HENRYK
Dawno, dawno temu, w pewnej wiosce, żył sobie starszy człowiek z nieco młodszym synem. Żyli oni w malutkiej wiosce, ale w dosyć pokaźnym domu. Był to sporych rozmiarów biały, kamienny dom z trzema piętrami. Do domu wchodziło się po dużych i szerokich schodach, nad którymi rozciągał się oparty na kolumnach taras. W domu było wiele pomieszczeń. Zaraz przy wejściu znajdował się piękny i wielki salon z wielkimi, wysokimi, wąskimi oknami, przez które wpadało światło, oświetlając rozciągające się na ścianie półki z ogromną ilością nagród oraz artefaktów. W domu znajdowały się trzy łazienki (jedna na każdym piętrze), dwie pokaźnych rozmiarów sypialnie, kuchnia, pokój wypełniony różnymi obrazami, książkami, starymi notesami oraz jeszcze większą ilością nagród i artefaktów. Po wyjściu na taras, który znajdował się na trzecim piętrze można było dostrzec zapierające dech w piersiach widoki. Dom ten znajdował się bowiem na najwyższym wzgórzu w wiosce. Widoki były zatem naprawdę wspaniałe. Z tarasu można było dostrzec całą wioskę, poruszających się w niej ludzi, wozy ciągnięte przez konie po drogach wioski, handlarzy próbujących sprzedać towar wszystkim mijającym ich ludziom, piękne, malownicze uliczki i domy, które rozmieszczone były na wzgórzach oraz pomiędzy nimi. Za wioską można było dostrzec piękny las, który wydawał się nie mieć końca oraz sięgające chmur góry, które rozciągały się nieco dalej. Przyznać trzeba, że dom ten był naprawdę wspaniały, był marzeniem wielu osób. W końcu był to najpiękniejszy i najdroższy dom w okolicy. Wiele osób zapyta, skąd taki dom w małej wiosce? Odpowiedź jest bardzo prosta. Ten dom należał do prawie siedemdziesięcioletniego staruszka o imieniu Henryk, z którym mieszkał jego syn, Richard. Nie był to jednak zwyczajny, zmęczony życiem starzec. Henryk przez całe życie zajmował się podróżami, co w późniejszym czasie stało się jego pracą, bardzo dobrze opłacaną pracą. Był on poszukiwaczem przygód, a przeżył ich naprawdę wiele. Plotki głosiły, że w piwnicach jego wielkiego domu skryte były ogromne ilości złota, kryształów oraz wielu innych kosztowności, których dorobił się przez całe swoje życie, a teraz przetrzymywał je dla przyszłych pokoleń lub na czarną godzinę. Czy plotki te były prawdą? Oczywiście, że tak! W końcu Henryk podróżował i zarabiał na tym przez prawie całe swoje życie. Można zatem wywnioskować, że jego historia nie zaczyna się wcale w tym momencie. Zaczyna się ona wiele lat wcześniej. Historię tę naprawdę warto opowiedzieć. Przenieśmy się zatem do czasów, w których Henryk był malutkim, niczego nieświadomym dzieckiem.
— — -Nocna Tragedia — — —
Była to zwykła, spokojna noc. Pewien spory okręt przemierzał wody oceanu. Załoga składała się z trzech osób. Była to rodzina, a mianowicie ojciec, matka i syn. Tym synem był właśnie Henryk. Miał on wtedy zaledwie trzy miesiące. Imiona rodziców nie są znane, ponieważ nikt nie miał dostępu do ich dokumentów. Byli oni emigrantami, którzy ukradli statek z pewnego portu. Zrobili to w obawie przed utratą syna, ponieważ w ich mieście doszło do podboju. Piraci wtargnęli do miasta, a następnie zaczęli kraść dosłownie wszystko, co akurat wpadło im w ręce. Niestety, ale porywali oni również dzieci. Władze nie potrafiły sobie poradzić z tą sytuacją. Chaos trwał nieustannie przez trzy dni. Ojciec Henryka postanowił wziąć sprawę w swoje ręce. Spakował wszystkie istotne rzeczy, a następnie zabrał ze sobą żonę i syna do portu. Port był słabo strzeżony, ponieważ wszyscy żołnierze, wszystkie służby zdolne do walki zostały przeniesione do miasta, aby chronić mieszkańców. W porcie znajdowało się może trzech strażników. Nie było to zbyt wiele, gdyż port był dosyć spory, a zacumowane w nim było około trzydzieści statków. Kiedy nikt nie patrzył, nasza trójka zakradła się na jeden z okrętów. Małżeństwo schowało syna wewnątrz statku. Ojciec Henryka wyjął nóż i rozpoczął przecinanie lin, które zatrzymywały statek przed odpłynięciem. Zajęło to dobre piętnaście minut, ale w końcu udało mu się przeciąć liny. Wyjątkowo szybko podnieśli żagle, a statek zaczął odpływać. Strażnicy bardzo szybko zorientowali się, że coś jest nie tak i zaczęli pruć śrutem w stronę mężczyzny, który stał za sterem. Przerażony Ojciec, który wiedział, że ma do uratowania syna oraz żonę nie miał zamiaru się poddać. Wykonywał gwałtowne ruchy i starał się unikać kul. Niestety, nie udało mu się uniknąć wszystkich. Został dwa razy postrzelony w prawe ramię. Mimo to mężczyzna nie poddał się. W końcu udało im się opuścić port, a strażnicy nie mogli ich już dosięgnąć. Ojciec Henryka cudem uszedł z życiem. Brakowało zaledwie kilku centymetrów, aby dostał strzał w tył głowy. Na szczęście dwie kule trafiły go jedynie w ramię. Mężczyzna krwawił nieustannie przez kilkanaście minut. W końcu zrobił sobie prymitywny opatrunek z podkoszulki. Statek powoli oddalał się od lądu, aż w końcu stał się małą kropką widoczną na horyzoncie, po czym zniknął. Rodzina płynęła tak przez trzy dni. Wszystko wskazywało na to, że po udanej ucieczce uda im się również przepłynąć ocean i rozpocząć nowe, lepsze życie. Tak się jednak nie stało. Życie jest pełne niespodzianek, ale tym razem postanowiło zafundować naszym bohaterom jedną z tych mniej przyjemnych. Niedługą chwilę temu zapadł zmrok, a więc matka ułożyła syna do snu, a następnie sama udała się do miejsca wypoczynku. Ojciec natomiast pilnował steru. Leżał obok niego i obserwował gwiazdy. Niebo było naprawdę piękne tej nocy. Nagle rozmarzony mężczyzna przestał skupiać się na kontrolowaniu rejsu i zasnął. Nie trudno się domyślić, że coś poszło nie tak. Tej nocy wystąpiły dosyć silne wiatry. Spowodowało to, że statek zaczął gwałtownie zmieniać kurs. Mężczyzna nie zauważył tego, ponieważ spał. Wkrótce jednak coś przerwało jego sen. Było to poczucie niepokoju. Przebudzony mężczyzna zaczął rozglądać się po okręcie. W pewnym momencie zauważył coś w oddali. Był to dosyć spory obiekt, ale przez mgłę mężczyzna nie widział go dokładnie. Nie minęło jednak dużo czasu, aby zorientował się, że widzi drugi okręt. Okazało się jednak, że nie była to przyjaźnie nastawiona jednostka. Był to okręt piratów. Kiedy ojciec swojego trzymiesięcznego syna dostrzegł ten fakt, wówczas natychmiast pobiegł w stronę steru, aby zmienić kierunek i postarać się uciec. Niestety, ale okazało się, że było już za późno. Piracki okręt był już na tyle blisko, aby rozpocząć atak. Statek naszych bohaterów oberwał trzy razy i zaczął bardzo szybko nabierać wody. Kiedy matka poczuła wstrząsy, natychmiast się obudziła, owinęła Henryka w ciepły koc i wybiegła z nim na pokład. Kobieta spojrzała na swojego męża, a on na nią. Oboje nie wiedzieli, co robić. Spoglądali na siebie przez kilka sekund, aż nagle mężczyzna zauważył jasne światło na niebie. To były płonące pociski, które zostały wystrzelone z wrogiego okrętu. Nie trudno domyślić się, że teraz statek nie tylko tonął, ale również stał w płomieniach. Mężczyzna już chciał zarządzić ewakuację, kiedy nagle jego żona oberwała jednym z płonących pocisków. Zraniona kobieta zajęła się ogniem i upuściła syna na ziemię. To był okropny widok. Krzyknęła jedynie do męża, aby ratował syna, po czym dopełzała się do krawędzi statku i wyskoczyła do wody, gdyż nie mogła znieść bólu, który zadawał jej ogień. Zraniona kobieta nie była w stanie pływać i utonęła. Ojciec podniósł syna z ziemi najszybciej, jak tylko potrafił, a następnie zapłakany wsiadł razem z nim do szalupy ratunkowej i zaczął ją opuszczać w dół. Cudem piraci nie zauważyli tego. Myśleli, że cała załoga utonęła wraz ze statkiem i skupili się na kosztownościach, które wypłynęły ze statku i dryfowały na powierzchni wody. Ojciec wraz ze swoim malutkim synem przemierzali ocean szalupą ratunkową. Dwa dni zajęło im, aby dotrzeć do lądu. Przez dwa dni dryfowali na powierzchni oceanu. Nie mieli jedzenia, picia, ani ciepłych ubrań. Cudem było, że w ogóle przeżyli. Henryk płakał, nie wiedział co się dzieje i chciał do matki, ale niestety już nigdy nie dostał takiej możliwości. Pamiętajmy, że kiedy jego ojciec spał, wówczas statek zmienił kierunek. Mężczyzna przekonał się o tym dopiero w momencie, w którym zamiast do celu, do którego zmierzali, dopłynęli do skutej lodem wyspy. Najważniejsze jednak było, że mimo wszystko w końcu znaleźli się na lądzie. Ojciec ułożył Henryka na ziemi, a następnie położył się obok i niczym małe dziecko zaczął uderzać rękoma o ziemię oraz wrzeszczeć. Płakał, przeklinał cały świat i wykrzykiwał imię swojej martwej już żony. Po niedługim czasie dotarło do niego, że jego syn nie wydał z siebie żadnego odgłosu od kilku minut. Zdesperowany mężczyzna przytulał syna, próbował go ogrzać, ale to wszystko na nic. Wydawało się, że Henryk po prostu zamarzł. W tym momencie mężczyzna zrobił najgorszą rzecz, jaką tylko mógł zrobić — poddał się. Usypał ze śniegu malutką górkę, wykopał w niej wgłębienie i ułożył tam swojego syna. Później mężczyzna uklęknął, pomodlił się, a następnie płakał przez ponad godzinę. Kiedy skończył, wówczas wstał, odwrócił się i nie chcąc patrzeć na ciało swojego martwego syna, po prostu sobie poszedł. Nikt go nigdy więcej nie widział. Prawdopodobnie popełnił samobójstwo lub został pożarty przez dzikie zwierzęta. Wszystko mogło potoczyć się inaczej, gdyby jedynie został jeszcze chwilę. Okazało się bowiem, że Henryk przeżył. Po prostu obudził się w pewnym momencie i zaczął płakać. Wszystko zmierzało w bardzo złym kierunku, ponieważ chłopiec leżał tak przez ponad godzinę, a wszystko wskazywało na to, że tym razem naprawdę zamarznie. Henryk zaczynał już tracić świadomość, kiedy nagle zobaczył tajemniczego człowieka, który ustawił się obok niego i nachylił się nad nim. Był to mężczyzna pochodzący z pobliskiej wioski. Nie był on bardzo stary, ale jego broda zaczynała już siwieć. Mężczyzna nie był zbytnio wysoki, ale miał dobrze zbudowane ciało. Na co dzień zajmował się polowaniem na dzikie zwierzęta. Był silny i umięśniony, a na imię było mu Edward. Kiedy zobaczył małego, zmarzniętego chłopca, który leżąc na śniegu, nie miał już nawet siły płakać, wówczas od razu zabrał się do działania. Edward zdjął płaszcz i owinął nim Henryka, a następnie pobiegł z chłopcem do wioski tak szybko, jak tylko potrafił. Nie była to zwyczajna wioska. Była to odosobniona osada, która rządziła się swoimi prawami i nie miała zbyt wiele wspólnego z resztą świata. Ludzie mieszkali tutaj w naprawdę małych chatkach. Były one tak małe, że aby zmieścić się w drzwiach, trzeba było wejść do domu na kolanach. Osada składała się z siedmiu małych chatek, dosyć niskiego muru zbudowanego z brył lodu oraz chatki kowala, chatki szamana i dosyć sporego ogniska umieszczonego na samym środku osady.
— Ratunku! Pomocy! — wykrzykiwał przerażony Edward, który właśnie wbiegał do osady z niemalże zamarzniętym dzieckiem na rękach.
Zdziwieni mieszkańcy natychmiast zebrali się wokół niego.
— Co się stało? — zapytała jedna z kobiet znajdujących się w tłumie.
— Znalazłem go na śniegu. Po prostu leżał tam i czekał na śmierć — odparł zestresowany Edward. — Musimy mu natychmiast pomóc!
Tak też się stało. Malutki Henryk został od razu zabrany do chatki szamana. W tamtejszych rejonach wierzono w to, że ma on magiczną moc i potrafi uleczyć każdego. Szaman pełnił w tej wiosce rolę lekarza, ale również przepowiadał przyszłość mieszkańców. Trzymiesięczny, w połowie zamarznięty chłopiec został zatem ułożony na kocu w chacie szamana. Leżał on dosłownie pół metra od kominka. Szaman ułożył na główce Henryka płatki nikomu nieznanych kwiatów. Twierdził on, że mają one magiczną moc, i że uleczą chłopca. Edward odetchnął z ulgą. W końcu teraz nic nie groziło chłopcu. Henryk został przebrany przed przystąpieniem do leczenia. Teraz, kiedy chłopcu nic nie groziło, wówczas Edward zaczął przeglądać rzeczy, które chłopiec miał ze sobą. Otóż okazało się, że koc, w który Henryk został owinięty przez matkę nie był zwykłym kocem. Zawierał on średniej wielkości kieszeń, którą prawdopodobnie matka Henryka przyszyła do koca z nieznanych przyczyn. Edward szybko postanowił sprawdzić, czy coś znajduje się w owej kieszeni. Powoli wsunął rękę do środka, a następnie wyciągnął dwie rzeczy. W dłoni Edwarda znajdowały się teraz list oraz złoty naszyjnik. Edward wciąż nie znał imienia chłopca, którego znalazł, więc postanowił otworzyć list. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, ponieważ był to list napisany przez ojca Henryka w trakcie rejsu skradzionym okrętem. Edward przystąpił do czytania.
,,Drogi Amadeuszu!
Piszę do Ciebie, mój drogi przyjacielu, ponieważ nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek się zobaczymy. Trwa piękna noc. Kilka godzin temu wypłynąłem w rejs wraz z moją ukochaną żoną, Anastazją i synem Henrykiem. Niestety, ale nie jest to ani rejs wycieczkowy, ani nawet taki, z którego moglibyśmy wrócić. Płyniemy albowiem skradzionym okrętem, który cudem udało nam się wykraść z portu. Jeszcze trochę, a kosztowałoby mnie to życie. Musieliśmy ukraść ten okręt, gdyż nasze skromne miasteczko zostało zaatakowane przez bandę piratów, którzy zaczęli nas okradać i porywać nasze dzieci. Byliśmy zmuszeni do tego, aby jak najszybciej się ratować. Jestem w wielkiej rozpaczy. Musieliśmy opuścić nasz ukochany dom. Anastazja myśli, że mamy ogromny zapas żywności, ale tak naprawdę wystarczy nam pożywienia na jedynie trzy dni. Jest to stanowczo za mało, aby przeżyć cały rejs. Nie do końca wiem, co mógłbym teraz uczynić. Piszę do Ciebie, mój drogi przyjacielu, ponieważ jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. Zawsze byliśmy nierozłączni. Dlatego też chciałbym, abyś wiedział, co się ze mną wydarzyło oraz dlaczego zniknąłem. Obiecuję, że wyślę ten list, kiedy tylko dopłyniemy do celu. Mam nadzieję, że jakoś nam się uda. Bardzo obawiam się o Henryka. Ma dopiero trzy miesiące. Obawiam się, że to wszystko może się źle skończyć. Anastazja śpi teraz wraz z Henrykiem na dolnym pokładzie, a ja piszę ten list i obserwuję gwiazdy. Czuję, że coś się stanie. Nie wiem, czy będzie to coś dobrego, czy złego, ale coś przeczuwam. Moje odczucia wobec tego zdarzenia są raczej negatywne, a więc obawiam się o swoje życie. Bardziej jednak boję się, że coś mogłoby stać się mojej rodzinie. Nie powinienem tyle myśleć, ale znasz mnie. Kiedy zacznę rozmyślać, to nie potrafię skończyć. Nie pozostaje mi nic innego, jak również położyć się spać. Rano spróbuję złapać jakieś ryby w dziurawą sieć rybacką, którą znalazłem pod pokładem. Może przy odrobinie szczęścia złapię jakieś ryby. Wtedy przynajmniej nie umrzemy z głodu. Po prostu położę się spać. Od tych myśli zaczyna mnie już boleć głowa. Do zobaczenia, mój drogi przyjacielu. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy, i że w ogóle dostaniesz ten list. Jeśli tylko uda mi się dopłynąć do celu, to natychmiast wyślę go do ciebie.
