E-book
6.83
drukowana A5
27.9
PUSTYNNE „ZIELONE”

Bezpłatny fragment - PUSTYNNE „ZIELONE”


Objętość:
145 str.
ISBN:
978-83-8104-245-1
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 27.9

Wstęp

Na początku lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku Irak przyspieszył prace nad budową reaktora jądrowego Osirak w Al Tuwaitha oraz wybudował i uruchomił kopalnię odkrywkową fosfatów w Akashat i fabrykę nawozów sztucznych w Al Kaim.

Wydobywane fosfaty zawierały znaczące domieszki związków promieniotwórczego uranu 235. W Al Kaim produkowano nawozy sztuczne, ale też oddzielano te związki uranu, które jako tzw. „yellow cake” mogły być używane zarówno do produkcji paliwa jądrowego, jak i broni atomowej.

Reaktor Osirak był budowany przy współpracy Francji, a kompleks Akashat-Al Kaim zbudowała belgijska firma Sybetra, której podwykonawcą był m.in. polski Mostostal. Wszystkie te inwestycje miały na celu zbudowanie irackiej bomby atomowej.

Reaktor Osirak zbombardowali Izraelczycy w roku 1981 w ramach operacji „Opera”, a fabrykę w Al Kaim Amerykanie dopiero w czasie operacji „Pustynna Burza” w roku 2000.

Pracowałem w Al Kaim w latach 1985—1987 jako automatyk na wydziale „100”, gdzie odbywała się wstępna przeróbka zawierających uran fosfatów. Nikt z pracujących tam Polaków nie wiedział nic o „yellow cake”, chociaż strzeżony pilnie i obsługiwany tylko przez Irakijczyków tzw. „wydział czekolady” wzbudzał pewne podejrzenia.

W tym czasie trwała również wojna irańsko-iracka.

Niniejsza książka zawiera moje wspomnienia — nieświadomego niczego, mimowolnego uczestnika irackiego programu atomowego z tamtych lat.

Serdecznie dziękuję Danucie Mielcarek za krytyczne uwagi i pomoc przy redakcji tej książki. Bez niej książka ta by nie powstała.

Autor

Lecą „bociany”

28 listopada 1985 roku. Warszawa.

— Pasażerowie Polskich Linii Lotniczych LOT, lot numer 445 do Bagdadu, proszeni są do odprawy paszportowej i celnej.

Biorę walizkę i ustawiam się w kolejce. Nie widzę nigdzie ludzi, których spotkałem na odprawie w centrali. Pewnie są, tylko ja mam słabą pamięć do twarzy. Może to i lepiej, że ich nie widzę? Szczególnie jednego nie chciałbym spotkać i nawet się trochę przed nim ukrywam. Jeszcze w Krakowie w tramwaju zaczął się łasić:

— Pan już latał samolotem?

— Latałem.

— To będę się pana trzymał, żeby gdzie nie zginąć.

— A trzymaj się — myślę. Widać, że to cwaniak kuty na cztery nogi, ale na wszelki wypadek się ubezpiecza.

Ważenie bagażu, odprawa paszportowa i celna. Stempel w paszporcie jest, bagaże zabrane — teoretycznie jestem już za granicą. Przyglądam się oczekującym pasażerom. Większość to rodacy lecący gdzieś w świat, jest paru czarnych i ładna Hinduska z kilkuletnią dziewczynką. O, jest i jeden z naszych — młody, sympatyczny. Przysiada się, coś zagaduje, a ja słucham, odpowiadam, ale w myślach szukam jego imienia. Mam! Zdzichu. Zapowiadają nasz lot i proszą do wyjścia. Wszyscy podrywają się i zaczynają się tłoczyć przy drzwiach.

— Czy my zawsze musimy się tak pchać? Kolejkowe przyzwyczajenie! Przecież samolot pusty nie poleci! — myślę sobie i… też zaczynam się pchać.

Autobus, stopnie samolotu, żołnierz z pistoletem u boku i w końcu wchodzę do środka. Siadam przy oknie i zapinam pasy. Jestem tak zmęczony, że po chwili zasypiam. Budzi mnie stewardessa roznosząca napoje i jedzenie. Wypijam przydziałowy kieliszek „Wyborowej” z sokiem i biorę się do jedzenia. Wypijam jeszcze kawę i rozsiadam się wygodnie w fotelu.

— Proszę Państwa! Przelatujemy właśnie nad Stambułem — słyszę z głośnika.

Spoglądam przez okno — czarna otchłań, a w niej morze świateł.

— Pan na kontrakt? — zagaduje sąsiad.

— Tak.

— Pierwszy raz?

— Tak.

— Ja to już drugi raz. Byłem dwa lata w Libii. Ciekawe, czy Araby w Iraku też takie same, jak tam. Tam to oni lubią dużo żarówek koło domów i żarówkami stroją auta. Siedzą po nocach pod tymi kolorowymi żarówkami i gadają. Żeby chociaż pili co uczciwego! Nic, tylko herbata i gadanie. Drogi my tam budowali.

