Przywróć mnie do życia
Playlista
— Ed Sheeran „Perfect”
— The Verve „Bitter Sweet Symphony”
— The Crabnerries „Zombie”
— Tones and I „Dance Monkey”
— Dolly Parton „Jolene”
— John Denver „Take me home, Country roads”
— Herman’s Hermits „I’m into something good”
— Norah Jones „Don’t know why”
— Enya „Only time”
— Within Temptation „What have you done”
— Dawid Bowie „Lazarus”
— Rush Plus „Sweat”
— Barry White „Can’t Get Enough Of Your Love Baby”
— Tiago Iorc „My girl”
— Randy Newman „You’ve Got a Friend in me”
— Sigma „Nobody To Love”
— Eric Carmen „Hungry Eyes”
— Billy Joel „Uptown Girl”
Rozdział 1. Miłość. Wściekłość. Nienawiść
Nienawidzę gnojka.
Jeżeli kiedykolwiek zastanawialiście się jaką formę może przybrać nienawiść, powinniście w tym momencie spojrzeć na moją twarz. Pełna pogardy piorunuję teraz tego zbyt pewnego siebie dupka, i aż kipię z nienawiści, wychodzi mi ona uszami.
Dzieli nas tylko kawałek zbyt mocno wypastowanej podłogi. Dawno nie byłam tak blisko niego. Nie widziałam go od ponad czterech miesięcy, czyli od czasu gdy dostarczył mi pozew rozwodowy. Jego palce musnęły wówczas delikatnie moją dłoń. Jeszcze wtedy go nie nienawidziłam. Jak mistrzowska kretynka łudziłam się, że jednak zmieni zdanie. Że do mnie wróci.
Zachodzę w głowę, kiedy przekroczyłam tę magiczną granicę — linię, która dzieli miłość i nienawiść.
Nie, zaraz, po miłości była jeszcze wściekłość. Nienawiść przyszła później. W każdym razie to ostatnie uczucie towarzyszy mi nieustannie od bardzo długiego czasu. Męczy mnie. Nie chcę czuć nienawiści, ale Carter nie ułatwia mi zadania. Gapi się teraz na mnie tymi swoimi cielęcymi oczami w kolorze stali i myśli sobie, że zmięknę. Niedoczekanie!
Ze złości miażdżę w dłoni plastikowy kubek, z którego piłam wodę, aż wydaje dźwięk przyprawiający o ból uszu.
Mój pełnomocnik spogląda na mnie z politowaniem.
— Emmo, spokojnie. Wkrótce będzie po wszystkim.
Wznoszę oczy ku niebu. Czy on nie rozumie? Ja nie chcę, aby było po wszystkim! Chcę, żeby ten koszmar się wreszcie skończył. Chcę się obudzić i być znowu szczęśliwa. Pragnę, by Carter wycofał pozew o rozwód.
Znów się na mnie gapi. Kipi seksem. Nienawidzę go. Mam ochotę wyrwać mu flaki i go nimi nakarmić.
Wlepiam wzrok w ścianę, aby nie zauważył tych żałosnych łez, które cisną mi się do oczu. Liczę do dziesięciu. Staram się skupić na czymś pozytywnym, ale z minuty na minutę ogarnia mnie coraz większa rozpacz.
To koniec. Czuję to w kościach. Czego bym nie zrobiła, Carter nie zmieni zdania. Już mnie nie chce. Wyraził się dosadnie.
— Nasza kolej — słyszę za plecami. Odwracam się. Mój adwokat się podnosi. Carter i jego pełnomocnik robią to samo. Wybiła godzina mojego przeznaczenia. To początek końca.
Też się podnoszę, choć najwolniej z nich wszystkich, z lekkim ociąganiem. Nie chcę dać po sobie poznać, że aż tak się przejmuję.
Wygładzam dół ołówkowej spódnicy, w której ledwie dopięłam suwak. Carter zapina guziki marynarki i lustruje mnie wzrokiem. Ciężko odczytać, co myśli. Marszczy brwi, ale kąciki ust ma lekko uniesione ku górze.
Boże, jaki on jest przystojny w tym garniturze. Nie ułatwia mi niczego. Nie ułatwia mi całej tej nienawiści. Jestem pewna, że gdyby tylko poprosił o drugą szansę, dałabym mu ją bez wahania. Pomimo wszystkiego, co mi zrobił.
Przeczesuję włosy na bok i staram się nie przerywać kontaktu wzrokowego.
Nie wiem, kto z nas otwiera drzwi, czy może same się otwierają. Adwokat gestem zaprasza mnie do środka. Carter oraz jego pełnomocnik czekają w pełnej napięcia ciszy. Carter, dla odmiany, gapi się teraz na swoje drogie mokasyny od Dolce & Gabbana. Kosztują tyle ile mój roczny czynsz, ale kto by liczył. Podejrzewam, że to prezent od Isabelli. Kiedyś niespecjalnie interesowały go metki.
Wchodzę do pomieszczenia, gdzie śmierdzi potem i środkiem do czyszczenia podłóg. Sędzia wskazuje nam miejsca.
Rozprawa jest krótka. W serialach wydawały się dłuższe. Nie mieliśmy z Carterem dzieci i już wcześniej dogadaliśmy się w sprawie podziału majątku, dlatego sąd nie będzie orzekał o winie. Następuje krótkie przesłuchanie, najpierw moje, potem Cartera. Nie powołujemy żadnych świadków. W końcu sędzia ogłasza wyrok: rozpad małżeństwa ze względu na trwały i zupełny rozkład pożycia małżeńskiego.
Gówno prawda. Ale okej, godzę się na to z miną pokutnicy. Adwokat, którego wynajęli mi rodzice, radził wcześniej, aby nie obarczać Cartera winą. Poszliśmy na ugodę, bo obiecał, że zostawi mi swoje mieszkanie. Nie chciałam wracać do wypizdowa, z którego uciekłam. Perspektywa powrotu na prowincję wywoływała u mnie panikę, jak również wizja ponownego zamieszkania z matką. Pensja księgowej nie starczyłaby na wynajem czy kredyt. Codzienne dojazdy pociągiem, mikroskopijny pokój w rodzinnym domu w South Berwick oraz ciągłe pretensje Susan Jones, prędzej czy później doprowadziłyby mnie na skraj depresji.
Wielki, miłosierny Carter Whitford zaproponował mi odstąpienie swojego czteropokojowego loftu we Flushing w zamian za rozsądek z mojej strony (czytaj: niezrobienie afery). No więc nie zrobiłam afery. Ale bardzo chciałam.
Do ostatniej chwili, do tego momentu, romantyczna część mojej natury miała nadzieję, że Carter jednak zmieni zdanie. Że podrapie się po głowie i zdruzgotany zapyta: „Co ja do cholery robię?”, a potem wybłaga u mnie przebaczenie, pośle Isabellę do diabła i będziemy żyli długo i szczęśliwie.
Nic takiego się jednak nie dzieje. Składamy podpisy. Rozprawa dobiega końca. Cztery lata życia przekreślone w ciągu pół godziny. Nasze małżeństwo właśnie dobiegło końca.
Popycham biodrem ciężkie drzwi i wylatuję z sali. Mknę korytarzem w stronę klatki schodowej. Zbiegam po schodach i zdejmuję z siebie żakiet, szarpiąc się z przeklętymi rękawami. Duszę się, potrzebuję powietrza.
Jest koniec maja. Wszystko już w pełnym rozkwicie, miasto pachnie bzem. Spoglądam na rosnące w rzędach tulipany i mam ochotę wyć. W maju braliśmy ślub, w maju wzięliśmy rozwód. Nienawidzę maja. Dzięki Carter, że zabrałeś mi nawet mój ukochany miesiąc!
Okazał się tak strasznie inny, choć sądziłam, że go znam. Nie wierzę, że można się aż tak pomylić. Jest zepsuty do szpiku kości. Wyrachowany i nieczuły. Obrzydliwy i okrutny. Gdzie ja miałam oczy?
— Chusteczkę?
Spostrzegam wyciągniętą w moją stronę rękę. Patrzę na tę zakłamaną facjatę mojego byłego męża i syczę:
— Jest nasączona cyjankiem?
Carter unosi brwi.
— Czy nie mogę być po prostu miły?
Prycham z powątpiewaniem.
— Po prostu sobie idź.
Cofa rękę, a chusteczkę chowa w kieszeni marynarki.
— Wciąż nosisz obrączkę — zauważa.
Czuję, że płonie mi twarz. Tygodniami bezskutecznie walczyłam, by ją ściągnąć. Muszę zgubić z dziesięć kilo, może wtedy wreszcie się jej pozbędę.
— Z przyzwyczajenia. — Wzruszam ramionami.
Mimochodem zauważam, że on pozbył się swojej. Nie ma nawet śladu, żeby kiedykolwiek ją nosił. Ciekawe co z nią zrobił?
— Nie chciałem, by tak wyszło. Czasem tak się po prostu dzieje, ludzie przestają do siebie pasować.
— Nie uważam, żebyśmy przestali do siebie pasować — mówię i zaciskam szczękę. Carter chwilę analizuje moją odpowiedź. Nabiera głośno powietrza i wzdycha.
— Emma. — Ściska nasadę nosa. — Takie rzeczy się po prostu dzieją.
— Nazywaj te rzeczy po imieniu. Nie widzisz nic niewłaściwego w tym, że mąż zdradza niczego nieświadomą żonę? Że ukrywa swój romans przez kilka miesięcy i nadal bawi się w dom? Udaje, że wszystko jest świetnie? Mój Boże. — Macham głową. — Jak ty świetnie grałeś na dwa fronty!
Spogląda na mnie z namysłem. Coś analizuje, jak to on.
— Musisz się z tym jakoś pogodzić. Wierz lub nie, nie chciałem cię skrzywdzić.
Obejmuję się ramionami.
— Ciężko pogodzić się z czymś takim. Przed ołtarzem przysięgałeś mi miłość i wierność. Przed Bogiem! Wychodzi na to, że były to jedynie puste słowa, a nasze małżeństwo budowałeś na kłamstwie, iluzji. Nigdy mnie nie kochałeś, nigdy nie miałeś zamiaru być mi wierny.
— Mylisz się — Carter kręci głową. — A zresztą, jakie to ma teraz znaczenie? Emma, czasem odpowiedzialność za coś ponoszą dwie strony. Kij ma zawsze dwa końce.
— Przestań pieprzyć. Byłam dobrą żoną. Nie mam sobie nic do zarzucenia. — Nigdy nie dałam mu powodu do zazdrości. Nigdy niczego od niego nie wymagałam, nie ograniczałam go. Wspierałam. Pozwalałam na wiele. W łóżku robił ze mną co chciał, choć nie zawsze mi się to podobało. — Byłeś dla mnie zawsze na pierwszym miejscu.
Carter długo nic nie mówi. Po prostu na mnie spogląda tym zasranym wzrokiem niewiniątka. Ale ja nie mam zamiaru zmięknąć.
Odwracam głowę i spoglądam na srebrnego Mercedesa — Benza, który pojawia się na parkingu. Kiwam głową z niedowierzaniem.
— Musiałeś, nie? — Udaje, że nie wie, o czym mówię. — Wiedziałeś, że będzie to najgorszy dzień mojego życia i mimo to, ściągnąłeś ją tutaj? Na dokładkę?
— Słuchaj, ja i Isabella jesteśmy razem, czy ci się to podoba, czy nie. Więc przestań dramatyzować.
Czuję, że pod powiekami zbierają mi się łzy. Zaciskam zęby, żeby się nie rozbeczeć.
Samochód zatrzymuje się kilka metrów od nas. Jest to auto tak cholernie drogie i luksusowe, że przez całe życie nie zarobię tyle, by je sobie kupić.
Okno od strony kierowcy lekko się opuszcza.
— Kochanie! — woła Isabella tym swoim przesłodzonym głosikiem. Zaraz puszczę pawia.
— Sprzedałeś się, Carter.
Wywraca oczami.
— Na Boga, przerabialiśmy to.
Ma rację. Nie zliczę, ile razy wyrzygiwałam mu, że poleciał na kasę Isabelli Goetzendorff, właścicielki luksusowego kompleksu rekreacyjnego „RelIsa”. Jest to kompletny nonsens, bo rodzina Cartera jest równie bogata jak jej.
— Kocham ją — mówi, na co kiwam z powątpiewaniem głową, po czym dodaje: — Będziemy mieli dziecko.
Ta ostatnia wiadomość spada na mnie jak bomba. Równie dobrze mógłby mnie teraz walnąć tir, nie poczułabym różnicy. Łzy już nie chcą dłużej tkwić pod powiekami. Zaczynają pokrywać moje policzki. Carter wzdycha.
— Weź się ogarnij.
— Spierdalaj.
Gapi się na mnie po raz ostatni, przekrzywia głowę. Jest zdziwiony, czy może smutny? Mam to gdzieś.
Wyciąga dłoń na pożegnanie, ale jej nie przyjmuję. Odchodzi do Isabelli. Odchodzi już na zawsze.
Los ma ochotę jeszcze przez chwilę ze mnie zadrwić. Oblubienica wysiada z auta. Obrzuca mnie lodowatym, pełnym wyższości spojrzeniem, lekko unosząc przeciwsłoneczne okulary. A triumfuj sobie stara zołzo! Ciebie też prędzej czy później zdradzi. Moja matka zawsze powtarza, że nie da się zbudować szczęścia na czyimś nieszczęściu. A oni właśnie to robią — budują wspólną przyszłość na dogasających zgliszczach po moim małżeństwie.
Przyglądam się, jak Carter całuje Isabellę. Nie powinnam, ale nie mogę odwrócić wzroku. Oboje są wysocy, posągowi, idealni. Wyglądają jak para z okładki taniego romansidła. Różnica wieku rzuca się jednak w oczy. Isabella jest dojrzała, ale nie wygląda na swoje czterdzieści jeden lat. Nosi krótkie platynowe włosy z przystrzyżonymi bokami. Zawsze mocno się maluje, nie rozstaje się z czerwoną szminką i czerwonym lakierem do paznokci, a jej ubiór to żywa reklama luksusowych marek. Szpilki z czerwoną podeszwą od Louboutina, mała czarna od Hermesa, torebka od Louisa Vuittona. Stać ją. Ewidentnie lubi epatować swoim bogactwem i ewidentnie dużo inwestuje w młodszego kochanka. Carter wygląda zupełnie inaczej niż za czasów małżeństwa ze mną, nawet gdy byliśmy jeszcze szczęśliwi. Nosi inną fryzurę, całkowicie zmienił styl. A właściwie to Isabella całkowicie zmieniła jego. Chciała, by pasował do jej drogich torebek. A on wreszcie poczuł się prawdziwym Whitfordem.
Kończą się migdalić. Śmieją się, obejmują. Isabella ostentacyjnie głaszcze się po brzuchu, mimo że jest płaski jak blat w mojej kuchni. Rzucają mi ostatnie obsceniczne spojrzenie, Isabella daje Carterowi kluczyki i wsiadają do tego cholernego auta.
Patrzę, jak odjeżdżają, a potem znikają mi z oczu. Grzebię pantoflem w ziemi, mnę w dłoniach marynarkę. Po raz kolejny, nie zliczę już który, próbuję zedrzeć z palca obrączkę, ale uparta z niej bestia.
Ryczę w drodze do domu. Myślę, czy wpaść pod autobus. Zawodzę jak bity kundel i nie dziwię się, że wywołuję w ludziach odrazę. Tusz mi już całkiem spłynął i pobrudził białą koszulę. Jestem żałosna i tak właśnie się czuję. Choć mam dwadzieścia osiem lat, nie umiem się z tym pogodzić. Czuję się paskudnie, ktoś wyssał ze mnie całe szczęście i zostawił pustą skorupę. Samotną, zrozpaczoną i brzydką.
Będziemy mieli dziecko.
Dziecko.
Dziecko.
Dziecko.
Tak sobie myślę, czy aby na pewno on to powiedział? Nie wymyśliłam sobie tego? Na serio Isabella jest w ciąży? Powiedział to tak spokojnie, odniosłam wrażenie, że się cieszy.
Ze mną nie chciał mieć dzieci. Po raz pierwszy napomknęłam o dziecku pół roku po ślubie. Zaśmiał się wtedy, jakbym opowiedziała mu kawał. Było nam dobrze. Dużo imprezowaliśmy, podróżowaliśmy, rozwijaliśmy się zawodowo. Dziecko na tamten moment mogłoby pokomplikować nasze plany. Potem jednak minęła pierwsza rocznica ślubu, następnie druga… Wśród naszych znajomych rodziły się dzieci, rodziny się powiększały, ale Carter nie poruszał tematu. A kiedy wreszcie go zapytałam, usłyszałam tylko:
— To nie jest najlepszy moment.
Trzy lata po ślubie, gdy jeszcze było między nami dobrze i nic nie zapowiadało nieszczęścia, na temat dzieci już w ogóle nie chciał rozmawiać. Drażnił go. Robił karierę w branży hotelarskiej i nie myślał o powiększeniu rodziny. A ja właśnie kończyłam ćwierć wieku i bardzo pragnęłam dziecka. Moje komórki jajowe biły na alarm. Facebook codziennie wypluwał z siebie zdjęcia uroczych bobasów. Jakby wszyscy nagle zwariowali i zmówili się, żeby mnie dręczyć. Dzieci, dzieci, dzieci… Można było dostać obłędu. Dzieci śniły mi się po nocach, wszędzie widziałam matki pchające wózki i nie było dnia, żebym nie rozmarzała się o moim rosnącym brzuchu.
Ale mój brzuch nie rósł i w najbliższym czasie nie zapowiadało się na to, by zamierzał.
— Może po trzydziestce — Carter mnie zbywał, gdy pytałam.
Temat potomstwa stał się w naszym domu zapalnikiem. Wiedziałam, że jak tylko go poruszę, wybuchnie awantura. Na słowo „dziecko” Carter dostawał szewskiej pasji.
Jego nerwica na tym tle zaczęła udzielać się też mnie. Prawie sama uwierzyłam w to, że nie nadaję się na matkę. Rodzice i teściowie naciskali coraz bardziej, a ja zbywałam ich wzruszeniem ramion i głupim uśmiechem. Powtarzałam jak mantrę:
— Mamy jeszcze czas.
To była nasza standardowa odpowiedź. Moja i Cartera.
Teraz tak sobie myślę, że może po prostu nie chciał mieć tego dziecka ze mną? Może czekał na kogoś pokroju Isabelli? Czuł w kościach, że w życiu czeka go coś lepszego? Może chciał przekazać swoje geny w bardziej spektakularny sposób? W końcu był Whitfordem.
Kiedy zatrzymuję się przed budynkiem, w którym mieści się mój apartament, już nie ryczę. Teraz nie tylko wyglądam jak zombie, ale tak właśnie się zachowuję. Nie mam pojęcia, w jaki sposób poruszam rękami i nogami, ale jakimś cudem wsiadam do windy, która niesie mnie na piąte piętro. Gdy wysiadam, dzwoni moja komórka, ale nie odbieram. Niespiesznie przeszukuję torebkę w poszukiwaniu kluczy.
Wchodzę do mieszkania i osuwam się na drzwi. Kulę się i ponownie płaczę. Siedzę tak Bóg wie ile. Możliwe, że siedziałabym dłużej, ale muszę do łazienki. Zrzucam buty i wlokę się tam.
Dziwię się, że lustro nie pęka na mój widok. Wyglądam jak połączenie córki kominiarza i zmory z azjatyckich horrorów. Zmywam pod bieżącą wodą resztki makijażu i łykam tabletkę na ból głowy.
Sunę do sypialni. Ląduję na łóżku, zanurzam twarz w poduszce i po raz kolejny tego dnia wybucham płaczem. Dziwię się, że moje kanaliki łzowe mogą jeszcze produkować łzy.
Po chwili dociera do mnie ta gorzka prawda: Carter będzie miał dziecko z Isabellą. Nie tylko mnie zdradził i porzucił. On mnie zmiażdżył. Tak się właśnie czuję. Powinnam napluć mu w twarz.
Głowa mi pulsuje, spuchnięte od płaczu oczy szczypią. Słyszę telefon gdzieś z drugiego końca mieszkania. Naciągam poduszkę na głowę, ale on dzwoni i dzwoni, jakby chciał przewiercić mi mózg.
Ze złością zrywam się na nogi. W tej samej chwili potrącam aparat leżący spokojnie na nocnej szafce. Moja lustrzanka z łoskotem spada na podłogę. Jest to dźwięk przyprawiający o zawał serca.
— Och, nie! — wołam głucho.
Krew uderza mi do głowy. Klękam na podłodze i z największą ostrożnością podnoszę aparat. Obracam go, oglądam z każdej strony. Wzdycham z ulgą, kiedy nie dostrzegam niczego niepokojącego. Przyciskam moją Niky do piersi i łzy spływają mi po policzkach.
— Przepraszam — szepczę i głaszczę obiektyw.
Tak, wiem, co sobie myślicie. Wariatka, która nadała imię swojej lustrzance. Ale ten aparat to jak bardzo ważny i wyjątkowy członek mojej rodziny. To Nikon D780, prezent od ojca na dwudzieste pierwsze urodziny. Już kilka lat wcześniej zaczęłam przejawiać zainteresowanie fotografią, ale dopiero Niky pozwoliła mi rozprostować skrzydła. Ten aparat wiele mnie nauczył. Nie przesadzę, jeżeli powiem, że go kocham.
Carter nigdy nie popierał mojego zainteresowania fotografią. Powtarzał, że to z finansami powinnam związać swoją przyszłość. Nienawidzę finansów. Nienawidzę Cartera. Ale to już żadna nowość.
Robię zdjęcie ścianie, aby sprawdzić, czy z Niky wszystko okej.
Dźwigam się na nogi, zawieszam aparat na szyi i idę do przedpokoju. Wydobywam komórkę z kieszeni niechlujnie porzuconej marynarki i odbieram rozzłoszczona.
— Emma? — głos mamy. — Czemu nie odbierasz?
— Nie słyszałam telefonu.
— Acha. Jesteś już w domu, czy jeszcze w…?
Sąd. Wiem, że to słowo nie przejdzie jej przez gardło. Mój rozwód to jej największa życiowa porażka. W naszej rodzinie nikt się nigdy nie rozwiódł. Nagle z dnia na dzień stałam się czarną owcą.
Mama uwielbiała Cartera. Sądzę, że kochała go bardziej ode mnie. Swoją zdradą złamał serce również jej. Zdawałam sobie sprawę, że chciała mnie obarczyć winą za niepowodzenie tego małżeństwa, ale zdrady Cartera nie mogła wybronić.
— Jestem w domu, mamo. Szykuję sobie obiad.
Otwieram lodówkę, gdy to mówię, ale mam tylko ocet balsamiczny i dwie butelki Moscato. Jestem mistrzynią w tworzeniu iluzji.
— Jak poszło?
Och, wręcz cudownie! Jak z płatka! Podpisaliśmy papiery, jodłując. Po wszystkim zatańczyliśmy kankana. Potem uściskaliśmy się serdecznie, z kochanką męża przybiłam sobie piątkę, a kiedy głaskałam jej idealnie okrąglutki brzuszek, spytała, czy zechcę zostać matką chrzestną.
Moja matka nie ma wyczucia. A ja nie umiem z nią rozmawiać.
— Szybko — odpowiadam wreszcie.
— Och.
Odnoszę wrażenie, że nie takiej odpowiedzi się spodziewała. Matka ma w zwyczaju otaczać się złudzeniami bardziej ode mnie. Od początku uważała, że ten rozwód to jeden kiepski żart.
Nie stara się mnie pocieszyć. Nie mówi, że będzie dobrze, ani nic podobnego. Nie wydusi z siebie słów współczucia.
Słyszę szmery po drugiej stronie słuchawki, a potem wreszcie jej głos:
— Ojciec chce z tobą porozmawiać.
— Emma?
— Cześć tato.
Opadam na kanapę.
— Cześć kochanie. Nie będę mówił, że jest mi przykro, bo wiesz, że tak nie jest.
Uśmiecham się mimo woli. Cały tata. On jedyny wali prawdę między oczy. Kiedy zdrada Cartera wyszła na jaw, tylko on mnie zapewnił tym swoim spokojnym, melancholijnym głosem, że nie jestem niczemu winna i że to Carter jest dupkiem. Nigdy nie starał się proponować mi, bym ratowała to małżeństwo.
— Doceniam to. Dzięki tato.
— Jesteś wspaniałą dziewczyną. Świetnie radziłaś sobie w życiu przed nim i jeszcze lepiej poradzisz sobie bez niego.
Celowo nie używa imienia Cartera. Dla niego to teraz jak przekleństwo.
Mruczę do słuchawki podziękowanie. Ból głowy trochę zelżał, ale w jego miejsce pojawiło się zmęczenie. Od kilku dni nie spałam zbyt dobrze.
— Przyjedziesz w niedzielę na obiad?
— Postaram się.
Tak naprawdę nie mam zamiaru. Nie pokażę się w rodzinnym domu jeszcze przez kilka następnych tygodni, póki popiół po moim małżeństwie nie ostygnie. Mama nie dałaby mi żyć.
Żegnam się z tatą i pospiesznie zakańczam połączenie, na wypadek, gdyby mama chciała jeszcze gadać.
Idę do lodówki. Wyciągam Moscato i szukam w szufladzie korkociągu. Wracam do salonu, chwytam swój laptop i wlekę się, noga za nogą, do sypialni.
