E-book
29.72
drukowana A5
69.53
drukowana A5
kolorowa
91.28
Psy Prewencji

Bezpłatny fragment - Psy Prewencji

Objętość:
208 str.
ISBN:
978-83-8155-569-2
E-book
za 29.72
drukowana A5
za 69.53
drukowana A5
kolorowa
za 91.28

KSIĄŻKA NIEWSKAZANA DLA OSÓB WRAŻLIWYCH I PONIŻEJ 16. ROKU ŻYCIA!

Wydanie drugie poprawione

OD AUTORA

„Ja, obywatel Rzeczypospolitej Polskiej, świadom podejmowanych obowiązków policjanta, ślubuję: służyć wiernie Narodowi, chronić ustanowiony Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej porządek prawny, strzec bezpieczeństwa Państwa i jego obywateli, nawet z narażeniem życia. Wykonując powierzone mi zadania, ślubuję pilnie przestrzegać prawa, dochować wierności konstytucyjnym organom Rzeczypospolitej Polskiej, przestrzegać dyscypliny służbowej oraz wykonywać rozkazy i polecenia przełożonych. Ślubuję strzec tajemnic związanych ze służbą, honoru, godności i dobrego imienia służby oraz przestrzegać zasad etyki zawodowej”.


Psy Prewencji to opowieść o realiach służby w policji. O takiej, jaka jest naprawdę — czasami smutna, brutalna, a czasami śmieszna i przypominająca farsę. Ludzie, którzy stawili się do służby, pełni fascynacji i wyidealizowanych obrazków, po zderzeniu z szarą rzeczywistością i mechanizmami istniejącymi w policji, takimi jak kolesiostwo, nepotyzm, sprzedawanie się za awanse i premie, popadają w alkoholizm i wypalają się zawodowo.

Opowiem tu o funkcjonariuszach na samym dole policyjnej hierarchii. Większość z nich służy w prewencji, stąd nazwa — Psy Prewencji. Większość kieruje się zasadami koleżeńskości i wzajemnego wsparcia w potrzebie, choć zdarzają się czarne owce.

Psy Prewencji to ludzie odważni, wielokrotnie narażający swe życie i zdrowie dla dobra społeczeństwa i służby — są wierni rocie przysięgi. To policjanci, którzy są inteligentni i mądrzy, wielu z nich ukończyło kilka fakultetów, znają języki obce, wielu z nich zdobywa nagrody i medale w sporcie i dziedzinach życia kulturowego. W końcu to ludzie z pasją, niejednokrotnie posiadający nietypowe umiejętności i hobby. Poświęcają siebie, swoje rodziny, przyjaciół oraz wolny czas dla dobra obywateli, którzy wielokrotnie głośno mówią o tym, że nie lubią lub nienawidzą policji, a policjantów nazywają pogardliwie psami.

To te psy strzegą domów, obcych rodzin, firm, majątków, życia i zdrowia przed pospolitymi bandziorami, którzy o każdej porze i w różny sposób mogą zagrozić społeczeństwu.

Książka jest oparta na prawdziwych wydarzeniach przeplatanych z fikcją literacką, które zaistniały na przestrzeni kilku lat. Niektóre postacie, imiona i pseudonimy powstały na potrzeby publikacji z uwagi na to, iż realne osoby pełnią nadal lub pełniły służbę w firmie*. Jednakże wszelkie podobieństwo do prawdziwych ludzi, ich zachowania oraz sposób mowy są celowe i zamierzone. Koledzy i wrogowie mogą odnaleźć siebie samych, rozpoznać, które sceny są prawdziwe, a które spreparowane na potrzeby książki.

Książka w osiemdziesięciu procentach oparta na faktach…

I

Nic tu po nas…

Oczami Nowego

…na pełnej kurwie wjeżdżamy w zakręt, z maksymalną możliwą prędkością, jaką nasz radiowóz może osiągnąć — 110 km/h. Patrolowy niebieski Opel Astra chwieje się na każdym zakręcie i podskakuje na wszystkich nierównościach drogi krajowej numer dziewiętnaście. Pełna prędkość, jaką możemy rozwinąć tym wehikułem, powoduje, że pojazd wibruje, poświstuje, charczy, burczy i mamy wrażenie, że zaraz się rozleci jak rakieta Challengera. Bulaje* napierdalają jak szalone, błękit policyjnych lamp odbija się w szybach mijanych domów i wyprzedzanych samochodów. Uszy wysiadają od ciągłego wycia koguta* — łłłłłłiiiijjjjjooooo łłłłiiiiijjjjjoooo — i tak już 10 km, a do celu interwencji pozostało jeszcze trzy razy tyle!

