E-book
8.29
drukowana A5
39.99
Przez morze do szczęścia

Bezpłatny fragment - Przez morze do szczęścia

Powieść


5
Objętość:
241 str.
ISBN:
978-83-8155-437-4
E-book
za 8.29
drukowana A5
za 39.99

Kobieta


nie człowiekiem mnie zwą lecz kobietą

znoszą kwiaty

dają dzieci

i miejsce w tramwaju


nie kobietą mnie zwą lecz matką

łzy ocieram

i ze światem poznaję

uczę uśmiechu

zaczynam od ciebie to jest tato

mój mąż bo jestem także żoną


ileż szczęścia doznać może

jedna istota we wcieleniach trzech


wspominam czasy odległe

na łące pachnącej latem i radością

przypatrywałam się motylom barwnym

i marzyłam o miłości

że kobietą mnie nazwiesz

* * *

Mam czterdzieści lat. Stoję przed lustrem i przyglądam się swojemu nagiemu ciału. Okrągłe piersi, wcięta talia i pełne biodra. Brzuch trochę wypukły, trzeba więcej ćwiczyć. Moje ciało, tak jak i ja, ma czterdzieści lat. Młodość już przejrzała. Patrzę na swoje nogi, mocne po wielu godzinach jazdy na wrotkach, łyżwach i nartach, po długich marszach po plaży i zamarzniętym jeziorze, po zasłanym jesiennymi liśćmi lesie. Wiele się nachodziłam, nabiegałam, a teraz stoję przed tym lustrem sama i gapię się na siebie, żeby zrozumieć, dlaczego.

Kiedyś znajdowaliśmy przyjemność w staniu przed lustrem razem, oboje nadzy, stawałeś za mną, kładłeś ręce na moich piersiach i mocno do siebie przyciągałeś. Przyglądaliśmy się sobie z uśmiechem, lubiliśmy na siebie patrzeć. Twoje uwielbienie mojego ciała działało cuda. Piękniałam pod twoim spojrzeniem, sama na siebie patrzyłam twoimi rozkochanymi oczami, czułam ich pieszczotę na sobie, i płonęłam ogniem miłości. Delikatne drżenie kącików ust, które wciąż uśmiechały się do ciebie, zdradzało moje pragnienie.

Teraz się do siebie nie uśmiecham.

Dotknęłam przypadkowo znalezionej na półce buteleczki z twoją wodą toaletową i wdychałam ten zapach przez cały wieczór, na własnych palcach, które nie pamiętały żadnego ciała, lecz zostały przypadkowo zmoczone tą wodą, tym zapachem, pragnieniem, tęsknotą. Jak długo to już? Ile nocy upłynęło od tamtej chwili? Wiele, bardzo wiele.

Czy to prawda, że z miłości można uschnąć? Albo oszaleć? Bo ja kocham ciebie, i mam cię w nocy i w dzień, jesteś ze mną bez przerwy, i gdyby nie to, że nigdy nie mogę dotknąć twego ciepłego ciała, o którym tak marzę, że uciekasz moim palcom, ustom, piersiom, udom, uwierzyłabym, że mam cię naprawdę. Zasypiam z Tobą pod powiekami, budzę się wiele razy w nocy, i wyznaję ci miłość, i pragnę twej bliskości, i wstaję rano, i chcę wierzyć, że dzisiaj już na pewno do mnie wrócisz. Ale nie wracasz, nie myślisz, nie pamiętasz, nie dbasz. Kilka dni przerodziło się w kilka tygodni, miesięcy, lat? Ile to już trwa?

Wciąż płaczę. To z samotności i braku nadziei, że coś się kiedyś odmieni. Mówią, że ostatnie, co w człowieku umiera, to nadzieja. Czuję się wewnętrznie martwa. Po tylu latach nie mam już nadziei. Umarła. A ja mimo to żyję nadal. Taki wyrok losu.

Można się stoczyć, kiedy życie przestaje mieć sens. Można się upijać, a potem cierpieć jeszcze bardziej przez ból głowy, obolały żołądek, kaca moralnego i pogardliwe spojrzenia znajomych, że jakże tak można, i że żałosne. Ano prawda, żałosne.

Rozdział 1
Kraków

Zawsze kochałam Kraków. To miasto i ja — byliśmy nierozłączni, tak myślałam. Mówiłam, że nigdy nie potrafiłabym opuścić Krakowa. Spacery po Plantach pachnących wiosennym deszczem, przechadzka zaśnieżoną ulicą Kanoniczą wprost na Wawel, gdzie kłaniałam się historii i ściskałam dłoń mojej sympatii. Trenowaliśmy w tym samym klubie, on już był na studiach, a ja jeszcze w liceum. Otaczało mnie piękno, odurzało i czułam mocne, szalone bicie serca. W Nowy Rok dzwon Zygmunta rozbrzmiewał wokół nas, ponad nami, wznosił się wprost do nieba i uciekał gdzieś hen, w przestworza. Staliśmy zasłuchani, tak blisko minionych wieków, i było pięknie. Nie mogłam wiedzieć, nie mogłam nawet przypuszczać, że przeżyję wiele długich lat, tęskniąc do tego zaśnieżonego Wawelu z najbardziej odległego końca świata.

***

Już niedługo wrócę do ciebie, mój kraju. Po blisko dziesięciu latach nieobecności zapukam nieśmiało do drzwi: można? Nikt nie odpowie, ale drzwi otworzą się przyjaźnie i wejdę. Wejdę, lecz nie zostanę. Jestem w pośpiechu, przejazdem, między Paryżem a Londynem, tylko wpadłam, żeby się przywitać, porozglądać, pogadać, odwiedzić starych przyjaciół, ale tylko na chwilę, bo czas mi już w drogę.

Kiedy przed dziesięciu laty wyjeżdżałam, zostawiłam wszystko, co miałam, wśród swoich. Ich też zostawiłam. Trochę czułam się jak bocian, który odlatuje w kluczu za przewodnikiem do ciepłych krajów, gdy nad Polską zima i śniegi. Pod skrzydłem otuliłam swoje maleństwo, któremu obiecaliśmy zbudować bezpieczne gniazdo w ciepłych krajach. Troje nas wtedy było, nasz klucz zawiódł nas do Australii.

Kiedy wyjeżdżałam, zniewolona byłaś, ojczyzno. Człowiek człowiekowi nie patrzył prosto w oczy, uścisk dłoni nie oznaczał przyjaźni ani braterstwa. Omotana byłaś siecią nieufności. W tajemnicy przygotowaliśmy się do rozstania, pożegnania prawie nie było. Skrywane łzy matki, która szepcze: „wróć do nas”, i zamyka w ramionach. Według praw przyrody, z nastaniem wiosny bociany wracają do kraju. A przecież wiedzieliśmy, i my, i oni — że ze mną tak nie będzie.

A teraz jestem na chwilę, przejazdem. Z niewoli wyzwolona, jak wieloletni więzień sumienia, opuszczasz progi karceru ku światłu, ku wielkiemu światu, ku prawdziwej wolności. Stąpasz niepewnie, przystajesz, rozglądasz się. Czy mi się zdaje, wyciągasz do mnie ramiona? Dlatego, że potrzebujesz mojej pomocy i oczekujesz, że cię wesprę silnymi, zręcznymi rękami — czy po to, by mnie przygarnąć?

Ale mnie się śpieszy. Chcę zobaczyć trochę świata, do którego z Australii tak daleko. A później muszę wracać — koniec urlopu. Czeka na mnie praca i dom z ogródkiem. Sąsiadka obiecała podlewać trawnik i kwiatki przynajmniej raz w tygodniu. Z sąsiadami jesteśmy zaprzyjaźnieni, nasze dzieci bawią się ze sobą prawie codziennie. Rozmawiamy o pracy: ona uczy imigrantów angielskiego, on pisze programy komputerowe. Organizujemy grilla, czasem wydajemy bardziej uroczyste kolacje przy świecach. Przez płot podajemy sobie jajka, cebulę lub trochę cukru, którego właśnie brakło do herbaty. Oni też będą na nasz powrót czekali.

Dwa miesiące przed wyjazdem do Europy wydaliśmy dla przyjaciół przyjęcie pożegnalne. Ludzie pytają o plany podróży: jedziecie do domu? I czy to jest nadal dom, a może?… Odpowiadam, że do domu, ale z dziwną dumą pośpiesznie dodaję, że nie tylko, bo jeszcze Anglia, Szwecja, Francja i Szwajcaria. No i oczywiście do Berlina, żeby zobaczyć, jak upadł komunizm, tak? A nie, mówię zmieszana, bo to nie po drodze, i tak mało czasu; w Polsce też można świadkować historii.

W 1980 roku tworzyłam Solidarność wraz z innymi, nawet jedna z pierwszych. Brakło jednak wtedy zapału i wiary w przyszłość, że to wszystko się odmieni. Wyjechałam. A teraz czego brakuje, żeby wrócić, żeby włączyć się w tworzenie przyszłości wolnej, demokratycznej, sprawiedliwej i dostatniej? Tylko przejazdem tu jestem, właściwie nie swoja, już nie tutejsza.

Choć to tu są groby. Dziadkowie polegli za wolność ojczyzny. W Krakowie na Rakowicach pochowana jest babcia, pójdę tam teraz z bukietem wiosennych kwiatów. Listopad w Australii to ostatni miesiąc wiosny. 1 listopada nie chodzimy na groby, bo nie mamy kogo odwiedzać, a i tradycji nie ma. Nie płoną znicze, nie bielą się chryzantemy i nie cierpną z zimna ręce odgarniające z grobów opadłe liście. 1 listopada w naszym domu nie odznacza się niczym szczególnym, a w Polsce tymczasem gromadzi się przy stole rodzina. Odwiedzają tych, co odeszli, dodają otuchy tym, co żywi.

Tyle już listopadów minęło, kiedy nie było mnie z wami. Pamiętacie ten lutowy dzień, kiedy żegnaliście babcię także beze mnie? Przyszło dużo ludzi, mimo 20-stopniowego mrozu. Na świeżo usypanym grobie marzły kolorowe kwiaty i wieńce z szarfami: „Naszej Kochanej Pani Dyrektor — Grono Nauczycielskie”. A ode mnie nie było nawet małego bukieciku najzwyczajniejszych kwiatów. Złożę je dopiero teraz.

Na listy czekam codziennie. Zwykle są ciepłe, serdeczne, a czasem słoneczne. Kilka razy przyniosły jednak wiadomości o śmierci bliskich. Przedwczesne odejścia, niespodziane lub poprzedzone ciężką chorobą, na którą nie było ratunku. I wypadała mi koperta z rąk, a w palcach drżał arkusz papieru zapisany gęsto smutnymi literami, drżał ze strachu, że ja już w sobie więcej cierpień nie pomieszczę, że pęknę jak bańka mydlana, a moje życie wiatr rozniesie na wszystkie strony świata. I łzy toczyły mi się wolno po policzkach, i patrzyłam niewidzącymi oczami w dal, która skrywała mój początek, moje dziedzictwo i mój powrót.

***

Jestem w Krakowie. Ulicą Sienną przeszłam na Rynek Główny — i pokłoniłam się mojemu rodzinnemu miastu. Sukiennicom z kolorowymi kramami, ratuszowi z wysoką wieżą, kościółkowi św. Wojciecha, pomnikowi Mickiewicza, kościołowi Mariackiemu z ołtarzem Wita Stwosza i hejnałem, który jakby ginął w przestrzeni niebieskiej, zamiast słać się ponad płytą Rynku, gdzie biegały dzieci, karmiąc gołębie, a kwiaciarki przyglądały im się ze znużeniem zza kwiecistych straganów.

Spotkany przypadkiem znajomy pocałował mnie szarmancko w rękę i zaraz kupił różę. Powiedział, że nie podobają mu się przeciwnicy starego ładu w Polsce, i się oddalił, pozostawiając mnie z samotną czerwoną różą w dłoni. Odszedł z bukiecikiem fiołków, może śpieszył się na spotkanie jakiejś miłej dziewczyny.

