E-book
13.65
drukowana A5
40.69
drukowana A5
Kolorowa
68.61
Psiarnia Agaty

Bezpłatny fragment - Psiarnia Agaty


4
Objętość:
261 str.
ISBN:
978-83-8104-977-1
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 40.69
drukowana A5
Kolorowa
za 68.61

Tę frywolną powieść dedykuję wszystkim „innym” ludziom różniącym się od pozostałych, ale także tym mało tolerancyjnym, którzy „innych”, czasem trochę dziwnych nie akceptują.



W poczekalni u ginekologa siedziały dwie młode pary i radośnie rozmawiały. Obie kobiety głaskały się po małych brzuszkach. Najwidoczniej cieszyły się z przyszłego macierzyństwa. Obok nich nerwowo kręciła się na niewygodnym krześle poczekalni starsza pani z czerwonymi oczami od płaczu. Siedziała tam również Agata. Jasna blondynka, szczupła, bardzo zadbana, w wieku nie przekraczającym jeszcze czterdziestki. Bezmyślnie patrzyła na młode pary, ale zerkała też na starszą kobietę. „Każdy ma swoje problemy” — wyszeptała w myślach i popatrzyła na zegarek. „Ale wolno idzie ta cholerna kolejka”. Po czym przełożyła nogę z kolana na kolano i poprawiła spódniczkę, wygładzając ozdobną fałdę. „Z czego one się cieszą, że brzuchy będą miały jak balony, a potem bachory będą mordy darły pół nocy?”–westchnęła i zagłębiła się w myślach o swojej przeszłość, o czasach dzieciństwa.

Agata urodziła się w małej wsi pod Kartuzami. Była piątym i ostatnim — przynajmniej z tego, co wiedziała –dzieckiem pijackiej pary, która robiła dzieci miedzy flaszkami alkoholu. Robiła, ale nie wychowywała, bo nie miała na to, ani chęci, ani siły, ani możliwości. Jedynie babcia ze strony ojca pomagała dzieciakom w miarę możliwości. Pieluchy zmieniała, chleba w rękę wsadziła i na pole ją, najmniejszą, zabierała, kiedy jej własny syn grzmocił czym popadło żonę oraz starsze dzieciaki. W końcu babcia zabrała ją do siebie na stałe, kiedy tylko Agata zaczęła dreptać przy jej nodze. Tam w biedzie i spokoju dorosła do czasów szkolnych. Wtedy odkryła swój cudowny świat, bo nauczyła się czytać i poznała książki. Te z biblioteki, podręczników właściwie nigdy nie miała własnych, bo babci nie było stać. Czasem na przerwie coś przeczytała od koleżanek, jeśli któraś nie schowała od razu książek do tornistra. Żeby specjalnie pożyczały, raczej się nie zdarzało. Nie lubiły Agaty, bo biedna była, zawsze w za małym i pocerowanym ubraniu. Uczesana na gładko w koński ogon, siorbiąca głośno herbatę i pociągająca nosem, do tego wiecznie głodna. Za to z najlepszymi ocenami w klasie, bo wiedzę z połykanych książek miała ponadprzeciętną.

Krótko po pierwszej komunii świętej została całkiem sama na tym świecie, bo babcia raz w pole wyszła i już żywa nie wróciła. Agata nawet na pogrzebie nie była, bo ją policja zabrała do Izby Dziecka w Gdańsku. Po trzech dniach znalazła się jakaś ciotka ze strony ojca i zabrała ją do domu, na wieś pod Kościerzynę. Dali jej osobne łóżko w pokoju na strychu, ale zabrali wszystkie książki i kazali pracować ponad miarę, bo ciągle wrzeszczące bliźniaki absorbowały wszystkich domowników. Wtedy Agata nauczyła się przewijać i karmić maleństwa, choć sama była przecież jeszcze małym dzieckiem. Po miesiącu ze zmęczenia zrobiła się wychudzona jeszcze bardziej i przewrażliwiona na płacz niemowląt. Czasem, kiedy zostawała z nimi sama w domu, zatykała sobie uszy, żeby nie słyszeć płaczu, a czasem wrzeszczała razem z nimi. Któregoś sobotniego wieczoru ciotka z mężem poszli do sąsiadów na imieniny, a ona została sama z bliźniakami. Na szczęście były wykąpane i nakarmione. Ułożone jedno obok drugiego na plecach w łóżeczku przy samym piecu, żeby miały ciepło, więc Agata mogła na chwilę usiąść przy stole i zjeść kolację. Kiedy się przebudziły i zaczęły wrzeszczeć, ze złością rzuciła w nie poduszką i zadowolona rozsiadła się na wersalce. Włączyła telewizor i w niezakłóconej płaczem ciszy oglądała film pełen grozy. Co chwilę zakrywała się cała z głową, bo ją strach łapał, i nawet nie zauważyła, kiedy zasnęła pod kocem.