Spoglądam na Generała, a on na mnie, wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia. Generał uśmiecha się pod nosem i wyciąga z kieszeni czarnej policyjnej bluzy USB z muzyką i podłącza pod terminal mobilny* znajdujący się na desce rozdzielczej radiowozu. Ni chuja, nigdy to urządzenie nie działało prawidłowo, ale komedia główna* i minister spraw wewnętrznych zawczasu ogłosili sukces. Terminale mające na celu usprawnić pracę funkcjonariuszy nadają się tylko do tego, by puszczać z nich filmy i muzykę… To gówno nigdy nie działało tak, jak powinno… Chłopaki wiedzieli, jak wykorzystać terminal, by usprawnił, a w każdym razie uprzyjemnił nam służbę. Muzyka puszczana przy jego użyciu to jeden z tych sposobów. Uśmiechamy się z kolegą pod nosami.

Z głośników opla jako pierwszy poleciał Blade 2 — Soundtrack ~ Blood Rave ze sceny filmu, gdy wampiry kąpią się we krwi skapującej z pryszniców — wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że za piętnaście minut będzie to prorocza melodia.

Ściskam mocniej wibrującą kierownicę, gęsia skórka pojawia się na rękach, prawy* daje głośniej muzę, bo koguty nadal słychać wewnątrz pojazdu. Obaj zaczynamy kiwać głowami w rytm techno, wydaje nam się, że wyglądamy jak bohaterowie filmu Bad Boys — Martin Lawrence i Will Smith. I tego się trzymamy. Ludzie stojący na chodnikach patrzą na pędzący radiowóz jak na jakieś dziwadło, niektórzy są zdziwieni, inni robią znak krzyża…

Generał podwija rękawy czarnej bluzy, cały dzień mówił, że świerzbią go ręce… Sięga za podarte siedzenie swego fotela i wyjmuje dwie czarne gumowe szturmówki* o długości osiemdziesięciu centymetrów, które kilku z nas zakupiło za własną kasę, aby usprawnić przebieg wielu interwencji. Wygina je w rękach, jakby sprawdzał czy nie pękną, kładzie na kolana i pieszczotliwie głaszcze, mrucząc cicho pod nosem:

— Dobra lola*, dobra lola.

Tymczasem ja mijam kolejne wioski i zakręty, radio zaczyna trzeszczeć, ściszamy muzę, to KPP Kwaśnik* się odzywa:

— Szszszszsz. — Trzeszczy, a później słychać głos durnego*: — …11—011, gdzie, kurwa, jesteście? Domówka* się rozwija, zaraz może być ubój*, jedź szybciej kurwa, bo mi łącze ze zgłaszającą zerwało…

Prawy łapie gruchę*:

— A nie mogłeś z Kwaśnika patrolu wysłać? Tylko nas wleczesz z zadupia, przecież mają bliżej…

— Nie dyskutuj, kurwa, tylko jedź, bez odbioru… — Stacja się wyłącza.

— Kutas jebany — mówię do kolegi — przecież tamten rejon miał obstawiać patrol z KPP.

Generał potrząsnął głową i syknął:

— Kurwa jebana. — Po czym dodał głośniej: — Nowy, ciśnij, ile się da…

Wciskam pedał gazu do oporu, silnik wyje, jakby miał zaraz wyskoczyć spod maski. Osiągamy prędkość większą o pięć kilometrów na godzinę. Jak na złość ruch na krajowej dziewiętnastce jest zajebiaszczy. Pomagam sobie klaksonem, żeby barany zrobiły „korytarz życia”*, bo wydaje mi się, że kierowcy durnieją na nasz widok i zamiast nas przepuścić, stają w miejscu, robiąc korek.

— Ja pierdolę, co za ludzie, co za sprzęt — klnę pod nosem. Od teraz jedziemy w skupieniu, kolega ze zmarszczonymi brwiami wciąż gładzi szturmówkę. Obaj pogrążamy się w myślach.

Jakieś piętnaście minut później docieramy do wioski Księżej. Generał wyciąga kajet* i sprawdza adres.

— To chyba tam dalej — wskazuje palcem przed siebie jednocześnie zerkając na mapkę w prywatnym telefonie.

Ruszam we wskazanym przez niego kierunku. Jeszcze kilka minut i widzimy na ulicy zbiegowisko, zatrzymujemy rajdowóz*. Podbiega do nas kilka osób i krzyczą:

— Ratujcie, ludzie, bo ten debil pozabija całą rodzinę!