Do zobaczenia!
Sean”
Po przeczytaniu tego listu, Edward wiedział już, że malutki chłopiec, którego znalazł ma na imię Henryk. Poznał również imiona jego rodziców, ale postanowił nie zdradzać ich nikomu. Normalnie Edward wysłałby list do osoby, do której został napisany, ale znał tylko imię odbiorcy. Ojciec Henryka napisał list, ale nigdzie nie zapisał adresu odbiorcy. Poza tym, był jeszcze jeden problem. Edward przeczytał prywatny list, a to było traktowane bardzo surowo w jego okolicy. Ludzie mieszkający w tej osadzie mieli pewne zasady, które były dla nich najważniejsze, a każdy kto odważyłby się je złamać, zostałby wygnany. Edward postanowił zatem ukryć fakt, że przeczytał ten list. Postanowił przygarnąć chłopca i nadać mu takie imię, jakie ten otrzymał od swoich prawdziwych rodziców. Edward od zawsze pragnął mieć dziecko, a teraz w końcu miał okazję. Postanowił, że wychowa Henryka, jak własnego syna.
Henryk był bardzo silnym dzieckiem. Już następnego dnia odzyskał pełnię sił. Pomimo wszystkiego, co go spotkało, miał wielce silną wolę życia. Tak jak Edward postanowił poprzedniego wieczoru, tak też zrobił. Przygarnął on Henryka i zabrał go do swojej chatki. Edward mieszkał na samym końcu wioski i żył swoim sposobem. Samodzielnie zdobywał pożywienie, udając się na codzienne polowania. Nie lubił żyć w taki sposób, w jaki żyli inni. Uważał życie swoich towarzyszy z wioski za nudne. Bardzo chciał wyrwać się z tej wyspy. Nie miał jednak wystarczającej ilości pieniędzy, a samodzielne opuszczenie wyspy za pomocą własnej łodzi mogłoby skutkować śmiercią. Wody były tam nieustannie wzburzone, a Edward nie potrafił zbudować wielkiego statku, który byłby w stanie się z tym zmierzyć. Właściwie, to nawet nie miał jak zbudować takiego statku, ponieważ na wyspie nie było do tego wystarczające ilości potrzebnych materiałów. Sam Edward miał już również swoje lata i nie mógł pozwolić sobie na wiele lat pracy nad statkiem. Prawdopodobnie nie zdążyłby już skończyć. Skoro mężczyzna nie był w stanie wydostać się z wyspy, to postanowił zrekompensować sobie to nieco zróżnicowanym życiem na niej. Właśnie dlatego nie zajmował się on zwykłym handlem, ani żadnym innym podstawowym zajęciem, które spełniali inni mieszkańcy wioski, ale polowaniem i przemierzaniem niezmierzonych pustyń lodowych. Po podjęciu decyzji o wychowaniu Henryka, mężczyzna uznał, że nie pozwoli na to, aby młody chłopiec zmarnował sobie życie, siedząc na prawie pustej wyspie, o której ludzkość nie ma nawet pojęcia. Edward postanowił, że wychowa Henryka tak, aby umiał on przeżyć w trudnych warunkach. Mężczyzna chciał nauczyć chłopca jak przetrwać nawet w najtrudniejszej sytuacji. Chciał, aby Henryk spróbował zrobić to, czego on obawiał się przez całe życie, aby spróbował wydostać się z wyspy. Edward stwierdził, że nie będzie zabierał chłopcu wiedzy o rodzicach i postanowił, że powie mu, o tym jak go znalazł i postanowił wychować. Rozpoczęło się zatem wychowywanie Henryka.
— — -Pierwsza Przygoda — — —
Minęło kilka lat, a Henryk trochę urósł. Miał on już 11 lat. Henryk był dość wysoki. Miał krótkie, włosy koloru blond. Był on również bardzo ambitny. Nadal był młodym chłopcem, ale już wiedział w jaki sposób upolować zwierzę, w jaki sposób zbudować schronienie, jak przygotować się na wyprawę i jak ją przeprowadzić. Edward dopilnował tego, aby chłopiec był doświadczony. Henryk wiedział o swoich rodzicach, więc Edwarda nazywał dziadkiem. Pewnego dnia spełniło się to, czego tak bardzo chciał Edward. Chłopiec przyszedł do niego pewnego wieczoru i zaczęła się rozmowa.
— Dziadku… — powiedział niepewnie chłopiec.
— Słucham Henryku.
— Wiem, że wszyscy jesteśmy związani z tą wyspą, że żyję tutaj już tyle lat, ale ja czuję, że to nie jest moje miejsce…
— Henryku, wyszkoliłem cię najlepiej jak mogłem, nauczyłem cię wszystkiego, co umiem… — odparł Edward kładąc dłoń na ramieniu Henryka. — Niczego ci nie zabronię, bo kiedy byłem w twoim wieku, to sam chciałem się stąd wyrwać, ale niczego nie zrobiłem w tym kierunku. Teraz dalej chcę się wyrwać, ale jestem już na to za stary.
Tak rozmawiali przez krótką chwilę. Po zakończonej rozmowie, Henryk udał się na wzgórze, które znajdowało się niedaleko wioski i zaczął obserwować gwiazdy. Wiedział, że świat jest ciekawy, że jest czymś więcej niż jedną, pustą, skutą lodem wyspą. Później udał się na wybrzeże. Siedział przy wodzie i obserwował jak fale rozbijają się o ścianę klifu, który można było dostrzec w oddali. Zastanawiał się wówczas, co zrobić, jaką łódź zbudować, aby podołać tym falom. Było to praktycznie niemożliwe, bo na wyspie nie było zbyt wielu drzew. Henryk mógł zbudować najwyżej tratwę, a tratwą na pewno nie pokonałby tych fal. Chłopiec nie wiedząc, co mógłby zrobić, po prostu udał się w stronę domu. Kiedy jednak wracał, stało się coś dziwnego. Gdy Henryk zbliżył się do wioski, usłyszał krzyki. Po zbliżeniu się, zauważył że sporych rozmiarów niedźwiedź wtargnął do wioski. Nie był to jednak zwyczajny niedźwiedź. Był on nadzwyczaj wielki. Henryk bez zawahania postanowił wykorzystać wiedzę, którą przekazał mu Edward i zabić niedźwiedzia. Wyciągnął sztylet, który zawsze nosił przy sobie i zaczął skradać się w stronę bestii. W wiosce panował chaos. Wszyscy wrzeszczeli i biegali w kółko. Ludzi nie dało się uspokoić. Niedźwiedź obwąchiwał jedną z chatek, a po chwili wszedł do środka. Jedna z kobiet zaczęła wołać o pomoc i wykrzykiwać, że w chatce zostało jej dziecko. Nagle z chatki zaczął dobiegać dźwięk dziecięcego płaczu. To mogło rozwścieczyć niedźwiedzia. Henryk wiedział, że w środku znajdują się przerośnięty niedźwiedź i malutkie, bezbronne dziecko, więc bez zawahania wbiegł za niedźwiedziem do chatki. Wszyscy z przerażeniem spoglądali na chatkę, z której wydobył się głośny ryk. Później nastała cisza. Ludzie przez kilkanaście sekund stali wpatrzeni w chatkę i nie wiedzieli co zrobić. Po chwili na miejsce zdarzenia przybiegł Edward, który myśląc, że Henryk nie przeżył, rzucił się na śnieg i zaczął płakać. Minęła minuta, a z chatki wyszedł Henryk, ciągnąc za sobą martwego niedźwiedzia za nogę. Powiedział, że dziecko przeżyło, a przerażona matka natychmiast wbiegła do środka i wyniosła swoją pociechę. Wszyscy byli zaskoczeni, że chłopiec, który ma zaledwie jedenaście lat podołał tak ciężkiemu zadaniu i zabił niedźwiedzia. Henryk podszedł do zalanego łzami Edwarda i przytulił go, a następnie poprosił, aby ten wrócił do domu. Henryk gdzieś odbiegł. Wszyscy zajęli się sprzątaniem wioski po całym zamieszaniu. Tymczasem uradowany Henryk wrócił na wybrzeże i wyjął z kieszeni jakąś poskładaną kartkę. Okazało się, że dom, do którego wszedł niedźwiedź to dom najstarszego mężczyzny w wiosce, który mieszka ze swoją córką i wnukiem. Mężczyzna ten był bardzo tajemniczy. Nikt nie wiedział jak ma na imię. Zajmował się on sprowadzaniem do wioski pożywienia, drewna na opał i różnych kosztowności. Nikt jednak nie wiedział skąd i jakim sposobem. Właśnie w tym momencie Henryk się tego dowiedział. Ta sytuacja, ta kartka była, jak najwspanialszy cud, który spadł Henrykowi prosto z nieba. Postanowił on wykorzystać okazję i zabrał z domu starca mapę, którą dokładnie obejrzał na wybrzeżu. Okazało się, że starzec niczego nie produkował sam. Raz na miesiąc, z drugiej strony wyspy przypływał statek z towarem, który starzec kupował, aby później sprzedawać w wiosce za droższą cenę. Henryk dostrzegł w tym szansę. Skoro statek przypływał, aby handlować towarem, to musiał być na tyle wytrzymały, aby pokonać fale rozbijające się o wyspę. Co więcej, statek miał przypłynąć pojutrze. Henryk miał zatem jeden dzień i jedną noc, aby zorganizować ucieczkę. Chciał wydostać się z wyspy, a teraz w końcu miał na to szansę. Pobiegł zatem do domu i zaczął rozmawiać z Edwardem. Resztę wieczoru spędzili na wspólnych rozmowach. W końcu Henryk miał właśnie spędzić ostatnie chwile z Edwardem, którego nazywał nawet dziadkiem. Rozmawiali o zabiciu niedźwiedzia, ale nie o ucieczce. Henryk nie pochwalił się swoim planem, gdyż planował dokonać tego w tajemnicy. Była to jego jedyna szansa i nie chciał, aby ktokolwiek pokrzyżował mu plany, więc nie powiedział nawet Edwardowi. Następny dzień minął całkowicie normalnie. Henryk zajmował się swoimi codziennymi obowiązkami. Chciał wyruszyć wieczorem, aby nikt nie zauważył jego zniknięcia. Kiedy słońce zaczęło zachodzić, Henryk spakował plecak i wyruszył. Dotarcie do celu nie było jednak takie proste, jakim się wydaje. W nocy na wyspie bardzo często występowały śnieżyce, a Henryk musiał przebyć kilkanaście kilometrów pieszo. Po kilkunastu minutach wędrówki dotarł do miejsca, w którym poziom śniegu sięgał kolan. Henryk nie poddawał się. Szedł do przodu, pomimo że cały czas musiał mierzyć się ze śnieżycą. Oczywiście starcowi, który zajmował się sprowadzaniem towaru, wszystko szło o wiele sprawniej, gdyż posiadał on sanie. Jemu wystarczało trochę mniej niż godzina, aby się tam dostać. Dlatego też starzec smacznie spał sobie w domu, aby wyruszyć z samego rana. Henryk potrzebował na to kilku godzin, więc wyruszył wieczorem. Chłopiec nie poddawał się i szedł przed siebie. W pewnym momencie było mu już strasznie trudno, bo zapadła całkowita ciemność. Było mu już za zimno, by iść dalej, więc rozpalił ognisko. Chłopiec leżał przy ogniu i zastanawiał się czy to w ogóle ma sens, czy on w ogóle da radę tam dotrzeć. Był zmęczony i nie chciał wstawać, bo przy ogniu było mu ciepło. Chłopiec zrobił się śpiący, oczy zaczynały mu się zamykać. W pewnym momencie stało się — chłopiec zasnął. Nie spał zbyt długo. Po dwóch godzinach snu obudził go silny podmuch wiatru. Chłopiec otworzył oczy i zobaczył, że ogień zgasł. Ucieszył się, że wiatr go obudził, gdyż w przeciwnym wypadku mógłby zamarznąć. Henryk miał już niewiele czasu. Nie wiedząc ile zostało mu do świtu, wstał i poszedł przed siebie. Szedł tak przez kolejne trzy godziny, aż w pewnym momencie dostrzegł swój cel. Był to malutki port z miejscem na dwa statki. Zaczynało już świtać, ale statku jeszcze nie było. Henryk położył się za kamieniem i czekał na przybycie statku lub starca. Zmęczony chłopiec ponownie zasnął. Przypomnijmy, że miał on dopiero 11 lat. Co obudziło go tym razem? Tego nikt nie wie. Możliwe, że było to przeczucie, bo chłopiec obudził się idealnie w momencie, w którym starzec dokonywał zakupu. Mężczyzna wynosił ze statku drewniane kłody, a starzec układał je na sanie. Oprócz drewna, starzec zakupił również pożywienie. Henryk przez cały czas zastanawiał się nad tym, jak mógłby niepostrzeżenie dostać się na statek. Zastanawiał się bardzo długo, ale niczego nie wymyślił. Jak się okazało, zastanawiał się za długo, bo starzec już zabrał się ze swoimi saniami, a mężczyzna wsiadł z powrotem na statek. Henryk nie do końca wiedział co ma zrobić, ale ciało zrobiło wszystko za niego. Chłopiec pod wpływem emocji zaczął po prostu biec w stronę statku. Co dziwne, udało mu się bez problemu wbiec na pokład, bo kapitan akurat w tym momencie spisywał dziennik pokładowy. Zatem udało się. Chłopiec schował się w jakiejś starej, zakurzonej szafie, która stała na dolnym pokładzie. Był bardzo podekscytowany, bo w końcu udało mu się wyrwać z wyspy.
Henryk mógł spokojnie przeczekać rejs w kryjówce i spróbować wysiąść niepostrzeżenie w porcie. W końcu niczego mu nie brakowało. W swoim plecaku miał wodę i pożywienie. Mimo to chłopiec popełnił wielki błąd i opuścił kryjówkę. Postanowił rozejrzeć się po okręcie. Uchylił zatem po cichu drzwi szafy, w której się chował i wychylił głowę. Rozejrzał się, a gdy zobaczył, że w pomieszczeniu nikogo nie było, wyszedł, aby rozprostować nogi i trochę się porozglądać. Pomieszczenie, w którym się znajdował wyglądało na graciarnię. Było tam pełno zakurzonych rzeczy, których nikt nie używał od lat. Po jednej stronie pomieszczenia znajdowały się wszystkie porzucone przedmioty, a po drugiej można było dostrzec schody prowadzące na górny pokład. Henryk postanowił nie wychodzić na górę, gdyż miał ze sobą jedynie sztylet, którym wcześniej zabił niedźwiedzia, a przecież nie wiedział czy jednoosobowa załoga statku będzie dla niego przyjazna. W końcu wkradł się on na statek bez absolutnie żadnego pozwolenia. Zaczął zatem przegrzebywać wszystkie stare przedmioty, które znajdowały się obok niego. Było tam pełno skrzyń, starych mebli, mnóstwo książek i wielu innych zakurzonych przedmiotów. Henryk znalazł trochę kosztowności, które postanowił sobie przywłaszczyć. Zabrał trochę złota, które znalazł w skrzyni i wsypał je do kieszeni swojego plecaka. Kiedy tak przegrzebywał tę skrzynię, to nagle pod stertą monet zauważył coś dziwnego. To była klinga szabli. Henryk postanowił od razu przywłaszczyć sobie szablę, która była przecież o wiele większa niż jego malutki sztylet. Właśnie w tym momencie Henryk zrobił najgłupszą rzecz, jaką tylko mógł w tej sytuacji uczynić. Stwierdził on, że skoro ma odpowiednich rozmiarów broń, to może przejąć kontrolę nad statkiem. Postanowił wyjść na górny pokład, przystawić kapitanowi szablę do gardła i stanowczo stwierdzić, że przejmuje kontrolę nad statkiem. Jak pomyślał, tak zrobił. Henryk bez dłuższego zastanowienia, wybiegł na górny pokład, podbiegł do kapitana i natychmiast zatrzymał się, bo stojący za sterami statku człowiek bez chociażby spojrzenia na chłopca, wyjął pistolet i przystawił go Henrykowi do głowy.