Zaciągam rolety, zapalam lampkę i wchodzę pod kołdrę. Ostrożnie odkładam Niky na etażerkę. Wbijam korkociąg w butelkę. Krople wina spływają na pościel, gdy wyciągam korek, ale kto by się przejmował.
Biorę sowity łyk. Czuję, jak wino spływa mi po gardle i w piersi robi się gorąco.
Otwieram laptop. Bez zastanowienia loguję się na swojego Facebooka.
Moje zdjęcie profilowe już dawno przestało przedstawiać mnie. Z ekranu uśmiecha się śliczna szczęśliwa blondynka. Dawna ja. Teraz moje włosy nie błyszczą, a waga wskazuje piętnaście kilogramów więcej.
Klikam w profil, by edytować swoje dane publiczne. W pierwszej kolejności zmieniam to nieszczęsne nazwisko. „Whitford” zamieniam w „Jones”. Moje stare, poczciwe, panieńskie nazwisko. Trochę mnie to rozczula.
Jeszcze nie zmieniłam go formalnie, ale w najbliższym czasie zamierzam to zrobić. Jak tylko ściągnę tę cholerną obrączkę.
Popijam następny łyk. Tak wielki, że się zachłystuję, a wino spływa mi z kącików ust. Ocieram je rękawem koszuli. Zmieniam status z „w związku małżeńskim” na „wolna”. Z początku korci mnie, aby zaznaczyć „po rozwodzie”, ale ten publiczny masochizm do mnie nie przemawia. I tak za chwilę zaczną się pytania, ale wisi mi to. Będę olewać ludzi i ich durne wywody.
Powinnam zrobić to już dawno temu.
Myślę przez chwilę nad tym, czy Carter przyjmie nazwisko Isabelli, jeżeli wezmą ślub. Pewnie nawet nie będzie umiał go wymówić. Śmieję się głośno z własnego dowcipu i zauważam, że opróżniłam już pół butelki Moscato. Trzeba było wziąć ze sobą od razu dwie, oszczędziłabym sobie niepotrzebnego chodzenia.
Wpisuję w lupkę dane Isabelli, ale robię błąd w nazwisku. Wiem, że jej konto jest prywatne i kiedy po wielu próbach wpisania nazwiska odnajduję właściwy profil, mogę obejrzeć jedynie jej zdjęcie profilowe. Klikam i powiększam fotkę. Isabella siedzi na wielbłądzie, skąpo ubrana, na tle piramid. A jakżeby inaczej! Jej światowe życie aż bije po oczach. Teraz na cholernego wielbłąda może zaciągnąć również Cartera. Między sobą usadowią rozszczebiotaną dziewczynkę w identycznym kapeluszu jak matka.
Zaglądam na profil Cartera. Wciąż jest w gronie moich znajomych, bo nie potrafię go usunąć. Nadal czekam, aż on zrobi to pierwszy.
W przeciwieństwie do kochanki Carter nie jest ukryty przed wścibskimi byłymi, które obsesyjnie interesują się jego życiem.
Carter regularnie aktualizuje swój profil. Jego zdjęcia i posty są przemyślane i idealne jak jego nowe życie. Ostatnie, opublikowane dwa dni temu, podpisał wymownie: „G.& me <3”. Fotka to dwie splecione dłonie, męska i kobieca, starannie wypielęgnowane. Już ją widziałam. Mam włączone ustawienia powiadomień w taki sposób, że za każdym razem, gdy Carter zamieści nowy wpis, wiem o tym w tej samej sekundzie. Mimo to i tak, z uporem maniaka, zaglądam tutaj kilka razy dziennie.
Zatrzaskuję laptop. Praca domowa odrobiona. Chcę dolać sobie wina, ale zmartwiona zauważam, że butelka jest pusta. Jak larwa wypełzam z łóżka i lezę do kuchni. Wino zdążyło uderzyć mi do głowy, jestem jeszcze bardziej zdołowana, ale już nie mogę opanować chichotu. Wszystko jest przecież takie cholernie zabawne.
Walczę z myślą, aby zadzwonić do Cartera, aby pośmiał się razem ze mną, ale w tej samej chwili mój telefon się rozdzwania. Przykładam komórkę do ucha i wpycham głowę do lodówki.
— Mów.
— Ciebie też miło słyszeć, siostrzyczko.
Wyciągam wino, zatrzaskuję drzwiczki.
— Dziś nie jestem najlepszą rozmówczynią — tłumaczę, walcząc z korkiem.
— Domyślam się — Anna wzdycha. — Mam przyjechać?
— Nie — odpowiadam szybko. — Zaraz się kładę.
— Upiłaś się?
Zna mnie lepiej niż ktokolwiek. Rozgryzła mnie w pięć sekund. A może bełkotałam? Chyba że tak łatwo przewidzieć każdy mój ruch?
— Może odrobinkę.
Korek nareszcie wyłazi. Mam ochotę krzyknąć: eureka!
— Emma, pytam poważnie, przyjechać?
Wzrusza mnie. Bardzo chciałabym, aby tu była, ale nie mogę wciąż jej prosić, by rzucała wszystko, gdy moje życie wali się w gruzy.
Anna to moja starsza siostra. Przykładna mężatka i matka. Duma rodziców. Pani weterynarz, działaczka społeczna i członkini samorządu rodziców w przedszkolu. Powinnam jej nienawidzić, ale jest moją najlepszą przyjaciółką.
— Dam sobie radę. W niedzielę będę u rodziców, to sobie pogadamy. — Tak naprawdę nie zamierzam się tam pojawiać, mówię to jedynie na odczepnego.
— Może jutro gdzieś wyjdziemy? David da mi wychodne.
David to mąż Anny. Uosobienie faceta idealnego. Dawno temu się w nim durzyłam.
Nie mam ochoty nigdzie wychodzić. Poczucie własnej atrakcyjności spadło u mnie poniżej zera i zaraz popadnę w depresję. Wolałabym przeżywać swoje załamanie nerwowe w ciszy i samotności.
— No weź. Tak dawno nigdzie nie wychodziłyśmy. Upijemy się, poprosimy podstarzałych panów o postawienie drinka, pijane w sztok pójdziemy na falafela, będziemy tańczyć jak dziwki, a nad razem potrzymamy sobie nawzajem włosy podczas rzygania. No już, nie daj się prosić!
Rozważam jej propozycję jak najważniejszą decyzję w swoim życiu. Biorę pod uwagę wszystkie za i przeciw.
— No dobra — mówię wreszcie, przeciągając sylaby. — Jesteś tam?
— Tak — cieszy się. — Przycięłam komara, bo myślałaś z godzinę.
Śmieję się. Wino ścieka mi po brodzie.
— Będę jutro o dziewiętnastej. Wezmę Harper.
Zanim zdążę wyrazić sprzeciw, słyszę sygnał zerwanego połączenia. Nie cierpię Harper. To najlepsza przyjaciółka Anny, która udaje również moją najlepszą przyjaciółkę, choć niewiele nas łączy. Wiecie, taki typ koleżanki, która czeka tylko na odpowiedni moment, żeby wbić ci szpilę. Kiedy okazało się, że moje małżeństwo wkrótce się rozpadnie, Harper nie pocieszała mnie, nie okazała współczucia. Otwarcie uważała, że to moja wina, że nie starałam się zatrzymać Cartera przy sobie. Puściłam to mimo uszu. Potem jednak doszły z jej strony uszczypliwości odnośnie mojego wyglądu, wagi i ogólnego zaniedbania.
— Przesadzasz — mówiła Anna. — Harper jest kąśliwa, ale nie złośliwa.
Ale dla mnie to złośliwa jędza. Nie byłaby sobą, gdyby nie wbiła noża w plecy.
Siadam z butlą na kanapie. W drugiej ręce trzymam komórkę i zaczynam przeglądać galerię. Chcę zerknąć na najstarsze zdjęcia i przekonać się, czy to nie moje zakłamane wspomnienia, czy rzeczywiście byłam kiedyś ładna i szczęśliwa.
Mam mnóstwo zdjęć Cartera. Powinnam je usunąć już dawno, ale z tym też sobie nie radzę. Chwilę zatrzymuję się na jednym kadrze. Ja i Carter obejmujemy się i uśmiechamy na plaży, na tle zachodzącego słońca. Były to nasze pierwsze wczasy po ślubie. Tydzień na Bali. Coś cudownego. Wylegiwaliśmy się przy basenie, zwiedzaliśmy, jadaliśmy kolacje przy świecach i uprawialiśmy nieziemski seks. Wszystko wydaje mi się teraz tak odległe, jakby nigdy się nie wydarzyło. Na zdjęciu jestem opalona, promienna, piękna. Carter obejmuje moją szczupłą talię i także wydaje się szczęśliwy.
Kiedyś była miłość, jestem tego pewna. Potem przyszła wściekłość. Teraz pozostała tylko nienawiść.
Rozdział 2. Coś jest ze mną nie tak
Budzi mnie kac morderca. W ustach mam Saharę, a moja głowa wiruje.
— Wody — jęczę na głos.
Spostrzegam, że zasnęłam na kanapie. W nogach leży uśpiony laptop, za moimi plecami tkwi opróżniona butelka po winie. Cmokam i powoli się prostuję. Czuję się jak w pralce. Mrużę oczy, gapiąc się na porzucony komputer i przypominam sobie, jak zwieńczyłam ten niezwykle emocjonujący wieczór, nim ostatecznie zamroczyłam się na amen.
Kierowana autodestrukcją włożyłam do stacji dysków płytę ze ślubnym filmem. Podczas przysięgi małżeńskiej wyłam jak bóbr, wypiłam razem z nowożeńcami toast, a potem ponownie ryczałam, gdy państwo młodzi tańczyli do Perfect Eda Sheerana.
Po co to sobie robię? Czemu się dołuję, czemu z tak wielką ochotą dążę na skraj samozniszczenia? Może po prostu lubię się nad sobą użalać? Lubię być zjawą, czuć się jak śmieć i pomiot?
Rozmyślam nad tym. Być może.
Idę pod prysznic, wydaje mi się, że cuchnę. Stoję w kabinie, naprzemiennie zmieniając wodę z gorącej na lodowatą. Trę ciało szorstką stroną gąbki, aż skóra robi się czerwona. Myjąc włosy, szarpię je tak mocno, że głowa zaczyna mi pulsować. W końcu zakręcam wodę. Opieram dłonie na ścianie kabiny, pochylam głowę i patrzę, jak woda wiruje w odpływie. Nie wytrzymuję. Z moich ust wydobywa się niepohamowany żal. Zaciskam pięści, zamykam oczy i krzyczę. Właściwie drę się jak opętana. Kiedy daję upust emocjom, lamentuję. Łzy ćmią mój wzrok, gardło boli z żałości. A kiedy już nie mam siły ani krzyczeć, ani płakać, wymiotuję. Nagle robi mi się potwornie niedobrze, ale to zasługa wczorajszego wina.
Pod cholernym prysznicem spędzam całe przedpołudnie. Kiedy wreszcie stamtąd wychodzę, trzęsę się z zimna i z emocji. Owijam się ręcznikiem. Patrzę w lustro i robi mi się żal samej siebie. Oto Emma Jones, obraz nędzy i rozpaczy.
Myję zęby nad umywalką. Zaczynam rozczesywać włosy, delektując się każdym bolesnym pociągnięciem szczotki, gdy ktoś puka do drzwi. Nie spodziewam się gości, więc nie zamierzam otwierać.
Rozczesuję włosy do końca i wklepuję w twarz trochę kremu, co można uznać za mały sukces. Idę do sypialni znaleźć do ubrania coś, co będzie idealnie pasować do przegrywającej życie cierpiętnicy. Znowu rozlega się pukanie. Czuję, że zaraz się wścieknę. Kto ma czelność przerywać moje użalanie się nad sobą?
Szybko wciskam się w spodnie i T-shirt, i wściekła wypadam na korytarz. Dopadam do drzwi, w duchu ciesząc się, że właśnie znalazł się ktoś, na kim będę mogła wyładować swoją frustrację.
Zdejmuję zasuwę, szarpię za klamkę.
O nie, tylko nie on.
Ze wszystkich ludzi świata, akurat on musiał się tutaj zjawić? Na dodatek właśnie teraz muszę wyglądać jak gówno?
— Cześć. — Carter teatralnie wzdycha na mój widok.
— Co, już myślałeś, że dyndam pod sufitem? — warczę.
Przewraca oczami. Robi krok w przód, ale ja zastępuję mu drogę. Stara się ukryć rozbawienie. Unosi brwi wysoko.
— No co, nie wpuścisz mnie?
— Nie muszę. To moje mieszkanie.
Wojowniczo zakładam ręce.
Carter lustruje mnie od stóp do głów z powagą godną pozazdroszczenia, ale zaraz potem wybucha gromkim śmiechem.
— Nie wygłupiaj się — odpowiada i wparowuje jak do siebie.
Zatrzaskuję drzwi, gotowa do ataku.
— Przyszedłem po swoje rzeczy — tłumaczy szybko.
— Ach, tak? Miałeś kogoś po nie przysłać — przypominam mu. — Przyznaj, że przyszedłeś napawać się moim nieszczęściem.
— Nie wygaduj bzdur. Chciałem zobaczyć, jak sobie radzisz.
Rozgląda się wokół, skanując salon. Policzki zaczynają mnie piec ze wstydu. Mieszkanie wygląda, jakby przeszło przez nie tornado.
— Była impreza? — pyta, podnosząc z kanapy pustą butelkę po winie.
— Nie twoja sprawa! — chrypię, wyrywam mu butelkę, a po drodze do śmietnika zbieram z podłogi brudną bieliznę. Wszystko wciskam ze złością do kosza. Carter nie odrywa ode mnie wzroku. Dobrze wygląda. Ma na sobie ciemne dżinsy i skórzaną kurtkę. Włosy starannie zaczesał gładko do tyłu. Nie cierpię tego jego nowego image’u.
— Twoje graty są w biurze.
Kiwa głową i kieruje się na prawo. Depczę mu po piętach. Nie mam zamiaru spuścić go z oczu. Teraz to moje mieszkanie. Sam się na to zgodził.
Wchodzimy do pokoju, który kiedyś służył Carterowi za gabinet. Niewiele w nim zostało. Łajdak zabrał swoje zabytkowe biurko na lwich nogach, które dorwaliśmy na pchlim targu, a także swoje kolekcje książek i płyt CD. Dołuje mnie ten pokój, jest przytłaczająco pusty. Kiedyś na ścianie wisiały nasze wspólne zdjęcia, dziś straszą dziury po gwoździach. Wciąż nie wiem, co zrobię z tym pomieszczeniem.
Carter pochyla się i podnosi z ziemi pudło. Są tam rzeczy, które darzy szczególnym sentymentem — nagrody dla najlepszego menadżera hotelu, bilety lotnicze z jego służbowych podróży, książki, płyty DVD z ulubionymi filmami i inne badziewie. To ostatnie pudło, które tu zostawił. Za chwilę ślad po Carterze całkowicie zniknie z tego mieszkania.
— Mam nadzieję, że już ci przeszło i nie chowasz urazy — mówi mój były mąż, posyłając mi jeden z tych swoich uśmiechów w stylu „jestem taki słodki i uroczy, że nie można się na mnie długo gniewać”.
Biorę głęboki wdech. Gestem zapraszam go do wyjścia. Nie chcę wdawać się w dyskusję, bo wiem, jak się to skończy. Wyjdę z siebie, zacznę wrzeszczeć lub płakać, rzucać czym popadnie, a Carter i Isabella będą mieć pożywkę, by zrywać boki co najmniej przez tydzień.
— Idź już sobie.
Otwieram mu drzwi wejściowe. Patrzy na mnie łagodnie.
— Nie chciałem, by tak wyszło.
Kurwa. A było już tak blisko.
— Co?! — wybucham. — Nie chciałeś, aby tak wyszło? — Z wściekłości moje policzki oblewa szkarłat. — A co chciałeś?!
Palcem wskazującym dotykam jego klatki i go lekko popycham. Stawia karton na podłodze i patrzy na mnie z politowaniem. Zapewne uważa, że mam ten swój atak furii, jak miał w zwyczaju to nazywać. Tak, pod koniec istnienia naszego małżeństwa, Carter nazywał mnie furiatką, ilekroć śmiałam zrobić mu awanturę w związku z jego zdradą.
Co za palant.
— A ty znowu swoje. — Wznosi oczy ku niebu. Biedny, jebany męczennik. — Nie chcę się kłócić.
Mój oddech przyspiesza. Gdyby tylko wiedział, jak wielką mam ochotę by mu przywalić.
— Chcesz się wybielić. Chcesz, żebym puściła wszystko w niepamięć. Ale Carter, zraniłeś mnie i nic tego nie zmieni. Zdradziłeś mnie. Skrzywdziłeś. Na dodatek będziesz miał dziecko. Od trzech lat słyszałam z twoich ust, że dziecko to przeszkoda. Jesteś nieszczery i podły. Nie jesteś tak fajny, za jakiego się uważasz. Jesteś chorągiewką. W dodatku bezdusznym palantem. Świnią, po prostu świnią… — wyrzucam z siebie słowa z prędkością światła. Aż dostaję zadyszki.
Patrzy na mnie, jakbym opowiedziała dowcip. Ma tupet. Gdybyśmy grali w filmie, przyfasoliłabym mu teraz w tę jego durną gębę, a widownia w kinie biłaby mi brawo. Ale to nie jest film. To tylko nędzna imitacja życia. A ja nie jestem przebojową, pewną siebie główną bohaterką.
— W końcu znajdziesz sposób, żeby pogodzić się z tym wszystkim.
— Żebyś wiedział. Ale mam prawo wiedzieć jedno. Powiesz mi dlaczego?
— Co dlaczego?
Udaje głupszego, niż jest.
— Dlaczego to zrobiłeś? Czemu mnie zdradziłeś? Czemu Isabella?
Już kilka razy zadawałam mu to pytanie, głowiłam się nad tym sama niejednokrotnie. Nie uzyskałam do tej pory satysfakcjonującej mnie odpowiedzi.
— Tak wyszło. — Podnosi ramiona w geście wzruszenia.
Parskam.
— No jasne. Zdrada po prostu wychodzi.
— Co mam powiedzieć? Isabella jest szalenie atrakcyjna. Spędzaliśmy dużo czasu razem. Ty oddaliłaś się ode mnie, zrobiłaś się oziębła, zmieniłaś się…
Jego standardowa odpowiedź. Jak ucznia wykutego na blachę. Już to słyszałam i ani trochę mu nie wierzę.
— Pójdę już — mówi, widząc moją minę. Podnosi z ziemi swoje zasrane pudło i wychodzi bez pożegnania. Zatrzaskuję za nim drzwi.
— Ty chuju! — krzyczę z bezsilności i zaciskam dłonie w pięści. Mam nadzieję, że słyszał. Zaczynam chodzić po holu jak puma w klatce.
Pukanie do drzwi.
— Czego jeszcze chcesz?! — wykrzykuję i szarpię drzwi do siebie. Wpadam na Ryana, sąsiada. Unosi dłonie w geście obrony.
— Hola! Nic nie zrobiłem. Przyniosłem tylko twoją pocztę. Zasraniec znów pomylił skrzynki.
Wyrywam mu listy z dłoni.
— Dzięki — syczę.
— Coś taka wściekła?
Nie mam ochoty z nim gadać. Nie lubię go i mu nie ufam. Nie jesteśmy przyjaciółmi. Czasem wpadał tu na piwo do Cartera, ale nic poza tym.
— Nie twój interes.
Ryan mruży oczy.
— Carter miał rację, fiksujesz.
Otwieram szeroko oczy. Gadali o mnie?
— Do widzenia.
Ryan stawia nogę w drzwiach, uniemożliwiając mi ich zamknięcie. Patrzy na mnie, jakby rzucał mi wyzwanie.
— Przydałoby ci się porządne rżnięcie — w końcu mówi i zabiera nogę.
Odchodzi. Patrzę zszokowana, jak znika w swoim mieszkaniu naprzeciwko.
W końcu zatrzaskuję drzwi. Mam szczerą nadzieję, że limit palantów na ten dzień został wyczerpany.
***
Kilka minut przed dziewiętnastą rozbrzmiewa dzwonek do drzwi. Lecę otworzyć z ręcznikiem na głowie, jestem świeżo po prysznicu. To już dzisiaj trzeci. Nie, żebym była aż tak brudna, ale chyba po prostu lubię użalać się nad sobą w kabinie, jest bardziej dramatycznie.
— Cześć suczko! — woła Harper, jakby wpadła do karczmy i macha mi przed twarzą butelką Proceco. Całuje powietrze tuż obok moim policzków i mija mnie, nie zaszczycając choćby przelotnym spojrzeniem. Anna wyciąga do mnie ręce i w następnej chwili tulę się do mojej starszej siostry, jakbym znów miała osiem lat.
— Będzie lepiej — mówi czule, głaszcząc mnie po głowie, a raczej po turbanie zrobionym z ręcznika.
Zamykam drzwi.
Harper trzaska szafkami w kuchni.
— Kieliszki są tam — mówię oschle i wskazuję jej witrynkę nad stołem. Szczerzy zęby i sięga po kieliszki. Kiedy to robi, sukienka podjeżdża jej do góry i ukazuje koronkę czerwonych, perwersyjnych majtek. Ogólnie wygląda dobrze, jak zwykle. Pasuje jej ten dziwkarski styl. Ma doczepiane pasma miedzianych włosów i sztuczny biust oraz zrobione nos i usta. Wali zawsze prawdę między oczy, klnie jak szewc, beka bez skrępowania i często nie dostrzega, że biust wypadł jej zza dekoltu. Podejrzewam, że jest również nimfomanką. A mimo to jest najlepszą przyjaciółką mojej siostry — uosobienia klasy i kultury.
Ja i Anna siadamy na kanapie. Harper stawia przed nami, na niskim szklanym stoliku kieliszki i wino musujące. Bez ceregieli otwiera je i nalewa nam po korek. Czuję smutek, że kupiły tylko jedno.
Harper siada na fotelu obok nas.
— To, za co pijemy? — pyta, unosząc kieliszek.
Anna spogląda na mnie.
— Za Emmę i pierwszy dzień jej nowego życia.
— Niech będzie. — Unoszę kieliszek jak na komendę. Ten pierwszy dzień mojego nowego życia nie można zaliczyć do specjalnie udanych (kac, wizyta Cartera, kac, Ryan, kac), ale teraz czekam już tylko na wzloty.
Uwielbiam chwilę, gdy wino rozchodzi mi się gorącym strumieniem po gardle. Biorę solidny łyk, a potem następny i właściwie zostaje mi już tylko trochę na dnie kieliszka.
— Spokojnie. — Anna puszcza do mnie perskie oko i klepie mnie po dłoni. — Mamy jeszcze to.
Otwiera swoją torebkę wielkości paczki m&m’s i pokazuje mi gandzię.
Wytrzeszczam oczy.
— Kim jesteś i co zrobiłaś z moją siostrą?
Anna się śmieje.
— Rzadko mam wychodne. A skoro już je mam, wyssę z tego wieczoru, ile się da. Nie mam pojęcia, kiedy nadarzy mi się kolejna okazja.
Zastanawiam się przez moment czy David rzeczywiście jest taki wspaniałomyślny i wyrozumiały, czy może po prostu do końca nie zdaje sobie sprawy, co Anna będzie robić?
Harper klaszcze w dłonie.
— Szykuj się!
Podskakuję na baczność, mimo że brzmi to jak mało przyjemny rozkaz. Anna zapewniała mnie, że Harper ograniczy się dzisiejszego wieczoru w swoich uszczypliwościach, choć tak naprawdę nie liczyłabym na to.
Dopijam duszkiem wino i obrzucając rudą lodowatym spojrzeniem, drepczę do łazienki. Ściągam z włosów ręcznik i suszę włosy. Patrzę w lustro na swoją smutną twarz i próbuję wykrzesać uśmiech.
Starannie nakładam na twarz krem i podkład. Maluję rzęsy, gdy dolatuje do mnie zapach zioła. A to zołzy, zaczęły beze mnie.
Jeszcze się nie zaciągnęłam, a już chichoczę. Czuję się prawie beztrosko, na moment zapominam o tych wszystkich okropieństwach, które dosięgły mnie w ostatnim czasie.
— Wypchaj się Carter — mówię do swojego odbicia i daje mi to nieopisaną radość. Cudownie było by powiedzieć mu to kiedyś w twarz.
Wino zdążyło uderzyć mi do głowy, dopada mnie dziwna wesołość i pewność siebie.
Kończę makijaż i prostuję włosy. Wracam do salonu i domagam się bucha. Harper odpaliła w telefonie Spotify i teraz tańczy w wyuzdany sposób do seksownego głosu Harry’ego Stylesa. Anna chichocze i oklaskuje przyjaciółkę z kanapy. Siadam obok niej i wyjmuję z jej zadbanej dłoni jointa. Zaciągam się głęboko, lekko krztuszę. Automatycznie się odprężam, moje mięśnie się rozluźniają, czuję się zrelaksowana.
Rozwalam się na oparciu kanapy. Harper wyrywa mi skręta i teraz ona się zaciąga.
— Już się umalowałaś? — Mruży oczy.
Kiwam głową. Dziewczyny dłuższą chwilę oceniają efekt moich starań.
