E-book
8.19
drukowana A5
39.99
Przez morze do szczęścia

Bezpłatny fragment - Przez morze do szczęścia

Powieść


5
Objętość:
241 str.
ISBN:
978-83-8155-437-4
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 39.99

Kobieta


nie człowiekiem mnie zwą lecz kobietą

znoszą kwiaty

dają dzieci

i miejsce w tramwaju


nie kobietą mnie zwą lecz matką

łzy ocieram

i ze światem poznaję

uczę uśmiechu

zaczynam od ciebie to jest tato

mój mąż bo jestem także żoną


ileż szczęścia doznać może

jedna istota we wcieleniach trzech


wspominam czasy odległe

na łące pachnącej latem i radością

przypatrywałam się motylom barwnym

i marzyłam o miłości

że kobietą mnie nazwiesz

* * *

Mam czterdzieści lat. Stoję przed lustrem i przyglądam się swojemu nagiemu ciału. Okrągłe piersi, wcięta talia i pełne biodra. Brzuch trochę wypukły, trzeba więcej ćwiczyć. Moje ciało, tak jak i ja, ma czterdzieści lat. Młodość już przejrzała. Patrzę na swoje nogi, mocne po wielu godzinach jazdy na wrotkach, łyżwach i nartach, po długich marszach po plaży i zamarzniętym jeziorze, po zasłanym jesiennymi liśćmi lesie. Wiele się nachodziłam, nabiegałam, a teraz stoję przed tym lustrem sama i gapię się na siebie, żeby zrozumieć, dlaczego.

Kiedyś znajdowaliśmy przyjemność w staniu przed lustrem razem, oboje nadzy, stawałeś za mną, kładłeś ręce na moich piersiach i mocno do siebie przyciągałeś. Przyglądaliśmy się sobie z uśmiechem, lubiliśmy na siebie patrzeć. Twoje uwielbienie mojego ciała działało cuda. Piękniałam pod twoim spojrzeniem, sama na siebie patrzyłam twoimi rozkochanymi oczami, czułam ich pieszczotę na sobie, i płonęłam ogniem miłości. Delikatne drżenie kącików ust, które wciąż uśmiechały się do ciebie, zdradzało moje pragnienie.

Teraz się do siebie nie uśmiecham.

Dotknęłam przypadkowo znalezionej na półce buteleczki z twoją wodą toaletową i wdychałam ten zapach przez cały wieczór, na własnych palcach, które nie pamiętały żadnego ciała, lecz zostały przypadkowo zmoczone tą wodą, tym zapachem, pragnieniem, tęsknotą. Jak długo to już? Ile nocy upłynęło od tamtej chwili? Wiele, bardzo wiele.

Czy to prawda, że z miłości można uschnąć? Albo oszaleć? Bo ja kocham ciebie, i mam cię w nocy i w dzień, jesteś ze mną bez przerwy, i gdyby nie to, że nigdy nie mogę dotknąć twego ciepłego ciała, o którym tak marzę, że uciekasz moim palcom, ustom, piersiom, udom, uwierzyłabym, że mam cię naprawdę. Zasypiam z Tobą pod powiekami, budzę się wiele razy w nocy, i wyznaję ci miłość, i pragnę twej bliskości, i wstaję rano, i chcę wierzyć, że dzisiaj już na pewno do mnie wrócisz. Ale nie wracasz, nie myślisz, nie pamiętasz, nie dbasz. Kilka dni przerodziło się w kilka tygodni, miesięcy, lat? Ile to już trwa?

Wciąż płaczę. To z samotności i braku nadziei, że coś się kiedyś odmieni. Mówią, że ostatnie, co w człowieku umiera, to nadzieja. Czuję się wewnętrznie martwa. Po tylu latach nie mam już nadziei. Umarła. A ja mimo to żyję nadal. Taki wyrok losu.

Można się stoczyć, kiedy życie przestaje mieć sens. Można się upijać, a potem cierpieć jeszcze bardziej przez ból głowy, obolały żołądek, kaca moralnego i pogardliwe spojrzenia znajomych, że jakże tak można, i że żałosne. Ano prawda, żałosne.

Rozdział 1
Kraków

Zawsze kochałam Kraków. To miasto i ja — byliśmy nierozłączni, tak myślałam. Mówiłam, że nigdy nie potrafiłabym opuścić Krakowa. Spacery po Plantach pachnących wiosennym deszczem, przechadzka zaśnieżoną ulicą Kanoniczą wprost na Wawel, gdzie kłaniałam się historii i ściskałam dłoń mojej sympatii. Trenowaliśmy w tym samym klubie, on już był na studiach, a ja jeszcze w liceum. Otaczało mnie piękno, odurzało i czułam mocne, szalone bicie serca. W Nowy Rok dzwon Zygmunta rozbrzmiewał wokół nas, ponad nami, wznosił się wprost do nieba i uciekał gdzieś hen, w przestworza. Staliśmy zasłuchani, tak blisko minionych wieków, i było pięknie. Nie mogłam wiedzieć, nie mogłam nawet przypuszczać, że przeżyję wiele długich lat, tęskniąc do tego zaśnieżonego Wawelu z najbardziej odległego końca świata.