Obudził ją wrzask wuja i płacz ciotki. Ktoś ją szarpał, bił po twarzy, a kiedy upadła, kopał po plecach. Biednej zdawało się, że wpadła nie wiedzieć w jaki sposób prosto w akcje okropnego, oglądanego przed zaśnięciem filmu. Potem wyły syreny policyjne i Agata wystraszona wczołgała się pod stół. Dopiero jakaś nieznajoma pani w mundurze wyciągnęła ją stamtąd na siłę, wzięła na kolana i mocno przytuliła. Głaskała po głowie i szeptała jakieś wierszyki. Kiedy Agata się uspokoiła, pani w mundurze zawinęła ją w koc z wersalki i wyniosła do jednego z policyjnych samochodów. Tam na chwilę Agata odetchnęła, ale z przerażeniem patrzyła na biegających ludzi po podwórku. Co kilka oddechów jej małym dziecięcym ciałem szarpały jeszcze konwulsje, a kiedy ciotka podeszła do samochodu i walnęła pięścią w szybę, skulona wtuliła się w policjantkę, która znów głaskała ją po głowie i szeptała:

— Ci, ci, dziecinko, ci, dziecinko.

Pani policjantka poklepała kierowcę po ramieniu i samochód natychmiast ruszył. Agata nigdy więcej nie zobaczyła ciotki ani bliźniaków. Ponownie wróciła do Izby Dziecka, a za dwa dni znalazła się w gdańskim bidulu. Nigdy nie wracała wspomnieniami do tamtych chwil, nie pytała, co z bliźniakami. Teraz pamiętała tamte czasy jak przez mgłę, ale zawsze źle reagowała na piskliwe kwilenie małych dzieci. Domyślała się, co się stało, poduszka musiała wylądować na buziach niemowlaków, które pod nią po prostu się udusiły i dlatego zapanowała cisza. Nie miała jednak wyrzutów sumienia, bo jako dziecko wiecznie poniewierane nie czuła się winną tamtego dawnego incydentu, a nikt z dorosłych nigdy jej tego nie wypominał.

W bidulu prawie w spokoju, we własnym łóżku, zawsze z książką w ręku, doczekała końca podstawówki i dostała się do liceum. Pewnego roku w ciepły lipcowy dzień przeżyła chwilę wielkich emocji. Łudziła się, że znajdzie dla siebie normalny dom, bo jakaś zwariowana para wzięła ją niby pod opiekę na wakacje. Niby pod opiekę, bo tak naprawdę ona robiła za bezpłatną opiekunkę do małego ich brzdąca, którym nie miał kto się zajmować. Wakacje się skończyły i łaskawa opieka również, więc wróciła, gdzie jej miejsce.

W liceum zaczęły się spore problemy, jak to z bidulowymi dzieciakami. Nikt ich nie szanował, słowa dobrego nie powiedział, a wszyscy odpychali, szykanowali i naśmiewali się właściwie ze wszystkiego i bez powodu. Chłopaki ciągnęli ją za warkocz, a rozwydrzone dziewczyny jeszcze ich podpuszczały. Wszyscy wytykali palcami jej skromne ubrania, a nauczyciele jakby na przekór chwalili ją za postępy w nauce, co tylko dolewało oliwy do ognia.