— No czy ja wiem… — Anna przechyla głowę na bok i przygryza wargę. Właśnie wykpiła mój make-up, ale wisi mi to. W normalnych okolicznościach obraziłabym się na nią, ale teraz jest mi zbyt wesoło i kocham wszystkich.
Harper oddaje skręta Annie, sięga po swoją torebkę, wygrzebuje z niej kosmetyczkę, a jej zawartość wysypuje na kanapę pomiędzy nas. Chwyta eyeliner i klęka przede mną.
— Zamknij oczy — nakazuje.
— Ale…
— Zaufaj mi.
Chichoczę z tego, jaka jest poważna, robię minę zbuntowanej uczennicy i wykonuję polecenie. Harper cmoka. Anna wtyka mi w usta jointa i zaciągam się, nie patrząc, co robię. Co za życie.
Czuję, że robi mi kreski na powiekach, potem przychodzi róż, rozświetlacz i inne rzeczy tego typu, szczerze, to wszystko mi jedno. Chciałabym być piękna, fajnie by było poczuć się seksownie w swojej skórze, być znowu ładną.
— Wow! — Anna bije brawo.
Harper odsuwa się ode mnie, zadowolona szczerzy zęby. Zaciąga się resztką skręta i gasi go w zlewie.
— No leć, zobacz się! — Moja siostra klaszcze w dłonie. Gnam więc do łazienki, trochę się chwieję, podłoga zrobiła się dziwnie śliska, a ściany chcą mnie zmiażdżyć.
No, trzeba przyznać, że Harper zna się na rzeczy. Wyglądam… ładnie. Prawie jak dawna Emma. Myślałam, że pomaluje mnie w swoim dziwkarskim stylu, ale ona jedynie podkreśliła moje niebieskie oczy, ich kolor wydaje się teraz znacznie bardziej intensywny. Cera wygląda zdrowo, jest promienna, złocista.
— Dzięki! — krzyczę.
Idę do garderoby. Otwieram szafę. Wtedy znowu dopada mnie przygnębienie. Tyle ładnych ubrań, a w większość z nich i tak nie wejdę. Anna, jakby przeczuwając moje przygnębienie, zjawia się w pokoju.
— Może wybierzemy coś razem? — zachęca. Kiwam głową, wydymając wargi.
Przymierzam dwie świetne kiecki, ale nie mogę patrzeć na swoje „boczki” i odstający brzuch. Ze smutkiem, ale też z dziwną czcią odwieszam je starannie do szafy.
Czuję, że Anna chce coś powiedzieć.
— Nie krępuj się, śmiało — zachęcam ją.
Wiem, że to co powie, sprawi mi przykrość, ale teraz, gdy jestem na rauszu i haju, jakoś to zniosę.
— Sporo ostatnio przybrałaś na wadze. Ten drań Carter nie jest tego wart. To ty powinnaś kontrolować swoje życie, a odnoszę wrażenie, że on robi to nadal.
Jest jej smutno. Nigdy świadomie nie sprawiłaby mi przykrości, zawsze chce dla mnie jak najlepiej. Oddałaby za mnie życie, a ja bez zastanowienia zrobiłabym to samo dla niej.
— Myślisz, że tego nie wiem? — Wzruszam ramionami. Nie chcę, aby mój dobry nastrój wyparował. Nie, proszę, nie odchodź. Chcę zachować tę namiastkę szczęścia.
— Nie chciałam cię urazić.
Anna splata palce dłoni, głupio jej.
— Wiem. Jest okej. Poradzę sobie z tym.
Uśmiecha się do mnie pokrzepiająco. Chcę powiedzieć jej o wszystkim. Wie tyle, ile powinna. Nigdy nikomu nie mówiłam o wszystkim, co robiłam, gdy zdrada Cartera wyszła na jaw. Już otwieram usta, czuję, że bardzo ogromny ciężar zejdzie mi z piersi, ale w tej samej chwili Harper wpada do garderoby jak cyklon.
Lewa pierś wypadła jej z sukienki i Anna, śmiejąc się, wpycha ją jej z powrotem. Napięcie zostało rozładowane, ale niewypowiedziane słowa zawisły w powietrzu.
W końcu znajduję do ubrania coś, w czym nie będę się czuła jak baleron owinięty sznurkiem. Wybieram czerwoną tunikę z odsłoniętymi ramionami i dżinsy z dziurami na kolanach. Dziękuję ci lycro!
Harper namawia mnie na włożenie szpilek, czego będę później gorzko żałować, ale na razie wydaje mi się, że jestem prawie tak samo ładna jak moje kompanki.
Wychodzimy z mieszkania. Zamykam drzwi na klucz, a ruda podaje mi wściekle czerwoną szminkę i podręczne lusterko. Malujemy się wszystkie. Następnie śmiejąc się jak wariatki, potykając o własne nogi, kierujemy się do windy.
To wtedy natrafiam na wzrok Ryana, który wystawia głowę przez drzwi, zapewne zaintrygowany odgłosami dochodzącymi z korytarza.
Odważna dzięki mieszance wina i trawki, pokazuję mu środkowy palec. Ryan robi minę, jakby nie dowierzał w to, co widzi. Pewnie za moment wybuchłabym śmiechem pełnym triumfu i teatralnej ekscytacji, gdyby nie gest, jaki Ryan kieruje w moją stronę. Palce lewej dłoni układa w niewielkie kółeczko, natomiast palec wskazujący drugiej dłoni szybko wędruje do ów kółeczka. Po chwili go wyciąga i szybko wkłada ponownie. Robi to wielokrotnie. Obrzydliwy gest kopulacji.
Chcę krzyknąć, żeby się odpierdolił, ale Anna ciągnie mnie do windy, drzwi się zamykają i palant Ryan znika mi z oczu.
Nawalone, głośne i chichoczące z Bóg wie z czego, wskakujemy na tylne siedzenie taksówki. Anna podaje nazwę klubu, której już po chwili nie pamiętam.
— Rany, ale ciacho, kto to? — Harper daje mi kuksańca w mój tłusty bok.
Cofam głowę w wyrazie zniesmaczenia i zdezorientowania.
— Kto taki?
— Twój sąsiad!
— Ryan?
— Ten, który chce się z tobą pieprzyć.
Wybucham śmiechem, odchylam głowę w tył, rżę, klepię się w kolana, wyję ze śmiechu tak głośno, że oczy zachodzą mi łzami i chrypnę.
Patrzą na mnie jak na obłąkaną.
— A wy czemu się nie śmiejecie?
— Ja też to zauważyłam. — Anna kiwa głową.
— Ale że co?
— Twój sąsiad ma na ciebie ochotę. — Puszcza mi oko.
Znów chcę się roześmiać, ale zaschło mi w gardle. Marzę o drinku.
— Jeżeli chcecie podbudować moje ego, to nie działa. Musicie wiedzieć, że Ryan to największy palant, jaki chodzi po ziemi. W dodatku to kumpel Cartera.
Harper unosi ramiona.
— No i co z tego? Przecież nikt ci nie zabroni się z nim bzyknąć, nie? A facet ma ewidentnie na ciebie chrapkę, w dodatku to takie ciacho!
— Nie wygaduj bzdur. Ryan nie pała do mnie szczególną sympatią, nigdy nie mieliśmy ze sobą o czym rozmawiać.
— Do TEGO nie potrzeba słów — Harper szepcze mi do ucha i wraz z Anną śmieją się rubasznie.
Szukam odpowiednich słów, by odpowiedzieć w miarę inteligentnie, że to, o czym gadają, jest totalnie porąbane, ale na szczęście nie muszę, bo taksówka zatrzymuje się pod Dream & Drink.
Tłum ustawił się w długim rzędzie, ale Harper zna bramkarza, więc wchodzimy bez kolejki.
Muzyka dudni mi w uszach, światła i neony ćmią wzrok, gdy schodzimy po schodach do podziemi, gdzie mieści się dyskoteka.
Siadamy przy barze. Anna zamawia nam trzy Cosmopolitany. Rozglądam się wokół. Nigdy wcześniej tu nie byłam, to chyba jakiś nowy klub. Dzisiejszej nocy pęka w szwach. Jest tak głośno, że nie słyszę własnych myśli.
Wypijamy drinki dość szybko i idziemy na parkiet. Lubię tańczyć, zawsze lubiłam, wydaje mi się, że wychodzi mi to całkiem nieźle. Dotykam swojego ciała, kręcę tyłkiem, wzrokiem kokietuję facetów i śmieję się w głos. Nie czuję się sobą, ale jednocześnie czuję się tak niesamowicie, że nie mogę przestać udawać tej szałowej Emmy.
Harper kusi jakiegoś brodacza, a ja i Anna wijemy się w tańcu. W przerwie wracamy do baru, na kolejnego drinka.
Siedząc na wysokich stołkach barowych, śmiejemy się z jakiegoś głupiego wspomnienia z dzieciństwa. Anna głaszcze mnie po włosach i co rusz powtarza jak bardzo mnie kocha.
Nagle zamiera i palcem wskazuje za moje plecy. Potem zeskakuje ze stołka i oddala się do wyjścia, informując, że musi zadzwonić.
Odwracam się za siebie skonfundowana i napotykam spojrzenie Ryana. Siedzi tuż obok. Prawie stykamy się kolanami.
Wytrzeszczam oczy. On się śmieje.
— Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha.
— Raczej łajdaka. Śledzisz mnie? — burczę.
— To ostatnia rzecz, na jaką miałbym ochotę. Nie przyszło ci do głowy, że nie wszystko kręci się wokół ciebie?
Jest bezczelny.
Ześlizguję się ze stołka i chcę się oddalić, ale łapie mnie za rękę i ciągnie ku sobie.
— Wypij ze mną drinka.
Mam ochotę roześmiać mu się w twarz. Świdruję go wzrokiem. Jest przystojny. Co ja gadam, jest bardzo przystojny. Ryan to szalenie atrakcyjny facet. Zawsze to wiedziałam, ale był po prostu kolegą Cartera, z którym nie miałam za wiele wspólnego. To bawidamek i dzieciak, ale jest uroczy, gdy tak patrzy teraz na mnie w tym swoim seksownym skupieniu.
Migdałowe oczy, długie rzęsy i usta, które mam ochotę ugryźć. Jest wysoki, dobrze zbudowany, ma ciało atlety. Potrzebuje supermodelki, a nie grubej i zaniedbanej Emmy Jones.
— Może innym razem. — Chcę wyrwać rękę, ale ściska mocniej.
— Nalegam.
Irracjonalizm tej sytuacji sprawia, że parskam. Szukam ukrytej kamery. Ale on patrzy tymi swoimi sarnimi oczami w taki sposób, że mam ochotę powiedzieć to, co ostatecznie mówię. Kapituluję.
— Okej. Piję Cosmopolitana.
Wracam na stołek. Ryan, nie spuszczając ze mnie wzroku, zamawia mi drinka, a sobie piwo. Próbuję odczytać intencje w jego twarzy.
Drwi sobie ze mnie? To jakiś rodzaj zakładu? Litość? A może Carter kazał mu to zrobić? Szpiegować mnie, upokorzyć, by potem naigrywać się ze mnie?
Jestem strasznie nieufna, ale hej, dziwicie się?
Barman stawia przed nami drinki. Natychmiast upijam łyk swojego, aby zagłuszyć niepewność i nienawiść do samej siebie.
— Pierwszy raz cię tu widzę — mówi.
Co za banał.
— Ja ciebie też — odpowiadam równie głupio.
Śmieje się. Kiedy to robi, kolana mi miękną, dobrze, że siedzę, bo już gryzłabym podłogę. Boże, kiedy się śmieje, wygląda niesamowicie. Cudowna powłoka, a w środku taki dupek. Harper miała rację, ciacho z niego. Choć nie lubię tego określenia, nic innego w tym momencie nie przychodzi mi do głowy.
Po chwili przypomina mi się rozmowa z dziewczynami w taksówce i robię się cała czerwona. Czy to możliwe? Naprawdę chciałby mnie bzyknąć? Rany, tak dawno nie uprawiałam seksu, że ta myśl wydaje mi się science–fiction. Jednocześnie moja wyobraźnia zaczyna tak intensywnie pracować, że muszę ściskać uda.
— O czym myślisz? — pyta, bierze łyk piwa i w prowokacyjny sposób oblizuje wargi.
Patrzę na niego jak dziecko na gigantycznego lizaka w sklepie ze słodyczami. Emma, do diabła, weź się w garść!
Kręcę głową.
— O niczym konkretnym.
Upijam następny łyk, bo nie wiem, co zrobić z dłońmi.
— Ładnie wyglądasz.
Serio to powiedział czy mi się wydawało?
— Carter cię nasłał? — pytam bez ogródek.
Ryan unosi obie dłonie.
— Hej! Nikt mnie nie nasłał! Rzadko go teraz widuję — wyjaśnia. — Właściwie wiem tylko, że już się rozwiedliście. Nie widziałem go od miesięcy. Niewiele gadamy, nie kontaktuje się ze mną.
Patrzę na niego podejrzliwie. Przejeżdżam językiem po zębach. Mówi prawdę? Czemu czuje potrzebę, by się tłumaczyć?
— Okej, nie gadajmy o Carterze. Mój były mąż nie zepsuje mi dziś humoru.
— I to mi się podoba. — Ryan uśmiecha się cudnie. — Wypijmy za to!
Unosi swój pokal, a ja swoją szklankę i stukamy się nimi głośno. Pijemy, patrząc sobie w oczy.
Nie wiem, czy zaufam jeszcze jakiemuś facetowi, ale jak na jednorazową przygodę jest idealną opcją.
— Znowu się zamyśliłaś.
— Często chodzisz do takich miejsc? — pytam szybko, by zmienić temat.
— Różnie. Lubię się zabawić od czasu do czasu. Ale jeżeli wydaje ci się, że imprezuję co weekend, to muszę cię rozczarować. — Puszcza do mnie oko w figlarny sposób, aż cała sztywnieję. — Dzisiaj wyciągnęli mnie kumple z pracy. — Wskazuje palcem za mnie i widzę teraz czterech facetów przy stole do gry w bilard. Szczerzą do nas zęby, machają i pokazują uniesione do góry kciuki. Banda troglodytów.
Trochę mi ulżyło, szczerze mówiąc. Nie jest szpiegiem mojego byłego męża, po prostu spotkaliśmy się tu przypadkowo.
Trochę mięknę.
— Sorry za dzisiaj — przepraszam go bez poczucia zażenowania.
— Luz — wzdycha. — Jestem przyzwyczajony, że laski obrzucają mnie wyzwiskami.
Śmiejemy się oboje. Napięcie trochę ze mnie schodzi. Kątem oka widzę zbliżającą się do nas Harper. Ciągnie za rękę swojego brodacza. Jest wniebowzięty na myśl, że pobzyka sobie dzisiejszej nocy.
Harper rzuca mi się na szyję.
— Będę spadać. — Całuje mnie w policzek. Pachnie ziołem zmieszanym z Chanel°5. — Bierz go, nie zastanawiaj się i nie wahaj. Życie jest jedno.
Kiedy odchodzi, Ryan patrzy na mnie z wyczekiwaniem.
— Co ci powiedziała? — pyta wreszcie.
— Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. — Grożę mu palcem.
Wtedy on chwyta mnie za ten palec i ciągnie do siebie. Chwilę patrzy w moją twarz, jakby szukając aprobaty, a potem mnie całuje.
Mój Boże, tak dawno mnie nikt nie całował, że prawie zapominam, jak to jest i jak to się robi. Jęczę pod wpływem naporu jego języka i zatracam się w tym pocałunku bez reszty.
Przestajemy się całować. Moje wargi pulsują, tak samo zresztą jak cipka. Jestem podniecona do granic możliwości.
— Zawsze chciałem to zrobić.
Unoszę brwi w zdziwieniu.
— Serio?
— Nawet nie wiesz, ile razy. No ale byłaś żoną kumpla. Zawsze mi się podobałaś. Przychodziłem do Cartera i obserwowałem cię ukradkiem, gdy robiłaś coś w kuchni lub siedziałaś obok nas i po prostu czytałaś.
Zdumiewa mnie jego wyznanie. I poniekąd rozczula.
— Traktowałeś mnie chłodno — zwracam mu uwagę.
— Dziwisz mi się?
— Co chcesz przez to powiedzieć?
Kręci się niespokojnie na stołku. Myśli gorączkowo nad odpowiedzią. Przeszywa mnie wzrokiem, bierze łyk piwa, drapie się po podbródku, aż wreszcie oświadcza:
— Ujmę to tak: jak tylko cię poznałem, miałem ochotę cię puknąć, ale istnieje coś takiego jak kodeks braterski, jeżeli wiesz, co mam na myśli.
Kiwam głową, że rozumiem. Mam tak przyspieszony puls, że chyba zaraz spadnę z krzesła.
— A teraz? — pytam cicho i przełykam głośno ślinę.
— Co teraz?
— Czy ten kodeks obowiązuje, kiedy kumpel ma już inną?
Uśmiecha się łobuzersko, bo właśnie zaproponowałam coś, co wisiało w powietrzu. W tym samym momencie dostaję esemesa od Anny, że wraca do domu. To jakby znak.
Bez słowa dopijamy szybko nasze drinki. Zeskakujemy ze stołków i kierujemy się w stronę wyjścia. Ryan kładzie mi dłoń na dole pleców, jakby oznaczał terytorium. Cholernie mi się to podoba. Jezu, mam nadzieję, że wszystko to dojdzie do Cartera, cieszę się jak dziecko na tę myśl.
Łapiemy taksówkę i zaczynamy się w niej obściskiwać, niezrażeni obecnością kierowcy. Ryan obejmuje moją twarz i wpija się w moje usta, aż boli. Ja z kolei chwytam go za włosy i kark.
Cudownie smakuje. Jak mieszanka chmielu, wody po goleniu i mięty.
— Paliłaś zioło? — pyta.
Kiwam głową, a on wybucha śmiechem w moich ustach.
Nie mam pojęcia, kiedy dojeżdżamy pod budynek i kto płaci za kurs. Jestem tak zaabsorbowana Ryanem i jego ustami, że nawet nie wiem, czy jest wciąż noc, czy już ranek.
Odrywamy się od siebie tylko na moment, gdy wylewamy się z windy. Szukam w torebce kluczy. Po trzeciej próbie udaje mi się otworzyć te cholerne drzwi. Wpadamy do mojego mieszkania jak huragan. Drzwi się zatrzaskują, Ryan opiera mnie o nie plecami i całuje moją szyję i obojczyki. Chwyta moje piersi przez bluzkę i ściska je mocno. Boże, jak cudownie być pożądaną.
W holu panuje półmrok, za co jestem wdzięczna. Ściąga mi bluzkę przez głowę i odrzuca ją gdzieś w kąt. Jesteśmy zdyszani i spoceni, śmiejemy się i mruczymy. Myślę, że to najseksowniejsze odgłosy świata.
Ryan wkłada palce za miseczkę mojego stanika i delikatnie muska kciukiem mój sutek, aż cały sztywnieje. Wzdycham raz po raz. Jego penis wbija mi się boleśnie w pachwinę.
— Poczekaj sekundę — mówię.
— Co? — odrywa się ode mnie.
Jego wzrok bije pożądaniem, usta są czerwone i nabrzmiałe, a włosy stoją we wszystkie strony. Co za cholernie seksowny facet.
— Muszę do toalety. Za chwileczkę wracam.
Wyrywam mu się, zrzucam szpilki i biegnę na palcach do łazienki. Chcę doprowadzić się nieco do porządku, nim zobaczy mnie taką, jaką mnie Bóg stworzył. Jeny, mogłam się lepiej przygotować. Ale w życiu nie pomyślałabym, że będę miała tej nocy szansę na przygodny seks.
Robię wszystko w zdenerwowaniu i napięciu, wiedząc, że w moim mieszkaniu czeka napalony na mnie facet. Rozczesuję włosy i poprawiam tusz na rzęsach, w pośpiechu depiluję pachy i nogi, nakładam balsam. Ile minęło, pięć, dziesięć minut?
Boję się, że ucieknie, ale muszę być idealna dla niego. Lecę jeszcze do garderoby wcisnąć na siebie coś, co choć trochę uczyni mnie seksowną.
Otwieram drzwi szafy tak gwałtownie, że prawie się przewracam. To przez te cholerne słodkie drinki. Łapię równowagę i się rozglądam. Szukam czegoś, co mogłabym przywdziać po to tylko, by Ryan mógł zedrzeć to ze mnie w ciągu kilku sekund.
Dotykam tkanin, przesuwam wieszaki i gorączkowo proszę w myślach, żeby udało mi się coś znaleźć, i to prędko.
I wtedy TO wpada w moje ręce. Łapię ją z czcią, tiul i koronka przelewają mi się przez palce, błyszczą klejnociki, materiał szeleści i opada na podłogę.
A ja wraz z nim.
Siadam po turecku i ściskam JĄ, jak skarb.
Koronka z motywem liści mieni się delikatnie dzięki koralikom i kryształkom, dopiero teraz zauważam, że kilka ręcznie robionych kwiatuszków 3D ze sztucznego jedwabiu zdążyło odpaść.
Anna powtarzała, że powinnam ją sprzedać, ale ja nie potrafię. Ściskam moją suknię ślubną jak najlepszą przyjaciółkę i wyję. Zagłębiając się w te wspomnienia, robię sobie w tym momencie niewyobrażalną krzywdę, ale nie potrafię przestać.
— Wszystko w porządku?
Wzdrygam się na dźwięk głosu. Już prawie zapomniałam, że tu jest. Wstaję z suknią w dłoniach i nie mam pojęcia, co mogłabym powiedzieć. Patrzy na mnie z nutą przerażenia, ale i współczucia.
— Co robisz? — pyta wreszcie.
— Spadła z wieszaka, gdy szukałam koszulki. To przywołało wspomnienia.
Nie ma sensu kłamać. Widać przecież, że płakałam. Jestem zresztą teraz tak rozbita, że nie potrafię wymyślić żadnego sensownego wyjaśnienia.
— Nadal go kochasz.
To nie jest pytanie.
— Nie! — zaprzeczam, zbyt szybko.
— Wciąż nosisz obrączkę.
Patrzy teraz na mój palec, myśli nad czymś intensywnie. Jest jakby wkurzony, ale i pełen współczucia. A ja nie chcę współczucia. Mam po dziurki w nosie współczujących mi ludzi. Pieprzona obrączka.
— Po prostu nie mogę jej zdjąć.
Wygląda, jakby nie chciał słuchać moich marnych tłumaczeń. Ta sytuacja jest tak żałosna, że chyba nigdy nie było mi tak wstyd.
— Pójdę już — mówi. — Wyśpij się.
Wychodzi z garderoby, a potem słyszę, jak zamykają się za nim główne drzwi. Nie potrafię go zatrzymać.
Stoję jak słup soli, ściskając tę piękną i nieszczęsną suknię i długo myślę nad tym, jakie spustoszenie Carter wywołał w moim życiu. Zostawił po sobie dotkliwe uczucie pustki i drastyczny spadek samooceny.
Nie rozumiejąc do końca, co robię, wkładam na siebie tę cholerną suknię, teraz dwa rozmiary za małą i idę do tego cholernego Ryana. Chyba myślę, że poprawię mu humor, że w ten dziwaczny sposób go przeproszę.
Pukam, a on otwiera na wpół rozebrany, jedynie w dżinsach. Patrzy na mnie, jakbym przyleciała z kosmosu.
— Mogę wejść? — pytam, a on otwiera usta, żeby posłać mnie do diabła. Zanim jednak ma szansę to zrobić, ja po prostu go wymijam i wchodzę do mieszkania, szeleszcząc tiulem.
Wolno zamyka za mną drzwi. Drapie się po uchu, krzywi.
— To co robisz…
Rzucam się na niego i przyszpilam do drzwi, aż uderza o nie głową z łoskotem.
— Sorki — chrypię mu w usta i całuję go żarliwie. Nie opiera się, nie odpycha mnie, za co jestem mu wdzięczna. Wydaje się oddawać pocałunki.
— Zdejmij ją — żąda, ale ja mam ochotę się jeszcze z nim trochę podroczyć. Przestaję go całować. Osuwam się przed nim na kolana. Odgarniam włosy z twarzy i patrzę na niego. Powoli rozpinam guzik jego spodni, a zaraz potem rozsuwam zamek.
Widzę bokserki.
Ryan głaszcze mnie po głowie, drugą rękę opiera na drzwiach.
Nie robię tego pierwszy raz — dzięki Carterowi mam w tym wprawę.
Zsuwam z niego spodnie oraz szorty i biorę go do ręki. Ryan cicho jęczy. Kiedy zaczynam go lizać, jego pojękiwanie robi się głośniejsze, a kiedy obejmuje go ustami, słyszę przekleństwo. Zaciska rękę na moich włosach, nie ponagla. Liżę i ssę, a on oddycha ciężko i przeklina.
— Stop — mówi.
Patrzę na niego.
— Co?
— Przestań — syczy.
Chwyta mnie za ramiona, podnosi i ustawia do pionu. Naciąga bokserki i spodnie, zapina zamek.
— Cholera! — warczy. — Idź już sobie.
— Ryan.
Drga, gdy wypowiadam jego imię. Musi mi wytłumaczyć, czemu nagle zmienił nastawienie.