— Nowy, kurwa nie zapomnij drzwi mi otworzyć! — krzyczy prawy. No tak, już od miesiąca prosiliśmy, by ktoś w warsztacie komendy powiatowej klamkę naprawił, bo coś się zjebało i drzwi prawego trzeba otwierać z zewnątrz.

Zabieram kluczyki ze stacyjki, obiegam radiowóz i otwieram drzwi koledze. Ludzie patrzą i nie dowierzają, przecierają oczy ze zdumienia.

— Co za komedia — mówi jakiś gruby facet do rudej kobiety stojącej obok niego — co oni za auta mają…

Nie ma czasu tłumaczyć, że ten szajs już dawno się rozlatuje, a nowe samochody policja może dostanie w przyszłym roku. Chciałem coś powiedzieć, że inaczej nie da się wysiąść z tego wehikułu, ale już kolega podaje mi osiemdziesiątkę. Wyginam ją w łapach, tak jak jeszcze niedawno robił to Generał. Zatrzaskujemy drzwi i biegniemy pod górkę, gdzie stoi stara drewniana chatynka. Przed drzwiami leży dziecko i krwawi z rany na szyi. Obok klęczy płacząca kobieta przytulająca dzieciaka, także cała we krwi. Kilkoro mniejszych bajtlów chowa się koło domu, płacząc i krzycząc:

— Maaamoo, maaamooo… maaaamoooo — brzmi mi w uszach.

Podbiegam do niej, wyrywam z kieszeni kamizelki taktycznej bandaż, rozrywam zielone opakowanie zębami i przykładam dziecku do ciętej rany na szyi, rzucam kobiecie krótkie:

— Gdzie on jest!? — Patrzę na nią, oczy podbite, warga rozcięta w kilku miejscach, połamane zęby i krew na ustach. Kobieta, jedną ręką trzymając bandaż na szyi dziecka, drugą pokazuje w kierunku chaty. Tam znajduje się jej dom i sprawca awantury.

— Zamknął się w domu, panowie, zamknął się w domu! — krzyczy z płaczem.

— Niech pani przyciśnie ten bandaż dziecku do rany! — Ściskam szturmówkę mocniej, osiemdziesiąt centymetrów czarnej gumy daje pewność siebie i siłę. Kolega luzuje Walthera w kaburze i krzyczy do stacji, że natychmiast pogotowie potrzebne, bo są osoby poranione przez sprawcę domówki.

Podbiegamy pod chatę, sięgamy rękami do drzwi wejściowych. Żarty się skończyły. Generał łapie za klamkę, a ja stoję obok niego. Nagle drzwi wylatują z futryną, z ciemnego jak piekło przedsionka wyskakuje chłop, wielki jak byk i czarny jak murzyn. Wybiega z kosą* wprost na nas…

— Jeebaaneee psyyy! — krzyczy, a w jego ręku błyszczy długi kuchenny nóż, którym celuje prosto w mój brzuch. Kolega odskakuje, ja w ostatniej chwili wyhamowałem, ale nóż przechodzi gładko po paskach mojej kamizelki taktycznej, przecinając kilka z nich z prawej strony… Ułamki sekund, a wszystko wydaje się, jakby było w zwolnionym tempie, przez myśl przelatuje tylko — uufff, a było blisko brzucha. W tym momencie prawy śmiga szturmówką w plecy delikwenta tak, że aż huknęło na całe podwórko. Facet obraca się z głośnym jękiem w stronę, z której otrzymał cios:

— Kuuurwwaaa! — Nóż przecina powietrze i leci w stronę prawego. Teraz ja doskakuje do niego i zakręcam czarnulą* młynka, a w międzyczasie z całej siły kopię gościa w nogi i zanim chłop zdołał dotrzeć do kolegi z nożem, moja prawa noga ląduje w okolicy jego uda. Coś trzasnęło w kolanie bydlaka, giry się wygięły i poleciał jak długi na ziemię, nóż potoczył się dalej na trawę. Facet próbuje się poderwać z powrotem do góry. Podbiegam do niego i z całej siły ładuję w jego plecy osiemdziesiątką, ponownie na podwórku słychać huk pały uderzającej w ciało. Ku mojemu zdziwieniu pęka flanelowa koszula gościa, a wraz z nią skóra na jego plecach. Krew trysnęła w górę, a zanim moje powieki opadły po okazaniu zdziwienia, obok mojej loli wylądowała czarnula prawego, jeeeebb!

— Aaaaałłłaaa! — krzyknął awanturnik. — Aaałłłaaa!

