E-book
6.83
drukowana A5
43.45
Pułapka

Bezpłatny fragment - Pułapka


4.4
Objętość:
286 str.
ISBN:
978-83-8155-647-7
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 43.45

Przeczytaj kontynuację na: http://cienfanfic.blogspot.com/
2019.

Przede wszystkim pragnę podziękować moim czytelnikom, którzy z niecierpliwością wyczekiwali kolejnej części opowieści. Jesteście niezastąpieni. Ta książka powstała dla Was.

Wszelkie prawa do publikacji zastrzeżone. Zakaz kopiowania, przetwarzania, publikacji, rozpowszechniania tekstu niniejszej książki w jakiejkolwiek formie bez zgody autora i wydawnictwa.

Prolog

Wielki budynek, ogrodzony ceglanym murem mieścił się w samym centrum North Ryde. Jego oficjalna nazwa brzmiała Macquarie Hospital, jednak tymczasowi oraz stali mieszkańcy zwali go po prostu wariatkowem. To właśnie tam znajdował się niebezpieczny — bo tak określał swą osobę — Logan Fletcher. Słynny zabójca swojego dawnego przyjaciela Alexandra Waldena oraz innych niewinnych ludzi. Spędzał czas w ośrodku zamkniętym w wyniku stwierdzenia choroby psychicznej uniemożliwiającej odbycie kary więziennej. Były członek gangu, decyzją sądu, został skazany na dożywocie. Czy słusznie? Można jedynie polemizować na ten temat.

Gdzieś wewnątrz ośrodka siedział on — zgarbiony, niezadowolony, ze wzrokiem mordercy. Zajmował miejsce na fotelu, w pokoju rozrywki

i przyglądał się pomieszczeniu, kończąc na patrzeniu w okno. Nie podziwiał widoków — ptaków krążących po niebie czy pędzących chmur. Spoglądał zwyczajnie w tamtym kierunku, a można i nawet rzec, iż wgapiał się tępo w szybę. Wyglądał na zamyślonego. Obracał w palcach niewielki, czarny długopis, nie odrywając wzroku od upatrzonego punktu. Jego rozmyślania trwały zazwyczaj krótko, bo gdy tylko pielęgniarki zauważały bruneta bawiącego się niebezpiecznym w ich mniemaniu przyborem, automatycznie wzywały ochronę oraz opiekunów. Cała ta sytuacja wtedy rozpraszała Logana, więc kończył swe przemyślenia, wiedząc, że może do nich wrócić jutro, pojutrze, a także za tydzień czy dwa. Świadomość, że spędzi sporo w tym miejscu uspokajała go i pozwalała na wolniejsze tempo rozplanowania swoich działań. Mimo dużej ilości czasu refleksje powracały, gdy tylko przebywał sam, zamknięty w czterech ścianach koloru bieli. Położywszy się na łóżku, wracał do wspomnień dających mu maksimum satysfakcji. Dwa celne strzały, które non stop słyszał w swojej głowie wywoływały szeroki uśmiech na jego twarzy. Odczuwał nawet motylki w brzuchu; te cudowne, ogarniające ciepło, które zazwyczaj pojawia się przy pocałunku lub dotyku wybranka. Te piękne emocje, objawiające się przy magicznych, pełnych miłości sytuacjach. Pojawiały się one u Logana w zupełnie innych, o wiele gorszych momentach — podczas zabijania, krytykowania albo zadawania bólu. Największą satysfakcję sprawiło mu zabójstwo Alexandra Cienia Waldena. Czuł siłę, bezwarunkową siłę niosącą zagładę. Maniak? Całkiem możliwe.

Pewnego razu codzienny rytuał stosowany przez Logana został zakłócony. Rozległ się głośny, a zarazem nieprzyjemny dźwięk dzwonka — przypominającego szkolny, ale ten był nieco dłuższy i o wiele bardziej irytujący, gdyż rezydenci słyszeli ten odgłos częściej — zwłaszcza wtedy, gdy przychodził czas na odwiedziny.

Korytarz pełen drzwi od pokojów pacjentów poprzedzała krata, podobna do celnej. Stanowiła zabezpieczenie, a przynajmniej tak twierdzili pracownicy ośrodka. Zanim odwiedzający przeszli przez potocznie zwaną bramkę, mieli za zadanie wpisać się na listę. Później każdy z nich dostawał przepustkę i mógł zobaczyć się z bliską mu osobą.

Logan nie miał z tym żadnego kłopotu, gdyż nikt nigdy go nie odwiedził. Nie sądził, że kiedykolwiek się to zmieni. Samotność nawet mu nie przeszkadzała. Od zawsze uważał, że przyjaciele tylko zawadzają. Z tego również powodu wyeliminował Connora Ticksa. Zmiany jednak nadchodzą… w najmniej oczekiwanych momentach.

