E-book
9.56
drukowana A5
40.21
drukowana A5
Kolorowa
69.42
Psoriasis Vulgarna

Bezpłatny fragment - Psoriasis Vulgarna

Nie możesz zarazić się łuszczycą, więc spróbuj tolerancją...


4.9
Objętość:
284 str.
ISBN:
978-83-8189-268-1
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 40.21
drukowana A5
Kolorowa
za 69.42

Co autor miał na myśli

Łuszczyca (psoriasis) — przewlekła, nawracająca choroba układowa mediowana immunologicznie, w której procesy zapalne charakteryzują się obecnością objawów skórnych (łuszczących się wykwitów potrafiących pokryć nawet 80% ciała chorego) oraz stawowo-ścięgnistych. Charakterystycznym objawem łuszczycy są owalne bądź okrągłe, czerwonobrunatne lub zaróżowione, płaskie grudki o wyrazistych brzegach i zróżnicowanej wielkości. Pokryte są srebrzystoszarą, nawarstwiającą się łuską, powstałą w wyniku zrogowacenia ognisk chorobowych. Zmiany mają tendencję do zlewania się. Wedle niektórych źródeł dotyka 2—4% populacji […].


Choruję na łuszczycę zwykłą (psoriasis vulgaris) od dziewiątego roku życia. Przez ten czas poddawany byłem osiemnastu hospitalizacjom na różnych oddziałach dermatologicznych. Byłem leczony maściami, naświetleniami i lekami. Zawsze z podobnym, krótkotrwałym skutkiem. Dopiero po wielu latach zmagań z chorobą udało mi się powstrzymać jej postęp i zacząć normalnie żyć.

Historia opisana w książce jest fikcyjna, jednakże przy jej tworzeniu czerpałem garściami z własnych doświadczeń, przeżyć oraz z historii ludzi chorych, których poznałem przez te wszystkie lata.

Chcę wam opowiedzieć, jak trudne jest życie osoby cierpiącej na tak przewlekłą, uciążliwą i nieestetyczną chorobę. Nierzadko powoduje ona wykluczenie chorego ze społeczeństwa z obawy przed zarażeniem, które absolutnie nie jest możliwe.

Łuszczyca to nie tylko skóra. Choroba w niektórych przypadkach atakuje także stawy (psoriasis athropatica) czy paznokcie (psoriasis unguium). Jej zaawansowany etap może prowadzić do stanów lękowych, depresji, poważnych problemów psychicznych, a w skrajnych przypadkach — nawet do samobójstwa.


Pragnę podziękować mojej żonie, Monice, za to, że zawsze mogłem liczyć na jej pomoc, wsparcie i tak ogromne zaangażowanie w to, abym mógł normalnie funkcjonować. Kiedy ja pogodziłem się już z tym, jak wygląda moje życie z chorobą, z odliczaniem czasu „od szpitala do szpitala”, ona postanowiła zawalczyć. Dzięki jej determinacji i wytrwałości w motywowaniu mnie, cel został w dużym stopniu osiągnięty.


Dziękuję także wszystkim, którzy nigdy nie dali mi w jakikolwiek sposób odczuć, że jestem gorszy, dodając mi tym samym otuchy i siły.

Rozdział I — Kurs chorowania

Pociąg zatrzymał się na stacji Leszczno. To nieduża miejscowość, w której znajdował się mój drugi dom. Podróż z warszawskiej Pragi zajęła aż dwie godziny. Aby dotrzeć na miejsce, pozostało jeszcze przejść piechotą jakieś dwa kilometry, niosąc na ramieniu dosyć ciężką czarną torbę.

Kiedy znalazłem się na miejscu, minąłem zieloną bramę. Moim oczom ukazał się budynek, który znałem bardzo dobrze. Śnił mi się już nie raz. Najbardziej lubiłem te sny, w których nie musiałem do niego wracać. Tabliczka z napisem Szpital Specjalistyczny w Leszcznie aż krzyczała, by ją wymienić. Sam nie wiem… chyba pamiętała jeszcze czasy komuny… w każdym razie elewacja — na pewno. Chociaż — jak już wcześniej wspomniałem — to był mój drugi dom, a na dom się nie narzeka. Kocha się go nie „za”, tylko „pomimo”.