— P-Przejmuję kontrolę nad tym statkiem… — wyjąkał przerażony Henryk, przystawiając szablę do gardła mężczyzny.
— Ty? Coś mi się nie wydaje! — odparł rozśmieszony mężczyzna, po czym złapał i związał jedenastoletniego chłopca, a następnie wrzucił go do małej, zakratowanej kabiny. Kabina, a właściwie cela więzienna, znajdowała się dosłownie kilka metrów za sterem, a więc Henryk mógł jedynie obserwować plecy sterującego statkiem mężczyzny. Chłopiec podbiegł do krat od razu po tym, jak został siłą wrzucony do celi. Wykrzykiwał on, aby mężczyzna go wypuścił, ale bezskutecznie. Mężczyzna jedynie odwrócił się na kilka sekund. Kiedy Henryk zobaczył jego twarz, wówczas przeszły go ciarki. Mężczyzna miał bowiem spojrzenie zabójcy. Jego twarz była prawie cała zasłonięta gęstą, czarną brodą i jeszcze gęstszymi wąsami. Po kilku minutach bezskutecznego wykrzykiwania, Henryk zrozumiał, że niczego nie wskóra. Usiadł wówczas w kącie celi i zaczął płakać. Przecież chciał on jedynie wydostać się z wyspy, która nie dawała mu żadnej perspektywy lepszego życia, a teraz płynął statkiem, zamknięty w celi i kompletnie nie wiedział, co się z nim stanie.
Minęły dwa dni. Henryk właśnie wybudził się ze snu. Podszedł do krat, aby obejrzeć wschód słońca, który tego dnia był wyjątkowo piękny. Henryk był głodny i zmęczony. W końcu niczego nie jadł od dwóch dni. Przez kilka minut zastanawiał się, kiedy w końcu dopłyną i czy dostanie wtedy coś do jedzenia, kiedy nagle zauważył, że statek się nie porusza. Usłyszał jakieś głosy z prawej strony, ale nie mógł niczego zobaczyć, bo znajdował się w celi bez okien, której drzwi były ustawione w innym kierunku. Henryk docisnął twarz do krat, aby spojrzeć w prawo, a dzięki temu dostrzegł kątem oka, gdzie się znalazł. Była to malutka wyspa. Była ona dosłownie tak mała, że z jednego końca można było dostrzec drugi. Prawie całą wyspę zajmował budynek, który kształtem przypominał zamek z czterema wieżami przy kątach budowli. Było tam pełno zakratowanych okien. Henryk miał co do tego złe przeczucia. Nagle zauważył dwóch mężczyzn obok bramy dziwnego budynku. Jeden z nich wyglądał znajomo. To był człowiek, który wrzucił go do tej celi! Rozmawiał on z jakimś elegancko ubranym mężczyzną. Nagle mężczyzna, który porwał Henryka podał pieniądze elegancko ubranemu mężczyźnie, a następnie wskazał palcem na chłopca uwięzionego w celi. Kiedy Henryk to zobaczył, bardzo się przestraszył. Mężczyźni zaczęli iść w stronę statku. Przestraszony Henryk biegał po celi i uderzał pięściami w ściany. W panice myślał, że to pomoże mu się wydostać. Nagle do krat podszedł mężczyzna ubrany w garnitur, otworzył je i wszedł do celi. Mężczyzna powoli podszedł do Henryka, a następnie rzucił się na niego i związał mu ręce.
Henryk był prowadzony przez mężczyznę prosto do przerażającego budynku. Pogoda jedynie dodawała upiornego klimatu. Nad budowlą rozciągały się burzowe chmury, które raz na kilka sekund ciskały piorunami w różnych kierunkach. Henryk był cały przemoknięty, ponieważ z nieba padał naprawdę silny deszcz. Związany chłopiec musiał przejść blisko dwieście metrów w naprawdę silnej ulewie, a przecież nawet nie wiedział dokąd idzie. Wiedział jedynie, że zmierza do jakiegoś dziwnego, przerażającego budynku. Nie wiedział jednak czym był ten budynek, ani co znajdowało się w jego wnętrzu. Kiedy mężczyzna doprowadził chłopca pod samą bramę, nagle kazał mu się zatrzymać. Henryk spojrzał ze zdziwieniem na mężczyznę, który bez słowa wskazał palcem na dziurę, znajdującą się dwa metry przed nimi. Henryk powolnym krokiem podszedł do dziury i zajrzał w głąb. Jak się okazało, kamienna ścieżka, którą podążali była oddzielona od wyspy, na której znajdowała się budowla. Przerwa pomiędzy jedną stroną, a drugą wynosiła mniej więcej siedem metrów. W dziurze można było dostrzec jedynie falującą wodę. Nagle ze strony budowli podbiegł jakiś biednie ubrany mężczyzna. Położył on kładkę nad dziurą, która oddzielała dwie części wyspy. Henryk poczuł popchnięcie. Prowadzący go mężczyzna popchnął go lekko w stronę kładki. Kładka była bardzo wąska. Henryk musiał iść bokiem, aby ją pokonać. W pewnym momencie się nawet zachwiał, ale na szczęście udało mu się bezpiecznie przedostać na drugą stronę. Kiedy Henryk dotarł już na drugą stronę, odwrócił się, aby zobaczyć jak idzie mężczyźnie, który go tu przyprowadził. Ku jego zdziwieniu, mężczyzna był odwrócony plecami i zmierzał w przeciwnym kierunku. Henryk spojrzał na biednie ubranego mężczyznę, który wcześniej położył kładkę. Mężczyzna był ubrany w brudną koszulę, dziurawy płaszcz i stare, podarte spodnie.
— Witaj w naszych skromnych progach! — szepnął cicho mężczyzna.
— O co tutaj chodzi?! Gdzie ja się w ogóle znalazłem?! — wykrzyknął przerażony chłopiec.
— Jak to? To ty o niczym nie wiesz? — zapytał zdziwiony mężczyzna. — No dobrze, a więc wszystko ci wytłumaczę. To miejsce jest największym więzieniem w okolicy. Sprowadzamy tutaj największych zbrodniarzy tego świata, a oni stanowią darmową siłę roboczą. Wyglądasz na bardzo młodego… Co strasznego przeskrobałeś w tak młodym wieku?
— Jakie więzienie? Jaki zbrodniarz? Ja niczego nie zrobiłem!
— Jasne! Każdy tak mówi! — odparł niczym nie wzruszony mężczyzna, a następnie szarpnął Henryka za ubranie i zaprowadził go do środka budynku.
Mężczyzna wtrącił Henryka do celi. Chłopiec był przerażony, bo znów trafił do celi więziennej. Podbiegł do krat i zaczął je szarpać.
— Przestań! — wykrzyknął strażnik. — Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego ile te kraty kosztowały!
Henryk odwrócił się, aby obejrzeć celę. Była ona znacznie większa od tej na statku. W celi znajdowało się jedynie piętrowe łóżko. Henryk był przerażony stanem celi. W końcu wcześniej powiedziano mu, że to największe więzienie w okolicy. Najwidoczniej największe nie jest równoznaczne z najlepszym — pomyślał. Kiedy Henryk rozglądał się po celi, nagle zauważył coś dziwnego w kącie. Kąt celi był wypełniony ciemnością, ale dało się w nim dostrzec sylwetkę jakiejś postaci. Okazało się, że Henryk miał współlokatora! Wydawał się on jednak dziwny. Nie odzywał się, ale wciąż spoglądał na Henryka. Była to czarna, zakapturzona postać, która siedziała w kącie. Zdawało się, że oczy tego człowieka połyskiwały. Wyglądały jakby świeciły na czerwono, ale to zapewne robota wyobraźni Henryka. Patrzyli sobie w oczy przez dobrą minutę, ale żaden z nich się nie odezwał. Henryka przeszły ciarki. Postanowił on, że odsunie się trochę do tyłu. Henryk cofał się, aż w końcu spotkał się ze ścianą. Jego współlokator wciąż nie odrywał od niego wzroku.
— K-Kim jesteś? — zapytał niepewnie Henryk.
— Na imię mi Rafael.
— W-Więc to nasza wspólna cela?
— Tak mi się zdaje. — odparł Rafael. — Skąd ty się tutaj w ogóle wziąłeś? Ile ty w ogóle masz lat?
— Mam jedenaście lat i nie mam pojęcia dlaczego się tutaj znajduję… Chciałem przeżyć przygodę, a nie spędzić resztę życia w więzieniu… — powiedział Henryk, a następnie zakrył twarz, aby ukryć łzy.
— Właśnie tak wyglądają przygody. Ci goście zamykają tutaj każdą osobę, która wyda im się bezbronna. Tak naprawdę mało kto jest tutaj przestępcą.
— Może da się coś zrobić? Moglibyśmy na przykład uciec! Tak! Moglibyśmy uciec i powiedzieć światu o tym wszystkim, co się tutaj wyprawia!
— Niestety, ale to niemożliwe. Miałem kiedyś przyjaciela, którego złapano razem ze mną. Siedzieliśmy razem w tej celi, kiedy on wymyślił, aby spróbować uciec. W ten sposób straciłem przyjaciela. — wyznał Rafael. — Strażnik nie domknął drzwi, a my postanowiliśmy to wykorzystać. Nie mieliśmy kompletnie żadnego planu działania. Po prostu wyszliśmy z celi. Udało nam się zgrabnie ominąć wszystkich strażników, ale niestety nie przewidzieliśmy jednego. Oni wszyscy wiedzieli o tym, że uciekliśmy i po prostu czekali. Chcieli, abyśmy znaleźli się na zewnątrz, bo tam mogli nas po prostu zastrzelić i wrzucić do wody. Ja zorientowałem się w porę i wróciłem do celi, ale mój przyjaciel zginął tamtej nocy. Wiem, że to może wydawać się niedorzeczne, ale oni są połączeni z tym miejscem. Nie wiem jak to możliwe, ale oni po prostu czują, co się tutaj dzieje. — stwierdził zmarnowany Rafael, a następnie odwrócił wzrok i przestał odpowiadać na pytania Henryka.
Tej nocy Henryk nie mógł spać. Przez długi czas wpatrywał się on w swojego towarzysza, który również nie śpiąc, wciąż siedział w tym samym miejscu oraz w tej samej pozycji. To było trochę przerażające dla Henryka, ale nie bał się on już tak bardzo, bo znał historię Rafaela i wiedział, że jego bezsenność jest spowodowana przeżyciami. Chłopiec miał ogromny problem z zaśnięciem, ale w końcu mu się udało. Jego sen nie potrwał jednak zbyt długo, ponieważ już o godzinie piątej rano, strażnicy zaczęli budzić wszystkich więźniów. Kiedy Henryk otworzył oczy, ujrzał strażnika uderzającego w kraty celi od zewnętrznej strony oraz Rafaela, który wciąż siedział w kącie i ani nie myślał zasnąć. Strażnik wykrzykiwał, że więźniowie mają trzy minuty, aby znaleźć się na więziennej stołówce. Rafael po raz pierwszy od przybycia Henryka wstał.
— Chodź — odezwał się cicho do Henryka i wyszedł z celi.
Henryk po prostu wstał i poszedł za nim. Po wyjściu z celi, Henryk ujrzał długi korytarz, który zbudowany był z kamiennych cegieł. Na jego końcu znajdowały się duże drzwi, które prowadziły na stołówkę. Przerażony Henryk podążał za strażnikiem, ale Rafael nie miał zamiaru pokazywać strachu. Prawdę powiedziawszy, on nie odczuwał żadnego strachu. W końcu był tam już wiele lat. Rafael bez problemu wyprzedził strażnika i nieco szybszym tempem zmierzał w stronę stołówki. Strażnik nie reagował, ponieważ był już do tego przyzwyczajony. Henryk był zdumiony postawą Rafaela i postanowił zrobić to samo, jednak po wyprzedzeniu strażnika, poczuł silne uderzenie z tyłu głowy. To przemówiło mu do rozumu. Był tutaj nowym więźniem i nikt go nie znał. W przypadku Rafaela było inaczej, bo każdy strażnik wiedział, że ten i tak nie będzie próbował uciec. Strażnicy wciąż prowadzili więźniów. Korytarz był naprawdę długi. Nagle, w połowie drogi, Henryk dostrzegł drzwi, które wyróżniały się spośród pozostałych. Nie posiadały one krat. To były piękne, drewniane drzwi, pomalowane na kolor czarny. Nad drzwiami znajdowała się złota tabliczka z czarnym napisem: „Juri”. Henryk pomyślał, że to musi być właściciel. Jego przemyślenia zostały bardzo szybko przerwane głośnym odgłosem otwierania drzwi. Byli już na miejscu. Oczom Henryka ukazała się pokaźnych rozmiarów stołówka. Była to bardzo duża sala, w której znajdowało się jedynie kilkanaście stołów. Henryk wraz z Rafaelem usiedli przy jednym z nich. Chłopiec rozglądał się po całej stołówce. W pewnym momencie dostrzegł, dużego, umięśnionego mężczyznę z całą masą tatuaży, który siedział dwa stoły dalej.
— Kto to taki? — zapytał Henryk.
— Kto? On? To jest Duży Fred. — odparł Rafael. — Wydaje się groźny, ale tak w rzeczywistości, śpi z pluszowym misiem.
Nagle ich rozmowę przerwał głośny trzask. Do sali wszedł jakiś mężczyzna z dwoma strażnikami.
— Och, po prostu świetnie… Będzie przemowa… — westchnął Rafael.
Mężczyzna stanął na środku sali. Był on ubrany w czarny mundur, a na piersi nosił kilka medali. Mężczyzna miał długą, brązową brodę, która zrastała się z równie gęstym wąsem. Zdjął on nakrycie głowy i dumnie uniósł głowę.
— Podobno mamy kilku nowych więźniów! To naprawdę świetna wiadomość! Dlatego postanowiłem przeprowadzić ten apel. — zaczął mężczyzna. — Moi drodzy! Nazywam się Juri i jestem właścicielem tej instytucji, a od dzisiaj również waszym. Postanowiłem, że szybko i krótko przytoczę wam kilka zasad, których powinniście przestrzegać, jeśli chcecie przeżyć. Zabrania się unikania pracy. Każdy zobowiązany jest do wykonywania swoich obowiązków. Zabrania się również narzekania na mnie oraz na panujące tutaj zasady. Ostatnia, najważniejsza zasada jest dosyć oczywista. Jeżeli chcecie przeżyć, to nie próbujcie uciekać. Dzisiaj mam dobry humor, więc wyjątkowo dam wam dwadzieścia minut na jedzenie, zamiast piętnastu. Bardzo serdecznie dziękuję wam wszystkim za uwagę. Do następnego spotkania! W razie wszelakich wątpliwości, zapraszam do mojego gabinetu, do którego macie absolutnie zabroniony wstęp. Jeśli ktoś postanowi mnie odwiedzić, to jego głowa zawiśnie nad moim kominkiem. Życzę miłego dnia! — Powiedział, a następnie dumnym krokiem wyszedł z sali.
