E-book
27.3
drukowana A5
37.09
Przewrotny los…

Bezpłatny fragment - Przewrotny los…

Objętość:
242 str.
ISBN:
978-83-8126-681-9
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 37.09

.

Na wstępie chcę podziękować


mojej kochanej wychowawczyni Pani Małgosi Miłoch

za pomoc w redagowaniu tekstu i zmobilizowaniu mnie

do wydania tej książki,


wirtualnemu przyjacielowi Januszowi oraz Gosi

za nieustanną motywację w trakcie mojego pisania,


mojemu bratu, bratowej i przyjaciółce Kasi

za wiarę w moje możliwości,


Tobie Drogi Czytelniku

że sięgnąłeś po ten właśnie tytuł,


a przede wszystkim mojemu synowi Pawłowi

dzięki któremu uwierzyłam w siebie!

.

Przewrotny los…

.

Życie często przynosi nam rozczarowanie, aczkolwiek czasem potrafi nas zaskoczyć. Mamy wielkie plany, nadzieje, aż pewnego dnia budzimy się z niejasnym odczuciem, że nasze życie jest po prostu nudne. Czasem wcale sobie tego nie uświadamiamy, póki los sam nie otworzy nam oczu. Czasem jest za późno na zmiany, a czasem okazuje się być to idealny moment na odnalezienie tego, co w życiu najważniejsze… potrzeba tylko odrobinę odwagi.

Pamiętajmy, że prawdziwa miłość nadaje życiu kolorów i to ona daje nam szczęście.


.

„Nigdzie nie kupisz szczęścia

miłość daje je gratis.”

Phil Bosmans

.

Rozdział I

Nareszcie weekend, to był wyjątkowo długi i ciężki tydzień! Wychodzę z pracy totalnie wypompowana marząc o szybkim powrocie do domu, ciepłej, relaksującej kąpieli i filiżance ulubionej kawy. Najpierw jednak muszę jeszcze skoczyć do sklepu zrobić zakupy, przecież jutro moje urodziny, wypadałoby coś przygotować, znajomi pewnie wpadną na torta i kawę, a na pewno przyjedzie mój braciszek, on nigdy nie zapomina. Ta myśl dodaje mi skrzydeł i mimo zmęczenia ochoczo pędzę do sklepu.

Po udanych zakupach wracam wreszcie do domu. Parkuję pod blokiem i rozglądam się za samochodem Michała — Czyżby znów nie było go w domu? Liczyłam, że pomoże mi z tymi pakunkami. Przecież miał mieć dzisiaj wolne, ciekawe czy przynajmniej sprzątnął mieszkanie, jak go o to prosiłam — wzdycham zrezygnowana, wypakowując bagażnik.

Michał to mój partner, poznaliśmy się banalnie, po prostu w pracy. Dostałam etat w archiwum Komendy Miejskiej Policji, jako pracownik cywilny, on przystojny policjant właśnie awansował na dzielnicowego. Trudno było uwierzyć, że taki facet jak on może zainteresować się tak przeciętną dziewczyną jak ja, a jednak może, gdyż jesteśmy razem już sześć lat i ogólnie dobrze nam z sobą. Poza takimi chwilami jak ta, gdy umawiam się z nim, liczę na niego, a jego oczywiście nie ma.

A wszystko przez to, że aktualnie pracuje nad jakąś dużą sprawą, podobnież zgarnęli ważnego bossa szajki, a teraz uganiają się za resztą bandy. Cały komisariat pracuje na najwyższych obrotach, to stąd ta jego ciągła nieobecność i znikanie bez uprzedzenia. Wiem, że praca jest dla niego niezmiernie ważna, dlatego staram się być pod tym względem wyrozumiała i cierpliwa, ale czasami zdarzają się takie momenty, w których potrzebuję mieć go także dla siebie. Czy naprawdę wymagam za dużo sporadycznie prosząc o pomoc, a okazjonalnie pragnąc jego obecności w domu? Przecież nie samą pracą człowiek żyje, czasami potrzebuje także odpocząć.

