E-book
31.5
drukowana A5
86.99
PRZYPUSZCZALNE ZBRODNIE SŁUŻB SPECJALNYCH W POLSCE OD 1989 ROKU

Bezpłatny fragment - PRZYPUSZCZALNE ZBRODNIE SŁUŻB SPECJALNYCH W POLSCE OD 1989 ROKU


Objętość:
421 str.
ISBN:
978-83-8467-136-8
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 86.99

Wstęp

W Polsce dochodzi do wielu śmierci, w przypadku których istnieje mniejsze lub większe podejrzenie, że są one wynikiem zabójstwa, za którym stoją ludzie ze służb specjalnych, ich aktualni lub byli pracownicy. Może tu chodzić również o ludzi z zagranicznych służb. Te zgony są zazwyczaj kwalifikowane oficjalnie jako samobójstwa, następstwa wypadku, następstwa zatrucia lub jako śmierci z przyczyn naturalnych. Zabójstwo stwierdza się znacznie rzadziej. Mają również miejsce zdarzenia, które nie kończą się śmiercią człowieka, ale wyglądają na próbę pozbawienia życia dokonaną przez ludzi ze służb specjalnych. Niekiedy dochodzi także do zaginięć, których ofiary prawdopodobnie zostały porwane i zabite przez ludzi z tych służb lub na ich zlecenie.

W omawianych sprawach typowym elementem są nieprawidłowe działania organów ścigania prowadzone w taki sposób, aby nie stwierdzić morderstwa. A jeżeli uznaje się, że do niego doszło, śledztwa przebiegają tak, że nie dochodzi do właściwego wyjaśnienia sprawy. Z reguły nie zostają wykryci prawdziwi sprawcy, natomiast obwiniani bywają niewinni ludzie.

Najczęstszym powodem owych ukrytych i jawnych zbrodni jest, jak się wydaje, to, że ich ofiary zagrażają komuś, zazwyczaj na skutek wiedzy, jaką posiadają i zamierzają ujawnić.

Liczbę tych zgonów szacuje się na setki, w okresie od 1989 roku. Zginęli między innymi: prezes Najwyższej Izby Kontroli, były premier, były wicepremier i wicemarszałek Sejmu, były komendant główny policji, byli ministrowie, posłowie do Sejmu, posłowie do Parlamentu Europejskiego, zarejestrowany kandydat w wyborach prezydenta RP.

W mojej ocenie powyższe fakty są jednym z przejawów funkcjonowania w Polsce przez cały okres III RP mafii wywodzącej się ze służb specjalnych, która rozkrada Polskę i degeneruje państwo polskie. Liczne obserwacje i informacje, jakie do mnie docierają, doprowadzają mnie do przypuszczenia, że III RP jest w rzeczywistości państwem kontrolowanym przez tę mafię. Posiada ona ogromne wpływy we władzach i aparacie państwa, partiach politycznych, gospodarce oraz mediach. Wiele wskazuje na to, że powiązani są z nią czołowi politycy, w tym politycy sprawujący najwyższe funkcje w państwie.

Co według mnie wskazuje na to, że Polska jest kontrolowana przez wspomnianą mafię? Między innymi liczne afery występujące w III RP, w których można zauważyć pewien powtarzający się schemat. Gdy docieka się kto stoi za tymi aferami, tropy w sposób mniej lub bardziej wyraźny prowadzą do byłych lub aktualnych funkcjonariuszy służb specjalnych. Widoczny jest też brak odpowiedniej reakcji na aferalne działania ze strony służb specjalnych. A chodzi tu między innymi o sprawy, w których kradzione są setki milionów, a nawet miliardy zł, w tym ze szkodą dla Skarbu Państwa. Śledztwa w tych sprawach są prowadzone tak, że nigdy nie dochodzi do wykrycia głównych autorów i beneficjentów przestępczych operacji. Nie dochodzi do odzyskania ukradzionych pieniędzy. Widoczny jest również często brak odpowiedniej reakcji ze strony rządzących polityków. Także, gdy są informowani o tym co się dzieje i proszeni o interwencję. A nawet można odnieść wrażenie, że tworzy się przepisy prawne tak, aby umożliwić kradzenie pieniędzy.

Inną przesłanką, na podstawie której opieram moje przypuszczenie, są podejrzenia współpracy wielu czołowych polityków III RP ze służbami specjalnymi PRL. Dotyczy to również polityków, którzy w czasach PRL byli w opozycji. Istnieje podejrzenie, że kariery czołowych polityków III RP wynikają z ich współpracy ze służbami specjalnymi PRL, a niekiedy również innych państw. Że zostali oni wykreowani przez te służby. W tym miejscu warto wspomnieć relacje działaczy opozycji w PRL, którzy w latach 80. padli ofiarą uprowadzeń dokonywanych przez służby specjalne. Podczas tych uprowadzeń z jednej strony zastraszano ich, a z drugiej mówiono o wielkich karierach, jakie na nich czekają, jeśli podejmą współpracę ze służbami specjalnymi.

Również wielu czołowych biznesmenów III RP z list najbogatszych Polaków jest podejrzewanych o współpracę ze służbami specjalnymi PRL.

Istnieją nawet podstawy by przypuszczać, że pewne główne partie w III RP zostały stworzone przez ludzi ze służb specjalnych.

Podejrzewa się też, że wiele mediów i wielu dziennikarzy, jak również prokuratorów, sędziów i innych prawników jest kontrolowanych przez służby specjalne i działa pod ich dyktando.

Mafia, o której mowa, narodziła się w okresie PRL w ówczesnych służbach specjalnych. W jej skład wchodzi część aktualnych, jak i byłych funkcjonariuszy służb specjalnych, w tym również służb specjalnych PRL, czyli SB, WSW oraz Zarządu II Sztabu Generalnego. Przypuszczam nawet, że ludzie ze służb specjalnych PRL mogą stanowić jej trzon, albo jeszcze do niedawna stanowili. Nie wiem na ile jest ona jednolita wewnętrznie. Być może są w niej rywalizujące ze sobą grupy. Jest powiązana ze służbami specjalnymi innych państw. Zwłaszcza widoczne są jej związki z rosyjskimi służbami. Współpracuje z gangsterami. Zresztą niektórzy z tych gangsterów byli w przeszłości współpracownikami służb specjalnych PRL.

Działalność omawianej mafii nakierowana jest na zdobywanie pieniędzy. Dokonuje tego poprzez różne operacje, w tym też działania przestępcze, które niekiedy wychodzą na światło dzienne pod postacią afer. Są to między innymi oszustwa, wyłudzenia, defraudacje, wymuszanie haraczy od przedsiębiorców, przejmowanie firm, handel bronią, narkotykami, a być może nawet ludźmi. Posługuje się takimi metodami działania, jak fabrykowanie fałszywych oskarżeń kryminalnych, kończące się nawet trafieniem człowieka do więzienia, szantaże oraz zabójstwa, głównie ukryte. Straty, jakie w wyniku działalności tej mafii poniósł do tej pory sam tylko Skarb Państwa, szacować można na setki miliardów zł.

Mówiąc o tej rzeczywistości, znany dziennikarz śledczy i publicysta Wojciech Sumliński powiedział w jednym z wywiadów: kilkuset morderców ma wpływ na tych, którzy są oficjalnie na najwyższych stanowiskach państwowych, często bardzo ważny, a nawet decydujący wpływ, i często traktują te osoby jako marionetki. W pewnym sensie można powiedzieć, a może nawet nie w pewnym sensie, że rzeczywiście te osoby rządzą naszym krajem, choć opinia publiczna nie ma o tym zielonego pojęcia.

Jedyną drogą do zmiany opisywanego stanu rzeczy jest odrzucenie przez społeczeństwo całej obecnej elity politycznej, wszystkich głównych partii, i wybranie do władzy uczciwych ludzi.

W książce przedstawiam liczne przypadki zgonów oraz przypuszczalnych prób zabójstwa omawianego typu z lat 1989-2026, o których informacje zdołałem znaleźć, a które mogą stanowić jedynie wierzchołek góry lodowej.

Śmierci księży Niedzielaka, Suchowolca i Zycha

W 1989 roku zginęło trzech księży znanych z krytycznej postawy wobec rzeczywistości PRL, uznawanych za duchowych następców ks. Jerzego Popiełuszki: Stefan Niedzielak, Stanisław Suchowolec i Sylwester Zych.

Rano 21 stycznia 1989 roku na plebanii kościoła przy warszawskich Powązkach znaleziono zwłoki tamtejszego proboszcza ks. Stefana Niedzielaka. Ksiądz leżał na podłodze swojego mieszkania. Był zakrwawiony. Leżały przy nim zakrwawione części garderoby. W pobliżu znajdował się przewrócony fotel z pękniętą poręczą oraz rozerwany różaniec. Mieszkanie nosiło ślady plądrowania. Panował w nim bałagan. Została rozbita drewniana szafa, uszkodzono zamek w biurku. Wokół biurka leżały rozrzucone dokumenty. Drzwi do mieszkania miały ślady włamania. Przybyła na miejsce milicja stwierdziła wstępnie morderstwo na tle rabunkowym. Jednak okazało się, że z mieszkania nie zabrano cennych przedmiotów ani pieniędzy.

74-letni w chwili śmierci ks. Niedzielak w przeszłości był kapelanem Armii Krajowej oraz organizacji Wolność i Niezawisłość. Po wojnie zaangażował się w głoszenie prawdy na temat zbrodni katyńskiej. Był współzałożycielem Warszawskiej Rodziny Katyńskiej. Od 1977 roku odprawiał msze za ojczyznę, w których mówił o zbrodni katyńskiej oraz o zbrodniach UB i SB. Był inwigilowany i nękany przez SB. Miał kontakty z działaczami „Solidarności”.

Od jesieni 1988 roku zaczął otrzymywać anonimowe groźby, które przychodziły listownie lub telefonicznie. Grożono mu, że zostanie zabity, jeśli się nie „uspokoi”. Miały też miejsce głuche telefony. Ksiądz był również obiektem fizycznych ataków. Raz został wciągnięty do samochodu, gdzie go pobito, a następnie wyrzucono na ulicy przed kościołem. Sprawcy „poradzili mu”, aby zaprzestał działalności. Jesienią 1988 roku, podczas spaceru na Cmentarzu Powązkowskim, został uderzony w głowę przez nieznanego mężczyznę, który następnie uciekł. Brat księdza relacjonował, że widział któregoś dnia, jak ten uciekał przed jakimś człowiekiem. Innym razem brat zapobiegł wciągnięciu księdza do samochodu przez nieznanych osobników. Niedługo przed śmiercią, w rozmowie z ks. Zdzisławem Królem ks. Niedzielak powiedział: „oni mnie zabiją”. Tuż po śmierci kapłana ks. Król odebrał telefon i w słuchawce usłyszał: „Niedzielak nie jest ostatni”.

Sekcja zwłok wykazała, że ksiądz miał złamaną szczękę i nos, co wskazuje na to, że przed śmiercią został pobity. Za przyczynę śmierci uznano pęknięcie kręgosłupa na odcinku szyjnym. Początkowo próbowano forsować wersję, jakoby do śmierci doszło w wyniku nieszczęśliwego wypadku, bez udziału innych osób. Jednak eksperyment przeprowadzony w toku śledztwa w 1989 roku wykluczył tę wersję. W styczniu 1990 roku prokuratura wydała komunikat stwierdzający, że ks. Niedzielak został zamordowany. Nie dostrzegano jednak możliwości, aby za zabójstwem stali ludzie ze służb specjalnych. Podczas śledztwa gromadzono liczne nieprawdziwe informacje na temat księdza, oczerniające go. Były to między innymi informacje, jakoby nadużywał alkoholu, w jego mieszkaniu odbywały się libacje, miał kontakty seksualne z kobietami oraz kontakty homoseksualne, defraudował pieniądze. Najprawdopodobniej chodziło o skierowanie śledztwa na fałszywe tory. W październiku 1990 roku śledztwo zostało umorzone z powodu niewykrycia sprawców zabójstwa. Wznowiono je w 1991 roku, jednak zostało ponownie umorzone w 1993 roku.

W latach 2000. do sprawy powrócono w ramach śledztwa w sprawie funkcjonowania związku przestępczego w strukturach MSW w latach 1956-1989, prowadzonego przez Instytut Pamięci Narodowej. Został wtedy przesłuchany świadek, który podał imię i nazwisko funkcjonariusza SB, mogącego być sprawcą zabójstwa ks. Niedzielaka. Udało się ustalić, że odciski palców tego funkcjonariusza są zgodne z odciskami palców zabezpieczonymi w mieszkaniu ks. Niedzielaka. Pomimo takiego odkrycia, śledztwo IPN zatrzymało się. Wygląda na to, że zostało zablokowane. Później stwierdzono, że zniknęły dowody zabezpieczone na miejscu zbrodni, takie jak odciski palców, fragment lateksowej rękawiczki, jakiej najprawdopodobniej używał jeden ze sprawców zabójstwa, oraz włosy nieznanej osoby, które znajdowały się w dłoni ofiary.

Wskazany funkcjonariusz SB po 1989 roku pracował w policji, potem w UOP, a później ponownie w policji. Wyróżniał się potężną, barczystą budową ciała i wysokim wzrostem. 20 stycznia 1989 roku, późnym wieczorem w pobliżu plebanii kościoła na warszawskich Powązkach widziano trzyosobową grupę złożoną z dwóch mężczyzn i kobiety. Jeden z tych mężczyzn właśnie tak wyglądał.

W 2008 roku dziennikarz śledczy Leszek Szymowski opublikował w tygodniku „Wprost” artykuł „Karateka Kiszczaka”, w którym opisywał wspomniane ustalenia śledztwa IPN w sprawie zabójstwa ks. Niedzielaka. Niedługo potem jego przełożony z „Wprost” został lekko pobity w centrum Warszawy. Usłyszał od napastnika, że „Leszek nie zajmuje się tym co trzeba”. Leszek Szymowski twierdzi, że on i jego przełożony z „Wprost” dowiedzieli się później od swoich źródeł w ABW, że atak ten był formą ostrzeżenia. Szymowski został wtedy objęty inwigilacją. Jego telefon był na podsłuchu, a w samochodzie umieszczono GPS. Zwerbowano do współpracy przy tej inwigilacji jego narzeczoną. Dziennikarz twierdzi, że do 2001 roku zmarło kilku funkcjonariuszy SB, którzy byli w grupie prowadzącej śledztwo w sprawie śmierci ks. Niedzielaka.

Rano 30 stycznia 1989 roku na plebanii kościoła w Białymstoku, w dzielnicy Dojlidy, znaleziono zwłoki księdza Stanisława Suchowolca. Duchowny leżał na podłodze swojego mieszkania, przy łóżku. Panował tam swąd spalenizny i widać było ślady pożaru. Niektóre przedmioty były spalone. W mieszkaniu leżał martwy pies księdza, rasy doberman.

Ks. Suchowolec był przyjacielem ks. Jerzego Popiełuszki. Po zabójstwie ks. Jerzego, do którego doszło w 1984 roku, zaczął odprawiać msze za ojczyznę, w których wygłaszał niewygodne dla władz PRL kazania. Jego msze przyciągały tysiące wiernych. Związał się z „Solidarnością” i KPN. Uznawano go za następcę Popiełuszki.

Z powodu swojej działalności był inwigilowany i prześladowany przez SB. Założono mu podsłuch telefoniczny oraz podsłuch w mieszkaniu. Był śledzony. Jego kazania nagrywali funkcjonariusze SB. W jego otoczeniu znajdowali się współpracownicy SB. Robiono mu rewizje i wzywano na przesłuchania. Był oczerniany. Spotykały go różne bezprawne prześladowania. Doświadczał pobić przez nieznanych sprawców. Jego samochód uszkadzano w sposób mogący doprowadzić do wypadku. Na przykład spuszczając powietrze z koła, przebijając opony czy uszkadzając układ hamulcowy. Raz w samochód, którym jechał, rzucono kamieniem, rozbijając przednią szybę. Podpalono dom jego rodziców. Otrzymywał anonimowe groźby, przychodzące telefonicznie lub listownie, że zostanie zabity. Kilka dni przed śmiercią miał spotkanie z jakąś osobą, po którym bał się o swoje życie, mówił, że chcą go zabić. Znajoma księdza relacjonuje, że po śmierci kapłana odebrała telefon, w którym usłyszała nagranie jego głosu.

Prokuratura Rejonowa w Białymstoku uznała, że do śmierci księdza doszło w wyniku nieszczęśliwego wypadku, zaczadzenia podczas pożaru spowodowanego zapaleniem się termowentylatora, którym podgrzewano pomieszczenie. Na szyi i klatce piersiowej zmarłego widoczne były ślady wskazujące, że przed śmiercią mogła być stosowana wobec niego przemoc, ale to nie zmieniło stanowiska prokuratury. Biegły weterynarz anatomopatolog, który badał zwłoki psa, uznał, że przyczyną śmierci zwierzęcia było uderzenie, ale wtedy prokuratura natychmiast zmieniła tego biegłego na innego. Śledztwo w sprawie śmierci kapłana umorzono 16 czerwca 1989 roku z powodu niestwierdzenia przestępstwa. Nie uwzględniono zażaleń na tę decyzję kierowanych przez pełnomocników kurii i rodzinę zmarłego.

22 października 1991 roku śledztwo wznowiono. Prokuratura Wojewódzka w Białymstoku uznała wtedy, na podstawie nowej opinii biegłych, że doszło do zabójstwa księdza Suchowolca. Stwierdzono, że ktoś celowo wywołał pożar, który doprowadził do zaczadzenia duchownego. Ustalono, że pożar ten został wywołany przez zapalenie specjalnej substancji, wcześniej rozlanej, której składu nie udało się ustalić. Użycie takiej substancji wskazuje na działanie ludzi ze służb specjalnych. Wieczorem 29 stycznia 1989 roku w pobliżu plebanii białostockiego kościoła widziano trzyosobową grupę złożoną z dwóch mężczyzn i kobiety, analogicznie jak w przypadku zabójstwa ks. Niedzielaka. Ks. Jerzy Sidorowicz relacjonował, jak prokurator powiedział mu, że trzy osoby mordowały księdza, a czwarta czekała na zewnątrz w samochodzie. 23 sierpnia 1993 roku śledztwo zostało umorzone z powodu niewykrycia sprawców zabójstwa.

Kilka dni przed śmiercią ks. Suchowolca, 25 stycznia 1989 roku, w pokoju Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Białymstoku znaleziono zwłoki funkcjonariusza SB, kapitana Jerzego Szematowicza. Stwierdzono, że popełnił samobójstwo przez powieszenie, chociaż sekcja zwłok wykazała na jego ciele liczne ślady przemocy oraz to, że bruzda wisielcza na szyi ma nietypowy przebieg. Żonie funkcjonariusza nie pokazano jego ciała. Przekazano jej niejawnie zakrwawioną i podartą koszulę męża. Człowiek ten należał do grupy, która zajmowała się ks. Suchowolcem. Przypuszcza się, że mógł ostrzec księdza o tym, że ma zostać zabity. Wiadomo, że się z nim spotykał. Tuż przed śmiercią nie było go w nocy w domu, nie wiadomo, co wtedy robił.

