brzmi dla wszystkich dookoła całkiem naturalnie, bo jest to ów wywołany przez ludzi hałas moralnie usprawiedliwiony, harmider zdrowej rozrywki i przyjemnego przecież wysiłku, nie brzmi on więc nic przerażająco, jak brzmi cały ten piekielny zgiełk linii frontu!

Teraz to wokół mnie, dziennie po kilkakroć, całymi seriami, mieszają się ze sobą głuche huki granatów gazowych, z dźwiękiem gongów, z eksplozjami pocisków, rozpoznawalnych dla doświadczonego żołnierza względem kalibru, teraz to jesteśmy przyciśnięci do ziemi, do betonu lub do drewna, skuleni, z tymi założonymi na twarzach przeklętymi i błogosławionymi zarazem gumami, bo chcemy przetrwać, dociskamy zatem usta do zaworu, niczym wyrwana z wody ryba, łapiemy ustami zużyty kilkakrotnie oddech…

Wtedy dociera do nas najsilniej, jak wielką jest to paranoją, jak ogromne i niemal niewyobrażalne spotyka nas czyjeś świństwo, świństwo wynalazców, świństwo chemików, świństwo fizyków i fabrykantów, świństwo możnowładców i świństwo dowódców wojskowych, bo przecież ziemskie powietrze jest w swojej naturze, przyznać trzeba, jest na co dzień wspaniałe, jest świeże i jest kojące, i rześki ma ten swój zapach, nie wymaga od nas noszenia żadnych absurdalnych masek, utrzymuje nas i wszelkie czyste stworzenie przy życiu i dzieje się tak słusznie, bo gdyby miało być zatem inaczej, gdyby zaplanowano to dokładnie inaczej, że z założenia powietrze miałoby być dla ludzi trucizną, świat przecież wyglądałby zupełnie odmiennie. Pewnie nie byłoby w nim nas, zwierząt oraz roślin, a jeśli nawet jakimś cudem człowiek dotrwałby przez wieki, w tych skrajnych warunkach, dotrwałby czasów bestialskiej swojej, zaawansowanej techniki, to i nie poruszałoby nikogo noszenie tych karykaturalnych masek, śmierdząca guma byłaby wręcz w modzie, występowałaby pewnie nawet w kolorowych odmianach, damy przyozdabiały tę gumę w pióra, koronki oraz cekiny, perfumowałyby ją, przekonywałyby gentlemanów, jak tylko potrafiłyby, że pod gumą skrywają interesujące i piękne twarze, a i wszystkie z nich garbiłyby się zapewne od ciężaru noszonych na plecach zbiorników z cudownym, z wytwarzanym tylko przez człowieka i tylko w jego fabrykach — zdrowym powietrzem…

O tak, oto na co dzień nikt z nas absolutnie nie chodzi przygarbiony i ze strachem, do którego — co dziwne, człowiek potrafi przyzwyczaić się; nie nachylasz się więc, mój towarzyszu niedoli wojennej, niemal bez przerwy, tak jak robi się to tutaj, bo ja cały w zasadzie czas chodzę przygarbiony. Chcę też przecież uniknąć i choćby draśnięcia, a już z pewnością tej śmiertelnej kuli, kiedy ledwie kilkadziesiąt metrów stąd wróg tylko czeka, aż ktoś wystawi swój łeb z okopu. Na co dzień głowa każdego z nas nie jest też więc celem, w którym ktoś chce zrobić koniecznie przeklętą dziurę i nagle, i brutalnie, i niespodziewanie zakończyć człowiekowi ziemski byt.

Bo wyobraź sobie przyjacielu z czasu pokoju, że ktoś nastaje na twoje życie, poluje nieustannie na ciebie, chce skończyć z tobą skutecznie, raz na zawsze, a ty liczysz wciąż na to, wierzysz w to usilnie, jak zresztą wierzą gdzieś tam oddaleni od ciebie twoi bliscy, wierzycie więc razem mocno i stanowczo, i równolegle, chociaż przecież na odległość, że co, jak co, ale ty przetrwasz jakoś jednak tę okrutną, bezsensowną wojnę…!

