E-book
20.48
drukowana A5
67.38
PUSTE  POLA

Bezpłatny fragment - PUSTE POLA

wydanie drugie

Objętość:
297 str.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 67.38


Skład i łamamnie ;

mgr. Marek Andrzejewski


Projekt okładki i grafika ;

Art. plastyk: Jerzy Bahr

Przedmowa

Realia w której rozgrywa się akcja społeczno — obyczajowo i po części autobiograficznej powieści poznałem w ciągu wieloletniej pracy w kombinatach rolnych czasu PRL — u.


Nie wszystkie opisane historie i zdarzenia, osoby i imiona są wymyśloną przez autora fikcją literacką, gdyby jednak Czytelnicy byli przeciwnego zdania, niech pozostanie tak, jak napisałem, a oni niech odszukają się na stronach powieści.


Większość moich utworów powstała na Kaszubach. Chciałem w tej książce, poprzez opowiadania o mojej Kaszubi i prowincjonalnym grajdole wyrazić życzenie, aby jej bohaterowie i adresaci nie wypierali rodzinnej Ojcowizny, nie wstydzili słomy wystającej z gumiaków, swojej inności i odrębności.


Starałem się pisać o tym, co odchodzi w zapomnienie. Piszę malując, maluję pisząc o starych kościółkach w Swornegaciach i Leśnie, przydrożnych kapliczkach matki Boskiej Zielnej, krzyżach i resztkach gburskich chałup. Piszę o polskiej prowincji, gdzie pięknie i spokojnie, gdzie krzywe opłotki, gdzie kolorowe malwy i słoneczniki, gdzie puste pola i pustkowia porośnięte wrzosem i jałowcem, gdzie seledyn jezior, bagienne stawy i chmury na błękicie nieba i o tym, chociaż niemodne „tak się dzisiaj nie pisze” pouczył mnie Przyjaciel, znany krytyk ś.p. Zbigniew Żakiewicz — lecz trzeba pisać, ażeby nie odeszło w niepamięć.


Pisałem o niespełnionych marzeniach, o świecie złożonym z tęskonty, lęków, miłości, nienawiści, goryczy i ciepła.


Piszę o ludziach będących „solą tej ziemi”, którym tę powieść dedykuję.

Henryk Cyprian Konkol „Chaber”

Autor

Pisane w ‘Zadupiu’ i Berlinie

Rozdział pierwszy

Jan z Zapyzia


Kiedyś, dawno, dawno temu, a była to najprawdziwsza z prawd, rzekę w tym miejscu przepływało się płaskodenką, czasami przechodziło lub przejeżdżało szerokim, płytkim w czasach suszy tylko po kolana, piaszczystym brodem. Rzeka ograniczona z jednej strony wysokim brzegiem, rozlewała szeroko w stronę piaszczystych pustkowi rzadko porośniętych sosnowym lasem i suchym jałowcem ciągnących w stronę dalekich osiedli i dalej po krańce Zaborów i Kościerzynę. Płaskim brodem schodziły także dzikie zwierzęta do wodopoju, skracali drogę jadący do Gdańska i Elbląga kupcy z towarem, tędy uciekali także grasujący na traktach zbóje gonieni po śladzie przez miejską straż z niedalekich Chojnic. Czasami ryboki* przewozili płaskodenną łodzią na drugą stronę rzeki konnych wędrowców. Przez dziesiątki lat rozjechano i rozdeptano wysoki brzeg w szeroką, schodzącą do samej rzeki, piaszczystą drogę. Dzisiaj obydwa brzegi szerokiej, lecz płytkiej bagnistej rzeki, odpycha od siebie dwupasmowy betonowy wiadukt.


