E-book
20.48
drukowana A5
34.79
Przeznaczona Bestii

Bezpłatny fragment - Przeznaczona Bestii

Objętość:
221 str.
ISBN:
978-83-8245-955-5
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 34.79

.

.

Na wstępie

Chciałabym podziękować


Ponownie Pani Małgosi, najlepszej pedagog pod słońcem,

za fachową pomoc oraz poświęcony czas.


Wszystkim tym, którzy tak pozytywnie ocenili moją poprzednią książkę,

dodając mi tym pewności siebie.


Naturalnie mojemu synowi Pawłowi,

gdyż to On przyczynił się do tego mojego małego sukcesu.


A przede wszystkim mojej siostrze, siostrzenicy i Przemkowi za zaangażowanie,

Wy najlepiej wiecie w co i jak bardzo. Jestem Wam naprawdę wdzięczna!

.

Przeznaczona Bestii

.


*     *     *

Ta historia sięga zamierzchłych czasów, kiedy światem rządziła jeszcze magia, a piękne choć bardzo niebezpieczne smoki terroryzowały zamieszkujące ziemie ludy. Atakowane wioski pustoszały, a liczni śmiałkowie bezustannie polowali na olbrzymie bestie doprowadzając do ich wymarcia, a sobie przysparzając chwały i rozgłosu.

W owym czasie za najpotężniejszych smoczych pogromców uznawano królewski ród Tunikalana, a wszystko za sprawą Godnego i mocy dziedzicznego w jego rodzie magicznego miecza. W każdym pokoleniu pośród licznego potomstwa panującego króla przychodził na świat chłopiec obdarzony wyjątkową odwagą i nie mniejszymi zdolnościami. Królewicza od najmłodszych lat szkolono na Talapati Tirakan Sleyarkal, Dowódcę Smoczych Pogromców i wraz z oddziałem dziarskich ochotników toczył ciężkie boje z ognistymi stworzeniami.

Ta nierówna walka rozgrywała się na przestrzeni setek tysięcy lat, aż koniec końcem wygrał ją człowiek. Smoki wyginęły, a świat się ucywilizował. Dzisiaj potwory, magia, dawne ludy, obecne są tylko w mitach i podaniach, lecz czy aby na pewno tak jest?

Jaką mamy pewność, że nic z tamtych czasów nie przetrwało?

.

Rozdział I

W obecnych czasach ludzie potrafią ze sobą rozmawiać o wszystkim, poza tym co faktycznie złego przytrafiało się w ich życiu. To wstyd i upokorzenie zmuszają do ukrywania prawdy, przez co związki na pozór idealne często skrywają mroczne i wstydliwe tajemnice.

— Jesteś pewien, że mam tam z tobą pójść? — zapytała męża zalękniona Emilii.

— Znów ci coś nie pasuje? — warknął w odpowiedzi zniecierpliwiony mężczyzna.

— Nie, nie — kobieta zadrżała — tylko ciężko będzie mi ukryć tego krwiaka pod okiem.

— Postaraj się! Jako przykładna żona powinnaś trwać przy moim boku, szczególnie w dzień mojego awansu. Od poniedziałku zasiądę na krześle Ordynatora Oddziału, to nie byle co! Chyba jesteś ze mnie dumna?

— Ależ oczywiście kochanie — kobieta posłusznie przytaknęła, przezornie wycofując się do garderoby.

Mimo obezwładniającego uczucia lęku, który nieustannie towarzyszył jej odkąd ponad dziesięć lat temu wyszła za mąż, teraz wiadomość o awansie męża rozbudziła w sercu kobiety nikłą nadzieję, jednak nie wobec rozwijającej się kariery małżonka, a tego, iż zajęty nowymi obowiązkami będzie rzadziej bywał w domu. Tak bardzo na to liczyła!

— Wychodzimy punkt dziewiętnasta. Masz być gotowa i nie spraw mi zawodu.

Jak zwykle wszystko co złe to moja wina — kobieta westchnęła przyglądając się swemu odbiciu w lustrze.

Na szczęście szarosine ślady na ramionach i plecach zakryje sukienka. Gorzej rzecz miała się z twarzą. Żółtosine oko i policzek kosztować ją będzie sporo wysiłku i umiejętności. Gdyby nie odbyty wiele lat temu kurs wizażu pewnie by sobie z tym nie poradziła. Na te warsztaty zdecydowała się nie z kobiecej próżności, a potrzeby wprawnego tuszowania tego co powinno zostać ukryte. Oczywiście pomysł ten nie przypadł mężowi do gustu. Nie życzył on sobie, by jego małżonka zajmowała się czymś innym poza domem i nim samym. Będąc zazdrosnym i potwornie zaborczym człowiekiem wymagał od niej absolutnego posłuszeństwa i uległości. Przyzwolenie na odbycie tego kursu przyszło po kolejnym wybuchu szału mężczyzny, gdy zupełnie tracąc nad sobą kontrolę niezwykle brutalnie potraktował twarz kobiety. Tych śladów nie była już w stanie samodzielnie zamaskować. To ostatecznie przekonało mężczyznę, a z czasem nawet uznał, że była to całkiem intratna inwestycja. Dzięki nabytym umiejętnościom Emilii profesjonalnie tuszowała następstwa agresji męża. Makijażem maskowała drażniące go siniaki, a opuchliznę przeczekiwała schodząc mu z drogi.

Czasem bywało, że i kilka dni nie mogła wyjść z domu. Nie chciała narażać się na ciekawskie spojrzenia sąsiadów, niewygodne pytania, a w szczególności wściekłość męża, który na swój pokrętny sposób dbał o reputację. Wśród znajomych i przyjaciół uchodził za statecznego, poważnego, wysoce kulturalnego człowieka. Ems wprost nie znosiła, kiedy sąsiadki z takim entuzjazmem rozwodziły się nad tym, jakim to jest wspaniałym mężczyzną, z pewnością również czułym mężem, no a lekarzem to już wręcz genialnym! Co do zachwytów względem jego pracy zawodowej nie mogła się nie zgodzić, gdyż rzeczywiście był wyjątkowo utalentowanym lekarzem ortopedą, ale co do niego jako człowieka, a szczególnie męża, to każde pochlebne słowo przyprawiało biedną kobietę o mdłości. Z chęcią zamieniłaby swoje życie, na życie każdej z tych kobiet, byle tylko móc uwolnić się z rąk tego tyrana i kata.

Niestety o wolności i spokoju mogła jedynie pomarzyć. Będąc wyrafinowanym, niezwykle wpływowym człowiekiem zdobył nad nią pełną władzę. O czym bardzo boleśnie przekonała się już dawno temu, toteż tego wieczoru punkt dziewiętnasta, drżąc ze strachu, ale dumnie wyprostowana z szerokim uśmiechem przyklejonym do pięknych, choć lekko opuchniętych ust, wkroczyła do salonu. Na widok aprobaty w oczach męża odetchnęła z ulgą.

— Wyglądasz olśniewająco! — mężczyzna głośno wyraził swoje uznanie.

— Dziękuję, to wszystko dla ciebie — okręciła się wokół własnej osi i na lekko drżących nogach podeszła do męża — a to dla mojego PANA ORDYNATORA!

Niepewna jak tym razem zareaguje, uciszając niespokojnie bijące serce, wręczyła mężczyźnie niewielkie pudełeczko zawierające srebrną zapalniczkę z wygrawerowaną specjalnie dla niego dedykacją. Przestępując z nogi na nogę obserwowała jak z precyzją chirurga rozpakowuje prezent. Na widok misternie wykonanego przedmiotu mężczyzna nieznacznie się uśmiechnął.

Jest dobrze, podoba mu się — Emilii odetchnęła z ulgą.

Biedna kobieta nigdy nie wiedziała czego w takiej chwili się spodziewać. Czasem, jak na przykład w tym momencie, bywał zadowolony i z największą czułością przyjmował jej uprzejme gesty, a czasem podarowany prezent i nie tylko on lądowały na jej głowie, twarzy, plecach. Wszędzie tam gdzie sięgały jego pięści i tak długo, aż nie zabrakło mu tchu. Wszystko w zależności od jego nastroju, z winą zawsze po jej stronie.

— Piękna. Dziękuję mój aniele — Tadeusz przyciągnął żonę do siebie przelotnie całując ją w usta — Podziękowałbym bardziej żarliwie, ale nie chcę zepsuć tego dzieła no i nie mamy na to czasu. Musimy już wyjść, jeśli nie chcemy się spóźnić.

— Najważniejsze, że ci się podoba — Emilii stłumiła w sobie odruch wymiotny i czule się uśmiechając pogładziła twarz męża. Po dziesięciu latach z tym mężczyzną nauczyła się perfekcyjnie uzewnętrzniać wszystkie emocje. Czasem sama już nie wiedziała kim i jaka tak naprawdę była, tak zagubiła się w tym wyimaginowanym małżeństwie.

Pewnie dlatego i tym razem bez mrugnięcia okiem przyjęła podany przez męża pled i pod rękę wyszli z domu. Mężczyzna otwarł przed kobietą drzwi samochodu i pomógł jej wsiąść z kurtuazją całując jej szczupłą dłoń. Dystyngowanym krokiem okrążył limuzynę i usiadł za kierownicą. Znów wyglądali jak idealnie dobrane, zgodne małżeństwo.

Nic bardziej mylnego, w głębi duszy Emilii była bardzo nieszczęśliwą kobietą. Każdego dnia żałowała, że dała namówić się ojcu na to małżeństwo. Jako dobrze wychowana córka zgodziła się przyjąć zaproszenie na kolację od znajomego ojca. Mężczyzna zdawał się miłym, dowcipnym, kulturalnym człowiekiem. Mimo sporej różnicy wieku ujął ją swym poczuciem humoru, inteligencją i tym, że czuła się dla niego kimś wyjątkowym. Bardzo szybko wyznał jej miłość i choć sama jeszcze nie była pewna własnych uczuć pozwoliła ojcu się wyswatać. Tak więc już po kilku miesiącach znajomości, kiedy Tadeusz niespodziewanie poprosił ją o rękę uznała, że szacunek i podziw jaki do niego czuła był wystarczający, aby go pokochać i być z nim szczęśliwą i pewnie tak by się stało, gdyby nie okazał się furiatem, zazdrośnikiem i katem.

Kilka dni po ślubie doszło między nimi do pierwszej sprzeczki, która przerodziła się w koszmarną awanturę. Wtedy to mężczyzna z pogardą wykrzyczał jej prosto w twarz, by niczego nie oczekiwała bo jest nikim…, zwykłą zabawką, którą wygrał w pokera…! To zupełnie załamało kobietę. Wiedziała, że ojciec grywał, bo nieraz spłacały z matką jego karciane długi, ale nie mogła uwierzyć, że posunął się tak daleko i postawił na szali życie własnej córki. Wtedy zrozumiała dlaczego tak usilnie namawiał ją na to spotkanie, wręcz nalegał, aby umówiła się z jego przystojnym przyjacielem, lekarzem, którego postrzegał jako idealną partię dla swojej jedynej córki. Wdowiec, bez zobowiązań, dobrze zapowiadający się chirurg ortopeda do tego szarmancki i przystojny. Miała żyć z nim jak w raju, a trafiła wprost do piekła. Ten na pozór wspaniały człowiek tak naprawdę był podłym, dwulicowym draniem, bezwzględnym potworem nie liczącym się z nikim poza nim samym. Po kolejnych napadach szału męża brutalnie skatowana wielokrotnie uciekała do rodziców szukając pomocy i wsparcia, lecz matka z boleściwą miną zdominowana przez męża przyjmowała ją bez słowa, a ojciec uznając, że to na pewno jej wina nakazywał wracać i błagać o wybaczenie. Odtrącona z czasem zerwała wszelkie kontakty z rodzicami. Nie mając znikąd pomocy pozwoliła do reszty się zdominować w niemej ciszy znosząc okrucieństwo męża.

.                                                 *     *     *

— Azali sam ci następca tronu skupił uwagę na mej osobie! — Hestella nie dowierzała własnemu szczęściu. W rzeczy samej była najpiękniejszą niewiastą w całym królestwie, jednakoż do tej pory żaden mężczyzna nie ośmielił się z własnej intencji zalecać do tejże potężnej, budzącej ogólny szacunek, ale i postrach wiedźmy. A teraz sam książę Dymitriel, pierworodny panującego władcy, posyłał jej podarki takoż miłosne liściki — toż to zgoła niespotykane! — uszczęśliwiona zaśmiała się w głos — Jam ci wybranką przyszłego króla, wszak to nader niesłychane! — uradowana zawirowała wokół dębowego stołu zapełnionego suszonymi ziołami, różnego rodzaju dekoktami i tajemnymi księgami. Jej chata ukryta w głębi leśnego traktu była niewielka. W dziennej izbie oświetlonej woskowymi świecami poza ogromnym stołem umiejscowionym pośrodku pomieszczenia centralnym punktem było wielkie palenisko z niegasnącym weń płomieniem, źródłem mocy czarownicy. Uwieszone u powały pachnące wiązki dzikich ziół napełniały powietrze przyjemną wonią kojarzącą się z latem. Nieopodal ogniska na bujanym fotelu, leżała nieco spłowiała, owcza skóra. A w głębi izby tuż za kunsztownie rzeźbionym regałem zapełnionym po brzegi starymi zwojami i księgami traktującymi o magii znajdowała się alkowa. To właśnie tam, na tym ogromnym łożu z rzeźbionymi filarami, piękna czarownica uwodziła wybranych przez siebie mężczyzn. Teraz rozanielona kobieta zapominając o swych uprzednich, nic nieznaczących kochankach, snuła marzenia o urodziwym królewiczu, który z własnej nieprzymuszonej woli otwierał jej drogę ku pałacowi. Dotąd żadna panna z jej rodu nie miała takich widoków, a teraz ona, Hestell Mindy z rodu Lapzi, miała sposobność zostać królową całej Tharates. To wprost nieprawdopodobne!

— Jam wybranką księcia Dymitriela — pisnęła, tuląc książęcą wiadomość do swej piersi — dlań gotowam zaniechać sztuk magicznych, byle jeno stać się zacną serca przyszłego króla — dumała rozanielona, ponownie spoglądając na pachnący olejkiem różanym zwitek pergaminu w swojej dłoni, który chwilę temu dostarczył jej królewski posłaniec, upewniając się, czy aby na pewno nic nie pokręciła. Nie inaczej, na ten raz było to zaproszenie na przechadzkę wąwozem Nivy.

Wąwóz ten dla większości mieszkańców był upiornym miejscem stąd też niewiele osób zapuszczało się w owe rejony. Jednako dla Hestelly to osobliwe miejsce było idealnym wyborem na sekretną schadzkę z potomkiem króla. Wszak pojmowała, iż do czasu, ichże napotykania muszą pozostać tajemnicą. Król bez wątpienia zakazałby synowi miłostek z wioskową czarownicą. Skoro jeno uczucia Dymitriela rozpłomienią się, wtenczas jej w tym głowa, ażeby nic nie stanęło na drodze ku ich miłości.

Przepełniona gorliwością poczęła sposobić się na spotkanie. Po kąpieli swe jędrne ciało starannie namaściła wonnymi olejkami i pachnącymi ziołami, w długie czarne jak heban włosy wplotła białe róże, a okolice oczu o barwie czystego nieba w słoneczny dzień zaczerniła sproszkowaną lawsonią z niewielką domieszką sadzy. Zaś pełne, zmysłowe wargi podkreśliła mazidłem ze zmielonych ziół i minerałów osiągając efekt kusząco czerwonych ust, które w połączeniu ze strojną, lekko wciętą adamaszkową suknią w kolorze ciemnego wina z długimi, ozdobnymi rękawami sięgającymi niemalże ziemi i głęboko wyciętym dekoltem zarówno z przodu jak i z tyłu nadawały jej zniewalającego wyglądu. Kończąc swe zabiegi przystanęła przed olbrzymim zwierciadłem w uwodzicielskiej pozie, z jedną ręką na biodrze, zalotnie uśmiechając się do swego odbicia. Doskonale wiedziała jak wielką zmysłową moc w sobie posiadała.

.                                                 *     *     *

Przyjęcie, jak spodziewała się Emilii, było jednym wielkim koszmarem. Udawane uśmiechy, uprzejmości i pochwały pod adresem męża gładko przechodziły jej przez gardło, lecz smakowały najohydniejszą goryczą. Widząc jak Tadeusz często i ochoczo sięgał po kolejne szklaneczki z ognistymi drinkami, sama poprzestała na sączeniu wody sodowej wiedząc, że to ona będzie musiała prowadzić samochód w drodze powrotnej. Na myśl o tych niekończących się upomnieniach, wytykaniu każdego błędu podczas jazdy, a przede wszystkim wyzwiskach jakim to kiepskim jest kierowcą, a co za tym idzie kobietą i żoną również już dostawała gęsiej skórki. Nawet jeśli nie będzie się odzywała, nie da sprowokować jego zaczepkom i tak groziła jej dotkliwa awantura. Chyba że Tadeusz upije się na tyle mocno, że zaśnie w samochodzie, wtedy przetransportuje go nieprzytomnego do sypialni i będzie mogła spokojnie odpocząć.