— A masz, chujuu! — krzyknął Generał i załadował pałę jeszcze raz na plecy gościa. Z całej siły skaczę gnojowi na plecy kolanami:

— Gleba, skurwysynuuu! — Prawe kolano przyciskam do karku w taki sposób, że morda tej gnidy zanurza się w piachu zmieszanym z psimi odchodami, zaś lewą nogą dociskam wykręconą już rękę spacyfikowanego gościa. Awanturnik całuje ryjem matkę ziemię, mamrota coś i próbuje złapać powietrze, usiłując coś powiedzieć, ale go nie słucham, szum w uszach, kołatanie serca… To adrenalina powoli schodzi, szybka akcja i szybki koniec… Jeszcze raz z całej siły wykręcam ręce delikwenta, wyciągam kajdanki z tylnej kieszeni kamizelki i zakładam na nadgarstki gnoja. Te ledwie się zaciskają na jego rękach:

— Kurwa, nikt nie pomyślał o takich bydlakach — mruczę. — Kajdanki jak na niemowlaka, ja pierdolę! — dodaję głośniej i zaciskam ząbki bransoletek*. Mimo wszystko zaobrączkowanie poszło sprawniej, niż przewidywałem.

— Booliii, poluźnij, kurwa — mamrocze facet. — Za ciasno — jęczy.

— Nowe to ciasne! Ponosisz trochę, to się rozciągną i będą leżały jak ulał — krzyczę mu do ucha.

Rozglądam się za prawym. Ten, w trakcie gdy ja obsługiwałem jeńca*, odskoczył, by pomóc matce. Widzę, że reanimuje dziecko, może sześć lat, to dziewczynka, matka przytyka jej bandaż do krwawiącej szyi, a Generał wykonuje resuscytację, trzydzieści uciśnięć klatki piersiowej i dwa wdechy. Mała w trakcie naszej szamotaniny z jej ojcem straciła przytomność, być może w związku z upływem krwi. Patrzę na kolegę, łzy kapią z jego oczu, duży chłop, twardy i płacze, widzę, jak szepta do dziecka, a może bardziej czytam z ruchu jego warg:

— Oddychaj… maleńka… oddychaj… — I znów trzydzieści uciśnięć i dwa wdechy.

Czuję, że i mi łzy napływają do oczu, przecieram ręką, próbuję się opanować, ale nic z tego. Ojciec leżący pode mną, jakby się ocknął, patrzy w stronę córki:

— Nie chciałem, Krysiu, nie chciałem. — Też zaczyna szlochać. Chyba to jedno łączy nas w tej chwili, strach o życie dziecka. Mam ochotę ubić tę ludzką gnidę, skutą i leżącą teraz na ziemi pode mną. Nie mogę, jestem policjantem… Nabieram powietrza, biorę głęboki wdech i wypuszczam ze świstem powietrze. Podnoszę się, zakładam swoją dłoń na łeb awanturnika, drugą zawijam pod jego rękę i szybkim ruchem wirowym wyrywam chwast z ziemi, przy okazji dociskając bransoletki na jego rękach do krwi. Wyje z bólu, ale mam to w dupie. To za dzieciaka — myślę. Spoglądam ostatni raz na dziewczynkę, płaczące dzieci i matkę. Prowadzę zatrzymanego na dół do radiowozu, nie oglądam się za siebie, wolę nie wiedzieć, co się dzieje, i nie widzieć płaczącego kolegi reanimującego dziecko. To nie na moje nerwy, nie mogę pokazać ludziom na dole, że policjant płacze…

Pod samym radiowozem kilka osób doskakuje do prowadzonego przeze mnie faceta, ktoś strzelił go w pysk, ktoś inny kopnął w dupę…

— Dość — krzyczę — co jest, kurwa! Jak trzeba było pomóc rodzinie, to żaden dupy nie ruszył, a teraz skaczecie do niego, jak skuty jest! Paszoł won jeden z drugim, bo zaraz pałą zdzielę! — Na potwierdzenie swoich słów łapię w prawą rękę czarnulę i groźnie potrząsam im przed nosami. Ludki odsuwają się, ale pokrzykują i grożą pięściami zatrzymanemu.

— Jak masz na imię? — pytam gościa.

— Heniek — przedstawia się bydlak.

— Słuchaj no, Heniek, jak będziesz coś kombinował w radiowozie albo chociaż krzywo spojrzysz, to przysięgam Bogu, zajebię cię!

— Będę grzeczny, panie władzo. — Heniek spuszcza głowę.