***

Już niedługo wrócę do ciebie, mój kraju. Po blisko dziesięciu latach nieobecności zapukam nieśmiało do drzwi: można? Nikt nie odpowie, ale drzwi otworzą się przyjaźnie i wejdę. Wejdę, lecz nie zostanę. Jestem w pośpiechu, przejazdem, między Paryżem a Londynem, tylko wpadłam, żeby się przywitać, porozglądać, pogadać, odwiedzić starych przyjaciół, ale tylko na chwilę, bo czas mi już w drogę.

Kiedy przed dziesięciu laty wyjeżdżałam, zostawiłam wszystko, co miałam, wśród swoich. Ich też zostawiłam. Trochę czułam się jak bocian, który odlatuje w kluczu za przewodnikiem do ciepłych krajów, gdy nad Polską zima i śniegi. Pod skrzydłem otuliłam swoje maleństwo, któremu obiecaliśmy zbudować bezpieczne gniazdo w ciepłych krajach. Troje nas wtedy było, nasz klucz zawiódł nas do Australii.

Kiedy wyjeżdżałam, zniewolona byłaś, ojczyzno. Człowiek człowiekowi nie patrzył prosto w oczy, uścisk dłoni nie oznaczał przyjaźni ani braterstwa. Omotana byłaś siecią nieufności. W tajemnicy przygotowaliśmy się do rozstania, pożegnania prawie nie było. Skrywane łzy matki, która szepcze: „wróć do nas”, i zamyka w ramionach. Według praw przyrody, z nastaniem wiosny bociany wracają do kraju. A przecież wiedzieliśmy, i my, i oni — że ze mną tak nie będzie.

A teraz jestem na chwilę, przejazdem. Z niewoli wyzwolona, jak wieloletni więzień sumienia, opuszczasz progi karceru ku światłu, ku wielkiemu światu, ku prawdziwej wolności. Stąpasz niepewnie, przystajesz, rozglądasz się. Czy mi się zdaje, wyciągasz do mnie ramiona? Dlatego, że potrzebujesz mojej pomocy i oczekujesz, że cię wesprę silnymi, zręcznymi rękami — czy po to, by mnie przygarnąć?

Ale mnie się śpieszy. Chcę zobaczyć trochę świata, do którego z Australii tak daleko. A później muszę wracać — koniec urlopu. Czeka na mnie praca i dom z ogródkiem. Sąsiadka obiecała podlewać trawnik i kwiatki przynajmniej raz w tygodniu. Z sąsiadami jesteśmy zaprzyjaźnieni, nasze dzieci bawią się ze sobą prawie codziennie. Rozmawiamy o pracy: ona uczy imigrantów angielskiego, on pisze programy komputerowe. Organizujemy grilla, czasem wydajemy bardziej uroczyste kolacje przy świecach. Przez płot podajemy sobie jajka, cebulę lub trochę cukru, którego właśnie brakło do herbaty. Oni też będą na nasz powrót czekali.

Dwa miesiące przed wyjazdem do Europy wydaliśmy dla przyjaciół przyjęcie pożegnalne. Ludzie pytają o plany podróży: jedziecie do domu? I czy to jest nadal dom, a może?… Odpowiadam, że do domu, ale z dziwną dumą pośpiesznie dodaję, że nie tylko, bo jeszcze Anglia, Szwecja, Francja i Szwajcaria. No i oczywiście do Berlina, żeby zobaczyć, jak upadł komunizm, tak? A nie, mówię zmieszana, bo to nie po drodze, i tak mało czasu; w Polsce też można świadkować historii.

W 1980 roku tworzyłam Solidarność wraz z innymi, nawet jedna z pierwszych. Brakło jednak wtedy zapału i wiary w przyszłość, że to wszystko się odmieni. Wyjechałam. A teraz czego brakuje, żeby wrócić, żeby włączyć się w tworzenie przyszłości wolnej, demokratycznej, sprawiedliwej i dostatniej? Tylko przejazdem tu jestem, właściwie nie swoja, już nie tutejsza.