Wizja przespanej bez zakłóceń nocy zmotywowała ją do działania. Ukradkiem podmieniała puste szklaneczki męża na pełne ognistego alkoholu i udając dumną żonę często wznosiła toasty pilnując, aby główny bohater tego przyjęcia nie przestawał popijać. Ilość wypitego przez przyszłego ordynatora alkoholu podsycały w niej radość i nadzieję, że tego wieczoru uda jej się uniknąć ciężaru jego pięści.

— Musi być pani dumna z męża — zagadnęła żona jednego z przełożonych Tadeusza.

— Oczywiście, Tadeusz zasłużył na ten awans. Ciężko pracował i jest odpowiednią osobą na to stanowisko. Jestem pewna, że da z siebie wszystko, by nie zawieść pokładanego w nim zaufania — odpowiedziała z wystudiowanym uśmiechem.

— Jestem pewna, że sprawdzi się w tej roli, ale to niestety oznacza jego ciągłą nieobecność w domu. Kochana musisz uzbroić się w cierpliwość. Pamiętam jak mój mąż piął się po szczeblach kariery, wymagało to sporo wyrzeczeń i ogrom kompromisów, głównie z mojej strony, ale nie żałuję. Mimo wszystko udało nam się stworzyć prawdziwy dom, szczęśliwą rodzinę i utrzymać łączące nas uczucie. A przy tym zyskaliśmy wysoką pozycję w towarzystwie co jest przyjemnym atutem — kobieta mrugnęła porozumiewawczo.

Ja najbardziej liczę na tą jego nieobecność — przemknęło przez myśl słuchaczki, lecz głośno wypowiedziała zupełnie inne słowa.

— Z największą radością będę wspierać męża. On tak wiele dobrego robi dla chorych.

— O tak, właśnie po ilości zadowolonych pacjentów widać to najbardziej. Jak wiesz sama również zaliczam się do tego grona. Po skręceniu kolana to twój Tadeusz postawił mnie na nogi. Inni spisali mnie już na straty twierdząc, że muszę pogodzić się z nieustannym bólem, a twój mąż dokonał cudu i teraz mogę nawet zatańczyć z moim małżonkiem. No może nie szalonego oberka, ale wolny taniec mi nie szkodzi.

— Cieszę się, że pozbyła się pani bólu, to nic przyjemnego ciągle go odczuwać.

— Oj tak, jak przypomnę sobie te wszystkie nieprzespane noce, ilości bezskutecznie zażytych leków, unieruchomienie w łóżku to mam ochotę rzucić się na szyję twojego męża i raz jeszcze mu podziękować. Nigdy nie przestanę być mu wdzięczna.

No tak ciebie uwolnił od fizycznego bólu, a mnie sprawia go praktycznie każdego dnia — pomyślała Ems gryząc się w język. Akurat tej prawdy wyznać nie mogła, zresztą i tak nikt by jej nie uwierzył. Czym było słowo nic nieznaczącej córki nałogowego hazardzisty przeciw słowu szanowanego Pana Doktora Rossa, a już od jutra Ordynatora Oddziału Chirurgii Urazowo-Ortopedycznej w największej klinice w kraju. Co do tego nie miała żadnych złudzeń. Jej serce zalała fala goryczy. Nie mogła się jednak rozpłakać, nie w towarzystwie wszystkich tych ludzi, dla których była tylko cieniem szanowanego człowieka.

— Cóż, Tadeusz robi to co kocha, dlatego stał się ekspertem w swojej dziedzinie. A teraz najmocniej panią przepraszam muszę zadbać o potrzeby męża.

Emilii z wystudiowanym uśmiechem oddaliła się w stronę wesoło rozmawiających mężczyzn i dyskretnie napełniła opróżnioną szklaneczkę męża. Ten instynktownie po nią sięgnął i upił spory łyk bursztynowego alkoholu. Widok ten napełnił kobietę optymizmem. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów poczuła wewnętrzny spokój, rozluźniła się i ze szczerą przyjemnością wdała w swobodną dyskusję z jednym ze stażystów na temat nowych technologii ortopedycznych, które należałoby wdrożyć w kraju. Po chwili do ich rozmowy włączyło się jeszcze kilka osób i wieczór stał się nieco znośniejszy. Zaabsorbowana tematem nie zauważyła zbliżającego się do ich grupki mężczyzny, poczuła tylko miażdżący uścisk na swoim ramieniu, co powiedziało jej, że nie jest dobrze. Najwyraźniej jej plan nie wypalił. Tadeusz nie był tak pijany jakby sobie tego życzyła o czym świadczyło jego na pozór szarmanckie zachowanie i uprzejme słowa wypowiedziane pewnym tonem.

— Mam nadzieję, że dobrze się państwo bawią.

— Bardzo dobrze. Super przyjęcie! — przytaknęli zebrani wokół ludzie.

— Cieszę się, a teraz przepraszam chciałbym zatańczyć z żoną.

Nie czekając na odpowiedź chwycił kobietę za nadgarstek i poprowadził ją na parkiet. Tańczyli spokojnie do romantycznej, wolnej piosenki. Nikt nawet nie podejrzewał, że między tą idealną parą rozgrywał się właśnie dramat.

— Dobrze się bawisz z tą zgrają baranów? — lekarz syknął do ucha żony — Nie zabrałem cię tutaj po to, byś robiła ze mnie idiotę! Naprawdę sądziłaś, że nie zauważę jak mizdrzysz się do tego młokosa? Nie pozwolę robić z siebie rogacza do tego na oczach przełożonych! Pożałujesz tego w domu!

Jego słowa wbijały się w Emilię jak nóż, wywiercając dziury w jej klatce piersiowej i osiedlając się w sercu, kłując z dziką intensywnością za każdym jego uderzeniem. Ta chwila zapomnienia i przyjemnej konwersacji z miłymi ludźmi będzie ją drogo kosztowała…

.                                                  *     *     *

Poprzez nieznaczne skinienie palcem Hestella w mgnieniu oka przeniosła się na górską polane opodal wąwozu Nivy. Jego niezwykłe ściany, wysokie na kilka długości łokcia, strome i pionowe oprawione przez Matkę Naturę korzeniami takoż pniami drzew nabierającymi tedy swoiste formy smoków, węży zali maszkaronów zapierały dech w piersi, alboż przerażały zależnie od osoby patrzącej. Hestella uwielbiała to miejsce i ją widok ten zachwycał, tudzież zachęcał do wejścia w czeluść mrocznego tunelu. Za jeden z wystających konarów zatknęła jedwabną chusteczkę dając znak Dymitrielowi i wolnym krokiem zagłębiła się skalistą, rzadko uczęszczaną ścieżyną w bezmiar wąwozu. Ponad jej głową korony drzew kołysały się ku melodii wygrywanej przez wiatr, a między listowiem wlewały do półmroku jasne promienie słońca leniwie sącząc się wzdłuż powykręcanych pni. Po paruset krokach niewiasta stanęła na przeciwległym krańcu wąwozu i popatrzyła na rozciągający się dalej płaski teren czarownej doliny zalany łagodnym blaskiem nisko już stojącego słońca. Dokoła jak okiem sięgnąć majaczyły wysokie wzgórza z porastającymi je starymi drzewami i bujnym zaroślem. Nieopodal skalistym zboczem spływał wartki strumyk z cichym pomrukiem opadając stromo do niewielkiego jeziorka, a dalej krętym potokiem przecinał szerokie dno doliny. W powietrzu unosił się słodki zapach żywicy, zmieszany z niespotykaną nigdzie indziej świeżością, takoż nieznaczna woń mchu i borowin porastających ściółkę zalesionych wzniesień. Hestella nikłą ścieżyną wspięła się na pobliski rozłóg opadający lekko z jednej strony przez co ponad wierzchołkami drzew otwierał się widok na całą dolinę jak i mieniący się w słońcu wodospad. Spoczęła na zwalonym pniu sosny i grzebiąc w ziemi suchym patykiem wyczekiwała przybycia oblubieńca. W oddali dało się słyszeć tęskny śpiew ptaków, szum listowia, cichuśno szemrzący strumyk, tudzież równe cykanie świerszcza skrytego kędyś w trawie. Z nagła tenże sielski spokój zmącił miarowy stukot końskich kopyt.

— Przeto nadciąga mójże ukochany! — czarownica poderwała się z miejsca. Poprawiła spódnicę, strząsając z niej wszelkie zagniecenia, a jej lico rozpromienił uroczy uśmiech na rychłe napotkanie księcia — Bodajby zadowolił go mój wygląd — z wahaniem spojrzała na swoje piersi — czyżem aby nie przeholowała z temże wycięciem? — na nowo poprawiła głęboko wykrojony stanik. Jej bujne piersi zafalowały w rytm jej poruszeń wywołując uśmiech na krwistoczerwonych ustach — Alem ci ja uszczęśliwiona. Potąd żaden wybranek nie zniewolił zgoła mego serca jako uczynił to Dymitriel. Sprawię, co jeno w mej mocy, iżby i on bez reszty zatracił mnie w sercu swoim. Pragnę stać się jemu najdroższą i jedyną, przeto umiłowałam go nader całą duszą!

Wtem z głębi wąwozu wyłonił się pełen dostojności jeździec na olśniewającym białym rumaku. Książę zjechał do doliny, z kocią gracją zeskoczył z siodła i puszczając konia luzem ruszył wskroś gęstwin rozkwitłej bylicy ku oczekującej go niewiasty. Hestella jako urzeczona przypatrywała się paniczowi zwinnie pokonującemu stromiznę. Jego prędkie kroki tu i ówdzie przeganiały zaszyte w zaroślach ptaszęta. Skoro tylko młodzian dotarł na polanę zbliżył się do uroczo zarumienionej niewiasty i ogarnął ją pełnym zachwytu spojrzeniem. Niewieście serce zrazu żarliwie załomotało.

— Witaj moja piękna Hestello! — odezwał się, muskając jej dłoń ustami.

— Miło cię widzieć mój Panie — odparła dziwnie zmieszana.

— Daruj moje opóźnienie. Obowiązki wstrzymały mnie w zamku dłużej niżem się spodziewał. Jednako wystaram się powetować ci tę niechlubną zwłokę.

— Zaiste nie ma konieczności. Oczekując podziwiałam widoki.

— Mniemam, iż nie masz mi za złe, jako, że obrałem to zacisze na nasze napotkanie. Owa dolina jawi się niezwykłym pięknem. Wszak nie umywa się do twej Pani urody, niemniej orzekłem, iż dla takoż cudnej istoty to ustronie będzie nader odpowiednie.

— W istocie, wybór doskonały. Dolina ta jest ci nad podziw urocza, a wąwóz zgoła przecudowny. Ilekroć potrzebuję odosobnienia tedy w niniejszym miejscu szukam ukojenia. Tudzież nabywam świeże zioła, bowiem na tychże wzgórzach plenią się one nadzwyczaj obficie. Aliści o tem zapewne wspominać nie warto.

— Winienem był ci asystować w trakcie przechadzki wąwozem. Miarkowałem iż dotrę o czasie, niemniej twa Pani wiadomość pozostawiona na drzewie rozwiała me czcze nadzieje — zza pazuchy wyłowił haftowaną chusteczkę, przytknął ją do piersi i gorliwie prosił — gańbe opóźnienia wynagrodzić się wystaram, atoli tęże chustkę zezwól zachować dla siebie.

— Skoro takowe twe Panie życzenie — przyzwoliła uradowana.

— Przeto usiądź Pani wygodnie i pozwól uraczyć się skromnym jadłem — Dymitriel rozłożył na trawie wełniany pled i pomógł Hestelli przysiąść na jego krańcu — Z pałacowych spiżarń podkradłem nieco strawy. Zamyśliłem, iżby wybornie było wespół posilić się na łonie natury — postawił przed wybranką pleciony kosz pełen wybornych smakołyków. Obok wędzonki i grubych plastrów mięsiwa na zimno było tam kilka rodzajów sera, pachnący pasztet z borowikami, małe czerwone tomaty, pajdy chrupkiego chleba domowego wypieku i całe ciasto owocowe.

— Nieco strawy? Toż to dalibóg prawdziwa uczta! — Hestella nie potrafiła ukryć zachwycenia, na co Dymitriel jeno się roześmiał wyjmując z koszyka pękaty antałek miodu.

— Skosztuj Pani — napełnił dwa srebrzone kielichy złotym nektarem — daję słowo, iż to najszlachetniejszy trunek w całym królestwie. Wytwarzany przez mnichów w klasztorze Natrusji wedle starej stanowiącej tajemnicę zakonu receptury. Król sprowadza go jeno na szczególne okazje. Niniejszą baryłkę uszczknąłem z zapasów na poczet ceremonii koronacji.

— Zatem nie powinieneś był, Panie, napoczynać tejże butelczyny, wszakże na okazalszą chwilę ostała przeznaczona.

— Bynajmniej droga Hestello, nasze napotkanie jest mi jednako ważkie co zbliżająca się koronacja, przeto ta butelczyna grzesznego napoju bogów ostała ani chybi należycie zużyta. Wartaś Pani wszystkiego co najlepsze!

— Ależ Panie wpędzasz mnie w zakłopotanie.

— Doprawdy ja jeno szczerą prawdę wyznaję. Zaiste, tako rzecze me serce i tak w istocie odczuwam. Tobie, umiłowana rad bym nieba przychylić, co by jeno takowym było twe pragnienie!

— Natenczas niczego ponadto nie pragnę, owa chwila zdaje się ziszczeniem wszystek moich marzeń.

— Nie jesteś, Pani, wymagająca — książę odstawił na bok swój kielich i przyciągnął dłoń Hestelly do swych ust składając pocałunek w zagłębieniu jej dłoni.

— Bowiem nie gonię za niemożliwem, tedy omija mnie żałość i rozgoryczenie.

— A zatem nie roiłaś, Pani, o mojej osobie?

— Zapewne każda panna w królestwie snuje bajania o zaślubieniu ciebie panie. Niemniej dla wioskowej wieszczki zamysł to niedosięgły, zatem daremne niniejszego upatrywać.

— Tyś czarującą, piękną istotą, nadto pełną życia i niegłupią. Niespornie wolno ci bogdaj wszystko!

— Prawda li to! Jednakoż na pewne sprawy winno się mieć należyte baczenie. Toteż Hestell Mindy z rodu Lapzi nie snuje bajań o byciu królową.

— Głupstwa prawisz moja pani — Dymitriel uśmiechnął się promiennie, zaglądając zmieszanej dziewce głęboko w oczy.

— Miłościwy panie nie popatruj takoż w moje oczy!

— A jakoż to niby spozieram?

— Ajuści nader obiecująco, a przecie pomiędzy nami o niczem nie może być mowy.

— Moja piękna jam ku tobie przybył, coby serca swego skrytość wyjawić. A zapewniam dotąd takowych pociągów nie zaznawałem.

Hestella oblała się pąsem pod żarem spojrzenia przystojnego młodzieńca.

— Azali daję wiarę, iż przychylnyś mej osobie Panie — zagadnęła nieśmiało, zerkając na księcia spod opuszczonych powiek.

— Jam ci przesądzam do kogo pałam chęcią, kogo miłuję, zali zaślubić umyślę.

— Jednako jam jest czarownicą, dolinową szeptuchą, król przenigdy nie zezwoli coby ktoś taki zasiadał u twojego boku.

— Zrazu nie dumajmy o bolączkach, jeno radujmy nader piękną chwilą, sielankowym zakątkiem i jak mniemam obopólnym urzeczeniem wzrastającym równo w naszych sercach.

Książę nęcąco zwilżył językiem usta i swawolnie pochylił się nad wybranką. Hestella odruchowo opadła na plecy i znieruchomiała wpatrując się w oczy lubego z bardzo bliska. Panicz pochwycił oblubienicę w ramiona i delikatnie przytulił do swej piersi, jego usta i język powędrowały po odsłoniętej skórze dekoltu. Dotyk ten rozgrzewał krew w żyłach niewiasty, a ciało zadrżało z budzącego się w niej podniecenia. Książę z dekoltu powędrował ustami po jej łabędziej szyi, by wreszcie ją pocałować. By posmakować jej ust i zaznać pieszczoty zwinnego języka. Z piersi oblubienicy wydobyło się ciche westchnienie, a dłonie mimowolnie powędrowały na barczyste plecy ukochanego. Poprzez płótno koszuli wyczuwała napinające się mięśnie, książę wyraźnie drżał z pożądania i z każdą chwilą zachowywał się bardziej zuchwale wobec niewiasty. Zagarnął z jednej strony fałdy jej spódnicy takoż znajdującą się pod spodem halkę odsłaniając tym smukłą nogę aż po skrawek czarnej pończochy podwiązanej wąską tasiemką. Młodzian wpatrywał się w nią niczym urzeczony. Po chwili na jego twarzy zagościł łobuzerski uśmiech tym większy im więcej przed sobą odkrywał. Bardzo powoli i z niebywałą czułością przejechał dłonią po jedwabistej tkaninie docierając do gładkiej skóry, na której naraz wykwitła gęsia skórka. Jego dłoń wędrowała po skórze uda w zmysłowej pieszczocie, wkrótce i usta na powrót przywarły do warg kobiety w lubieżnej acz czułej igraszce, kiedy szeptał — Aleś ty piękna, takaż upojnie gładka… — Kiedy sięgnął głębiej przez myśl Hestelly przemknął frapujący zamysł, czy to ona rozbudziła w nim tak wielką fascynację, czy też taka była jego natura i zachwyt tudzież pożądanie do niej były jednakie z tymi do pozostałych pannic. Tedy zręcznie wyswobodziła się z niesfornych objęć księcia i wstając obciągnęła sukienkę.