Sąsiad milknie, a ja ponownie zapadam w sen.

— Za kilka minut lądujemy na lotnisku Saddama w Bagdadzie. Proszę zapiąć pasy, ustawić oparcia foteli w pozycji pionowej i zgasić papierosy — słychać z głośników.

Lądowanie. Zaciska mnie trochę w uszach i już po chwili: cup — i toczymy się po betonie.

— Wylądowaliśmy w Bagdadzie. Kapitan wraz z załogą żegna Państwa. Prosimy pamiętać, że jesteście Państwo zawsze mile widziani na pokładach naszych samolotów. Dla informacji państwa podajemy, że temperatura w Bagdadzie wynosi plus dwadzieścia stopni Celsjusza.

Wychodzimy do odprawy paszportowej. Czekając na nią, wczytuję się w moją wizę. Jest po arabsku i po angielsku — ważna od-do, jednokrotny wjazd. Ciekawszy jest stempel na poprzedniej stronie paszportu: „Wiza będzie nieważna, jeśli w paszporcie znajdzie się wiza izraelska”. Ot, przebiegłe Araby!

Uważne oczy urzędnika porównują zdjęcie w paszporcie z moją zmęczoną twarzą. Dostaję odpowiedni stempel do paszportu, odbieram bagaż i idę do odprawy celnej. Są dwa wyjścia: czerwone i zielone — „Goods to declare” i „Nohing to declare”. W zasadzie to mam „nothing”, ale widzę, że wszyscy idą na czerwone przejście. Idę więc i ja. Otwieram walizkę, a celnik od niechcenia wkłada rękę pomiędzy moją bieliznę i odprawia mnie jakimś teatralnym gestem ręki. Przechodzę dalej i rozglądam się za kimś, kto ma na nas czekać. Jest młody człowiek w żółtej kurtce z tabliczką „Al Kaim” w ręku.

— Ja jestem do Al Kaim — melduję się.

— Dobra! Stawaj tam pod filarem i czekaj. Aha! Listy masz?

— Mam.

— To powyjmuj teraz i oddaj mi, bo „szlony” na „check poincie” powariowali i zabierają.

Rejestruję w pamięci usłyszane słowa: „check point” — to pewnie jakiś punkt kontrolny, a „szlony”… pewnie policjanci. Pojawiają się pozostali alkaimczycy: siedmiu nas nowych i kilku powracających z urlopów. Nasz opiekun pakuje wszystkie listy do foliowego worka i wyprowadza nas z lotniska. Pierwsze przyjemne zaskoczenie — jest ciepło!

Wychodzimy na obszerny oświetlony parking. Z daleka widzę ładny autobus z napisem „Dromex”. Niestety to nie nasz. Nasz to zielony wrak, odrapany i bez klimatyzacji. Otwieramy drzwi, a z przednich siedzeń podrywa się dwóch zaspanych Murzynów. To są nasi kierowcy. Zajmujemy miejsca, a bagaże składamy gdzie popadnie. Kierowca rusza z impetem i prowadzi tak po wariacku, że na wyjeździe z parkingu autobus przechyla się niebezpiecznie. Ulice są puste i jasne jak w dzień. To tak wygląda stolica kraju, w którym jest wojna? A gdzie zaciemnienia, gdzie alarmy przeciwlotnicze, gdzie patrole żandarmerii i godzina policyjna? Gdzie jest to wszystko?

O, jest patrol! Trzech żołnierzy czy policjantów na motocyklach zatrzymuje autobus i rozmawia przez okno z Murzynami. Staram się uchwycić brzmienie języka: „Hadad-al-had” — jest gardłowy, chropowaty, niemiły. Możemy jechać. Na drogowskazach arabskie napisy, a na poboczach dwujęzyczne plakaty reklamowe. Tu poleca się hotel Sheraton, dalej coś od „agriculture”. Przejeżdżamy koło olbrzymiej tablicy, ustawionej pomiędzy pasami jezdni. Z jednej jej strony jest jakiś uśmiechnięty gość w oficerskim mundurze, z drugiej w arabskiej chuście. Kowalski — dolatuje do mnie gdzieś z tyłu autobusu.

Co za Kowalski? Nic nie rozumiem. Z boku pojawia się oświetlona bryła meczetu. Jest śliczny! Smukłe minarety, rozłożysta, ale lekka konstrukcja — lśni jak perła na tle nocy. No, to ja rozumiem! To jest Wschód! Jeździmy po rozjazdach i podjazdach — trochę jakby za długo i nagle ten sam meczet pokazuje się z drugiej strony autobusu. Wracamy? W autobusie poruszenie. Błądzimy. Kierowca wyraźnie nie zna drogi. W końcu zatrzymuje się przy wozie policyjnym stojącym na poboczu. Krótka rozmowa i wóz policyjny rusza, a my za nim. Jeszcze raz przejeżdżamy obok meczetu, dojeżdżamy do lotniska i wreszcie wjeżdżamy na zupełnie inną szosę. Tu oświetlenie słabnie, zabudowania rzedną i wypadamy z miasta. W ciemności autobusu urlopowicze rozmawiają, a nowi milczą. Z tyłu jakaś ręka trąca mnie w ramię.

