E-book
1.37
drukowana A5
10.54
Pustkowie: Dezerterzy

Bezpłatny fragment - Pustkowie: Dezerterzy


Objętość:
42 str.
ISBN:
978-83-8245-237-2
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 10.54

Dezerterzy

Trwał czwarty miesiąc pory żywej. Miasto Kadem tonęło w mocnym, popołudniowym słońcu — powietrze stało w miejscu, a żar spływający z nieba odbijał się w szybach i wprawiał asfaltowe ulice w złudny, falujący ruch. Mimo tego trzynastoletnia Maya Kremer zaciągnęła rękawy swetra, czując dreszcze rozchodzące się po całym ciele. W klasie numer czterdzieści trzy, mieszczącej się na czwartym piętrze akademii w Przystani, zawsze było zimno. Ilekroć tam wchodziła, tylekroć z utęsknieniem odliczała czas do końca lekcji. Te jednak, jak na złość, zawsze dłużyły się w nieskończoność. Pan „Chłód”, a właściwie Edgar Snodgarson — podstarzały profesor prawa, cierpiał na irracjonalny strach przed gorącem — normalną temperaturę pokojową uznawał za niemożliwy do zniesienia upał, od lat zmuszając uczniów do noszenia kilku warstw ciepłych ubrań, nawet w najcieplejszych dniach roku. Nie była to jego jedyna wada. Zimno na lekcjach stanowiło zaledwie dodatek do całej listy powodów, dla których Maya nienawidziła godzin, które musiała spędzać w jego towarzystwie. Profesor był człowiekiem ponurym i nieprzyjemnym. Co prawda szanowano go w radzie pedagogicznej, a jego podopieczni zawsze osiągali wysokie wyniki na końcowych egzaminach, jednak w nikim nie budził nawet najmniejszego cienia sympatii. Ubrania miał schludne, lecz rozchodził się od niego nieprzyjemny zapach, do tego po akademii krążyły plotki o tym, że utrzymuje bliskie kontakty z absolwentkami, którym za „drobne przysługi” pomaga dostać się na prestiżowe, enduriańskie uniwersytety. Maya nie lubiła go z powodów czysto prywatnych. Od początku nauki miała wrażenie, że traktował ją gorzej, niż innych. Narzucał jej wygórowane wymagania, oceniał o wiele surowiej, do tego często podchodził do jej ławki, wytykał ją palcem, nazywał brzydulą i opowiadał o tym, że jej ojciec nieudacznik z pewnością nie zapewni jej stabilnej i dobrej przyszłości. Dziewczynka wiedziała, że nie miał racji i że on, tak samo jak inni próżniacy z kadry nauczycielskiej, o jej ojcu wiedzieli tyle, co nic. To prawda — matka zostawiła go po tym, jak stracił pracę, przez zbyt niskie wyniki w sprzedaży. To prawda, zabrała jej młodszą siostrę, z którą teraz widywała się tylko na przerwach między lekcjami. To prawda, od tamtej chwili powodziło im się dużo gorzej, ale Franklin Kremer był dobrym człowiekiem. Czasem miała wrażenie, że pamiętała o tym, jako jedyna na świecie. Owszem, czuła smutek i złość, ale nie na niego — na całą tę sytuację. Jedynym plusem rozstania rodziców był koniec kłótni, które przez ostatnie miesiące nieustannie rozbrzmiewały w jej domu. Minusów było jednak znacznie więcej, a docinki ze strony uczniów i nauczycieli nie pomagały sobie z nimi poradzić.

— Ktoś tu wdał się w ojca i zdecydował z premedytacją ignorować polecenia — z zamyślenia wyrwał ją chrapliwy, kpiący głos profesora prawa.

Gdy podniosła głowę, zobaczyła go tuż nad sobą. Wzdrygnęła się, ponieważ stanął w takiej pozycji, że od dołu mogła zobaczyć wszystkie włosy w jego nosie. Mimo panującego w klasie chłodu był spocony i ciężko dyszał.

— Ile razy trzeba powtarzać pytanie, żebyś w końcu raczyła na nie odpowiedzieć? — wycedził.

— Przepraszam, proszę pana — bąknęła. — Nie usłyszałam.