Wtedy, przy brodzie szeroko rozjechanym kołami wozów, bryczek, kolasek, rozdeptanym nogami ludzi, zwierząt i racicami domowego bydła pasącego po przeciwnej stronie rzeki, gdzie resztki soczystej podmokłej łąki, stała żydowska karczma postawiona na prymitywnym fundamencie z polnych kamieni. Karczma była solidną węzłówką z okorowanych sosnowych pni zbijanych tabelami* uszczelnionych gliną zmieszaną z paździerzami. Karczma „U Lejka” przetrwała kilka wojennych zawieruch, lecz nie oparła czasowi i przechodzącym przez Zabory burzom i wichurom. Pewnego dnia straszna burza z towarzyszącym jej huraganem wyniosła karczmę pomiędzy wysokie sosny rozrzucając po rzece i pobliskich piachach. Dzisiejsza karczma z gipsowych bloczków, pełna przybudówek, schowków, drewutni, tancbudy przykrytej falistą płytą z pleksi o zapożyczonej z wielkiego miasta nazwie „U Leona”, pozbijana z desek pomalowanych przerobionym silnikowym olejem, przykryta płaskim stropodachem, zwana z europejska Zajazdem, rozsiadła się daleko od rzeki, wiaduktu i rogatek wioski oznaczonej białą tablicą i tłustym, czarnym napisem; Zapyział.


Gdyby nie ostry zakręt wąskiej asfaltowej i pełnej dziur drogi porozbijanej przez pędzące TIR-y, można było zobaczyć drugą z tablic, oznajmiającą, że właśnie tutaj przy leśniczówce Przesmyk nad wąskim rowem, rzeczką o tej samej nazwie, kończy się urzędowa, czyli administracyjna granica wioski nazywanej w kolorowych folderach turystyczną atrakcją regionu. Nieurzędowa nie posiadała granic, nikt nie wiedział gdzie się zaczyna i gdzie kończy? W lewo od szosy jak ości w rybie rozchodziły wydeptane ścieżki i piaszczyste duchty* wchodzące pomiędzy stare i nowe zabudowania schodzące do brzegu rozlewiska rzeki. Droga wchodziła w sosnowy las, pędziła z gwizdem lokomotyw wzdłuż pokrętnego kolejowego traktu Gdynia — Bytów, dudniła po kolejowym wiadukcie nad Brdą, przepadała

w parowach nad jeziorem Ostrowickim i w lasach idących w stronę Krojant i Łukomia.

Karczma stała niedaleko słupa wysokiego napięcia, co miało tę zaletę, że nie istniała potrzeba prowadzenia niezliczonej ilości metrów kabla kosztującego wtedy krocie, a kupić go można było tylko na czarnym rynku. Znajdowała się także w bezpośrednim sąsiedztwie stojącego na rozdrożu żużlowej drogi, poczerniałego ze starości krzyża, otoczonego rachitycznymi krzewami zdziczałego bzu. Karczmę wziął w pacht miejscowy autochton o duszy rozdartej pazernością, po części Kaszub, po części Niemiec w zależności od tego, jak zawieje albo z kim się ma wątpliwą przyjemność. Autochton był typowym okazem brudasa i abnegata. Karczma, niedawno nadał nazwę i status „Zajazdu u Leona”, w odróżnieniu od strażackiej remizy ma to do siebie, że jest otwarta od — do lub przez całą noc, szczególnie w tę najkrótszą w roku, związaną z rozpalaniem kupalnych ognisk, szukaniem kwiatu paproci i puszczaniem wianków. Z tymi wiankami to trochę przesada i tak, jak kwiatem paproci, szukasz i nie znajdujesz, chociaż niektórzy mówili, że mieli szczęście. Najwięcej szczęścia miał Jan i, chociaż było to szczęście koślawe i dziurawe jakoś sobie z nim w swoim biednym, lecz wesołym życiu radził.


Zimą w zajeździe panował zupełny marazm pod okopconym stropem wisiał zapach sfermentowanego piwa i woń palonej machorki czy innego świństwa dla którego nie było nazwy. Ruch w interesie był żaden, rosły jedynie zapisywane na borg* kolumny cyfr i tajemniczych znaków:

— Pjoter 30 złotych,

— Josef oddać trzy złote, albo narąbi drew

— Jola 3 ”Lechy” * +3 utrwalacze

— Janek 4x „EB” ( skreślone ) na borgu 5x PPME H” +20x „EB” dla wszystkich

I tak dalej, linijka po linijce, kartka po kartce — rok po roku — w grubym, poplamionym i zmiętoszonym brulionie formatu A-4 z zapisami z ostatnich czterech lat, poznaczonym niewprawnym kulfoniastym pismem. Tajemniczy szyfr lub, jak kto woli, hieroglify wioskowego karczmarza oznaczały, że; Janek oddał swój dług za cztery, „EB“, lecz nie wystarczyło na oddanie za 5 paczek Ekstra Mocnych, których do czasu pierwszego

zawału palił niezliczoną ilość. Z tym zawałem u Jana to także do końca nie było wiadomo, zawał czy dychawica?. Po kilku godzinach doszedł do siebie, a rano — dla Jana rano rozpoczynało się na długo przed wschodem słońca — przepedałował w dobrym tempie trzy kilometry przez las na wyrębisko. Trzeba przyznać, Janek miał wysublimowany smak na wszystko co dobre, mocne i tanie, do tego posiadał kaszubskie podniebienie smarowane często i obficie wszystkim mającym chociażby posmak C2H5 OH, czyli prościej, popularnej, ogólnie dostępnej czyściochy. Zapis Jolki nie był łatwy do rozszyfrowania, lecz oznaczał ni mniej ni więcej, że; Jolka nie była sama, właściwie nigdy się nie zdarzyło, ażeby była sama, postawiła trzy „Lechy” z trzema setkami czystej, czyli z popularnym utrwalaczem.


W interesie obowiązywała wtedy zasada wzajemnej uczciwości, oczywiście stosowana tylko

i bez wyjątku w odniesieniu do stałych bywalców i okolicznych autochtonów, chociaż z tą uczciwością to także bywało różnie i nie zawsze wszystko odbywało się fair i bezboleśnie, czego dowiodła historia Kazika, który do dzisiaj nie wstawił sobie górnych dwójek i trójek nie ze strachu przed dentystą czy lenistwa, lecz z prozaicznego powodu, jakim był brak pieniędzy na prywatnego zębologa. Prywatnego, bo Kazik już od dawna nie miał kasy chorej*

przecież był bezrobotnym, bezdomnym dziadem, już dawno powinien znaleźć się w przytułku u św. Marcina czy św. Łazarza i nie powinien był zawracać głowy kasie chorych, mającej wiele innych, poważniejszych zajęć, niż zajmowanie jakimś tam Kazikiem i jego uzębieniem. Kazik mieszkał kątem u brata w piwnicy niewykończonego domu, gdzie miał swoje łóżko, które można by nazwać innym, bardziej swojskim i zrozumiałym dla większości określeniem; barłóg, i to było wszystko, co posiadał, nie licząc stojącej w kącie szafy z wiszącymi w niej letnimi i zimowymi klamotami. W starej przestronnej szafie stały wyjściowe i robocze buty, deszczówka, czyli kurtka mająca chronić przed zmiennościami aury i dwa kartonowe pudełka po obuwiu. W jednym czarne używane, lecz względnie dobrze utrzymane półbuty na wypadek niespodziewanego zejścia i pogrzebu; coś chyba musza na giry założyć. No nie? W foliowym pokrowcu po azofosce*, czy innym sztucznym nawozie, czarny, miejscami poplamiony prawie nowy garnitur, bez westki*, także na wszelki wypadek.