31 października 1995 roku w wypadku drogowym pod Białymstokiem zginął ksiądz Edward Rafało, sąsiad ks. Suchowolca z plebanii. Samochód, który prowadził, z niewiadomych przyczyn zjechał z jezdni i uderzył w drzewo. Ksiądz zginął na miejscu. Stwierdzono, że znajdował się pod silnym wpływem alkoholu. Tymczasem była to osoba znana z abstynencji. Nie było świadków wypadku. W dniu zdarzenia otrzymał od kogoś telefon, po którym natychmiast wsiadł do samochodu i odjechał. Mówił, że dzwonił do niego duchowny z Poznania, który prosił o pilne spotkanie. Ustalono, że telefon, który odebrał, wykonany był z budki telefonicznej w Białymstoku. Sekcja zwłok kapłana wykazała, że alkohol wprowadzono do jego organizmu już po wypadku. Ślady opon na jezdni wskazywały, że samochód gwałtownie zahamował i skręcił w drzewo. Postępowanie w sprawie wypadku zostało szybko umorzone. Za jego przyczynę uznano, w sprzeczności z wynikami sekcji zwłok oraz ekspertyzy z miejsca zdarzenia, utratę panowania nad pojazdem wynikającą z upojenia alkoholowego. Mieszkanie ks. Rafało na plebanii sąsiadowało przez cienką ścianę z mieszkaniem ks. Suchowolca. Słyszał dzięki temu odgłosy wychodzące z tego lokalu. Słyszał na przykład, kiedy u ks. Stanisława włączony był telewizor. Mógł być świadkiem wydarzeń, jakie rozegrały się na plebanii w nocy z 29 na 30 stycznia 1989 roku. Nie chciał mówić na ten temat. Po śmierci ks. Suchowolca bardzo się bał. Starał się nie wychodzić z domu, a gdy to robił, to tak, aby być z grupą osób. Dokonano włamania do jego mieszkania.

Rolnik Adam Szóstko, przyjaciel ks. Suchowolca, który zaangażował się w badanie sprawy jego śmierci, wielokrotnie otrzymywał anonimowe groźby. Był bliski utraty życia z rąk nieznanych sprawców. Raz próbowano go potrącić samochodem. Uratowało go to, że w ostatniej chwili skoczył do rowu. Innym razem został zaatakowany przez napastnika, który próbował dźgnąć go nożem. Uratowała go pomoc świadków. W tej sprawie zawiadomiono policję, jednak śledztwo zostało umorzone z powodu niewykrycia sprawcy. Pomimo że napastnik był bardzo podobny do funkcjonariusza SB uczestniczącego w inwigilacji ks. Suchowolca. Ewa Spytkowska, która również angażowała się w sprawę śmierci kapłana, otrzymywała telefony z groźbami. Zagrożono, że zostanie zabita, jeśli dalej będzie drążyć tę sprawę.

W latach 2000. sprawa zabójstwa ks. Suchowolca była badana w ramach śledztwa IPN w sprawie funkcjonowania związku przestępczego w strukturach MSW w latach 1956-1989. IPN zdecydował, że nie ma podstaw do podjęcia na nowo śledztwa w sprawie zabójstwa ks. Suchowolca. Prokurator IPN Mieczysław Góra stwierdził, że brak jest dowodów na udział w zdarzeniach, które doprowadziły do śmierci ks. Suchowolca, funkcjonariuszy służb specjalnych. A przecież jest oczywiste w świetle znanych faktów, że za jego zabójstwem stoją ludzie ze służb specjalnych.

11 lipca 1989 roku, około godziny 2 w nocy, w pobliżu dworca PKS w Krynicy Morskiej zauważono leżącego mężczyznę. Wezwane na miejsce pogotowie ratunkowe, po próbie reanimacji, stwierdziło zgon tego człowieka. Zmarły nie miał przy sobie dokumentów. Okazało się później, że jest to ks. Sylwester Zych.

Kapłan ten znany był z antykomunistycznych poglądów i wspierania opozycji. Był kapelanem „Solidarności” Huty Warszawa i okręgu warszawskiego KPN. Działał w Niezależnym Ruchu Społecznym „Solidarność” im. ks. Jerzego Popiełuszki. Był przeciwnikiem porozumień Okrągłego Stołu. Reprezentował radykalną część opozycji. W latach 80. został skazany na 6 lat pozbawienia wolności za udział w nielegalnej organizacji zbrojnej i posiadanie broni bez zezwolenia. Miało to związek z wydarzeniem, do jakiego doszło w Warszawie w lutym 1982 roku. Dwóch nastolatków, należących do konspiracyjnej organizacji zbrojnej, próbowało w tramwaju odebrać broń milicjantowi Zdzisławowi Karosowi. Doszło do szamotaniny, podczas której milicjant został postrzelony, w następstwie czego zmarł. Młodzi ludzie zanieśli posiadaną broń na plebanię do ks. Zycha. Tam znalazła ją później milicja. Ksiądz został zwolniony z zakładu karnego w 1986 roku. Podczas pobytu w więzieniu zapowiedziano mu, że po jego opuszczeniu zostanie zabity. Po wyjściu na wolność otrzymywał anonimowe listy oraz telefony z groźbami pozbawienia życia. Został kilka razy pobity przez nieznanych sprawców. Był śledzony i podsłuchiwany przez SB. W marcu 1989 roku na ulicy Targowej w Warszawie nieznani mężczyźni wciągnęli go do bramy, rozebrali do naga i próbowali wlewać mu do ust alkohol. Napastników spłoszyła kobieta wyjeżdżająca samochodem. Śledztwo w tej sprawie umorzono z powodu niewykrycia sprawców przestępstwa.

W lipcu 1989 roku ks. Zych pojechał na urlop nad morze do Braniewa. 10 lipca został odwieziony na przystań we Fromborku. Nie wiadomo, co działo się z nim dalej. Podobno chciał popłynąć statkiem wycieczkowym do Krynicy Morskiej, ale nikt z pasażerów i załogi statku nie widział go na pokładzie. Tego dnia oczekiwano na niego w Gdańsku, gdzie miał zarezerwowane wejściówki na spotkanie z prezydentem USA Bushem, goszczącym wtedy w Polsce. Telewizja podała informację, jakoby przed śmiercią spożył ogromną ilość alkoholu w klubie nocnym Riviera w Krynicy Morskiej w towarzystwie jakiegoś mężczyzny. Miał wypić litr wódki. Potwierdzała to relacja trójki pracowników tego klubu, dwóch barmanów i kelnerki, pokazana przez telewizję. Śmierć księdza przedstawiano jako następstwo upojenia alkoholowego. Tymczasem był on osobą nie mającą skłonności do alkoholu. Ponadto nie mógł nadużywać alkoholu ze względu na stan zdrowia. Osoby bawiące się w klubie w czasie, gdy miał tam przebywać ks. Zych, przesłuchiwane później przez milicję nie pamiętały, aby go widziały. Jeden ze wspomnianych barmanów po latach powiedział, iż doszedł do wniosku, że w Rivierze nie było ks. Zycha. Że te dwie osoby, które obsługiwał 10 lipca 1989 roku, były w klubie po to, aby upozorować obecność w nim księdza w towarzystwie jakiegoś mężczyzny. Miał również wątpliwości, czy wypili oni aż tak dużą ilość alkoholu. Relacjonował, że wywierano na niego naciski, grożąc mu, aby powtarzał w zeznaniach to samo, co powiedział przed kamerą telewizji. Nie było dokumentacji fotograficznej z miejsca znalezienia zwłok kapłana. Ksiądz, gdy został znaleziony, był ubrany w koszulę flanelową z długimi rękawami, która nie należała do niego. Natomiast dwa dni później, w prosektorium, miał na sobie koszulkę polo z krótkim rękawem, tą samą, w którą był ubrany w dniu zaginięcia. Siostra księdza odkryła, że milicja podrzuciła do jego plecaka butelkę po wódce.

Sekcja zwłok duchownego wykazała, że przyczyną śmierci było zatrucie alkoholem, którego stężenie określono na ponad trzy promile. Stwierdzono liczne obrażenia ciała: złamane cztery żebra oraz 54 inne obrażenia, w tym pręgi z tyłu głowy, które mogły powstać od uderzeń pałką. Odkryto również ślady wkłuć igłą, między innymi na nodze. Przyjęto, że są to ślady po zastrzykach robionych podczas reanimacji. Ale lekarka pogotowia zeznała, że zastrzyki robiła tylko w ramię. Wygląda na to, że ksiądz mógł zostać pobity oraz wstrzyknięto mu alkohol w śmiertelnej dawce. Jednak prokuratura nie uznała, aby doszło do zabójstwa. Śledztwo w sprawie śmierci kapłana zostało umorzone 30 września 1993 roku z powodu niestwierdzenia przestępstwa.

Zbigniew Banach, który w 1990 roku opublikował książkę „Tajemnica śmierci księdza Zycha”, w 1991 roku został pobity do nieprzytomności przez nieznanych sprawców. Dziennikarzowi „Gazety Wyborczej” Jerzemu Jachowiczowi, który zajmował się sprawą śmierci ks. Zycha, w 1990 roku podpalono mieszkanie, w wyniku czego zginęła jego żona, a on i jego córka zostali ranni.

W latach 2000. sprawa śmierci ks. Zycha była badana w ramach śledztwa IPN w sprawie funkcjonowania związku przestępczego w strukturach MSW w latach 1956-1989. Pojawiły się ślady wskazujące, że ksiądz mógł zostać zabity przez trzyosobową grupę złożoną z dwóch mężczyzn i kobiety, analogicznie jak w przypadku zabójstw księży Niedzielaka i Suchowolca. Jednak w dalszym ciągu nie uznano oficjalnie, aby doszło do zabójstwa kapłana.

Dokumentacja SB dotycząca księży Niedzielaka, Suchowolca i Zycha była w 1989 roku niszczona przez MSW.

Nasuwa się pytanie, dlaczego służby specjalne PRL zabiły w 1989 roku tych trzech kapłanów. Przypuszcza się, że chodziło o to, by zastraszyć radykalną część opozycji, aby nie sprzeciwiała się porozumieniu zawartemu z władzami PRL przez tak zwaną konstruktywną opozycję, którego wyrazem były ustalenia Okrągłego Stołu. Zwracają uwagę daty zabójstw. Ks. Niedzielak i Suchowolec zginęli na krótko przed rozpoczęciem obrad Okrągłego Stołu. Ks. Zych zginął kilka dni przed głosowaniem Zgromadzenia Narodowego nad wyborem Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta PRL.

Wygląda na to, że również w III RP śledztwa w sprawie śmierci księży Niedzielaka, Suchowolca i Zycha są blokowane tak, aby nie wykryto sprawców i zleceniodawców ich zabójstw. Dlaczego? To świadczy negatywnie o elicie politycznej, z jaką mamy do czynienia w Polsce. Bo przecież są uczciwi prokuratorzy, którzy mogliby te sprawy należycie poprowadzić. Tylko potrzebna jest władza, która skieruje do tych spraw uczciwych prokuratorów i pozwoli im działać.

Śmierci łączone ze sprawą zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki

19 października 1984 roku porwano ks. Jerzego Popiełuszkę. Doszło do tego w Górsku, gdy kapłan wracał z Bydgoszczy do Warszawy. Następnie został on zamordowany. Oficjalnie stwierdzono, że sprawcami byli trzej funkcjonariusze SB działający na polecenie zastępcy dyrektora Departamentu IV MSW. Według przedstawionej przez władze wersji wydarzeń zatrzymali oni samochód, którym jechał ksiądz wraz z kierowcą, a następnie zabrali ich do swojego samochodu i odjechali. Podczas jazdy kierowca księdza Waldemar Chrostowski wyskoczył z samochodu i uciekł, po czym zawiadomił milicję o uprowadzeniu. Porywacze zamordowali księdza, a jego ciało wrzucili do Wisły z tamy we Włocławku.

Zabójstwo duchownego było wstrząsem dla opinii publicznej. Ksiądz był znany dzięki swoim krytycznym wobec rzeczywistości PRL kazaniom. Jego msze przyciągały tysiące wiernych. Wspierał „Solidarność”. W 1985 roku Sąd Wojewódzki w Toruniu skazał czterech funkcjonariuszy SB za zabójstwo ks. Popiełuszki na kary od 14 do 25 lat pozbawienia wolności. Dokonana zbrodnia została przedstawiona jako wybryk fanatycznych esbeków, który został ukarany przez praworządną władzę.

Ale nowe śledztwa w sprawie zabójstwa ks. Popiełuszki, jakie były prowadzone w III RP przez prokuratora Andrzeja Witkowskiego, wykazały, że prawda o tym morderstwie jest zupełnie inna. Odkryto, że ksiądz nie został umieszczony w samochodzie esbeków, tylko zabrany z miejsca porwania przez inną ekipę. Zakwestionowano twierdzenie o ucieczce kierowcy Popiełuszki z jadącego samochodu. Uznano, że w rzeczywistości współpracował on z porywaczami. Ustalono, że ksiądz nie został zamordowany w dniu porwania przez esbeków, tylko przez inną ekipę kilka dni później. Faktycznymi mordercami byli najprawdopodobniej ludzie z WSW. W zabójstwo byli również zamieszani ludzie ze służb specjalnych ZSRR. Esbecy skazani w procesie toruńskim zostali zmuszeni do przyznania się do morderstwa, którego nie popełnili. Miało im to później zostać wynagrodzone. Odkryto, że od 15 września 1984 roku byli oni objęci obserwacją WSW. Ustalono, że faktycznym zleceniodawcą zbrodni był ówczesny minister spraw wewnętrznych Czesław Kiszczak.

Jednak działania prokuratorskie w sprawie morderstwa Popiełuszki, prowadzone w III RP, zostały zablokowane. Prokuratora Andrzeja Witkowskiego w grudniu 1991 roku odsunięto od śledztwa, które wtedy faktycznie zamarło, choć formalnie było nadal prowadzone. W 2002 roku powrócił do prowadzenia sprawy zabójstwa Popiełuszki, tym razem jako prokurator IPN w ramach śledztwa w sprawie funkcjonowania związku przestępczego w strukturach MSW w latach 1956-1989. Ale w październiku 2004 roku został ponownie odsunięty, gdy poinformował, że zamierza skierować do sądu akt oskarżenia w sprawie zabójstwa ks. Popiełuszki. Na ławie oskarżonych miał zasiąść między innymi Czesław Kiszczak i Waldemar Chrostowski. Warto dodać, że prokurator Andrzej Witkowski jest wybitnym specjalistą od spraw zabójstw, który nigdy nie przegrał przed sądem w żadnej sprawie, w której był oskarżycielem. A miał takich spraw w swojej karierze prokuratorskiej koło 300. Po odsunięciu Witkowskiego śledztwo stanęło w martwym punkcie, choć formalnie nadal trwa.

Andrzej Witkowski wspomniał w książce „Misja Popiełuszko”, jak w 1991 roku zaprosił go na spotkanie jego znajomy, ówczesny zastępca szefa UOP Jerzy Konieczny. Podczas spotkania Konieczny powiedział mu, że nie jest możliwe przeprowadzenie należytego postępowania w sprawie morderstwa Popiełuszki, bo tak uzgodniono w Magdalence. Powiedział mu: „nic w sprawie zbrodni na Popiełuszce nie zrobisz, nie dadzą ci”.

Ze sprawą zabójstwa ks. Popiełuszki łączonych jest szereg śmierci, jakie miały miejsce po tym zabójstwie w okresie PRL i RP. Zabija się i zastrasza ludzi, aby ukryć prawdę o morderstwie duchownego. 30 listopada 1984 roku w wypadku drogowym w Białobrzegach zginęli dwaj oficerowie MSW prowadzący czynności w ramach śledztwa w sprawie zabójstwa ks. Popiełuszki, pułkownik Stanisław Trafalski i major Wiesław Piątek. Zginął również ich kierowca. Samochód, którym jechali, zderzył się z jadącą z naprzeciwka ciężarówką marki Jelcz. Informacja o wypadku pojawiła się dzień przed tym, gdy się wydarzył. Otrzymał ją Stefan Bratkowski, którego poinformował warszawski prawnik Bogumił Studziński. To oznacza, że wypadek ten był w rzeczywistości zaplanowanym zabójstwem. Ani Bratkowski, ani Studziński nie zostali nigdy w tej sprawie przesłuchani. Dwaj oficerowie, którzy zginęli, mieli dużą wiedzę o sprawie zabójstwa Popiełuszki. Notatki i dokumenty, jakie przewozili samochodem, zniknęły. Na temat późniejszych losów kierowcy ciężarówki są sprzeczne informacje. Według niektórych źródeł w 1985 roku sąd uznał go winnym spowodowania wypadku i skazał na karę 3 lat pozbawienia wolności. Wyszedł z zakładu karnego na przepustkę i zniknął.

Jak podaje Leszek Szymowski, wiosną 1985 roku Zygmunt Baranowski, dyrektor Departamentu IV MSW, czyli tego, z którego pochodzili skazani w procesie toruńskim, został znaleziony martwy w swoim gabinecie. Nie przeprowadzono śledztwa w sprawie jego śmierci. Nie przeprowadzono sekcji zwłok. Ciała nie wydano rodzinie.

9 maja 1985 roku w Warszawie, w domu na Saskiej Kępie, nieznany sprawca zamordował Małgorzatę Targowską-Grabińską. Na Saskiej Kępie mieszkała również Małgorzata Grabińska, synowa jednego z oskarżycieli posiłkowych na procesie toruńskim, Andrzeja Grabińskiego. Mecenas Grabiński nie był zadowolony z przebiegu procesu toruńskiego, uważał, że nie odkrył on prawdy o zabójstwie ks. Popiełuszki. Rozważał wniesienie apelacji od wyroku. Przypuszcza się, że chciano zabić jego synową, aby go zastraszyć, a przez pomyłkę zabito Małgorzatę Targowską-Grabińską. Syn mecenasa, Paweł, miał dziwne zdarzenie w dniu zabójstwa Grabińskiej. Zadzwonił do niego daleki znajomy, prosząc o pomoc w holowaniu pojazdu. Kiedy Paweł przyjechał na umówione miejsce, okazało się, że znajomego ani pojazdu nie ma. Gdy zadzwonił do tego znajomego, człowiek ów zaprzeczył, aby zwracał się do niego o pomoc. Być może chciano pozbawić go alibi na czas zabójstwa jego żony, do którego nie doszło. Po 1989 roku zaginęły akta śledztwa w sprawie zabójstwa Grabińskiej.