Wszedłem do środka. Na izbie przyjęć — pusto. Trafiło mi się! Jako dzień przyjęcia na oddział padło na piątek, tym samym także był to koniec miesiąca. Wtedy był najmniejszy ruch, zarówno na izbie przyjęć, jak i na oddziale. Przez izbę przemknąłem szybko i sprawnie, szpital nie był duży. Tylko trzy piętra. Na parterze — oddział anestezjologii i intensywnej terapii, na pierwszym piętrze — chirurgiczny, na drugim — położniczy, okulistyka i stomatologia, a na samym szczycie — dermatologia.

Pani w szatni odebrała ode mnie ubranie. Przebrany w swoje szpitalne, nieco poplamione „dresiki” wraz z prowadzącym mnie sanitariuszem wsiadłem do windy. Wcisnął „trójkę” i winda ruszyła. Mimo że za każdym razem szedłem z tym samym mężczyzną, to on mnie albo nie poznawał, albo tylko udawał. Może zgrywał profesjonalistę, tłumacząc mi po raz wtóry, gdzie znajduje się winda.

Dojechaliśmy na trzecie piętro, które było podzielone na dwa skrzydła. Skrzydło „A” to dermatologia dziecięca; skrzydło „B” — przeznaczone oczywiście dla dorosłych. Oddział nie należał do najnowszych. Otwarto go jeszcze w latach sześćdziesiątych. Jedni mówili o czekającej go nieuchronnej likwidacji, inni natomiast o kapitalnym remoncie, który nadałby mu drugie „życie”. Żadna z tych informacji nie była jednak potwierdzona, a dla mnie liczyło się przede wszystkim „tu i teraz“.

Tymczasem byłem już prawie u celu. Pozostało jeszcze przejść długi korytarz, mijając przy tym wszystkie pomieszczenia. Z czystej ciekawości zaglądałem do sal przez otwarte drzwi, sprawdzając „ruch w interesie”. Widząc komplet na „trzynastce”, od razu zrobiło mi się lżej na duszy.

Małomówny pan sanitariusz doprowadził mnie do kokpitu pielęgniarek, zostawił dokumentację i poszedł.

— Ooo! Kogo to ja widzę. Nasz wychowanek wrócił! — tak mnie zawsze witała siostra Dagmara.

Biła od niej radość, pomimo niesprzyjających okoliczności. Byłbym skłonny stwierdzić, że lubiła swoją pracę oraz ludzi, których w niej spotykała. Zresztą, oddział był dość specyficzny; nie czuć tam było atmosfery śmierci czy umierania, zgon był odnotowywany raz na pięć lat, a oddziałowa kostnica już dawno została przerobiona na skład z pościelą dla pacjentów. Oddział dla zdrowych ludzi — można by rzec. Więc czemu by się nie uśmiechać od ucha do ucha? Stary bywalec od razu poczuł się jak w domu, a nowicjusz dostał garść pozytywnych emocji na „dzień dobry”.

— No to, biedroneczko, fruniesz na „czternastkę”. Zmykaj — powiedziała.

Zawsze lubiłem określenie „biedronka”, gdyż nie brzmiało tak ordynarnie jak „łuszczyk”, za to wprowadzało nawet pozytywne emocje. W końcu — kto nie lubi biedronek?

A więc, kierunek „czternastka”. Kolejny raz ta sama sala. Szczęście, że nie ta okropna „trzynastka”! Nie dość, że liczba pechowa, to znajdowało się tam więcej pacjentów, niż na pozostałych salach. No… i jeszcze brak telewizora.

Idąc na przydzieloną salę, minąłem siostrę oddziałową, która także przywitała mnie serdecznym uśmiechem. Sami swoi — pomyślałem, odwzajemniając uśmiech.


Drzwi uchyliły się i wszedłem. Wyrko już czekało. Jedno z trzech. Oczywiście środkowe — najgorsze. To przy oknie zawsze było najwyżej cenione. Określało je nawet pewne prawo, a mianowicie: „prawo bytu”. Łóżko to dostawał ten, kto przyszedł na salę najwcześniej. Przy łóżku znajdował się długi parapet, który służył szczęśliwcowi jako dodatkowa półka. W lato wiatr, który wpadał przez otwarte okno, chłodził poparzone od maści ciało chorego; w zimowe noce natomiast ogrzewał je kaloryfer.

Za parapetem znajdowały się zamknięte i od lat nieużywane drzwi na balkon. Na przeciwko łóżka wisiał telewizor, odpłatnie umilający chorym pobyt.