— Rypnij — słyszę i zauważam w ciemności kieliszek.

Wychylam, mimo mocnego postanowienia, że w drodze nie piję. Jeden nie zaszkodzi. Nie zaszkodził, ale uśpił. Budzę się po jakimś czasie i widzę słabo oświetloną szosę, po bokach palmy, pomiędzy nimi domki.

— Gdzie jesteśmy? Co to jest?

— Al Bagdadi — odpowiada jakiś urlopowicz z hrabiowską fizjonomią.

Al Bagdadi za nami i znowu otacza nas ciemność. Nie widzę drzew tylko pofałdowany horyzont. To pustynia chyba. Robi się chłodno. Zapinam szczelnie kurtkę i znowu zasypiam.

Następne przebudzenie — stoimy na stacji benzynowej. Rozwidnia się, dookoła nas bordowo-ruda pustka, a my stoimy na stacji benzynowej na środku pustyni. Musimy czekać do szóstej, bo wtedy ją otwierają. Doczekaliśmy się. Pojawia się Arab w białej „sutannie” i chuście na głowie. Na ramiona ma narzuconą wojskową kurtkę. Tankujemy paliwo i zjeżdżamy na szosę. Teraz dopiero widzę, że po obu stronach jest pustynia. Wschodzące słońce nadaje jej purpurowego zabarwienia, pagórki rzucają długie cienie, a szczyty ich złocą się od słońca. Od horyzontu po horyzont dokładnie to samo. Szosa biegnie wpierw płasko, potem trochę pod górę, to znów w dół, ale bez większych podjazdów i serpentyn. Mijamy samotną budkę telefoniczną.

— Ciekawe czy ten telefon czynny? — mruczę pod nosem.

— Czynny, czynny — odpowiada „hrabia”.

Słońce jest coraz wyżej i zaczyna przygrzewać. Senność mija i chłonę krajobraz. Pustynia złoci się i przechodzi przez barwę kremową aż do białej. Od czasu do czasu uciekają w bok terenowe drogi zrobione kołami pojazdów i prowadzące gdzieś w pustkę. Pojawia się drogowskaz: „Al Kaim — 15”, a na horyzoncie ukazują się

kominy — jeden z nich dymi. To chyba nasza fabryka?

Moje podniecenie wzrasta — to już tuż-tuż. Chłopak w żółtej kurtce wysiada z torbą pełną listów na skrzyżowaniu z taką „polną” drogą i z drzwi już mówi do „hrabiego”:

— Powiedz campowemu, że wysiadłem z listami na krzyżówce, co się jedzie na ryby. Niech po mnie przyjedzie.

Ruszamy i po paru kilometrach skręcamy w asfaltową drogę prowadzącą do zakładu. Teraz dopiero zaczynam się czuć jak na wojnie: po prawej druty kolczaste, ustawione w rzędach radzieckie samochody wojskowe i zabudowania koszarowe, a po lewej radar na wzgórzu i jakieś anteny. Dookoła plątanina sieci wysokiego napięcia na wysokich słupach. Ale-ale! Przecież te przewody nie wiszą na izolatorach, lecz bezpośrednio na słupach! Urlopowicze wyjaśniają, że to są linie zaporowe po to, by atakujący samolot musiał lecieć powyżej nich i żeby go można było łatwiej trafić.

Nareszcie jest zakład. Wrażenie na pierwszy rzut oka robi dobre: czysto, kolorowe rurociągi, zbiorniki i konstrukcje — może być! Po lewej stronie widać drzewa i ukryte pomiędzy nimi domki. Wszystko to otoczone jest płotem z kolczastego drutu, który ciągnie się od horyzontu po horyzont. Przerywa go jedynie brama z owym tajemniczym „check pointem”. Po prawej stronie stoi opancerzony transporter z wymownie skierowaną na nas lufą działka i budka dla strażników. Żołnierz odsuwa kolczastą barierę, wjeżdżamy i zatrzymujemy się zaraz za nią. Do autobusu wchodzą dwaj uzbrojeni w rewolwery młodzieńcy. Jeden sprawdza i zabiera paszporty, a drugi wykrywaczem metalu jeździ po bagażach. Wykrywacz piszczy jak szalony, ale żołnierz zupełnie na to nie reaguje. Pozabierali paszporty i każą jechać. My, nowi, niepokoimy się, ale urlopowicze są zadowoleni — udało się, nie grzebali w bagażach. Paszporty oddadzą do naszego biura. Zakład zostaje po prawej stronie, a my robimy kilka zawijasów po wąskich drogach, przejeżdżamy przez rozwalającą się bramę, pomiędzy barakami z suszącą się w oknach bielizną i z materacami na parapetach i zajeżdżamy z fantazją na żwirowy plac przed dużym barakiem. Jest około dziewiątej rano, wszyscy są w pracy. Pojawia się jednak kilku ludzi, a młoda dziewczyna zaprasza nas do środka.