Zdarzyło się, Kazik zaczął się stawiać, zgrywać ważniaka, nadął, zrobił szerszy od koszuli a dobrze wiedział, że to nie wódka jest zależna od niego, lecz on od wódki i karczmarza i vice versa, a że w zasięgu ręki była tylko ciężka butelka po winie marki „Wino”, więc tą butelką w regalik z monopolem. Karczmarz odwzajemnił się nogą od dębowego krzesła, którą także na wszelki słuczaj* miał zawsze pod ręką. Użył jej skutecznie w obronie własnej i własnego, ciężko zapracowanego dobra. Od tego czasu poprawiły się stosunki na płaszczyźnie wzajemnego zrozumienia na linii karczmarz — klienci zalegający z zapłatą. Kazik nadal chodzi szczerbaty, popija na kredyt, płacze i spłaca. Płacze, bo z robotą coraz trudniej, śmierdzący żeliwiak jeszcze na chodzie, chociaż jego dni są policzone gdzie pracował na czarno dostając trzy złote za godzinę czarnej pracy przy szlifowaniu żeliwnych odlewów w obłokach rakotwórczych i toksycznych pyłów. Odlewy obrabiał ciężką szlifierką, oczywiście bez okularów i ochronnej maski przez pięć, czasami sześć dni w tygodniu albo i więcej. Czasami bywało, że od przypadku do przypadku, tylko po kilka godzin dziennie, co dla Kazia znaczyło uszczuplenie i zmianę planu dziennego budżetu, ponieważ w tych warunkach uzyskanie pełnego, tygodniowego wynagrodzenia graniczyłoby z cudem.


Zima była także okresem próby dla karczmarza. Z powodu uszczuplonego dochodu nie był w stanie równoważyć kosztów wynikłych z potrzeb dotyczących „Zajazdu” z przyległościami, czyli tancbudą rozkręcaną w każdy piątkowy i sobotni wieczór na pełny decybel, bo zimą karczma przyniosła zarobek w postaci zaledwie kilku pijanych złotówek. Karczmarz nie mógł pojechać oblodzoną drogą do miasta, „Volkswagen Transporter” rocznik siedemdziesiąty czwarty miał łyse opony, o erbekach* należało zapomnieć, niesprawne od czterech lat hamulce i wiele innych mankamentów od których bolała go nie tylko głowa. Karnawał był tańcujący, pijany i niezależny od aury, samopoczucia i zasobności tańcujących par porusza-jących się na twardych pilśniowych płytach tancbudy. Pod ścianą stał bezpłatny czynnik grzewczy w postaci tandemu złożonych do siebie żeberkami olejaków firmy deLongho, dającymi więcej hajcu od wysłużonej kozy* na brzozowe drewno i węgiel. Wiązka gumowa-nych kabli omijała wariujący na wstecznym biegu licznik, w piecyku wesoło bulgotał wrzący olej i grzał budę za friko*. Podłączenie było fachowe, bezpieczne, a najważniejsze czyste, bo nie śmierdziało dymem i karczmarz nie musiał zatrudnić dodatkowej siły fachowej do dorzucania brzozowych drewienek. Oszczędność była pierwszą z dewiz karczmarza o rozdartej duszy i sumieniu, o którym wielu twierdziło, że takowego nawet sam Pan Bóg u niego nie znajdzie. W tańcujące wieczory wszyscy byli zadowoleni, chociaż zawsze znalazł się jakiś malkontent potrafiący spaskudzić radość miłej zabawy. W karnawale tancbuda była zawsze wypełniona do granic możliwości spragnionymi rozrywki, hałaśliwie zachowującymi się dziewczynami z okolicznych wiosek, pachnącymi nie zawsze mydłem i wodą od „Coty´ego”, czy „Chanel‘a”, lecz swojską, mocną w zapachu i trwałości wodą kwiatową „Być może” oraz innymi hiacyntami. Przychodzili do karczmy, a jakże, wyglansowani na wysoki połysk miejscowe osiłki prawdziwy towarzyski zapyzialski hajlajf*. Do dyspozycji towarzystwa pozostawała nieograniczona wprost paleta możliwości spędzenia miłego wieczoru począwszy od czarnej lurowatej kawy z cukrem w kostkach, skończywszy na solidnym mordobiciu, zwanym modnie pojedynkiem na pięści, co nie zawsze kończyło się podmalowanym okiem.


Zasypana śniegiem wioska spała snem sprawiedliwego. Mroźne noce wypełnione były pełnią księżyca, trzaskiem pękających w lesie drzew, szelestem sypiącego śniegu, zapachem palących w chałupach zużytych opon palących się wspaniale i dających ciepło. Kominy kopciły czarnym smolistym dymem unoszonym i zwiewanym przez wiatr poza rzekę i bory. Noce wypełnione były także wyciem zamarzających na śmierć psów. Czy zamarzające psy wyją? A może zasypiają, jak pijany człowiek, nie czując, że umarły, że uciekło z nich ciepło

i zastygła krew. Rano znajdą je sztywne i oblodzone, i twarde jak kości, które dawano im czasami do żarcia.