— „Nie usłyszałam” — przedrzeźniał ją.

Kilka osób w klasie parsknęło śmiechem.

— Zapytałem, jak brzmi określenie, którym opisuje się człowieka nielegalnie zbiegłego ze swojej pozycji wojskowej.

Snodgarson przez chwilę patrzył na nią z wypełnionym satysfakcją oczekiwaniem.

— Nie… nie wiem — wyjąkała Maya, spuszczając wzrok.

Nie miała pojęcia, jak do tego doszło. Przecież spojrzała za okno tylko na chwilę. Zupełnie nie zauważyła, kiedy zmienił temat i kiedy zadał jej pytanie. Mężczyzna uniósł rękę. Zanim się zorientowała, znalazła się tuż przy jej twarzy. Dziewczynka pisnęła i osłoniła się rękami, jednak on, zamiast ją uderzyć, rubasznie się roześmiał i powoli do niej pomachał. Odetchnęła głęboko i poczuła w oczach łzy, które wypłynęły z nich, gdy usłyszała śmiechy klasy.

— De-zer-ter — artykułując, odpowiedział Snodgarson, po czym powoli wrócił za swoje biurko. — Człowiek, który zbiegł ze swojego stanowiska, nazywa się dezerterem. Kto wie, jak w Sojuszu karana jest dezercja?

Dzieci popatrzyły po sobie.

— Resocjalizacją albo śmiercią, proszę pana — odpowiedziała Abigail Ross, klasowa prymuska, córka komendantki głównego oddziału miejskiej policji.

Mężczyzna z uznaniem pokiwał głową, potwierdzając jej słowa.

— Dobrze — odpowiedział — Abby, opowiedz, na jakiej zasadzie…

Wtem, zanim zdążył dokończyć, jego słowa przerwało pytanie:

— Pszepana, czy to właśnie stanie się z Laurą Fallstone?

Po klasie rozeszła się fala głośnych szeptów. Mężczyzna nieznacznie pobladł, by zaraz potem poczerwienieć. Odwrócił się w stronę grupki uczniów, siedzących po prawej stronie, na tyłach sali.

— Który to powiedział? — zagrzmiał.

Kilka palców wskazujących powędrowało w stronę Griffina — niezbyt rozgarniętego rozrabiaki, pochodzącego z domu pary znanych inwestorów.

— Wstań — rozkazał nauczyciel.

Chłopiec wykonał polecenie.

— Otrzymasz pięćdziesiąt punktów karnych. Po lekcji zgłosisz się do dyrektora — zadecydował Snodgarson.

Na twarzy Griffina zagościł strach. Nie raz zdarzyło mu się być karanym — zazwyczaj za swoją zuchwałość dostawał co najwyżej naganę, ale pięćdziesiąt punktów karnych równało się ze spadkiem miesięcznej wartości oraz czasowym zawieszeniem w prawach ucznia i mogło ciągnąć za sobą bardzo poważne konsekwencje finansowe. Klasa zamilkła. Przez następną minutę nikt nie śmiał się odezwać. Wszyscy ze zgrozą patrzyli na Snodgarsona, przechadzającego się między ławkami. Griffin nie grzeszył rozumem. Często drażnił się z nauczycielami, jednak w szkole panował bezwzględny zakaz rozmawiania o uczennicy z wyższej klasy, której niecałe dwa tygodnie wcześniej udało się zbiec z Kadem i która zaginęła, podejrzana o dołączenie do zorganizowanej grupy rebeliantów z Pustkowia. Maya wstrzymała oddech. Nie znała Laury osobiście, jedynie czasami mijały się na korytarzu. Starsza dziewczyna nigdy nie zwróciła na nią uwagi, ale ona dobrze ją pamiętała. Miała przeciętną, pełną figurę i blond włosy; pomimo szkolnych wymogów, zawsze rozpuszczone i wijące się po ramionach. Była średniej urody, ale miło się uśmiechała, a jej twarz zdobiły małe, zabawne piegi. Znalazła się wśród nich tylko dlatego, że ją i jej matkę, sklepikarkę, pod swoje skrzydła wziął naczelnik więzienny — Arthur Fallstone. Gdy uciekła, na jej temat powstało wiele plotek. Niektórzy twierdzili nawet, że zrobiła to, by pomóc rebeliantom zabić swojego ojczyma. Maya nigdy nie przysłuchiwała się plotkom, ale w głębi serca miała nadzieję, że jakkolwiek nie potoczą się losy dziewczyny — nie zostanie schwytana. Sama nie do końca rozumiała dlaczego, ale po cichu kibicowała Laurze za każdym razem, gdy patrzyła na dyrektora, na Snodgarsona i na innych nauczycieli.