Na co dzień, kompanie mój, nie zdumiewasz się w ten sposób, nie intryguje cię wciąż ta jedna, wciąż ta sama i bardzo natrętna myśl, że kawał świata pielęgnuje głupotę i zbrodnię, że część ludzi tarza się wręcz w głupocie i w zbrodni, skoro zabijają się oni nawzajem, ale gdyby ich zapytać, gdyby zadać większości z nich bardzo proste pytanie, dlaczego i po co to robią, nie padłaby żadna sensowna, żadna absolutnie przekonująca odpowiedź. Żadne obiektywne, całkiem dobre usprawiedliwienie…

Na co dzień też zatem nie powtarzasz krzykiem do kolegów owych groteskowych komend, gdy znowu zaczyna się całe to szaleństwo, kiedy ktoś po drugiej stronie rozkaże głupcom takim, jak my, ruszyć do szturmu, daje sygnał, by wystawić się po te śmiertelne dziury w głowach, po rany w piersiach, bo na co dzień nie jest w sumie tak łatwo wmówić trochę mądrzejszym — o tak: naprawdę odrobinę inteligentniejszym ludziom — że dać porozrywać sobie ciała, pourywać kończyny, jest ogromnym i patriotycznym zaszczytem…!

Cóż, tak to już jest, że na co dzień świat oszukuje głupszych z nas oraz tych pozornie mądrych i robi to z ogromnym nawet powodzeniem, czyni ten przebiegły fałsz już od bardzo dawna, bo od zamierzchłej przeszłości. Świat wzywa więc młodych i zdrowych mężczyzn do bohaterstwa, wysławia je, jako cnotę nad cnotami, zachęca do nadstawiania łbów, aby prędzej, czy później zarobili ową „zaszczytną” dziurę, z której wypłynie im mózg z krwią, albo nieco niżej — flaki z krwią, jeśli szaleństwo trwać będzie dostatecznie długo i jest tak na co dzień, że świat potwornie ich wszystkich, to znaczy absolutnie NAS WSZYSTKICH, bo też i żony nasze, i dzieci nasze, i całą resztę rodzin naszych i naszych prawdziwych przyjaciół — świat okłamuje! Nie opisuje przecież otwarcie i w szczegółach beczek owej rozlanej krwi, nie wspomina słowa o masie rozszarpanego mięsa, o smrodzie gnijących szczątków ludzkich oraz końskich, o pocie i o strachu, o szaleństwie rekrutów, o krzykach rozpaczy umierających, o ich okropnym wołaniu o ratunek, który niestety często nie nadchodzi…!

O tak, tak…, na co dzień świat panów, którzy mają nad nami władzę, nosi bardzo białe rękawiczki, nieprawdopodobnie mocno wybielone…! Na co dzień cały nasz świat jest przez to jakby nie do końca realny, jest on, człowieku, w gruncie rzeczy ogromnie zafałszowany, kłamie w żywe oczy naszych dusz z całkowitą bezczelnością, której czyjaś tymczasowa bezkarność dodaje odwagi! Choć tymczasowa, to i tak bezkarność ta jest dostatecznie długotrwała, żeby spróbować nam wszystkim odebrać bezcenne życie!

I ja zatem dałem się już oszukać, bo przecież tkwię w tym okopie broniąc ojczyzny, kiedy wydaje mi się, że wcale nie była zaatakowana, ale jej bronię, pomimo wielkiego pytania we mnie, dlaczego właściwie ta wojna wybuchła i kto ma w niej jakąkolwiek rację. Tak, tak — wiem, dyskutowałem na ten temat nie raz z nieżyjącymi już kolegami, dyskutowaliśmy w okopach i na tyłach linii, i podczas posiłków i przed snem…, gazety mocno rozpisywały się przecież o zamachu na owego arcyksięcia, ale przyznacie mi chyba rację, że mam wątpliwości i to całkiem spore wątpliwości, bo chodzi mi dokładnie o tę ważną dla mnie sprawę, o odpowiedź na to kolejne z istotnych pytań, a mianowicie, czy jakiś tam arcyksiążę wart jest na pewno śmierci nas wszystkich wziętych razem, tkwiących tu dookoła mężczyzn, dzielnych ludzi, czy jest wart choćby naszego przerażenia?

Czy wart jest naszego przebijania się bagnetami i trucia gazem? Nie znałem przecież arcyksięcia, nikt z nas go nie znał i nie wiemy w związku z tym nawet, czy był dobrym człowiekiem, czy aby na pewno cennym dla milionów, a ja dokładnie wątpię, nie wierzę wręcz absolutnie, żeby wart był potwornej zemsty wszystkich walczących tutaj żołnierzy.