W nocy z 21 na 22 lipca 1989 zamordowano Anielę Piesiewicz, matkę drugiego oskarżyciela posiłkowego na procesie toruńskim, Krzysztofa Piesiewicza. Kobietę zamordowano w jej warszawskim mieszkaniu. Z lokalu nie zginęło nic wartościowego. Została związana w taki sposób, w jaki związane były zwłoki ks. Popiełuszki. Przed tym zabójstwem Piesiewicz znajdował zdjęcia swoich dzieci, na których miały przedziurawione oczy. Zwracają uwagę daty zabójstw Małgorzaty Targowskiej-Grabińskiej i Anieli Piesiewicz. 9 maja to Dzień Zwycięstwa, a 22 lipca obchodzono w PRL święto państwowe.

Bracia księdza Popiełuszki, Józef i Stanisław, nie byli zadowoleni z ustaleń procesu toruńskiego, twierdzili, że prawda o zabójstwie ich brata jest ukrywana. Domagali się ujawnienia prawdy i działali w tym kierunku. Z tego powodu otrzymywali groźby, że zostaną zabici albo spotka ich inne nieszczęście. W 1992 roku w białostockim szpitalu umarł 18-letni syn Józefa Tomasz. Przyczyną śmierci było zatrucie alkoholem metylowym. Pomimo że zmarły nie miał skłonności do alkoholu. 1 lutego 2000 roku umarła żona Stanisława Danuta. Powód śmierci był ten sam, co w przypadku syna Józefa, czyli zatrucie alkoholem metylowym, chociaż zmarła była abstynentką. Stężenie alkoholu w jej organizmie wielokrotnie przekraczało dawkę śmiertelną. Lekarz z białostockiego szpitala powiedział, że na ciele kobiety widział ślady po wkłuciach igłą. Mówił, że przełożony w szpitalu naciskał na niego, aby tego faktu nie ujawniał. Wygląda na to, że Danutę zabito, wstrzykując jej śmiertelną dawkę alkoholu metylowego. Nie zgodzono się na przeprowadzenie sekcji zwłok, pomimo że chciała tego rodzina zmarłej.

W 2002 roku przesłuchano jako świadków trzech rybaków, którzy zeznali, że widzieli jak w nocy z 25 na 26 października 1984 roku z tamy we Włocławku wrzucono do wody pakunek, w którym, jak się później okazało, były zwłoki ks. Popiełuszki. Zeznania te przeczyły wersji, jakoby zwłoki wrzucili do wody 19 października esbecy skazani w procesie toruńskim. 25 października esbecy ci byli już w areszcie. W grudniu 2004 roku jeden z tych świadków, Jan O., umarł podczas pobytu w szpitalu we Włocławku. Powodem śmierci było zatrucie alkoholem metylowym. Musiałby zatem przyjąć alkohol metylowy, będąc w szpitalu. Nie przeprowadzono sekcji zwłok, pomimo że chciała tego rodzina zmarłego. Jak podaje Leszek Szymowski, w 2007 roku umarł drugi z rybaków i powodem było również zatrucie alkoholem metylowym. Szymowski podaje też, że potem trzeci z rybaków zaczął otrzymywać telefony, w których przekazywano mu, aby nie mówił o tym, co widział 25 października 1984 roku we Włocławku.

Oficjalnie twierdzono, że zwłoki ks. Popiełuszki wydobyto z wody 30 października 1984 roku. Tymczasem podczas śledztwa prowadzonego przez Witkowskiego ustalono, że zwłoki wydobyto 26 października, a potem z powrotem wrzucono je do wody i ponownie wydobyto 30 października. Takie działanie jest ewidentną manipulacją mającą na celu ukrycie prawdy, wykreowanie jakiegoś nieprawdziwego obrazu rzeczywistości. Po wydobyciu ciała z wody 26 października, przeprowadzono pierwszą nieoficjalną sekcję zwłok. Jak pisze Leszek Szymowski, profesorowi, który ją przeprowadzał, i jego asystentowi zagrożono śmiercią, gdyby to ujawnili. Dużą wiedzę na temat działań z ciałem księdza mieli milicyjni płetwonurkowie, którzy poszukiwali pod wodą zwłok i wydobywali je. Jeden z płetwonurków prowadzących działania przy tamie we Włocławku, Krzysztof Mańko, zaraz po tych działaniach bardzo się czegoś bał, nie chciał nic mówić, wyszedł z domu i już nie wrócił. 1 listopada 1984 roku wyjechał za granicę. Zamieszkał w Grecji. Szymowski pisze, że w 2003 roku próbowano go przesłuchać w ramach śledztwa w sprawie zabójstwa Popiełuszki. Został wezwany na przesłuchanie do ambasady polskiej w Grecji, ale wtedy podpalono jego dom. Po tym zdarzeniu Mańko nie stawił się na przesłuchanie.

Jak podaje Leszek Szymowski, w tajemniczych okolicznościach zginął oficer bydgoskiej WSW, który przekazał prokuratorowi Witkowskiemu swoją wiedzę o sprawie zabójstwa ks. Popiełuszki.

W 2013 roku, w wieku 58 lat, zmarł były milicjant Roman Nowak, który był przewodnikiem psa tropiącego prowadzącym działania w miejscu porwania ks. Popiełuszki kilka godzin po porwaniu. Pies milicyjny poprowadził przewodnika 244 metry od samochodu księdza wzdłuż drogi i zgubił ślad przy bocznej drodze. To wskazuje, że kapłan został zaprowadzony do innego pojazdu niż samochód esbeków skazanych w procesie toruńskim. Zresztą w samochodzie esbeków technicy kryminalistyki nie znaleźli żadnych śladów obecności w nim ks. Popiełuszki, który miał zostać umieszczony w bagażniku. Milicjant nie został w latach 80. przesłuchany w sprawie tego, jaki był efekt użycia psa tropiącego. Zrobił to dopiero prokurator Witkowski. Roman Nowak cieszył się dobrym zdrowiem.

Leszek Szymowski twierdzi, że 19 października 2025 roku zginęła w bardzo dziwnych okolicznościach osoba bliska świadkowi, który złożył zeznania wskazujące na udział konkretnego, żyjącego do dzisiaj funkcjonariusza w zbrodni na ks. Popiełuszce. Funkcjonariusz ten miał brać udział w torturowaniu księdza w bunkrze w Kazuniu między 20 a 25 października 1984 roku. Śmierć osoby bliskiej świadkowi w rocznicę porwania kapłana budzi podejrzenie, że osobę tę w rzeczywistości zabito, aby zastraszyć świadka.

Szymowski napisał, że 20 października 1984 roku Zdzisław M. widział w Przysieku jednego z esbeków skazanych później w procesie toruńskim, Grzegorza Piotrowskiego, jak rozmawiał z kierowcą księdza Waldemarem Chrostowskim. Wyglądało to na rozmowę dwóch dobrych znajomych. Chciał złożyć w tej sprawie zeznania, ale spotkały go groźby. Bał się o swoje życie. Uciekł z Polski i zamieszkał w USA.

Wojciech Sumliński wspominał, jak policjantowi z zespołu śledczego prokuratora Witkowskiego, zajmującego się sprawą zabójstwa Popiełuszki, grożono, że jego córka zostanie zabita, o czym mówił mu ten policjant.

W 2009 roku policjant z zespołu śledczego prokuratora Witkowskiego, oficer z Komendy Wojewódzkiej w Lublinie, udzielił wywiadu telewizyjnego dwóm dziennikarzom. Potem otrzymał list i telefon z groźbą, że jeżeli jeszcze raz udzieli podobnego wywiadu, to jemu albo komuś z jego rodziny stanie się krzywda.

Andrzej Witkowski zrelacjonował w książce „Misja Popiełuszko” wydarzenia, jakich doświadczył w lecie 1990 roku, gdy prowadził śledztwo w sprawie zabójstwa Popiełuszki. Pracował wtedy w pałacyku na Krakowskim Przedmieściu. Miał tam pokój, w którym mógł nocować. Pewnego razu zaczął się bardzo źle czuć. Wtedy do jego pokoju wszedł pewien prokurator i zaczął nalegać, aby pojechał do szpitala. Witkowski w końcu się zgodził. W szpitalu stwierdzono, że zatruł się salmonellą. Lekarz powiedział, że gdyby nie przyjechał w porę do szpitala, to by umarł. Wygląda na to, że kolega prokurator uratował mu życie. Witkowski podejrzewa, że celowo zatruto go salmonellą. Ten prokurator, który nalegał, aby pojechał do szpitala, miał związki z WSW. Radził Witkowskiemu, aby nie prowadził śledztwa w sprawie morderstwa Popiełuszki. W 1991 roku odszedł z prokuratury i został adwokatem. Jego kariera adwokacka była wspierana przez Kiszczaka. Niedługo przed tym zatruciem Witkowski zaczął jadać obiady w kasynie wojskowym, a możliwość tego załatwił mu właśnie ów kolega prokurator. Witkowski przypuszcza, że to w kasynie zatruto go salmonellą. Sądzi, że nie chciano go zabić, tylko zastraszyć.

Do samochodu, którym jechał Andrzej Witkowski, strzelono. Stało się to, gdy po raz drugi prowadził śledztwo w sprawie zabójstwa Popiełuszki. Kula przebiła przednią i boczną szybę. To również mogła być próba zastraszenia go.

Wojciech Sumliński napisał książkę „Teresa, trawa, robot” na temat gigantycznej operacji inwigilacyjnej, jaką objęte zostały rodziny esbeków skazanych w procesie toruńskim oraz ich koledzy z MSW, trwającej od 1985 do 1990 roku. Operacji mającej na celu kontrolę, czy nie zdradzają oni prawdy na temat zabójstwa Popiełuszki. Niedługo przed planowanym opublikowaniem książki, w 2007 roku z samochodu Sumlińskiego, zaparkowanego na strzeżonym, monitorowanym parkingu, ukradziono nośniki elektroniczne z treścią książki oraz dokumenty. Zniknęły również nagrania monitoringu parkingu.

Wygląda na to, że porwanie i zabójstwo ks. Popiełuszki oraz ogłoszenie, że sprawcami są esbecy i skazanie ich za to, było realizacją z góry założonego scenariusza. Nasuwa się pytanie, po co tak naprawdę przeprowadzono tę całą operację i dlaczego prawda o tej sprawie jest tak bardzo ukrywana. Być może odpowiedź na to pytanie daje to, co napisał Albin Siwak w książce „Trwałe ślady”. W 1984 roku Albin Siwak był członkiem Biura Politycznego KC PZPR. W książce „Trwałe ślady” wspomina, że w 1984 roku w MSW i wojsku narastało niezadowolenie z rządów ekipy Wojciecha Jaruzelskiego. Powstał plan dokonania zmiany w kierownictwie partii i odwołania Jaruzelskiego z funkcji I sekretarza. Planowano dokonać tego na plenum KC. Jaruzelski zdawał sobie z tego sprawę i dlatego odkładał zwołanie plenum. I właśnie wtedy doszło do porwania i zabójstwa ks. Popiełuszki oraz ogłoszenia, że zrobili to ludzie z MSW. Siwak pisze, że był to cios zadany planowi obalenia ekipy Jaruzelskiego. Ci, którzy chcieli jego odwołania, uznali, że jest to w tej sytuacji niemożliwe. Reformatorska ekipa utrzymała się dzięki temu przy władzy. W przeciwnym razie władzę przejęłoby skrzydło konserwatywne. Po zabójstwie Popiełuszki rozpoczęły się zmiany na kierowniczych stanowiskach w MSW i wojsku. Jak twierdzi były funkcjonariusz cywilnych służb specjalnych PRL i RP, pułkownik Piotr Wroński, wymieniono prawie wszystkich naczelników i dyrektorów w departamentach SB MSW, a Jaruzelski zrobił czystkę w KC PZPR. Wroński powiedział, że bez śmierci Popiełuszki nie byłoby transformacji ustrojowej w Polsce. Zaraz po zabójstwie kapłana zaczęły się pierwsze rozmowy przedstawicieli władzy z tak zwaną konstruktywną opozycją. 30 października 1984 roku doszło do spotkania Jaruzelskiego, Kiszczaka i Rakowskiego z Mazowieckim i Geremkiem. Później były następne spotkania.

Fakt, że śledztwo w sprawie zabójstwa ks. Popiełuszki jest do tej pory blokowane, świadczy negatywnie o elicie politycznej III RP. To śledztwo przestanie być blokowane, gdy do władzy w Polsce dojdą uczciwi ludzie.

Śmierć Marka Stróżyka

22 lipca 1989 roku we Wrocławiu poniósł śmierć Marek Stróżyk. Przebywał wtedy ze swoją partnerką Teresą Jankowiak w jej mieszkaniu. Gdy obudziła się ona o 6 rano, zobaczyła przy łóżku powieszone ciało Marka. Ciało było przywiązane kablami do wbitych w belkę stropu haków. Ręce miał połączone kablami z szyją oraz z belką stropu. Zszokowana kobieta zadzwoniła do sąsiadki Wandy S., mieszkającej niżej. Po chwili sąsiadka przyszła do jej mieszkania razem ze swoją córką. Zobaczyły wiszące ciało Marka. Potem wszystkie trzy zeszły do mieszkania Wandy. Gdy ta chciała zadzwonić ze swojego telefonu na pogotowie, okazało się, że z powodu nieodłożenia słuchawki przez Teresę, słyszy w swojej słuchawce, co dzieje się w jej mieszkaniu. Usłyszała odgłosy wskazujące, że ktoś tam jest i coś robi. Poprosiła swojego sublokatora, by poszedł na górę i odłożył słuchawkę na widełki oraz zobaczył, co się tam dzieje. Kiedy mężczyzna ten po pewnym czasie wszedł do mieszkania Teresy, zobaczył, jak twierdził, że ciało Marka Stróżyka leży na podłodze na plecach. Przybyła na miejsce lekarka pogotowia ratunkowego stwierdziła, że zgon mężczyzny nastąpił między 3 a 4 rano. Zwróciła uwagę, że plamy opadowe umiejscowione są na plecach i pośladkach, tymczasem, gdyby ciało przez tyle czasu wisiało, powinny znajdować się na stopach. To wskazuje, że ciało najpierw leżało, a dopiero potem zostało powieszone. Lekarka zaleciła w związku z tym przeprowadzenie sądowo-lekarskiej sekcji zwłok. Zniknęła część kabli, jakie były przywiązane do ciała Marka, gdy wisiał. Nie miał kabli na rękach. Na jego nadgarstku znajdował się zegarek, którego nie było, gdy Teresa zobaczyła go powieszonego. Były również trzy listy pożegnalne, których wtedy nie widziała. Po przybyciu na miejsce milicji zniknęła saszetka leżąca przy zwłokach. Zauważono, że kabel, na którym wisiało ciało, został przecięty. Potem jednak milicjanci twierdzili, że kable urwały się pod ciężarem zwłok. Milicjant poinformował przez telefon prokuratora, że nie ma potrzeby, aby przybył na miejsce, bo widać, że doszło do samobójstwa. Postępowanie w sprawie śmierci Marka Stróżyka zostało po sześciu dniach umorzone w związku z niestwierdzeniem przestępstwa. Uznano, że popełnił samobójstwo. Pomimo zalecenia lekarki pogotowia nie przeprowadzono sądowo-lekarskiej sekcji zwłok. Przeprowadzono jedynie tak zwana sekcję administracyjną. Nie przesłuchano Teresy.

Uważa się, że Marek Stróżyk był współpracownikiem kontrwywiadu wojskowego WSW, wywiadu wojskowego oraz SB. Miał prowadzić działalność wywiadowczą w RFN i Austrii. Był też przewodniczącym „Solidarności” w szpitalu we Wrocławiu, gdzie pracował. W lutym 1988 roku został zatrzymany z powodu podejrzenia o działalność szpiegowską. Po tym zatrzymaniu zaczął się bać. Był śledzony i obserwowany. Często oglądał się za siebie. O tym, że jest śledzony, informował kogoś telefonicznie, ale nigdy nie robił tego z telefonu domowego, tylko z budki telefonicznej. W swoim mieszkaniu zastawiał pułapki przy pomocy zapałek albo nitki, aby sprawdzić, czy ktoś nie wchodzi tam pod jego nieobecność. Miał cały czas szczelnie zasłonięte okna. Pod koniec życia unikał w ogóle przebywania w swoim mieszkaniu. Bał się tam być. Sypiał u rodziców lub w miejscu pracy. W czerwcu 1989 roku samochód, którym jechał, został zablokowany przez inny pojazd i zepchnięty do rowu. W lipcu 1989 roku chciał wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Kilka osób wspomina, że tuż przed śmiercią dysponował ogromną sumą pieniędzy. 14 grudnia 1988 roku ktoś dostał się do mieszkania Teresy Jankowiak pod jej nieobecność i penetrował je. Świadkiem tego była osoba z rodziny Teresy, goszcząca w lokalu. Siedząc w wannie, zauważyła, jak ktoś, skradając się, podchodzi do drzwi łazienki, po czym naciska klamkę, chcąc je otworzyć. Drzwi łazienki były zamknięte od środka.

Teresa Jankowiak nie pogodziła się z umorzeniem postępowania w sprawie śmierci Marka. Uważała, że został zabity. Dzięki jej staraniom oraz staraniom rodziny zmarłego postępowanie było kilkakrotnie wznawiane, ale później ponownie je umarzano, twierdząc, że doszło do samobójstwa. Ostateczne umorzenie nastąpiło w grudniu 1991 roku.

Na jaw wyszły ewidentne matactwa ze strony milicji i później policji. Okazało się, że protokół przesłuchania głównego świadka, Wandy S., został sfałszowany. Wpisano niezgodną z jej zeznaniem treść oraz sfałszowano podpis i parafki. Ten sfałszowany protokół został wstawiony w miejsce prawdziwego. W prawdziwych zeznaniach Wanda S. potwierdziła opisany przez Teresę Jankowiak sposób uwiązania ciała Marka Stróżyka oraz podała, jak około 6.40 słyszała w słuchawce swojego telefonu odgłosy z mieszkania Teresy, wskazujące na to, że ktoś tam jest i coś robi. W sfałszowanym protokole te zeznania zostały pominięte. Opierając się na nim, biegli stwierdzili, że Marek Stróżyk popełnił samobójstwo. Nie wzięto przy tym pod uwagę rozmieszczenia plam opadowych. W sprawie fałszerstwa protokołu przesłuchania prowadzone było śledztwo, jednak policjant, który się go dopuścił, nie został pociągnięty do odpowiedzialności z powodu przedawnienia karalności i dalej robił karierę w policji. Listy pożegnalne, jakie miały być napisane przez Marka Stróżyka, które w dniu jego śmierci widziała Teresa Jankowiak, zostały podmienione na inne. Jeden z tych listów najpierw był na przedartej kartce, a później znajdował się na nieuszkodzonym papierze. Policjanci oferowali Teresie pomoc w ściąganiu alimentów od byłego męża w zamian za odstąpienie od drążenia sprawy śmierci Marka.

Milicja nie zabezpieczyła śladów w mieszkaniu Teresy. Na komendzie policji zaginęły przedmioty zabezpieczone w mieszkaniu Jankowiak, takie jak pętla wisielcza i kable, które były przywiązane do zwłok. Zaginęły też zdjęcia wykonane na miejscu zdarzenia oraz błony fotograficzne. Zaginęła również część akt, w tym protokoły przesłuchania niektórych kluczowych świadków oraz protokół oględzin miejsca zdarzenia.