Zatrzaskuję opróżniony bagażnik i cicho pojękując idę w stronę mojego bloku. Na plecach czuję przyjemne promienie słońca. Wiosna jest cudowna! Rozglądam się wokół. Trawnik pięknie się zieleni, ptaki uroczo ćwierkają, na drzewach pojawiły się już pierwsze pąki, a gdzieniegdzie nawet kwitnące kwiaty. Kurcze, codzienność tak nas pogania, że umyka nam tak wiele. Może są to drobne sprawy, ale to z nich powinniśmy czerpać przyjemność i nimi się cieszyć. Tylko, kto ma dzisiaj na to czas…

Wchodzę do klatki schodowej i przystaję przed windą. Dobrze, że ją mamy, schodami byłoby mi ciężko wtaszczyć te zakupy na górę. Nasze mieszkanko znajduje się na trzecim piętrze. Jest niewielkie, ale bardzo wygodne. Przestronny salon z wyjściem na balkon, mała, lecz funkcjonalna kuchenka, łazienka i duża sypialnia. Cóż więcej potrzeba, najważniejsze, że jest nam w nim dobrze. Krytycznie rozglądam się po pokoju i muszę przyznać, że czas pomyśleć o remoncie. Odkąd się wprowadziliśmy nic tutaj nie zmienialiśmy, a ściany już aż proszą się o odnowienie. Coś mi mówi, że sama będę musiała o tym pomyśleć, na Michała nie mam co liczyć, rozgrzebie i zabraknie mu czasu, aby dokończyć.

No dobrze — mobilizuję się w myślach — czas zakasać rękawy i brać się do roboty. Przekąski same się nie zrobią.

Na szczęście Michał przed wyjściem ogarnął mieszkanie, więc przynajmniej to mam z głowy.

— Dzięki skarbie i przepraszam, że wątpiłam — mówię do siebie, uśmiechając się pod nosem.

Przy dźwiękach ulubionych piosenek uwijam się z wszystkim tak szybko i sprawnie, że już po paru godzinach wyczerpana, ale i zadowolona z siebie, z lampką ulubionego wina w dłoni, rozsiadam się wygodnie przed telewizorem i wreszcie mogę odpocząć. Różowy płyn cudownie rozluźnia moje ciało. Sięgam po telefon i wybieram numer Michała, cały tydzień mijaliśmy się, więc dla odmiany miło byłoby się do niego dziś przytulić. Nic z tego, nie odbiera! Rozczarowana zamieniam telefon na pilota i bezmyślnie skaczę po kanałach, aż w końcu zatrzymuję się na jakiejś banalnej komedii, która jednak zupełnie mnie nie wciąga. Niezdecydowana, iść spać czy zaczekać na Michała, ponownie próbuję się do niego dodzwonić może okaże się, że akurat wraca. Niestety, wciąż nie odbiera, chyba lepiej się położę jutro czeka mnie dzień pełen wrażeń.

Zawiedziona biorę szybki prysznic, zakładam moją ulubioną, nocną koszulkę i ciężko maszeruję do łóżka — Nie pojmuję jak moja bratowa może sypiać w ciepłych, flanelowych piżamkach i frotowych skarpetach — ta myśl mnie rozśmiesza — Ja, bez względu na porę roku, sypiam w długiej, satynowej haleczce na cienkich ramiączkach. Tak mi wygodnie, a jednocześnie czuję się w niej kobieco i seksownie — Dziś jednak staram się o tym nie myśleć, ogarnięta samotnością i tęsknotą wtulam się w miękki materac i natychmiast zapadam w głęboki sen, z którego wyrywa mnie szum prysznica i ciche kroki zbliżającego się do łóżka mężczyzny.

— Cześć, która godzina? — przecieram zaspane oczy.

— Trzecia, śpij.

— Ciężko było? — ziewam w poduszkę — Coś nowego w sprawie tego zatrzymania?

— Deptamy im po piętach, ale wciąż się wymykają — wzdycha kładąc się do łóżka. Gdy próbuję go przytulić on natychmiast się odsuwa — Daj spokój jestem wykończony.

— Wiem, chciałam tylko buziaka.

— Jestem padnięty — sapie i odwraca się do mnie plecami.

Zaskoczona jego zachowaniem tępo wpatruję się w nagie plecy mężczyzny. Przecież chciałam tylko przytulić i pocieszyć mojego faceta po ciężkim dniu pracy. Nic więcej! Rozumiem jak trudne są to dla niego chwile. Odpowiedzialna i stresująca praca, tym bardziej teraz przy tak ważnej sprawie może wykończyć, ale czy to powód by być tak obcesowym?

— Całus nie wymaga zbyt wielkiego wysiłku. Dobranoc — szepczę przełykając gorzkie łzy rozczarowania.

Co się z nami stało? Kiedyś wracał do domu i chętnie dzielił się wrażeniami z pracy. Nieważne, czy był to ciężki czy nudny dzień, liczyła się rozmowa. Interesował się także tym jak ja spędziłam dzień. Zawsze pytał o moją pracę, choć niewiele miałam na ten temat do powiedzenia, bo cóż ciekawego może być w przerzucaniu papierów w archiwum. Lubię swoją pracę, nawet bardzo, lecz nie dzieje się tam nic nadzwyczajnego, aby opowiadać o niej fascynujące historie. On mimo wszystko wypytywał z zainteresowaniem. Dawniej każdą wolną chwilę spędzaliśmy razem, teraz jest inaczej, mijamy się, nie rozmawiamy już tak szczerze, a Michał wydaje się być wiecznie poirytowany i rozdrażniony. Nie podoba mi się to, lecz gdy tylko próbuję coś wyjaśnić on zbywa mnie zasłaniając się praca i zmęczeniem. To ostatnio jego stała wymówka.