Siedzę więc w tym okopie, bo taki mam rozkaz i podobno również ów patriotyczny obowiązek i zadaję sobie te zwykłe, te oczywiste dla istoty myślącej, do których chcę usilnie siebie zaliczać, moralne pytania. Pytania o słuszność tego co robię, tego co robią koledzy moi, tego co robi wróg, który również polubił grę w piłkę, również dopiero co naprawiał zegary, czy buty, uprawiał ziemię, pasł krowy, wypiekał chleb, sprzedawał coś albo uczył dzieci w szkołach.

Siedzę tu i mam niezatarte poczucie, że wszyscy jesteśmy w ogromnym błędzie, my i nasi dowódcy, i pryncypały naszych dowódców, że wszyscy uczestniczymy w czymś, czego nie powinno w ogóle być, co w ogóle nigdy nie powinno mieć miejsca…!

Tkwię tak w okopie i przyznaję, że boję się śmierci, chyba co raz to bardziej z każdym upływającym dniem i przemijającą nocą, kiedy uświadamiam sobie coraz silniej, że nie wiem, za co wartościowego miałbym właściwie teraz umierać, poświęcić za chwilę najcenniejszy dar, który człowiek kiedykolwiek otrzymał. Miałbym odejść w straszliwy sposób, nie przeżywszy wielu jeszcze rzeczy, które normalnie powinny mnie jeszcze spotkać, których powinienem doświadczyć kiedyś. Mnożą się w mojej głowie te wszystkie pytania teraz. Ktoś powie zatem: kiepski z ciebie żołnierz i morale do walki masz słabe. A ja zapytam go zaraz, czy człowiek aby na pewno został stworzony po to, by być żołnierzem i czy na pewno istnieje po to, by zabijać innych ludzi, robić to od wieków, w tych wszystkich niezliczonych konfliktach?

Nie wydaje się mnie, aby tak było. Nie wydaje mi się, aby zakładała to, jako absolutną konieczność, metoda urządzenia tego świata. Dlatego nie sposób nie zadawać ważnych moralnych i egzystencjalnych pytań, zwłaszcza na tej wojnie, gdzie życie traci swą normalną, wielką wartość, gdzie dowódcy i ich arcy-pryncypały szastają nim na lewo i na prawo, bo mają w swoje plany wkalkulowane straty w ludziach i jest dla nich oczywiste i dziecinnie proste, że część z nich musi zginąć. Jest też im obojętne, właściwie którzy z nich polegną.

Tylko, że nie jest to obojętne nikomu z nas w tych okopach, nie jest to i obojętne mnie, który zbyt wiele mam do stracenia! W domu zostawiłem żonę i dwójkę dzieci. Nigdy nie przelewało się pod naszym skromnym dachem, najczęściej jest nam bardzo ciężko, ale mieliśmy jak dotąd zawsze chociaż — siebie.

Tymczasem ktoś każe mi porzucić, co mam najcenniejsze — dla arcyksięcia. Oddać, co mam jedyne — dla obcego mi arcyksięcia. Przebijać kulami i bagnetem innych ludzi, truć ich, ile się tylko da, bo książęta, królowie, car, generałowie i diabli wiedzą, kto jeszcze, pokłócili się śmiertelnie! Bo nie mogą siebie znieść nawzajem — te „rodzinki”, muszą pokazać jedna drugiej, która jest silniejsza, sprytniejsza, kto obmyślił bardziej przebiegłe plany zabijania wroga na tej przeklętej wojnie!!!

Przecież jaką paranoją, jakim szaleństwem i jaką obłudą, głupotą i debilizmem jest wszystko, co robimy my tutaj — chłopi, robotnicy, kucharze, duchowni, krawcy, lekarze, szewcy, subiekci, uczniowie, kamerdynerzy i nauczyciele. Wszystko, co robimy sobie nawzajem w tych okopach i pomiędzy nimi!!! Wszystko, co robią nam — tkwiącym w tych korytarzach, w tych zagłębieniach w ziemi — artylerie po obu stronach konfliktu!!!

Czy przyszło komuś do głowy, komuś spośród owych „elitarnych rodzinek”, które nami rządzą, które z łatwością posyłają nas na śmierć, tym wszystkim maluczkim, również śmiertelnym przecież królom, książętom i generałom, którzy lekką ręką wysyłają nas na tę wojnę, że nie jest to wcale walka o siłę ich ambicji, o niby honor, czy o „wielkość” narodów, ale jest to walka głupców z głupcami (bo każdy, kto do wojny dąży, głupcem jest, choćby dlatego, że srogo za to zapłaci)! ŻE NIE JEST TO KLASYCZNA WALKA DOBRA ZE ZŁEM???!!!