Drzwi jego pokoju otwarły się delikatnie. Brunet nie zwrócił na to uwagi. Pogwizdywał, jak to miał w zwyczaju. Każdy będąc na korytarzu mógł go usłyszeć. Sąsiedzi nie raz skarżyli się na hałas. Fletcher dostawał setki upomnień, aczkolwiek żadne nie skutkowało.

Gdy głowa Logana machinalnie przechyliła się w prawo. Zamarł na widok odwiedzającego go mężczyzny. Pobladł, a bicie jego serca przyśpieszyło. Zdenerwowanie wzrosło. Nie spodziewał się gości, a już na pewno nie sądził, że ktoś taki odwiedzi go, w dodatku tutaj.

Zmienił swoją pozycję z leżącej na siedzącą, kiedy tylko mężczyzna zajął miejsce na krześle. Opiekun oznajmił, iż wizyta nie może trwać więcej niż dziesięć minut, a potem ulotnił się, zostawiając ich samych. Logan nie sprawiał wrażenia zadowolonego, gdyż wiedział, że za tymi odwiedzinami kryje się coś ważnego, niekoniecznie korzystnego dla niego.

Zająwszy miejsce na krześle obok metalowego, zasłanego białą pościelą łóżka, mężczyzna zlustrował Fletchera od stóp do głów wyrażając swoje niezadowolenie.

— Typowe — prychnął.

Dłonie bruneta zacisnęły się. Próbował ukryć fakt, iż obecność tajemniczego przybysza przyprawia go o migrenę i zbiera wokół niego negatywną energię. Gość natomiast wydawał się rozluźniony i spokojny, jakby niewzruszony.

— Zawsze musisz wszystko spieprzyć? — zapytał nieco rozczarowany. — Przez twoje błędy musiałem wrócić do tej cholernej nory.

— Nikt cię o to nie prosił — warknął rozgoryczony Logan.

— A, a… — pokręcił palcem najpierw w lewo, a później w prawo. — Błąd. — Uniósł brwi, mówiąc to jedno słowo melodyjnie. — Jedna osoba owszem.

Przybysz sięgnął do kieszeni swojej kurtki. Wyjął małą kopertę i podał ją Loganowi, prosząc, aby otworzył przesyłkę. W tym czasie kontynuował swój monolog.

— Jesteś idiotą, ale to chyba nie nowość — stwierdził bez ogródek. — Myślisz, że rządzisz Sydney? Bo zabiłeś Cienia? Bzdura! — parsknął śmiechem, co tylko oburzyło Logana.

— Rządzę! — wydarł się. — Ten śmieć nie żyje, więc teraz miasto jest moje.

— Jesteś tutaj już dwa miesiące, a z twoją głową coraz gorzej… — westchnął mężczyzna, łapiąc się za czaszkę. Chłopak czuł się źle, jakby rozmawiał z osobą w zaawansowanym stadium choroby psychicznej. Głęboko w umyśle coś podpowiadało mu, że właśnie tak jest. Logan miał problemy zdrowotne, na pewno. On nawet nie stąpał twardo po ziemi. Miał swój świat, gdzie przekonywał sam siebie, że jest królem i tego się trzymał. Tragiczne. — Cień nawet martwy wygrywa z takim kretynem, jakim jesteś ty — krytykował dalej bezimienny facet.

— Co masz na myśli? — zapytał Logan, nie rozumiejąc słów swojego gościa.

— To, że wsadził cię do wariatkowa, samemu pakując się do trumny. Zrobił z ciebie idiotę — odparł. — Nie masz jak kontrolować Sydney. Dałeś się złapać i poniżyć.

Racja. On miał rację. Dopiero wtedy do Logana dotarło, co takiego zrobił. Puścił Alexa wolno, nie zadając mu żadnego cierpienia. Tymczasem Walden uniemożliwił mu dojście do władzy. Tak łatwo posłał go do diabła… Logan popełnił błąd, duży błąd. Nie zyskał nic, a stracił wszystko. Zaczął uświadamiać sobie, że śmierć jego wroga zmieniła wiele rzeczy, ale nie na lepsze, zaś na gorsze. Nie powinien był ginąć w tak prosty sposób. Zamiast zemsty, podarował mu wolność.

Brunet spojrzał na ścianę nie chcąc patrzeć na mężczyznę. Nie śmiał przyznać mu racji, chociaż wiedział doskonale, że takową ma. Przeczesał włosy dłońmi, zastanawiając się nad resztą swojego życia. Zostanie w ośrodku dłuższy czas. Chęć zemsty musi odejść, bo nie ma możliwości jej zrealizowania… chyba, że…

Logan otworzył kopertę. Palcami wysunął z jej wnętrza prostokątną kartę. Nie była ona zwyczajną, prostą karteczką z liścikiem w niej zawartym.

As kier.

