E-book
13.65
drukowana A5
44.77
Przystanek Wrocław

Bezpłatny fragment - Przystanek Wrocław


5
Objętość:
230 str.
ISBN:
978-83-8221-500-7
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 44.77

Prolog

— — — — — — — — — — — —


Tęskna piosenka z lekkim pogłosem snuła się niczym dym z kadzidełka po długich, betonowych korytarzach kompleksu „Orzeł”:


Wrocław, Wrocław, tyś jedyne, moje miasto ukochane,

Zostawiłem tam rodzinę, której żywej nie zastanę.

Kiedy wrócę z tego piekła i odwiedzę dom znów mój,

To na gruzach ocalałych sam wykopię już grób swój.

Pochowajcie mnie w nim mili, abym z nimi leżał tam,

Bo ich tutaj już nie znajdę, bo już są u Nieba bram.

Gdy Atomem zaświeciło, ja pod ziemią byłem tam,

wtedy wszystko się skończyło i zostałem biedny sam.

Na Śródmieściu śmierć panuje i pilnuje plonów swych.

Nie wrócili z łowów swoich ani Marcin, ani Zbych,

Krzyki w ogniu utonęły i Fabryczna z nimi też,

W Starym Mieście i Psim Polu hula sobie dziki zwierz.

Ludzie siedzą gdzieś w podziemiu, pielęgnując żywot swój,

Trzeba skończyć to głaskanie i o lepsze ruszać w bój.

Bo o Mieście jest legenda, co połączy wszystkich nas,

I spotkają się ludziska, i odmieni nam się czas.

Znów wyjdziemy na powierzchnię, znowu ciepło będzie nam,

bo o Mieście jest to prawda i tę prawdę śpiewam Wam.


Smutna ballada śpiewana przez kalekiego barda łapała ludzi za serce. Jej słowa i melodię znali już prawie wszyscy mieszkańcy ich wspólnoty. Kompleks zdążył dorobić się własnej, znacznej spuścizny kulturowej tworzonej na miarę obecnych czasów. Ci, którzy nie mogli pracować, starali się jakoś pomagać, nawet śpiewając. Dziecięce rysunki na pożółkłym, zdobycznym papierze zdobiły szare, betonowe ściany korytarza podziemnego bunkra. Ich głównym tematem było oczywiście ponowne życie na powierzchni ziemi, w promieniach słońca i wśród kropel fantazyjnego, nigdy niewidzianego wcześniej, różnokolorowego deszczu. Dorośli karmili swoich bladych i mikrych milusińskich podobnymi wyobrażeniami. Bo czym skorupka za młodu nasiąknie…

Rozdział 1

— — — — — — — — — — — —


Odgłos kapiącej wody nie pozwalał mu ponownie zasnąć. Jednak nie chciał jeszcze wstawać z nagrzanego własnym ciałem wyra. Głowa bolała go strasznie po wczorajszym spotkaniu, suto zakrapianym alkoholem wszelkiej maści. To miarowe kapanie ćwiczyło granice wytrzymałości jego porywczej natury. Nawet zakrycie uszu mocno ubitą poduszką, wypchaną starymi szmatami nie wygłuszało miarowego kap, kap, kap. Wystarczyłaby chociaż godzina snu więcej i wszystko byłoby dobrze.

— Kurde, psia jego mać, jeszcze tylko pół godziny i wstaję! Ok? — warknął rozgoryczony sam do siebie.

Spokojny sen bez koszmarów zdarzał mu się bardzo rzadko w ostatnich latach.

Tymczasem woda nie zmieniła częstotliwości swojego katowskiego rytmu i kapała nadal. Ba, nawet jakby coraz głośniej.

***

Wczoraj, jak to dawno temu, odbyło się spotkanie wspólnoty „Orzeł”. Starszyzna zastanawiała się nad połączeniem sił z kompleksem Zalesie i zaprosiła na otwarte obrady swoich obywateli. Wiadomość o ich istnieniu odebrał radiooperator „Orła”. Przeprowadzono z nimi wstępne rozmowy i opowiadano o zasiedleniu. Członkowie obu wspólnot czekali na moment, w którym będą mogli ze sobą na żywo porozmawiać i wymienić się masą historyjek oraz doświadczeń. Trudno jest podejmować decyzję o połączeniu, nie znając zasobów koalicjanta ani relacji panujących w jego społeczności. To było wydarzenie na miarę odkrycia życia na innej planecie. Niektórzy z mieszkańców spekulowali na temat wyglądu Zalesian, bo od bardzo długiego czasu nie widziano obcego człowieka. Czasami „turyści” „Orła” napotykali innych ludzi, ale ci byli zasłonięci kombinezonami i z reguły szybko uciekali na widok poszukiwaczy.