Eksperyment procesowy przeprowadzony w 1991 roku przez Komendę Wojewódzką Policji we Wrocławiu wykazał, że ciało powinno po mniej niż pół godzinie od powieszenia urwać się. To również potwierdza, podobnie jak analiza plam opadowych, że zwłoki nie mogły przez kilka godzin wisieć, tylko najpierw leżały, a dopiero potem zostały powieszone. A to świadczy o zabójstwie. Wspomniany eksperyment wykazał również, że ciało po urwaniu się nie mogło być w takiej pozycji, w jakiej zostało znalezione. Możliwy był wyłącznie upadek twarzą do podłogi.

Teresa Jankowiak twierdziła, że Marek Stróżyk nie miał powodu, by popełnić samobójstwo. 21 lipca była z nim na dyskotece. Adwokat Stróżyka wspomina, że rozmawiał z nim dzień przed jego śmiercią i nic nie wskazywało, aby chciał popełnić samobójstwo. Omawiali sprawy jego życia rodzinnego i przyszłości.

Jeden z biegłych badających listy pożegnalne Marka Stróżyka stwierdził, że były one pisane pod przymusem fizycznym lub psychicznym. Stwierdził również, że podpis na jednym z listów został skopiowany. Prokuratura nie wzięła tej opinii pod uwagę. Listy były skierowane do matki Marka, Teresy oraz prokuratury. W liście do prokuratury miał twierdzić, że popełnił samobójstwo.

Prokurator Prokuratury Wojewódzkiej we Wrocławiu, który nie uwzględnił zażalenia na ostateczne postanowienie o umorzeniu postępowania w sprawie śmierci Marka Stróżyka, stwierdził, że na palcach stóp zmarłego widoczne były plamy opadowe, co było nieprawdą i nie miało potwierdzenia w żadnych dokumentach ani zeznaniach. Nie mogło być również osobiście zaobserwowane przez tego prokuratora. Uznał, że obudzenie się Teresy Jankowiak o godzinie 3 w nocy krytycznego dnia było spowodowane odgłosami w trakcie wieszania się przez Marka, tymczasem wtedy Teresa niczego takiego nie widziała, natomiast zauważyła zamknięte drzwi do sąsiedniego pokoju i palące się za nimi światło. Nie odniósł się do kwestii braku możliwości samodzielnego skrępowania ciała w opisany przez świadków sposób. Ów prokurator awansował później do Prokuratury Krajowej, a potem do Prokuratury Generalnej.

Rodzice Marka Stróżyka podczas załatwiania formalności związanych z jego pogrzebem byli śledzeni. Obserwowano wtedy również mieszkanie Marka. Obserwowano jego pogrzeb. Nagranie video z ceremonii pogrzebowej zostało zarekwirowane przez milicję.

Pewnego razu do córki Teresy podjechał samochód, a mężczyzna w nim siedzący powiedział: „i tak zabijemy twoją starą”. Dokonano wielu włamań do nieruchomości należących do Jankowiak. Odbierała głuche telefony.

Wanda S. twierdzi, że w 2007 roku nieznajomy mężczyzna sugerował jej, aby zmieniła zdanie na temat tego, co zobaczyła w mieszkaniu Teresy Jankowiak. Przekonywał ją, że Marek popełnił samobójstwo. Człowiek ten zaczepił ją, później dzwonił do niej kilkakrotnie, sprawdzał co robi, gdzie chodzi i czy zajmuje się sprawą śmierci partnera swojej sąsiadki.

Z dziennikarzami, którzy podejmowali temat śmierci Marka Stróżyka, kontaktowali się ludzie z wojskowych służb specjalnych i zniechęcali ich do zajmowania się tą sprawą. Teresa wspomina, że dziennikarze śledczy, po początkowym zainteresowaniu sprawą, przestawali się nią zajmować.

Teresa Jankowiak zwracała się o pomoc do Rzecznika Praw Obywatelskich, posłów, koordynatora służb specjalnych, Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych, Biura Interwencji Senatu, Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, kancelarii premiera, prezydenta, Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, biura Transparency International Polska.

Wiele wskazuje na to, że Marek Stróżyk został zamordowany, a za jego zabójstwem stoją ludzie ze służb specjalnych. Zastanawia również data jego śmierci, czyli 22 lipca, taka sama jak w przypadku zabójstwa Anieli Piesiewicz. Czy nie był to podpis służb specjalnych PRL?

Podpalenie mieszkania Jerzego Jachowicza

22 kwietnia 1990 roku, około 5 rano, wybuchł pożar w mieszkaniu dziennikarza śledczego „Gazety Wyborczej”, Jerzego Jachowicza, przy ulicy Kopernika 17 w Pruszkowie. W mieszkaniu znajdował się Jerzy Jachowicz wraz z żoną Marią i piętnastoletnią córką Katarzyną. Ogień uniemożliwiał wydostanie się z lokalu przez drzwi. Kobiety, aby się ratować, wyskoczyły z okna. W wyniku tego Maria zmarła, a Katarzyna odniosła poważne obrażenia. Dziennikarz wydostał się na zewnątrz po piorunochronie. Mieszkanie całkowicie spłonęło. Przyczyną pożaru było podpalenie przez nieznanych sprawców. Wszczęto w tej sprawie intensywne śledztwo, o którego przebiegu był informowany na bieżąco ówczesny premier Tadeusz Mazowiecki. Jednak sprawców zbrodni do tej pory nie wykryto.

Jerzy Jachowicz w swojej pracy dziennikarskiej zajmował się przestępstwami służb specjalnych PRL i milicji oraz wpływami, jakie mają w Polsce ludzie z tych służb. Docierał do świadków i dowodów. Między innymi zajmował się sprawą śmiertelnego pobicia przez milicjantów Grzegorza Przemyka i sprawą śmierci ks. Sylwestra Zycha. Opisywał przestępstwa kilku generałów MSW, w wyniku czego musieli oni złożyć dymisje. Dowiedział się również o niszczeniu dokumentów WSW, co w konsekwencji spowodowało, że siedem osób zasiadło na ławie oskarżonych. Podpalenie mieszkania Jachowicza mogło być zemstą za te działania oraz próbą zastraszenia go, jak i innych osób, aby nie zajmowały się pewnymi tematami.

Zabójstwo Andrzeja Stuglika

19 lutego 1991 roku w Warszawie zabito Andrzeja Stuglika. Zginął od strzału w głowę, oddanego z bliskiej odległości przez nieznanego sprawcę, pod drzwiami bloku, w którym mieszkał, przy ulicy Warchałowskiego. Stało się to późnym wieczorem, gdy wyszedł na spacer z psem. Około godziny 23 osoba wchodząca do bloku zauważyła go leżącego przy wejściu do budynku z raną postrzałową głowy. Przybyły na miejsce lekarz pogotowia ratunkowego stwierdził zgon mężczyzny. Nie było świadków zabójstwa. Kilka dni wcześniej ktoś uszkodził lampę przy wejściu do bloku, przez co brakowało tam oświetlenia. W ubraniu ofiary były pieniądze, a na szyi miał złoty łańcuszek, co wyklucza rabunkowy motyw zbrodni.

Andrzej Stuglik był do 1980 roku funkcjonariuszem kontrwywiadu. W III RP zajmował się działalnością biznesową związaną z handlem bronią. Współpracował z kontrwywiadem. Mógł swobodnie wchodzić do siedziby UOP. Spotkał się z rezydentem KGB w Polsce. Przed śmiercią spodziewał się otrzymania dużej sumy pieniędzy w związku z transakcją, w której pośredniczył, organizowaną wspólnie przez polskie i rosyjskie służby specjalne.

Prokurator, który prowadził śledztwo w sprawie zabójstwa Stuglika, w czasach PRL oskarżał działaczy „Solidarności”. Należał do tak zwanej grupy Bardonowej, czyli grupy prokuratorów kierowanej przez Wiesławę Bardonową, zajmującej się ściganiem działaczy opozycji. Była ona całkowicie dyspozycyjna wobec SB. Czy jest przypadkiem, że właśnie prokurator z owej grupy prowadził to śledztwo? Gdy zaczęły być ujawniane związki zamordowanego ze służbami specjalnymi i handlem bronią, 30 sierpnia 1991 roku postępowanie zostało umorzone z powodu niewykrycia sprawców zabójstwa.

Śmierci łączone z aferą FOZZ

W 1989 roku w PRL utworzony został Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. Oficjalnie miał on gromadzić środki w celu obsługi polskiego zadłużenia zagranicznego. Nieoficjalnie zakładano, że pieniądze z tego funduszu posłużą do niejawnego skupowania zagranicznych długów państwa polskiego od wierzycieli po znacznie niższej cenie niż wysokość długu. Dzięki temu możliwa byłaby likwidacja zagranicznych długów Polski przy pomocy dużo mniejszej kwoty niż wysokość zadłużenia. Takie działanie nie mogło być jawne, bo prawo międzynarodowe nie pozwalało, aby państwo skupowało własne długi. Zaangażowano więc do tego przedsięwzięcia służby specjalne. Jak się jednak okazało, pieniądze zgromadzone w FOZZ tylko w niewielkim stopniu przeznaczono na wykup polskiego zadłużenia zagranicznego, a w ogromnej większości zostały rozkradzione przez służby specjalne. I temu tak naprawdę służył FOZZ. Główną rolę w tym procederze odegrał wywiad wojskowy PRL, czyli Zarząd II Sztabu Generalnego. Sławomir Cenckiewicz pisze, że afera FOZZ była operacją elitarnego, szkolonego przez radziecki wywiad GRU oddziału Y. Zresztą w skład zarządu i rady nadzorczej FOZZ wchodzili współpracownicy służb specjalnych. Dyrektor generalny FOZZ Grzegorz Żemek był współpracownikiem wywiadu wojskowego. Wysokość strat, jakie w wyniku tej afery poniósł Skarb Państwa, szacuje się różnie. Według ustaleń prokuratury były to łącznie 334 miliony nowych zł. Ale według innych źródeł straty są wielokrotnie większe.

Na trop afery wpadł w 1990 roku Michał Falzmann, który był wtedy urzędnikiem skarbowym. Udało mu się opublikować artykuł na ten temat w piśmie „CDN Głos Wolnego Robotnika” we wrześniu 1990 roku. W styczniu 1991 roku badanie FOZZ rozpoczęła Najwyższa Izba Kontroli. Michałowi Falzmannowi zaproponowano pracę w NIK, którą rozpoczął 1 kwietnia 1991 roku. Jako kontroler NIK zajmował się sprawą FOZZ, dokonując kolejnych odkryć. Doszedł do wniosku, że za całą sprawą stoją służby specjalne ZSRR. Napisał w swoim dzienniku: „Władza w Polsce jest nadal w rękach KGB. Dalsza praca to osobiste śmiertelne niebezpieczeństwo. Szans na sukces nie widzę żadnych”. W tym okresie otrzymywał telefony i listy z groźbami. Straszono, że zostanie zabity i że zabici zostaną jego najbliżsi. Grożono również jego żonie. Doszło nawet do sytuacji, że z powodu tych gróźb ich dzieci przez dwa tygodnie nie chodziły do szkoły. Był śledzony. Śledzono też dzieci. Do mieszkania, które dzielił z żoną i dziećmi, ktoś wchodził pod nieobecność domowników, grzebał w dokumentach, rozrzucał na podłodze książki, przecinał wtyczki od telewizora, lamp, telefonu. W mieszkaniu był podsłuch. Włamywano się do jego biurka i szafy pancernej w siedzibie NIK. Chciano go skompromitować. Jakaś kobieta usiłowała wręczyć mu w miejscu publicznym plik dolarów. Próbowano też odwieść go od zajmowania się FOZZ, proponując dobrze płatne posady. 16 lipca 1991 roku zwrócił się do NBP o udostępnienie informacji objętych tajemnicą bankową o obrotach i stanach środków pieniężnych FOZZ. Natychmiast po tym, jeszcze tego samego dnia, został odsunięty od wszelkich czynności kontrolnych. W tym samym dniu zadzwonił do Mirosława Dakowskiego z informacją, że dokonał rewelacyjnego odkrycia w archiwach tajnych Banku Handlowego. Chodziło o to, że Bank Handlowy, który w PRL zaciągał pożyczki zagraniczne, był bankiem prywatnym i zbankrutowanym od lat 60. A prawo międzynarodowe zabrania udzielania pożyczek bankrutom. W związku z tym nie było jasne, czy Polska musi te długi spłacać. Następnie przyjechał do niego Kornel Morawiecki i udali się do jakiegoś mieszkania na Żoliborzu. Tam Falzmann, 37-letni mężczyzna nie mający problemów z krążeniem, dostał ataku serca. Kornel Morawiecki zawiózł go do szpitala. Jego stan poprawił się na tyle, że gdy żona Izabela odwiedziła go w szpitalu, mógł siedzieć na łóżku i rozmawiać. Ale niedługo potem wystąpił u niego ponowny atak serca i 18 lipca 1991 roku zmarł. Izabela wspomina, że chciała przeprowadzenia sekcji zwłok męża, ale lekarz prosił ją, aby tego nie robić, zapewniając, że przyczyną śmierci był zawał. Sekcji nie wykonano. Jest to nietypowe, ponieważ zwykle w takiej sytuacji to lekarze chcą przeprowadzenia sekcji zwłok. Z kolei córka Falzmanna Zuzanna wspomina, że gdy lekarz zniechęcał jej matkę do przeprowadzenia sekcji zwłok, powiedział, że ona nic nie da, bo są środki wywołujące zawał, których już kilka godzin po podaniu nie można wykryć. Niektórzy sądzą, że Falzmannowi podano środek wywołujący pozory zawału, który w zetknięciu z lekami przeciwzawałowymi spowodował zniszczenie serca i śmierć. Jeśli do jego śmierci doprowadzono przez podanie jakiegoś środka, to ów środek podano mu najprawdopodobniej niedługo przed atakiem serca, jakiego doznał podczas spotkania w żoliborskim mieszkaniu, na które zabrał go Kornel Morawiecki. Andrzej Czyżewski twierdzi, że w Niemczech dotarł do dokumentów wskazujących na związki Kornela Morawieckiego z wojskowymi służbami specjalnymi PRL. Stwierdził, że kariera Kornela Morawieckiego jest związana z osobami oficerów WSW, później WSI, a w zasadniczej części z działalnością formacji zwanej Zwiad Wojsk Ochrony Pogranicza. Żona Falzmanna wspomina, że gdy mąż wcześniej pracował w pewnej firmie, wyglądającej na kierowaną przez służby specjalne, pracownicy tej firmy grozili mu, gdy zdecydował się z niej odejść, że może zostać u niego wywołany zawał. Po śmierci Falzmanna było jeszcze kilka włamań do jego mieszkania. Podczas jednego z nich ktoś rozrzucił wszystkie dokumenty. Część notatek zmarłego została ukradziona. Mirosław Dakowski stwierdził, że przez trzy miesiące pracy w NIK Falzmann odkrył więcej, niż wszyscy prokuratorzy i likwidatorzy FOZZ przez 20 lat.

23 maja 1991 roku na prezesa NIK został wybrany Walerian Pańko. Był przerażony informacjami, jakie do niego docierały podczas sprawowania tego stanowiska, dotyczącymi różnych afer, w tym afery FOZZ. Bał się. Jego żona Urszula wspomina, jak powiedział do niej: „ja za dużo wiem”. Mówił jej też: „wielu ludzi, którzy byli naszymi przyjaciółmi, też tam jest”, mając na myśli, że są związani z FOZZ. Otrzymywał anonimowe telefony i listy z groźbami. 7 października 1991 roku wyjechał służbowym samochodem wraz z kierowcą, żoną i pracownikiem kancelarii Sejmu Januszem Zaporowskim, z Warszawy do Katowic. Gdy jechali trasą katowicką, w pobliżu miejscowości Słostowice, na prostym odcinku drogi ich samochód nagle zjechał na przeciwną jezdnię, przejeżdżając najpierw przez pas trawy, i zderzył się z jadącym z naprzeciwka BMW. W wyniku tego Pańko i Zaporowski, którzy siedzieli na tylnym siedzeniu, zginęli. Zginęła również jedna z osób jadących BMW, a druga została ciężko ranna. Urszula wspomina, że tuż przed tym, jak samochód gwałtownie skręcił, usłyszała odgłos wybuchu dochodzący z tyłu, od strony bagażnika. Przed wyjazdem z Warszawy miała miejsce nietypowa sytuacja. Mianowicie okazało się, że nie pojadą Peugeotem, którym Pańko był wożony, tylko Lancią. Andrzej Gwiazda twierdzi, że miał kontakt z osobą, która była świadkiem wypadku i widziała poprzedzającą go eksplozję. Do zdarzenia doszło w miejscu, gdzie nad trasą katowicką znajduje się wiadukt. W chwili wypadku na tym wiadukcie ktoś stał i czekał. Potem odszedł. Przypuszcza się, że człowiek stojący na wiadukcie w odpowiednim momencie zdetonował zdalnie ładunek wybuchowy znajdujący się w Lancii, powodując, że gwałtownie zjechała na przeciwny pas ruchu. Urszula Pańko wspomina, że po wypadku na jej torbie, która leżała w bagażniku, widoczne były wypalone dziury. Mówiła, że był u niej prof. Zbigniew Gostyński, kryminolog, który stwierdził, że czuje w tej torbie proch. Walerian Pańko zginął tuż przed swoim planowanym wystąpieniem przed Sejmem, podczas którego miał przekazać informacje na temat afery FOZZ, w dużym stopniu opierając się na ustaleniach Falzmanna. W dniu wypadku zaginął klucz do służbowego sejfu prezesa NIK. Kiedy został znaleziony, okazało się, że sejf jest pusty. A znajdowały się tam ważne dokumenty dotyczące afery FOZZ, w tym sprawozdania Falzmanna. Niedługo po tragedii było włamanie do mieszkania Pańków, jednak nic nie zginęło. Urszula po wypadku otrzymała kilka anonimowych telefonów, w których żądano od niej milczenia, stwierdzając, że też miała zginąć. Dwaj policjanci, którzy jako pierwsi przybyli na miejsce wypadku, niedługo później zginęli. Według oficjalnych ustaleń utonęli będąc na rybach. Zaginął ich raport z wypadku. Leszek Szymowski pisze, że niebawem zginęli również dwaj inni policjanci badający sprawę ich śmierci. Jeden z nich miał zginąć w wypadku drogowym, a drugi śmiertelnie upoić się alkoholem. W podejrzanych okolicznościach zmarł biegły sporządzający ekspertyzę wypadku. Prokuratura nie dopatrzyła się w zdarzeniu na trasie katowickiej niczego innego poza nieszczęśliwym wypadkiem, uznając, że doszło do niego z winy kierowcy Lancii. Sąd skazał go na karę pozbawienia wolności w zawieszeniu. Wiele źródeł podaje, że niedługo później zmarł na zawał serca. Urszula Pańko, trzy lata po śmierci męża, powiedziała: „Nikt mi nie wmówi, że to był zwykły, nieszczęśliwy wypadek. Nigdy w to nie uwierzę”.

