DEDYKACJA
Dla tych, którzy byli przy mnie, gdy umierałam,
w krzyku milczenia.
Wstęp
Ta książka jest moim podziękowaniem. Dziękuję wszystkim, którzy uratowali mi życie, kiedy byłam na pograniczu śmierci. Dziękuję za to, że nie pozwoliliście mi zniknąć, kiedy przestałam walczyć. Wasza obecność, cierpliwość i wsparcie były dla mnie tlenem, kiedy moje serce przestawało bić.
Opowiadam tę historię, nie po to, by wywołać żal, ale po to, by oddać hołd tym, którzy uratowali mi życie. Chcę, by wszyscy, którzy zmagają się z podobnymi “demonami” wiedzieli, że nie są sami. Wiem, jak łatwo można poczuć się zagubionym, w świecie pełnym bólu i cierpienia. Wiem, co oznacza umrzeć, być więźniem własnego siebie.
Piszę tę książkę, ponieważ wierzę, że słowa mają moc. Chcę, aby to, co tu przeczytacie, nie było tylko moją opowieścią, ale także świadectwem dla tych, którzy walczą z własnymi ciemnościami. Ta historia, nie jest tylko moją walką, ale również walką każdego, kto zmaga się z niewidzialnymi ranami. Z depresją, samotnością, lękami i traumami, które tak łatwo ukryć przed światem. To opowieść nie tylko o cierpieniu, ale także o odwadze, nadziei i wytrwałości. O ludziach, którzy trwali obok mnie, kiedy nie widziałam sensu dalszej walki, i o tych, którzy walczyli o mnie, choć nie wiedziałam, czy jestem tego warta.
Ta książka jest dla Was — dla tych, którzy byli obok mnie, a także dla tych, którzy wciąż walczą. Dla wszystkich, którzy czują, że walka, którą toczą nie ma końca. Piszę to z nadzieją, że ta opowieść przypomni każdemu z nas, że nie jesteśmy sami.
Wierzę w Nas.
Prolog
Chciała być dzieckiem. Marzyła o ciepłym domu, pełnym miłości. Wyobrażała sobie rodzinę, która trzyma się razem — zawsze. W jej wyobrażeniach, dom był miejscem, gdzie można było czuć się bezpiecznie. Marzyła o tym, bo dostała całkowitą odwrotność.
Zamiast uśmiechu towarzyszył jej smutek. Zamiast bezpieczeństwa czuła lęk. Lęk przed tym co nadejdzie. Jako dziecko pragnęła jedynie miłości i troski, które powinno dostać każde dziecko. Nie potrzebowała wiele. Chyba, że miłość, była już za dużym pragnieniem.
Każde dziecko zasługuje na miłość, to nie przywilej, a fundament, który później ukształtuje młodego człowieka. Miłość, to nie coś co można dać i zabrać. Dziecko bez miłości nie zrasta w pełni. Jego serce, choć wciąż bije, jest głodne. Głodne czułości, bliskości, poczucia bezpieczeństwa.
Dziecko, które czuje się kochane, nie boi się świata. Wie, że ma prawo żyć, popełniać błędy, śmiać się i płakać. A te dzieci, które nie dostały miłości? One uczą się żyć w świecie, który od początku wydawał się być zimny. Szukają miłości w innych ludziach, rzeczach czy decyzjach. Będąc już dorośli, mogli nauczyć się funkcjonować w objęciach chłodu, choć zawsze będą tęsknić za tym, czego im brakowało.
Miłość to nie tylko dar. Miłość to fundament, który pozwoli nie tylko przeżyć. To fundament, który pozwoli żyć.
A ona? Ona została zmuszona, by przeżyć. Nie żyć.
CZĘŚĆ 1: UPADEK
1. Nie czuję
Kolejny dzień, który zaczyna się tak, jak dni od ostatnich paru lat. Otworzyła oczy. Nie miała takiego zamiaru. Pogoda za oknem nie robiła jej różnicy. Deszcz, słońce, śnieg. To już nie miało znaczeń. Jeszcze parę lat temu, cieszyłaby się ze słońca, które rankiem pada na jej twarz, przez okno. Cieszyłaby się z deszczu, bo mogłaby wziąć ulubioną książkę i wtopić się w nurt poezji. Cieszyłaby się ze śniegu, bo mogła robić aniołki, jeździć na sankach i lepić bałwany. Dziś nie czuje nic. Za oknem słońce przebija się przez chmury, słychać śpiewy ptaków, które jakby próbowały dać jej nadzieję. Liliana nie dostrzegała już tych pięknych chwil. Nie chciała już nic widzieć.
Są wakacje, Lila, bardzo czekała na ten czas, nie dlatego, aby móc się bawić. Czekała, bo mogła odciąć się od ludzi. Mogła zaszyć się w łóżku i dać się pochłonąć swej melancholii. Nie chciała nigdzie wychodzić. Dużo bardziej wolała zostać w domu, w pokoju, który stał się jedynym miejscem, w którym choć przez chwilę mogła poczuć się bezpiecznie i choćby na moment, uwolnić się od tego co ją otacza. Jej pokój stał się jej ucieczką, twierdzą, w której się chowała przed światem, który wydawał się być zbyt ciężki. W ciszy, której szukała, czuła, jakby w końcu mogła zniknąć. Zamykając oczy, czuła echa przeszłości. Krzyki, niewypowiedziane słowa i słowa, które padły niepotrzebnie. Była jak więzień własnych wspomnień, które z każdym dniem przybierały na wadze. Jednocześnie gdzieś w głębi siebie, wiedziała, że jest Liliana, która dałaby wiele, aby coś poczuć. Coś innego niż zmęczenie i nieustanny ból. W jej sercu jest młodsza Lila, która nie zgubiła nadziei. Lila, która wiedziała, że nie może tak żyć. Ta mała dziewczynka nie ma wystarczająco siły, by pokonać Lilianę, która dziś już nie wierzy, że będzie dobrze.
— Lilka, wstawaj. Już po dziesiątej, ja dziś wrócę później, odgrzej zupę i zajmij się dziećmi. — mówi pośpiesznie Marianna, wychodząc z domu.
Marianna, matka Liliany. Marianna była kobietą, która dzięki swej niezłomnej sile, pozbierała się po swej chwiejnej przeszłości. Kobieta kochała Lilę, ale nie była w stanie dać jej tego, czego potrzebowała — ciepła, poczucia bezpieczeństwa. Jej miłość często była zimna. Lilianie brakowało tej miłości. Ciepłej miłości. Marianna była fizycznie obecna, ale Lila czuła jej zamknięte serce. Córka kochała matkę, ale z biegiem czasu zaczęła odczuwać żal. Żal, że nie potrafiła poczuć się wystarczająco ważna, że nie potrafiła znaleźć objęć matki, które mogłyby ją uzdrowić. Lila choć kochała Mariannę, była świadoma pustki, jaką pozostawiła jej matka.
— Lilka, mama pojechała, ja po południu idę do koleżanki, ty dziś chociaż wstaniesz? — pyta Ala, młodsza siostra Liliany, stojąc w progu jej pokoju.
— Wiem, mówiła mi, wstanę zaraz, Marcela i Maks wstali? — odpowiada Liliana.
— Wstali, zjedli śniadanie, zajmiesz się nimi, prawda? — pyta, choć wie, że tak będzie.
— Tak, nie mam wyboru — odpowiada, próbując się uśmiechnąć
Liliana w końcu z ciężkim westchnieniem przekręca się na bok i opiera nogi na podłodze. Czuje, jakby jej ciało nie chciało z nią współpracować. Wstając, zerknęła na zdjęcie wiszące na ścianie sprzed ostatnich wakacji. Była uśmiechnięta. Odległa od Lili, którą jest dziś.
Zasiadła przy kuchennym stole i spoglądała na rodzeństwo, które jeszcze nie wie, jaki ten świat jest okropny. Oddałaby wiele, aby tylko Marcela, Maks i Ala nie doświadczyli tego co ona. Lila pragnie ich chronić, ale jak ma ochronić innych, skoro nie jest w stanie ochronić siebie? Zacisnęła dłonie na stole, czując, jak ból w jej wnętrzu staje się nie do zniesienia. Czuła się jak w klatce, jakby była skazana na życie, które wciąż wymaga od niej za dużo. Patrzyła na nich z cichym żalem, modląc się, by ich nie dotknął ten sam ból, którego zaznała ona sama.
Wzięła głęboki oddech, próbując ukryć napływające do jej oczu łzy. Wstała z krzesła i wyszła z kuchni, nie chcąc, by ktoś zauważył jej słabość. Czuła, że musi walczyć, ale nie wiedziała jak. Wiedziała tylko jedno, nie może pozwolić im poczuć tego, co ona czuje. To jedyne co mogła.
2. Nikt nie wie
Tej nocy Lila nie mogła spać. Jej myśli krążyły wokół przeszłości, jak nieuchwytne cienie, które zdawały się ją otaczać z każdej strony. Wokół tego, co czuła, tego, czego nie potrafiła już wymazać. Ostatnie noce były męką. Nocne godziny rozciągały się w nieskończoność, a myśli, które nigdy nie chciały odejść, nie dawały jej spokoju. „Mogłam coś zrobić,” powtarzała w myślach. „Mogłam być silniejsza.” Te słowa, jak grzechotki w jej głowie, nieustannie powracały. Nigdy nie były dość ciche, by je zignorować. I chociaż wiedziała, że nie ma już czasu na zmiany, wciąż czuła, że coś mogłoby być inne, gdyby tylko miała wtedy odwagę.
Noce były najgorsze. To właśnie wtedy wszystko wracało, ale podwójnie. Jakby mrok nocy miał magiczną moc przywracania zapomnianych wspomnień. I w tym mroku, w samotności, kiedy nie mogła już udawać, że wszystko jest w porządku, zaczynała się prawdziwa walka o przetrwanie. W nocy wszystko było głośniejsze. Myśli, które normalnie starała się odrzucić w ciągu dnia, stawały się wrzaskiem, który wdzierał się w każdy jej moment. W głowie krzyczały nieodreagowane emocje. Krzyki, które ciągnęły się za nią przez lata, wypełniały ciszę, a łzy nieustannie spływały po jej twarzy. Noc. Liliana i jej myśli, trujące i nieubłagane. Każda noc wyglądała podobnie. To była wieczna powtarzalność. Wracały wspomnienia. Wspomnienia, które nie miały prawa się wydarzyć, które nie miały prawa zaistnieć. Wydarzenia, o których nikt nie wiedział. Nikt się nie dowiedział, choć w sercu Lila bardzo pragnęła to z siebie wyrzucić. Wciąż trzymała je w sobie, jak coś, co nie miało prawa ujrzeć światła dziennego. Bała się. Bała się, ale czego? Bała się tego, jak ktoś zareaguje? Bała się tego, co zrobi? A może bała się wypowiedzieć te słowa na głos, bo wiedziała, że wtedy wszystko, co starała się przez lata stłumić, wróci z jeszcze większą mocą?
