Przedmowa
O trudnej sztuce patrzenia w lustro historii
Książka, którą Państwo trzymają w rękach, jest dokumentem niezwykłym i pod wieloma względami prowokacyjnym. Jest to próba — udana w moim przekonaniu — zmierzenia się z jednym z najtrudniejszych zadań, jakie stają przed badaczem społeczeństwa: spojrzenia na przeszłość bez sentymentalizmu, ale i bez oskarżeń; z dystansem, ale i ze zrozumieniem; krytycznie, lecz współczująco.
Autor prowadzi nas przez XIX-wieczną wieś polską, dokumentując to, co sam nazywa “przywarami” chłopstwa. Czyni to jednak w sposób, który — i tu leży geniusz tego tekstu — stopniowo prowadzi do odkrycia, że przedmiot obserwacji jest jednocześnie zwierciadłem obserwatora. To, co zaczyna się jako katalog krytyczny, przekształca się w głęboką refleksję nad naturą władzy, przywileju i ludzkiej niedoskonałości.
Jako etyk i historyk rodziny muszę przyznać, że rzadko spotykam dzieło tak świadomie używające ironii i dystansu jako narzędzi poznawczych. Narrator — czy raczej narratorzy — tej historii są jednocześnie jej bohaterami i ofiarami. Dokumentując cudze wady, nieświadomie dokumentują własne. Ta podwójna optyka czyni tekst niezwykle cennym źródłem do zrozumienia mechanizmów społecznych XIX wieku, ale także — co ważniejsze — mechanizmów ponadczasowych.
Z perspektywy teologicznej, dzieło to jest medytacją nad grzechem — nie w wąskim, moralizatorskim sensie, ale w znaczeniu fundamentalnej ludzkiej skłonności do błędu, pychy i wykorzystywania władzy. Autorzy, mimo że formalnie reprezentują instytucje religijne i świeckie, stopniowo odkrywają własną grzeszność. Ten proces metanoia — przemiany przez poznanie — nadaje tekstowi wymiar niemal duchowy.
Socjolog znajdzie tu bogate studium mechanizmów stratyfikacji społecznej, reprodukcji nierówności i tego, co Pierre Bourdieu nazwałby „przemocą symboliczną”. Widzimy, jak system społeczny produkuje dokładnie te zachowania, które następnie potępia jako „przywary”. Bieda rodzi kradzież, ucisk rodzi przekorę, brak perspektyw rodzi apatię. A ci na górze hierarchii interpretują te reakcje jako dowody wrodzonych wad moralnych, nie dostrzegając własnego udziału w tworzeniu warunków, które je generują.
Etnograficznie, tekst dostarcza fascynującego materiału o życiu codziennym XIX-wiecznej wsi — o pracy, świętach, konfliktach, relacjach rodzinnych i sąsiedzkich. Choć narracja jest wyraźnie stronnicza, uważny czytelnik odnajdzie między wierszami prawdziwe życie ludzi, którzy mimo wszystkich trudności przetrwali, wychowali dzieci, zachowali tożsamość.
Szczególnie wartościowe jest stopniowe przesunięcie perspektywy narratora. To, co na początku jest opisywane jako „lenistwo”, z czasem zaczyna być rozumiane jako racjonalna reakcja na system pańszczyźniany, w którym ciężka praca nie przynosi korzyści pracującemu. „Pijaństwo” okazuje się jedyną dostępną formą ucieczki od nieznośnej rzeczywistości. „Ciemnota” jest skutkiem systemowego blokowania dostępu do edukacji.
Ta ewolucja rozumienia — od potępienia do zrozumienia, od oskarżenia do współczucia — jest prawdziwym osiągnięciem tego tekstu. Autor nie zostawia nas z prostymi odpowiedziami czy jednoznacznymi osądami. Zamiast tego konfrontuje nas z niekomfortową prawdą: że wszyscy jesteśmy uwikłani w systemy, które nas przekraczają; że ofiary często reprodukują mechanizmy własnego ucisku; że ci, którzy powinni pomagać, często tylko wykorzystują.
Z perspektywy historii rodziny, szczególnie poruszające są opisy relacji międzypokoleniowych, transmisji wzorców kulturowych, napięć między tradycją a zmianą. Widzimy, jak trauma nędzy przekazywana jest z ojca na syna, jak matki uczone uległości uczą jej córki, jak systemy przemocy reprodukują się w mikrokosmosie rodziny.
Muszę również podkreślić odwagę autora w konfrontowaniu się z własnymi ograniczeniami poznawczymi i moralnymi. Wielu badaczy społecznych ukrywa się za maską obiektywności, udając, że ich obserwacje są wolne od wartościowania i osobistego zaangażowania. Ten tekst nie pozwala sobie na taką ucieczkę. Narrator jest obecny, ma swoją pozycję społeczną, swoje przywileje, swoje grzechy. I ostatecznie — co najważniejsze — to rozpoznaje.
Dla współczesnego czytelnika ta książka oferuje coś więcej niż tylko okno na XIX-wieczną Polskę. Oferuje lustro, w którym możemy zobaczyć mechanizmy działające również dzisiaj. Zmienili się aktorzy, zmienił się kontekst, ale podstawowe pytania pozostają: Jak patrzymy na tych, którzy są niżej w hierarchii społecznej? Czy widzimy w ich zachowaniach reakcje na strukturalne niesprawiedliwości, czy tylko „kulturę ubóstwa”? Czy jesteśmy gotowi przyjrzeć się własnym przywilejom i temu, jak je wykorzystujemy?
Ostrzegam jednak: to nie jest lektura łatwa. Zawiera sceny, które mogą szokować współczesną wrażliwość. Zawiera język i opisy, które dzisiaj uznalibyśmy za nie do przyjęcia. Ale właśnie w tej brutalnej szczerości leży wartość tego tekstu. Przeszłość nie była czysta, wzniosła czy heroiczna. Była brutalna, niesprawiedliwa, pełna hipokryzji. I jedynie konfrontując się z tą prawdą, możemy zacząć budować lepszą przyszłość.
Jako nauczyciel akademicki często powtarzam studentom: historia nie jest po to, żeby nas uspokoić. Jest po to, żeby nas niepokoić, prowokować, zmuszać do myślenia. Ta książka doskonale pełni tę funkcję. Nie zostaniecie po jej lekturze uspokojeni. Ale być może staniecie się mądrzejsi, bardziej świadomi, bardziej skłonni do krytycznego myślenia — również o sobie samych.
Dzieło to zasługuje na miejsce w kanonie polskiej myśli społecznej nie jako dokument bezstronnej obserwacji, ale jako świadectwo trudnego procesu samouświadomienia. Pokazuje, jak długa jest droga od pewności siebie do pokory, od oskarżania innych do rozpoznania własnej odpowiedzialności.
Polecam tę książkę wszystkim, którzy nie boją się trudnych pytań i niejednoznacznych odpowiedzi. Tym, którzy rozumieją, że prawdziwa mądrość zaczyna się od przyznania własnej niewiedzy, a sprawiedliwość — od rozpoznania własnego udziału w niesprawiedliwości.
Veritas vos liberabit — prawda was wyzwoli. Ale najpierw was zaboli.
Warszawa, 2024
Rozdział 1: Lenistwo i niechęć do pracy
Wieczorna rozmowa na plebanii
Zimowy wieczór roku 1847 zastał mazowiecką wioskę Kopydłowo w głębokim śniegu i jeszcze głębszej ciszy. Jedynie z okien plebanii biło ciepłe światło, a dym z komina unosił się w mroźne powietrze niczym kadzidło podczas uroczystej mszy. Wewnątrz, w przestronnej izbie o grubych, dębowych ścianach, przy solidnym stole przykrytym nieco już zniszczonym, ale wciąż godnym obrusem, zasiedli dwaj mężczyźni: ksiądz Paweł Pawłowicz Okowicki, proboszcz miejscowej parafii od dwudziestu trzech lat, oraz Adam Kopydłowicz, właściciel tejże wsi i okolicznych gruntów.
Proboszcz, mężczyzna po pięćdziesiątce, o rumianej twarzy i niezwykle błyszczących oczach, które świadczyły zarówno o bystrej inteligencji, jak i pokaźnej ilości już spożytej okowity, napełniał właśnie po raz kolejny szklanki krystalicznym płynem. Szlachcic Kopydłowicz, nieco młodszy, lecz już z siwizną w brodzie, przyjął swoją porcję z wdzięcznością wyrażoną głębokim skinienie głowy.
„Panie Adamie” — rozpoczął ksiądz, posmakował trunku, po czym sapnął z zadowoleniem — „długo już zastanawiam się, czy powinienem poruszać ten temat, ale po tym, co usłyszałem w konfesjonale w ubiegłą sobotę, sumienie mnie do tego zmusza. Veritas liberabit vos, jak powiada Pismo Święte — prawda was wyzwoli”.
Kopydłowicz uniósł brew z zainteresowaniem. Znał doskonale ten ton swojego duchowego opiekuna. Gdy ksiądz Paweł zaczynał cytować łacinę już po drugim kielichu, zawsze oznaczało to, że zagadnienie jest albo nadzwyczaj drażliwe, albo nadzwyczaj zabawne. Czasem jedno i drugie.
„Słucham, ojcze proboszczu” — odparł, wygodnie rozsiadając się na krześle. „Czy to znowu sprawa tej owczarki Stępniakowej, która podobno nocą wymyka się do lasu na sabat z samym diabłem?”
„Eh, quid novi? — Cóż nowego?” — Ksiądz machnął ręką. „Ta historia jest stara jak świat, a Stępniakowa po prostu chodzi do lasu zbierać zioła, które sprzedaje na targu w Sochaczewie. Nie, mój drogi, dziś chodzi o znacznie poważniejszą materię. Chodzi o lenistwo, o gnuśność, o to, co Ojcowie Kościoła nazywali acedia — duchowe oziębienie i niechęć do wszelkiego wysiłku”.
„Lenistwo?” — Kopydłowicz parsknął śmiechem. „W mojej wsi? Ależ, ojcze proboszczu, wszyscy moi poddani to prawdziwe pszczoły! Od świtu do nocy w polu, przy pługu, przy sierpie…”
„Per speculum et in aenigmate — Przez zwierciadło i niejasno” — przerwał mu ksiądz, unosząc palec. „Widzisz, mój drogi, tylko to, co chcesz widzieć. Ale ja, jako pasterz dusz, mam dostęp do tego, co ukryte. I w zeszłą sobotę przyszła do mnie na spowiedź Maryna, żona Macieja, tego twojego parobka z zagrody pod lasem”.
„Maryna?” — Kopydłowicz zmarszczył czoło. „Ta krzepka dziewka, co to zawsze nosi jajka na plebanię?”
„Ta właśnie” — potwierdził ksiądz i nalał sobie kolejną szklankę. „Biedaczka przyszła z duszą pełną grzechów. A właściwie nie tyle swoich, co cudzych. Bo cóż mnie wyznała? Że jej mąż, Maciej, to taki leń, jakiego świat nie widział od czasów biblijnego Onana, a może i dawniej!”
Proboszcz zrobił efektowną pauzę, upił łyk okowity i kontynuował z rosnącym przejęciem:
„Powiedziała mi, że Maciej, gdy rano wstaje — a wstaje zawsze z największą niechęcią, jakby go każdy świt raził jak błyskawica z jasnego nieba — przeciąga się tak długo, że koguty zdążą zapiać po trzykroć. Potem siada przy stole i gapi się w pustkę, czekając, aż Maryna postawi przed nim śniadanie. Zjada powolutku, przeżuwając każdy kęs, jakby to była ostatnia uczta królewska, a nie zwykła kasza ze skwarkami. A gdy już trzeba iść do roboty…”
„I co?” — Kopydłowicz nachylił się z zainteresowaniem.
„I wtedy Maciej nagle odkrywa, że bolą go plecy, kolana, łokcie, głowa, że drętwieją mu palce, że ma kłopoty z oddychaniem, że w nocy śnił mu się czarny pies, co jest znakiem nadchodzącej choroby, i że w ogóle powinien ten dzień przeleżeć w łóżku, aby nie narazić się na przedwczesną śmierć i pozostawienie rodziny bez żywiciela!”
Szlachcic wybuchnął gromkim śmiechem.
„Znam to! Znam to aż za dobrze! Ten sam Maciej, gdy w zeszłym roku kazałem mu przypiąć się do pługu — bo koń mi padł akurat — to tak się stawiał, że musiałem użyć bata! A i bat niewiele pomógł, bo ciągnął ten pług jak żółw w malinowym chruście, a każde dziesięć kroków to musiał odpocząć, wzdychać, jęczeć, jakby krzyż Pański dźwigał!”
