E-book
27.04
drukowana A5
37.09
Przewrotny los…

Bezpłatny fragment - Przewrotny los…

Objętość:
242 str.
ISBN:
978-83-8126-681-9
E-book
za 27.04
drukowana A5
za 37.09

.

Na wstępie chcę podziękować


mojej kochanej wychowawczyni Pani Małgosi Miłoch

za pomoc w redagowaniu tekstu i zmobilizowaniu mnie

do wydania tej książki,


wirtualnemu przyjacielowi Januszowi oraz Gosi

za nieustanną motywację w trakcie mojego pisania,


mojemu bratu, bratowej i przyjaciółce Kasi

za wiarę w moje możliwości,


Tobie Drogi Czytelniku

że sięgnąłeś po ten właśnie tytuł,


a przede wszystkim mojemu synowi Pawłowi

dzięki któremu uwierzyłam w siebie!

.

Przewrotny los…

.

Życie często przynosi nam rozczarowanie, aczkolwiek czasem potrafi nas zaskoczyć. Mamy wielkie plany, nadzieje, aż pewnego dnia budzimy się z niejasnym odczuciem, że nasze życie jest po prostu nudne. Czasem wcale sobie tego nie uświadamiamy, póki los sam nie otworzy nam oczu. Czasem jest za późno na zmiany, a czasem okazuje się być to idealny moment na odnalezienie tego, co w życiu najważniejsze… potrzeba tylko odrobinę odwagi.

Pamiętajmy, że prawdziwa miłość nadaje życiu kolorów i to ona daje nam szczęście.


.

„Nigdzie nie kupisz szczęścia

miłość daje je gratis.”

Phil Bosmans

.

Rozdział I

Nareszcie weekend, to był wyjątkowo długi i ciężki tydzień! Wychodzę z pracy totalnie wypompowana marząc o szybkim powrocie do domu, ciepłej, relaksującej kąpieli i filiżance ulubionej kawy. Najpierw jednak muszę jeszcze skoczyć do sklepu zrobić zakupy, przecież jutro moje urodziny, wypadałoby coś przygotować, znajomi pewnie wpadną na torta i kawę, a na pewno przyjedzie mój braciszek, on nigdy nie zapomina. Ta myśl dodaje mi skrzydeł i mimo zmęczenia ochoczo pędzę do sklepu.

Po udanych zakupach wracam wreszcie do domu. Parkuję pod blokiem i rozglądam się za samochodem Michała — Czyżby znów nie było go w domu? Liczyłam, że pomoże mi z tymi pakunkami. Przecież miał mieć dzisiaj wolne, ciekawe czy przynajmniej sprzątnął mieszkanie, jak go o to prosiłam — wzdycham zrezygnowana, wypakowując bagażnik.

Michał to mój partner, poznaliśmy się banalnie, po prostu w pracy. Dostałam etat w archiwum Komendy Miejskiej Policji, jako pracownik cywilny, on przystojny policjant właśnie awansował na dzielnicowego. Trudno było uwierzyć, że taki facet jak on może zainteresować się tak przeciętną dziewczyną jak ja, a jednak może, gdyż jesteśmy razem już sześć lat i ogólnie dobrze nam z sobą. Poza takimi chwilami jak ta, gdy umawiam się z nim, liczę na niego, a jego oczywiście nie ma.

A wszystko przez to, że aktualnie pracuje nad jakąś dużą sprawą, podobnież zgarnęli ważnego bossa szajki, a teraz uganiają się za resztą bandy. Cały komisariat pracuje na najwyższych obrotach, to stąd ta jego ciągła nieobecność i znikanie bez uprzedzenia. Wiem, że praca jest dla niego niezmiernie ważna, dlatego staram się być pod tym względem wyrozumiała i cierpliwa, ale czasami zdarzają się takie momenty, w których potrzebuję mieć go także dla siebie. Czy naprawdę wymagam za dużo sporadycznie prosząc o pomoc, a okazjonalnie pragnąc jego obecności w domu? Przecież nie samą pracą człowiek żyje, czasami potrzebuje także odpocząć.

Zatrzaskuję opróżniony bagażnik i cicho pojękując idę w stronę mojego bloku. Na plecach czuję przyjemne promienie słońca. Wiosna jest cudowna! Rozglądam się wokół. Trawnik pięknie się zieleni, ptaki uroczo ćwierkają, na drzewach pojawiły się już pierwsze pąki, a gdzieniegdzie nawet kwitnące kwiaty. Kurcze, codzienność tak nas pogania, że umyka nam tak wiele. Może są to drobne sprawy, ale to z nich powinniśmy czerpać przyjemność i nimi się cieszyć. Tylko, kto ma dzisiaj na to czas…

Wchodzę do klatki schodowej i przystaję przed windą. Dobrze, że ją mamy, schodami byłoby mi ciężko wtaszczyć te zakupy na górę. Nasze mieszkanko znajduje się na trzecim piętrze. Jest niewielkie, ale bardzo wygodne. Przestronny salon z wyjściem na balkon, mała, lecz funkcjonalna kuchenka, łazienka i duża sypialnia. Cóż więcej potrzeba, najważniejsze, że jest nam w nim dobrze. Krytycznie rozglądam się po pokoju i muszę przyznać, że czas pomyśleć o remoncie. Odkąd się wprowadziliśmy nic tutaj nie zmienialiśmy, a ściany już aż proszą się o odnowienie. Coś mi mówi, że sama będę musiała o tym pomyśleć, na Michała nie mam co liczyć, rozgrzebie i zabraknie mu czasu, aby dokończyć.

No dobrze — mobilizuję się w myślach — czas zakasać rękawy i brać się do roboty. Przekąski same się nie zrobią.

Na szczęście Michał przed wyjściem ogarnął mieszkanie, więc przynajmniej to mam z głowy.

— Dzięki skarbie i przepraszam, że wątpiłam — mówię do siebie, uśmiechając się pod nosem.

Przy dźwiękach ulubionych piosenek uwijam się z wszystkim tak szybko i sprawnie, że już po paru godzinach wyczerpana, ale i zadowolona z siebie, z lampką ulubionego wina w dłoni, rozsiadam się wygodnie przed telewizorem i wreszcie mogę odpocząć. Różowy płyn cudownie rozluźnia moje ciało. Sięgam po telefon i wybieram numer Michała, cały tydzień mijaliśmy się, więc dla odmiany miło byłoby się do niego dziś przytulić. Nic z tego, nie odbiera! Rozczarowana zamieniam telefon na pilota i bezmyślnie skaczę po kanałach, aż w końcu zatrzymuję się na jakiejś banalnej komedii, która jednak zupełnie mnie nie wciąga. Niezdecydowana, iść spać czy zaczekać na Michała, ponownie próbuję się do niego dodzwonić może okaże się, że akurat wraca. Niestety, wciąż nie odbiera, chyba lepiej się położę jutro czeka mnie dzień pełen wrażeń.

Zawiedziona biorę szybki prysznic, zakładam moją ulubioną, nocną koszulkę i ciężko maszeruję do łóżka — Nie pojmuję jak moja bratowa może sypiać w ciepłych, flanelowych piżamkach i frotowych skarpetach — ta myśl mnie rozśmiesza — Ja, bez względu na porę roku, sypiam w długiej, satynowej haleczce na cienkich ramiączkach. Tak mi wygodnie, a jednocześnie czuję się w niej kobieco i seksownie — Dziś jednak staram się o tym nie myśleć, ogarnięta samotnością i tęsknotą wtulam się w miękki materac i natychmiast zapadam w głęboki sen, z którego wyrywa mnie szum prysznica i ciche kroki zbliżającego się do łóżka mężczyzny.

— Cześć, która godzina? — przecieram zaspane oczy.

— Trzecia, śpij.

— Ciężko było? — ziewam w poduszkę — Coś nowego w sprawie tego zatrzymania?

— Deptamy im po piętach, ale wciąż się wymykają — wzdycha kładąc się do łóżka. Gdy próbuję go przytulić on natychmiast się odsuwa — Daj spokój jestem wykończony.

— Wiem, chciałam tylko buziaka.

— Jestem padnięty — sapie i odwraca się do mnie plecami.

Zaskoczona jego zachowaniem tępo wpatruję się w nagie plecy mężczyzny. Przecież chciałam tylko przytulić i pocieszyć mojego faceta po ciężkim dniu pracy. Nic więcej! Rozumiem jak trudne są to dla niego chwile. Odpowiedzialna i stresująca praca, tym bardziej teraz przy tak ważnej sprawie może wykończyć, ale czy to powód by być tak obcesowym?

— Całus nie wymaga zbyt wielkiego wysiłku. Dobranoc — szepczę przełykając gorzkie łzy rozczarowania.

Co się z nami stało? Kiedyś wracał do domu i chętnie dzielił się wrażeniami z pracy. Nieważne, czy był to ciężki czy nudny dzień, liczyła się rozmowa. Interesował się także tym jak ja spędziłam dzień. Zawsze pytał o moją pracę, choć niewiele miałam na ten temat do powiedzenia, bo cóż ciekawego może być w przerzucaniu papierów w archiwum. Lubię swoją pracę, nawet bardzo, lecz nie dzieje się tam nic nadzwyczajnego, aby opowiadać o niej fascynujące historie. On mimo wszystko wypytywał z zainteresowaniem. Dawniej każdą wolną chwilę spędzaliśmy razem, teraz jest inaczej, mijamy się, nie rozmawiamy już tak szczerze, a Michał wydaje się być wiecznie poirytowany i rozdrażniony. Nie podoba mi się to, lecz gdy tylko próbuję coś wyjaśnić on zbywa mnie zasłaniając się praca i zmęczeniem. To ostatnio jego stała wymówka.

Ponure myśli mącą mój spokojny sen, niewyspana wstaję o świcie. Za oknem nieśmiałe promienie słonka przeganiają mrok nocy. Zanosi się na ładną pogodę. Super! Imprezę mogę zorganizować na działce, dobra okazja na rozpoczęcie sezonu grillowego.

Osobiście nie lubię obchodzić, jako takich urodzin, dla mnie ten dzień mógłby minąć jak każdy inny, wiem jednak, że mój brat nie zapomni i nie ma takiej opcji, żeby tego dnia mieliby nie przyjechać. Zbyszek, jego żona Ewa i córa Kasia to jedyna rodzina, z która utrzymuję kontakt. Gdy byłam dzieckiem, mój o pięć lat starszy brat był jedyną opoką w moim życiu. Mimo że mieszkaliśmy z matką to on się mną zajmował i o mnie dbał, a ja go po prostu uwielbiałam. I to się nigdy nie zmieniło.

Dziś nie widujemy się zbyt często, ponieważ Zbyszek po ślubie zamieszkał w rodzinnym domu wraz z matką, a ja, nie bez powodu, wyprowadziłam się na tyle daleko, by swoje odwiedziny w rodzinnych stronach móc ograniczyć do minimum. Zazwyczaj wykręcam się brakiem czasu, ale prawda jest taka, że świadomie unikam powrotów do tamtego domu.

Moje dzieciństwo nie było kolorowe, matka sama nas wychowywała, ojciec zmarł, gdy byłam małą dziewczynką. Mamusia uwielbiała i kochała syna ponad wszystko, mnie zaś ignorowała, oczywiście poza chwilami, gdy wydawała polecenia bądź egzekwowała kary, gdy uznała to za stosowne. Niechęć do niej nie zachwiała więzi łączącej mnie z bratem. Zawsze dobrze się rozumieliśmy. Nigdy nie byłam zazdrosna o matczyną miłość, wystarczał mi widok złości w jej oczach, gdy uświadamiała sobie, że jej ukochany synuś woli spędzać czas z młodszą siostrą, nie z nią. Siła satysfakcji przyćmiewała ból wymierzanych za to kar… Nawet ta ciemna komórka, w której mnie zamykała z czasem przestała mnie tak przerażać. Dziś ta kobieta jest mi zwyczajnie obojętna.

Wyrywając się z ponurych wspomnień ostrożnie, żeby nie obudzić Michała, wstaję z łóżka i na palcach wychodzę z pokoju. Nie mam jeszcze ochoty na śniadanie, więc nalewam sobie tylko szklankę soku pomarańczowego, nie ma to jak dawka witamin z samego rana i wychodzę na balkon. W dole słychać przejeżdżający tramwaj, po drugiej stronie ulicy dostrzegam spacerującego, łysego mięśniaka z psem. Nawet z tej odległości facet sprawia wrażenie jakby właśnie wypuścili go z paki. Wiem, nie powinno się oceniać ludzi po wyglądzie, ale jakoś tak przyszło mi na myśl. Za to psiak super. Brązowy bokser grzecznie trzymający się nogi swego pana. Dopijając sok podziwiam widoczne, nawet z tej odległości, doskonałe porozumienie pomiędzy psem i jego właścicielem.

Po chwili z pustą już szklanką w ręku wracam do mieszkania, które nagle wydaje się takie zimne i puste. Ogarnia mnie smutek, chyba zbyt długo nic tu nie zmienialiśmy. Pokój jest duży i słoneczny, dlatego zdecydowaliśmy się na połączenie ciemnego brązu z beżem. Jedyne wyposażenie tego pomieszczenia to szklana witryna, jasny wypoczynek z drewnianym stolikiem do kawy i ogromny telewizor stojący na komodzie. Ocieplające dodatki to oryginalny żyrandol, ozdobna lampa stojąca w kącie pokoju i szklany obraz wiszący na wolnej ścianie. Ten obraz to mój urodzinowy prezent od Zbyszka i Ewy, są to trzy żółte tulipany na białym tle. Mam go już kilka lata, a wciąż lubię mu się przyglądać, pewnie dlatego, że w mieszkaniu nie mamy żywych kwiatów. Michał kategorycznie sprzeciwia się roślinności w domu, nie przepada za nią, twierdzi, że zieleń działki jest wystarczająca, choć i tam rzadko bywa.