Obeszłam Rynek i wszystkie odbiegające od niego uliczki, wstąpiłam też na dziedziniec Collegium Maius przy ulicy Jagiellońskiej 15. Piękny jest Kraków i piękne są wspomnienia mojej młodości. Wyrosłam w tym mieście, zrosłam się z nim i czuję, jakbym nigdy go nie opuściła. Krakowie stary, moja kolebko czarowna…

***

To już prawie dwadzieścia lat temu. Szli ulicą Dominikańską, koło Plant, do Urzędu Stanu Cywilnego, aby zamówić ślub. Jeszcze nikomu o tym nie powiedzieli, ale decyzja została podjęta. Robert śmiał się, że skoro ma już garnitur, który kupił, będąc świadkiem na ślubie swego najlepszego przyjaciela, to trzeba go wykorzystać. To z okazji tego ślubu, na który zaproszeni zostali przed dwoma miesiącami, wyrwały jej się oświadczyny. Siedzieli w kawiarni As na placu koło Collegium Paderevianum. Wykorzystywali przerwę w zajęciach, aby się spotkać. W owych czasach niewiele jedli, za to pili dużo mocnej herbaty. Wiedzieli naturalnie, że Elżbieta i Paweł pobierają się, bo ona jest w ciąży, i wiedzieli też, że Paweł tego małżeństwa nie chce. A im było ze sobą dobrze i chcieli być razem na zawsze. Doszła też sprawa zameldowania w Krakowie, które potrzebne było Robertowi, aby przenieść się ze studiów w Gdańsku do Krakowa. Ewelina uważała, że żona w Krakowie to dość silny argument, aby to przeniesienie załatwić, i chciała, żeby już więcej nie podróżował, tylko po prostu z nią był. No i wypaliła:

— A może byśmy się też pobrali?

Robert uśmiechnął się i odpowiedział:

— No, może, czemu nie?

Udali się wiec do urzędu. Ewelina miała dwadzieścia lat. Robert powiedział, że trzeba postanowić, jak będzie nazywała się po ślubie. Chciała przyjąć jego nazwisko, żeby cały świat wiedział, że są małżeństwem, że ty i ja to my, ale zanim się odezwała, Robert zaczął:

— To chyba naturalne, że będziesz chciała zostać przy swoim nazwisku. Po pierwsze, wszystkim jest ono znane, a po drugie przyjęcie nowego nazwiska to prawie jak zmiana tożsamości, i nikt nie może tego od ciebie wymagać. Jakieś zamierzchłe patriarchalne praktyki, którym nie należy się bezmyślnie poddawać, zupełnie bez sensu. Podwójne nazwisko jest niewygodne, a poza tym źle by brzmiało.

— No tak, chyba masz rację. A dzieci?

— Dzieci powinny nosić moje nazwisko, żeby uniknąć podejrzeń. Wiesz, jak to jeszcze w Polsce jest, Kościół, stróż obowiązującej moralności, i dzieci uważane za nieślubne nie miałyby łatwego życia.

Pomyślała, że w takim razie nie będzie żadnego śladu jej powiązania ani z mężem, ani z dziećmi. Zostanie jedyną osobą w rodzinie o innym nazwisku, jakby to ona była obca. Obowiązująca moralność nie zaakceptuje pary mieszkającej razem bez ślubu ani panny w ciąży, a jeśli nie zmieni nazwiska, to nikt o ślubie nie będzie wiedział. Ale co tam przesądy i opinia publiczna… Nie była przecież w ciąży i całe rozważania wydały jej się nieco akademickie. Zobaczy, co będzie. Bolało ją tylko, że on nie pragnął krzyczeć na cały świat: wybrałem tę kobietę na żonę, to ona, moja ukochana, patrzcie i podziwiajcie! Nie chciała jednak być ani sentymentalna, ani staroświecka. Zgodziła się nie przyjmować nazwiska męża.

***

Jako mała dziewczynka lubiła, kiedy mama wieczorem zapominała zasłonić okno w jej pokoju. Mogła wtedy leżeć w łóżku przed zaśnięciem i przyglądać się niebu, gwiazdom i księżycowi, które zawsze wydawały się uśmiechnięte. Gwiazdy zabawnie mrugały do siebie, czasem znikały na chwilę, potem znowu się pojawiały, jak w zabawie w chowanego. Niekiedy zdarzało się, że któraś z nich spadała szybciutko na ziemię. Wtedy trzeba było prędko pomyśleć jakieś życzenie, koniecznie zanim znikła z nieba — tylko wtedy mogło się spełnić, i tylko wtedy gwiazdka nie cierpiała z powodu swego rozstania z niebem. Ewelina nigdy nie dowiedziała się, co działo się później ze spadającymi gwiazdami, ale wyobrażała sobie, jak bardzo muszą się bać. Ona też się bała tylu różnych rzeczy. Zawsze przed zaśnięciem chciała, żeby mama sprawdziła, czy drzwi są zamknięte na klucz, żeby nikt do nich w nocy się nie wkradł. Dopiero mogła spokojnie myśleć o gwiazdach. A raz, kiedy spała u babci, wszedł do jej pokoju strzelec. Widziała go dokładnie — miał zielone getry, brązową zamszową kurtkę, czerwony kapelusz z piórkiem, a na ramieniu strzelbę. Przypominał trochę myśliwego, który zabił wilka w bajce o Czerwonym Kapturku. Babcia mówiła, że pewnie Ewelinie się przyśniło. A kiedy dziewczynka powiedziała o nim rodzicom, strasznie się śmiali, że babcię odwiedzają w nocy strzelcy, a ona trzyma to w tajemnicy. Chyba w to nie wierzyli. Ale i tak opisała im swoje sny i bajki, które przychodziły jej do głowy. Jedna, pamięta, zaczynała się: opowiem ci bajkę o piesu i kotu… Zwykle nie zdążyła jej jednak dokończyć, bo kręcąc włosy na paluszku, szybko zasypiała. Ewelina pierwszy raz opowiedziała tę bajkę mamie w nagrodę za to, że nie zgodziła się oddać jej do szpitala, gdy miała dwa latka i zachorowała na zapalenie płuc. Mama oburzyła się wtedy i sprzeciwiła poleceniu lekarza. „Panie doktorze, nikt nie zapewni mojemu dziecku lepszej opieki niż ja. Zostanie w domu, ze mną, postawimy jej bańki, i wróci do zdrowia”. Spodobała jej się wtedy mama, była taka dzielna, a ona czuła się bardzo ważna i specjalna. Chciała za to opowiedzieć mamie ładną bajkę o kotu i piesu, żeby jej było przyjemnie. Później, gdy ktoś nie umiał znaleźć odpowiedzi na jej zagadkę: nie jest prosie, a ma trzy dziurki w nosie (co było oczywiście o niej, bo po ospie wietrznej pozostał jej na czubku nosa ślad, mała dziurka), musiał ofiarować dziewczynce czekoladkę „Danusię”, jakie w owym czasie uwielbiała.

Chodziła swoimi ścieżkami, upierała się, że w radiu śpiewają: „gdy mi ciebie zabraknie, gdy zabraknie mi ciebie, jak w godzinie ostatniej bladu słońca na niebie”. A gdy ktoś z dorosłych zwrócił jej uwagę, że nie ma racji, mówiła: „może komuś jest nieprzyjemnie”. Zdarzało się, że po jakimś większym przewinieniu mama straszyła: „oj, Ewelinko, bo cię mamusia nie będzie kochała”, odpowiadała beztrosko: „nie szkodzi, sama się będę kochała”. Nie wiedziała jeszcze, że to trudne, gdy nikt nie kocha, i wtedy ciężko przejść przez życie. Bardzo się pragnie miłości drugiego człowieka.

***

Obiad był już przygotowany. Mama krzątała się przy nakrywaniu do stołu, a ja czytałam. Miałam chyba czternaście czy piętnaście lat. Czytałam poezję Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej, a może już Poświatowskiej, w każdym razie poezję o miłości, o tym, jak być kobietą. Od czasu do czasu spoglądałam na mamę spod oka i zastanawiałam się, jaką właściwie jest kobietą. Jak kocha ojca, czy w ogóle go kocha, tak często się kłócili, a jednak wciąż ku sobie grawitowali, jakby nie dostrzegając przepaści, która ich dzieli. Odłożyłam książkę, podeszłam do mamy i pocałowałam ją w policzek. Zdziwiła się trochę, ale nie zaprotestowała, uśmiechnęła się:

— Pomożesz mi podać obiad?

— Pewnie, ale pod warunkiem, że mi mamusia odpowie na pewne niedyskretne pytanie.

— Coś ty znowu wymyśliła?

— Nic takiego, proszę się nie bać.

— No to słucham.

— Jakiego męża sobie dla mnie mamusia wyśniła?

— W ogóle sobie nie wyśniłam. A co ty o mężu w twoim wieku myślisz, dziewczyno! Pamiętaj, że kobieta musi myśleć przede wszystkim o zdobyciu wykształcenia, dobrego zawodu i pracy, która przyniesie jej wolność. A wtedy nigdy nie będzie uzależniona od swego wyśnionego, gdyby nagle zmienił zdanie i już nie chciał być tym wyśnionym. Gdyby cię na przykład zdradzał albo zostawił samą z dziećmi — nie zginiesz. I nigdy nie będziesz musiała znosić upokorzeń.

***

— Wiesz, chciałabym jednak nosić twoje nazwisko. To niewygodne, nikt nie łączy mnie z dzieckiem, inaczej się nazywamy. Wszyscy patrzą na mnie podejrzliwie i próbują wymyślić historyjkę, dlaczego tak jest. Nikt też nie wie, że jestem twoją żoną, żartują, że to tylko tak w przenośni nazywam cię mężem, bo razem żyjemy.

— Uważam, że to staroświeckie przesądy, ale jak chcesz. Tak bardzo zależy ci na tym, by zostać panią Kordą?

***

Miały wtedy po piętnaście lat. Zostały zaproszone na prywatkę do kolegi, który mieszkał tuż pod Wawelem. Był maj i wieczory nastały długie, ciepłe i pełne romantyzmu. Aż tu nagle zdarzyło się nieszczęście. Ewelina postanowiła zadzwonić do matki, choć nie bardzo wiedziała, jak jej to opowiedzieć. Kiedy się połączyła, zaczęła płakać.

— Mamusiu… to coś okropnego, nie wiem, jak ci to powiedzieć…

— Co się stało, córeczko? — matka była wyraźnie przestraszona.

— Wiesz, Monika miała przyjść później na prywatkę, bo chciała się jeszcze przebrać, i bardzo długo jej nie było, i strasznie się wszystkie martwiłyśmy, aż w końcu przyszła cała zapłakana. — Ewelinie brakło słów, zastąpiła je łkaniem.

— No i co? Uspokój się, kochanie, bo nic nie rozumiem.

— W każdym razie ona chce, żebym u niej dzisiaj spała.

— Ale, na miłość boską, co się stało?

Słychać było tylko szloch małej, przestraszonej dziewczynki.

— Ewelinko?

— Wiesz, w drodze tutaj, niedaleko Wawelu, została zaatakowana…

— Co ty mówisz? Jak zaatakowana?

Płacz.

— Czy Monika została zgwałcona?

— Tak.

— Jezus Maria! Trzeba szybko zawołać milicję.

— Milicja już tu jest. Przyjechali jej rodzice, zawiadomili milicję i zabiorą ją teraz do domu, a ja pojadę z nią, dobrze? Rano pójdziemy razem do szkoły.

— Dobrze, kochanie, ale jak to się stało?

— Nie wiem, nie znam szczegółów, ale teraz muszę już lecieć, porozmawiamy jutro. Pa!


Matka była wstrząśnięta. Odłożyła słuchawkę zupełnie oniemiała i sparaliżowana. Jak to możliwe? W sercu miasta, wszędzie mnóstwo ludzi i przecież było jeszcze jasno. To straszne. Łzy napłynęły jej do oczu. Biedna Monika, takie łagodne, miłe dziecko, pełne ufności do świata i ludzi, jak ona to przeżyje i z tego się pozbiera? A Ewelina? Katarzyna nigdy wcześniej nie otarła się tak blisko o gwałt. To było coś, czego zawsze się obawiała jako młoda dziewczyna — o tym się jedynie czytało, oglądało filmy i nie dotyczyło bliskich. Czuła się jakby bezpośrednio dotknięta tym nieszczęściem, przez bliskość Eweliny, przez kontakt z Moniką. Co robić? Jak im pomóc?


Późnym wieczorem zadzwoniła Ewelina.

— Jak dobrze, że dzwonisz. Jak się masz?

— W porządku.

— A Monika?

— Nie najlepiej.

— A jak to się stało?

— Nie wiem dokładnie, ona nie chce o tym rozmawiać. W każdym razie idzie jutro rano z mamą do lekarza, a ja pójdę do szkoły.

— Chcesz się spotkać po szkole?

— Nie, przecież mamusia pracuje.

— Mogę się zwolnić.

— Nie trzeba, zostanę dłużej w szkole, bo mamy przygotować wspólny projekt. Zobaczymy się wieczorem. Mamusiu, tylko proszę nie mówić nic nikomu, żeby się nie rozeszło…


Katarzyna czuła się zagubiona na ulicach tak dobrze jej znanego i bliskiego miasta. W każdym mężczyźnie widziała potencjalnego napastnika i bała się ludzi. Patrzyła na niewinną wiosenną zieleń drzew i zamiast zwykłej radości czuła cisnące się do oczu łzy. Boże, dlaczego takie rzeczy przytrafiają się najmilszym, najsłodszym dziewczynom? Dlaczego naznaczyłeś ją właśnie taką blizną na całe życie? Jaki jest sens w takim okrutnym karaniu młodej, niewinnej dziewczyny? Bardzo chciała porozmawiać z rodzicami Moniki, okazać im współczucie w tym okropnym nieszczęściu; może dowiedziałaby się więcej szczegółów, jak mała się czuje, jak sobie z tym radzi. Może mogłaby się na coś przydać?