Nie wiedziała. Po prostu bała się powrotu do tamtych dni. Czuła, jak strach przed konfrontacją z przeszłością paraliżuje ją. Świadomość, że musiałaby wrócić do tego, co było, zatrzymywała ją w martwym punkcie. Tamte dni miały taką moc, że nawet teraz, kiedy minęły lata, nie dawały jej spokoju. Bo choć próbowała zamknąć za nimi drzwi, one ciągle były otwarte. Czekały na nią, w każdej ciemnej nocy, jak nieodparty ciężar, który miała nosić, choć nie miała siły. Liliana leżała nieruchomo w łóżku, jej ciało zatonęło w poduszce, ale nie w nocy. Noc była dla niej więzieniem, pełnym wspomnień, które nie pozwalały jej zasnąć. Czuła, jak każda sekunda mija z ogromnym trudem, jak zaciśnięta pętla otacza ją z każdej strony. Każdy oddech był jak wdech w atmosferę bezdechu. Myśli nie dawały jej wytchnienia. Nie mogła od nich uciec. Nocą wszystko wracało. Czuła, jakby jej dusza była na granicy wyczerpania. Każdy kawałek jej ciała, każdy milimetr jej istnienia, był obciążony tym, czego nie mogła zapomnieć. Cały ten ból, każda nieodparta tęsknota za czymś, czego nigdy nie miała, i jednocześnie obawa przed tym, co wciąż ją ścigało, nie dawały jej odpoczynku. To, co miała w środku, wracało co noc. Głos, który szeptał jej do ucha, że powinna była coś zrobić, że powinna była być silniejsza. Nie mogła wypowiedzieć tych słów, bo bała się, że wtedy wszystko, co starała się stłumić przez tyle lat, wróci z jeszcze większą siłą. Bała się konfrontacji z przeszłością. Z tym, co wciąż tliło się w jej sercu, chociaż próbowała to ugasić. Bała się tych chwil, które ją wykrwawiały, tego, co miało miejsce, a czego nie miała odwagi uznać. Przez lata trzymała to wszystko w sobie, bo wciąż nie była gotowa stanąć twarzą w twarz z tym, co ukrywała przed sobą i światem. Próbowała zapomnieć. Próbowała iść naprzód. Ale nie dało się. W każdej ciemnej nocy wracały te same obrazy. Wszystko wracało. Wszystko to, co próbowała zamknąć w zamkniętych oczach. I wiedziała, że ten strach, który miała w sobie, nie minie, dopóki nie stanie twarzą w twarz z przeszłością.
3. Tylko ja znam prawdę
Liliana niegdyś była radosnym dzieckiem. Choć jej dzieciństwo nie przebiegało tak, jak powinno, często malowała uśmiech na swej twarzy. Jako maluch nie rozumiała sytuacji w jakiej się znajdowała, choć wiedziała, że nie tak powinno wyglądać życie. Szukała pozytywów. Była mała, chciała cieszyć się z życia. Jeszcze parę lat temu Lila była zupełnie inną dziewczyną. Uśmiechniętą, radosną i tętniącą życiem. Dziś, jest smętną, zmęczoną dziewczyną, bez najmniejszej chęci do życia. Jej egzystencja traci sens z każdym nowym wschodem i zachodem słońca. Lilka często przegląda albumy z dawnych lat, kiedy spogląda na młodszą siebie, jej prawy kącik ust unosi się ku górze, lecz w oczach wiruje łza. Wtedy zdaje sobie sprawę, że dziewczynka na zdjęciu nie wiedziała co ją spotka. Nie wiedziała, że wkrótce straci wszystko co miała, nie wiedziała, że jej życie legnie w gruzach, a nikt tego nie zauważy. Mimo krzyku. Mimo najgłośniejszego krzyku ciszy, nikt go nie usłyszy. Tak jakby świat zatkał uszy i nie chciał jej słyszeć. Tak jakby wszyscy wokół zamknęli oczy i nie zwrócili uwagi, że cisza Liliany, była jej najgłośniejszym krzykiem. Liliana czuła, jak ten ból, który nosiła przez tyle lat, powraca. Czuła, jakby każda łza, która spływała po jej twarzy, była przypomnieniem o tym, czego nie mogła zmienić. Każdy dzień mijał, a ona czuła się jakby była w jakimś zawieszeniu — pomiędzy przeszłością, której nie mogła się pozbyć, a teraźniejszością, której nie potrafiła zrozumieć. Z każdym dniem coraz trudniej było jej żyć. Ale nie mogła powiedzieć nikomu, co się działo w jej wnętrzu. Bo wiedziała, że jej cisza wciąż będzie jedynym krzykiem, który pozostanie niewysłuchany.
„Chciałabym kiedyś, wyznać prawdę. Chciałabym, aby ktoś wiedział, dlaczego tak jest. Ciężki mi z tym, że jestem z tym sama, ale nie powiem nikomu. Co jeśli ktoś stwierdzi, że się użalam? Albo stwierdzi, że to co mówię jest kłamstwem? Nie wiem co robić. Męczy mnie to od dawna. Myślałam, że już się wyleczyłam, a to wszystko wraca falami. Są wakacje, nadal nie wyszłam z domu. Kiedyś wychodziłam prawie codziennie, a teraz nie mam ochoty nawet spojrzeć za okno. Ci ludzie, którzy z uśmiechem spacerują po placu są tacy...szczęśliwi. Oni wszyscy wydają się być zadowoleni z życia. Matka z córką, wydają się być na tyle bliskie, na tyle szczęśliwe. Ciekawe, czy ta matka naprawdę kocha swoją córkę. Czy ona ją przytula, czuje, że jest jej opoką, czy kocha ją na sposób, o jakim marzyłam… Nie wiem. Ciekawe, czy ta córka czuje się bezpieczna. Ciekawe, czy ona, tak jak ja, czuje się, jakby jej świat był zbudowany z kłamstw… A ta rodzina? Druga strona medalu też wygląda tak samo? Wszyscy tacy radośni. Nie chce patrzeć na ludzi. Dlaczego oni mogą być szczęśliwi.”
Liliana przestała patrzeć na ulicę. Znów poczuła się jak w klatce, zamknięta w swoich własnych myślach. Czuła się znowu jak ta mała dziewczynka, która nie miała nikogo, komu mogłaby ufać. Kiedyś, może dawno temu, miała przyjaciół. Kiedyś, może dawno temu, miała ludzi, z którymi czuła się bezpieczna. Ale teraz? Teraz była sama. Czuła, jak każdy dzień oddala ją od świata, w którym kiedyś miała miejsce. I nie wiedziała, jak się z tego wydostać.
„Chciałabym wyjść. Czasami myślę, że może wtedy poczuję się lepiej. Może wtedy znowu zacznę oddychać pełną piersią. Ale nie mam siły. Wciąż to wraca. Wciąż czuję, jakby nie mogło być lepiej. Wciąż czuję, jakby moje życie było zamknięte w pudełku, którego nie mogę otworzyć. Nawet wtedy, gdy chcę… nie potrafię. Wciąż widzę te same obrazy. Wciąż słyszę te same słowa. Wciąż czuję to samo.”
Z zamkniętymi oczami, Liliana położyła głowę na poduszce. Myśli nie chciały ją opuścić. Czuła, jak jej ciało wchłania te wspomnienia, jak nie może ich uwolnić, jak nie może ich wyrzucić z siebie. Każde wspomnienie, które wracało, niosło ze sobą ogromny ciężar. Każde z tych wspomnień, które kryły w sobie prawdę, którą nie była gotowa ujawniać, stawało się nie do zniesienia. „Tylko ja znam prawdę” — powtarzała w myślach. Prawdę, której nie mogła powiedzieć. Prawdę, którą niosła sama, zamkniętą w sobie, nie mogąc wypuścić jej na zewnątrz. Ale to była jej prawda, jej najcięższy bagaż, który, choć chciałaby go zrzucić, trzymał ją w swoich szponach.
Lila nie miała łatwego dzieciństwa. Jej dom był pełen kłótni, agresji i niezrozumienia. Krzyki, które rozbrzmiewały między rodzicami, a potem cisza — ta cisza, która była jeszcze bardziej przerażająca, bo oznaczała, że coś złego się dzieje. To była cisza pełna napięcia, której nie można było już zignorować. Lila często widziała rzeczy, które nie powinny się wydarzyć w domu, w którym małe dziecko powinno czuć się bezpieczne. Choć była jeszcze bardzo mała, jej oczy widziały więcej, niż powinny. Była świadkiem bólu, którego nie potrafiła zrozumieć, ale który na zawsze zmienił sposób, w jaki patrzyła na świat.
Lila bała się każdej kłótni. Za każdym razem, kiedy słyszała podniesiony głos, czuła, jakby cały świat walił się jej na głowę. To było jak ogień — nie wiedziała, kiedy się zacznie i kiedy się skończy, ale wiedziała, że będzie ranić. Krzyk w jej domu był jak fala, która ciągle ją zalewała, a po niej zostawała tylko pustka, cisza, która bolała jeszcze bardziej.
Po rozwodzie rodziców Lila nie potrafiła się odnaleźć. W szkole była zamknięta w sobie, wycofana. Stała się celem żartów — dzieci śmiały się z niej, bo nie miała ojca. Nie potrafiła wyjść z tej bańki, w której żyła. Unikała wszelkich uroczystości związanych z Dniem Ojca, bo wiedziała, że nie ma żadnego rysunku, który mogłaby dać swojemu tacie. To było dla niej jak przypomnienie o wszystkim, co straciła. Była cicha, ale nikt nie rozumiał, że to nie była obojętność. To było milczenie, które wynikało ze strachu. Bała się, że jeśli otworzy usta, to wyjawi coś, czego nie będzie w stanie znieść. Strach przed tym, że inni dowiedzą się, co tak naprawdę działo się w jej domu, zamknął ją jeszcze bardziej. Każdy dzień w szkole był dla niej jak walka o przetrwanie, a mimo że była otoczona przez innych, czuła się bardziej samotna niż kiedykolwiek.
Ta przeszłość kształtowała pogląd Lili na świat. Jednak to nie było jedną rzeczą, która odbiła się na zdrowiu dziewczyny. Już w czasie podstawówki Liliana czuła, że jest inna niż rówieśnicy. Wiedziała, że nie należy do ich świata. Wyzwiska w jej stronę powodowały, że przestała wierzyć w siebie. Zaczęła jednak wierzyć w to, co słyszała. Nigdy nie dzieliła się swoimi przeżyciami. Wiedziała, że dzieci, które tego nie zaznały, nawet nie będą próbowały jej zrozumieć. Jak dziecko, które nie wychowywało się w domu z agresją, alkoholem i krzykiem, miałoby zrozumieć ból, jaki Liliana w sobie nosiła?
Lila, choć próbowała się uśmiechać, nie zawsze potrafiła. Wiedziała, że ten uśmiech nigdy nie będzie prawdziwy. Choć tak bardzo go pragnęła…
Tylko Liliana wie, co działo się parę lat później. Wie, co ją spotkało, gdy była już starsza, gdy myślała, że najgorsze ma za sobą. Gdy zaczęła wierzyć, że może jednak uda jej się ułożyć życie, że może kiedyś będzie normalnie. Że może ten cień przeszłości, który od zawsze ją prześladował, w końcu zacznie blednąć.
Ale los miał dla niej inne plany.
Nie mówi o tym nikomu. Nie mówi, bo wie, jak ludzie reagują. Jak łatwo oceniają, jak szybko rzucają oskarżenia albo, co gorsza, bagatelizują. A jeśli ktoś by jej nie uwierzył? A jeśli ktoś zapytałby: „Dlaczego nic nie zrobiłaś?” „Czemu nie powiedziałaś wcześniej?” „Może przesadzasz?” Nie mogła tego znieść. Nawet jej matka nie zna tej części historii. Może gdyby wiedziała, coś by się zmieniło. Może pomogłaby jej wcześniej, może przytuliłaby ją wtedy, gdy Liliana najbardziej tego potrzebowała. Może spojrzałaby na nią inaczej — z troską, a nie tylko z irytacją, że znów zamknęła się w pokoju, że znów nie wychodzi, że nie chce rozmawiać. Może próbowałaby ją zrozumieć. Ale Liliana nie potrafiła o tym mówić. Strach był silniejszy. Wstyd był silniejszy. Bo jeśli wypowie to na głos, to stanie się jeszcze bardziej realne. A ona chciała wierzyć, że to tylko koszmar, który w końcu zniknie. Że to, co się wydarzyło, przestanie mieć znaczenie, jeśli nie pozwoli, by miało nad nią władzę. Ale to nie działało. Przeszłość wracała, rozdzierając ją na nowo, przypominając, że pewnych rzeczy nie da się wymazać. Pamięta, jak czuła się bezbronna. Jak nie miała dokąd uciec, jak nikt nie widział tego, co działo się w jej oczach, w jej ciele, w jej sercu. Bo jeśli świat wcześniej nie słyszał jej krzyku, czemu miałby usłyszeć go teraz?