Co do działki i grilla to przydałoby się skoczyć do sklepu po świeże pieczywo i coś na ruszt. Chwilę waham się pod drzwiami sypialni, nie chcę zbudzić królewicza zbyt wcześnie, bo później może być uciążliwie marudny, muszę jednak wejść się ubrać. Najciszej jak to tylko możliwe przemykam w stronę szafy, po drodze zerkam na śpiącego w łóżku mężczyznę. Wygląda uroczo! Wtulony w poduszkę cichutko pochrapuje, a gęste, rude włosy okalają jego głowę niczym aureola. Z trudem pokonuję chęć dotknięcia jego uśpionej twarzy.

— Kocham Cię — szepczę tylko i wychodzę niezauważona.

Najbliższy sklep znajduje się dwie przecznice od mojego bloku nie mam więc długiej drogi. Wracając napotykam pakera z bokserem, kurcze, gość nadal spaceruje. Z bliska wygląda jeszcze potworniej, całą jego lewą rękę pokrywają tatuaże o skomplikowanych wzorach, a na prawym nadgarstku ma dużego, czarnego skorpiona. Mijając go ciężko przełykam ślinę, uspokajam się dopiero, gdy znika za rogiem, aby w pełni odetchnąć przysiadam na drewnianej ławce i chwilę przyglądam się mijającym mnie osobom. Ludzie są zabiegani, zamyśleni, każdy gdzieś się śpieszy, nie mają czasu przystanąć i popatrzeć na budzący się z zimy krajobraz. Jeszcze wczoraj i ja tak pędziłam, a dzisiaj nie wiedzieć czemu ogarnęła mnie jakaś taka dziwna, niezrozumiała nostalgia. Przecież chyba nie dlatego, że kolejny rok wpisuje się w moją metrykę. Mam 32 lata i w sumie niewiele w życiu osiągnęłam, czegoś wciąż mi brakuje, czegoś ważnego, choć tak naprawdę nie wiem czego. Bo przecież jestem szczęśliwa, temu nie zaprzeczam, mam wspaniałego faceta, pracę, która sprawia mi przyjemność i spokojne, poukładane życie. Jak widać, mimo trudnego startu, wyszłam na ludzi, a mogło być o wiele gorzej. Dzieciństwo z wredną matką, która pod byle pretekstem podrzucała dziecko sąsiadom, bądź innym znajomym, uwielbiającą upokarzać i karać swoją córkę, niemającą dla niej jednego dobrego słowa, ani gestu, może różnie wpłynąć na charakter przyszłego, dorosłego człowieka. Mnie się jednak udało, te doświadczenia tylko mnie wzmocniły. Nauczyły radzić sobie w życiu, nie poddawać się, po każdym upadku wstać i z podniesioną głową iść dalej. Nie oznacza to, że jestem idealną osobą, jak każdy w swoim życiu podjęłam kilka niewłaściwych decyzji i popełniłam sporo błędów, których dziś żałuję, a które wiele mnie nauczyły. W życiu nic nie dzieje się bez przyczyny, trzeba tylko wyciągać odpowiednie wnioski i starać się nie popełniać tych samych błędów na nowo.

To, kim dzisiaj jestem zawdzięczam przede wszystkim Zbyszkowi. To on zawsze mnie chronił, wspierał i dawał poczucie bezpieczeństwa. Mobilizował do nauki, a gdy matka wysłała mnie do szkoły z internatem, tylko on interesował się tym jak mi idzie, przyjeżdżał na spotkania z rodzicami i pilnował, żeby niczego mi nie brakowało. Po szkole nie wróciłam do domu, podjęłam pierwszą lepszą pracę byle tylko trzymać się z dala od rodzinnych stron. Zbyszek rozumiał, dlatego nie nalegał, lecz gdy tylko popadałam w kłopoty, zjawiał się i prostował moje życie, za co nigdy nie przestanę być mu wdzięczna…

Zatopiona w dawnych wspomnieniach odruchowo spoglądam na zegarek — Cholera, za piętnaście jedenasta — zrywam się z miejsca i pędzę do domu. Teraz i ja wyglądam jak ci wszyscy ludzie gnani pośpiechem.

Zdyszana wparowuję do mieszkania. Szum prysznica informuje mnie, że Michał jest już na nogach, nie tracąc czasu idę do kuchni dopiąć wszystko na ostatni guzik.

— Hej skarbie, jadłeś już? — pytam chłopaka wychodzącego z łazienki.

— Gdzieś ty była? — burczy jakby wstał lewą nogą.

— W sklepie po mięso na grilla. Pomyślałam, że zamiast kisić się w domu przyjmiemy gości na działce. Co ty na to?

— Gości? — unosi pytająco brew.

Czyżby zapomniał o moich urodzinach?

— Mówiłam ci, będą Jawory — czyli Zbyszek z Ewą i Kasią — Marta z rodziną — Marta to moja najlepsza i jedyna przyjaciółka — i dzwoniłam do Weroniki, obiecała wpaść.

— Nic mi nie mówiła.

— Powiedz, ona ma kogoś?

— Czemu pytasz? — głośno przełyka ślinę.

— Chyba palnęłam gafę, zaprosiłam ją z osobą towarzyszącą, a ona się zmieszała.

— Może nie miała ochoty się tłumaczyć.

— Wcale nie chciałam żeby się tłumaczyła, lubię ją. Swoją drogą szkoda, że nikogo nie ma, jest miłą kobietą zasługuje na miłość. Widzisz, za dużo pracujecie, tobie się udało masz mnie — posyłam mu szeroki uśmiech — a jej latka uciekają, im więcej tym trudniej będzie jej kogoś znaleźć.

— Co mi do tego — warczy rozdrażniony — Muszę na chwilę wyjść, chcesz coś z miasta?

— Nie, mam wszystko — zaszokował mnie swoim zachowaniem, mam tylko nadzieję, że wieczorem zachowa się poprawnie.

— Nic nie zjesz?

— Nie!

— O której wrócisz? Liczę, że wieczorem będziesz? — upewniam się.

— Tak, mam wolne.

— Na obiad zrobię duszone warzywa z kurczakiem.

— Spoko — wychodzi przelotnie całując mnie w policzek.

Stoję oniemiała pośrodku kuchni nie mogąc uwierzyć, że potraktował mnie tak chłodno, zero życzeń, zero czułości, niczym dwoje zwyczajnych sublokatorów. Cholera, coś jest nie tak i nie sądzę, że to wina samej tylko pracy! Nie mam jednak czasu teraz tego roztrząsać, pomyślę o tym innym razem. Teraz muszę skupić się na dniu dzisiejszym, moich gościach i grillowaniu. Zatem schodzę do piwnicy po lodówkę turystyczną, której zamierzam użyć do przetransportowania wałówki na działkę, a później do chłodzenia alkoholu i po brykiet, lecz worek jest prawie pusty. Powinnam zadzwonić do Michała, żeby kupił nowy, ale jakoś nie mam ochoty teraz z nim rozmawiać. Nieważne, kupimy po drodze. Zerkam na zegarek, do przyjazdu Jaworów zostały jeszcze ponad dwie godziny, mogłabym skoczyć na działkę ogarnąć altankę i zawieźć te wszystkie pakunki, żeby później było mniej dźwigania. Powinnam zdążyć przed ich przyjazdem, niemniej jednak wolałabym, żeby Michał był w domu na wypadek gdyby jednak dojechali wcześniej.

Jak na zawołanie drzwi się otwierają i zjawia się mój chłopak.

— Jak dobrze, że jesteś! — mówię uradowana — Mógłbyś zostać w domu? Chciałabym pojechać na działkę zawieźć te pakunki. Powinnam wrócić na czas, ale na wszelki wypadek lepiej, żeby ktoś był w domu.

— Nie ma problemu. Przypilnować czegoś w kuchni? — zaskakuje mnie tą propozycją.

— Gdyby ci się chciało, tak o wpół do trzeciej, wstaw warzywa do duszenia, mięso mam już usmażone, więc później tylko zmieszam wszystko razem i obiad będzie gotowy.

— W porządku — przytakuje.

— A pomożesz mi to zanieść do auta?

— Sporo tego, może jednak lepiej zostać w domu — krzywi się.

— Daj spokój, będzie fajnie. Tam zrobimy grilla i trochę posiedzimy, dotlenimy się, a później wrócimy tutaj. Chce mi się świeżego powietrza, po tej zimie mam dość siedzenia w domu, nic tylko praca dom, dom praca, nareszcie mamy wiosnę, pora się ruszyć i odsapnąć na łonie natury.

— Ty i ta twoja przyroda — niezadowolony przewraca oczami.

Pomijam milczeniem jego niechęć i dalej upycham pakunki w bagażniku.

— W porządku, wszystko zapakowane, to jadę. Na razie. Pa!

Przelotnie cmokam go w usta, wsiadam do samochodu i ruszam spod bloku. Na sąsiedniej ulicy zatrzymuję się przed przejściem dla pieszych, by przepuścić czekającego na chodniku mężczyznę z psem. Z niedowierzaniem stwierdzam, że to ten sam mięśniak, którego widziałam dziś rano. Gość najwyraźniej zauważa moje zainteresowanie i chyba nie bardzo mu to odpowiada, bo rzuca mi mordercze spojrzenie, od którego krew tężeje mi w żyłach. Spanikowana pochylam się w stronę radia udając, że coś w nim przełączam, gdy podnoszę wzrok ulica jest pusta.

— To było, co najmniej dziwne — mówię do siebie, czując kropelki potu na górnej wardze. Liczę w myślach do dziesięciu i ruszam w swoją stronę.

Po drodze zatrzymuję się jeszcze na stacji paliw i kupuję dwa worki brykietu, odrobinę przepłacam, ale nie mam teraz czasu biegać po marketach. Dojeżdżając do ogródków działkowych jestem już zupełnie spokojna. Kiedy idę aleją wstępują we mnie nowe siły. Widok jest niesamowity, większość drzew pięknie kwitnie, wokół jest zielono, ptaki wyśpiewują swoje trele. To naprawdę rozbudza chęć do życia, nie rozumiem jak można nie lubić przyrody. O tę działkę długo walczyłam z Michałem, zgodził się pod warunkiem, że nie będę go w nic angażować, na co chętnie przystałam wiedząc, że to będzie moje miejsce, mój wymarzony azyl. Nie uprawiam tutaj warzyw, ponieważ nie mam na to czasu, wystarcza mi trawnik, kilka drzew i krzewów oraz mały klombik. Nic, co wymaga większej wprawy i zaangażowania. Liczy się tylko to, że mam gdzie odpocząć po ciężkim tygodniu pracy, czy zorganizować grilla dla znajomych. Michał swoją obecność tutaj ogranicza jedynie do takich chwil jak ta, o ile go znam nie będzie się udzielał fizycznie, to Zbyszek z Jackiem rozpalą ogień i zajmą się grillowaniem, ale to akurat mi nie przeszkadza. Bardziej obawiam się o nastrój mojego partnera, nie chciałabym żeby swoimi fochami zepsuł nam wieczór.

Nie zwlekając dłużej zabieram się za porządki, stół, krzesła, parasol i leżaki pucuję na błysk, altankę zaś ogarniam tylko z grubsza, na więcej nie mam już czasu, jeśli chcę zdążyć przed moimi gośćmi to najwyższa pora wracać do domu. Parkując pod blokiem nie dostrzegam nigdzie samochodu Zbyszka, co oznacza, że jeszcze ich nie ma — Dobrze, zdążyłam — pędzę do klatki. Szczęśliwie winda jest na dole, co dodaje mi kilka cennych minut. Uśmiecham się do swoich myśli, cóż taka już jestem nie cierpię się spóźniać, a już na pewno niedopuszczalnym jest umówionych gości przyjąć niegotowym.

Zasapana wpadam do mieszkania.

— Jestem! — krzyczę od progu — Wstawiłeś warzywka?

— Tak — głowa Michała pojawia się w drzwiach kuchni.

— Super, dzięki misiu. Będę gotowa za 15 minut.

W ekspresowym tempie biorę prysznic, szybko suszę moje długie, kasztanowe włosy, robię makijaż i idę do sypialni się ubrać. Jeżeli wystarczy mi czasu to zajmę się włosami, jeśli nie, po prostu zwiążę je luźno na karku. Moja kreacja na dzisiejszy wieczór to czarne rurki i chabrowa tunika z krótkim rękawem, nic wyszukanego, gdyż gustuję w takich właśnie prostych strojach. Całości dopełniają duże, srebrne kolczyki w kształcie koła i łańcuszek oplatający szyję. Na lewym nadgarstku noszę zegarek i dwie bransoletki. Tej biżuterii nie zdejmuję nigdy. Zegarek to prezent od brata na 25 urodziny, a bransoletki sprezentowałam sobie sama. Na jednej są trzy serduszka z wygrawerowanymi imionami brata, bratowej i ich córci, a mojej chrześnicy. Drugą zaś kupiłam dawno temu pod natchnieniem chwili i na niej zawieszona jest figurka chłopczyka, nie wiem czemu to zrobiłam, nie mam potrzeby wychodzić za mąż, ani rodzić dzieci. Przeraża mnie myśl, że dziedzicząc geny matki mogłabym być taka jak ona, że miałabym żyć nienawidząc własne dziecko, albo z jego nienawiścią do mnie. O nie, to wykluczone…

Z ponurych myśli wyrywa mnie głos Michała.