— Panie, tak się nie godzi — spuściła skromnie powieki — zaiste jesteś pełen uroku i nader schlebia mi twe upodobanie, niemniej dzieje się to nazbyt spieszne.

Poniekąd nie było to prawdą, wszak w sferach alkowy jawiła się śmiałą kochanicą. Kiedy nabierała chęci na mężczyznę to go sobie ot tak brała, jednakoż z Dymitrielem rzecz miała się zgoła inaczej, dlań nie mogła być rozpustną nałożnicą. Musiała zdobyć jego uwagę tudzież pełne uwielbienie, coby nie nęciły go wszelkie dziewki służebne. To ona miała być tą jedną jedyną w jego sercu i łożnicy.

— Wybacz, moja droga, niestosowność. Na obronę mam jeno skromne tłumaczenie, iż zmamiony twym niewymownym wdziękiem nadto powabem kształtów bezwzględnie utraciłem głowę. Mając ciebie blisko siebie o niczem innem myśleć nie potrafię.

— Zapewne prawisz tak każdej dziewce, z którą pragniesz zlec w łożnicy.

— Doprawdy żadna panna tobie równać się nie może. Zakładam żeś mi przychylna, bowiem zamyślam wkraść się w łaski twoje, a nie miarkuję czynić tego przeciw tobie.

— Podjęcie twego Panie zaproszenia zgoła jasną wskazuje odpowiedź.

— Twe słowa wielce mnie radują, Pani. Ufam, iż będzie nam dane co i raz się tutaj napotykać. Wszak chwile spędzone z dala od siebie zdają się być czasem bezmiar utraconym! — książę poderwał się, objął Hestellę od tyłu i wtulił nos w jej odsłoniętą szyję — Przy tym korzenny zapach twej jasnej skóry nieodparcie jątrzy moje grzeszne myśli. Z ochotą wyswobodziłbym twe soczyste piersi z tegoż kusego stanika i podziwiał je w pełnej krasie. Tyś na mnie jaki czar rzucić musiała, bowiem dotąd żadna inna mych pragnień tak nie roznamiętniała.

— Na takąż upojność, mój Panie, musisz cokolwiek poczekać i nieco bardziej się wystarać — rzekłszy to uwolniła się z jego objęć, niespiesznie przeszła na skraj polany i wzrokiem omiotła widok przed sobą.

Jej kołyszące biodra przyprawiły Dymitriela o jeszcze szybsze bicie serca. Młodzian poczuł ogarniającą go wprost zwierzęcą chuć, atoli na ten raz musiał ostudzić swe żądze inaczej zniechęciłby tę piękność już na samym wstępie, a tegoż wiadomo wolał uniknąć. Zgodnie z zasłyszaną w wiosce pogłoską Hestella w alkowie jawiła się nader wymyślną kochanicą. Umyślał zatem rozpłomienić jej żądze i samemu pomiarkować ileż prawdy kryło się w tychże gadaniach. Wszelako nie spodziewał się tak nieugiętej odmowy, jednako z odrobiną gorliwości i poprzez miód gładkich słówek ostatecznie zdoła ją ujarzmić. Posmakuje słodyczy jej ciała choćby przyszło mu kłamliwie przyobiecać cały skarb królestwa.

— Zaiste takowo uczynię — zapewnił, uśmiechając się przebiegle.

.                                                  *     *     *

Nad uśpionym miastem gromadziły się ciężkie deszczowe chmury, małżeństwo opuściło przyjęcie w złowieszczej ciszy. Kobieta doskonale wiedziała, że była to cisza przed burzą, nie wiedziała tylko czy sztorm rozpocznie się zaraz w samochodzie, czy dopiero gdy dotrą do domu. Mężczyzna w złowrogim milczeniu otwarł centralny zamek limuzyny i pozwolił żonie usiąść za kierownicą. Kobieta drgnęła nerwowo, kiedy z nadmierną siłą trzasnął za nią drzwiczkami samochodu. Szybkim krokiem okrążył pojazd i płynnym ruchem wsunął się na siedzenie obok kierowcy. Zupełnie nie było po nim widać, że przez kilka ostatnich godzin spożywał alkohol.

Nie jest dobrze — przemknęło przez skołataną głowę kobiety — a wręcz bardzo źle! Nie udało się go upić, a to oznacza, że będzie bardzo bolało — łzy bez pozwolenia pociekły jej po twarzy.

Emilii dyskretnie starła je z policzka i względnie spokojnie opuściła podziemny parking. Wyjechała na opustoszałą o tej porze ulicę i skierowała się do centrum, a dalej na nieco bardziej uczęszczaną trasę przelotową w kierunku mostu Birmańskiego. Po jego drugiej stronie nad samym brzegiem rzeki Odder znajdowało się ich osiedle. Im bardziej zbliżali się do domu, tym większy odczuwała niepokój. Przygryzając dolną wargę, czuła jak z każdym przebytym kilometrem w jej gardle rosła coraz większa gula. Tadeusz milczał zaciskając usta w cienką linię. Jego twarz była wykrzywiona grymasem złości, a oczy złowrogo pociemniały i widać w nich było szalejącą burzę. Emilii czuła narastające w nim napięcie i tylko czekała, aż mężczyzna w końcu wybuchnie.

— Chciałaś mnie skompromitować podsuwając alkohol? — zaczął względnie spokojnie.

— Skądże. Chciałam tylko żebyś się dobrze bawił. Zasłużyłeś na to!

— Na zdradę też sobie zasłużyłem?

— Że coo?!

Choć w samochodzie było ciepło kobietę przeszył zimny dreszcz.

— A że to! — lekarz odwrócił głowę i spojrzał na żonę z całym swoim obrzydzeniem — Dobrze widziałem jak szczebioczesz z tymi młodzikami. Myślałaś, że jak podetkniesz mi parę drinków to nagle oślepnę i nie zauważę jak swędzi cię cipa do któregoś z nich?

— Ja tylko rozmawiałam z twoimi podwładnymi…

— Ty głupia krowo! To byli zwykli stażyści, a żona ordynatora nie powinna się z nimi spoufalać, bo póki co są tylko podgatunkami lekarzy. Dużo czasu jeszcze upłynie nim zyskają czyjkolwiek szacunek!

Zatrzymując się na czerwonym świetle kobieta z trudem przełknęła ślinę. Zebrała resztki swojej dumy, podniosła głowę i wbijając w męża wzrok wyrażający całe swoje rozczarowanie wyszeptała.

— Kiedyś też nim by…

Nie zdążyła dokończyć dłoń mężczyzny z miażdżącą siłą zacisnęła się na jej szyi. Oddech uwiązł jej w gardle.

— Niby co sugerujesz? — syknął lodowatym tonem — Że jestem równie głupi jak oni?

Przerażona Emilii próbowała zaprzeczyć ruchem głowy, lecz jej twarz z głośnym hukiem wylądowała na bocznej szybie odbijając się od niej kilka razy. Ból w skroni był nie do zniesienia, a naraz pozbawione tlenu płuca piekły niemiłosiernie wołając o najmniejszy pęcherzyk powietrza.

— Masz mnie za takiego samego niedouczonego młokosa jak są oni wszyscy?

Mężczyzna wpatrywał się w żonę z dziką wściekłością, a jego oczy pałały chęcią mordu. Paraliżujący strach zniewolił kobietę całkowicie, jej ciało stało się niezdolne do poruszenia. Zastygła więc z twarzą przypartą do szklanej tafli i dłońmi kurczowo zaciśniętymi na kierownicy.

— Uważasz, że nie zasłużyłem na ten awans…

Jak zwykle, tak i tym razem poddała się zupełnie bezradna wobec jego siły. Nie protestowała tylko pozwalała tłuc swoją głową o zimną szybę z nadzieją, że w końcu się znudzi i przestanie.

— …że nie zapracowałem na niego…

Pozbawiona możliwości złapania bodaj odrobiny oddechu powoli odpływała. Jej umysł ogarnęła srebrzysta mgła, oddzieliła ją od tego co działo się z jej ciałem, uniosła gdzieś ponad ziemię.

— …że moje osiągnięcia nic nie znaczą?!

Mężczyzna z dziką furią docisnął twarz kobiety do bocznej szyby. Deszcz głucho bębnił o dach samochodu, gałęzie przydrożnych drzew targane silnym wiatrem kołysały się gwałtownie, a duże krople spływały po oknie zniekształcając widok za grubą szybą. W mroku po przeciwnej stronie ulicy stała olbrzymia ciężarówka rytmicznie turkocząc gotowa w każdej chwili ruszyć w dalszą drogę. W kabinie po stronie pasażera migotały dwa złociste punkciki. Kobieta utkwiła w nich wzrok mając odczucie, jakby czyjeś oczy zaglądały w głąb jej zranionej duszy. Złowrogą ciszę zaległą nagle w ich samochodzie przerwał dźwięk telefonu. Mężczyzna wolną ręką sięgnął do konsoli na desce rozdzielczej i odebrał połączenie. W głośniku pojawił się bełkotliwy głos mężczyzny dopytujący się gdzie tak nagle zniknęli. Podczas rozmowy z przyjacielem Tadeusz poluźnił ucisk, kiedy w końcu puścił gardło Emilii, ta nie mogła złapać tchu. Jej oddech był płytki i urywany, a po policzkach płynęły kaskady łez nad którymi nie potrafiła już zapanować. Zamknęła na moment oczy i potrząsnęła głową, w której czuła jedynie beznadziejny zamęt. Nagle poczuła się bardzo zmęczona, wyczerpana swoim życiem. Nie myśląc nad tym co robi wcisnęła z całej siły pedał gazu i nie zważając na migoczące żółte światło przemknęła przez skrzyżowanie z nadmierną prędkością wjeżdżając na szeroki most łączący dwa odległe brzegi rzeki Odder.

— Czyś ty oszalała! — przerażony pasażer chwycił oburącz uchwyt nad swoją głową — Chcesz nas pozabijać?

A to byłoby idealne rozwiązanie — kusząca myśl przemknęła Emilii przez głowę.

Będąc już w połowie mostu kobieta gwałtownie szarpnęła kierownicą i z maksymalną siłą wcisnęła pedał hamulca. Limuzyną zarzuciło i całym impetem wpadła na boczne barierki zabezpieczające. Siła uderzenia przerwała zaporę i samochód lewą stroną zawisł nad krawędzią mostu. W dole piętrzyły się wzburzone tonie niespokojnej rzeki. Emilii zapragnęła znaleźć się w ich odmętach. Wiedziała, że nie miałaby szans na przeżycie, w końcu dobiegłby kres jej horroru. Tymczasem mężczyzna wydostał się z wraku i stał na jezdni przeszywając żonę zimnym spojrzeniem, które wbijało ostre kawałki lodu w jej serce.

— Wyłaź — warknął robiąc krok w jej stronę.

— Nie! — przerażona kobieta szarpnęła się do tyłu wpadając plecami na pogięte skrzydło drzwi. Ruch ten spowodował osunięcie się pojazdu, który niebezpiecznie zakołysał się nad przepaścią, jak gdyby nie mogąc zdecydować na którą stronę powinien się przeważyć.

— Tego właśnie chcesz? — Tadeusz ukradkiem rozejrzał się wokół upewniając, czy nikt ich nie widzi — Zgnić w tej lodowatej wodzie?

Emilka nic nie odpowiedziała. Struchlała wpatrywała się tylko w znienawidzoną twarz męża i jedyne czego pragnęła to raz na zawsze uwolnić się od tego człowieka.

— Skoro tak… — lekarz ponownie rozejrzał się po pustej okolicy. Nie dostrzegając uważnie przyglądających mu się z zarośli roziskrzonych kocich oczu, zdecydowanym ruchem pchnął limuzynę w przepaść. Z uśmiechem satysfakcji i podziwem dla własnego sprytu wyjął z kieszeni telefon i bez pośpiechu wystukał numer alarmowy.

Emilka w głośnikach z wolna opadającego na dno rzeki samochodu usłyszała prowadzoną przez męża rozmowę i bardziej smuciły ją kłamstwa, które opowiadał, niż fakt, że zaraz miała pożegnać się z życiem. Nie walczyła ze śmiercią, ona była dla niej wybawieniem. Zobojętniała przysłuchiwała się szybkiej wymianie zdań i ponownie poczuła ogarniające ją znajome uczucie goryczy na myśl, że Tadeusz znów był górą. Jego przejęty, rozżalony głos przyprawiał ją o mdłości.

— Halo, halo, błagam pomóżcie nam…

— Tak, proszę mówić — odezwała się wyważonym tonem dyspozytorka.

— Moja żona! Ona zaraz utonie…

— Proszę powiedzieć co się stało.

— Na moście Birmańskiego wpadliśmy w poślizg, moja żona prowadziła. Nie wiem jak znalazłem się na zewnątrz, ale ona spadła z samochodem do rzeki. To stało się tak szybko, nie mogłem jej nawet pomóc! Błagam ratujcie ją…

— Odpowiednie służby zostały powiadomione, za kilka minut dotrze pomoc. Do tego czasu proszę pozostać na miejscu.

— Powinienem skoczyć, rato…

Głośnik umilkł zalany gwałtownie wdzierającą się do wnętrza auta lodowatą wodą. Emilii wpadła w panikę odpychając się rękami i nogami próbowała wydostać z pułapki, lecz zapięty pas bezpieczeństwa trzymał ją uwięzioną na skórzanym siedzeniu. Przerażona otworzyła szeroko oczy, z początku nie widziała niczego, oprócz ciemności, z czasem jednak dojrzała kamieniste dno i rosnące na nim lekko falujące wodorosty. W płucach zaczęło ją palić, a uczucie bezradności odebrało resztkę woli walki. Przestała się szamotać widząc, że to na nic. Zamknęła oczy i pozwoliła myślą ulecieć własnym torem, w stronę nieśmiertelnej krainy marzeń i snów. Tam poczuła się wolna i szczęśliwa, nareszcie było jej dobrze.

Rozdział II

.                                                 *     *     *

Strapiona Hestella bojaźliwie omiotła oczami nieco oględny liścik od ukochanego. Na ten raz nie było to zaproszenie, a kilka naprędce skreślonych słów objaśnienia:

Umiłowana wybacz przeto, wszak póki co się nie napotkamy. Wyruszam na łowy. Z przygranicznych terenów dotarły iście niepokojące wieści, tamtejsze wioski nękane zapędami tirakana napominają wybawienia. Jakem Takuti czas mi ruszać z odsieczą, atoli zaręczam myśli moje bezustannie trwać będą przy tobie ukochana.