Kilka tygodni upłynęło na przygotowaniach do spotkania i gorączkowych porządkach w skromnym domu wspólnoty „Orzeł”. Było nim zbudowane przez Niemców podziemne zabezpieczenie dla ludności lub wojska w czasie drugiej wojny światowej w dzielnicy Sępolno, albo raczej pod nią. Według legendy, Sępolno to jedyne olimpijskie miasteczko w Polsce, które pozostało po Niemcach z lat przedwojennych, kiedy we Wrocławiu odbyły się igrzyska olimpijskie.

Prawie dwa dziesięciolecia pod ziemią potrafiło wycisnąć piętno wrogości i nieufności na ludziach i wobec ludzi. Tu, w „Orle” liczącym teraz niecałe dwa tysiące mieszkańców, wszyscy się znali i wiedzieli o sobie prawie wszystko. A tamci? Podstawowe pytanie — jakimi zasobami dysponują? Jacy to są ludzie — dzicz, żołdaki albo w ogóle jakaś zbieranina mutantów? Ich przedstawiciel cały czas szczerzył się do Orlan, jakby uśmiech przykleił mu jakiś chirurg plastyczny. Chyba został specjalnie wyszkolony w krasomówstwie, bo jego opowiadaniom nie było końca, ale o konkretach nie wspominał. Zapewniał jedynie, że jest u nich zasilanie i są pod tym kątem niezależni, mają czystą wodę i, co najważniejsze, potężne zapasy środków czystości.

Leszek Michalak, jak się przedstawił ich wysłannik, w rzeczy samej nieźle pachniał, biorąc pod uwagę warunki teraźniejszej egzystencji. Zresztą, cała delegacja Zalesia pachniała jak przed Katastrofą. Ci ludzie byli dość młodzi, ułożeni i co rusz stosowali zapomniane już konwenanse — a to proszę, a to dziękuję. Ta młodzież urodziła się już po wojnie, ale sam Leszek powinien pamiętać jeszcze życie przed Katastrofą. Był to starszawy, szczupły pan z łysą czaszką. Człowiek z innego świata i innej epoki, ale pod każdym względem dostosowany do realiów obecnych czasów. Delegaci Zalesia przynieśli ze sobą prezenty. Panie z „Orła”, które towarzyszyły mężom w spotkaniu, otrzymały flakoniki perfum (prawdziwych — francuskich. Gdziekolwiek ta Francja jest i czy jeszcze jest), a panowie z lekkim skrępowaniem przyjęli męskie wody toaletowe. W „Orle” tylko najstarsi mieszkańcy pamiętali czasy, kiedy używano tych rarytasów i zbytków dnia codziennego. Może głowa nie bolała tylko od samego alkoholu.

Zaraz po przyjęciu prezentów rozeszły się zapachy przeszłości. W takim zabójczym stężeniu aż strach było zapalić skręta, żeby wszystko nie wybuchło. Delegaci rozglądali się czujnie od śluzy do samej sali zebrań, z podziwem cmokali i kręcili głowami na wszystko wokół. Orlanie mieli tydzień na przygotowania, więc sądząc po zazdrosnych i zachwyconych spojrzeniach gości, zapewne udało im się zrobić odpowiednie wrażenie. Najważniejsza zasada w handlu — zaprezentować się bogato, aby mieć potem podstawy do wygórowanych roszczeń. Taki pic na pokaz, ale gospodarze czuli się z tym nawet przyjemnie.

Ponoć Zalesianie przyszli bez broni, jednak byłoby to raczej niemożliwe, chyba że… Chyba że ich ochrona pozostała na powierzchni. Może ich ochroniarze posiadali coś lepszego niż stare OP3 i dysponowali jakimś działającym pojazdem.

Po kilku toastach zaczęły się opowieści o przeszłości.

— Jak wam się udało zasiedlić ten bunkier? — spytał Leszek Michała, ręką zataczając krąg w powietrzu.

Michał spojrzał najpierw na Leszka, potem na swoich ziomków. Westchnął głęboko i zaczął swoją opowieść:

— Początki były trudne, ba, nawet bardzo trudne. Kiedy zawyły syreny, ludzie zbagatelizowali ten sygnał. Ale kilku miało wypracowaną obowiązkowość — Skinął w stronę Arka i cichego jak zawsze Tomasza. Obaj skłonili głowy, lecz nie wiadomo, czy to ze skromności, czy też z dumy. — Oni jak zawodowi żołnierze otworzyli wejście do dawnego schronu i nawoływali przechodniów. Na początku mało kto skorzystał z tej oferty, ale na szczęście zadziałała zasada stada. Kiedy udało im się ściągnąć kilka osób, inne ruszyły ich śladem. Dopiero po eksplozji głowicy mniej ogłuszeni rzucili się do schronu. Już kilka minut później ludzie wybiegali szukać bliskich, a reszta pomagała bardziej niezaradnym z okolicy. Tak powstawała nasza społeczność. Pierwsze dni upływały nam na organizacji naszego przyszłego domu. — Rozłożył szeroko ręce, prezentując ich otoczenie. — Brak wody i jedzenia były podstawowym mankamentem. Przy pomocy prymitywnych narzędzi przebiliśmy ściankę z cegieł i weszliśmy do pozostawionych hurtowni. — Tutaj uśmiechnął się do swoich wspomnień. — Nie natrafiliśmy na żadne jedzenie, ale za to znaleźliśmy sprzęt ogrodniczy, kilka zgrzewek wody mineralnej, pewnie zapas dla pracowników lub właściciela, ubrania, nasiona, ech, tego było pod dostatkiem. Najważniejsze były kombinezony i maski. Takie wiesz, przeciwgazowe, ale nie wojskowe. Dzięki temu można już było wyjść na zewnątrz. Chłopaki zaczęli znosić wszelkie dobra, jakie pozostały w okolicznych sklepach i opuszczonych domach. Wtedy ludzie wracali jeszcze do swoich siedzib i trwali tam bezsensownie. Kilkoro udało się namówić do zejścia w podziemia.

— Mogę? — odezwał się Arek.

Michał zezwolił mu skinięciem.

— Zdarzało się wiele nietypowych sytuacji, ale czasami było też komicznie. Wchodzimy kiedyś do sklepu spożywczego, a tam stoi kolejka. Zamurowało nas na amen. Byliśmy pewni, że lokal jest pusty, a jednak nie, tu, proszę pana, stoi regularna kolejka. Popatrzyliśmy po sobie i stajemy na końcu, jakby nigdy nic. Kolejka to kolejka, kultura musi być. Co niektórzy z kolejkowiczów spoglądali na nas spod byka. My w kombinezonach i maskach, a oni w normalnych szmatach, no zwykłych ubraniach, w jakich się wtedy chodziło na co dzień. Kilka minut później jacyś faceci, zaczęli wykładać towar na ladę. Wydawali artykuły, reglamentując wodę, konserwy, kaszę i makarony. Wszystko odbywało się w ciszy. Kiedy podeszliśmy do lady, nawet na nas nie spojrzeli. Po dwie butelki wody, dwie puszki makreli w pomidorach i po paczce kaszy i makaronu. Aha, i po kilka świeczek. Wzięliśmy, co nasze i wyszliśmy na zewnątrz. Za nami stali następni. Parę dni później już nie było widać ludzi na zewnątrz. Żadnego ruchu, no może poza paroma wałęsającymi się psami.

Tutaj nastąpiła pauza, ktoś po chwili, zaproponował toast za tamtych nieznanych ludzi. Wypili w ciszy. Do rozmowy włączył się milczący z natury Tomasz:

— Już nigdy nie zapomnę tych krzyków gwałconych kobiet. Tych bladych twarzy z czarnymi otoczkami wokół oczu. Samobójców skaczących z dachów, ludzi umierających pod ścianami budynków i na ulicy. Tych napuchniętych do granic tarczyc. Tego nie da się po prostu zapomnieć.

I znowu zapanowała głucha cisza. Wieczór zamieniał się w ponurą stypę po dawno minionych czasach. Jednak gęsta atmosfera została wyparta przez wypowiedź Kuby:

— Ale w naszym domu intensywnie starano się, aby wyprodukować następne pokolenia. I to baaardzo intensywnie.

Na twarzach zebranych pojawiły się uśmiechy.

— A buty, pamiętacie buty? — ekscytował się Marek. Odpowiedziały mu kiwania głowami i cichy śmiech. Nie pociągnięto tego tematu, mimo widocznego zainteresowania Leszka.

— Skąd wzięliście broń? — Leszek dalej dopytywał się o ich historię. — Przecież nie znaleźliście jej w hurtowni.

— Kilka tygodni przed wybuchem wojsko intensywnie remontowało pomieszczenia LOK-u, to jest Ligi Obrony Kraju. Zwozili tam coś, wywozili stamtąd coś innego. Założyli nowe zamki i zniknęli. Kilka dni po Katastrofie nikt już niczego nie pilnował. Udało nam się z niemałym trudem otworzyć te pomieszczenia. Na zamieszkanie się nie nadawały, ale za to w środku były małe magazyny broni i masek przeciwgazowych. Wszystko nowe jak spod igły, tyle że w znikomych ilościach. Wspomagaliśmy się bronią własnej produkcji. Nie wiem, jak tam było u was. Do nas kilka tygodni po Katastrofie przyciągnęły tabuny ludzi. Istny eksodus. Szli od strony Psiego Pola i Jelcza do centrum. Niestety, wtedy też pierwszy raz musieliśmy się bronić. Udało nam się stworzyć naszą pierwszą, małą armię. Małą, ale jakże skuteczną. — Ta informacja była wyraźnie skierowana do Leszka.