Telefon odebrał Stefan, ojciec Moniki.

— Dzień dobry, mówi Katarzyna, mama Eweliny.

— Kto taki?

— Mama Eweliny.

— A tak, przepraszam, nie dosłyszałem

— Chciałam państwu powiedzieć, jak bardzo mi przykro z powodu tego, co stało się Monice…

— A co się stało?

Katarzyna osłupiała.

— Wczoraj…

— Ja nic nie wiem, proszę mi powiedzieć, co się stało Monice. No, słucham.

Katarzyna nie wierzyła własnym uszom.

— Przepraszam, to musi być jakieś nieporozumienie. Porozmawiam z Eweliną.

— Tak, proszę to zrobić.


Kiedy Ewelina wróciła za szkoły, powiedziała, że nie jest głodna, i ma mnóstwo roboty, więc zaraz siada do lekcji.

— Ewelina, chciałabym z tobą porozmawiać.

— A o czym, mamusiu?

Katarzyna zrelacjonowała swoją rozmowę z ojcem Moniki.

— Najwyraźniej nie chciał o tym mówić — odpowiedziała dziewczynka. — To prawda, że dziwnie się zachował, bo mama Moniki siedziała z nami i płakała, a ojciec zamknął się w swoim pokoju i w ogóle do nas nie przyszedł.

— On temu zaprzecza, bo uważa, że to wstyd, hańba dla rodziny, ale przecież Monice trzeba pomóc. Nie można udawać, że to się nie wydarzyło. Może niech ona zadzwoni do telefonu zaufania? — zaproponowała Katarzyna.

— Mamo, proszę nie przesadzać, on po prostu nie chciał o tym rozmawiać, prawie się nie znacie. A Monika była rano u lekarza, i chyba u psychologa. Oni jej pomogą.

— Rozmawiałaś z nią dzisiaj?

— Nie, ona nie chce o tym mówić. Ja też zresztą nie. A teraz będą mieli do mnie pretensje, że mamusi powiedziałam.

— Ewelina, nikt nie ma prawa wymagać, abyś nosiła taki ciężar sama, bez mojego wsparcia i pomocy. I nikt nie ma prawa wtrącać się do tego, o czym ty i ja rozmawiamy. To są za poważne sprawy i udawanie, że się nie wydarzyły, dlatego że nie będzie się o nich mówiło niczego nie rozwiąże.

— Ale ja i tak nie chcę o tym mówić.


Ściana milczenia, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Ale to nieprawda, młoda dziewczyna została zgwałcona, jej przyjaciółka niemal przy tym była. A teraz nikt o tym nie chce wiedzieć. Katarzyna czuła bezradność i ból, że córka nie potrzebuje jej pomocy. Bała się tego, co przyniesie przyszłość.


Kochana Mamo, nigdy do tego tematu nie wróciłyśmy, choć działo się mnóstwo niedobrych rzeczy. Najpierw Monika zmieniła szkołę i prawie straciłyśmy kontakt. Potem dowiedziałam się, że próbowała popełnić samobójstwo, ale na szczęście ją odratowali. Jej ojciec zaczął pić, aż w końcu rodzice się rozwiedli. Monika wyjechała do ciotki do Gdańska i tam chodziła do liceum. Napisała stamtąd do mnie raz, ale potem wszystkie moje listy pozostały bez odpowiedzi. Nie wiem, co się z nią stało. Nie mogę zapomnieć przerażenia w jej oczach, bólu i okropnego strachu, kiedy płacząc, prosiła mnie: „śpij dzisiaj u mnie, nie zostawiaj mnie samej, tak się boję”. A później i tak ją zostawiłam, choć pewnie bała się jeszcze bardziej. Nie chciała rozmawiać, tak jak i ja nie chciałam rozmawiać z Tobą, Mamo, bo za bardzo bolało. Nie zdołałam jej pomóc, tak jak i Ty zupełnie mi nie pomogłaś. Miałam straszne sny i przez długi czas nie mogłam patrzeć na chłopaków. Wszyscy byli obrzydliwi. Aż wreszcie zakochał się we mnie Robert, był wtedy uosobieniem łagodności, i razem jakoś przez to przebrnęliśmy. Pamiętam jego dłonie na moim brzuchu i strach, że będzie bolało. Ale ten strach mogłam z nim dzielić, zaufałam jego miłości. Przepraszam cię, Mamo, że nie zaufałam Tobie, ale Ty naprawdę nie mogłaś nic zrobić. Wybacz. Twoja Ewelina

***

Pewnego dnia na uczelni, jeszcze przed narodzinami Solidarności, podeszła do Eweliny koleżanka i zaproponowała, aby przyszła wieczorem na spotkanie latającego uniwersytetu. Wytłumaczyła, że odbywają się tam wykłady z zakresu nauk politycznych, społecznych i humanistycznych, nie obowiązuje cenzura i można poznać prawdę o Polsce. Ewelina słyszała o latającym uniwersytecie, a także o tym, jak milicja i bojówki dokonywały nalotów na prywatne mieszkania, gdzie odbywały się wykłady. Pomyślała, że gdyby ją zaaresztowano albo pobito, co stałoby się wtedy z jej córeczką, co ze studiami. Bała się, dlatego powiedziała koleżance, że przecież ona ma dziecko i musi przede wszystkim myśleć o nim. Dziewczyna spojrzała na nią z nieukrywanym zgorszeniem: „Co ty myślisz, że ty jedna masz dziecko?”.

***

Decyzja wyjazdu dojrzewała w nich stopniowo. Miara przebrała się, kiedy do przyjaciół Roberta włamali się „nieznani sprawcy”, przeszukali całe mieszkanie, znajdując publikacje paryskiej „Kultury” i listy od przyjaciół, działających w opozycji, co zostało wykorzystane jako zarzut przeciwko nim. Zostali zaaresztowani na 48 godzin, przesłuchiwani, siedzieli w celach z kapusiami, którzy próbowali wyciągnąć z nich informacje o działalności opozycyjnej, a na pytanie: „co z dzieckiem, mała jest w przedszkolu, trzeba ją odebrać”, odpowiadano: „teraz już za późno martwić się o dziecko”. Po jakimś czasie okazało się, że powiadomili babcię dziewczynki o aresztowaniu rodziców, aby mogła odebrać dziecko z przedszkola. Wiedzieli, że trzymanie rodziców w niepewności o losie dziecka zwiększy ich strach, że łatwiej będzie ich załamać. Kiedy w końcu ich wypuszczono, bezustannie zadawali sobie pytanie: kto na nas doniósł?

Rozdział 2
Stan wojenny

Szli elegancką ulicą Strand w Londynie w stronę Australia House, gdzie mieściła się ambasada australijska, trzymając się za ręce. Właściwie to on prowadził ją jak małą dziewczynkę, jak dziecko, które opierało się przeznaczeniu. Włożyli swoje najlepsze ubrania: ona sukienkę wełnianą w kolorze dojrzałej śliwki i jasnobrązowe kozaczki z cielęcej skóry, on — szary garnitur. Bogactwo, na które mogli sobie pozwolić dopiero przed samym wyjazdem z Polski. Zostało im trochę pieniędzy, które odkładali przez wiele miesięcy, żeby zrealizować swój plan. I wtedy wreszcie kupił jej ślubną obrączkę, z prawdziwego 18-karatowego złota, choć byli już sześć lat po ślubie, ale nigdy nie było ich stać na prawdziwe obrączki. Obrączkę dla niego podarowała w spadku jej ciotka Jadwiga, która twierdziła, że bez tego symbolicznego pierścionka i bez Boga małżeństwo będzie nieważne, że się rozpadnie, „więc weź, Ewelinko, bo mnie wdowie już niepotrzebna, a tobie przyniesie szczęście”. To był jej posag, złota obrączka pasująca na jego palec serdeczny; ofiarowała mu ją, nie przywiązując do tego żadnej wagi, podobnie jak i do samego obrządku, który uważała za przesąd. Tradycja nakazywała wymianę obrączek, więc kupili dla niej metalową, była żółta i błyszczała złociście, właściwie wyglądała nawet ładniej od tej prawdziwej, i tradycji stało się zadość. Ani on, ani ona nigdy ich później nie nosili, to jakby przyznanie się do zniewolenia, przynależności, do ograniczenia — jak obrączkowany ptak. Przed samym wyjazdem z Polski kupił jej tę złotą obrączkę, powiedział, że nie wiadomo, co ich czeka i trzeba być przygotowanym na najgorsze. A ona wcale się nie bała i kiedy stała u jego boku w sklepie jubilerskim, czuła, jakby na nowo brali ślub. Wsunął pierścionek na jej palec i uśmiechnął się z roztargnieniem. Była niczym panna młoda, i jeszcze wtedy nie bała się drogi w nieznane, bo wiedziała, że będą nią kroczyli razem. Później kupili eleganckie ubrania. Dla niego stalowy garnitur i białą koszulę, i krawat z szarym prążkiem, i nowe buty.

Mieli teraz na sobie te wszystkie wspaniałości, bo chcieli zrobić wrażenie w ambasadzie, żeby nie było wątpliwości, iż są porządnymi ludźmi, i staną się chlubą każdego kraju, który ich przyjmie. Kiedy szli w wielokolorowym tłumie w kierunku ich przyszłości w nieznanym mieście, zaczęła się bać. Nie chciała tam dojść. Modliła się, żeby coś się stało, żeby nie dotarli do drzwi ambasady, tylko wrócili do Polski, do Krakowa, gdzie było jej miejsce. Wiedziała, że on nie wróci, więc mogła jechać do Krakowa tylko z dzieckiem. Jakże miała tak puścić go w nieznane i stracić na zawsze? Nie przyszło jej wtedy do głowy, że jeśli on gotów jest jechać na koniec świata sam, bez nich, to może i ona z córką nie powinny za nim dreptać. Wtedy widziała to w kategoriach powinności małżeńskiej i rodzicielskiej — zostać razem, uchronić siebie i dziecko od tragedii rozwodu i samotności, tylko dlatego, że bała się podjąć ryzyko emigracji. Postanowiła zostać przy mężu, jej miejsce było przy nim. Chciała pójść z nim na koniec świata, jeszcze wtedy nie wiedziała, jak daleko ten koniec świata może być. Będą emigrantami w obcym kraju, ale razem — on i ona, na dobre i na złe. To dodawało jej sił.

Znowu dostała tych strasznych boleści, jak obręcz oplatających klatkę piersiową, zapierających dech, musiała przystawać co chwilę, bo bała się, że zemdleje. Obejmował ją wtedy troskliwie, całował w policzek i szeptał: „to nic, zaraz przejdzie, nie bój się”. A ona tak okropnie się bała.