Łóżko pod oknem zajmował mało sympatyczny jegomość z ogromnym brzuchem. Odwrócił się w moją stronę, dziwnie sapiąc:

— Leszek jestem — odezwał się. — Masz jakieś drobne, młody?

Oczywiście skończyły mu się monety na telewizor, więc przerwało, i to w najmniej odpowiednim momencie.

— Niestety nie. W banku pusto… — odpowiedziałem, udając, że szukam czegoś w kieszeniach dresu. Drobne oczywiście miałem, ale wolałem je zachować na automat do kawy.

— Dobra, Lechu, jest po obchodzie — odezwał się pacjent z łóżka numer dwa. — Możemy drutem nabić. Młody skoczy rozmienić i wtedy się na legalu wrzuci monetki do puszki.

Kolejne łóżko w salowej hierarchii znajdowało się przy drzwiach. Pacjenci lubili je z tego względu, że umywalka znajdowała się dosłownie w zasięgu ręki. No i ten, który na nim leżał, dostawał najszybciej obiad… jakby reszta miała na niego czekać Bóg wie ile. To łóżko zajmował wyglądający niepozornie, chudy i niski chłopak. Tatuaże na jego ciele, które z resztą chyba ktoś mu zrobił po pijaku, mówiły o nim dużo.

— Pierwszy raz? — zapytał, drapiąc się po łokciu, na którym widać było ominięte i nieposmarowane plamy. Następnie wyciągnął rękę i się przedstawił.

— Zyga.

— Miło mi… Ja jestem Łukasz. Nie… niestety nie pierwszy — odparłem.

W tym momencie otworzyły się drzwi. Do sali weszła młoda kobieta, w białym fartuchu. Niska blondynka, o typowo słowiańskiej urodzie, dosyć dynamicznym krokiem podeszła do mnie i powiedziała:

— Dzień dobry. Jestem doktor Alicja Kwiecień, pana lekarz prowadzący. Zapraszam za chwilę do pokoju numer trzy. Jeśli ma pan jakąś dokumentację medyczną, wypisy ze szpitala albo przyjmuje pan jakieś leki na stałe, to proszę wziąć wszystko ze sobą.

Zaraz po tym wyszła, pozostawiając po sobie tylko zapach bardzo delikatnych perfum.

— To suka jest — burknął Leszek, zmieniając kanał w telewizji. — Nie idzie się w ogóle z nią dogadać. Panisko od razu po studiach! Wszystko jakby z podręcznika czytała. A to jest życie! Tu trzeba improwizować. Wczoraj takiego Sławka wypisała. Pięć dni tylko leżał i wypad do domu. A jaka łuska się jeszcze z niego sypała, o ludzie!

— Może podpadł i wyleciał — stwierdziłem. — Tu są przecież zasady, których trzeba przestrzegać.

— Młody, ty się nie wymądrzaj. Zasady są jak w każdym szpitalu i wszyscy ich przestrzegamy. Poza tym, to nie więzienie czy coś — odparł Zyga.

Nie miałem zamiaru się sprzeczać. Doktor Kwiecień zdecydowanie nie była ich ulubienicą. Zapewne byli już u niej na „cenzurowanym”, bowiem nie wyglądali na takich, którzy lubią przestrzegać zasad panujących w szpitalach.

Zasady były oczywiste, jak w każdej tego typu placówce. Pierwszą i najistotniejszą był zakaz samowolnego opuszczania terenu szpitala. Zasadę tę niezwykle trudno było złamać (personel pilnował tego skrupulatnie), jednak niektórym się udawało. Pacjentom takim jak chociażby ci dwaj zdarzały się wojaże do sklepu, znajdującego się po drugiej stronie ulicy. To łączyło się z kolejną, czasem łamaną, zasadą o zakazie spożywania alkoholu podczas kuracji. Wedle dawno postawionej tezy: „Piję, bo choruję; choruję, bo piję”.

Kolejną zasadą było także nieprzywłaszczanie sobie dużej ilości maści na własny użytek. Zwłaszcza w piątkowe wieczory, bowiem w weekendy maści było — o zgrozo! — jak na lekarstwo.