Któregoś dnia Mateusz, taki piękniś klasowy, przysiadł się do niej na stołówce. Na początku nic nie mówił, tylko ostentacyjnie mielił ustami, przedrzeźniając gesty Agaty. Nie reagowała, więc wyjął z kieszeni foliowy woreczek i wytrzepał zawartość przypominającą piasek na jej jedzenie. Popatrzyła na niego z politowaniem, ale jeszcze nie zareagowała, więc wkurzony jej stoickim spokojem podniósł się z krzesła, oparł dłońmi na stole, nachylił się nad jej talerzem i napluł na środek piaskowej górki. Wtedy nie wytrzymała, jednym gwałtownym ruchem dźgnęła widelcem w dłoń Mateusza. Chłopak zawył z bólu i przewrócił się razem z krzesłem. Widelec wciąż sterczał w jego dłoni. Kumpel chciał mu go natychmiast wyciągnąć, ale zęby widelca zakrzywione na śliskim blacie stołu wygięły się w rożne strony, blokując go w dłoni. Agata drugą ręką machnęła talerzem i jedzenie z piaskiem rozsypało się na kilka osób nachylających się nad Mateuszem. Na stołówce podniósł się wrzask i zrobił się harmider. Kilku chłopaków złapało ją od tyłu, a kolejny walnął Agatę pięścią w brzuch. Wtedy nogi jej się ugięły, a jedzenie, które ledwie zdążyła przełknąć, niczym fontanna wyleciało na szykującego się do ponownego ataku chłopaka. Niespodziewanie pojawił się nauczyciel, potem pielęgniarka i wreszcie policja. Mateusza zabrało pogotowie, ona wylądowała na komisariacie, a miesiąc później w poprawczaku.

Pierwszy rok był katorgą nie do wytrzymania, więc któregoś razu najadła się tabletek zbieranych przez kilka miesięcy. Nie wiedziała jakie i na co, ale zbierała wszystkie i trzymała w woreczku między majtkami. Niektóre się rozpadły, inne zmieniły kolor, ale Agacie było wszystko jedno, jaki skutek przyniosą, byle odizolować się chociaż na kilka dni od koleżanek z pokoju. Zrozpaczona łyknęła dwie garście i popiła dla wzmocnienia kieliszkiem kwaśnego wina przyniesionym przez chłopaka z miasteczka. W efekcie spędziła pół nocy w ubikacji, jęcząc z bólu brzucha, a drugie pół w szpitalu na płukaniu żołądka. Potem był jeszcze karcer w poprawczaku i pośmiewisko przez tydzień. Na tym skończył się jej zamach na własne życie.

Z całej sprawy był tylko taki pożytek, że wreszcie wszystkie dziewczyny odsunęły się od niej i miała znów święty spokój oraz czas na książki i naukę. Dobrnęła wreszcie do matury, dwa dni później wychowawca –opiekun zaprowadził ją do dyrektora. Tam dowiedziała się, że w nagrodę za dobre zachowanie może wyjść, że załatwili jej nawet pracę pomocy kuchennej w szpitalnej kuchni na gdańskiej Zaspie i łóżko w pokoju dla pielęgniarek. Miała być jednak przez rok pod opieką kuratora pomimo pełnoletniości i dobrych wyników w nauce. Dyrektor tłumaczył swoją decyzje nie tyle brakiem zaufania do Agaty, co pomocą w trudnym życiu na zewnątrz. Dostała wyciąg z jej własnego, indywidualnego konta PKO z wkładem dziesięciu tysięcy złotych na zagospodarowanie się i kupno rzeczy niezbędnych do życia w tym niby normalnym świecie.

Wyszła z gabinetu trochę oszołomiona tą wiadomością. Zamknęła drzwi za sobą i oparła się plecami o nie, łapiąc powietrze jak ryba wyciągnięta z wody. W dłoni ściskała kartkę z numerem konta i niewyobrażalną jak dla niej sumą. Przewracała oczami, szukając jakiegoś punktu zaczepienia, żeby się opanować i nie krzyczeć z radości. Odczekała kilka chwil i schowała kartkę w majtki. Wyszła do ogrodu i podświadomie skierowała się w stronę bramy, na którą nieraz patrzyła i marzyła o tym, jaki świat będzie piękny, kiedy stanie po jej drugiej stronie. „Przepustka” — pomyślała –„przecież bez niej nie wyjdę”. Zawróciła do gabinetu dyrektora i natychmiast poprosiła o wypisanie dokumentów umożliwiających jej opuszczenie ośrodka. Spakowała się w piętnaście minut w starą tekturową walizkę oraz karton przewiązany sznurkiem. Podeszła do drzwi, odwróciła się, zerknęła na pokój i zanim współlokatorki wróciły ze szkoły, wyszła z budynku. Postawiła walizkę przed bramą, podała przepustkę strażnikowi i czekała grzecznie, aż ten wypełni stosowne dokumenty.

— Agata Kalkowska –usłyszała i wydawało jej się, że tamten strażnik sprawdza jej dane personalne.

— Pani Kalkowska jest?

Głos mężczyzny wychylającego się z gabinetu sprowadził ją na ziemię, a szczególnie słowo „pani”, bo od kilku lat dziwnym zrządzeniem losu wszyscy panowie z jej otoczenia tylko tak się do niej zwracali. Podniosła się i podeszła do drzwi.