Mimo wielu dalszych pytań, Leszek nie uzyskał więcej żadnych konkretnych odpowiedzi. Sam nie był też skory do opowiadania. Impreza potoczyła się dalej własnymi torami.

Rozdział 2

— — — — — — — — — — — —


Kapiąca woda była nadal obecna w ciszy, wybijając stały rytm niczym zegar. Powoli zwlókł się z łóżka, schylił i zaczął obmacywać podłogę wokół niego. Po chwili natrafił ręką na okrągły kształt latarki. Podniósł ją i włączył. W silnym diodowym świetle z ciemności wynurzyła się jego cela, bo tak nazywał swoją kwaterę. Nadal był kawalerem i mimo wysokiej rangi w Radzie, nie chciał zmieniać pomieszczenia na większe niż to aktualnie zajmowane. Miało dwa metry na trzy i pół, więc wystarczająco do spania i przebierania. Rzadko przebywał na miejscu, nosiło go i nie posiadał przez to czasu ani chęci na założenie rodziny. Tymczasem wokół niego kręciło się kilka, ba, kilkanaście, pań. Był atrakcyjny pod względem fizycznym, a jego pozycja również stanowiła spory atut. Która z kobiet nie chciałaby siedzieć pod świetlikiem w towarzystwie innych pań i doglądać spłodzonej z nim pociechy? Natomiast żadna nie pchała się do pielęgnowania upraw ogrodowych lub dyżurów w chlewie, które wypadały średnio raz na dwa miesiące i stanowiły osiem dni harówki przy zwierzętach, nawet w nocy. A świetlik, jasne miejsce spotkań towarzyskich, przyciągał kobiety jak ćmy do świecy. Był właśnie jego zasługą i pomysłem. Płyty szkła ołowiowego pozyskane z jakiegoś dosłownie zmielonego obiektu Politechniki Wrocławskiej umocowali nad szybem nieczynnej windy. Zdemontowali nieczynną maszynerię, ściany pokryli folią aluminiową i w kompleksie zapanowała jasność. Tak, przez kilka tygodni był Bogiem, bo dał ludziom dzienne światło. Kiedy odchorowywał swoje zmęczenie, żeńskich opiekunek miał bez liku.

Panowie z Zalesia nie mogli widzieć ich cudu, przybyli wieczorem, już po zmierzchu. Zapobiegliwi gospodarze nie chcieli ujawniać najsłabszego punktu ich twierdzy. Dzieci z kompleksu mogły bawić się i uczyć przy naturalnym świetle, nad warzywniakiem i ogródkiem też udało się doprowadzić światło dzienne, ale było wspomagane lampami kwarcowymi. Brak ultrafioletu źle wpływał na wegetatywność roślin. Energię elektryczną zapewniały agregaty spalinowe oraz ogrodowe elektrownie wiatrowe, których całkiem niemałą liczbę udało się pozyskać z podziemnej hurtowni. W zamierzchłej przeszłości nie znalazły zbyt wielu chętnych nabywców, pewnie ze względu na wysoką cenę. Ich właściciel, jeśli będzie chciał, dostanie należność, ale od prawie dwudziestu lat się nie pokazywał.

Jedyną niedogodnością był brak żarówek energooszczędnych i diodowych. Większość zniszczył wybuch podczas Pożogi, a te ocalałe w okolicach kompleksu zostały zebrane prawie co do jednej. Ekipy „turystów” wciąż ganiały po najbliższej dzielnicy, czy raczej tego, co po niej zostało. Poniemieckie budynki, według opowiadań, służące jeszcze olimpijczykom przed drugą wojną światową, w zamyśle zostały postawione tylko na chwilę, a w rzeczywistości przetrwały ponad pół wieku. Niemiecki cud architektury widziany z lotu ptaka przedstawiał w zarysie niemieckie godło, orła. Młodzież na zajęciach historii uczyła się o wielkości swojego miasta i jego bogatej w wydarzenia przeszłości. Może im lub ich dzieciom dane będzie ponownie je odbudować i zasiedlić. Wszystkim zależało na odpowiedniej edukacji dzieci, aby kiedyś mieć z nich pożytek pod każdym względem. Nikt nie dążył do uwstecznienia ani powrotu do epoki kamienia łupanego. Dzieci stanowiły swojego rodzaju inwestycję, gdyż z powodu braku znienawidzonego dawniej ZUS-u nikt nie planował dostawać rent ani emerytur.