Tobie oddany Dymitriel

— Na niebiosa, nie! — Hestella padła na kolana — To nazbyt zatrważające, cóż pocznę jeśli go utracę? Pojmuję, iż książę niezrównany jest w boju tudzież to Takuti, wszelako walka rozmaicie potoczyć się może — załkała — Zaiste owa wyprawa to Dymitriela rodowite posłannictwo, znój Godnego i jego przybocznej gwardyi, atoli cóż im przyjdzie z onej sławy skoro polegną na polu chwały — pojedyncza łza spłynęła po sczerwieniałym z niepokoju licu Hestelly — Nie trzeba mi hołdów pochwalnych, ku czci bohatera, jeno u boku pełnego życia umiłowanego. Jakeż głupia byłam pozorując tak zajadłą cnotliwość, skoro dla spójności więzi należało zrazu zlegnąć z nim w łożnicy — rozeźlona podniosła się z ziemi i krok po kroku zbliżyła do gorejącego na palenisku ognia. Jej oczy przybrały tedy groźny lodowato błękitny kolor, a z chmurnego oblicza zniknęła wszelka tkliwość — Sporo wiosen minęło od ostatniej tirakana napaści, po kie licho przypałętał się tymczasem. — Z utkwionym w drżących płomieniach wejrzeniem bezwiednie wyciągnęła przed siebie dłoń, która naraz zapłonęła bladoniebieskim ognikiem — Niechajże stwór ten zgoła oślepnie! — wyszeptała z nienawiścią — Niechaj piekielny ogień kipiący w jego trzewiach uwięźnie w gada przełyku, a jego nozdrza rozedmą dławiącej siarki wyziewy! — mamrotała, wściekle strząsając w ogień głaszczące jej dłoń płomyki. Jęzory ognia buchnęły z ziemi pod samo sklepienie chaty, prósząc wokoło srebrzyste iskry, aż dziw, że usłana na klepisku świeża słoma, zali wiszące u powały girlandy suszonych ziół nie zajęły się liźnięte żywym ogniem. Wiedźma nie zwróciła na to uwagi, nie lękała się ognia, wszak był on źródłem jej magicznej mocy. Żywioł ten nijak nie mógł jej zaszkodzić, tudzież wyrządzić najmniejszej krzywdy. Jako Mag Ognia wprawnie władała płomieniami, co więcej pożytkowała je jako narzędzie w swoich gusłach. Teraz dając upust ciążącym na sercu rozterkom stworzyła wokół siebie wirujący pierścień skupionej energii w formie białobłękitnej mgiełki, która przybierała tym wyraźniejszej barwy im więcej nieprzychylnych doznań z siebie uwalniała. Aż wreszcie wyrzucając ramiona w górę i wydając z siebie głośne, przeszywające — Ach! — posłała duszne opary w przestworza doszczętnie oczyszczając ciało i umysł z napięcia takoż niepokoju o ukochanego. Wówczas rozpływając się w powietrzu w bezcielesną formę przeniosła się wprost na słoneczną polanę w Dolinie Nivy. Na ten raz nie miała chęci na wędrówkę mrocznym wąwozem. Nie oglądając się za siebie zeszła na skraj jeziora, odsznurowała skórzane buciki, zdjęła przyodzienie wespół ze śnieżnobiałą koszuliną i odłożyła wszystko na pobliską skałę. Nagusieńko weszła do lodowatego jeziora. Zadrżała, kiedy jej stopy przeszył ziąb mimo to nie zatrzymała się i już po paru krokach znalazła się całkowicie pod wodą. Płynąc starała się uniknąć dotknięcia rosnących na dnie wodorostów z własnych doznań wiedząc, że nie było to ani miłe, ani przyjemne, a dawało jeno oślizłe uczucie brudu. Gdy w piersiach zaczęło ją palić mocno odpychając się rękami i nogami wypłynęła ponad taflę jeziora łapczywie łapiąc powietrze. Kiedy przywróciła już naturalny rytm oddychania, podpłynęła do wodospadu i wsunęła się pod spływającą ze skał strugę wody. Cichy plusk takoż ostatnie chwile gasnącego słońca okazały się znamienitym lekarstwem na jej udręki tudzież poprawę zmąconego myślenia. Pokrzepiona wychyliła głowę spod tryskającej wody i spojrzała w górę upatrując jak słońce barwiąc niebo na purpurę znika za dalekimi garbami gór. Zapadający zmierzch nadto z nagła nastający chłód nocy ponagliły Hestellę do powrotu na skalisty brzeg. Wieszczka zagarnęła swe odzienie pod pachę i nago, jak ją Pan Bóg stworzył, przeniosła się na powrót do leśnej chatyny. Odrzuciła w kąt naręcze ubrań i owijając się sfatygowaną, owczą skórą usiadła w bujanym fotelu rozgrzewając zziębnięte kończyny w błogim cieple wesoło trzaskającego w palenisku ognia.


Zasię Dymitriel wespół z kamratami strudzeni mozolną wędrówką po bezdrożach w słońcu i duchocie pomyślnie dotarli do celu swojej wyprawy. Rozsiodłali wierzchowce pozostawiając je u stajennych i udali się do karczmy zasięgnąć języka, tudzież wychylić porządny dzban korzennego piwa. Pośród powszedniego, jak to bywa w takich miejscach, zgiełku chętny do rozmowy karczmarz zaznajomił ich z wioskowym kłopotem. Jak mówił smoczysko zjawiło się parę dzionków temu. Szarżując o brzasku spopielił nuże większość upraw, obrócił w pył kilka domostw, do tego pożarł sporo trzody, takoż leśnej zwierzyny. Bezradni w obliczu zakusów bestii poczęli odprawiać rozmaite rytuały na przebłaganie nadto zapewnienie przychylności bogów i żywiołów, jednako na nic wszystko się zdało. Onej nocy nastąpić miała ostateczna ceremonia krwawej ofiary.

— Miłościwi Panowie Nietkniętą wnet wyrychtują. Środkiem nocy wszczną obrządek ofiarowania wtenczas nieboga pożegna się z życiem.

— Zali wy Gospodarzu posłaliście o pomoc?

— Tak, Panie. Pospołu ze zbolałymi rodzicielami zmiarkowaliśmy, iż wszak to jedyny ratunek. Skoro Wy ubijecie tirakana tedy żywot nieszczęśnicy stanie ocalony.

— Zatem wiecie gdzież stwór swe leżenie urządził?

Karczmarz przecząc pokręcił głową.

— Ale gdzie tam Wielmożny Panie, zwykle zlata z czarciej góry, widać tamże za dnia się skrywa.

— A zatem bladym świtem będziem wyczekiwać i zbrojnie przeciw niemu staniem.

— A dajże swe słowo, Panie, że wybawicie biedną dziewoję z męczarni. Malai to dobra córuchna, jedyna pociecha swych leciwych rodzicieli.

— Uczynię co w mej mocy, jednako niczego zaręczyć nie mogę. Starcie z bestią rozmaicie potoczyć się może. Strat wtenczas poczynionych nie sposób wyrachować, a i pewnego usieczenia stwora niepodobnym przyobiecać. Potąd stawilim czoła dwóm tuzinom ognistych bestii i żadnej nie ważylim sobie lekce. Zaiste nie wszystkie zgoła legły trupem, poniektóre znużone potyczką uleciały z ziem królestwa, więcej nie powracając!

— Wielcy panowie w was ostatnią ufność pokładamy. Cokolwiek waszmościom potrzeba napominajcie, a zrazu będzie wam dane. Byleby opędzić nasze ziemie z szarży potwora. Spustoszeń nuże znacznych dokonał, wszak ani chybi przyjdzie nam głodować.

— Nie obawiaj się karczmarzu, król wesprze was w potrzebie, zasię ja, takoż moi wierni druhowie nie spoczniemy dopóty stwór nie legnie martwy! Atoli wpierw wskaż nam dogodne miejsce na nocne wypoczywanie.

— Wielmożny Panie nie mamy tukej godnych władcy kwater, aliści opodal stajni stoi wolna chałupa. Moja stara z matką Malai wyryktowały ją na wasze przybycie. Winno być wam dogodnie tam, Panie.

— Ciepła strawa przy tym suche łoże zgoła nam wystarczą — książę podniósł się z miejsca — druhowie pora nam wypocząć.

Na drewnianą ławę rzucił parę srebrnych monet po czym prężnym krokiem opuścił karczmę, w ślad za nim podążyli jego kamraci. Każde jedno snuło w myślach własny plan poczynań właściwy dla przyjętej w gwardyi pozycji. Niemniej największe brzemię spoczywało na barkach Dymitriela, bowiem jeno On swym magicznym mieczem był w mocy usieczenia Tirakana. Powinnością pozostałych było wsparcie dowódcy w jego poczynaniach, tudzież bronienie jego życia, nawet za cenę własnego. Zadumanie pośród mężczyzn narastało. Zapewne niniejszej nocy żaden z nich nie zmruży oka, widmo wiszącej nad ich głowami krwawej jatki rozbudzała w nich ducha walki. Nie stawali w szranki dobrych kilka wiosen, atoli echa minionych potyczek miarkowały strwożone serca dzielnych wojowników. Napawały nadzieją takoż wiarą w powodzenie owego dążenia. Poprzez zapadłą w chałupie ciszę do uszu zadumanych mężczyzn dotarł pogwar wszczynanego nuże ceremoniału. Dymitriel rozwarł okiennice i dojrzał motłoch przelewający się ścieżyną.

Na czele orszaku podążał wioskowy wróż. Rączo podrygując w rytm tubalnego bicia tam-tamów nadto mamrocząc rytualne psalmy w języku niezrozumiałym dla otoczenia prowadził gromadę ku Czarciego Wzgórza. W świetle licznych pochodni Dymitriel wypatrzył wiedzioną przez dwóch osiłków na wpół obnażoną anielice. Serce Pogromcy w mig żywiej zabiło, a lędźwie zapragnęły tejże urokliwej, zakutej w kajdany piękności. Bezmiar urzeczony pomiarkował wszak uczyni co jeno w mocy byle wyratować dziewkę ze szponów niechybnej śmierci. Niczym w transie opuścił spokojne wnętrze chaty i wolnym krokiem ruszył pospołu z zawodzącym tłumem w ciemność lasu. Jego towarzysze niby cienie podążyli za nim nie spuszczając czujnego oka ze swego dowodzącego i przyjaciela. Mag przywiódł motłoch do górskiego potoku spływającego z Wielkiej Góry, na kamienistym brzegu czarami rozniecił zarazem pięć ognisk i nieprzerwanie odmawiając ofiarną inkantację wszedł w rwący strumień gestem przyzywając osiłków targających szlochającą dziewoję. Siłą wepchnęli niebogę w toń zimnej wody dopóty przytrzymując, dopóki nie przestała się szamotać. Wtenczas bębny umilkły. Czarownik uniósł głowę ofiary ponad powierzchnię i nieustannie nucąc pod nosem niepostrzeżenie wepchnął podtopionej w sine usta palec pozbywając się nadmiaru wody z jej przełyku. Po chwili dziewka plując i krztusząc się odzyskała przytomność. W ferworze dziarskich wiwatów zawlekli omdlałą niebogę w okrąg płonących ognisk, odjęli jej ciężkie okowy, zasie ręce i nogi przytroczyli do kołków osadzonych głęboko w ziemi.

Tirakan Sleyar omamiony lubieżną chucią wśliznął się między stłoczoną gawiedź nosząc się z zamiarem uwolnienia pięknolicej. Szczęściem kompani w porę go wstrzymali. Każdy jedno zgoła wiedział, że takowych obrzędów niepodobnym było zakłócać.

— Panie pohamuj swe żądze — kamraci upraszali litościwie — inaczej bowiem ściągniesz na nas złe licho — to mówiąc splunęli na ziemię jedno po drugim — skoro pałasz tak wielką chucią do owej pannicy zgładź wpierw morderczego Tirakana, któremu ostała poświęcona!

— Słusznie prawicie — przytaknął Pogromca odzyskując rozsądek — darujcie, przeto zmamiła mnie jej nadobność.

— Skądinąd, drogi przyjacielu, ośmielę się napomnieć o boskiej Hestelli — zagadnął zaufany księcia — zrazu ku niej żeś stawał w konkury.

Jeno najbliższy powiernik mógł zdobyć się na tak śmiałą uwagę wobec przyszłego króla pewny, że nie straci przy tym głowy.

— Boska Hestella bytuje szmat drogi stąd, tudzież o niczem posłyszeć nie zdoła. Zasię owa dzierlatka zdaje się nad wyraz ponętna.

— Nadto czysta niby poranna rosa!

— Rosa, którą wnet spiję z jej nietkniętego łona.

Pewny swego wspiął się na nawis skalny, przysiadł na zwalonym głazie i wbił żądzą rozognione wejrzenie w unieruchomione na ziemi nagie ciało dziewoi. Jej skóra przyodziana jeno zawiłymi symbolami barwionymi ekstraktem ze sproszkowanych liści i pędów lawsonii podług tutejszego wierzenia miała zmóc Złego Ducha i spędzić do piekielnych czeluści. Tym samym wybawiając wioskę z utrapienia. Pogromca pojmował, iż taki stan rzeczy nijak się miał do słuszności, wielokroć stykał się z podobnymi gusłami, których zwieńczeniem był nie tylko mord ofiary, ale rzeź wszystek zgromadzonych naokół czcicieli. Jedynym niezawodnym sposobem była stal Smoczego Miecza osadzona w sercu ognistej bestii i na takąż możliwość jego kamraci akurat się sposobili. W blasku trzaskającego ognia lokowali pośród drzew bojowy oręż coby z nastaniem nowego dnia w gotowości stawić czoła mocarnemu smokowi. Dymitriel z zajmowanej pozycji przypatrywał się swym dzielnym wojakom jak niestrudzenie wtaczali na wzgórze ciężkie balisty, w znamiennych rewirach składowali sahajdaki, olbrzymie topory i miecze takoż niezliczoną ilość włóczni jakoby mieć je pod ręką z chwilą nastania ostatecznego starcia.

O zaranku młody giermek dostarczył swemu panu bojowy pancerz, dopomógł go przyodziać, w dłonie wcisnął miecz i tarczę, po czym strwożony pierzchnął w gęstwinę lasu. Pogromca gwizdnął donośnie dając tym samym druhom sygnał pogotowia. Zeskoczył z występu skalnego, zbliżył się do łzawo zawodzącej dzierlatki, przystanął u jej obnażonych stóp i uważnie przyjrzał się stromiźnie góry takoż z wolna jaśniejącemu niebu. Po trosze ukojony wbił w ziemię miecz jak i ciężką tarczę, zdjął z ramion pelerynę i okrył nią zziębnięte ciało dziewoi. Nie mógł jej zrazu oswobodzić nie skazując się przy tym na gniew czarownika, niemniej zamyślał mieć na nią baczenie, choć to nader utrudniało mu zadanie. Ubolewał, jako iż wskutek swych zapędów narażał kompanów, atoli nie mógł okiełznać zdrożnej chuci narastającej w jego gatkach na widok dziewki zakutej o krok za nim. Jej spętane ręce i nogi tudzież całkowita bezbronność rozogniały go w dwójnasób.

Kiedym wrócim na zamek z ochotą skosztuję onego z ponętną córą kowala. Dziewce daleko do cnotliwej dziewicy zatem bez wątpienia jurnie ku temu przystanie — rozproszone myśli Dymitriela poczęły błądzić niestosownie — zgoła wybornie będzie takim sposobem ujarzmić tę pyskatą dziewoję — niewygodna wypukłość narosła w gatkach Pogromcy zmusiła jego rozbiegane myśli do powrotu w należyte strony. Dyskretnie poprawił krocze, uchwycił rękojeść miecza i skupił wzrok na skalnym wierchu odcinającym się ostro na tle gwałtownie jaśniejącego nieba. Podług karczmarza to wtenczas Tirakan przypuszczał swój atak.

Skupiona na polanie gawiedź cichcem czmychnęła do lasu, naokoło zapanowała grobowa cisza mącona jeno szlochem wylęknionej młódki. Wojacy ustawieni w bojowym szyku upatrywali bodaj cienia nadlatującej bestii. Każdy jeden zgoła znał swą powinność. Co i raz wespół wojowali dając dowód, iż na polu walki ostawali nieulękli. Niemniej każda potyczka niosła za sobą swoistą ryzykowność tudzież niepewność, wszak zapędów Bestii niepodobna było pomiarkować. Każdy Tirakan atakował na swój odmienny sposób. Pozostawało zachować rozwagę takoż dopasować obronę do jegóż śmiałych zakusów. Stąd też wstępnym zamysłem pogromców było strącenie na ziemię potwora, skuteczne jego unieruchomienie, nadto odwrócenie uwagi od nacierającego nań dowódcy. Tirakan sleyar miał do wypełnienia najtrudniejszą część powierzenia. Musiał przystąpić na tyle blisko Tirakana, aby swój magiczny Smoczy Miecz zatopić zgoła w jego sercu. Jeno klinga wykuta w ogniu Piekielnej Kuźni była w mocy przebić łuskowy pancerz i unicestwić nieśmiertelne serce Ognistego.

.                                                 *     *     *

Na moście Birmańskiego w ciągu zaledwie kilku minut pojawiła się straż pożarna, policja z zespołem nurków i pogotowie. W blasku migających świateł funkcjonariusze wstępnie przesłuchali roztrzęsionego lekarza, natomiast nurkowie rozpoczęli przygotowania do akcji ratunkowej. Żadna z zebranych nad rzeką osób nie zauważyła ciemnej postaci skradającej się po przeciwległym brzegu. Pod osłoną nocy i dzikiej roślinności porastającej stromą skarpę postać zanurzyła się w wodzie od razu znikając w szybkim nurcie rzeki. Tymczasem Tadeusz udając rozpacz i lęk o życie małżonki poganiał mundurowych do szybszego działania.

— Panowie ona jest tam już tak strasznie długo, wyciągnijcie ją wreszcie…

— Doktorze Ross proszę się uspokoić, nerwy tutaj w niczym nie pomogą — jeden z Ratowników starał się uspokoić wzburzonego lekarza — proszę nie tracić nadziei, na pewno uratujemy pańską żonę.

— To tak długo trwa, a woda jest taka zimna.