Od oblodzonej i zasypanej śniegiem szosy przecinającej wioskę na dwie nierówne części, jak żebra od kręgosłupa, odchodziły polne drogi, dwie w lewo, dwie w prawo. Odchodząca w prawo droga, była drogą zapomnianą, zarosłą zielskiem i samosiejkami, kończącą zaraz za przydrożnym rowem. Druga, asfaltowa ciągnęła brzegiem lasu, wyginała, jak tanecznica w kontredansach, raz w lewo raz w prawo, przeskakiwała kolejowe tory, schodziła w pustkowia, kolebała na wzniesieniach wzdłuż jeziora do Czernicy, gdzie kapliczka postawiona na pamiątkę, że tutaj ileś lat temu, młodziutki ksiądz Wojtyła, uczestnik spływu po kaszubskich jeziorach, przypłynął kajakiem. Droga przechodziła obok zabytkowego ciągle czynnego wodnego młyna, wciskała pomiędzy wybujałe sosny wychodząc jak krzywda bokiem, niedaleko Drzewicza, niedużego osiedla i wczasowego ośrodka Stoczni Gdańskiej. Dwie pozostałe odchodziły w lewo, pierwsza przecinała szosę, wpadała w rzadki, wybujały sosnowy las, biegła pomiędzy brzozowym młodniakiem, gdzie jesienią tyle koźlaków, spoglądała z wysokiego urwiska na szarozielone, pofalowane wiatrem jezioro Trzemeszno pędząc wygibasami, jakby ją ktoś gonił, z górki na pazurki, do dudniącego zbełtaną wodą przełazu w Mylofie, gdzie latem tłumy, namioty, Caravany, Ople, Fordy, japońce i znudzone, pomimo wakacji, dzieciaki.


Kolejna z dróg, wcale nie asfaltowa czy nawet szutrowa, lecz normalny piaszczysty ducht, miejscami wysypany rozjechanym na pył żużlem, prezentem kopcącego żeliwiaka, wpełzał pomiędzy pożółkłe rachityczne sosny żyjące w niezakłóconej symbiozie z plastykowymi workami, wyrzuconym na złom kuchennym piecykiem, skorodowaną lodówką, kartonami oraz innym, odrzucanym od siebie, ot tak, bo niepotrzebne, rupieciem. Za laskiem, pierwsza kraja* chałupa, nie chałupa, byle jak sklecony mieszkalny dom wielopokoleniowej rodziny Wykrętów z wysokim parterem, bez piętra, pełen klitek, z dobudowanym z wapienno żużlowych bloczków garażem służących wszystkiemu i niczemu. Dom z przyległościami posiadał kiedyś statut gburskiego siedliska o kilkudziesięciu hektarach ziemi, kilku arach lasu i głębokiego jeziora pełnego ryb i wodorostów. W garażu stał zielony „Opel Kadet” — sam Jan przysięgał na wszystkie świętości, że to prawda — rocznik sześćdziesiąty szósty, lecz po kilkunastu zeszlifowaniach głowicy, nabijaniu kolejnych numerów nikt już nie był w stanie nie tyle odczytać, co nawet w przybliżeniu ustalić jego rocznik.