Juri był bardzo surowy. W końcu jego życie nie było łatwe. Miał on bardzo trudne dzieciństwo. Nigdy nie posiadał kochających rodziców. W wieku pięciu lat został zabrany od rodziców, aby następnie zostać wyszkolonym na świetnego żołnierza. W ośrodku był traktowany, jak piąte koło u wozu. Pomimo tego, że został tam zaciągnięty pod przymusem, to i tak nikt go tam nie chciał. Same ćwiczenia były nadzwyczaj trudne. Juri często wracał z nich cały we krwi. Warunki w ośrodku były niehumanitarne. Wszyscy spali na podłodze i mieli jedynie koce, aby się przykryć. To wszystko po to, aby wychować ich na twardych mężczyzn, gotowych do oddania życia za swojego przywódcę. Chodziło o to, aby byli gotowi na wszystko, aby nie zastanawiali się nad niczym podczas ataku. W końcu ten tragiczny czas dobiegł końca. Po zakończeniu szkolenia, Juri miał wrócić do domu i być gotowym na wezwania, jednak to się nigdy nie wydarzyło. Kiedy Juri spakował swoje rzeczy i już opuszczał ośrodek, w którym go szkolono, wówczas z syren dał się usłyszeć głośny alarm. Był to alarm, który ostrzegał przed nadchodzącym wojskiem wroga. Wtedy właśnie rozpoczęła się pierwsza prawdziwa bitwa w życiu Juriego. Była to bardzo krwawa bitwa, która zebrała ogromne żniwa. Po tym zdarzeniu, Juri przeżył dziesięcioletnią wojnę, która zmusiła go do zabicia ogromnej ilości ludzi. Sam Juri cudem uszedł z życiem. Z jego kilkuset kolegów, przeżyło tylko kilkunastu. Juri przez cały ten czas pisał listy do matki, która na początku mu odpisywała, ale po czterech latach przestała. Takim właśnie sposobem, Juri spędził kolejne sześć lat wojny, zastanawiając się nad tym, co stało się jego matce. Nieustannie wysyłał listy, ale nie dostawał absolutnie żadnych odpowiedzi. Kiedy wojna dobiegła końca, Juri w końcu wrócił do domu. Myślał wówczas, że całe jego życiowe cierpienie się skończyło, oraz że wyczerpał się jego limit nieszczęść, jednak bardzo szybko zorientował się, że to dopiero początek. Juri podszedł do swojego domu i zapukał do drzwi. Zrobił to chyba trzy razy, ale nikt nie otwierał. Finalnie postanowił, że weźmie sprawę w swoje ręce i wdrapał się po odstającej desce na drugie piętro, aby wejść przez otwarte okno. Kiedy wszedł do środka i zszedł na dół, wówczas zobaczył coś okropnego. Zobaczył on dwa nagrobki. Tak po prostu stały sobie w salonie. Nie miał pojęcia, co się stało, ani dlaczego nagrobki stały na środku pokoju. Kiedy podszedł bliżej, zobaczył, że na nagrobkach zapisane były imiona jego rodziców. Juri nie mógł w to uwierzyć. Uklęknął przed nagrobkami i zaczął płakać. Płakał tak przez bardzo długi czas. Nie dlatego, że tęsknił za rodzicami, bo tak w rzeczywistości, nie pamiętał ich, ale dlatego, że nie zdążył ich dobrze poznać. Po dziesięciu dniach, które spędził w ogromnej rozpaczy, otrzymał list od lokalnego listonosza. List był wezwaniem do służby wojskowej. Juri nie mógł w to uwierzyć. Dopiero wrócił z wojny i już musiał uczestniczyć w kolejnej. Nie zawahał się jednak, ponieważ został przeszkolony tak, aby służyć swojemu dowódcy, a i w domu już nic go nie trzymało. Po przeżyciu kolejnej, tym razem nieco krótszej wojny, Juri poznał pewną kobietę, która później urodziła mu syna. Nazwali go Vladimir. Juri w spokoju wychowywał swojego syna przez dwadzieścia lat, ale któregoś dnia wrócił do domu i zauważył, że tego tam nie było. Pomyślał wówczas, że Vladimir na pewno gdzieś sobie wyszedł. Niestety, jego syn nie wracał. Mijały dni, tygodnie, miesiące, a jego wciąż nie było. Juri miał lekkie problemy ze swoją psychiką. To zapewne przez to wszystko, co go spotkało. Jednak przez swoje zaburzenia stwierdził, że to jego żona zabiła Vladimira, oraz że po prostu boi się do tego przyznać. Juri nie miał najmniejszego problemu z tym, aby zabić tę kobietę. Zrobił to po cichu, w nocy, kiedy spała. Zakopał ją w ogrodzie i zapomniał o tym. Dopiero po tygodniu zrozumiał, co zrobił. Teraz nie miał ani syna, ani żony. Juri zrozumiał również, że to nie ona zabiła ich syna. Dlaczego miałaby to zrobić? Przecież była kochającą żoną oraz matką. Juri nie mógł się pogodzić z tym, co się stało. Stracił rodziców, przeżył dwie wojny, podczas których musiał zabić naprawdę wiele osób, jego syn zniknął w nieokreślonych okolicznościach, a teraz jeszcze zabił swoją własną żonę. Juri stwierdził, że stał się potworem i poszedł nad pobliski klif, aby po prostu się z niego rzucić. Kiedy jednak stał nad klifem, uświadomił sobie, że wcale nie chce skakać. Czuł się doskonale ze swoim obrzydliwym wnętrzem, oraz z tym, że stał się potworem. Co więcej, miał ochotę powtórzyć swoje czyny. Jak już wiadomo, Juri miał zaburzenia psychiczne, więc nie tylko jego trudne życie miało wpływ na tę decyzję. On po prostu miał chęć do czynienia złego. Po niedługim czasie, Juri założył swoją własną organizację, która zajmowała się okradaniem ludzi i braniem ich do niewoli, aby następnie wykorzystać ich, jako darmową siłę roboczą. W przypadku, kiedy taki człowiek by się sprzeciwił, Juri pozbyłby się go w trybie natychmiastowym. W taki oto sposób narodził się Juri — dyktator, który nie posiadał ani odrobiny litości, który mordował ludzi, a przed tym więził ich przez bardzo długi czas. Teraz Henryk znalazł się w jego więzieniu, które funkcjonowało już przez naprawdę wiele lat.
Krótko po tym, jak Juri opuścił salę, do stołów zaczęli podchodzić ludzie, którzy swoim ubiorem, przypominali kucharzy. Każdy więzień dostał talerz z pięcioma mięsnymi kulkami oraz szklankę wody. Henryk dotknął palcem kulki mięsnej. Ku jego zdziwieniu, była ona twarda jak skała. Henryk nie do końca wiedział jak ma zjeść swój posiłek, ale był bardzo głodny, więc szybko wpakował mięsną kulkę do ust. Kiedy spróbował ją ugryźć, poczuł ogromny ból zęba. Szybko postanowił wlać trochę wody do ust. Wtedy kulka stała się odrobinę bardziej miękka. Wciąż była okropnie twarda, ale Henryk dał radę ją przegryźć. Rafael pierwszy raz od dnia poprzedniego, pewnie odezwał się do Henryka. Powiedział mu, aby szybciej jadł posiłek, bo zaraz braknie mu czasu, a to jedyne, co będą dzisiaj jedli. Tak jak powiedział, tak też się stało. Pięć minut później do sali weszło trzech strażników, a każdy z nich zabrał ze sobą grupę więźniów. Henryk znów znalazł się w długim korytarzu. Tym razem przemieszczali się w drugą stronę. Z drugiej strony były równie wielkie drzwi, jak do stołówki, ale te prowadziły na plac. Kiedy więźniowie znaleźli się na zewnątrz, wówczas dostali kilofy. Ich zadaniem było rozłupywanie sporej wielkości kamieni, które niedawno zostały wydobyte z pobliskich jaskiń podwodnych. Podobno miały one zawierać kryształy, złoto lub inne cenne surowce. Henryk trzymał kilof w dłoni i spoglądał na niego. Nie do końca wiedział, jak zabrać się do pracy. W końcu wziął jeden z kamieni i zaczął w niego uderzać. Praca okazała się o wiele prostsza niż mu się wcześniej wydawało. Cały wysiłek polegał na uderzaniu kilofem w kamień. Mimo to, całodniowe uderzanie kilofem w kamienie było co najmniej wykańczające. Henryk wciąż spoglądał na Dużego Freda, który niszczył kamienie jednym uderzeniem kilofa. Tak minął cały dzień. Więźniowie przez czternaście godzin uderzali kilofami w kamienie. Pracę zaczęli o godzinie szóstej, a zakończyli o dwudziestej. Nie był to jednak koniec codziennych czynności, bo więźniowie musieli sami wyprać swoje ubrania. Pranie musieli robić w tym samym miejscu, w którym się myli — pod prysznicem. Kabiny z prysznicami były trzy, a więźniów było około trzydziestu. Każdy musiał zrobić pranie oraz umyć się, ale musiał również robić to bardzo szybko, bo wszyscy mieli łącznie godzinę czasu na wykonanie tych czynności. W końcu przyszła upragniona godzina dwudziesta pierwsza. Wszyscy mogli udać się do swoich cel. Tym razem Henryk nie miał problemu ze snem. Rzucił się na łóżko i zaczął zasypiać. Jednak zanim jego powieki się zamknęły, zobaczył on, że Rafael usiadł w kącie, zamiast położyć się na łóżko. O co mogło chodzić z tym człowiekiem? Czy on w ogóle nie sypia? — pomyślał Henryk.
— — -Ucieczka — — —
W ten sposób minęło naprawdę wiele czasu, a mianowicie pięć lat. Przez cały ten czas, Henryk i Rafael z dnia na dzień dogadywali się coraz lepiej. W końcu zaczęli ze sobą normalnie rozmawiać, a Henryk dowiedział się o Rafaelu wielu ciekawych faktów. Jedną z takich informacji było to, że Rafael odsiadywał tutaj wyrok za nielegalny przemyt broni oraz złota. Oczywiście ten wyrok nie przewidywał wyjścia na wolność. Okazało się również, że Rafael z jakiegoś dziwnego i nieznanego powodu, preferował spanie w pozycji siedzącej. Minęło pięć lat, a więc Henryk był już trochę starszy. Miał on już szesnaście lat. Było mu bardzo źle z tym, że musiał tutaj pracować, z tym, że odsiadywał karę, która nie powinna była go spotkać. W końcu nie zrobił niczego złego. Każdy dzień wyglądał tutaj tak samo. Rano wszyscy wstawali, aby zjeść śniadanie. Następnie pracowali przez czternaście godzin, prali swoje ciuchy i kładli się spać. Henryk zdążył się jednak przyzwyczaić.
Któregoś dnia, Henryk został wezwany do gabinetu Juriego na poważną rozmowę. Nie wiedział on, co go czeka, oraz czego Juri od niego chciał. Mimo wszystko Henryk bez zawahania wstał, kiedy strażnik powiedział, że Juri chce go widzieć. Kiedy dotarł pod drzwi gabinetu, zatrzymał się. Zapukał jedynie po cichu i zaczekał na odpowiedź.
— Proszę! — dał się usłyszeć głos Juriego.
Henryk nie wchodził do środka, ale za to wciąż stał pod drzwiami gabinetu i czekał.
— Proszę! — wykrzyknął nieco głośniej Juri, ale Henryk wciąż nie reagował.
W pewnym momencie Juri otworzył drzwi swojego gabinetu i spojrzał na Henryka. Jego spojrzenie dawało do zrozumienia, że Henryk go zdenerwował.
— Chłopcze, dlaczego nie wchodzisz do mojego gabinetu, kiedy cię o to proszę? — zapytał poirytowany Juri.
— Stanowczo zabronił pan wchodzenia do środka. — odparł Henryk. — Wspomina pan o tym podczas każdego apelu.
— Hmm… No dobrze, to mi się podoba. Zapraszam do środka. Tym razem wyjątkowo ci pozwolę.
Henryk wszedł za Jurim do gabinetu, a ten zamknął drzwi i kazał mu usiąść.
— Posłuchaj chłopcze. — zaczął Juri. — Jesteś już tutaj z nami od ponad pięciu lat i sprawujesz się nadzwyczaj dobrze. Chciałbym, abyś wiedział, że już nie jesteś więźniem. Od teraz jesteś honorowym pracownikiem tej placówki.
— Czy to oznacza, że będę mógł stąd wychodzić? — zapytał podekscytowany Henryk.
— Nie przesadzajmy. Nie mogę tak pochopnie podejmować decyzji. Na to będziesz musiał jeszcze chwilę poczekać. Jednakże mam dla ciebie ciekawą ofertę pracy.
— Zamieniam się w słuch. — stwierdził zaciekawiony Henryk.
— Henryku, od tej pory nie będziesz musiał pracować przez czternaście godzin dziennie. Nie będziesz również musiał rozłupywać kamieni przez cały dzień. W zamian za twoje zasługi, za twoją rzetelną pracę, pragnę zaoferować ci nową ofertę pracy. Będziesz zajmował się sprzątaniem. Jest to o wiele mniej męcząca praca, nie sądzisz? Będziesz mył podłogi oraz zbierał śmieci na terenie całej placówki. Pracować będziesz przez siedem godzin, albo tyle, ile zajmie ci ogarnięcie wszystkiego. To jak będzie? Wchodzisz w to?
— Jasne! — krzyknął ucieszony Henryk, wstając z fotela.
— Dobrze, dobrze, ale uspokój się. — odrzekł Juri, po czym dwa razy odmachnął ręką, sugerując Henrykowi, aby ten opuścił gabinet.
Henryk wstał i udał się w stronę drzwi. Wracając do celi, był bardzo podekscytowany. W końcu nie musiał już wykonywać tak ciężkiej, fizycznej pracy. Z jakiegoś jednak powodu, postanowił nie mówić o niczym Rafaelowi. Wrócił zatem do celi i o niczym nie mówił.
Kolejnego dnia, Henryk obudził się dosyć wcześnie. Wpatrywał się on w śpiącego Rafaela i zastanawiał się, czy mówić mu o swoim nowym zajęciu, czy nie. Nagle strażnik przerwał Henrykowi rozmyślanie, krzycząc, że przyszła pora na posiłek. Rafael obudził się, wstał i uśmiechnięty poszedł w stronę krat, które strażnik dopiero otwierał. Miał on zaskakująco dobry humor. Dopiero przy śniadaniu, Henryk postanowił przekazać Rafaelowi dobrą nowinę.
— Rafaelu, muszę ci coś powiedzieć.
— Zamieniam się w słuch.
— Pamiętasz jak wczoraj Juri poprosił mnie o przyjście do jego gabinetu?
— Oczywiście, że tak. — odpowiedział Rafael, lekko unosząc ton głosu. — Przecież nie było cię chyba z godzinę.
— Lepiej słuchaj, bo to będzie dla ciebie szok. — stwierdził Henryk, po czym opowiedział wszystko Rafaelowi. — Juri zaproponował mi lepszą pracę w zamian za dobre sprawowanie. Teraz mam tylko sprzątać całą placówkę.
— Co takiego?! — Rafael był tak zdziwiony, że aż popluł się jedzeniem, które aktualnie przeżuwał.
— Od teraz będę jedynie sprzątał!
Rafael miał naprawdę wiele pytań do Henryka, ale niestety, ich pogawędkę przerwał strażnik, który już zgarniał wszystkich do pracy. Oczywiście strażnik powiedział Henrykowi, aby ten udał się pod gabinet Juriego.
— Pogadamy wieczorem! — oznajmił Rafael w ostatniej chwili przed opuszczeniem stołówki.