Zmarszczył czoło przyglądając się drobiazgowi, który podarował mu gość. Kąciki jego ust uniosły się tworząc tajemniczy półuśmieszek. Widok wiadomości z drugiej strony karty, która wyglądała na nową i świeżo wyrobioną, nagle go oświecił.

— Przyjmij albo odrzuć — odczytał. — Czy ta gierka, aby nie jest już nudna? — spytał, patrząc na swojego znajomego z dezaprobatą.

Mężczyzna wyprostował się wzrokiem mierząc Logana. Westchnął ciężko. Przełożył swoją nogę na kolano i skrzyżował ręce. Czas płynął, a chłopak wyglądał na zniecierpliwionego. Towarzystwo Logana nie należało do jego ulubionych. Nie dziwne, że pragnął jak najszybciej ulotnić się z tego miejsca. Miał lepsze rzeczy do roboty, a to było jedynie jego zleceniem.

— Widzisz Fletcher, może ty nie jesteś w stanie kontrolować Sydney, ale znalazł się ktoś, kto chętnie ci pomoże — zabrał głos. — Na twoim miejscu przyjąłbym ofertę, skoro taką dostajesz. Gdybym to ja był pracodawcą… zostawiłbym cię tutaj na pastwę losu, abyś zdychał w męczarniach, bo przecież jesteś jednym wielkim nic nie wartym kretynem i śmieciem.

— Uważaj, do kogo mówisz — zagroził brunet, nie mając zamiaru pozwalać na żadne obelgi kierowane w jego stronę.

— Chyba nie sądzisz, że się boję? — prychnął.

— Dlaczego on zamierza mi pomagać? — Logan wrócił do poprzedniego tematu. — Nigdy przedtem nie paliło mu się do tego — pytał nieco pretensjonalnie, jakby ten pomysł wydawał się podejrzany, a nawet absurdalny.

— Cóż… wierz lub nie — towarzysz wydął usta jednocześnie wzruszając ramionami. — Ale on nigdy nie zostawia swoich. Nie wyobrażasz sobie, jak wściekły był, gdy opowiedziałem mu, co dzieje się w Sydney. Przysiągł mi, że zemści się na wszystkich, którzy przyczynili się do twojego pobytu tutaj. Oczywiście, jeżeli przyjmiesz ofertę.

Logan burknął coś pod nosem. Brzmiało to jak przytaknięcie. Obracał w dłoni kartę, nie odrywając od niej wzroku. To była jego szansa. Mógł mieć wszystko albo zostać w szpitalu na zawsze… z niczym. Był przekonany, że po wypowiedzeniu magicznego słowa — TAK, jego problemy znikną, a w najbliższym czasie znajdzie się na wolności, czego bardzo pragnął. W dodatku możliwość zemsty, która niespodziewanie pojawiła się, jako bonus załączony w propozycji była o wiele bardziej kusząca niż zazwyczaj. Na czarnej liście pojawiła się osoba, przez którą swój początek miało to całe zamieszanie. Gdyby nie ona, jego życie potoczyłoby się zupełnie inaczej i zapewne teraz odpoczywałby w swojej willi popijając whisky. Czemu więc nie skorzystać z tak dobrego układu, gdzie nie pobrudzisz sobie rąk, ponieważ ktoś wykona całą brudną robotę za ciebie?

— W porządku — bąknął, chowając kartę do kieszeni. — Skoro szuka rozrywki w formie zemsty, dam mu ją — mówił z nutką tajemniczości w głosie, dopóki jego ton nie zamienił się w ciężki i pełny powagi. Zacisnął szczękę, a przebiegły uśmiech zniknął z jego twarzy. — Przekaż mu, że ma zacząć od Caitlin Teasel. Niech sprawi, że drogi Alexander będzie przewracał się w grobie, czując i widząc z piekła jej cierpienie.

Rozdział 1

Alex zaciskał swoje dłonie w pięści, próbując się kontrolować. Zmuszał się do spokoju. Wiedział, że jest tutaj policja, która zajmie się Loganem. Rozumiał, że musi się zmienić. To miał być jego pierwszy krok. Zachowanie spokoju da mu tylko i wyłącznie przewagę.

Kąciki ust Logana uniosły się, tworząc tajemniczy, a zarazem niebezpieczny uśmiech.

— Nie rozumiem, co cię tak bawi, Fletcher? Fakt, że za moment będziesz błagał o litość, czy może to, że skończysz w pudle? — wtrącił arogancko Matt.

— Chętnie ci powiem, Matt — zwrócił się do ciemnowłosego, którego pofarbowane na wiele kolorów włosy wyblakły w cieniu pomieszczenia. Wyszczerzył się. — Zamierzałem zabić dziś kochaniutką Caitlin… — mówił, udając zastanowienie. — Ale nastąpiła zmiana planów.

— O czym ty mówisz, do cholery, pajacu? — wykrztusił z siebie Cameron.