Ponure myśli mącą mój spokojny sen, niewyspana wstaję o świcie. Za oknem nieśmiałe promienie słonka przeganiają mrok nocy. Zanosi się na ładną pogodę. Super! Imprezę mogę zorganizować na działce, dobra okazja na rozpoczęcie sezonu grillowego.

Osobiście nie lubię obchodzić, jako takich urodzin, dla mnie ten dzień mógłby minąć jak każdy inny, wiem jednak, że mój brat nie zapomni i nie ma takiej opcji, żeby tego dnia mieliby nie przyjechać. Zbyszek, jego żona Ewa i córa Kasia to jedyna rodzina, z która utrzymuję kontakt. Gdy byłam dzieckiem, mój o pięć lat starszy brat był jedyną opoką w moim życiu. Mimo że mieszkaliśmy z matką to on się mną zajmował i o mnie dbał, a ja go po prostu uwielbiałam. I to się nigdy nie zmieniło.

Dziś nie widujemy się zbyt często, ponieważ Zbyszek po ślubie zamieszkał w rodzinnym domu wraz z matką, a ja, nie bez powodu, wyprowadziłam się na tyle daleko, by swoje odwiedziny w rodzinnych stronach móc ograniczyć do minimum. Zazwyczaj wykręcam się brakiem czasu, ale prawda jest taka, że świadomie unikam powrotów do tamtego domu.

Moje dzieciństwo nie było kolorowe, matka sama nas wychowywała, ojciec zmarł, gdy byłam małą dziewczynką. Mamusia uwielbiała i kochała syna ponad wszystko, mnie zaś ignorowała, oczywiście poza chwilami, gdy wydawała polecenia bądź egzekwowała kary, gdy uznała to za stosowne. Niechęć do niej nie zachwiała więzi łączącej mnie z bratem. Zawsze dobrze się rozumieliśmy. Nigdy nie byłam zazdrosna o matczyną miłość, wystarczał mi widok złości w jej oczach, gdy uświadamiała sobie, że jej ukochany synuś woli spędzać czas z młodszą siostrą, nie z nią. Siła satysfakcji przyćmiewała ból wymierzanych za to kar… Nawet ta ciemna komórka, w której mnie zamykała z czasem przestała mnie tak przerażać. Dziś ta kobieta jest mi zwyczajnie obojętna.

Wyrywając się z ponurych wspomnień ostrożnie, żeby nie obudzić Michała, wstaję z łóżka i na palcach wychodzę z pokoju. Nie mam jeszcze ochoty na śniadanie, więc nalewam sobie tylko szklankę soku pomarańczowego, nie ma to jak dawka witamin z samego rana i wychodzę na balkon. W dole słychać przejeżdżający tramwaj, po drugiej stronie ulicy dostrzegam spacerującego, łysego mięśniaka z psem. Nawet z tej odległości facet sprawia wrażenie jakby właśnie wypuścili go z paki. Wiem, nie powinno się oceniać ludzi po wyglądzie, ale jakoś tak przyszło mi na myśl. Za to psiak super. Brązowy bokser grzecznie trzymający się nogi swego pana. Dopijając sok podziwiam widoczne, nawet z tej odległości, doskonałe porozumienie pomiędzy psem i jego właścicielem.

Po chwili z pustą już szklanką w ręku wracam do mieszkania, które nagle wydaje się takie zimne i puste. Ogarnia mnie smutek, chyba zbyt długo nic tu nie zmienialiśmy. Pokój jest duży i słoneczny, dlatego zdecydowaliśmy się na połączenie ciemnego brązu z beżem. Jedyne wyposażenie tego pomieszczenia to szklana witryna, jasny wypoczynek z drewnianym stolikiem do kawy i ogromny telewizor stojący na komodzie. Ocieplające dodatki to oryginalny żyrandol, ozdobna lampa stojąca w kącie pokoju i szklany obraz wiszący na wolnej ścianie. Ten obraz to mój urodzinowy prezent od Zbyszka i Ewy, są to trzy żółte tulipany na białym tle. Mam go już kilka lata, a wciąż lubię mu się przyglądać, pewnie dlatego, że w mieszkaniu nie mamy żywych kwiatów. Michał kategorycznie sprzeciwia się roślinności w domu, nie przepada za nią, twierdzi, że zieleń działki jest wystarczająca, choć i tam rzadko bywa.