***

Nie było w niej radości, tylko strach. No i, naturalnie, wdzięczność za pomoc ze strony rodziny, bo inaczej by ich tu w Australii w ogóle nie było. Czas upływał, a oni nie mieli żadnych wiadomości z ambasady. Byli na wizach turystycznych, bez prawa do pracy i właściwie bez pieniędzy. Jedynie Robert znalazł chwilowe zajęcie jako sprzątacz, na czarno, ale było tego niewiele, i nie wchodziło w rachubę jakieś zatrudnienie dla niej. Pieniędzy mieli coraz mniej. Najdroższe okazało się ogrzewanie. Gospodyni wyciągała ze specjalnej metalowej skrzyni dosłownie worek monet, które wrzucali, aby włączyć elektryczne ogrzewanie. Patrzyła na nich z przerażeniem: nie możecie tak wyrzucać pieniędzy w błoto. A oni przeraźliwie marzli. Gospodyni w ogóle miała ich za ludzi rozrzutnych. Kiedyś zaprosiła ich na herbatę i uprzejmie zapytała, czy chcą z mlekiem, czy z cukrem. Ewelina piła herbatę bez dodatków, ale Robert z mlekiem i z cukrem. „I z mlekiem, i z cukrem?” — powtórzyła z niedowierzaniem gospodyni. Robert z powodu swojej rozrzutności aż się zaczerwienił. Teraz znowu to ogrzewanie — a z czego będą żyć? Ustalili, że muszą zminimalizować budżet dzienny. Na szczęście córeczka chodziła do szkoły przy tej samej ulicy, więc nie trzeba było jeździć metrem czy autobusem, gdyż wtedy rzeczywiście zostaliby bez pieniędzy. Dowiedzieli się od znajomego nauczyciela, że wszystkim dzieciom, nawet z wizami turystycznymi, przysługuje prawo do wykształcenia. Namówił ich, aby Karolinę posłać do szkoły. Zgodzili się, by przynajmniej ona zaznała w miarę normalnego życia, podczas tego niewiadomego oczekiwania na decyzję ambasady. Wszystkie dzieci dostawały w szkole darmową szklankę mleka, a trzydaniowy obiad można było kupić bardzo tanio. Zatem chociaż dziecko miało pożywne i zdrowe obiady. Pozostawały śniadania, kolacje i weekendy. Odkryli w supermarkecie bardzo niedrogie puszki z fasolką gotowaną w sosie pomidorowym. Zaczęli też sami piec chleb, kupowali mleko i czasem jajka. Właściwie nie byli głodni, choć z tęsknotą przypominali sobie smak mięsa, szynki, sera, jarzyn i owoców. Ewelina często wspominała lodówkę w jej domu rodzinnym, wypełnioną po brzegi smakołykami, mimo trudnych czasów i długich kolejek. Mama zawsze dbała o rodzinę z żarliwością, która Ewelinie była obca. Chociaż i ona też czasem w tych kolejkach musiała stanąć. Najgorzej wspominała stanie kiedyś „w ogonku” — jak mawiano w Krakowie — na 15-stopniowym mrozie przez półtorej godziny po kostkę masła, które właśnie „rzucili” do SAM-u, bo uparła się, że musi je zdobyć dla dziecka. Kiedy doszła do lady, masła już zabrakło. Ze złości i zimna rozpłakała się wtedy. „Niech pani nie płacze — pocieszył ją stojący obok starszy mężczyzna — jutro na pewno znowu rzucą, to sobie pani wystoi”. Och, jak bardzo tej polskiej rzeczywistości nie znosiła! A teraz za granicą, która miała być dla nich mlekiem i miodem płynąca, Karolina grymasiła i z niechęcią zasiadała do talerza z fasolką i z trudem przełykała upieczoną w domu bułkę. Na szczęście jednak jadła.

Pewnego dnia dziecko obudziło się w środku nocy z głośnym płaczem. Ewelina pobiegła do jej sypialni, przerażona. Małe rączki obłapiały główkę i dziecko płakało: „Oj, mamusiu, mamusiu, jak strasznie boli”. To był pierwszy atak migreny; powtarzały się one później z bolesną regularnością, gdy Karolina była dziewczynką, nastolatką i kobietą. Czy winne były zimne noce emigracyjne podszyte stresem i strachem przed przyszłością? Masowała małej skronie i szeptała kojące słowa, aż dziewczynka zasnęła. Za to Ewelina długo jeszcze nie spała. Leżała przytulona do śpiącej córeczki i myślała z lękiem: na co nam przyszło, na co nam przyszło?

Na drugi dzień napisała list do babci, że jest jej źle i się boi. Babcia odpisała szybko:


Najdroższa Wnusiu, wracaj do nas, do rodziny, do kraju, jak najszybciej, gdzie się tam będziesz po świecie włóczyć. Tu jesteście nam i naszej Ojczyźnie potrzebni. Nigdzie nie będzie Wam tak dobrze, jak tutaj, u siebie, a nasza ziemia najpiękniejsza. Wracajcie!


Nie wrócili. Jakąś okrężną drogą rodzina w Australii dowiedziała się o ich ciężkim losie. Natychmiast przysłali trochę pieniędzy, a przede wszystkim przez znajomości dotarli do ambasady, gdzie okazało się, że podanie Eweliny i Roberta po prostu zginęło, nie ma po nim śladu. Mogliby więc tak czekać i mieć coraz mniej do jedzenia, a ich sprawą nikt by się nie zainteresował. W ambasadzie odmawiano rozmowy przez telefon z klientami, twierdząc, że trzeba czekać cierpliwie na swoją kolej. Bez znajomości ani rusz. Niezbyt obiecująco jawił im się ten nowy świat, który miał im przynieść wyzwolenie od komunistycznej rzeczywistości w Polsce.

Ale teraz wszystko poszło jak z płatka, najpierw rozmowy kwalifikacyjne, potem badania lekarskie. Dostali miejsca w samolocie, i już lecieli na drugi koniec świata.

***

Kochana Ewelinko, dziś może lepiej mnie rozumiesz. Uczucie tęsknoty to siła, która miota najsilniejszym człowiekiem, a co dopiero taką słabą staruszką, jaką jestem. Wszyscy tęsknimy za Wami. Codziennie modlę się i proszę Boga Wszechmogącego o Wasz szczęśliwy powrót. Tęsknimy za Wami okropnie  och, jak tu u mnie jest bez Was smutno. Wszędzie dobrze, a najlepiej w domu i wszędzie trzeba pracować, a Wy się nie boicie pracy, to mało, umiecie pracować. Całuję bardzo, bardzo serdecznie, kochająca Babcia.

***

Australio, ziemio piękna i odległa, przyjęłaś mnie, gdy zapłakałam. Dałaś mi nadzieję na lepsze życie. To przez tę nadzieję, dar bodaj największy, jakim można obdarzyć człowieka, zdecydowałam się, aby ponownie zostać matką. Dałaś mi wolność i swobodę wyboru. Nauczyłaś szanować człowieka, bez względu na jego kulturę, religię czy kolor skóry. Pokazałaś, na czym polegają równe szanse, i jak wiele mogą osiągnąć kobiety w życiu publicznym. Przygarnęłaś mnie jak matka, a ja od ciebie, jak dorosłe dziecko, odeszłam. Może nadszedł już mój czas dojrzałości, może twoja misja wypełniła się i potrafiłam stanąć na własnych nogach.

Ludzie… Ludzie byli dla mnie dobrzy, choć może trochę, jak mawiała moja babcia, zbyt bezpośredni. Nie było osobistego pytania, jakiego Australijczyk nie zadałby na party, gdy tylko przemówiłam i słychać było mój cudzoziemski akcent. Najpierw więc, skąd pochodzę. Potem, jak długo tu jestem. Następnie, dlaczego przyjechałam do Australii. I na koniec, czy mi się tu podoba.

Pytania takie kierowane były do wszystkich imigrantów, bez względu na to, jak długo mieszkali w Australii, jeśli tylko zachowali cudzoziemski akcent, niechby nieznaczny, ale przecież wyznaczający obcość i odrębność. Pewien chłopiec miał zaledwie dwanaście lat, gdy przyjechał do Australii, która stała się jego ojczyzną, bo innej przecież na dobrą sprawę nie znał. Przez dwadzieścia trzy lata nie odwiedzał Polski, bo ani się w owych czasach komunistycznych tak często nie jeździło, ani go specjalnie tam nie ciągnęło. Dopiero gdy się ożenił, chciał swojej australijskiej żonie pokazać, gdzie się urodził, i przyjechał z wizytą. Akurat strajkowała Stocznia Gdańska. Czuł się obco, jego język nieco szwankował i nie nadążał za współczesnością, a codzienność trudna była do pojęcia. Był Australijczykiem. Ale jego także, nawet po dwudziestu, trzydziestu i czterdziestu latach życia w Australii pytano, jak mu się ten kraj podoba i dlaczego tu przyjechał. W końcu wymyślił, aby pytać w odpowiedzi swoich australijskich rozmówców: a panu jak się ten kraj podoba i dlaczego pan tu mieszka? Problem polegał na tym, że zaskoczony Australijczyk najczęściej zupełnie nie rozumiał, dlaczego zadano mu takie niezwykłe i osobiste pytania.


No więc nie byłam u siebie, nigdy i nigdzie nie byłam u siebie.

***

Nadchodzą pierwsze święta Bożego Narodzenia bez Was. Jak je spędzicie? Podobno Karolinka ślicznie czyta po polsku  bardzo się cieszę, że mimo iż tak daleko jest od naszej biednej Ojczyzny to uczy się o niej i dla niej. A nie bałaś się, Ewelinko, kąpać Karolinki w takich groźnych falach morskich? Powiadasz, że niedługo się zobaczymy  w to nie wierzę, ale za to piszcie do mnie częściej, jeśli Wam czas pozwoli. Kochani, wracajcie do nas. W Dzienniku Polskim czytałam, że Polacy mogą w każdej chwili wrócić do Ojczyzny. Smutno tu bez Was  kochani! Życzę Wam dużo, dużo zdrowia, dostatku, wielkiej życzliwości ludzkiej, pociechy z Karolinki, miłości, radości i wdzięczności w małżeństwie. Nowy Rok niech będzie dla Was lżejszy, lepszy i niech przyniesie jak najwięcej słońca do Waszego życia rodzinnego. Przy opłatku będziemy z Wami i na pewno nie braknie naszych łez, bo Wasze oddalenie przeżyliśmy w minorowym nastroju. Całuję Was bardzo serdecznie, kochająca Babcia.

***

Imigrantowi najwięcej potrzeba wiary w siebie i najtrudniej mu ją wykrzesać. Bo to ani języka się nie zna, ani kodów kulturowych, i kwalifikacje, mówią, nie takie, bo zagraniczne, a wykształcenie gorsze, bo z Polski. Anglistka z Krakowa w Australii, śmiechu warte, mówili doświadczeni bracia imigranci. Bo to jest tak — w Polsce byłaś kimś, a tu musisz o tym zapomnieć, tu jesteś nikim, i tak już zostanie. Im szybciej się przyzwyczaisz i oswoisz z tą myślą, tym ci będzie łatwiej.

Nie miała najmniejszego zamiaru do niczego się przyzwyczajać.

***

Polaków w Australii przerażały wiadomości o kondycji ekonomicznej Polski. Powstało wiele komitetów „Solidarności z Solidarnością”, ale udzielając poparcia politycznego, nie mogły one zaradzić sytuacji gospodarczej kraju. Oczywiste było, że trzeba rodakom pomóc, także i po to, by Solidarność przetrwała, bo podejrzewano w wielu kręgach, że ten cały kryzys czy nawet krach 1981 roku był sztucznie sterowany przez rząd, aby skompromitować Solidarność. A poza tym, bez względu na przyczyny, trzeba było zwyczajnym ludziom pomóc przetrwać kolejny dzień. Myślano o zorganizowaniu jakiejś akcji na skalę australijską, choć było to przedsięwzięcie nader skomplikowane, wymagające funduszy i poparcia społecznego. Udało się dotrzeć do Chrisa Majewskiego, Polaka z pochodzenia, który pracował w rządowym Australijskim Instytucie Spraw Wielokulturowych w Melbourne, mającego świetne koneksje. Przede wszystkim uzyskano przez niego poparcie dyrektora instytutu Petro Georgiou, z pochodzenia Greka, dobrze ustawionego członka Partii Liberalnej, która była wtedy u władzy i powołała do życia instytut, za którym ponoć stał sam premier Australii, Malcolm Fraser. Chodziło o zdobycie poparcia samego premiera, żeby nadać akcji odpowiednią rangę. Trzeba było przedstawić plan strategiczny pomocy oraz przekonać premiera, że Polska jest niezwykłym krajem w wyjątkowym położeniu, szczególnie potrzebującym pomocy. Apel miał mieć charakter humanitarny, nie polityczny. Trzeba też było zaproponować odpowiednie kanały przepływu pieniędzy, aby dotarły one rzeczywiście do potrzebujących, a nie do czerwonej burżuazji. Postanowiono zasięgnąć w tej sprawie porady Solidarności.

W komitecie Solidarności w Gdańsku powiedziano im, że zajmują się tylko rozprowadzaniem leków. Mówiono też, że w Gdyni są okropne opóźnienia, że niszczy się dużo przesyłek żywnościowych, bo władze nie chcą przyjąć do pracy kolejnych celników, a paczek przychodzi teraz kilkanaście razy więcej. Poza tym niesamowicie kradną. Pani z Solidarności sugerowała, że najlepiej przesyłać wszystko korzystając z pomocy Kościoła, bo tam ludzie są jeszcze stosunkowo uczciwi. Według Solidarności, tylko Kościół i Solidarność stanowiły gwarancję, że dary dotrą do ludzi, a nie do rządu, który stworzył Polakom takie koszmarne warunki.