— Mówię o kimś, kto jest ważniejszy niż jakaś niska, wkurzająca suka — warknął. — Nawet nie wiesz, jak cieszę się, że wpadłeś Alex — rzucił, zmieniając swój cel.

Wstrzymany oddechy.

Strzały.

Jeden.

Drugi.

Trzeci.

Czwarty.

Piąty…

A za nimi kolejne.

Cameron pociągnął mnie za rękę w dół. Upadłam, chowając głowę, tak jak rozkazał. Gdy Logan rozpoczął swój atak przez chwilę ostrzeliwali się wzajemnie,. Bicie mojego serca nienaturalnie przyśpieszyło. Miałam ochotę krzyczeć, błagać, po to tylko, aby przestali. Zatkałam uszy, żeby uciszyć hałas. Nie wytrzymywałam napięcia. Podniosłam powoli głowę, kiedy tylko świsty kul zaczęły być coraz rzadsze. Wszystkie kule pędzące z prędkością światła w kierunku Logana nie dotarły do celu. Lukas oraz Matt spudłowali. Fletcher zdążył dość szybko zniknąć z naszego pola widzenia. Nie wiedzieliśmy, dlaczego tak prędko zwiał, dopóki nie usłyszeliśmy syknięcia z lewej strony.

Dwa pociski.

Aż dwa pociski wylądowały w klatce piersiowej Alexa.

Krzyk.

Mój krzyk. Paniczny wrzask, desperackie wołanie i szloch. Jego szeroko otwarte oczy spotkały się z moimi. Moje serce pękało. To się działo naprawdę. Tuż na moich oczach umięśnione ciało cofnęło się o kilka kroków, a później powoli opadało, aż dotknęło zazielenionego podłoża. Łzy niepohamowanie spływały po moich policzkach. Odtwarzałam w głowie tylko jedno słowo — Zwariowałam. Chciałam zwariować. Chciałam, żeby to był pieprzony sen, z którego za moment miałam się wybudzić.

Wpadłam w histerię. Rzuciłam się do biegu, ale Matt mnie powstrzymał, obejmując ramionami. Pragnęłam być obok Alexa, właśnie teraz, ale jego przyjaciel hamował mnie. Nie wiedziałam dlaczego, może sam doznał podobnego szoku. Jego oczy załzawiły się. Patrzył na blondyna tym samym spojrzeniem, co ja — pełnym bólu.

— Caitlin — usłyszałam cichy szept Alexa.

Moje wargi drżały. Oddech zatrzymał się na kilka sekund.

— Nie rób mi tego, proszę — odpowiedziałam, czując jak w środku moja dusza zamyka się, zanika.

— Chcia… Chcia… — dukał, a moje serce rozrywało się. — Chciałem cię chronić, będąc twoim cieniem… — wymamrotał. — Przepraszam…

Powieki Alexa opadły.

Odszedł.

— Nie… nie… nie… — powtarzałam, powoli przechodząc do krzyku. — Alex, nie! — wydzierałam się szarpiąc z Mattem. Całą moją twarz zalały łzy. Pogrążyłam się w głębokiej rozpaczy. Wrzask i uderzenia w klatkę piersiową ciemnowłosego stały się naturalnym zachowaniem. Byłam niczym w transie. Powtarzałam każdą czynność parę razy. Krzyk, błaganie, uderzenie; krzyk, błaganie, uderzenie…

Światła zaczęły migotać. W oddali spostrzegłam latarki zbliżających się policjantów.

— Zabierz ich stąd. Ja się nim zajmę — powiedział Lukas, sprawdzając tętno Alexa, jakby miał nadzieję, że żyje. Widząc brak rekacji Matta ponowił swój rozkaz. — No dalej, do cholery! — wrzasnął, powodując drgawki u przyjaciela.

Blondyn wziął na ręce ciało Alexa, po czym wbiegł do lasu i niespiesznie zanurzył się w cieniu drzew. Ja zaś stałam nieruchom, niczym kamień, wbijając wzrok w ziemię.

— Caitlin, musimy iść — mówił do mnie Matt.

— Caitlin! — starał się mu pomóc Cameron.

Caitlin… Caitlin… Caitlin… Caitlin…

Obudziłam się zalana potem. Dziwnym uczuciem jest w jednej chwili przejść z głębokiego snu do pełnej świadomości. Tym razem nie krzyczałam, a jedynie przeniosłam się do pozycji siedzącej otwierając pośpiesznie oczy i dysząc, jakbym przebiegła maraton.

Było późno, koło godziny trzeciej. Kiedy rozejrzałam się i spostrzegłam, że cały czas byłam w swoim domu. Uspokoiłam nerwy.

Przetarłam dłońmi twarz.