W 1992 roku opublikowana została książka Mirosława Dakowskiego i Jerzego Przystawy na temat afery FOZZ „Via bank! I FOZZ. O rabunku finansów Polski”. Jej wydawca, Marcin Dybowski, został 17 grudnia 1991 roku zatrzymany przez policję w Warszawie, gdy jechał samochodem, a następnie pobity przez policjantów i zatrzymany na 48 godzin. Z samochodu, którym jechał, zginęły materiały o aferze oraz pieniądze. Później został jeszcze kilkakrotnie pobity przez nieznanych sprawców. Grożono mu śmiercią. 8 kwietnia 1992 roku Tarpan, prowadzony przez Marcina Dybowskiego, został zatrzymany poprzez zajechanie mu drogi przez Passata. Następnie kierowca Passata rozbił kluczem francuskim szybę Tarpana. W wyniku tego jedna z osób towarzyszących Dybowskiemu została ranna. 17 kwietnia kilku mężczyzn pobiło Roberta Boguckiego, głównego świadka napadu na Dybowskiego. W lecie 1992 roku Dybowski udał się swoim Tarpanem z Warszawy do Białegostoku, na spotkanie z kimś, kto miał przekazać nowe informacje na temat afery FOZZ. W samochodzie miał kilkaset egzemplarzy książki „Via bank! I FOZZ” oraz innych książek. Towarzyszył mu Lech Horoszko, który jechał za nim innym samochodem. W pobliżu miejscowości Roszki-Wodźki Dybowski zobaczył mężczyzn stojących na drodze przed mostkiem i rozłożone na niej kolce. Jeden z mężczyzn celował do niego z pistoletu. Dybowski skręcił i wjechał do rowu. Gdy wychodził z rowu, został zaatakowany miotaczem ognia, w wyniku czego uległ poparzeniu. Zdołał uciec i wsiąść do samochodu Horoszki. Jego Tarpan został spalony. Mirosławowi Dakowskiemu grożono śmiercią. W swoim ogrodzie znalazł on zasztyletowanego psa. Dostał ochronę. Autorzy, którzy pracowali nad książkami na temat afery FOZZ, byli atakowani i bici. Piotr Bączek, będąc w trakcie przeprowadzania wywiadu z żoną Michała Falzmanna, gdy wracał wieczorem do domu, został zaatakowany przez nieznanych sprawców, którzy podjechali do niego samochodem. Napastnicy pobili go i przeszukali jego plecak.

W marcu 1993 roku w wypadku drogowym w miejscowości Zakręt zginął Jacek Sz., podejrzany w aferze FOZZ. Samochód, którym jechał, został staranowany przez jadącego z naprzeciwka pancernego Mercedesa. Sprawca wypadku odjechał z miejsca zdarzenia.

Przełożonym Michała Falzmanna w NIK był Anatol Lawina. Składał zeznania w sądzie w sprawie afery FOZZ. Mówił, że głównym jej beneficjentem były służby specjalne. Twierdził, że pieniądze z FOZZ przekazywano również na kampanie wyborcze kandydatów na prezydenta oraz partie. Powiedział, że trafiały między innymi do Porozumienia Centrum i ROAD. Podawał nazwiska osób związanych z FOZZ oraz polityków, którzy uniemożliwiali badanie afery. Wyraził podejrzenie, że UOP dokonywał matactw i usiłował zablokować kontrolę NIK w FOZZ. Otrzymywał liczne groźby od anonimowych osób. Córka Lawiny mówiła, że po zeznaniach ojca na procesie w sprawie afery FOZZ, ktoś wszedł do jego pokoju w Sejmie, gdzie wtedy pracował, i powiedział, zaniepokojony o jego los, że za te zeznania będzie zabity. Leszek Szymowski podaje, że według jednej z osób, z którą rozmawiał, przed zeznaniami Lawina odbierał telefony z pogróżkami. Anonimowi dzwoniący mówili, aby nie zeznawał niczego na temat związków FOZZ z partiami i konkretnymi politykami. Został kilkakrotnie pobity. W styczniu 2006 roku został ciężko pobity pod swoim blokiem w Warszawie, gdy wracał do domu. Prokuratura zakwalifikowała to jako czyn na tle rabunkowym, pomimo że nic mu nie zabrano, a miał przy sobie drogi telefon komórkowy i dużą sumę pieniędzy. Sprawcy nie wykryto. Przed tym zdarzeniem Lawina mówił bliskim i przyjaciołom, że jest obserwowany i boi się. 16 września 2006 roku Anatol Lawina zmarł.

Proces w sprawie afery FOZZ zakończył się skazaniem kilku osób, jednak główni jej sprawcy, czyli oficerowie służb specjalnych PRL, pozostali bezkarni.

Zabójstwo Piotra Jaroszewicza i jego żony

W nocy z 31 sierpnia na 1 września 1992 roku w Warszawie zamordowano byłego premiera PRL Piotra Jaroszewicza i jego żonę Alicję Solską-Jaroszewicz. Stało się to w willi Jaroszewiczów przy ul. Zorzy 19. Wieczorem 1 września, około godziny 23, syn małżeństwa, Jan, przybył do domu rodziców, zaniepokojony tym, że nie odbierają telefonu, i zobaczył zamordowanego ojca. Udał się na komisariat policji, aby o tym zawiadomić. Następnie wrócił na ul. Zorzy 19 i oczekiwał tam na przyjazd funkcjonariuszy. Po przybyciu policjantów okazało się, że zamordowano również matkę Jana. Leżała w łazience. W jej pokoju zamknięty był pies Jaroszewiczów rasy sznaucer olbrzym. Piotr Jaroszewicz zmarł w wyniku uduszenia. Był przywiązany do fotela. Na ciele miał liczne obrażenia wskazujące na to, że przed śmiercią był torturowany. Alicja została zabita w łazience strzałem w głowę ze sztucera należącego do Piotra. Jej ciało znajdowało się w wannie. Miała związane ręce. Nie było śladów włamania do budynku.

Policja przyjęła wersję, że doszło do napadu na tle rabunkowym. Okazało się jednak, że z domu zniknęło niewiele cennych przedmiotów: dwa pistolety, nóż fiński, jaki Jaroszewicz dostał w prezencie od prezydenta Finlandii, złoty zegarek. Zginęło też przypuszczalnie około trzech tysięcy dolarów. Nietknięte pozostały liczne kosztowności, jakie znajdowały się w domu. Nie było śladów plądrowania. Sprawcy skupili się na gabinecie byłego premiera. Opróżniona została znajdująca się tam szafa pancerna, w której miał różne dokumenty. Zniknęły jego notatki, teksty do przygotowywanej książki, pamiętnik oraz testament. Gabinet został dokładnie przeszukany. Powyrywano nawet gałki z szafek, tak jakby szukano, czy nie jest tam coś ukryte.

Świadkowie, którzy w nocy z 31 sierpnia na 1 września byli w okolicy willi Jaroszewiczów, mówili, że słyszeli dochodzące z jej strony krzyki oraz dwa strzały w odstępie kilku sekund. Słyszeli również wycie psa. W domu stwierdzono ślady krwi wskazujące, że jeden ze sprawców mógł zostać postrzelony. Jaroszewicz czuł się zagrożony i dlatego zawsze miał przy sobie pistolet. Ów pistolet był jednym z przedmiotów, które zniknęły. Na przypuszczalną krew sprawcy wylano perfumy, aby zniszczyć ten dowód.

Ekipa policyjna prowadząca działania na miejscu zbrodni popełniła liczne błędy. Zostało tam wpuszczonych wiele osób, których obecność była niepotrzebna i prowadziła do zacierania śladów oraz przeszkadzała w ich zbieraniu. Wielu śladów nie zabezpieczono. Rzucano niedopałki papierosów, roznoszono krew na butach, dotykano przedmiotów przed badaniami daktyloskopijnymi.

Policja i prokuratura skupiły się na wersji napadu rabunkowego, ignorując pozostałe możliwości. Zignorowano kilkadziesiąt anonimów i informacje od agentów, wskazujące na polityczny motyw zbrodni. Zignorowano fakt zniknięcia dokumentów i notatek posiadanych przez Jaroszewicza. Śledztwo prowadził wspomniany już w tej książce prokurator, który wcześniej prowadził śledztwo w sprawie zabójstwa Andrzeja Stuglika. W 1994 roku prokuratura ogłosiła, że wykryto sprawców morderstwa. Mieli to być czterej kryminaliści z Mińska Mazowieckiego, działający z motywów rabunkowych. Żadne ślady zabezpieczone na miejscu zbrodni nie pasowały do nich. Głównym dowodem, jaki ich obciążał, były zeznania konkubiny jednego z tych mężczyzn. Podczas procesu sądowego odwołała ona jednak swoje zeznania, twierdząc, że zostały na niej wymuszone przez policję szantażem. Sąd w 1998 roku uniewinnił oskarżonych. Sam prokurator w mowie końcowej zawnioskował o ich uniewinnienie. Taki wniosek oskarżyciela w procesie karnym zdarza się niezwykle rzadko. W 2000 roku sąd wyższej instancji utrzymał wyrok w mocy. Dziennikarz Janusz Szostak w 1995 roku rozmawiał długo o sprawie z Ryszardem Wojaczykiem, policjantem z Poznania uczestniczącym w śledztwie. Według Szostaka Wojaczyk wiedział, że czterej kryminaliści z Mińska Mazowieckiego nie dokonali zbrodni. W 1999 roku Komenda Główna Policji przeprowadziła analizę śledztwa w sprawie zabójstwa Jaroszewiczów. W podsumowaniu raportu z tej analizy napisano: „Ujawniono liczne błędy, których suma wpłynęła na ograniczone możliwości wykrycia sprawców zbrodni i udowodnienia im winy. W niektórych przypadkach uchybienia obnażyły skrajną nieudolność policjantów i wręcz skompromitowały policję. Uniknięcie stwierdzonych uchybień nie wymagało żadnych nadzwyczajnych umiejętności. Wystarczyłoby policyjne rzemiosło”. Ten raport jest wykorzystywany w uczelni policyjnej w Szczytnie, aby pokazywać przykład źle prowadzonego śledztwa. Nasuwa się pytanie, czy te błędy nie zostały popełnione celowo, aby nie wykryć prawdziwych sprawców zbrodni.

Piotr Jaroszewicz miał dużą wiedzę na temat zakulisowych spraw z okresu PRL. Wiedzę dla pewnych ludzi bardzo niewygodną. Posiadał również dokumenty kompromitujące różne osoby. Miał też nagrania z posiedzeń Biura Politycznego KC PZPR. Wiadomo, że chciał tę wiedzę i dokumenty upublicznić. Tak twierdził między innymi Albin Siwak, który pisał o tym w swoich książkach. Relacjonował, jak podczas spotkania, które odbył z Piotrem Jaroszewiczem w jego domu przy ul. Zorzy 19, już po zmianie ustroju w Polsce, były premier mówił mu, że posiada dokumenty świadczące, iż w czasach PRL wiele osób z czołówki opozycji było płatnymi informatorami służb specjalnych. Chodzi tu o listy płac, na których 38 osób potwierdzało własnym podpisem odbieranie comiesięcznych wynagrodzeń od MSW, płaconych w dolarach. Były to wynagrodzenia wynoszące po kilkaset dolarów. W czasach, gdy średnia pensja w Polsce stanowiła równowartość 17 dolarów. Ci informatorzy znaleźli się później u szczytów władzy w III RP. Albin Siwak napisał, że widział te listy płac i było tam między innymi nazwisko Mazowieckiego. Jaroszewicz mówił mu, że zamierza opublikować książkę pokazującą wspomniane dokumenty. Według Albina Siwaka owa książka była już gotowa do druku i zaraz po zabójstwie Piotra Jaroszewicza została wycofana z drukarni przez jego syna Andrzeja. Były premier twierdził, iż Lech Wałęsa był płatnym agentem służb specjalnych PRL. Że podczas strajku w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku Wałęsa został tam przywieziony motorówką przez wojskowych. Jego zdaniem protesty społeczne w czasach PRL wywoływały służby specjalne, aby doprowadzać do zmian władzy. Twierdził, że doszło do porozumienia między ludźmi z władz PRL a płatnymi agentami z kierownictwa opozycji co do sposobu zmiany ustroju w Polsce. Miał dużą wiedzę o różnych aferach i malwersacjach z okresu PRL, w tym o aferze Żelazo. Podobno posiadał też informacje o tak zwanych matrioszkach we władzach PRL. Matrioszkami nazywano agentów służb specjalnych ZSRR, którzy przybierali tożsamość innych osób. Pisał pamiętnik, który liczył około 1800 stron. Po jego zabójstwie pamiętnik ten zniknął.

Jedną z osób mających wiedzę na temat dokumentów posiadanych przez Piotra Jaroszewicza był jego przyjaciel Aleksander Kopeć. Sprawował on w przeszłości funkcję ministra przemysłu maszynowego w rządzie Jaroszewicza. Przemawiał na jego pogrzebie. Mówił, że po pogrzebie zaczął otrzymywać groźby, a jego dom był obserwowany. Ta obserwacja trwała, jak twierdził, przez 2-3 tygodnie. Przez trzy dni pod jego domem stała policyjna Nyska.

Piotr Jaroszewicz był umówiony na spotkanie w swoim domu w dniu 31 sierpnia 1992 roku z dziennikarką gdańskiej telewizji Barbarą Jakubiec. Spotykał się z nią już wcześniej. Miała przyjechać do niego z kamerzystą. Zamierzali nagrać wywiad oraz sfilmować pewne dokumenty posiadane przez Jaroszewicza. Alicja zadzwoniła do dziennikarki i przełożyła spotkanie na 1 września. Monika Góra w książce „Człowiek, który wiedział za dużo” relacjonuje, jak Barbara Jakubiec w rozmowie telefonicznej powiedziała jej, że sprawa Jaroszewiczów wywarła wpływ na całe jej życie i do dziś ma z tego powodu problemy. Zapytana, jakie to są problemy, ucięła rozmowę. Nie zgodziła się na spotkanie. Monika Góra odniosła wrażenie, że Jakubiec czegoś się boi.

Jaroszewiczowie byli przekonani, że są podsłuchiwani, a willa jest obserwowana. Kiedyś nawet urządzenie podsłuchowe zostało tam znalezione. Ich obawy potwierdził Piotr Wroński, informując, że przez przypadek dowiedział się podczas służby w SB, że miejsce zamieszkania byłego premiera jest na podsłuchu. Niedługo przed zabójstwem małżeństwa widziano osoby obserwujące ich dom. Między innymi córka Alicji widziała mężczyznę obserwującego willę z okna pustego domu, znajdującego się po przeciwnej stronie ulicy.

Leszek Szymowski twierdzi, że willa Jaroszewiczów była obserwowana przez ludzi ze służb specjalnych, o czym wie od jednego z nich. Człowiek ten miał mu powiedzieć, że otrzymali polecenie, aby 1 września 1992 roku obserwować dom byłego premiera od północy. Zostali odwołani około 6 rano. Nikogo z tych obserwatorów nie przesłuchano. Szymowski twierdzi również, że do 31 sierpnia 1992 roku willa była ochraniana przez BOR. To by oznaczało, że do zbrodni doszło tuż po zdjęciu ochrony. Jeżeli informacje podane przez Szymowskiego są prawdziwe, to wyraźnie wskazywałoby, że za zabójstwem Jaroszewiczów stoją ludzie ze służb specjalnych.

Kilka tygodni przed śmiercią Piotr Jaroszewicz zaczął wychodzić na wieczorne spacery z psem później niż zwykle. Mówił żonie, że z kimś się spotyka podczas tych spacerów. Zaczął zabierać ze sobą pistolet.

Syn Piotra Jaroszewicza z pierwszego małżeństwa Andrzej sądzi, że zabójstwo jego ojca miało motywy polityczne. Mówił, że był nieraz straszony, aby się tym nie zajmował, bo skończy tak samo jak ojciec. Zwrócił również uwagę na nietypowe zachowanie Alicji tuż przed morderstwem. W sierpniu w domu przy ul. Zorzy 19 gościła córka Alicji z pierwszego małżeństwa Hanna wraz z dziećmi, mieszkająca w Stanach Zjednoczonych. 31 sierpnia wracali do USA. Tego dnia Alicja nie odprowadziła córki i wnuków na lotnisko, chociaż czuła się dobrze. Tymczasem, jak twierdzi Andrzej Jaroszewicz, wcześniej zawsze to robiła. Gdy 28 sierpnia Andrzej był w domu swojego ojca i macochy, zapytał, kiedy może przywieźć im prezenty, jakie ma dla nich z Włoch. Alicja powiedziała, żeby tylko nie robił tego 31 sierpnia. Wygląda, jakby wiedziała, że 31 sierpnia ma wydarzyć się coś nadzwyczajnego. Andrzej czuł wtedy w domu wyjątkową, lodowatą atmosferę, jakiej nigdy wcześniej nie było. 31 sierpnia nie wpuszczono do willi Tadeusza Wrzaszczyka, byłego wicepremiera, który przyszedł z wizytą do Jaroszewicza, pomimo że byli na ten dzień umówieni. Przypuszcza się, że zabójcy weszli do domu Jaroszewiczów niedługo przed północą 31 sierpnia.

Andrzej generalnie wspominał Alicję bardzo źle. Mówił, że gdy mieszkał z ojcem i macochą, ta traktowała go niedobrze. Przypuszcza, że Alicja mogła zostać podstawiona ojcu przez służby specjalne. Tak podejrzewali również funkcjonariusze BOR ochraniający w przeszłości Piotra Jaroszewicza. Były premier podejrzewał żonę o związki ze służbami specjalnymi. Pracowała w nich jej siostra oraz szwagier. Również gosposia Marianna Oleszczuk, która dawniej pracowała w domu Jaroszewiczów, wspominała Alicję bardzo źle. Mówiła, że Solska chciała usunąć Andrzeja z domu. Wspominała, jak kiedyś Alicja namawiała ją, aby zebrała trujące grzyby i otruła nimi Andrzeja i jego ojca, obiecując jej w zamian wille. Marianna poinformowała o tym borowców. Wspominała również, że kiedy już nie pracowała w domu Jaroszewiczów, któregoś dnia zadzwonił do niej jakiś oficer i powiedział, że niedługo zostanie poproszona przez Alicję o przyjazd na ul. Zorzy 19 i zabranie jakichś swoich rzeczy. Dzwoniący ostrzegł ją, aby nie jadła i nie piła niczego, czym Alicja będzie chciała ją poczęstować. Niedługo później Alicja faktycznie zadzwoniła do Marianny i poprosiła ją o przyjazd. Gdy gosposia przybyła na miejsce, Alicja zaproponowała jej poczęstunek i coś do picia, co było dla niej nietypowe. Marianna nie wzięła nic do ust.