Od razu ruszył na poszukiwania wody. Musiał i chciał szybko dojść do siebie, bo kac zaćmiewający mu myślenie był nie do zniesienia. Zaraz na pewno go zawołają — trzeba ustalić, co dalej robić z Zalesiem. Zero picia. Postanowił.

Woda lekko zatęchła, ale była zimna i dobra na takie dolegliwości. Wypił duszkiem z blaszanego kubka i westchnął. Myśli zaczęły same porządkować się w jego głowie. Na ministoliczku zbitym ze starych palet zadzwonił telefon. I masz babo placek — pomyślał — nie mogą się nawet wysrać beze mnie.

— Słucham — rzucił do telefonu ochrypłym głosem.

Zakrył dłonią słuchawkę i odkaszlnął. Po drugiej stronie również usłyszał zachrypły głosik:

— Witaj, Kubuś! Jeśli możesz i jesteś gotowy, to zapraszamy. Goście wrócą za godzinę i trzeba coś niecoś ustalić.

— Już pędzę i lecę — odwarknął z nieukrywaną agresją.

Rozpoznał po charakterystycznym głosie, Darka, lizusa i nadgorliwca w Radzie. Chłop starał się ze wszystkich sił i porzucił wszelką godność, aby dołączyć do elity Starszych. On i jego żona byli niepotrzebni, nie robili niczego pożytecznego, zawalali każde zadanie albo go nie kończyli. Para lewusów i obiboków. Ktoś wpadł na pomysł zrobienia z niego sekretarza od wszystkiego i, o dziwo, udało się. Facet w nowej roli rozwinął skrzydła. Polecenia do brygad zanosił błyskawicznie, szybciej niż telefon. Wynosił się ponad mniejszymi w funkcji, kłaniał się w pas Radnym. Taka zwykła menda społeczna. Jego żona po „awansie” męża puszyła się jak paw. Dzięki tej parze udawało się zachować pewną normalność w tych chorych czasach.

Kuba wyszedł ze swojej „celi” i podreptał do wspólnej łazienki. Szczęśliwie wewnątrz nie było nikogo. Spojrzał w lustro i mimo słabego oświetlenia zobaczył wielkie wory pod oczami. Podatek od przepicia. Kilka razy ochlapał twarz zimną wodą i byle jak obmył zęby palcem, aby choć trochę usunąć podły smak i zapach z ust.

— Wystarczy tego dobrego — warknął do swojego odbicia w lustrze.

Zakręcił wodę. Towar był ściśle reglamentowany. Wytarł twarz w mocno zużyty, ale czysty ręcznik i wyszedł z łazienki, gasząc światło.

Kiedy wszedł do sali spotkań, członkowie Rady już w niej siedzieli. Przed każdym z nich stał kubek kawy z prażonych buraków. Buraki uprawiano jako warzywo, a ze specjalnej odmiany robiono kawę. Każdemu dorosłemu przysługiwał przydział 25 gramów na miesiąc. Ci, którzy nie pili kawy, wymieniali się na inne przydziały. Radni mieli zwiększone racje jako dodatek za zarządzanie.

— Siadaj — Mikołaj — Starszy Rady — zaprosił go oszczędnym ruchem dłoni.

— Napijesz się z nami? — zaproponował Darek, trzymając już w ręku kubek z parującym płynem.

— Dawaj, wypiję wszystko, co mokre — odpowiedział Kuba.

— Co wyście za paskudztwa wczoraj pili? — zapytał Tomasz, radny, jeden z uczestników wczorajszego posiedzenia.

— Nie pamiętam.

— No dobrze, zacznijmy się zastanawiać nad propozycją naszych szacownych gości — przemówił po chwili Mikołaj.

— A o czym tu dyskutować? — odezwał się Kuba znad kubka. — Niech zaproszą nas do siebie i pokażą swój grobowiec. Wczoraj zasadniczo nic nam nie zaproponowali poza wytartym humorem i trefnymi prezentami z poprzedniej epoki.

— Poczekaj, Kuba. Kiedy ty zalewałeś się z młodymi, myśmy dalej rozmawiali. Bełkotaliście po kątach, aż żal było na was patrzeć. Znalazłeś swoje wymarzone towarzystwo, brachu. — Ostatnie słowo zaleciało głębokim sarkazmem.

Kuba podniósł wolną rękę do góry jak uczeń w klasie i wstał gwałtownie. Nie mógł nic powiedzieć, bo nabrał gorącego napoju do ust.

— Uuu, poczekaj no — wybełkotał sparzonymi ustami. — Ceba byo posuchac, o cym bekotalismy s tymi modymi. Sostawilisce mne sameho, a jak wadomo — westchnął głęboko — In vino veritas. Rozgadali się chłopcy, oj rozgadali.