Prezesem Komitetu Honorowego akcji został Frank Galbally, Irlandczyk z pochodzenia i żarliwy katolik, znany w całej Australii adwokat, autor postępowych raportów dotyczących adaptacji imigrantów w Australii, najwyraźniej im sprzyjający i dobrze życzący. Jego nazwisko i autorytet uznano za połowę sukcesu akcji. Do Komitetu Honorowego zaproszono również osobistości Kościoła anglikańskiego, rabina, biznesmenów, polityków i ludzi wpływowych. Na rozesłane zaproszenia prawie wszyscy odpowiedzieli pozytywnie. To było zaskakujące i ujmujące, ci przyjaciele Polski w Australii, których tylu można było znaleźć wśród ludzi na stanowiskach. Na pewno pomógł fakt, że premier Fraser przyjął zaproszenie, by zostać patronem akcji. Wiceprezesem Komitetu Honorowego nominowano przewodniczącego Rady Naczelnej Polskich Organizacji w Australii, Krzysztofa Łańcuckiego, a wśród członków znaleźli się jeszcze dwaj Polacy: profesor socjologii z Australijskiego Uniwersytetu Narodowego w Canberrze Jerzy Zubrzycki oraz dr Jan Hempel z Melbourne. Milioner z Australii Zachodniej, Alan Bond, podarował na siedzibę komitetu pomieszczenia w wieżowcu w centrum Melbourne oraz bezpłatne telefony i teleks. W biurze pracowali sami ochotnicy. Byli wśród nich, oprócz Eweliny, nowo przybyły z Polski docent anglistyki z Warszawy oraz jego żona adwokat, jedna z założycielek Solidarności w Warszawie. Do akcji została zatrudniona firma specjalizująca się w public relations, która miała się zająć profesjonalną reklamą przedsięwzięcia. Zaplanowano uroczyste otwarcie na 12 listopada 1981 roku.

***

…U nas w zasadzie nic nowego, wegetujemy w ciągłym staraniu się o zabezpieczenie codziennych minimalnych potrzeb, z dość ponurą perspektywą. Zdaję sobie sprawę z Waszych trudności w przystosowaniu się do nowych warunków, jednak bardzo Wam zazdroszczę, w pozytywnym znaczeniu tego uczucia. Całuję i ściskam, Tatuś.


...Dziękuję za paczki i proszę o przysłanie dezodorantu, jeśli możecie. Nie wyobrażacie sobie, jak to żałośnie wygląda, puste półki, nie tylko w sklepach spożywczych, ale we wszystkich. Ludzie dosłownie okupują sklepy w oczekiwaniu na towar. Kupują wszystko, jak leci, np. buty i ubrania bez względu na rozmiar czy fason, gdyż można to później wymienić między sobą. Po artykuły przemysłowe kolejki zakładają komitety, z listą obecności sprawdzaną co jakiś czas przez uczestników, są wyznaczane dyżury do stania. Najbardziej żal mi dzieci, i małych, i dużych. Dobrze przynajmniej, że Wasza Karolinka ma lepiej. Serdecznie całuję, Mamusia.


…Dla zorientowania w sytuacji żywnościowej, podaję ilości towarów na jedną osobę dorosłą, otrzymywanych miesięcznie na kartki:

— mięso i wyroby z mięsa 3 kg

— mąka 1kg

— ryż 18 dkg

— masło 0.5 kg

— kasza 75 dkg

— cukier 1.5 kg

— wódka 0.5 l

— kawa 5 dkg

— papierosy 240 sztuk

— proszek do prania 500 g

— mydło toaletowe 0.5 kostki

Z reglamentowanych towarów nie ma pokrycia jedynie na mięso. Aby dostać mięso czy wędliny trzeba stać najlepiej od wieczora do południa. A na to nie mamy siły. Chleba jest pod dostatkiem, bez kartek. Nie martwcie się o nas. Całuję Was, Ojciec.


...Normalna sieć handlu coraz częściej zastępowana jest przez zakłady pracy. U nas zorganizowano dostawę jajek, a w sąsiednim przedsiębiorstwie, z którym wspólnie organizowaliśmy te transakcje, sprzedawano także pończochy i rajtki (dla kobiet) oraz skarpetki (dla mężczyzn). Zbierano już także zapisy na buty. Dobrze chociaż, że Wy nie musicie tego z nami przeżywać… Ściskam i tulę do serca, Mamusia


…Kochani, ciężko u nas, i to coraz gorzej, ale może przetrwamy. Dla nas, starych ludzi, stanie w kolejkach jest sprawą bardzo trudną. Sił mi brak. Czuję dobrze, że wnet minie mi 81 lat. Na kartki mamy marne przydziały i tak, jak mówią mówcy telewizyjni, „trzeba zacisnąć pasa”. Jestem bardzo silnie przeziębiona i od miesiąca jest ze mną źle, bo męczy mnie kaszel. Okulary mam słabe i trudno mi pisać, i tyle wali się na mnie. Ale co robić? Wszystko musi stary, bezradny człowiek znieść. Czy doczekam lepszych czasów? Jeszcze raz mocno Was całuję, życzę dużo zdrowia, pociechy z życia i opieki Bożej na obczyźnie, kochająca Was Babcia.


…Tragedię mają rodzice z małymi dziećmi. My to sobie jakoś radzimy, bo przecież zarabiamy stosunkowo dużo, no i nie potrzebujemy kupować ubrań czy butów, czego zupełnie nie ma. Ja, mimo że przeżyłem już wojnę i okupację, nie wyobrażałem sobie, że mogą być zupełnie puste półki prawie że wszystkich sklepów. Cieszę się, że przynajmniej Wam jest lepiej. Całuję serdecznie, Tatuś i Dziadzio.


…Tak trudno zachować godność i człowieczeństwo w tej podstawowej walce o chleb. Dzisiaj taką właśnie stoczyłam. Wszystko staje się coraz bardziej prymarne i schodzi coraz niżej. Sytuacja staje się coraz czystsza, powiedziałabym: egzystencjalna. Świetny to test na poznanie siebie i innych, chociaż wcale nie jestem pewna, czy ta wiedza jest naprawdę konieczna. Pewnie, że lepiej żyć bez złudzeń, ale czasem chciałoby się brać udział w innym filmie. Niekoniecznie przyrodniczym. I poznawać siebie i innych w bardziej wysublimowanych okolicznościach. (Ale normalnie nie ma kłopotów z chlebem, najwyżej z jego jakością). Trzymajcie się, dziękuję Bogu, że nie musicie tego wszystkiego sami doświadczać. Całuję, Anna.

***

Ewelina z przerażeniem stwierdziła, że jej wczesnoemigracyjna garderoba była niezwykle skromna. Zanosiło się na to, że będzie pracować jako wolontariuszka w biurze komitetu, pięć dni w tygodniu od 10 do 15, a dysponowała tylko dwiema sukienkami! Naprawdę przydałoby się coś kupić do ubrania, skoro szła „między ludzi”. Na razie nie wchodziło to jednak w rachubę. Skąd miałaby wziąć pieniądze? Dobrze przynajmniej, że się przyda, zrobi coś wartościowego ze swoim wolnym czasem. Bardzo często dzwonił teraz u nich w domu telefon. W zaspane sobotnie poranki, rodzinne niedzielne popołudnia, zmęczone wieczory, w trakcie lektury, gotowania, podawania do stołu, w kulminacyjnym punkcie filmu w telewizji, w trakcie kąpieli lub bezmyślnego, a potrzebnego odpoczynku. Właściwie nawet to lubiła, bo dawało jej poczucie przynależności i świadomości służenia słusznej sprawie, choć troszkę martwiła się, co będzie z jej pracą zawodową, czy i gdzie się zaczepi, bo przecież z jednej pensji Roberta ledwie można było wyżyć, nie mówiąc o zagospodarowaniu się. Przyjechali do Australii z dwiema walizkami i 20 funtami długu, jakie wcisnęli im przyjaciele na drogę. Nie mieli zupełnie nic.

***

Język australijski jest odmienną formą angielskiego. Trzeba się do niego przyzwyczaić, tak jak do nowego akcentu czy dialektu. Ewelina była z wykształcenia anglistką, spędziła sporo czasu w Anglii i nie przypuszczała, aby australijski ją zaskoczył. Zdawała sobie sprawę, że jeszcze przed nią lata pracy i wyrzeczeń, zanim osiągnie swobodę językową równą rodowitym Australijczykom, ale nie spodziewała się żadnych kłopotów z rozmową dotyczącą prostych codziennych spraw. Aż tu nagle znalazła się na australijskiej ziemi i niemal zamarła z przerażenia. Tak egzotycznego akcentu w języku angielskim nie zdarzyło jej się nigdy wcześniej słyszeć, a całe mnóstwo kolokwializmów, używanych także przez ludzi dbających o angielszczyznę, wprawiło ją w osłupienie. Znała angielski i nie znała.

***

W Biurze Komitetu Honorowego przygotowano dla premiera szkic przemówienia, które prawie w całości wykorzystał. Oto ono:

„Od wielu miesięcy napływają z Polski wiadomości o zaostrzeniu się kryzysu gospodarczego i politycznego. Ostatnio kryzys ten pogłębił się na tyle, że podstawowa egzystencja 35 milionów ludzi osiąga poziom alarmujący. Brakuje żywności, ubrań, lekarstw. Społeczeństwo polskie stoi w obliczu głodu, którego najgroźniejszą i najokrutniejszą konsekwencją jest zagrożenie zdrowia dzieci, mogące w przyszłości doprowadzić do katastrofalnych dla narodu skutków. Od ponad roku codziennie trzeba toczyć walkę o podstawowe zaopatrzenie w niezbędne do życia produkty. Jednakże nawet wysiłek wielogodzinnego, nierzadko całonocnego stania w kolejkach nie zawsze jest skuteczny. Produktów nie starcza dla wszystkich, istnieją zresztą towary, których w Polsce zdobyć nie sposób.

Współczesna historia Polski pełna jest momentów trudnych dla narodu, który przez stulecia walczył o wolność i niezależność. Doświadczywszy ponad stuletniego okresu zaborów, kraj ten odrodził się po pierwszej wojnie światowej jako niepodległa ojczyzna dla wielu Polaków, budząc w ich sercach nadzieje na pomyślną przyszłość. Polska rosła w znaczeniu na mapie kulturalnej i naukowej świata. Jednakże po dwudziestoletnim zaledwie okresie niepodległości właśnie w tym kraju rozpoczęła się druga wojna światowa. Polska doświadczyła w tej wojnie bodaj największych zniszczeń i strat. Po sześciu latach okupacji hitlerowskiej, mimo niełatwych warunków politycznych i ogromnych zniszczeń, Polacy podjęli odbudowę swojego kraju, podnosząc go z ruin.

W okresie burz wielu Polaków opuściło Polskę. Część z nich przybyła do Australii, znajdując tutaj nową ojczyznę. Pracowali i pracują dla swojego nowego kraju wytrwale, kształtując codzienność współczesnej Australii. Polonia znana jest z silnych związków z ojczyzną. Bardzo aktywnie podtrzymuje swoją bogatą kulturę, dzieląc z nami jej wartości. Ci sami ludzie przez wiele lat pomagają swoim bliskim i rodzinom w kraju. W ciągu ostatniego roku, oprócz zwyczajowej już pomocy indywidualnej, podjęto akcję pomocy na szerszą skalę, zaopiekowano się kilkoma szpitalami w Polsce, które zaopatrywane są w niezbędne medykamenty z Australii. Regularnie odpływają statki z darami lekarstw dla rodaków. Polska społeczność w Australii, licząca ponad sto tysięcy osób, w ciągu ostatnich 12 miesięcy wysłała do Polski pomoc wartości 5 milionów dolarów.

Nie ma jednakże szans na szybkie rozwiązanie obecnego kryzysu, mimo wysiłków Polaków, aby samodzielnie przezwyciężyć trudności. Australia nigdy nie pozostawała obojętna na losy innych narodów. Tak i w tym wypadku niepokój o dalsze losy Polski, przeżywany przez Australijczyków polskiego pochodzenia, dzieli pozostała część społeczeństwa. Spontanicznie rozwija się akcja mająca na celu pomoc w przetrwaniu obecnego kryzysu ekonomicznego. Rada Naczelna Polskich Organizacji w Australii powołała Australijski Krajowy Komitet Pomocy Polsce, którego członkami zostały także wybitne osobistości społeczeństwa australijskiego. Celem tej kampanii pod hasłem Help Poland Live (Pomóż Polsce żyć) jest zebranie funduszy na zakup żywności, odzieży i lekarstw, które dostarczone będą bezpośrednio do najbardziej potrzebujących poprzez Komisję Charytatywną Episkopatu Polskiego oraz sieć komitetów Solidarności. Jestem przekonany, że wielu Australijczyków również zechce się do tej akcji przyłączyć. Nie mam żadnych wątpliwości co do jej humanitarnego znaczenia i jestem przekonany o jej celowości: chorzy czekają na niezbędne dla życia lekarstwa, dzieci na mleko, a wszyscy z trwogą oczekują nadchodzącej zimy, kiedy niedostatki w podstawowym odżywieniu, ubraniu i ogrzaniu mieszkań będą odczuwane jeszcze dotkliwiej”.