Tadeusz potarł oczy udając bliskiego płaczu.

— Pana żona to silna kobieta, wytrzyma.

— Moja żona to id… — rozkojarzony o mało się nie wygadał — istotnie jest silna, musi dać radę. Przecież nie może mnie opuścić. Potrzebuję jej!

Zdolności aktorskie zaskoczyły nawet samego Ordynatora. Nie podejrzewał, że stać go na tak rzeczywiste łzy i naturalny lęk o życie tej przeklętej idiotki. Tak naprawdę to wolałby, aby utonęła w tej cholernej rzece i przestała go wreszcie drażnić swoją obecnością. Już od jakiegoś czasu zastanawiał się jak bez wzbudzenia podejrzeń pozbyć się jej ze swojego życia, tak jak pozbył się swojej pierwszej małżonki. Tyle że z tamtą było o tyle prościej, że sama zaczęła nadużywać alkoholu, on musiał jedynie posadzić ją nieprzytomną za kierownicą i zepchnąć samochód z urwiska. Emilia wbrew pozorom okazała się dużo bardziej wytrzymałą fizycznie osobą, przez tyle lat nie udało mu się jej złamać choć nie przebierał w środkach, a teraz los sam podsuwał mu możliwość pozbycia się jej bez brudzenia sobie rąk.

— Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby pomóc pańskiej żonie — ratownik pocieszająco poklepał lekarza po ramieniu — Proszę być dobrej myśli.

Oby tylko nie umyślało jej się tego przeżyć, bo ją dobiję przy pierwszej nadarzającej się okazji! — Tadeusz pochylony nad barierką ze wzrokiem utkwionym w ciemnej toni wygrażał małżonce w myślach — Jeśli wyciągnął ją z tej rzeki żywą to na resztę jej marnego żywota zamknę ją w szpitalu dla obłąkanych. Rozpowiem, że nagłe poronienie doprowadziło ją do załamania nerwowego i celowo wjechała do rzeki. Kuglarz, jako wybitny specjalista psychiatrii, nie powinien mieć problemu ze zdiagnozowaniem u niej choroby psychicznej. Zaburzenia depresyjne czy zachowania autoagresywne zagrażające jej własnemu życiu pomogą mu zatrzymać ją w jego klinice na ładnych parę lat, najlepiej na oddziale zamkniętym. W ten sposób pozbędę się jej na bardzo długo, a później zobaczy się! Albo zrehabilitowanej pozwolę wrócić do domu, albo któraś z jej prób samobójczych okaże się ostatnią, wszystko w zależności od jej zachowania lub mojego widzimisię — roześmiał się w duchu — najpierw jednak powinienem uprzedzić Kuglarza o moich zamiarach. Oby tylko był na tyle trzeźwy, żeby wszystko dobrze zrozumieć — spojrzał na ratownika z wdzięcznością, której w rzeczywistości nie odczuwał, i chcąc się go pozbyć powoli oderwał się od barierki i uderzając w nią otwartą dłonią przechadzał się tam i z powrotem jakby nie mogąc znaleźć sobie miejsca. W końcu nie zatrzymywany przez nikogo zszedł z mostu i pod osłoną nocnej ciemności zadzwonił do przyjaciela.


Jednocześnie w lodowatych odmętach nagłe szarpnięcie wyrwało Emilii z błogiej niemocy. Jak przez mgłę poczuła czyjeś olbrzymie dłonie usiłujące wyciągnąć ją z wraku samochodu, jednakże zablokowany pas bezpieczeństwa wytrwale opierał się sile ramion osoby przybyłej na ratunek.

Co za paradoks, pas ten ma chronić życie, a mnie on niejako pozbawi mojego — na pół świadoma myśl przeleciała przez głowę kobiety.

Niezrażony wybawca mocnym szarpnięciem zerwał krępujący jej ciało pas i wydostał ją z zatopionego wraku. Porwani silnym prądem, popłynęli w dół rzeki. Plując i krztusząc się usiłowali wyrwać z głównego nurtu w stronę spadzistego brzegu. W końcu pomagając sobie nawzajem wyczołgali się na stały grunt i z trudem łapiąc oddech padli na wilgotną ziemię.

Pachnie trochę zmokłym psem, a jego oczy lśnią jak dwie złociste gwiazdy — dziwaczna myśl napłynęła nagle do zmąconej głowy Emilii — zupełnie jak w kabinie tamtej ciężarówki.

Właściciel tych niesamowitych oczu przysunął się odrobinę bliżej, lodowatą dłonią dotknął jej policzka, odgarnął z twarzy pasmo mokrych włosów i sprawdziwszy jej przyspieszony, ale w miarę stabilny puls, z cichym jękiem podniósł się z ziemi. Omdlała nie była w stanie się poruszyć, gwałtownie łapiąc powietrze starała się wyłowić z ciemności twarz swojego wybawcy. On jednak słaniając się na nogach zniknął w mroku nocy.

— Nie odchodź! — wykrztusiła, ale dźwięk ledwie opuścił jej usta, nagle zrobiło się cicho i bardzo ciemno. Świat zewnętrzny przestał istnieć, czerń ogarnęła jej świadomość, pochłonęła wszystko co miało związek z rzeczywistością.

Odzyskawszy przytomność w panice rozejrzała się po pokoju którego puste ściany aż raziły chłodną bielą. Nie miała pojęcia, gdzie dokładnie się znajdowała, ale bez wątpienia wciąż była noc, o czym świadczyła ciemność za oknami rozjaśniona księżycowym blaskiem, a pokój najwyraźniej był salą szpitalną, gdyż obok łóżka, na którym leżała miarowo pikała aparatura monitorująca jej funkcje życiowe, a nad głową wisiała zaczepiona o metalowy stojak kroplówka z przezroczystym płynem, który niewielkimi kroplami spływał długą rurką do wenflonu tkwiącego w żyle, w zgięciu jej lewego łokcia. Wspierając się na prawej ręce spróbowała się podnieść, lecz było to ponad jej siły.

— Spokojnie, proszę się nie ruszać. Jest pani w szpitalu — kobieta w białym uniformie podeszła do łóżka Emilii — Czy pamięta pani co się wydarzyło?

— Miałam wypadek, wpadłam do rzeki.

— Coś więcej? — pielęgniarka uśmiechnęła się zachęcająco.

— Topiłam się. Nie mogłam wyjść, gdyż pas się zablokował. Było mi strasznie zimno. Myślałam, że utonę. Wtedy pojawił się jakiś mężczyzna i pomógł mi wydostać się na brzeg.

— Kto to był?

— Nie wiem, nie widziałam go. Wszystko tak szybko się działo, a potem on rozpłynął się w powietrzu, a ja obudziłam się tutaj.

— Więc nie wie pani kto ją uratował?

— Nie, ale bardzo chciałabym mu podziękować. Kto to był?

— Niestety ja także nie wiem, ale Policja na pewno wszystko wyjaśni, a teraz proszę się przespać. Potrzebuje pani snu, by nabrać sił.

Kobieta w bieli podeszła do pikającej aparatury, coś w niej podkręciła, przyjrzała się skaczącym na monitorze wykresom, wynik zapisała w karcie, po czym przeszła do pacjenta leżącego obok. Na Emilię spłynęły błogość i odprężenie, jej powieki zrobiły się ciężkie i zaczęły same opadać. Z wolna odpłynęła w senny niebyt.

Obudziło ją silne, świecące jej prosto w twarz światło. Instynktownie chciała odwrócić głowę, lecz czyjaś dłoń powstrzymała ten odruch unieruchamiając jej podbródek. Po chwili oślepiające światło zgasło ukazując jej oczom wysoką, dobrze zbudowaną postać w kitlu.

— Dzień dobry, jestem doktor Robensen.

— Dzień dobry — Emilii odpowiedziała odruchowo — Gdzie ja jestem?

— W klinice. Ma pani problemy zdrowotne, ale postaramy się temu zaradzić. Proszę powiedzieć co pani pamięta?

— Miałam wypadek, spadłam samochodem z mostu do rzeki, jakiś mężczyzna mnie uratował, trafiłam do szpitala, a teraz rozmawiam z panem.

— Rozumiem, a przesłuchanie policyjne, rozmowa z mężem?

— Nie, jeszcze z nikim nie rozmawiałam, tylko raz z pielęgniarką w szpitalu.

— O czym rozmawiałyście?

— Pytałam o mojego wybawcę, ale nic o nim nie wiedziała. Powinnam porozmawiać z policją. Czy funkcjonariusze są tutaj? — spróbowała usiąść, ale nie mogła się poruszyć.

— Niestety nie, policja zakończyła już dochodzenie.

— Ale ja muszę z nimi porozmawiać — pacjentka wściekle rzuciła się na łóżku, lecz pole manewru miała ograniczone przez krępujące jej ręce i nogi skórzane pasy obite filcem i przymocowane do ramy łóżka — Dlaczego jestem związana?

— Pani Emilio, proszę się uspokoić, bo znowu będziemy zmuszeni podać pani środek nasenny, a nie chcielibyśmy już tego robić! Kilka tygodni temu została pani przesłuchana i sprawę oficjalnie zamknięto. Jednak pani zachowanie było na tyle niepokojące, że mąż zdecydował się umieścić panią w naszej klinice, ale proszę się nie martwić pomożemy pani wrócić do pełni zdrowia.

— Kilka tygodni…? — zrezygnowana opadła na materac — Jaka jest diagnoza?

— Jeszcze nie pora o tym mówić, teraz proszę po prostu odpoczywać.

— Nie chcę odpoczywać! Chcę wiedzieć co mi niby dolega?!

— Pani Emilio proszę stosować się do zaleceń inaczej zastosujemy bardziej drastyczne formy leczenia.

— Jakiego leczenia? Przecież nic mi nie jest! — znów zaczęła się szamotać, a skórzane pasy przytrzymujące ją na łóżku boleśnie wrzynały się w delikatną skórę na nadgarstkach i kostkach — Proszę mnie natychmiast uwolnić!

— Oj, widzę, że jest pani niezdyscyplinowaną pacjentką, ale to nie szkodzi. Poradzimy sobie z panią. Mąż będzie zadowolony.

Przerażona kobieta przebiegła wzrokiem po idealnie gładkich ścianach i białym jak śnieg suficie. Pokój w którym się znajdowała był niewielki i jakiś taki jakby martwy, albo to wspomnienie męża pozbawiło ją nadziei i chęci do dalszej walki… Minutę później zapadła w narkotyczny sen.

Uderzenie prądu, skurcz wszystkich mięśni, ból i jednoczesne, a zarazem nagłe przebudzenie pozbawiło Emilii oddechu.

— Budzimy się — usłyszała czyjś nieprzyjemny, gardłowy głos zaraz po tym, gdy rażenie prądem ustało — pora na pierwszą dawkę terapii. Skoro nie chcesz z nami współpracować, to z rozkoszą cię do tego zmusimy!

— O co chodzi? Jaką współpraaaa…

Silniejszy niż wcześniej ładunek elektryczny ponownie przeszył jej ciało rażąc dotkliwiej niż poprzednio. Jej mięśnie spięły się do tego stopnia, że niemal poczuła jak rozrywały się na strzępy.

— Kilka takich seansów i będziesz potulna jak baranek — okropny, gardłowy śmiech należący do mężczyzny rozniósł się echem złowieszczo wibrując w powietrzu.

Zdezorientowana Emilii uzmysłowiła sobie, że tym razem posadzono ją na jakimś dziwnym krześle, a jej kończyny nadal były unieruchomione. Znów zaczęła się wyrywać, lecz tym razem przywiązana była również w talii.

— Oj, złamiemy w tobie tę wolę walki.

Ryknęła z bólu odruchowo odrzucając głowę do tyłu, kiedy kolejna fala Voltów przepłynęła przez jej ciało. Mimowolnie zacisnęła pięści wbijając paznokcie w skórę dłoni raniąc ją do krwi. Gdy prąd ustał opadła na oparcie oddychając głęboko.

— Nie z takimi twardzielami sobie radziliśmy — kontynuował nieznajomy poklepując ją po ramieniu — Jesteś tutaj bo próbowałaś się zabić, a my pomożemy ci się uwolnić od takich głupich myśli.

— To była pomyłka — wyszeptała słabym głosem.

— A i owszem! Postaramy się, żebyś to sobie dobrze zapamiętała.

— Nie, proszę, wystarczy! Już zrozumiałam, nie będę sprawiać kłopotów, obiecuję.

— No nie wiem, zazwyczaj dłużej trwa…

Nieoczekiwanie uderzył w nią jeszcze silniejszy impuls, przez który ścięgna po napięciu mięśni zaczęły się mimowolnie nadrywać.

— …łamanie oporu pacjenta. Mówili, żeś jest twardą suką, a tu taki zawód. Wystarczyło kilka ruchów pokrętłem i już potulnie skamlesz. Rozczarowałaś mnie — łysy lekarz z długą brodą i śmiesznymi okularkami w okrągłych oprawkach odwrócił się na pięcie i zawiedziony opuścił swój gabinet zostawiając na pół żywą pacjentkę samą.

— Nie wiem czy jestem twarda, ale na pewno nie głupia. Opór oznacza dalsze tortury, mądrzej jest się poddać udając uległość — wycieńczona wymamrotała do siebie.

Czucia jakie straciła po porażeniu zaczęło wracać do niej w niczym niezmierzonym, niemożliwym wręcz do wytrzymania mrowieniu w całym ciele stopniowo narastającym i jakby wchodzącym coraz głębiej w mięśnie. Z wolna poruszyła obolałymi palcami rąk i nóg chcąc pozbyć się z nich tego uporczywego mrowienia. Pod wpływem bólu głośno jęknęła, a jej twarz wykrzywił grymas niewysłowionego cierpienia. Zamknęła oczy i pozwoliła płynąć zbierającym się pod powiekami łzom. Powoli zaczynała rozumieć co się wokół niej działo. Białe ściany, kraty w oknach, pasy przy łóżku, drzwi bez klamek i elektrowstrząsy u doktora Frankensteina mogły oznaczać tylko jedno, Tadeusz spełnił swoją groźbę i umieścić ją w zakładzie psychiatrycznym. Bez wątpienia jego znajomości wystarczyły, by wszystko tak błyskawicznie załatwić, chociaż w zasadzie nie miała pojęcia ile to trwało, gdyż zamroczona lekami zupełnie straciła poczucie czasu. Nie wiedziała ile minęło od wypadku, co się z nią w tym czasie działo ani jak długo zamierzali trzymać ją pod kluczem. Wiedziała natomiast jedno, musiała być potulna jak baranek, żeby uśpić ich czujność, a wtedy przy najbliższej sprzyjającej sposobności zwieje im spod nosa.

Drgnęła niespokojnie słysząc dobiegające z korytarza ciężkie kroki. Po chwili drzwi otworzyły się na oścież i stanął w nich misiowaty sanitariusz ubrany w błękitny uniform i białe chodaki. Podszedł do niej i bez słowa zaczął rozpinać pasy krępujące jej ciało.

— Jak długo tu jestem? — zapytała, ledwie słyszalnym szeptem.

— Sześć tygodni — chłopak odparł beznamiętnie.

Sześć tygodni umknęło mi ze świadomości!? — pomyślała, z całych sił starając się powstrzymać łzy. Niestety bezskutecznie.

— Co mi jest?

— O to pytaj lekarza.

— Nie powiedział, woli faszerować mnie lekami, albo elektrowstrząsami — zaszlochała.

— Wiem tylko, że mam cię pilnować żebyś nie zrobiła sobie krzywdy.

— Nie mam takiego zamiaru, chcę stąd jak najszybciej wyjść.

— O tym zdecyduje lekarz prowadzący.

Chłopak przesadził jej bezwładne ciało na wózek i odwiózł do izolatki. Ostrożnie położył na wygniecionym materacu i znów przypiął pasami do ramy metalowego łóżka.

— Czy to naprawdę konieczne? Nie mam siły na ucieczkę.

— Takie jest rozporządzenie.

— No tak, jasne. Rozumiem.

Zrezygnowana zamilkła i utkwiła wzrok w klinicznej bieli sufitu. Prostokątne wnętrze jej jednoosobowej celi było niewielkie, słabo oświetlone i puste, gdyż poza łóżkiem, na którym właśnie leżała, nie było nic więcej. Małe zakratowane okienko ograniczało dostęp światła dziennego, przez co w środku było trochę mroczno. Zimny dreszcz przeszedł jej po plecach. Przymknęła powieki, nie chciała już nic więcej widzieć ani słyszeć. Chciała zasnąć i nie pamiętać. To musiał być sen. Głupi sen o wpływowym mężu, który dla własnej przyjemności zamknął żonę w psychiatryku, sen o szalonym naukowcu i jego małej pracowni, sen o przerażającym obcym suficie, obcych ścianach, obcej podłodze, kratach w oknach, pasach przy łóżku i drzwiach bez klamek… To wszystko nie mogło wydarzyć się naprawdę. Niedługo się obudzi i znowu będzie jak dawniej, a wszystko to okaże się tylko urojonym absurdem. Znów będzie w domu, nie mniej bezpieczna, ale zawsze to w domu!