Janowi od lat nie wystarczało ani na OC-e, AC-e, PZU, nawet na WuCe, ażeby wyjechać do wielkiego miasta w dychawicznym smrodzie spalin, klekotaniu blach i świecących Panu Bogu w okno światłach, pisku startych na blank* okładzinach z jedną nieczynną wycieraczką. Jeździł tyle ile potrzeba, a potrzeb było wiele, po leśnych duchtach, prowadzących do nikąd ścieżkach na wyręby i karczowiska po drewno, żużlową drogą do karczmy i sklepiku po codzienne zakupy, gdzie chleb trzeba zamawiać z dwudniowym wyprzedzeniem. Po drodze było, więc na pocztę po urzędowe pisma i listy, na które i tak nie odpisywali. Nie żeby z lenistwa, którym brzydzili się jako rdzenni Kaszubi wytykając innym, lecz z bardziej prozaicznego powodu, przecież nie każdy jest poetą lub swoim własnym sekretarzem, co to poprawnie w ładnym stylu pełnym grzecznościowych zwrotów potrafi odpisać. Na poczcie klientów obsługiwała sympatyczna poniekąd, pani Varia; kierowniczka, dysponent, kasjerka i kolporter „Ruchu” w jednej osobie. Z uśmiechem i dobrym słowem wydawała listy i paczki, stemplowała przekazy, czasami pomogła komuś przeczytać list z Ameryki czy Niemiec, nie każdy musiał być czytaty i pisaty, albo wysłać odpowiedź z prośbą, o chociaż dwa Waszyngtony*, czy mocne w stosunku do złotówki West marki*.


Gdy Jan wybiera się w jakąkolwiek podróż lub zmuszony, tak jak dzisiaj, koniecznością załatwienia sprawy w magistracie dociera najwyżej do Południowej Bramy Kaszub, gdzie jest wzywany do Urzędu, albo na Młyńską do Kolegium. Autko stawia na miejskim parkingu, nie z obawy o kradzież, tego autka, choćby mu dopłacano, nikt nie ukradnie. Zostawia na parkingu z powodu niedomykających się z prawej strony zwichrowanych drzwi (lewe wogóle pozbawione zamka), więc jest zły, że zamiast przeznaczyć dwa złote na piwo, którym należałoby spłukać nocną popijawę, bo jeszcze szumi we łbie, musi je wydać za godzinę parkowania. Autko odpoczywa spokojnie na parkingu, Jan także spokojny, bo nikt nie zwinie z bagażnika Boschowskiej wiertarki i elektrycznego agregatu, idzie w miasto, czyli na odnowiony rynek z przynależnym do niego czerwonym ratuszem, fontanną z Trzema Gracjami odpowiadającymi wymiarami bardziej ruskim „babuszkom”, aniżeli zgrabnym kaszubskim dziewczynom. Dzisiaj fontanny były na chodzie, pryskały obficie strumieniami wody na obfite piersi, grube dupska i szerokie biodra trzech milczących kamiennych rzeźb. Popatrzył krytycznie, porównał ze swoją kobitą sprzed trzydziestu lat i wyszło na jej korzyść.


W kiosku obejrzał gazety, Dziennika Bałtyckiego już nie było w sprzedaży, bo południe, Wyborcza nie dla niego, odnośnie do „Rzeczpospolitej” nie miał wyrobionego zdania, za mądra i za droga. Poprosił grzecznie o miesięczniki, a tych było kilka. Wybrał Detektywa nie z uwagi na przystępną cenę, lecz zawartą w nim tanią sensację.

— Pani da „Tetektywa” — przeleciał tytuły stwierdzając — te my już czytali, nowego ni ma?

— Nowy trzyma pan w ręku

Nie znalazł zrozumienia w oczach i postępowaniu sprzedawczyni nie mogącej patrzeć jak brudnym paluchem przerzuca kartki a towaru nie kupuje. Porównał czas, jaki wskazywała jego stara szwajcarska „cebula” z czasem ratuszowego zegara i znowu wyszło na jego korzyść, co uznał za dobry omen, lecz jak w przysłowiu — dobre musi być trzy — popchnął ciężkie drzwi do siedliska głupoty urzędników, idiotycznych przepisów, dziwnych ustaw i karygodnych zarządzeń mających na celu poniżyć, wykorzystać, złachmanić i w efekcie wypchnąć biednego człowieka za drzwi, czyli do ratusza i windą wjechał na pierwsze piętro.