Choć to tu są groby. Dziadkowie polegli za wolność ojczyzny. W Krakowie na Rakowicach pochowana jest babcia, pójdę tam teraz z bukietem wiosennych kwiatów. Listopad w Australii to ostatni miesiąc wiosny. 1 listopada nie chodzimy na groby, bo nie mamy kogo odwiedzać, a i tradycji nie ma. Nie płoną znicze, nie bielą się chryzantemy i nie cierpną z zimna ręce odgarniające z grobów opadłe liście. 1 listopada w naszym domu nie odznacza się niczym szczególnym, a w Polsce tymczasem gromadzi się przy stole rodzina. Odwiedzają tych, co odeszli, dodają otuchy tym, co żywi.

Tyle już listopadów minęło, kiedy nie było mnie z wami. Pamiętacie ten lutowy dzień, kiedy żegnaliście babcię także beze mnie? Przyszło dużo ludzi, mimo 20-stopniowego mrozu. Na świeżo usypanym grobie marzły kolorowe kwiaty i wieńce z szarfami: „Naszej Kochanej Pani Dyrektor — Grono Nauczycielskie”. A ode mnie nie było nawet małego bukieciku najzwyczajniejszych kwiatów. Złożę je dopiero teraz.

Na listy czekam codziennie. Zwykle są ciepłe, serdeczne, a czasem słoneczne. Kilka razy przyniosły jednak wiadomości o śmierci bliskich. Przedwczesne odejścia, niespodziane lub poprzedzone ciężką chorobą, na którą nie było ratunku. I wypadała mi koperta z rąk, a w palcach drżał arkusz papieru zapisany gęsto smutnymi literami, drżał ze strachu, że ja już w sobie więcej cierpień nie pomieszczę, że pęknę jak bańka mydlana, a moje życie wiatr rozniesie na wszystkie strony świata. I łzy toczyły mi się wolno po policzkach, i patrzyłam niewidzącymi oczami w dal, która skrywała mój początek, moje dziedzictwo i mój powrót.

***

Jestem w Krakowie. Ulicą Sienną przeszłam na Rynek Główny — i pokłoniłam się mojemu rodzinnemu miastu. Sukiennicom z kolorowymi kramami, ratuszowi z wysoką wieżą, kościółkowi św. Wojciecha, pomnikowi Mickiewicza, kościołowi Mariackiemu z ołtarzem Wita Stwosza i hejnałem, który jakby ginął w przestrzeni niebieskiej, zamiast słać się ponad płytą Rynku, gdzie biegały dzieci, karmiąc gołębie, a kwiaciarki przyglądały im się ze znużeniem zza kwiecistych straganów.

Spotkany przypadkiem znajomy pocałował mnie szarmancko w rękę i zaraz kupił różę. Powiedział, że nie podobają mu się przeciwnicy starego ładu w Polsce, i się oddalił, pozostawiając mnie z samotną czerwoną różą w dłoni. Odszedł z bukiecikiem fiołków, może śpieszył się na spotkanie jakiejś miłej dziewczyny.

Obeszłam Rynek i wszystkie odbiegające od niego uliczki, wstąpiłam też na dziedziniec Collegium Maius przy ulicy Jagiellońskiej 15. Piękny jest Kraków i piękne są wspomnienia mojej młodości. Wyrosłam w tym mieście, zrosłam się z nim i czuję, jakbym nigdy go nie opuściła. Krakowie stary, moja kolebko czarowna…

***

To już prawie dwadzieścia lat temu. Szli ulicą Dominikańską, koło Plant, do Urzędu Stanu Cywilnego, aby zamówić ślub. Jeszcze nikomu o tym nie powiedzieli, ale decyzja została podjęta. Robert śmiał się, że skoro ma już garnitur, który kupił, będąc świadkiem na ślubie swego najlepszego przyjaciela, to trzeba go wykorzystać. To z okazji tego ślubu, na który zaproszeni zostali przed dwoma miesiącami, wyrwały jej się oświadczyny. Siedzieli w kawiarni As na placu koło Collegium Paderevianum. Wykorzystywali przerwę w zajęciach, aby się spotkać. W owych czasach niewiele jedli, za to pili dużo mocnej herbaty. Wiedzieli naturalnie, że Elżbieta i Paweł pobierają się, bo ona jest w ciąży, i wiedzieli też, że Paweł tego małżeństwa nie chce. A im było ze sobą dobrze i chcieli być razem na zawsze. Doszła też sprawa zameldowania w Krakowie, które potrzebne było Robertowi, aby przenieść się ze studiów w Gdańsku do Krakowa. Ewelina uważała, że żona w Krakowie to dość silny argument, aby to przeniesienie załatwić, i chciała, żeby już więcej nie podróżował, tylko po prostu z nią był. No i wypaliła:

— A może byśmy się też pobrali?

