E-book
6.95
drukowana A5
26.8
Przystanek

Bezpłatny fragment - Przystanek

dla zakochanych i samotnych


Objętość:
135 str.
ISBN:
978-83-9477-611-4
E-book
za 6.95
drukowana A5
za 26.8

Moje życie, moja wina, moja bardzo wielka miłość
R. i O.

Przystanek

Czekam na przystanku życia

na ostatniego przewoźnika,

co sprzeda bilet za dwa złote

i zabierze mnie w tę samą stronę.


W słowa święte wierzę,

a Ty mówisz jak bóg,

że stale przy mnie jesteś

i kładziesz na powiekach

pocałunki miękkie,

wiem, że dzisiaj nie odjadę,

ani nie odejdę…


Mówisz, że za rzeką

zasnąć też jest ciężko,

słodko spać nie może

przelęknione dziecko.


Myślisz, że gdy będziesz stary

wszystko będzie prostsze,

dziecko, które dzisiaj płacze,

zdąży do czegoś dorosnąć.


Żegnasz więc me czoło

i obie dłonie odchodząc,

usta omijasz jak kierowca

pijanego na drodze.


Czułość jest prawdomówna,

wierzę w tę pustkę i ciszę,

w jej nieme słowa święte,

wciąż stoję na przystanku

czekając na Ciebie…

Siła życia

Zimą wspinasz się na górę,

idziesz nocą czarnym lasem,

niebo dźwigasz na ramionach

lecz przyklękasz tylko czasem.


Gwiazda spada tuż za Wozem,

taki wielki, szybko jedzie może?

Pod ich Twórcy nieopamiętaniem

ktoś uwierzył w zmartwychwstanie.


Ty chłopaku, wolny strzelcu

niedowiarkiem długo byłeś,

idąc nocą pod gwiazdami

odzyskałeś wiarę w miłość.


Możesz unieść każdy ciężar,

droga trudna, lecz przyjemna.

Gdy uczucie jest prawdziwe

nie zabiera, daje siłę.


Znów ciemności błyszczą oczy,

mróz aż szczypie rozpalony,

noc zaprasza do wolnego tańca,

sadza na pól nagich kolanach.


Wytańczona, czarna dama,

cała się rozpływa z rana,

a on dalej ściska, trzyma,

tak jak w Tobie, jest w nim siła.

Strumienie

Opuszczamy białe niebo

przed nadejściem nocy.

Wielki, czarny koń już ciągnie

gwiazd pełniutkie wozy.


Jadą nocą Drogą Mleczną

przez krainę ciszy wieczną.

Stojąc gdzieś pomiędzy nimi,

by nie zgasły, też milczymy.


Nie uciszy noc strumieni,

nie jesteśmy tu potrzebni.

W kryształowych ramach lodu

płyną ciemnych luster tafle,

szumią o miłości wielkiej,

przeglądają się w nich czaple.

Nie potłuką się na szczęście

z lawinowym jej nadejściem.


Pośród gąszczy dzikich sadów,

drzew zgarbionych wiatrem czasu,

odjeżdżamy w sen spokojny,

Twoja dłoń na mojej dłoni,

ogniem płoną horyzonty.

Świątynia

Stanęła na skale świątynia samotna,

tylko jednemu swoje mury podda.

Na widok budowli zlecieli się bogowie,

jeden zamieszkał jej święte podwoje.


Odtąd świątyni już nikt nie zbezcześci,

Bóg skarbów pilnuje i wzrokiem pieści.

Samotność złożyła miłości w ofierze,

Boga w sercu nikt jej nie odbierze.


Tylko śmierć tak potężne mury powala,

ciepłe światło wnętrz żywcem wykrada,

ucisza serca roztańczonych dzwonów,

pokrywa patyną głowy lśniących kopuł.


Kiedy Bóg odchodzi z jakiejś świątyni,

może ona runąć już w każdej chwili,

gdy trwa na skale dumna, choć samotna,

ma swego Boga, który ją wciąż kocha.

Koncert Gilmoura z koparki na wykopaliskach

Pośród wspomnień wykopalisk,

dawnych związków niewypały,

na gruzach przeszłości,

niewybuchy miłości.

Wokół wszędzie krwawe plamy

serc w niewolę nocy pojmanych,

bladym świtem rozerwanych…

W historycznym tym terenie

stoją zakochani śmiertelnie…

Dla nich biją dzisiaj dzwony,

szukają ratunku swych dłoni,

dźwięków, by się z nocą splatać,

lecieć do lepszego świata,

tam gdzie „wszystko lśni jak diament”

i „zieleńsza trawa”.