Czasem, gdy jest sama, wraca do tamtych chwil. Do miejsc, których nienawidzi, do momentów, które zmieniły ją na zawsze. Wraca do tego, co zrobiło z niej osobę, którą jest teraz — osobę pełną lęku, nieufności, bólu. Ludzie czasem pytają, dlaczego nigdy nie chce wychodzić, dlaczego unika kontaktu, dlaczego nie chce mówić o przyszłości. Nie rozumieją, że jej teraźniejszość jest wystarczająco ciężka, a przeszłość nie pozwala jej myśleć o tym, co będzie. Że każdy krok naprzód wydaje się niemożliwy, kiedy wciąż ciągnie się za tobą coś, czego nie możesz z siebie strząsnąć. Nikt nie widzi, jak wiele razy budzi się w nocy z przyspieszonym oddechem, z poczuciem, że nie może uciec, mimo że wszystko już dawno się skończyło. Nikt nie widzi, jak czasem całe godziny siedzi wpatrzona w ścianę, nie mogąc poradzić sobie z tym, co dzieje się w jej głowie. Ale nie powie o tym nikomu.
Bo tylko ona zna prawdę.
Prawdę, która pali ją od środka.
Prawdę, której nikt nie zauważa.
Prawdę, której nikt nie chce usłyszeć.
4. Cień dzieciństwa
W domu Liliany panował niepokój, który wdzierał się do ich codzienności jak niechciany gość, nieustannie obecny. Każdy dzień, każda godzina były jak chwile, które wypełniały się agresją i nieprzewidywalnością. Krzyki rodziców odbijały się echem w jej głowie, ciągle na nowo rozbrzmiewały, nieustannie. Były nieodłącznym elementem życia, niczym zapach, który wsiąkał w ściany domu, pozostawiając po sobie niezatarte ślady. Liliana, jeszcze dziecko, już od najmłodszych lat musiała nauczyć się żyć w cieniu tej burzy. Każdego dnia była świadkiem tego, jak rodzice grzmią między sobą, nie mogąc odnaleźć żadnej harmonii, żadnego spokoju. Nie było miejsca na rozmowę, nie było miejsca na miłość. Zamiast tego był strach, który czaił się za każdym rogiem, za każdymi drzwiami. Napięcie wisiało w powietrzu jak gęsta mgła, którą nie sposób było odgonić. Liliana w takich chwilach chowała się, przysłuchując się głośnym krzykom, które docierały z drugiego końca domu. Czuła, jak każde słowo, każde wykrzyczane zdanie rani ją w serce. Ale to nie była tylko jej samotność, nie tylko jej ból. W tym chaosie, w tym oceanie przemocy, widziała małą Alicję, swoją młodszą siostrę, która nie rozumiała tego, co się dzieje. Alicja miała wtedy zaledwie dwa lata, była jeszcze dzieckiem, które w swojej niewinności nie potrafiło rozpoznać grozy sytuacji. I to wtedy, w tych chwilach, Liliana przyjęła swoją rolę — rolę ochroniarza, choć była zaledwie dzieckiem. Stała się tarczą, pomiędzy światem, który ją ranił, a jej siostrą, która nie zasługiwała na to, co działo się w ich domu. Chciała jej oszczędzić tych wszystkich krzyków, tej agresji, tej przemocy. Często widziała ją jak siada w kącie, patrząc na nią z niewinnym spojrzeniem, nieświadomą tragedii, która rozgrywała się w jej życiu.
Lili delikatnie chwytała ją za małe ramionka, przyciągała ją do siebie, by dać jej chwilę spokoju, choć na moment oderwać ją od tego świata, który jej nieoszczędzał. Zatykała jej uszy, tak by nie słyszała tych strasznych słów, które padały z ust ich rodziców. Czasami, gdy krzyki były zbyt głośne, Liliana nie wytrzymywała i sama zasłaniała uszy, próbując zapanować nad strachem, który ogarniał ją w tych chwilach. Wiedziała, że nie może tego znieść. Czuła, jak jej małe ciało wypełnia się lękiem, ale nie mogła się poddać. Siostra była jej priorytetem. W jej oczach widziała całą niewinność, którą chciała ochronić. Liliana wiedziała, że Alicja nie powinna tego wszystkiego widzieć, nie powinna żyć w strachu, w świecie pełnym krzywdzącej ciszy. Mimo to, nigdy nie miała wystarczającej siły, by zmienić cokolwiek. By walczyć o to, by w ich domu zapanował spokój. Zamiast tego była tam tylko ona — malutka postać, która starała się naprawić coś, co było poza jej kontrolą. Nie miała nic. Tylko tę małą siostrę, którą starała się chronić za wszelką cenę. W chwilach, gdy rodzice byli nieobecni, Lili potrafiła stanąć pośród nich, stanąć między nimi jak tarcza, chcąc ocalić coś, co dla nich było bezwartościowe. Czuła, jak jej małe ciało jest popychane, odsuwane, a w oczach rodziców nie było nic oprócz obojętności, gdy próbowała zrobić wszystko, by złagodzić te chwile. Próbowała uspokoić krzyki, które były dla niej niczym ściany, które ją przygniatały. W tamtych chwilach czuła, że nie jest zauważana, że jej ból nie ma żadnego znaczenia. Była tylko małą dziewczynką, która próbowała pomóc, ale która nie miała siły zmienić niczego. Cały ten chaos, cała ta złość zdawały się nie mieć końca. Czuła, jak jej serce krwawi, jak jej ciało zostaje ranione przez każde odpychane słowo, każdą zamkniętą drzwiami rozmowę. Ale mimo to, w tej niemocy, była z Alicją. I miała nadzieję, że chociaż przez moment jej siostra poczuje się bezpieczna, choćby na chwilę. Liliana była dzieckiem, które nie miało siły, by zmienić wszystko, co działo się wokół niej. Ale miała miłość. I chociaż jej serce pękało z bólu, miała nadzieję, że może uratować choćby jedną duszę — duszę swojej małej siostry. I tak, przez całe dzieciństwo, to właśnie ta nadzieja była jej jedynym ratunkiem. Liliana nie rozumiała, dlaczego tak się działo. Była tylko dzieckiem, a mimo to czuła, że musi to pojąć, że musi znaleźć odpowiedź na to, co działo się w jej domu. W chwilach, kiedy krzyki przycichły, a napięcie wypełniało powietrze jak ciężka mgła, zastanawiała się, dlaczego to wszystko było takie trudne. Dlaczego jej rodzice tak się kłócili? Dlaczego jej mama milczała, gdy tata podnosił głos? Co takiego się stało, że jej dom nie mógł być jak te, które widziała na podwórku, gdzie dzieci biegały szczęśliwie, a matki krzyczały do nich z okien, by wróciły do domu na obiad? Była dzieckiem, ale czuła się, jakby jej życie było inne, jakby stała poza światem, który miała poznać. Zawsze starała się wytłumaczyć zachowanie rodziców. Wierzyła, że każdy dom, każde życie wygląda tak samo, że gdzieś tam w innych miejscach dzieci też muszą schować się przed bólem, przed krzykiem, przed przemocą. W pewnym momencie uwierzyła, że nie ma nic dziwnego w tym, że rodzice się kłócą, że jest to normalna część życia, której nie da się uniknąć. Tylko taką rzeczywistość znała. Jednak było coś w jej sercu, coś, co podpowiadało jej, że to, co przeżywa, nie powinno tak wyglądać. Nawet jeśli nie rozumiała, co dokładnie było nie tak, czuła, że istnieje inny świat, świat bez strachu, bez agresji, bez ciągłego poczucia niepokoju.
Czasami, w chwilach wytchnienia, kiedy tata odszedł do pracy, a mama milczała, Liliana wciąż pamiętała momenty, które były lepsze. Chwile, kiedy mama gotowała obiad, a zapach świeżo upieczonego chleba wypełniał dom. Pamiętała, jak mama stawała przy kuchni, zajęta swoimi obowiązkami, ale jednocześnie próbowała stworzyć coś, co przypominało normalność, jak próbowała rozmawiać o drobnych sprawach, jak kiedyś razem zjedli obiad. Te wspomnienia były dla niej jak błysk nadziei. Lubiła wtedy czuć się, jakby było wszystko w porządku. Jakby rzeczywiście mogła należeć do tego świata, którego nie rozumiała, ale który wydał jej się czymś innym niż codzienność pełna krzyków i zamkniętych drzwi. Z biegiem czasu jednak te piękne chwile stawały się coraz rzadsze. Liliana czuła, jak wspomnienia powoli znikają, jak przykrywa je ciemność, która z dnia na dzień coraz bardziej zdominowała jej życie.
Zaczęła dostrzegać, jak jej mama staje się coraz bardziej zmęczona, jak walczy z czymś, czego nie potrafiła zrozumieć. Widziała ją, jak siada przy stole, z głową opartą na dłoniach, jakby chciała na chwilę uciec od świata. Kiedy mama nie patrzyła, Liliana starała się znaleźć w jej oczach cokolwiek, co przypominałoby miłość, spokój, bezpieczeństwo. Ale to było trudne. Tak bardzo trudne. Czasami Liliana próbowała przypomnieć sobie te lepsze chwile. Lubiła wracać do nich, choćby na chwilę, jakby w tych wspomnieniach była jeszcze nadzieja. Ale najczęściej pamiętała tylko to, co złe. Krzyki ojca, milczenie matki, znikające spojrzenie mamy, które stawało się coraz bardziej obce. To wszystko powoli wypełniało jej umysł, a te dobre chwile, te wspólne obiady, stawały się coraz bardziej odległe.
Zaczęła rozumieć, że nie da się cofnąć czasu. Nie da się zmienić tego, co już się stało. Ale to, co było najcięższe, to fakt, że nie wiedziała, jak pomóc. Była dzieckiem, a jednocześnie czuła się odpowiedzialna za to, by coś zmienić. Ale jak miała to zrobić, skoro nie wiedziała, jak? W głowie miała tylko nieustanny chaos — i próby znalezienia jakiejkolwiek odpowiedzi.
Każdy dzień w ich domu był jak nowa burza, której nie dało się przewidzieć. Krzyki, słowa pełne jadu i wyzwisk odbijały się echem od zimnych ścian. Gdy jedno z nich mówiło coś, co miało przygnieść drugiego, drugie odpowiadało tym samym — słowami, które raniły i kruszyły serce. Nienawistne spojrzenia i gesty — wszystko to, co sprawiało, że dom, który miał być schronieniem, stawał się polem walki. Liliana widziała to codziennie. Słyszała to. Czuła to. W kłótniach nie było już żadnego sensu. Zamiast próbować zrozumieć siebie nawzajem, jedno wykrzykiwało drugiemu najboleśniejsze słowa, jakby celem było tylko zniszczenie drugiego człowieka. Gdy rodzice wpadali w tę spirale agresji, wszystko wokół traciło sens. Dom trząsł się od głośnych słów, które nie miały już żadnego celu — tylko ból. Liliana stała w cieniu tych kłótni, próbując znaleźć sposób, by je powstrzymać, by przywrócić chociaż odrobinę pokoju. Ale czuła, że nie ma już sił, by ich zatrzymać. Czuła, że mimo wszystko, to nie ona była tu tą, która miała na wszystko wpływ.
Pewnego dnia, kiedy kłótnia rodziców osiągnęła szczyt, Liliana wybiegła z pokoju. W jej oczach były łzy, które niosły ból większy niż cokolwiek, co mogła zrozumieć. Zbiegła po schodach, czując, jak serce bije jej w piersi w szybszym rytmie. Wpadła do pokoju, w którym była jej mama, i chwyciła ją za rękę.