— Przepraszam, zamyśliłam się.

Mężczyzna wszedł do gabinetu, a Agata podążyła za nim. Zdjęła płaszcz, powiesiła na wieszaku i siadła na wskazanym krześle.

— Z czym pani do mnie przychodzi? –zapytał ginekolog.

— Coś mi się z okresem porobiło, tylko poplamiłam, brzuch mnie boli i mam skurcze w podbrzuszu.

Ostatnia miesiączka kiedy była?

— Dwudziestego ósmego marca i całkiem normalna.

Lekarz w międzyczasie przejrzał kartę Agaty, po czym na nią spojrzał.

— Pani ma założoną wkładkę wewnątrz maciczną?

— Tak. Chyba dwa lata temu, tutaj u pana.

— Widzę, ale może się obluzowała. Proszę się tam przygotować –wskazał ręką pomieszczenie obok i jeszcze zapytał:

— Pani prowadzi normalne, regularne współżycie seksualne?

— Tak –odparła krótko, ale zamykając drzwi do przebieralni, uśmiechnęła się do swoich myśli. „Regularnie na pewno, ale czy to jest normalne, co ja robię i jak żyję?” –pokręciła głową i szybko się rozebrała, zdejmując buty, rajstopy i majtki. Wyjęła z torebki basenowe klapki, podmyła się i wróciła do pokoju badań. Westchnęła ciężko i położyła się na fotelu ginekologicznym. Podniosła nogi i ułożyła je szeroko rozstawione na specjalnych podpórkach. Zamknęła oczy i czekała na badanie. Nie znosiła takich wizyt, ale dość sumiennie kontrolowała swój stan zdrowia. Była spięta i nawet nie czuła, co doktor z nią wyprawia, co wkłada, gdzie naciska, ale kiedy usłyszała diagnozę, natychmiast otworzyła oczy i wrzasnęła na cały głos:

— Co!?

— Gratuluję. Jest pani w ciąży.

— Co? — szepnęła teraz już cicho całkiem wystraszona i gwałtownie zdjęła nogę z podpórki. Chciała ją opuścić i niechcący kopnęła doktora w ramię.

— Spokojnie, moja droga mateńko, bez takich gwałtownych ruchów. Pomogę pani wstać. Zrobimy USG i zobaczymy, czy można wyjąć wkładkę — pomasował się po ramieniu i podał Agacie rękę.

— Jak to jestem w ciąży? Przecież mam wkładkę, przecież ja mam prawie czterdzieści lat. Ja miałam w zeszłą sobotę dostać okres, więc tak szybko i już jestem w ciąży?

— Myślę, że nie tak szybko, że to jakiś koniec trzeciego, a może nawet czwarty miesiąc. USG więcej nam powie. Zapraszam panią tam na kozetkę — przytrzymał Agatę, bo widział, że z wrażenie ledwie stoi na nogach.

— Ja nie mogę być w ciąży. Ja nie chcę.

— Pani Agato, ale pani jest już w ciąży. Teraz zobaczymy, co tak pięknie rośnie.

Doprowadził ją do kozetki i pomógł się położyć. Zgasił światło i włączył aparat. Polał brzuch Agaty szklistą, zimną galaretką, po czym przyłożył głowicę aparatu. Przesunął ją na bok i nacisnął coś na klawiaturze. Znów przesunął i uśmiechnął się.

— Gratuluję. Będzie chłopczyk. Pięknie się nam wystawił. Zaraz zmierzymy wielkość płodu, ale już mogę pani powiedzieć, że mamy minimum szesnasty tydzień ciąży — przesunął jeszcze głowicą na bok i znów przycisnął coś na klawiaturze. –Powiedziałbym, że to nawet dwudziesty tydzień, ale w karcie ciąży wpiszę pośrednio, że szacunkowo mamy dzisiaj osiemnasty tydzień.

— Osiemnasty — powtórzyła jak echo.

***

Agata po wyjściu od ginekologa usiadła w poczekalni i całkiem zdezorientowana patrzyła na przeciwległą ścianę. W myślach powtarzała jak magnetofon: „Osiemnasty tydzień, osiemnasty tydzień…”

Nagle powiedziała na głos:

— Tomasz.