Tak wiele chcę powiedzieć

Tak wiele miły chcę Ci powiedzieć…

to czego pragniesz i nie chcesz wiedzieć.

Może i lepiej, że Ciebie nie ma,

bo gdy się zjawiasz, mowę mi odbiera.


A ja się lubię dzielić dobrym słowem

i potrzebuję mieć Cię stale przy sobie,

więc nie mam pojęcia, na czym to polega,

że gdy przychodzisz, dech mi zapiera.


Jeśli nie chcesz bym była kaleką,

trzymaj się, proszę, ode mnie z daleka.

Poznasz myśli moje najszczersze

gdy będę pisać o miłości wiersze.


Lecz ja uwielbiam Cię jak czereśnie,

choć jestem pełna, chciałabym jeszcze.

Co będzie jeśli zamieszkamy z sobą?

Z całą pewnością zostanę niemową!

Niebo

Otworzyłam oczy pod zielonym niebem

już umarłam, czy leżę pod drzewem?

Śmiechy naszych dzieci słyszę w oddali,

z piłką, gitarami, wniebowzięci cali…???


Bierzesz mnie za rękę, idziemy do drzewa,

opieramy się o nie, miłości się nie da.

Zanim ptak wyleci, żołędzie opadną,

wszystkie jego listki aż po czubek zadrżą.


Skoro to niebo, to i niebiańska zabawa!

Przy ognisku pijemy, śpiewamy do rana!

Może to nie raj, jeszcze nie umarłam,

ale tu granica gdzieś się już była zatarła…

Dusza

Przyszła wieczorem,

usiadła ostrożnie

przy okrągłym stole,

oczami nocy

wpatrywała się w ogień.

Ciepło i muzyka

w jego żyłach płynie,

obudził duszę

w samotnej dziewczynie

więc na ucztę życia

przyszła zaproszona,

zakosztować szczęścia,

dusza niezaspokojona.

Ciało opuszczone

w łożu pozostało,

czego mu potrzeba,

rankiem otrzymało

ale dusza nadal pragnie,

szuka ciepła dłoni,

na granicy życia

w mgle swych uczuć błądzi.

Wojna

Brama, ścieżka, drzwi do domu,

wejść nie wolno już nikomu,

a w ogrodzie studnia stoi,

co nikogo już nie poi…

Kiedyś żyła tu rodzina,

pustka dom odziedziczyła.

Martwą głębią okien zgasłych

patrzy na przechodniów masy.

Nieciekawi są historii,

nieświadomi przeszłej wojny,

co rodzinę wyniszczyła,

szczęście domu wypaliła.

Bezsensownie, bez litości

poszły z dymem zapewnienia

o największej ich miłości.

Gospodarze poginęli

w bez uczucia tej Syberii.

Dzieci wojna podzieliła,

siostra bratu już niemiła.

Wszystkie mosty popalone,

wron naloty dywanowe

kraczą, że nadejdzie nowe,

nowi państwo i ich dzieci,

dla mnie obcy i najeźdźcy.

Jak różaniec w dłoniach

przesuwam wspomnienia,

w albumach przechowuję

pożółkłe zaświadczenia.

Była miłość i szczęście!

Mam zdjęcie…

Ojciec

Wkładał do ręki chleb i młotek

mówił: „Każdy córko musi

odwalić tu swoją robotę”.

Przychodzi we śnie

sprawdzić czy wszystko gotowe.

To nie był Ten, co karcił mnie,

to był Ten, co kochał,

ostatnie ciepło i ostatnią łzę,

to również dzieciom oddał…


W łodzi rodziną obwieszonej

poszedł na dno mariańskiego dołu,

do nieznanego Mu nigdy dotąd,

świętego spokoju…


Miłość w ziemi zakopana,

wzrasta w nas każdego rana.

Wbijam gwóźdź i kroję chleb.

wiem, że nie jestem sama.

Arka

Wybuduję wiersz

jak łódź, naszą Arkę,

zamieszkamy w słowach

najpiękniejszych na stałe.


Popłyniemy do ziemi

marzeniami obiecanej,

gdzie ból pleców, zdarte palce

nie zakłócą zachwytu

zatopionym światem.


W wierszu zbitym ze słów,

jak w łodzi z deseczek,

wszystko pomieszczę…

Pięć obrączek, cztery koty,

dziewięć gitar, dwa namioty,

kilka kubków, łyżek, noży

wszystko się w Arce jakoś ułoży…


Wiosła plączą liliom szyje,

nasza łódka prosto płynie.