Henryk pierwszy raz od kilku lat, udał się w innym kierunku. Dotarł pod gabinet Juriego i już miał pukać, kiedy nagle zobaczył coś tuż obok drzwi. To była miotła z przyklejoną kartką. Odkleił kartkę i przeczytał „To jest twoje wyposażenie. Wysprzątaj wszystko, a kiedy skończysz, będziesz mógł udać się do celi.”. Tak jak było napisane, tak też zrobił. Chwycił miotłę i zaczął zamiatać. Dopiero w tym momencie uświadomił sobie, że to nie będzie takie proste. „Tutaj chyba nikt nigdy nie sprzątał!” — pomyślał. Sprzątał tak przez kilkanaście minut, kiedy nagle dostrzegł Juriego, opuszczającego swój gabinet. Pomyślał sobie wówczas, że mógłby posprzątać gabinet pod nieobecność Juriego i przy okazji trochę w nim poszperać. Jak pomyślał, tak zrobił. Po cichu zaczął zbliżać się do gabinetu. Plan był taki, aby w razie wpadki powiedzieć Juriemu, że po prostu sprzątał. Henryk wiedział jednak, że pomimo tego miałby kłopoty za sprzątanie pod jego nieobecność. Mimo to nie zrezygnował. Podszedł do gabinetu, powoli uchylił drzwi i zajrzał do środka, aby upewnić się, że Juriego na pewno tam nie ma. Kiedy zrozumiał, że jest całkowicie sam, wówczas wszedł do gabinetu i zamknął za sobą drzwi. Przez moment zastanawiał się nad tym, czy nie zamknąć drzwi na zamek, ale szybko zrezygnował z tego pomysłu, ponieważ uświadomił sobie, że Juri na pewno pamiętałby, iż wcale nie zamykał drzwi. Henryk postanowił, że spróbuje znaleźć coś przydatnego. Nie miał pojęcia, czego szukał, ale miał silne przeczucie, że może wpaść na coś interesującego. W końcu miał niepowtarzalną okazję na zrobienie tego. Spoglądał zatem uważnie na wszystkie półki, zaglądał pod każdą ozdobę, ale nie mógł znaleźć nic istotnego. Czy ten człowiek naprawdę niczego tu nie trzyma? — pomyślał. Kiedy Henryk sprawdził już praktycznie każdy kąt, uświadomił sobie, że zostało mu jeszcze jedno miejsce. Była to szuflada biurka Juriego. Bohater podszedł do biurka i spróbował otworzyć szufladę, jednak ta była zamknięta na klucz. Henryk szarpał za szufladę, ale to nie przynosiło żadnego skutku. W pewnym momencie, Henryk podparł się nogą i z całej siły pociągnął za szufladę, która dosłownie wyleciała ze swojego miejsca, tak jakby nagle dostała napędu odrzutowego. Henryk przewrócił się, a szuflada z ogromną siłą uderzyła o ścianę i upadła na ziemię. Kiedy chłopak zajrzał do środka, zobaczył segregator z mnóstwem kartek. Ułożył je na biurku i zaczął je przeglądać. Henryk znalazł dwie bardzo ciekawe rzeczy, a mianowicie plan budynku oraz akta wszystkich więźniów. Byli tam również ci więźniowie, którzy już zdążyli pożegnać się z życiem. Henryk chwycił za ołówek, który leżał na biurku, oraz za jedną z pustych kartek, które również znajdowały się w szufladzie. Postanowił on, że przerysuje plan budynku na kartkę, a następnie zabierze ją ze sobą do celi. To mogło mu pomóc w ucieczce, o której tak bardzo marzył. Henryk już kończył przerysowywanie planu budynku, kiedy nagle dostrzegł Juriego zmierzającego w stronę gabinetu. Zobaczył go przez okno, które umiejscowione było obok drzwi wejściowych. Henryk spanikował i nie do końca wiedział, co powinien zrobić. Rozglądał się, jednocześnie zastanawiając się nad tym, gdzie mógłby się schować. Szybko wsunął szufladę z powrotem na jej miejsce. Właśnie w tym momencie usłyszał, jak Juri złapał za klamkę. Henryk nie mając dużo czasu, wsunął się pod biurko, obok którego właśnie się znajdował. Kiedy wchodził pod biurko, niechcący zrzucił jakąś kartkę z biurka na podłogę. Juri wszedł do gabinetu, podszedł do biurka i usiadł na swoim fotelu. Zdawało się, że zaczął coś pisać. Henryk niepostrzeżenie sięgnął po zrzuconą kartkę, która leżała pod fotelem Juriego. Na szczęście udało mu się to zrobić. Henryk wciąż zastanawiał się nad tym, dlaczego po prostu nie powiedział Juriemu, że zaczął sprzątać u niego w gabinecie. Zestresowany chłopak siedział pod biurkiem przez dobre pół godziny, ale Juri nie myślał nawet o tym, aby się stamtąd ruszyć. Po pewnym czasie, Henryk stwierdził, że skoro i tak nie ma nic innego do roboty, to zobaczy, czym jest kartka, którą podniósł z podłogi. Okazało się, że było to kilka spiętych ze sobą kartek. Były to akta jednego z więźniów, których Henryk najwidoczniej nie schował z powrotem do szuflady. Chłopak wyczytał z akt, iż należały one do więźnia, który dzielił celę z Rafaelem. To musiał być ten jego przyjaciel, który zginął podczas ucieczki! Okazało się, że Rafael tak naprawdę nie miał racji. Strażnicy wcale nie byli nadprzyrodzonymi istotami, które były połączone z więzieniem, które dokładnie wiedziały, co dzieje się na jego terenie. Choć czasami rzeczywiście tak się zdawało. Akta mówiły jednak co innego. Okazało się, że ta cała ucieczka Rafaela i jego przyjaciela była przewidziana i dokładnie przemyślana. Prawdę powiedziawszy, to była ona zaplanowana przez strażników. Chcieli się oni pozbyć więźnia sprawiającego problemy. Zaplanowali zatem całą akcję. Całe więzienie było przygotowane tak, aby ułatwić więźniom ucieczkę. Całość była przygotowana tak precyzyjnie, że Rafael pomyślał, iż strażnicy wiedzą o wszystkim. Zresztą gdyby wiedzieli o wszystkim, to Juri już znalazłby Henryka. No właśnie, przecież Henryk wciąż siedział pod biurkiem Juriego i nie do końca wiedział, co robić. Mógł on jedynie czekać, aż Juri opuści swój gabinet.
Henryk siedział już drugą godzinę pod biurkiem Juriego, który nie zamierzał ruszać się z miejsca. Czy on wychodzi z gabinetu tylko raz dziennie? — pomyślał Henryk. Juri już od dłuższego czasu się nie poruszył. Nie chodzi jednak o to, że nie wstał z fotela. On wciąż siedział w jednej pozycji i nie ruszał nawet nogami. W końcu Henryk postanowił lekko wychylić głowę, aby spróbować niepostrzeżenie sprawdzić, co Juri robił przez tak długi czas. Henryk powoli wysunął głowę. W tym momencie wszystko stało się jasne. Juri zasnął na fotelu! Najwidoczniej jego praca wcale nie była aż tak wymagająca, jak się wszystkim wydawało. Henryk po cichu wysunął się spod biurka, zabrał ze sobą przerysowany plan budynku oraz akta przyjaciela Rafaela, a następnie opuścił gabinet w naprawdę szybkim tempie. Był podekscytowany faktem, że udało mu się zdobyć tak istotne informacje. Jako, że dochodził już wieczór, Henryk postanowił jak najszybciej udać się do celi i opowiedzieć wszystko Rafaelowi. Chyba spędził tam o wiele więcej czasu niż mu się wydawało. Henryk z wielką energią wbiegł do celi, aby czym prędzej ukryć znalezione dokumenty pod materacem swojego łóżka. Po wykonaniu tej czynności odwrócił się w stronę Rafaela, który jak zwykle siedział w kącie. Kiedy jednak Henryk ujrzał Rafaela, bardzo się zdziwił.
— Co ty robisz? — zapytał zdziwiony Henryk.
— Gram na gitarze… To znaczy, uczę się grać, bo nawet nie wiem, jak się to trzyma. — odparł pewnie Rafael. — A co? Nie widać?
— Właśnie w tym rzecz, że widać. Skąd ty masz gitarę?
— Zabrałem… Pożyczyłem od tego dziwaka z celi obok. — rzekł Rafael, a później w ciszy spoglądał Henrykowi w oczy przez kilka sekund.
— W porządku… — powiedział niepewnie Henryk, powoli odwracając wzrok w stronę łóżka, pod którym schował dokumenty.
— No pewnie, że w porządku! W końcu będę miał co robić w tej starej celi!
— Rafaelu, muszę ci powiedzieć coś bardzo ważnego. — Henryk sięgnął po dokumenty.
— Co tam znowu przyniosłeś? Chyba nie zabrałeś niczego temu dziwakowi z celi obok? W końcu się wkurzy i trzeba będzie go sprzątnąć.
— Nie, znalazłem to w gabinecie Juriego.
— Co takiego? — Rafaelowi ledwo udało się wydusić z siebie te słowa, gdyż nie potrafił uwierzyć w to, co właśnie usłyszał.
— Zobaczyłem jak opuszcza gabinet, więc postanowiłem tam posprzątać, kiedy go nie będzie, a przy okazji poszukać czegoś ciekawego. — wytłumaczył Henryk.
— I co takiego znalazłeś?
— Lepiej się czegoś złap. — oznajmił Henryk. — Udało mi się znaleźć plany budynku, które postanowiłem przerysować na kartkę. Później przyniosłem tę kartkę tutaj. Zobacz sam! To mogłoby nam pomóc w ucieczce. — Henryk podał kartkę Rafaelowi.
— Oszalałeś?! Za chwilę tutaj przyjdą! Oni na pewno już wiedzą, że to zrobiłeś! Jesteśmy skończeni! — stwierdził przestraszony Rafael.
— Spokojnie! Nic nam nie grozi. — szybko odparł Henryk, po czym wyciągnął skradzione akta spod materaca. — Znalazłem akta twojego starego przyjaciela. Oni wcale nie wiedzą, co się tutaj dzieje. Wasza ucieczka była w pełni zaplanowana, ale przez nich! To oni zadbali, aby wydawało wam się, że wszystko idzie dobrze, a tak naprawdę czekali na zewnątrz i chcieli was zlikwidować. Tobie jednak udało się przetrwać.
Rafael długo wpatrywał się w Henryka i nie mógł uwierzyć, że zmarnował tyle czasu, który mógł wykorzystać na dobrze zorganizowaną ucieczkę. Henryk wraz z Rafaelem postanowili zatem, że solidnie zorganizują plan ucieczki. Rafael wiedział, że tym razem musiało się udać!
Kolejnego dnia Henryk i Rafael byli niewyspani. Właściwie, to nie spali oni nawet przez minutę. Przez całą noc planowali ucieczkę, rysowali po planie budynku, rozmyślali nad tym, jak zorganizować ucieczkę, jak nie zostać złapanym. Na planie budynku udało im się znaleźć kilka ciekawych elementów, o których wcześniej nie mieli nawet pojęcie. Były to między innymi zsyp na śmieci, czy dość rozbudowana kanalizacja pod więzieniem. Najlepszą opcją była kanalizacja, ale bohaterowie nie mieli możliwości dostania się do niej. To dlatego, że nie dało się do niej wejść! Wszystkie wejścia zostały zamurowane! Był jednak jeden sposób na to, aby się tam dostać. Kanalizacja była połączona ze zsypem na śmieci. Henryk i Rafael musieli dostać się do jednej z czterech wież strażniczych, bo to na jej szczycie znajdował się zsyp na śmieci. Zatem bohaterowie musieli dostać się do wieży strażniczej, wskoczyć do zsypu na śmieci, a następnie przedostać się do kanałów. Stamtąd mogli spokojnie wypłynąć z więzienia. Kolejny problem pojawiał się dopiero na tym etapie. Nie mieli oni żadnej łodzi, żadnego statku, nawet żadnej tratwy czy deski, której mogliby się trzymać. Musieliby przepłynąć wpław kilkaset kilometrów. Mimo to Rafael nalegał, aby spróbowali. Miał on już dość siedzenia w tym więzieniu i był gotów zaryzykować życiem, aby się stamtąd wydostać. Przyszli uciekinierzy zdecydowali, że podejmą się próby ucieczki. Chcieli rzetelnie przepracować cały dzień i uciec pod osłoną nocy. Podczas śniadania omówili pozostałe niedoskonałości ich planu, a następnie rozdzielili się. W końcu Henryk musiał wysprzątać całą placówkę, a Rafael dalej zajmował się ciężką pracą fizyczną. Dzień minął zwyczajnie. Rafael przez cały czas rozbijał kamienie na kawałki. Udało mu się nawet znaleźć kilka kryształów, co bardzo ucieszyło Juriego. Henryk również pracował rzetelnie tego dnia. Wysprzątał wszystko najdokładniej, jak tylko potrafił. Wytarł kurz spod każdej drobnej rzeczy w gabinecie Juriego oraz umył całą podłogę w placówce. Zrobienie tego nie należało do prostych zadań, ponieważ podłoga ta nie była myta przez kilkadziesiąt lat. Henryk był pierwszą osobą, która wzięła się za sprzątanie w tym więzieniu. Zarówno Henryk, jak i Rafael chcieli pokazać się z jak najlepszej strony, chcieli wykonać pracę w sposób dokładny. Wszystko to po to, aby strażnicy dali im spokój wieczorem. Chyba się im udało, bo wieczorem wrócili do celi i rzucili się na łóżka, a strażnicy nawet nie spoglądali na ich cele. Byli oni przekonani, że dwójka więźniów śpi jak zabita po ciężkim dniu pracy.
Dochodziła już północ, a Henryk wpatrywał się w sufit i nie mógł się doczekać ucieczki. Był trochę przestraszony, ponieważ zapowiadało się, że ucieczka nie zakończy się najlepiej. W końcu Henryk i Rafael musieli przepłynąć kilkaset kilometrów wpław. Z drugiej jednak strony, Henryk był podekscytowany. Nareszcie miał możliwość, aby wydostać się z niewoli. Zresztą Henryk kochał przygody, więc przepłynięcie wpław połowy oceanu nie było mu straszne. Nagle zegar zaczął bić — nastała północ. Rafael wstał i spojrzał na Henryka.
— Wstawaj! — powiedział Rafael bardzo stanowczym głosem.
Henryk wstał, spojrzał na Rafaela i jedynie pokiwał głową na znak tego, że jest gotów do działania. Rafael odwrócił się, spojrzał na kąt, w którym siedział oraz spał każdej nocy.
— Będzie mi brakować tego kąta… — oznajmił.
— Chyba żartujesz! — odrzekł zadziwiony Henryk. — Przecież spędziłeś tutaj wiele lat w niewoli!
— Mimo to przyzwyczaiłem się do tego miejsca… Ale masz rację! Nie zwlekajmy dłużej. Chodźmy!
Tak też zrobili. Nie zabrali niczego, ponieważ nie mieli żadnej własności.
— Henryku… Mamy pewien problem…
— O co chodzi?
— Przygotowaliśmy wszystko, przeanalizowaliśmy każdy szczegół, ale zapomnieliśmy o jednej bardzo istotnej rzeczy.
— O czym niby zapomnieliśmy? — zapytał Henryk, unosząc swój zdziwiony głos.
— Kraty od celi są zamknięte. Przecież nie możemy sobie tak po prostu wyjść!
Henryk wybuchnął śmiechem. Śmiał się przez kilka sekund i nie potrafił przestać. W końcu stanął prosto z pewną miną i spojrzał w oczy Rafaelowi. Nieustannie patrząc mu w oczy, uniósł dłoń, w której trzymał klucz.
— Mam to z gabinetu Juriego. — oznajmił rozbawiony Henryk. — Naprawdę myślałeś, że mógłbym zapomnieć o czymś tak prostym?