— Cholera, z tobą jest coś nie tak… nie umiem tego nazwać. — Łapie się za głowę i mierzwi włosy. — Ta suknia… — Wskazuje na mnie dłonią. — Jezu… Po prostu idź już sobie. To… to był błąd.
— Wyrzucasz mnie?
Czuję, jak w moim przełyku zbiera się rozpacz.
— Idź spać, Emma.
Mówi twardo, dobitnie. Otwiera przede mną drzwi. A więc wykopuje mnie jak psa, mimo że przed chwilą miałam w ustach jego kutasa.
Zachowaj dumę Emmo, zachowaj dumę — powtarzam sobie w myślach.
— Jak chcesz — mówię z wysoko podniesioną głową. Unoszę dół sukni i wychodzę. Drzwi zatrzaskują się za mną z hukiem. Te kilka metrów do mojego mieszkania to droga przez mękę, ale daję radę… Nurkuję w swoim lofcie i dopiero gdy zamykam drzwi, gorączkowo zaczynam myśleć o najlepszym sposobie na odebranie sobie życia.
Rozdział 3. Poniżej dna
Czy ta plama na suficie była tu od zawsze? Leżę wyciągnięta na łóżku i gapię się na nią od kilku dobrych godzin. To naprawdę odprężające zajęcie. W dodatku kiedy leżę na plecach, mniej kręci mi się w głowie. Jak tylko próbuję się przekręcić lub podnieść, rzygowiny wypełniają mi gardło.
W nocy przesadziłam z winem. I poprzedniej też. Wydaje mi się, że przedwczoraj także, ale nie jestem pewna. Wszystkie dni są podobne. Zlewają mi się w jeden. Wiem tyle, że dziś sobota. Spojrzałam rano na wyświetlacz telefonu, kiedy go w końcu naładowałam i włączyłam. Ilość nieodebranych połączeń i esemesów mogłaby być zatrważająca, ale mnie jakoś nie rusza. Przeważnie dzwoniła mama, Anna bombardowała wiadomościami. Raz lub dwa dobijała się do drzwi, ale udawałam, że mnie nie ma. W końcu oddzwoniłam, żeby je uspokoić. Wszystko zwaliłam na grypę żołądkową, której nie miałam, ale nie musiały tego wiedzieć. Nie chcę, żeby wpadały tu bez zapowiedzi. Nie chcę, by oglądały syf w moim mieszkaniu i mnie, żywy obraz ludzkiego upadku. Dobrze, że są na tyle zajęte, by nie próbować mnie nachodzić.
Tydzień temu, w sobotę, zaraz po tym jak Ryan wykopał mnie ze swojego mieszkania, próbowałam podciąć sobie żyły. W szale rozpaczy chwyciłam pierwszy lepszy nóż i przycisnęłam ostrze do najgrubszej żyły na nadgarstku. Nigdy wcześniej nie chciałam tego zrobić i nie miałam pojęcia, co wyczyniam. Bolało jak diabli, ale żyły nie przecięłam. Skończyło się na silnym krwawieniu i na bólu stopy, kiedy to ze złością kopnęłam w stół. Ale nie zabiłam się. Nie zrobiłam sobie nawet zbytniej krzywdy. Nic nie umiem zrobić porządnie. Nawet nie potrafię się zabić.
Po tym żałosnym incydencie owinęłam nadgarstek bandażem, przebrałam się w dres i skoczyłam do monopolowego naprzeciwko. Jeżeli nie nóż, to wykończy mnie alkohol.
W poniedziałek rano zadzwoniłam do biura, prosząc o kilka dni urlopu. Moja szefowa to wścibska baba bez uczuć. Dała jasno do zrozumienia, że to nie najlepszy moment na wolne. W związku z tym, że nie wytrzeźwiałam jeszcze po nocnej libacji, wykrzyczałam do słuchawki, że mam dwa miesiące zaległego urlopu i — do kurwy nędzy (by było bardziej dramatycznie) — należy mi się!
Szefowa odparła, że w takim razie nie chce mnie widzieć w biurze w ogóle i trzasnęła słuchawką.
Nie mam pojęcia, czy jeszcze mam pracę.
Po całej tej mało przyjemnej rozmowie wybrałam się do sklepu naprzeciwko, by uzupełnić swoje zapasy wina i słonych paluszków.
Kiedy stałam obok półek z alkoholem i jak rasowy znawca zastanawiałam się, czy lepiej wziąć pięć Moscato półlitrowych, czy może cztery litrowe (była promocja), gdzieś ponad regałami mignęła mi czupryna Ryana.
Dałam nura w dół i modliłam się, żeby już sobie poszedł. Nie rozmawiałam z nim od soboty i szczerze liczyłam, że ten stan rzeczy potrwa jeszcze co najmniej dekadę.
Po tamtym incydencie w sklepie, kiedy musiałam udawać przed zdezorientowaną parą staruszków, że wypadło mi pięć centów, postanowiłam, że będę wychodzić z domu tylko pod osłoną nocy lub wraz ze wschodem słońca. Mniejsza szansa, że spotkam sąsiada. Nie mam pojęcia, w jakich godzinach pracuje i czy nie wziął przypadkiem dnia wolnego. Aż tak ryzykować nie mogę
Facebooka sprawdzam co trzy godziny, a czasem nawet i co dwie. Robię to nałogowo, jak wiele innych rzeczy. Jeżeli Ryan powiedział Carterowi, co zaszło, to Carter i Isabella już szykują jakąś bombę, którą zrzucą mi na głowę. Nie raz wykorzystywali do tego media społecznościowe.
A więc czekam, a to czekanie mnie wykańcza. Dobrze, że jest wino, przynajmniej na jakiś czas zagłusza te lęki.
Więc jak teraz wygląda mój standardowy dzień? Około czwartej nad razem idę po wino, kupuję dwa, na dzień i na wieczór. Czasem zdarza mi się wypić oba w ciągu dnia, więc idę raz jeszcze, w nocy, coś koło pierwszej. Często do koszyka dorzucam słone paluszki, ale już mi zbrzydły.
Śpię popołudniami. Piszę do Anny i do mamy, zachowując pozory. Udaję, że chodzę do pracy.
Nie licząc paluszków, od soboty do wtorku nic nie jadłam. W środę z głodu boli mnie żołądek, więc zamawiam dużą pizzę na grubym cieście z mnóstwem dodatków. Pochłaniam ją w ciągu piętnastu minut. Wieczorem zamawiam jeszcze jedną, taką samą. W czwartek przychodzi czas na falafele, a w piątek króluje McDonalds. Na sobotę zaplanowałam chińszczyznę. To dzisiaj.
Aaa, właśnie, powinnam wstać i zamówić sobie to żarcie, ale zabójczy kac unieruchomił mnie w łóżku. A więc leżę i gapię się na tę pieprzoną plamę na suficie wielkości paznokcia. A może już mam zwidy? Może jej tam wcale nie ma?
Jezu, ale mi się chce pić. Niemiłosiernie.
Głaszczę się po brzuchu, tłustym i nabrzmiałym. Chryste, chyba capię. Próbuję przypomnieć sobie, kiedy ostatnio brałam prysznic. Wtorek? Środa? Jest sobota, więc nie wiem, czy to aż tak źle.
Gdzieś w głębi mieszkania rozbrzmiewa moja komórka, ale w końcu cichnie. Chyba zasypiam. Kiedy otwieram oczy, na dworze zmierzcha. Plama na suficie zniknęła. Szkoda, będę za nią tęsknić.
Ciągnę plecy, aby usiąść. To wyczyn porównywalny ze wspięciem się na Mount Everest. Matko, prawie zapomniałam, jak to jest siedzieć. Pięściami przecieram oczy i gapię się przez okno, na zachodzące słońce. Chyba jest dziś ciepło, ale ja wolę kisić się w swoim nieposprzątanym mieszkaniu.
Opuszczam stopy na podłogę i z wolna wstaję. Potrzebuję wsparcia, ale nikt nie leci, żeby podać pomocne ramię.
Rozciągam się. Burczy mi w brzuchu, przegapiłam dzień z chińskim żarciem. Jedzie mi z ust, czuję, jakbym zjadła kapcia.
Człapię do kuchni, głowę trzymam nisko, bo ćmi. Jestem tylko w bieliźnie, na dodatek brudnej i poplamionej, ale kto by się przejmował.
Zwinnie omijam kawałki szkła rozrzucone po korytarzu po tym, jak stłukłam lustro, gdy już nie mogłam na siebie patrzeć.
Chwytam za szklankę i nalewam sobie wody z kranu. Piję łapczywie, a potem nalewam jeszcze jedną. Opieram się swoim tłustym tyłkiem o zlew i obserwuję pobojowisko w kuchni i salonie. Jest mi tak smutno, że chyba zaraz się rozpłaczę. Moje kochane mieszkanie, najwspanialsza rzecz, którą mam, wygląda jak melina. Naczynia piętrzą się w zlewie, na szafkach i na stoliku obok kanapy. Muchy obsiadły resztki jedzenia walające się po podłodze. Puste pudełka po pizzy i styropianowe opakowania po daniach na wynos leżą wszędzie, tworząc swoisty tor przeszkód. Ale najwięcej przestrzeni wypełniają butelki po winie. Wszystkie są puste. A ja naprawdę to wszystko wypiłam.
Dzwoni telefon. Zbieram się jedynie na to, by spojrzeć kto to, ale nie odbieram.
Anna.
Oddzwonię do niej wkrótce. Najpierw muszę doprowadzić się nieco do ładu, aby mój głos brzmiał swobodnie i przekonująco.
Szukam w lodówce wina, ale nie mam już ani butelki. Ogarnia mnie lekka panika. Jest dopiero dwudziesta, nie mogę teraz wyjść. Muszę zająć czymś czas, może szybko minie te kilka godzin.
Odpalam Facebooka. Zaglądam na profil Cartera. Nic o mnie. Czy to cisza przed burzą? Ostatni post jest z wczoraj. Umieścił wymowne zdjęcie trzech agrafek — dwóch dużych obok siebie i trzeciej, malutkiej, w środku jednej dużej. A więc ogłosili światu radosną nowinę. Posypały się gratulacje i serduszka.
Rzygam tęczą.
Harper pisze do mnie wiadomości na Messengerze, ale udaję, że ich nie odczytuję. Kilka dni temu, nie pytając mnie o zdanie, wrzuciła na swoją tablicę zdjęcie naszej trójki z sobotniej imprezy. Dwie supermodelki i hipopotam. Okropnie wyszłam na tym zdjęciu, w pierwszym odruchu chciało mi się wyć, kiedy zobaczyłam swoje tłuste uda i odstający brzuch. Ciekawa jestem, co myślą teraz o mnie znajomi, bo oczywiście zostałam oznaczona przez Harper (gdy zauważyłam zdjęcie, zadzwoniłam do niej z żądaniem, by usunęła niechlubną fotkę lub chociażby znacznik, ale mleko się wylało). Teraz już każdy wie, jak Emma Jones strasznie się zapuściła i plotkują o tym co ten rozwód z nią zrobił.
Wchodzę w wyszukiwarkę i wpisuję „jak szybko schudnąć”, ale żadna dieta ani żadne ćwiczenia mnie nie przekonują. Brak mi siły, samozaparcia i motywacji, by iść pod prysznic, a co dopiero zrobić zakupy na dziale ze zdrową żywnością, ugotować coś sobie czy iść na rower.
Z hukiem zatrzaskuję laptop i odrzucam od siebie jak zarazę.
Jest dwudziesta pierwsza. Za wcześnie, by wynurzyć się z nory. Słyszę szmery na korytarzu. Na palcach podchodzę do drzwi i przystawiam oko do wizjera. Wstrzymuję oddech. Czuję się prawie jak w kinie, kiedy to podekscytowany widz czeka na rozwój wydarzeń.
Widzę Ryana. Wciąż czuję rozgoryczenie i wstyd na wspomnienie tego, co się między nami wydarzyło. Wiem, że jeżeli kiedyś wreszcie dojdzie do naszego spotkania, nie będę w stanie spojrzeć mu w oczy.
Dobrze wygląda. To szalenie atrakcyjny facet i jeżeli sądziłam, że naprawdę mu się podobam, to chyba musiałam upaść na głowę. Doskonale wiem, jakie kobiety mu się podobają, jedna z nich właśnie stoi przed moimi drzwiami.
Oczywiście, że wygląda jak supermodelka, a jakżeby inaczej. Pasują do siebie. On wysoki, mocno zarysowana szczęka, mnóstwo mięśni. Ona długie platynowe włosy, kiecka ledwo przykrywająca uda i duży, sztuczny biust. Taka młodsza wersja Isabelli. Nie dostrzegam jej twarzy, bo Ryan przykleił się do jej ust i zaraz ją pożre.
Obserwuję tę scenę z rosnącym uczuciem zażenowania, nienawiści do samej siebie, obrzydzenia, ale i… podniecenia. Głupio się przyznać, ale oddałabym wszystko, żeby być teraz na jej miejscu.
Kiedy Ryan na chwilę przestaje całować cycatą blondynę, odnoszę wrażenie, że przez ułamek sekundy gapi się wprost na moje drzwi, wprost na mnie… Jakby miał szósty zmysł, domyślał się, że ich podglądam.
Chwyta lafiryndę za rękę i znikają w jego mieszkaniu. Chyba celowo tak głośno trzasnął drzwiami.
Odrywam się od wizjera, koniec przedstawienia. Ocieram palcami łzy zebrane w kącikach. Zaczynam biegać po mieszkaniu, narzucając na siebie pospiesznie dres, szukam trampek, swojej czapki z daszkiem i karty płatniczej. Wszystko leży tam, gdzie nie powinno i zaczynam się denerwować. Muszę się pospieszyć, wykorzystać okazję, że Ryan ma teraz szybki numerek i co najmniej przez pół godziny nie wynurzy się ze swojego loftu.
Sapię jak po maratonie, gdy wiążę włosy w niedbałą kitkę, wciskam czapkę i wychodzę z mieszkania. Nie zamykam drzwi na klucz, szczęk zamka mógłby zrobić zbyt duży hałas. Korci mnie, aby przystawić ucho do drzwi sąsiada, ale w ostatniej chwili moja roztropna strona daje kopa tej psychicznej i się opamiętuję. Na palcach mijam drzwi Ryana i zbiegam po schodach, mając w nosie windę.
Wypadam z budynku.
Szybko.
Przez ulicę.
Głowa nisko.
Czapka naciągnięta.
Idź przed siebie.
Na nikogo nie patrz.
Oddychaj.
Boże, ale ciepło. Jest początek czerwca. Pocę się jak szczur w swoim welurowym dresie, który już i tak wcześniej cuchnął potem.
Już widzę szyld monopolowego.
Jeszcze kilka kroków.
Nie patrz na ludzi.
Oddychaj.
Trzy.
Dwa.
Jeden.
Popycham drzwi i wchodzę. Dzwonek nad drzwiami obwieszcza moje przybycie. W sklepie jest trochę ludzi, ale nikt nie zwraca na mnie uwagi. Dla świata stałam się niewidzialna. Nie ma we mnie nic, co mogłoby przykuć uwagę.
Biorę koszyk i idę alejką na dział monopolowy. Butelki z winem stoją w swoim standardowym miejscu, uff, przynajmniej to coś stałego w mojej marnej egzystencji. Coś, co mnie nigdy nie zawiedzie.
Pakuję trzy do koszyka. Jestem niemal pewna, że babka obok gapi się na mnie kątem oka. Sztywnieję. Dla niepoznaki dorzucam do koszyka trzy paczki chipsów, słone paluszki, puszkę orzeszków w karmelu i kiełbaski grillowe. Niech pomyśli, że szykuje mi się dobra impreza, a nie picie do lustra.
Kasjer jednak zna moją tajemnicę. Jestem tutaj codziennie, a czasem i po kilka razy. Dzień w dzień kasuje moje wino. Patrzy na mnie znudzony i podejrzliwy. Pewnie myśli, że jestem pijaczką albo mieszkam na ulicy. A niech myśli, co chce. Mam to w nosie. Pokazałabym mu język, lecz boję się, że następnym razem odmówi mi sprzedaży.
Pakuję zakupy do plastikowej torby, płacę kartą, dziękuję za paragon i zawijam się do drzwi. W sklepie jest klimatyzacja, ale potem przesiąkłam już na wylot.
Głowa nisko. Teraz prędziutko w stronę wyjścia. Ciągnę za drzwi, dzwoneczek daje o sobie znać. Z impetem wpadam na kogoś, kto właśnie próbował wejść do środka. Butelki w mojej siatce brzęczą głośno. Wojowniczo unoszę głowę z zamiarem wywołania karczemnej awantury, ale w tej samej chwili zamieram.
Ryan.
Boleję nad tym, że życie nie obdarzyło nas w podręczną zapadnię i dźwignię, z których moglibyśmy korzystać w takich oto sytuacjach. Jeden ruch dźwigni i poleciałabym w dół, znajdując najlepsze rozwiązanie dla tej masakrycznie krępującej sytuacji.
Nie ma co, szybko skończył.
Jest bardzo zaskoczony, że mnie widzi. A może raczej jest zaskoczony tym, co widzi. Nagle zaczynam żałować, że nie włożyłam mniej poplamionego dresu i nie zrobiłam choćby delikatnego makijażu. Mogłabym też umyć zęby.
Robię się czerwona jak burak. Przybieram groźną minę, aby myślał, że to ze złości.
— Cześć — mówi.
Oczy mu się zwężają, ma zmarszczone brwi i czoło, lustruje mnie od stóp do głów. Nie podoba mu się widok.
Odpowiadam mu cichym pomrukiem, nie wiem, czy wymawiam jakieś konkretne słowo. Chcę go ominąć, ale chwyta moją rękę w zgięciu łokcia. Zerka na moją reklamówkę, ponownie się marszczy, a potem wbija spojrzenie w moją twarz. Nie potrafię odczytać jego emocji. Triumf? Współczucie?
— Wszystko u ciebie dobrze?
— Tak — odpowiadam szybko. — Czy możesz mnie puścić?
Nie robi tego od razu, jakby wahał się, czy to dobry pomysł. Dopiero klienci zmuszają go, by przestał blokować drzwi.
Wychodzimy na zewnątrz. Pot spływa mi po twarzy, muszę się cała świecić. Moja bluza ocieka wodą. Ludzie się gapią. Myślą, czemu ten półbóg gada z tą menelką? Chce poratować ją drobnymi?
— Proszę, puść mnie — syczę cicho, zaciskając zęby. Wbijam w niego twarde, ponaglające spojrzenie. Wtedy puszcza moją rękę.
— Chcę cię przeprosić. Za tamto — precyzuje. — Wszystko u ciebie dobrze? Pukałem do ciebie kilka razy, ale nie otwierałaś.
— Nie przyszło ci do głowy, że mogłam być w pracy? — rzucam szorstko.
Coś czuję, że mi nie wierzy. Patrzę tęsknie na drzwi budynku kamienicy po przeciwnej stronie ulicy. Odczepi się, czy nie?
Spogląda na moje zakupy. Słyszał już, co jest w torbie.
— Szykuje się impreza?
Wzruszam ramionami.
— Zobaczymy — odpowiadam tajemniczo. Nie mam zamiaru mu o niczym mówić.
— Słuchaj, chciałbym z tobą pogadać. Mogę przyjść wieczorem?
Mrozi mnie to pytanie. Wieczorem będę spała, zalana w trupa lub rozłożona przed TV pochłaniała zbyt dużą ilość śmieciowego żarcia.
— To nie jest najlepszy pomysł. Muszę iść.
Odchodzę.
Szybko.
Prędko.
Do drzwi.
Jestem pewna, że nie wszedł do środka i że się na mnie gapi. Ale nie mam zamiaru się odwrócić. Nie mogę.
Dopiero w chłodnym hallu kamienicy zaczynam normalnie oddychać, bo całą drogę przez ulicę pokonałam na wdechu. Łzy cisną mi się do oczu.
Tutaj już mnie nie dostrzeże, więc patrzę przez przeszklone drzwi na sklep. Ryan zniknął. Pewnie poszedł po gumki czy coś.
Biegnę po schodach na górę tak szybko, że łapię zadyszkę i kaszlę. Dopadam do drzwi, popycham je i ostatkiem sił wlatuję do mieszkania.
Mojej oazy.
Zatrzaskuję drzwi biodrem. Zamykam zamek dolny, następnie górny. Jestem bezpieczna.
Nikt mnie nie będzie oceniał.
Nikt nie będzie się ze mnie śmiał.
Pastwił się nade mną.
Naigrywał się.
Ściągam przez głowę bluzę, rzucam ją na podłogę i sięgam do siatki po Moscato. Kiedy otwieram wino korkociągiem, cała drżę. Spotkanie z Ryanem kompletnie mnie rozbiło i wytrąciło z równowagi.
Korek głośno wyskakuje z butelki, biorę ze stolika brudny kieliszek i nalewam sobie po brzegi. Biorę sowity łyk. Wyrzuty sumienia przetaczają się przez moje ciało. Zaczynam się krztusić. Oczy wypełniają się łzami, kaszel nasila tak bardzo, że alkohol wypływa z moich ust niekontrolowanym chlustem. Wino ścieka mi po brodzie, wylewa się na dekolt i stanik.
Drżącymi dłońmi odstawiam kieliszek na blat i wpycham sobie pięść do ust. Potężne emocje szturmują moje myśli — rozgoryczenie, samotność, żal. Zawodzę tak, że aż sama się siebie boję. Zanoszę się płaczem głośno, przygryzam palce, a moja klatka piersiowa unosi się i opada z prędkością pociągu Express Intercity. Krztuszę się, ale już nie winem, ale bezsilną wściekłością, która wzbiera mi się w gardle. Czuję się tak przybita, że chyba zaraz postradam zmysły.
Co ja sobie robię? To nie jest dno. To jest poniżej dna. Moje życie stało się tak żałosne, że nawet współczucie wydaje się teraz nie na miejscu. Tu nie ma czego współczuć. Trzeba opłakiwać tę marną egzystencję. Jeżeli umrę, na moim nagrobku wyryją: Emma Jones. Stoczyła się na własne życzenie.
Zrzucam z siebie spodnie. Biegnę do łazienki. Odkręcam kurek, zdejmuję resztę i zamykam drzwi kabiny. Ściągam gumkę z włosów i wkładam głowę wprost pod mocny strumień lodowatej wody. Krzyczę, ale się nie odsuwam.
Kładę dłonie na ścianie kabiny i stojąc w rozkroku, pozwalam, aby woda zimna jak lód zadawała mi ból. Nie potrafię hamować płaczu. Nie jestem silna, kiedyś wydawało mi się, że jestem, ale nic bardziej mylnego. Jestem najmniej silną osobą na świecie.
Moim ciałem wstrząsają dreszcze i spazmatyczny szloch. Jakim cudem znalazłam się w takim momencie mojego życia? Czemu to wszystko sobie zrobiłam? Dlaczego dopuściłam, do tego, aby do mojego życia wkradł się mrok i zwątpienie?
Zaczynam panować nad oddechem. Biorę kilka głębokich, łapczywych wdechów, łzy przestają cieknąć. Powoli zmieniam wodę z lodowatej na letnią, następnie na bardzo ciepłą. Namydlam się. Biorę szampon i szoruję skołtunione włosy. Pachnie cudownie, aż kręci mi się w głowie. Ta kąpiel daje mi dziwny spokój. Powoli rozluźniam się, myjąc i depilując ciało. A kiedy myję zęby, uśmiecham się sama do siebie.
Klik i w mojej głowie następuje przełomowa chwila. To jeden z takich momentów, kiedy postanawiamy przewartościować swoje życie.
Wciąż stojąc pod prysznicem, analizuję wydarzenia ostatnich kilku tygodni. Co roku w USA rozwodzi się około pół miliona par. A więc nie ja pierwsza, nie ostatnia. Zostałam zdradzona i porzucona, ale przecież nie zostałam z tym sama. Nie jestem samotnym rozbitkiem na środku oceanu. Mam rodzinę i przyjaciół, pracę (chyba) i ukochane mieszkanie. Mogę robić zdjęcia. Jestem zdrowa i uważam się za inteligentną osobę. Gdyby nie moje skłonności do popadania w przeróżne doły, byłoby mi naprawdę czego zazdrościć.
Mam jednak złamane serce i tu jest chyba pies pogrzebany. Przez to popadłam w te wszystkie skrajności, depresję, otyłość, uzależnienie od słodkich trunków.
Złamane serce to złamane serce. Wciąż kocham Cartera. Nie jest łatwo skleić duszę, którą ktoś rozerwał na kawałki.
Ale będę się starać.
Obiecuję.
Zakręcam wodę. Spędziłam pod prysznicem tyle czasu, że moja skóra jest pomarszczona jak orzech włoski, a gdy wychodzę na zimną posadzkę, trzęsę się jak nowo narodzone źrebię. Wycieram się ręcznikiem i narzucam na siebie szlafrok.
Czuję się uskrzydlona. Nabuzowana. Gotowa na zmiany. Już nigdy więcej nikt nie zobaczy mnie w stanie kompletnej rozsypki. Będę to powtarzać jak mantrę.
Widok pobojowiska, jakie urządziłam w swoim mieszkaniu łamie serce, ale nie zraża mnie. Zakasuję rękawy. Na pierwszy ogień idzie wino, którego nie zdążyłam wypić. To nie tak, że te butelki to zło wcielone. Nawet nie wiecie, jaką mam ogromną ochotę, aby je opróżnić co do kropli. Ale nie robię tego. Odkorkowuję wszystkie i niosę do zlewu, gdzie, jedna po drugiej, wylewam ich zawartość. Patrzę w hipnozie, jak wino wiruje w odpływie, a w powietrzu unosi się zapach fermentowanych winogron.