Zasada estetyki natomiast była taka, że będąc nasmarowanym maścią, nie wolno było paradować w samych majtkach po oddziałowym korytarzu, ze względu na to, że był on damsko-męski. Mężczyźni nie do końca przestrzegali tej zasady. O ile — gdy odnosili tacę po obiedzie czy szli wziąć prysznic — nikt nie miał do nich pretensji; o tyle — gdy spacerowali po oddziale i rozmawiali przez telefon, nie chcąc tego robić na sali — o skargi ze strony kobiet nie było trudno. Z reguły skarżyły się te najstarsze.

Oczywiście problem był także z telewizorem i wspomnianym wcześniej — drutem. Niezdyscyplinowani pacjenci, żeby zaoszczędzić, zamiast monet wkładali do otworu w automacie drut i uderzali dotąd, aż automat wyświetlił jakąś liczbę godzin. Czasami wbiło się od razu „24h”, więc pacjent czuł się co najmniej, jakby wygrał „szóstkę” w totolotka. Zazwyczaj jednak wbijała się godzina albo dwie, i automat się blokował. Kiedy w trakcie „uiszczania opłaty drutem” wszedł personel, pacjent mógł mieć duże kłopoty…

W każdym razie, jeśli człowiek trzymał się przyjętych ogólnospołecznych norm i zasad, nie miał problemu z przeleżeniem tylu dni, ile było mu przeznaczonych.

Moja szczęśliwa czarna torba podróżna była już rozpakowana. Zawsze zabierałem ją ze sobą, nie tylko ze względu na sentyment. Była po prostu bardzo pakowna, a poza tym — na czarnym nie widać plam od maści.

Obok łóżka znajdowała się mała szafka na kółkach, którą uzupełniłem od góry do dołu. Niezmywalne, fioletowe ślady po maści były tam, gdzie pacjent najczęściej jej dotykał, czyli przy klamkach. Wszędzie było dużo tych fioletowych śladów, które dziwiły odwiedzających albo pacjentów będących na pierwszej hospitalizacji.


Teraz mogłem się już udać do pokoju numer trzy, gdzie czekała na mnie piękna doktor Kwiecień. Podszedłem pod drzwi i zapukałem bardzo kulturalnie. Uchyliwszy je delikatnie, zapytałem, czy mogę wejść. Doktor uśmiechnęła się i zaprosiła do środka. Niby nic… zwykły uśmiech, ale dla mnie jakże istotny.

— Pan Łukasz Wilk, tak? — zapytała oznajmująco. — Proszę usiąść.

Lekarze z oddziału używali pokoju numer trzy do przeprowadzania wywiadów z pacjentami. Pomieszczenie także służyło do rozmów w cztery oczy, poza pokojem lekarskim. Było dosyć małe. Po prawej stronie znajdowało się biurko dla lekarza; była tam także kozetka i nieduży biały regał.

— Wiek? — zaczęła wywiad.

— Dwadzieścia lat.

— Zawód?

— Jestem tuż po maturze. Na chwilę obecną pracuję w barze.

— Proszę się rozebrać do bielizny — powiedziała.

Zrzuciłem spodnie dresowe oraz t-shirt i można mnie było zobaczyć prawie w całej okazałości… Białe, suche, łuszczące się plamy na całym ciele. W niektórych miejscach niewielkie, jak kapsel od piwa. W innych zaś ogromne, plackowate zmiany skórne. Najgorzej sytuacja wyglądała na łokciach, piszczelach i odcinku lędźwiowym. Tam zmiany są bardzo grube i oporne na jakiekolwiek leczenie. Mnie zwykle wysypywało także we wszystkich innych miejscach: plecy, właściwie od karku po same pośladki; ręce — od dłoni po bark; nogi natomiast — od stóp do ud. Nie oszczędzało także brzucha, głowy, szyi i klatki piersiowej. Jednym słowem — człowiek łuska. Małe plamki po prostu swędziały, ale te o dużej powierzchni bolały przy każdym ruchu. Pękały, bo skóra traciła swoje elastyczne właściwości. Czasami czułem się tak, jakbym miał suchy papier na plecach.

— Psoriasis vulgaris, czyli: łuszczyca zwykła — powiedziała. — Widzę duże łuski. W ostatnim czasie chyba mało pan nawilżał skórę… Od jak dawna pan choruje?

— Od dziewiątego roku życia, a to moja dwunasta hospitalizacja…

— Dwunasta? Więc powinien pan doskonale wiedzieć, że przed przyjściem na oddział łuska powinna być w miarę możliwości zniwelowana. Później pacjenci mówią, że szpital daje im za mało czasu na kurację, skoro pierwsze dwa-trzy dni tracą na przygotowanie do leczenia, zamiast na samo leczenie.