Barak jest campową stołówką. Dostajemy jajka sadzone, bułki z masłem i białą kawę. Super! Nikt nie pyta o pieniądze, tylko o listy. Gdzie są listy? Jemy i rozglądamy się. Sala samoobsługowej stołówki jest obszerna, czysta, pełna stolików — typowa. No, nie do końca typowa — na ścianie bowiem, na tle polskiej flagi wiszą obok siebie: orzeł, krzyż i portret tego uśmiechniętego Araba z tablicy przy lotnisku. Zza kontuaru spoglądają na nas życzliwie uśmiechnięte dwie polskie dziewczyny i czekoladowe twarze Hindusów.

Zjawia się chłopak w żółtej kurtce z listami. Skądś pojawiają się ludzie, chwytają je po kilka naraz i rozkładają w przegródkach gablotki oznaczonych literkami dopóty, dopóki nie znajdą swojego. Wtedy oddają swoje pliki innym, którzy sortują je dalej. W końcu rozchodzą się. Jedni z listami, inni bez, ale większość listów zostaje jednak w swoich przegródkach. Do stolika podchodzi mężczyzna i przedstawia się jako campowy.

— Bierzcie bagaże. Jedziemy się kwaterować — komenderuje.

Jedziemy ze dwieście metrów do baraku, który jest trochę lepszy, niż te widziane z autobusu.

— Wy trzej do trójki, a wy trzej do piątki — rozdziela nas i daje klucze. — Spotkamy się po obiedzie na stołówce. Cześć!

Rysiek, Jurek i ja wchodzimy do naszego pokoju. W ślad za nami wpada brat Jurka, który przyjechał tu na moment z zakładu, aby się przywitać i zapytać o rodzinę.

— No! — mówi — okna macie szczelne, ale trzeba zatkać szpary pod drzwiami, bo mogą wleźć skorpiony. Najlepiej zrobić to wieczorem, kiedy pali się światło, bo wtedy widać gdzie prześwituje. Gdy wychodzicie, nie zostawiajcie otwartych okien. Lodówka działa. Przegotujcie sobie wody do kanistra i miejcie zawsze w lodówce. Surowej nie pijcie. No, cześć! Lecę do roboty, wpadnę po obiedzie. Jurek! Nie sprzedawaj gorzały byle komu! Cześć!

Rozglądam się po „lokalu”: trzy żelazne łóżka, trzy krzesła, stolik, lodówka, szafa, po dwa koce i po poduszce na osobę. Pościel wielokrotnie prana, ale świeża. W oknach siatki przeciw owadom, ciemnozielone zasłonki, pomiędzy oknami kratka klimatyzatora. Rozkładamy swoje manatki i zwiedzamy barak. Zbudowany jest na planie krzyża greckiego, w ramionach którego znajdują się pokoje mieszkalne, a w skrzyżowaniu węzeł sanitarny. Idziemy na obiad i ustawiamy się w kolejce z tackami w rękach.

— Nie mam bloczków — usprawiedliwiam się przed kucharzem.

— Wiem. Jesteście „bociany”. Smacznego! — odpowiada z uśmiechem.

Siadamy, jemy i obserwujemy. Prawie każdy wchodzący idzie najpierw do skrzynki z listami. Jedni czytają od razu na stojąco, drudzy chowają do kieszeni, a inni czytają w trakcie jedzenia. Po obiedzie zjawia się campowy.

— Polecimy teraz do „Sprężynki” na szkolenie.

Jedziemy w stronę zakładu, wjeżdżamy pomiędzy drewniane domki i wysiadamy koło jednego z nich.

— Poczekajcie tu w środku, a po odprawie możecie wrócić przez dziurę — informuje campowy i odjeżdża.

Domek okazuje się być przychodnią lekarską. Pielęgniarka — „Sprężynka” — mierzy każdemu ciśnienie, zakłada kartotekę i odbiera wyniki badań przywiezione z Polski. Przeprowadza też standardowy wywiad na temat przebytych chorób i aktualnych dolegliwości. Potem dowiadujemy się, że wodę można tu pić bez przegotowywania i żeby nie chodzić boso, bo są skorpiony i węże. Mówi nam, gdzie mieszkają lekarze i gdzie ona — takie martwe gadanie. Oglądam ją sobie. Jest młoda i niebrzydka, trochę za szczupła — chuda prawie. Nie nosi stanika. Prawdopodobnie każdy z nas patrzy na nią tak samo i pewnie myśli sobie, że jak tutaj z pół roku posiedzi to chętnie by się na pigułę załapał. Ja w każdym razie informację o numerze jej domku odbieram jako ewentualny adres na przyszłość i postanawiam sobie zlokalizować jego położenie możliwie szybko.