Henryk podszedł do krat, wystawił rękę z kluczem na zewnątrz, a następnie po cichu wsunął klucz do dziurki i otworzył kraty. Uciekinierzy postanowili wykorzystać bardzo starą sztuczkę. Ułożyli oni poduszki pod kołdrami, tak aby te przypominały ich śpiących, a następnie opuścili celę, zamykając przy tym kraty na klucz. Korytarz był niemalże w całości wypełniony całkowitą ciemnością, więc strażnicy nie byli w stanie dostrzec uciekinierów. Henryk i Rafael chcieli jednak zrobić wszystko idealnie, więc i tak się skradali. Nikt nie mógł ich zobaczyć, ale przecież można ich było usłyszeć. Chcieli temu zapobiec, więc przemieszczali się bardzo powoli, a każdy krok stawiali na palcach. Skradali się tak do najbliższego miejsca, w którym widoczne było światło — do końca korytarza. Tam pojawił się problem. Nasi bohaterowie musieli przejść przez doskonale oświetloną stołówkę, której pilnowało aż pięciu strażników. Henryk zatrzymał się pod drzwiami stołówki i zawahał się przez moment, ale Rafael nie miał zamiaru odpuścić. Już raz próbował uciec i nie skończyło się to dobrze. Rafael nie chciał powtórzyć żadnego błędu, nie chciał zostać w więzieniu na zawsze, ale nie chciał również ponownie stracić przyjaciela, tym razem Henryka. Dlatego bardzo szybko wymyślił, co mogliby zrobić. Mocno chwycił Henryka za przedramię i pociągnął go za sobą do stołówki, do której natychmiast wszedł. Zanim strażnicy zdążyli się zorientować, dwójka przyjaciół była już pod stołem. Henryk nie do końca wiedział, co zrobić, ale Rafael już kreował plan w swojej głowie. Nagle Rafael zaczął się czołgać. Czołgał się, aż dotarł do sąsiedniego stołu. Henryk nie wierzył, że to mogło się udać, ale mimo to zrobił dokładnie to samo, co Rafael, który już czołgał się do następnego stołu. Zarówno Henryk, jak i Rafael byli ogromnie zdziwieni, gdy udało im się dotrzeć w ten sposób na drugi koniec sali. Teraz pozostało jedynie dopełzać do drzwi i wydostać się ze stołówki. Rafael odrobinę obawiał się, że to może się nie udać, gdyż musiał wstać, aby chwycić za klamkę i otworzyć drzwi. Wówczas mógł zostać dostrzeżony przez strażników.
— Henryku, musimy to zrobić naprawdę szybko. — wyszeptał Rafael. — Musimy obaj wstać w tym samym czasie, podbiec do drzwi i czym prędzej opuścić salę. Wiem, że to niebezpieczne, ale to jedyny sposób.
— Jasne! Jestem gotów podjąć ryzyko. — odrzekł Henryk.
Rafael wstał, a Henryk powtórzył jego ruch. Strażnik spacerował od ściany do ściany. Aktualnie był odwrócony tyłem, ale pozostały mu jakieś trzy sekundy do obrotu. Kiedy Rafael to zrozumiał, wówczas natychmiast zerwał się do biegu. Rafael wraz z Henrykiem naprawdę szybko dobiegli do drzwi. Henryk chwycił za klamkę i uchylił drzwi. Strażnik był wówczas w połowie obrotu. Nasi bohaterowie czym prędzej opuścili stołówkę, zamykając za sobą drzwi. Zdążyli w samą porę! Strażnik obrócił się idealnie w momencie, w którym zamknęli drzwi. Rafael odetchnął z ulgą, ale Henryk miał nieco większy problem z opanowaniem emocji. Trzęsły mu się ręce, a on sam nie potrafił opanować oddechu. Rafael spoliczkował Henryka.
— Uspokój się! To jeszcze nie koniec! Jak skończymy, będziesz mógł sobie dygotać. — stanowczo oznajmił.
— P-przepraszam… — odparł Henryk, opuszczając głowę.
Dwójka przyjaciół spokojnie przeszła cały korytarz. W końcu dotarli do drzwi, które znajdowały się na jego końcu. To były drzwi do wieży strażniczej! Rafael złapał za klamkę i spróbował otworzyć drzwi, ale niestety, okazało się, że były zamknięte.
— Co my teraz zrobimy?! — zapytał przerażony Henryk.
— Cicho! Daj mi pomyśleć! Najpierw sam chciałeś uciekać i wszystko zaplanowałeś, a teraz się boisz?
— Nie, ani trochę się nie boję!
— Jasne… — rzekł drwiąco Rafael, a na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.
Nagle Rafael wpadł na pomysł.
— Będziemy musieli wyjść przez okno. — oznajmił.
— Słucham?
— Wyjdziemy oknem. Nie ma ono krat, ani nic takiego, więc nie będzie to problemem. Spróbujemy wspiąć się po cegłach na górę.
Plan Rafaela wydawał się irracjonalny. Przecież strażnicy z łatwością dostrzegliby dwójkę wspinających się uciekinierów. Pomimo tego, że zarówno Henryk, jak i Rafael, który był pomysłodawcą tego planu byli nie do końca przekonani, to i tak nie mieli oni innego wyjścia. Gdyby teraz wrócili do celi, na pewno zostaliby złapani. Nie zapominajmy jednak, że oni wcale nie chcieli wracać! Ich celem było wydostanie się z więzienia i zamierzali dokonać tego tej nocy. Obaj byli przerażeni tym, że mogą zostać złapani, ale również zdeterminowani do działania. Henryk jako pierwszy podszedł do okna, które znajdowało się obok drzwi do wieży strażniczej. Rafael podążał tuż za nim. Po krótkiej chwili obaj byli już na zewnątrz i trzymali się odstających od ściany budynku cegieł. Henryk spoglądał w dół, czego zabronił sobie kilkanaście sekund wcześniej. Na dole znajdowała się woda. Wzburzone fale rozbijały się o skały, które znajdowały się jakieś dziesięć metrów pod naszymi bohaterami. Rafael zaczął piąć się w górę, co pomogło Henrykowi przestać patrzeć w dół. Obaj wspinali się powoli, cegiełka po cegiełce. Byli bardzo ostrożni. Bardzo słusznie, gdyż budynek był dosyć wiekowy. W pewnym momencie Rafael usłyszał trzask. To Henryk postawił nogę na kolejnej cegle, która odpadła od ściany i poleciała w dół. Wpadła do wody, wcześniej rozbijając się o skały na kawałki. Na szczęście Henryk nie stracił równowagi i zdołał umieścić nogę na innej cegle. Kiedy bohaterowie wspięli się już na górę, Rafael lekko wystawił głowę, aby zobaczyć, czy jakiś strażnik obejmuje wartę na wieży. Nikogo tam nie było, więc Rafael wraz z Henrykiem szybko wskoczyli na wieżę i usiedli na podłodze. Obaj byli niezwykle uradowani, ponieważ udało im się niepostrzeżenie wspiąć na wieżę. Jak się okazało, rzeczywiście znajdował się tam zsyp na śmieci. Dosyć dziwne miejsce na coś takiego. Cóż, Juri był naprawdę dziwnym człowiekiem. Henryk podszedł do zsypu, podniósł klapę i powiedział do Rafaela, aby ten skoczył pierwszy. Rafael podszedł do zsypu, zajrzał do środka, a następnie wzruszył ramionami i wskoczył do środka. Henryk zaś skoczył za nim. Zsyp był dosyć długi. Henryk i Rafael jechali w dół przez pół minuty. Musieli być naprawdę głęboko pod ziemią. Chyba, że zsyp był pokręcony jak zjeżdżalnia. W każdym razie, kiedy w końcu zjechali na dół, wówczas wpadli do pomieszczenia pełnego śmieci. Problem polegał na tym, że tam nie było absolutnie żadnego połączenia z kanałami, które Henryk odkrył na planie budynku. Tam nie było nawet drzwi, które umożliwiałyby wyjście! To było pełne śmieci pomieszczenie, z którego nie było wyjścia.
— Co my teraz zrobimy?! — zapytał przerażony Henryk, który nie potrafił opanować emocji i bez przerwy chodził w kółko.
— Nie mam pojęcia. Tutaj nas przynajmniej nie znajdą.
— Co z tego, że nas nie znajdą?! Zginiemy tu! — wykrzyknął oburzony Henryk.
— Spokojnie! Jeszcze nic nie jest przesądzone. W końcu z każdej sytuacji musi być jakieś wyjście, prawda?
Rafael nie wiedział już do końca, czy pocieszał Henryka, czy samego siebie.
Nagle dało się usłyszeć okropnie głośne skrzypienie. Nasi uciekinierzy nie wiedzieli, co się dzieje.
— Po prostu fantastycznie! Teraz to się wkopaliśmy! — wykrzyknął Rafael, po czym usiadł pod jedną ze ścian.
— Chyba się teraz nie poddasz? — zdziwił się Henryk.
— A co innego mogę zrobić? Jesteśmy skończeni! Pogódź się z tym.
— Rafaelu! Przez cały czas powtarzałeś mi, żebym się nie bał, żebym był pewien i gotów do działania, a teraz masz zamiar się poddać?!
Rafael spoglądał na Henryka bardzo poważnym wzrokiem. W jego oczach było widać pustkę i rezygnację. Dlaczego tak nagle się poddał? Czy wydawało mu się, że poniósł porażkę? A może bał się, że przez niego zginą obaj? Nagle podłoga zaczęła się rozsuwać na dwie strony.
— Co jest grane?! — Rafael natychmiast powstał i maksymalnie przysunął się do ściany.
Henryk natychmiast zbliżył się do powstałej dziury, aby sprawdzić, co jest na dole. Ku jego zdziwieniu, na dole dało się dostrzec nieokiełznane płomienie, które zdawały się rozrastać we wszystkie strony.
— Rafaelu…
— Słucham cię, Henryku.
— W żadnym wypadku nie myśl, że miałeś rację. — oznajmił Henryk. — Otóż nie byliśmy skończeni. Teraz jesteśmy.
Przerażeni odsuwali się od krawędzi krok po kroku, kiedy nagle spotkali się ze ścianą. Podłoga, wciąż się rozsuwała. Henryk dosyć głośno żegnał się z życiem, wykrzykując, że to koniec, a Rafael w ciszy stał i spoglądał wytrzeszczonymi oczyma na zbliżającą się krawędź. W końcu dotarła ona do dwóch stojących pod ścianą, przerażonych przyjaciół. Podłoga wciąż przemieszczała się, aż w końcu całkowicie wsunęła się do wnętrza ściany. Jak nie trudno się domyślić, zniknęła ona spod nóg naszych bohaterów, którzy natychmiast zaczęli spadać w dół. Obaj wrzeszczeli tak głośno, jak tylko było to możliwe. Stało się jednak coś dziwnego. Henryk oraz Rafael przelecieli przez płomienie i wpadli do wody. Henryk leżał płasko na dnie. Po chwili wstał, a wówczas okazało się, że woda sięga mu jedynie do kolan. Henryk spojrzał w górę i zobaczył, miotacze ognia rozmieszczone na ścianach, które paliły śmieci ponad jego głową. Co zatem sprawiło, że ogień nie spalił naszych bohaterów? Prawdopodobnie szczęście. Musieli oni przelecieć idealnie w momencie, w którym miotacze się ładowały. Proces ten trwa około sekundy, więc szczęście naprawdę dopisywało naszym bohaterom. Henryk rozejrzał się, aby sprawdzić, gdzie się znaleźli. Nie mógł uwierzyć własnym oczom, kiedy zrozumiał, że znaleźli się w kanałach. To było to połączenie! — pomyślał.
— Rafaelu! Udało się! Teraz musimy jedynie odnaleźć wyjście! — oznajmił podekscytowany Henryk.
— Tak, musimy znaleźć wyjście i przepłynąć wpław pół oceanu. — przypomniał Rafael.
— No tak… Masz rację… Zapomniałem o tym… — odrzekł Henryk lekko zmarnowanym głosem.
— Spokojnie. Po tej zasłonie ognia, którą właśnie pokonaliśmy już nic mnie w życiu nie przestraszy.
Przepłynięcie wpław połowy oceanu nagle zaczęło być nieco większym problemem, aniżeli podczas planowania. W końcu wtedy Henryk jedynie o tym myślał, a teraz musiał rzeczywiście wskoczyć do wody i przepłynąć kilkaset kilometrów. Nie oznaczało to jednak, że miał zamiar się poddać. Rafael również nie planował rezygnacji. Po tym, co przeszli ciężko by było zrezygnować. Wbrew pozorom, to kanały były najtrudniejszym elementem ucieczki. Były kręte i można się było w nich bardzo łatwo zgubić. Dokładnie to przytrafiło się dwójce uciekinierów. Wszystkie korytarze wyglądały dokładnie tak samo. Były to korytarze o okrągłym kształcie. Pod nogami bohaterów płynęły ścieki, przez które ci musieli się przeprawiać. Henryk i Rafael błądzili przez kilka godzin. W dodatku przez cały ten czas musieli znosić bardzo nieprzyjemną woń, która unosiła się wewnątrz korytarzy. W końcu znajdowali się w kanałach.
— Myślisz, że już się zorientowali, że nas nie ma? — zapytał Henryk.
— Oczywiście, że tak! Przecież nie ma nas już od kilku godzin.
Henryk przez cały czas obawiał się, że strażnicy ich znajdą. Mogli domyślić się którędy Henryk i Rafael postanowili uciec. Tak właściwie, to nie było innej możliwej drogi. Po długim czasie błądzenia w długich i krętych korytarzach, Henryk poczuł się zmęczony. Co chwilę opadał z sił. Wydawało się, że zaczynał zasypiać w pozycji stojącej, ale Rafael nie pozawalał na to, aby Henryk zasnął. Błądzili tak naprawdę długo. Zaczęli się już nawet zastanawiać, czy nie odpocząć, czy nie położyć się spać. Już mieli to zrobić, kiedy nagle dostrzegli coś na końcu korytarza. Z tego korytarza nie było wyjścia. Przed nimi stała ściana. Korytarz był zamurowany! Rafael zaczął biec w stronę tej ściany, kiedy nagle zorientował się, że to wcale nie była ściana. To była brama! Brama, która otworzyła się w momencie, w którym Rafael zbliżył się do niej. Henryk spojrzał się na Rafaela pytającym wzrokiem, a ten wzruszył ramionami i poszedł w stronę bramy. Obydwaj nie mieli już niczego do stracenia, więc po prostu weszli do środka. Za bramą znajdowało się ogromne pomieszczenie. Wyglądało ono jak podziemny port. Było tam mnóstwo doków oblanych dookoła wodą, ale nie było tam ani jednego statku. Z jednej strony znajdowała się brama, z której właśnie wyszli Rafael oraz Henryk, a z drugiej strony można było dostrzec tunel, którym chyba mogły pływać statki, ponieważ był on do połowy zalany wodą. Przy dokach stało mnóstwo strażników.
— Co tu się…
— Nie mam pojęcia. — Rafael przerwał wypowiedź Henryka.
Wyglądało na to, że Juri dowodził czymś więcej niż samym więzieniem. Ten port wyglądał na bazę jakiejś zorganizowanej, przerażającej organizacji, która ani trochę nie wydawała się przyjazna. Wokół było mnóstwo strażników. Przy każdym doku można było dostrzec przynajmniej pięciu. Jednakże ich mundury wyglądały nieco inaczej niż mundury strażników stacjonujących w więzieniu. Strażnicy w tej podziemnej bazie byli ubrani w duże, czarne buty, które sięgały im do kolan. Mieli na sobie czarne mundury, do których przyczepione było mnóstwo odznak i medali. To musieli być zasłużeni strażnicy. Nosili oni maski, więc zobaczenie ich twarzy było niemożliwe. Maski wyglądały, jak maski gazowe. Strażnicy w tej bazie wyglądali bardzo przerażająco. Nosili oni przy sobie karabiny maszynowe. Henryk i Rafael długo zastanawiali się o co chodzi z tą bazą. Schowali się za dziwną, stalową skrzynią, która umiejscowiona była zaraz obok bramy, przez którą uciekinierzy się tutaj dostali. Rafael był bardzo zaciekawiony zaistniałą sytuacją. Zastanawiał się on nawet, czy nie poszukać jakiegoś przejścia, które pozwoliłoby im dostać się w głąb bazy. Henryk jednak nie był zbytnio zainteresowany doszukiwaniem się sensu w tym wszystkim. Chciał on po prostu wydostać się z więzienia. Również był ciekawy tego wszystkiego, ale wiedział, że nie są uzbrojeni.
— To może być nasza szansa. Musimy znaleźć coś, czym będzie można wpłynąć do tego tunelu. — powiedział Henryk.
— Tylko, że ja tutaj nie widzę żadnego statku.
— A kto powiedział, że to musi być statek?