Ksiądz Paweł klasnął w dłonie.
„Ecce homo! — Oto człowiek! Właśnie o tym mówię! Maryna wyznała mi, że gdy Maciej już wreszcie ruszy do pańskiego pola — bo do swojego ogródka jakoś zawsze znajduje siłę — to pracuje tak, jakby każdy ruch miał go kosztować kawał życia. Kilka razy zamachnie motyką, potem stanie i rozgląda się, jakby kontrolował, czy słońce jeszcze świeci. Potem znów trochę pokopie, ale już słabiej, a potem nagle przypomina sobie, że trzeba napić się wody”.
„Wody!” — prychnął Kopydłowicz. „Moi parobkowie piją więcej wody w czasie pracy niż koń wyścigowy! A przecież nie jest aż tak gorąco, szczególnie teraz, w zimie!”
„In vino veritas, ale w wodzie lenistwo” — zażartował proboszcz. „Maryna mówiła, że Maciej potrafi chodzić po wodę trzy razy na godzinę. A studnia jest przecież pięćdziesiąt kroków od pola. To znaczy sto tam i z powrotem. Trzy razy to już trzysta kroków, które mógłby wykorzystać na pracę!”
„I pewnie przy tej studni jeszcze gada z innymi leniami?” — dopytywał szlachcic.
„Ależ oczywiście! Maryna skarżyła się, że przy studni zbiera się zawsze cała kompania nierobów. Gadają o pogodzie, o tym, że w zeszłym roku był lepszy urodzaj, że pan jest srogi, że ksiądz za długie kazania wygłasza, że dziesięcina za wysoka, że w ogóle dawniej to było lepiej, choć nikt nie pamięta kiedy!”
Obaj mężczyźni wybuchnęli śmiechem i stuknęli się szklankami.
„A co Maryna mówiła o jego pracy w polu?” — dopytywał Kopydłowicz, coraz bardziej wciągnięty w opowieść.
Ksiądz Paweł pochylił się konspiracyjnie i ściszył głos, choć poza nimi w izbie nikogo nie było:
„Mówiła, że Maciej ma specjalną technikę. Gdy tylko zauważy woźnego albo nawet samego pana — wybacz, Adamie — to nagle zaczyna pracować z wielkim zapałem. Macha kosą, kiwa motyką, aż pot mu leci. Ale ledwo nadzorca się oddali, Maciej znów zwalnia do normalnego, to znaczy wyjątkowo wolnego tempa. A gdy jest pewien, że nikt nie patrzy, to w ogóle siada w cieniu i drzemie!”
„Drzemie w polu!” — Kopydłowicz uderzył pięścią w stół, aż podskoczyły szklanki. „To już szczyt bezczelności! Wiesz, ojcze proboszczu, że ja jestem człowiekiem pobożnym, chodzę regularnie do kościoła, przestrzegam przykazań, nie biję chłopów bez powodu…”
„Wiem, wiem” — potakiwał ksiądz. „Jesteś wzorowym panem i chrześcijaninem”.
„...ale jak słyszę takie rzeczy, to krew mnie zalewa! Przecież daję im ziemię, pozwalam hodować własne kury, czasem nawet świnię, a oni tak mi odpłacają?”
Proboszcz westchnął głęboko i napełnił szklanki po raz kolejny. Okowita robiła swoje — policzki obu mężczyzn płonęły, a języki stawały się coraz swobodniejsze.
„Labor omnia vincit, praca zwycięża wszystko — powiada rzymskie przysłowie” — zaczął ksiądz tonem kaznodziei. „Ale nasi chłopi, mój drogi Adamie, jakby tego przysłowia nigdy nie słyszeli. A może słyszeli i postanowili je zignorować? Bowiem w ich mniemaniu to nie praca zwycięża wszystko, ale lenistwo oszczędza siły!”
„Jakże prawdziwe są twoje słowa!” — zawołał Kopydłowicz. „A znasz historię o Stępniaku, sąsiedzie tego twojego Macieja?”
„Nie znam, opowiedz!” — Ksiądz rozsiadł się wygodniej, najwyraźniej gotów na kolejną historię o chłopskich niewdzięczności.
„Otóż tego Stępniaka kazałem w zeszłym roku okopywać buraki. Rozumiesz, ojcze, buraki to delikatna roślina, wymaga troski, systematycznego odchwaszczania. No więc przychodzi Stępniak, a ja myślę sobie: to solidny chłop, krzepki, młody jeszcze, da radę kawał grządki okopać. I co się okazało? Po trzech godzinach wracam, patrzę, a on okopał może jedną dziesiątą tego, co powinien!”
„Miserere mei!” — zawołał teatralnie proboszcz. „I co zrobiłeś?”
„A co miałem zrobić? Pytam go: Stępniak, czemu tak mało? A on mi na to, że ziemia twarda, że motyka tępa, że słońce go osłabia, że muchy dokuczają! Muchy, rozumiesz! Jakby te same muchy nie dokuczały wszystkim innym parobkom, którzy jednak pracę wykonali należycie!”
Ksiądz pokiwał głową ze zrozumieniem.
„To jest właśnie to, o czym mówię. Excusatio non petita, accusatio manifesta — nieproszona wymówka jest jawnym oskarżeniem. Gdy chłop zaczyna się tłumaczyć, zanim ktokolwiek go o coś zapyta, to znak, że wie, że źle robił. A oni zawsze mają jakąś wymówkę!”
„Zawsze!” — potwierdził z goryczą Kopydłowicz. „Albo narzędzie złe, albo pogoda nieodpowiednia, albo święto jakiegoś świętego, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem! Ile razy słyszałem: „Panie, dziś to święto świętego Ruperta, nie wypada robić”. A ja pytam księdza dziekana, a on mówi: „Jaki Rupert? Nigdy o takim nie słyszałem!””
Proboszcz roześmiał się tak głośno, że musiał otrzeć łzy.
„Sancta simplicitas! Święta prostoto! Ale wiesz, Adamie, to jest głębszy problem. To nie jest tylko kwestia pojedynczych leniwców. To jest, powiedziałbym, choroba całego stanu chłopskiego. Morbus endemicus, jak powiedzieliby lekarze — choroba miejscowa, zakorzeniona!”
„Wyjaśnij” — poprosił szlachcic, drapiąc się po brodzie.
Ksiądz wstał, trochę chwiejnie, i zaczął przechadzać się po izbie, gestykulując szeroko:
„Widzisz, chłop pracuje na swoim polu zupełnie inaczej niż na pańskim. Na swoim skrawku ziemi potrafi harować od świtu do zmroku, potrafi zgarbić plecy, potrafi znaleźć siłę nawet wtedy, gdy ona już dawno go opuściła. Dlaczego? Bo pracuje dla siebie, dla swojej rodziny, dla swojego zysku. Ale gdy przyjdzie mu pracować na pańskim polu…”
„...to nagle wszystko go boli, wszystko mu przeszkadza, wszystko staje się ciężarem nie do uniesienia!” — dokończył Kopydłowicz. „Tak, widzę to codziennie. Na pańszczyźnie pracują jak ślimaki, ale na swoim — jak mrówki!”
„Cui bono? — Dla czyjego dobra?” — zawołał ksiądz, unosząc palec do góry. „Oto pytanie, które oni sobie zadają! Gdy praca przynosi korzyść im samym, znajdują motywację. Gdy ma przynieść korzyść panu — motywacja znika jak rosa w słońcu. A to, mój drogi, jest grzech! Grzech niewdzięczności wobec pana, który im przecież ziemię dał, który ich chroni, który… który…”
„…który płaci za ich duszę dziesięciną dla kościoła!” — dorzucił Kopydłowicz, chwytając wątek.
„Słusznie! A oni jak odpłacają? Lenistwem, obijaniem się, psuciem narzędzi!”
„Psuciem narzędzi!” — Kopydłowicz aż podskoczył. „To mi przypomniało! W zeszłym miesiącu dałem Maciejowi — temu samemu, o którym mówiłeś — nowy wóz. Dobry wóz, solidny, stolarz w Sochaczewie go robił. I co? Po dwóch tygodniach koło się załamało!”
„Przypadek?” — spytał retorycznie proboszcz.
„Przypadek! Jak wszystko u nich przypadek! Ale woźny mi powiedział, że widział, jak Maciej celowo wjechał tym wozem w głęboki rów, jakby chciał sprawdzić, czy się nie przewróci. No i przewrócił się, i koło pękło. A Maciej tylko ręce rozkłada: „Co ja poradzę, panie, że rów taki głęboki?””
„Ignorantia non est argumentum! — Niewiedza nie jest argumentem!” — zagrzmiał ksiądz. „Ale oni tak zawsze. Udają głupszych niż są. Udają, że nie rozumieją poleceń. Ile razy mówisz chłopu: idź tam, zrób to, a on kiwa głową, mówi „słucham, panie”, a potem robi zupełnie co innego, a jak go zapytasz dlaczego, odpowiada: „Ja tak zrozumiał, panie”!”
„Dokładnie!” — Kopydłowicz uderzył ręką w stół z taką mocą, że okowita w butelce zatańczyła. „Ta ich udawana głupota to jest metoda! To jest sposób, żeby wykonać jak najmniej pracy, a potem się tłumaczyć, że źle zrozumieli!”
Przez chwilę obaj siedzieli w milczeniu, popijając z kubków. Za oknem wiatr zaczął wyć mocniej, a śnieg sypał coraz gęściej. W kominku trzaskały polana, rzucając na ściany tańczące cienie.
„A wiesz” — odezwał się w końcu proboszcz, nalewając kolejne porcje — „Maryna mówiła mi jeszcze coś interesującego o Macieju. Że gdy przychodzi czas żniw, to on zawsze nagle choruje”.
„Choruje w czasie żniw?” — Kopydłowicz pokręcił głową z niedowierzaniem.
„Choruje! Albo mu brzuch boli, albo gorączka go bierze, albo kręgosłup szwankuje. Zawsze coś. I leży wtedy w chacie, a Maryna musi sama dzierżawić kosę i sierp. Ale co ciekawe — Maryna to przyznała ze łzami w oczach — gdy już żniwa się kończą, Maciej nagle wstaje zdrów jak ryba i idzie na odpust do sąsiedniej wsi, gdzie tańczy do rana!”
„O tempora, o mores! — O czasy, o obyczaje!” — zacytował Cycerona Kopydłowicz, ku zadowoleniu proboszcza. „Widzę, że twoje łacińskie sentencje na mnie działają, ojcze. Ale to rzeczywiście szczyt bezwstydu! Chorujesz, gdy trzeba pracować, a zdrowiejesz, gdy trzeba się zabawić!”
„A na odpuście pewnie pije więcej niż my dzisiaj” — dodał ksiądz z uśmiechem.
„Bez wątpienia! Bo do picia i zabawy to oni zawsze siłę znajdą. Widziałem kilka tygodni temu, jak dwóch moich parobków ledwo się powłóczyło przy młóceniu zboża, wzdychało, jęczało, że plecy im pękną. A wieczorem patrzę przez okno, a oni w karczmie tańczą oberka, aż podłoga się trzęsie!”
Proboszcz przytaknął energicznie.
„To jest właśnie ta selektywna słabość! Infirmitas electiva, jeśli mogę stworzyć nowy łaciński termin. Oni są słabi tylko wtedy, gdy im to odpowiada. Gdy trzeba pracować — słabość. Gdy trzeba się bawić — siła wraca. Gdy trzeba coś dla pana zrobić — choroba. Gdy trzeba dla siebie — zdrowie!”
„I jak z tym walczyć?” — westchnął Kopydłowicz. „Bat? Próbowałem, niewiele daje. Kary? Zabierzesz jednemu kurę, to cała wieś zacznie narzekać, że pan okrutny. A jak wszystkim po równo dajesz, to mówią, że niesprawiedliwy, bo jeden pracował lepiej niż drugi, choć obaj pracowali źle!”
Ksiądz usiadł ciężko na krześle i przez chwilę milczał, gładząc swoją okrągłą twarz.
„Wiesz, Adamie” — powiedział w końcu poważniejszym tonem — „problem jest głębszy niż myślimy. Ci ludzie nie mają perspektyw. Urodziłeś się chłopem — umrzesz chłopem. Będziesz pracował na pańskim polu twój ojciec, ty i twój syn. I syn twojego syna. I tak w nieskończoność. Więc dlaczego mieliby się starać? Co im to da?”