Wystraszona zakryła sobie usta, popatrzyła po ludziach i natychmiast wstała. Kiwnęła głową pozostałym pacjentom na pożegnanie i wybiegła z budynku na świeże powietrze. Głęboko westchnęła i zapięła płaszcz, bo wiatr dmuchnął kwietniowy chłodem. Wyprostowała się i ruszyła na przystanek tramwajowy. W głowie cały czas kłębiły się jej myśli. Rozważała i wymyślała przeróżne wersje, czy powiedzieć tatusiowi, czy zrobić z tym porządek. „To niemożliwe. Doktor musiał się pomylić. Tomek jest przecież bezpłodny, ja zabezpieczona spiralą, przez ponad rok się kochaliśmy i nagle ciąża. Skąd? Jak? Nie, muszę iść do innego ginekologa. Może mi się tam coś zalęgło, a ten już ciążę zobaczył i to jeszcze chłopczyk z ogonkiem. Pieprzona pijawka” — myślała, próbując dostosować się do nowej sytuacji.

W domu, w swoim ślicznym gniazdku na ostatnim piętrze słynnego kiedyś dolarowego wieżowca na Przymorzu, usiadła w głębokim, miękkim fotelu z kubkiem ciepłej herbaty malinowej. Uwielbiała to miejsce: swój fotel oraz widok na całe osiedle i Zatokę Gdańską. O tej porze dnia i roku robiło się już szarawo, a za chwilę liczne światła w falowcach wyznaczą drogę w kierunku wody. Lubiła ten widok tak latem, jak i w zimowych ciemnościach. Czytała jak zawsze i co chwilę zerkała daleko na świat, ale teraz po kilku łykach herbaty odleciała do swoich myśli, do wspomnień. „Boże, jak ja się w to wszystko wkręciłam” –zapytała się w duchu i powróciła do czasów swojej pierwszej pracy.

***

Po przyjeździe do Gdańska, mimo późnej pory, najpierw zgłosiła się do swojego opiekuna. Z nim pojechała bezpośrednio do hotelu pielęgniarskiego, gdzie dostała łóżko w pokoju dwuosobowym. Szybko przedstawiła się koleżance i poszła spać. Następnego dnia około południa również z opiekunem załatwiła wszelkie formalności związane z pracą. Popołudnie miała wolne, więc poszła nad morze, bo nigdy nie widziała takiego ogromu wody, piasku i nie słyszała szumiących morskich fal. W drodze powrotnej kupiła cztery piwa i w ten sposób wkupiła się do wspólnego mieszkania z pielęgniarką Basią. Dziewczyna była też ze wsi, ale spod Elbląga. Pracowała na internie, a w wolnym czasie hasała po dyskotekach. Kilka razy zabrała na nie Agatę, ale ta nigdy nie gustowała w hałaśliwej muzyce, wolała raczej spędzać czas w ciszy z dobrą książką.

Do pracy Agata wstawała przed piątą i ubierała się po cichu, żeby nie budzić koleżanki, chyba że ta akurat była na nocnym dyżurze lub gdzieś balowała na zewnątrz. W pracy miała dobre warunki, więc zanim się przebrała, zwykle trochę się obmyła nad umywalką. Śniadanie podjadała z produktów, które przygotowywała. Czasem tylko oskrobane surowe marchewki, a czasem zwykły chleb albo kubek rozwodnionego mleka. Przy obiedzie było dużo lepiej, bo szefowa zawsze z kotła nalała talerz zupy, a czasem dała kawałek mięsa, jak udało jej się cieniej pokroić. Tylko kolację musiała sobie zapewnić, więc z głodu nie przymierała, a pieniądze z bidulowej wyprawki mogła zaoszczędzić na poważniejsze wydatki. Przede wszystkim kupiła sobie własne radyjko. Takie malutkie z budzikiem i zegarem. Wieczorem przykładała je do ucha przed zaśnięciem. Słuchała muzyki i marzyła o kolejnych własnych przedmiotach, o własnym malutkim pokoju zamykanym na klucz, w którym nikt nie będzie dotykał jej rzeczy.

W pracy na Agatę nie narzekali, bo lata spędzone w bidulu i poprawczaku nauczyły ją solidności. Pewnie dlatego na początku grudnia opiekun zaproponował jej dodatkowe zajęcie.

— Agata, szefowa cię chwali, w hotelu nie ma na ciebie skarg, więc pomyślałem, że może byś chciała sobie dorobić na Święta.

— Co mi tam Święta, komercyjne naciąganie naiwnych, ale dorobić bardzo chętnie. Tylko co i gdzie, bo ja na żadne, wie pan, nielegalne się nie pisze. Wolna jestem, choć życiorys mam zafajdany.