Co do działki i grilla to przydałoby się skoczyć do sklepu po świeże pieczywo i coś na ruszt. Chwilę waham się pod drzwiami sypialni, nie chcę zbudzić królewicza zbyt wcześnie, bo później może być uciążliwie marudny, muszę jednak wejść się ubrać. Najciszej jak to tylko możliwe przemykam w stronę szafy, po drodze zerkam na śpiącego w łóżku mężczyznę. Wygląda uroczo! Wtulony w poduszkę cichutko pochrapuje, a gęste, rude włosy okalają jego głowę niczym aureola. Z trudem pokonuję chęć dotknięcia jego uśpionej twarzy.

— Kocham Cię — szepczę tylko i wychodzę niezauważona.

Najbliższy sklep znajduje się dwie przecznice od mojego bloku nie mam więc długiej drogi. Wracając napotykam pakera z bokserem, kurcze, gość nadal spaceruje. Z bliska wygląda jeszcze potworniej, całą jego lewą rękę pokrywają tatuaże o skomplikowanych wzorach, a na prawym nadgarstku ma dużego, czarnego skorpiona. Mijając go ciężko przełykam ślinę, uspokajam się dopiero, gdy znika za rogiem, aby w pełni odetchnąć przysiadam na drewnianej ławce i chwilę przyglądam się mijającym mnie osobom. Ludzie są zabiegani, zamyśleni, każdy gdzieś się śpieszy, nie mają czasu przystanąć i popatrzeć na budzący się z zimy krajobraz. Jeszcze wczoraj i ja tak pędziłam, a dzisiaj nie wiedzieć czemu ogarnęła mnie jakaś taka dziwna, niezrozumiała nostalgia. Przecież chyba nie dlatego, że kolejny rok wpisuje się w moją metrykę. Mam 32 lata i w sumie niewiele w życiu osiągnęłam, czegoś wciąż mi brakuje, czegoś ważnego, choć tak naprawdę nie wiem czego. Bo przecież jestem szczęśliwa, temu nie zaprzeczam, mam wspaniałego faceta, pracę, która sprawia mi przyjemność i spokojne, poukładane życie. Jak widać, mimo trudnego startu, wyszłam na ludzi, a mogło być o wiele gorzej. Dzieciństwo z wredną matką, która pod byle pretekstem podrzucała dziecko sąsiadom, bądź innym znajomym, uwielbiającą upokarzać i karać swoją córkę, niemającą dla niej jednego dobrego słowa, ani gestu, może różnie wpłynąć na charakter przyszłego, dorosłego człowieka. Mnie się jednak udało, te doświadczenia tylko mnie wzmocniły. Nauczyły radzić sobie w życiu, nie poddawać się, po każdym upadku wstać i z podniesioną głową iść dalej. Nie oznacza to, że jestem idealną osobą, jak każdy w swoim życiu podjęłam kilka niewłaściwych decyzji i popełniłam sporo błędów, których dziś żałuję, a które wiele mnie nauczyły. W życiu nic nie dzieje się bez przyczyny, trzeba tylko wyciągać odpowiednie wnioski i starać się nie popełniać tych samych błędów na nowo.

To, kim dzisiaj jestem zawdzięczam przede wszystkim Zbyszkowi. To on zawsze mnie chronił, wspierał i dawał poczucie bezpieczeństwa. Mobilizował do nauki, a gdy matka wysłała mnie do szkoły z internatem, tylko on interesował się tym jak mi idzie, przyjeżdżał na spotkania z rodzicami i pilnował, żeby niczego mi nie brakowało. Po szkole nie wróciłam do domu, podjęłam pierwszą lepszą pracę byle tylko trzymać się z dala od rodzinnych stron. Zbyszek rozumiał, dlatego nie nalegał, lecz gdy tylko popadałam w kłopoty, zjawiał się i prostował moje życie, za co nigdy nie przestanę być mu wdzięczna…

Zatopiona w dawnych wspomnieniach odruchowo spoglądam na zegarek — Cholera, za piętnaście jedenasta — zrywam się z miejsca i pędzę do domu. Teraz i ja wyglądam jak ci wszyscy ludzie gnani pośpiechem.

Zdyszana wparowuję do mieszkania. Szum prysznica informuje mnie, że Michał jest już na nogach, nie tracąc czasu idę do kuchni dopiąć wszystko na ostatni guzik.

— Hej skarbie, jadłeś już? — pytam chłopaka wychodzącego z łazienki.

— Gdzieś ty była? — burczy jakby wstał lewą nogą.

— W sklepie po mięso na grilla. Pomyślałam, że zamiast kisić się w domu przyjmiemy gości na działce. Co ty na to?

— Gości? — unosi pytająco brew.