Nasuwa się pytanie, czy Alicja była zamieszana w zabójstwo Piotra Jaroszewicza, nie zdając sobie sprawy, że sama też zostanie zabita. Zastanawiające jest, że duży i bardzo agresywny pies Jaroszewiczów był zamknięty w pokoju Solskiej. Był on tam zamykany, gdy do domu ktoś przychodził. Czy nie zamknęła go tam Solska przed wpuszczeniem zabójców do domu? Policyjni specjaliści twierdzą, że obrażenia na nadgarstkach Solskiej wskazywały, że została związana bardzo późno albo nawet pośmiertnie.

Piotr Jaroszewicz bał się, że zostanie zabity. Był przekonany, że próbowano go zabić już we wrześniu 1976 roku, gdy był premierem. Helikopter, którym wracał z województwa bydgoskiego do Warszawy, chwilę po starcie uległ awarii i spadł na ziemię z wysokości kilkudziesięciu metrów. Tuż przed awarią słyszał odgłos wybuchu w silniku. Po upadku helikoptera premier został w jego wnętrzu sam. Piloci i borowcy uciekli. Kierowca I sekretarza KW PZPR w Bydgoszczy wyciągnął go na zewnątrz, czym uratował mu życie, bo niedługo później helikopter wybuchł.

Zwraca uwagę niezwykły sposób w jaki sprawcy postępowali z Jaroszewiczem. Z jednej strony brutalnie go torturowali, a z drugiej opatrywali mu ranę na głowie zakładając bandaż, przebrali go w świeżą koszulę, podawali mu leki, które powinien zażywać. Jest to postępowanie nietypowe dla zwykłych bandytów. Bardziej pasuje do ludzi ze służb specjalnych. Niektórzy mówią, że widać było w tym postępowaniu również kobiecą rękę. Najwyraźniej chciano wydobyć od niego jakieś informacje.

Jeżeli w domu Jaroszewiczów był czynny podsłuch, to wydarzenia, jakie rozegrały się tam w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1992 roku, powinny być nagrane. UOP zaprzeczył, aby willa była podsłuchiwana. Gdy ekipa policyjna prowadziła działania na miejscu zbrodni, przybyło kilka osób mających legitymacje wydziału łączności MSW i przez kilka godzin robili coś wewnątrz willi. Z relacji świadków wynika, że poszukiwali aparatury podsłuchowej i taka aparatura została znaleziona. Posługiwali się specjalistycznym sprzętem do wykrywania podsłuchów. Wyjmowanie aparatury podsłuchowej zostało sfilmowane przez kamerzystę, który był tam z dziennikarką Barbarą Jakubiec. Po dwóch tygodniach ekipa z legitymacjami wydziału łączności MSW jeszcze raz przybyła na miejsce i robiła coś w instalacjach telekomunikacyjnych w ogrodzie. UOP zaprzeczył, aby czegoś szukał w willi Jaroszewiczów i aby stwierdzono tam podsłuch.

Pewna kobieta zeznała, że gdy 1 września 1992 roku około godziny 11.40 przejeżdżała samochodem ulicą Zorzy obok willi Jaroszewiczów, zauważyła wychodzące z niej trzy osoby, dwóch mężczyzn i kobietę. Jeden z mężczyzn był wysoki, dobrze zbudowany, barczysty. Drugi średniej budowy. Kobieta była krótko ostrzyżona. Relacje o takiej trzyosobowej grupie pojawiły się również w przypadku zabójstw księży Niedzielaka i Suchowolca. To kolejna wskazówka, że za zabójstwem Jaroszewiczów stoją ludzie ze służb specjalnych.

Technicy policyjni zabezpieczyli na miejscu zbrodni kilka niezidentyfikowanych odcisków palców. W 2005 roku postanowiono sprawdzić te ślady w komputerowym systemie do identyfikacji odcisków palców AFIS, działającym w Polsce od 2001 roku. Dlaczego postanowiono to zrobić dopiero wtedy? Okazało się, że folie z odciskami palców zniknęły. Jan Jaroszewicz twierdzi, że w 2010 roku otrzymał z sądu pudło, którego jednak nie otwierał. Gdy w 2017 roku otworzył je przed kamerą w obecności dziennikarza Tomasza Sekielskiego, okazało się, że znajdują się tam dowody rzeczowe z miejsca zbrodni, w tym folie z odciskami palców oraz zakrwawiona koszula Piotra Jaroszewicza. Jest czymś niebywałym, aby członkowi rodziny zamordowanego przesyłano dowody rzeczowe zabezpieczone na miejscu zbrodni. Powinny być one przechowywane przez odpowiednią instytucję. Jak więc znalazły się u Jana Jaroszewicza? Sąd nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Tomasz Sekielski i Jan Jaroszewicz przekazali te dowody w 2017 roku prokuraturze. Okazało się, że folie z odciskami palców, jakie znajdowały się w pudle, były tymi, których zaginięcie stwierdzono w 2005 roku. Jednej z folii brakowało.

Piotr Jaroszewicz dał kopie posiadanych przez siebie dokumentów innym osobom. Chciał je w ten sposób zabezpieczyć. Jedną z tych osób mógł być jego przyjaciel generał Jerzy Fonkowicz. Spotkał się on z Jaroszewiczem kilka dni przed jego śmiercią. W październiku 1997 roku Fonkowicz został zabity w swojej willi w Konstancinie-Jeziornej. Policja i prokuratura uznały, że padł ofiarą napadu na tle rabunkowym. O dokonanie tego napadu prokuratura oskarżyła kilka osób, które jednak zostały przez sąd uniewinnione. Fonkowicz, podobnie jak Jaroszewicz, był torturowany. Z jego domu również ukradziono niewiele cennych rzeczy. Zabrano dokumenty. Bliscy generała mówili, że czuł się zagrożony. Stale miał przy sobie pistolet. Niektórzy przypuszczają, że sprawcy chcieli zdobyć dokumenty, jakie Fonkowicz otrzymał od Jaroszewicza. W styczniu 1993 roku zamordowany został w swoim mieszkaniu w Jeleniej Górze Tadeusz Steć. Policja nie stwierdziła, aby z jego mieszkania cokolwiek skradziono. On również mógł otrzymać od Jaroszewicza dokumenty. O dokonanie jego zabójstwa oskarżono pewnego mężczyznę, który jednak został przez sąd uniewinniony od tego zarzutu.

Pojawiły się twierdzenia, że zabójstwa Jaroszewicza, Fonkowicza i Stecia były związane z tym, że przebywali oni w 1945 roku w niemieckim archiwum w Radomierzycach i wynieśli stamtąd jakieś tajne dokumenty o wielkim znaczeniu. Okazało się jednak, że ta wersja nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Mogła być celowo propagowana, aby odwrócić uwagę od prawdziwych motywów zabójstwa Jaroszewicza.

Jasnowidz Krzysztof Jackowski mówił, że w latach 90. było u niego dwóch mężczyzn przyprowadzonych przez znajomego policjanta, który przedstawił ich jako policjantów. Pokazali legitymacje w brązowym kolorze. Chcieli usłyszeć, co jasnowidz może powiedzieć na temat pewnego morderstwa. Jeden z tych mężczyzn zapytał Jackowskiego, czy zajmuje się sprawą zabójstwa Jaroszewicza. Gdy Jackowski powiedział że nie, mężczyzna ów stwierdził, że to dobrze, sugerując, że w przeciwnym razie jego dziecku mogłaby stać się krzywda. Zapłacili mu markami bez pokwitowania. Znajomy policjant powiedział później Jackowskiemu, że legitymacje w brązowym kolorze mają funkcjonariusze UOP.

W 2018 roku prokuratura ponownie ogłosiła, że wykryła sprawców zabójstwa Jaroszewiczów. Tym razem mieli to być trzej kryminaliści działający z motywów rabunkowych, z których dwaj przyznali się do winy. Jednak w 2024 roku zostali przez sąd uniewinnieni. Po bliższym przyjrzeniu się sprawie widać, iż wszystko wskazuje na to, że oskarżono ludzi nie mających nic wspólnego ze zbrodnią. Jeden z tych ludzi, Dariusz S., zagrożony wysoką karą za porwania dla okupu, z których jedno zakończyło się śmiercią ofiary, zaoferował prokuraturze, że w zamian za złagodzenie kary przyzna się do udziału w zabójstwie Jaroszewiczów i wskaże współsprawców. Prokuratura zgodziła się na taki układ. Wskazał on dwóch współsprawców, Roberta S. i Marcina B., który również przyznał się do udziału w zabójstwie Jaroszewiczów. Dariusz S., dzięki swojemu układowi z prokuraturą, za dokonane porwania dla okupu otrzymał karę tylko 2 lat pozbawienia wolności. Obserwatorzy procesu w sprawie zabójstwa Jaroszewiczów mówili, że zeznania dwóch oskarżonych, którzy przyznali się do winy, są mało wiarygodne. Marcin B. podczas śledztwa złożył bardzo szczegółowe zeznania, ale podczas przesłuchania przed sądem już tych szczegółów nie pamiętał. Andrzej Jaroszewicz, będący na procesie oskarżycielem posiłkowym, stwierdził, że nie wierzy w wyjaśnienia Marcina B. Że wygląda, jakby ktoś uczył go co ma zeznawać, ale nie do końca nauczył. Przed ogłoszeniem wyroku Andrzej Jaroszewicz uznał, że oskarżeni nie są sprawcami zabójstwa jego ojca. Wygląda na to, że dwóch kryminalistów przyznało się do przestępstwa, którego nie popełniło, i pomówiło o udział w tym przestępstwie trzeciego kryminalistę, który również go nie popełnił, ponieważ to im się opłacało. Nasuwa się pytanie, czy prokuratura nie zdaje sobie z tego sprawy. Czy też świadomie przedstawia fałszywą wersję wydarzeń. O wiele bardziej prawdopodobny jest moim zdaniem ten drugi wariant. A nawet nie wykluczam, że namówiono tych kryminalistów do złożenia fałszywych zeznań. Zamiast poszukiwać prawdziwych sprawców zabójstwa, skierowano działania na fałszywe tory.

Wiele wskazuje na to, że za zabójstwem Jaroszewiczów stali ludzie ze służb specjalnych. Powodem zabicia Piotra Jaroszewicza było najprawdopodobniej to, że zamierzał ujawnić prawdę kompromitującą dla wielu znanych osób, w tym osób, które w czasach PRL były w opozycji. Ludzi, którzy doszli do wysokich stanowisk państwowych. Ujawnienie tej prawdy postawiłoby w nowym świetle najnowszą historię Polski. Do tego ta mafia ze służb specjalnych nie chciała dopuścić. Można odnieść wrażenie, że aparat państwa robi wszystko, żeby nie wykryć, kto stoi za tą zbrodnią.

Sprawa Ziętary

1 września 1992 roku w Poznaniu zaginął 23-letni dziennikarz „Gazety Poznańskiej” Jarosław Ziętara. Rano o godzinie 8.40 wyszedł ze swojego mieszkania przy ul. Kolejowej 49, mówiąc partnerce, że idzie do redakcji, i od tego czasu ślad po nim zaginął. Jeszcze tego samego dnia w mieszkaniu dziennikarza jego partnerka znalazła należący do niego notes oraz dokumenty: legitymację dziennikarską, dowód osobisty oraz paszport. Leżały one w innym miejscu, niż ich właściciel zwykł je kłaść. Wygląda na to, że ktoś wszedł do lokalu pod nieobecność domowników i podrzucił notes oraz dokumenty, które zaginiony zabrał ze sobą wychodząc do pracy.

Jarosław Ziętara zajmował się w swojej pracy dziennikarskiej różnymi poważnymi aferami. Jego bliscy oraz koledzy z redakcji szybko nabrali obaw, że padł ofiarą przestępstwa. Jednak policja, zawiadomiona o zaginięciu, prowadziła jedynie rutynowe w takim przypadku czynności. Niedługo po zniknięciu dziennikarza jego biurko w redakcji „Gazety Poznańskiej” zostało przeszukane przez mężczyzn, którzy podali się za policjantów. Zabrali oni różne znajdujące się tam materiały. Jak się później okazało nie byli to policjanci. Po tygodniu od zaginięcia do mieszkania przy ul. Kolejowej 49 przyszli jacyś ludzie, rzekomo w celu zebrania odcisków palców, choć takiej czynności zwykle nie przeprowadza się w przypadku zaginięcia. Nie pobrali odcisków palców od partnerki zaginionego, która tam mieszkała, chociaż było to konieczne, aby spośród zebranych odcisków wyeliminować jej ślady. Nie próbowano później ustalić, do kogo należały zebrane odciski.

W 1991 roku UOP próbował bezskutecznie zwerbować Ziętarę do pracy w swoich szeregach, co było niezgodne z prawem. Później nadal utrzymywał z nim kontakty. Przekazywał mu informacje i materiały, w tym objęte klauzulą tajności.

Dziennikarze z różnych redakcji utworzyli zespół próbujący wyjaśnić, co stało się z ich kolegą po fachu. Dotarli do informacji wskazujących, że padł on ofiarą porwania i zabójstwa, oraz że wiedzę na ten temat mogą mieć pewni ludzie pracujący w UOP. Jednak prokuratura odmawiała wszczęcia w tej sprawie śledztwa. Dopiero 6 września 1993 roku wszczęła śledztwo w związku z zaginięciem Jarosława Ziętary, przyjmując, że mogło dojść do pozbawienia go wolności. Stało się to po interwencji Rzecznika Praw Obywatelskich, która nastąpiła dzięki staraniom rodziny zaginionego oraz dziennikarzy. Podczas śledztwa prokuratura i policja prowadziły pozorowane działania. Skupiały się na próbie wyjaśnienia zaginięcia w sposób wykluczający przestępcze działanie osób trzecich. Tworzono nieprawdziwe wersje, że zaginiony wyjechał za granicę, że gdzieś się ukrywa albo popełnił samobójstwo, że miał romans homoseksualny, pomimo że nie przejawiał żadnych takich skłonności. Wyraźnie nie chciano przyznać, że doszło do porwania i zabójstwa dziennikarza. Pomimo że policja dotarła do informacji, że widziano, jak Jarosław Ziętara w dniu zaginięcia, niedługo po wyjściu z domu, został zabrany do samochodu wyglądającego na policyjny przez mężczyzn ubranych w policyjne mundury. 24 marca 1995 roku śledztwo umorzono z powodu niestwierdzenia przestępstwa. Kolega Ziętary załatwił, aby po głównym wydaniu wiadomości w TVP1 wyemitowany został komunikat o jego zaginięciu wraz ze zdjęciem. TVP dla formalności poprosiła, aby poznańska policja przysłała faks w tej sprawie. Ta jednak, pomimo próśb, nie zrobiła tego.

Jedną ze spraw, którymi zajmował się Jarosław Ziętara, była działalność poznańskiej firmy Elektromis, podejrzewanej o różne przestępcze działania. Dotarł do informacji o procederze nielegalnego przewozu do Polski alkoholu z Niemiec, z pominięciem podatków, przez Czechy. Była to kontynuacja afery spirytusowej. Ten proceder nigdy nie został ujawniony. Ziętara pisał w swoich notatkach, że są w to zamieszani ludzie z obecnej i poprzedniej władzy. Z powodu badania działalności Elektromisu był zastraszany, został dwukrotnie pobity. Raz pobito go przed siedzibą firmy, gdy fotografował wjeżdżające tam pojazdy. Innym razem napastnicy pobili go w jego mieszkaniu i zrobili tam przeszukanie. Znaleźli wtedy mikrofilmy. Elektromis powstał w 1987 roku. Niektórzy byli funkcjonariusze SB mówili, że firma ta została stworzona faktycznie przez SB. Według nich człowiek uznawany za twórcę Elektromisu, Mariusz Ś., był współpracownikiem SB. Jako młody człowiek wyszedł z więzienia, gdzie odbywał wyrok za kradzieże, po czym w szybkim tempie, jeszcze za PRL, zaczął robić wielką karierę biznesową. Takich firm, tworzonych i kontrolowanych przez SB, miało być w Poznaniu wiele. Po zmianie ustroju w Polsce w Elektromisie znaleźli zatrudnienie ludzie, którzy wcześniej pracowali w SB, milicji, policji. Przestępcza działalność Elektromisu miała być osłaniana przez służby specjalne III RP, w tym niektórych ludzi z UOP. W siedzibie tej firmy widywano Aleksandra Gawronika, Ireneusza Sekułę, Mieczysława Wilczka. Ziętara przed zaginięciem chciał opublikować tekst na temat odkrytej przez siebie afery, jednak media nie były tym zainteresowane. Nie udało mu się również zainteresować tą sprawą TVP. Prawdopodobnie pojawiła się możliwość opublikowania tekstu w gazecie „Rzeczpospolita”. Zanim jednak do tego doszło, dziennikarz zniknął.

Piotr Najsztub, który w 1994 roku, pracując w „Gazecie Wyborczej”, przygotowywał wraz z Maciejem Gorzelińskim tekst „Państwo Elektromis”, został ostrzeżony przez informatorów, że jego życie jest w niebezpieczeństwie. Próbowano go również przekupić, aby nie zajmował się Elektromisem. Obaj dziennikarze byli inwigilowani, śledzeni oraz grożono im śmiercią. W 1994 roku na temat tej firmy pisał też „Wprost”. Do redakcji przychodziły w związku z tym telefony z pogróżkami.

Krzysztof Kazimierczak twierdzi, że w dniu swojego zaginięcia Ziętara miał z nim jechać redakcyjnym samochodem na reportaż. Jednak w przeddzień planowanego wyjazdu samochód ten zabrano. Gdyby tego nie zrobiono, to 1 września Ziętara odjechałby nim spod swojego domu. Kazimierczak podejrzewa, że spieszono się z porwaniem dziennikarza i dlatego zabrano samochód.

W 1994 roku do dziennikarzy tygodnika „Miliarder” napisał list mężczyzna przebywający w więzieniu. Twierdził on, że gdy włamał się do pewnego samochodu w Warszawie, widział w nim materiały UOP dotyczące Jarosława Ziętary. Dziennikarze próbowali odwiedzić tego mężczyznę w więzieniu, jednak zostało to uniemożliwione przez UOP. Człowiek ten już nie żyje.

W 1999 roku z rodziną Jarosława Ziętary skontaktował się telefonicznie mężczyzna podający się za byłego pracownika wywiadu. Nie zadzwonił jednak bezpośrednio do Ziętarów, tylko do ich sąsiadów, ponieważ podejrzewał, że telefon w mieszkaniu Ziętarów może być na podsłuchu. Rozmawiał z bratem Jarosława Jackiem. Podał nazwiska funkcjonariuszy UOP, którzy mają wiedzę, co stało się z Jarosławem. Tymi wskazanymi funkcjonariuszami byli: Maciej Urbański, kierujący w 1992 roku Delegaturą UOP w Poznaniu, Zbigniew Nowek, kierujący w 1992 roku Delegaturą UOP w Bydgoszczy, Waldemar G., Janusz W., Stefan K. Mówił, że zaginięcie dziennikarza ma związek ze słowem demobil. Twierdził, że nie może podać swoich personaliów, bo wtedy zostałby zabity. Mówił, że jest obserwowany przez UOP i obawia się, że może zginąć. Organa ścigania zostały poinformowane o tym kontakcie telefonicznym z rodziną zaginionego, ale nie podjęły tematu. Ojciec Jarosława Ziętary, przeglądając po zaginięciu syna jego notatki, zauważył, że głównie dotyczą one UOP.