Jak daleko byłam od zakończenia tej męczarni? Popadałam w monotonię, utknęłam w pewnym miejscu. To tak, jakbyś był w bańce, która nigdy nie pęknie. Nie mogłam się uwolnić niczym od ładunku, którym byłam obarczona, czekając na jego wybuch niosący za sobą swego rodzaju ukojenie. Miałam ranę na skórze, w sercu oraz umyśle, która jak na razie się nie zabliźniała. Wręcz przeciwnie — jej celem było zostanie ze mną do końca życia, abym nie mogła zapomnieć o tych wszystkich, strasznych rzeczach, które mnie spotkały. Może to miało na celu wzmocnienie mnie? Ale czyż nie było innego sposobu? Mniej bolesnego?

Co noc koszmary legły się w mojej głowie. Bezustannie ogarniał mnie niepokóju. Nikomu nie mówiłam o problemie. Zamartwiałam się. Mój umysł szalał, działał lepiej niż nowoczesny system komputerowy. Skanował każde wspomnienie, przywracając je i budził coraz to nowsze lęki. Obrazy zmieniały się, co parę sekund. Brakowało tylko ikonki: „Kosz”, aby kilka z nich usunąć, aby odeszły. Mózg pracował, tak jakby nie potrzebował nawet pięciominutowej przerwy.

Paranoja.

Sięgnęłam po szklankę stojącą na nocnej szafce. To zły sen czy może chore przeczucie? Nie… Znowu powtarzam swoją historię. Pogódź się z tym, idiotko. On położył temu kres. Możesz dać temu wszystkiemu spokój.

Minęło sześć miesięcy. Gdyby cokolwiek miało się wydarzyć, wydarzyłoby się dawno. Powinnam czuć się wolna. Dni szarości dobiegły końca, a nastały te piękne, przepełnione kolorami. Moim zadaniem czas skorzystać z szansy, którą dał mi los. Powracając do przeszłości cofałam się, robiłam kilkanaście kroków w tył. Zataczałam błędne koło.

Upiłam łyk wody. Oddychałam powoli. Ile jeszcze czasu miała zająć mi akceptacja teraźniejszości? Trwało to zdecydowanie za długo. Stałam się zupełnie inną osobą, a wszystko przez mój brak aklimatyzacji. To okropne. Wiedziałam o tym, ale nie radziłam sobie.

Odstawiłam szklankę. Kątem oka widziałam unoszący się na niebie księżyc i kilka gwiazd.

On gdzieś tam był.

Po raz kolejny.

Dlaczego ponownie zaczynałam jego temat?

Powtarzałam w kółko — ZAPOMNIJ. Pamięć stanowiła mój problem. Czy inni ludzie też mają z tym kłopot? Z odstawieniem pewnych spraw na bok i zajęciem się zwykłą codziennością? Bo jeśli tak — mogłam pocieszać się faktem, że nie byłam jedyną. Aczkolwiek, jeżeli odpowiedź brzmi „nie”… nie miałam innego wyjścia. Wychodziłam na nienormalną.

Cóż, nie mogłam przeczyć. Od dłuższego czasu stabilność, ustatkowanie czy normalność to słowa dla mnie zupełnie obce. Pojawiały się w moim życiu, owszem, jednak nic nie wnosiły — po prostu istniały. Moja obojętność w stosunku do wszystkiego, co nie wiązało się z Alexem przerażała. Czemu tak bardzo przejmowałam się i nie pozwalałam sobie na progres? Moje serce nie potrafiło go pochować, chociaż tak naprawdę nie zdążyliśmy się do siebie zbliżyć. A może tylko tak mi się wydawało? Przecież oczy nie widzą tego, co serce. Możliwe, że swojego serca nie rozumiałam. Tak, to prawdopodobne.

Mój telefon zawibrował.

Momentalnie odwróciłam głowę. Kto to może być? Wiadomość o trzeciej nad ranem? Zastanawiałam się patrząc na komórkę. Moje tętno przyśpieszyło. Sen przeradzał się powoli w rzeczywistość. Ogarnęła mnie panika. Strach nie pozwalał sięgnąć po słuchawkę. Jeżeli miało się to powtarzać, nie chciałam być tego świadoma.

Z drugiej strony… możliwe, że to ważna informacja. Może coś się wydarzyło? Ktoś potrzebuje pomocy? A możliwe, że to wiadomość od kogoś z Facebooka, pytającego — czemu nie śpisz? Czyżbym zapomniałam wyłączyć wifi?

Wariowałam.

Kilkakrotnie myślałam o wizycie u psychologa. Wszędzie dostrzegałam niebezpieczeństwo. Nigdzie nie odczuwałam spokoju. Ciężko mi było wziąć głębszy oddech, odpuścić i żyć dalej, jakby wszystko, co w moim życiu miało miejsce — nie istniało.

Próbowałam to opanować.

Właśnie, próbowałam, ale to za mało.