— Jakby czegoś było potrzeba to proszę wołać, będę w pobliżu.

Nic nie odpowiedziała tylko skinęła głową. Sanitariusz zamknął za sobą drzwi, a jego oddalające się ciężkie kroki cichły stopniowo w długim korytarzu. Bez przekonania szarpnęła dłońmi raz jeszcze, lecz nie było żadnych szans na wyswobodzenie. Spod powiek wypłynęły jej łzy i poprzez skronie pomknęły w dół, ku poduszce. Rozżalona zapadła w długi sen.

Kolejne miesiące zlały się w jedno. Czas przestał mieć znaczenie, jakby zatrzymał się w miejscu. Już nie oddzielała dnia od nocy, niektóre rzeczy pamiętała lepiej, inne gorzej. Ból i cierpienie dokonały gwałtu na jej psychice wpędzając w całkowitą obojętność. Kiedy przynosili jedzenie, jadła, kiedy zdarzało im się zapomnieć, nie jadła. Nie sprawiało jej to różnicy. Przychodzący i odchodzący ludzie z personelu stapiali się w jedną całość. Nawet nie starała się zapamiętywać ich twarzy czy głosów, nie była nimi w najmniejszym stopniu zainteresowana. Z czasem przestano stosować wobec niej pasów obezwładniających, lecz ona już tego nie spostrzegła. Zatopiona w swojej nicości wreszcie odnalazła spokój. Za dnia bezmyślnie wpatrywała się w sufit bądź ścianę naprzeciwko, a czasem w kawałeczek nieba za okratowanym oknem na tle którego rozkwitały pąki dzikiego bzu. Nocą natomiast zapadała w niespokojny sen, który zazwyczaj kończył się dziwnymi obrazami trzepoczących skrzydeł czarnego kruka, wtedy budziła się zlana potem i łzami choć wcale tego nie chciała. W całym tym obłędzie wrył jej się w pamięć jedynie misiowaty sanitariusz, który spędzał przy niej najwięcej czasu. Przychodził codziennie. Przynosił jedzenie, karmił ją, zmieniał pościel i wietrzył pokój. Pomagał w codziennej toalecie i rozczesywał splątane włosy. Co pewien czas zabierał ją na spacer do ogrodu. Tam pośród drzew i kwitnących krzewów gardenii siadywali na zielonej ławce, a chłopak opowiadał jej o lazurze nieba i bieli skłębionych chmur, choć mogła widzieć je sama, gdyby tylko podniosła głowę. Opowiadał o śpiewie ptaków i tęczowych skrzydłach motyli. O szumie strumyka przecinającego zachodnie tereny Kliniki i o ciepłym wietrze, zwiastunie nadchodzącego lata. To właśnie te spacery, a raczej ta jedna nieostrożna opowieść zbudziły w kobiecie nadzieję. Znowu powróciła jej chęć do życia i pragnienie wolności. Niczym wyrwana z głębokiego snu wyczekiwała cierpliwie na dogodny i odpowiedni moment, by wydostać się z tego więzienia. Nie zamierzała wracać do dawnego życia, krewnych czy znajomych, gdyż oni z miejsca odstawiliby ją do Tadeusza. Jej myśli zaprzątała już tylko ucieczka i możliwość nowego życia gdzieś daleko od tego koszmaru.

Mając w pełni świadomy umysł trudno było jej udawać zobojętnienie. Musiała być bardzo uważna, szczególnie w obecności swojego osobistego opiekuna, gdyż tylko on przebywał z nią na tyle długo, by odkryć jej małe oszustwo i wszcząć przedwczesny alarm niwecząc tym zrodzony w jej głowie plan ucieczki.

Rozdział III

Ten dzień rozpoczął się jak i wszystkie poprzednie w tym miejscu. Emilka obudziła się, niechętnie otworzyła zaspane oczy, po czym przybierając obojętny wyraz twarzy, nieodzowną maskę jej jestestwa, utkwiła wzrok w widocznym za oknem fragmencie bezchmurnego nieba. Łagodne światło poranka z wolna wlewało się do pomieszczenia, jasną plamą zbliżając do posłania, by już po chwili musnąć swym ciepłem jej rękę zwisającą poza krawędź łóżka. Ona jednak tego nie dostrzegła, uważnie wsłuchując się w przytłumione odgłosy dobiegające z korytarza, cierpliwie czekała, aż ten dzień rozpocznie się na dobre. Kiedy do jej uszu dobiegł wreszcie odgłos powłóczystych kroków zbliżających się do jej drzwi zrozumiała, że oto nadeszła chwila jakiej od dawna wyczekiwała. To była jej szansa…

Dobry dzień na nowe życie — pomyślała nie zmieniając wyrazu twarzy.

— Witaj Piękna — od progu dobiegł ją jadowity głos niskiego, pulchnego sanitariusza — dzisiaj znów będę się tobą zajmował. Twój opiekun nadal jest chory, nie będzie go jeszcze przez kilka dni. Cieszysz się, prawda?

Nie odpowiedziała musiała zachowywać pozory, choć czuła, że nie będzie łatwo.

I miała rację. Jej zastępczy opiekun zdecydowanie wychodził poza zakres swoich obowiązków. Z każdą chwilą zachowywał się coraz bardziej obcesowo. Jego obrzydliwe łapska już nie tylko pomagały jej przy porannej higienie, czy przy ubieraniu, one były wszędzie tam gdzie być nie powinny, naruszając granicę intymnych obszarów jej ciała. Biedna kobieta, aby się nie zdradzić, zajadle zagryzała wnętrze policzka, tak mocno, że w ustach czuła metaliczny smak własnej krwi. Po tym niemiłym doświadczeniu doceniła fakt, że w całym tym szaleństwie tego miejsca trafiła pod opiekę tamtego sanitariusza. On przynajmniej zachowywał się przyzwoicie i był dla niej miły, nie jak ten obleśny prymityw. Kiedy wreszcie sobie poszedł mogła nieco odsapnąć niecierpliwie wyczekując śniadania, a po nim obowiązkowego spaceru na świeżym powietrzu. Chłopak nieświadom podstępnych zamiarów swojej podopiecznej bez trudu dał poprowadzić się w miejsce, które już jakiś czas temu upatrzyła sobie jako idealne do realizacji swojego planu. W przypływie nagłego zdenerwowania jej serce zaczęło pracować w przyspieszonym tempie. Chcąc uspokoić jego szaleńczy rytm nieznacznie odetchnęła przez usta. Obawiała się, że głośne dudnienie w jej piersi zaalarmuje pilnującego ją chłopaka. Ten jednak nie wyczuwając kłopotów drobiazgowo opowiadał, jak mu się zdawało pozbawionej świadomości słuchaczce, o swoich lubieżnych relacjach z pacjentkami szpitala. Żal było jej wszystkich tych krzywdzonych dziewczyn, nie mogła jednak nic dla nich zrobić w tej chwili musiała zawalczyć o własne życie. W duchu mając nadzieję, że jej ucieczka pozbawi palanta pracy przez co dziewczyny odzyskają spokój. Dlatego też, będąc już blisko miejsca docelowego, zwolniła kroku, po czym zatrzymała się przy ogrodowej ławce licząc, że chłopak zrozumie i usiądą w cieniu wysokich topoli.

— Moja śliczna, może usiądziemy sobie tutaj na chwilkę — zgodnie z jej pragnieniem zaproponował naiwny opiekun. Złapał Emilkę za ramię i podprowadził do ławeczki — odpoczniemy w tym ustronnym miejscu i poznamy się troszkę bliżej. Wiesz, lubię takie ciche, uległe kobiety, do tego te twoje rude, jak u wiewiórki, włosy po prostu mnie powalają. Jeśli okażesz się tak słodka, jak mi się zdaje, to może postaram się o stałą opiekę nad tobą. Chciałabyś prawda?

Emilia nie bez wysiłku stłumiła w sobie odruch wymiotny na tę propozycję i łapę wciskającą się między jej uda. Zachowując kamienny wyraz twarzy przełknęła głośno ślinę nadmiernie przy tym mlaskając językiem.

— A co to, spragniona? Cholera nie zabrałem nic do picia, a nie powinienem zostawiać cię samej w parku — rozejrzał się wokół niezadowolony — ale Ty przecież nikomu nie wygadasz, prawda? Poczekaj tutaj chwilkę, skoczę migiem po wodę, a potem będziemy mogli kontynuować nasze zapoznanie.

Kiedy tylko sanitariusz zniknął jej z oczu, bez wahania zerwała się na równe nogi i popędziła w przeciwnym kierunku naprowadzana coraz głośniejszym szmerem strumyka. Lęk stał się jej siłą, która poparta bodźcem nadziei popychała ją naprzód zmuszając nogi do coraz szybszego biegu. To była ta chwila, jej jedyna szansa. Jeśli uda jej się uciec, będzie wolna, jeżeli nie, zgnije w murach tego zakładu. Zdyszana dobiegła do brzegu rzeki, na moment zawahała się przypominając sobie swój poprzedni epizod z wodą. Ten strumyk nie był jednak tak głęboki i rwący jak tamta rzeka, w jego krystalicznie czystej wodzie widać było połyskujące kamieniami dno. Nie tracąc więcej czasu wskoczyła do wody i co sił w nogach pognała w dół spienionej rzeki. Jej tenisówki momentalnie nasiąkły lodowatą wodą przez co krew zaczęła szybciej krążyć w żyłach. Biegła bez ustanku rozbryzgując wodę na wszystkie strony. Zwolniła dopiero, gdy płuca zaczęły palić od wzmożonego wysiłku, a rzeka stała się na tyle głęboka, że mogła się w niej położyć i dać porwać wartkiemu nurtowi. Bała się jeszcze wyjść na brzeg. Okolica zdawała się niezamieszkała, a to zmniejszało szanse ukrycia się. Woda skutecznie zacierała jej ślady. Im dalej od miejsca ucieczki, tym większa możliwość zniknięcia bez śladu, dlatego kurczowo uczepiona ogromnego konara płynęła z prądem nie zastanawiając się nad coraz głośniejszym szumem rzeki i jej nasilającym się nurtem. Dopiero kiedy wzburzona toń wyrwała jej z rąk, utrzymujący ją na powierzchni, pień drzewa zorientowała się, że dopłynęła do krawędzi ogromnego wodospadu. Było jednak za późno aby walczyć z siłą natury. Bezlitosny żywioł porwał jej opierające się ostatkiem sił ciało i niczym liść rzucony na wodę zepchnął w przepaść.


Świdrujący sygnał telefonu oderwał zapracowanego doktora Rossa od sterty zalegających na biurku dokumentów. Przemęczony ordynator odłożył trzymaną w ręku historię choroby pacjenta i z cichym westchnieniem sięgną po komórkę.

— Cześć Kuglarz, co tam?

— Słuchaj Tadziu — usłyszał niepewny głos przyjaciela — dzwonię, bo Emilia zdaje się… uciekła.

— Że co??? — ryknął do słuchawki gwałtownie wstając.

— Spokojnie, już jej szukamy, nie mogła daleko odejść…

— Spokojnie?! Mam być spokojny? Serio? Moja żona nawiała z psychiatryka, a ja mam być spokojny?

— Wiem, nawaliłem, ale naprawię to. Znajdziemy ją.

— Oby jak najszybciej! Jak to w ogóle możliwe? Zapewniałeś, że jest nieświadoma.

— I tak powinno być. Po takich dawkach leków jakie jej serwowaliśmy i zabiegach u Franka nie powinna wiedzieć o bożym świecie, naprawdę nie wiem jak to się stało.

— Uprzedzałem, że ta pizda jest wyjątkowo odporna.

Ordynator z wściekłością uderzył pięścią w blat biurka.

— Nie sądziłem, że aż tak bardzo!

— Kuglowski, jeśli to się wyda…

— Nie ma opcji, znajdziemy ją. Przeczesaliśmy cały teren kliniki, nie ma po niej śladu. Została już tylko rzeka. Teraz czekamy na psy tropiące, ale nie martw się komendant obiecał zatuszować sprawę. Wszystko z największą dyskrecją.

— Mam nadzieję, nie chcę takiego rozgłosu.

— Nikomu nie jest on potrzebny.

— Dobrze, że się rozumiemy.

— Odezwę się, jak będzie po sprawie.

Głos w słuchawce umilkł, a po nim rozległ się sygnał zakończonego połączenia.

Cholera, dlaczego nie pozbyłem się jej od razu!? — ordynator z nadmierną siłą odłożył telefon na biurko — Po co mi była ta cała klinika? Tylko niepotrzebny z tym kłopot, a teraz ta krowa znów zakłóca mój spokój, zagraża mojemu życiu i karierze. Jak ktoś się dowie co zrobiłem, będę skończony! Nie pozwolę jej zniszczyć wszystkiego tego, na co tak ciężko pracowałem. Ślub z tą biedaczką wydawał się rozsądnym posunięciem. Miała być cichą, pokorną żoneczką, a okazała się nijak niereformowalną suką! Jak mogłem się tak pomylić? Widać nie mam nosa do kobiet.

Doktor Ross przetarł dłońmi zmęczoną twarz, następnie przesunął nimi po włosach odgarniając je do tyłu, założył okulary i wrócił do pracy. Jednakże sterta piętrzących się przed nim papierów nie zmniejszała się, a jego rozbiegane myśli nie pozwalały skupić na przeglądanej dokumentacji. Litery skakały mu przed oczami, plątały się, nie łączyły w sensowną całość. Nie mogąc dłużej wysiedzieć w miejscu wstał od biurka i ruszył na obchód. Liczył, że bezpośredni kontakt z pacjentem oderwie jego niespokojne myśli od kłopotów z głupią żoną numer dwa.

Młode pielęgniarki rzucały mu rozmarzone spojrzenia, a początkujący stażyści stawali na baczność wbijając wzrok w podłogę, kiedy mijał ich idąc korytarzem. Szacowny Pan Ordynator dobrze wiedział jakie uczucia wywoływał u podwładnych. Kobiety go podziwiały i pragnęły, a mężczyźni czuli respekt i to mu odpowiadało. Uwielbiał ten wypracowany względem siebie szacunek. Teraz też poprawił mu on nastrój. Sprawił, że bieżące problemy zeszły na drugi plan ustępując miejsca zadowoleniu z pracy i samego siebie.

.                                                 *     *     *

Podług pradawnych legend Smoczy Miecz ostał wykuty w piekielnej kuźni mocarną ręką Hefajstosa, mitycznego boga ognia, na specjalne życzenie Suarra, boskiej istoty związanej więzami małżeńskimi z Herensugue, wstrętną istotą o wyglądzie skrzydlatego węża. Kiedy Suarra zakochał się z wzajemnością w pięknej i dobrej bogini przyrody, Maiti, postanowił pozbyć się swojej odrażającej żony. Zwrócił się zatem do piekielnego mistrza z prośbą o wytworzenie broni mogącej pozbawić życia tego ognistego, nieśmiertelnego węża-smoka. Kowal przystał na prośbę Suarra, o ile ten dostarczy mu wylinkę żony, odrobinę jadu z jej pyska tudzież okazałą błyskawicę wraz z burzową chmurą. Zebranie tychże zasobów nie nastręczało większych trudności, wymagało jeno cierpliwości takoż odrobiny sprytu. Suarra odnalazł starannie ukrytą przez małżonkę wyliniałą skórę, we śnie upuścił jej z pyska sporą porcję jadu, a od kochanki otrzymał ciemną, burzową chmurę z najpotężniejszą błyskawicą na jaką tylko było ją stać. Po dostarczeniu do podziemnej kuźni zdobytych składników Hefajstos z olbrzymiej bryły izofiru, wydobytej z dna wulkanu, nasączonej jadem złej bogini, uformował wspaniały, dwusieczny miecz, który, zużywając ogromne pokłady swej energii magicznej, pokrył kryształkami lodu i zahartował błyskawicą wydobytą z burzowej chmury. Z gadziej wylinki wykonał pięknie zdobioną, niezniszczalną i idealnie dopasowaną do klingi sayę. Gotową oręż Hefajstos oddał rozmiłowanemu bożkowi, biorąc za to sowitą zapłatę. Atoli uprzedził wszak broń ta bezmiar potężna może być skierowana przeciw każdej ognistej istocie, zatem i niemu samemu. Niezrażony Suarra wrócił nocą do pieczary, odczekał aż Herensugue pogrąży się w głębokim śnie, tedy jednym celnym pchnięciem w serce zgładził bezlitosnego potwora. Po wszystkim ukrył Smoczy Miecz, tak by nikt go nie odnalazł i udał się do Maiti wszak odtąd mógł zaznać pełni szczęścia z ukochaną.