— Wiem i nigdy w życiu bym ci nie zaproponował czegoś nieodpowiedniego. Spokojnie, nie wolno mi. Pracę bym stracił.

— Więc co to za robota?

— Trzeba posprzątać dom pewnego profesora z Akademii Medycznej. Jak się postarasz, to będziesz miała fuchę na stałe.

— No nie wiem. Ja się narobię, a oni mnie pogonią albo oskarżą, że coś ukradłam, bo tak nas, bidulowe śmiecie, zawsze traktują.

— Myślę, że dobrze cię tutaj ludzie traktują. Nikt oprócz kadrowej i szefowej kuchni nie wie o poprawczaku, a profesorowi powiedziałem, że pomoc kuchenna przyjdzie.

— Za ile mam sprzątać cały dom?

— Pięćset złotych, ale okna też myjesz.

— O kurczę, pewnie, że umyję. To prawie moja pensja w kuchni.

— Ale zejdzie ci dwa, a pewnie i trzy dni. Pani profesorowa jest dokładna.

— Postaram się. Pan pójdzie ze mną czy sama mam się zgłosić?

— Nie mogę iść z tobą i nawet się nie przyznawaj — wyjął z kieszeni kartkę z adresem i podał Agacie. –Juro zadzwonię i podam twoje dane profesorowej. Postaraj się, bo to babcia mojej dziewczyny, więc głupio by było zawieść.

— Nie zawiodę, za taką kasę!

Agata była podekscytowana, ale zaraz dodała:

— Może pan być spokojny.

Już następnego popołudnia Agata pucowała ogromną willę na starym Wrzeszczu. Przez pierwszą godzinę, starsza kobieta, elegancko, na czarno ubrana chodziła za Agatą, nie odstępując jej na krok. Patrzyła na jej ręce, na sprzątane powierzchnie i nic nie mówiła. Około osiemnastej poszła do kuchni i za kilka minut wróciła z tacą. Postawiła na stole i zdjęła z niej dwie filiżanki z herbatą, cukierniczkę, dwie łyżeczki i talerzyk z ciasteczkami. Popukała Agatę po ramieniu i gestem ręki zaprosiła do stołu.

— Usiądź i odpocznij, dziecko, ale umyj najpierw ręce.

Agata położyła szmatę na podłodze, zdjęła gumowe rękawiczki, dygnęła i poszła do łazienki. Obmyła ręce i przyjrzała się, w jakim jest stanie. „Trochę mnie tu czeka, ale za taką kasę wypucuję profesorom chałupkę, tylko niech mi ciasteczkami nie przeszkadzają”. Rozejrzała się po łazience za czymś do wycierania rąk, w końcu wzięła trochę papieru toaletowego i osuszyła dłonie.

Kiedy wróciła do pokoju, profesorowa siedziała za stołem i czekała na nią nie rozpoczynając konsumpcji.

— Usiądź, proszę.

Agata posłusznie wykonała polecenie. Podsunęła krzesło, a ręce złożyła na kolanach.

— Widzę, że dokładna jesteś. Nie będę cię kontrolowała, ale zatrzymam twoją siatkę i oddam przy wyjściu. Przepraszam, ale sama rozumiesz. Jeszcze cię nie znam, nie mam zaufania i nie wiem, czy czegoś nie wyniesiesz. Rozumiesz?

— Tak, oczywiście.

Agata była przyzwyczajona do braku zaufania i do szyderstw, więc takie traktowanie z herbatką oraz przepraszaniem i tak uznała za wielką kurtuazję. Odsiedziała spokojnie chwilę, upiła dwa łyki mocnej herbaty, zjadł ciasteczko i czym prędzej wzięła się ponownie do pracy. Wysprzątała salon, w którym siedziały, umyła okna, wyprała firany, przetarła kurze we wszystkich zakamarkach, a potem na mokro umyła całą podłogę w salonie i korytarzu. Chciała jeszcze wziąć się za łazienkę, ale profesorowa przerwała jej pracę, bo właśnie wszedł gospodarz domu. Od razu, od progu zmierzył ją ponurym wzrokiem ponad okularami nisko spoczywającymi na nosie, a potem szeptem zapytał małżonkę:

— Co to za dziewucha?

— Polecona sprzątaczka ze szpitala na Zaspie.

Profesor odwrócił się i ponownie zmierzył Agatę od czubka głowy po koniuszki palców u stóp.

— Ze wsi? –zwrócił się do żony.

— Skąd jesteś, dziewczyno? — zapytała profesorowa.