O dziwo, sprawę załatwił wbrew pesymistycznym oczekiwaniem w niespełna pół godziny, opłacił znaczkami skarbowymi, otrzymał świstek i zadowolony zszedł szerokimi schodami

do wyjścia. Nie miał powodu śpieszyć, sprawę miał w kieszeni, po opłaceniu należności pozostało mu jeszcze kilka złotych, pomyślnie załatwioną sprawę zapił kolejnym piwkiem z utrwalaczem*, co polepszyło mu i tak wyśmienity humor. Zatrzymał na chwilę przed apteką, wyciągnął z kieszeni drelichowych, zielonych spodni, jakie nosiła służba leśna, pomiętą receptę i wszedł w świat pigułek, jodyny, rivanolu, tabletek, zapachu ziołowych herbat i woni, po których poznaje się apteki na całym świecie.


Lipcowe słońce bezlitośnie katowało odkryty ze wszystkich stron parking, topiło w lepką maź asfalt a nad betonowymi płytami parkingu tańczyły miraże rozgrzanego powietrza. Ople, Volkswageny, Fiaty i japoński Nissan, zbieranina aut i czarna nówka, Mercedes, i jego zielony „Kadet” zamienione w piekarniki, których nie można było dotknąć. Musiał poczekać. Zaciekawiony stanął przed parkingową tablicą ogłoszeń na której przypięte pinezkami karteczki i zdjęcia wypucowanych do połysku samochodów jakby szły do ślubu, a nie na złom. Przeczytał kilka kartek z komputerowo wypisanymi inseratami typu; „Beczkę” sprzedam, rocznik 82 w b. dobrym stanie, cena… zł do uzgodnienia”, Wydzierżawię drewniany garaż, sprzedam części do garbusa* albo całego, rocznik 69, skupuję wszystko i podany numer telefonu. Oddarł kilka karteluszek z zapisanymi numerami telefonów, uśmiechnął sceptycznie nad ceną „beczki” i po krótkiej walce z rozrusznikiem odpalił silnik w kłębach spalin i zapachu etyliny.

Do domu było niedaleko, zaledwie ponad dwadzieścia kilometrów, powinien je przelecieć w godzinę z okładem, droga z górki, można podgonić i ulżyć „Kadecikowi”, żeby nabrał oddechu i pod górkę. Zakręt poganiał zakręt, na środku ciągłe podwójne i przerywane linie. Niebezpiecznie. Gorący asfalt nawijał się na łyse opony spowalniając prędkość jazdy, lecz pozwalało na w miarę bezpieczne hamowanie. Spokojnie przejechał przez kolejowy przejazd strzeżony tylko znakiem STOP, zdziwił obecnością w tym miejscu tak wielkiej siedzącej na słupie biedronki, dodał gazu, przypomninając sobie nagle filmy grozy, gdzie pająki ludojady, skorpiony — mordercy i mrówki — wampiry. Przed maską autka odcinek prostej i biała tablica z nazwą wioski Ćwierćwałek z przytulonym do strażackiej remizy drewnianym budyneczkiem filii „Społem”, zabytkową ręczną pompą do wody. Pod tym samym słupem przystanek MPK i PKS.


Janek rozgrzany słońcem, ukołysany równomiernym mruczeniem silnika — jedno, co w autku było w miarę sprawne — podlany dwoma piwkami z utrwalaczem wpadał w początek śpiączki, widział tańczące nad rozgrzanym asfaltem granatowe majaki okazujące dwoma policjantami z okręgowej drogówki, czyli sympatycznym, chociaż bardzo regulaminowym — jedno nie wyklucza drugiego — starszym sierżantem i kapralem siedzącym za kierownicą nowego „Volkswagena Pasata” z kamerą do filmowania i różnymi urządzeniami utrudniającymi normalnemu kierowcy poruszanie po drogach. Sierżant kazał Jankowi dmuchnąć w nowoczesny elektroniczny alkomat.

— Coś słabo pan dmucha.

Pomimo Jasiowych wysiłków, ażeby zredukować wydech, wyszło, coś ponad dwa promile z kawałkiem. Autko było bez tylnej tablicy i wycieraczki, Janek oprócz kwitu z urzędu — bez niczego, bo, po co mu dokumenty, skoro wszyscy, oprócz sierżanta z drogówki go tutaj od urodzenia znali, wiedzieli gdzie mieszka i gdzie nie pracuje. Kapral spisał na słowo wszystkie dane z jego, zamroczonej pamięci, kazał dwa razy powtórzyć, sprawdził, skorygował drobne potknięcia, wydał pokwitowanie zabrania „Kadecika” i kluczyków oraz zaświadczenie o wstawieniu na komendę i puścił wolno.