Chwyciłam za komórkę, nie mogąc wytrzymać tej nieustannej presji oraz minimalnej ciekawości, która we mnie rosła. Przesunęłam palcem po ekranie trzymając drugą dłoń przy sercu, które tłukło się w mojej klatce piersiowej. W trakcie tej ciszy druga osoba mogłaby bezproblemowo usłyszeć ten niesamowity lub nawet przerażający odgłos.

Ekran telefonu podświetlił się niosąc tym na pokój niewielką ilość światła. Nikogo w nim nie było. Wsłuchiwałam się w ciszę, mimo że nie rejestrowałam żadnych dźwięków prócz tych własnych. Nie byłam do końca pewna czy na siłę nie starałam się doszukać czegoś, co nie istniało. Brakowało mi sekretów, strachu i adrenaliny. Tak? Tak, chyba tak. Nie znalazłam innego wyjaśnienia.

Na wyświetlaczu widniała jedna nieodczytana wiadomość. Najechałam palcem na opcję: „Otwórz”, a następnie kliknęłam. Wzięłam głęboki wdech, po czym spojrzałam na SMS.

Witam! W dniu 30 czerwca wystawiliśmy fakturę na numer…

Zablokowałam telefon i rzuciłam na pościel. Znowu to samo. Bezpodstawna panika. Kiedy w końcu dotrze do mnie, że ten rozdział mam już za sobą? Sama wywoływałam chaos.

Zakryłam twarz dłońmi. Opadłam na łóżko, zamykając na chwilę oczy. Spieprzyłam swoje życie. Po części dziękowałam Bogu, że moich rodziców nie ma ze mną. Ich duma ze mnie zanikłaby w momencie, kiedy dostrzegliby moje życiowe błędy. Jak mogłam doprowadzić się do takiego stanu? Jakim cudem pozwoliłam na to?

~*~

Ranek, godzina siódma. Obudził mnie świergot ptaków. Kolejny dzień, którym byłam zmęczona otwierając ledwo oczy. Właśnie miał swój początek, właśnie… Spojrzałam na puste miejsce obok mnie. Odczuwałam tęsknotę. Kilka miesięcy temu spałam w jego koszulce, wtulona w jego klatkę piersiową, w najgorszym motelu na świecie. Niezapomniana historia.

Zwlekłam się z łózka i leniwym krokiem podążyłam do kuchni. Moje włosy wyglądały jak po przejściu huraganu. Zazwyczaj proste i lśniące końcówki, teraz stroszyły się teraz na różne kierunkach, potargane oraz zniszczone. Idąc przez korytarz, ciągnęłam palcami za końce koszulki. Czując pod opuszkami znajomy materiał, mimochodem spojrzałam na nią. Dopiero wtedy zauważyłam, że to jego T-shirt. Musiałam nieświadomie w nocy narzucić go na siebie.

Czasami docierało do mnie, że męczy mnie wciąż poczucie winy, tęsknota oraz uparcie powracające wspomnienia. Bez ustanku próbowałam unikać tych myśli. Powtarzałam wszystkim wokół, że jest w porządku. Staram się przekonać do tego samą siebie, chociaż widziałam, że to kłamstwo. Wolałam jednak tkwić w kłamstwie niż w tej pieprzonej rzeczywistości, wykańczającej mnie doszczętnie.

Stałam przy oknie popijając herbatę. Słońce przysłaniały gęste chmury. Prawdopodobnie będzie dzisiaj padać. Na podwórzu panowała cisza. Zero ludzi, przejeżdżających samochodów czy rowerzystów.

Westchnęłam odchodząc od okna. Odłożyłam na blat stołu mój ulubiony kubek i skierowałam się do salonu, gdzie zostawiłam swoje rzeczy z wczoraj. Gdy zabrałam koszulkę leżącą na kanapie ruszyłam w stronę sypialni. Odłożyłam ubranie do szafy, kładąc je na jednej z półek. Wychodząc z pomieszczenia, przeszłam obok niedużego, brązowego pudełka. Nigdy po zerknięciu na nie, nie potrafiłam wyjść z pokoju obojętnie. Tym razem również tak było.

Kucnęłam, otwierając tekturowy karton. Moje palce zacisnęły się na krawędzi ramki ze zdjęciem, a następnie uniosły ją. Zamknęłam oczy nie mogąc spojrzeć na twarz znajdującą się za szkłem. Potem otworzyłam je szybko. Wspomnienia, które kłębiły się w mojej głowie nie dawały mi spokoju. Czułam się koszmarnie.

Sądziłam, że moje serce nie może być bardziej złamane. Myślałam, że nie mogę być w większej rozsypce. Aczkolwiek za każdym razem, gdy patrzyłam na zastygłe oczy fotografii, uświadamiałam sobie, iż byłam w błędzie, a mój umysł nieświadomie łaknął tych obrazów.

Ale czy na pewno nie chcesz ich widzieć?