— Wiem o tym, pani doktor. Przez ostatnie trzy dni miałem dwunastogodzinne zmiany w pracy, i nie było kiedy tego zrobić — tłumaczyłem niepewnie.

Tutaj oczywiście dałem plamę, a jej uśmiech całkowicie zniknął. Nie można tego inaczej wytłumaczyć — to ogromne zaniedbanie. Przed rozpoczęciem hospitalizacji powinienem przygotować skórę do leczenia, robiąc to nawet po pracy. Potrzebna jest do tego duża ilość maści salicylowej, jednak w ostateczności wystarczyłby olej kokosowy, czy nawet jakiś balsam.

— Jak na pana działa leczenie miejscowe? Jaki okres remisji?

— Po upływie mniej więcej trzech miesięcy zmiany powracają, a pół roku po pobycie w szpitalu kwalifikuję się już do ponownego przyjęcia na oddział.

— Czy w rodzinie ktoś choruje?

— Tata chorował, ale już nie żyje.

— A rodzeństwo?

— Mam dwie siostry i brata. Siostry są zdrowe. Brat także, mimo że ma kilka tatuaży. Prowadzi salon, w którym je wykonuje, ale on nie skarży się na problemy ze skórą…

— Tatuaże przy łuszczycy to dosyć ryzykowna sprawa. Czy bolą pana stawy?

— Nie, nie miewam takich dolegliwości.

— Wzrost?

— Sto osiemdziesiąt trzy centymetry.

— Waga?

— Tak około stu kilogramów.

— Panie Łukaszu, ma pan sporą nadwagę; oby nie zamieniła się w otyłość. Jak wiadomo, sprzyja to wielu chorobom układu wydolnościowego czy serca.

— Tak, wiem, ale to nie taka prosta sprawa zrobić coś z nadwagą. Poza tym, chyba nie jest ze mną jeszcze tak źle.

Niestety oszukiwałem sam siebie. Dwadzieścia kilogramów nadwagi to był dosyć „ciężki” problem. Szczególnie że miałem tendencję do tycia. Lubiłem sobie zjeść, i to bez względu na to, która była godzina. Odkąd zacząłem pracować w Pegazie, czyli otwartym przez całą dobę barze, w którym robiłem kebaby, straciłem umiar totalnie. Przysługiwał nam za darmo jeden posiłek dziennie. Zawsze stawiałem na grube ciasto i wersję XXL. Ponadto pięćdziesięcioprocentowa zniżka na kolejne dania sprawiła, że potrafiłem zjeść trzy duże kebaby w ciągu dwunastu godzin. W lokalu była także opcja dolewki napoju gazowanego, więc piliśmy je praktycznie non stop…

— Czy ma pan jakieś problemy z zębami?

— Nie bardzo.

Doktor wzięła szpatułkę i zajrzała.

— Zdrowe zęby przy łuszczycy to także bardzo istotna sprawa. Bagatelizowana próchnica i choroby dziąseł prowadzą nie tylko do utraty zębów, ale rujnują zdrowie, powodują bóle głowy i zatok, zwiększają ryzyko cukrzycy, problemów z nerkami czy stawami, a nawet zawału serca. To wszystko ma ogromny wpływ na to, jak nasila się choroba — powiedziała, niczym recytując regułki medyczne.

Gdyby zauważyła, że coś jest nie tak, mógłbym dostać skierowanie na stomatologię, a tam się nie patyczkowali. Kiedyś leżał ze mną na sali chłopak, który wrócił z dołu bez dwóch zębów. Był zdesperowany. Koniecznie chciał podleczyć skórę, więc uznał, że w ten sposób zaoszczędzi na prywatnych wizytach do dentysty. U mnie na szczęście wszystko było w porządku.

— Zastosujemy leczenie ogólne. Cygnolina, oraz naświetlania puva — podsumowała, wpisując zalecenia do odpowiednich rubryk.

Tak zwaną „ściankę naświetleniową” przerabiałem prawie za każdym razem, gdy tam byłem. Nie dawała ona pożądanego długotrwałego efektu. Jednakże pierwszy raz miałem spróbować puvy. Ciekawość mieszkała się z niepokojem…

— Czy to bezpieczne?