— Grzybno koło Kartuz –Agata odparła rzeczowo.

— Pełnoletnia? Pokaż dowód — zarządził profesor i podszedł do Agaty.

— Pani profesorowa zabrała moją siatkę z torebką. Tam mam dokumenty– szepnęła wystraszona dziewczyna.

Profesor kiwnął na żonę, a ta natychmiast poszła do pomieszczenia obok po wspomniane rzeczy. Kiedy przyniosła siatkę z torebką, profesor wziął wszystko od żony i podał Agacie.

— Pokaż, bo grzebać po twoich rzeczach nie mogę, choć ty nasze przejrzysz na wylot.

Spłoszona dygnęła i wyjęła torebkę z siatki, odsunęła zamek i wyciągnęła plastikowy portfelik, a z niego dowód osobisty. Podała profesorowi i dygnęła z uniżeniem.

— Agata Kalkowska, lat… — profesor na chwilę zawiesił głos — dziewiętnaście masz, czyli pełnoletnia. W porządku. Jutro posprzątasz mój gabinet, tutaj w domu, ale pamiętaj, co podniesiesz, musisz odłożyć dokładnie na miejscu. Niczego nie możesz przekładać ani zmieniać.

— Oczywiście — przytaknęła i ponownie dygnęła.

— Teraz już idź. Muszę odpocząć i w domu ma być cisza. Zrozumiano?! –profesor warknął na żonę, która dziwnie się skuliła w sobie, a pan gospodarz odwrócił się i poszedł do swojego gabinetu. Profesorowa zaś szeptem nakazała Agacie, żeby wyszła.

— Dość, idź już, słyszałaś. Jutro przyjdź zaraz po pracy.

Podała Agacie siatkę z podłogi i odprowadziła do wyjścia. Wyglądała, jakby się bała zmącić ciszę panującą w domu.

Następnego dnia Agata była u profesorostwa już kilka minut po piętnastej i od razu zajęła się gabinetem. Była tam całkiem sama, bardzo uważnie pilnowała rzeczy, które podnosiła w czasie wycierania kurzy na regałach i biurku, żeby odłożyć je dokładnie na to samo miejsce. Ostrożnie jeździła też odkurzaczem po podłodze, bo w różnych miejscach leżały na kupkach poukładane w wieżyczki przeróżne książki. Kiedy jedną zaczepiła i rozwaliła cały stos, miała potem dylemat, czy aby na pewno ułożyła książki w odpowiedniej kolejności, bo wzrokowo pamiętała tylko wierzchnią.

Wymyła okna, powiesiła nowe firany, a na koniec chciała wnieść profesorowi bukiet świeżych kwiatów, ale profesorowa w porę ją zatrzymała.

— Nie, broń Boże –wyjęła jej wazon z rąk. –Nic tam nie można zmieniać. Mąż nie lubi i złości się. Tylko jego książki i nic nie zmieniaj według swojego gustu, bo nas obie pogoni.

Agata słuchała przerażonej profesorowej i nie rozumiała jej zachowania. Uważała kobietę za prawowitą panią domu, więc na równi decyzyjną w małżeństwie. Zupełnie inaczej profesorowa zachowywała się, kiedy Agata przeniosła się do kuchni. Tam mogła już szastać szmatą po szafkach i nikt jej nie kontrolował. Wystawiała talerze, miseczki oraz szklanki, przecierała wszystko i ustawiała według uznania, a profesorowa obserwowała jej poczynania w milczeniu. Około dziewiętnastej znów zrobiła herbatę i zaprosiła Agatę na krótki odpoczynek. Po chwili ciszy spokojnie ją zagadnęła:

— Jutro nie możemy, bo mąż przyjmuje pacjentów w domu, ale pojutrze przyjdź, a na razie proszę — wyjęła z kieszeni dwa banknoty stuzłotowe. –Pewnie się przydadzą. Resztę dostaniesz, jak skoczysz całość.

— Dziękuję.

— Dzisiaj musisz jeszcze posprzątać łazienkę na dole, tę dla pacjentów, i to będzie wszystko, bo profesor może za chwilę wrócić. Wtedy w domu musi być cisza. Rozumiesz. On jest bardzo zmęczony.