Robert uśmiechnął się i odpowiedział:

— No, może, czemu nie?

Udali się wiec do urzędu. Ewelina miała dwadzieścia lat. Robert powiedział, że trzeba postanowić, jak będzie nazywała się po ślubie. Chciała przyjąć jego nazwisko, żeby cały świat wiedział, że są małżeństwem, że ty i ja to my, ale zanim się odezwała, Robert zaczął:

— To chyba naturalne, że będziesz chciała zostać przy swoim nazwisku. Po pierwsze, wszystkim jest ono znane, a po drugie przyjęcie nowego nazwiska to prawie jak zmiana tożsamości, i nikt nie może tego od ciebie wymagać. Jakieś zamierzchłe patriarchalne praktyki, którym nie należy się bezmyślnie poddawać, zupełnie bez sensu. Podwójne nazwisko jest niewygodne, a poza tym źle by brzmiało.

— No tak, chyba masz rację. A dzieci?

— Dzieci powinny nosić moje nazwisko, żeby uniknąć podejrzeń. Wiesz, jak to jeszcze w Polsce jest, Kościół, stróż obowiązującej moralności, i dzieci uważane za nieślubne nie miałyby łatwego życia.

Pomyślała, że w takim razie nie będzie żadnego śladu jej powiązania ani z mężem, ani z dziećmi. Zostanie jedyną osobą w rodzinie o innym nazwisku, jakby to ona była obca. Obowiązująca moralność nie zaakceptuje pary mieszkającej razem bez ślubu ani panny w ciąży, a jeśli nie zmieni nazwiska, to nikt o ślubie nie będzie wiedział. Ale co tam przesądy i opinia publiczna… Nie była przecież w ciąży i całe rozważania wydały jej się nieco akademickie. Zobaczy, co będzie. Bolało ją tylko, że on nie pragnął krzyczeć na cały świat: wybrałem tę kobietę na żonę, to ona, moja ukochana, patrzcie i podziwiajcie! Nie chciała jednak być ani sentymentalna, ani staroświecka. Zgodziła się nie przyjmować nazwiska męża.

***

Jako mała dziewczynka lubiła, kiedy mama wieczorem zapominała zasłonić okno w jej pokoju. Mogła wtedy leżeć w łóżku przed zaśnięciem i przyglądać się niebu, gwiazdom i księżycowi, które zawsze wydawały się uśmiechnięte. Gwiazdy zabawnie mrugały do siebie, czasem znikały na chwilę, potem znowu się pojawiały, jak w zabawie w chowanego. Niekiedy zdarzało się, że któraś z nich spadała szybciutko na ziemię. Wtedy trzeba było prędko pomyśleć jakieś życzenie, koniecznie zanim znikła z nieba — tylko wtedy mogło się spełnić, i tylko wtedy gwiazdka nie cierpiała z powodu swego rozstania z niebem. Ewelina nigdy nie dowiedziała się, co działo się później ze spadającymi gwiazdami, ale wyobrażała sobie, jak bardzo muszą się bać. Ona też się bała tylu różnych rzeczy. Zawsze przed zaśnięciem chciała, żeby mama sprawdziła, czy drzwi są zamknięte na klucz, żeby nikt do nich w nocy się nie wkradł. Dopiero mogła spokojnie myśleć o gwiazdach. A raz, kiedy spała u babci, wszedł do jej pokoju strzelec. Widziała go dokładnie — miał zielone getry, brązową zamszową kurtkę, czerwony kapelusz z piórkiem, a na ramieniu strzelbę. Przypominał trochę myśliwego, który zabił wilka w bajce o Czerwonym Kapturku. Babcia mówiła, że pewnie Ewelinie się przyśniło. A kiedy dziewczynka powiedziała o nim rodzicom, strasznie się śmiali, że babcię odwiedzają w nocy strzelcy, a ona trzyma to w tajemnicy. Chyba w to nie wierzyli. Ale i tak opisała im swoje sny i bajki, które przychodziły jej do głowy. Jedna, pamięta, zaczynała się: opowiem ci bajkę o piesu i kotu… Zwykle nie zdążyła jej jednak dokończyć, bo kręcąc włosy na paluszku, szybko zasypiała. Ewelina pierwszy raz opowiedziała tę bajkę mamie w nagrodę za to, że nie zgodziła się oddać jej do szpitala, gdy miała dwa latka i zachorowała na zapalenie płuc. Mama oburzyła się wtedy i sprzeciwiła poleceniu lekarza. „Panie doktorze, nikt nie zapewni mojemu dziecku lepszej opieki niż ja. Zostanie w domu, ze mną, postawimy jej bańki, i wróci do zdrowia”. Spodobała jej się wtedy mama, była taka dzielna, a ona czuła się bardzo ważna i specjalna. Chciała za to opowiedzieć mamie ładną bajkę o kotu i piesu, żeby jej było przyjemnie. Później, gdy ktoś nie umiał znaleźć odpowiedzi na jej zagadkę: nie jest prosie, a ma trzy dziurki w nosie (co było oczywiście o niej, bo po ospie wietrznej pozostał jej na czubku nosa ślad, mała dziurka), musiał ofiarować dziewczynce czekoladkę „Danusię”, jakie w owym czasie uwielbiała.