— Oczywiście. Muszę panu tylko wystawić skierowanie na okulistykę. Przejdzie pan badanie, a jeśli wynik będzie pozytywny, to myślę, że od poniedziałku ruszymy. Akurat złuszczy się pan przez sobotę i niedzielę. Proszę także, aby ktoś panu do poniedziałku dowiózł okulary przeciwsłoneczne. Na razie to wszystko. Niebawem zostanie pan poproszony do gabinetu zabiegowego na smarowanie.

Zamknęła moją teczkę, przesunęła na bok i otworzyła kolejną — następnego pacjenta. W tym momencie usłyszałem pukanie do drzwi. Pacjent zajrzał i uśmiechnął się.

— Przepraszam, myślałem, że wolne — powiedział.

— Wolne — odpowiedziała chłodno doktor Kwiecień.


Wracając do sali mijałem pokój „X”. To właśnie tam odbywały się naświetlenia. „Ścianka”, czyli promienie UVB, oraz w komorze — naświetlania puva. Zawsze miałem to pierwsze. Mówiło się, że to takie mniej szkodliwe solarium. Wystarczyło, żeby pacjent był wykąpany, a wtedy mógł z marszu wejść za parawanik i stanąć przy ściance z lampami. Najpierw przodem, koniecznie w goglach ochronnych; następnie urządzenie było ustawiane od nowa, a pacjent stawał tyłem i cykl powtarzano. To znałem — tego się nie bałem. Tym razem miało być inaczej… Miałem przed oczami tą wielką czarną kapsułę, która zawsze wywoływała u mnie pewnego rodzaju strach. Niezliczone opowieści pacjentów o tym, jak to ktoś stracił wzrok, doznał poparzenia albo wymiotował, nie napawały optymizmem. Teraz przyszło mi się z tym zmierzyć osobiście.


Wyjąłem z kieszeni telefon, w którym wyciszyłem dźwięki przed wejściem do gabinetu doktor Kwiecień. Na wyświetlaczu widniał komunikat: Sylwia — 8 nieodebranych połączeń.

Moja młodsza, siedemnastoletnia siostra, bardzo się o mnie martwiła. Przez chorobę ograniczyłem życie towarzyskie, a większość wolnego czasu spędzałem w domu. To nas zżyło, a ona każdą moją kurację przeżywała dosyć mocno. Nawet tę pierwszą, jeszcze na oddziale dziecięcym. Miała wtedy dziewięć lat, a mimo wszystko dzwoniła do mnie z telefonu mamy codziennie, by podtrzymać mnie na duchu. I tak już zostało. Była bardzo wyważona i rozsądna, jak na swój wiek. W przeszłości, będąc zbuntowaną trzynastolatką, miewała co prawda dziwne pomysły. Sztandarowym przykładem był żart „lodówka kanibala”, polegający na tym, że najpierw siostra robiła sobie zdjęcie twarzy mocno przyciśniętej do szyby, a następnie wywołała je w formacie jak najbardziej zbliżonym do wielkości głowy i zalaminowywała je. Tak przygotowaną fotografię umieszczała w dużym słoiku wypełnionym żółtawą cieczą, wstawiała do lodówki i wychodziła z domu. Mama prawie umarła na zawał, kiedy po powrocie z pracy zajrzała raz do lodówki…

Zaczęliśmy się nawet o młodą w pewnym momencie martwić, gdyż interesowało ją życie pozagrobowe. Kolczyki z czaszkami i figurki szkieletów były u niej na porządku dziennym. Kiedyś prosto z cmentarza przywiozła ją do domu policja, bo została przyłapana na wywoływaniu duchów. Jednak, z biegiem lat, nasza najmłodsza wyrosła z tych wszystkich głupot.

Uczyła się teraz w drugiej klasie LO, z zamiarem pójścia na AWF. To sport okazał się być dla niej sensem życia, a dokładnie rzecz ujmując — bieganie. Często sam chodziłem na różne biegi, w których siostra brała udział, oczywiście tylko jako obserwator i kibic. Zwykle kończyła z miejscem w pierwszej dziesiątce. Zamierzała w następnym roku, już jako pełnoletnia osoba, wziąć udział w wielkim maratonie warszawskim. To było jej marzenie. Raz pisała nawet do organizatorów, z pytaniem, czy może wystartować za zgodą opiekuna, ale odpisali jej, że tylko „na dziesięć kilometrów”.