— Kochanie, co tak długo?

— Już prawie jestem gotowa, jeszcze tylko ułożę włosy!

Po chwili chłopak wchodzi do sypialni, wyjmuje z szuflady małą paczuszkę owiniętą kolorowym papierem i dużą kokardą, wręcza mi, po czym bierze w ramiona i namiętnie całuje. Ach! Nareszcie wrócił… mój mężczyzna… właśnie takiego go kocham…

Zarzucam mu ręce na szyję, palce wplatam w kędzierzawe włosy i przytulam mocno do siebie. Michał powolnym ruchem przesuwa dłońmi po moich włosach, twarzy, aż do zagłębienia szyi wywołując tym przyjemny dreszczyk podniecenia. Przymykam powieki i rozkoszuję się jego dotykiem i słodkim smakiem ust. Tak za tym tęskniłam.

Głuchy dźwięk dzwonka sprowadza nas na ziemię — Nie teraz — wzdycham, rozdarta między pragnieniem kontynuowania, a obowiązkiem przyjęcia gości. Wiem jednak, że za drzwiami czeka mój braciszek i to zwycięża. Powoli odrywam się od Michała, posyłam mu przepraszający uśmiech i gorliwie zapewniam, że w nocy wszystko nadrobimy.

Idąc w kierunku drzwi wejściowych na moment ukrywam twarz w dłoniach i głęboko oddycham chcąc uspokoić szybko bijące serce. Po chwili naciskam klamkę i w tym samym momencie ląduję w niedźwiedzim uścisku mojego brata. On zawsze tak robi, a ja wybucham głośnym śmiechem, choć wiem, że zaraz i tak się rozczulę i bez łez się nie obejdzie. Cudownie, że przyjechali już strasznie tęskniłam, choć jeszcze nie na tyle, by przemóc się i pojechać do nich na wieś.

— Cześć siostruś — brat wita mnie z promiennym uśmiechem.

— Cześć, tak się cieszę, że jesteście. Wchodźcie proszę — delikatnie popycham go w głąb mieszkania i odwracam się do bratowej. Ewa znów sprawia wrażenie lekko podenerwowanej, mimo że już dawno temu wszystko sobie wyjaśniłyśmy, ona nadal czuje się winna za relacje, jakie łączą ją z moją matką. Niepotrzebnie, bo ja naprawdę szczerze się cieszę, że ta kobieta, wbrew moim obawom, potrafiła pokochać synową i wnuczkę równie mocno jak syna, dzięki czemu nie zatruwa im życia tak, jak to było w moim przypadku. Odsuwając na bok przykre wspomnienia, serdecznie witam się z bratową i wpuszczam ją do środka. W tym samym momencie uderza we mnie torpeda, jestem jednak na nią przygotowana. To moja zwariowana chrześnica rzuca się na moją szyję.

— Hejka ciociu — szczebiocze wesoło, mocno obejmując mnie swoimi, chudymi ramionami. Jej długie, kręcone włosy cudnie pachną dojrzałą truskawką, to efekt jej ulubionego, dziecięcego szamponu, którego wciąż używa. Pochylam lekko głowę i całuję ją w czoło, nie mogę uwierzyć, że jest już prawie mojego wzrostu.

— Skarbie, kiedy ty tak wyrosłaś? — pytam zaskoczona, a ona prostuje się zadowolona — Jeszcze trochę i mnie przerośniesz.

— Tato mówi, że jestem wysoka jak on, szczupła jak mama i kochana jak ciocia — szczerzy do mnie swoje równe, białe ząbki.

— Tata czasem mądrze mówi — uśmiecham się zakłopotana.

— Tata zawsze mądrze mówi — wcina się mój brat.

— Tak, tak, oczywiście — przytakujemy równocześnie i wszyscy wybuchamy głośnym śmiechem. Nie da się jednak zaprzeczyć, że Zbyszek to naprawdę mądry i inteligentny facet. Pewny siebie, zawsze doskonale wiedział co chce w życiu osiągnąć i w pełni zrealizował swoje marzenia. Ma trzydzieści siedem lat, jest ojcem wspaniałej córki i mężem kobiety, na którą po szesnastu latach wciąż patrzy z uwielbieniem. Dorobili się własnej firmy transportowej, która prosperuje całkiem dobrze. Są naprawdę szczęśliwi i zadowoleni z życia. Czegóż chcieć więcej.

Kasia wciąż do mnie przyklejona składa mi serdeczne życzenia, a Ewa wręcza prezent.

— Mam nadzieję, że będzie trafiony — mówi z niepewną miną.

— Oj, na pewno. Już nieraz przekonałyśmy się, że mamy podobny gust.

— Niby tak, ale czasem naprawdę trudno wybrać.

— Przecież wiesz, że wszystko, co od was dostałam zawsze długo mi służy i bardzo mi się podoba — zapewniam gorliwie, wskazując dla przykładu obraz wiszący na ścianie.

W tym momencie Zbyszek podchodzi do mnie z pięknym, kolorowym bukietem. Do oczu znów napływają mi łzy wzruszenia, on dobrze wie jak bardzo lubię kwiaty. Dla Michała kupowanie, jak on to mówi zielska, jest zbędnym wydawaniem pieniędzy, dlatego nigdy nie podarował mi żadnego, za to Zbyszek kupuje przy każdej możliwej okazji.

Wręcza mi kwiaty, składa życzenia i przytula tak mocno, że zaczynam obawiać się o swoje żebra. Po pokoju roznosi się intensywny zapach frezji.

— Dziękuję wam, są naprawdę cudowne — sięgam po wazon, lecz Kasia mnie wyręcza i biegnie do kuchni po wodę. Nie mogę oderwać oczu od mojego bukietu, ponownie przystawiam go do twarzy i zaciągam się jego zniewalającym zapachem. Wzdycham niechętnie, gdy Kasia odbiera mi kwiaty, aby wstawić je do wody — No dobrze rozgośćcie się, a ja podam obiad.

— A to Michała nie ma? — dopytuje Ewa.

— Jestem, jestem, witajcie! — Michał pojawia się w drzwiach sypialni. Robi mi się głupio, bo szczerze powiedziawszy całkiem o nim zapomniałam — Przepraszam, rozmawiałem przez telefon — tłumaczy swoją nieobecność — Weronika dzwoniła, będzie o piątej.

— Uprzedziłeś, żeby przyjechała na działkę? — upewniam się.

— Tak, ale nie wie gdzie, więc będę musiał po nią wyjść.

— Dobrze — przytakuję — Słuchajcie, zaplanowałam wieczór na świeżym powietrzu — zwracam się do moich gości — Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko temu. Jest tak ładna pogoda, że szkoda kisić się w domu. Pomyślałam, że tutaj zjemy obiad, poczekamy na Martę, a później spacerkiem przejdziemy się na działkę — widząc pełną aprobatę w oczach zebranych wokół mnie osób, oczywiście poza jednymi, cieszę się, że wpadłam na ten pomysł.

Podczas obiadu Kasia opowiada nam swoje szkolne historie rozbawiając nas na całego, po czym przechodzimy do poważniejszych tematów, ja wypytuję jak idzie w firmie, a oni co u mnie w pracy, aż wreszcie dochodzimy do TEGO momentu…

— U mamy wszystko w porządku — Zbyszek tradycyjnie rzuca jakby od niechcenia — Była trochę przeziębiona, ale jej przechodzi. W przyszłym tygodniu ma kontrolną wizytę u ortopedy, na szczęście złamanie ładnie się goi i ból chyba minął, bo odstawiła już leki — nie odzywam się tylko przytakuję i czekam aż skończy.

To nasz stały rytuał, ja nigdy nie pytam, on zawsze wspomina. Kiedyś złościłam się nie chcąc o niej nawet słyszeć z czasem przywykłam i teraz przyjmuję to bez słowa. Zmieniając temat wspominam o ostatnim, niebezpiecznym sukcesie Michała i dyskusja toczy się nowym torem, który zostaje zakłócony przez głośny dźwięk dzwonka u drzwi wejściowych. Kasia biegnie otworzyć. Po chwili Szulcowie wchodzą do pokoju głośno śpiewając tradycyjne Sto lat… Rumienie się z zakłopotania i przyjmuję kolejne życzenia i uściski. Mimo że prosiłam przyjaciółkę, aby nic nie kupowała ona i tak wręcza mi prezent, a chłopaki po ślicznej, herbacianej róży sprawiając mi tym niesamowitą przyjemność!

Martę poznałam w obecnej pracy, to ona wprowadzała mnie w zakres moich obowiązków i szybko odkryłyśmy, że nadajemy na tych samych falach, nic więc dziwnego, że znajomość przerodziła się w szczerą przyjaźń. Jest wesołą, energiczną trzydziestopięciolatką, jej mąż Jacek to stateczny, sympatyczny bankowiec, a ich dziesięcioletnie latorośle to bliźniaki Kamil i Krystian. Słodkie chłopaki. Mając ich wszystkich przy sobie czuję się naprawdę szczęśliwa, nawet krzywy uśmiech Michała, na widok kolejnych kwiatów, nie jest w stanie zmącić mojej radości. Do pełnego kompletu brakuje już tylko Weroniki, która właśnie dzwoniła, że jest już w drodze. Michał więc zostaje by na nią poczekać, a my spacerkiem ruszamy w drogę. Nasza wesoła gromadka przyciąga uwagę przechodniów. Ludzie uśmiechają się do nas, a niektórzy nawet wesoło zagadują. Po drugiej stronie ulicy dostrzegam siedzącego na ławce, groźnie wyglądającego faceta — Mój boże, kolejny paker, drugi w jednym dniu, na jednej ulicy, to musi być jakiś zlot mięśniaków — przemyka mi przez myśl i więcej nie zawracam sobie nim głowy.

Po piętnastu minutach jesteśmy na miejscu. Chłopców rozpiera energia, biegają jak szaleni po całym ogrodzie bawiąc się z Kasią w berka. Mężczyźni rozpalają ogień, a my, kobiety rozkładamy jedzenie na stole. Po kilku minutach wszystko jest gotowe, możemy usiąść i cieszyć się wspaniałą pogodą, po chwili nawet dzieci wyczerpane szaleństwem rozkładają sobie leżaki i teraz grają w gry planszowe przyniesione z domu. Jest naprawdę super, rozmawiamy, żartujemy i śmiejemy się z byle powodu. Grill smakowicie pachnie. Czuję się świetnie, całą zimę tęskniłam za taką właśnie chwilą. Tylko spóźnialskich coś nie widać, przecież Weronika miała być już w drodze, oby tylko nie wezwali ich do pracy. Proszę, tylko nie dzisiaj.

Martwi mnie również zachowanie bratowej, jest wyraźnie spięta, kręci się przy stole jakby nie mogła usiedzieć w miejscu. Ewidentnie coś ją trapi.

— Czy coś się stało? — w końcu nie wytrzymuję i pytam wprost — Wydajesz się być podenerwowana.

— Nie, nie — zaprzecza zbyt szybko.

— Przecież widzę.

— Daj spokój, to nie jest dobry moment, to twoje urodziny, jutro porozmawiamy — wyjaśnia mój brat.

— Dobry moment, na co? Nie straszcie mnie. Co się dzieje?

Obok nas pojawia się Kasia.

— Tatku powiedzmy teraz, proszę, nie wytrzymam dłużej — nastolatka niecierpliwie przestępuje z nogi na nogę.

— O co chodzi? Mówcie natychmiast…

— Nie panikuj, to nic strasznego, po prostu…

— Będę miała siostrzyczkę — szczebiocze dziewczyna wchodząc ojcu w słowo — no albo braciszka. W sumie to nie wiem, kogo bym wolała. Z siostrą mogłybyśmy rozmawiać o chłopakach, za to brat nie podbierałby mi ciuchów. Kurcze, nie umiem się zdecydować. Ciociu jak myślisz, co lepiej brat czy siostra?

Jej słowotok pozwala mi otrząsnąć się z pierwszego szoku i pozbierać myśli. Cholera, ależ mnie wystraszyli o mało mi serce nie stanęło. Powoli wciągam w płuca powietrze, Kasia wyczekująco się we mnie wpatruje.

— Kochanie, to nie sklep z zabawkami — odpowiadam spokojnie — trzeba poczekać jak los zdecyduje. I cieszyć się tym, kto będzie, oby tylko dzidziuś był zdrowy.

— Tak, mama też tak mówi — cieszy się i wraca do gry z chłopakami.

— I co ty na to? — Zbyszek ma niepewną minę.

— Co ja na to? Cholera mało zawału nie dostałam. Czemu nie powiedzieliście od razu? Tak się cieszę. Gratuluję wam, to cudowna wiadomość! — ściskam ich mocno.

— To twoje urodziny, tym powinniśmy się dzisiaj cieszyć. Mieliśmy powiedzieć ci jutro.

— Chyba bym was udusiła, że taką wiadomość trzymaliście w tajemnicy.

— Mówiłam, że pourywa nam głowy jak nie powiemy od razu — śmieje się Ewa — a ty się upierałeś.

— Taka wiadomość, to najlepszy prezent!

Szulcowie dołączają się do gratulacji.