— Mamo… — wyszeptała, ledwo łapiąc oddech. — Mamo, uciekajmy… Proszę…
To był szept pełen desperacji. Lili patrzyła na matkę z błagalnym wzrokiem, czując, jak coś łamie się w jej sercu. Zrozumiała, że to ona musi podjąć decyzję, że to ona może uratować ich rodzinę, choć nie miała pojęcia, jak to zrobić. Zaryzykowała. Wiedziała, że jeśli tego nie zrobi, dom, który tak bardzo pragnęła, rozpadnie się na kawałki.
— Uciekajmy, mamo. Zróbmy to. — powtórzyła cicho, jakby próbowała przekonać samą siebie, że ta decyzja może jeszcze coś zmienić.
Mama spojrzała na nią, jakby nie rozumiała, ale w oczach Lili była siła, która nie mogła zostać zignorowana. Oczy matki powoli przepełniały się łzami, a jej ręce, które trzymały Lilianę, zacisnęły się na jej nadgarstkach. Liliana widziała, jak z jej matki spadał ciężar tych wszystkich lat pełnych bólu i niewypowiedzianych słów.
I w tym jednym momencie, w tej krótkiej chwili, kiedy wszystkie hałasy, wszystkie krzyki przestały istnieć, mama w końcu sięgnęła po rękę córki. Odetchnęła głęboko i, nie mówiąc nic, ruszyła za nią. Wyszły z domu, zostawiając za sobą zgliszcza tego, co miało być ich domem. Liliana, mając w ramionach swoją mamę, poczuła, że to, co zaczęły, nie było jeszcze końcem. Ale to był pierwszy krok ku wyjściu z ciemności. Zdecydowały się na ten krok. Może nie wiedziały jeszcze, dokąd prowadzi, ale w tej chwili wszyscy poczuli, że wybierają życie.
5. Cisza, która boli
Mijają kolejne dni, kiedy Lili oddaje się swej melancholii. Kiedy smutek pochłania ją z każdym nowym dniem. Tak, jak dotychczas. Każdy jej dzień wygląda tak samo jak poprzednie. Otwiera oczy, mechanicznie stawia nogi na podłodze i udaje się do kuchni, gdzie czuć jedynie zapach perfum matki, która pośpiesznym krokiem wyszła do pracy.
“Tak bardzo tęsknie za życiem, to śmieszne, bo wprawdzie nigdy nie miałam życia. Chciałabym choć raz poczuć szczęście, kiedy otwieram oczy. To takie odległe… Tak jakby szczęście nie było dla mnie.
Marcela i Maks są jeszcze tacy mali. Nie chcę, aby przechodzili przez to, co ja przechodziłam w ich wieku. Kiedy oni oglądają bajki i rysują domki, ja siedziałam w cieniu krzyków i cierpienia, nie wiedząc, że życie może wyglądać inaczej. Chciałabym, aby nigdy nie zaznali nic podobnego. To ich złamie. Ale co jak życie każdego z nas musi tak wyglądać? Co, jeśli oni też muszą przejść przez dno? Czy życie każdego z nas musi tak wyglądać? Gdybym mogła, stałabym się ich tarczą. Dam im to, czego ja nigdy nie miałam. Miłość, dobroć, troskę i bezpieczeństwo. Tylko jak? Skoro ja nigdy tego nie zaznałam i sama nie wiem, jakie to uczucie? Jak to sie daje? Czy można to komuś d a ć?”
Liliana siedziała przy kuchennym stole i spoglądała na młodsze rodzeństwo, które nie jest jeszcze świadome tego, jak bardzo życie może zranić… Nie jest świadome tego, że to ich beztroskie życie, może kiedyś się skończyć… Mimo to chciała, aby chociaż ich dzieciństwo było wspomnieniem dobrych lat, a nie męki i cierpienia. Po zjedzonym śniadaniu, Lili udała się do pokoju. Tam nie musiała zakładać maski, aby nie martwić bliskich. Wychodziła z pokoju tylko wtedy, kiedy słyszała jęk dzieci, kiedy zabierali sobie zabawki.
Po godzinie dwudziestej drugiej, Liliana usłyszała dźwięk kluczy. Tym dało się rozpoznać Mariannę.
— Hej, coś długo Cię nie było. — mówi szeptem Llia.
— Nie śpisz? — patrzy Marianna, na córkę, dodając — miałam dużo pracy, mieliśmy awarię w firmie. Ostatnio się nic nie układa, same problemy, idź już spać.
Liliana spojrzała na matkę i bez słowa odeszła. Czuła do niej żal, który rósł z każdym dniem. Ten żal sprawiał, że nie czuła, że kobieta, która właśnie przed nią stałą, była jej matką. Była to tylko kobieta, która dała jej dach nad głową. Marianny od dawna nie było w domu choć jeden pełny dzień. Od rana do nocy siedziała w firmie. Nawet nie napisała SMS’a czy w domu wszystko w porządku. Wszystkie obowiązki zostały wówczas na głowie piętnastoletniej Liliany i dwunastoletniej Alicji. Ala nigdy nie skarżyła się na to, że brak jej matki. Nie odczuła tego, tak jak Lila. Alicja często spotykała się z przyjaciółmi. W domu czasem zagrała z rodzeństwem w planszówkę, zrobiła ciasto albo spędzała czas w pokoju, malując kolejne obrazy.
Rankiem Marianna wyszła do pracy, ale zdążyła wrócić chwilę po tym, jak Lili wstała z łóżka. Marianna siedziała na kanapie w salonie oglądając serial. To niecodzienny widok. To, że Marianna o tej porze była w domu, było wystarczająco dziwne, aby domyślić się, że coś jest nie tak.
— Jesteś chora? Masz grypę albo miałaś wypadek? — pyta szybko Liliana wchodząc do salonu.
— Co? — pyta matka, spoglądając na córkę.
— No to co słyszysz. Dlaczego jesteś w domu? — odpowiada Liliana, czekając, aż matka wyzna prawdę.
— Mam dziś wolne. — odpowiada Marianna, tonem, który daje do zrozumienia, że to wcale nie jest prawda.
— Yhym. Marcela pytała, czy jak wrócisz, to zrobicie razem ciasteczka. Powiedziałam, że pewnie się zgodzisz. Czekała na ciebie i naszykowała nawet foremki. Nie wiedziałam, że wrócisz tak późno, nie robiłabym jej nadziei. Zasnęła ze łzami w oczach. Może chociaż dzisiaj poświęcisz trochę czasu dzieciom? Zaraz zapomną, że mają matkę. — mówi Liliana tonem takim, aby dać matce do zrozumienia, że dzieci za nią tęsknią.
— Kupiłam ciastka, pójdę z nimi na plac zabaw — odpowiedziała szybko Marianna.
Lili wiedziała, że to pewnie tylko jedna z jej kilku set niespełnionych obietnic. Za każdym razem, gdy mówiła “pójdę z nimi”, wychodziło na to, że to Lili lub Ala musiały to zrobić.
— Za dwa tygodnie wraca Emil. — mówi cicho matka dziewczyny
Lila jednak nie odpowiedziała. Emil był mężem Marianny, ale nie ojcem Lili i Ali. Lila nie uważała go nawet za ojczyma. To tylko obcy człowiek, który raz na ruski rok pomieszkuję pod ich dachem. Ma swoją firmę w Bułgarii i to tam spędza większość miesięcy. Lila jednak nie przepada za nim. Choć rzadko go widuje, nie lubi tego człowieka. Nie lubi żadnego człowieka płci męskiej. Dla niej, faceci mogliby zniknąć.
Reszta dnia była bardzo cicha. Marianna się nie odzywała, a dzieci bawiły się w swoich pokojach.
Marianna cały dzień poświęciła na sprzątanie. Umyła białe blaty w kuchni, przetarła kurze i każdy ślad. Zmieniła pościel w pokoju nocnym i w pokoju dzieci. Umyła okna, odkurzyła dywany, a przy tym jej mina była niezmienna. Obojętna.
Sprzątanie sprawiało, że mogła odciąć się od świata. A tego w tym momencie potrzebowała najbardziej. Marianna jeszcze parę lat temu nie myślała, że mogła żyć w takich warunkach. Tuż po rozwodzie mieszkała z Lilianą i Alą w małym domku. Stare meble, dwa łóżka, kuchnia i łazienka. Teraz to wszystko wygląda inaczej. Kuchnia, z białym śniącym już blatem, płyta indukcyjna, na ścianach białe szafki, obok wyspa, a na środku mały, kuchenny stół. Przejście do salonu było otwarte. Ściany były szare, duże łóżko przy ścianie, a na przeciw niego telewizor. Nad nim wisząca półka ze zdjęciami dzieci i małymi nagrodami, jakie zdołała zdobyć przez całe swe życie. Pod oknem kwiaty, które już obumierały. Pokój Marceli był cały różowy. W szafie stos ubrań i zabawek. Pokój Marcela był szaro-niebieski. Pufa w kształcie piłki, a na ścianach obrazy i zdjęcia z konkursów. Pokój Ali był beżowy, białe meble i kącik, w którym mogła tworzyć to, co tylko chciała. Sztukę obrazów. Liliana w przeciwieństwie do Ali, miała szare ściany, Czarne meble i tylko jedno zdjęcie na ścianie. Marianna w głębi duszy, cieszyła się z tego co ma. Czuła jednak obawę. Obawę, że to nie to, czego chciała. Dom, który teraz posiadała, znacznie różnił się od jej rodzinnego domu. Był przestronny, czysty, każdy miał swój kąt. Nie było w nim jednak czegoś. Nie było w nim życia, jakie chciała wieźć. Cały swój czas poświęca pracy. Dziś również tak było, poświęciła swój czas na pracę — w domu. Czuła się jednak dziwnie uwięziona. W czymś, co było jej, ale nie do końca.
Wieczorem, Mari, upiekła ciasteczka z dziećmi. Pierwszy raz od kilku miesięcy, spędziła wieczór z dziećmi. Uśmiechy na ich twarzach były wzruszająco piękne. Śmiechy, jakie dochodziły z kuchni sprawiały, że Liliana miała łzy w oczach. Nie ze smutku, ale też nie ze szczęścia. Były to łzy, płynące z serca. Jej serce płakało.
Liliana siedziała w korytarzu, spoglądając na rodzinę. Widziała Marcelę z uśmiechem na twarzy, widziała Alę, której oczy błyszczały z ekscytacji. Marianna, choć spięta, też wyglądała na spokojniejszą. Ten obraz był piękny, ale jednocześnie boleśnie obcy. Takie chwile nie zdarzały się często, a gdy już się pojawiały, Liliana czuła, że są kruche, ulotne. Jakby były jedynie snem, z którego zaraz wszyscy się obudzą. W końcu wstała i wróciła do swojego pokoju. Usiadła na łóżku i wyciągnęła spod łóżka jedno zdjęcie. Było stare, lekko pożółkłe, przedstawiało ją i mamę. Liliana miała wtedy pięć lat, a Marianna tuliła ją do siebie z uśmiechem na twarzy.
„Czy to naprawdę byłaś ty, mamo?” — pomyślała.
Czasami miała wrażenie, że tamta wersja jej matki umarła dawno temu. Teraz widziała kobietę zmęczoną, obojętną, zamkniętą w sobie. Marianna była jak cień dawnej siebie. Liliana chciała ją uratować, ale jak miała to zrobić, skoro sama tonęła?
Z dołu wciąż dobiegały śmiechy rodzeństwa. Liliana wytarła łzy i wstała. Wyszła z pokoju i zeszła na dół.
— Lila! — Marcela podbiegła do niej i podała jej ciasteczko. — Upiekłyśmy z mamą, chcesz?
Liliana wzięła je do ręki i uśmiechnęła się lekko.
— Dzięki — powiedziała cicho, siadając przy stole.
Marianna spojrzała na nią przez chwilę, jakby chciała coś powiedzieć, ale ostatecznie tylko odwróciła wzrok i zaczęła sprzątać okruszki ze stołu. Liliana jadła powoli, czując, jak w jej gardle rośnie gula. To wszystko było takie dziwne. Takie inne. Jakby były rodziną tylko na chwilę, na jedną scenę, po której znów każdy wróci do swojej roli. Noc zapadła szybko. Marianna położyła dzieci spać, a Liliana wpatrywała się w sufit swojego pokoju.