Reszta rodzeństwa podchodziła do tematu mojego leczenia trochę jak do czegoś oczywistego, co trzeba odhaczyć w kalendarzu — pobyt Łukasza w szpitalu.

Brat, Daniel, nigdy nie chciał znaleźć czasu na odwiedziny, z resztą nasze relacje były — delikatnie mówiąc — takie sobie. Natomiast starsza siostra, Wiola, twierdziła, że wszyscy jesteśmy tam na własne życzenie. Była jeszcze mama, której starałem się zwierzać z problemów jak najmniej. Zawsze kiedy dzwoniła, mówiłem, że wszystko jest w porządku. Wyszedłem z założenia, że za wiele mi nie pomoże, a weźmie wszystko do siebie tak bardzo, że szkoda mi było jej zdrowia. I tak nie miała lekko w życiu. Od zwierzania się miałem Sylwię.

Oddzwoniłem szybko z nadzieją, że siostra ma jeszcze przerwę w szkole.

— Hej, Sylwia! — krzyknąłem, gdy tylko odebrała. — Ja już po rozmowie z lekarką. Nowa, pierwszy raz ją widzę.

— Hej, Uki! — Zawsze zwracała się do mnie w ten sposób. — I jak wrażenie?

— No co… młoda, ładna i ma piękny uśmiech. Obrączki nie widziałem, więc podpytam pielęgniarki.

Prawda jest taka, że zawsze zwracałem uwagę na ładne kobiety. Głównie na te niedostępne, rzecz jasna. Zresztą, dla mnie większość była niedostępna. Miałem w sobie zbyt dużą blokadę. Kiedy już udało mi się zbliżyć do jakiejś dziewczyny, to zwykle odstraszała ją moja choroba. Więc co takiemu pozostało? Otóż pogadać.

— A… no to standard u ciebie. Podpytaj, podpytaj. Ale zanim polecisz do pielęgniarek na wywiad środowiskowy, to mi jeszcze powiedz, co ci przepisała.

— To, co zwykle, plus mały bonus. Kabinę puva.

— O, brzmi ciekawie. Wpadnę do ciebie w niedzielę z mamą, to opowiesz. Trzymaj się cieplutko i smaruj się dokładnie. Pa!

No to byle do niedzieli!

Miałem już w głowie taki punkt dnia, na który czekałem. To nic, że z nimi mieszkałem. To nic, że dzień wcześniej się widzieliśmy. Byłem w szpitalu i oczekiwałem, że posiedzą przy moim łóżku, powspółczują mi troszkę oraz przywiozą jakieś łakocie.


Nagle usłyszałem wjeżdżający na odział duży, trzeszczący kilkupoziomowy wózek. Obiadek — punktualnie o trzynastej, jak w zegarku.

Wspominałem wcześniej o punkcie dnia? Oczywiście czymś takim dla każdego pacjenta był obiad. O ile na śniadania i kolacje można było narzekać, tak obiady okazywały się niczym z restauracji. Talerze z zupą i drugim daniem, podawane na tacy, przykryte były niebieskimi pokrywami termicznymi. Pacjent do samego końca żył w błogiej nieświadomości, co zje. Jedno było pewne, co by to nie było — będzie dobre i stanowczo za mało.

Soki trawienne zaczęły bulgotać mi w żołądku, bo od rana nie miałem nic w ustach. Niemalże wbiegłem do sali, by naszykować sobie miejsce. Podszedłem do szafki. Z boku była rączka, za którą trzeba było pociągnąć dodatkowy blacik w górę, a następnie opuścić na płasko. Widziałem minę Zygi, który miał się za weterana, a mnie za kompletnego „świeżaka”. Oczywiście nie miał o rączce pojęcia. Na jego szafce stał bumbox, więc umilała mu ona teraz życie.

— Ha! Dobre. Młody pokazał ci, że nie musisz żreć na stojąco, przy moim parapecie — zapiał Leszek, lekko dusząc się przy tym ze śmiechu.

— W dupie mam tę dźwignię. Widoczki ładne z okna podziwiam, jak jem — stwierdził Zyga, oczywiście grzebiąc przy rączce do wysuwania blaciku.

Drzwi się otworzyły i usłyszeliśmy wołanie salowej:

— Jedna cukrzycowa, dwie zwykłe!