Z biegiem czasu pamięć o magicznej broni tudzież miejsce jej ukrycia przygasła, stając się zaledwie niewiarygodnym mitem. Niemniej z chwilą odrodzenia się potężnych smoków zagrażających wszelkiemu istnieniu, dawne mity i podania odżyły. Odrodziła się legenda o Smoczym Mieczu jak i pragnienie jego odnalezienia. W owym czasie tysiące śmiałków zatraciło się przetrząsając bezmierną ilości naturalnych pieczar Czarciej Góry, która to uchodziła za spodziewane miejsce ukrycia pożądanej przez wszystkich broni. Na przełomie wielu setek lat legendarny szczyt przeczesano wzdłuż i wszerz, atoli wytrwałym poszukiwaczom nie udało odnaleźć się magicznego miecza. Tirakany rosły w siłę, a ludzie z wolna tracili nadzieję na pokonanie tychże olbrzymich bestii niosących jeno zło i zniszczenie.

Aż razu jednego wojownik imieniem Beowulf wsparty niewielką grupą dzielnych ochotników wyruszył w góry zmierzyć się z Tirakanem nieustannie nękającym tamtejsze wioski. Dotarłszy nocą w bezpośrednią okolicę Czarciej Góry przystanęli w malowniczej dolinie i rozbili obóz u pobrzeża kryształowo czystego jeziora otoczonego od wschodu skalistymi szczytami, których strome zbocza nikły w głębinach. Majestatyczny szczyt wielkiej góry odbijający się w spokojnej tafli wody był celem przybyłych śmiałków. Właśnie na tęże spadzistość zamierzali wspiąć się w poszukiwaniu zamieszkiwanej przez stwora groty. Nie mogąc pokonać go w otwartej walce zdecydowali zaatakować w trakcie polegiwania. Po krótkim odpoczynku takoż spożyciu obfitego posiłku wojownicy zaopatrzeni w pochodnie jak i podręczny oręż ruszyli w górę stromego zbocza. Milcząc nadto zachowując najwyższą ostrożność uważnie przeczesywali każdy napotkany zakamarek. Sporo czasu bezskutecznie wyszukiwali śladów bytowania Tirakana, atoli nic nie wskazywało coby owa góra stanowiła jego siedlisko. Niemniej Beowulf miał niezłomne poczucie, że znajdują się we właściwym miejscu. Umęczeni całonocną nagonką nuże umyśleli dać za wygraną i powrócić do obozu, kiedy naraz równo z blaskiem dniejącego słońca rozległ się przeraźliwy ryk, tak głośny, że skała pod nogami poszukiwaczy zadrżała. Zalęknieni wojownicy padli na ziemię nie wiedząc cóż to oznacza. Wówczas ze spokojnych wód jeziora wyłonił się olbrzymi, uskrzydlony stwór. Swobodnie wzbił się w powietrze i rozbryzgując naokół srebrzyste krople wody uleciał ku wschodowi. Jego cielsko połyskiwało w jaśniejących promieniach słońca, a groźne ślepia bez źrenic jarzyły krwistoczerwonym blaskiem. Przerażeni druhowie pomknęli co sił w nogach do obozu, jeno Beowulf zachowując jasność umysłu podszedł do skalistego brzegu, nabrał w płuca sporo powietrza i dał nura w czarną bezdeń. Płynąc coraz głębiej i głębiej wzdłuż podwodnej skały natrafił na rozległą szczelinę otwierającą dostęp do ukrytego pod wodą tunelu. Prowadzony skrzącym, niebieskim światłem dotarł do podziemnej komory. Wyszedł z wody i odgarniając z czoła mokre włosy uważnie rozejrzał się po owalnej grocie. W jaskini strasznie cuchnęło. Smród gnijącego mięsa zmieszanego z siarką i jakby… miętą wywoływał obrzydzenie. Wszędzie wokół walały się resztki ludzkich i zwierzęcych kości, a pod tylną ścianą wydalone odchody potwora. To właśnie tam, w tym najciemniejszym i najbardziej odpychającym zakamarku ogromnej pieczary wzrok Beowulfa przykuł maleńki jaśniejący punkt. Marszcząc nos z obrzydzenia wspiął się po pionowej ścianie opadającej wprost do wody i sięgną po błyszczący przedmiot wetknięty głęboko między ostre nacieki. Pod palcami wyczuł chłodną stal. Równo z tym jego stopa osunęła się po śliskiej nawierzchni przez co runął do wody pociągając za sobą lśniącą klingę. Odnalazłszy drogę powrotną wypłyną na powierzchnię jeziora, a tam zastał swych dzielnych druhów toczących zaciętą walkę z ognistym Tirakanem. Beowulf niewiele myśląc dobył trzymanego w ręku miecza i rzucił się w wir walki. Zręczny wojownik w oka mgnieniu pokonał bestię wbijając zdobytą oręż w jego korpus. Głownia gładko rozpruła niezniszczalny pancerz śmiertelnie godząc serce niezwyciężonego.

Tak oto dzielny wojownik imieniem Beowulf zyskawszy miano najpotężniejszego Smoczego Pogromcy zapoczątkował ród Tunicalana, a Smoczy Miecz przekazywany z pokolenia na pokolenie z czasem trafił w ręce Dymitriela, ostatniego Takuti z rodu Tunicalana.

.                                                 *     *     *

Emilii znów była w lodowatej wodzie wpatrując się w jakieś ogromne, jarzące się złotym blaskiem ślepia. Wypuszczając z ust pisk zaskoczenia odsunęła się instynktownie, lecz oczyska jedynie mrugnęły nadal tym swoim dziwnie smutnym spojrzeniem wwiercając się w jej źrenice. Drgnęła zaniepokojona, ale już nie przerażona rozpoznając przeszywające ją na wskroś spojrzenie. Mimo przenikliwego ziąbu ufnie wyciągnęła dłoń do właściciela karmelowych oczu, lecz ten rozpłynął się w panującym wokół mroku. Spanikowana chciała rzucić się w ślad za znikającym mężczyzną. Zatrzymać go. Błagać, aby zabrał ją ze sobą! Jednak nie była w stanie poruszyć żadną częścią ciała… Obudziła się zlana zimnym potem z trudem łapiąc oddech, a jej własny przeraźliwy krzyk, który wyrwał ją ze snu, wciąż odbijał się głuchym echem od kamiennych ścian. Rozejrzała się dookoła. Była w jakimś ciemnym, wilgotnym pomieszczeniu, a intensywny zapach stęchlizny unoszący się w powietrzu drażnił jej drogi oddechowe. Nie miała pojęcia gdzie się znajdowała, ani też jak się tutaj znalazła, miała jedynie nadzieję, że udało jej się zbiec na tyle daleko, by nigdy więcej nie musieć oglądać zwariowanego doktora Frankensteina i jego małej pracowni. Kiedy jej wzrok przywykł już do ciemności z wysiłkiem uniosła się na łokciu i zlustrowała najbliższe otoczenie. Kamienne ściany, w drzwiach stalowe kraty, zdezelowane łóżko z cienkim materacem i drewniany stolik, a na nim gliniany dzbanek pełen wody oraz talerz papkowatej zupy. Nagle w otaczającej ją grobowej ciszy usłyszała pośpieszne kroki, ciężkie drzwi skrzypnęły, błysnęło światło i do pokoju weszła wysoka kobieta po pięćdziesiątce w białym fartuchu i pielęgniarskim czepku.

— Gdzie ja jestem? — zapytała Emilii słabym głosem.

— Nadal w Klinice doktora Kuglarza — odpowiedziała kobieta, bezceremonialnie wmuszając w pacjentkę zimną zupę.

W jednej chwili świat Emilii runął w gruzach. Krztusząc się przełykała kolejne porcje ohydnej mazi.

— Znaleźli cię na brzegu rzeki tuż za wodospadem — beznamiętnie kontynuowała pielęgniarka — jakieś 5 km od Kliniki. Byłaś przemarznięta i wycieńczona. Spałaś ponad dwie doby. Ordynator umieścił cię teraz na oddziale zamkniętym. Nie będzie już widoczków błękitnego nieba i spacerków na świeżym powietrzu, przed tobą pejzaż zgniłych ścian i sąsiedztwo pacjentów z najcięższymi objawami choroby. I było uciekać? Nie myśl sobie, że będziemy cię tu niańczyć tak jak w tej chwili. Następny posiłek zjadasz już sama. Toaleta jest na końcu korytarza po prawej, a nasza dyżurka nieco dalej po lewej. Nie myśl o ucieczce, bo to niemożliwe. Znajdujemy się w podziemiach. Jedyna droga wyjścia to kodowana winda, długi korytarz przez inny oddział wiodący do recepcji, a stamtąd zamknięte na klucz drzwi wyjściowe. Jak widzisz uziemiłaś się na dobre! Radzę, bądź grzeczna, nie sprawiaj kłopotów, a unikniemy konieczności stosowania pasów bezpieczeństwa, czy faszerowania lekami. Nasz kredyt zaufania to otwarta sala oraz nieograniczony dostęp do WC i łaźni. Póki co możesz korzystać z nich bez nadzoru, ale jeśli tylko przyjdzie ci do głowy jakiś głupi pomysł, przestanie być tak miło. Zrozumiano?

Zrezygnowana kiwnęła tylko głową nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Łzy pociekły jej po policzkach. Uzmysłowiła sobie, że nigdy już nie zazna wolności! Zgnije w tych cuchnących murach zapomniana przez wszystkich.

Pielęgniarka opuściła salę rzucając jej jeszcze jedno, zdawałoby się ostrzegawcze, spojrzenie i gasząc za sobą światło. Emilii skuliła się na posłaniu z całych sił zaciskając powieki. Kolejny strumień łez nic nie robił sobie z przeszkody, tylko śmiało przecisnął się między rzęsami i podążył za siłą grawitacji ku poduszce. Nie powstrzymywała już płaczu, bo emocje jakie w niej siedziały były za silne. Potrzebowała je z siebie wyrzucić. Łkała coraz głośniej, aż wreszcie zaczęła się dusić. Spróbowała głębiej odetchnąć. Nabrała w płuca jak najwięcej stęchłego, piwniczego powietrza, lecz to nie pomogło. Żal, nienawiść, smutek, rozczarowanie jakie nią w tym momencie targały były nie do okiełznania. W niemym krzyku miotając się po szorstkim materacu, który ranił jej skórę pozbywała się z organizmu balastu nagromadzonych uczuć i negatywnych myśli. Aż w końcu wycieńczona płaczem zapadła w niespokojny sen.

Przez pierwsze tygodnie cierpiała tak bardzo, że nie była w stanie normalnie funkcjonować. Jadła, kiedy jej kazano. Myła się, jak tego żądano. Korzystała z toalety, gdy zachodziła taka potrzeba. Całe dnie spędzała gapiąc się w ścianę bezmyślnie żłobiąc palcem wokół wystającego z muru kamienia. Nawilgła zaprawa stopniowo wykruszała się pod naporem jej paznokcia, aż z czasem w tym miejscu powstał głęboki rowek. Ona jednak nadal drążyła w ścianie nic nie robiąc sobie z ran powstałych na jej szczupłych palcach. Życie w zamknięciu bez perspektyw i przyszłości nie miało sensu, stało się czymś całkiem bez znaczenia. Totalnie zrezygnowana ponownie wyłączyła się na rzeczywistość, na odczuwanie emocji. Utknęła niczym w jakiejś bańce mydlanej, głucha na wszystko co działo się wokół. Dni i noce zlewały się w jedno. Głosy i twarze przewijających się wokół ludzi również. Jedynie pory dnia, gdyby tylko chciała, mogła rozróżnić po rodzaju serwowanych posiłków. Rano zawsze była zupa mleczna i kromka czerstwego chleba, na obiad w zależności, albo jakaś papkowata zupina, albo mało apetyczne drugie danie, na deser ryżowy pudding, lub trzęsąca się galaretka, a na kolacje kanapka z dżemem, białym serem bądź jakąś ohydną wędliną. Tutaj nikt nie wybrzydzał. Chorzy zapomniani przez swoich najbliższych, żyjący w swoim własnym obłąkańczym świecie, nie zwracali uwagi na to co jedzą, oni po prostu spożywali to co im podawano. Emilia także pogrążona w otępiającym bólu i rozpaczy, z rozdartym na strzępy sercem zwyczajnie egzystowała w tej ciasnej klatce swojego więzienia. Opuszczając ją tylko idąc za potrzebą. Wtedy i ona wyglądała jak wszyscy ci obłąkani ludzie zamknięci w sąsiednich celach. Zmierzwione włosy, obojętne spojrzenie, cienie pod oczami, wychudzone ramiona opuszczone wzdłuż tułowia, nijak nie przypominały dawnej pani doktorowej. No, może tylko to uczucie wewnętrznej pustki było równoważne z tym odczuwanym w tamtym życiu, ale wygląd zewnętrzny daleko odbiegał od dawnej prezencji. Dla pacjentki nie miało to jednak znaczenia, snuła się po wąskim korytarzu niczym duch, nie zwracając na siebie uwagi.

Jednej nocy, gdy jak zwykle zamierzała pójść do toalety, drogę zagrodził jej jeden z pielęgniarzy i szorstkim głosem nakazał wrócić do łóżka.

— Chciałam skorzystać z toalety — pacjentka odezwała się pierwszy raz od wielu tygodni.

— Zrobisz to za chwilę. Teraz wróć do sali i zamknij za sobą drzwi.

— Ale…

— Rób co mówię!

Emilka odwróciła się na pięcie i weszła do ponurej celi cicho zamykając za sobą drzwi. Harmider powstały na korytarzu przyciągnął jednak jej uwagę. Dyskretnie wyjrzała przez zakratowane w drzwiach okienko. Na korytarzu światło było przygaszone, niemniej to co ujrzała wprawiło ją w osłupienie. Z sali obok czterech barczystych pielęgniarzy i kilku sanitariuszy wyprowadzało właśnie skrępowanego kaftanem bezpieczeństwa jakiegoś olbrzyma. Za pomocą dwóch długich kijów zakończonych pętlą, podobnych do tych używanych przez hycli do łapania bezpańskich psów, poprowadzili go w kierunku łaźni. Mężczyzna szedł posłusznie, mimo to pielęgniarze cały czas go popychali szarpiąc arkanami, przez co cienkie rzemienia boleśnie zaciskały się na jego szyi. Gdy tylko ten dziwaczny orszak zniknął za drzwiami umywalni Emilka machinalnie ruszyła w ślad za nimi. Niepostrzeżenie zakradła się do na wpół przymkniętych drzwi łazienki i zajrzała do środka. Wewnątrz toczyła się ożywiona rozmowa przerywana salwami szyderczego śmiechu.

— Pora na wielkie kąpańsko naszego człekozwierza — dosłyszała kpiący głos jednego z pielęgniarzy.

— Hej trzymajcie go mocno. Nie mam zamiaru bawić się z nim całej nocy! — odezwał się ktoś inny.

— Spokojnie stary, nasz potworek będzie grzeczny. Prawda? W przeciwnym razie wie co mu grozi. To będzie bliskie spotkanie z wrzątkiem albo lodówą, w zależności od mojego widzimisię. Już to kilka razy przerabialiśmy, kundelek został należycie wytresowany.

— Dobra nie gadaj już tyle tylko lej, zmyj wreszcie z niego ten smród. Ten żałosny zwierz cuchnie niczym chory skunks — stłoczeni w pomieszczeniu ludzie ryknęli chóralnym śmiechem, po czym rozległ się głuchy zgrzyt i potężny strumień wody pod ciśnieniem uderzył w kafelkową ścianę bryzgając na boki z ogromną siłą — Pośpieszmy się za chwilę rozpoczyna się gala boksu zawodowego. Za nic nie przegapię tego widowiska, a musimy jeszcze uprzątnąć ten jego zasrany grajdołek.

Emilii przycupnęła w ciemnym kącie i ze swego ukrycia obserwowała jak poziomo lecący strumień powoli zbliżał się do przygarbionych pleców bardzo wysokiego, atletycznie zbudowanego mężczyzny. Siła uderzenia była tak duża, że ten potężny, chyba, człowiek ugiął się pod naporem wody i poleciał wprost na ścianę opierając olbrzymie łapy o śliskie kafelki. Dopiero wtedy kobieta spostrzegła wszystkie mankamenty jego wyglądu i zrozumiała dlaczego ci ludzie nazywali go człekozwierzem. Był pół raza większy od przeciętnego człowieka, a jego przerośnięte dłonie i stopy zakończone były szarymi szponami. Resztę sylwetki miał harmonijnie umięśnioną. Szerokie bary, wąskie biodra, zgrabne pośladki i idealnie wyrzeźbione uda. Czarne i gęste włosy porastały nie tylko skórę jego głowy, ale również szyję i kark ciągnąc się szerokim pasmem wzdłuż kręgosłupa przywodząc na myśl psa długowłosego z gęstym podszerstkiem. Pewnie dlatego utożsamiali go ze zwierzęciem.