Tej nocy znowu nie zmruży oka. Ciemność wypełniała pokój Liliany, lecz nie przynosiła ukojenia. Leżała na łóżku z otwartymi oczami, wpatrując się w sufit, na którym rozmywały się cienie rzucane przez latarnie za oknem. W domu panowała cisza — pozorna, duszna, obciążona wszystkim, czego nikt nie wypowiedział.
Wciąż miała w głowie obraz uśmiechniętej mamy, ale im dłużej o tym myślała, tym bardziej czuła, że coś było w tym nie tak. To było wymuszone. Jakby Marianna na chwilę pozwoliła sobie udawać, że wszystko jest dobrze, ale w jej oczach i tak kryła się pustka. Liliana odwróciła się na bok, przyciskając dłonie do brzucha. Znów czuła ten znajomy ucisk, jakby jej ciało odmawiało współpracy, jakby krzyczało, że nie daje rady. Znała ten ból. Był z nią od lat, za każdym razem, gdy napięcie sięgało zenitu. Jej dłoń sięgnęła po telefon. Była późna noc, ale nie miała nikogo, do kogo mogłaby napisać. Kogoś, kto naprawdę by ją zrozumiał. Wszyscy, którzy kiedyś byli blisko, już dawno się oddalili, zmęczeni jej milczeniem. Westchnęła cicho i usiadła. Podeszła do okna, odsunęła zasłonę i spojrzała na ciemną ulicę. W oddali widać było światło w jednym z mieszkań. Jakaś inna rodzina, jakieś inne życie. Może ktoś tam właśnie teraz śmiał się z kimś bliskim. Może ktoś płakał. Może ktoś, tak jak ona, czuł, że nie pasuje do własnego domu. Usłyszała szelest. Drzwi do pokoju uchyliły się lekko, a w wąskiej szczelinie pojawiła się drobna postać.
— Lila? — Ala szepnęła niepewnie, ściskając w dłoniach kocyk. — Mogę spać u ciebie?
Liliana skinęła głową, robiąc jej miejsce. Ala nie zadawała pytań. Po prostu wspięła się na łóżko, wtuliła w siostrę i zamknęła oczy.
Liliana objęła ją delikatnie, czując, jak ciało dziewczynki drży.
— Wszystko w porządku? — zapytała cicho.
Ala przytaknęła, ale Liliana znała ją za dobrze, by w to uwierzyć. Obie milczały. Wiedziały, że nie muszą mówić nic. Tylko w takich momentach Liliana czuła, że jej istnienie ma jakiś sens. Dla Ali była wszystkim. I może to wystarczyło, by jeszcze przez chwilę wytrzymać.
— Chcesz pogadać? — zapytała raz jeszcze Lila.
Ala usiadła, ze łzami w oczach spojrzała na starszą siostrę i rzuciwszy się na jej szyję — szlochała.
— To nasza mama? — pyta Ala łkając.
— Co masz na myśli? — pyta Lila
— Mama nigdy taka nie była. No wiesz, nie było jej w domu. Dlaczego dzisiaj została? Bawiła się z dziećmi, sprzątała i jeszcze upiekła ciasteczka. To takie dziwne, tak jakby coś się zmieniło. — mówi — tęskniłam za nią, ale chyba coś się dzieje.
Liliana trzymając za rękę siostrę, próbowała okiełznać łzy, które strumieniem napływały do jej oczu.
— Też myślę, że to dziwne. Boję się, że coś jest nie tak. Widać to po niej. Jest jakaś taka… — mówi
— Zmęczona? — przerywa jej Ala
— Coś takiego… — odpowiada Lila
Marianna nie miała w oczach blasku. Miała uśmiech, ale nie szczery…
CZĘŚĆ II: TONĘ
1. (nie)widzialna
Minęły wakacje. Liliana każdy kolejny dzień spędzała tak samo. W pokoju, zatapiając się w bólu. Marianna coraz częściej zostawała w domu. Ala, Marcela i Maks cały wolny czas spędzali z mamą. Wszystko wydawało się być… dobrze?
Liliana zaczynała właśnie pierwszą klasę liceum. Wyniki z egzaminów ósmoklasisty, pozwoliły jej dostać się do wszystkich szkół, do jakich złożyła papiery. Zdecydowała się jednak na szkołę sportową.
Pierwsze dni w szkole były zapoznawcze. Starsi uczniowie podchodzili i ostrzegali przed “strasznymi” nauczycielami. Uczniowie się integrowali. Wszystko wyglądało tak, jak miało wyglądać. Lila padała ze zmęczenia, jej traumy nie pozwalały jej otworzyć serca na poznanie nowych osób. Choć próbowała udawać, że życie wcale jej nie połamało, w domu leżała i czuła, jak umiera. Jak glosy w jej głowie narastają, jak ciało odmawia jej posłuszeństwa. Wory pod oczami nabierały kolejnych kolorów, a ona zmuszona była wstać, pokazać się ludziom i kolejne dziewięć godzin tworzyć pozory. W pierwszych tygodniach szkoły Lila starała się zadbać o siebie. Jednak jej stan nie sprzyjał jej w planach. Nauka przychodziła jej z łatwością, sport był dla niej relaksem, choć po każdej lekcji wychowania fizycznego, nie miała siły na kolejne lekcje. Sport, coś co kiedyś kochała, stawał się czymś, co ją męczyło, mimo tego, że od zawsze była wysportowana.
Mijały tygodnie. Liliana poznała parę nowych osób, rozmawiała z nimi, lecz w ciągu dnia marzyła o tym, by zaszyć się w pokoju i nie patrzeć na ludzi, którzy w jej mniemaniu, są fałszywi, bezlitośni i okropni. To właśnie ludzie zniszczyli jej życie, jej pogląd na świat i ją samą.
Każdy dzień, wyglądał podobnie. Pobudka, zakładanie maski, tworzenie pozorów, powrót do domu, płacz, zmęczenie, i nieustanne myśli, które niszczą z każdym dniem.
Każdy dzień był taki sam. Pobudka, maska na twarz, udawanie, że wszystko jest w porządku. Nauka, mechaniczne odhaczanie obowiązków, krótkie rozmowy, w których zawsze mówiła to, czego od niej oczekiwano. Uśmiech, kiwnięcie głową, kilka słów, które miały stworzyć pozory normalności. Wracała do domu i zamykała się w pokoju. Coraz rzadziej wychodziła do rodzeństwa, coraz mniej mówiła do matki. Nie była pewna, czy to ona się oddalała, czy to oni przestawali do niej docierać. Wydawało jej się, że świat stawał się coraz cichszy, ale tak naprawdę to ona powoli znikała.
Pierwszy raz sięgnęła po alkohol przypadkiem. Ktoś w szkole przyniósł butelkę i zaproponował. Odruchowo chciała odmówić, ale wtedy pomyślała: a co, jeśli to sprawi, że poczuje się inaczej? Może chociaż na chwilę? Wzięła kilka łyków. Palący smak w gardle, zawrót głowy. Przez moment było lżej. Świat wydawał się bardziej odległy, myśli mniej bolesne. Potem przyszły kolejne razy. Nie piła, żeby się bawić — piła, żeby uciec. Nienawidziła siebie za to. Przysięgała, że nigdy nie stanie się jak oni. Że nigdy nie pozwoli, by coś takiego przejęło nad nią kontrolę. A jednak tu była. Patrzyła na swoje odbicie w lustrze i widziała kogoś, kim nigdy nie chciała się stać. Dzieciaki wciąż śmiały się gdzieś w salonie. Ich świat toczył się dalej. Lila nie była już jego częścią. Stała się kimś obcym nawet dla siebie samej.
Ale jeśli alkohol potrafił na chwilę uciszyć głosy w jej głowie — to czy naprawdę miała wybór?
Lila zaczęła żyć w dwóch światach. W jednym była cichą, zdystansowaną uczennicą, która uczyła się mechanicznie, bez zaangażowania, z pustym spojrzeniem wpatrzonym w notatki. W drugim była nikim. Nie dbała o siebie. Nie potrafiła odnaleźć sensu w codziennym życiu. Jej ciało stawało się ciężkie, a serce — coraz bardziej obce. Z każdym dniem traciła kontakt z tym, co kiedyś dla niej miało znaczenie. Matka, która coraz rzadziej pytała, co się dzieje, co ją boli, co czuje. Siostra, która nie wiedziała, co się z nią dzieje. Lila czuła się samotna, choć nie była sama. A jednak, nie potrafiła już znaleźć drogi do tych, którzy byli przy niej. Czuła, jakby odgradzała się od świata, by nie czuć niczego, by nie czuć się zranioną.
Zaczęła pić. Nigdy nie chciała tego robić. Nigdy nie chciała wracać do przeszłości. Ale teraz, to jedyny sposób, jaki znała, by znieczulić ból. W kieliszku szukała zapomnienia, które zdawał się być jedynym rozwiązaniem. To nie było dla niej zabawą. To było desperackie wyjście, by zapomnieć o wszystkim, co na niej ciążyło. O świecie, który jej nie rozumiał. Zaczęła udawać. Z zewnątrz była tą samą Lilianą, którą wszyscy znali. Uśmiechała się, rozmawiała, próbowała żyć. Ale wewnątrz czuła się pusta, jakby była cieniem samej siebie. Nikt nie zauważał, jak bardzo się zmienia. A może nie chcieli widzieć? Może nikt nie chciał zadać pytania, na które odpowiedź była zbyt bolesna.
Każdy dzień stawał się coraz trudniejszy, a ona coraz bardziej oddalała się od siebie. Nie wiedziała, jak to zatrzymać. Wciąż marzyła o tym, by znaleźć drogę do siebie, do tego, co kiedyś miało dla niej znaczenie. Ale nie potrafiła. A może po prostu nie wiedziała, jak zaczynać od nowa.
Zaczęła uciekać w milczenie. Zniknęła z oczu swoich najbliższych, którzy coraz częściej pytali, co się z nią dzieje. Czasami w odpowiedzi potrafiła tylko wzruszyć ramionami. Czuła się tak, jakby nie miała prawa do swoich emocji, jakby nikt nie chciał ich słuchać, nie chciał widzieć tego, co ją boli. Kiedy patrzyła na swoje rodzeństwo, nie potrafiła już wykrzesać z siebie tej czułości, którą kiedyś darzyła ich bezwarunkowo. To była walka, którą przegrywała codziennie, próbując utrzymać równowagę. Za fasadą uśmiechu, pod maską obojętności, czuła się coraz bardziej zagubiona. Wszystko, co było kiedyś dla niej ważne, zdawało się wyciekać przez palce, jak piasek. Uciekała od siebie.
Minął pierwszy semestr. Stan Lili pogarszał się. Nikt nie widział. Nikt nie zauważył, choć tak bardzo krzyczała. Choć idąc przez szkolny korytarz, spoglądając w oczy ludzi, krzyczała „UMIERAM”, nikt nie widział, nikt nie słyszał. Nikt nawet na nią nie spojrzał, kiedy ona patrzyła na wszystkich. Wiedziała, że alkohol nie był wyjściem. Że alkohol niszczy, bo zdążył zniszczyć już dużo więcej niż miała. Jednak uciekała w to. Wiedziała, że może uzależnić się szybciej niż inni. Dziecko, które w dzieciństwie widziało, jak alkohol ukajał, a później rujnował życie, jest bardziej podatne na tę „chorobę”. W chwilach, kiedy sięgała po alkohol, czuła ból i ukojenie. Ukojenie, bo przez parę minut mogła zapomnieć, a ból, bo wiedziała kim się staje…
2. Spójrz na M n i e
Minęło ponad sześć miesięcy od kiedy Lili uczęszcza do szkoły sportowej. Jej problemy narastały. Nawracające myśli z przeszłości, wspomnienia trujące głowę, zmęczenie, strach, lęk, trauma. To wszystko było w niej. Nie miała nikogo, komu mogła to powiedzieć. Kontakt Lili z mamą znacznie się pogorszył. Marianna częściej bywała w domu od miesięcy, ale nie wyjawiła prawdy, dlaczego. Lili po szkole zamykała się w pokoju, bez żadnego „hej”, bez żadnej reakcji na domowników. Nie mówiła nic. Jedyne, komu ufała, to kartkom. Biała kartka, ciemny zeszyt, czarny długopis. To rzeczy, które dawały jej ukojenie. Tylko w notatniku mogła być sobą. Mogła powiedzieć to, czego nikt nie wiedział. Wciąż była sama, ale przynajmniej przez chwilę, pisząc to, co miała w głowie, mogła uwolnić myśli i przelać na papier. To tak, jakby tylko kartki były w stanie ją zrozumieć. Nie oceniały. Po prostu słuchały.