Chodziło o diety pacjentów. Czasem różnica między takimi posiłkami była znikoma. Jeden dostał surowe jabłko, a drugi gotowane. Zdarzało się jednak, że obiady różniły się diametralnie. Zwykle te z diety zwykłej były smaczniejsze.

— Leć no po moją szamkę, młody — zwrócił się do mnie Leszek.

Młodszy byłem, więc gdy trzeba było — pomogłem. Leszek wyglądał tak, że każdy najmniejszy ruch mógłby się dla niego skończyć zawałem. W sumie to byłem zdziwiony, że nie poprosił jeszcze, abym mu to wszystko wrzucił do otwartej buzi. Pofatygował się jednak i usiadł na łóżku, by samemu to zjeść. W końcu i ja zabrałem swoją tacę. Wtedy zaczęły się domysły — czy kurczaczek, a może jakiś gulasz. Wpierw podniosłem pokrywę z drugim daniem, zostawiwszy zupę na koniec, i zobaczyłem… rozgotowany makaron, wymieszany z twarogiem.

Usłyszałem głos niezadowolenia spod okna:

— Szlag by to… dziś piątek.

Z tego wszystkiego zapomniałem, że w piątki w szpitalu serwują dania bezmięsne. Krzywiąc się, trzeba było zjeść.


Po jakże pysznym obiedzie, przyszła pora na kolejny, stały rytuał. Wyciągnąłem moją niezawodną maszynkę do strzyżenia włosów i poprosiłem Zygę, żeby ogolił mi głowę na „zero”. Ten prosty i szybki zabieg bardzo ułatwiał leczenie skóry głowy. W przypadku obfitych zmian chorobowych na głowie było to bardzo wskazane. Nie każdy pacjent jednak był w stanie się tak poświęcić, a w szczególności kobiety, z wiadomych względów.

— A wiesz, młody, że i ja się chyba trzasnę na zapałkę — powiedział.

Rychło w czas! Leżał na oddziale już kilka dni. W każdym razie… jak powiedział, tak zrobił. Mało tego, przeszedł się jeszcze po wszystkich salach, informując, że na „czternastce” można się ogolić „za piątaka”. Może i wyglądał na głupiego, ale w rzeczywistości wcale taki nie był. Po niespełna pięciu minutach zjawił się pierwszy klient.

W pewnej chwili rozbrzmiał dźwięk „magicznego” dzwoneczka. Była zasada: pierwszy jest dla kobiet, drugi zaś dla mężczyzn. Dzwonek ów wciskała pielęgniarka w gabinecie zabiegowym, czy — jak potocznie wszyscy mówili — „maściarni”. Zyga, pewny siebie, zaczął golić klienta, rzucając pod nosem:

— Jadę z tematem, bo babom to się zawsze schodzi.


Po około trzydziestu minutach dzwonek zabrzmiał ponownie.

Leszek przestał przełączać kanały w telewizji i sięgnął do szuflady, podnosząc pudełeczko po serku waniliowym, w którym miał upchaną cygnolinę. Posmarował brzuch i maznął nogi, zbytnio się przy tym nie przemęczając. Tymczasem z Zygą ruszyliśmy szybciej, by zająć najlepsze miejsca przy lustrze. Znajdowało się ono w rogu pomieszczenia. Obok lustra stały kozetki. Dalej była lodówka, w której przechowywane były maści — lodówka wielka, zaszklona niczym w supermarkecie. W środku białe pojemniki.

W zabiegowym czekała już siostra Klara — niska kobieta, z wyjątkowo sympatyczną aparycją. Pomimo czterdziestki na karku, wyglądała niekiedy jak mała urocza dziewczynka, zwłaszcza kiedy do swojej fryzury wpinała kokardki. Lubiłem, gdy miała dyżury. Zawsze można było z nią bardzo życiowo porozmawiać. Potrafiła każdego ostro zrugać, ale także podnieść na duchu. Słynęła również z tego, że umiała rzucać dość celne riposty oraz — jak nikt inny — z wytrawną ironią i specyficznym poczuciem humoru — komentować rzeczywistość.

— Wiiiiiilczuś — powiedziała, przeciągając, gdy tylko mnie zobaczyła — ty znowu z nami. Przytyłeś co nieco od poprzedniego razu.

— Siostrzyczko, taki efekt uboczny pracy w kebabie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 40.21
drukowana A5
Kolorowa
za 69.42