Czyżby zapomniał o moich urodzinach?

— Mówiłam ci, będą Jawory — czyli Zbyszek z Ewą i Kasią — Marta z rodziną — Marta to moja najlepsza i jedyna przyjaciółka — i dzwoniłam do Weroniki, obiecała wpaść.

— Nic mi nie mówiła.

— Powiedz, ona ma kogoś?

— Czemu pytasz? — głośno przełyka ślinę.

— Chyba palnęłam gafę, zaprosiłam ją z osobą towarzyszącą, a ona się zmieszała.

— Może nie miała ochoty się tłumaczyć.

— Wcale nie chciałam żeby się tłumaczyła, lubię ją. Swoją drogą szkoda, że nikogo nie ma, jest miłą kobietą zasługuje na miłość. Widzisz, za dużo pracujecie, tobie się udało masz mnie — posyłam mu szeroki uśmiech — a jej latka uciekają, im więcej tym trudniej będzie jej kogoś znaleźć.

— Co mi do tego — warczy rozdrażniony — Muszę na chwilę wyjść, chcesz coś z miasta?

— Nie, mam wszystko — zaszokował mnie swoim zachowaniem, mam tylko nadzieję, że wieczorem zachowa się poprawnie.

— Nic nie zjesz?

— Nie!

— O której wrócisz? Liczę, że wieczorem będziesz? — upewniam się.

— Tak, mam wolne.

— Na obiad zrobię duszone warzywa z kurczakiem.

— Spoko — wychodzi przelotnie całując mnie w policzek.

Stoję oniemiała pośrodku kuchni nie mogąc uwierzyć, że potraktował mnie tak chłodno, zero życzeń, zero czułości, niczym dwoje zwyczajnych sublokatorów. Cholera, coś jest nie tak i nie sądzę, że to wina samej tylko pracy! Nie mam jednak czasu teraz tego roztrząsać, pomyślę o tym innym razem. Teraz muszę skupić się na dniu dzisiejszym, moich gościach i grillowaniu. Zatem schodzę do piwnicy po lodówkę turystyczną, której zamierzam użyć do przetransportowania wałówki na działkę, a później do chłodzenia alkoholu i po brykiet, lecz worek jest prawie pusty. Powinnam zadzwonić do Michała, żeby kupił nowy, ale jakoś nie mam ochoty teraz z nim rozmawiać. Nieważne, kupimy po drodze. Zerkam na zegarek, do przyjazdu Jaworów zostały jeszcze ponad dwie godziny, mogłabym skoczyć na działkę ogarnąć altankę i zawieźć te wszystkie pakunki, żeby później było mniej dźwigania. Powinnam zdążyć przed ich przyjazdem, niemniej jednak wolałabym, żeby Michał był w domu na wypadek gdyby jednak dojechali wcześniej.

Jak na zawołanie drzwi się otwierają i zjawia się mój chłopak.

— Jak dobrze, że jesteś! — mówię uradowana — Mógłbyś zostać w domu? Chciałabym pojechać na działkę zawieźć te pakunki. Powinnam wrócić na czas, ale na wszelki wypadek lepiej, żeby ktoś był w domu.

— Nie ma problemu. Przypilnować czegoś w kuchni? — zaskakuje mnie tą propozycją.

— Gdyby ci się chciało, tak o wpół do trzeciej, wstaw warzywa do duszenia, mięso mam już usmażone, więc później tylko zmieszam wszystko razem i obiad będzie gotowy.

— W porządku — przytakuje.

— A pomożesz mi to zanieść do auta?

— Sporo tego, może jednak lepiej zostać w domu — krzywi się.

— Daj spokój, będzie fajnie. Tam zrobimy grilla i trochę posiedzimy, dotlenimy się, a później wrócimy tutaj. Chce mi się świeżego powietrza, po tej zimie mam dość siedzenia w domu, nic tylko praca dom, dom praca, nareszcie mamy wiosnę, pora się ruszyć i odsapnąć na łonie natury.

— Ty i ta twoja przyroda — niezadowolony przewraca oczami.

Pomijam milczeniem jego niechęć i dalej upycham pakunki w bagażniku.

— W porządku, wszystko zapakowane, to jadę. Na razie. Pa!

Przelotnie cmokam go w usta, wsiadam do samochodu i ruszam spod bloku. Na sąsiedniej ulicy zatrzymuję się przed przejściem dla pieszych, by przepuścić czekającego na chodniku mężczyznę z psem. Z niedowierzaniem stwierdzam, że to ten sam mięśniak, którego widziałam dziś rano. Gość najwyraźniej zauważa moje zainteresowanie i chyba nie bardzo mu to odpowiada, bo rzuca mi mordercze spojrzenie, od którego krew tężeje mi w żyłach. Spanikowana pochylam się w stronę radia udając, że coś w nim przełączam, gdy podnoszę wzrok ulica jest pusta.