„ten ból
Ból, który przeszywa klatkę piersiową
Szkło, wbijające się w serce
To boli,
Czuję się martwa
To boli
Moje ciało nie współpracuje,
Moje serce obumiera
Wysyłam sygnały o pomoc,
Ale chyba już się nie da
Chce prosić o pomoc,
Chce krzyczeć, błagać
Dziś nie mogę.
Ktoś zaszył mi usta,
Ktoś związał me ręce
Ktoś zamknął me serce
To boli”
Kartki, były jedynym sposobem, na ukojenie jej duszy. To poezja, sprawiała, że czuła się wysłuchana.
„Wróciłam ze szkoły. Nie mam siły. Źle się czuje. To takie trudne. Chyba jest coś ze mną nie tak. Wszyscy w szkole są tacy radośni, a ja? Jakaś inna. Boję się. Wiesz, mam ciągle w głowie to, co się działo. Boję się, że to wróci, że będę musiała znowu przez to przejść. Nikt nie wie, a tak bardzo bym chciała, aby ktoś to usłyszał, aby ktoś wysłuchał i zrozumiał. Aby ktoś mi pomógł. Chociaż nie wiem, czy ktoś mógłby to zrobić. Boję się, że to co powiem, zrani kogoś. Że to, co wyznam, sprawi, że nikt nie spojrzy już na mnie tak, jak przedtem.”
3. Mój wybór
“Nie mam znajomych. Nigdy nie miałam, więc nie przywiązuje do tego tak wiele uwagi. Kiedyś może i trzymałam się z kimś blisko, ale moje milczenie zabiło nasze relacje. Milczałam, bo bałam się, że jak coś powiem, to zranię bardziej niż ciszą. Dlatego przestałam mówić. Dziś znowu to mi się śniło. Bardzo długo myślałam o życiu tej nocy. Czy każdy tak żyje? Czy każdy czuje, jak jego wnętrze rozkłada się na części pierwsze? Nie wiem, ale jeśli tak, to jestem za słaba na życie. Nie boję się odejść. Właśnie tego pragnę.”
Pisała Lili w swoim dzienniku. Tej nocy nie płakała. Była już w stanie, z którego nie widziała wyjścia. Bolało ją to, że nikt tego nie widzi. Mama, siostra, znajomi. Nikt nie widział. Nikt nie chciał widzieć.
Wróciwszy ze szkoły, Lili odłożyła plecak i udała się do kuchni, w której była mama.
— Hej. — mówi cicho
— Hej, jak w szkole? — odpowiada Marianna wpatrując się w ekran telefonu
— Dobrze, pogadamy? — pyta
— Jasne, ale może wieczorem? Jestem trochę zajęta, muszę załatwić parę spraw — odpowiada Mari nie odrywając wzroku.
Liliana nie widziała już szansy. W środku wierzyła, że jej matka odłoży telefon i zapyta co się dzieje. Nie zrobiła tego. Zabrała szansę.
Lili położyła się spać. Nie odrobiła lekcji. Nie przebrała się. Wtopiła się w pościel i zamknęła oczy, chcąc uspokoić myśli, które tak głośno krzyczały. Nie miała innego wyjścia. Nie wiedziała co może zrobić. Chciała zasnąć. I już więcej się nie budzić.
— Lilka! Wstawaj, spóźnisz się do szkoły! — krzyczy z dołu mama, pakując plecaki dzieci. — Wstawaj! — krzyczy wchodząc do pokoju.
Lila nie odpowiedziała. Nie otworzyła oczu ani nie zakryła ręką twarzy, tak jak robi to zawsze, gdy ktoś wchodzi do jej pokoju. Marianna podeszła do łóżka córki chwytając ją za ramie, chcąc nią lekko potrząsnąć, by ją zbudzić. Kiedy dotknęła Lili, jej ciało bezwładnie ułożyło się na plecach, a ku oczom Marianny ukazała się zakrwawiona ręka Liliany.
— LILA!!! — krzyczy ze strachem matka — Lilia, Lila proszę! — płaczę.
Marianna dzwoniąc po pomoc nie była w stanie zbudzić córki. Sprawdzając oddech, ze stresu i strachu nie potrafiła go wyczuć. Kiedy pogotowie dotarło na miejsce, zabrało dziewczynę do szpitala.
— To moja wina. Ona przyszła wczoraj, pytała, czy porozmawiamy, a ja ją spławiłam. Ona to zaplanowała. To moja wina –obwinia się Marianna.
W szpitalu dziewczyna została podłączona do kroplówek. Najprawdopodobniej zażyła również dużą dawkę leków. Jej stan się poprawia, niedługo powinna się wybudzić.
Liliana otworzyła oczy. Nie było obok matki. Kobieta rozmawiała właśnie z lekarzem za szklanymi drzwiami. Kiedy weszła do sali jej córka spojrzała na nią i w jednej chwili odwróciła twarz.
— Lili, dlaczego to zrobiłaś? Co się stało? Skąd taka decyzja? Wiesz co ja czułam? — mówi matka, tonem smutnym i zdenerwowanym jednocześnie
Liliana jednak nie odpowiedziała. Nie spojrzała nawet na matkę. Nie chciała widzieć po raz kolejny zawiedzenia w jej oczach. Marianna musiała wrócić do domu. Lili miała jeszcze kilka badań i rozmowę z psychologiem.
— Hej, nazywam się Ilona Karwil, jestem psychologiem, wiesz, dlaczego chcę z Tobą porozmawiać, prawda? — pyta troskliwym głosem
— Wiem, ale ja nie chcę z nikim rozmawiać, chcę do domu. — odpowiada Liliana stanowczo i bez wahania
— Obawiam się, że to nie możliwe. Nie jesteś jeszcze w stanie. Twój organizm musi się zregenerować. Pewnie zostaniesz jeszcze parę dni na oddziale, a później… — przerwała
— A później? — Lili otworzyła szerzej oczy
— Później zostaniesz przetransportowana na inny oddział, tam Ci pomogą — mówi Ilona, próbując dodać otuchy dziewczynie
— Nigdzie nie jadę. Wracam do domu i koniec, nie potrzebuję żadnej pomocy. — twierdzi Lili wychodząc z sali psychologicznej
Wieczorem znów dostała kolejne dawki kroplówek. Jej ciało napuchło, a ona sama zasnęła.
Marianna wiedziała, że Lili nie podjęłaby takiej decyzji pochopnie, chciała znaleźć odpowiedź, lecz wejście do pokoju córki sprawiało, że zamierała.
Odwiedzała córkę w szpitalu przez kolejne dni. Ósmego dnia jej pobytu w szpitalu, miała zostać przewieziona do szpitala psychiatrycznego. Lila stawiała opór, ale decyzja została już podjęta. Dziewczynka do samego końca krzyczała, błagała i obiecywała, że już więcej nie dojdzie do takiej sytuacji, ale bez skutku. Matka przywiozła jej potrzebne rzeczy. Lili widząc ją, krzyczała, aby ją zabrała. Kobieta stała bez ruchu. Nie widziała jeszcze córki w takim stanie.
— Nienawidzę cię, rozumiesz?! To twoja wina, to ty zrobiłaś, gdybyś była matką, wiedziałabyś wszystko. — krzyczała z żalem Liliana.
Marianna ze łzami w oczach patrzyła na córkę, którą personel zabierał na oddział. Za zamkniętymi drzwiami słyszała głośny płacz dziecka. Zamarła.
Wróciwszy do domu, Marianna zasiadła przy stole zatapiając twarz w dłoniach. Ala nie wiedziała co się wydarzyło. Wiedziała, że jej siostrę zabrało pogotowie, że była nieprzytomna, ale nie wiedziała, co było powodem. Podeszła do mamy i objęła ją z całej siły. Kiedy wieczorem dzieci położyły się do łóżek, Mari udała się do pokoju córki. Przebierając poplamioną pościel, wyciągnęła spod poduszki mały, szary zeszyt. Otworzywszy pierwszą stronę, ujrzała napis: “Już nie żyję”. Wiedziała, że to tu znajdzie odpowiedź na swoje pytanie: “dlaczego?”.
Kiedy pościeliła łóżko córki, zabrała zeszyt i udała się do salonu. Ręce jej drżały, kiedy trzymała notatnik w dłoniach. Nie wiedziała czego mogła się spodziewać.
„Jeśli to czytasz, być może już nie żyję. Nikt mnie nie znał. Nikt nie wie kim jestem. A jestem potworem. Jestem kimś, kogo sama się brzydzę. Moje dzieciństwo opierało się na kłótniach, bólu, cierpieniu i mroku. Wśród rodziców byłam wciąż sama. Żyłam, bo musiałam. Już jako małe dziecko czułam, że jestem inna. Nie pamiętam całego dzieciństwa. Pamiętam tylko to, co mój mózg zakodował za najważniejsze. To jak stałam pomiędzy rodzicami, to jak zostałam odepchnięta, to jak zatykałam uszy mojej siostrze, to jak robiłam wszystko, by odwrócić jej uwagę od bijących się talerzy. Mama nigdy ze mną o tym nie rozmawiała. A bardzo tego potrzebowałam. Chyba nie zdawała sobie sprawy, może myślała, że byłam dzieckiem i nie pamiętam tego, co się działo. Może nie chciała do tego wracać? Nie wiem. Ale to bolało. To, jak broniłam mamy i szukałam wytłumaczenia dla taty. To jak widziałam ból, który był niewidoczny gołym okiem, i to jak słyszałam krzyki i słowa, których wtedy nie znałam. Kiedy zamknęliśmy drzwi mieszkania i mieliśmy zacząć nowe życie, myślałam, że to właśnie jest szansa. W podstawówce przez pierwsze rok było fajnie. Dopóki nie musiałam zmienić szkoły, bo się wyprowadzaliśmy. W tamtej szkole miałam przyjaciół. Miałam ludzi, z którymi mogłam spędzać czas. Kiedy zmieniłam szkole wszystko było inne. Byłam też starsza i uświadamiałam sobie czym jest życie. Sama, bo nikt inny mi tego nie powiedział. Wracały do mnie wspomnienia. W nowej szkole byłam wyzywana. Wszyscy się śmieli, że byłam cicha, że nie miałam ojca. Wyzywali mnie i poniżali. Nie miałam nikogo. Mówili, że jestem dziwna. Mieli rację. Jestem dziwna. Bo jakie dziecko boi się swojego głosu? Tylko takie, któremu zabrano ten głos. Wszyscy mnie wyzywali. Mówili, że jestem kurwą. Nawet nie znali znaczenia tego słowa, a używali go. Śmiali się, że nic nie mówię, ale po co mówić, kiedy nikt nie słucha? Nikt nie rozumiał mojego milczenia, więc jak miałby pojąć moje słowa? Wiecie co to za uczucie być więźniem życia? Wiecie co znaczy bać się go? Pamiętam, jak dostałam nową koszulkę. Czerwona w kratkę i świecące guziki. Ubrałam do tego czerwone spodnie. Podobało mi się to, dopóki nie znalazłam się w szkolnych murach. Kiedy dziewczyny z klasy chodziły za mną i nagrywały mnie. Kiedy w szkolnej łazience otwierały mi drzwi. Śmiały się z tego co mam na sobie. Czerwona bluzka zamiast markowej koszulki? To nie przejdzie. Nie nosiłam markowych ubrań, fakt. Nie było nas na to stać, a poza tym, wolałam ubrać coś, co mi się podoba, a nie bluzkę, która wcale nie była ładna. Nie patrzyłam na cenę. Nie miała dla mnie znaczenia, ale dla innych najwyraźniej miała. Kiedy mama kupiła mi pierwsze markowe buty, słyszałam szepty w szatni: „to ona ma takie buty?”. Kiedy nie ubierałam się markowo, byłam obiektem drwin. Kiedy ubrałam coś droższego, byłam obiektem plotek. To raniło. Mama dowiedziała się o tym, jak jestem traktowana i przeniosła mnie do innej szkoły. Tym razem sama tego chciałam. W kolejnej szkole było zupełnie inaczej. Miałam przyjaciół. Nikt nie patrzył na cenę, na markę. W starszych klasach byłam bardziej pewna siebie. Tak twierdzono, choć nie była to prawda. Tak odreagowywałam strach jaki we mnie siedział. Kiedy pokaże, że się nie boje, nie będę się bać. Później to ja śmiałam się z innych. Zamieniłam rolę. Choć wiedziałam co czują te osoby, chciałam, aby ktoś poczuł to co ja. Czułam się lepiej w nowej szkole. Jednak nigdy nie może być dobrze. Nikt nie wie o tym, co działo się za murami szkoły. Nikt nie wie, jak wyglądało moje życie. Nikt nie wie, że jestem potworem. Przez długi czas, działo się coś, co miało się nigdy nie wydarzyć. Coś o czym nikt nie wie.”