— Na kiedy masz termin? — dopytuje Marta.

— Początek listopada jak Bóg da.

— A jak się czujesz?

— Ogólnie dobrze, uciążliwe są tylko te poranne mdłości. Zdarzają mi się również zawroty głowy i wciąż czuję się zmęczona, ale lekarz mówi, że to normalne. Nie ma się czym martwić, niedługo wszystkie dolegliwości powinny minąć.

— Dasz radę, a później będzie już samo szczęście. Kurcze tak się cieszę — z radości aż klaszczę w dłonie.

W tym momencie pojawiają się Michał i Weronika, od razu obwieszczam im szczęśliwą nowinę. Cieszę się jakby to miało być moje dziecko. Co mi tam, swoich mieć nie będę, mogę więc cieszyć się dziećmi brata.

Weronika składa mi życzenia i wracamy do stołu. Faceci popijają sobie, tradycyjnie rozmawiając o sporcie, samochodach i polityce. Normalka. My oczywiście poruszamy tematy całego świata o dzieciach, pracy i naturalnie najnowsze ploteczki, typowo kobiece rozmowy. Wieczór mija nam bardzo przyjemnie, wszyscy zdają się dobrze bawić, niestety poza Weroniką, która wygląda na odrobinę znudzoną. Cóż, najwyraźniej nie jesteśmy dla niej ciekawym towarzystwem. Ciąże, dzieci, światowe ploteczki to nie jej klimaty. Jest inteligentną, niezależną, twardo stąpającą po ziemi kobietą. Zawsze taka konkretna, pewna siebie, skoncentrowana przede wszystkim na pracy, nie zniża się do tak przyziemnych rozmów. Gdy poznałam Michała, oni już razem pracowali. Niewiele mamy ze sobą wspólnego, polubiłyśmy się tylko ze względu na ich przyjaźń. Dzisiaj też rozmawiamy sporadycznie, na szczęście Michał dotrzymuje jej towarzystwa, więc nie muszę się nią szczególnie przejmować.

Gdy zapada zmrok, a wieczorny chłód powoli daje nam się we znaki, proponuję wszystkim, abyśmy wrócili do mieszkania i tam kontynuowali nasze miłe spotkanie. Marta z Jackiem chętnie przystają na moją propozycję, lecz wpierw chcą odwieźć śpiących już chłopców do dziadków, a Weronika niestety rezygnuje wymawiając się poranną zmianą. Na koniec proponuje moim przyjaciołom, że chętnie podrzuci ich swoim samochodem, dzięki czemu nie będą musieli tłuc się tramwajem i zdążą wrócić zanim my dotrzemy na piechotę.

Rozdzielamy się więc przy bramie, oni idą na parking, a my w żółwim tempie ruszamy w stronę naszego osiedla. Odrobinę niepokoi mnie mój chłopak, wydaje się ociupinę zbyt wesoły i lekko się zatacza. Ten spacer dobrze mu zrobi, być może wysiłek i rześkie powietrze troszkę go otrzeźwią.

Niestety, spacer na nic się nie zdał, w domu dolał jeszcze do pełna i teraz jego zwłoki leżą obok mnie głośno pochrapując. Tak więc naszą niezwykłą noc muszę odłożyć do jutra. Trudno, najważniejsze, że wszyscy dobrze się bawili. To był wyjątkowo udany wieczór. Balowaliśmy do trzeciej rano, a i tak niechętnie się rozstawaliśmy. Nawet Ewa nie poddała się zmęczeniu, mimo że zachęcałam ją do odpoczynku w naszej sypialni, odmówiła i dzielnie dotrwała do końca imprezy. Teraz śpią w pokoju gościnnym, a ja wciąż podekscytowana przewracam się z boku na bok i rozpamiętuję dzisiejsze wydarzenia. Ten dzień był najpiękniejszy ze wszystkich i ta wiadomość, niesamowite, po tylu latach zdecydowali się na drugie dziecko. W sumie najwyższa pora, w końcu Ewa ma 37 lat, więc dłużej zwlekać nie mogli. Tak bardzo cieszę się ich szczęściem. Na swoje również nie mogę narzekać, mam poukładane życie, pracę, która daje mi sporo satysfakcji, ładne mieszkanie i miłego faceta, którego bardzo kocham. To na tych sprawach skupiam swoją uwagę i z nich czerpię życiową energię. Zawsze mogło być gorzej.

Nazajutrz budzę się wypoczęta i zadowolona, chyba śniło mi się coś przyjemnego, bo nie mogę przestać się uśmiechać. Przecieram zaspane oczy i przeciągam leniwie, dochodzi południe, kurcze, ależ pospałam. Rzucam okiem na Michała, on nadal mocno śpi śliniąc poduszkę, czasem tak ma szczególnie, gdy popije. Unoszę się na łokciach i chwilę nasłuchuję sprawdzając czy nasi goście już się obudzili, nie chciałabym im zbyt wcześnie przeszkadzać, powinnam jednak wstać i iść do kuchni przyszykować coś na obiad. Za ścianą panuje jednak zupełna cisza, najwyraźniej wszyscy nadal smacznie śpią. W takim razie dam im jeszcze chwilkę spokoju. Opadam z powrotem na poduszkę i rozglądam się po tej jakże dobrze mi znanej sypialni. Duże, wygodne łóżko, dwie szafki nocne i olbrzymia szafa z lustrzanymi drzwiami. Wszystko takie funkcjonalne i praktyczne, jedynie pustą przestrzeń nad łóżkiem wypełnia śliczny obraz 3D w postaci tryptyku, przedstawiający drzewko Bonsai skąpane w blasku zachodzącego słońca i dwie małe rameczki ze zdjęciami stojące na szafce po mojej stronie łóżka. Na jednym jesteśmy my, ja z Michałem słodko w siebie wpatrzeni, a drugie przedstawia roześmianą rodzinę Jaworów. Już niedługo dołączy do nas jeszcze jeden człowieczek do kochania — ta myśl dodaje mi energii, ostrożnie wygrzebuję się z pościeli i na palcach przemykam do kuchni. Cichutko zamykam za sobą drzwi, żeby nikomu nie przeszkadzać i pełna werwy biorę się do gotowania.

Pierwsza oczywiście wstaje Ewa i od razu zjawia się w kuchni.

— No tak, my kobiety mamy ten pierwotny instynkt, który nakazuje nam służyć potrzebom mężczyzny. Zanim pan wstanie, jadło musi być gotowe, wszystko byle tylko go zadowolić — zagaduję wesoło, a ona zachowując pełną powagę wykonuje teatralny ukłon w stylu japońskiej gejszy.

— To, w czym mogę pomóc, żeby przypodobać się swojemu panu?

— Usiądź sobie wygodnie i dotrzymaj mi towarzystwa, ja zajmę się resztą — mrugam do niej z trudem powstrzymując się od parsknięcia śmiechem.

— Rozumiem, że to twoje plemienne ognisko i sama chcesz go doglądać — Ewa dalej dowcipkuje — ale wiesz, że nie lubię bezczynności.

— Powinnaś się oszczędzać — tym razem odpowiadam na poważnie.

— Alinko daj spokój, nie jestem chora, tylko w ciąży.

— Wiem, ale odrobina ostrożności nikomu jeszcze nie zaszkodziła.

— Nie mam zamiaru dźwigać garów pełnych wody, ale zamieszać w makaronie chyba mogę? To naprawdę mi nie zaszkodzi.

— No dobrze — kapituluję niechętnie — w takim razie zajmij się proszę surówką, resztę mam w miarę opanowaną.

— Zorganizowana jak zawsze, obstawiam, że obiad będzie gotowy za pół godziny.

— Z twoją pomocą może się to udać — posyłam jej szeroki uśmiech.

Nim podajemy obiad wszyscy są już na nogach. Michał ma niezłego kaca, Zbyszka zimny prysznic orzeźwia i pobudza na tyle, że nie męczy się jak mój facet. Niestety Jacek, jak wynika z telefonicznej relacji Marty, również nie może dojść do siebie, podobnież z trudem zwlókł się z łóżka, żeby jechać do rodziców na obiad. Cóż sprawdza się twierdzenie, że alkohol jest dla ludzi mądrych, umiejących z niego rozważnie korzystać, w przeciwnym razie grożą straszne męki.

Po obiedzie Kasia serwuje nam kawę i ciasto w zamian domagając się otwarcia prezentów, za co ojciec beszta ją wypominając nadmierną ciekawość. Jednak sama jestem ciekawa, więc popieram jej pomysł i bezzwłocznie rozpakowuję kolorowe paczuszki.

Michał podarował mi moje ulubione perfumy, za co dostaje słodkiego buziaka, a Jawory sprezentowali mi wymarzoną torebkę.

— Jest super! — zachwycam się szczerze — Będzie mi pasowała do tych nowych butów.

— Na to właśnie liczyłam — śmieje się Ewa.

— Och ty! To dlatego tak o nie wypytywałaś — żartobliwie grożę jej palcem.

— Gdy o nich wspomniałaś, nieświadomie poddałaś mi pomysł.

— Jest idealna. Bardzo wam dziękuję — ściskam ich po kolei.

Marta wybrała dla mnie piękny komplet biżuterii. Kasia głośno wyraża swój zachwyt i od razu przymierza srebrne błyskotki. Są to długie przeplatane spirale totalnie w moim stylu.

— Ciociu są przepiękne — szczebiocze zauroczona — będziesz w nich cudnie wyglądać.

— Dziękuję skarbie — posyłam jej całusa.

Na koniec otwieram prezent od Weroniki. Jest to elegancki, skórzany pasek, znając jej upodobania pewnie jakaś firmówka.

— Jest ekstra — zachwycam się, aby sprawić Michałowi przyjemność — Podziękuj jej proszę w moim imieniu — muszę jednak przyznać, że trafiła w mój gust, naprawdę szczerze mi się podoba.

Po pokazie wracamy do przerwanej rozmowy i stygnącej kawy. Popołudnie mija niczym z bicza strzelił. Powoli ogarnia mnie coraz większy smutek, na widok Jaworów szykujących się do wyjazdu. Tak bardzo nie lubię się z nimi rozstawać, tym bardziej, że nigdy nie wiem, kiedy znów się zobaczymy. Pewnie będą nalegać, abym ich jak najszybciej odwiedziła, a ja będę z tym zwlekać tak długo, jak tylko zdołam. Niestety w tym przypadku niechęć jest silniejsza od tęsknoty, ale zawsze do czasu. W końcu łamię się i jadę z nadzieją, że uda mi się uniknąć spotkania z matką, która na szczęście ułatwia to zamykając się na czas mojego pobytu w swoim pokoju.

Tradycyjnie nasze spotkanie kończy się niedźwiedzim uściskiem, kilkoma uronionymi łzami i zobowiązaniem, że niedługo ich odwiedzę. Na koniec Zbyszek zaskakuje mnie jeszcze cichym pytaniem, czy u mnie i Michała wszystko gra, bo jakoś tak dziwnie się zachowujemy, lecz szybko zapewniam go, że wszystko jest w porządku, a gdyby coś to on dowie się pierwszy. Wierząc mi na słowo wsiada do swojej luksusowej bryki i wszyscy ruszają w drogę. Nadal nie mogę przyzwyczaić się do tej jego nowej zabaweczki. Słabością Zbyszka są samochody, uwielbia je zmieniać, teraz bujają się Audicą A6, czarną z mnóstwem bajerów, totalny wypas. Ja z moją Toyotą Yaris jesteśmy ciągłym źródłem jego żartów, przy każdej możliwej okazji namawia mnie, bym ją zamieniła na coś bardziej wypasionego. Nie chce zrozumieć, że to autko zupełnie zaspokaja moje podróżnicze potrzeby, jest zwinne, przyjemne w prowadzeniu i jak dotąd bezawaryjne, nie mam więc powodu by się go pozbywać. Przygnębiona stoję na chodniku wciąż machając za oddalającą się czarną perłą. Wracam do mieszkania dopiero, gdy samochód znika mi z pola widzenia. Zastaję Michała wylegującego się przed telewizorem, ten widok sprawia, że mój smutek zamienia się w pragnienie. W mojej głowie z miejsca rodzi się śmiały plan jak uatrakcyjnić dzisiejszy wieczór. Zostawiam Michała na kanapie, a sama biorę długi, gorący prysznic, wygrzebuję z szafy najseksowniejszą bieliznę, jaką tylko mam, zakładam szlafroczek, który więcej odkrywa niż zakrywa, ale właśnie o to w tym chodzi i wracam do salonu. Ten zniewalający komplet kupiłam na naszą rocznicę i wtedy bardzo mu się podobał, jest w białym, jego ulubionym, kolorze, dlatego liczę, że i dzisiaj nie będzie w stanie mu się oprzeć. Odrobinę skrępowana podchodzę do mojego partnera, staję przed nim w uwodzicielskiej pozie, przerzucam moje długie, kasztanowe włosy na drugie ramię i zalotnie na niego spoglądam.

— Skarbie, może dokończymy to, co nam wczoraj przerwano? — kuszę nawijając na palec kosmyk włosów.

— To chyba nie najlepszy pomysł, widzisz jaki jestem zblazowany.

— Postaram się ciebie rozruszać — posyłam mu zachęcający uśmiech.

Podchodzę bliżej, siadam okrakiem na jego kolanach i próbuję pocałować.

— Proszę, odłóżmy to do jutra, gdy już się wyśpimy — pochyla się i obsypuje drobnymi pocałunkami moją twarz, szyję, dekolt… i na tym kończy — wtedy sobie odbijemy. Zobaczysz, że warto poczekać — wstaje odsuwając mnie na bok.