Telewizja pokazała migawki z otwarcia apelu, na jednej z nich zbliżenie Eweliny z Karoliną na kolanach wśród publiczności. Wszyscy mówili, że wyglądała przejmująco: młoda zatroskana matka Polka. To było dobre dla reklamy akcji, mówili. A Ewelina pocieszała się, że chyba nie było widać, że płakała.

***

Obraz czołgów na zaśnieżonych ulicach Warszawy pokazywany przez wszystkie dzienniki telewizyjne 13 grudnia 1981 roku przejął ją grozą. Wojna. Wojna z narodem, a ona tutaj, w Melbourne. Jest upalny wieczór, każdy zajęty własnym życiem i najzwyklejszymi codziennymi sprawami. A oni, tam w Polsce, cierpią. Nie można zadzwonić, telefony nie działają. Wiedziała, że już nie tylko emigracja, ale ten stan wojenny postawią ją po drugiej strony bariery. Nie uczestniczy w bolesnym doświadczeniu swej rodziny i swego narodu, na zawsze już ten brak wspólnych doświadczeń będzie ich dzielił. Ale teraz najważniejsze, żeby się jakoś dowiedzieć, czy jej rodzina jest bezpieczna. Pogłaskała miękkie włoski pięcioletniej Karoliny, która bawiła się lalkami, i pomyślała, że może jednak tak jest lepiej. Dla wszystkich.

Czołgi na ulicach, przywódcy związkowi aresztowani, działalność związków zawodowych zakazana, zamknięte granice, godzina policyjna — donosiły media. Boże, jak oni to przeżyją…

17 grudnia 1981 roku. Na pierwszej stronie dziennika z Melbourne „The Age” zdjęcie kobiety i mężczyzny klęczących w śniegu na ulicy i modlących się, w tle przypatrujący im się ludzie stojący przed budynkiem Solidarności w Warszawie. Pod zdjęciem adnotacja, że strajki okupacyjne w całym kraju trwają, mimo surowych przepisów stanu wojennego.

Opublikowano także komunikat komitetu Solidarności ze Szczecina, który dotarł do Szwecji: „Do wszystkich parlamentów, rządów, wszystkich narodów i ludzi dobrej woli, którym drogie są demokracja, wolność i prawa ludzi pracy. Ryzykując życiem i osobistą wolnością, nie zważając na drakońskie przepisy stanu wojennego, nie zważając na próby zniewolenia nas strachem, setki tysięcy polskich robotników i patriotów rozpoczęły strajk, żądając odwołania stanu wojennego, uwolnienia wszystkich aresztowanych oraz przywrócenia wszystkich praw związkowych i demokratycznych wywalczonych przez naród po sierpniu 1980 roku. Apelujemy do was: pomóżcie nam w naszej walce poprzez masowe protesty i wsparcie moralne. Nie przyglądajcie się biernie próbom stłumienia zarodków demokracji w samym sercu Europy. Bądźcie z nami w tych trudnych chwilach. Solidarność z Solidarnością. Jeszcze Polska nie zginęła. Podpisano: Komitet Strajkowy Stoczni i Portu w Szczecinie, Polska, 14 grudnia 1981 roku”.

Zdjęcie z Rynku w Krakowie z dominującymi Sukiennicami w tle, a z przodu stragan, do którego stoi zakręcona kolejka bodaj ponad stu osób. Podpis: „Kolejka po żywność w Krakowie”; takie sceny są częste w Polsce, gdzie brakuje towarów i prawie wszystko kupuje się na kartki.

4 stycznia 1982 roku, cztery tygodnie po wprowadzeniu stanu wojennego, „The Age” wydrukował pierwszy niecenzurowany raport o tym, co działo się w Polsce. Był on napisany przez dziennikarza z Warszawy, którego nazwiska nie można było ujawnić ze względu na grożące mu niebezpieczeństwo. Ewelina piła poranną herbatę i z przerażeniem czytała o tym, co działo się w jej zniewolonej ojczyźnie. W tym samym dniu „Time” przyznał tytuł „Człowieka roku” Lechowi Wałęsie. Najprawdopodobniej decyzję tę podjęto przed wprowadzeniem stanu wojennego, ale jej wymowa stała się teraz jeszcze bardziej symboliczna.

Przed świętami w Warszawie z rąk do rąk przekazywano sobie bożonarodzeniowy komunikat Solidarności. „Znowu święta w warunkach wojennych. Dostaliśmy pod choinkę terror i wojnę wypowiedzianą narodowi, naszej kulturze i godności. Nie pozwólmy, aby odebrano nam tę godność. Świętujmy Boże Narodzenie jako wolny naród. Pistolety, czołgi i pałki nie mogą zjednoczyć społeczeństwa. Jedynie strach może nas pokonać”.

Strach był wszechobecny w umysłach Polaków, a władze to wykorzystywały, strasząc masowymi czystkami. W instytucie naukowym przy Ministerstwie Sprawiedliwości około 30 procent pracowników odmówiło podpisania oświadczenia potępiającego politykę Solidarności uchwaloną w Gdańsku i Radomiu. Wszystkich zawieszono. Wiele fabryk zarządzanych było przez wojsko i robotnicy musieli podpisać zobowiązanie podporządkowania się zarządzeniom komisarza. W Stoczni Szczecińskiej im. Adolfa Warskiego wydano nowe przepustki, które wymagały od robotników, by przychodzili do pracy w małych grupach i o różnych porach.

Ludzie nie od razu zdali sobie sprawę z tego, co naprawdę wydarzyło się 13 grudnia. Nawet kiedy policja otoczyła kwaterę główną Solidarności w Warszawie, uważano, że to tylko kolejna potyczka, a nie początek końca. W pierwszym tygodniu stanu wojennego starszy pan zapytał żołnierzy stojących na rogu, co się dzieje. „Nie mamy pojęcia — odpowiedzieli. — Kazano nam tu stać. Jest zimno i nikt nie chce z nami rozmawiać. Czy pan wie, dlaczego? Czy pan wie, o co tu chodzi?”.

W małych miejscowościach zaczęto stopniowo przywracać łączność telefoniczną, ale w Warszawie i wszystkich innych głównych ośrodkach trzeba było podróżować przez całe miasto, aby cokolwiek załatwić albo się dowiedzieć, czy rodzina i znajomi są nadal na wolności. Nikt nie pamięta takiego stanu braku komunikacji. Nawet w czasie powstania warszawskiego w 1944 roku, kiedy połowa stolicy stała w płomieniach, telefony jednak działały.

Strajki, rozpoczęte po wprowadzeniu stanu wojennego, zostały przerwane siłą. Zazwyczaj używano czołgów do wtargnięcia na teren fabryki, miażdżąc bramy wjazdowe, następnie wysyłano milicję, aby nakazać wszystkim rozejście się do domu oraz zaaresztować przywódców strajkowych. W odróżnieniu od 5000 internowanych intelektualistów i przywódców Solidarności, byli oni traktowani jak zwykli przestępcy i więzieni wraz ze złodziejami czy handlarzami z czarnego rynku. Pierwsze rozprawy sądowe w Warszawie przyniosły wyroki kary więzienia na trzy lata za „przestępstwo” przewodzenia strajkowi.

W okresie Solidarności po raz pierwszy od drugiej wojny światowej śpiewano w kościołach Boże, coś Polskę…, kończąc słowami: „Ojczyznę wolną pobłogosław, Panie”. Teraz znowu wrócono do starej wersji: „Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie”. W polskim kościele w Melbourne słowa te brzmiały szczególnie przejmująco.

***

Stan wojenny — pisała Anna — tzn. granice zamknięte, telefony głuche, godzina milicyjna od 10 wieczorem do 6 rano, Solidarność zawieszona, ewentualni podejrzani internowani, konta bankowe zablokowane, wyjazdy na ponad 48 godz. wymagają zezwoleń, działa tylko jeden program radiowy i jeden telewizyjny (dziennik prowadzą dziennikarze przebrani w mundury), mnóstwo innych ograniczeń i zakazów. Wprowadzono surowe prawo wojenne itp., itd., a do tego cenzura korespondencji i rozmów telefonicznych  czyli że wznowią kiedyś łączność, by móc ją kontrolować. Ale za to znikły kolejki przed stacjami benzynowymi, bo benzyna już nie jest sprzedawana.

Wczoraj po przeczytaniu w prasie, że wolno wysyłać listy, poszłam na pocztę. Przeraziła mnie jednak straszliwie wolno przesuwająca się kolejka. Przepraszam więc, że poprzedni list ciągle nie wysłany. Wyślę razem z tym, choć w innej kopercie, bo tamta już zaklejona. Przeczytałam bowiem w tejże samej gazecie, że można wysyłać listy zaklejone.

No i nie wiem, czy wyślę te listy. Telewizja właśnie podała, że wolno wysyłać listy tylko do krajów socjalistycznych. Moja naiwność jest jednak bezmierna.

***

Rozmawiałam z naszym lekarzem o stanie wojennym. On jest Irlandczykiem, przez swój katolicyzm i papieża związany z Polską. Właśnie pytał, jakie mam wieści z domu i czy tam jest naprawdę aż tak źle. Rozmawialiśmy w jego gabinecie w Too-rak, bogatej dzielnicy Melbourne, wśród antycznych mebli, rozjaśnionych ciepłym światłem lampy, przytulnych kolorem starego drewna. Moje zdrowie uległo poprawie, choć może martwię się za dużo? Więc o domu, o Polsce rozmawiamy i któreś z nas zaczęło o niezwykłej roli Kościoła, że przyciąga jak magnes, przyciąga tłumy, indywidualności, wszystkich, że do Kościoła ludzie się garną. „Dlaczego przychodzą, jak myślisz?” — pyta. Cóż ja mogę wiedzieć? Zgaduję, że to dlatego, iż w obliczu totalnej cenzury, kościoły są jedynymi miejscami, gdzie można usłyszeć prawdę, schronić się przed brutalną realnością dnia codziennego i odnaleźć odwieczne wartości głoszące dobro, szlachetność, prawość. Doktor przyjrzał mi się uważnie i cicho zapytał: „I może też dlatego, że w kościele każdy człowiek jest ważny, że jego los się liczy, że każdy może poczuć się sobą, po prostu człowiekiem, i że to daje takie silne oparcie?”. Zupełnie możliwe, że mówiąc o Polakach wypełniających szczelnie polskie kościoły, myślał także o sobie.

Tego wieczoru rozważałam także moje własne spotkania z religią. Od wielu, wielu lat przekonana byłam, że jestem ateistką, a do kościoła chodzę podczas sporadycznych uroczystości rodzinnych, w czasie świąt, i z powodu surowego wzroku babci, która nie może pojąć, jak można dobrowolnie tak daleko odejść od Boga. Wydawało mi się, że tak jest nowocześnie i postępowo, jak na człowieka u schyłku dwudziestego wieku przystało.

Na emigracji cierpiałam nieludzko oderwanie od rodziny i kraju, czułam jakby fizyczne rozdarcie. Obezwładniała mnie samotność, nawet wśród ludzi, nawet wśród wielkich grup — nigdzie nie należałam, nie czułam jedności, nie czułam, że jestem przyjęta. Już po kilku tygodniach w Melbourne zrozumiałam jednak, że miałam swoje miejsce w tej społeczności. W moim wychowaniu religia stała się nieodłącznym elementem tożsamości kulturowej, dziedzictwem i bagażem. I choć Australia tak była odmienna od wszystkiego, co znałam do tej pory, na mszy mogłam odnaleźć się we wspólnocie z innymi, a tej wspólnoty tak bardzo wtedy potrzebowałam. Bo w kościele to nie ludzie decydowali, czy mnie przyjąć, czy nie, zresztą oni mnie przyjmowali jakby apriorycznie, przez to, że stałam obok i wyznawałam tę samą wiarę.

***

Kochana Karolinko, Kotku najmilszy!

Bardzo Ci dziękuję za list. Niestety, nie dotarł do mnie, ale Mamusia napisała mi o nim. Więc prawie jakbym go dostała. Prawda? I już nie jest mi tak smutno. Mamusia pisała mi o Twojej chorobie. Zmartwiłam się, ale dzisiaj na pewno już jesteś zdrowa. Nie choruj więcej. I śmiej się jak najczęściej.

Bardzo często mi się śnisz. To trochę tak, jakbyś mnie odwiedzała. Lubię te sny, choć potem jeszcze bardziej tęsknię za Tobą. Ale i jeszcze bardziej Cię kocham. Bo jesteś skarbem nie tylko rodziców. Także moim. Nie zapominaj o tym.

Posyłam Ci wierszyk z książeczki „Tyle rzeczy niezwykłych” Juliana Kornhausera. Kupiłam ją dla Ciebie, ale niestety nie wolno jeszcze nic wysyłać. Więc na razie jeden tylko wierszyk pod tytułem „Nic się nie kończy”:

„Nie, nic się nie kończy,

nie kończy się niebo,

nie kończy się ziemia, nie kończą się drogi, lasy i morza.