Marianna wyciera łzy spływające z jej oczu i przekręca kolejną kartkę.
„To wydarzyło się niespełna dwa lata temu. Był ktoś — chłopak, którego nie znałam. Nie wiedziałam, kim jest, jak ma na imię. Był wysoki, krępy, o kręconych włosach. Nie, nie złamał mi serca. Złamał mnie. Zaczęło się jak zwykle, od spokojnego powrotu do domu. Szłam sama, nie zwracając na niego uwagi, dopóki nie poczułam uderzenia. Odruchowo rzuciłam w jego stronę jedno słowo: „Spierdalaj!”. Mamrotał coś, ale odszedł. Uznałam to za głupi wybryk, nie warte wspominania. Nie powiedziałam mamie. Ale to nie było jednorazowe. Zaczął za mną chodzić. Szeptał obleśne rzeczy, patrzył w sposób, który sprawiał, że czułam się brudna. Potem zaczął sięgać rękami coraz dalej. Chwytał mnie mocno, przyciągał do siebie, dotykał. Stawiałam opór, krzyczałam, mówiłam, żeby przestał. Śmiał się. Dzień za dniem powtarzało się to samo. Kiedy mnie widział, podchodził i robił, co chciał. A ja uciekałam, szarpałam się, próbowałam się wyrwać, ale on był silniejszy. Nocami wciąż czułam jego dotyk, ślad dłoni zaciskających się na mojej skórze. Widziałam siniaki. Czułam ból. Nie mówiłam o tym nikomu. Bałam się, że usłyszę, że przesadzam. Że to tylko żarty. Że to mój kolega. Że sama tego chciałam. Ale nie chciałam. Bałam się. Milczałam. A on traktował mnie jak nic niewartą rzecz. Łapał mnie, zmuszał do swojego dotyku, a ja mogłam tylko walczyć, krzyczeć i w końcu — milczeć.
Później było tylko gorzej. Któregoś wieczoru, zostałam sama wśród pustych ulic. Przyszedł. Już z daleka poznałam jego posturę. Wiedziałam, kim jest człowiek, który się do mnie zbliżał. Szybkim krokiem szłam stronę przeciwną, chciałam uciec. Moje ciało już wiedziało, co znaczy jego zbliżenie. To, co wydarzyło się tamtego dnia było inne. Bardziej bolesne. Dogonił mnie i złapał za rękę. Zaczął gwałtownie mnie przyciągać do siebie. Ocierał swoje ciało o mnie. Złapał mnie tyłem i dociągnął do siebie. Krzyczałam. Próbowałam się wyrwać, ale nie udawało mi się. W pewnym momencie zauważyłam kogoś. Myślałam, że to szansa. Wolałam o pomoc, błagałam i płakałam. Przyszli. Ze łzami w oczach patrzyłam na ich twarze z nadzieją, że mi pomogą. Że coś zrobią. A oni jedyne co robili, to śmiali się. Ten chłopak i ci ludzie się znali. To nie była pomoc ani szansa dla mnie. To był wieczny, nie kończący się ból. Oni wszyscy stali i patrzyli się, kiedy on to wszystko robił. Kiedy mnie dotykał, kiedy podnosił mi bluzkę, kiedy rozpinał pasek. Nie zrobili nic. Nie reagowali na moje prośby, na mój płacz i błagalny ton. Nie zrobili nic. Krzyczałam, próbowałam uciec. Walczyłam, a on świetnie się bawił. Nie zdjął mi spodni. Osunął je lekko ma dół. Łzy w moich oczach zamazywały mi świat wokół. Mój głos nieustannie drżał. A moje ciało. Nie było już moje. Uciekłam. Wróciłam do domu, w którym wciąż nie było matki. Nie mogłam tego nikomu powiedzieć. Byłam sama w pokoju ze śladami walki. Ze łzami w oczach, z drżącym ciałem, z obcym dotykiem. Czuję to do dziś. Każdej nocy. Każdego dnia. Wciąż widzę te siniaki. Wciąż czuję te ręce. Pamiętam wszystko, choć dużo bardziej wolałabym zapomnieć. Weszłam pod prysznic. Chciałam zmyć to co mi zrobił, ale żadna woda i płyn nie były w stanie zmyć śladów, jakie pozostawił na mym ciele. Na wieczność.
Czuję się jak potwór. Dałam się tak traktować. Dałam sobą pomiatać. Mogłam zrobić coś więcej. Mogłam użyć większej siły. Nienawidzę siebie. Nie chcę żyć. Od tamtych dni moje życie wygląda jak nicość. Boli mnie wszystko, ale nikt nie widzi tego, co się dzieje. Krzyczę, a nikt nie słyszy. Tak jak wtedy.
Nie proszę już o pomoc. Prosiłam za długo. Błagałam o nią, a nikt nie reagował. Kiedy krzyczałam, nikt nie słyszał. Kiedy milczę, wciąż nikt nie widzi. Każdej nocy moje ciało umiera, a wraz z nim ja. Boje się wyjść z domu. Boje się, że to się znowu stanie. Chcę, aby ktoś to wiedział. Nie chcę być z tym sama, ale nikomu nie mogę powiedzieć. Nie chcę słyszeć, że to była moja wina. Że mogłam coś zrobić, że wymyślam. Nie chcę. Wystarczy, że czuje się jak potwór w ciele, które nie jest już moje. Nigdy nie będzie. Nie chcę tego ciała. Ciała, które nie należało do mnie. Nienawidzę go i siebie. Nienawidzę ludzi.
Mamo. Tak bardzo cię potrzebowałam. Wołałam cię, krzyczałam, ale nigdy nie usłyszałaś. Może nie chciałaś? Może byłaś zbyt zajęta wszystkim innym, by zauważyć, że twoja córka każdego dnia rozpada się na kawałki? Szukałam cię wzrokiem, chciałam znaleźć w tobie oparcie, ale ciebie nie było. Ani wtedy, ani później. Nigdzie. Wołałam też tatę. Wydawało mi się, że on jest silniejszy, że jeśli ktoś ma mnie ochronić, to właśnie on. Ale on również milczał. Moje wołanie odbijało się od ścian i nikło w pustce. Nienawidzę was za to. Nie dlatego, że jesteście złymi ludźmi, ale dlatego, że zostawiliście mnie samą, kiedy najbardziej was potrzebowałam. Czy nie powinniście byli stanąć obok mnie? Chciałam, abyście mi pomogli, a wy? Zostawiliście mnie. A ja umierałam. Każdego dnia coraz bardziej, ale wy nie byliście tego świadomi. I nie jesteście nadal. Żyję z tobą pod jednym dachem, mamo, a mimo to nie masz pojęcia, że twoja córka każdego dnia walczy z samą sobą. Że jej myśli są ciężarem, który dźwiga w samotności. Tato, zawsze wydawałeś się taki silny. Myślałam, że jeśli kiedykolwiek zabraknie mi siły, będziesz miał jej wystarczająco dla nas obojga. Ale nie miałeś. Może nigdy nie miałeś jej dla mnie. Może zawsze musiałam radzić sobie sama. I próbowałam. Ale wtedy byłam dzieckiem. Nie miałam ani grama siły”.
Marianna płacząc zamyka zeszyt i ociera łzy, spływające niczym potop z jej oczu. Nigdy nie wiedziała, że jej córka musiała przejść przez coś takiego. Nigdy nie zauważyła bólu jaki nosiła i walki, jaką musiała przejść. Sama. Lilka, miała przecież tylko trzynaście lat. Walczyła sama. Nikt jej nie pomógł. To, dlatego nigdy nie wypowiada słów prośby. Kiedy błagała o pomoc, nikt nie słyszał. Nikt nie pomógł. Wszyscy drwili. Marianna nie przeczytała do końca historii zapisanej w notatniku. Przez łzy w oczach litery stawały się rozmazane. Myśli w głowie jakie teraz ma, nie pozwalały jej na kontynuację. To już za dużo. Dla dorosłej kobiety, dotychczasowa historia zadała ogromny ból, a jej córka przeżyła jeszcze więcej. To, jak jej serce musi krwawić, jest cięższe niż kamień. To, że musiała walczyć, nie tylko z myślami, z życiem, ze sobą, zadaje niewyobrażalny ból. kolejne rany Mariannie, która nigdy niczego nie wiedziała.
4. Zmagania z systemem
Lila trafiła do szpitala z poczuciem, że została tam przymusowo zamknięta. Nie prosiła o pomoc, nie chciała ratunku — chciała jedynie przestać czuć. Teraz jest w miejscu, gdzie każdy jej ruch jest kontrolowany, gdzie nie ma ucieczki, nie ma alkoholu, który pozwalał jej się odciąć od świata. Czuje, że jest uwięziona. Nie tylko w sobie, w swoim ciele, ale i w miejscu, którym wszyscy inni — lekarze, pielęgniarki, terapeuci — są jej wrogami. Pierwszy dzień był pełen płaczu, drugi dzień był obojętnością. Kiedy weszła na swoją salę, pierwsze pytanie — bezpośrednie — wybiło ją z rytmu.
— Za co jesteś? — pyta dziewczynka siedząca przy oknie
Lili nigdy nie mówiła o sobie. O swoich problemach, uczuciach i zamiarach.
— Nie udało mi się zabić — odpowiada wycierając łzy
— Spokojnie, tu nikomu się jeszcze nie udało — odpowiada dziewczyna
Pocieszające.
Już na trzeci dzień Lili została przydzielona do klasy. Ściśle określone grafiki dnia nie sprzyjały jej. Pobudka o danej godzinie, obiad, kolacja, lekcje, zajęcia. To nie było coś, co jej pasowało. Zamiast zaszyć się po lekcjach w pokoju. Zmuszona była siedzieć wśród innych ludzi. Ludzi, którzy jak ona, cierpią i ukrywają swój ból.