W 1994 roku wiceminister spraw wewnętrznych przekazał prokuraturze, w odpowiedzi na jej pytanie, nieprawdziwą pisemną informację, jakoby UOP nie interesował się nigdy Jarosławem Ziętarą. Gdy ojciec dziennikarza wysłał pisma informujące o poświadczeniu nieprawdy przez wiceministra spraw wewnętrznych, nie odniesiono się w ogóle do tego zarzutu. UOP konsekwentnie zaprzeczał swoim związkom z Ziętarą. Powstaje pytanie dlaczego. Dopiero w roku 2011 Agencja Wywiadu podała, że był on werbowany do pracy w UOP, w wywiadzie.

10 listopada 1998 roku śledztwo w związku z zaginięciem dziennikarza zostało wznowione, jednak 28 września 1999 roku ponownie je umorzono. Ustalono, że pewien mężczyzna przebywający w więzieniu, Przemysław C., mówi, że uczestniczył w porwaniu i zabójstwie Jarosława Ziętary. Nie chciał jednak nic na ten temat zeznać. Niedługo po wyjściu na wolność w 2010 roku mężczyzna ten zginął w wypadku drogowym, gdy jechał motocyklem. Zderzył się z samochodem, który wyjechał z bocznej drogi. Pewien człowiek, który przebywał w więzieniu w jednej celi z Przemysławem C., mówił, że twierdził on, iż nie uczestniczył w zabójstwie Ziętary, natomiast słyszał, że ciało dziennikarza zostało rozpuszczone w kwasie solnym, a resztki rozrzucono w różnych miejscach. Gdy obaj byli już na wolności chciał u niego mieszkać, twierdząc, że czuje się zagrożony. Siostra Przemysława C. zeznała, iż mówił jej, że za zniknięciem Ziętary stoi UOP i wysocy funkcjonariusze państwowi.

Dziennikarze zaangażowani w sprawę wyjaśnienia zaginięcia Jarosława Ziętary spotkali się między innymi z marszałkiem Sejmu Józefem Oleksym, licząc na jego pomoc. Oleksy powiedział wtedy enigmatycznie, że jeżeli sprawa dotyczy Poznania, to zostanie rozwiązana, ale jeżeli dotyczy Warszawy, to już nie. Spotkali się również w tej sprawie z Jerzym Buzkiem. Na dziennikarzy wywierano naciski, aby nie zajmowali się sprawą, mówiąc, że jest niebezpieczna.

Rodzina Ziętary skontaktowała się z jasnowidzem Krzysztofem Jackowskim. Ten jednak po pewnym czasie odmówił zajmowania się sprawą zaginięcia dziennikarza. Powiedział, że odwiedzili go funkcjonariusze UOP i odradzali zajmowanie się tą sprawą, sugerując, że jego dzieciom mogłaby stać się krzywda. Podobnej sytuacji jasnowidz doświadczył w związku ze sprawą zabójstwa Jaroszewiczów, o czym pisałem w poprzednim rozdziale. To może wskazywać, że za obiema tymi sprawami stoi ta sama siła, czyli mafia wywodząca się ze służb specjalnych. Na taką możliwość wskazuje również fakt, że zabójstwo Jaroszewiczów i zaginięcie Ziętary wydarzyły się tego samego dnia, 1 września 1992 roku. Czy to tylko przypadkowa zbieżność dat? Sądzę, że raczej nie. Wygląda, jakby zleceniodawcy porwania Ziętary postanowili dokonać go 1 września, wiedząc, że tego dnia dojdzie do zabójstwa Jaroszewiczów. Prawdopodobnie liczyli, że zabójstwo byłego premiera odwróci uwagę od zaginięcia dziennikarza. Skąd zleceniodawcy porwania Ziętary mogli wiedzieć, że w dniu 1 września dojdzie do zabójstwa Jaroszewiczów? Najprawdopodobniej mieli taką informację od zleceniodawców ich zabójstwa, albo w obu tych sprawach zleceniodawca jest ten sam.

W czerwcu 2011 roku doszło do kolejnego wznowienia śledztwa i przeniesienia go przez prokuratora generalnego z prokuratury poznańskiej do krakowskiej. Stało się to po apelu wystosowanym w 2010 roku przez Komitet Społeczny „Wyjaśnić śmierć Jarosława Ziętary” do prokuratora generalnego, w którym zwrócono się o przeniesienie śledztwa do prokuratury spoza Wielkopolski. Krakowska prokuratura ustaliła na podstawie zeznań świadków, że osobą, która jakoby podżegała do zabójstwa Ziętary, był Aleksander Gawronik. Ustaliła również domniemanych sprawców porwania Jarosława Ziętary i pomocnictwa w jego zabójstwie. Mieli oni przekazać dziennikarza w ręce ludzi, którzy dokonali jego zabójstwa, a następnie zniszczyli zwłoki i ukryli szczątki. Osobą, która zabiła dziennikarza, miał być człowiek związany ze służbami specjalnymi ZSRR. Podobno zginął.

Były funkcjonariusz milicji, SB i UOP zeznał, że w 1992 roku, będąc funkcjonariuszem UOP, jednocześnie pracował dla Elektromisu, zajmując się inwigilacją różnych osób. Inwigilować miał między innymi Jarosława Ziętarę. Zeznał, że 1 września 1992 roku śledził go i widział, jak został zabrany do samochodu wyglądającego na policyjny przez mężczyzn ubranych w policyjne mundury. Znał ich tożsamość. Byli to ludzie pracujący dla Elektromisu, którzy wcześniej pełnili służbę w milicji. Dwóm z tych mężczyzn prokuratura postawiła zarzut udziału w porwaniu Jarosława Ziętary i pomocnictwa w jego zabójstwie. Trzeci z nich, Roman K. ps. Kapela, zginął w podejrzanych okolicznościach. W nocy z 22 na 23 października 1993 roku rzekomo popełnił samobójstwo, strzelając sobie w głowę w mieszkaniu swojej kochanki w jej obecności. Podejrzewa się jednak, że w rzeczywistości został zabity. Teściowa Kapeli dwa dni przed jego rzekomym targnięciem się na swoje życie otrzymała telefon z informacją, że jej zięć umarł. Później, już po śmierci Kapeli, ktoś zadzwonił do jego rodziny, mówiąc, że nie przyszedł on do mieszkania swojej kochanki sam, tylko został do niego zawleczony przez mężczyzn, którzy go tam przywieźli i upozorowali samobójstwo. Jego żona jest przekonana, że został zabity. Strzał w głowę został oddany z lewej strony, a zmarły był praworęczny. Eksperci uznali, że konieczne jest przeprowadzenie ekshumacji zwłok zmarłego i zbadanie jego głowy ze względu na podejrzenie zabójstwa. Jednak żona Kapeli nie wyraziła zgody na ekshumację. Po latach, pytana, dlaczego nie wyraziła zgody, powiedziała, że została zastraszona. Jest niezwykle rzadkim przypadkiem, aby samobójca odbierał sobie życie w obecności innej osoby. Podobno Kapelę dręczyło zabójstwo Ziętary. Nie wiedział, że dziennikarz zostanie zabity. Myślał, że zostanie „tylko” porwany i pobity. Jego siostra twierdzi, że chciał odejść z Elektromisu. Przed śmiercią mówił jej, że jest śledzony. Dochodzenie w sprawie jego śmierci umorzono w marcu 1995 roku, uznając, że popełnił samobójstwo.

Zginęło również kilka innych osób pracujących dla Elektromisu. Były policjant o pseudonimie Lewy zginął dwa miesiące po zaginięciu Ziętary w wypadku drogowym. W 1999 roku w wypadku drogowym zginął Wojciech W. ps. Wiatrak. Samochód, którym jechał, zderzył się z tirem, który nagle wyjechał z drogi podporządkowanej. Mężczyznę o pseudonimie Świr znaleziono powieszonego. Zginął były milicjant Marian W. Uznano, że popełnił samobójstwo, strzelając do siebie podczas pobytu na działkach. Nie wiadomo jednak, dlaczego miałby odebrać sobie życie. Zginąć miał człowiek będący informatorem Ziętary.

W 1995 roku zmarł naczelnik wydziału przestępczości gospodarczej poznańskiej policji Mieczysław G., który rozpracowywał działalność Elektromisu. Został znaleziony martwy w swoim mieszkaniu. Do śmierci miało dojść w wyniku zażycia leków przeciwdepresyjnych i popicia ich alkoholem. W krótkim odstępie czasu zmarły matka i żona jednego ze świadków w sprawie Ziętary, Macieja B.

Poznańscy prokuratorzy prowadzący śledztwo w sprawie przestępczej działalności Elektromisu postanowili poddać badaniom maszynę do pisania używaną w tej firmie. Dwaj prokuratorzy pojechali z tą maszyną samochodem do Warszawy, aby poddać ją badaniu w laboratorium UOP. W drodze do stolicy pod Kłodawą zderzyli się z samochodem prowadzonym przez Rosjan, który nagle w nich wjechał. Na szczęście prokuratorzy i ich kierowca wyszli z wypadku cało. Do Warszawy dotarli innym samochodem jadącym w tym samym kierunku, prowadzonym przez byłego esbeka, który pojawił się zaraz po wypadku. Po zbadaniu maszyny do pisania okazało się, że była wykorzystywana w Elektromisie do tworzenia fałszywych dokumentów.

Dziennikarz Krzysztof Kazimierczak od wielu lat zajmuje się sprawą zaginięcia Jarosława Ziętary. Jest autorem książki „Sprawa Ziętary. Zbrodnia i klęska państwa”. W 2018 roku, w nocy z 1 na 2 września, ktoś uszkodził drzwi jego mieszkania i wlał do środka łatwopalną ciecz. Na szczęście nie doszło do pożaru. Dziennikarz sądzi, że była to próba zastraszenia go. Kilkakrotnie grożono mu w związku z badaną przez niego sprawą.

24 lutego 2022 roku sąd uniewinnił Aleksandra Gawronika od zarzutu podżegania do zabójstwa Jarosława Ziętary. Świadek, którego zeznania były podstawą oskarżenia Gawronika, przed sądem odwołał te zeznania. Świadek ów był w innej sprawie skazany za zabójstwo. Prokuratura złożyła apelację od wyroku uniewinniającego Gawronika. 19 stycznia 2024 roku sąd wyższej instancji utrzymał wyrok w mocy. 19 października 2022 roku sąd uniewinnił dwóch oskarżonych o porwanie Jarosława Ziętary i pomocnictwo w jego zabójstwie. Sąd uznał obciążające ich zeznania świadków za niewiarygodne. Prokuratura złożyła apelację od tego wyroku. W 2025 roku został on uchylony przez sąd wyższej instancji.

Za porwaniem i zabójstwem Jarosława Ziętary stoi najprawdopodobniej mafia wywodząca się ze służb specjalnych. Powodem porwania i zabicia dziennikarza było przypuszczalnie to, że chciał ujawnić jakąś aferę, w którą zamieszani byli ludzie ze służb specjalnych. Może tu chodzić o coś związanego z działalnością Elektromisu albo o inną sprawę.

Śmierć trzech prokuratorów ze Śremu

W latach 90. miał miejsce wypadek drogowy, w którym zginęło trzech prokuratorów ze Śremu. Byli to prokuratorzy, którzy niedługo wcześniej rozpoczęli pracę w tym mieście. Wszyscy trzej jechali Fiatem 126p. W pewnej chwili okazało się, że samochód nie może dalej jechać z powodu awarii. Został wzięty na hol przez Mercedesa. Podczas holowania nastąpił wypadek, w wyniku którego trzej prokuratorzy zmarli.

Pewna lekarka relacjonowała, że będąc w szpitalu, gdzie pracowała, była świadkiem, jak jeden z tych prokuratorów umierał. Twierdzi, że nikt go nie ratował. Jej zdaniem prokuratorzy zostali zabici. Powiedziała, że w przeddzień ich wypadku do szpitala została przyjęta prokuratorka ze Śremu, która udawała migrenowy ból głowy i z tego powodu była hospitalizowana. Lekarka informowała o swoich podejrzeniach w związku ze śmiercią trzech mężczyzn prokuraturę oraz policyjne Archiwum X, ale nikt nie zajął się tą sprawą.

W Śremie znajdowała się ogromna baza tirów, które, jak się przypuszcza, były używane do przewożenia nielegalnie wwożonego do Polski alkoholu. Lekarka powiedziała, że przed wypadkiem, w którym zginęli prokuratorzy, w mieście wyczuwano, że dokonali oni jakiegoś odkrycia.

Śmierci łączone ze sprawą Pyjasa

7 maja 1977 roku w Krakowie zginął student polonistyki i filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego Stanisław Pyjas. Został znaleziony martwy w sieni kamienicy przy ul. Szewskiej 7. Wiele osób podejrzewało, że za jego śmiercią stoi SB. Był bowiem zaangażowany w działalność opozycyjną, współpracował z KOR. Bronisław Wildstein, który wtedy również był studentem polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, dostał się do prosektorium, gdzie leżały zwłoki zmarłego, i widział na jego twarzy bardzo wyraźne ślady pobicia. Była pokryta sińcami i ranami. Śmierć studenta wywołała poruszenie w środowisku akademickim. Zorganizowano marsz protestacyjny. Wezwano do bojkotu odbywających się w maju juwenaliów. Utworzono Studencki Komitet Solidarności.

Ówczesna prokuratura ustaliła, że do śmierci Stanisława Pyjasa doszło w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Miał spaść w nocy ze schodów, będąc pod wpływem alkoholu. Wiele osób nie dało wiary temu wyjaśnieniu. W czerwcu 1991 roku wznowiono śledztwo w sprawie śmierci studenta. Uznano, że do jego zgonu doszło najprawdopodobniej w wyniku pobicia. Śledztwo umorzono ostatecznie w 1999 roku z powodu niewykrycia sprawców przestępstwa, przyjmując, że sprawcami lub zleceniodawcami pobicia byli najprawdopodobniej funkcjonariusze SB. W 2008 roku śledztwo zostało ponownie wznowione, tym razem przez Instytut Pamięci Narodowej. W 2010 roku dokonano ekshumacji zwłok zmarłego. Na podstawie przeprowadzonych wtedy badań uznano za prawdopodobne, że do śmierci doszło w wyniku upadku ze schodów. Śledztwo umorzono w 2019 roku z powodu niewykrycia sprawców przestępstwa.

W 1994 roku powstał film dokumentalny „Kontrwywiad”, w którym były oficer krakowskiej SB mówi, że Pyjas został zabity oraz stwierdza, że był to „pierwotny Popiełuszko”.

Ze sprawą śmierci Stanisława Pyjasa łączonych jest szereg innych zgonów. Student Uniwersytetu Jagiellońskiego Stanisław Pietraszko widział Pyjasa w przeddzień jego śmierci, jak szedł ulicą w towarzystwie pewnego mężczyzny, którego był w stanie rozpoznać. Pietraszko zgłosił się do prokuratury, która prowadziła śledztwo w sprawie śmierci Pyjasa, i złożył zeznanie o tym, co widział. Podczas wakacji w lipcu 1977 roku pojechał nad Zalew Soliński. Tam 29 lipca odłączył się w pewnej chwili od grupy osób, z którą przebywał, i poszedł z ręcznikiem i mydłem w kierunku zalewu. Wtedy widziano go po raz ostatni żywego. Zniknął. 2 sierpnia jego ciało wydobyto z zalewu. Znajdowało się na powierzchni wody. Prokuratura uznała, że zmarł w wyniku utonięcia. Specjaliści, do których zwrócili się o opinię działacze KOR, stwierdzili, że w przypadku utonięcia ciało powinno znajdować się pod wodą, a nie dryfować na powierzchni. Fakt, że ciało znajdowało się na powierzchni wody, wskazuje, że Pietraszko został zabity, a następnie jego ciało wrzucono do wody. Brat Pietraszki relacjonował, że ten mówił mu, iż widziany przez niego człowiek idący z Pyjasem to funkcjonariusz SB. Wiedział o tym, bo był przez tego funkcjonariusza przesłuchiwany.

Pojawiła się informacja, jakoby Stanisław Pyjas został pobity przez boksera Mariana Węclewicza. Informację taką przekazał funkcjonariuszowi SB były funkcjonariusz UB, któremu sam Węclewicz miał powiedzieć, że został wynajęty do pobicia Pyjasa przez Jana Knapika. Węclewicz zginął w październiku 1977 roku. Ustalono, że zmarł w następstwie nieszczęśliwego wypadku, upadku ze schodów w stanie nietrzeźwym. A więc w okolicznościach podobnych do tych, w jakich według ówczesnej prokuratury pięć miesięcy wcześniej zginął Pyjas. Wypadek ten miał miejsce w kamienicy, w której mieszkał Knapik. Niektórzy twierdzą, że Węclewicz i Knapik byli współpracownikami SB. Knapik zmarł podobno w 1987 roku na wylew krwi do mózgu.

Gdyby śmierci Pyjasa, Pietraszki i Węclewicza nie były wynikiem zabójstwa, tylko nieszczęśliwego wypadku, to byłaby to niezwykła sytuacja z punktu widzenia rachunku prawdopodobieństwa. Najpierw przez przypadek miałby zginąć Pyjas, następnie dwa miesiące później osoba będąca świadkiem w sprawie jego śmierci, a następnie pięć miesięcy po śmierci Pyjasa osoba podejrzewana o jej spowodowanie. Byłaby to sytuacja bardzo mało prawdopodobna z punktu widzenia rachunku prawdopodobieństwa, aby takie trzy tragiczne wypadki wydarzyły się w ciągu pięciu miesięcy. W dodatku dwa z nich w podobnych okolicznościach. A to wskazuje, że Pyjas, Pietraszko i Węclewicz zostali w rzeczywistości zabici przez służby specjalne.

Dwaj krakowscy cinkciarze, Jerzy Druzgała i Walczak, twierdzili, że widzieli, jak w nocy z 6 na 7 maja 1977 roku funkcjonariusze SB przenosili ciało Pyjasa. Dwaj inni cinkciarze, Zygmunt P. i Jan Sz., widzieli, jak tej samej nocy Pyjas szedł ulicą, a za nim szli dwaj mężczyźni. Druzgała został w 1993 roku zabity w swoim kantorze podczas napadu rabunkowego. Napad ten podobno został zlecony przez oficera Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie, powiązanego ze służbami specjalnymi. Walczak zginął na początku lat 90. w wypadku drogowym. Jan Sz. utopił się w krakowskich Bagrach. Nie żyje również Zygmunt P.