Chodziła swoimi ścieżkami, upierała się, że w radiu śpiewają: „gdy mi ciebie zabraknie, gdy zabraknie mi ciebie, jak w godzinie ostatniej bladu słońca na niebie”. A gdy ktoś z dorosłych zwrócił jej uwagę, że nie ma racji, mówiła: „może komuś jest nieprzyjemnie”. Zdarzało się, że po jakimś większym przewinieniu mama straszyła: „oj, Ewelinko, bo cię mamusia nie będzie kochała”, odpowiadała beztrosko: „nie szkodzi, sama się będę kochała”. Nie wiedziała jeszcze, że to trudne, gdy nikt nie kocha, i wtedy ciężko przejść przez życie. Bardzo się pragnie miłości drugiego człowieka.

***

Obiad był już przygotowany. Mama krzątała się przy nakrywaniu do stołu, a ja czytałam. Miałam chyba czternaście czy piętnaście lat. Czytałam poezję Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej, a może już Poświatowskiej, w każdym razie poezję o miłości, o tym, jak być kobietą. Od czasu do czasu spoglądałam na mamę spod oka i zastanawiałam się, jaką właściwie jest kobietą. Jak kocha ojca, czy w ogóle go kocha, tak często się kłócili, a jednak wciąż ku sobie grawitowali, jakby nie dostrzegając przepaści, która ich dzieli. Odłożyłam książkę, podeszłam do mamy i pocałowałam ją w policzek. Zdziwiła się trochę, ale nie zaprotestowała, uśmiechnęła się:

— Pomożesz mi podać obiad?

— Pewnie, ale pod warunkiem, że mi mamusia odpowie na pewne niedyskretne pytanie.

— Coś ty znowu wymyśliła?

— Nic takiego, proszę się nie bać.

— No to słucham.

— Jakiego męża sobie dla mnie mamusia wyśniła?

— W ogóle sobie nie wyśniłam. A co ty o mężu w twoim wieku myślisz, dziewczyno! Pamiętaj, że kobieta musi myśleć przede wszystkim o zdobyciu wykształcenia, dobrego zawodu i pracy, która przyniesie jej wolność. A wtedy nigdy nie będzie uzależniona od swego wyśnionego, gdyby nagle zmienił zdanie i już nie chciał być tym wyśnionym. Gdyby cię na przykład zdradzał albo zostawił samą z dziećmi — nie zginiesz. I nigdy nie będziesz musiała znosić upokorzeń.

***

— Wiesz, chciałabym jednak nosić twoje nazwisko. To niewygodne, nikt nie łączy mnie z dzieckiem, inaczej się nazywamy. Wszyscy patrzą na mnie podejrzliwie i próbują wymyślić historyjkę, dlaczego tak jest. Nikt też nie wie, że jestem twoją żoną, żartują, że to tylko tak w przenośni nazywam cię mężem, bo razem żyjemy.

— Uważam, że to staroświeckie przesądy, ale jak chcesz. Tak bardzo zależy ci na tym, by zostać panią Kordą?

***

Miały wtedy po piętnaście lat. Zostały zaproszone na prywatkę do kolegi, który mieszkał tuż pod Wawelem. Był maj i wieczory nastały długie, ciepłe i pełne romantyzmu. Aż tu nagle zdarzyło się nieszczęście. Ewelina postanowiła zadzwonić do matki, choć nie bardzo wiedziała, jak jej to opowiedzieć. Kiedy się połączyła, zaczęła płakać.

— Mamusiu… to coś okropnego, nie wiem, jak ci to powiedzieć…

— Co się stało, córeczko? — matka była wyraźnie przestraszona.

— Wiesz, Monika miała przyjść później na prywatkę, bo chciała się jeszcze przebrać, i bardzo długo jej nie było, i strasznie się wszystkie martwiłyśmy, aż w końcu przyszła cała zapłakana. — Ewelinie brakło słów, zastąpiła je łkaniem.

— No i co? Uspokój się, kochanie, bo nic nie rozumiem.

— W każdym razie ona chce, żebym u niej dzisiaj spała.

— Ale, na miłość boską, co się stało?