Henryk zaczął iść w kierunku doków. Rafael był przestraszony. Przecież przy dokach stało naprawdę wielu strażników. Przerażony Rafael już miał łapać Henryka, kiedy nagle zorientował się, że ten wcale nie zmierza w kierunku doków. Henryk podszedł do krawędzi i wskoczył do wody. Co on wyprawia?! — pomyślał sobie Rafael. Henryk płynął w stronę tunelu. Rafael nie do końca wiedział, co robić, więc również wskoczył do wody. Nie był przekonany co do tego, ale nie chciał zostać sam. Henryk podpłynął do jakiegoś dziwnego pojazdu. Pojazd ten wyglądał trochę jak rakieta. Była to mała kapsuła, zawierająca dwa siedzenia. Jedno było umieszczone przodem do kierunku rejsu, a drugie tyłem. Dolna część kapsuły była stalowa, a górna była wykonana z grubego szkła. Z tyłu znajdowała się jedna mała śruba okrętowa. Henryk nie pytając Rafaela o zdanie, otworzył kapsułę i wsiadł do środka. Rafael zrobił dokładnie to samo. Obaj nie wiedzieli w co się pakują, ale doskonale wiedzieli, że muszą się stamtąd wydostać. Kiedy obaj siedzieli już na fotelach, Henryk zamknął kapsułę i zaczął płynąć do przodu. Nie miał pojęcia, jak tym sterować, ale jakoś dawał radę. Kapsuła zanurzyła się pod wodę, więc strażnicy nie mieli możliwości dostrzeżenia przemieszczającego się obiektu. Kiedy Henryk i Rafael wpłynęli dziwnym pojazdem do tunelu, wówczas ten zaczął drastycznie przyspieszać. Rozpędził się do ogromnej prędkości i pędził długim, prostym tunelem. Nagle tunel dobiegł końca, a dziwny pojazd w kształcie kapsuły po prostu wystrzelił z niego niczym rakieta. Udało się! Henryk wraz z Rafaelem znaleźli się na wodach oceanu. Mieli nawet pojazd, więc nie musieli płynąć wpław. Henryk zajął się sterowaniem, a Rafael, który siedział tyłem do kierunku rejsu, spoglądał na więzienie, od którego się oddalali.
— — -Ciotka — — —
Henryk i Rafael płynęli tak długo, aż więzienie całkowicie zniknęło z widoku. Rafael nieustannie się uśmiechał. Napawał się on szczęściem. Cieszył się, ponieważ nareszcie udało mu się wydostać z niewoli. Henryk był nieco mniej podekscytowany. Uważał on, że ucieczka jeszcze nie dobiegła końca. W końcu nadal znajdowali się na środku oceanu, a strażnicy wciąż mogli ich złapać. Nagle Henryk zatrzymał dziwny pojazd, którym się poruszali.
— Dobrze Rafaelu, udało nam się uciec, ale dokąd tak właściwie chcemy płynąć?
— Do najbliższego brzegu. — odrzekł wciąż uśmiechnięty Rafael. — Płyń prosto, aż gdzieś dopłyniesz.
— Nie znasz absolutnie żadnego miejsca, do którego moglibyśmy się udać? — Henryk wciąż dopytywał.
— Tak właściwie, to znam. Problem w tym, że spędziłem w tym więzieniu kilkanaście lat. Wiele mogło się zmienić od tego czasu.
— Co to za miejsce? — zapytał zaciekawiony Henryk.
— Jest to pewne malutkie miasteczko. Połowa miasta leży na malutkiej wyspie, a druga połowa umiejscowiona jest na wodzie. — oznajmił Rafael. — Połowa miasta jest po prostu jednym wielkim portem.
— Dobrze… Czy pamiętasz, gdzie konkretnie leży to miasteczko?
— Oczywiście, że nie! Byłem tam raz w życiu, a samo miasto znajduje się gdzieś na środku oceanu!
— Dlaczego więc mielibyśmy tam płynąć? — zapytał oburzony Henryk.
— Ponieważ jest to jedyne znane mi miejsce na świecie, w którym nic nam nie grozi. Zresztą jeśli oddasz mi stery, to spróbuję znaleźć to miejsce. — odrzekł Rafael. — Możliwe, że jeszcze pamiętam lokalizację.
Henryk się zgodził. Postanowił oddać stery Rafaelowi. Najpierw próbowali przecisnąć się wewnątrz kapsuły, ale była ona zbyt ciasna, dlatego Henryk otworzył kapsułę i wyskoczył do wody. Rafael usiadł wówczas z przodu. Bardzo podekscytował się on możliwością sterowania tym dziwnym pojazdem. Był podekscytowany w takim stopniu, że zapomniał o Henryku, który ledwo zdążył usiąść na tylnym fotelu. Kiedy Henryk złapał się kapsuły, aby wejść do środka, śruba już się kręciła, a pojazd zaczynał powoli odpływać.
Dwójka przyjaciół płynęła już naprawdę długo. Rafael zaczynał wątpić w to, że trafi do celu. Musieli dopłynąć przed jakimkolwiek odpoczynkiem. Gdyby zasnęli w kapsule, mogliby zboczyć z kursu, a sama kapsuła była tak ciasna i niewygodna, że praktycznie niemożliwym było, aby w niej zasnąć. W pewnym momencie Rafael dostrzegł dziwną lampkę, która znajdowała się na wewnętrznej ścianie kapsuły. Migała ona na czerwono. Początkowo Rafael starał się nie zwracać na to uwagi, ponieważ niczego to nie zmieniało. Po chwili jednak lampka zaczęła piszczeć. Piszczała strasznie głośno. Tak głośno, że Rafael wraz z Henrykiem zaczęli zatykać uszy. Rafael dalej płynął i starał się ignorować piszczącą lampkę. Płynął tak przez dwadzieścia minut. Nagle dostrzegł coś w oddali. Bardzo daleko, przez mgłę dało się dostrzec kształty, które wyglądem przypominały domy. Dwójka przyjaciół bardzo się ucieszyła. Już prawie udało im się do płynąć do jakiegoś lądu. Całkiem prawdopodobnym wydawało się również, że było to miasteczko, o którym wcześniej wspominał Rafael. Ich szczęście nie potrwało jednak zbyt długo, ponieważ właśnie w tym momencie lampka zaczęła piszczeć dwa razy głośniej. Piszczała tak głośno, że Henryk i Rafael nie wytrzymali. Uszy bardzo bolały ich od pisku, więc wyskoczyli do wody i zanurzyli się, aby nie słyszeć tego pisku. Nagle głos ustał. Rafael wynurzył się spod wody, aby zajrzeć do kapsuły. Lampka była pęknięta i unosił się z niej lekki dym.
— Coś nam się chyba przegrzało… — stwierdził Rafael.
— Po czym to stwierdzasz? — zapytał Henryk. — Po tym, że coś się dymi? A może po tym, że przez całkiem długi czas ignorowałeś piszczenie, które prawdopodobnie miało nas o czymś poinformować?
— Daj spokój Henryku! I tak jesteśmy już blisko! Zaraz tam dopłyniemy i spróbujemy to naprawić.
Dwójka przyjaciół z powrotem wsiadła do pojazdu. Rafael zamknął kapsułę, usiadł na swoim miejscu, a następnie wziął się za sterowanie. Teraz pozostało jedynie przepłynąć ten kilometr czy dwa i dopłynąć do miasta. Kapsuła nie chciała jednak ruszyć się z miejsca. Rafael próbował wszystkiego, ale kapsuły po prostu nie dało się wprawić w ruch. Henryk zaproponował, aby przepłynąć ten odcinek wpław, ale Rafael nie chciał się zgodzić. W końcu mieli jedynie spędzić trochę czasu w tym mieście. Jeżeli znaleźliby się tam bez pojazdu, to mieliby ogromny problem z wydostaniem się stamtąd. Dlatego Rafael zaproponował, żeby spróbować przetransportować kapsułę do miasta, a następnie ją naprawić. Po krótkim czasie wymyślił nawet, jak to zrobić. Rafael wraz z Henrykiem usiedli na kapsule. Wyszli z niej i usiedli na jej grzbiecie, a następnie użyli rąk, jako wioseł. Dopłynięcie w ten sposób do miasta było bardzo trudne. Po pewnym czasie Henryk zeskoczył z kapsuły i zaczął ją pchać. Płynął za nią, pchając ją. Rafael natomiast dalej wiosłował rękoma. Cały proces trwał bardzo długo i był dosyć oporny, ale finalnie udało im się przetransportować kapsułę do miasta. Kiedy dwójka przyjaciół znalazła się już w porcie, Rafael uklęknął i zaczął się śmiać. Cieszył się, że w końcu udało mu się wydostać z więzienia. Nie wiadomo dlaczego okazywał to głośnym śmiechem, ale najważniejsze jest to, że w końcu znajdował się na innym lądzie niż przez ostatnie lata. Tymczasem Henryk zaproponował, aby zakryć czymś kapsułę, ponieważ nie wyglądała ona tutaj naturalnie. Nie mieli jednak niczego pod ręką. Musieli to zrobić naprawdę szybko, gdyż cały czas byli przyodziani w stroje więzienne, przez co każdy mógł bez problemu dostrzec dwójkę uciekinierów. Po minucie zastanowienia, Henryk stwierdził, że nie ma sensu zakrywać kapsuły, ponieważ nie mieli czasu na szukanie czegoś, czym mogliby to zrobić. Teraz najważniejsze było to, aby znaleźć schronienie, i aby zmienić ubiór. Zarówno Henryk, jak i Rafael zgodzili się w tej kwestii. Rafael znał jedną osobę w tym mieście. To była jego ciocia. Nie miał jednak pewności co do tego, czy jego ciocia wciąż mieszkała w tym mieście. Nie wiedział nawet, czy nadal żyła. Była to jednak jedyna szansa na znalezienie schronienia, dlatego Rafael postanowił zaprowadzić Henryka do domu swojej cioci. Byli w części miasta, która znajdowała się na wyspie. Przypomnijmy, że była jeszcze druga część, która umiejscowiona była na wodzie. Gdyby znajdowali się w tej właśnie części, wówczas byłoby im łatwiej, gdyż tam praktycznie nikt nie chodził. Tamta część miasta służyła wszystkim za nocne schronienie, ale za dnia wszyscy spędzali czas w drugiej części miasta, tej na wyspie. Dwójka przyjaciół musiała się przez cały czas skradać. Nie mogli dopuścić do tego, by zobaczyło ich zbyt wiele osób. Gdyby ktoś zobaczył ich w ciuchach więziennych, wtedy mógłby to gdzieś zgłosić, a wówczas Henryk i Rafael mogliby zostać znalezieni i zabrani z powrotem do więzienia. Właśnie dlatego dwójka przyjaciół przemieszczała się malutkimi odcinkami. Przechodzili oni od jednego do pięciu metrów, a następnie chowali się za ścianą jakiegoś budynku, za jakąś skrzynią, beczką, czy inną przypadkową rzeczą, która akurat była po drodze. Rafael nie do końca pamiętał, gdzie mieszkała jego ciotka. Był u niej tylko raz w życiu. Właściwie, to w ogóle był w tym mieście tylko raz. Na szczęście udało mu się znaleźć drogę. Miasto nie było duże, więc już po pięciu minutach skradania się, przyjaciele dotarli do celu.
— Jesteśmy na miejscu! Oto dom mojej cioci! — rzekł Rafael, wskazując palcem na jeden z budynków.
Henryk oraz Rafael znaleźli się obok domu ciotki Rafaela. Był to wysoki, ale wąski dom. Miał on trzy piętra i był wysoki na piętnaście metrów. Nie był jednak szeroki, przez co wyglądał dosyć nietypowo. Jego szerokość wynosiła mniej więcej sześć metrów, a każda ściana była takiej samej długości. Dach budynku był dwuspadowy, a dachówki miały kolor brązowy. Ściany domu były białe. Na każdym pietrze znajdowały się dwa okna, z czego oba umieszczone były obok siebie, na frontowej ścianie domu. Rafael podszedł do drzwi i zapukał. Po chwili usłyszał kroki z drugiej strony drzwi. Światło zniknęło z wizjera, co jasno sygnalizowało, że ciotka Rafaela sprawdziła, kto stoi pod drzwiami.
— Nie! — dał się usłyszeć głos krzyczącej ciotki, która zdawała się być rozzłoszczona. — Nie ma takiej możliwości!
— Ciociu! Otwórz te drzwi! — wykrzykiwał Rafael, wciąż pukając.
— Nigdy! Nie wiem nawet kim jesteś!
Henryk wpatrywał się w Rafaela, który desperacko uderzał w drzwi, licząc na to, że ciotka mu otworzy. Ta jednak nie miała takiego zamiaru.
— Rafaelu, dlaczego ciotka nie chce ci otworzyć drzwi? — zapytał zdziwiony Henryk.
— Cóż… Możliwe, że dalej ma mi za złe… — odrzekł Rafael, a następnie odwrócił się z powrotem do drzwi i znów zaczął uderzać. — Otwórz te drzwi, ciociu!
— Rafaelu! — wykrzyknął Henryk.
Rafael odwrócił się nagle, jakby wybudzony z głębokiego snu, jakby przestraszył się atakujących zwierząt i wytrzeszczył oczy.
— Co takiego? — ze zdziwieniem zapytał Henryka, jakby nie rozumiał, że nie wytłumaczył mu wszystkiego.
— Dlaczego ciocia nie chce cię wpuścić? Co ty jej zrobiłeś?
— Możliwe, że… Jakby… Trochę…
— Wyduś to z siebie!
— Troszeczkę spaliłem jej dom… — oznajmił Rafael, spuszczając głowę w dół.
— Słucham? — zapytał Henryk, na którego twarzy pojawił się lekki uśmiech. — Jakim cudem mogłeś spalić jej dom?
— Byłem młody i głupi! — odrzekł Rafael.
— Ale co takiego zrobiłeś?
— Rozpaliłem ognisko w domu!
Henryk wybuchnął śmiechem. Dlaczego Rafael miałby odpalać ognisko w domu? — pomyślał. Henryk stwierdził, że to on powinien porozmawiać z ciotką Rafaela, dlatego podszedł do drzwi i zapukał.
— Możesz już sobie pójść! — wykrzyknęła ciotka Rafaela. — Nigdy cię nie wpuszczę!
— Przepraszam bardzo za najście… — zaczął Henryk. — Nazywam się Henryk. Wraz z Rafaelem zostaliśmy schwytani przez bandytów. Ledwo udało nam się uciec, a teraz potrzebujemy pomocy. Jesteśmy ubrani ciuchy, dzięki którym mogą nas łatwo znaleźć. Boimy się i nie do końca wiemy, co chcą z nami zrobić. Czy mogłaby nas pani wpuścić chociaż na chwilę?
Drzwi lekko się uchyliły, a ciotka Rafaela wystawiła zza nich głowę, aby zobaczyć, czy Henryk mówi prawdę. Jak się okazało, była to niska staruszka z krótkimi, czarnymi włosami. Kiedy spojrzała ona na dwóch brudnych i przemoczonych chłopaków, postanowiła ich wpuścić. Wciąż miała za złe Rafaelowi, ale miała również dobre serce, a Rafael wraz z Henrykiem wyglądali okropnie. Nie spali oni przez bardzo długi czas, byli przemoknięci i brudni od ścieków. Kiedy weszli do środka, staruszka podała im świeże ubrania i kazała im natychmiast iść się umyć. Tak też się stało. Henryk i Rafael udali się schodami na wyższe piętro, gdzie znajdowała się łazienka. Zanim wrócili na dół, minęła godzina. To dlatego, że umycie się po takich przeżyciach, sprawiało problem. W końcu Henryk i Rafael przez dłuższy czas kręcili się po kanałach, przez co unosił się nad nimi nieprzyjemny odór. Finalnie udało im się jednak doprowadzić siebie do porządku. Przyodziali nowe ciuchy, które były dla nich trochę zbyt ciasne, ale dało się to znieść. Henryk był teraz ubrany w czarne spodnie, białą koszulę i granatową, skórzaną kurtkę. Rafael natomiast przyodział się w czerwony frak. Niestety, ale staruszka nie miała dla nich żadnych nowych butów, więc musieli oni pozostać przy starych. Trochę je wyczyścili, aby wyglądały nieco schludniej, ale nie dało się już ich całkowicie przywrócić do porządku, ponieważ były zniszczone od wody. Gdy zeszli z powrotem na dół, staruszka siedziała w fotelu przy małym stoliku, popijając herbatę. Wnętrze domu było dosyć skromne. Ściany były zrobione ze sporych, kamiennych bloków. Drzwi wejściowe prowadziły od razu do tego pokoju. Cały parter był jednym pomieszczeniem. Drzwi znajdowały się oczywiście na frontowej ścianie, a na przeciwnej można było dostrzec kominek, w którym właśnie płonął ogień. Przy dwóch pozostałych ścianach stały spiralne, drewniane schody prowadzące na wyższe piętro. Podłoga była zrobiona ze starych, dębowych desek, a na jej środku leżał całkiem sporych rozmiarów, okrągły, brązowy dywan. Na środku dywanu postawiony był stół, a wokół niego trzy krzesła. Jedno z jednej strony, a pozostałe dwa z drugiej. Właśnie na tym pojedynczym siedziała staruszka, popijając ciepłą herbatę. Niska staruszka z krótkimi, czarnymi włosami ubrana była w stary, wypłowiały, różowy fartuch w zielone kwiaty. Trzymała ona kubek z rozgrzaną herbatą dwoma rękoma. Herbata była tak rozgrzana, że unosił się z niej dość mocno widoczny dymek, ale staruszka zdawała się tym nie przejmować, ponieważ brała ona całkiem spore łyki.