— To było, co najmniej dziwne — mówię do siebie, czując kropelki potu na górnej wardze. Liczę w myślach do dziesięciu i ruszam w swoją stronę.

Po drodze zatrzymuję się jeszcze na stacji paliw i kupuję dwa worki brykietu, odrobinę przepłacam, ale nie mam teraz czasu biegać po marketach. Dojeżdżając do ogródków działkowych jestem już zupełnie spokojna. Kiedy idę aleją wstępują we mnie nowe siły. Widok jest niesamowity, większość drzew pięknie kwitnie, wokół jest zielono, ptaki wyśpiewują swoje trele. To naprawdę rozbudza chęć do życia, nie rozumiem jak można nie lubić przyrody. O tę działkę długo walczyłam z Michałem, zgodził się pod warunkiem, że nie będę go w nic angażować, na co chętnie przystałam wiedząc, że to będzie moje miejsce, mój wymarzony azyl. Nie uprawiam tutaj warzyw, ponieważ nie mam na to czasu, wystarcza mi trawnik, kilka drzew i krzewów oraz mały klombik. Nic, co wymaga większej wprawy i zaangażowania. Liczy się tylko to, że mam gdzie odpocząć po ciężkim tygodniu pracy, czy zorganizować grilla dla znajomych. Michał swoją obecność tutaj ogranicza jedynie do takich chwil jak ta, o ile go znam nie będzie się udzielał fizycznie, to Zbyszek z Jackiem rozpalą ogień i zajmą się grillowaniem, ale to akurat mi nie przeszkadza. Bardziej obawiam się o nastrój mojego partnera, nie chciałabym żeby swoimi fochami zepsuł nam wieczór.

Nie zwlekając dłużej zabieram się za porządki, stół, krzesła, parasol i leżaki pucuję na błysk, altankę zaś ogarniam tylko z grubsza, na więcej nie mam już czasu, jeśli chcę zdążyć przed moimi gośćmi to najwyższa pora wracać do domu. Parkując pod blokiem nie dostrzegam nigdzie samochodu Zbyszka, co oznacza, że jeszcze ich nie ma — Dobrze, zdążyłam — pędzę do klatki. Szczęśliwie winda jest na dole, co dodaje mi kilka cennych minut. Uśmiecham się do swoich myśli, cóż taka już jestem nie cierpię się spóźniać, a już na pewno niedopuszczalnym jest umówionych gości przyjąć niegotowym.

Zasapana wpadam do mieszkania.

— Jestem! — krzyczę od progu — Wstawiłeś warzywka?

— Tak — głowa Michała pojawia się w drzwiach kuchni.

— Super, dzięki misiu. Będę gotowa za 15 minut.

W ekspresowym tempie biorę prysznic, szybko suszę moje długie, kasztanowe włosy, robię makijaż i idę do sypialni się ubrać. Jeżeli wystarczy mi czasu to zajmę się włosami, jeśli nie, po prostu zwiążę je luźno na karku. Moja kreacja na dzisiejszy wieczór to czarne rurki i chabrowa tunika z krótkim rękawem, nic wyszukanego, gdyż gustuję w takich właśnie prostych strojach. Całości dopełniają duże, srebrne kolczyki w kształcie koła i łańcuszek oplatający szyję. Na lewym nadgarstku noszę zegarek i dwie bransoletki. Tej biżuterii nie zdejmuję nigdy. Zegarek to prezent od brata na 25 urodziny, a bransoletki sprezentowałam sobie sama. Na jednej są trzy serduszka z wygrawerowanymi imionami brata, bratowej i ich córci, a mojej chrześnicy. Drugą zaś kupiłam dawno temu pod natchnieniem chwili i na niej zawieszona jest figurka chłopczyka, nie wiem czemu to zrobiłam, nie mam potrzeby wychodzić za mąż, ani rodzić dzieci. Przeraża mnie myśl, że dziedzicząc geny matki mogłabym być taka jak ona, że miałabym żyć nienawidząc własne dziecko, albo z jego nienawiścią do mnie. O nie, to wykluczone…

Z ponurych myśli wyrywa mnie głos Michała.

— Kochanie, co tak długo?

— Już prawie jestem gotowa, jeszcze tylko ułożę włosy!

Po chwili chłopak wchodzi do sypialni, wyjmuje z szuflady małą paczuszkę owiniętą kolorowym papierem i dużą kokardą, wręcza mi, po czym bierze w ramiona i namiętnie całuje. Ach! Nareszcie wrócił… mój mężczyzna… właśnie takiego go kocham…

Zarzucam mu ręce na szyję, palce wplatam w kędzierzawe włosy i przytulam mocno do siebie. Michał powolnym ruchem przesuwa dłońmi po moich włosach, twarzy, aż do zagłębienia szyi wywołując tym przyjemny dreszczyk podniecenia. Przymykam powieki i rozkoszuję się jego dotykiem i słodkim smakiem ust. Tak za tym tęskniłam.