Nagradzam się brawami. Nie jest to może jakiś szczególny wyczyn, ale to naprawdę dobry początek.
Pukanie do drzwi.
Sztywnieję jak przestraszony kot. Kto to u licha może być? Jeżeli to Ryan, to mam przesrane. Jest ostatnią osobą na tej planecie, z którą mam ochotę rozmawiać. Tyle że on chce rozmawiać. Sam tak powiedział. A co, jeżeli spełnił właśnie swoją groźbę i przyszedł na sąsiedzką pogawędkę? Ta myśl mnie paraliżuje.
Na palcach idę pod drzwi i przytykam oko do judasza.
To Anna.
Gula staje mi na gardle. Cholera. Kiedy puka ponownie, podskakuję i łapię się za serce.
— Em, otwórz! — nakazuje zniecierpliwiona. — Wiem, że tam jesteś!
Oszołomiona rozglądam się naprędce po mieszkaniu. Wygląda jak po ataku bombowym. Anna nie może tu wejść. Nie da mi żyć, zasypie gradem pytań i dobrymi radami, które mnie wykończą. Ale posprzątać nie zdążę.
Muszę udawać, że mnie nie ma, więc wycofuję się z salonu. Pukanie do drzwi przeistacza się w walenie. Kurde, jest wkurzona. Wkurzona Anna to piekło na ziemi. Lepiej omijać z daleka.
— Otwieraj, słyszysz?!
To rozkaz godny generała.
Ale przecież mnie nie ma.
Nie ma mnie.
Skradam się do garderoby, modląc się, by panele podłogowe nie zaskrzypiały. Siadam na podłodze pod ścianą i na wdechu czekam, aż sobie pójdzie i przestanie łomotać w drzwi.
Wtedy dźwięk telefonu podrywa mnie na nogi. Kładę dłonie na piersi. Doprowadzi mnie do zawału. Telefon milknie, pozostawiony gdzieś w kuchni, a Anna już wie, że jestem w domu.
I co z tego? Ja nadal idę w zaparte. Nie wpuszczę jej, nie ma opcji. Mogę przecież spać? Albo wyszłam bez komórki?
Puka jeszcze raz lub dwa, nawołuje mnie. Jest wściekła, już nie tylko wkurzona. Mogę tylko dalej brnąć w tę szopkę, w nadziei, że podda się i po prostu odejdzie.
Ale w tej samej sekundzie, w której zdążę pomyśleć, że chyba mi się upiekło, moje serce zamiera. Słyszę szczęk otwieranego zamka.
Dupa blada.
Zapomniałam.
Anna ma zapasowe klucze.
W odruchu ostatniej szansy na ratunek rozglądam się po garderobie w poszukiwaniu kryjówki. Zaczynam tak panikować, że aż się cała trzęsę. Drzwi trzaskają. Anna jest w środku. Chyba zaraz wybuchnę płaczem. Biegam na palcach w kółko, jak mysz uciekająca przed miotłą.
Dobra, muszę się z tym zmierzyć. Poprawiam szlafrok i wychodzę z pokoju. Napotykam jej spojrzenie. To jest taka chwila w życiu człowieka, że wstydzi się on swojego przyjścia na świat. Nie przesadzam. Tak się właśnie czuję. Anna powoli kręci głową, omiatając spojrzeniem kuchnię i przedpokój. Marszczy lekko brwi i ściąga usta. Potem znów gapi się na mnie.
— Jezu — mówi tylko.
Mam ochotę rzucić się w wir sprzątania, ale przecież nie ma to teraz najmniejszego sensu, mleko już się wylało. Że też akurat musiała przyjść w chwili, gdy postanowiłam przewartościować swoje życie.
Wolno zbliża się do mnie, jakby bała się, że mnie spłoszy.
— Och, Em.
Wzdycha.
Ramiona mi opadają.
— Co? — pytam nieśmiało.
Anna nie ocenia, nigdy tego nie robi. Ona naprawdę stara się zrozumieć. Wie, co się ze mną dzieje. Zrozumiała to w chwili, gdy weszła do mieszkania. Wystarczył rzut oka na puste butelki, rozbite lustro czy na mnie.
— Twój sąsiad napisał do mnie na Facebooku. Widział cię w sklepie.
Jak następnym razem spotkam Ryana, walnę go w gębę.
Dotyka moich ramion, gładzi je i pociera. Napotyka mój wzrok. Jest ode mnie niższa i drobniejsza, ale gdy tak na mnie patrzy czuję się malutka.
Wreszcie mówi:
— Porozmawiaj ze mną.
A kiedy wypowiada te słowa, tama pęka. Zaczynam zawodzić. Bierze moje ręce i przyciąga do siebie, a za chwilę już tuli i kołysze mnie w swoim ramionach.
— Em, proszę cię, powiedz, co się dzieje. — Nie odpowiadam. Mam wrażenie, że każde wypowiedziane przeze mnie słowo pozbawi mnie resztek sił. — Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?
Musi czuć, że wzruszam ramionami. Czemu nie powiedziałam, że przechodzę załamanie nerwowe? Czemu nie powiedziałam, że spieprzyłam swoje życie, nie widzę szansy na jaśniejsze dni i chciałam ze sobą skończyć?
Może dlatego, iż łudziłam się, że to przejściowe. Nie jest fajnie, gdy ktoś widzi cię na skraju załamania, kiedy użala się nad tobą, a jedyne co widzisz w jego oczach to politowanie.
Wdycham zapach cytrusowych perfum Anny i długo nic nie mówię. Kiedy wreszcie, po niecodziennie długiej chwili, unoszę głowę, zawiadamiam jedynie, że muszę się ubrać. Idzie ze mną do garderoby, zapach jej perfum rozchodzi się po całym mieszkaniu, wchodzi pod meble, w kąty, przesiąkają nim poduszki, dywany i zasłony. Nie tylko pachnie pięknie, ale również tak wygląda. Anna nigdy nie miała problemu ze swoją atrakcyjnością, w przeciwieństwie do mnie. Ma świadomość swojego ciała i swojego seksapilu. Urodziła dziecko, była rok na macierzyńskim, a ja nigdy nie widziałam jej z nieumytymi włosami, czy odpryśniętym lakierem na paznokciach. Nie ma co, Anna udała się rodzicom. Sama chciałabym mieć taką córkę, jeżeli kiedykolwiek doczekam się dzieci.
Otwieram szafę i od niechcenia przesuwam wieszaki, wiedząc, że i tak nic z tego nie włożę, bo po prostu się nie zmieszczę. Kątem oka widzę, jak Anna podnosi z ziemi moje brudne łachy i zaczyna je składać. Wzbiera się we mnie frustracja.
— Zostaw — mówię chłodno, odwracając się do niej.
— Ja tylko… — nie dokańcza. Odkłada naręcze ubrań na komodę i zastanawia się, co zrobić z rękami. Kręci głową, jakby chciała pozbyć się jakichś myśli.
— Śmiało.
Spogląda na mnie pytająco, ze zmarszczonym czołem.
— Co?
— Wiem, że chcesz coś powiedzieć, więc wal śmiało. Kawa na ławę.
Anna splata palce dłoni i wykręca je tak, że aż mnie boli.
— Skoro o kawie mowa — odzywa się wreszcie. — To może napijemy się kawy i pogadamy, co? Ja zaparzę.
Unoszę ramiona i milczę niewzruszona. Wszystko mi jedno. Anna kiwa głową i wychodzi z garderoby, a ten cholerny cytrusowy zapach zostaje ze mną. Pospiesznie wkładam dres, jedyną czystą rzecz, w którą wlezie mój tyłek.
Wracam do kuchni, a właściwie do salonu, który jest połączony z aneksem kuchennym. To duża przestrzeń, która za czasów małżeństwa z Carterem była świadkiem wielu szalonych imprez. Przesuwaliśmy kanapę i szafkę RTV pod ścianę, tworząc miejsce do tańczenia, a nasi goście uwielbiali sączyć drinki, stojąc przy oknach, które zajmują całą ścianę. Właściwie to nie okna, a po prostu przeszkolona ściana, jeden wielki kawał szkła sięgający od podłogi aż do sufitu. Carter, kiedy się nudził, miał w zwyczaju gasić światło w salonie, podnosić roletę do końca i pieprzyć mnie od tyłu na tej szybie. Opierałam dłonie na szkle, wypinałam mu tyłek, a jego jarała myśl, że ktoś może nas zobaczyć.
Lubiłam, gdy mnie tak pieprzył. Za widok z tego okna można się pokroić. Choć mieszkam we Flushing, to bez trudu widzę stąd Empire State Building czy Chrysler Building.
Anna nastawia czajnik. Myje kubki, wyciera je ściereczką i nasypuje do nich kawę. Wiem, że ma ochotę umyć pozostałe naczynia, ale wyraz mojej twarzy ją powstrzymuje. Siadam przy kuchennej wyspie i walczę z chęcią posprzątania wszystkich butelek po Moscato, które tworzą w tej chwili osobliwy wystrój tego mieszkania. Ale nie robię tego. Nie chcę, aby pomyślała, że robię to tylko dlatego, bo się zjawiła. Zresztą i tak widziała już wszystko. Zajrzała do najintymniejszego zakamarka mojej duszy.
Siada naprzeciw mnie i chce chwycić moje dłonie, ale je cofam. Wzdycha. Rozmasowuje sobie czoło, jest bardzo spięta.
— Dlaczego sobie to robisz? — pyta.
— Co sobie robię? — rzucam oschle.
— Em… — Rozgląda się po salonie.
— Nazywaj rzeczy po imieniu — syczę.
— Upijasz się i obżerasz. Nie chodzisz do pracy. — Anna kręci się na krześle, jakby swędział ją tyłek. Widzę, że na swoim nieskazitelnym błękitnym kaszmirowym sweterku ma paproch i przez chwilę nie mogę się skupić na niczym innym, jak na tym durnym okruszku. Anna zdaje się kompletnie go nie zauważać.
Unoszę głowę.
— Skąd wiesz, że nie chodzę do pracy?
— Bo tam dzwoniłam. — Wzdycha. — Twoja przełożona powiedziała, że odeszłaś.
— Nie odeszłam! — Podnoszę głowę i prostuję plecy.
A może jednak? Odtwarzam w głowie rozmowę z szefową. Była wściekła i rzuciła słuchawką. Zwolniła mnie? Ja się zwolniłam? Nie potrafię tego rozgryźć, to zbyt trudne. Teraz przynajmniej wiem, na czym stoję. Fantastycznie, jestem już nie tylko porzucona, gruba i niechlujna, do tych zacnych tytułów doszło jeszcze bezrobotna.
Bezrobotna, fajnie brzmi, w średniowieczu miałabym przydomek Emma Bezrobotna.
Próbuję ustalić w myślach, na ile miesięcy przetrwania wystarczy mi kasy, gdy Anna zaczyna podnosić głos.
— Co? — sapię z frustracją.
— Mówię do ciebie.
— Acha.
— Em — jej głos łagodnieje. Tym razem udaje jej się uchwycić moją dłoń i trzyma ją w stalowym uścisku. — Chcę ci pomóc. Pogadaj ze mną.
— Przecież gadamy, nie?
Anna jest na granicy łez.
— Czemu to sobie robisz, Em? Czy Carter jest wart tego wszystkiego?
Kręcę głową.
— Nie rozumiesz.
— A więc mi wyjaśnij.
— Ann… Carter będzie miał dzidziusia — mówię głosem, którego nie poznaję.
— Och Em… tak strasznie mi przykro… Ale to nie powód…
Gotuje się woda, więc Anna wstaje, by zalać nasze kubki. Obserwuję ją, jak z gracją miesza kawy łyżeczką, dolewa do nich mleka i wrzuca po kostce cukru. Czy naprawdę musi robić wszystko tak cholernie idealnie?
Stawia kawę przed moim nosem i siada. Odsuwam od siebie kubek, tak naprawdę to nie mam ochoty na kawę.
— Co się wydarzyło? Byłaś taka inna w klubie, myślałam, że wychodzisz z dołka. Świetnie się bawiłaś, co nie? A więc co się stało? Dlaczego taki nagły zwrot? Naprawdę to wszystko przez Cartera? — Znów rozgląda się po mojej melinie, a ja mam ochotę usztywnić jej kark, aby tego nie robiła. Pod kanapą leżą moje brudne majtki, zauważyła je? Oby nie.
— Nic się nie wydarzyło. — Jednak sięgam po kawę, bo nie wiem co mam zrobić z rękami, strasznie mi się trzęsą. — I nic się nie dzieje. To jakaś chwilowa słabość. Ale już jest okay — zapewniam ją.
— Chwilowa słabość? — Nie dowierza. — Em, znalazłaś się w jakiejś dolinie rozpaczy. Carter to przeszłość, w dodatku skończony fiut. Nie powinnaś sobie tego robić z powodu kogoś takiego.
Biorę łyk kawy. Jest okropna, Anna chyba zapomniała, że słodzę dwie kostki.
— Skończyłaś? — Gniew przenika każdy skrawek mojego ciała.
— Dopiero zaczęłam — odparowuje chłodno.
Cholerny paproch spadł z jej swetra i teraz muszę spoglądać w jej oczy. Są stalowoniebieskie, moje mają cieplejszą barwę i zawsze jej zazdrościłam tych ślepi. Ona za to powtarzała, że ma zbyt duży nos, a moje usta są większe i pełniejsze niż jej. Zdarzało się, że czasem mi czegoś zazdrościła, nie mam pojęcia dlaczego. Dla mnie jest idealna pod każdym względem.
— Miałam gorsze dni, ale już minęły. Biorę się w garść — zapewniam. — Chciałam posprzątać, naprawdę.
Trochę się rozluźnia. Ale po chwili znów atakuje:
— Nie możesz przeżywać tego sama. Zawsze mi o wszystkim mówiłaś, co się zmieniło? Wiesz, że możesz się do mnie zwrócić z każdym problemem. Nie chcę się dowiadywać od twojego sąsiada, że dzieje się z tobą coś złego.
Ryan, podła menda, zdrajca. Na samą myśl o nim krew krąży mi szybciej w żyłach. Anna coś tam wciąż klepie, ale nie chce mi się jej słuchać, bo brzmi to jak jazgot. Macham ręką przed jej twarzą, jakbym bardzo chciała ochronić się przed jej słowami. Bardzo to niegrzeczne, ale mam to gdzieś. To moja siostra, kiedyś mi wybaczy.
— Skończ już biadolić. — Wywracam oczami. — Mówiłam, że sobie poradzę, więc odpuść. Jestem dużą dziewczynką, nie musisz mi matkować.
— Ciesz się, że to nie matka tu siedzi — wypowiada przez zęby i jest niemal groźna.
Ma rację, wzdrygam się na myśl, że mama mogłaby zobaczyć mnie i mieszkanie w takim stanie. Nie dałaby mi żyć przez bardzo długi czas. Bardzo długi.
— Nie lubię po prostu takich najść, następnym razem się zapowiedz. — Zdaję sobie sprawę, że jestem dla niej okropnie niemiła, ale chcę, żeby już sobie poszła.
Anna nigdy nie musiała pytać, czy może wpaść. W moim mieszkaniu była zawsze mile widziana. Czasem zaszywała się tu po kłótni z Davidem, a ja mówiłam jej, żeby czuła się jak u siebie. To właśnie dlatego dorobiłam dla niej klucz.
Chyba zaraz się rozpłacze, a może jednak nie. Dopija kawę, wygładza sweterek na piersi. Chce umyć kubek, ale wyrywam go z jej rąk i niosę do zlewu. Sama umiem umyć swoje pieprzone kubki.
Zarzuca swoją włoską narzutkę, a ja gapię się na nią beznamiętnie. Wiem, że jutro będę żałować, że tak ją potraktowałam.
— Chciałam ci o czymś powiedzieć, ale teraz to bez znaczenia.
— Okej, to nie mów, skoro to bez znaczenia.
Korci mnie, aby zapytać, o co chodzi, ale nie mogę tego zrobić. Patrząc, jak Anna zapina guziki narzutki, podryguję nogą.
— Zadzwoń do mnie, jak ci przejdzie, albo jak będziesz miała odwagę, by poprosić o pomoc. — Wzrusza ramionami. — Lub cokolwiek.
Robi głośny wydech nosem i wychodzi, trzaskając drzwiami. Jednak nie na tyle głośno, bym się przejęła.
Podchodzę, by zasunąć zasuwę, ale nim zdążę to zrobić, mój wzrok pada na okno, to wielgachne okno, przy którym Carter miał w zwyczaju mnie pieprzyć. Mrużę oczy tak mocno, że prawdopodobnie wyglądam, jakbym ich w ogóle nie miała.
Niemożliwe.
Podchodzę bliżej.
Moje szyby od dawna nie są czyste, zresztą nigdy jakoś szczególnie nie były. Więc nie oszukujmy się, teraz też są brudne. Ale po raz pierwszy dostrzegam na nich odciski dłoni.
Dłonie jak nic.
Zbliżam się jeszcze.
Jakieś półtora metra od podłogi, dwie dłonie oddalone od siebie na jakieś pół metra. Wstrzymuję oddech i teraz jestem już tak blisko, że widzę w odbiciu szyby swoją bladą, posępną twarz. Kładę ręce dokładnie na odciskach, jestem pochylona, nogi robią rozkrok. Spoglądam na panoramę Manhattanu i próbuję sobie przypomnieć, kiedy Carter i ja po raz ostatni zabawialiśmy się tutaj ze sobą. Możliwe, że te plamy są tu od ponad pół roku? Możliwe, że nie myłam okien od tak dawna?
— Isabella jest mojego wzrostu. — Kiedy zdaję sobie sprawę, na jakie tory sprowadzam swoje myśli, nie jestem już w stanie nad tym zapanować, to jak kolejka górska. Szloch wstrząsa moją piersią. Z gniewem odrywam się od szyby i kręcę się teraz po mieszkaniu jak puma w klatce.
— Co za skurwysyn!
Pieprzył ją tu podczas mojej nieobecności. Wciąż nie oddał mi swojego kompletu kluczy, powiedział, że je gdzieś zapodział. Sranie w banię. Musiał przyprowadzać ją tu, gdy uciekłam po jego zdradzie i kątem pomieszkiwałam u Anny.
— Co za parszywy skurwiel!
Ronię łzy wielkości grochów. Rozglądam się po moim lofcie, który przecież tak kocham i nagle zaczynam czuć obrzydzenie. Gdzie jeszcze to robili? Na kanapie? Na stole? W łóżku? Może prawda jest taka, że całe moje mieszkanie oznaczone jest ich płynami ejakulacyjnymi. Czuję odrazę i bezsilność, żółć podjeżdża mi pod gardło. Jeżeli zaraz czegoś nie rozwalę, będzie źle. Łapię za pierwszą rzecz, jaką mam pod ręką — pustą butelkę po Moscato. Chwytam ją za szyjkę, odwracam i z impetem ciskam w te jebane, zdradliwe, obrzydliwe okno. Jest to zbrojona, gruba, kuloodporna szyba, więc nie robi to na niej najmniejszego wrażenia, za to butelka w tym starciu przegrywa z kretesem. Roztrzaskuje się w drobny mak, robiąc huk tak przeraźliwy, że sąsiadom więdną kwiaty w doniczkach.
Jestem zaskoczona, gdy drzwi wejściowe otwierają cię nagle i staje w nich Ryan. Co ja gadam, jaka zaskoczona? Jestem osłupiała i zszokowana. Mniej bym się zdziwiła, gdyby w moim progu stanął teraz Święty Mikołaj. Jego widok przyprawia mnie o nagły ból głowy.
— Chyba pomyliłeś mieszkania — pluję jadem.
Ignoruje mój niechętny, opryskliwy ton i przechodzi na koniec salonu. Klękam, aby pozbierać szkło, ale jego obecność mnie nieco peszy. Nic nie mogę poradzić na to, że mój wzrok wędruje na jego umięśniony tors.
— Uważaj! — woła, ale robi to o mikrosekundę za późno. Syczę.
— Kurwa!
Podnoszę do góry dłoń, z której wystaje kawał szkła wielkości dna od butelki. Ach, no tak, przecież to spód butelki wbił mi się w dłoń.
— Nie ruszaj się! — Ryan klęka przy mnie i łapie za mój nadgarstek. Ma duże dłonie, bardzo męskie. Kręci mi się w głowie.
— Czy to powinno tak krwawić? — pytam go, próbując zachować powagę, a jednocześnie być seksowna na tyle, na ile potrafię w ogóle być.
Cholera, ale boli. Czy naprawdę dłonie mają tak dużo krwi? Jak zahipnotyzowana gapię się, jak strużki czerwonej cieczy spływają po wewnętrznej stronie dłoni, nadgarstku, ręce Ryana i podłodze. Krew jest wszędzie, w niedługim czasie nie widzę nic innego poza krwią.
Ryan jest tak poważny, a jego oczy tak szeroko otwarte, że mam ochotę parsknąć, ale zaciskam zęby i się powstrzymuję. Nagle patrzę, a on ściąga z siebie T-shirt. Czuję korzenny zapach jego wody toaletowej.
Serio? Będziemy się bzykać?
Tak, wiem, byłoby to absurdalne i naprawdę nie mam pojęcia, czemu o tym akurat pomyślałam. Chyba zbyt długi okres posuchy.
Ryan nie chce mnie przelecieć, niestety. Ostrożnie obwiązuje moją dłoń swoją koszulką. Ma wspaniale wyrzeźbiony brzuch, widzę dokładnie literę V, która rysuje mu się na dole. W głowie kręci mi się jeszcze bardziej.
— Emma, skup się! Zatamowałem na razie krwawienie, ale szkła nie wyciągnę. MUSIMY POJECHAĆ DO SZPITALA.
Chwilę zajmuje mi zrozumienie, co do mnie mówi. Na pewno byłoby mi łatwiej, gdyby nie osaczał mnie tymi swoimi wielkimi bursztynowymi oczami. To niesprawiedliwe, że facet ma tak długie rzęsy.
— Emma! — przywraca mnie do porządku. Prostuję się jak na komendę, bardzo podoba mi się ten jego władczy ton. Kiwam głową. Ryan klęka i ostrożnie ujmuje moją rękę, trzyma ją teraz wierzchem do góry. Dłoń mi pulsuje i boli coraz bardziej, T-shirt powoli przesiąka.
— Dasz radę zejść na dół? — pyta. Jest miły i spokojny. Znów mnie lubi?
— A po co? — pytam głupio.
— Zawiozę cię do szpitala. Będzie potrzebne szycie, to głęboka i dość poważna rana. W dodatku tracisz dużo krwi, nie jestem lekarzem, ale uważam, że będą musieli cię zbadać czy coś.
Ma rację, nie jest lekarzem i chcę mu to wypomnieć. Nie chcę jechać do szpitala, to ostatnia rzecz, na jaką mam ochotę. Ale potem do głowy wpada mi myśl, że może to nie jest jednak taki głupi pomysł. Carter może dowiedzieć się, że jestem w szpitalu i może zrobi mu się mnie żal? Może nawet mnie odwiedzi? Myśl, że choć przez chwilę będę w centrum zainteresowania, jest intrygująca. Może nawet zrobię sobie zdjęcie w szpitalnym łóżku i wrzucę je na Facebooka, opatrując jakimś wzniosłym hasłem o byciu dzielną? Masa osób tak robi.
Pozwalam, by Ryan włożył mi trampki na stopy i cieszę się przy tym niezmiernie z faktu, że wcześniej włożyłam czyste skarpetki. Narzuca mi na ramiona moją kurtę z ekoskóry. Dobrze, że nie wpada mu do głowy myśl, by zapiąć zamek, bo by się zdziwił. Bierze moje klucze z miski stojącej na kuchennej wyspie i wychodzimy z mieszkania, a on zamyka drzwi. Skąd wiedział, który klucz? Nie mam pojęcia. Szósty zmył czy coś.
Zamiast kierować się do wyjścia, idziemy do jego mieszkania. A może jednak szybki numerek przed szpitalem? Nie, to chyba głupi pomysł. Zdaję sobie z tego sprawę, spoglądając na coraz bardziej czerwony T-shirt Ryana otulający moją rękę.
Otwiera drzwi, łapie za kluczyki do auta, następnie ściąga bluzę z wieszaka na ścianie i w pośpiechu nakłada ją na siebie. Dobija mnie, na pewno mniej bym cierpiała, gdyby jego tors pozostał nagi. Ale cóż, może nie chciał głupio wyglądać.
Kiedy wychodzimy z windy, Ryan obejmuje mnie ramieniem, a drugą ręką trzyma moją dłoń. Jest bardzo opiekuńczy i strasznie mi tym imponuje. Już prawie zapomniałam, że doniósł na mnie Annie.
Jego białe Audi TT 8J stoi zaparkowane przy ulicy. Ruszamy do szpitala, a w drodze Ryan jest tak skupiony na jeździe, że prawie w ogóle się nie odzywa.
Wchodzimy na szpitalny oddział ratunkowy.
— Potrzebujemy pomocy! Żona się skaleczyła. Rana jest głęboka, dość obficie krwawi — Ryan tłumaczy.