„Wybacz, ojcze, ale to mi brzmi jak usprawiedliwienie!” — oburzył się szlachcic. „Ja też urodzę się szlachcicem i umrę szlachcicem. I co z tego? Też muszę pracować, zarządzać majątkiem, pilnować, żeby wszystko działało!”
„Ale ty pracujesz dla swojego dziedzictwa, dla swojej rodziny, dla przyszłości swoich dzieci” — odparł spokojnie proboszcz. „Chłop nie ma dziedzictwa. Ma tylko niewolę. I wie o tym”.
„To może i prawda” — przyznał niechętnie Kopydłowicz. „Ale czy to usprawiedliwia takie lenistwo? Czy to usprawiedliwia sabotaż, niszczenie narzędzi, udawanie chorób?”
„Nihil novi sub sole — Nic nowego pod słońcem” — westchnął ksiądz. „Tak było, jest i będzie. Niewolnicy w starożytnym Rzymie robili to samo. Udawali głupszych, pracowali wolniej, psuły narzędzia. To jest passive resistance, jak powiedzieliby Anglicy — bierny opór”.
„Bierny opór?” — powtórzył Kopydłowicz. „To ciekawe określenie. Tak jakby walczyli z nami, ale bez otwartej walki”.
„Właśnie! Bo otwarta walka oznaczałaby karę. Ale wolna praca, udawana choroba, przypadkowe zniszczenie narzędzia — to trudniej ukarać. Zawsze mogą powiedzieć, że to przypadek, że nie chcieli, że nie wiedzieli”.
Rozmowa zaczęła przybierać coraz mroczniejszy ton. Obu rozmówców ogarniała melancholia, którą próbowali zagłuszyć kolejnymi szklankami okowity.
„A wiesz” — odezwał się nagle Kopydłowicz — „teraz jak o tym tak rozmawiamy, to zaczynam rozumieć, że to nie są pojedyncze przypadki. To jest system. To jest sposób życia. Wszyscy oni tak robią!”
„Wszyscy!” — potwierdził proboszcz. „Maryna mi wyznała, że wszystkie kobiety w wiosce narzekają na swoich mężów. Że wszyscy są leniwi, że wszyscy udają chorych, że wszyscy wolą wypić w karczmie niż zarobić na rodzinę. Ale one same też nie są bez winy!”
„O?” — Kopydłowicz uniósł brew. „Co masz na myśli?”
„Maryna przyznała, że gdy Maciej wraca z pańskiego pola, ona go jeszcze gani, że mało zarobił, że pan będzie niezadowolony. A czemu mało zarobił? Bo leniuchował! Ale ona go gani nie za to, że leniuchował, ale za to, że się przyłapał! „Powinieneś być sprytniejszy”, mówi mu. To znaczy powinieneś tak leniuchować, żeby nikt nie zauważył!”
„Deus meus!” — zawołał Kopydłowicz. „To już szczyt! Żona go gani nie za lenistwo, ale za niezdarność w lenistwie!”
„Właśnie!” — Ksiądz zaśmiał się gorzko. „One są ich wspólniczkami. Wspierają ich w tym procederze. A gdy przychodzi co do czego, to jeszcze pilnują, żeby dobrze udawali, żeby nie dali się przyłapać!”
„To jest konspiracja!” — stwierdził Kopydłowicz. „Cała wieś to jedna wielka konspiracja przeciwko panu!”
„Konspiracja lenistwa” — potwierdził proboszcz. „Conspiratio pigritiae. Wszyscy są w to zamieszani. I wszyscy się nawzajem kryją. Jeden widzi, że drugi leniuchuje, ale nie powie panu, bo jutro sam będzie chciał poleniuchować i będzie potrzebował, żeby inni też milczeli”.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu, kontemplując tę ponurą prawdę.
„Ale” — odezwał się w końcu Kopydłowicz — „są przecież wyjątki? Są przecież chłopi, którzy pracują uczciwie?”
Ksiądz zastanowił się przez moment.
„Są” — przyznał w końcu. „Ale niewielu. I wiesz co się z nimi dzieje? Inni chłopi ich nie lubią! Nazywają ich lizusami, pochlebcami pana, zdrajcami! Bo taki uczciwy chłop podnosi poprzeczkę dla wszystkich. Pokazuje, że można pracować dobrze i szybko. A tego właśnie inni nie chcą, bo wtedy pan będzie wymagał od wszystkich tego samego!”
„Incredibile!” — zawołał szlachcic. „Karzą swoich za to, że są uczciwi?”
„Nie wprost, oczywiście. Ale są metody. Ostracyzm. Nie zapraszają ich na biesiady. Nie pomagają im przy żniwach, gdy potrzebują pomocy. Rozpuszczają plotki. To wystarczy, żeby większość wolała się dostosować do niskich standardów niż wyróżniać się uczciwością”.
„To jest chore” — stwierdził Kopydłowicz. „To jest chore społeczeństwo”.
„To jest społeczeństwo niewolnicze” — poprawił go ksiądz. „A niewolnictwo, nawet takie jak nasze, gdzie chłop ma ziemię i rodzinę, zawsze demoralizuje. Tak naucza święty Augustyn, tak nauczają Ojcowie Kościoła. Labor servilis corrumpit animam — praca niewolnicza psuje duszę”.
„Ale co mamy robić?” — Kopydłowicz rozłożył ręce w bezradnym geście. „Uwolnić ich? A co wtedy? Kto będzie uprawiał ziemię?”
„Quaestio difficilis — Trudne pytanie” — przyznał proboszcz. „Sam nie znam odpowiedzi. Może kiedyś, za naszego życia albo za życia naszych dzieci, znajdzie się jakieś rozwiązanie. Ale teraz… teraz możemy tylko pić i narzekać”.
I z tymi słowami ksiądz napełnił szklanki po raz kolejny. Butelka była już niemal pusta.
„Wiesz” — powiedział nagle Kopydłowicz, nieco już zacinając się w mowie — „teraz rozumiem, dlaczego w Biblii jest tyle fragmentów o pracy. O tym, że w pocie czoła będziesz żył, że ziemia ma rodzić ciernie i osty…”
„In sudore vultus tui vesceris pane — W pocie oblicza twego będziesz jadł chleb” — zacytował proboszcz. „Księga Rodzaju, rozdział trzeci. To jest kara za grzech pierworodny. Ale wiesz co? Myślę, że nasi chłopi chcą uniknąć tej kary. Chcą jeść chleb bez potu. Chcą żyć bez pracy. To jest w pewnym sensie kontynuacja tego pierwszego buntu, tego pierwszego grzechu — chęć obejścia Bożych praw”.
„A może” — rzucił Kopydłowicz — „może oni po prostu nie rozumieją, że praca uszlachetnia? Że labor improbus omnia vincit, jak powiadają Rzymianie?”
„Labor improbus omnia vincit — Niestrudzona praca wszystko zwycięża” — poprawił ksiądz. „To z Wergiliusza. Ale oni nie czytali Wergiliusza, mój drogi. Oni ledwo pacierz umieją. Dla nich praca to nie uszlachetnienie, to przekleństwo. I dopóki tak będą myśleć, tak będzie wyglądać ich praca”.
Kopydłowicz chciał coś odpowiedzieć, ale w tym momencie drzwi izby otworzyły się i do środka weszła Jagna, gospodyni księdza. Była to kobieta w wieku nieokreślonym, gdzieś między trzydziestką a pięćdziesiątką, o bujnych kształtach, które niemal przechodziły granicę między krzepą a tuszą. Jej policzki płonęły od mrozu i zapewne też od wysiłku wejścia po schodach.
„A, Jagna!” — zawołał proboszcz, wyraźnie uradowany. „Właśnie o tobie pomyślałem!”
„O mnie?” — spytała kobieta, ściągając chustę z głowy. „A cóż takiego?”
„Właśnie rozmawialiśmy z panem Kopydłowiczem o lenistwie chłopów. Powiedz nam, Jagna, bo ty jesteś mądra kobieta — jak to jest, że chłopi tak nie chcą pracować?”
Jagna roześmiała się głośno, aż jej obfity biust zatańczył.
„A to, ojcze, proste! Bo jak ma chłop chcieć pracować dla pana, jak wie, że i tak nic z tego nie będzie miał? Pańszczyzna to pańszczyzna, nie wolność. A człek to nie koń, żeby tylko wobec batożenia robił”.
„Słyszysz, Adamie?” — Ksiądz szturchnął szlachcica w bok. „Jagna potwierdza to, co mówiłem!”
„Potwierdza, potwierdza” — mruknął Kopydłowicz, ale jego uwaga była już gdzie indziej. Spojrzał na Jagnę, potem na księdza, potem znów na Jagnę.
Jagna podeszła do stołu i bez słowa wzięła butelkę, sprawdzając, ile zostało okowity.
„A widzę, że panowie już nieźle w czuby” — stwierdziła z rozbawieniem. „Może by tak panowie poszli odpocząć? Noc już późna, a i zimno się robi”.
Ksiądz Paweł spojrzał na nią z błyskiem w oku.
„Wiesz co, Jagna? To dobry pomysł. Bardzo dobry pomysł. Panie Adamie, co ty na to?”
Kopydłowicz, który już od dłuższego czasu spoglądał na gospodynię z wyraźnym zainteresowaniem, skinął głową.
„Veni, vidi, vici — Przybyłem, ujrzałem, zwyciężyłem” — zacytował, choć nieco nieadekwatnie do sytuacji.
„Carpe noctem — Chwytaj noc!” — dodał proboszcz, wstając chwiejnie od stołu.
Jagna tylko pokręciła głową z rozbawieniem, przyzwyczajona najwyraźniej do takich sytuacji. Wzięła pod ramię najpierw księdza, potem szlachcica, i wszyscy troje, nieco zataczając się, ruszyli w stronę drzwi prowadzących do sypialni proboszcza.
„A co z tym lenistwem chłopów?” — spytał jeszcze na schodach Kopydłowicz.
„Cras, cras — Jutro, jutro!” — odparł proboszcz. „Dziś zajmijmy się czym przyjemniejszym!”
„In vino veritas, in nocte voluptas! — W winie prawda, w nocy rozkosz!” — zawołał szlachcic, ku uciesze gospodarza.
Drzwi sypialni zamknęły się za trojgiem kompanów, a plebania zapadła w ciszę, przerwaną jedynie wycie wiatru za oknem i trzaskaniem drewna w kominku.
Butelka okowity stała pusta na stole, niemym świadkiem wieczoru pełnego uczonych dysput o lenistwie, niewdzięczności i niemoralności chłopstwa — dysput, które, jak wszystkie takie dyskusje szlachty i duchowieństwa tamtych czasów, kończyły się dokładnie w ten sam sposób: przy pustej butelce i w ciepłym łożu, z daleka od zimnych chłopskich chat, w których ci sami leniwi chłopi — Maciej, Maryna i inni — w pocie czoła próbowali przeżyć kolejną noc ostrej mazowieckiej zimy.
Sic transit gloria mundi — tak przemija chwała świata. Tak kończyły się intelektualne dysputy o moralności ludu. W łóżku, w alkoholowej mgle, z gospodyni plebanii jako pocieszeniem za wszystkie krzywdy, jakie rzekomo wyrządzali źli, leniwi chłopi swoim dobrym panom.
A na zewnątrz śnieg sypał dalej, obojętny na ludzkie grzechy, słabości i hipokryzję — okrywając równomiernie i chłopskie chaty, i pańską plebanię, i dwór szlachecki, jednakowo białym całunem, który rano stopnieją, obnażając tę samą czarną, mazowiecką ziemię, na której wszyscy — i panowie, i chłopi, i księża — musieli w końcu pracować, aby przeżyć.
Tyle że jedni pracowali dla siebie, a drudzy dla innych. I to właśnie było źródłem całego problemu, którego ani okowita, ani cytaty po łacinie, ani nocne igraszki nie mogły rozwiązać.
Rozdział 2: Apatia i obojętność
Rybackie refleksje nad Bzurą
Przedwiośnie roku 1848 nadeszło nad mazowiecką Bzurę z niespodziewaną łagodnością. Lody już puściły, woda w rzece płynęła wartko, niosąc ze sobą resztki zimy i obietnicę nadchodzącej wiosny. Brzegi porośnięte wierzbami i olchami zaczynały powoli zielenić się, a w powietrzu unosił się ten szczególny zapach wilgotnej ziemi i świeżości, który zwiastuje przebudzenie natury.