Bo nie jest jednak tak, W TEJ AKURAT WOJNIE, że zło jest po jednej stronie, a dobro po drugiej stronie okopów, ale zło jest wszędzie, jest wszechobecne, wszechogarniające, wszech rządzące, jest powszechne! Dobro nie walczy w „naszej” wojnie z karabinem w ręku, czy uzbrojone w siekące bezlitośnie kulomioty, nie zadaje śmierci z bagnetem u lufy, z granatem w dłoni! Ono marzy jedynie o końcu zabijania! Śni po nocach, kiedy jedynie jest spokojniej, kiedy jedynie zapada jakaś tam sobie cisza, rozświetlana często wścibskimi rakietami, aby tę wojnę bratobójczą, wojnę bezsensowną, jak najszybciej zakończyć!

Tak więc ja i wielu moich kolegów nie chcemy umierać na tej wojnie!!! Bo nikt z nas nie chce umierać — ZA BEZSENS!!!


Nie chcę też umierać już teraz, bez większej jeszcze wiedzy, w niemal głupocie własnej, która wydaje mi się akurat, że nie jest już u mnie tak ogromna, ale jednak nadal we mnie jest.

Wciąż nie zdążyłem znaleźć odpowiedzi na zbyt wiele pytań. Odpowiedzi te przychodzą przecież z czasem, z czasem który trzeba przeżyć, którego trzeba DOŻYĆ, przychodzą jednemu wcześniej, drugiemu później, ale przychodzą zawsze właśnie o jakimś CZASIE, którego nie można przecież stracić! Tak to jest, że nie ma chyba nikogo, kto by nie chciał, jak i ja chcę, dowiedzieć się zanim umrze, jak to jest tak naprawdę z tym ludzkim życiem. Co jest prawdziwie ważne, co nie? Kto i kiedy ma całkowitą rację i co po nas pozostanie i w związku z tym, co w ogóle ma wartość bezwzględną, czyli Wieczną? Jak to jest tak do końca z tą walką dobra ze złem, która mnie wydaje się i nie tylko zresztą mnie, że jest tak bardzo ważna, jeśli w ogóle nie NAJWAŻNIEJSZA? Walki, której brakuje mi na tej wojnie, bo widzę tutaj, dookoła siebie jedynie zło, dobra tu nie ma niemal, polega ewentualnie na ratowaniu rannego z pola bitwy, na robieniu opatrunków, albo na szczerym dzieleniu się racjami lub na miłosnym wspominaniu kobiet i całych naszych rodzin.

No tak…, kto by nie chciał znać na co dzień odpowiedzi na wszystkie niemal egzystencjalne pytania? Kto by nie chciał poznać PRAWDY niemal całkowitej, a w każdym razie tej całej dostępnej człowiekowi? Kto by nie chciał doświadczyć PRAWDY — jeszcze zanim umrze na tej przeklętej, na bezsensownej, na okrutnej wojnie…?!

Mam przeczucie, będąc chyba ogólnie dobrą istotą, że niemal całkowita PRAWDA prowadzić musi do wiedzy przeogromnej o czymś, co jest absolutnie zaprzeczeniem postępowania naszych pryncypałów, zaprzeczeniem wszystkiego, czego doświadczamy ja i moi koledzy w tych okopach. Chyba gdyby poznać właśnie niemal całkowitą PRAWDĘ, na zasadzie przyjętych bezwzględnie i stosowanych z uporem mądrości, to nikt na tej Ziemi nie złapałby za karabin, za granat z gazem, nie chwyciłby za bagnet, za nóż, nie rzuciłby kamieniem nawet! Bo czymże byłby gniew, czymże byłaby chciwość ludzka, chęć władzy, zemsta, czy zawiść, gdyby Bóg, Jahwe, Allah, czy ten sam Pan pod jakąkolwiek inną Nazwą stał Żywy i „najrealniejszy”, czyli widziany oczami człowieka, stał ciągle przed każdym z nas ze Swoją Potęgą i Zasadami?! Wówczas nie byłoby takiego głupca, ani takiej „odwagi”, żeby przed Nim, „fizycznie” obecnym dokonywać zbrodni, czy choćby pośledniej podłości. Nie dałoby się chyba wówczas dokonywać ich przeciw Niemu właśnie, no i na szkodę innym ludziom. A przecież tak wielu czyniących codzienną podłość, naszych pryncypałów i nas samych, czyniących ją miast modlitwy, wierzy, że On gdzieś Tam jest…!