Spojrzenia wszystkich obecnych skoncentrowały się na nim. Przeciągająca się cisza i jego nadal podniesiona ręka tylko wzmagały ciekawość oraz zniecierpliwienie.

— No mówżeż w końcu — nie wytrzymał Tomasz. — O czym gadali?

Kuba przełknął ślinę i odprężył się jak po jakimś wysiłku.

— Chłopcy mówili o swoich interesach z Sołtysowicami — zaczął opowiadać. — Mają regularną wymianę i wygląda na to, że starają się podporządkować sobie wszystkie kompleksy na wschodnich granicach. Karmią Sołtysowice, a w zamian dostają broń i amunicję. Tam to dopiero jest arsenał. — Westchnął z rozmarzeniem — Na Zaciszu mają bardzo mało kobiet, dlatego tak wodzili oczami za naszymi paniami.

— To znaczy, że i my mamy czym handlować — powiedział Krzysztof z uśmiechem. — Tego towaru u nas pod dostatkiem. Wystarczy wysłać mądre ochotniczki i mamy u nich swojego konia trojańskiego.

— Chyba klacze.

Na twarzach wszystkich zgromadzonych pojawiły się ledwo skrywane uśmieszki.

— Dobra, dobra, panowie — Krzysztof zakończył nierozpoczętą, na szczęście, dysputę, która mogła nie mieć końca. — Do rzeczy, bardzo cię proszę, Kubo.

— Coś tam przebąkiwali o metrze. Gdybym był z każdym pojedynczo, to kto wie, co by powiedzieli, a tak to się nawzajem pilnowali. Wiedzą sporo, jak sądzę.

— Ale czegoś się dowiedziałeś? — zapytał Mikołaj. — Czegoś więcej?

— Zalesie ma jeszcze kontakt z różnymi siedliskami w mieście i wszyscy „tamci” sądzą, że jedna ze stacji jest właśnie u nas. Chodzi o ukończoną stację, nie tunel.

Piątka zgromadzonych najpierw patrzyła na Kubę szeroko otwartymi oczyma, a po chwili zaczął się teatr — machanie rękoma i przekrzykiwania.

— Cisza! — ryknął Kuba. — Panowie, za kilka minut znowu się z nimi spotykamy. Dojdźmy do porozumienia. Mamy w rzeczy samej masę kobiet. — Tu podniósł ręce i pokręcił głową, aby nie dopuścić do głosu pozostałych. — Nie żartuję. O ile oczywiście same będą chciały.

W kompleksie „Orzeł” przeważającą część stanowiły kobiety. Częste intrygi i kłótnie o mężczyzn spędzały Radzie sen z powiek, ale dzięki nim było widać gospodarską rękę. Prześcigały się nawzajem, aby pokazać, ile każda z nich jest warta. Samiec był bardzo cenną zdobyczą, gdyż na jednego mężczyznę przypadały cztery kobiety. Nawet dzieci w większości były rodzaju żeńskiego. Piętnaście lat temu na jednym z posiedzeń nowo powstałej Rady ustalono, że na terenie kompleksu obowiązuje monogamia. Śluby dawane chętnym przez starszyznę były obowiązujące. Kiedy zdarzyły się dwie zdrady małżeńskie, zdradzających wygnano z kompleksu. Od tamtej pory młode pary ściśle przestrzegały Reguł i Przepisów. Aczkolwiek, wolni obywatele nie grzeszyli wstrzemięźliwością. Według Reguły dzieci ze związków musiały mieć dwoje rodziców, więc jeśli kobieta zaszła w ciążę, musiała wskazać potencjalnego ojca, choć nie zawsze biologicznego. Panie polowały na panów i kiedy poczęto już maluszka, wskazywały na najbardziej wartościowego z partnerów. To zapewniało jako taką wierność partnerską. Młodym małżonkom zapewniano lepsze, jak na miarę kompleksu, warunki. Zasadniczo oddawano im pomieszczenia nowo odkopane z pomocą całej wspólnoty. Wykopane boksy stanowiły istne mrowisko i gwarantowały bezpieczeństwo przed zawałem dzięki wzmacniającym je elementom stalowym i innym materiałom budowlanym z okolicznych budynków znoszonym przez „turystów”. Śluby zawsze stanowiły spore wydarzenie — wiązały się z uroczystą zabawą, połączoną z tańcami i lepszym jedzeniem, a nierzadko zakrapianą alkoholem własnego pędu i ściśle reglamentowanym.

Dalszej części zebrania przeszkodziły kroki mocno wybijane na betonowej posadzce. Dyżurny stanął przed Radnymi i zasalutował.

— Panowie Radni, delegacja Zacisza już wstała i chciałaby podjąć dalsze rozmowy.

Kuba machnął ręką na ten pokaz i burknął:

— Dawaj ich tutaj.