Przy brzegu, na drewnianym pomoście wzniesionym jeszcze przez dziadka obecnego właściciela Kopydłowa, siedzieli dwaj mężczyźni z wędkami w rękach. Ksiądz Paweł Pawłowicz Okowicki i szlachcic Adam Kopydłowicz po ich pamiętnej nocnej dyspucie o lenistwie chłopskim, która zakończyła się w sypialni proboszcza, zażywali dziś świeżego powietrza i spokoju. Obok nich, na drewnianej ławce, stały trzy butelki okowity — dwie puste, trzecia w trakcie opróżniania.
„Piscator non solum piscis captat, sed etiam quietem animae — Rybak łowi nie tylko ryby, ale także spokój duszy” — powiedział filozoficznie proboszcz, wpatrując się w spławik unoszący się na wodzie. „To moje własne przysłowie, Adamie. Wymyśliłem je właśnie teraz”.
Kopydłowicz, któremu policzki już różowiły się od wypitej okowity, parsknął śmiechem.
„Ojcze, twoja łacina po trzeciej szklaneczce robi się coraz bardziej twórcza. Ale masz rację — tu nad wodą człowiek może pomyśleć spokojnie. I wiesz o czym myślę?”
„Znam cię, Adamie. Pewnie o chłopach” — odparł ksiądz, nalewając kolejną porcję trunku do blaszanych kubków.
„Zgadłeś! Ale nie o ich lenistwie, bo o tym już rozmawialiśmy. Dziś myślę o czymś jeszcze gorszym. O ich obojętności. O tym, że nic ich nie obchodzi. Że żyją jak… jak te ryby w rzece. Płyną z prądem, nie pytając dokąd ani po co”.
Proboszcz kiwnął głową powoli, jakby ta myśl nie była mu obca.
„Apatheia, jak nazywali to starożytni Grecy. Brak uczuć, brak zaangażowania, brak… brak po prostu tego, co czyni człowieka człowiekiem. Wiesz, Adamie, że w zeszłym tygodniu próbowałem zorganizować zbiórkę na nowy ołtarz do kościoła?”
„I jak poszło?” — zainteresował się szlachcic, choć po tonie księdza domyślał się odpowiedzi.
„A jak miało pójść? Przyszło siedmiu chłopów. Siedmiu! Z całej parafii, która liczy ponad sto rodzin! A ci, co przyszli, przyszli tylko dlatego, że ich żony wypędziły z chaty. Siedzieli więc, gapili się w sufit, a gdy zapytałem, kto ile da, wszyscy nagle przypomnieli sobie, że muszą iść karmić świnie!”
Kopydłowicz zachichotał, ale w jego śmiechu było więcej goryczy niż radości.
„Znane mi to, ojcze. W zeszłym roku chciałem wybudować nową drogę przez wieś. Obecna jest dziurawa jak ser szwajcarski, w czasie deszczu błoto po kolana, wozy się łamią. Myślałem sobie: poproszę chłopów, niech każdy przyniesie trochę kamieni, trochę piasku, wspólnie ubijemy, wyprofilujemy. To w ich interesie, prawda?”
„I?” — dopytywał proboszcz, choć znowu domyślał się odpowiedzi.
„I co? Przyszło trzech. Trzech na dwadzieścia pięć rodzin! A ci trzej przynieśli może z tuzin kamieni każdy, rzucili w błoto gdzie popadło i poszli. Pytam się: a reszta? A oni tylko wzruszają ramionami. „Panie, każdy ma swoje troski”. Swoje troski! Jakby droga nie była ich troską!”
Ksiądz pokiwał głową ze zrozumieniem i wypił kolejny łyk.
„To właśnie ta obojętność, o której mówisz. Indifferentia erga bonum commune — obojętność wobec wspólnego dobra. Oni nie myślą kategoriami wspólnoty. Każdy myśli tylko o sobie, o swojej chacie, swoim polu. A co z resztą? Niech się świat wali, byle mnie nie dotknęło!”
„Dokładnie!” — Kopydłowicz uderzył pięścią w kolano. „A wiesz co jest najgorsze? Że gdy w końcu ta droga została zrobiona — bo sam wynająłem ludzi z sąsiedniej wsi — to ci sami chłopi, którzy nie dali palcem ruszyć, chodzą teraz tą drogą i jeszcze narzekają, że jest za wąska!”
W tym momencie spławik proboszcza zanurkował gwałtownie. Ksiądz szarpnął wędkę i po krótkiej walce wyciągnął na brzeg ładnego okonia, który trzepotał się na trawie.
„Ecce piscis — Oto ryba!” — zawołał triumfalnie. „Przynajmniej ryby mają ambicję — ambicję złapać przynętę!”
„A nasi chłopi nie mają ambicji nawet do tego” — mruknął Kopydłowicz, wrzucając okonia do wiklinowego kosza. „Wspomniałeś o ambicji, ojcze, i to mi przypomina… Znasz Józka, syna tej Maryny, o której mówiłeś podczas ostatniego spotkania?”
„Józka? Tego chłopaczka, co to zawsze nosi podarte buty i brudną koszulę?”
„Tego właśnie. Ma może piętnaście lat, chłopak zdolny, bystry. Mówiłem mu w zeszłym roku: Józek, mogę cię wysłać do sąsiedniego miasta, do terminu u stolarza. Będziesz się uczył fachu, wyjdziesz na ludzi, będziesz mógł zarabiać uczciwie, może nawet samemu sobie warsztat założyć kiedyś. Wiesz co mi odpowiedział?”
Proboszcz pokręcił głową.
„Powiedział: „Po co mi to, panie? Ojciec był chłopem, dziad był chłopem, ja też będę chłopem. Chłopu po co rzemiosło?” I tyle! Żadnego zainteresowania, żadnej ciekawości, żadnej chęci, żeby coś zmienić w swoim życiu!”
„Fatum accompli — zaakceptowany los” — westchnął ksiądz. „Oni są jak te owce, o których mówi Psalm Dwudziesty Trzeci. „Pan jest moim pasterzem, niczego mi nie braknie”. Tyle że oni źle to rozumieją. Myślą, że wystarczy leżeć na pastwisku i czekać, aż pastor ich nakarmi. Nie rozumieją, że trzeba samemu szukać trawy, samemu dbać o swoją owczą przyszłość!”
Kopydłowicz napełnił ponownie kubki. Słońce przesuwało się po niebie, rzucając długie cienie wierzb na wodę. Gdzieś w oddali słychać było śpiew ptaków i trzask gałęzi.
„A znasz historię o Wawrzyńcu?” — spytał nagle szlachcic.
„Którym Wawrzyńcu? W mojej parafii jest ich pięciu” — odparł proboszcz.
„Tym z Kopydłowa, co ma ten mały młyn nad strumieniem. Otóż przyszedłem do niego miesiąc temu i mówię: Wawrzyńcu, ten twój młyn to ruina. Koła się sypią, dach przecieka, za rok nic z tego nie zostanie. Ale jest rozwiązanie — są w Warszawie nowe mechanizmy, można by je sprowadzić, unowocześnić młyn, mleć szybciej i lepiej. Nawet powiedziałem, że pomogę z finansami, bo przecież mój interes też, żeby młyn w Kopydłowie dobrze działał”.
„I co on na to?” — Proboszcz był autentycznie ciekaw.
„A on patrzy na mnie tymi swoimi pustymi oczyma i mówi: „Na co mi nowy mechanizm, panie? Ten stary jeszcze mieli. Ojciec tak mielił, dziad tak mielił, ja też tak mielę. Jak się rozleci, to się zobaczy”. Jak się rozleci! Jakby nie można było zapobiec, jakby trzeba było czekać na katastrofę zamiast ją uniknąć!”
Ksiądz pokiwał smutno głową.
„To jest właśnie ten brak inicjatywy, o którym mówiłeś. Defectus industriae. Oni nie potrafią myśleć na przyszłość. Żyją dniem dzisiejszym, godzinę dzisiejszą. Co będzie jutro? A kto to wie. A pojutrze? A po co się martwić. To jest życie bez planu, bez wizji, bez…”
„...bez jakiejkolwiek ambicji!” — dokończył Kopydłowicz. „I wiesz co jest w tym najbardziej frustrujące? Że gdy próbujesz im pomóc, gdy próbujesz wskazać drogę do lepszego życia, oni cię podejrzewają!”
„Podejrzewają?” — Proboszcz uniósł brew.
„Tak! Myślą, że chcesz ich oszukać, wykorzystać, że jakiś haczyk musi być. Bo w ich świecie nikt nic nie robi za darmo, z czystej dobroci. A jak ktoś chce pomóc, to pewnie po to, żeby później coś zabrać. Więc lepiej nic nie zmieniać, lepiej siedzieć cicho i tkwić w tym samym bagnie!”
Spławik Kopydłowicza zanurzył się i szlachcic mechanicznie pociągnął wędkę, wyławiając niewielkiego płotka.
„Za małą” — stwierdził proboszcz.
„Jak większość moich chłopów — za mały, żeby z niego coś było” — odparł szlachcic, wpuszczając rybkę z powrotem do wody.
Obaj roześmiali się, ale śmiech ten był gorzki, nasiąknięty rozczarowaniem i alkoholem.
„A powiem ci, Adamie, o czym myślałem podczas ostatniej spowiedzi” — podjął ksiądz, nalewając z trzeciej już butelki. „Przyszła do mnie Agata, żona Szymona kowala. I wyznała mi, że Szymon ma okazję wyjechać do Warszawy, do lepszej kuźni, gdzie płacą dwa razy więcej niż on teraz zarabia. Ale nie chce jechać!”
„Nie chce? Dlaczego?”
„Bo tu zna wszystkich, bo tu jego rodzice, tu jego kumple z karczmy. A Warszawa to daleko, to obce miasto, to trzeba by się uczyć nowych rzeczy, poznawać nowych ludzi. I wie pan co powiedział Agacie? „Po co mi więcej pieniędzy, jak będę nieszczęśliwy daleko od domu?””
Kopydłowicz aż się zachłysnął okowitą.
„To jest szczytem absurdu! Człowiek ma szansę na lepsze życie i odrzuca ją, bo… bo mu się nie chce!”
„Acedia spiritualis — duchowa apatia” — powiedział poważnie proboszcz. „To jeden z grzechów głównych, zapomniany często, ale bardzo groźny. To taka rezygnacja z wszelkiego wysiłku, nie tylko fizycznego, ale i duchowego. To zgoda na wegetację zamiast życia. To…”
„To przekleństwo naszego chłopstwa!” — przerwał mu Kopydłowicz. „Ale powiedz mi, ojcze, skąd to się bierze? Czy oni się tacy rodzą? Czy to w ich naturze? A może to nasza wina, że ich tak wychowaliśmy?”
Proboszcz milczał przez chwilę, wpatrując się w powolny nurt rzeki.
„Wiesz, Adamie, myślałem o tym wiele razy. I doszedłem do wniosku, że to nie jest natura, to jest przyzwyczajenie. Oni żyli tak przez pokolenia — w tym samym miejscu, robiąc te same rzeczy, bez możliwości zmiany. I po czasie uwierzyli, że zmiana w ogóle nie jest możliwa. Że świat jest taki, jaki jest, i nigdy się nie zmieni”.
„Ale przecież inne narody…” — zaczął Kopydłowicz.
„Inne narody mają inne historie” — przerwał mu ksiądz. „Słyszałem od znajomego proboszcza z Wielkopolski, że tam chłopi są zupełnie inni. Przedsiębiorczy, zaradni, ambitni. Ale tam byli pod Prusami, a Prusacy nauczyli ich porządku i dyscypliny. My tu mieliśmy Szwedów, Rosjan, Austriaków, i każdy nas tylko rabował. Więc chłopi nauczyli się, że najlepiej być niewidocznym, niczego nie pokazywać, niczego nie budować, bo i tak przyjdzie ktoś i zabierze”.
„Sapiens dominabitur astris — mądry panuje nad gwiazdami” — zacytował nieoczekiwanie Kopydłowicz, ku zadowoleniu proboszcza. „Ale oni nie są mądrzy, ojcze. Oni pozwalają, żeby gwiazdy, czy raczej okoliczności, panowały nad nimi”.
„Prawda. I to właśnie chciałem powiedzieć. Oni nie wierzą, że mogą cokolwiek zmienić. Są… są jak te kamienie na dnie rzeki. Leżą tam, gdzie je nurt rzucił, i tam leżą, nie próbując nawet wypłynąć na powierzchnię”.
Kopydłowicz zastanawiał się nad tymi słowami, popijając powoli okowitę.