Wstrzymuję oddech, moje serce tłucze się o żebra. Wiem, czemu powiedział żona i jest to przesłodkie. Chce tu ze mną zostać.
Przyglądam mu się, gdy rozmawia z pielęgniarką i mój puls przyspiesza. Powiedział, że od zawsze mu się podobałam, potem mnie znienawidził. Co czuje teraz? Dlaczego mi pomaga i tak się przejmuje? A może to po prostu syndrom rycerza? Słyszałam o takich osobnikach.
Pielęgniarka wprowadza mnie do gabinetu zabiegowego i informuje, że za chwilę przyjdzie lekarz.
— Pan musi zaczekać — instruuje Ryana.
— Jestem jej mężem — odpowiada.
— Spokojnie, tam jest poczekalnia. — Pielęgniarka wskazuje mu kącik dla rodzin pacjentów.
Ryan wbija we mnie wreszcie uważne spojrzenie, pod którym topnieję. Gdy tak na mnie patrzy, prawie zapominam o piekielnym bólu, jakiego doświadczam. Kiwam głową, że dam sobie radę. Ryan odchodzi. Mam nadzieję, że tylko do poczekalni. Poczułabym ogromny zawód, gdyby go tam później nie było. Nie wiem czemu. Powinnam mu podziękować i pozwolić odejść, w końcu nie jest dla mnie nikim bliskim. Ale tak strasznie chcę, aby został, żeby czekał i się przejmował.
Głowa Ryana znika za rogiem, wchodzę do zabiegowego i wdrapuję się na kozetkę. Pielęgniarka pobiera mi krew do badania, nie wyjaśnia jakiego, a ja nie pytam. Wychodząc, mija się z lekarzem.
— Dzień dobry, jestem doktor Kumar Sunita — przedstawia się i zagląda do karty. Pewnie sprawdza, czy mam ubezpieczenie zdrowotne.
Jest Hindusem, Pakistańczykiem lub Irakijczykiem, ciężko stwierdzić. Ma ciemną karnację, równie ciemne włosy, stetoskop dynda na jego szyi, a na półokrągłych okularach zauważam małą smugę. Przypominam sobie dłonie na szybie w salonie i się wzdrygam.
— Jak do tego doszło? — Bierze moją dłoń i ostrożnie ściąga prowizoryczny opatrunek, a potem wrzuca go do kosza na odpadki. Też coś! Chciałam zwrócić ten T-shirt Ryan’owi. Teraz będę musiała mu go odkupić.
Fascynuje mnie szkło tkwiące pionowo na środku mojej dłoni, jak góra lodowa na oceanie. Doktor Sunita ponawia pytanie, a ja czuję jak z zażenowania moja twarz przybiera kolor dojrzałego pomidora.
— Sprzątałam i stłukłam szklaną butelkę, chciałam pozbierać odłamki szkła z podłogi i stało się to. — Wskazuję na dłoń. Nie doprecyzowuję, że chodzi o butelkę po napoju wyskokowym.
Doktor Sunita kiwa głową.
— Co to była za butelka?
Czy jest kolor bardziej czerwony niż dojrzały pomidor?
— Od oliwy — kłamię.
Z jego wyrytej w kamieniu twarzy nie jestem w stanie nic wyczytać.
— Jakieś uczulenia? Choroby?
Potrząsam głową.
Zostaję poinformowana, że będzie potrzebne szycie. Wzywa pielęgniarkę, która podaje mi znieczulenie. Lekarz musi usunąć szkło i możliwe, że w pierwszej kolejności będzie trzeba zatamować krwawienie. Pielęgniarka czeka w pogotowiu z gazą, środkiem odkażającym i jałowym gazikiem. Doktor Sunita ostrożnie, za pomocą pęsety wyjmuje szkło z mojej dłoni. Znieczulenie zaczyna działać i jedyne co czuję to lekkie pieczenie. Rana silnie krwawi, ale lekarz i pielęgniarka szybko sobie z tym radzą. Nie przeraża mnie widok krwi, po prostu trochę mi słabo z powodu jej utraty. Zastanawiam się, czy krew na podłodze w salonie zaschnie tak, że będę miała problem z jej usunięciem.
Ręka zostaje przemyta i potraktowana środkiem odkażającym.
— To dość głęboka rana, przekracza warstwę podskórną — tłumaczy doktor, ale ja nic z tego nie rozumiem, więc i tak go nie słucham. Niech robi swoje i puszcza mnie do domu. Kiedy szyje moją dłoń, myślę tylko o Ryanie, który siedzi i czeka na mnie za drzwiami, a przynajmniej mam nadzieję, że tak jest. Miło jest myśleć, że ktoś się o ciebie martwi. Oczywiście Anna i rodzice też się o mnie martwią, ale to inny rodzaj zamartwiania. Oni obawiają się, czy bez Cartera nie pójdę na dno.
Dziękuję, gdy lekarz kończy szyć. Gdzieś wychodzi, mówiąc, że wróci za chwilę. Kiedy drzwi na moment się otwierają, próbuję wypatrzeć Ryana, ale dostrzegam tylko pustą ścianę.
Wraca doktor Sunita i pielęgniarka.
— Mamy wyniki pani krwi. Niepokojący jest spadek żelaza, jest pani również odwodniona. Rekomenduję pozostanie do jutra na oddziale, podamy wlew z witamin i kroplówkę. Czy w ostatnim czasie chorowała pani?
Przełykam głośno ślinę.
— Tak, miałam grypę żołądkową. — Jeny, kłamstwa tak łatwo mi przychodzą, że sama się siebie boję.
— To wiele wyjaśnia.
— Czy mogę odmówić?
— Oczywiście, jest pani dorosła. Ale zalecam pozostanie. Proszę się nie martwić, zadbamy o panią. Jutro będzie pani jak nowo narodzona.
Bardzo długo myślę nad odpowiedzią, jakby była to decyzja, od której zależy moje życie.
Doktor Sunita zaczyna tracić cierpliwość, widzę to po wyrazie jego twarzy.
— Okej. — Wzdycham. Myślę o Annie, którą zawiodłam. Jeżeli ten krótki pobyt w szpitalu ma postawić mnie na nogi, to w sumie, dlaczego nie? Co właściwie tracę? Wróciłabym do pustego, zbyt dużego dla mnie samej mieszkania, w którym bałagan gra aktualnie pierwsze skrzypce, w którym jest krew i odciski dłoni Isabelli na szybie. Pewnie rzuciłabym się w ferwor sprzątania, albo po prostu upiła. Właśnie po to, by nie zrobić tego drugiego, decyduję się spędzić tę noc w szpitalu.
Jakiś czas później, gdy leżę w szpitalnej sali, ubrana w szpitalną koszulę i wdycham zapach szpitala, w pokoju zjawia się Ryan. Sądziłam, że już go tutaj nie ma. Jestem szczerze zdumiona, pewnie spiekłabym raka na jego widok, ale po prostu nie mam na to siły. Kiedy podnoszę się do pozycji siedzącej, kabel od kroplówki zaczyna dyndać.
Ryan cicho zamyka za sobą drzwi, przysuwa sobie krzesło i siada obok łóżka, obok mnie. Chciałabym, aby ujął moją dłoń, ale nie robi tego. Chyba tylko na chwilę zapomniałam, że przecież nic nas nie łączy.
— Jak się czujesz? — pyta.
— Bywało lepiej. — Silę się na uśmiech.
Tak naprawdę to chce mi się spać, pragnę się odprężyć, pozwolić swobodnie popłynąć myślom. Mam już dość tego dnia.
— To dobrze. — Zaciska usta.
— Dziękuję ci za to, co zrobiłeś.
— Drobiazg. — Wzrusza ramionami, tak jakby codziennie miał w zwyczaju ratować niestabilnie emocjonalnie sąsiadki. — Potrzebujesz czegoś? Przywieźć ci coś?
Kręcę głową.
— A twój telefon?
— Nie trzeba, nie potrzebuję go.
Pewnie, zamiast odpoczywać, obsesyjnie przeglądałabym Facebooka Cartera. Odwyk od byłego męża dobrze mi zrobi, mam taką nadzieję.
— Ale mam prośbę, napisz do Anny i przeproś ją ode mnie. Powiedz, że odezwę się jutro.
— Nie ma sprawy. — Salutuje i posyła mi uśmiech tak rozbrajający, że drżą mi kolana. Dobrze, że mam je ukryte pod kocem.
Wstaje.
— Będę się zbierał. Odpoczywaj.
Chcę coś powiedzieć. Coś, co będzie ważne, ale wszelkie mądre słowa ulatują z mojej głowy.
— W porządku. Dziękuję raz jeszcze.
— Odpoczywaj.
Zawiesza się nade mną i przez chwilę myślę, że mnie pocałuje, chociaż w policzek. Ale on gładzi mnie po ramieniu, tylko tyle. Nawet nie zdąży mnie porządnie zelektryzować.
Rozdział 4. Najlepsze lata
Budzi mnie dźwięk, którego nie znam. Unoszę powieki i dostrzegam przeszklone drzwi, a za nimi odzianą w biały fartuch babkę, która popycha wózek na kółkach. Przeskakuję spojrzeniem na kanarkowe, mdłe ściany, a następnie na puste opakowanie po kroplówce, dyndającej nad moją głową. No tak, przypominam sobie, jestem w szpitalu. Durny wypadek ze szkłem.
— Cześć.
Odwracam głowę i widzę moją siostrę.
— O — mówię.
Stoi oparta plecami o parapet i przygląda mi się uważnie. Wygląda świetnie, jak zwykle. Długie, jasne włosy, starannie wyprostowane tego ranka, tak lśnią, że prawie oślepiają swym blaskiem. Zgarnęła je na jedną stronę i teraz leżą na jej piersi jak szal. Zawsze jej zazdrościłam tych włosów. Moje też są jasne, jak naszej mamy, ale nigdy tak nie błyszczały, nigdy nie były tak gęste i tak długie. Carter upodobał sobie szarpać mnie za włosy, gdy posuwał mnie od tyłu. Podobało mi się to nawet do czasu, aż w jego dłoni został pukiel włosów.
Potrząsam głową, by wyrzucić z myśli swojego byłego, niewiernego męża i znów skupiam się na Annie, mojej idealnej siostrze.
Wygląda schludnie i elegancko w czarnych dżinsach i białej bluzce z kołnierzykiem.
— Nie powinnaś być w pracy? — pytam jej, próbując poprawić poduszkę tak, bym mogła usiąść. Anna podchodzi i mi pomaga.
— Niedługo muszę uciekać. Chciałam sprawdzić, jak się masz.
Rozgląda się, łapie za krzesło i stawia je przy łóżku. Siada, zakładając nogę na nogę. Ma w sobie wrodzoną nonszalancję i pewnie nawet o tym nie wie. Wszystko przychodzi jej tak naturalnie, z łatwością. Kocha swoją pracę, ma wspaniałego synka, który jest dla niej całym światem, męża, który kocha ją tak mocno, że trudno to sobie wyobrazić. Osiągnęła to wszystko w wieku trzydziestu dwóch lat. Moja siostra, moja inspiracja i wzór, ale jednocześnie przypomnienie, jak marna jest moja egzystencja.
Rozkładam ręce.
— U mnie… jak widać. — Wymuszam uśmiech.
— Em. — Chwyta moją zdrową dłoń i ściska ją. — Powiedz, jak się czujesz?
Marszczę brwi.
— Dobrze, nie narzekam. Lekarz powiedział, że dziś mnie wypuszczą, a ręka szybko się goi. — Unoszę do góry lewą dłoń, starannie opatrzoną gazą i bandażem.
— Ale jak się czujesz, no wiesz, psychicznie?
Uchodzi ze mnie cała energia. Wiem, do czego pije, więc pogram trochę idiotkę.
— Nie rozumiem?
Wzdycha ciężko.
— Em. Nie radzisz sobie, widziałam wczoraj. Przede mną nie musisz nic ukrywać. Proszę, porozmawiaj ze mną. Chciałabym ci jakoś pomóc.
Oblizuję usta, a potem zagryzam dolną wargę. Anna wpatruje się we mnie w pełnym napięcia oczekiwaniu, a ja walczę z myślami, czy odesłać ją do siedmiu diabłów, czy może jednak sięgnąć po pomocną dłoń, którą do mnie wyciąga.
— Miałam po prostu gorsze dni — odzywam się wreszcie i potrząsam głową. — Trochę zaniedbałam swoje zdrowie i swoje mieszkanie, ale koniec z tym, Anno.
— A co z pracą?
Wbija we mnie ten swój oceniający wzrok. Zawsze to robi, ilekroć martwi się o mnie i nawet o tym nie wie. Nie robi tego umyślnie, ale strasznie mnie to drażni.
— Mam urlop.
Unosi brwi.
— Czyżby?
— Tak. Nie. Nie wiem.
— W ogóle zamierzasz wrócić do pracy?
Dobre pytanie.
— Na razie mam oszczędności, wystarczą mi na kilka miesięcy. Muszę odpocząć, potem będę myśleć.
Z powagą przyjmuje moje słowa. Coś analizuje, coś weryfikuje. Carter taki był.
— Em. Wiem, że nienawidzisz księgowości, ale to twój zawód. Chciałabyś pracować gdzieś indziej? Co byś chciała robić?
— Pytaj wprost, Ann. Czy potrafisz coś innego?, tak powinnaś sformułować to pytanie.
Anna wypuszcza powietrze przez nos, głośno i mocno.
— No dobra, potrafisz robić coś innego?
Według Cartera dobrze się pieprzę.
— Lubię fotografować.
Anna kręci głową.
— Nie mówisz poważnie. Fotografia to hobby, a nie…
— Może być moją pracą — przerywam jej. — Widziałaś moje zdjęcia. Wiesz, że się nadaję — kładę zbyt duży nacisk na ostatnie zdanie, jakbym ją zmuszała, by to przyznała.
— Twoje zdjęcia są świetne, ale…
Drzwi się otwierają, wchodzi pielęgniarka. Odłącza kroplówkę, uśmiecha się i wychodzi. Anna chce dokończyć, ale przerywam jej, nim zacznie mówić.
— Muszę siku.
Przekręcam się na łóżku i spuszczam stopy na podłogę. Spieszy mi z pomocą, ale powstrzymuję ją.
— Poradzę sobie, nie straciłam władzy w nogach.
Człapię do łazienki, która przylega do mojej szpitalnej sali, robię swoje, celowo przedłużając każdą czynność. Podświadomie mam nadzieję, że nie będzie jej, jak wrócę. Uraziła mnie, sądząc, że nie mogę związać swojej przyszłości z fotografią. Zbyt dużo w niej z mamy, która najbardziej na świecie ceni stabilność, stałość i rutynę. To właśnie mama najmocniej naciskała, bym ukończyła Biznes i finanse. Gdybym się jej wtedy sprzeciwiła, nie poznałabym Cartera i być może teraz moje życie nie byłoby tak przesycone żałością i gniewem.
Wracam na salę i widzę, że Anna nie ruszyła się z miejsca. Obserwuje każdy mój ruch, gdy zbliżam się i siadam na łóżku. Ile bym dała, by czasem pojawiła się ta wyluzowana Anna, z którą paliłam skręty, piłam Proseco i tańczyłam jak dziwka.
— Przywiozłam ci trochę rzeczy. Twój telefon też tam jest. — Wskazuje na torbę, której wcześniej nie zauważyłam. Trzęsę się na myśl, że była w moim zasyfionym mieszkaniu, ale nie daję po sobie poznać, że aż tak mnie to rusza. Wrócę do domu, posprzątam tak, że aż zerwę sobie naskórek z palców i już nigdy więcej nie dopuszczę, by choćby okruch leżał na podłodze.
— Dzięki, Ann — mruczę i kiwam głową.
Siedzimy zaledwie metr od siebie i gapimy się na siebie tępo. Sprawdza swój telefon, oblizuje usta i wreszcie odchrząkuje.
— Dobra, mam mało czasu, więc przejdę do rzeczy. — Głaszcze się palcem po wypielęgnowanej brwi. — Wczoraj chciałam ci coś zaproponować. Skoro masz urlop — celowo zmiękcza to słowo — to może pojechałabyś z mamą do Lake Placid?
Biorę łyka wody z butelki i w tym samym momencie się krztuszę.
— Co?
Co ona bredzi?
— Z początkiem lipca mama jedzie w odwiedziny do ciotki Maggie. Maggie czeka ciężka operacja i mama zaproponowała jej pomoc. Pomyślałam, że może byś pojechała z nią, co? Ani ja ani David nie wyrwiemy się teraz. Planuję pojechać tam tylko z Lucasem pod koniec sierpnia. Ale ty masz teraz dużo wolnego czasu, więc czemu nie?
Patrzę na nią, jakby majaczyła.
— Majaczysz? — pytam wprost.
Anna śmieje się nerwowo.
— Dlaczego?
— Co to w ogóle za pomysł?
— Jak to? Przecież uwielbiasz ciotkę Maggie!
— Nie widziałam jej… — Zastanawiam się i liczę w myślach.
— Jedenaście lat — Anna dokańcza. — Ostatni raz byłyśmy tam na pogrzebie wujka Franka — przypomina mi.
Rety, ale ten czas zasuwa. Pamiętam, jakby to było wczoraj. Przed oczami staje mi rumiana buzia ciotki Maggie i coś ciepłego rozlewa mi się na sercu. Jedenaście lat… Szmat czasu. Robi mi się głupio, że praktycznie o niej zapomniałam, a przecież jako dzieciak każde lato spędzałam w Lake Placid.
— Nie miałam pojęcia, że jest chora.
— Ma chorobę niedokrwienną serca. W przyszłym tygodniu czeka ją operacja wszczepienia bajpasów.
Biorę głęboki wdech.
— Ale wszystko z nią dobrze?
— Będzie dobrze, ale po operacji będzie potrzebowała troski. Em, ona ma sześćdziesiąt dziewięć lat i jest sama w tym wielkim domu. Twierdzi, że świetnie sobie radzi, ale mama ma szósty zmysł, wiesz przecież. Dlatego zaproponowała swoją pomoc. A w tym domu przyda się każda para rąk.
To niepodobne do naszej matki. To egoistka, która tłumi w sobie uczucia. Nagle interesuje się daleką ciotką? Coś mi tu nie gra.
— To jak? — Anna dopytuje z lekkim naciskiem.
Jestem lekko oszołomiona tym pytaniem. Myśl, że miałabym pojechać do ciotki, z którą nie miałam kontaktu przez jedenaście lat, wydaje mi się irracjonalna. A myśl, że miałabym tam pojechać z matką i spędzić wraz z nią kilka następnych tygodni jest wręcz absurdalna.
— Przecież my się tam pozabijamy — walę otwarcie.
Anna się krzywi.
— Em, przesadzasz… Popatrz na to z innej strony. To Lake Placid.
Ma rację. Ma cholerną, pieprzoną rację. To Lake Placid. Raj na ziemi.
— Mogłabym robić zdjęcia. — Zamyślam się.
Źrenice mojej siostry się rozszerzają.
— No właśnie! Pamiętasz, jak pięknie jest tam w lipcu? — Potakuję. Oczywiście, że pamiętam. — Na całe lato zapowiadają piękną pogodę — Anna ciągnie swoją próbę przekabacenia mnie. Nakręciła się jak katarynka.
— Anno — przerywam jej, nim rozpędzi się na tyle, że nie będę mogła jej zatrzymać. — Zastanowię się, dobrze?
Czuję bijącą od niej irytację, gdy przypatruje mi się teraz, marszcząc czoło i zaciskając usta w linię. Cała Anna, przyzwyczaiła się, że ludzie jej nie odmawiają. Ale ze mną nie będzie tak łatwo. Nie mogę podjąć takiej decyzji w kilka minut.
— Prześpię się z tym — obiecuję. Nie mówię nie i po chwili dociera do niej, że to nie jest odmowa. Na twarz wypływa jej powolny uśmiech.
Składam obietnicę, której nie dotrzymam. Z Lake Placid nic mnie już nie łączy i wolałabym, aby tak pozostało. Nie wiem, czy potrafiłbym spojrzeć w oczy cioci Maggie, po tym jak miałam ją w nosie przez te wszystkie lata.
Anna wstaje i wygładza na brzuchu swoją koszulkę.
— Muszę lecieć — oznajmia. — Jestem już spóźniona do pracy. Zadzwoń do mnie, jak już coś postanowisz. — Całuje mnie w czubek głowy, sięga po swoją torebkę od Valentino i wychodzi, a w powietrzu pozostaje zapach cytrusowych perfum Chanel.
Przez jakiś czas po jej wyjściu cisza dzwoni mi w uszach. Nie bardzo mam co ze sobą zrobić, a właściwie nie bardzo chce mi się robić cokolwiek. Leżę więc na wznak, wpatrując się naprzemiennie w sufit i na obandażowaną rękę, myśląc kolejno o Lake Placid, cioci Maggie, Ryanie, Carterze i mojej mamie. W międzyczasie jem szpitalny obiad, który smakuje jak karton. W końcu zjawia się lekarz. Instruuje jak zdjąć w domu opatrunki, daje receptę na witaminy i zleca usunięcie szwów za siedem dni.
Jestem wolna. Czas wracać do domu. Mogłabym się nawet cieszyć, gdybym nie czuła się jak wypompowana dętka. Biorę prysznic w szpitalnej łazience, wkładam welurowy dres przywieziony przez Annę i wsiadam do taksówki, która już na mnie czeka pod gmachem Flushing Hospital Medical Center.
Jest pierwsza połowa czerwca, drzewa i rabaty przy kamienicach są już zielone, ale jest to czysta zieleń, jeszcze nieprzypieczona słońcem. Poprzez pachnące bzem miasto przemykają kobiety w długich kolorowych sukienkach i mężczyźni w T-shirtach lub koszulkach polo. Lato za pasem, a ja mam wrażenie, że umknęło mi kilka miesięcy. Zawsze czekałam z utęsknieniem na maj, a teraz uciekł mi przez palce.
Maj był kiedyś moim ulubionym miesiącem.
Ale już nie jest.
Z wiadomych przyczyn.
Wyjmuję swoją komórkę i nic nie mogę poradzić na to, że zamiast zadzwonić do rodziców czy do Anny, loguję się na swojego Facebooka. Kiedy otwiera się strona, nie mam już zbytniej kontroli nad swoim palcem. Mimowolnie wchodzę na profil Cartera.
Ostatnie zdjęcie dodał wczoraj. Jest dość aktywny w mediach społecznościowych, od zawsze uważał, że to niezwykle istotne, by dbać o swój wizerunek w social mediach. A więc jego profile na Facebooku, Instagramie czy LinkedIn są starannie dopieszczone. Carter zawsze był perfekcjonistą. Ilekroć się za coś brał, dawał z siebie sto dziesięć procent. Przy Isabelli jego ambicje urosły jeszcze bardziej. Do tego stopnia, że nie widziałam już w nim dawnego Cartera. Nie wiedziałam też, czy to w pewnym sensie performance, czy naprawdę aż tak się zmienił.
Na zdjęciu stoi na tle budynku Berkeley College, gdzie razem studiowaliśmy. Jego ciemnoblond włosy są gładko zaczesane, przedziałek z boku jest równy jak stół. Ma ubrane czarne dżinsy, mokasyny i T-shirt polo Ralpha Laurena. Jest chodzącą reklamą drogich marek. Właściwie mógłby być modelem, musiałby jedynie wyjąć ten kij z tyłka. Odnoszę wrażenie, że od kiedy związał się z Isabellą, stał się okropnie drętwy.
Zdjęcie opatrzył hashtagami:
#Berkeley #Najlepszelata
Oczy wychodzą mi z orbit. Najlepsze lata, serio? Prycham, a taksówkarz przygląda mi się w lusterku wstecznym.
Najlepsze lata. Nie wiem, jak mam to rozumieć. Dla kogoś postronnego będzie to oznaczać jedynie tyle, że cztery lata studiów to był najlepszy czas w jego życiu. Ale dla mnie nie jest to aż tak oczywiste. Poznałam Cartera w pierwszym dniu naszej wspólnej nauki na Berkeley. Na dodatek studiowaliśmy na tym samym wydziale. Przez te cztery lata byliśmy właściwie nierozłączni. Już na drugim roku podjęliśmy decyzję o wspólnym zamieszkaniu i wynajęliśmy klitkę na Upper West Side. Zaraz po rozdaniu dyplomów Carter oświadczył mi się na sto drugim piętrze Empire State Building. Berkeley, czyli jego najlepsze lata, jak to określił, zawsze będą kojarzyć się ze mną. Choćby nie wiadomo jak bardzo próbował to wyprzeć.
Nie wiem, co mam o tym myśleć. Napisał to celowo? Wie, że obserwuję jego profil. Chciał mi dopiec? Pokazać swoją przewagę? Zrobił to nieświadomie czy może jednak z premedytacją?
Cały Carter. Przez całe osiem lat, gdy byliśmy razem, miałam problem, by rozgryźć go całkowicie.
Opieram głowę o zagłówek i zamykam oczy. Wzdycham.
Dobra, jebać Cartera.
W ostatnim czasie traktował mnie równie osobowo jak kamienie. Karmi się tym i napawa triumfem, że wzdycham do niego jak idiotka.
Odrywam głowę i zerkam na ekran telefonu. Wchodzę w jego profil i mój palec zawiesza się nad przyciskiem Usuń z grona znajomych. A niech cię szlag, Carter! Tak mnie zaprogramowałeś, że nie mogę wywalić cię z pieprzonego Facebooka!