— Dobra rzućcie kundlowi jakie mydło, niech się porządnie wyszoruje — pośród ogólnego zgiełku padło głośne polecenie trzymającego wąż sanitariusza — Następny prysznic dopiero za miesiąc!

Strumień na chwile zmienił kierunek, a do mężczyzny pod ścianą poszybowała kostka szarego mydła.

— Nie żałuj sobie, dość nam twojego smrodu! — pogardliwie odezwał się chudy pielęgniarz.

— Ksawi, dla pewności załóż mu obrożę. Nie chcę ryzykować. Pies spuszczony ze smyczy gryzie.

— Ja mu ugryzę! — pielęgniarz Ksawi szarpnął arkanem tak mocno, że mężczyzna uwiązany na jego drugim końcu charknął podduszony i upadł na jedno kolano. Całe zebrane w łaźni towarzystwo ryknęło głośnym śmiechem.

— Ruszaj się, nie poświęcimy ci całej nocy — pogonił więźnia ten polewający wodą — Chłopaki zanim my tu skończymy idźcie we trzech ogarnąć jego norę. Tak będzie szybciej. Zdążymy przynajmniej na walkę wieczoru.

— Że też akurat dziś umyślało się staremu to kąpanie.

— Stary zawsze pilnuje terminów. Choć nie wiedzieć czemu wobec tego potwora jest taki wielkoduszny. Po co go w ogóle trzymają? Tylko nam roboty przysparzają.

— A co mają z nim zrobić? Nadal się nie odzywa, nie wiadomo czy cokolwiek kuma. Czy jest bardziej człowiekiem, czy jakąś pieprzoną bestią.

— A kogo obchodzi czym jest! Najlepiej byłoby się go pozbyć i po kłopocie.

— Pewnie tak by zrobili, ale o tamtej nocy ktoś chlapnął pismakom. Nie było tego dużo, bo nie znaleźli dowodów, ale jakby się kto uparł muszą mieć tego potwora żywego. Jak wszystko całkiem przycichnie nasze nie-wiadomo-co zapewne zniknie z powierzchni ziemi.

— Tak, do tego ucieczka doktorowej na nowo wszystko rozdmuchała. Niektóre pismaki spekulują o ewentualnym powiązaniu jej obłąkania z bliskim spotkaniem Bestii.

— Swoją drogą ciekawe czy to prawda?

— Niby co?

— No, to co się wtedy wydarzyło. Czy to tutaj mogło uratować doktorową?

— Jeśli tak, to oznaczałoby to, że nasz potworek posiada ludzkie odruchy.

— Dajcie już spokój temu pustemu gadaniu, pośpieszmy się!

Niespodziewanie strumień wody powtórnie uderzył w spienione, naznaczone różowymi pręgami i zagojonymi już bliznami, plecy czarnowłosego mężczyzny. Mydło wytrącone silnym bryzgiem wypadło z jego dłoni, a on sam krztusząc się i plując wodą znów przywarł twarzą do śliskiej ściany.

— Dobra, teraz przód! Odwróć się przodem, kundelku.

— Słyszałeś potworku? Teraz umyjemy twój ogromny interes — zarechotał niski pielęgniarz — to będzie dużo zabawniejsze.

Kolejna salwa śmiechu potoczyła się wśród zebranych, a Emilka mogła jedynie bezradnie obserwować poczynania bezwzględnych oprawców.

Bardziej zabawne, czy bardziej żenujące? — po policzkach obserwatorki pociekły łzy współczucia. Skulona w ciemnym kącie przetarła zapłakane oczy, mimo to nie potrafiła oderwać wzroku od torturowanego człowieka.

— No rusz się, bo ci w tym pomożemy — zagroził Ksawi potrząsając arkanem.

Bezbronny mężczyzna odwrócił się przodem do personelu, jednocześnie zakrywając dłońmi swoje przyrodzenie. Nie było to proste zadanie, gdyż członek mężczyzny był sporych rozmiarów. Nawet jego duże dłonie miały problem w pełni go zasłonić.

— O, popatrzcie jaki nieśmiały! — oprawcy zadrwili bezlitośnie — A tak przy okazji ciekawe jak wygląda samica z jego gatunku, bo u nas z takim fajfusem to co najwyżej jaką kobyłę mógłby se przedymać.

Idioci! — Emilka musiała przygryźć wargę, aby nie krzyknąć tego na głos. Narastająca w niej frustracja popychała ją do działania, lecz brak możliwości niestety zatrzymał w miejscu. Co mogłaby zrobić? Jak miałaby pomóc temu biednemu człowiekowi? Przecież sama tkwiła w tym miejscu jak pospolity więzień. Jeżeli teraz spróbowałaby się wtrącić pogorszyłaby tylko i jego i swoją sytuację. Trudno, będzie musiał znieść do końca to upokorzenie.


A nie było to łatwe! Torturowany mężczyzna czując silny strumień uderzający w okolicę krocza, zgiął się wpół i ryknął boleśnie o mało się nie wywracając. Niewzruszony polewacz skierował strumień prosto w twarz potwora tłumiąc tym jego przeraźliwy ryk. Mężczyzna plując wodą na powrót przybrał pozycję pionową. Wzbierająca w nim złość domagała się odzewu, wiedział jednak, że okazanie jakichkolwiek emocji mogłoby być dla niego zgubne. A tak ten krótki comiesięczny sadyzm lada moment się skończy, za to później będzie miał spokój. Jeśli jednak zauważą w nim choć cień racjonalizmu wtedy znów zaczną się przesłuchania i prawdziwy terror, a tego nie chciałby ponownie przechodzić.

Szum wody nareszcie ucichł. Teraz jeszcze tylko szamotanina korytarzem do celi i będzie mógł odpocząć. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego ci wszyscy ludzie byli względem niego tak nieludzcy. Owszem był świadomy swojego potwornego wyglądu, ale myślał, że bierna postawa powstrzyma okrucieństwo sanitariuszy. Niestety oni najwyraźniej uwielbiali tę całą błazenadę z arkanami i kaftanem. A wystarczyło, aby nakazali powrót do sali, a wróciłby posłusznie bez całej tej przepychanki i agresji.

— Masz, wytrzyj się — jeden z mężczyzn rzucił w niego ręcznikiem — a potem włóż to.

Naprędce osuszył ciało szorstkim materiałem i ubrał podany mu szary dres.

— Twoje ciuchy nadają się już tylko do spalenia — pielęgniarz Ksawi pogardliwie szturchnął nogą kupkę zdartych wcześniej z potwora ubrań — Dobra chłopaki przygotujmy się, pora zaprowadzić Bestie do klatki.

Stalowe pętle ponownie zacisnęły się na jego szyi, a dwóch pielęgniarzy naciągnęło mu kaftan bezpieczeństwa i popychając zaprowadzili długim korytarzem z powrotem do ciemnej, zimnej izolatki. Zanim zdjęli z niego pęta, przykuli jego nogę ciężkim łańcuchem do ściany. Więzy były nie do zerwania. Próbował już dawno temu, twardy beton trzymał solidnie. Gdy zabiegi dobiegły końca bezceremonialnie pchnęli go na pryczę i gasząc za sobą światło opuścili najbardziej znienawidzoną salę i zajmującego ją pacjenta. Więzień tracąc równowagę zatoczył się i całym impetem uderzył tyłem głowy w kamienną ścianę. Krew cienką stróżką pociekła mu po karku, a pod powiekami zawirowały ciemne kręgi. Z trudem przełykając ślinę próbował stłumić mdłości. Ostrożnie przejechał dłonią po włosach natrafiając na rozciętą ranę, syknął cicho czując piekący ból rozchodzący się po karku. Głowa mu ciążyła, oparł więc skroń o poduszkę i zamknął oczy.

Nie mógł żałować tego, że się tu znalazł. Była to jego świadoma decyzja. Chcąc ocalić tę biedną kobietę musiał poświęcić samego siebie. Szkoda mu było jedynie jego chłopaków. Zagubieni między jednym, a drugim światem pewnie nie wiedzieli co dalej począć. Mógł mieć tylko nadzieję, że do tej pory odnaleźli już drogę powrotną do domu. Gdyby tylko posłuchał wtedy Ramstara i został w furgonie wówczas wszystko mogło potoczyć się inaczej. Byliby już pewnie daleko stąd, w górach, zmierzając prosto do domu. Jednak oczy tamtej kobiety zmieniły wszystko. Odkąd spojrzał w te smutne, zranione źrenice wyraźnie poczuł, że oto znalazł się w chwili i miejscu od których uciekał całe swoje życie. Myślał, że swoje przeznaczenie zostawił daleko za sobą w ich zapomnianej krainie, a tu nagle okazało się, że losu nie udało mu się oszukać. Że nieustannie podążał ścieżką przeznaczenia zgodnie z wyżej określonym planem. A wszystko po to, by klątwa mogła się wypełnić. Jakkolwiek tego nie chciał, jak daleko nie uciekał, wszystko okazało się bezcelowe. Wystarczyła jedna chwila, jedno spojrzenie, a tkwiąca w nim magia niczym gigantyczna erupcja wulkanu zalała każdą komórkę jego ciała i duszy. Już nie było odwrotu, los został przesądzony.

Sięgając tamtego dnia do klamki furgonu wiedział, że popełnia największy błąd życia. Wymykając się z ciemnej szoferki zdawał sobie sprawę, że powinien w niej pozostać i czym prędzej odjechać. Skradając się brzegiem rzeki wśród sitowia miał świadomość, że zmierza ku zatracie. Tym bardziej zanurzając się w lodowatej wodzie rozumiał jakie zagrożenie niosła za sobą pogoń za tą kobietą. Wszystkie te racje jak echo dudniły w jego głowie, on jednak niczym ćma wabiona światłem parł dalej przed siebie usprawiedliwiając swoje postępowanie chęcią ratowania tej kobiety. Przecież nie mógł zostawić jej na pewną śmierć. Wyciągając ją na brzeg obiecywał sobie, że po wszystkim zniknie z jej życia. Wróci do swojego świata i zapomni o jej istnieniu. Jednak gdy dotknął jej twarzy, znowu zajrzał w jej smutne oczy i usłyszał błagalny ton w głosie zrozumiał, że z jego postanowień nic nie wyjdzie. Byli na siebie skazani. Jeżeli pozostanie na wolności jakkolwiek nie będzie się starał zawsze znajdzie pretekst by się do niej zbliżyć, a ona nieświadomie będzie podążała za nim gdziekolwiek się uda. Nic już nie było w stanie ich rozdzielić, a to oznaczało marny żywot dla kobiety!

Rozdział IV

.                                                 *     *     *

Ledwo brzask oznaczył niebo poświatą dnia od szczytu wysokiej góry rozniósł się przeraźliwy ryk rozdzierający ciszę panującą w kniejach. Nawet Matka Ziemia zadrżała potęgując grozę. Zalęknieni wieśniacy skryci w gęstwinie padli na kolana wznosząc ręce ku niebiosom słali błagalne prośby o wieniec zwycięstwa dla chwackich wojaków.

Dymitriel przełykając głośno ślinę nieprzerwanie mierzył wzrokiem bezchmurne niebo w poszukiwaniu zagrożenia. Jego napięte mięśnie gotowe były w każdej chwili odeprzeć atak nadlatującego potwora. Zgoła skupiony nie słyszał zdławionego kwilenia przerażonej dziewki, takoż szeptów swych druhów wydających względem siebie ostatnie napomnienia. Nerwowe dudnienie w jego piersi zagłuszało wszelkie odgłosy, jednakoż nie rozpraszało jego uwagi. Uczucie niepokoju w takiej chwili było naturalnym doznaniem, ważnym by mu się nie poddawać. Swą waleczność Dymitriel czerpał od ukrytych w zaroślach kamratów. Wiedział, że z chwilą ostatecznej próby jego pomocnicy nie zawahają się gotowi poświęcić własne zdrowie, a nawet życie w obronie swego Talapaty. Stąd to trwał nuże w bezruchu z uniesionym na wysokość głowy długim mieczem, po którym ślizgały się jaśniejące promienie słońca i okrągłą tarczą śmiało dzierżoną w drugiej dłoni bacząc nalotu Tirakana. Bowiem wczesny świt był najlepszą porą dla Zrodzonych z Ognia na wszczęcie swoich łowów.

— Lada moment nastąpi atak stwora, wtenczas przetnę twe więzy, tedy co sił w nogach pognaj do lasu — przemówił do dziewoi za swoimi plecami nie spuszczając oka z rozległego widnokręgu. Nie otrzymawszy odpowiedzi odezwał się nieco głośniej — Panienko, czyś słyszała cożem ci przykazał?

— Ta… ak Panie — dziewka wychlipała pociągając nosem.

— Nie lękajże się, nie pozwolę tobie tutaj zemrzeć. Bądź jeno skora do rychłej ucieczki.

Znieruchomiałe mięśnie ramion poczęły mu z lekka doskwierać, atoli nie mógł poważyć się na bodaj odrobinę nieuwagi. Utrzymanie czujności było w tejże chwili staraniem nadrzędnym. Wszelaki błąd mógł kosztować życie jego, bądź któregoś z jego towarzyszy broni, a do tego za nic nie chciał dopuścić. Wskutek wytężonego wypatrywania jego oczy poczęły mglić i łzawić, trzeba mu było gwałtownie zamrugać, ażeby na powrót wyostrzyć wejrzenie. Naonczas rozwidniło się zupełnie, tudzież złociste promienie rozjaśniły porośnięty miejscami szorstką darnią skalisty szczyt, na który wszyscy bacznie upatrywali. Atoli wbrew oczekiwaniom nic nie nastąpiło, podniebny stwór nie nadleciał. Miast tego na powrót rozległ się ów przeciągły, pełen boleści ryk. Dymitriel zrozumiał, że na ten raz atak nie nastąpi, Tirakan z niewiadomych powodów pozostał w swojej górskiej pieczarze. Tedy odetchnął w głębi ducha opuszczając ciężki miecz. Jego napięte mięśnie doznały ulgi, a ból przeszywający ciało ustąpił. Powtórnie wzdychając starł z czoła pot, uwolnił leżącą na ziemi dziewkę takoż pomógł jej stanąć na nogach.

— Kamraci — odezwał się do swych przybocznych — nie trwońmy próżno czasu odnajdźmy leżenie bestii i tamże się z nim rozprawmy.

Zbrojni przytaknęli tudzież w zgranym szyku poczęli wspinać się skalistym zboczem.

— Tobie zaś — na ten raz zwrócił się do nieustannie drżącej Malai — jak widać samej jednej przyjdzie wracać do wioski. Niezmiernie boleję, atoli nie mogę porzucić niniejszej powinności co by samemu sprowadzić ciebie do domu.

— Nie trap się tym wielmożny panie — dziewka pokłoniła się pokornie — aliści z całego serca za twą pomoc dziękuję.

— Zgoła niczegom chwalebnego nie uczynił.

— Ocaliłeś moje życie.

— Jak widać nie było zagrożone. Tirakan nie zaatakował.

— Nie mniej zamyślałeś strzec mojej osoby.

— Na wdzięczności przyjdzie czas kiedy wrócim zwycięsko z wyprawy.

— Tak, panie, wtenczas cała będę twoja.

Młodzieniec aż jęknął, czując jak członek w jego spodniach porusza się rozpalony śmiałym odezwaniem rumianej dziewoi. Chętnie zrazu by się nią zajął, wszak nie była po temu stosowna pora. Czas było mu ruszać w ślad za kamratami.

Niejako była to wyprawa do samego piekła. Stromizna porośnięta chaszczami i drzewiastymi wrzoścami stanowiła nie lada wyzwanie. Łowcy niosący na plecach ciężki oręż z trudem przedzierali się wskroś gęstych zarośli w poszukiwaniu kryjówki Tirakana. Naprowadzani nieustannie powtarzającym się porykiwaniem dochodzącym gdzieś od szczytu wzgórza parli przed siebie uważnie rozglądając się na boki. Trafiwszy w pobliże jednego ze skalnych rozstępów poczuli nieznośny odór zgnilizny, takoż z czeluści ciemnej rozpadliny dobiegł ich uszu powielony echem ryk potwora. Zmiarkowali, że byli na właściwym tropie. Nie marnując czasu skrzesali ogień rozpalając w nim pochodnie i zachowując wszelką ostrożność przecisnęli się do wnętrza góry. Smród był zgoła odurzający. Im głębiej się posuwali tym trudniej było oddychać, a treść żołądka mimowolnie cisnęła się do gardła. Naraz złowieszczy, nadto ogłuszający ryk jakby zelżał zmieniając się w głęboki, gardłowy pomruk. Zatrwożeni śmiałkowie pokonując ciasny korytarz dotarli na skraj olbrzymiej jamy na dnie której zataczając szerokie kręgi, wił się niebywałych rozmiarów ognisty potwór. Jego oślizłe, łuskowate cielsko błyszczało w blasku pochodni mieniąc się wielobarwnie, od purpury do intensywnego szkarłatu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 34.79