Dlatego idź przed siebie,

licz powoli kroki”.

Powiem Ci w tajemnicy, że twoja Mamusia pisze jeszcze ładniejsze wiersze. Czy dla Ciebie też napisała jakiś?

Całuję Twoje śliczne oczka,

ciocia Anna


4 sierpnia 1982, w Krakowie, który też tęskni za Tobą

Rozdział 3
Cudaki

Wszyscy jesteśmy cudakami, choć sobie z tego w większości nie zdajemy sprawy. Wynika to z kultury, w jakiej się wychowaliśmy, i z przeniesienia jej na inny grunt. Na przykład wyobrażenia o tym, kiedy jest się dobrze ubranym, wyniesione z naszej młodości. Dla mężczyzny garnitur i koszula z krawatem, dla kobiety wizytowa sukienka, zgrabne buciki na obcasie i pończochy, koniecznie pończochy.

Jest lato, Ewelina i Robert dostali zaproszenie na trzynastą do znajomych na grilla. Każdy ma przynieść własne mięso i piwo lub wino, a gospodarze zapewnią sałatki. Kupują na tzw. markecie (targ) egzotyczne kiełbaski do grillowania z przeróżnymi smakami i przyprawami oraz tradycyjne T-bone steaks, czyli kotlety wołowe z kością. Zaopatrują się w butelkę czerwonego wina, odpowiedniego do czerwonego mięsa, oraz kilka butelek piwa, wkładają swoje odświętne wizytowe ubrania, kupują bukiet kwiatów i wyruszają do znajomych. Drzwi otwiera gospodarz w białych spodniach i sportowej koszulce, przykrytych kolorowym fartuchem, jako że do niego należy obsługa grilla. Goście siedzą w ogrodzie, ubrani sportowo, letnio, wśród nich gospodyni w długich białych szortach i marynarskiej koszulce, włosy ma związane granatowo-białą wstążką. Robert podaje jej szarmancko kwiaty, a ona jest nieco zaskoczona, bo kwiaty nie są właściwie przewidziane w tych okolicznościach. Ale to taki ładny europejski gest. Ewelina i Robert czują się typowymi wschodnimi Europejczykami, zagubionymi na planecie kangurów, gdzie ludzie żyją na luzie i bez większych konwenansów. Robert szybko pozbywa się marynarki i krawata, podwija rękawy koszuli, przez co zaczyna wyglądać nieco bardziej stosownie do okazji. Ale Ewelina pozostaje wystrojona w swojej wizytowej sukience i pończochach, których nie może zdjąć, bo otarłyby ją nowe pełne buty. Więc męczy się w tym upale i w poczuciu bycia cudakiem.

Następne zaproszenie: przyjęcie dla rodziców i dzieci w szkole z okazji nadchodzących świąt Bożego Narodzenia, czyli Christmas party, a po polsku zabawa choinkowa. Na zaproszeniu napisane: „bring your own plate” (przynieś własny talerz). Znają już inne rodzaje BYO (Bring Your Own — przynieś własne): wino lub mięso na grilla. Tym razem talerz. Na wszelki wypadek zabierają ze sobą też butelkę wina, bo trudno sobie wyobrazić, aby szkoła mogła zapewnić wszystkim napoje alkoholowe. Choć dobrze już są znane w Australii tanie wina z kartonów (zwane „kaskami”), zwykle 2–3 litrowe, które podaje się przy takich okazjach. Kolega Australijczyk mówi, że życie jest zbyt krótkie, by pić z „kasku”, i zawsze kupuje dobre wino w butelkach. Przychodzą do szkoły, stół bogato zastawiony wiktuałami z całego świata, które przynieśli rodzice na własnych talerzach. Bring your own plate znaczy w tym kraju przynieś własną potrawę, a talerze do jedzenia podaje się jednorazowe. Jak bardzo jest im wstyd! Chowają swoje talerze z powrotem do torby i starają się jeść mało, chociaż nie ma takiej potrzeby — jedzenia jest mnóstwo, rodzice byli w swych darach szczodrzy. Przynajmniej wino się przydaje. I jak tu dziecku nie ma być wstyd za rodziców?

Muszą przenieść Karolinę do innej szkoły, zmienili bowiem mieszkanie i będzie miała teraz za daleko. Ewelina idzie na rozmowę z dyrektorką nowej szkoły. Przyzwyczajona jeszcze z Polski, że przedstawia się zwykle, podając tylko nazwisko, czy to przy powitaniach, czy przy odbieraniu telefonu, mówi po prostu: Korda. Wchodzi do gabinetu dyrektorki, podaje rękę i mówi: My name is Korda, co ona bierze za jej imię i zwraca się do Eweliny per Korda! W końcu jest cudzoziemką i może mieć na imię Korda, czemu nie? Szybciutko wyprowadza ją z błędu, mówiąc, że ma na imię Ewelina. Dyrektorka nie kryje zdziwienia, że jest ono takie zwyczajne, nawet jakby anglosaskie. Korda, według niej, bardziej do imigrantki pasowało.

***

Spotkałam wspaniałych ludzi w Melbourne. Byli wykształceni, inteligentni, dowcipni, wiedzieli, jak się bawić. Wszystkim świetnie na emigracji się ułożyło, mieli dobre posady, dochody i dużo luzu. Znakomicie się wśród nich czułam. Czytaliśmy razem książki i rozmawialiśmy o nich, chodziliśmy do kina, teatru, organizowaliśmy tematyczne wspaniałe przyjęcia, do których wszyscy się przygotowywaliśmy, jeździliśmy wspólnie na wakacje. Wielu wśród nich miało talent i potencjał twórczy, świetne poczucie humoru i mnóstwo serdeczności dla przyjaciół.

Było to moje pierwsze spotkanie z tzw. emigracją żydowską. Jeden z naszych znajomych, Witold, opowiadał, że wychowywał się w Polsce zupełnie nieświadom swego żydowskiego pochodzenia aż pewnego dnia w 1968 roku ojciec oświadczył całej rodzinie, że jako Żydzi muszą wyjechać. Zabrano im obywatelstwo i po prostu wyrzucono z kraju. Witold do dziś się z tym nie pogodził i nigdy od tego czasu w Polsce nie był, ani nie pojedzie. Rany się nie zabliźniły. Niektórzy w Australii ożenili się z dziewczynami katoliczkami, inni wybrali żony żydowskie. Ich rodzice czasem chodzili do synagogi; gdy żegnali bliskich, to w obrządku pogrzebowym uczestniczyło także młodsze pokolenie, z jarmułkami na głowach. Szanowali starszych ogromnie, z ciepłem i sympatią, a także podziwem. Wiedzieli dobrze, ile wycierpieli w czasie wojny, stracili najbliższych, byli świadkami okrucieństw i potworności, a później przyszło im żyć w spokojnej Australii z dala od piekła, przez które przeszli, ale też z dala od ludzi, którzy mogli ich choć trochę zrozumieć.

Moi znajomi wszyscy czuli się Polakami. Bolało ich, że zarówno rodacy jak i czasem Australijczycy uważali ich jednak za odmiennych. Przytaczali sporo takich anegdot, ale najbardziej poruszyła mnie ta opowiadana przez Piotra. W czasie uroczystego obiadu w eleganckim domu znanego artysty polskiego, pani domu, Australijka, wciąż nagabywała, że on wcale nie wygląda jak Polak, no bo te czarne włosy i czarne oczy, rysy jakieś nie słowiańskie. Piotr był coraz bardziej poirytowany i w końcu powiedział: „Bo wie pani, moi rodzice są polskimi Żydami”. Gospodyni na to z szerokim uśmiechem, jakby zupełnie nieświadoma swej niezręczności, odpowiedziała z radosną satysfakcją: „No tak właśnie myślałam”. Piotr nigdy więcej już do tego domu nie poszedł.

***

U Was jest teraz smutno, mokro i zimno, a u nas przeciwnie  maj! Jest ślicznie, drzewa owocowe kwitną, wszędzie pachnie, trawa świeża, młoda zieleń i miła woń. Nie przyzwyczajajcie się do tamtejszych warunków, prędzej do nas wrócicie. A my czekamy, bo u nas jest najpiękniej. W tej chwili mam w pokoju dużo bzu i konwalii, które otrzymałam od moich dawnych sąsiadów. Jak żałuję, że nie mogę Wam ich posłać! Już bym sobie nic nie zostawiła, niech by Wam pachniały. Jutro będę piekła rożki drożdżowe, te, co tak lubiłaś, Ewelinko, i dla Was bym upiekła, ale co robić, tak być musi. Czekam i czekać będę na Wasz powrót, choć u mnie ze zdrowiem nie jest całkiem dobrze. Życzę Wam dużo zdrowia, spokojnych dni pełnych słońca, miłości, dobroci i powrotu do naszej skołatanej, biednej, umiłowanej Ojczyzny. Całuję, kochająca Babcia.

***

Koncert-widowisko „Rodziny internowanych członków Solidarności przybyłe do Australii rodzinom internowanych w Kraju” w reżyserii Macieja Staniewicza, z udziałem 50 artystów, odbył się 10 lipca 1983 roku w Essendon, zachodniej dzielnicy Melbourne, gdzie znajduje się polski kościół. Obejrzało go 1300 osób. Koncert powtórzono także w Adelajdzie 4 września. Był on i protestem, i demonstracją przeciwko stanowi wojennemu, przeciw gwałceniu zasad demokracji, praw i godności człowieka. Cały dochód przeznaczony został dla rodzin internowanych w Polsce.

Myślę, że gdy dowiedzieli się, w jaki sposób zebrano dla nich te pieniądze, gdy usłyszeli o tak licznej publiczności, która przyszła solidaryzować się z nimi, musieli poczuć się mocniejsi i potężniejsi o rodaków z Melbourne i Adelajdy. Pewnie łza im się w oku zakręciła, że to dzięki ich uwięzionym mężom, żonom, braciom i siostrom, ruch Solidarności stał się symbolem jedności międzyludzkiej, także tej jednoczącej Emigrację z Krajem, że mogli liczyć na serce i wsparcie Polaków, choćby zza oceanu.

Przed koncertem msza zakończona hymnem Boże, coś Polskę… Na scenie, na tle olbrzymiego orła polskiego w koronie, z datami powstań narodowych wplecionych w jego skrzydła, rozgrywała się romantyczna i tragiczna historia już nie tylko narodu, ale i współczesnej polskości, poczynając od Konstytucji 3 maja 1791 roku. Czarne postacie kryjące twarze za białymi maskami, w białych rękawiczkach, groźnie wymachujące biczami i przerywające każde rozpoczęte dzieło, wywołujące grozę i strach — symbolizowały wszechobecne zło, wypełzające podstępnie z kątów, terroryzujące, wycofujące się przed entuzjazmem sierpnia 1980 roku, a potem znowu paraliżujące ludzi w bezruchu.

Przez cały spektakl aktorzy raz po raz zamierają w pół słowa lub łamiąc takty muzyki. Pomysł, inspirowany, naturalnie, Weselem Wyspiańskiego, jest ciekawie rozwinięty. Może przez ten oczywisty związek ze sławnym dramatem scena rozmowy z Panną Młodą staje się kluczowa dla całego przedstawienia. „I cóz za tako nauka? Serce!” — śmieje się zawiedziona Panna Młoda. „A to Polska właśnie” — odpowiada Poeta. Karolina zapytała mamy, czy to prawda, że serce to Polska. Jej młode serce zabiło szybciej, gdy usłyszała słowa tak wielkie i tak proste. A to właśnie dzieciom, nadziei przyszłości dedykowany był ten koncert. „Świat dajmy dzieciom!” — nawoływał pięknym wierszem obserwator i komentator rzeczywistości, narrator wprowadzony na wzór chóru z tragedii antycznych. A później przestrzegał: „…z tchórzostwa rośnie obojętność, / Z obojętności o zbrodni milczenie, / Z milczenia tylko śmierć i oskarżenie?”. I rozbrzmiała etiuda Rewolucyjna, rozpoczęta przez małą dziewczynkę, a dokończona z wirtuozerią przez pianistkę koncertową.

Internowani wychodzili na scenę ze swoimi rodzinami, rozbrzmiewały głucho po sali ich bolesne wspomnienia terroru i poniżenia, na które jednak nie odpowiadano nienawiścią. Grozę, strach i terror rozdzielały radosne tańce ludowe i piosenki, różne w nastroju, od sentymentalnych i lirycznych po głębokie i porywające. Reżyser sięgnął do historii, by znaleźć w niej optymizm i wolę zwycięstwa, i tą wszechpotężną wiarą w lepszy świat dla polskich dzieci obezwładnił publiczność, napełniając ją jednocześnie światłem. Ostatnim akordem programu był hymn „Solidarni, nasz jest ten dzień”, odśpiewany przez publiczność zebraną na widowni. Członkowie chóru tak byli wzruszeni widowiskiem, że łzy nie pozwalały im zaśpiewać pełną piersią. Stopniowo ich głosy rosły i odzywały się z coraz większą siłą, aż z całą mocą harmonijnie zagrzmiały: „bo lepiej, byśmy stojąc umierali, niż mamy klęcząc na kolanach żyć”.