Do naszego baraku wracamy przez dziurę w płocie, idąc kawałek przez pustynię.

Wieczorem spotkania, powitania i wymiana wrażeń. Okazuje się, że każdy z kolegów ma co najmniej pięć litrów spirytusu, a tylko ja — ofiara losu — mam jeden, przepisowy litr. Niektórzy przywieźli dla znajomych drobne przesyłki: kapcie, klubowe, lekarstwa, haczyki na ryby itp. Padają dobre rady i pouczenia: co po ile chodzi, komu nie sprzedawać, że aparaty fotograficzne najlepiej opchnąć w Hadicie, a adidasy w Husejbie. Dowiedziałem się, że „szlonom” nie sprzedaje się alkoholu i że się z nimi nie pije. Już wiem, że „szlon” to po prostu Arab, a uśmiechający się z portretów „Kowalski” to tutejszy prezydent. Mieszkamy na „gwieździe”, nasz camp to „dwójka”, ale jest jeszcze „jedynka” i „staff”. Spotkani na stołówce Hindusi to nie Hindusi, tylko „Bangle” z Bangladesh. Są tu też Chińczycy, czyli „Czajniki”. Na campie są oczywiście ładniejsze i wygodniejsze domki i jeśli nam, „bocianom”, ogony poodpadają, to po paru miesiącach pójdziemy tam mieszkać. My jesteśmy „bociany”, bo przylecieliśmy do ciepłych krajów zimować. Na takich rozmowach upływa nam czas do kolacji, a zaraz po niej w sąsiednim pokoju pojawiają się szlony.

— Ty trochę mówisz po angielsku, chodź tłumaczyć — zaprasza mnie Zbyszek.

Idę nawet chętnie.

— Good evening — zbieram się w sobie.

— Good evening.

Zbyszek wyciąga z bagażu „Zenita”, szlony oglądają aparat dokładnie, próbują migawkę.

— Czy nowy? — pada pierwsze pytanie.

— Oczywiście.

— Ile?

— Pięćdziesiąt. — Zbyszek jest już poinstruowany co do ceny.

— Najwyżej piętnaście — proponują Arabowie.

— Ja dziękuję! — mruczy Zbyszek pod nosem. — Jak nie chcą dać pięćdziesiąt, to niech oddają.

Arabowie nie chcą oddać, podnoszą cenę do dwudziestu i na tym koniec. Zbyszek jest stanowczy, nie obniża ceny i aparat zostaje u niego.

— Może masz coś jeszcze? Grzałkę? Nożyce? — dopytują Arabowie.

Zbyszek wyciąga grzałki nurkowe, nożyce fryzjerskie i ręczne maszynki do strzyżenia. Zdzichu dorzuca coś od siebie. Kupcy przebierają i proponują bardzo niskie ceny. Kupują w końcu jakiś drobiazg i wychodzą. Handel był nieudany dla obu stron — oni nie trafili na naiwnych, a Zbyszek nie pozbył się towaru. Wracam do siebie. Jestem sam, bo moich kolegów gdzieś wywiało.

Po chwili ktoś puka.

— Proszę!

Wchodzi jakiś nieznajomy i zapala światło.

— Można?

— Proszę.

— Ty jesteś „bocian”? — pyta, stojąc przy drzwiach.

— Tak. A co?

— Masz gorzałkę do sprzedania?

Wygląda na spragnionego. I co ja mu powiem? Że mam tylko jeden litr spirytusu dla siebie? Łżę więc:

— Miałem, ale już wszystko poszło.

— Nic ci nie zostało?

— Mam jeszcze litr, ale dla siebie na Boże Narodzenie.

— Ty, opchnij choć ćwiartkę — nalega.

— Mięknę i odlewam pół butelki do jego naczynia.

— Masz tu trzy „idy”. Dziękuję i dobranoc.

— Cześć! — odważam się na swojską odpowiedź.

Jestem gość! Zarobiłem trzy dinary! Chowam pieniądze i zasypiam snem sprawiedliwego.

Przerąbane!