Sapię z frustracją, wydmuchując powietrze przez nos. Patrzę na tę jego nieskazitelną, pewną siebie blondwłosą gębę i złość ustępuje miejsca nostalgii, tęsknocie i rozżaleniu.
8 lat temu
Bardzo szybko porwał mnie zgiełk i hałas wielkiego miasta. Choć rodzice uważali, że wynajęcie pokoju w Nowym Jorku to kiepski pomysł i upierali się, że na uczelnię mogę codziennie dojeżdżać pociągiem (z South Berwick jest jakieś piętnaście kilometrów) to ja wiedziałam, że zrobię wszystko, dosłownie wszystko, co w mojej mocy, by wyrwać się z domu i spod ich kurateli. Byłam gotowa pracować wieczorami w obskurnym barze, byleby tylko mieć pieniądze na opłacenie pokoju. Na akademik nie mogłam liczyć, bo South Berwick to prawie przedmieścia Wielkiego Jabłka.
Miałam już dość studiów na długo przed tym, zanim zaczęłam studiować. Do samego końca nie byłam pewna, jak rozwiąże się mój problem mieszkaniowy, czy rodzice będą chcieli opłacać mi czynsz. Zamiast cieszyć się nadchodzącym życiem studentki, przeglądałam obsesyjnie ogłoszenia dotyczące pracy dorywczej i wynajmu pokoi w okolicach Berkeley. Wreszcie to Anna wybawiła mnie z opresji. Była już wtedy na ostatnim roku studiów weterynaryjnych w Greenburgh na Westchester Community College. W tym czasie sama wynajmowała pokój z dziewczyną ze swojego roku i świetnie się dla mnie złożyło, że ów dziewczyna postanowiła rzucić studia, ogolić głowę na zero i stopem przemierzyć świat. Zwolniła pokój, który Anna zaproponowała mnie. Było to najlepsze rozwiązanie, o jakim mogłam marzyć. Rodzice poczuli się uspokojeni i zostali ułaskawieni, a ja zamieszkałam ze swoją najlepszą przyjaciółką w najwspanialszym mieście świata. Byłam wolna, wreszcie uciekłam od mojej apodyktycznej matki.
Byłam szczęśliwa.
Pierwszy dzień nowego życia powitał mnie ścianą deszczu, która rano płynęła po szybie. Ale niezrażona tym, z typową dla mnie pogodą ducha, zrobiłam sobie staranny makijaż, wyprostowałam włosy i ubrałam obcisłe czarne dżinsy oraz T-shirt z napisem „Berkeley rządzi”. Na ramiona zarzuciłam kurtkę z czarnej skóry, a na plecy modny plecaczek od Guess. Czułam się jak milion dolarów.
Wzięłam parasol i wyszłam podbijać świat. Miałam do pokonania zaledwie trzy przecznice. Na asfalcie rozbijały się duże krople deszczu, a po niebie przetaczały się ciężkie ciemne chmury. Doszłam do przejścia dla pieszych w momencie, gdy zielone światło zamieniało się w czerwone. Ruch był dość niewielki jak na Nowy Jork, więc po prostu zaczęłam biec przez pasy, kiedy światło już migotało. Usłyszałam klakson i w ostatniej chwili wskoczyłam na chodnik. Samochód przede mną zahamował z piskiem opon i stanął dęba. Było to Porsche Cayenne Turbo. Efektowna czarna maszyna, która sprawiała wrażenie, jakby miała rekompensować jakieś braki.
Chociaż już dawno nie stałam nikomu na drodze, kierowca zatrąbił na mnie jeszcze raz. Pokazałam mu język, wzburzona. Wtedy szyba zjechała w dół. Spodziewałam się ujrzeć łysiejącego typka z podwójnym podbródkiem, który właśnie przechodził kryzys wieku średniego. Ale to był młody facet, w moim wieku. Przystojny ciemny blondyn z niebieskimi oczami. Choć miał kilkudniowy zarost, wydawał się nieco zniewieściały. Bijąca od niego pewność siebie była drażniąca.
— Jesteś daltonistką, czy co? — rzucił drwiąco. Przyglądał mi się karcąco.
— Wal się złamasie! — palnęłam bez zastanowienia. — Naucz się jeździć!
W tym momencie wiatr porwał moją parasolkę, więc rzuciłam się za nią w pogoń. Za plecami usłyszałam irytujący napad śmiechu.
Co za kutas.
Dwadzieścia minut później próbowałam doprowadzić do ładu swoje mokre włosy w sali wykładowej. Audytorium pękało w szwach, ludzie dyskutowali, wyciągali notatniki i notebooki. Po mojej lewej usiadła dziewczyna, do której uśmiechnęłam się życzliwie, ale udała, że mnie nie widzi. Suka. Zjawił się wykładowca. Przedstawił się i zaczął uruchamiać sprzęt audiowizualny. Wtedy drzwi otworzyły się i do sali wszedł chłopak, z którym miałam wymianę zdań na ulicy. Zastygłam na swoim miejscu jak posąg. Czułam, jak gorąco oblewa każdy zakamarek mojego ciała, najbardziej twarz. Wchodząc po schodach, rozglądał się po audytorium. Wreszcie jego wzrok spoczął na mnie, jakby to było nieuniknione. Uśmiechnął się, absolutnie nie wyglądał na zaskoczonego. Chwilę później domyśliłam się, że to przez moją koszulkę.
Za to ja byłam totalnie zaskoczona, gdy usiadł obok. Nie tylko dobrze wyglądał, ale także świetnie pachniał. Na pewno czymś drogim. Próbowałam skupić się na wykładowcy i pierwszym slajdzie, ale zbyt bliska obecność tego dupka rozpraszała moją uwagę.
— Wyglądasz, jakbyś połknęła kij od szczotki.
Moje oczy się rozwarły i wreszcie na niego spojrzałam. Zatkało mnie.
— Słucham?
— Wyluzuj. Nie zjem cię.
— Ale możesz mnie przejechać.
Zatrzepotałam rzęsami jak kokietka, a może raczej jak idiotka.
— To ty wskoczyłaś pod moje koła.
— Sorry, ale nie zwalisz tego na mnie. Jesteś po prostu marnym kierowcą.
— Jestem świetnym kierowcą. — Wypiął dumnie pierś. Parsknęłam. — Chcesz się przekonać?
Obleciałam go spojrzeniem od stóp do głów. Chyba jednak podobała mi się ta jego pewność siebie. Był świadom swoich atutów i jestem pewna, że nieraz je wykorzystywał. Uważał się za bananowego chłopaka, który ma u stóp cały świat. Pewnie wszystko, co osiągnął w życiu, zostało mu podane na tacy przez bogatych rodziców.
— Co masz na myśli?
— Proponuję przejażdżkę. Dziś. Po zajęciach.
Potrząsnęłam głową, zbywając go. Śmieszny był.
Kiedy kilka godzin później natknęłam się na niego na parkingu, opartego o maskę swojego cacka, do śmiechu już mi nie było. Wyglądał wtedy jak James Dean. Pewnie nawet nie wiedział kto to.
— To jak, dokąd jedziemy?
Skrzyżowałam ramiona.
— Żarty sobie stroisz? Nigdzie z tobą nie jadę! W ogóle co to za pomysł? Nawet się nie znamy. Odnoszę wręcz wrażenie, że nie pałamy do siebie sympatią.
Otworzył drzwi od strony pasażera.
— Wskakuj.
Zaśmiałam się, choć nie było mi wcale wesoło. Nie ma co, apodyktyczny gość. Dogadałby się z moją matką.
— Weź ze sobą kogoś innego, jestem pewna, że chętne się znajdą.
— Chcę tylko ciebie. — Złapał mnie za rękę i spojrzał głęboko w oczy. Jego miały kolor bezchmurnego nieba o poranku. W niepokojący sposób naruszał moją przestrzeń osobistą, ale nie byłam w stanie się odsunąć ani zabrać ręki. Skóra paliła mnie w miejscu, w którym mnie dotykał.
Chcę tylko ciebie.
— Zawsze jesteś taki zarozumiały? Zawsze dostajesz to, czego chcesz?
Uniósł jedną brew. Wyglądał cholernie atrakcyjnie.
— Przeważnie. — Pokazał rząd idealnych zębów, jak z reklamy nici dentystycznej. — Nie przywykłem do odmowy.
— Okej. — Byłam gotowa pójść na kompromis. — Możesz odwieźć mnie do domu.
— Okej, ale najpierw przejażdżka.
Kiedy usiadłam na miejscu pasażera, a on zajął miejsce za kierownicą, rzuciłam:
— Hej, nawet nie wiem jak ci na imię.
— Carter. Carter Whitford.
Zachichotałam. Brzmiał tak bardzo oficjalnie.
— Emma. Emma Jones.
Wysiadam z windy, wyjmuję klucze i otwieram drzwi.
Zabiję Annę.
Zatrzaskuję za sobą drzwi ze złością, zrzucam torbę z ramion i obchodzę mieszkanie, tupiąc nogami. Cholera, posprzątała wszystko. Naczynia stoją na suszarce, podłogi lśnią, ubrania są wyprane i poskładane, śmieci wyniesione, pościel zmieniona. Nie ma śladu krwi.
Pewnie uważa, że dobrze zrobiła, ale jest zupełnie odwrotnie. Dobiła mnie. Myśl, że czeka mnie robota, napawała mnie uczuciem ulgi. To ja miałam wypić piwo, które sobie nawarzyłam. Tymczasem moje mieszkanie wygląda jak z katalogu.
Nie wiem, czy się cieszyć, czy płakać. Rozglądam się wokół i ściskam telefon jak w imadle, zastanawiając się, czy zadzwonić, aby ją opierzyć, czy jednak podziękować. W końcu decyduję się nie wykonywać żadnego ruchu. Nie zadzwonię. Jestem jej wdzięczna, ale moje milczenie będzie dla niej karą, za to że zrobiła to bez mojej wiedzy.
Mój wzrok pada na okno i…
— Acha! — krzyczę i w geście zwycięstwa unoszę pięść wysoko w górę. Na szybie wciąż są odciski dłoni suki Isabelli. Anna musiała ich nie zauważyć.
Szczerzę się do siebie jak idiotka i idę do kuchni. Podwijam rękawy i wyciągam spod zlewu płyn do mycia szyb oraz rolkę ręcznika papierowego. Coś czuję, że umycie tej pieprzonej szyby sprawi mi ogromną satysfakcję. Dosłownie rozkoszuję się każdym ruchem, jaki wykonuje moja ręka, ta zdrowa.
Rozkładam drabinę, aby doczyścić najwyższe partie. Szoruję i pucuję, jak nigdy tego nie robiłam. Co pewien czas robię sobie chwilę wytchnienia i po prostu obserwuję tonący w popołudniowym słońcu Manhattan. Choć widok zapiera dech w piersiach, jest wciąż ten sam od ponad czterech lat. Przydałaby się zmiana perspektywy.
Kiedy kończę sprzątać, myślę nad tym, jak łatwo poszło. Szkoda, że tak jak tych plam, nie mogę wymazać ze swojego życia Cartera. Ciągnę za obrączkę, ale nie chce ustąpić. Idę do kuchni i sięgam po masło. Ale niezawodny dla innych sposób nie jest w stanie uratować mnie od resztek mojego małżeństwa. Obrączka ani drgnie. Uparte bydlę.
Znajduję numer do ślusarza i dzwonię od razu. Powinnam zrobić już to dawno temu. Carter korzystał lub nadal korzysta z mieszkania pod moją nieobecność, teraz mam pewność. Umawiam ślusarza jeszcze na dzisiaj i zjawia się półtorej godziny później. Wielki, zwalisty, wygląda, jakby wybierał się na ryby, a nie na wymianę zamka.
— Dobry! — rzuca swoim tembrem. — Jestem Mike. Przyjechałem do montażu zamka.
Obrzuca mnie dokładnym, lustrującym spojrzeniem i mruży na moment oczy. Co spostrzegł? Desperatkę na skraju załamania czy atrakcyjną dziewczynę? Ja także na siebie spoglądam. Jestem świeżo po prysznicu, mam pomalowane paznokcie, a włosy nie są skołtunione. Dla mnie to ogromny krok naprzód, ale on nie musi o tym wiedzieć. Miło jest myśleć, że może uznać mnie za zadbaną.
— Proszę. — Otwieram przed nim drzwi i zapraszam go do środka.
Mike to krzepki facet z zakolami, w wieku moich rodziców. Pierwsze wrażenie o jego prostactwie było złudne. Kiedy posyła mi szeroki uśmiech z ubytkami, z miejsca wiem, że go polubię.
Stawia na podłodze swoją skrzynkę z narzędziami i przy otwartych drzwiach przygląda się klamce i mechanizmowi zamka.
— Dlaczego chce pani go wymienić? To całkiem dobry zamek. Solidna firma.
Wzruszam ramionami.
— Po prostu osoba, która już tutaj nie mieszka, wciąż nie zwróciła mi swojego kompletu kluczy — wyjaśniam i kieruję się do kuchni. — Kawy?
Mike kiwa głową i przystępuje do pracy. Nastawiam czajnik z wodą, sięgam po kubek i nasypuję kawy. Nie przywykłam do takiego komfortu we własnej kuchni. Jeszcze niedawno nie dało się tu ruszyć, aby czegoś nie stłuc, a stopy lepiły się do brudnej podłogi.
Zanoszę kawę Mike’owi. Zdążył zdemontować stary zamek. Pyta, czy może go sobie zabrać, a ja nie widzę przeszkód. Pewnie opchnie go następnemu klientowi, ale co mi tam.
— Jaki chce pani zamek? Nawierzchniowe są tańsze, wpuszczane, jak ten pani, droższe. Mam też zamki na kod szyfrowy, ale takie cacko kosztuje sześćset dolców.
Stoję i kiwam się na palcach w tył i w przód, nie mając pojęcia, o czym on mówi. Słyszę, że na korytarzu otwierają się drzwi windy. Robię krok do tyłu i zamieram. Mam wrażenie, że moje stopy ktoś zalał betonem lub ołowiem. Stoję wyprostowana jak struna, domagając się uwagi Ryana, który właśnie wysiada z windy. Wciągam brzuch, wygładzam bluzkę na piersi.
W tej chwili wygląda jak żywcem wycięty z plakatu wiszącego nad łóżkiem piętnastolatki. Ma na sobie biały T-shirt, który wie doskonale, co ma opinać. Przez ramię przewiesił sobie sportową torbę. Jego brązowe włosy są lekko mokre, spocone lub po prysznicu. Wiem, że trenuje kapuerę, więc zakładam, że wraca z treningu. Nie ma co, Ryan White to irytująco przystojny facet.
— Proszę pani. — Mike chrząka, a ja spoglądam na niego roztargniona, zapominając na moment, że ten facet tu jest.
— Yyyy… Niech będzie taki sam jaki miałam — rzucam do Mike’a i znów zerkam na korytarz, a wtedy napotykam brązowe oczy Ryana, który stoi na progu mojego mieszkania. Czuję, jak kłopotliwe ciepło rozchodzi się po moim ciele, napiera na mnie, prawie miażdży.
— Cześć Emma.
Ryan patrzy na mnie dłużej, niż powinien, potem jego wzrok przeskakuje w głąb loftu, a następnie na faceta, który klęczy u naszych stóp.
— Cześć Ryan.
— Wymieniasz zamki?
— Jestem Mike. — Facet unosi rękę, jakby to było towarzyskie spotkanie w gronie znajomych.
— Ryan. — Pozdrawia go skinieniem głowy. — Więc co z tymi zamkami? Miałaś włamanie?
— Nie. — Kręcę głową. — Już dawno powinnam to zrobić.
Unikam kontaktu wzrokowego z sąsiadem, udając, że szalenie interesuje mnie praca montera. Ryan mnie krępuje. Ilekroć na niego spojrzę, moja twarz oblewa się szkarłatem.
— Jak twoja ręka? — pyta.
Podnoszę wzrok, a następnie dłoń. Szczera troska w jego głosie jest ujmująca.
— Wszystko z nią dobrze, lekarz mówi, że szybko się zagoi. Za tydzień mam zgłosić się na zdjęcie szwów.
— Dobrze wyglądasz, Em.
Em.
— Dziękuję, ty również — mówię głupio. — Trenowałeś?
Kiwa głową, gapiąc się zbyt długo na mój biust. Przez to, że przytyłam, piersi urosły mi o jeden rozmiar. Koszulka, którą mam na sobie nie daje zbyt dużego pola do wyobraźni. Jeny, jakie to krępujące, gdy się tak na mnie gapi. Zasycha mi w ustach, oblizuję więc wargi językiem, a Ryan odnotowuje ten fakt.
— Cieszę się, że już ci lepiej. Widzę, że jesteś zajęta, więc nie będę ci przeszkadzać.
Robi odwrót na pięcie i się wycofuje.
Nie jestem zajęta! Przeszkadzaj mi, kiedy tylko masz ochotę! Idiotko, zrób coś, zawołaj go!
— Ryan!
Odwraca się i spogląda pytająco. Raju, byłoby mi łatwiej, gdyby nie był tak piekielnie pociągający.
— Tak?
— Jestem ci winna T-shirt. — Idiotka.
Macha ręką i zbywa to uśmiechem cenniejszym niż szczere złoto.
— To tylko koszulka. Jeżeli uratowała ci życie, to jej życie było tego warte.
Parskam, Ryan też się śmieje. Z lekka uchodzi kumulujące się zewsząd napięcie. Mike gwiżdże przeciągle, nie mam pojęcia z jakiego powodu. Ryan unosi dłoń i znika w swoim mieszkaniu, a ja jeszcze chwilę gapię się na miejsce, gdzie przed chwilą stał.
Wracam do siebie.
— Były chłopak? — Mike wstaje, poprawia spodnie i siorbiąc, wypija kawę duszkiem.
— Słucham?
— Czy to pani były chłopak?
Jestem szczerze zdumiona jego zuchwałością.
— Po czym pan to wywnioskował?
Powinnam uciąć tę zbyt osobistą dyskusję z facetem, którego kompletnie nie znam, ale nie potrafię oprzeć się pokusie, by dowiedzieć się, co zauważył.
— Mówiła pani do niego, jakby był pani byłym. Albo niedoszłym.
— Niby jak mówiłam? — dukam.
Zaczyna mnie to bawić, choć nie do końca.
— Skończyłem. — Mike z sapnięciem dźwiga się za nogi. — To będzie sześćdziesiąt dolarów, czterdzieści za zamek, dwadzieścia za robotę. Proszę sprawdzić, jak chodzi klucz.
Wzdycham i podchodzę do drzwi. Biorę klucz, który mi daje i wkładam go w zamek, a następnie przekręcam do oporu w lewo, a potem w prawo.
— Działa — ogłaszam. Sięgam po portfel i podaję mu gotówkę. Mike chowa pieniądze i się uśmiecha.
— A sąsiadem proszę się nie martwić. Prędzej czy później wróci tu i zrozumie, co traci.
Chichoczę. Jezu, nie wierzę.
— Nie wydaje mi się. Nic nas nie łączy. Sama nie wiem, czego chcę od życia. Pierwszy raz znalazłam się w takim punkcie, że nie wiem, co dalej. Nie mam pojęcia, jak ma wyglądać moje życie w najbliższej przyszłości — wyrzucam z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego. Nie wiem, czemu zwierzam się temu dwumetrowemu gościowi.
Mike zamyka swoją skrzynkę narzędziową i zarzuca ją sobie na ramię.
— Powiem pani jedno, czasem warto zmienić punkt widzenia, a punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Grunt to mieć w sobie odwagę, by coś zmienić.
Mike to prosty facet, pewnie nawet nie ma wyższego wykształcenia. Ale kiedy przemawia do mnie tym swoim barytonem, wiem, że jego słowa niosą jakąś życiową mądrość.
Żegna się, salutując żartobliwie i wychodzi. Przez moment przypatruję się drzwiom loftu Ryana, ale nic się nie dzieje. Zamykam drzwi i idę do sypialni. Klękam przy łóżku i wygrzebuję spod niego pudło, w którym trzymam różne pamiątki, szkolne świadectwa oraz albumy ze zdjęciami. Odnajduję ten, którego szukam, zdmuchuję z niego kurz i siadam na podłodze, opierając się plecami o łóżko. Nim otworzę album, przypatruję się słowom, które jako gówniara bez cycków nakreśliłam na okładce.
Lake Placid — Wakacje 2006
Otwieram. Po pierwszych kadrach przypominam sobie, że było to bardzo upalne lato. W Lake Placid jak co roku od piątego roku życia spędzałam cały lipiec i cały sierpień. W dwa tysiące szóstym miałam piętnaście lat i właśnie skończyłam Middle School w swoim rodzinnym South Berwick, a od września szłam do szkoły średniej, również tam, zaledwie pół kilometra od rodzinnego domu.
Uwielbiałam spędzać lato w Lake Placid, a to było dla mnie szczególne, bo czułam się „dorosła” i „dojrzała” tylko dlatego, że nie byłam już w gimnazjum.
Na zdjęciach wyleguję się na plaży przy jeziorze Mirror Lake. Właściwie nie jest to prawdziwa plaża, a skrawek ziemi tuż przy wodzie, niedaleko domu cioci Maggie. Do kadrów pozuję wraz z Anną, miała tu dziewiętnaście lat i po wakacjach miała zacząć studia.
Beztroskie, poparzone słońcem wcinamy włoskie lody, gramy w siatkówkę plażową z dzieciakami z sąsiedztwa lub po prostu szczerzymy się do aparatu. Uderza mnie podobieństwo między nami. Na zdjęciach jest też moja matka, pamiętam, że przyjechała wtedy na kilka dni i potrafiła się jeszcze wtedy szczerze i uśmiechać.
Ciotka Maggie również jest uśmiechnięta na wszystkich fotografiach, bez wyjątku. Wygląda tu bardzo młodo i pięknie. Była już wtedy dobrze po pięćdziesiątce, ale wygląda co najmniej dziesięć lat młodziej. Niezmiennie w swoich sztruksowych ogrodniczkach albo czyta tanie romansidła, szydełkuje lub obsługuje grill. Udaje mi się także wypatrzeć wujka Franka, męża Maggie, ale niewiele go widać, on był głównym fotografem tych sesji. Kilka miesięcy później, jesienią, Frank dowie się, że ma raka jelita grubego i umrze niecałe dwa lata później.
Jedno zdjęcie jest szczególnie smutne, długo nad nim dumam, a w kącikach oczu zbierają mi się łzy. To ja zrobiłam to zdjęcie. Pewnej nocy, gdy nie mogłam spać przez pełnię, poszłam na plażę i byłam świadkiem pięknej, ale zbyt intymnej sceny, bym mogła zdradzić swoją obecność. Scena ta poruszyła mnie do głębi, a także zrodziła we mnie pasję do fotografii. Pognałam do domu, wróciłam z aparatem i uwieczniłam na kliszy wujka Franka tulącego Laylę, swoją córkę. Księżyc był tak wielki, że widziałam dokładnie ich twarze, choć skryłam się za drzewami. Layla płakała, wujek Frank też płakał. Bandanka na jej głowie miała piękny niebieski kolor, który w świetle księżyca niemal lśnił. Już od pewnego czasu była całkiem łysa. Zmarła cztery miesiące później, na raka jelita grubego tak jak później jej ojciec.
Zżerało mnie poczucie winy, że zrobiłam to zdjęcie, ale na szczęście aparat należał do mojej matki, a nie do Maggie. To ja wywołałam kliszę po powrocie do South Berwick, a zdjęcia zachowałam dla siebie. Wątpię, by ktoś oprócz mnie i Anny, której się przyznałam, miał pojęcie o tej fotografii.
Ocieram łzę i przerzucam stronę. Ostatnie zdjęcie w albumie przedstawia Laylę na plaży. Ma na sobie kapelusz ze słomy z szerokim rondem i mruży oczy przed rażącym słońcem. Wygląda na chorą, rak w tym momencie siał już spustoszenie w jej organizmie. Jest wychudzona, nie ma praktycznie brwi, ale ten uśmiech zdaje się mówić, nie poddam się tak łatwo.
Layla walczyła dzielnie, pamiętam, jak heroiczną walkę stoczyła. Miała dla kogo żyć. Pomiędzy jej nogami siedzi siedmioletni Nick i nie ma pojęcia, że wkrótce jego wspaniała mama, jego najlepsza przyjaciółka i jego bohaterka opuści go, na zawsze,
Pamiętam, że na pogrzebie Layli Nick nie płakał. Utkwił mi jednak w głowie jego bezdenny smutek, coś, czego nie da się łatwo zapomnieć. Był tylko dzieckiem, a życie nie obeszło się z nim łaskawie. Po śmierci Layli trafił pod opiekę ojca, do którego się przeprowadził, chyba gdzieś w Massachusetts.
Zamykam album i gapię się na ścianę. Ciekawe, co stało się z Nickiem, jak sobie radzi?
Był ślicznym chłopcem, który wskakiwał mi na barana, tańczył ze mną w salonie do przebojów Abby i jadł ze mną na spółkę watę cukrową. Nie było go na pogrzebie Franka, ponoć miał wtedy zapalenie płuc, tak przekazał jego ojciec. Maggie bardzo to przeżyła, z tego co wiem, przez długi czas nie widziała wnuka. Nie mam w tej chwili pojęcia, czy ma z nim w ogóle kontakt.