Słychać było tylko szloch małej, przestraszonej dziewczynki.

— Ewelinko?

— Wiesz, w drodze tutaj, niedaleko Wawelu, została zaatakowana…

— Co ty mówisz? Jak zaatakowana?

Płacz.

— Czy Monika została zgwałcona?

— Tak.

— Jezus Maria! Trzeba szybko zawołać milicję.

— Milicja już tu jest. Przyjechali jej rodzice, zawiadomili milicję i zabiorą ją teraz do domu, a ja pojadę z nią, dobrze? Rano pójdziemy razem do szkoły.

— Dobrze, kochanie, ale jak to się stało?

— Nie wiem, nie znam szczegółów, ale teraz muszę już lecieć, porozmawiamy jutro. Pa!


Matka była wstrząśnięta. Odłożyła słuchawkę zupełnie oniemiała i sparaliżowana. Jak to możliwe? W sercu miasta, wszędzie mnóstwo ludzi i przecież było jeszcze jasno. To straszne. Łzy napłynęły jej do oczu. Biedna Monika, takie łagodne, miłe dziecko, pełne ufności do świata i ludzi, jak ona to przeżyje i z tego się pozbiera? A Ewelina? Katarzyna nigdy wcześniej nie otarła się tak blisko o gwałt. To było coś, czego zawsze się obawiała jako młoda dziewczyna — o tym się jedynie czytało, oglądało filmy i nie dotyczyło bliskich. Czuła się jakby bezpośrednio dotknięta tym nieszczęściem, przez bliskość Eweliny, przez kontakt z Moniką. Co robić? Jak im pomóc?


Późnym wieczorem zadzwoniła Ewelina.

— Jak dobrze, że dzwonisz. Jak się masz?

— W porządku.

— A Monika?

— Nie najlepiej.

— A jak to się stało?

— Nie wiem dokładnie, ona nie chce o tym rozmawiać. W każdym razie idzie jutro rano z mamą do lekarza, a ja pójdę do szkoły.

— Chcesz się spotkać po szkole?

— Nie, przecież mamusia pracuje.

— Mogę się zwolnić.

— Nie trzeba, zostanę dłużej w szkole, bo mamy przygotować wspólny projekt. Zobaczymy się wieczorem. Mamusiu, tylko proszę nie mówić nic nikomu, żeby się nie rozeszło…


Katarzyna czuła się zagubiona na ulicach tak dobrze jej znanego i bliskiego miasta. W każdym mężczyźnie widziała potencjalnego napastnika i bała się ludzi. Patrzyła na niewinną wiosenną zieleń drzew i zamiast zwykłej radości czuła cisnące się do oczu łzy. Boże, dlaczego takie rzeczy przytrafiają się najmilszym, najsłodszym dziewczynom? Dlaczego naznaczyłeś ją właśnie taką blizną na całe życie? Jaki jest sens w takim okrutnym karaniu młodej, niewinnej dziewczyny? Bardzo chciała porozmawiać z rodzicami Moniki, okazać im współczucie w tym okropnym nieszczęściu; może dowiedziałaby się więcej szczegółów, jak mała się czuje, jak sobie z tym radzi. Może mogłaby się na coś przydać?

Telefon odebrał Stefan, ojciec Moniki.

— Dzień dobry, mówi Katarzyna, mama Eweliny.

— Kto taki?

— Mama Eweliny.

— A tak, przepraszam, nie dosłyszałem

— Chciałam państwu powiedzieć, jak bardzo mi przykro z powodu tego, co stało się Monice…

— A co się stało?

Katarzyna osłupiała.

— Wczoraj…

— Ja nic nie wiem, proszę mi powiedzieć, co się stało Monice. No, słucham.

Katarzyna nie wierzyła własnym uszom.

— Przepraszam, to musi być jakieś nieporozumienie. Porozmawiam z Eweliną.

— Tak, proszę to zrobić.


Kiedy Ewelina wróciła za szkoły, powiedziała, że nie jest głodna, i ma mnóstwo roboty, więc zaraz siada do lekcji.

— Ewelina, chciałabym z tobą porozmawiać.

— A o czym, mamusiu?

Katarzyna zrelacjonowała swoją rozmowę z ojcem Moniki.

— Najwyraźniej nie chciał o tym mówić — odpowiedziała dziewczynka. — To prawda, że dziwnie się zachował, bo mama Moniki siedziała z nami i płakała, a ojciec zamknął się w swoim pokoju i w ogóle do nas nie przyszedł.

— On temu zaprzecza, bo uważa, że to wstyd, hańba dla rodziny, ale przecież Monice trzeba pomóc. Nie można udawać, że to się nie wydarzyło. Może niech ona zadzwoni do telefonu zaufania? — zaproponowała Katarzyna.