Spokojnym krokiem odchodzi w stronę sypialni, a ja zostaję oniemiała i upokorzona. Policzki płoną mi ze wstydu. Nigdy jeszcze nie czułam się tak parszywie, jakbym żebrała o seks. Kurwa, może i nie jestem najlepsza w te klocki, w sumie to mój trzeci facet, ale zawsze się starałam i jakoś do tej pory nie narzekał. Czyżby teraz coś się zmieniło, może czegoś nie dostrzegam, a Zbyszek miał rację mówiąc, że coś między nami nie gra?

Gotuje się we mnie, ale nie potrafię płakać. Siadam na skraju sofy i otępiała wlepiam wzrok w ekran telewizora. Wszystko we mnie zamiera, jak gdyby mój umysł przestał na chwilę funkcjonować. Nie wiem ile trwało to zawieszenie, w końcu z wolna podnoszę się, wyłączam TV i idę do sypialni. Nawet nie patrzę na mężczyznę w łóżku, układam się tyłem do niego i zasypiam snem sprawiedliwego.

Rano budzę się kilka minut przed budzikiem, powoli wstaję z łóżka, stopuję zegarek i niczym robot pozbawiony wszelkich uczuć drepczę do łazienki. Tam bezmyślnie wykonuję wszystkie poranne czynności, po czym wracam do sypialni, bez zastanowienia wkładam beżowy kostium, brązowe buty na wysokim obcasie, zakładam biżuterię od Marty, poprawiam jeszcze włosy przed lustrem i punkt siódma jestem gotowa do wyjścia. Michał nadal mocno śpi na swojej połowie łóżka, dzisiaj ma popołudniówkę, więc może dłużej pospać, w sumie to i dobrze, bo nie mam ochoty teraz z nim rozmawiać, nie po tym jak mnie wczoraj potraktował. W pracy zjawiam się pół godziny przed czasem, włączam ekspres do kawy, żeby się nagrzał i przeglądam przygotowane na dzisiaj zlecenia. Zapowiada się pracowity dzień, może to i lepiej, przynajmniej zawalona robotą nie będę myśleć o wieczornych przykrościach i choć przez chwilę przestanę zadręczać się kolejnymi pytaniami bez odpowiedzi. Marta pojawia się w biurze jak zwykle lekko spóźniona, chłopcy znów marudzili przy śniadaniu, zdyszana nalewa sobie świeżo zaparzonej kawy, siada do swojego biurka i nie przestając trajkotać otwiera leżące przed nią dokumenty. Na szczęście nie zauważa mojego kiepskiego nastroju, nie muszę się więc zwierzać z problemów, których notabene sama jeszcze nie pojmuję. W nawale obowiązków czas płynie nieubłaganie, dniówka dobiega końca i niestety pora wracać do domu, tym razem jednak wcale mi się nie śpieszy, jadę wolniej niż zazwyczaj. Kurcze, a może ja przesadzam? Może Michał rzeczywiście był zmęczony i dzisiaj wszystko sobie odbijemy. Może ja się tu zamartwiam, gdy on w tym czasie oczekuje wyjątkowego wieczoru. Idiotka ze mnie!

Do domu docieram w nieco lepszym humorze, chyba przygotuję romantyczną kolację w końcu jestem mu winna przeprosiny. Nie powinnam była wątpić, przecież nadal mnie kocha tylko ostatnio jest przepracowany. Wieczorem podśpiewując wesoło pichcę jego ulubione „Penne z kurczakiem”. Gdy z kuchni dolatuje już przyjemny zapach pieczonego kurczaka w sosie pomidorowym nakrywam do stołu pamiętając o prostocie i klasycznej elegancji, jaką on preferuje, włączam nastrojową muzykę i elegancko ubrana z niecierpliwością oczekuję mojego księcia. Próbuję się do niego dodzwonić, lecz niestety nie odbiera komórki w słuchawce odzywa się tylko poczta głosowa. Pewnie nadal pracuje, trudno, poczekam…

No i się nie doczekałam. Rano budzę się skulona na kanapie, z poduszką pod głową, otulona szczelnie kocem. Oj, jaki troskliwy, przykrył mnie i zostawił na kanapie zamiast zabrać do łóżka. Nawet nie wiem o której wrócił. Wchodzę po cichutku do sypialni, śpi odwrócony do mnie plecami chrapiąc w najlepsze. Nie mam sumienia go budzić, więc przebieram się tylko i pędzę do pracy.

W południe wysyłam mu smsa.

Wysłane: tęsknię, zadzwoń do mnie

Oddzwania dopiero po godzinie.

— Cześć, dopiero wstałem — tłumaczy się zaspany — Wróciłem nad ranem.

— Trzeba było mnie obudzić.

— Tak słodko spałaś, nie miałem serca.

— Złożona sofa nie jest zbyt wygodna — odpowiadam z lekkim wyrzutem w głosie — W lodówce masz Penne podgrzej sobie.

— Dzięki, przepraszam za wczoraj, wyglądałaś pięknie — przymila się — Obiecuję, że gdy tylko poukładam robocze sprawy, skończą się i nasze problemy.

— Jasne, a teraz wybacz muszę wracać do pracy, cześć — rozłączam się słysząc po raz kolejny tę samą wymówkę.

Cholera, naprawdę nie wiem co mam o tym myśleć. Staram się nie nakręcać, ale moja cierpliwość ma swoje granice. Oczywiście rozumiem, że ta wyjątkowa sprawa pochłania całą jego uwagę, nie pojmuję tylko, dlaczego przy okazji tak destrukcyjnie wpływa na nasze relacje. A może w tym wszystkim nie chodzi tylko o stres związany z pracą, może kryje się za tym coś więcej… O nie! To chyba ciut za daleko wysunięte oskarżenia, czym prędzej wymazuję je z pamięci i wracam do swoich obowiązków.

Popołudniu, aby nie siedzieć sama w domu, idę na działkę. Potrzebuję chwili relaksu i odprężenia żeby doładować szwankujące ostatnio akumulatory. Świeże powietrze, śpiew ptaków i czysta, soczysta zieleń krajobrazu działają na mnie kojąco. Czas jakby zwalnia, powoli się rozluźniam i odzyskuję wewnętrzny spokój. Wyciągnięta na leżaku z czasopismem w ręce pławię się w ciepłych promieniach słońca. Co jakiś czas rozglądam się dookoła mając dziwne wrażenie, że nie jestem tutaj sama, jednak w pobliżu nikogo nie dostrzegam — To na pewno efekt przemęczenia, chyba pora pomyśleć o urlopie. Może jakaś wycieczka w ciepłe kraje. Tylko my, spokój, lenistwo, relaks i pełen luksus, raz w życiu się odchamić, a co tam każdemu wolno! — rozbawiona uśmiecham się do swoich myśli.

Kolejne dni niewiele różnią się od siebie. Praca, dom, działka, Michał niczym duch pojawia się nocą, rano widuję go tylko śpiącego, czasem chwilę porozmawiamy przez telefon i na tym koniec. Powoli przestaje mi się to podobać, bo ileż można pracować i to głównie na noc. Kiedyś przynajmniej w pracy na siebie wpadaliśmy, w tej chwili i tutaj skutecznie się mijamy. Jeszcze trochę, a zapomnę jak on wygląda.

W piątek rano gwałtownie zrywam się z łóżka — O cholera, zaspałam! — zapomniałam nastawić budzik. Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz spóźniłam się do pracy, dziś grożą mi całe dwie godziny. Szybko naciągam na siebie rozkloszowaną, długą do kostek, czarną spódnicę i atramentową, jedwabną koszulę z krótkim rękawem, do której idealnie pasuje prezent od Weroniki. Wypadam z klatki i pędzę do mojej yariski zaparkowanej po drugiej stronie ulicy, w pośpiechu szukając w torbie kluczyków — Oby były, oby były! — zaklinam w myślach. Nagle na mojej drodze staje jakiś człowiek, nie wyhamowuję i wpadam na niego z całym impetem.

— Najmocniej przepraszam, śpieszę się… — próbuję go wyminąć, lecz moja ręka więźnie w stalowym imadle olbrzymiej dłoni.

To, co dzieje się dalej odbieram jakby w zwolnionym tempie, choć przypuszczam, że były to ułamki sekund. Podnoszę wzrok na barczystego mężczyznę, lecz nie ma on twarzy zasłania ją czarna kominiarka, widzę jedynie zimne spojrzenie i słyszę cichy, chrapliwy głos — Brać ją! — Następnie zarzucają mi coś na głowę i ląduję na podłodze jakiegoś samochodu. Związują moje ręce i uciszają, gdy próbuję tłumaczyć, że to jakaś pomyłka. Z trudem udaje mi się usiąść, lecz gdy tylko ponawiam wyjaśnienia otrzymuję potężny cios w szczękę. Boli jak cholera, aż łzy stają mi w oczach. To skutecznie ucisza moje protesty.

Rozdział II

Jedziemy dłuższą chwilę w zupełnej ciszy tylko raz do moich uszu dochodzi krótki sygnał telefonu. Prawdopodobnie sms. Po zatrzymaniu czyjeś silne ręce pomagają mi wysiąść, następnie popychają dając do zrozumienia, że mam iść przed siebie. Niepewnie stawiam krok za krokiem, przez ten cholerny worek nic nie widzę. Serce bije mi jak szalone, a pulsujące ciśnienie w uszach nie pozwala skupić na otaczających mnie dźwiękach. Potykam się na schodach, jednak obca, zniecierpliwiona dłoń podtrzymuje mnie za łokieć i wprowadza do jakiegoś pomieszczenia.

— Rozgość się, pewnie trochę tutaj pobędziesz, ile, to zależy od twoich pracodawców — ostry głos syczy mi wprost do ucha, aż zimny dreszcz przebiega mi po plecach — Bądź grzeczna, współpracuj, a nic złego cię nie spotka. Gdy dostaniemy to, czego żądamy, ty będziesz wolna. Teraz wszystko zależy od kreatywności twojego narzeczonego.

Mojego narzeczonego? Pracodawcy? O co tutaj chodzi? — pytania kłębią się w mojej głowie, lecz łzy strachu dławią gardło. Stoję więc bez ruchu i czekam, sama nie wiem na co…

Szarpnięciem zdejmują mi przepaskę z głowy, zostawiają związane dłonie i wychodzą głośno trzaskając za sobą drzwiami. Jestem sama w tym dużym, chłodnym pomieszczeniu. Zdezorientowana rozglądam się wokół, w kącie, po mojej prawej stronie, jest mały stolik, na którym zapewne jeszcze niedawno stał telewizor, dalej znajduje się stary tapczan, na brzegu którego ułożona jest czysta pościel — To miło z ich strony — uśmiecham się z sarkazmem. Na wprost wejścia jest duże okno teraz szczelnie zabite deskami, a pod nim odrapany stół z dwoma sfatygowanymi krzesłami. Po lewej znajduje się aneks kuchenny z mikrofalówką, czajnikiem bezprzewodowym i suszarką z kilkoma kubkami i talerzami. Obok wejścia są drugie drzwi, które prowadzą do łazienki z małym prysznicem, umywalką i sedesem. Pocieszająca jest myśl, że porywacze postarali się o w miarę przyzwoite warunki, jest tutaj ponuro, ale przynajmniej względnie czysto. Z nerwów zasycha mi w gardle, mimo skrępowanych rąk nalewam sobie do kubka zimnej wody i zachłannie wypijam. Za ścianą wściekle ujada pies — Boże, co ja tutaj robię? Czego oni ode mnie chcą? — Nie mam pojęcia, ale na pewno niebawem się dowiem. Mijają godziny, a ja nadal siedzę nieświadoma i niepewna tego, co dzieje się tam na zewnątrz — Co mnie tutaj czeka? — łzy napływają mi do oczu. Podciągam kolana pod brodę i skulona na starym krześle oczekuję wyroku. Nagle drzwi się otwierają i wchodzi starsza pani w asyście zamaskowanego mięśniaka. Kobieta niepewnie spogląda w moją stronę, przechodzi do części kuchennej i wypakowuje przyniesione z sobą rzeczy. Gość przez chwilę mierzy mnie chłodnym wzrokiem, po czym zwraca się do kobiety.

— Będę za drzwiami.

— Dobrze. Zapukam, gdy skończę — odpowiada krzątająca się po kuchni starsza pani.

— Uważaj na nią — mrozi mnie zimnym spojrzeniem spod swojej kominiarki.

— Przestań, ona w przeciwieństwie do was nie jest żadnym przestępcą — zaskakuje mnie odpowiedź kobiety.

Przyglądam się jej uważnie, sprawia wrażenie przygnębionej. Wysoka, zadbana, siwe włosy gustownie ułożone w koczek, nienagannie ubrana, zupełnie nie pasuje do tego miejsca.

Odwraca się w moją stronę i patrzy ciepłym wzrokiem.

— Dzień dobry — mówię odruchowo.

— Dzień dobry — uśmiecha się przyjaźnie — Przykro mi z powodu tego, co cię spotkało. Miejmy nadzieję, że szybko wrócisz do domu.

— Czy pani wie, po co mnie tutaj trzymają? Czego ode mnie chcą?

— Nie wolno mi nic powiedzieć. Przepraszam.

— To jakaś pomyłka, nie jesteśmy bogaci — łkam — i co ma do tego moja praca? Oni na pewno nie zapłacą!