Lekcje w szpitalu znacznie różnią się od tych w szkole. W grupie jest do dziesięciu osób. Liceum połączone razem, podstawówka razem. Każdy jest na innym poziomie i jeden nauczyciel przedmiotu, który zadaje każdemu coś innego. Oczywiście każda lekcja była inna. Matematyka, polski, geografia, biologia. Wszyscy byli na innych poziomach, w innych klasach, a w jednej grupie. Sprawdziany i kartkówki obowiązywały. Karty pracy na ocenę, a to wszystko było dużo łatwiejsze niż w szkole.
— Hej, jestem Maja, jak się nazywasz? — pyta jasno włosa, niska dziewczynka
— Liliana — odpowiada zniechęcona
— Jestem za próbę, słyszałam, że ty też — mówi Maja
— Tak, zamykają nas za brak chęci do życia, jakby to coś zmieniło — odpowiada Lila — jak długo tu jesteś? — dodaje
— Trzy tygodnie — odpowiada — wiesz już kto cię prowadzi? — pyta
— Nie wiem nic — odpowiada szybko
— Niedługo ktoś weźmie cię na rozmowę, poznasz wtedy swojego lekarza i psychologa. — odpowiada Maja
Liliana wciąż siedziała na różowej kanapie na korytarzu, lecz już nic nie mówiła. Patrzyła tylko na tych ludzi i zastanawiała się, czy ktoś, kto już stąd wyszedł, spełnił swoje marzenie i dawniej postawiony cel. Tuż przed kanapą zebrali się ludzie i siadając w kółku na podłodze rozłożyli karty.
— Zagrasz? — pyta ktoś z tłumu
— Nie potrafię — odpowiada Lila
Nie dołączyła do innych. Integracja w tym miejscu nie była dla niej. Odeszła i zasiadła na dalszej kanapie, a za nią udała się Eliza. Wyższa dziewczyna, blond włosy i niebieskie oczy.
— Hej, wszystko dobrze? Jesteś tu nowa, pewnie jeszcze nie jesteś do tego wszystkiego przyzwyczajona — mówi spokojnym głosem, zasiadając tuż obok niej
— Nie, nic nie jest dobrze, nie chcę tu być — odpowiada Lila, czując jak łzy napływają jej do oczu
— Na początku nikt nie chciał, niedługo się przyzwyczaisz. — odparła Eliza
— Dlaczego nas tu trzymają? — zadaje pytanie, choć wie, jaka jest odpowiedź
— Chcą nas wyleczyć, myślą, że odizolowanie od rzeczywistości nam pomoże, jestem tu drugi raz. Od razu po wyjściu… — przerwała
Lili spojrzała na nią i wiedziała co miała na myśli.
— Zagraj z nami, poznasz nowych ludzi, oni nie są tacy źli. — powiedziała, łapiąc ją za rękę i podnosząc się z kanapy
Lili, choć niechętnie, udała się do innych. Zasiadła między Elizą, a Mają i wpatrywała się w każdego z osobna, zastanawiając się, czy ci wszyscy ludzie, tak jak ona, nie chcieli tu być.
Lila szybko dostrzega, że pacjenci dzielą się na różne grupy. Są ci, którzy naprawdę chcą się wyleczyć, którzy współpracują, rozmawiają z terapeutami, starają się. Są ci, którzy traktują to miejsce jak przystanek — wiedzą, co mówić, by wyjść jak najszybciej. I są tacy jak ona — zbuntowani, wściekli, zamknięci w sobie.
Lila początkowo nie próbuje nawiązać kontaktu z nikim. Obserwuje, analizuje, ale nie ufa. Widzi tych, którzy z nadzieją czekają na poprawę, choć w ich oczach czasem błyska zwątpienie. Widzi tych, którzy już dawno nauczyli się systemu — mówią to, co lekarze chcą usłyszeć, udają postępy, by jak najszybciej zniknąć z tego miejsca. Ale najbliżsi są jej ci, którzy milczą. Którzy mają w sobie tę samą złość, ten sam bunt, to samo poczucie, że świat ich zawiódł.
Wśród nich wyróżnia się chłopak, który niemal zawsze siedzi sam w kącie, wpatrzony w jeden punkt. Kiedyś usłyszała jego rozmowę z terapeutą. Mówił wtedy cicho, ale wyraźnie: „Nie chcę już udawać, ale nie wiem, jak inaczej żyć”. Ten chłopak nie szukał szybkiej ucieczki. Nie miał nadziei. Miał tylko pustkę.
Jest też dziewczyna, której śmiech rozbrzmiewa po korytarzach, choć Lila widzi, jak bardzo jest wymuszony. Wydaje się, że wszyscy ją lubią — w przeciwieństwie do Lili, która nie wzbudza żadnego zainteresowania. Ale pewnego dnia, w środku nocy, Lila widzi ją skuloną w kącie świetlicy, z dłońmi przyciśniętymi do twarzy.
Są inni — ci, którzy krzyczą, płaczą, rzucają rzeczami. Ci, których trzeba uspokajać. Ci, których się unika. Lila ich rozumie. Oni przynajmniej nie tłumią tego, co ich rozrywa od środka.
Z czasem dostrzega coś jeszcze — nikt tutaj nie jest bez powodu. Każdy niesie swój ból, choć każdy ukrywa go inaczej. I choć początkowo odcina się od wszystkiego, w końcu zaczyna się zastanawiać: czy naprawdę wszyscy są przeciwko mnie?
A może nie jest tak samotna, jak jej się wydaje?
Lili widzi tych, którzy już dawno nauczyli się systemu, tych, którzy mówią to co lekarze chcą usłyszeć. Widzi tych, którzy rzucają rzeczami, którzy wykazują zdenerwowanie, z nadzieją, że dzięki temu zostaną wypuszczeni szybciej. I widzi też tych, którzy milczą. Każdy z nich nosi swój ból. Coś co ich zabija.
— Jak się czujesz? — pyta dziewczyna z pokoju, siedząc przy oknie
— Ja? Normalnie — odpowiada Lili
— Jestem Sophie, nie przedstawiłam się za pierwszym razem — mówi
— Liliana — odpowiada, patrząc w sufit
— Ile masz lat? — pyta
— Piętnaście, a ty? — odpowiada
— Za miesiąc osiemnaście. Jestem tu za bulimię. Trzymają mnie już półtora miesiąca — dodaje Sophie, a w tym momencie do sali wchodzi pielęgniarka
— Liliana, choć do gabinetu numer trzy — mówi i wychodzi z pokoju
— Pewnie poznasz swojego lekarza, powodzenia — mówi Sophie
Liliana wstała z łóżka i wyszła z pokoju. Jeszcze przez chwilę stała przy drzwiach i udała się do gabinetu.
— Dzień dobry Liliano, usiądź. — mówi starszy mężczyzna z lekkim zarostem
Lili nie odpowiada. Zasiadła na pierwszym krześle i oglądała gabinet. Papiery na biurku, na ścianach tablica z zapisami godzin i lekarz. Człowiek, który myśli, że uratuje kolejną osobę.
— Ja nazywam się Krzysztof Mierusz. Będę twoim lekarzem prowadzącym. Jak się czujesz? — mówi
— A jak mam się czuć? Zamykacie mnie jak psa. — mówi naburmuszona
— Rozumiem twoją frustrację, robimy to, by ci pomóc — odpowiada lekarz
— Nie chcę waszej pomocy — mówi Lila
— Powiesz mi coś o sobie? Czym się interesujesz? — pyta
— Nic nie powiem. Chce wrócić do domu — odpowiada
— Liliana, bez współpracy szybko nie wyjdziesz — patrzy na nią z lekkim uśmiechem — to jak?
— Jestem Liliana. Nie mam zainteresowań. — odpowiedziała odwzajemniając fałszywy uśmiech
— Dobrze, a co lubisz robić? — ciągnie rozmowę dalej
— Lubię.,. — bierze głęboki oddech — lubię pisać. — odpowiada z nadzieją, że nie będzie musiała nic dodawać
— Liliano, wiem, że nie podoba ci się to, że tu jesteś. Uwierz, chcemy Ci pomóc. Jesteś tu by wrócić do zdrowia, do normalności. Zaufaj nam i daj sobie pomóc. — odpowiada lekarz widząc irytację dziewczyny
Do zdrowia? Do normalności? Czym jest ta normalność?
— Wiem. — rzuca Liliana
— Jutro powiem ci jak będzie przebiegać twoje leczenie, zawołam cię, dobrze? — mówi wciąż lekko się uśmiechając
— Ależ oczywiście, nie mogę się doczekać. Z niecierpliwością będę wyczekiwać tego momentu. — mówi Lili wstając i wychodząc
Dziewczynka wróciła do swej sali i położyła się na łóżku.
— Kto jest twoim lekarzem? — pyta Sophie
— Jakiś Krzysiek Mierusz? — mówi
— Słyszałam, że długo trzyma, ale dobrze leczy — odpowiada
“Długo trzyma, ale dobrze leczy? Jak ma zamiar uleczyć mnie z przeszłości? Da mi magiczny zastrzyk, który sprawi, że świat nabierze kolorów?”
Nastaje kolejny dzień, na korytarzu słychać krzyki: “Pobudka” Jakby jeszcze ktoś chciał wstawać. Kolejne lekcje. Kolejny dzień. Wszystko takie mechaniczne.
O ósmej Liliana zaczynała lekcję polskiego. Wchodząc do klasy spojrzała na nauczycielkę, z dziwnym wrażeniem, że już kiedyś ją widziała.
— Dzień dobry, jak się czujecie? — mówi wesoło, o każdy odpowiada… tak szczerze.
Od “dobrze, czuję się lepiej” do “nie mam znowu sił”.
— Ty jesteś...Liliana, tak? — pyta dziewczyny z uśmiechem
— Tak — odpowiada zasiadając do wolnej ławki
Anastazja, nauczycielka polskiego, podeszła do Liliany i zapoznała się z jej poziomem edukacji. Wzięła do ręki zeszyt, który ta przyniosła ze sobą i spojrzała na materiały, jakie zawarte były w środku.
— W której jesteś klasie? — pyta
— Pierwszej liceum — odpowiada Lila
— Piszesz piękne opowiadania. Na jakim jesteś temacie w książce? — dodaje
Lili podała podręcznik nauczycielce, a ta dała jej kilka zadań. Po skończonej lekcji opuściła klasę i zasiadła na kanapie, kiedy została zawołana do gabinetu.
— Witaj, co u ciebie? — pyta lekarz widząc Lilianę wchodzącą do gabinetu
— Jest dobrze — odpowiada
— Myślisz, że w to wierzę? — pyta śmiejąc się
— Tak, właśnie tak myślę. — odpowiada Lila
— Miałem dać ci plan leczenia, ale będąc szczerym, nie zrobiłem tego do końca, nasza wczorajsza rozmowa nie dała mi żadnych podpowiedzi. Nie wiem o tobie nic. Niedługo przyjdzie pani Ania, twoja terapeutka. — mówi — porozmawiasz z nią?
— Jasne, powiem wszystko, od A do Z. Wyjawię każdy sekret, każdą tajemnicę i powiem wszystko co chcecie wiedzieć — mówi Lila z ironią, a do gabinetu wchodzi kobieta.
— Lila? Pójdziesz ze mną? — zwraca się do Lili.
Liliana wraz z panią Anią udały się do osobnego pomieszczenia.
Pani Ania zamknęła za nimi drzwi i usiadła naprzeciwko Liliany, splatając dłonie na kolanach.
— Wiem, że to może być trudne…
— Oczywiście — weszła jej w słowo Lila, odchylając się na krześle. — Rozmowa z psychologiem to przecież najwyższy stopień rozrywki. Zaraz po oglądaniu schnącej farby i czekaniu na spóźniony autobus.
Pani Ania uniosła brew, ale nie wyglądała na oburzoną.
— Cieszę się, że masz poczucie humoru.
— Tak, to jedyne, co mi tu jeszcze zostało. Nie licząc pasjonujących rozmów o moim „dobrobycie psychicznym”.
— Skoro już o tym mowa… — Ania oparła się na łokciu. — Co sprawia, że czujesz się tutaj źle?
Liliana przewróciła oczami.