— Mamo, proszę nie przesadzać, on po prostu nie chciał o tym rozmawiać, prawie się nie znacie. A Monika była rano u lekarza, i chyba u psychologa. Oni jej pomogą.

— Rozmawiałaś z nią dzisiaj?

— Nie, ona nie chce o tym mówić. Ja też zresztą nie. A teraz będą mieli do mnie pretensje, że mamusi powiedziałam.

— Ewelina, nikt nie ma prawa wymagać, abyś nosiła taki ciężar sama, bez mojego wsparcia i pomocy. I nikt nie ma prawa wtrącać się do tego, o czym ty i ja rozmawiamy. To są za poważne sprawy i udawanie, że się nie wydarzyły, dlatego że nie będzie się o nich mówiło niczego nie rozwiąże.

— Ale ja i tak nie chcę o tym mówić.


Ściana milczenia, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Ale to nieprawda, młoda dziewczyna została zgwałcona, jej przyjaciółka niemal przy tym była. A teraz nikt o tym nie chce wiedzieć. Katarzyna czuła bezradność i ból, że córka nie potrzebuje jej pomocy. Bała się tego, co przyniesie przyszłość.


Kochana Mamo, nigdy do tego tematu nie wróciłyśmy, choć działo się mnóstwo niedobrych rzeczy. Najpierw Monika zmieniła szkołę i prawie straciłyśmy kontakt. Potem dowiedziałam się, że próbowała popełnić samobójstwo, ale na szczęście ją odratowali. Jej ojciec zaczął pić, aż w końcu rodzice się rozwiedli. Monika wyjechała do ciotki do Gdańska i tam chodziła do liceum. Napisała stamtąd do mnie raz, ale potem wszystkie moje listy pozostały bez odpowiedzi. Nie wiem, co się z nią stało. Nie mogę zapomnieć przerażenia w jej oczach, bólu i okropnego strachu, kiedy płacząc, prosiła mnie: „śpij dzisiaj u mnie, nie zostawiaj mnie samej, tak się boję”. A później i tak ją zostawiłam, choć pewnie bała się jeszcze bardziej. Nie chciała rozmawiać, tak jak i ja nie chciałam rozmawiać z Tobą, Mamo, bo za bardzo bolało. Nie zdołałam jej pomóc, tak jak i Ty zupełnie mi nie pomogłaś. Miałam straszne sny i przez długi czas nie mogłam patrzeć na chłopaków. Wszyscy byli obrzydliwi. Aż wreszcie zakochał się we mnie Robert, był wtedy uosobieniem łagodności, i razem jakoś przez to przebrnęliśmy. Pamiętam jego dłonie na moim brzuchu i strach, że będzie bolało. Ale ten strach mogłam z nim dzielić, zaufałam jego miłości. Przepraszam cię, Mamo, że nie zaufałam Tobie, ale Ty naprawdę nie mogłaś nic zrobić. Wybacz. Twoja Ewelina

***

Pewnego dnia na uczelni, jeszcze przed narodzinami Solidarności, podeszła do Eweliny koleżanka i zaproponowała, aby przyszła wieczorem na spotkanie latającego uniwersytetu. Wytłumaczyła, że odbywają się tam wykłady z zakresu nauk politycznych, społecznych i humanistycznych, nie obowiązuje cenzura i można poznać prawdę o Polsce. Ewelina słyszała o latającym uniwersytecie, a także o tym, jak milicja i bojówki dokonywały nalotów na prywatne mieszkania, gdzie odbywały się wykłady. Pomyślała, że gdyby ją zaaresztowano albo pobito, co stałoby się wtedy z jej córeczką, co ze studiami. Bała się, dlatego powiedziała koleżance, że przecież ona ma dziecko i musi przede wszystkim myśleć o nim. Dziewczyna spojrzała na nią z nieukrywanym zgorszeniem: „Co ty myślisz, że ty jedna masz dziecko?”.

***

Decyzja wyjazdu dojrzewała w nich stopniowo. Miara przebrała się, kiedy do przyjaciół Roberta włamali się „nieznani sprawcy”, przeszukali całe mieszkanie, znajdując publikacje paryskiej „Kultury” i listy od przyjaciół, działających w opozycji, co zostało wykorzystane jako zarzut przeciwko nim. Zostali zaaresztowani na 48 godzin, przesłuchiwani, siedzieli w celach z kapusiami, którzy próbowali wyciągnąć z nich informacje o działalności opozycyjnej, a na pytanie: „co z dzieckiem, mała jest w przedszkolu, trzeba ją odebrać”, odpowiadano: „teraz już za późno martwić się o dziecko”. Po jakimś czasie okazało się, że powiadomili babcię dziewczynki o aresztowaniu rodziców, aby mogła odebrać dziecko z przedszkola. Wiedzieli, że trzymanie rodziców w niepewności o losie dziecka zwiększy ich strach, że łatwiej będzie ich załamać. Kiedy w końcu ich wypuszczono, bezustannie zadawali sobie pytanie: kto na nas doniósł?