— Dziecinko uspokój się — podchodzi i czule głaszcze mnie po włosach — Tu nie chodzi o pieniądze.

— Więc o co?

— Dowiesz się w swoim czasie. Bądź spokojna, nie rób głupstw i módl się, by tam wszystko poszło gładko, wtedy będziesz wolna.

— A pani czemu to robi?

— Muszę — odpowiada i szybko zmienia temat — Tutaj przyniosłam najpotrzebniejsze rzeczy, gdybyś potrzebowała czegoś więcej, zapukaj i krzyknij, tam zawsze ktoś pilnuje. Niedługo wrócę z obiadem.

— Dziękuję.

Podchodzi do drzwi, głośno puka i cierpliwie czeka na otwarcie. Po chwili zamaskowany facet z bronią w ręku wypuszcza ją. Wydaje mi się, że nie jest to ten sam, który ją tutaj wprowadził. Zostaję sama nie wiedząc co o tym wszystkim myśleć. Kobieta nie wygląda na przestępcę, a do tego wydaje się mi wręcz współczuć — Tylko dlaczego nie zasłoniła twarzy? Czyżby, mimo zapewnień, nie mieli zamiaru mnie wypuścić? — ogarniają mnie wątpliwości, rzucam się na łóżko i wybucham spazmatycznym płaczem. Za ścianą znów ujada pies. Cholera, mięśniaki w czarnych kominiarkach, broń, groźny pies! — Boże, co mnie tutaj spotka?! — leżę gapiąc się w metalową ścianę, aż moją uwagę przyciąga kawałek przyrdzewiałej blachy. Zrywam się, żeby znaleźć coś, czym mogłabym powiększyć powstałą dziurę, może gdy zobaczę co tam się dzieje, to więcej zrozumiem. Nie ma wielkiego wyboru, łyżka musi wystarczyć. Mimo związanych rąk udaje mi się wykruszyć spory kawałek przegniłej blachy — Muszę być ostrożna, aby nikt tego nie zauważył — Przykładam oko do otworu i widzę duży plac, a za nim mnóstwo starych samochodów — To pewnie jakiś szrot! — Na środku placu stoi zaparkowany czarny Van — To chyba ten, którym mnie tutaj przywieźli — Po prawej, na granicy widoczności dostrzegam budynek z czerwonej cegły i wychodzącego z niego pogwizdującego na psa mężczyznę. Odruchowo odskakuję od ściany, jednak po chwili przezwyciężam strach i znów zerkam. Pochylony mężczyzna głaszcze łaszącego się do jego nogi psa, gdy się prostuje oddech zamiera mi w płucach — Przecież to gość spod mojego bloku, to ten sam mięśniak z bokserem, któremu przyglądałam się z balkonu mojego mieszkania. A jednak miałam rację, facet jest przestępcą, nie myliłam się. Więc to nie był przypadek, on najwyraźniej mnie obserwował! Czyli to nie pomyłka, to faktycznie o mnie im chodzi — resztka tlącej się jeszcze nadziei ulatuje ze mnie jak powietrze z przekutego balona. Zrezygnowana leżę i bezmyślnie gapię się w sufit. Godziny mijają powoli, mój wzrok przyciąga kawa leżąca na kuchennym blacie — Chyba mogę sobie zaparzyć, w końcu kazali się rozgościć, poza tym nawet skazaniec przed śmiercią ma prawo do ostatniego posiłku — w zupełnej ciszy rozkoszuję się subtelnym aromatem, nic więcej w tej chwili nie mogę zrobić. Spoglądam na zegarek, mija południe, jestem tutaj już kilka godzin. Nagle zza drzwi dochodzi mnie jakieś poruszenie, nieruchomieję wstrzymując oddech, choć to głupie przecież nie zapomnieli nagle o moim istnieniu. Jak na komendę drzwi się otwierają i wkracza napakowany gość z lodowatym spojrzeniem, za nim drugi z bronią wycelowaną prosto we mnie, obaj w kominiarkach — A więc nadal się ukrywają, to chyba lepiej — wchodzi chyba jeszcze jeden i dopiero wtedy drzwi się zamykają. Ostatniego nie widzę, bo dwaj pierwsi przysłaniają cały widok. Czuję się taka malutka i bezbronna w obliczu prezentowanej przez nich siły i władzy.

— Witam panią — odzywa się ten pierwszy — Widzę, że się pani rozgościła — wskazuje stojący przede mną kubek z kawą.

— Przepraszam — ze strachu głos mi się łamie.

— Nie ma sprawy, wszystko to jest do pani dyspozycji. Jeśli potrzeba czegoś więcej proszę mówić — zaprzeczam ruchem głowy nie ufając już głosowi — Pewnie czuje się pani tutaj odrobinę samotna, a że potrwa to pewnie kilka dni to pomyślałem, że przyda się towarzystwo. Na razie kolega zje z panią obiad, a później zmieni go wspólniczka. Trzeba będzie wstawić tutaj drugie łóżko — szybko omiata wzrokiem pomieszczenie — Chyba nie masz nic przeciwko? — ponownie kręcę tylko głową — No dobra, daj ręce — wyjmuje nóż i przecina więzy krępujące moje dłonie. Na jego prawym nadgarstku widnieje czarny skorpion, dyskretnie zerkam na ochroniarza z bronią i upewniam się, że ma takiego samego i tamten spod mojego bloku również miał, więc musi to być znak ich gangu. Rozcieram zdrętwiałe nadgarstki — Liczę, że jesteś rozważną kobietą, a twój facet mądrym człowiekiem.

— Czego od nas chcecie? — tym razem mój głos jest pewny.

— Od was w sumie niewiele, bardziej od waszych pracodawców — śmieje się chrapliwie — Oni mają jednego z nas, a my jednego z nich, układ jest prosty, wystarczy zwykła wymiana i wszyscy będą zadowoleni. Jeżeli będą współpracować nic nikomu się nie stanie, jeśli nie…

Nie kończy tylko podchodzi do drzwi, łomocze w nie pięścią i wychodzi, a za nim jego ochroniarz. Dopiero wtedy dostrzegam trzeciego gościa, ten nie ma zakrytej twarzy. Stoi przy drzwiach i mierzy mnie ponurym wzrokiem. Na jego widok czuję ogarniające mnie ciepło, aż kręci mi się w głowie. Przez całe moje ciało zaczynają przebiegać dreszcze, ale o dziwo nie strachu, lecz przyjemności. Przełykam głośno ślinę, by nie dać po sobie poznać, jakie zrobił na mnie wrażenie. Ten mężczyzna nie jest jak tamci, owszem jest wysoki i dobrze zbudowany, ale na pewno nienapakowany sztucznie sterydami. Ma kruczoczarne, idealnie przystrzyżone włosy z długą grzywką opadającą na policzek, ostre rysy twarzy, a jego ciemne, prawie czarne oczy zdają się ciskać piorunami wściekłości. To pewnie mój wlepiony w niego wzrok tak go rozzłościł — Muszę idiotycznie wyglądać z oczami jak spodki i prawie otwartą buzią — ganię się w myślach, choć jakie to ma znaczenie jak wyglądam w tych okolicznościach. Mężczyzna sprężystym krokiem podchodzi do stołu, na tacy ma dwie parujące miseczki z gulaszem, jedną stawia przede mną, a z drugą siada naprzeciw. Nie patrzy na mnie, więc mogę go dalej dyskretnie obserwować, wtedy moim oczom ukazuje się ukryta pod włosami blizna. Ma ogromną szramę na lewym policzku. Ciągnie się od ucha poprzez kość policzkową aż do kącika ust. Nie ujmuje to jednak jego urodzie, jest naprawdę przystojnym mężczyzną i… o matko! muszę przyznać, że cholernie pociągającym. Chyba całkiem zgłupiałam, gość jest porywaczem, pewnie ma mordercze myśli, broń w zasięgu ręki, a ja zamiast umierać z przerażenia uznaję, że jest atrakcyjny. Paranoja…

— Napatrzyłaś się? To jedz — warczy nie podnosząc wzroku.

— Przepraszam — oblewam się rumieńcem.

Cholera, co się ze mną dzieje, nie poznaję samej siebie, nigdy dotąd tak się nie zachowywałam. Fakt, nigdy też nie byłam porwana, ale odczuwać fascynację wobec swojego oprawcy to chyba nie jest normalne.

Szybko dojadam moją porcję gulaszu, muszę przyznać, że jest pyszny, on również kończy swoją, sięgam więc po jego miseczkę — Mogę? — pytam chcąc pozmywać.

Przytakuje.

Zbieram naczynia i wychodzę do łazienki, gdyż tylko tam jest bieżąca woda. Gdy wracam on nadal siedzi przy stole i podpierając brodę rękoma wpatruje się w podłogę.

Skrępowana ostrożnie układam naczynia na suszarce.

— Napijesz się kawy? — pytam wyrywając go z zadumy.

— To nie spotkanie towarzyskie — odpowiada ostro.

— Wiem, chciałam się tylko czymś zająć.

— Wybacz — wzdycha — Poproszę, taką z łyżeczki.

— Cukier? Mleka nie ma.

Przytakuje.

Stawiam przed nim parujący kubek, sobie nalewam soku i siadam po swojej stronie stołu. Mimowolnie obserwuję jego powolne ruchy, gdy wsypuje cukier do kubka i delikatnie miesza czarny płyn.

— Uwielbiam zapach kawy — słowa wymykają mi się mimo woli.

Podnosi na mnie wzrok, a ja czuję jak krew napływa mi do twarzy w tej chwili najchętniej zapadłabym się pod ziemię. Zmieszana wbijam spojrzenie w swój kubek byle tylko nie patrzeć w te jego hipnotyczne oczy. I w tym momencie docierają do mnie słowa mięśniaka — Że być może potrwa to kilka dni…

Kilka dni! Boże, Zbyszek będzie się zamartwiał, a może nie, może wszystko odbędzie się po cichu, chyba nie zależy im na rozgłosie. Tak byłoby najlepiej, zaoszczędziłoby sporo nerwów, jeśli wszystko dobrze się skończy po prostu im to później opowiem i będzie po sprawie. Tak bardzo chciałabym, aby mój brat był tutaj teraz ze mną, w jego ciepłych, niedźwiedzich ramionach zawsze czuję się taka bezpieczna. Z moich oczu powoli zaczynają płynąć łzy, nerwowo wycieram je wierzchem dłoni.

— Dlaczego ja? — wyrzucam z siebie — Co takiego wam zrobiłam?

— Ty nic, to nie twoja wina — odpowiada spokojnie.

— Więc dlaczego?

— Byłaś odpowiednia.

— Odpowiednia?

— Tak.

— Wyjaśnij mi to.

Wzrusza ramionami.

— Pracujesz gdzie pracujesz, mieszkasz z kim mieszkasz, wszystko idealnie pasuje.

— Co ma praca do mojego związku? Chyba że… — myślę na głos — chodzi wam o tego zatrzymanego ostatnio przestępcę… to wasz szef… to o to chodzi… — i nagle wszystko układa się w jedną logiczną całość — przecież policja na to nie pójdzie, nie dadzą się w ten sposób szantażować.

— Ze względu na ciebie lepiej, żeby dali.

— No to raczej już po mnie — roztrzęsiona idę w stronę łóżka, układam się tyłem do niego i zakrywam głowę ramionami. Nie chcę teraz o niczym myśleć, chcę zasnąć i obudzić się dopiero, gdy będzie po wszystkim.

Po chwili uspokajam się i czuję, że powoli odpływam. Powieki robią się coraz cięższe, a oddech miarowy, zwijam się w kłębek i poddaję błogiemu uczuciu. Ostatnie, co rejestruje mój ociężały umysł to bliskość mężczyzny, który delikatnie okrywa mnie kocem i jego oddalające się kroki, po tym udaję się wprost w ramiona Morfeusza.

Zdezorientowana otwieram oczy, jest ciemno, przez krótką chwilę mam nadzieję, że był to tylko zły sen, jednak moje płonne nadzieje rozpływają się, gdy zauważam kobietę siedzącą przy stole.

— To pani — stwierdzam mało inteligentnie.

— Przyniosłam kolację, ale tak słodko spałaś nie miałam sumienia cię budzić. Musisz być wykończona tą sytuacją, miejmy nadzieję, że szybko się dogadają i będziesz mogła wrócić do domu.

— Wierzy pani, że policja się ugnie? Bo ja nie bardzo. Poszukiwany przestępca kontra nic nieznacząca pracownica, dla mnie rachunek niestety jest prosty — zrezygnowana wzruszam ramionami.

— Nie możesz tak myśleć. Twój narzeczony na pewno nie pozwoli zrobić ci krzywdy.

Mój narzeczony? No tak Michał, kurde, musi mu być podwójnie ciężko. Z jednej strony jest zobowiązany postępować zgodnie z procedurami, a z drugiej, w końcu chodzi o jego dziewczynę. Jak postąpi? Czy okaże się bardziej gliniarzem czy moim facetem? Boże, nie mogę tak myśleć, bo zwariuję.

— Pani wydaje się do nich nie pasować — zagaduję, aby czymś innym zająć myśli.

— Bo do nich nie należę — uśmiecha się gorzko.

— Więc co pani tutaj robi?

— To skomplikowane — macha ręką jakby chciała odgonić przykre myśli.

— Proszę opowiedzieć, chyba mamy sporo czasu.