Dyżurny wykonał regulaminowy zwrot i wyszedł. Zebrani nie zdążyli wypowiedzieć nawet słowa, gdy z korytarzyka prowadzącego do Sali zebrań usłyszeli głosy nadchodzących gości. Kiedy prowadzący delegację Leszek pojawił się w wejściu, gospodarze podnieśli się na powitanie. Michał gestem wskazał wolne miejsca przy stole.

— Witam panów! Proszę siadać, zaraz zorganizujemy coś do jedzenia. Mam nadzieję, że nic nie przeszkadzało naszym dostojnym gościom w odpoczynku.

Gdy okazało się, że delegacja nie jest w stanie opuścić terenu kompleksu o własnych siłach, Michał zaprosił ich na nocleg. Przez radio poinformowano kompleks Zacisze o sytuacji i po uzyskaniu ich zgody Leszek, jako przewodniczący delegacji, wyraził szczerą ochotę na pozostanie w gościnie. Wyluzował się zupełnie, a z nim, pozostali członkowie delegacji. Naprędce przygotowano pomieszczenia dla gości, ale na zewnątrz zapobiegliwie ustanowiono wartę. Nikt nie chciał, aby nowi znajomi włóczyli się nocą po ich gospodarstwie.

Widać było, że Michał już wcześniej przygotował się z tematem śniadania. Dosłownie po chwili na stole pojawiły się ciepłe, parujące kiełbaski swojskiej roboty oraz pomidory i fasola. Niestety, zarówno sztućce, jak i zastawa były mocno poszczerbione i nie do kompletu. Takie czasy. Do posiłku każdy dostał kubek z gorącą kawą.

Na twarzach przybyłych odmalowały się zdumienie i zadowolenie. Młodsi delegaci bardziej niż na podawane jedzenie zwracali uwagę na usługujące im kobiety. Gospodarze szybko wymienili dyskretne spojrzenia. Potwierdziły się ich wcześniejsze założenia. Obecne panie najlepsze lata miały już za sobą, a jednak wzbudziły nieskrywane zainteresowanie u młodzików z Zalesia.

Kiedy ukończono znoszenie śniadaniowego dobra i wręcz było słychać burczenie w brzuchach siedzących panów, Michał ponownie zaprosił wszystkich do jedzenia. Podczas konsumpcji prawie nikt się nie odzywał. Ot, jakieś uprzejmości skierowane do gospodarzy i podziękowania ich samych. Po skończonym pojedynku z kiełbaskami i dodatkami warzywnymi gościom zaserwowano miskę truskawek — świeżutkich, pachnących prawdziwych truskawek. Kuba bacznie obserwował miny delegatów. Te były bezcenne. Chyba nawet nie spodziewali takiej niespodzianki. Szkoda, że nie mam przy sobie aparatu — pomyślał.

— To dekoracja? — zapytał Leszek z zakłopotaniem.

— Ależ nie, zapraszam do jedzenia — powiedział z uśmiechem Michał.

Gościom ślinka kapała na widok takich delicji. Młodzież z delegacji nie wiedziała nawet, jak je jeść, więc poczekali chwilę, aby to Leszek pokazał im odpowiedni sposób. Dopiero wtedy ruszyli do ataku.

Konsumpcja trwała bardzo krótko i tym razem bez zbędnych konwenansów. Goście prześcigali się w tym, kto zdoła wsadzić sobie do ust więcej soczystych owoców. Gospodarze powoli i ze smakiem zjedli co najwyżej po dwie truskawki.

— No, no. Na bogato nas ugościliście — powiedział Leszek, wycierając usta z soku.

Kuba teraz zrozumiał, że Michał nie zasypał gruszek w popiele i zaprezentował kompleks z jak najlepszej strony. Truskawki o tej porze roku istniały w marzeniach każdego mieszkańca ich wspólnoty. A tu naraz tyle, na jeden posiłek.

Wszyscy rozsiedli się wygodnie na swoich krzesłach. Było po czym, jak na możliwości i realia tego podziemnego świata.

— Teraz zapraszam na kawę do naszego pokoju dziennego — powiedział Michał, wstając ze swojego krzesła.

Gestem wskazał kierunek gościom. Kubę na moment zamurowało.

— On chce im pokazać nasz świetlik, rany Julek! On chce nas obnażyć! — Przemknęło mu przez myśl.

Strach przed głupotą Michała ścisnął mu trzewia, ale zaraz przywołał się do porządku:

— Na pewno wie, co robi, to wyga i dyplomata.

Uspokoił się i ruszył przodem. Chciał mieć gości na oku, a zwłaszcza ich miny. Powoli wstali i poszli za nim niczym skazańcy na szafot. Połączenie pełnych brzuchów i kaca powinno skutkować pójściem do łóżka, a nie wycieczką po nieznanym terenie i jeszcze wśród zupełnie obcych ludzi, których poznało się raptem parę godzin temu.