Czy na pewno nie chcesz, aby twoja głowa odtwarzała dźwięki, ukazywała pewne zdarzenia? Może po prostu wmawiasz sobie, że nie masz ochoty przypominać sobie niektórych wydarzeń, choć w rzeczywistości jest zupełnie inaczej?

Serce. Sądzę, że ono jest za to wszystko odpowiedzialne. Pomimo że jest złamane, nie chce zapomnieć o żadnej z chwil, którą z nim spędziłam. O jego czarującym uśmiechu; smutnych, ciemnych oczach, które stawały się szczęśliwsze i jaśniejsze podczas naszych rozmów i spotkań, o jego irytującym śmiechu, sprośnych żartach — O nim.

Ściskając palcami literę ”C” znajdującą się na srebrnym łańcuszku, odtwarzałam w głowie sytuację sprzed kilku miesięcy. Przed oczami ukazał mi się obraz chowanej do ogromnego dołu trumny. Pogładziłam dłonią szkło ramki.

— Nie potrafię… — szepnęłam.

Poddałam się. Zostawiłam sztuczny uśmiech, a łzom pozwoliłam płynąć. Sześć pieprzonych miesięcy, a ja wciąż nie potrafię ułożyć sobie życia. Nie jestem w stanie chodzić po ulicy i powtarzać ludziom, że wszystko jest w porządku skoro nie jest. Kłamanie przychodzi mi z trudnością. Wszyscy uważają, że ta katorga już się zakończyła. Przyjaciele ułatwiali mi wiele spraw, bylebym ruszyła dalej. Podsuwali pod nos ludzi, pracę… wszystko, uważając, iż w końcu żyję. Jestem tą samą Caitlin, którą byłam rok i kilka miesięcy temu. Wróciłam do siebie, do normalności. Mam faceta, stałą pracę, stabilizuję się, wszystko jest tak, jak być powinno.

Gówno prawda.

Tkwię w jakiejś machinie, która nie posiada wyłącznika. Przenosi mnie do przeszłości, chcąc, abym właśnie nią cały czas żyła. Ale ja nie mogę. Ja mam życie. Życie, które przecież toczy się dalej. Zatrzymuję się, a jednocześnie niszczę wszystko, co napotykam.

Nie umiem ułatwić sobie sprawy.

Nie radzę sobie.

Ale nie tylko ja.

Schowałam wisiorek do kieszeni spodni. Wróciłam do sypialni, aby odnaleźć mój telefon. Szybko wyszukałam w książce telefonicznej potrzebny numer, a następnie kliknęłam zieloną słuchawkę nawiązując połączenie. Z niecierpliwością czekałam na odzew; głos, który nagle zapragnęłam usłyszeć. Ta osoba również miała powiązanie ze wspomnieniami, a właściwie ratowała mnie przed całym tym szaleństwem.

— Cześć, ranny ptaszku — usłyszałam w słuchawce telefonu.

— Mhm — przytaknęłam. — Masz może ochotę na spotkanie? — spytałam nieśmiało.

Godzinę później stałam na kamiennej ścieżce tuż przed żelaznym ogrodzeniem, leniwie przyglądając się otoczeniu. Chłodny wiatr podwiewał mi sukienkę, wywołując dreszcze na mojej skórze. Wrzesień, cholerny wrzesień. Nigdy nie lubiłam tego miesiąca, tak samo, jak nadchodzącej pory roku — jesieni. Ciągłe deszcze i nieustanne zimno sprawiały, że ciężko było mi myśleć pozytywnie. Ostatnio zastanawiałam się, czy nie była to tylko wymówka. Wydawało mi się, że staram się usprawiedliwić tymi wszystkimi czynnikami fakt, że ja już nie potrafiłam zauważać plusów. Dzień w dzień poddawałam się złemu nastrojowi.

Usiadłam pośród płaskich i stojących nagrobków. Niektóre z nich były połamane lub pokruszone. Większość płyt zarośnięta chwastami stapiała się z ziemią. Jedna z nich natomiast wyróżniała się swoją świeżością. Zrobiona z marmuru pionowa tafla z niedawno odnowioną inskrypcją.

Przykucnęłam i przesunęłam opuszkami palców wzdłuż napisów: „Alexander Domenic Walden 1993 — 2014”. Pod powiekami poczułam łzy. Tęsknota uderzyła we mnie ze zdwojoną siłą. Moje myśli gnały w szalonym tempie, po raz kolejny ukazując każde wspomnienie związane z chłopakiem, który tu leżał i bezbronną zostawił mnie na tym świecie… samą.

Wyjęłam z kieszeni wisiorek, który został mi podarowany kilkanaście miesięcy temu. Podeszłam do wazonu, gdzie znajdowały się stare, zwiędłe kwiaty. Wyjęłam je, a następnie wyrzuciłam. Ich miejsce zajęły nowe, białe chryzantemy. Ozdobiłam je wisiorkiem z literą „C”. Postanowiłam zostawić go właśnie tutaj.