„A widzisz to, co teraz dzieje się w Europie?” — spytał po chwili. „W Paryżu znowu rewolucja, we Włoszech powstania, w Niemczech studenci protestują. Ludzie walczą o swoje prawa, o lepszą przyszłość!”
„Widzę, widzę” — potwierdził proboszcz. „Czytam gazety, słucham, co mówią podróżni. Ale nasze chłopstwo? One nawet nie wie, co się dzieje poza granicami Kopydłowa!”
„A nawet jak wiedzą, to ich to nie obchodzi!” — dodał z pasją Kopydłowicz. „Rozmawiałem kiedyś z kilkoma chłopami o tym, że w innych krajach znoszą poddaństwo, że chłopi stają się wolni. I wiesz, co usłyszałem? „A na co nam wolność, panie? Teraz pan dba o nas, daje ziemię, chroni. A jak będziemy wolni, to co? Sami wszystko musieć robić?” Wyobrażasz sobie?!”
Proboszcz aż się skrzywił.
„To przekracza już granice rozumu. Libertas pretiosior auro — wolność cenniejsza niż złoto, jak mawiali Rzymianie. Ale nasi chłopi wolą złoto, a nawet nie złoto, ale pewność, że jutro będzie tak samo jak dziś, czyli źle, ale przewidywalnie źle!”
„Przewidywalnie źle — doskonałe określenie!” — Kopydłowicz uderzył się w kolano. „Oni nie chcą niepewności, która może prowadzić do czegoś lepszego. Wolą pewność, która prowadzi donikąd!”
Przez chwilę siedzieli w milczeniu, tylko woda szemrała spokojnie, a spławiki tańczyły na falach.
„A powiem ci o jeszcze jednej rzeczy” — odezwał się w końcu proboszcz. „Próbowałem w zeszłym roku założyć w parafii szkółkę dla dzieci. Myślałem, że przynajmniej młode pokolenie może być inne, że jak nauczymy ich czytać, pisać, liczyć, to będą mieli szansę na lepsze życie”.
„I co się stało?”
„Przyszło pięcioro dzieci. Pięcioro! A mogło być pięćdziesiąt! Rozmawiałem z rodzicami, pytałem dlaczego nie posyłają dzieci. A oni: „Na co chłopu czytanie? Po co mu pisanie? Lepiej niech w polu pomaga”. Próbowałem tłumaczyć, że wiedza to potęga, że wykształcony człowiek może więcej w życiu osiągnąć. A oni tylko głową kręcą: „Mój dziad nie umiał czytać i jakoś żył. Mój ojciec nie umiał i żył. I ja nie umiem i też żyję”. Jakby samo życie, sama wegetacja była celem!”
Kopydłowicz westchnął ciężko.
„To jest tragedia, ojcze. Tragedia pokoleniowa. Bo jeśli dzieci uczą się od rodziców tej samej apatii, tej samej rezygnacji, to tak będzie w nieskończoność. Koło się zamyka. Circulus vitiosus, jak by łaciński powiedział”.
„Circulus vitiosus — błędne koło” — poprawił automatycznie proboszcz. „I masz całkowitą rację. Ale wiesz co? Czasami myślę, że to nie tylko ich wina. My też ponosimy część odpowiedzialności”.
„My?” — Kopydłowicz spojrzał na niego zaskoczony.
„Tak, my. Szlachta, Kościół. Przez wieki trzymaliśmy ich na dole, nie pozwalaliśmy się wybić, nie dawaliśmy szans. A teraz dziwimy się, że nie mają ambicji? Że są apatyczni? Przecież to my ich takimi zrobiliśmy!”
Szlachcic milczał przez chwilę, trawiąc te słowa.
„Może i masz rację, ojcze. Ale z drugiej strony — teraz, gdy próbujemy im pomóc, oni odrzucają tę pomoc. Więc co mamy robić?”
„Quid facere debemus? — Co powinniśmy robić?” — Proboszcz rozłożył ręce. „Sam nie wiem. Może trzeba po prostu czasu. Może trzeba pokoleń. Może…”
Urwał, bo jego spławik ponownie zanurzył się energicznie. Tym razem wyciągnął ładnego leszcza.
„Aha! Fortuna favet fortibus — szczęście sprzyja odważnym!” — zawołał. „Przynajmniej w wędkarstwie!”
Obaj roześmiali się, a napięcie chwilowo opadło.
„Wiesz, Adamie” — powiedział ksiądz, odkładając wędkę — „jest jeszcze jeden aspekt tej apatii, o którym nie wspomnieliśmy. To obojętność wobec cierpienia innych”.
„Jak to?”
„Otóż zauważyłem, że gdy jednemu chłopu dzieje się krzywda — spali mu się stodoła, zdechnie krowa, zachoruje dziecko — pozostali patrzą na to z obojętnością. Nie pomagają, nie współczują. Co najwyżej pokiwają głową: „E, trudno, tak już jest”, i idą dalej”.
„To prawda!” — Kopydłowicz przytaknął energicznie. „W zeszłym roku Marcinowi spłonęła chata. Został z rodziną pod gołym niebem, w środku zimy! Apelowałem do innych chłopów, żeby pomogli, żeby każdy dał chociaż trochę słomy na nową chatę, trochę drewna. I co? Prawie nikt się nie ruszył! Każdy miał wymówkę: sam potrzebuję, sam mam mało, niech pan pomoże, w końcu to pan jest bogaty!”
„Miserere mei, Deus — Zmiłuj się nade mną, Boże” — westchnął proboszcz. „To jest grzech obojętności wobec bliźniego. Chrystus powiedział: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. Ale oni tego nie rozumieją. Albo nie chcą rozumieć”.
„Nie chcą, bo sami są zatopieni w swojej małej, żałosnej egzystencji” — stwierdził gorzko Kopydłowicz. „Każdy myśli tylko o sobie. A co się dzieje za płotem? A to już nie moja sprawa”.
„I tak w każdej dziedzinie życia” — dodał ksiądz. „Kościół się wali? Nie moja sprawa. Droga dziurawa? Nie moja sprawa. Sąsiad w potrzebie? Nie moja sprawa. Tylko własna, ciasna, nędzna egzystencja jest ich sprawą. I to właśnie nazywam apatią duchową”.
Nagle, zza zakrętu rzeki dobiegł śmiech kobiecy. Obaj mężczyźni spojrzeli w tamtą stronę i zobaczyli dwie kobiety zmierzające w ich kierunku. Jedna to Jagna, gospodyni plebanii, w prostej ale czystej sukni, z koszem na ramieniu. Druga to Maryna, żona tego samego leniwego Macieja, o którym rozmawiali podczas poprzedniego spotkania.
„A, Jagna!” — zawołał wesoło proboszcz. „I Maryna! Jakimiż wiatrami?”
„A pomyślałyśmy sobie, ojcze, że panowie siedzą tu od rana i pewnie głodni” — odpowiedziała Jagna, kładąc kosz na trawie. „Przyniesiałyśmy trochę chleba, słoniny, ogórków. A jak widzę, złowiliście już kilka rybek, to możemy upiec na ogniu!”
„Wspaniały pomysł!” — Kopydłowicz klasnął w dłonie. „Maryna, a twój Maciej wie, że tu jesteś?”
Maryna skrzywiła się lekko.
„Maciej śpi, panie. Powiedział, że plecy go bolą po wczorajszej pracy. Choć wczoraj to ja go nie widziałam przy żadnej pracy” — dodała cicho, z wyraźną gorycz.
„Ecce exemplum! — Oto przykład!” — zawołał proboszcz. „Właśnie o tym rozmawialiśmy z panem Kopydłowiczem. O apatii, o lenistwie, o tym, że wasi mężowie…”
„Ojcze” — przerwała mu stanowczo Jagna, rozpalając już ognisko — „dzisiaj sobota, dzień piękny, pora na odpoczynek, nie na narzekania. Panowie łowili ryby i pili, a teraz my wam coś dobrego ugotujemy”.
Kobiety zabrały się do pracy z wprawą, która kontrastowała z opisywaną wcześniej apatią chłopów. Jagna czyściła ryby, Maryna rozkładała na płaskim kamieniu pieczywo i słoninę. Ognisko szybko zajęło się, a nad brzegiem Bzury zapachniało dymem i pieczoną rybą.
„Widzisz, Adamie?” — szepnął proboszcz. „Kobiety zawsze bardziej zaradne niż mężczyźni. To one trzymają te chaty w całości”.
„Prawda” — przytaknął szlachcic, obserwując, jak Maryna sprawnie nawleka ryby na patyki. „Gdyby nie baby, chłopi już dawno by wymarli z głodu i własnej apatii”.
Jagna, słysząc to, roześmiała się głośno.
„Ano prawda, panie! Gdyby nie my, to męski by tylko w karczmie siedzieli i narzekali na los!”
„A nie siedzą?” — spytał proboszcz z przekąsem.
„Siedzą, ojcze, siedzą. Ale przynajmniej wraca do domu, gdzie ciepło, czysto i na stole coś jest. A jakby nie my, to by wrócił do pustej chaty i sam sobie jeszcze narzekał, że nic nie ma!”
Wszystkie rozweselili się tym spostrzeżeniem. Okowita krążyła już teraz między wszystkimi czworgiem — Jagna i Maryna nie oponowały przeciw trunkowi, a wręcz przeciwnie, piły z ochotą.
„Maryna” — zwrócił się ksiądz do młodej kobiety — „powiedz nam szczerze: czy twój Maciej ma jakieś ambicje? Jakieś marzenia? Czy chce czegoś więcej w życiu?”
Maryna zastanowiła się, obracając rybę nad ogniem.
„Wie ojciec… Maciej czasami mówi, że fajnie by było mieć więcej ziemi, albo więcej kur, albo może nawet krowę drugą. Ale jak go zapytam: „To może wstań wcześniej, popracuj więcej, zaoszczędź trochę?” — to mówi, że to niemożliwe, że pan płaci za mało, że praca za ciężka, że co on może sam zrobić. I tak zostaje przy marzeniach”.
„Somnia sine labore — marzenia bez pracy” — skomentował proboszcz. „To właśnie jest problem. Oni marzą, ale nic nie robią, żeby te marzenia spełnić. Czekają, aż coś samo się stanie, aż szczęście spadnie z nieba”.
„Jak ten deszcz” — dodała Jagna, wskazując na ciemniejsze chmury zbierające się na horyzoncie. „Czekają, aż spadnie, zamiast samemu pójść po wodę”.
Ryby pachniały już wyśmienicie. Jagna wykładała je na kawałki kory, posypując solą, którą przyniosła w koszu. Maryna kroiła chleb i słoninę. Cała sceneria nabierała sielskiego charakteru — gdyby nie temat rozmowy, można by pomyśleć, że to zwykła wiejska biesiada.
„A wiesz, ojcze” — odezwała się nagle Maryna, odważona zapewne okowitą — „my też czasem chciałybyśmy, żeby było inaczej. Ale jak mąż nie chce, to co my możemy? Ja bym chciała, żeby Maciej się rozwinął, żeby więcej zarabiał, żeby dzieci mogły pójść do szkoły. Ale on tylko mówi: „Na co ci szkoła? Na co ci więcej pieniędzy? I tak dobrze jest””.
„I tak dobrze jest!” — powtórzył z goryczą Kopydłowicz. „Oto motto naszego chłopstwa. „I tak dobrze jest”, nawet gdy jest źle. Byleby cokolwiek nie zmieniać, byle nie wysilić się!”
Jagna, która zajmowała się rybami, nagle wyprostowała się i spojrzała na szlachcica.
„A pan się nie gniewa, panie, ale może gdyby pan chłopom więcej płacił, to by mieli motywację do lepszej pracy?”
Zapanowała chwila ciszy. Kopydłowicz zaczerwienił się lekko.
„Jagna ma rację” — wtrącił się spokojnie proboszcz. „Operarius dignus est mercede sua — robotnik godzien jest swojej zapłaty. To słowa Chrystusa”.
„Ale ja płacę uczciwie!” — zaprotestował Kopydłowicz. „Tyle, ile płacą inni właściciele, a nawet więcej! A oni i tak pracują niedbale, leniwie!”
„Bo może już stracili wiarę, że praca ma sens?” — powiedziała cicho Maryna. „Może już przestali wierzyć, że coś może się zmienić?”
Te słowa zabrzmiały jak wyrok. Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał. Tylko ogień trzaskał, a ryby skwierczały na żarze.
„Wiesz co, Adamie?” — odezwał się w końcu proboszcz, nalewając wszystkim kolejną porcję okowity — „może rzeczywiście problem jest głębszy, niż nam się wydaje. Może ta apatia to nie tylko ich wada, ale także nasza wspólna tragedia. Oni stracili wiarę w zmianę, a my straciłeś wiarę w nich”.