Otwieram drugą klasę i ładuję grzecznego już awanturnika do środka, a sam siadam za kierownicą. Po pewnym czasie ciszę przerywa krzyk matki i dzieci dobiegający z góry. Ludzie biegną w tamtą stronę, by zobaczyć, co się dzieje… Ja już wiem, nie mogę się opanować, łzy same lecą… Chuj z niepłaczącym policjantem, krzywda dziecka, a tym bardziej jego śmierć, zawsze boli. Po chwili podjeżdża karetka, wybiegają sanitariusze:

— Biegnijcie szybko — mówię przez łzy, a słowa ledwie wychodzą przez ściśnięte gardło, więc wskazuję im kierunek.

Sanitariusze biorą czerwone torby z erki i biegną pod górę.

Mija jakieś dwadzieścia, może trzydzieści minut, Heniek nie odzywa się ani słowem, śpi? Patrzę na niego, nie, oczy ma otwarte, ale jakby nic nie widział, takie szklane. Z góry schodzi Generał, wyciera powieki rękawem:

— Nic tu po nas — szepcze, wciąga powietrze i głośniej dodaje — jedź Nowy do KPP. — Otwiera tylne drzwi i siada obok zatrzymanego. Nie patrzy na niego, spogląda przez okno w górę, gdzie wydarzyła się tragedia, gdzie jeszcze przed chwilą walczył o życie dziecka. Ruszam spokojnie radiowozem w kierunku Kwaśnika, słyszę szloch prawego. Odjeżdżamy zaledwie kilkaset metrów, gdy z tyłu dobiegają mnie głośne jęki zatrzymanego i szybkie sapanie Generała. Patrzę we wsteczne lusterko, a tam prawy napierdala piąchą jeńca… Daję ostro po heblach, zatrzymuję samochód na poboczu, wyskakuję i biegnę do prawego. Otwieram drzwi i łapię kolegę pod ręce:

— Daj spokój, kurwa, daj spokój — krzyczę.

Prawy wyrywa się i okłada dalej pięścią w ryj Heńka:

— Skurwysyn zabił dziecko, zabił, rozumiesz Nowy!? — Chłopak wyje z rozpaczy i kręci z niezrozumieniem głową.

— Rozumiem. — Spuszczam głowę, wiedziałem, jak tylko spojrzałem ostatni raz na dziecko. — Ale to nic nie zmieni, przestań. Siadaj za kierownicę, ja z nim pojadę z tyłu.

Zamieniamy się miejscami, siadam obok Heńka, krew kapie mu z ryja. Nie patrzy na mnie, nie odzywa się, głowę skulił w ramionach i płacze. Łzy nie są jednak symptomem bólu. Do faceta zaczęło docierać, co zrobił. To prawy uzmysłowił temu draniowi, że zadźgał własne dziecko. Nie żal mi go, żal mi dziewczynki. Coś kapnęło mi na rękę, przecieram dłonią, oczy są mokre, odwracam głowę do okna, by gnój nie widział mych łez. Generał rusza z piskiem opon, łapie gruchę:

— 03 do 0—011… Szszszyy. — Szum stacji i ponowienie wołania: — …03 do 0—011…

— Zgłaszam 03… melduj, co tam się działo…

— Wieziemy jeńca do KPP — mówi przez zaciśnięte zęby prawy — zabił własnego dzieciaka. — Zaczyna łkać. — Kuuurwaa, rozumiesz, ten skurwiel zabił swoją córkę… — Patrzę na niego, dopiero teraz widzę, że ma ręce we krwi, a na czarnym mundurze jeszcze ciemniejsze mokre plamy, to krew małej Krysi.

— Kurwa… — słychać smutny głos dyżurnego KPP — dawajcie chuja tutaj, już wysłałem wam wsparcie*, oni zostaną na miejscu i poczekają, aż grupa* podjedzie i wykona czynności. Jak przyjedziecie, to wtedy wrzucimy go na bęben*.

— Zrozumiałem — odpowiedział prawy, odwieszając gruchę na miejsce.