— No, i zabrał mi kluczyki, autko wstawili do Kazia Wrezy.

— ?

— Przeczekałem w sklepiku, aż odjadą.


Obyło się bez kolegium, bo Janek miał kuzyna w województwie, pociotka w stolicy, szefa departamentu w bardzo dużym mieście, któremu przed dwoma laty wystawił łojnego* byka, pod lufę powtarzalnego Browninga. Byk dostał na komorę, a Janek słowo, że gdyby ktoś, gdzieś i cokolwiek — to wtenczas zaraz dzwonić, — aby sprawie urwać łeb. Jan, jak sam w okresach szczerości i tylko w zaufaniu, informował, że ma koligacje, plecy i układy, i może wszystko załatwić. Złośliwi twierdzili, że brakuje mu jedynie dobrych układów z samym Panem Bogiem.


Życie w Zapyziale i najbliższej okolicy toczyło utartym od lat trybem, umierali starzy i młodzi, szczególnie latem na swych podrasowanych maszynach, bez kasków po kawalersku w pijanym widzie porozrzucanych po przydrożnych drzewach i rowach. Z rodzeniem bywało gorzej i drastycznie opadał wskaźnik. Nie pomagały sobotnie potańcówki, kupalna noc i długie wakacje, wskaźnik spadał od kilku lat na łeb i szyję, czego nie potrafił zrozumieć kierownik pięcioklasowej szkoły w Zapyziale pełen obaw o jej dalszy byt. Nie wystarczał jeden przedślubny noworodek w ciągu roku, z czego nie był zadowolony sam sołtys Zapyziała czyniąc starania, ażeby podtrzymać stojący nierówno wskaźnik w jako takiej równowadze. Sam przed kilku laty zakończył produktywny okres podtrzymywania gatunku, więc nie miał szans poprawienia statystyki, wnuk dopiero w trzeciej klasie, więc liczył na innych.


U Janka wręcz przeciwnie, wskaźnik wskazywał tendencję rosnącą, co jakiś czas rozlegał się płacz noworodka, po olbrzymim podwórzu — majdanie biegała drabinka* dzieciaków, wnuków i prawnuków, a będąca już babcią, córka Janka, nie wiadomo, jak to się stało, lecz się stało, została kolejny raz matką. Nie pomogły zamawiania, zioła naparstnicy i cieciorki*, chodzenie o północy przy pełni księżyca wokoło studni. Małe przyszło na świat zdrowe i

rozwrzeszczane. Skończyły krzywe spojrzenia, obgadywania, pełne litości i niezrozumienia spojrzenia zapyzialskich dewot, — jaki wstyd, jaki wstyd — a Aniela ze swoim Bartoszem pluła na wszystko i wszystkich. Janek trochę pomruczał, był przecież żyjącym protoplastą wielo-pokoleniowej rodziny, właściwie już rodu Wykrętów, więc miał do tego pełne prawo. Z prawem łączyły się także obowiązki, którym sam nie mógł podołać, więc zaprzągł do roboty bezrobotnego syna, młodszy pracował na zmiany w powiatowym mieście, oraz pozostających bez stałego zajęcia zięciów i wałęsających z budowy na budowę kandydatów do ręki dorastającej wnuczki. Kandydatów do ręki — właściwie do czegoś diametralnie przeciwnego — było wielu, lecz dziadek pilnował ale nie upilnował. Bo kto może upilnować wiatr? Zaprzągł kandydata wskazanego tłuściutkim paluszkiem Agatki do ciężkiej harówki, czego ten po kilku tygodniach nie był w stanie wytrzymać i Agatka została sama ze swoim ukrywanym problemem, jednak dla zapyzialskiej społeczności zbyt widocznym, skoro nie można go było schować pod obszerną suknię i chusty.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 67.38