— Już mi się nie przyda… — szepnęłam. — Bo nie ochronisz mnie nigdy więcej…

Minęło pół roku. Przez sześć miesięcy nie pogodziłam się z faktem, że Alexa nie ma już ze mną. Odszedł, a ja wciąż wracałam do wspomnień, żyjąc w swoim wyimaginowanym świecie. Konał na moich oczach, w moich ramionach, a ja byłam bezradna. Nie mogłam nic z tym zrobić. Czułam się koszmarnie, jakby cząstka mnie umarła razem z nim. Ktoś wbił mi w plecy sztylet, który wciąż tkwił. Liczyłam, że za chwilę usłyszę dzwonek lub pukanie do drzwi, a kiedy je otworzę ujrzę właśnie jego. Straciłam kolejną osobę, na której mi zależało.

Wszystko wydawało się szare i puste. Nic nie miało dla mnie sensu. Nie potrafiłam cieszyć się blaskiem słońca, spędzonym dniem z przyjaciółmi, podwyżką czy nowymi ciuchami kupionymi na wyprzedaży. Życie nie uszczęśliwiało mnie w żaden sposób.

— Jesteś pewna, że nie? Sądzę, że był to wspaniały prezent, który warto zachować — usłyszałam za swoimi plecami znajomy, głęboki głos, który poznałabym wszędzie. Uśmiechnęłam się pod nosem i powoli odwróciłam w stronę osoby, która wypowiedziała te słowa.

Brązowe, z blond pasemkami, nastroszone włosy nie zaskoczyły mnie specjalnie. Przecież ten chłopak zawsze uwielbiał bawić się kolorami swoich stylizacji. Okrągłe, niewielkie, srebrne kolczyki w uszach, ciemna, skórzana kurtka, czarne, dziurawe spodnie. Nie zabrakło również jego prostokątnych okularów, w których wymienił jedynie obramowanie z czarnych, na zielone. Nic się nie zmieniło. Matthew wciąż był tym samym człowiekiem. Jego styl pozostał tak samo, jak i szeroki uśmiech, którym mnie obdarzył. Miło było znowu go zobaczyć.

— Nie sądziłem, że jeszcze kiedyś cię tutaj zobaczę — oznajmił nieco wyniośle.

— Jestem tutaj co tydzień — odparłam, przesuwając się i robiąc miejsce na ławce naprzeciwko grobu. Wrzucił do wazonu jedną, białą lilię, a następnie zajął miejsce obok mnie.

— Czyli nie jestem jedynym… — mruknął patrząc na inskrypcję.

— Który nie potrafi zapomnieć? — zapytałam dla pewności.

— Zapomnieć? Nie… — pokręcił przecząco głową. — Zapomnieć o Alexie to jak zapomnieć słów swojej ulubionej piosenki… nie da się — odparł. — Nie jestem jedyną osobą, która nie jest w stanie zaakceptować faktu, iż już go z nami nie ma.

— Minęło tyle czasu… — mruknęłam, próbując powstrzymać łzy.

Nie mogłam nie zgodzić się z Mattem.

Może wydaje się to, co najmniej śmieszne, ale ja nie potrafiłam tak po prostu pogrzebać Alexa. Zbyt wiele nas łączyło, abym mogła żyć spokojnie bez wracania do przeszłości. On sprawiał, że czułam złość, smutek, szczęście, nienawiść, radość, przyjemność, każde uczucie, które udowadniało, że żyję, że jestem na tym świecie ciałem i duszą.

To już nie był mój świat — świat, jaki sobie wymarzyłam. Traciłam czas w smutnej, otaczającej mnie rzeczywistości. Jest mi ciężko. To minęło, a ja nie umiałam sobie z tym poradzić.

Zadziwiający jest fakt, że całe moje życie toczyło się tak, jak sobie wymyśliłam dwanaście miesięcy temu. Mam pieniądze i szansę na studia. Przeniosłam się do innej pracy. Obok znajdują się przyjaciele i troskliwy, kochający chłopak, przy którym czuję się w miarę bezpiecznie. A jednak coś w tej perfekcyjnej układance mi nie pasuje.

— To w końcu przejdzie — mruknął, obejmując mnie ramieniem.

— Matty… — szepnęłam. — Ty chyba sam już w to nie wierzysz…

Rozdział 2

Spędzony czas z Mattem minął dość szybko. Rozeszliśmy się powracając na własne ścieżki ciągnące nas do realnego życia, w którym nie ma miejsca na wspomnienia. Biegniemy, tkwimy w zamkniętym kole pełnym błędów, krążymy wokół niego, bo przecież wyjście nie jest możliwe. Sposobu nie ma. Nie możemy nic poradzić na to, co dzieje się w naszym życiu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 43.45