Głuchy dźwięk dzwonka sprowadza nas na ziemię — Nie teraz — wzdycham, rozdarta między pragnieniem kontynuowania, a obowiązkiem przyjęcia gości. Wiem jednak, że za drzwiami czeka mój braciszek i to zwycięża. Powoli odrywam się od Michała, posyłam mu przepraszający uśmiech i gorliwie zapewniam, że w nocy wszystko nadrobimy.

Idąc w kierunku drzwi wejściowych na moment ukrywam twarz w dłoniach i głęboko oddycham chcąc uspokoić szybko bijące serce. Po chwili naciskam klamkę i w tym samym momencie ląduję w niedźwiedzim uścisku mojego brata. On zawsze tak robi, a ja wybucham głośnym śmiechem, choć wiem, że zaraz i tak się rozczulę i bez łez się nie obejdzie. Cudownie, że przyjechali już strasznie tęskniłam, choć jeszcze nie na tyle, by przemóc się i pojechać do nich na wieś.

— Cześć siostruś — brat wita mnie z promiennym uśmiechem.

— Cześć, tak się cieszę, że jesteście. Wchodźcie proszę — delikatnie popycham go w głąb mieszkania i odwracam się do bratowej. Ewa znów sprawia wrażenie lekko podenerwowanej, mimo że już dawno temu wszystko sobie wyjaśniłyśmy, ona nadal czuje się winna za relacje, jakie łączą ją z moją matką. Niepotrzebnie, bo ja naprawdę szczerze się cieszę, że ta kobieta, wbrew moim obawom, potrafiła pokochać synową i wnuczkę równie mocno jak syna, dzięki czemu nie zatruwa im życia tak, jak to było w moim przypadku. Odsuwając na bok przykre wspomnienia, serdecznie witam się z bratową i wpuszczam ją do środka. W tym samym momencie uderza we mnie torpeda, jestem jednak na nią przygotowana. To moja zwariowana chrześnica rzuca się na moją szyję.

— Hejka ciociu — szczebiocze wesoło, mocno obejmując mnie swoimi, chudymi ramionami. Jej długie, kręcone włosy cudnie pachną dojrzałą truskawką, to efekt jej ulubionego, dziecięcego szamponu, którego wciąż używa. Pochylam lekko głowę i całuję ją w czoło, nie mogę uwierzyć, że jest już prawie mojego wzrostu.

— Skarbie, kiedy ty tak wyrosłaś? — pytam zaskoczona, a ona prostuje się zadowolona — Jeszcze trochę i mnie przerośniesz.

— Tato mówi, że jestem wysoka jak on, szczupła jak mama i kochana jak ciocia — szczerzy do mnie swoje równe, białe ząbki.

— Tata czasem mądrze mówi — uśmiecham się zakłopotana.

— Tata zawsze mądrze mówi — wcina się mój brat.

— Tak, tak, oczywiście — przytakujemy równocześnie i wszyscy wybuchamy głośnym śmiechem. Nie da się jednak zaprzeczyć, że Zbyszek to naprawdę mądry i inteligentny facet. Pewny siebie, zawsze doskonale wiedział co chce w życiu osiągnąć i w pełni zrealizował swoje marzenia. Ma trzydzieści siedem lat, jest ojcem wspaniałej córki i mężem kobiety, na którą po szesnastu latach wciąż patrzy z uwielbieniem. Dorobili się własnej firmy transportowej, która prosperuje całkiem dobrze. Są naprawdę szczęśliwi i zadowoleni z życia. Czegóż chcieć więcej.

Kasia wciąż do mnie przyklejona składa mi serdeczne życzenia, a Ewa wręcza prezent.

— Mam nadzieję, że będzie trafiony — mówi z niepewną miną.

— Oj, na pewno. Już nieraz przekonałyśmy się, że mamy podobny gust.

— Niby tak, ale czasem naprawdę trudno wybrać.

— Przecież wiesz, że wszystko, co od was dostałam zawsze długo mi służy i bardzo mi się podoba — zapewniam gorliwie, wskazując dla przykładu obraz wiszący na ścianie.

W tym momencie Zbyszek podchodzi do mnie z pięknym, kolorowym bukietem. Do oczu znów napływają mi łzy wzruszenia, on dobrze wie jak bardzo lubię kwiaty. Dla Michała kupowanie, jak on to mówi zielska, jest zbędnym wydawaniem pieniędzy, dlatego nigdy nie podarował mi żadnego, za to Zbyszek kupuje przy każdej możliwej okazji.