Rozdział 2
Stan wojenny

Szli elegancką ulicą Strand w Londynie w stronę Australia House, gdzie mieściła się ambasada australijska, trzymając się za ręce. Właściwie to on prowadził ją jak małą dziewczynkę, jak dziecko, które opierało się przeznaczeniu. Włożyli swoje najlepsze ubrania: ona sukienkę wełnianą w kolorze dojrzałej śliwki i jasnobrązowe kozaczki z cielęcej skóry, on — szary garnitur. Bogactwo, na które mogli sobie pozwolić dopiero przed samym wyjazdem z Polski. Zostało im trochę pieniędzy, które odkładali przez wiele miesięcy, żeby zrealizować swój plan. I wtedy wreszcie kupił jej ślubną obrączkę, z prawdziwego 18-karatowego złota, choć byli już sześć lat po ślubie, ale nigdy nie było ich stać na prawdziwe obrączki. Obrączkę dla niego podarowała w spadku jej ciotka Jadwiga, która twierdziła, że bez tego symbolicznego pierścionka i bez Boga małżeństwo będzie nieważne, że się rozpadnie, „więc weź, Ewelinko, bo mnie wdowie już niepotrzebna, a tobie przyniesie szczęście”. To był jej posag, złota obrączka pasująca na jego palec serdeczny; ofiarowała mu ją, nie przywiązując do tego żadnej wagi, podobnie jak i do samego obrządku, który uważała za przesąd. Tradycja nakazywała wymianę obrączek, więc kupili dla niej metalową, była żółta i błyszczała złociście, właściwie wyglądała nawet ładniej od tej prawdziwej, i tradycji stało się zadość. Ani on, ani ona nigdy ich później nie nosili, to jakby przyznanie się do zniewolenia, przynależności, do ograniczenia — jak obrączkowany ptak. Przed samym wyjazdem z Polski kupił jej tę złotą obrączkę, powiedział, że nie wiadomo, co ich czeka i trzeba być przygotowanym na najgorsze. A ona wcale się nie bała i kiedy stała u jego boku w sklepie jubilerskim, czuła, jakby na nowo brali ślub. Wsunął pierścionek na jej palec i uśmiechnął się z roztargnieniem. Była niczym panna młoda, i jeszcze wtedy nie bała się drogi w nieznane, bo wiedziała, że będą nią kroczyli razem. Później kupili eleganckie ubrania. Dla niego stalowy garnitur i białą koszulę, i krawat z szarym prążkiem, i nowe buty.

Mieli teraz na sobie te wszystkie wspaniałości, bo chcieli zrobić wrażenie w ambasadzie, żeby nie było wątpliwości, iż są porządnymi ludźmi, i staną się chlubą każdego kraju, który ich przyjmie. Kiedy szli w wielokolorowym tłumie w kierunku ich przyszłości w nieznanym mieście, zaczęła się bać. Nie chciała tam dojść. Modliła się, żeby coś się stało, żeby nie dotarli do drzwi ambasady, tylko wrócili do Polski, do Krakowa, gdzie było jej miejsce. Wiedziała, że on nie wróci, więc mogła jechać do Krakowa tylko z dzieckiem. Jakże miała tak puścić go w nieznane i stracić na zawsze? Nie przyszło jej wtedy do głowy, że jeśli on gotów jest jechać na koniec świata sam, bez nich, to może i ona z córką nie powinny za nim dreptać. Wtedy widziała to w kategoriach powinności małżeńskiej i rodzicielskiej — zostać razem, uchronić siebie i dziecko od tragedii rozwodu i samotności, tylko dlatego, że bała się podjąć ryzyko emigracji. Postanowiła zostać przy mężu, jej miejsce było przy nim. Chciała pójść z nim na koniec świata, jeszcze wtedy nie wiedziała, jak daleko ten koniec świata może być. Będą emigrantami w obcym kraju, ale razem — on i ona, na dobre i na złe. To dodawało jej sił.

Znowu dostała tych strasznych boleści, jak obręcz oplatających klatkę piersiową, zapierających dech, musiała przystawać co chwilę, bo bała się, że zemdleje. Obejmował ją wtedy troskliwie, całował w policzek i szeptał: „to nic, zaraz przejdzie, nie bój się”. A ona tak okropnie się bała.

***

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 39.99