Powalonych drzew konary

tu dla orłów są przystanią,

ja przystanią dla Ciebie,

Ty przystanią dla mnie.

Park

Matko, nie chodź do parku

tam giną wszystkie dzieci!

Uciekają w prerie na rumakach

wyłamanych w krzakach

gdy siadają na huśtawki,

zamieniają się w ptaki!

Potem żyją pod kopułą

zielonego nieba

i nie słyszą głosu matki,

że do domu wracać trzeba.

Nieprzegotowaną wodę

prosto z nieba piją,

łapią na lasso złote motyle,

w gałęzi apartamentach,

na najwyższych piętrach,

w złotych gniazdach

wysiadują złote jaja.

Gdy nadchodzi zima,

głodna ziemia liście wzywa.

Dzieci-ptaki więdną z nimi,

spadają z rumaków,

lądują na ziemi…

Oparte na swych kijach,

białe kruki na parkowych ławkach,

rozmyślają o dzieciństwie

i o złotych matkach,

jak patrzyły, jak się śmiały,

wszystkie parki pokazały.

Zaklęta w sokoła

Dziś o świcie do Ciebie przylecę,

w którym lesie mój kochany jesteś?

Pod którym drzewem zasnąłeś?

Jestem zaklętym sokołem.


Uśmiechnij się, a zaraz Cię znajdę,

już kołuję, wypatrując dołeczków

najcenniejszej zdobyczy.

Zapikuję w dół natychmiast,

by je w dziób pochwycić.


Musnę jeszcze skrzydłami

włosów gęstych pole,

a Ty rozłóż ramiona jak mosty zwodzone

i wypowiedz zaklęcie, abym mogła wylądować.

Nie mogę sobie wyobrazić

Przyglądał mi się mężczyzna w autobusie,

ja również długo przyglądałam mu się.


Był przystojny, wyglądał na inteligentnego

wyobraziłam sobie całe życie już u boku jego

jadąc od przystanku Psie Pole do Kochanowskiego.


Mogłoby się zdarzyć, mogło być wspomnieniem,

ale nie mogę sobie wyobrazić dnia życia bez Ciebie…

Niechciana ciąża

Zalęgła się w myślach

jak niechciana ciąża,

przypadkowa miłość,

wypełnia głowę i obciąża.


Tu pigułka nie pomoże,

lobotomia jakaś może.

Na dodatek ona rośnie,

już nóżkami nawet kopie

i po nocach spać nie daje.

Niby siły mam za dwoje,

rano jakby chora wstaję.


Może sprawca to obibok,

kłamca, łobuz i pokraka?

Trzeba by to z głowy wybić

lecz aborcji mamy zakaz.


Jedna noc co może zrobić,

nie ma wyjścia, trzeba rodzić!

Gdy poczuje skurcz w żołądku,

wiotkość nóg i ciała drżenie,

to otworzę lekko usta,

niech wychodzi sama ze mnie,

krzykiem „Kocham” świat przywita

i niech dobrze się rozwija.

Zatrzymaj noc

Zatrzymaj ją proszę

właśnie chce odejść.

Wpadła na moment

zabrać sny swoje

może kiedyś powróci

zakochana bez pamięci,

pójdziecie na spacer

w jej ciemnościach objęci.

W mieszkaniu zbyt ciasnym

śni sny swoje własne,

czasem się budzi,

gwiazd blaskiem ożywa,

słucha jak zegar

sekundy odlicza,

wzdycha ciężko czasem

przejeżdżającym autem,

choć leżysz tuż obok,

nie słyszysz gdy płacze…

Zasypia nad ranem

w zgiełku miasta kołysance.

Dziś o świcie odchodzi,

by znów śnić o miłości.

Biseksualna zdzira

Sadystka Samotność,

ta biseksualna zdzira,

to moja nowa dziewczyna.

Pieści mnie swą zimną,

szorstką, siną dłonią.

Leżę o świcie bez ruchu

w ekstatycznym smutku,

ze ściśniętym gardłem,

w jej ramion imadle.

Całuje zimnem

drżące, nagie ciało

i kąsa wspomnieniem,

by bardziej bolało.

Jeszcze nigdy z nikim

tak mi źle nie było.

Od najgorszych myśli

w głowie się kłębiło.

Taka miłość tylko między

największymi kochankami.

Szczytowałam raz za razem

gorącymi łzami.

Czarna kawa

Wszedł dzień, jak zły salowy

do pokoju o piątej nad ranem.