Tak więc chyba czas nadchodzi właściwy, towarzyszu niedoli, aby kolejny raz powiedzieć ludziom dobitnie, aby wytłumaczyć współobywatelom bardzo dokładnie, jak to jest ze Wszystkim Ważnym. Kolejny raz zrobić to trzeba, bardzo na współczesny sposób, zanim dla wielu będzie za późno na jakiekolwiek zmiany, bo chociaż On poświęcił się ogromnie, Ofiarę uczyniwszy najważniejszą we historii, to jednak wielu ludzi nadal ginie na Wieczność. Giną, człowieku, tragicznie — poprzez swoje postępki. Uczynić to trzeba, zanim może i świat ten ludzki ostatecznie upadnie, gdyby pogrążył się w grzechu już tak głęboko, aż zupełnie bez odwrotu…!

Jestem więc teraz tutaj, w tym okopie i myślę o tych jedynie ważnych rzeczach, może też i dlatego, że być może dzisiaj, albo i jutro wszelka błahostka przestanie mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Jeśli mi kto zrobi tę ogromną dziurę w ciele, przez którą ujdzie cała moja krew, ucieknie przez nią życie moje, jeśli zakończy się ziemski czas kolejnego zwykłego żołnierza, zatem mój czas.

Nim to jednak nastąpi, pewnie zdołam wybiec jeszcze kilka razy z tych okopów do bezsensownego szturmu, który i tak niczego nie zmieni w układzie sił, bo linia frontu nie przesunie się w ogóle, albo co najwyżej o pół kilometra, bo gdyby nawet tak, to jakie znaczenie ma w tym wypadku pół kilometra zrytej ziemi, pół kilometra wypalonych roślin, pół kilometra drutów zagradzających, pół kilometra leżących i psujących się szczątków ludzkich. Jedną więc linię okopów dalej jest tak samo niebezpiecznie, unosi się w powietrzu ten sam smród, wciska się w mundur ten sam piasek i brudzi go to samo błoto, biegają po nas te same szczury i trzeba naciągać na twarz tę samą, idiotyczną gumę z małymi szybkami. Jedną linię okopów dalej będziemy zadawać innym i otrzymywać w zamian tę samą śmierć, którą zgotowały nam rządzące naszymi narodami „elity”.


Nieprawdopodobne jest…, absolutnie nieprawdopodobne jest, jak BARDZO owe „elity” zdołały już oszukać nas bardzo wiele razy. Niesamowite, że opanowały aż tak perfekcyjnie przebiegłą zdolność zamaskowywania rzeczywistości, i że właśnie udaje się im ta sztuczka kamuflażu wielkich, politycznych kłamstw, kilkakrotnie podczas jednego cyklu pojedynczego, ludzkiego życia. Czyniły „elity” i czynią fałsz niezwykle skutecznie, co okazuje się w pełni dopiero po tej drugiej stronie bytu, tej stronie najważniejszej, tej nieprzemijającej! Nieprawdopodobne jest, jak bardzo okazuje się to dokładnie tam, pokazuje się dobitnie i dla licznych, oj — mocno boleśnie, bo na kształt wiecznego upodlenia, wiecznego cierpienia, dociera do licznych istnień, że dały oszukać się całkiem, że ich życie poprzez czyjeś oszustwo (nie tylko za sprawą własnej głupoty), ich życie było pomyłką. Nic, a nic istotnego nie zostało przez nich zrozumiane, przemyślane, zatem nie wyciągnięto żadnych mądrych wniosków — zawczasu. Oto objawia się to tam, że miliony na tej planecie nie pojęły nic z przekazów, nie spostrzegły znaków, nie odczytały z nich właściwie niczego, co jest naprawdę ważne. Wielu ludzi nie uchwyciło i nie uchwyci już sensu, rządzeni przez owych chytrych ślepców, tak samo niedowidzieli i niedowidzą, jakoś trwali i trwają poprzez ziemski czas, ogołoceni na własne życzenie z najgłębszego z celów!


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 65.69