Biedna Maggie. Tyle przeszła. W krótkim czasie straciła córkę, męża i wnuka. Życie zrzuciło na jej barki tyle okropieństw, a mimo tego nie zatraciła swojego hartu ducha.
Łzy wreszcie płyną, ale ja nie zadaję sobie trudu, by je ocierać. Są jak terapia.
Wracam do salonu i biorę komórkę. Bez zastanowienia wybieram numer Anny.
— Kiedy mama wyjeżdża do Lake Placid? — pytam, nim zdąży się przywitać.
— Trzeciego lipca. — Słyszę napięcie w jej głosie. — Em…
— To ja pojadę dzień później.
Anna się cieszy, choć nie do końca.
— Czemu nie chcesz pojechać wraz z nią? Powinnyście zabrać się razem.
Zalewa mnie fala przerażenia.
— Ann, my się pozabijamy — mówię niemal histerycznie. Ani trochę nie przesadzam. — Pojadę pociągiem.
— Em. — Anna wzdycha przez nos. — Przestań ją demonizować. Daj jej szansę. Decydujesz się spędzić z nią dwa miesiące, a pięć godzin podróży tak cię przeraża?
Tak! Właśnie ta podróż wydaje się bardziej straszna. W domu ciotki Maggie mogę unikać matki, mogę uciec, iść na plażę lub do lasu. Podczas jazdy autostradą nie będę mogła wyskoczyć z okna auta, nawet jeżeli bardzo bym tego chciała.
— To zadzwoń do niej i powiedz jej, że pojedziesz pociągiem — mówi Anna przekornie.
To szantaż emocjonalny. Wie, że nie zadzwonię.
— Wolałabym, żebyś ty to zrobiła — bąkam.
— Nie mogę tego zrobić. Pomyśl o tym jak o okazji do pogadania od serca. Co myślisz, Em?
— Myślę, że wkrótce będę siedzieć za matkobójstwo.
Anna chichocze, ale przecież nie powiedziałam nic zabawnego.
— Po prostu Em… Zastanów się nad tym.
— Zastanowię — obiecuję, a kiedy Anna się rozłącza, myślę intensywnie nad tym, czy aby nie podjęłam zbyt pochopnie decyzji o wyjeździe.
Kocham Maggie i bardzo chcę ją zobaczyć oraz zrekompensować jej te wszystkie lata. Ale przez chwilę zapomniałam, że moja matka też tam będzie.
Susan Jones to bardzo specyficzna kobieta. Trudna w obejściu. Apodyktyczna i bezkompromisowa. Świetnie manipuluje uczuciami.
Ale może Anna ma rację? Może czas dorosnąć do tego, aby wreszcie się dogadać?
Piszę do niej esemes:
Dobra, zróbmy to.
Rozdział 5. Czas nie jest łaskawy
Kiedy mówił o przejażdżce, myślałam, że zabierze mnie na Niedźwiedzie Wzgórze lub do Sam’s Point albo chociaż do Central Parku, aby tam połazić. Ale zrobiliśmy kilka rundek po mieście i Carter zaparkował swoje Porsche pod podejrzaną speluną o nazwie „The Spirit”, gdzieś w Harlemie. Wysiadł z samochodu, obszedł go i otworzył przede mną drzwi. Spojrzałam na niego, jakby uciekł z zakładu dla obłąkanych.
— Naprawdę chcesz mnie tam zabrać? — spytałam śmiertelnie poważna.
Carter wyciągnął do mnie swoją dużą dłoń.
— Zaufaj mi.
Wypuściłam powietrze głośno przez nos i z przekąsem podałam mu rękę.
„The Spirit” mieściło się pod poziomem ulicy, do tego podrzędnego baru prowadziły strome, obdrapane schody, ściśnięte pomiędzy ścianami z graffiti. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że ktoś, kto tu zawita, aż prosi się o kłopoty.
— Zaufaj mi — powtórzył Carter i popchnął drzwi.
Pod jedną ze ścian znajdowała się scena. Jacyś goście z zielonymi włosami, właśnie rozkładali sprzęt. Chyba miał się tu odbyć jakiś koncert.
— To White Devils, świetna kapela. Grają alternatywnego rocka.
Posłałam mu uśmiech, który bardziej przypominał grymas rozgoryczenia. Usiedliśmy w wolnej loży. Carter zamówił nam po szocie tequili, nie pytając mnie o zdanie. Zachowywał się bardzo apodyktycznie. Normalnie już dawno dałabym nogę, ale ten chłopak mnie intrygował. Był nie tylko atrakcyjny, ale w jakiś sposób urzekał mnie swoim stylem bycia. Kiedy postawiono przed nami tequilę, zerknęłam na zegarek. Było po siedemnastej, a więc wypicie drinka nie było zbrodnią.
— Zdrowie! — zawołał Carter i wychylił zawartość swojej szklanki, a ja poszłam za jego przykładem. Tequila paliła w przełyku, jakbym połknęła zapaloną zapałkę.
— Powiedz mi coś o sobie — rzuciłam.
Przysunął się do mnie tak blisko, że zetknęliśmy się ramionami i udami. Z daleka wyglądaliśmy, jak para bliskich sobie ludzi, choć znaliśmy się raptem kilka godzin.
— Cóż. — Zagryzł wargi. — Nazywam się Carter Whitford, mam dwadzieścia lat. Mieszkam z rodzicami na Upper East Side. Lubię dziewczyny, które rzucają się pod koła mojego samochodu, nazywają złamasami oraz podważają moje umiejętności prowadzenia auta.
Parsknęłam trochę zakłopotana i ukryłam czerwoną twarz w dłoniach. Po chwili popatrzyłam na niego w zdumieniu.
— Zaraz, zaraz. Whitford? Jesteś z TYCH Whitfordów?
Carter skrzywił się, jakby zjadł coś obrzydliwego.
— Rodziny się nie wybiera — odparł wreszcie, wymijająco.
Pojęłam, że nie chce podjąć tego tematu.
Whitfordowie to znana rodzina w Wielkim Jabłku. John Whitford, dziadek Cartera oraz jego trzej synowie, w tym ojciec Cartera, Benjamin, to profesorowie, którzy niegdyś wykładali na Berkeley. Na emeryturze John otworzył sieć hoteli Prowhit i w krótkim czasie wciągnął do biznesu synów. Whitfordowie trzęśli połową Nowego Jorku.
Wkrótce zaczął się koncert. Nie była to do końca muzyka, która trafiała w moje gusta, ale nie była też najgorsza. W niedługim czasie „The Spirit” pękało w szwach, a ja i Carter musieliśmy do siebie krzyczeć.
— Chcesz wyjść? — zapytał, choć koncert jeszcze się nie skończył.
Pokiwałam głową.
Ubraliśmy się i opuściliśmy lokal. Wezwał taksówkę. Spodobała mi się jego odpowiedzialność, był po kilku shotach i wiedział, że nie może prowadzić. Ktoś inny pewnie by to olał, bo auto jak Porsche Cayenne służyło do imponowania dziewczynom, ale Carter zaimponował mi czymś zupełnie innym. Spodobał mi się sposób, w jaki się wysławiał, to jaki był poukładany i fakt, że wiedział, czego chce od życia.
— Nie boisz się zostawić tu auta? — spytałam, go, gdy wsiedliśmy do taksówki.
— Wszyscy wiedzą, do kogo należy, nikt go nie tknie.
Zabrzmiało to tak, jakby należał do jakiejś miejscowej mafii czy coś. Kiedy taksówka zatrzymała się pod moją kamienicą w Queens, zawstydziłam się, że tu mieszkam. To był chłopak z Upper East Side, zupełnie inna liga.
— Może wejdziesz na kawę? — palnęłam bez zastanowienia, nim zdążyłam ugryźć się w język.
Carter nic nie powiedział, po prostu zapłacił za kurs, odpiął pas i wysiadł za mną.
Było po dwudziestej pierwszej i raczej nie mieliśmy zamiaru pić kawy. Anna wyjechała na weekend do Davida do New Jersey i byłam niezdrowo podekscytowana faktem, że po raz pierwszy w życiu zapraszam do siebie chłopaka na seks, w dodatku takiego, którego ledwie znam. Bo co do tego, że będziemy uprawiać seks, nie miałam wątpliwości.
Kiedy otwierałam drzwi kamienicy, liczyłam w głowie, ile to już minęło od mojego ostatniego razu. W życiu miałam tylko jednego chłopaka, ale rozstaliśmy się przeszło dwa lata temu. Przez ten czas dwa lub trzy razy wylądowałam z kimś przygodnie w łóżku, ale było to tak pozbawione znaczenia, że już nie pamiętałam, kiedy to miało miejsce.
Carter zaczął całować mnie w obskurnej windzie i nie przestał na równie obskurnym korytarzu, gdy szukałam kluczy w torebce. Byliśmy podchmieleni i oboje niezwykle rozbawił fakt, że całowaliśmy się i rozbieraliśmy dość nieudolnie.
Kiedy wreszcie otworzyłam drzwi mieszkania, wepchnął mnie do środka i kopniakiem zamknął drzwi. Rzucił na ziemię nasze kurtki, które już zdążyliśmy zdjąć i przyszpilił mnie do ściany, nie mając pojęcia, że uderzyłam głową o półkę na klucze.
Całował moje usta tak zachłannie, jakby zaraz miał się świat skończyć. Pachniał tequilą i Calvinem Kleinem. Zjechał w dół, na szyję, a dłońmi odnalazł pod bluzką moje piersi. Uniosłam jedną nogę i zarzuciłam mu ją na biodro. Zaczęłam walczyć z klamrą jego paska.
— Co tu się dzieje?
W przedpokoju rozbłysło światło, oślepiając nas brutalnie. Carter odskoczył ode mnie, jakby się oparzył i uderzył swoim zgrabnym tyłkiem o komodę, która stała w kącie. Oszołomiona spojrzałam przed siebie i zobaczyłam moją matkę w błękitnej podomce i z wałkami we włosach.
— Mamo! Co ty tu robisz?! — Instynktownie stanęłam za Carterem, tak jakbym chciała ukryć przed nią swoją wstydliwą tajemnicę.
Mama miała tak zwężone oczy, że wyglądała jak Chińczyk. Przeskakiwała spojrzeniem to na mnie, to na mojego gościa, a ja marzyłam tylko o tym, żeby pod moimi nogami pojawiła się zapadnia i uwolniła mnie z tej wyjątkowo krępującej sytuacji.
— Jutro rano mam wizytę w Nuansa Spa. Anna nie wspominała?
Zabiję Annę, jak wróci, to nie ulegało wątpliwości.
Poprawiłam bluzkę.
— Mamo, to jest Carter Whitford, mój kolega ze szkoły.
To było żałosne. Przecież dokładnie wiedziała, co się przed chwilą działo i co zamierzaliśmy robić, a tymczasem ja zachowywałam się, jakbym przyprowadziła chłopaka na niedzielny obiad.
Carter wystąpił do przodu i wyciągnął dłoń do mojej matki. Nie dał po sobie poznać, że cała ta sytuacja go krępuje, czy coś. Był opanowany, a nawet nieśmiało się uśmiechał, choć na twarzy miał ślady mojej szminki, a pasek od spodni dyndał przy jego udzie. W innych okolicznościach pewnie bym obróciła wszystko w żart i śmiała się teraz do rozpuku, ale nie przy mojej matce. Susan Jones była pozbawiona poczucia humoru.
— Witam panie Whitford, miło mi pana poznać.
Szok mieszał się z niedowierzaniem na mojej twarzy. Moja matka nie tylko nie obsztorcowała mojego zalotnika, ale jeszcze obdarzyła go swoim najlepszym uśmiechem, wykorzystywanym jedynie w sytuacjach, gdy chciała postawić na swoim.
Dziesięć minut później piliśmy herbatę w kuchni, a ona trajkotała jak przekupka. Czułam się jak po drugiej stronie lustra. Bardzo szybko ją rozgryzłam. Moja matka również doskonale wiedziała, kim są Whitfordowie.
O ósmej rano dzwoni budzik na nocnej szafce. Sama go ustawiłam wczoraj wieczorem, ale w tej chwili nie mam najmniejszej ochoty wstawać. Naciągam poduszkę na głowę i mamroczę przekleństwa do materaca.
Jezu, że ten dzień musiał nadejść! Wiem, że nie można odwlekać tego w nieskończoność. Powiedziałam A, muszę powiedzieć B. Mama przyjedzie po mnie za niecałą godzinę i nic mnie przed tym nie uratuje.
Podskakuję, gdy huk pojedynczego fajerwerku rozlega się gdzieś pod moim oknem.
Cholerni gówniarze!
Ze złością spycham z siebie kołdrę i biegnę do drzwi balkonowych. Łapię za klamkę i wychodzę na zewnątrz. Chwytam się barierki i wychylam, aby dojrzeć tych cholernych smarkaczy i nastraszyć ich policją. Piekielne bachory straszą mnie tak od wczoraj. Czwarty lipca dopiero jutro, ale dzieciaki z sąsiedztwa postanowiły świętować szybciej. Nigdzie ich nie widzę, więc warcząc, odrywam się od barierki i przeklinam pod nosem.
— Widzę, że nie tylko mnie doprowadzają do szału.
Zamieram na wdechu, gapię się w lewo i widzę Ryana na sąsiednim balkonie. Moja twarz przybiera kolor dojrzałego pomidora i wcale nie przesadzam.
Bosy, jedynie w spodniach od dresu i z mokrymi włosami, mógłby w tej chwili przyprawić o zawał jakąś staruszkę ze słabym sercem.
Oparty łokciami o balustradę popija kawę, zupełnie nieprzejęty faktem, że jest półnagi. Te dresowe spodnie, na mój gust, są zbyt nisko. Ryan jest wyluzowany w taki sposób, w jaki ja nigdy nie będę. Nie widziałam go od ponad dwóch tygodni i jego widok sprawia mi dziwną radość.
— Dzień dobry — odzywam się. Boże, jestem totalną kretynką. Czemu zwracam się do niego jak do jakiegoś profesora? Może jeszcze zaraz dygnę?
— Dzień dobry. — Z trudem opanowuje śmiech.
No dalej, śmiej się ze mnie, ile chcesz. Gorzej być nie może.
Ryan skanuje mnie wzrokiem od stóp do głów, jakby miał w oczach rentgen. Nie mam pojęcia co myśli, ale dałabym sobie rękę uciąć, aby się dowiedzieć.
Sama też gapię się na siebie, bo zapomniałam, jak wyglądam. Mam na sobie krótkie bawełniane szorty i top bez ramiączek, o jakiś jeden rozmiar za mały. Może i mam zgrabne, długie nogi, ale sadełka na brzuchu i wokół nie ukryję, choć właśnie wciągam brzuch tak mocno, że zaraz stracę przytomność.
Jest bardzo ciepło mimo wczesnej pory, słońce przyjemnie ogrzewa moje ramiona i włosy, które częściowo rozplotły się z niedbałego warkocza.
— Dobrze wyglądasz.
Mógłby sprecyzować. W jakim sensie dobrze? Bo od kilku tygodni nie miałam w ustach alkoholu i nie cuchnę winem? Bo w mojej dłoni nie tkwi odłamek szkła? Czy może dlatego, że straciłam trzy kilogramy?
— Dzięki — rzucam takim tonem, jakby jego komplement nie robił na mnie wrażenia.
— Co robisz czwartego lipca? — pyta, przechylając filiżankę i wypijając kawę do końca. On nawet seksownie siorbie. Kiedy oblizuje usta, nie mogę się skupić i zapominam, o co pytał.
Jego drzwi tarasowe przesuwają się i wychodzi ona, cała na biało. Tak kusy szlafroczek widziałam ostatnio na jednym z gorących filmów, które puszczał Carter. Nie ma co zaprzeczać, dziewczyna jest olśniewająco piękna. Kilka lat młodsza ode mnie, na pewno co najmniej dwadzieścia kilogramów lżejsza.
Ryan patrzy na mnie tak, jakby chciał przeprosić. Pewnie nie spodziewał się, że dziewczyna się tu pojawi, może chciał nawet ukryć fakt, że ma panienkę w mieszkaniu?
Robi się jakiś nieswój, poznaję to. Dziewczyna mnie dostrzega, unosi brwi. A jej uśmiech poszerza się w słodkim uśmiechu. Ryan chce zaciągnąć ją do środka, ale ona ani myśli się schować.
Czas na przedstawienie. Wpija się w jego usta i całuje je zachłannie. Nawet jeżeli Ryan ma ochotę się wyswobodzić, nie robi tego. Pewnie pozbawiłby się w ten sposób szansy kolejnego pukanka.
Laska przyssała się do niego jak pijawka do łydki. Powinna go jeszcze obsikać. Znam tego typu dziewczyny. Isabella też taka jest. Kiedy Carter odszedł, towarzyszyła mu na każdym spotkaniu ze mną i ostentacyjnie oznaczała teren.
Kręcę głową i wracam do mieszkania. Zasuwam zasłony i opieram się plecami o okno. Wtedy dopiero wypuszczam powietrze z płuc. Naprawdę powinnam się tym nie przejmować. Ryan to Ryan, zawsze był bawidamkiem. A ja jestem naiwna i głupia, sądząc, że mogłoby nas coś połączyć.
Zawsze mi się podobałaś.
Taa. Sranie w banię.
Idąc do łazienki, potykam się o walizkę, która stoi spakowana w przejściu. Przypomina mi to, że mama niedługo tu będzie i oblatuje mnie panika.
Siadam na kanapie w salonie i próbuję zebrać myśli. Bardzo chcę zobaczyć Maggie i spędzić z nią czas. Ale czy jestem gotowa na użeranie się z moją matką? Na pewno byłoby prościej, gdyby ona nie jechała.
Zerkam na zegarek i uświadamiam sobie, że mam niecałe pół godziny. Gnam do łazienki, ponownie przewracając się o tę cholerną walizkę. Biorę szybki prysznic, szczotkuję zęby i związuję włosy w wysoki, staranny kucyk. Wkładam białą koszulkę z emblematem Berkeley oraz ogrodniczki, bo są sporo luźne w biodrach. Jestem pewna, że mój wygląd będzie pierwszą rzeczą, którą matka skomentuje i chyba dlatego podświadomie tak się ubrałam. Chcę konfrontacji. I tak jest nieunikniona.
Jest za dziesięć dziewiąta, gdy sprawdzam w lofcie wszystkie okna, kontakty, zakręcam dopływ wody i gazu. Wkładam do walizki Niky, po raz pierwszy czując entuzjazm tego ranka. Liczę, że będę miała multum okazji do zrobienia fantastycznych zdjęć.
Punkt dziewiąta dostaję esemesa od mamy, że czeka na dole. Jest punktualna do bólu, nudna i przewidywalna.
Wychodzę z mieszkania i zamykam drzwi na klucz. Zadbałam o to, by do Cartera doszła informacja, że wyjechałam na całe lato. Jeżeli będzie próbował dostać się do loftu, to mocno się zdziwi. W myślach ryczę ze śmiechu, wyobrażając sobie jego minę.
Wyciągam rączkę walizki i idę do windy, nawet nie patrząc w stronę drzwi Ryana. Czy zauważy moją nieobecność? Czy będzie się zastanawiał, gdzie się podziałam? Oby. Ale przecież i tak mam to gdzieś.
Fiat 500 mamy stoi równiutko zaparkowany przy krawężniku. Wrzucam do bagażnika walizkę i wsiadam do środka.
— Cześć mamo.
— Obyśmy zdążyły przed korkami — rzuca, zerkając na swojego Rolexa. To prezent od ojca na trzydziestą rocznicę ślubu. Mama jest spięta i tą swoją gadką chce mi dać do zrozumienia, że się spóźniłam. Susan Jones nigdy się nie spóźnia. To największy grzech, po nim już prosto na szafot.
Zapinam pas i pogłaśniam radio, bo akurat radiostacja puszcza Bitter Sweet Symphony. Mama szybkim ruchem przekręca gałkę.
— Wolałabym, abyśmy pogadały. — Uśmiecha się niemal serdecznie. Dziwnie wygląda, gdy to robi. To tak jakby ktoś ubrał w różową sukienkę Samarę z horroru.
— Dobrze, możemy porozmawiać. — Wzdycham.
Obrzuca spojrzeniem moje ogrodniczki, otwiera usta, ale nic nie mówi. Sama wygląda nieskazitelnie. Jej blond włosy, w identycznym kolorze jak te Anny, są krótko obcięte tuż nad karkiem, a grzywka starannie zaczesana na jedną stronę. W uszach ma złote kolczyki od Vivienne Westwood, których chyba nigdy nie zdejmuje. Zrobiła sobie idealny, lecz subtelny makijaż, w przeciwieństwie do mojej niechlujnej kreski na powiekach i tuszu na rzęsach, który rozprowadziłam niedokładnie. Mama wygląda jak Anna, a właściwie Anna do taka mniejsza kopia naszej matki, teraz to do mnie dociera. Zastanawiam się, czy ja też mam coś z mamy. Nie pogniewałabym się, gdyby tak było.
Ma pięćdziesiąt dwa lata, ale wygląda co najmniej dziesięć lat młodziej. Zawsze była zadbana, grała wytworną. Kiedyś uważałam, że to taka jej wyuczona maniera, z czasem nauczyłam się rozumieć, że moja matka taka po prostu jest.
Włącza się do ruchu i niecałe pół godziny później suniemy Route 73. Po początkowej wymianie wymuszonych uprzejmości i niezobowiązującej konwersacji o pierdołach następuje chwila niezręcznej ciszy. Ale dla żadnej z nas nie jest to zaskoczenie, nigdy nie byłyśmy w jakichś specjalnie zażyłych stosunkach, nigdy nie pogadałyśmy „od serca”. Mama woli Annę, a ja wolę tatę, taka prawda. To, że teraz siedzimy zamknięte w klatce o powierzchni kilku metrów kwadratowych, to drwina losu.
Przez jakiś czas udaję, że śpię. Odwrócona do szyby opieram głowę o fotel i próbuję nie myśleć za wiele. Muzyka cicho sączy się z radia, mama płynnie zmienia biegi, a co pewien czas lawiruje pomiędzy autami.
— Gdybyś miała prawo jazdy, mogłabyś mnie teraz zmienić — odzywa się. Słyszę, jak strzelają jej kości, gdy kręci karkiem. Unoszę głowę i odwracam się do niej. Ma szósty zmysł, bez wątpienia. Wiedziała, że moje spanie to bujda.
— Mogłaś zabrać ze sobą Annę — syczę na odczepnego, a ona się cała marszczy.
Brak prawka to moja bolączka. Wielokrotnie chciałam je zrobić. Ale na studiach jakoś brakło mi forsy, a nie chciałam ciągnąć od rodziców, skoro już i tak łaskawie płacili za mój pokój i za uczelnię. Poza tym był Carter, który wszędzie mnie woził, więc prawo jazdy nie było mi potrzebne, zresztą i tak nie miałam auta. Po ślubie kilkukrotnie próbowałam zapisać się na kurs albo prosiłam Cartera, by mnie nauczył jeździć, ale zawsze miał wymówkę, dobrze obmyśloną zresztą. Z perspektywy czasu zrozumiałam, że po prostu chciał mnie od siebie uzależnić. I całkiem nieźle mu to wyszło. Mam dwadzieścia osiem lat, nie mam pracy, nie mam prawa jazdy, nie mam dzieci, jestem po rozwodzie i na dodatek nie wiem, dokąd zmierza moje życie.
— Anna przyjedzie do Maggie z końcem sierpnia — mówi mama spokojnie. Kiedy wspomina o swojej starszej córce, wyraz jej twarzy łagodnieje. Jestem ciekawa, czy kiedy Anna przyjedzie z Lucasem, to mama zostanie z nimi, czy wróci ze mną do Nowego Jorku?
— Przepraszam, że nie jestem chodzącym ideałem, jak ona.
Niemałą satysfakcję daje mi rzucanie tego typu pretensji. Granie męczennicy to mój popisowy numer.
Mama wzdycha głęboko, z lekką nutą irytacji, ale nie odpowiada na zaczepkę. Nie sili się nawet, by zaprzeczyć moim słowom, by powiedzieć, że to nieprawda.
Milczymy bardzo długo. Na przemian udaję, że śpię, cykam zdjęcia lub gapię się po prostu na zmieniający się krajobraz. Przez korki nasza podróż wydłuża się o jakieś dwie godziny, co jest gehenną. Jutro czwarty lipca, każdy gdzieś jedzie, by świętować. Głupia jestem, że zapomniałam o tym jakże oczywistym fakcie. Głupia jestem, że zgodziłam się zabrać z matką.
Kilkanaście kilometrów od Lake Placid, Susan Jones ożywa. Z początku myślę, że to z podekscytowania, bo niedługo ma się spotkać ze swoją dawno niewidzianą ciotką, ale ona po prostu zaczyna prawić mi morały, poucza mnie i tłumaczy, jak powinnam się zachowywać. W jej ustach jednak wszystko brzmi jak żądanie.
— Nie mów za wiele o Carterze i rozwodzie. Powiedz po prostu, że wasze drogi się rozeszły i tyle.
— Nie mów, że nie masz pracy, powiedz, że wzięłaś urlop.
— Mów, że wszystko u ciebie w porządku, ciotka Maggie ma za dużo problemów na głowie.