Policzkuje na miłość chorych

zimnym, niebieskawym światłem.

Pobudka wariaci, koniec marzeń!


Przed chwilą byłam szczęśliwa,

z ciemnością radość odpływa.

Wstaję z żalem, robię kawę

z wciąż zamkniętymi oczami.

Nie wypuszczę kropli czerni,

w niej my dwoje roztopieni,

z nocą słodką wymieszani,

pod śpiącymi powiekami.


Noc nie stanie się wspomnieniem

z moim własnym oka mgnieniem!

Rozsypuję cukier po podłodze,

wrzątkiem parzę wszystkie palce,

do ostatniej chwili trzymam

uszko w chińskiej filiżance.


Piję kawę czarną jak noc

o piątej dziesięć z rana.

Czuję w sobie jej ożywczą moc,

miłość, którą noc mi dała.

Białe stada

Zieleń opuściła podziemia,

ożywiła obumarłe zimą spojrzenia.

Czas popędzić w łąki z bata

dni samotnych białe stada.

Niech w rumaki się zmieniają,

z rączym latem uciekają,

a wracają na jesieni życia,

na ostatni, syty wypas

w łąkach drżących, wysuszonych,

czyichś czułych, ciepłych dłoni…

Król życia

Był kiedyś królem życia,

w ostrogach złotych chodził.

Wiele kobiet nosi ich ślady,

że na białym rumaku wożone,

a nie ujeżdżane będą, myślały.


Założył ostrogi raz jeszcze,

porwał w galopy blond dziewczę.

Taniec to nic złego w końcu…

trawa pachniała skoszona,

a ostrogi lśniły w słońcu…


Nietutejsza, nie wiedziała,

z królem życia się zadała.

Oj potańczył ci on ostro,

w butach z ostrogami,

z piegowatą blondyneczką,

z zielonymi oczętami.


Woził dziewczę całą nockę,

najlepszego dosiadała konia.

Czemu biegnie tak w popłochu

kryjąc twarz swą w dłoniach?

To w co wierzę

Życie nasze jak kałuża,

słońce się w niej czasem nurza,

gdy po suszy jest ulewa,

widać w niej kawałek nieba.


Między Bogiem, a prawdą

wszystko się tu toczy,

gwiazdy świecą wieki,

gasną szybko nasze oczy…


Trzymasz mnie za ręce,

pytasz w co ja wierzę?

Gdy nie widać drogi,

wierzę w ciepło dłoni…


Bogu już nie ufam,

bo go nie rozumiem,

zaufałam wiośnie,

bo ożywiać umie…


Stała na ulicy,

rozdawała miłość.

Wzięłam ją w przelocie,

co to, chciałam dociec…


Jak troskliwa matka,

pchnęła Ją przed szereg.

Za to wiosnę kocham,

w miłość matki wierzę.

Zamek

Idziemy do zamku brzegiem jeziora

czyjś książę na skałach go wybudował.

Setkami dusz i mieczy rządził on,

mój książę włada tylko jedną mną,

a buduję zamki co do nieba się pną.


Tarasy, fontanny gdzieś wysoko w górze,

płynę tam co dzień na błękitnej chmurze.

Podróż się kończy, gdy kończy się sen,

obłok szczęściem opity nagle moczy się.

Nadciąga burza, nieprzyjaciel wiatr,

porywa zamek, niszczy marzeń świat.


Wracamy na tonącą w kroplach ziemię,

wokół jak konary łamią się nadzieje.

Jedziemy do chat i walących się domów,

przespać tę burzę, śnić stale i znowu.

Ufoludek

Wylądował kiedyś ufoludek na Ziemi.

Zamiast przemierzać zimne przestworza,

chciał sobie mieszkać nad brzegiem morza,

mieć ładny domek, żonę i kota,

lecz żadna Ziemianka nie chciała robota,

co nie je, nie pije, a wiecznie żyje,

ani nie chudnie, ani nie tyje,

nie ma depresji, nawet kataru,

a jego dusza nie trafi do raju.


Więc ufoludek wnętrze otworzył

prosząc o duszę Tego, co go stworzył.

Wiecznej energii układ scalony,

chciał on wymienić dla domu i żony.

Usłyszał z kosmosu głos stłumiony:

„Ludzki gatunek ambitny jest wielce,

zamiast by przetrwać, myśli, by żyć wiecznie.

Dostanie kiedyś, jak ty, układ scalony,

życia wiecznego gen upragniony.