Całą drogę milczymy my, milczy zatrzymany… Droga dłuży się niemiłosiernie. W końcu podjeżdżamy pod komendę, prawy wysiada i wyciąga Heńka za szmaty z rajdowozu. Za nimi wyskakuję ja, prowadzimy gościa zgiętego wpół, jedna ręka na karku, a druga wygina mu łapska do góry, ja z lewej, Generał z prawej. Jeniec jęczy z bólu, ale nic nie mówi, zagryza wargi. Przekraczamy drzwi komendy, na korytarzu stoją chłopaki z KPP, wszyscy trzymają w rękach lole, blondyny i inne gumy. Wyginamy gościa jeszcze bardziej głową do dołu, a dupą do góry i prowadzimy go przez szpaler utworzony naprędce przez tych, którzy zdążyli oderwać się od swej roboty. Chłopaki podbiegają do nas, pierwsza guma świszczy w powietrzu i trzaska w dupsko dzieciobójcy, potem druga i trzecia… Robi się hałas i zamieszanie, każdy chce zapłacić jeńcowi za zabicie własnej córki. Facet krzyczy z bólu, a w końcu popuszcza głośno w spodnie, niesamowity smród kału i moczu gryzie nozdrza… Co wrażliwsi uciekają do swoich pokoi i zajęć, kilku krzyczy na zabójcę dziecka, każdy jest wściekły. Różni tu już trafiali, mordercy, rozbojarze* i złodzieje, ale gdy na fabrykę* dostawał się ktoś taki jak Heniek, dzieciobójca czy pedofil, to w tych ludziach, którzy niejedno przeżyli na swej służbie, wzbierały się gniew, złość i nienawiść…

Mimo rozmów z psychologiem nie dało się nad tym zapanować, człowiek kilka dni po czymś takim dochodził do siebie, a i tak wracało to wszystko w snach i życiu prywatnym. Podczas codziennych interwencji żal było zawsze jednego… Żal było nam dzieci, które cierpiały przez głupotę dorosłych. Żądza czynienia zła lub skrzywienia psychiczne powodujące, że dorosły krzywdził bezbronną osobę, dziecko… To było dla wielu z nas nie do pomyślenia, nie do pojęcia…

— Wy na górę pisać notatki, rozpisać kajety i całą resztę! Tylko ładnie mi opisać trzepanie sierści* — krzyczy do nas dyżurny z dwukropkiem* — tym zasrańcem zajmie się inny patrol. Kazek, wołaj 014, podjadą z trzecią klasą* i zawiozą gnoja do łapiducha*. Niech go sprawdzi, czy może dziś nocować w chlewiku* — woła do drugiego zaglądającego przez okienko z grzyba, w stopniu szaszłyka*.

— Wiesiek, kurwa, są na dzwonie*, ponoć kupa złomu* tam jest — mówi opanowanym głosem i woła w stację: — 014 do 03, zgłoś się! — Słychać trzaski i jakieś głosy: — No, jak mówiłem, oni nie przyjadą, może z Farnego ściągnę 09, oni mają kabarynę*, to przewiozą śmierdziela.

— Ok, rób tak, żeby było dobrze, i jak przyjadą, odpraw ich do przewozu* — machnął do Wieśka ręką — ja idę do starego* zdać relację, żeby szumu nie robił, wrzuć jeszcze tego ciula na bęben i sprawdź, co to za jeden. — Zatrzymał się w połowie schodów i krzyknął do chłopaków patrzących groźnie na dzieciobójcę: — Locha i Brudas, weźcie tego śmierdziela na sieczkarnię*, niech dmuchnie w rurę* i pilnujcie go tam. — Pokiwał palcem i poszedł, ciężko stąpając, na drugie piętro.

Spojrzeliśmy po sobie z Generałem, ten wzruszył ramionami i udał się do pokoiku, w którym urzędowała patrolówka. Widać było po nim zmęczenie fizyczne i psychiczne, po tym wszystkim, co się stało. Od czternastej jeździliśmy w zmocie*, a było już koło dwudziestej. Kilka interwencji, KMZ-tów* i parę patroli pieszych w miejscach, gdzie lokalne chlory* spożywały jagodziankę* lub wino marki „Chateau de la Tur”*, a później leżakowali* pod czyimiś drzwiami lub w korytarzu któregoś bloku. Prawy wskoczył do toalety zmyć z siebie krew, po czym obaj zasiedliśmy na drewnianych taboretach w pokoju pełnym metalowych szaf zwanym pokojem patrolowców:

— Ty rozpisuj kajet, a ja ogarnę papierologię na tym pudle. — Wskazałem głową rozpierdolony monitor KFC 15” z odstającą dupą od komputera, sprzęt najnowszej generacji w tym rejonie komisariatu powiatowego — NTT Bolero 500 z roku bodajże dwa tysiące pierwszego. Jedyny w wydziale patrolowym przeznaczony do pisania notatek, pism i raportów. Nikt nie martwił się tym, że patrolowcy nie mają porządnego komputera, który usprawniłby pracę.

— Dobra — zgodził się prawy — ja nie ogarniam tego sprzętu, mi się ciągle wyłącza. — Zdjął pas z bronią i pierdolnął na blat stołu, wyjął kajet z bocznych kieszeni spodni i zaczął rozpisywać interwencję.