— Oczywiście. -Agata potaknęła i schowała pieniądze do kieszeni w spodniach. Dopiła herbatę i dokończyła porządki w kuchni. Potem, choć była już zmęczona, szybko poszła do łazienki. Kiedy z niej wychodziła po sprzątaniu, natknęła się na profesora, który właśnie otwierał drzwi do swojego gabinetu. Na chwilę, ze strachu o efekty sprzątania ścierpła jej skóra, więc stanęła jak posąg i nawet nie mrugnęła okiem. Wstrzymała oddech i nasłuchiwała, ale profesor nie wychodził. Za to następnego dnia około dziewiątej szefowa kuchni zawołała ją do telefonu u siebie w kanciapie.

— Agata Kalkowska? –usłyszała głos w słuchawce.

— Tak, a kto mówi?

— Profesor Tadżycki. Zapisz sobie adres i dzisiaj po pracy masz przyjść posprzątać mój gabinet. Żabianka, ulica Krzywoustego 15B mieszkania 7. Klucze przyniesie ci dzisiaj goniec do pracy i z nikim o tym nie rozmawiaj.

Chciała coś powiedzieć, ale po tych słowach rozmowa została rozłączona, więc Agata stała przez chwilę zaskoczona władczym tonem profesora. Ochłonęła i wyszła do obieralni, gdzie oczkowała ziemniaki. Podkasała rękawy i usiadła na stołeczku przed wielką miską piegowatych ziemniaków. Mechanicznie, niemal jak automat, ostrym czubkiem wycinała wszystkie oczka, ale w głowie kotłowały jej się przeróżne myśli związane z władczym profesorem. Naprawdę bała się przy nim nawet oddychać. Tuż przed wyjściem z pracy wzięła drżącymi rękami kopertę, którą przyniósł jej posłaniec. Pożyczyła ukradkiem biały fartuch, bo jak inaczej sprzątać w lekarskim gabinecie, i wyszła ze szpitalnej kuchni. Skulona w sobie jak profesorowa pojechała tramwajem na Żabiankę i odszukała podany wcześniej adres. Stojąc przed drzwiami klatki schodowej, otworzyła kopertę i wyjęła z niej dwa klucze spięte mosiężnym kółkiem z małym breloczkiem w kształcie pantofelka. Mniejszym kluczem otworzyła drzwi do klatki i weszła na półpiętro. Policzyła drzwi wejściowe do mieszkań i zamiast do windy, bo budynek był wysoki, poszła schodami na pierwsze piętro. Tam stanęła przed środkowymi drzwiami i otworzyła je drugim, dużo większym kluczem. Właściwie najpierw tylko je uchyliła i wsadziła głowę przez szparę. Rozejrzała się po wnętrzu, a słysząc kroki na wyższym piętrze, szybko weszła do środka.

Ku wielkiemu zaskoczeniu mieszkanie wcale nie przypominało gabinetu lekarskiego. Nie było tam klasycznej poczekalni ani pokoju z kozetką lekarską czy biurkiem. Nie było gabloty z lekami ani żadnych przedmiotów kojarzących się z lekarzem. Ostrożnie, jakby na palcach, weszła do dużego pokoju, a tam ponowne zaskoczenie, bo wszystko sprawiało wrażenie zadbanego, wytwornego, ale nowoczesnego salonu z dużym panoramicznym telewizorem na ścianie. W domu profesorostwa wystrój był bardzo wytworny, ale staromodny, ciemny, z licznymi antykami. W tym dziwnym niby -gabinecie wszystko było jasne, gładkie i nowoczesne. Naprzeciwko telewizora stała biała skórzana kanapa, a przed nią szklany stolik. Na nim leżała koperta z nazwiskiem Agaty. Wzięła ją do ręki, pomacała ostrożnie, a potem otworzyła całkiem zaskoczona. W środku oprócz dwustu złotych był mały telefon komórkowy i zapakowana nowa karta SIM do niego. „Żadnego słowa” –pomyślała, ale od razu schowała wszystko do torebki, a potem już znacznie spokojniejsza rozejrzała się po mieszkaniu składającym się z osobnej sypialni z wielkim łóżkiem, przy którym stała duża kuweta z kocim piaskiem i dwie miski jakby dla wielkiego kocura lub psa. Wystraszona cofnęła się do pierwszego pokoju i z lękiem rozejrzała po mieszkaniu, nasłuchując zwierzęcych odgłosów. Było pusto, więc już odważniej zajrzała do przyległej, ale otwartej i w pełni wyposażonej kuchni. Otworzyła lodówkę i jeszcze bardziej zaskoczona jej zawartością kilku luksusowych produktów macała wędliny oraz sery. Odwróciła butelki stojące na drzwiczkach i przeczytała etykiety.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 40.69
drukowana A5
Kolorowa
za 68.61