— Usiądźcie chłopcy. — powiedziała staruszka, wskazując gałkami ocznymi na dwa krzesła.
Henryk i Rafael zajęli swoje miejsca. Cała trójka siedziała w ciszy przy stole. Jeden spoglądał na drugiego. To znaczy, Rafael spoglądał raz na Henryka, a raz na ciotkę, która ciągle patrzyła się na niego zabójczym wzrokiem. Henryk natomiast spoglądał pustym wzrokiem na stół, gdyż wyłączył się on na moment. Nic w tym dziwnego. Przecież zarówno on, jak i Rafael nie spali od dawna. W pewnym momencie, ciotka Rafaela postawiła kubek na stole, po czym rozsiadła się wygodnie na krześle i zaczęła wypytywać Henryka o różne rzeczy. Między innymi o to, dlaczego mieli na sobie ciuchy więzienne, skoro zostali złapani przez bandytów. Henryk musiał jej wszystko wytłumaczyć. Opowiedział jej całą swoją historię. Opowiadał o tym, jak uciekł ze swojej wyspy, jak został schwytany i uwięziony, aby następnie być przetrzymywanym w niewoli przez kilka lat. Opowiedział jej o ucieczce, której dokonali wraz z Rafaelem. Staruszka wpatrywała się w Henryka i słuchała z ogromnym zainteresowaniem. Henryk opowiadał tak przez około pół godziny, a ona wciąż słuchała. Kiedy skończył opowiadać, staruszka zaczęła płakać. Henryk nie do końca wiedział, co się stało.
— Czy powiedziałem coś nie tak? — zapytał.
— Nie, nie, spokojnie… — odrzekła zapłakana staruszka. — Po prostu nie potrafię sobie wyjaśnić, jak to możliwe… Przecież to wszystko moja wina!
— Jak to pani wina? Przecież pani nic nie zrobiła!
Po tych słowach, staruszka zaczęła płakać jeszcze głośniej. Rafael natomiast spoglądał na nią przez kilka sekund, po czym założył ręce, wywrócił oczyma i zaczął w ciszy obserwować kominek. Nie chciał nawet spojrzeć na swoją szlochającą ciotkę. Henryk spoglądał na przemian na Rafaela i na staruszkę. Nie wiedział, co się działo i był zdziwiony tym, że staruszka w ogóle zaczęła płakać. Nie miał pojęcia, co się stało.
— Przepraszam panią, jeśli powiedziałem coś nie tak… — oznajmił po cichu Henryk.
— Nie masz za co jej przepraszać. — wtrącił się Rafael, cały czas skupiając wzrok na kominku. — Ciotka wyrzuciła mnie z domu i pozostawiła na pastwę losu. Kiedyś mieszkałem z nią, ale po tym wypadku z ogniem, po prostu mnie wyrzuciła.
— A co innego miałam zrobić? — zapytała przez łzy załamana staruszka.
— No nie wiem… Może na przykład wybaczyć mi to, że zrobiłem coś głupiego w młodości?
— Rafaelu, ty spaliłeś mój dom! — stanowczo stwierdziła staruszka, unosząc głowę do góry.
— Nie ważne. — stwierdził Rafael. — Przez dłuższy czas błąkałem się po mieście. Codziennie przychodziłem pod dom ciotki i pukałem do drzwi, ale ta nie chciała mi otworzyć. — Rafael na chwilę skierował wzrok na ciotkę, aby następnie z powrotem wrócić do obserwowania kominka. — Któregoś dnia postanowiłem coś z tym zrobić, postanowiłem zarobić trochę pieniędzy, aby uciec z tego miasta. Ku mojemu zdziwieniu, udało się, ale kosztowało mnie to dosyć sporo wysiłku. Okradałem ludzi i sprzedawałem kradzione przedmioty innym. Do dzisiaj posiadam kilka skradzionych przedmiotów. Znajdują się one na górze, w mojej szafce. Chowałem je tam, kiedy ciotka nie patrzyła. W końcu wejście przez okno nie stanowiło problemu. Kiedy było mnie już stać na to, aby się stąd wydostać, zapłaciłem jednemu handlarzowi, wsiadłem z nim na statek i zabrałem się razem z nim. Miał mnie wysadzić na najbliższym lądzie, ale coś mi odbiło i postanowiłem wyrzucić go za burtę, kiedy zapalał cygaro. Przejąłem jego statek i stałem się przemytnikiem. Przemycałem złoto, narkotyki, a czasami nawet ludzi. W końcu natrafiłem na to okropne więzienie. Juri zaproponował mi wtedy pracę. Pracowałem dla niego.
— Pracowałeś dla Juriego?! — zdziwił się Henryk.
— Tak.
— Nigdy mi o tym nie opowiadałeś.
— To dlatego, że nie było takiej potrzeby. — odparł Rafael.
— No dobrze, opowiadaj. — poprosił Henryk, który był bardzo zaciekawiony opowieścią Rafaela.
— No dobrze… Przez dłuższy czas pracowałem dla Juriego. Przywoziłem mu góry złota, najdroższego wina. Po pewnym czasie poprosił mnie, abym zaczął porywać ludzi, których on mógłby wykorzystywać do niewolniczej pracy. Na początku się zgodziłem. Popłynąłem zatem statkiem, aby znaleźć jakiś bezbronnych ludzi. Natrafiłem wówczas na jakiś mały statek rybacki. Wszedłem na jego pokład i wyskoczyłem z bronią do dwóch rybaków, którzy spokojnie łowili sobie ryby. Na początku nie chcieli się poddać, więc związałem ich w ich własną sieć rybacką, a następnie wrzuciłem do mnie na pokład i przywiązałem do masztu. Przez całą drogę słuchałem ich błagań. Prosili, abym ich wypuścił. Ja jednak nie zwracałem na to uwagi. Mimo to bolało mnie serce. Byłem przemytnikiem, a nie porywaczem. Postanowiłem, że kiedy wrócę, oznajmię to Juriemu. Miałem nadzieję, że wtedy zgodzi się na wypuszczenie rybaków. Jak pomyślałem, tak też zrobiłem. Kiedy przypłynąłem do więziennego portu, Juri już na mnie czekał. Podszedłem wtedy do niego i wszystko mu powiedziałem. Powiedziałem, że nie chcę pracować, jako porywacz, powiedziałem, że jestem przemytnikiem, a nie porywaczem, oraz że ma wypuścić rybaków. Wtedy Juri się zaśmiał i uderzył mnie w głowę kolbą jego karabinu, który zawsze nosił przy sobie. Obudziłem się kilka godzin później w celi. Podbiegłem do krat, przy których stał Juri. Powiedział mi wtedy, że nie jestem mu już dłużej potrzebny, i że spędzę tam resztę życia. Później siedziałem tam kilka lat, aż do momentu, w którym przyznano mi współlokatora. To był ten przyjaciel, który zginął. Niedługo później poznałem ciebie, Henryku.
— Znamy się tyle lat. — stwierdził Henryk. — Dlaczego nigdy wcześniej nie opowiedziałeś mi tej historii w całości?
— Nie było takiej potrzeby. — odrzekł Rafael.
Po chwili, ciotka Rafaela wstała, podeszła do kominka, wytarła łzy, a następnie obróciła się w stronę Rafaela.
— Pozwoliłam wam się umyć, dałam wam nowe, czyste ubrania, ale w jaki sposób mogę wam jeszcze pomóc? Czego ode mnie oczekujecie?
— Przydałoby nam się schronienie do czasu, aż naprawimy naszą kapsułę. — powiedział Henryk.
— Dobrze, więc tak będzie. Możecie zostać. — odparła staruszka. — Będziecie spać w starym pokoju Rafaela. Znajduje się on na samej górze.
Henryk z wielkim entuzjazmem podziękował staruszce, ale Rafael jedynie wstał i bez słowa kiwnął głową. Tym oto sposobem, nasza dwójka udała się na najwyższe piętro, do starego pokoju Rafaela. Powoli zaczynała już zapadać noc, więc Henryk rzucił się na łóżko. Jak się okazało, w pokoju były aż dwa łóżka, ponieważ kiedyś Rafael spał z ciotką w jednym pokoju. Henryk już obserwował sufit z pozycji leżącej, ale Rafael nie chciał się jeszcze kłaść. Zaczął on przeglądać szafki, jakby czegoś szukał. Chciał sprawdzić, czy jego ciotka dalej trzymała w domu jego stare rzeczy. Okazało się, że cały czas były w tym samym miejscu. Staruszka niczego się nie pozbyła. Rafael znalazł zatem swoje stare ubrania, które były już na niego za małe. Znalazł on również kilka zabawek, którymi bawił się, kiedy był dzieckiem, ale co najciekawsze, znalazł kilka rzeczy, które ukradł za młodu. Chciał pokazać je Henrykowi, ale kiedy się odwrócił, Henryk już spał. Rafael postanowił zatem, że pokaże je Henrykowi z samego rana, a teraz zajmie się poszukiwaniem narzędzi, które mogliby wykorzystać do naprawy kapsuły. Rafael szukał zatem narzędzi po całym pokoju, a Henryk spał, bardzo głośno przy tym chrapiąc.
Był już środek nocy, a Rafael dalej szukał narzędzi. Jedyne, co pozwalało mu widzieć to światło księżyca, które wpadało przez okna. Niebo było wyjątkowo piękne tej nocy. Pełnia księżyca, mnóstwo gwiazd na niebie i całkowicie czyste, bezchmurne niebo. Coś pięknego! Dlatego Rafael nie był przejęty brakiem snu. Mimo wszystko było to co najmniej dziwne, ponieważ nie spał od bardzo dawna. Henryk spał, jak zabity i nic nie było w stanie go wybudzić. Nawet to, że Rafael ciągle hałasował, przegrzebując szuflady. Jedyne, co irytowało Rafaela to głośne chrapanie Henryka. Zdawał się on jednak tym nie przejmować. Najważniejsze było dla niego to, aby znaleźć narzędzia i naprawić kapsułę. Rafael chciał tylko jednej rzeczy, a mianowicie tego, aby nie musieć ponownie mieszkać z ciotką. Chciał zatem znaleźć narzędzia i już pierwszego dnia odpłynąć z miasta. Nagle Rafael usłyszał coś dziwnego. Był to bardzo głośny głos, który dobiegał z zewnątrz. Brzmiało to, jakby ktoś na kogoś wrzeszczał, jakby ktoś wydawał rozkazy. Czyżby jakaś godzina policyjna? — pomyślał Rafael. Kiedy jednak głos zaczął się robić głośniejszy, Rafael natychmiast rzucił się na ziemię, aby nikt nie był w stanie go dostrzec przez okno. Miał on co do tego złe przeczucia. Po minucie leżenia, Rafael nie wytrzymał i postanowił sprawdzić, co się dzieje. Zaczął się czołgać w stronę okna. Z dworu zaczęły dobiegać kolejne odgłosy. Tym razem były to uderzenia. Ktoś uderzał w drzwi sąsiadów. Przerażony Rafael ledwie doczołgał się do okna. Nie wystawił on całej głowy, a jedynie wyjrzał oczyma. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Pod sąsiednim domem stało trzech żołnierzy. Byli oni ubrani dokładnie tak samo, jak ci, których Rafael i Henryk widzieli w bazie pod więzieniem Juriego. Jeden z żołnierzy agresywnie uderzał w drzwi sąsiedniego domu, drugi wrzeszczał, aby gospodarz otworzył drzwi, a trzeci kontrolował otoczenie. Rafael był przerażony. Natychmiast podbiegł do śpiącego Henryka i zaczął nim potrząsać.
— Henryku! Obudź się! Natychmiast! — powtarzał.
— Co się dzieje? — zapytał Henryk śpiącym głosem.
— Znaleźli nas!
— To powiedz im, żeby nas znaleźli jutro… — odrzekł zaspany Henryk, po czym z powrotem położył się spać.
— Henryku! — wykrzyknął Rafael, uderzając Henryka w twarz.
— Matko jedyna! Co się dzieje?! Dlaczego mnie budzisz?!
— Znaleźli nas! — wykrzyknął ponownie Rafael.
— Kto nas znalazł? — zapytał Henryk. — O czym ty w ogóle mówisz?
— Henryku, na dole stoi trzech żołnierzy. To są żołnierze z tamtej bazy. Właśnie przeszukują sąsiedni dom. Musimy stąd uciekać, albo będziemy mieli poważny problem.
Henryk natychmiast wstał z łóżka, założył na plecy plecak, który wcześniej sobie przygotował i pobiegł na dół. Rafael jednak bardzo szybko go zatrzymał. Nie mogli wyjść frontowymi drzwiami, ponieważ jeden ze strażników kontrolował otoczenie sąsiedniego domu. Henryk zaczął chodzić w kółko, zastanawiając się nad innym wyjściem. Musiał coś bardzo szybko wymyślić, gdyż nie miał na to zbyt dużo czasu. Żołnierze już kończyli przeszukiwać sąsiedni budynek. Nagle Henryk wpadł na genialny pomysł.
— Wyjdziemy oknem! — oznajmił.
— Co? Zwariowałeś? Wtedy na pewno nas zobaczą! — odrzekł oburzony Rafael.
— Masz jakiś inny pomysł?
— Cóż… Nie…
— No właśnie! Zatem chodźmy! — oznajmił stanowczo Henryk, po czym otworzył okno i wystawił głowę, aby się rozejrzeć.
Po kilku sekundach dwójka przyjaciół stała już na dachu sąsiedniego budynku. Nie był to ten budynek, który aktualnie był oblegany przez wrogich żołnierzy. Henryk i Rafael wyszli bowiem drugą stroną. Teraz, kiedy wydostali się już z domu, pozostało jedynie biegnąc po dachach, uciec. Problem polegał na tym, że nie było dokąd uciekać. Kapsuła była zepsuta, więc nasi bohaterowie nie mieli jak wydostać się z wyspy. Wyspa była bardzo mała, więc znalezienie ich było jedynie kwestią czasu. Nasza dwójka skakała z jednego dachu na drugi, aż w końcu dotarli do wybrzeża wyspy. Wówczas schowali się za jednym z domów, aby pomyśleć, co mogliby uczynić dalej.
Nagle Henryk wpadł na genialny plan. Tym planem było naprowadzenie wrogich żołnierzy na myśl, że Henryk i Rafael nie żyją. Wtedy nie tylko uciekliby oni z miasta, ale również nigdy nie mieliby już problemu z Jurim i jego żołnierzami. Teraz pozostało jedynie wymyślić, jak to zrobić. Henryk jednak bardzo szybko wpadł na kolejny dobry pomysł.
— Rafaelu, mam genialny pomysł! — oznajmił Henryk.
— Tylko szybko, bo nie mamy wiele czasu. — odrzekł Rafael.
— Musimy jakoś wprawić kapsułę w ruch i zatopić ją kilkaset metrów od miasta, a wtedy pomyślą, że nie żyjemy.
— Dobrze, ale jak chcesz ją wprawić w ruch? Zresztą, jeżeli ją zatopimy, to znajdziemy się na oceanie bez środku transportu. To się nie uda!
— O to się już nie martw. Ty wprawisz kapsułę w ruch i ją zatopisz, a ja załatwię nam statek. — Henryk przedstawił swój plan.
— Chcesz ukraść statek? W pojedynkę?
— Tak, a teraz biegnij! Nie mamy dużo czasu! Do roboty!