Zasiedliśmy więc do papierkowej roboty, od czasu do czasu wymieniając jakieś uwagi, w międzyczasie doszedł do nas dwusuw* krawężników*, którzy skończyli zdzieranie butów*. Nikt nie pytał o przeprowadzoną interwencję, widzieli nasz wkurw… Któryś wyciągnął z metalowej szafki kawę, inny przyniósł kubki, nastawiono wodę i powoli, po cichu zaczynali z nami rozmawiać. Papierologia nie szła, komputer zacinał się i wyłączał, co kilka zdań trzeba było zapisywać treść, bo się resetował. Co minuta było słychać:

— Kuurwaaa! Ja pierdolę! Chuj jebany! — I tak w kółko, szlag trafiał człowieka przy pisaniu na takim sprzęcie. Moje przebogate słownictwo przesiąknięte starożytną łaciną ściągnęło jeszcze kilku kolegów, którzy zaczęli kibicować mi w walce z komputerem i czasem, jaki poświęcałem na sporządzanie notatek. Aż w końcu monitor zgasł.

— Co jest, do kurwy nędzy!? — zadałem retoryczne pytanie. Zupełnie jakbym oczekiwał, że ciemny monitor mi odpowie. — Żeby nie było porządnego sprzętu w komendzie powiatowej?

— Ty, kurwa, sprzęt chcesz, a nawet papieru do dupy nie ma, nie wspominając o tym do drukarki — rzucił Ataman.

— Długopisy wydzielają po jednym, jak mają, i to trzeba podpisać, że go dostałeś — dodał Kulas — ostatnio dostałem od łaskawcy kierownika jeden długopis. I wiecie co? Tym samym długopisem musiałem mu pokwitować, że go otrzymałem.

— Ha, ha, ha, ha… — Wszyscy się z tego śmiali, ale to nie był żart, tak było, takie były realia pracy.

— Wiadomo, komediant sobie klimę sprawił w pokoiku, prysznic, kurwa, Bizancjum jak u Maja w KGP, a my sami musimy kupować długopisy, papier do drukarek, korektory, a nawet sraj taśmę — zaczęli narzekać wszyscy znajdujący się w pokoju, słychać było żal i jakąś taką dezaprobatę względem tego, co dzieje się w komendzie i całej policji.

— Wszędzie tak jest — dorzucił Żwirek — w całej naszej jebanej firmie chujnia, tylko ci na stołkach klepią się po pleckach i premię biorą.

— Czekaj — Waluś wstał, chłop wielki, granatem od pługa oderwany, podszedł do mnie i powiedział: — Odsuń się Nowy — po czym łapami jak bochen chleba z całej siły zajebał w boki monitora. Ten zatrzeszczał jakby krzyczał „za co?!” i o dziwo rozbłysnął na nowo. — Tak się to robi — skwitował Waluś.

Chłopaki pokiwali z aprobatą głowami, a ja zrozumiałem, skąd te uszkodzenia na obudowie monitora.

— Dzięki, kurwa, mam nadzieję, że nic się nie wykasowało, bo inaczej się wkurwię… — powiedziałem. — Generał, zmontujemy coś* po szychcie*, nie dam rady dziś spokojnie zasnąć.

— Jasne, który podrzuci nas do źródełka*? — zapytał.

— Po co do źródełka? Kurwa, Nowy, mówisz i masz. — Gałka poderwał się ze stołka, mrugnął do mnie porozumiewawczo i zniknął w drugim pomieszczeniu. Za nim pobiegł Żwirek, po chwili wrócili z bardzo zadowolonymi minami. Gałka taszczył w lewej ręce plecak, z którego wyjął trzy litrowe butelki wódki:

— Miałem zajechać do szwagra, ale chuj mu w dupę, poczeka, a my tu o suchym pysku nie będziemy siedzieć. — I postawił butle na biurku przy monitorze. — Kulas, leć po szklanki — wydał polecenie koledze, z którym dziś zapieprzał w dwusuwie.

— A ja — Żwirek pokazał półlitrowy flakon — miałem chęć dziś film obejrzeć. — Postawił butelkę obok pozostałych i otworzył reklamówkę, którą trzymał w drugiej dłoni. — A tu coś na zagrychę — powiedział, wyjmując trzykilowe pęto swojskiej — i coś do popicia — dodał, wyciągając półlitrową butelkę coli.