Chwilę mi się przygląda rozważając czy to dobry pomysł. W końcu podejmuje decyzję — Dobrze, tylko niech chłopaki wpierw wniosą leżankę. Przepraszam, kazali mi tutaj nocować chcą i mnie mieć na oku. Postaram się nie przeszkadzać — podchodzi do drzwi i głośno puka. Po chwili wchodzi ochroniarz z nieodłączną bronią w dłoni, a za nim dwóch pakerów, oczywiście wszyscy w kominiarkach i wnoszą taki sam tapczan jak mój. Za nimi pojawia się mężczyzna z blizną z naręczem czystej pościeli, którą odkłada na przyniesione łóżko. Mimowolnie śledzę go wzrokiem. Porusza się sprężystym, dumnym krokiem, z całej jego postaci wprost bije siła i pewność siebie. Na krótką chwilę nasze spojrzenia krzyżują się, a ja mam wrażenie, że wpadam w otchłań jego duszy. O dziwo, nie przeraża mnie to, wprost przeciwnie, całym sercem pragnę poznać czające się tam tajemnice, nie jest mi to jednak dane, gdyż Tajemniczy odwraca wzrok i wychodzi. Czuję rozczarowanie i już wiem, że nigdy nie zapomnę tych cudownych oczu i tego, co się w nich czai.

Wciąż wpatrzona w zamknięte drzwi uzmysławiam sobie, że nie odczuwam lęku w stosunku do tego mężczyzny, a przynajmniej nie taki, jaki byłby racjonalny w tych okolicznościach. Powinnam umierać ze strachu, a nie pragnąć znów go ujrzeć. To jakiś obłęd.

— On tylko tak strasznie wygląda.

Cichy głos kobiety wyrywa mnie z zadumy.

— Jest taki przystojny — odpowiadam jak w transie.

Cholera, co ja gadam, co ona sobie o mnie pomyśli. Zachowuję się jak idiotka.

— Zdawałaś się być przerażona — przygląda mi się uważnie.

— Wiem, że powinnam w końcu to porywacz — ukrywam twarz w dłoniach.

— Powinnaś, ale nie jesteś? — podpytuje ostrożnie.

Spoglądam na nią przez palce, wydaje się być szczerze zaciekawiona. Kapituluję i odpowiadam zgodnie z prawdą.

— Sama tego nie pojmuję, racjonalnie rzecz biorąc powinien mnie przerażać, a ja na jego widok czuję niezrozumiałą fascynację, przecież to nienormalne w tej sytuacji.

— Czy to naprawdę aż takie straszne? Pomijając oczywiście całe to porwanie.

— To zupełnie nie w moim stylu. Nie fascynuję się facetami na prawo i lewo, a już na pewno nie tracę głowy dla przypadkowo poznanych mężczyzn. To wbrew moim zasadom.

— Chcesz powiedzieć, że wrażenie, jakie na tobie zrobił burzy twój dotychczasowy spokój?

— To, co poczułam bardzo mnie zaskoczyło. Choć tak naprawdę mogło to być zwykłe wypaczenie mojego umysłu, w całym tym chaosie lęku, niepewności i przerażających czarnych kominiarek tylko on i pani wydajecie się normalni.

— Więc to, co poczułaś jest bez znaczenia — spogląda na mnie swymi ciemnobrązowymi oczami, w których dostrzegam coś znajomego. Coś, co sprawia, że nie chcę, by odwracała wzrok — A ta blizna na jego twarzy nie jest wystarczająco odpychająca?

— Nie, wcale nie — z miejsca zaprzeczam — Jest przystojny, jego twarz pociągająca, a oczy wprost hipnotyzują, toteż ledwie się ją dostrzega. Przypuszczam, że kręci się wokół niego sporo kobiet, lecz zważywszy na jego przestępczą działalność, są to pewnie same, puste blachary, a szkoda tak atrakcyjnego faceta dla tego typu dziewczyny.

— Mylisz się, on nie jest taki. Nie jest jednym z nich — wyznaje kobieta ze łzami w oczach — Jego starszy brat tak, ale nie on, jego zmusili, grozili mu i musiał ulec. Chroni młodszą siostrę.

— Jego brat też tutaj jest?

— Nie, dwa lata temu został aresztowany, dlatego uczepili się nas. Potrzebowali bezpiecznego informatyka i uznali, że on będzie odpowiedni, że cokolwiek się wydarzy nie wydamy ich, gdyż od tego zależy życie młodszej siostry, a także starszego brata, bo jak twierdzą zapewniają mu ochronę w więzieniu.

— Was? — jestem zszokowana.

— Tak, to moje dzieci — ledwie przetwarzam tę informację.

Przez chwilę wpatrujemy się w siebie w milczeniu i wtedy dociera do mnie — Te oczy! — teraz wiem, dlaczego wydają się takie znajome. To jego oczy, tylko nie tak czarne i dzikie, mają jednak tę samą siłę i intensywność spojrzenia.

— Nie nosicie kominiarek — tylko tyle potrafię z siebie wydusić.

— Pewnie mszczą się za to, że nie przyjęliśmy ich propozycji od razu.

— Boję się, że nie mają zamiaru mnie wypuścić — wyrażam na głos obawy tkwiące gdzieś głęboko we mnie, które usilnie od siebie odpycham, a jednak wciąż uparcie krążą w mojej głowie.

— Jestem pewna, że wszystko będzie dobrze — ściska moje dłonie leżące na stole.

Jej dotyk jest taki ciepły, krzepiący. Dziwne uczucie, nie pamiętam, żeby ktokolwiek tak mnie dotykał, a na pewno nie matka…

— Twoi rodzice pewnie umierają ze strachu — dodaje jakby czytała w moich myślach.

— Wątpię — patrzy na mnie wyczekująco, więc kontynuuję — Ojciec nie żyje, a matka będzie miała to gdzieś.

— Na pewno ktoś…

— No tak, mój brat, on na pewno szaleje z niepokoju — na to wspomnienie do moich oczu znów napływają łzy — Bratowa i chrześnica, no i oczywiście mój chłopak. Może jeszcze przyjaciółka — to uzmysławia mi jak niewiele jest w moim życiu osób, które przejęłyby się moim odejściem. Serce mi się ściska na myśl, co Zbyszek musi tam przeżywać, ja na jego miejscu chyba bym oszalała. Nawet nie umiem sobie tego wyobrazić — Chyba powinnyśmy zjeść tę pysznie wyglądającą kolację — zagaduję chcąc przegonić napływające do głowy czarne myśli. Wstaję od stołu i podaję przygotowane przez moją opiekunkę kanapki — Napije się pani herbaty?

— Chętnie, dziękuję.

Stawiam na stole dwa parujące kubki i siadam na krześle podciągając pod siebie nogę. Piję małymi łykami parząc sobie wargi, kanapki są pysze zjadam z przyjemnością, chyba byłam już naprawdę głodna.

— Powinna była mnie pani uprzedzić — mówię zakłopotana — nie paplałabym tak gdybym wiedziała, że to pani syn. Jest mi naprawdę głupio — czerwienię się na wspomnienie tego, co przed chwilą wygadywałam.

— Daj spokój, miło jest usłyszeć, że mój oszpecony syn podoba się kobiecie — jej uśmiech jest przyjazny i szczery — Mylisz się jednak, on nie ma szczęścia do kobiet. Od dnia wypadku nie był z żadną związany, a i wcześniej różnie to bywało — wzdycha przytłoczona wspomnieniami — Już jako dziecko był taki poważny i opanowany. Zamknięty w sobie, nieufny i zdystansowany do świata i ludzi. Myślę, że to odpychało innych od niego, on zaś wydawał się tego nie zauważać jakby mu to w ogóle nie przeszkadzało. Gdy urodziłam córkę miał 20 lat i od pierwszego dnia stała się dla niego niczym centrum wszechświata. Poświęcał jej każdą wolną chwilę, opiekował się nią, czasem nawet lepiej, niż jej własny ojciec — poprzez zasłonę dawnych wspomnień posyła mi smutny uśmiech. Była żywym dzieckiem, a on miał do niej wprost anielską cierpliwość. Tylko on umiał poskromić jej temperament, pozwalał jej na wiele, ale zawsze w granicach rozsądku. To było niesamowite jak instynktownie wyłapywała, gdzie są granice tego, co wolno, a czego nie. I wiesz nawet teraz po szesnastu latach to ich porozumienie jest równie silne jak wtedy.

— To prawie jak ja i mój brat — uśmiecham się — też się mną opiekował, wspierał i pilnował, żebym wyszła na ludzi. Może nie jest tak tajemniczy i mroczny jak pani syn, wręcz przeciwnie jest ciepły i sympatyczny, to jedyny człowiek na tym świecie, któremu ufam ponad wszystko i zawdzięczam całe swoje życie.

Moje przeciągłe ziewnięcie uzmysławia nam, że pora kłaść się spać.

— Zrobiło się późno, pora do łóżek — zarządza moja opiekunka.

— Dzięki pani, chociaż na chwilę udało mi się zapomnieć o tym tutaj…

Powłócząc nogami udaję się do łazienki. Na umywalce znajduję potrzebne przybory toaletowe, kurcze ta kobieta jest naprawdę cudowna, myśli o wszystkim. Biorę szybki prysznic i z braku innej możliwości z niesmakiem zakładam ponownie tę samą bieliznę. Skoro jutro znów mam być w tych samych ciuchach, to chyba dobrze byłoby przynajmniej na noc je z siebie zdjąć. W baraku jest względnie ciepło, więc może mojej współtowarzyszce nie będzie przeszkadzała moja bielizna. Owijam się ręcznikiem i wychodzę.

— Dziękuję za te przybory toaletowe, jest pani kochana, teraz czuję się o wiele lepiej.

Ogarnia mnie coraz większa senność, kładę się do łóżka, okrywam kocem i poddaję błogiemu rozluźnieniu. Do mojej świadomości docierają jeszcze ciche słowa — Dobranoc dziecinko — i wszystko pogrąża się w ciemności.

Budzi mnie ciche trzaśnięcie drzwi wyjściowych, zaniepokojona spoglądam na sąsiednie łóżko, jest puste i starannie pościelone. Zerkam na zegarek, jest piąta trzydzieści, chyba też powinnam już wstać. Bezpieczniej będzie się umyć, ubrać, a później czekać na to, co los dla mnie na dzisiaj szykuje. Odświeżona i ubrana z braku innego zajęcia ponownie kładę się na tym niby starym, ale muszę przyznać zaskakująco wygodnym tapczanie. W pewnym momencie do moich uszu dolatuje warkot silnika, przyklejam się do wydłubanej dziury i obserwuję. Pod budynek z czerwonej cegły podjeżdża czarne BMW i wysiada z niego roześmiana kobieta i mężczyzna. To chyba ten szefuncio, co ze mną wczoraj rozmawiał, poznaję po chodzie, teraz wyraźnie widzę jego obleśną twarz. Laska to typowa blachara, zgrabna, „strzaskana” w solarium, tona tapety na twarzy, bardziej rozebrana niż ubrana. Gdy poprawia swoje długie, blond loki na jej prawym nadgarstku zauważam czarną plamkę, założę się, że to wytatuowany mały skorpion. Uwiesza się ramienia szefa i znikają w budynku z czerwonej cegły.

Z samochodu wysiada również kierowca, to kolejny mięśniak, z tym że ten jest łysy i ma kolczyk w uchu. Wzburzony rozmawia przez telefon i u niego wyraźnie rzuca się w oczy czarny tatuaż. Energicznie kończy rozmowę i udaje się w pobliskie krzaki — O nie, tego nie mam zamiaru oglądać.

Leżę wpatrując się w sufit — Cholera, jak się sprawy mają? Czy skontaktowali się już z policją? Ile to może potrwać? Czy w ogóle mają zamiar mnie uwolnić? Mnóstwo pytań, zero odpowiedzi. Pocieszające jest tylko to, że ten cały szef nie wyglądał na zdenerwowanego, być może wszystko idzie tak jak zaplanowali i będzie dobrze — nieudolnie przekonuję sama siebie.

Zza ściany znów dobiegają mnie ciche głosy, powoli przysuwam się do otworu i widzę zbliżającego się szefa, a za nim kolejnego steryda. Ten to dopiero wygląda jak dwudrzwiowa szafa jest ogromny ma irokeza na głowie i śmieszną kozią bródkę. Założę się, że także skorpiona na wielkiej łapie. Gdy zbliżają się do moich drzwi, zrywam się i siadam sztywno przy stole, serce w mojej piersi wali jak oszalałe. Drzwi się otwierają i wchodzi szafiasty, ten przynajmniej nie mierzy do mnie z pistoletu, w sumie nie musi, bez wątpienia gdyby tylko chciał potrafiłby gołymi rękami urwać mi głowę, a na pewno bez wysiłku skręciłby mi kark. Za nim pojawia się o głowę niższy szefuś.

— Dzień dobry, dobrze pani spała?

O! Znów mi paniuje.

— Tak, dziękuję.

— To dobrze. Proszę się nie martwić wczoraj uprzedziliśmy, że nie wróci pani na noc. Mam nadzieję, że narzeczony nie jest zbyt zazdrosny — ironicznie śmieje się z własnego żartu — Od tej chwili powinna pani trzymać kciuki, żeby wszystko szło po naszej myśli. Dziś złożymy propozycję i oby ją przyjęli, w przeciwnym razie zmuszą nas do brutalności, a to niestety odbije się na tobie. Z doświadczenia wiem, że tylko jedna forma perswazji jest skuteczna — znacząco spogląda na moje uda — Oczywiście wolelibyśmy tego uniknąć, lecz to zależy od przebiegu negocjacji. Okaże się ile jesteś dla nich warta — jego stalowe oczy widoczne w otworach kominiarki mierzą mnie lodowatym spojrzeniem. Po chwili odwraca się i wychodzi, milczący olbrzym podąża za nim krok w krok.