— Siadaj — rzekł profesor, dając Griffinowi do zrozumienia, że nie może liczyć na złagodzenie wyroku.

Zaraz później zwrócił się do pozostałych:

— Niech jego kara będzie dla was przestrogą.

Kilkoro dzieci grzecznie pokiwało głowami, inne zaś ze strachem wpatrywały się w podłogę. Snodgarson stanął pod pokaźną holotablicą, zawieszoną za biurkiem. Skrzyżował ręce na piersi, a gdy odezwał się ponownie, zabrzmiał spokojniej.

— Odpowiem na pytanie Griffina, bo chcę raz, a dobrze nauczyć was posłuszeństwa. Laura Fallstone została uznana za poszukiwaną i gdy tylko postawi nogę na terenie Sojuszu, zostanie w trybie natychmiastowym zwrócona swojemu ojcu, który zdyscyplinuje ją wedle własnego uznania. Gdy zaś powróci do akademii, skierujemy ją na jeden z dostępnych dla osób w jej wieku programów resocjalizacyjnych.

Maya, słysząc ton jego głosu, znów mimowolnie uciekła wzrokiem za okno. Kilka sekund później wybrzmiał dzwonek, oznaczający koniec lekcji. Szybko wrzuciła więc rzeczy do plecaka i jako jedna z pierwszych, wybiegła z sali. Pod drzwiami czekał na nią Oliver — młodszy kolega, którego poznała rok wcześniej, na przymusowych zajęciach wyrównawczych.

— Maya, ty płakałaś? — zapytał gdy tylko udało mu się złapać ją w biegu.

— Nie, no coś ty — odpowiedziała szybko, skręcając w jeden z bocznych korytarzy.

Chłopiec, z dokładnością godną prawdziwego detektywa, przyjrzał się jej twarzy.

— Płakałaś — stwierdził, obserwując jej czerwone oczy. — To znowu Snodgarson? Dokuczał ci?

Maya dała za wygraną i niechętnie pokręciła głową na „tak”.

— Co zrobił tym razem? — zapytał Oliver, siadając na parapecie.

Z plecaka wyjął drugie śniadanie, składające się z homogenizowanego mleka i dwóch kanapek. Jedną z nich wyciągnął w stronę dziewczynki, zapraszając ją, by usiadła obok niego. Maya zgrabnie wskoczyła na parapet.

— Oli? — mruknęła, nie odpowiadając na jego zmartwione pytanie. — Myślisz, że ją znajdą?

Gdy zorientowała się, że nie zrozumiał, co miała na myśli, wyjaśniła:

— No wiesz… tę dziewczynę, która uciekła?

Chłopiec, po krótkim zastanowieniu, wzruszył ramionami.

— Pewnie tak — odparł. — To w końcu dorośli. Pamiętasz, jak chciałem wkraść się do bufetu i zakosić naleśniki, które zrobili na obiad? Od razu mnie przyłapali. Przez trzy dni musiałem kłaść się spać bez kolacji.

Na moment zamyślił się.

— Ta dziewczyna pewnie będzie musiała kłaść się bez kolacji przez następnych tysiąc lat… — mruknął pod nosem.

Maya jeszcze bardziej posmutniała.

— To niesprawiedliwe — powiedziała.

— Co?

— To, że pozwalamy im się z nas nabijać — odparła, biorąc pierwszego gryza kanapki. — To, że nie wolno nam o nic zapytać, a wszystkie pochwały zgarnia ta głupia Abby. Może Laura wcale nie była taka zła, może po prostu miała tego wszystkiego dosyć. Czasami też chciałabym stąd uciec, tak, jak ona.