Stanisław Pyjas został najprawdopodobniej zabity przez służby specjalne PRL w ramach jakiejś perfidnej intrygi. Być może chodziło o wywołanie wzburzenia w środowisku akademickim i doprowadzenie do powstania studenckiego ruchu opozycyjnego.

Śmierć ks. Kazimierza Jancarza

Ksiądz Kazimierz Jancarz w czasach PRL działał w opozycji. Był prześladowany przez SB. Inwigilowano go. Zakładano mu podsłuchy. W jego otoczeniu byli tajni współpracownicy SB. Przeprowadzano przeciwko niemu liczne prowokacje. Rozpowszechniano nieprawdziwe informacje na jego temat, mające go zdyskredytować. Otrzymywał anonimy z groźbami. Pewnego razu, jadąc samochodem, zorientował się, że poluzowano wszystkie śruby w kołach auta. Innym razem, gdy jechał samochodem, ktoś wyskoczył na drogę i rzucił w pojazd kamieniem. Miał również miejsce przypadek, że w nocy ktoś wszedł do jego pokoju i zaczął kłuć nożem łóżko, na którym spał. Na szczęście wtedy ksiądz znajdował się gdzie indziej. W pewnym okresie duchowny czuł się tak zagrożony, że nigdzie się nie wybierał bez towarzystwa ludzi z „Solidarności”.

W 1989 roku został proboszczem w podkrakowskiej Luborzycy. Po transformacji ustrojowej założył w tej miejscowości rozgłośnię radiową. Planował uruchomienie tam stacji telewizyjnej. Zmarł nagle na zawał serca 25 marca 1993 roku w wieku 45 lat.

Wybuch gazu w bloku mieszkalnym w Gdańsku

17 kwietnia 1995 roku w Gdańsku, o godzinie 5.50 doszło do tragicznego w skutkach wybuchu gazu w bloku przy Alei Wojska Polskiego 39. W wyniku eksplozji zapadły się trzy dolne kondygnacje budynku. Ponieważ istniało niebezpieczeństwo, że cały budynek może się zawalić, podjęto decyzję o jego wyburzeniu przy użyciu ładunków wybuchowych w dniu 18 kwietnia. Po wysadzeniu budynku kontynuowano akcję ratunkową, poszukując pod gruzami żywych ludzi, ale już nikogo nie udało się uratować. W wyniku katastrofy zginęły 22 osoby, a rannych zostało 8. Prokuratura ustaliła, że do eksplozji gazu doszło w wyniku celowego rozszczelnienia instalacji gazowej znajdującej się w budynku przez jednego z lokatorów. Człowiek ten zginął w wyniku eksplozji.

Jednym z mieszkańców budynku, który przeżył katastrofę, był Adam Hodysz, były funkcjonariusz SB, który pracując w gdańskiej SB współpracował z „Solidarnością”, a wcześniej z Wolnymi Związkami Zawodowymi. Z powodu tej współpracy został w 1984 roku aresztowany. W 1988 roku zwolniono go z więzienia. W latach 1990-1993 był dyrektorem Delegatury UOP w Gdańsku. Będąc na tym stanowisku, przekazał w 1992 roku ministrowi spraw wewnętrznych Antoniemu Macierewiczowi, w związku z uchwałą lustracyjną Sejmu, dokumentację współpracy Lecha Wałęsy z SB w latach 70.

Pojawiły się twierdzenia, czy też podejrzenia, że eksplozja gazu w bloku przy Alei Wojska Polskiego została w rzeczywistości spowodowana przez UOP, aby doprowadzić do ewakuacji lokatorów i dostać się do mieszkania Hodysza. UOP miałby chcieć się tam dostać, aby wykraść kopie dokumentów dotyczących współpracy Wałęsy ze służbami specjalnymi PRL, o posiadanie których podejrzewano Hodysza. Nie przewidziano jednak, że akcja przyniesie tak tragiczne skutki. W gruzowisku po zawalonym bloku znaleziono tomy akt SB. Sławomir Cenckiewicz twierdzi, że gdy pracował nad książką „SB a Lech Wałęsa”, otrzymywał informacje od urzędników miejskich, ludzi ze służb specjalnych, pracowników straży pożarnej, a nawet byłego wiceministra spraw wewnętrznych, że za eksplozją w bloku przy Alei Wojska Polskiego stoi UOP. Jak relacjonuje Cenckiewicz, sam Adam Hodysz nie chciał mówić na ten temat, a jedynie powtarzał: „Nie chcę mówić o Wałęsie, bo przez niego ledwie życia nie straciłem”.

Śmierć Henryka Marchwickiego

Henryk Marchwicki był bratem Zdzisława Marchwickiego, który w czasach PRL został uznany przez sąd za sprawcę 21 ataków na kobiety, z których 14 zakończyło się śmiercią ofiary. Ataki miały miejsce na terenie Zagłębia w latach 1964-1970. Zdzisław Marchwicki został skazany na karę śmierci i stracony. Henryk Marchwicki oraz drugi brat Zdzisława Jan, zostali uznani za winnych współudziału w jednym z zabójstw. Jan został skazany na karę śmierci i stracony, a Henryka skazano na 25 lat pozbawienia wolności.

Istnieją jednak poważne wątpliwości, czy rzeczywiście Zdzisław Marchwicki był sprawcą przypisanych mu zbrodni. Henryk Marchwicki już będąc w więzieniu rozpoczął starania o wykazanie niewinności swojej i braci. Spotkały go za to szykany. Na jego żonę milicja wywierała presję, aby się z nim rozwiodła i zmieniła nazwisko, grożąc jej odebraniem dzieci. W 1985 roku przekazano jej fałszywą informację, że Henryk nie żyje. Po pięciu latach dowiedziała się z prasy, że nadal przebywa w więzieniu. Został zwolniony w 1992 roku. Po wyjściu na wolność nadal walczył o przywrócenie dobrego imienia braci i swojego. Wysyłał pisma w tej sprawie. Będąc w ośrodku pomocy społecznej, prowadził głodówkę, aby zwrócić uwagę na doznaną niesprawiedliwość. Miał być bohaterem filmu dokumentalnego „Jestem mordercą”, ale zmarł w czasie jego realizacji. Umarł jakoby w wyniku upadku ze schodów. Prokuratura prowadziła postępowanie w sprawie jego śmierci, które zostało umorzone z powodu niestwierdzenia przestępstwa.

Sprawa Papały

25 czerwca 1998 roku w Warszawie zabito byłego komendanta głównego policji, generała Marka Papałę. Został zastrzelony przed blokiem, w którym mieszkał, przy ul. Rzymowskiego 17. Około godziny 22, gdy wysiadał ze swojego samochodu, otrzymał śmiertelny postrzał w głowę, w czoło. Widziano młodego mężczyznę, który podszedł do samochodu i po chwili oddał strzał, po czym uciekł. Odnaleziono kulę, która przebiła głowę generała. Miała spłaszczony czubek, w wyniku czego uległa deformacji. Spłaszczenie czubka kuli jest zabiegiem stosowanym w celu uniemożliwienia ustalenia kalibru broni, z której oddano strzał. Wskazuje to na działanie profesjonalnego zabójcy. Nie odnaleziono łuski pocisku.

Marek Papała został komendantem głównym policji w styczniu 1997 roku za rządów koalicji SLD i PSL. Odszedł z tego stanowiska w styczniu 1998 roku, gdy władzę sprawowała koalicja AWS i UW. Przed śmiercią czuł jakieś zagrożenie dla swojej osoby. Odczuwał wyraźny niepokój, który był widoczny dla jego otoczenia. Mówił, że może być obserwowany przez służby specjalne. Że okolice bloku przy ul. Rzymowskiego 17 są filmowane. Zadzwonił do o. Ireneusza Pompy z Jasnej Góry, mówiąc mu, że jest śledzony. Często, gdy do kogoś dzwonił, używał do tego budek telefonicznych, co wskazuje, że obawiał się podsłuchu. Niedługo przed śmiercią zaczął nosić przy sobie broń, czego wcześniej nie robił. Mariusz Łapiński relacjonował, że Papała spotkał się z nim na kilka dni przed swoją śmiercią i podczas tego spotkania zachowywał się bardzo dziwnie, jak nigdy wcześniej. Świadkowie zeznali, że w ciągu kilku tygodni przed śmiercią Papały widzieli podejrzane osoby, kręcące się wokół szkoły językowej, do której uczęszczał, i zaglądające do środka. W związku z obawą o swoje życie wysłał w tej sprawie list do ministra spraw wewnętrznych i administracji Janusza Tomaszewskiego, ale list ten nie dotarł do adresata. Niedługo przed śmiercią spotkał się z Janem Bisztygą, byłym oficerem wywiadu PRL. Jak twierdzi Bisztyga, Papała prosił go o zorganizowanie spotkania z Leszkiem Millerem oraz mówił, że pewne osoby chcą mu uniemożliwić wyjazd do Brukseli. Miał tam wyjechać, aby objąć funkcję oficera łącznikowego Unii Europejskiej i koordynować współpracę w zwalczaniu międzynarodowych organizacji przestępczych. Zginął kilka dni przed terminem wyjazdu. Podobno w ostatnich dniach przed jego śmiercią w środowisku przestępczym krążyły plotki o wyroku wydanym na generała policji.

Śledztwo w sprawie zabójstwa prowadził początkowo wydział zabójstw Komendy Stołecznej Policji, a następnie przejęła je specjalna grupa „Generał” utworzona w Komendzie Głównej Policji. Śledczy dotarli do świadka twierdzącego, że ma wiedzę na temat zabójstwa Papały. Tym świadkiem był przebywający w więzieniu Artur Zirajewski ps. Iwan, oskarżony o dokonanie zabójstwa. Zgodził się złożyć zeznania w sprawie zabójstwa Papały w zamian za złagodzenie kary. Twierdził, że w 1998 roku był uczestnikiem spotkania w trójmiejskim hotelu Marina, na którym obecni byli Nikodem Skotarczak ps. Nikoś, Andrzej Zieliński ps. Słowik oraz Edward Mazur. Podczas tego spotkania Mazur miał oferować 40 tysięcy dolarów w zamian za zabójstwo Marka Papały. Nikodem Skotarczak był trójmiejskim gangsterem, o którym twierdzi się, że już w latach 70. rozpoczął współpracę ze służbami specjalnymi PRL. Edward Mazur był polonijnym biznesmenem mieszkającym w Stanach Zjednoczonych. Do USA wyjechał z Polski wraz z matką w 1962 roku. Uważa się, że od końca lat 70. był tajnym współpracownikiem SB. Współpracował również ze służbami specjalnymi III RP. Posiadał specjalną przepustkę, dzięki której mógł wchodzić do siedziby UOP. Jego nazwisko występuje w sprawie afery FOZZ, jako osoby uczestniczącej w pewnych operacjach z pieniędzmi FOZZ. Słowik był gangsterem z grupy pruszkowskiej. Nikoś został zabity w kwietniu 1998 roku. Zastrzelono go, gdy przebywał w agencji towarzyskiej w Gdyni. Sprawców nie wykryto. Przypuszcza się, że powodem zabójstwa mogła być posiadana przez niego wiedza o planach pozbawienia życia Papały. W lecie 1998 roku zginęli też podobno dwaj trójmiejscy gangsterzy, z którymi Nikoś miał się konsultować w sprawie planów zabicia Papały, Andrzej M. i Piotr G. Przyczyną śmierci Andrzeja M. był atak serca, a Piotr G. zginął w wypadku samochodowym.

W lutym 2002 roku Edward Mazur został zatrzymany podczas pobytu w Polsce, decyzją prokuratury prowadzącej śledztwo w sprawie zabójstwa Papały, jednak przed upływem 48 godzin zwolniono go bez postawienia zarzutów ani przesłuchania. Kilka godzin po zwolnieniu Mazur był na przyjęciu w restauracji Belwedere w Łazienkach Królewskich, na które przybyli między innymi czołowi politycy SLD, w tym minister spraw wewnętrznych i administracji Krzysztof Janik i wiceminister spraw wewnętrznych i administracji Zbigniew Sobotka oraz wysocy przedstawiciele policji i wymiaru sprawiedliwości. Niedługo potem wyjechał z Polski. W październiku 2006 roku został zatrzymany w USA i umieszczony w areszcie w związku z wnioskiem o jego ekstradycję, złożonym przez polski rząd. 20 lipca 2007 roku amerykański sędzia, rozpatrujący wniosek o ekstradycję Mazura, nie zgodził się na nią. Uznał dowody przedstawione przez stronę polską, oparte na zeznaniach Zirajewskiego, mające świadczyć, że Mazur zlecił zabójstwo Papały, za niewiarygodne. Stwierdził, że polski rząd nie zdołał wykazać, że istnieje uzasadnione prawdopodobieństwo popełnienia przestępstwa. W obszernym uzasadnieniu swojego stanowiska odniósł się bardzo krytycznie do tego, co przedstawiła polska prokuratura. Napisał, że otrzymał jedynie wyciągi z zeznań Zirajewskiego, nie zaś kompletne zeznania. Zwrócił uwagę na daty rozpoczęcia i zakończenia przesłuchania, widniejące na protokołach. Jeden protokół dotyczy przesłuchania rozpoczętego 9 września 1999 roku, które miało zakończyć się 9 kwietnia 2002 roku. Inny protokół dotyczy przesłuchania rozpoczętego 9 kwietnia 2002 roku, a zakończonego 9 marca 2002 roku. Kolejny dotyczy przesłuchania rozpoczętego 1 stycznia 2003 roku, a zakończonego 7 lutego 2003 roku. Jeszcze inny dotyczy przesłuchania rozpoczętego 19 sierpnia 1999 roku, a zakończonego 7 kwietnia 1999 roku. Sędzia wytknął niespójności w zeznaniach Zirajewskiego oraz to, że kilkakrotnie przyznał się do zeznawania nieprawdy. Zwrócił uwagę na niewiarygodność identyfikacji Mazura przez Zirajewskiego, dokonanej podczas okazania. Mazura poproszono wtedy o zdjęcie marynarki i dano mu do włożenia czerwoną kurtkę. Jak stwierdził sędzia, równie dobrze można było umieścić na jego piersi tarczę strzelniczą lub zawiesić mu nad głową tabliczkę z napisem „wybierz mnie”. Napisał, że polski rząd wystąpił o ekstradycję na podstawie wybranych zeznań Artura Zirajewskiego, znanego łotra i notorycznego kłamcy, obciążających Mazura, nie odnosząc się do pozostałych zeznań tegoż świadka, które nie tylko nie obciążają Mazura, ale nawet zaprzeczają stwierdzeniom zawartym w zeznaniach wybranych przez rząd. Stwierdził, że gdyby zeznania Zirajewskiego oraz dokonaną przez niego identyfikację Mazura przedstawiono na rozprawie wstępnej w USA, dowody te uznano by za niewiarygodne, a sprawa zostałaby odrzucona.

Pułkownik WSW Aleksander L. zeznał, iż Mazur twierdził, że w zabójstwo Papały wrabiają go wojskowe służby specjalne.

Artur Zirajewski wielokrotnie zmieniał swoje zeznania. Zmarł w więzieniu w styczniu 2010 roku. Za przyczynę śmierci uznano zator tętnicy płucnej, do którego doszło, gdy przebywał na oddziale szpitalnym, gdzie trafił po zatruciu lekami nasennymi. Podobno chciał popełnić samobójstwo, czemu zaprzecza jednak jego rodzina. Niebawem miał wyjść na wolność. Więźniowie, z którymi korespondował, twierdzą, że przed śmiercią chciał odwołać złożone przez siebie zeznania w sprawie zleceniodawców zabójstwa byłego komendanta głównego policji.

W 2009 roku prokuratura skierowała do sądu akt oskarżenia w sprawie zabójstwa Papały. Oskarżyła Andrzeja Zielińskiego ps. Słowik i Ryszarda Boguckiego o nakłanianie do tego zabójstwa, a ponadto oskarżyła Ryszarda Boguckiego o pomocnictwo w zabójstwie. Prokuratura twierdziła, że Bogucki był obecny na miejscu zabójstwa, gdy zostało popełnione. Żona Papały, w czasie gdy mąż został zastrzelony, była na spacerze z psem. Chwilę po usłyszeniu strzału zobaczyła uciekającego mężczyznę, który minął parę, mężczyznę i kobietę. W miniętym przez uciekającego mężczyźnie rozpoznała Boguckiego. W 2013 roku Sąd Okręgowy w Warszawie uniewinnił Boguckiego i Słowika od stawianych im zarzutów. Adwokat Boguckiego stwierdził na podstawie analizy akt, że już najpóźniej w 2009 roku prowadzący śledztwo w sprawie zabójstwa Papały wiedzieli, że Bogucki jest niewinny. A mimo to przez następne cztery lata dowodzono jego winy przed sądem. Złożył w związku z tym zawiadomienie o przestępstwie. Bogucki, przebywając w więzieniu, przekazał mediom oświadczenie, iż nie zamierza popełnić samobójstwa.

26 października 1999 roku w wypadku samochodowym w Swarzędzu pod Poznaniem zginął Krzysztof W., człowiek podejrzewany o uczestniczenie w zabójstwie Papały i wymieniany jako ten, który mógł oddać śmiertelny strzał. W 1999 roku zginął podobno również gangster, który miał obserwować Papałę w dzień zabójstwa.

W lipcu 1998 roku ktoś zadzwonił do mokotowskiej komendy policji i poinformował, że w zabójstwo Papały jest zamieszany Rafał Kanigowski ps. Gruby, a wiedzę o tym ma Marcin P. Oficer dyżurny mokotowskiej komendy zrobił notatkę służbową i przekazał ją do Komendy Głównej Policji. Tam jednak notatka ta zaginęła i nie zrobiono z niej użytku. 24-letni Rafał Kanigowski był człowiekiem Jeremiasza Barańskiego ps. Baranina, mieszkającego w Wiedniu. Uważa się, że Barański od lat 70. współpracował z wywiadem PRL oraz że współpracował też z WSI, jak również służbami austriackimi. Kanigowski został zastrzelony we wrześniu 1998 roku na działce w Żabieńcu pod Warszawą. Policja ustaliła, że sprawcą jego zabójstwa był Kazimierz K. ps. Maczuga. Człowiek ten w maju 2000 roku zaginął. Wyszedł z domu i zniknął. Gdy po latach prokuratura dowiedziała się o wspomnianej notatce służbowej, przekazanej do Komendy Głównej Policji, przesłuchano Marcina P. Był to człowiek, który woził Grubego samochodem. Z jego zeznań wynikało, że Gruby obserwował Papałę, a po zabójstwie byłego komendanta głównego policji polecił mu wrzucić do Wisły pakunek, w którym miały się znajdować „rzeczy od Papały”. Marcin P. miał też na polecenie Baraniny obserwować dom Nikosia oraz hotel Marina, gdzie ten rezydował. Po zabójstwie Papały Gruby zaczął się bać o swoje życie. Jeremiasz Barański zginął 7 maja 2003 roku w wiedeńskim areszcie. Podano, że popełnił samobójstwo przez powieszenie. Niedługo wcześniej Barański twierdził, że w areszcie próbowano go zabić.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 86.99