„Filozofujesz, ojcze” — mruknął Kopydłowicz, ale w jego głosie nie było już tej pewności, co wcześniej.
„In vino veritas — w winie prawda, a my już sporo wypiliśmy” — roześmiał się proboszcz. „Ale może właśnie dlatego możemy powiedzieć prawdę. A prawda jest taka, że wszyscy jesteśmy uwięzieni w tym systemie. Oni w swojej apatii, my w naszej bezradności wobec tej apatii”.
Jagna przyniosła pierwsze porcje pieczonej ryby i wszyscy zabrali się do jedzenia. Smak był wyśmienity — świeża ryba, sól, dym z ogniska, wszystko to składało się na prosty ale doskonały posiłek.
„Maryna” — odezwał się Kopydłowicz z pełnymi ustami — „a gdybyś mogła zmienić jedno coś w życiu twojego Macieja, co by to było?”
Młoda kobieta zastanowiła się głęboko.
„Chciałabym, żeby znów miał iskrę w oczach. Jak go poznałam przed laty, to był inny. Miał plany, marzenia. Chciał wybudować większą chatę, chciał mieć własny wózek, chciał… chciał po prostu czegoś więcej. A teraz? Teraz tylko siada wieczorem, patrzy w ogień i milczy. Jakby już się poddał”.
„Desperatio — rozpacz, ale cicha, bezgłośna” — powiedział proboszcz. „Najgorsza rozpacz to ta, która już nawet nie krzyczy”.
„Ale skąd ta rozpacz?” — dopytywał się Kopydłowicz. „Przecież życie nie jest aż takie złe! Mają ziemię, mają dach nad głową, nie głodują!”
„Pan patrzy oczami pana” — odparła śmiało Jagna, wypiwszy już sporo okowity i tracąc resztki nieśmiałości. „Pan ma dwór, ma konie, ma włości. Dla pana życie chłopa nie jest złe. Ale dla chłopa? On widzi, że haruje cały dzień i ma tyle samo co jego ojciec, który też harował. I wie, że jego syn będzie harował i będzie miał tyle samo. Gdzie tu miejsce na marzenia?”
Cisza, która zapadła, była gęsta jak sam mazowiecki las. Nawet proboszcz, zazwyczaj gotów na łacińską sentencję, milczał.
„Veritas vos liberabit — prawda was wyzwoli” — powiedział w końcu cicho. „Ale czasami prawda więzi bardziej niż kłamstwo”.
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, rzucając złociste refleksy na wodę. Jagna i Maryna skończyły już przygotowywać rybę i usiadły bliżej ognia. Butelka okowity, już czwarta tego dnia, krążyła między czworgiem ludzi.
„A wiecie co?” — odezwała się Jagna, a w jej oczach pojawił się figlarny błysk — „dosyć już tej ponurej rozmowy. Jest piękny wieczór, jest jedzenie, jest wódka. Może byśmy tak… odpoczęli?”
Spojrzała na Marynę, która zrozumiała natychmiast. Obie kobiety roześmiały się, a Jagna podniosła się i podeszła bliżej proboszcza.
„Ojcze” — powiedziała miękko — „cały dzień rozmawiałeś o cudzej apatii. A może czas pokazać trochę własnej… aktywności?”
Proboszcz, którego policzki płonęły już od alkoholu i zapadającego zmroku, roześmiał się głośno.
„Tempus fugit, carpe diem — czas ucieka, chwytaj dzień!” — zawołał, pociągając Jagnę na kolana.
Maryna podeszła do Kopydłowicza, który początkowo patrzył na nią ze zdziwieniem, ale szybko zrozumiał intencje.
„Panie” — szepnęła — „może być Maciej apatyczny, ale ja nie jestem…”
Dwie pary zaczęły się całować i pieścić, najpierw nieśmiało, potem coraz śmielej. Jagna i proboszcz zaplątali się w sobie przy ognisku, ich cienie tańczyły na drzewach. Kopydłowicz i Maryna odeszli nieco w bok, gdzie trawa była gęstsza i miększa.
Po chwili Jagna i Maryna, jak gdyby w niekiemym porozumieniu, oddaliły się od mężczyzn i same zaczęły się do siebie zbliżać. Ich dłonie splatały się, usta spotykały w długich, namiętnych pocałunkach. Suknie powoli opadały, odsłaniając białe ramiona, pełne piersi, krągłe biodra.
„Amor vincit omnia” — wymamrotał proboszcz, obserwując scenę z podnieceniem — „miłość zwycięża wszystko!”
„Albo przynajmniej apatię!” — dodał Kopydłowicz, również nie odrywając wzroku od dwóch kobiet.
Jagna i Maryna leżały już na rozłożonej na trawie sukni, ich ciała splatały się w wymyślnych pozach. Jęki rozkoszy mieszały się z szumem rzeki i trzaskiem dogasającego ogniska. Mężczyźni, podnieceni widokiem, podeszli bliżej, i wkrótce wszystko czworo utworzyło jedno ciało, poruszające się w rytm, który był stary jak świat.
Gdy wszystko już ucichło, a czworo kochanków leżało obok siebie na trawie, ciężko dysząc, zapadł zmierzch. Pierwsze gwiazdy pojawiły się na niebie, odbijając się w spokojnej tafli Bzury.
„Wiecie co?” — powiedział w końcu proboszcz, patrząc w gwiazdy — „może my też jesteśmy apatyczni. Rozmawiamy o problemach chłopstwa, narzekamy, filozofujemy. A potem co? Uprawiamy grzech, pijemy i nic nie zmieniamy”.
„Mea culpa, mea maxima culpa” — wymamrotał Kopydłowicz. „Ale przyznaj, ojcze, że przyjemnie”.
„Przyjemnie” — zgodził się proboszcz. „Ale to nie zmienia faktu, że jutro wrócimy do naszych domów, chłopi wrócą do swojej apatii, a świat będzie taki sam jak był”.
„Taki sam” — powtórzyła cicho Maryna. „Zawsze taki sam. Nic się nie zmienia”.
„Nihil novi sub sole” — westchnął ksiądz. „Nic nowego pod słońcem. Tak było, jest i będzie”.
I w tej smutnej prawdzie, przy dogasającym ognisku, nad brzegiem mazowieckiej Bzury, zakończyła się ta kolejna rozmowa o przywarach polskiego chłopstwa. Rozmowa, która jak wszystkie takie rozmowy, nie zmieniła nic, nie rozwiązała nic, tylko potwierdziła to, co wszyscy już wiedzieli — że życie toczy się dalej, w tym samym rytmie, w tej samej apatii, w tej samej obojętności wobec możliwości zmiany.
A nad rzeką ciemniało, gwiazdy rozbłyskały pełnym blaskiem, a z oddali dolatywały przytłumione odgłosy wioski — szczekanie psów, pianie koguta, który pomylił porę, i pijana pieśń z karczmy, gdzie Maciej i inni mężczyźni topili swoją apatię w kuflu taniego piwa, nie wiedząc — lub nie dbając — gdzie są ich żony i co robią.
Sic transit gloria mundi — tak przemija chwała świata. I tak przemijał kolejny dzień w historii polskiego chłopstwa roku 1848, roku rewolucji w Europie, który w Kopydłowie przeminął bez echa, bez zmian, bez nadziei.
Tylko rzeka płynęła dalej, obojętna na ludzkie słabości, ambicje czy ich brak, niosąc swoje wody ku większym rzekom, tym ku morzom, ale nie wiedząc, że chłopi, którzy mieszkają nad jej brzegami, nie mają jej ambicji — ambicji dotarcia gdzieś dalej niż to miejsce, w którym się urodzili.
Rozdział 3: Kombinatorstwo i oszustwo
Karciany wieczór w dworku Kopydłowskich
Wiosenny wieczór roku 1848 zastał salon dworu w Kopydłowie w pełnym blasku świec. Ciężkie, aksamitne zasłony były już zaciągnięte, a w kominku wesoło trzaskał ogień z sosnowych polan. Przy masywnym stole z dębowego drewna, nakrytym zielonym suknem, siedzieli dwaj mężczyźni: ksiądz Paweł Pawłowicz Okowicki i Adam Kopydłowicz. Przed nimi rozłożone były karty — grali w preferansa, ulubioną grę szlachty — a obok stały, jak zwykle, butelki okowity.
To była już trzecia butelka tego wieczoru, a gra toczyła się z przerwami na coraz dłuższe dygresje. Tematem rozmowy, który przewijał się przez cały wieczór jak czerwona nić, było oszustwo. Oszustwo chłopskie, kombinatorstwo, krętactwo — wszystko to, co właściciel Kopydłowa i miejscowy proboszcz uważali za kolejną znamienną wadę stanu chłopskiego.
„Trzeba kłaść, ojcze” — przypomniał Kopydłowicz, wskazując na karty.
Proboszcz, lekko już podchmielony, spojrzał na swoje karty i położył damę kier.
„Aha! Dama perfida — zdradzieca dama!” — zawołał. „Przypomina mi to pewną historię o zdradzie. Nie damskiej, ale chłopskiej”.
„O?” — Kopydłowicz przebił asa i zebrał lewę. „Opowiadaj, jestem ciekaw”.
Ksiądz Paweł napełnił szklanki i usadowił się wygodniej w fotelu, wyciągając przed siebie nogi.
„Otóż, mój drogi Adamie, w zeszłym tygodniu przyszedł do mnie Bartosz, ten co ma zagrodę przy młynie. Przychodzi, klęka w konfesjonale i zaczyna wyznawać grzechy. A pierwszy grzech, jaki wymienił, to… że ukradł panu — czyli tobie — dwa worki owsa!”
„Bartosz?!” — Kopydłowicz aż podskoczył na krześle. „Ten gruby, łysy, co zawsze tak pobożnie się kłania?”
„Ten sam. I wyznał mi, że nie pierwszy raz. Że regularnie, od lat, kradnie z pańskiej stodoły. Czasem owies, czasem żyto, czasem nawet narzędzia. A jak go zapytałem, czy czuje wyrzuty sumienia, to co mi odpowiedział?”
„Co?” — Kopydłowicz był autentycznie ciekaw, choć już przeczuwał odpowiedź.
„Powiedział: „Ojcze, ale pan ma tyle, a ja mam tak mało. To nie jest kradzież, to jest… wyrównywanie”. Wyrównywanie! Wyobrażasz sobie?!”
Szlachcic uderzył pięścią w stół, aż karty podskoczyły.
„To jest szczyt bezczelności! Kradnie, ale sam sobie wymyślił, że to nie kradzież, tylko jakaś tam „sprawiedliwość społeczna”!”
„Furti non est furti, si iustificatur — kradzież nie jest kradzieżą, jeśli jest uzasadniona” — zacytował ironicznie proboszcz własny, świeżo wymyślony łaciński aforyzm. „Tak oni myślą. Że jeśli pan ma dużo, a oni mało, to mogą sobie brać, i to nie jest grzech!”
„A co mu ojciec na to powiedział?” — dopytywał Kopydłowicz, tasując karty do następnej rozgrywki.
„Powiedziałem mu, że to grzech przeciwko siódmemu przykazaniu: „Nie kradnij”. Że nie ma żadnego „ale” w przykazaniach Bożych. Że kradzież to kradzież, bez względu na to, od kogo się kradnie i dlaczego. I kazałem mu się wyspowiadać, odkuć pokutę i zwrócić to, co zabrał”.
„I zwrócił?” — Kopydłowicz rozdał karty.
„A skąd! Powiedział, że już to zjadł, więc nie może zwrócić. Więc kazałem mu przepracować to w pańszczyźnie dodatkowej. A on na to, że nie może, bo i tak za dużo pracuje. No i wyszedł, mrucząc pod nosem, że ksiądz go nie rozumie!”
Obaj mężczyźni wybuchnęli gorzkim śmiechem.
„Ale wiesz, Adamie” — kontynuował proboszcz, układając swoje karty — „to nie jest odosobniony przypadek. To jest system. Systema fraudulentum — system oszustwa. Oni wszyscy tak robią, tylko nie wszyscy się przyznają”.
„Wszyscy, mówisz?” — Kopydłowicz uniósł brew. „No to ja ci powiem o systemie, ojcze. W zeszłym roku, podczas żniw, kazałem chłopom znosić zboże do stodoły. Woźny pilnował, liczył worki. Policzyliśmy: powinno być dwieście worków. A znalazło się tylko sto osiemdziesiąt!”