Wszystko nastąpi w ewolucji czasie,

gdy miłość ponad życie

bardziej cenić zacznie.

Póki co, radzę ci mój ufoludku,

poszukać sobie inteligentniejszego gatunku.”

Kamień

Choć ulewy dziś nie było,

coś dziwnego się zdarzyło,

coś zagrzmiało, coś błysnęło

z skały źródło wypłynęło.


Płynie wolno i donikąd

życia długą pradoliną,

którą lata wyżłobiły,

znika gdzieś na zboczach szyi.


Nie wypływa z Gór Radości

lecz znad policzkowych kości.

Smak ma taki… lekko słony,

zna go każdy porzucony,

kamień gromem porażony.

Ona

Ona pragnie tylko harmonii

między dźwiękami melodii.

Fałszywych tonów, gdy kłamiesz,

zagrać nie jest w stanie.


Cała drży gdy czasem

muskasz po niej palcem.

Jest to „coś” pomiędzy wami,

Twoją silną, męską dłonią

i jej gładkimi strunami.


Nastrojona dobrze i napięta,

każdy dotyk Twój pamięta.

Kiedy długo nie przychodzisz,

martwi się czy jesteś zdrowy,

czy dla jakichś małych skrzypiec

nie straciłeś aby głowy…?

Diament

Oczy otwarte, oczy zamknięte,

ciemność widać tę samą.

Myśli skulone, gdzieś pod ścianą,

kręcą się z boku na bok.


Godziny wloką jak psy zdziczałe

ciało koszmarem zbudzone,

szarpią wspomnieniem i kąsają

życie myśleniem zmęczone…


Lecz był jeden poranek wiosną,

w drewnianym domku pokój…

Przytulone do Kogoś myśli radosne

i wszechogarniający spokój.


To diament co tkwi niezniszczalnie

w koronie mej pamięci,

błyszczy i stale daje nadzieję,

że w rzece życia znajdę ich więcej.

Sylwester z samotnością

Wciągnę kreskę czystej nocy,

gwiazdy jaśniej zamigocą

i zatańczę z samotnością,

wszak mnie darzy swą miłością.


Znakomita z niej tancerka,

spędzę noc dziś w jej objęciach

i wypiję z nią szampana,

hulać będę do białego rana.

Torty

W popołudnia słońcu złotym

pieką się wspomnienia jak torty.

Pocałunków porannych biszkopty,

przewracam co chwilę na boki.

Smaruję dżemem z uwielbieniem,

ostatniej nocy wspomnienie,

połączone z cukrem białka,

w ustach słodycz jego cała.

Czas upływa bardzo słodko

w myślach wszystkich zakochanych.

Miłość robi pyszne torty,

to cukiernik w świecie znany.

Góra do nieba

Na wysokiej górze stałam,

w kręgu rosły młode drzewa,

choć na świecie wyższe góry,

bliżej nieba stać się nie da.


Pni sosnowych szorstka kora,

szorstkie dłonie na mych biodrach,

pokłoniona przed drzewami,

las zalany nasionami.


Gdy w przyrodzie wiosny orgia

łatwo o wzniecenie ognia.

Zmył i spłukał deszcz nad ranem

las pachnący ludzkim ciałem.


W ciało wniknął już na zawsze

zapach nasion przeszłych lasem.

Kiedy budzę się o świcie,

czuję wiosnę na gór szczycie.

Oczekiwanie na spotkanie

Czym tu myśli zająć można

gdy początek jest tygodnia?

Na zegarze naszych spotkań

to jednostka czasu nowa.


Zagnam myśli do roboty,

niech malują wiosną płoty,

niech nie łażą z kąta w kąt

po głowie tak bezczynnie,

tylko, że na każdym płocie

będzie wypisane Jego imię.


Zmuszę je do posprzątania

i do klepek układania,

do paprochów wymiecenia

z półek smutku i zwątpienia.


Do roboty brać się zaraz,

bo myślenia dam wam zakaz!

Myśli szybko odkurzyły,

zdjęcia w ramkach ustawiły,

siedzą, gapią się jak głupie

na najmilszą w świecie buzię.

Chłopcze mój

Aniele, chłopcze mój,

Ty zawsze przy mnie stój,

nie pojawiaj się jak zjawa,

stróżem bądź mojego ciała.


Unoś się nade mną stale,

mów, że jesteś zakochany,

budź o świcie czule szepcząc

jeszcze gorącymi ustami.


Wieczorami siadaj przy mnie,

trzymaj mnie za rękę w kinie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.95
drukowana A5
za 26.8