Gdy znaleźli się pod świetlikiem i łagodne światło dnia rozjaśniło mrok korytarza, jakim przyszli do sali dziennej, aż westchnęli z wrażenia.

— Mój Boże! — zawołał Leszek. Jego twarz poczerwieniała. — Toż to prawdziwy pałac.

Pozostali wysłannicy Zalesia też stanęli z otwartymi ustami, a na widok oczka wodnego z wyraźnie eksponującymi się rybami zaklaskali. Michał stał dumny pośród wszystkich. Pan na włościach, można by rzec. Kuba nie mógł powstrzymać się od uśmieszku i skromnego komentarza. Podszedł do Starszego Rady i szepnął:

— Tylko kontusza Waszmości brak.

Michał spąsowiał i odkrzyknął:

— Zapraszam panów na wspomnianą kawę i papieroska. Tutaj możemy kontynuować wczorajszą rozmowę. Mam nadzieję, że miejsce na relaks wybrałem w miarę dobre.

Dało się zauważyć brak kobiet mających wolne od zajęć, zazwyczaj spędzających czas na plotkach pod świetlikiem. Cwany skurczybyk — pomyślał Kuba — wszystko przewidział i zorganizował do ostatniego, najdrobniejszego szczegółu. Dobry wybór, jeśli chodziło o ustanowienie go przewodniczącym.

Po małej powtórce rozmów o niczym, żywcem przeniesionych z wczoraj, Michał podniósł ręce do góry i zaczął się śmiać. Rozgadani uczestnicy spotkania zamilkli natychmiast, zdziwienie na ich twarzach miało przekomiczny wyraz.

— Znowu brak aparatu fotograficznego — westchnął Kuba.

— Proszę wszystkich zebranych o uwagę — zaczął Michał, spoglądając po zgromadzonych z poważną miną. — Spotkaliśmy się, aby coś uzgodnić, a mam wrażenie, że tylko tracimy czas. Gaworzymy jak starzy znajomi przy grillu.

Zalesianie zagłębili się w ogrodowych plastikowych krzesłach. Młodzi delegaci szeptem zapytali Leszka, o co chodzi z tym grillem, jednak ten w odpowiedzi tylko pokręcił głową.

— Jeśli można — kontynuował Michał– chciałbym zadać kilka pytań naszym szacownym gościom. — Ukłonił się w stronę wspomnianych osób. — Potem powrócimy do waszych zapytań odnośnie nas i naszej wspólnoty.

— Yyy… — zająknął się Leszek.

Po chwili gorączkowego oglądania się na swoich podopiecznych skinął głową i się roześmiał. To zrobiło wrażenie na pozostałych.

— Ok, panowie. Możemy przejść do rzeczy. Zgadzam się, dosyć już tego owijania w bawełnę, tego niepotrzebnego cyrku. Nasza potrzeba rozpoznania waszej wspólnoty na tym etapie dobiegła końca. Później to już tylko czas pokaże, czy uda nam się porozumieć. Potraficie zaskoczyć i się wykazać, co jest bardzo miłe. Nie zostaliśmy upoważnieni do podpisania całkowitego układu. To, jak sądzę, potrwa, ale będę waszym konsulem u nas. — Tu skłonił się w stronę Rady. — Oczywiście, jeśli wyrazicie na to zgodę.

Ciche oklaski wydobyły się spod pulchnych rączek Darka — menda już szukała nowych panów, żenada. Dobrze, że był bez swojej małżonki, bo kto wie, do jakich ekscesów mogłoby dojść. Zapewne młodzi z delegacji Zalesia byliby ukontentowani.

— Nasze propozycje zawarto w pismach przekazanych mi przez naszą radę — ciągnął Leszek. — Mogę minimalnie nagiąć wyznaczoną granicę, ale nie mogę jej przekroczyć.

Skinął na jednego z młodych ze swojej delegacji, wziął od niego grubą, zalakowaną kartonową teczkę i przekazał ją Michałowi.

— To są propozycje. Dalszą część będziemy mogli przeprowadzić po waszej wizycie w naszym kompleksie. Zapraszam w imieniu swoim i naszej rady.

Ukłonił się dystyngowanie w stronę Michała i usiadł. Odetchnął głęboko, jak po odczytaniu wyroku.

— W takim razie zrobimy przerwę, a gości zapraszam do zwiedzenia ciekawych części naszego skromnego domu — zaproponował Michał.

Do stołu podeszli umundurowani dyżurni. Kubę aż zatkało na ich widok. Rany Boskie, w co on ich, kurde, przebrał?! — pomyślał.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 44.77