***

Był to bodaj najgorszy okres w życiu Eweliny, dwa lata przygnębienia, depresji nawet, potwornego zagubienia, poczucia opuszczenia i tęsknoty za rodziną i jej serdecznością, bliskością, poczuciem bezpieczeństwa. Każdy dzień wyznaczany był jedynie tym, czy w skrzynce znajdował się list z Polski: od rodziców, od Anny, od babci, od przyjaciół. Listy przychodziły nieregularnie, więc nie czekając na nie, sama pisała. Numerowała je, by wiedzieć później, który dotarł i na który dostawała właśnie odpowiedź. Z Anną umówiły się, że będą pisać do siebie co dwa tygodnie, żeby nie wiem co. Bo obie miały przykry zwyczaj uzewnętrzniania swych uczuć na papierze, a następnie wyrzucania dopiero co napisanego listu ze wstydem do kosza. Obiecały więc sobie, że nawet jeśli list będzie bardzo osobisty, płaczliwy czy z jakichś innych przyczyn niedorzeczny, i tak zostanie wysłany, gdy wypadnie dwutygodniowy termin. I tylko te listy trzymały ją przy życiu, tylko w nich była prawdziwą sobą i tylko jej adresaci znali ją taką, jaką była naprawdę. Rozmawiała z nimi o swoim obecnym życiu, o planach i bardzo nieśmiałych marzeniach, a nade wszystko o tym, kiedy i gdzie znowu się spotkają. Planowała, że jak tylko uda jej się uskładać pieniądze, zaprosi ich do siebie albo pojadą do Europy i tam się gdzieś spotkają, nawet jeśli nie udałoby im się wjechać do Polski.

Z Polski przysyłano jej tygodniki, a także część ukochanych książek, które pozostawili w swoim mieszkaniu. To było święto, prawdziwe święto, gdy te skarby do nich dotarły.

***

Skoro nie ma pracy, skoro tak już los zrządził, to może Ewelina powinna jednak postarać się, aby być dobrą żoną i matką? Taką domową, prawdziwą kapłanką domowego ogniska? Będzie im tworzyć bazę, a oni będą się zmagać z szerokim światem. Będzie sprzątać, gotować, prać, a oni będą ją za to kochać. Będzie z satysfakcją przyglądać się ich sukcesom, wiedząc, że odrobinkę i ona do nich się przyczyniła. Dużo musiała się jeszcze nauczyć, aby temu wszystkiemu podołać, ale to nic. Mało to kobiet wszystkiego się uczy? I może poprawi się między nimi, bo kiedy Robert zobaczy jej troskę i starania, to przecież i on sam poczuje w sercu jakieś ciepło.

Na obiad przygotowała zupę pomidorową z makaronem, kotlety schabowe, ziemniaki oraz sałatkę z pomidorów z cebulą. Taki polski obiad, swojski, zresztą nie pierwszy raz go gotowała.

Robert znowu nie w humorze. Dostał zatrudnienie w komputerach w centrali zaopatrzenia sieci hipermarketów, ale nie był zadowolony. Ta praca go dobija, tyle stresów, trudów, kontakty z klientami przez telefon, i to w całej Australii, a przecież on codziennego języka, slangu i żargonu zawodowego dopiero się uczy; na lektoracie z angielskiego na studiach przerabiano raczej teksty literackie lub zawodowe, a nie język zaopatrzeniowców.

Zupę pomidorową on w zasadzie woli z ryżem. A te kotlety to zupełnie twarde, ciężko pogryźć. A już najgorsze jest połączenie gorących ziemniaków i kotletów z zimnymi pomidorami, prosto z lodówki. Kto tak w ogóle je? To przecież szkodliwe na szkliwo na zębach, na żołądek, na wszystko! „Nic nie umiesz zrobić, nawet głupiego obiadu ugotować”. Ewelina i Karolina jadły w milczeniu. Im smakowało. Robert odszedł od stołu, nie skończywszy obiadu, wyraźnie oburzony. Ewelina pomyślała wtedy, że jednak nie ma w niej materiału na kapłankę, brakuje jej cierpliwości i pokory.

***

Powoli zauważała obojętność wkradającą się w ich życie. Wieczory przesiedziane przed telewizorem, przed którym zresztą zasypiał, aby w końcu przenieść się z fotela do łóżka. Noce spędzane w oddaleniu od siebie, pogrążeni we śnie osobno, ranki pośpieszne. Ewelina też w końcu znalazła zajęcie dzięki kontaktom w polskim środowisku. Po pracy zakupy, gotowanie obiadu, rozmowy przez telefon ze znajomymi, a potem znowu telewizor. Patrzyła na niego ze smutkiem. Gdzie podziała się ich miłość? Nie potrafiła upominać się o względy dla siebie, o uwagę, pieszczotę, wydawało jej się idiotyczne konkurowanie z telewizorem czy wyciąganie go z głębokiego snu. Wiedziała, że jest źle. Nie wiedziała tylko, co ma z tym zrobić. Zapłakać się?

Kiedyś przesłonił jej świat, a ona jemu. Kochali się, namiętnie pragnęli, a ich życie i miłość nie miały przypominać tych wszystkich szarych nieudanych historii. Oni mieli stworzyć nową jakość miłości, partnerstwa, małżeństwa, budowali nowy świat. A teraz Robert był obojętny i zawsze czymś innym zajęty. Chciała, żeby byli dla siebie, żeby trwało uczucie, którym obdarzył ich los, bo przecież cóż może być w życiu piękniejszego od miłości łączących dwoje ludzie? A on, czy trochę bał się tych samotnych chwil, czy zupełnie ich nie potrzebował, dość, że szukał ludzi. Ona pozostawała zawsze z tyłu, na odległym planie. Czy powinna była od niego odejść? Czy tylko kochać go mniej, albo wcale?

Gdzieś to czytałam albo mi się śniło:

„Chmiel na bezsenność, a sen na bezmiłość.

Poduszkę z chmielu gdy sobie umościsz,

Zaśnij, bo na cóż życie bez miłości?”.

(Poduszka z chmielu, Maria Jasnorzewska-Pawlikowska)

***

Drogi Miły Robercie! Z okazji Twoich imienin życzę dużo zdrowia, pociechy ze swej ukochanej córuni, miłości na co dzień, i daj Boże wszystko, co sobie życzysz. Niech Ci się spełnią najskrytsze marzenia. Kochaj swoją Rodzinę, dobrowolnie przez siebie założoną. Kochaj Ewelinkę tak, jak sobie na to zasłużyła, bo ona zawsze stawia Cię na pierwszym miejscu, i dobrze, prawidłowo. Serdecznie całuję, Babcia.

***

Ukochana, bardzo kochana Ewelinko! Zbliżają się Twoje urodziny i dlatego posyłam Ci moje najserdeczniejsze życzenia. Zaraz po Twoim miłym urodzeniu, jeszcze nie byłaś kąpana, a ja Cię tak wycałowałam i strasznie cieszyłam się Tobą. Dziś jesteś tak daleko, że mogę Cię ściskać tylko w przenośni. Niech Wam tam będzie jak najlepiej. Karolinka niech Wam rośnie na chwałę i pociechę. A Twój Ukochany Mąż niech zostanie nadal Twoim Ukochanym Mężem, opiekunem i najprawdziwszym przyjacielem w dobrych i złych chwilach życia. Bardzo Ci dziękuję za naszą rozmowę telefoniczną. Gdy usłyszałam Twój głos, rozpłakałam się. Dobrze, że jesteście zadowoleni, ale nam tu bez Was jest smutno. Jestem coraz słabsza, nogi nie chcą mnie nosić. Trudno mi chodzić, puchną nożyska i wiele pociechy ze mnie nie ma. Ale pomimo wszystko piekłam na święta. Całuję Was bardzo serdecznie, kochająca Babcia.

***

Ewelina nie mogła jeść. Już od kilku miesięcy w ogóle nie rozmawiała z Robertem; przechodzili obok siebie, jakby się nie znali albo nawet nie istnieli. Wszystko im się posypało. Otworzyli kiedyś na śniadanie puszkę sardynek w oleju. Co zostało, schowali do lodówki. Kiedy mała wróciła ze szkoły, Ewelina zrobiła jej kanapkę z sardynkami i białym serem, winogrona i sok z jabłek. Na obiad przygotowała dla córki makaron z serem, cukrem i truskawkami, danie, które dziewczynka bardzo lubiła. Robert tego wieczoru wrócił wyraźnie zły. Spodziewał się obiadu, a kiedy zobaczył, że nie ma ani obiadu, ani w lodówce sardynek, wpadł w szał. Krzyczał, że nie ma co jeść, że on ciężko pracuje, i w ogóle się na takie układy nie zgadza.

Karolina okropnie żałowała, że zjadła tatusiowi sardynki, a Ewelinie bardzo się ta sytuacja nie podobała. Nawet się nie zdenerwowała, tylko z największym opanowaniem stwierdziła, że ona też ciężko pracuje i nie ma monopolu na gotowanie obiadu albo robienie zakupów. I mógłby przy dziecku nie robić takich awantur. „Tak? To tak się sprawy mają?! Zobaczymy, jak sobie beze mnie poradzisz. Od dzisiaj nie daję grosza na dom i sam będę się żywił. Nie potrzebuję twojej łaski!” Wyciągnął z szuflady srebrną taśmę klejącą, którą kupiła kiedyś dla Karoliny do ozdabiania prezentów urodzinowych dla koleżanek, i przedzielił nią półki w lodówce. „To moja część — powiedział — a to twoja. — A dziecko? — zapytała Ewelina. — Radź sobie sama, jak taka jesteś mądra!”

No i radziła sobie, tylko że zupełnie nie mogła jeść. Robiła zakupy i przynosiła je ze sklepu, Robert woził swoje samochodem. Ona nie miała jeszcze wtedy prawa jazdy, a zresztą samochód był Roberta, nie miała do niego żadnych praw. Dźwigała wyładowane torby plastikowe, jak niegdyś w Polsce. Gotowała obiad i podawała go do stołu. Roberta zwykle nie było wtedy w domu. Starała się wszystko przygotować jak najładniej, ale sam widok jedzenia ściskał jej żołądek i nie mogła przełknąć nawet kęsa. „Dlaczego nie jesz, mamusiu? — pytała Karolina. — Jedz, dobre jest. — A po chwili: — Jak ty nie jesz, to ja też nie chcę”. Matce szkoda było dziecka i smutku w jej oczach, ale blokowała ją jakaś idiotyczna siła. Gdy podczas lunchu współpracownicy jedli swoje kanapki czy sałatki, robiło jej się dosłownie niedobrze. Wyglądali jak zwierzęta, które pożerają strawę, gryzą, przeżuwają łapczywie, bez sensu i klasy — tylko po to, żeby żyć. Takie to było przyziemne, biologiczne; Ewelina nie chciała stać się samą biologią. Nie miała apetytu. Ubrania zaczęły na niej wisieć, spódnice okręcały się wokół pasa, nie mając o co się zaczepić. Ktoś jej zapytał, czy się dobrze czuje, bo taka jakaś mizerna, powiedziała, że tak, że wszystko w porządku.

Była na emigracji, daleko od kraju, od ludzi, którzy ją kochali. Mieszkała z mężczyzną, który jej nie zauważał, i miała pod opieką dziecko. Była sama, absolutnie i bez końca. Odkładała wszystkie pieniądze, aby odwiedzić Polskę, dom, rodziców, znowu poczuć odrobinę miłości i ciepła w swoim życiu. Ale podróż do Europy tyle kosztowała, że trudno było wyobrazić sobie, kiedy uskłada odpowiednią sumę. Szczególnie że teraz nie miała żadnej pomocy finansowej od Roberta i musiała ciągnąć ten wózek sama. A może by tak od niego odejść? Tylko dokąd? I jak?

***

Anno, moja kochana siostro, czasem jesteś dla mnie jedyną ostoją, jedyną ucieczką w dobrą przyszłość, która, ufam, nadejdzie, i jakby kotwicą w świecie dzieciństwa, którego istnienie obie możemy potwierdzić. Jestem zawsze gotowa wybaczyć Ci więcej, niż komukolwiek, bo Twoje życie poplątane jak moje, a korzenie mamy wspólne. Właśnie to wszystko ma dla mnie ogromny sens. To właśnie.

***

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 8.29
drukowana A5
za 39.99