Wręcza mi kwiaty, składa życzenia i przytula tak mocno, że zaczynam obawiać się o swoje żebra. Po pokoju roznosi się intensywny zapach frezji.

— Dziękuję wam, są naprawdę cudowne — sięgam po wazon, lecz Kasia mnie wyręcza i biegnie do kuchni po wodę. Nie mogę oderwać oczu od mojego bukietu, ponownie przystawiam go do twarzy i zaciągam się jego zniewalającym zapachem. Wzdycham niechętnie, gdy Kasia odbiera mi kwiaty, aby wstawić je do wody — No dobrze rozgośćcie się, a ja podam obiad.

— A to Michała nie ma? — dopytuje Ewa.

— Jestem, jestem, witajcie! — Michał pojawia się w drzwiach sypialni. Robi mi się głupio, bo szczerze powiedziawszy całkiem o nim zapomniałam — Przepraszam, rozmawiałem przez telefon — tłumaczy swoją nieobecność — Weronika dzwoniła, będzie o piątej.

— Uprzedziłeś, żeby przyjechała na działkę? — upewniam się.

— Tak, ale nie wie gdzie, więc będę musiał po nią wyjść.

— Dobrze — przytakuję — Słuchajcie, zaplanowałam wieczór na świeżym powietrzu — zwracam się do moich gości — Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko temu. Jest tak ładna pogoda, że szkoda kisić się w domu. Pomyślałam, że tutaj zjemy obiad, poczekamy na Martę, a później spacerkiem przejdziemy się na działkę — widząc pełną aprobatę w oczach zebranych wokół mnie osób, oczywiście poza jednymi, cieszę się, że wpadłam na ten pomysł.

Podczas obiadu Kasia opowiada nam swoje szkolne historie rozbawiając nas na całego, po czym przechodzimy do poważniejszych tematów, ja wypytuję jak idzie w firmie, a oni co u mnie w pracy, aż wreszcie dochodzimy do TEGO momentu…

— U mamy wszystko w porządku — Zbyszek tradycyjnie rzuca jakby od niechcenia — Była trochę przeziębiona, ale jej przechodzi. W przyszłym tygodniu ma kontrolną wizytę u ortopedy, na szczęście złamanie ładnie się goi i ból chyba minął, bo odstawiła już leki — nie odzywam się tylko przytakuję i czekam aż skończy.

To nasz stały rytuał, ja nigdy nie pytam, on zawsze wspomina. Kiedyś złościłam się nie chcąc o niej nawet słyszeć z czasem przywykłam i teraz przyjmuję to bez słowa. Zmieniając temat wspominam o ostatnim, niebezpiecznym sukcesie Michała i dyskusja toczy się nowym torem, który zostaje zakłócony przez głośny dźwięk dzwonka u drzwi wejściowych. Kasia biegnie otworzyć. Po chwili Szulcowie wchodzą do pokoju głośno śpiewając tradycyjne Sto lat… Rumienie się z zakłopotania i przyjmuję kolejne życzenia i uściski. Mimo że prosiłam przyjaciółkę, aby nic nie kupowała ona i tak wręcza mi prezent, a chłopaki po ślicznej, herbacianej róży sprawiając mi tym niesamowitą przyjemność!

Martę poznałam w obecnej pracy, to ona wprowadzała mnie w zakres moich obowiązków i szybko odkryłyśmy, że nadajemy na tych samych falach, nic więc dziwnego, że znajomość przerodziła się w szczerą przyjaźń. Jest wesołą, energiczną trzydziestopięciolatką, jej mąż Jacek to stateczny, sympatyczny bankowiec, a ich dziesięcioletnie latorośle to bliźniaki Kamil i Krystian. Słodkie chłopaki. Mając ich wszystkich przy sobie czuję się naprawdę szczęśliwa, nawet krzywy uśmiech Michała, na widok kolejnych kwiatów, nie jest w stanie zmącić mojej radości. Do pełnego kompletu brakuje już tylko Weroniki, która właśnie dzwoniła, że jest już w drodze. Michał więc zostaje by na nią poczekać, a my spacerkiem ruszamy w drogę. Nasza wesoła gromadka przyciąga uwagę przechodniów. Ludzie uśmiechają się do nas, a niektórzy nawet wesoło zagadują. Po drugiej stronie ulicy dostrzegam siedzącego na ławce, groźnie wyglądającego faceta — Mój boże, kolejny paker, drugi w jednym dniu, na jednej ulicy, to musi być jakiś zlot mięśniaków — przemyka mi przez myśl i więcej nie zawracam sobie nim głowy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 37.09