„Dwadzieścia worków znikło?” — Proboszcz gwizdnął. „To nie są fraszki!”
„Nie są! No więc zacząłem dochodzenie. Pytam woźnego: gdzie te worki? A woźny mówi, że wszystkie policzył, wszystkie zaniesiono. Pytam chłopów: kto kradł? A oni wszyscy jak jeden mąż: nikt nie kradł, pewnie się źle policzyło, albo może myszy zjadły!”
„Myszy!” — Proboszcz roześmiał się głośno. „Dwadzieścia worków zboża! To by musiały być myszy wielkości koni!”
„No właśnie! Ale oni wszyscy trzymali się tej wersji. Nikt nic nie widział, nikt nic nie wie. A przecież któryś musiał ukraść, inni musieli widzieć, ale wszyscy milczą. Bo wiedzą, że dziś jeden ukradnie, jutro drugi, a wszyscy się kryją nawzajem!”
Proboszcz pokiwał smutno głową, kładąc kartę.
„Conspiratio silentii — zmowa milczenia. Tak, to ich metoda. Jeden kradnie, dziesięciu wie, ale wszyscy milczą. Bo sami kradną albo planują ukraść. To jest zbiorowa nieuczciwość”.
„Zbiorowa i systemowa” — potwierdził Kopydłowicz. „A wiesz co jest najgorsze? Że oni nawet nie czują, że robią źle! Dla nich to jest normalne, naturalne, wręcz… wręcz usprawiedliwione!”
„Dokładnie!” — Ksiądz uderzył ręką w stół. „Pamiętam, jak w zeszłym roku na kazaniu mówiłem o grzechu kradzieży. Wymieniałem przykłady, tłumaczyłem, że kradzież to grzech ciężki, że grozi piekłem. A po mszy podchodzi do mnie Stach, taki jeden cwaniaczek, i mówi: „Ojcze, ale o czym ojciec mówił? Ja przecież nie kradnę”. A ja wiedziałem od innych, że on regularnie wynosi z folwarku wszystko, co nie jest przybite!”
„I co mu ojciec odpowiedział?”
„Powiedziałem: Stachu, słyszałem, że brałeś z folwarku narzędzia. A on na to: „Ależ ojcze, ja nie brałem, ja tylko pożyczałem! I tak pan nie używał, to pomyślałem, że się nie zgniewa”. Pożyczałem! Bez pytania, bez zgody, i na zawsze, bo nigdy nie oddał!”
Kopydłowicz pokręcił głową z niedowierzaniem.
„Oni mają niesamowitą zdolność do samousprawiedliwienia. Każde oszustwo, każda kradzież ma jakieś wytłumaczenie. „Pan ma dużo”, „pan nie używał”, „pan mi za mało płaci”, „pan nie zauważy”. Zawsze coś!”
Proboszcz napełnił szklanki po raz kolejny. Alkohol robił swoje — policzki obu mężczyzn płonęły, a języki stawały się coraz swobodniejsze.
„A powiem ci o jeszcze jednym oszustwie” — podjął ksiądz, popijając okowitę. „Chodzi o dziesięcinę. Wiesz przecież, że chłopi mają obowiązek oddawać dziesiątą część plonów dla kościoła?”
„Wiem, wiem” — potwierdził szlachcic. „I pewnie nie oddają?”
„Oddają, ale… Otóż przychodzą z workami zboża, ja ważę, notuję. I zauważyłem pewną rzecz — zawsze przynoszą worki nierówne. Jeden większy, drugi mniejszy. A ten do kościoła zawsze jest ten mniejszy! Poza tym zboże jest często mieszane z plewami, kamieniami, czasem nawet ziemią!”
„Oszukują Pana Boga!” — zawołał Kopydłowicz. „To już szczyt bezbożności!”
„Deum decipere non potes — Boga oszukać nie możesz” — westchnął proboszcz. „Tak im mówiłem. Ale oni myślą, że mogą. Myślą, że jak mnie oszukają, to Bóg nie zobaczy. Albo że Bóg zrozumie, bo przecież „pan proboszcz ma dużo, a my mało””.
„Ta sama logika co przy kradzieży od pana!” — zauważył szlachcic.
„Ta sama. Uniwersalna chłopska logika: kto ma więcej, temu można ukraść, i to nie jest grzech, ale sprawiedliwość!”
Przez chwilę grali w milczeniu, tylko karty szeleściły, a w kominku trzaskał ogień. W salonie panował półmrok, rozświetlony tylko płomieniami świec i blaskiem kominka. Atmosfera była intymna, spowiednicza.
„Ale wiesz co, Adamie?” — odezwał się w końcu proboszcz — „najgorsze nie są te wielkie kradzieże. Najgorsze jest to codzienne, drobne oszukiwanie. Fraus quotidiana — codzienna kradzież”.
„Wyjaśnij” — poprosił Kopydłowicz, odkładając karty.
„Otóż chodzi o pracę. Oni cały czas udają, że pracują, a tak naprawdę oszukują. Stoją z motyką, machają nią powoli, ale tak, żeby wyglądało, że pracują. A gdy nikt nie patrzy — stoją i gapią się w niebo. To też jest oszustwo! Oszustwo czasu pracy!”
„O, to znam aż za dobrze!” — Kopydłowicz aż się ożywił. „Mój woźny opowiadał mi, że obserwował chłopów przy okopywaniu buraków. Gdy woźny był blisko, pracowali normalnie. Gdy się oddalił, zwalniali. A gdy zniknął z pola widzenia — siadali i palili fajki! I tak cały dzień — praca tylko wtedy, gdy ktoś patrzy!”
„Labor simulatus — praca pozorowana” — potwierdził ksiądz. „To jest forma kradzieży czasu. Płacisz im za dzień pracy, a oni dają ci pół dnia albo nawet mniej. Reszta to oszustwo!”
„Albo narzędzia!” — Kopydłowicz wpadł w zadumę. „Ile razy dałem chłopom nowe narzędzia — piękne, solidne, drogie! — a po miesiącu wracają połamane, stępione, bezużyteczne. I mówią: „panie, samo się złamało”. Samo! Jakby narzędzia miały własną wolę!”
„A przecież oni celowo je niszczą!” — podchwycił proboszcz. „Bo zniszczone narzędzie to wymówka, żeby nie pracować. „Nie mogę kopać, bo motyka złamana”. „Nie mogę ciąć, bo sierp tępy”. A kto złamał? Kto stępił? No przecież sami, ale nie przznają!”
„Albo ukrywają!” — dodał Kopydłowicz z pasją. „Mój dziadek opowiadał mi historię sprzed lat. Dał chłopom nowe kosy do żniw. Po żniwach chciał je odzyskać. A chłopi mówią: zgubiliśmy. Dziadek nie uwierzył, kazał przeszukać chaty. I co się okazało? Kosy były zakopane w ziemi, w workach, starannie schowane! Chłopi chcieli je zatrzymać dla siebie!”
„Ars celandi — sztuka ukrywania” — skomentował proboszcz. „Oni są w tym mistrzami. Ukrywają plony, ukrywają narzędzia, ukrywają prawdę. Wszystko po to, żeby mieć więcej, a dać panu mniej”.
„Właśnie o plonach chciałem powiedzieć!” — Kopydłowicz klasnął w dłonie. „W zeszłym roku, podczas żniw, kazałem chłopom znosić zboże do stodoły. A woźny zauważył, że część worków jest podejrzanie lekka. Kazał otworzyć — a tam połowa zboża, połowa słomy! Próbowali oszukać, licząc, że nie sprawdzę!”
„I co zrobiłeś?”
„Co mogłem zrobić? Kazałem przynieść jeszcze raz, tym razem woźny pilnował osobiście. Ale to pokazuje, jak oni myślą — zawsze szukają sposobu, jak oszukać, jak ukraść, jak mieć więcej kosztem pana!”
Proboszcz pokiwał głową ze smutkiem.
„Wiesz, Adamie, czasami myślę, że oni więcej energii wkładają w kombinowanie, jak oszukać, niż w uczciwą pracę. Gdyby tyle wysiłku wkładali w pracę, co w krętactwo, byliby bogaci!”
„Święte słowa!” — potwierdził szlachcic. „Ale oni tak nie myślą. Dla nich kombinowanie to rodzaj sztuki. Cwaniactwo to cnota, uczciwość to głupota!”
„A wiesz co jest najbardziej depresyjne?” — Ksiądz spojrzał smutno na swoje karty. „Że uczą tego swoje dzieci. Młode pokolenie patrzy na rodziców i uczy się oszukiwać, kraść, kombinować. I tak się to przenosi z pokolenia na pokolenie”.
„Peccata patrum — grzechy ojców” — zacytował Kopydłowicz, ku zadowoleniu proboszcza. „Uczę się od ciebie łaciny, ojcze!”
„I dobrze! Bo łacina to język prawdy i mądrości. A wracając do tematu — rzeczywiście, widziałem małe dzieci, może dziesięcioletnie, które już kombinują. Przychodzą do plebanii prosić o chleb, a ja wiem, że w domu mają. Ale udają biedne, głodne, żebym im dał. To jest oszustwo, choć dziecięce!”
W tym momencie do salonu weszła Jagna, gospodyni plebanii, która tego wieczoru usługiwała u Kopydłowicza. Niosła tacę z przekąskami — serem, wędliną, ogórkami.
„A, Jagna!” — zawołał wesoło proboszcz. „Właśnie rozmawiamy o oszustwach chłopskich. Może ty, jako przedstawicielka tego stanu, chcesz się bronić?”
Jagna uśmiechnęła się szeroko, stawiając tacę na stole.
„Bronić, ojcze? A przed czym? Przed prawdą?” — Roześmiała się. „Prawda jest, że chłopi kombinują. Ale czy panowie nie kombinują? Każdy kombinuje, jak może!”
„Touché!” — zawołał Kopydłowicz. „Jagna ma rację. My też kombinujemy, tylko inaczej. My kombinujemy w polityce, w interesach. Oni kombinują w codziennym przetrwaniu”.
„Ale my nie kradniemy!” — zaprotestował proboszcz.
„Nie?” — Jagna uniosła brew, a w jej oczach pojawił się figlarny błysk. „A dziesięcina? A pańszczyzna? Dla chłopa to też kradzież — kradzież jego czasu, jego pracy, jego plonów!”
Zapanowała chwila ciszy. Słowa Jagny, choć odważne, miały w sobie ziarnko prawdy, które obu mężczyzn zmusiło do refleksji.
„Ex ore infantium et lactentium — z ust niemowląt i ssących” — wymamrotał w końcu proboszcz. „Czasem prawda przychodzi z najmniej spodziewanego źródła. Ale Jagna, różnica jest taka, że dziesięcina i pańszczyzna to prawo, porządek ustalony przez Boga i tradycję. A kradzież to grzech!”
„Dla ojca grzech, dla chłopa sprawiedliwość” — odparła odważnie Jagna, nalewając panom kolejną porcję okowity.
Kopydłowicz zaśmiał się głośno.
„Widzisz, ojcze? Nawet Jagna, która jest po naszej stronie — bo mieszka z tobą na plebanii — nawet ona ich broni! To pokazuje, jak głęboko to siedzi w chłopskiej mentalności. Oni naprawdę wierzą, że oszukiwanie pana to nie grzech!”
„Niestety, masz rację” — westchnął proboszcz. „I nie wiem, jak to zmienić. Katechizę im głoszę, przykazania tłumaczę, o piekle ostrzegam. A oni i tak kradną, oszukują, kombinują”.
„Bo może” — wtrąciła się znowu Jagna — „katechizm to jedno, a głodne dzieci to drugie?”
„Ale oni nie głodują!” — zaprotestował Kopydłowicz. „Dają im ziemię, dają pracę, dają dach nad głową!”
„Dajecie za mało, żeby żyć dobrze, a za dużo, żeby umrzeć” — odpowiedziała filozoficznie Jagna. „Więc oni kombinują, żeby było lepiej”.
Proboszcz pokręcił głową.
„Jagna, Jagna… Sophisteria muliebris — kobiece sofizmaty! Ale przyznaję, że twoje argumenty mają pewną logikę. Tylko że to nie usprawiedliwia kradzieży i oszustwa!”
„Nie usprawiedliwia” — zgodziła się Jagna. „Ale wyjaśnia”.
Szlachcic wstał od stołu i podszedł do okna, wyjrzał w ciemną noc.