Na drugi dzień rano jedziemy do biura naszego kontraktu — niskiego pawilonu w kształcie podkowy. Odziedziczyliśmy go po belgijskiej firmie Sybetra, o czym świadczą jeszcze tabliczki po nieistniejących już biurach tej firmy. Na drzwiach naszych biur tabliczki z anglojęzycznymi napisami: „Contract Manager”, „Deputy Contract Manager”, „Secretary” i jeszcze kilka innych. Nas interesuje biuro „Śmierci pustyni”. To starsza pani o miłej powierzchowności, ale nienaturalnie blada. W tym świecie Murzynów, śniadych Arabów, „Bangli” i opalonych Polaków jej bladość wydaje się być papierowa — prawdziwa „Śmierć Pustyni”. Wita nas łagodnym głosem i mówi, że pójdziemy wyrobić „badżetki”. Po raz pierwszy wchodzimy na zakład. Jednopiętrowy brązowy biurowiec rozciąga się fantazyjnie za betonowym podjazdem. Na wprost wejścia klomb z kwiatami, po obu stronach podjazdu trawniki i tylko działka przeciwlotnicze na dachu i zziębnięci żołnierze koło nich przypominają, że to Irak w stanie wojny! Pokoje biurowe są pootwierane, w nich pracują urzędnicy w garniturach i urzędniczki w chustkach na głowach i białych podkolanówkach wyglądających spod sięgających tuż za kolana czarnych lub granatowych spódnic. Nasza przewodniczka zna tu chyba wszystkich, rozmawia po angielsku i po arabsku i wypełnia jakieś formularze.

— Proszę wchodzić pojedynczo.

Na stole leży walizka, z której wystaje coś na kształt projektora filmowego skrzyżowanego z radioodbiornikiem. Na ścianie wisi biały ekran. Siada się na tle ekranu, „pstryk” i za moment jest już gotowa przepustka z kolorowym zdjęciem, z arabskimi napisami i opakowana hermetycznie w plastikową okładkę. Przepustka taka nazywa się tu „badżetką”, a Arabowie mówią na nią „bać”. „Bać” upoważnia do wchodzenia na teren zakładu, można na jej podstawie przekraczać główny „check point” i poruszać się po okolicy. Paszporty zostają w biurze, a za wszystkie dokumenty wystarcza tu „bać”. Oglądamy więc nasze „bacie” i próbujemy odczytać arabskie napisy i numery — bez skutku oczywiście. Nasze nazwiska wpisała arabskimi literami „Śmierć pustyni”, bo jakiż Arab mógłby napisać takie nazwisko jak Wrzosek. Musimy więc wierzyć, że to, co tam jest napisane, to są nasze nazwiska i imiona, a inne napisy nie są dla nas obraźliwe. Kilka miesięcy później pokazałem moją „bać” jednemu z Arabów i poprosiłem o przeczytanie.

— Marian Fu-ba-no-ra — wydukał.

— Nie! Wojewoda — podpowiadam.

— Aha. Wo-je-wo-da. No, tak też można to przeczytać — powiedział i do dzisiaj nie wiem, czy to było źle napisane, czy też on nie bardzo sobie z pisanym radził.

Wracamy do biura, gdzie „Pani Kasa” wypłaca mi zaliczkę w wysokości trzydziestu dinarów. Inni zaliczek nie biorą, bo sprzedali alkohol i inne towary. Są i tacy, co mają już po sto lub więcej idów. Za te trzydzieści idów (skrót od Iraqui Dinar) muszę zapłacić śniadania i kolacje na stołówce, no i przeżyć do wypłaty. Okazuje się, że to, co do tej pory jedliśmy, nie było prezentem, ale zostanie skrupulatnie obliczone i potrącone. Obiady są za darmo, ale za resztę trzeba zapłacić. Mam więc, razem z utargowanymi za alkohol, trzydzieści trzy idy — chrystusową liczbę.

Po obiedzie jest rozprowadzenie. Dokonuje go „Ramzes”, czyli zastępca szefa kontraktu — szczupły, brodaty pan, koło czterdziestki. Ponownie przechodzimy koło biurowca, na ukos — przez trawnik i deskę nad jakimś rowem. Skąd my znamy to chodzenie na skróty? Wchodzimy na halę, gdzie na stołach warsztatowych leżą zawory i inne elektryczno-mechaniczne urządzenia.

— Pan Wojewoda, proszę za mną — zapada mój wyrok.

Wchodzimy do małego pokoju mieszczącego cztery biurka i szafki na dokumentację. Na ścianie wisi kalendarz z „Kowalskim”, a na parapecie i na półce leżą elektroniczne części. Za jednym z biurek siedzi Chińczyk, a za drugim siwy Polak.

— Tu jest zmiennik za Staszka. Pokażcie mu, co i jak. Do widzenia.

„Ramzes” odchodzi, a ja witam się z Polakiem i Chińczykiem.

Chińczyk rozpoczyna rozmowę:

— Czy byłeś już kiedyś za granicą?

— Byłem.

— A gdzie?

Wymieniam uczciwie kraje, w których byłem, a on pyta z uśmiechem, czy mi się tu podoba.

— Jeszcze nie wiem. Nic jeszcze nie widziałem.

Pojawia się niewysoki Polak, po czterdziestce.