— Nie mów tak! — chłopiec nerwowo rozejrzał się naokoło. — Jeśli ktoś cię usłyszy…

— Wiem, przepraszam — bąknęła. — Tak tylko sobie gadam. Jaką masz teraz lekcję?

— Matematykę, a ty?

— Przysposobienie obronne — powiedziała. — Pójdę zobaczyć się z Iną.

Oliver przytaknął i pomachał jej na pożegnanie.

— To na razie — powiedział. — Widzimy się potem.

— Na razie, dzięki za kanapkę — odrzekła i ruszyła przez korytarz, by odszukać młodszą siostrę.

Choć krótkie spotkanie z kolegą nieco poprawiło jej humor, wciąż była wzburzona. Schowała ręce do kieszeni. Zeszła po schodach na najniższe piętro, na którym uczyły się młodsze dzieci. Odnalezienie dziewczynki nie zajęło jej dużo czasu. Inabelle siedziała na ławce i rozmawiała z koleżankami.

— Cześć — powiedziała starsza siostra.

— Cześć — odpowiedziała ośmiolatka.

— Co słychać? U mamy wszystko w porządku?

Maya przysiadła się do niej i złożyła ręce na kolanach.

— Mhm — odpowiedziała Inabelle, bez entuzjazmu. — Wczoraj pochwaliła mnie za dobre stopnie i w nagrodę zjadłyśmy lody śmietankowe. Było naprawdę super.

— To świetnie — odpowiedziała Maya.

Przez chwilę przeszło jej przez myśl, żeby powiedzieć siostrze, co słychać u taty, ale zrezygnowała. W przeciwieństwie do niej nie miała żadnych dobrych wieści. Odkąd stracił pracę, stał się bardzo smutny. Nie odwoził jej do szkoły, jak zwykł robić to kiedyś. Wciąż gotował jej obiady, ale przestali jadać je wspólnie, a ona nie umiała go pocieszyć. Inabelle za to już jakiś czas temu przestała o niego pytać.

— Wpadnę do was za kilka dni — powiedziała Maya.

— Fajnie — odparła Inabelle. — Mama się ucieszy.

— Ty też możesz do nas przyjść, kiedy tylko będziesz chciała — zaproponowała, choć wiedziała, że jej odpowiedź będzie przecząca.

— No nie wiem… — zgodnie z przypuszczeniami Mayi, odpowiedziała Inabelle. — Nie chcę.

Maya przytaknęła. Pogłaskała ją po głowie i ruszyła w stronę klasy do przysposobienia obronnego, zanim zadzwonił dzwonek. Choć nauczycielka prowadząca — pani Greta Clyborne, nie była tak nieprzyjemna jak Snodgarson, na lekcjach również wymagała nienagannej punktualności oraz dyscypliny. Dziewczynka postarała się więc zapomnieć o Laurze Fallstone oraz o upokorzeniach, które spotkały ją ze strony profesora prawa i dzielnie wytrwać do końca lekcji. Na duchu podnosił ją fakt, że po ich zakończeniu, zamiast do internatu, miała wrócić do mieszkania — każda sobota była bowiem dniem wolnym od zajęć. Gdy dwie godziny później opuściła budynek akademii, uderzył ją żar rozgrzanej do czerwoności Przystani. Ruszyła przed siebie, by jak najszybciej wejść w cień biurowców, pnących się w górę, naokoło Placu Centralnego. Zanim jednak zdążyła dojść do bramy, usłyszała głos.

— Maya, zaczekaj! — krzyknął z daleka Oliver.

Dziewczynka zatrzymała się i obejrzała za siebie, przystając i pozwalając, by ją dogonił.

— Myślałam, że kończysz za godzinę… — zauważyła.

— Tak — wydyszał — ale zwolnili nas z ostatniej lekcji. Posłuchaj, moja mama dzwoniła do szkoły. Ma jutro ważne spotkanie firmowe i wróci późno. Czy mogę zostać u ciebie na noc? Nie chce mi się w taki upał siedzieć w internacie… — jęknął.

Dziewczynka uśmiechnęła się i po krótkim namyśle odparła:

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 10.54