Wszyscy spojrzeli po sobie:

— Łłłłaaaachchcaaaachchaaa — parsknęli śmiechem. Chłopki kiwali się na krzesłach i podrygiwali ze śmiechu. — Łłłaaaachchcaaahchchaaa, kuuuurrwaaa, jaaa pierdooolę — niosło się po korytarzu. Trzy i pół litra wódki na siedmiu i półlitrowa cola…

— Ha, ha. — Waluś aż płakał ze śmiechu. — Z chujem się na łby pozamieniałeś? Ha, ha …

— No co się śmiejecie? — Żwirek zapytał, jakby nie wiedział, o co chodzi. — Kurwa nie chcecie coli, to nie! Sam wypiję…

— Łłłaaaachchcaaa — ponownie rozniosło się po korytarzu komendy…

Wybuch śmiechu przerwał telefon stojący na parapecie:

— Melduję się — krzyknął do słuchawki Waluś, który był najbliżej i odebrał telefon — a nie pierdol, Wiesiek, tylko chodź na górę. Kazek chwilę posiedzi na grzybie sam…. — Wszyscy zamilkli i spojrzeli na rozmawiającego jak na debila, każdy wiedział, że ten rozmawia z dyżurnym… Waluś, jak gdyby nigdy nic, dalej nadawał do słuchawki. — No nie pierdol, tylko chodź… zobaczysz… — Trzasnął słuchawką. — Co tak się lampicie? — Szybko załapał o co nam wszystkim chodzi. — Wiesiek nie podpierdoli, nie bójcie się, a stary już do domu pojechał… Młody, zapierdalaj po kubki i szklanki — powiedział do niedawno przybyłego z fabryki oficerów* posterunkowego. — Nastawcie wodę, to popijemy herbatą.

— Kurwa, gorącą herbatą mam popijać? — zapytałem.

— Mogę ci wody z sedesu przynieść, zimna! Ha, ha — zaśmiał się, a po nim jeszcze kilku. Widać wiódł prym wśród tutejszych szturmowców*.

— Weź mnie nie wkurwiaj, Waluś…

Ten wstał, poklepał mnie po ramieniu:

— No już… nie gniewaj się. — Złapał pierwszą flaszkę, trzasnął ją wielką łapą w denko, aż bąbelki poszły w butelce. Odkręcił szybkim ruchem korek, postawił butlę na stole, złapał dwie szklanki, które przyniósł Młody. Nie były pierwszej czystości, więc spojrzał surowo na posterunkowego. — Kurwa, następnym razem umyj — skarcił go, po czym wyjął koszulę z munduru ze spodni. Chuchnął w szklanki i wytarł je swoją granatową służbową koszuliną. — O, i szkło czyste. — Polał do dwóch sporych lampek po połowie i podał je Generałowi i mnie, mówiąc: — Chłopaki piją pierwsi — po czym zwrócił się do nas, podając szkło: — Zasłużyliście za spacyfikowanie zasrańca…

Prawy złapał szklanicę, a ja swoją i cyk do gardzioła… W tym momencie naprzeciw mnie w drzwiach stanął dyżurny Wiesiek. Wszyscy spojrzeli w jego stronę, a później na Generała i na mnie. Prawy siedział tyłem, nie zauważył wejścia dwukropka, a mi wódka stanęła w gardle, oczy się zaszkliły, zapiekło i spora zawartość szklany poszła nosem na mundur… Teraz wszyscy spojrzeli w moim kierunku, ale nie wiedzieli, czy się śmiać, czy uciekać…

— Kurwwwaaaa! — krzyknąłem, wycierając usta i nos rękawem bluzy.

— Czysta wódka munduru i honoru policjanta nie plami — powiedział stojący w drzwiach Wiesiek, parodiując generała Wieniawę-Długoszowskiego. — Nie stresuj się, kurwa, dajcie chłopakowi jeszcze raz, bo mu wszystko poszło w pizdu.

— Mówiłem, że on jest w porządku — pochwalił samego siebie Waluś. Złapał moją szklankę i ponownie nalał połowę, podając ją prosto w moje ręce. Drugą szklankę odłożoną przez Generała również napełnił i podał dyżurnemu. Dwukropek złapał ją łapczywie, mlaskając przy tym i oblizując wargi:

— Wasze zdrowie, chłopcy. — I hyc szklana do ust.

Poszedłem w ślady oficera. Prawy urwał z pęta kawałek kiełbasy i podzielił go na trzy części, jedną wrzucił do swych ust, drugą dał Wieśkowi, a trzecią mnie. Waluś czynił teraz honory gospodarza w pokoju patrolowców i polewał w te same szklanki. Ponownie podał ją dyżurnemu, a drugą wziął sobie:

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 29.72
drukowana A5
za 69.53
drukowana A5
kolorowa
za 91.28