— Nazywam się Machnik. Pan jest ten nowy? Wypisz mu kartki do magazynu na ubranie — rzuca do Polaka. — Zaraz wracam.

— To szef? — pytam.

— Tak — odpowiada siwy Polak i zabiera się do wypisywania kwitów.

Dowiedziałem się później, że nazywano go tu „Generałem”, bo był najstarszym stażem pracownikiem kontraktu.

Szef wraca z innym Polakiem i szczupłym, ubranym w elegancki garnitur Arabem z wydatnym nosem i hiszpańskim wąsikiem.

— To jest nowy kolega na „setkę” — przedstawia mnie szef po angielsku. — To jest pan Sami Shaker, szef automatyków.

— Welcome in our team — mówi donośnym barytonem pan Sami i podaje mi rękę.

Wszystkie stosowne sformułowania uciekają mi w tym momencie z głowy i z przerażeniem stwierdzam, że chyba nic nie powiem.

— Good afternoon — odpowiadam bezmyślnie.

Pojawia się też młody pryszczaty Arab w dżinsach, niebieskiej koszuli i pikowanej kurtce z ortalionu.

— O! Mister Nebil! — mówi szef. — To jest właśnie ten nowy pracownik do pana.

— Czekam na wydziale — mówi Nebil i podaje mi rękę. Jest wyjątkowo miękka –sflaczała.

— Irek! Zaprowadź go do magazynu, a potem zawieźcie go na „setkę”.

Idziemy. Irek jest mrukliwy i ma dziwne spojrzenie.

— Będziesz robił na „setce”, tak? No to będziesz miał przerąbane. Dobierz sobie dobre okulary i maskę. Jeżeli nie będzie tego w magazynie, to będziesz musiał ukraść. Tylko dobrze wymyj przed użyciem.

Była to cała wypowiedź Irka w drodze do magazynu. Teraz Irek milczy, a ja wyobrażam sobie okropności jakiejś „setki”, dzięki którym już wkrótce będę miał przerąbane. W magazynie króluje otyły utykający Egipcjanin, który swoją funkcję wypełnia z godnością arcykapłana. Dostaję buty, dwa komplety ubrań, kask, rękawice i okulary — masek oczywiście brak. Wracamy do biura, skąd „Generał” odwozi mnie na wydział. Slalom pomiędzy zbiornikami i rurociągami wiedzie mnie nieuchronnie w stronę dwóch wysokich kominów-bliźniaków, które widziałem wczoraj z daleka. Tu jest inny świat. Trzeba zapomnieć o klombach przed biurowcem, o czystym asfalcie i biurze szefa. Tu leży wszędzie szaro-biały pył, a podmuchy wiatru wzbijają jego tumany do wysokości pietra. Jesteśmy na miejscu. Wyskakuję z auta i od razu wpadam po kostki w siwą mąkę. Instynktownie mrużę oczy, a w ustach mam już pełno pyłu o smaku wapna. Przerąbane!

Wiatr gwiżdże przez tunel, w którego ścianach jest troje drzwi. Wchodzimy w te po prawej stronie, a za nami wpada tuman kurzu.

— Cześć Sławek! Sam jesteś? Tu jest nowy kolega. Pokaż mu, co i gdzie — mówi „Generał” i znika.

Sławek — niewysoki mężczyzna, koło trzydziestki — podaje mi dłoń, która ściska moją nadspodziewanie mocno. Ma na sobie ubranie robocze, które kiedyś było granatowe, a teraz jest sprane, poplamione i leży na nim jak mundur na Szwejku. Mówi powoli z wyraźnym lubelskim akcentem. Wprowadza mnie do bocznego pomieszczenia i zaczyna przemeblowanie. Wbija w ścianę jeszcze jeden gwóźdź, przewiesza różne ubrania i opróżnia w szafce jedną przegródkę na buty. Przy tym cały czas mówi, sypiąc obficie lubelskimi końcówkami: że oni so tu w pięciu: trzech naszych i dwóch szlonów, że szefuje tu Nebil, czyli „Mały”, że drugi Arab to Madżit, i że oni oba z Nebilem pochodzo z Basry.

Oglądam warsztat i drugie pomieszczenie z biurkiem, telefonem, szafą na dokumentację i lodówką — królestwo Nebila, czyli mistrzówkę. W warsztacie jest długi stół, szafa na dokumentację i regał na przyrządy. Porozwieszane na ścianach płachty dokumentacji przedstawiają schematycznie cały wydział z zaznaczeniem, gdzie znajdują się poszczególne urządzenia. Wszystko to jest przyprószone cienką warstwą tej wszechobecnej mąki. Na parapecie widać wyraźnie jej języki, podobne do polskich śniegowych przy nieszczelnych drzwiach w czasie zawiei. Pył jest tu wszędzie. Przerąbane!

Wchodzi Nebil ze szczupłym Polakiem w jednoczęściowym kombinezonie i białej, spranej plażowej czapeczce. To jest Stasiu — ten, którego mam podmienić.