„Wiesz co, ojcze?” — powiedział po chwili — „może problem polega na tym, że my i oni żyjemy w dwóch różnych światach. My w świecie prawa, zasad, tradycji. Oni w świecie przetrwania, kombinacji, oszustwa. I te dwa światy nie mogą się spotkać”.
„Duo mundi irreconciliabiles — dwa niemożliwe do pogodzenia światy” — potwierdził proboszcz. „Smutna prawda, ale prawda”.
„Ale” — dodał Kopydłowicz, wracając do stołu — „to nie zmienia faktu, że ja jestem okradany codziennie! I ty jesteś oszukiwany przy dziesięcinie! I nikt za to nie ponosi konsekwencji, bo wszyscy się kryją!”
„Konsekwencje są” — odparł spokojnie proboszcz. „Tylko że nie na ziemi, ale w życiu wiecznym. In aeternum punientur — będą karani w wieczności. Piekło czeka na oszustów i złodziei”.
„Czyżby?” — Jagna roześmiała się. „A ile ojciec zna chłopów, którzy naprawdę wierzą w piekło?”
Proboszcz spojrzał na nią ze zdumieniem.
„Jak to? Wszyscy chodzą do kościoła, wszyscy się spowiadają…”
„Chodzą, bo trzeba” — przerwała mu Jagna. „Spowiadają się, bo nakazane. Ale czy naprawdę wierzą? Czy naprawdę boją się piekła? A może tylko udają, bo to kolejny element gry, kolejne oszustwo?”
„Deus meus!” — zawołał proboszcz. „Czyli nawet w wierze są nieszczerzy? Nawet religię traktują instrumentalnie, jako fasadę?”
„Nie wszyscy” — zastrzegła Jagna. „Ale wielu. Idą do kościoła, bo tak wypada. Spowiadają się, bo inaczej ksiądz będzie gadał. Ale co mają w sercu? Tego nikt nie wie”.
Kopydłowicz uderzył pięścią w stół.
„To jest jeszcze gorsze niż kradzież materialna! To jest kradzież duchowa, oszukiwanie Boga, fałszywa pobożność! Similitudo pietatis — pozór pobożności!”
„Właśnie” — potwierdził proboszcz, nalewając sobie i szlachcicowi kolejną porcję trunku. „I wiesz co jest najgorsze? Że ja, jako proboszcz, muszę akceptować tę grę. Muszę udawać, że wierzę w ich szczerość, bo inaczej cały system się załamie. Oni udają wiarę, ja udaję, że im wierzę. I tak żyjemy w wzajemnym oszustwie”.
„Mutua deceptio — wzajemne oszukiwanie” — westchnął Kopydłowicz. „To smutny obraz świata”.
„Ale prawdziwy” — dodała Jagna, siadając na brzegu stołu.
Przez chwilę wszyscy troje milczeli, kontemplując te ponure prawdy. W kominku dogasał ogień, świece płonęły coraz krócej, rzucając tańczące cienie na ściany salonu.
„A pamiętasz, Adamie” — odezwał się w końcu proboszcz — „tę sprawę z ubiegłego lata? Gdy twój woźny złapał Klimka na kradzieży kur?”
„Pamiętam! I co z tego wyszło? Klimek przysięgał na wszystkie świętości, że kury same do niego przyszły, że on ich nie kradł, tylko znalazł!”
„A wszyscy wiedzieli, że kradł” — dodał proboszcz. „Ale Klimek trzymał się swojej wersji. I wiesz co było najciekawsze? Przyszedł do mnie na spowiedź i wyznał, że okłamał woźnego. Ale gdy go zapytałem, czy powie prawdę woźnemu, odpowiedział: „Ojcze, ale pan woźny nie musi wiedzieć. Ja wyznaję prawdę Bogu przez ojca, i to wystarczy”. Wyobrażasz sobie?!”
„Podwójne standardy!” — zawołał Kopydłowicz. „Kościołowi mówi prawdę, bo to zmywa grzechy. Ale panu dalej kłamie, bo to się opłaca!”
„Religio instrumentalis — instrumentalna religia” — stwierdził smutno proboszcz. „Używają wiary jako narzędzia, nie jako prawdy”.
Jagna słuchała tej rozmowy z coraz większym rozbawieniem.
„Panowie” — powiedziała w końcu — „rozumiem, że jesteście oburzeni. Ale czy naprawdę was to dziwi? Chłop żyje w świecie, gdzie każdy go oszukuje — pan płaci mało, kupiec na targu liczy źle, sąsiad podkrada z pola. Więc i on oszukuje, bo to jedyny sposób, żeby przeżyć!”
„Usprawiedliwiasz kradzież?” — spytał ostro Kopydłowicz.
„Nie usprawiedliwiam. Wyjaśniam. Explicare non est iustificare — wyjaśniać to nie usprawiedliwiać” — odpowiedziała, ku zaskoczeniu obu mężczyzn używając łaciny.
„Jagna zna łacinę!” — zawołał proboszcz. „Od kiedy?”
„Od zawsze, ojcze” — roześmiała się. „Mieszkam na plebanii, słucham ojca, coś tam zostaje w głowie. Ale wracając do tematu — chłopi oszukują, bo żyją w świecie oszustwa. To jest ich sposób walki z systemem, który ich gnębi”.
„Ale my ich nie gnębimy!” — zaprotestował Kopydłowicz.
„Naprawdę?” — Jagna spojrzała mu prosto w oczy. „Pańszczyzna pięć dni w tygodniu to nie gnębienie? Dziesięcina, która zabiera ostatnie ziarnko, to nie gnębienie? Kary za najmniejsze przewinienie, to nie gnębienie?”
Szlachcic chciał coś odpowiedzieć, ale proboszcz go uprzedził.
„Jagna, te rzeczy to tradycja, porządek społeczny ustalony przez wieki. Nie możesz tego zmieniać, bo się wszystko zawali!”
„Nie chcę zmieniać, ojcze” — odpowiedziała spokojnie Jagna. „Chcę tylko, żebyście panowie zrozumieli, dlaczego chłopi robią to, co robią. Oni nie są z natury źli czy nieuczciwi. Oni są desperaccy”.
„Desperatio ducit ad fraudem — desperacja prowadzi do oszustwa” — wymamrotał proboszcz. „Może i masz rację, Jagna. Może i masz rację”.
Kopydłowicz nalał wszystkim kolejne porcje okowity. Butelki były już prawie puste, wszyscy trzej byli mocno podchmieleni.
„Dobrze” — powiedział szlachcic — „przyjmijmy, że masz rację. Że oni oszukują z desperacji. Ale co z tego? Jak to zmienia fakt, że ja jestem okradany? Że ty, ojcze, jesteś oszukiwany przy dziesięcinie? Co mamy robić?”
Jagna zastanowiła się przez moment.
„Możecie płacić więcej” — zaproponowała.
„Płacić więcej?!” — Obaj mężczyźni spojrzeli na nią, jakby zwariowała.
„Tak. Płacić więcej, wymagać mniej, dać im szansę na lepsze życie. Wtedy może przestaną kraść, bo nie będą musieli”.
„Utopia!” — zawołał proboszcz. „Jeśli zaczniemy płacić więcej i wymagać mniej, to oni w ogóle przestaną pracować! Będą tylko pić i leniuchować!”
„Skąd ojciec wie?” — spytała Jagna. „Próbowałeś?”
Cisza, która zapadła, była gęsta jak mazowiecka mgła. Obu mężczyzn najwyraźniej nigdy nie przyszło do głowy, żeby spróbować.
„To jest… to jest niemożliwe” — wymamrotał w końcu Kopydłowicz. „Wszyscy panowie płacą tyle samo, wymagają tyle samo. Gdybym ja zaczął płacić więcej, inni powiedzieliby, że psuje rynek!”
„Czyli system sam się broni” — stwierdziła Jagna. „I w tym systemie oszustwo jest jedyną bronią chłopa”.
Proboszcz wstał, lekko zataczając się, i podszedł do kominka.
„Wiesz co, Jagna?” — powiedział, patrząc w ogień — „nienawidzę przyznawać, ale… ale może masz trochę racji. Może system jest chory. Może wszyscy jesteśmy uwięzieni w tej grze oszustw i kontroszustw. My oszukujemy ich, płacąc za mało. Oni oszukują nas, kradnąc i kombinując. I tak w kółko, bez końca”.
„Circulus infernalis — piekielne koło” — dodał Kopydłowicz. „I nikt nie wie, jak je przerwać”.
W tym momencie Jagna wstała z brzegu stołu i stanęła pośrodku salonu. Miała lekko rozchełstaną bluzkę, rozpuszczone włosy, w oczach błyszczał figlarny ognik.
„Panowie” — powiedziała głosem pełnym obietnicy — „dosyć już tych smutnych rozmów. Oszustwa, kradzieże, systemy… Może czas na coś przyjemniejszego?”
Obaj mężczyźni spojrzeli na nią z zainteresowaniem. Alkohol zrobił swoje — myśli o chłopskich oszustwach zaczęły ustępować miejsca myślom o przyjemnościach cielesnych.
„Co masz na myśli, Jagna?” — spytał proboszcz, choć doskonale wiedział.
„A to, ojcze, że służę panom już od kilku godzin. Nalewałam, podawałam, słuchałam. Może czas, żeby panowie mnie… wynagrodzili?”
Mówiąc to, Jagna zaczęła powoli rozpinać bluzkę. Guzik po guziku, w powolnym, uwodzicielskim rytmie. Obaj mężczyźni wpatrywali się w nią jak zahipnotyzowani.
„Spectaculum mirabile — cudowny widok” — wymamrotał proboszcz.
Bluzka opadła na podłogę, odsłaniając pełne, białe piersi Jagny. Potem przyszła kolej na spódnicę, która ześlizgnęła się po biodrach, upadając na podłogę z miękkim szmerem. Jagna stała już tylko w cienkim haleczce, która niewiele zakrywała.
„Dea incarnata — wcielona bogini” — wyszeptał Kopydłowicz, wstając od stołu.
Jagna uśmiechnęła się szeroko i powolnym ruchem zdjęła ostatni element garderoby. Stała teraz przed nimi naga, jej ciało lśniło w blasku świec i kominka. Miała pełne biodra, zaokrąglony brzuch, między nogami ciemny trójkąt włosów.
„Panowie” — powiedziała — „podłoga jest twarda. Może byśmy użyli tego pięknego dywanu?”
Wskazała na rozłożony na podłodze arabski dywan, cenny nabytek dziadka Kopydłowicza, przywieziony z Konstantynopola. Był to gruby, miękki dywan o geometrycznych wzorach, idealny do tego, co planowała Jagna.
Proboszcz i szlachcic nie potrzebowali drugiego zaproszenia. Obaj zaczęli gorączkowo zdejmować ubrania. W ciągu chwili wszyscy troje byli nadzy, na środku salonu, przy dogasającym kominku.
Jagna położyła się na dywanie, rozłożyła nogi w zapraszającym geście.
„Kto pierwszy, panowie?” — spytała prowokacyjnie.
„Primus inter pares — pierwszy wśród równych” — zawołał proboszcz, rzucając się na nią.
Jagna jęknęła, gdy proboszcz wszedł w nią głęboko. Jego ciało, otyłe i spocone, poruszało się nad nią w coraz szybszym rytmie. Kopydłowicz klęczał obok, obserwując scenę, głaszcząc swoje nabrzmiałe męstwo.
„O Domine! — O Panie!” — jęczał proboszcz, poruszając się coraz szybciej. „Gratias tibi ago — dziękuję ci!”
Po kilku minutach proboszcz doszedł z głośnym rykiem, wylewając się w Jagnę. Zsunął się z niej ciężko, dysząc.
„Twoja kolej, Adamie” — wysapał.
Kopydłowicz nie czekał. Wskoczył na Jagnę, wchodząc w jej mokrą, gorącą głębię. Jagna oplatała go nogami, krzycząc z rozkoszy.
„Mocniej, panie! Mocniej!” — wołała.
Szlachcic zwiększył tempo, jego biodra uderzały o biodra Jagny z głuchym mlaśnięciem. Proboszcz, już trochę odpoczęty, przysunął się i zaczął ssać piersi Jagny, co wywoływało u niej kolejne jęki.
„Voluptas maxima — największa rozkosz!” — wołał Kopydłowicz, czując, jak napięcie rośnie w jego lędźwiach.
Doszedł z głośnym krzykiem, wylewając się do Jagny. Zsunął się z niej, a Jagna leżała teraz na dywanie, rozłożona, z nasieniem dwóch mężczyzn wypływającym między nogami.
„Jeszcze!” — zażądała. „Chcę was obu naraz!”