Znikają obaj w mistrzówce i przez chwilę dolatuje do nas ich przyciszona rozmowa. Za moment Nebil woła mnie po imieniu. Skąd u licha je zna i jak zdołał już je zapamiętać?

— Czy mówisz po angielsku? — pyta, skubiąc pryszcza na brodzie.

— Tak trochę — odpowiadam.

— To lepiej, niż nic — konkluduje, a Stasiu obserwuje mnie spod oka.

— Sławek! Pójdziesz na „sto pięćdziesiątkę” wymienić „level switch” — mówi Nebil i podaje mu numer elementu.

— To może niech kolega się przebierze i też pójdzie — dodaje ni to do mnie, ni to do Sławka, Stasiu.

Przebieram się, a w uszach dziwnie brzęczy mi ten „kolega”. Do tej pory wszyscy tu mówili mi przez „ty” lub „pan”. Sławek bierze skrzynkę z narzędziami i idziemy na tę „sto pięćdziesiątkę” — dwupiętrową stalową konstrukcję zawierającą zbiorniki, pompy i zawory połączone ze sobą plątaniną rur różnej średnicy. Tkwi ona w środku olbrzymiej kałuży będącej mieszaniną tutejszej mąki z wodą. Ślady na schodach i narośnięte z dawna stalaktyty i stalagmity tego błota świadczą o tym, że nie jest ono tu niczym dziwnym. W kałuży tej brodzi kilku Sudańczyków, którzy łopatami i kilofami próbują zmusić ją do spłynięcia w jakieś kanały. Brniemy przez tę kałużę, a ja widzę, jak moje nowe buty przemakają i pokrywają się białą papką. Ubrudzone mam już też końce nogawek, a kilka kropli umiejscowiło się na mojej bluzie. Po stalowych schodkach podchodzimy do zbiornika w kształcie filiżanki, gdzie wielkie mieszadło kotłuje to biało-żółte błoto. Spoglądam w dół. Tuż pod nami, w betonowym boksie — mój Zdzichu szamoce się z kołem jakieś pompy, a nowe ubranko już też ma powalane na biało. Widok ten poprawia mi humor, bo nie tylko ja z naszej siódemki mam przerąbane. Wołam z góry do Zdzicha i macham mu ręką — odpowiada pomachaniem i dalej rzuca się do walki z opornym żelastwem.

Odnajdujemy zapapraną tabliczkę i drucianą szczotką usuwamy zeschłą skorupę, żeby odczytać oznaczenie tego „switcha”, który mamy wymienić.

— Otwórz puszkę i odłącz go — komenderuje Sławek. — Możesz robić śmiało, bo Stasiu założył już „dżamper”. Tylko uważaj, bo tam jest dwieście dwadzieścia wolt.

Dobre sobie! Robić śmiało pod napięciem i w mokrych butach. Mocuję się ze śrubami puszki, które zardzewiały na tyle, żeby nie dać się odkręcić.

— Kiedyś to musieliśmy upiłować cało puszke, bo się nie dała otworzyć — pociesza Sławek z lubelska.

Udało się, puszka jest otwarta, teraz trzeba wymienić co trzeba, wyregulować, pozamykać i zdjąć „dżamper”. Ta ostatnia operacja intryguje mnie najbardziej, bo nie wiem, co to jest „dżamper” ani jak się go zdejmuje. Brniemy z powrotem przez kałużę. Sławek otwiera jakieś drzwi z napisem „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. Sławek może i jest „upoważniony”, ale ja wcale się takim nie czuję, tym bardziej, że drzwi te wiodą mnie nieuchronnie na spotkanie z „dżamperem”. Pomieszczenie jest zastawione rzędami szaf sterowniczych, na regale leżą opasłe tomy dokumentacji, a na suficie widać czujniki przeciwpożarowe. Sławek otwiera kolejno trzy szafy i za odchylonymi ramami wypełnionymi przekaźnikami wyraźnie czegoś szuka.

— No jest — mówi i wyciąga kawałek wygiętego w podkówkę drutu z odizolowanymi końcami.

— Stasiu zawsze zakłada „dżampery” w rozdzielni elektrycznej zamiast na górze, w naszych szafach — wyjaśnia.

Więc to jest ten „dżamper”! Zwykła zwora, która pozwala chwilowo wyeliminować uszkodzony instrument.

— Disce puer angielskiego — myślę sobie, bo nerwicy się tu nabawisz. Wracamy do „bazy”.

— Zaprowadzę cię do „świrów” — proponuje Sławek.

Odwiedzamy warsztat elektryków — naszych braci w prądzie elektrycznym. Poznaję tam Mariana mówiącego z silnym śląskim akcentem, Adama o sylwetce zapaśnika i jeszcze kilku Polaków.

— Dlaczego nazywasz ich „świry”? — pytam po wyjściu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 27.9