Za ścianą słychać ujadanie psa — Więc mięśniak spod mojego bloku też tutaj jest — stwierdzam bez związku. Mój umęczony umysł chyba nie radzi sobie z tymi wszystkimi informacjami, lepiej było, gdy nic nie wiedziałam. Prościej jest się zarzucać retorycznymi pytaniami, niż wyobrażać to, czym realnie grożą — Kurwa, nie może do tego dojść, nie może…

Spazmatyczny szloch wyrywa się z mojego gardła, nie słyszę otwierających się drzwi, czuję tylko oplatające mnie ciepłe ramiona — Ciii dziecino, co się stało? Coś ci zrobili? — Nie potrafię powstrzymać głośnego łkania, więc zaprzeczam tylko ruchem głowy — Niedługo na pewno będzie po wszystkim, bądź silna, nie poddawaj się — kobieta uspokajająco głaszcze mnie po włosach i lekko kołysze. W końcu opanowuję się i przestaję płakać — Chodź, musisz coś zjeść.

— Nie mam ochoty.

— Wiem, ale musisz się przemóc. Przygotowałam jajecznicę ze szczypiorkiem, to łatwo przełknąć. No chodź — pociąga mnie za rękę.

Jej pokrzepiający uśmiech dodaje mi sił, z ociąganiem podnoszę się i siadam przy zdezelowanym stole.

— Grzeczna dziewczynka — gładzi mnie po policzku, ma taki kojący dotyk.

Automatycznie podnoszę łyżeczkę do ust i wmuszam w siebie jedzenie.

— Co, boi się dać mi widelec? — wskazuję na łyżeczkę, którą jem — Myśli, że mogłabym zadźgać go na śmierć? — ironizuję nieruchomo wpatrując się w krawędź stołu.

— Co ci powiedział? — Kobieta dopytuje szczerze zatroskana.

— Wyjaśnił, jakie mają na dzisiaj plany… — bagatelizuję.

— I?

— I będą pertraktować warunki wymiany…

— To chyba dobrze.

— O ile moi na wszystko się zgodzą…

— Na pewno zrobią wszystko, żeby cię uwolnić.

— Cóż, jeśli nie, zawsze jest plan awaryjny…

— Jaki plan?

— Gwałtem można wszystko osiągnąć — słowa te z trudem przechodzą mi przez gardło.

Zagryzam wargę usiłując powstrzymać kolejną falę łez. Kobieta podchodzi do mnie, przytula do swej piersi i całuje w czubek głowy. Obejmuję ją w pasie i znów zaczynam płakać. Po chwili roztrzęsioną i zrezygnowaną prowadzi do łóżka, zwijam się w kłębek i niewidzącym wzrokiem tępo wpatruję się w ścianę. Mam pustkę w głowie, chociaż w tej chwili może to i lepiej. Odpływam.

Budzi mnie potrzeba skorzystania z toalety, wokół panuje zupełna cisza, jestem sama. Zegarek wskazuje południe, powoli wstaję i idę do łazienki. Sen mi pomógł, czuję się dużo lepiej, wracam na tapczan i zerkam przez dziurę w ścianie. Na środku placu rozciągnięty w słońcu wyleguje się brązowy pies. Przy samochodzie rozmawia dwóch facetów, jeden to łysy kierowca, a stojącego tyłem nie poznaję, to chyba jakiś nowy, wtem odwraca się i woła w stronę moich drzwi — Kurwa, stary, nie gorączkuj się już cię zmieniam! — cholera, znam tę twarz tylko skąd? Przerzucam obrazy pod powiekami i zatrzymuję się na dniu moich urodzin, gość z ławki, gdy szliśmy na działkę. Więc jednak nie byłam przewrażliwiona, oni faktycznie mnie obserwowali. Intuicja próbowała mnie ostrzec, ale nie rozumiałam sygnałów. Powinnam była coś wspomnieć Michałowi, być może wtedy udałoby się tego wszystkiego uniknąć, może gdybym wiedziała więcej o tamtym zatrzymaniu, byłabym ostrożniejsza. Niewątpliwie ten zatrzymany również ma taki tatuaż, gdyby tylko Michał cokolwiek wspomniał, być może pokojarzyłabym fakty. Cholera, teraz zaczynam gdybać… a to nie ma sensu, stało się, płacz nad rozlanym mlekiem w niczym już nie pomoże.

Siedzę więc sztywno oparta o chłodną, blaszaną ścianę z podciągniętymi pod brodę nogami, obejmuję kolana ramionami i czekam na to, co ma się wydarzyć. Minuty mijają powoli, a ja z nieobecnym wzrokiem utkwionym w jednym punkcie podłogi popadam w całkowite odrętwienie. Czuję, że jeśli teraz się poruszę to rozsypię się na milion kawałeczków. Nawet dobiegający zza ściany hałas nie jest w stanie wyrwać mnie z tego bezwładu i zmusić do sprawdzenia, co dzieje się na zewnątrz. Co ma być to będzie… a najwidoczniej nie jest dobrze, gdyż drzwi otwierają się z hukiem i do baraku ładuje się jeden z goryli, dreszcz strachu przelatuje mi po plecach, gdy staje przede mną przybierając groźną postawę. Za nim wchodzi ten ich cały szef, wyraźnie wkurzony zatrzymuje się na środku pomieszczenia i wściekle zezuje z otworów tej swojej durnej kominiarki. Pierś faluje mu od powstrzymywanej furii, a dłonie zaciskają się w pięści. Czyżby nie wszystko szło tak jak powinno? Mężczyzna przeszywa mnie zimnym spojrzeniem, które wbija ostre kawałki lodu w moje serce. Jego głos jest równie lodowaty jak wzrok.

— Mamy mały problem — mruży złowrogo oczy — Choć ty będziesz miała większy, jeśli twoi pracodawcy nadal będą tacy uparci. Dam ci szansę przekonać swojego faceta do współpracy inaczej pamiętaj, jak nie słowa to czyny będą bardziej wymowne.

Wybiera numer i przystawia mi telefon do ucha.

— Streszczaj się.

— Michał?

— Alina, wszystko w porządku?

— Tak, na razie tak, ale oni tracą cierpliwość, proszę zróbcie coś, nie pozwólcie, żeby mi to zrobili, zabierz mnie stąd, proszę — zdekoncentrowana nie potrafię nawet dobrze zebrać myśli w jedną logiczną całość.

— Robimy co w naszej mocy.

— Pospieszcie się, nie wytrzymam tego dłużej.

— Bądź dzielna, szukamy rozwiązania, które zadowoli wszystkich.

— Cholera, Michał, trudno być dzielnym, gdy grożą ci gwałtem — nie wytrzymuję i wybucham głośnym płaczem.

Drab bez słowa zabiera telefon i wychodzi w pośpiechu.

Po jakimś czasie drzwi ponownie się otwierają i staje w nich syn mojej opiekunki. Bezmyślnie obserwuję go spod na wpół przymkniętych powiek. W ręku trzyma butelkę Jacka Danielsa — A więc tak bawią się mięśniaki — Bez słowa kieruje się do części kuchennej, bierze kubeczek z półki i spokojnym krokiem podchodzi do mnie. Przysiada na skraju łóżka, nalewa odrobinę alkoholu i podaje mi.

Zaprzeczam ruchem głowy.

— Wypij — wkłada kubek w moje dłonie — To cię uspokoi i rozluźni.

— Jasne, tak będzie prościej, co nie? Najlepiej mnie upić, żebym nie stawiała oporu.

— O czym ty mówisz? — zdziwienie maluje się w jego czarnych oczach.

— Co, negocjacje nie idą tak jak planowali? Pora na brutalne argumenty? — łzy kapią mi po twarzy, strach ściska serce — Ostrzegam, będę się bronić…

— Spokojnie, nie chcę cię upić tylko pomóc rozładować stres.

Poruszam dłonią leniwie mieszając bursztynowy płyn w kubeczku.

— Nie pijam takiego alkoholu- krzywię się.

— Dasz radę, pij — ponagla łagodnie.

Upijam mały łyczek obawiając się, że w moim przełyku wybuchnie ogień.

— Wypij jednym haustem — zachęca.

Zamykam oczy i zdecydowanym ruchem opróżniam zawartość kubka. Gorzki smak gładko spływa mi do gardła, wypuszczam powietrze i krzywię się z niesmakiem. Tajemniczy odbiera mi pusty kubeczek i napełnia go ponownie.

— O nie, wystarczy — jęczę, gdy znów mi go podaje.

— Zaufaj mi — jego głos jest miękki, a oczy łagodnieją.

Jak w transie sięgam po podany trunek i wypijam wszystko do ostatniej kropli.

— Grzeczna dziewczynka — nieznacznie się uśmiecha.

Niesamowite jak grymas ten zmiękcza jego ostre rysy. Mam ochotę wyciągnąć dłoń i dotknąć jego pięknej twarzy, ostatecznie zwalczam tę pokusę i zawstydzona spuszczam wzrok. Tajemniczy, nieświadom budzących we mnie pragnień, wstaje i przynosi z kuchni sok pomarańczowy, nalewa mi do tego samego kubka i gestem nakazuje wypić. Posłusznie opróżniam kubeczek. Słodki napój cudownie łagodzi piekące gardło. Muszę przyznać, że dobrze mi to robi, alkohol przyjemnie rozpływa się po moich żyłach. Czuję się o niebo lepiej. Posyłam mu ostrożny uśmiech wyrażający ulgę i moją wdzięczność, na co odpowiada lekkim skinieniem głowy i cieniem uśmiechu błąkającym się w kącikach jego kształtnych ust. Ponownie sięga po alkohol i nalewa mi kolejną porcję whisky, po czym zakręca butelkę i odstawia ją na bok. Tym razem sączę małymi łykami.

— Dziękuję, jest mi dużo lepiej — mruczę nie patrząc na niego.

— Wiem, że alkohol nie rozwiązuje problemów, ale czasem pozwala się znieczulić, a w tych okolicznościach jest to jak najbardziej wskazane.

— Powiedziałabym nawet, że ta sytuacja wymaga całkowitej anestezji. O tak! To byłoby dobre, upić się, zasnąć i obudzić dopiero, gdy będzie po wszystkim. Wtedy na pewno nie byliby w stanie mnie zranić.

— Dobrze sobie radzisz, jesteś dzielną kobietą.

— Nie dzisiaj — szepczę drżącym głosem — Dzisiaj jestem przerażona jak cholera.

Ukradkiem przełykam cisnące mi się do oczu łzy, nie chcę żeby widział, że znów się rozklejam. Muszę jednak wyglądać żałośnie, bo pochyla się w moją stronę i delikatnie zakłada niesforny kosmyk włosów za moje ucho. Niespodziewanie opuszkami palców zahacza o moją skórę pozostawiając na niej przyjemne ciepło.

— Każdy byłby, to naturalne — pociesza mnie, gładząc kciukiem mój zarumieniony policzek.

Tę magiczną chwilę zakłóca głuchy odgłos kroków na metalowych schodach mojego więzienia. Odskakujemy od siebie jak oparzeni, drzwi się otwierają i staje w nich jeden z prześladowców trzymając w swych wielkich łapach tacę z obiadem. Nieznacznie utykając na lewą nogę wchodzi, stawia tacę na stole, po czym bez słowa wychodzi. Jego czarna kominiarka na nowo rozbudza wszystkie te emocje, które Tajemniczy na krótką chwilę uśpił. Przez te kilka minut udało mi się nie myśleć o tym, co mi grozi, lecz teraz świadomość powraca z całą brutalnością, mój niepokój na powrót budzi się do życia, może odrobinę przytępiony przez alkohol, ale jednak wciąż wyraźnie odczuwalny.

Po pomieszczeniu roznosi się ostry zapach duszonej kapusty. Podchodzę do mężczyzny przy stole, siadam na wolnym krześle i wbijam wzrok w swój talerz.

— Voilà podano do stołu — próbuje mnie rozbawić — Dzisiaj serwują bigos.

Posyłam mu smutny uśmiech i wmuszam w siebie jedzenie. Milczymy pogrążeni we własnych myślach. Nie wiem jak on, ale ja mam same czarne scenariusze przed oczami. Boże, niech to się już skończy… chcę do domu… chcę być bezpieczna… nie zniosę więcej…

Zrywam się od stołu i uciekam do łazienki, już nie potrafię powstrzymać zbierających się pod powiekami łez.

— Dziecinko jesteś tam? — słyszę zaniepokojony głos mojej opiekunki — Wszystko w porządku?

— Tak, tak, już wychodzę — dukam zapłakana, nie mając pojęcia ile czasu spędziłam w tym ciasnym pomieszczeniu.

Szybko opłukuję twarz zimną wodą, kilka razy nabieram głęboko powietrza w płuca i wydmuchuję zatkany nos. Niepewnie spoglądam w lustro. Wyglądam okropnie. Włosy potargane, oczy opuchnięte, nos czerwony, jednak wypity alkohol spełnia swoją rolę, gdyż wzruszam tylko ramionami nieszczególnie się tym przejmując. Teraz chcę tylko wrócić do domu i żeby ci obleśni dranie trzymali się ode mnie z daleka…

Wychodzę. Przy stole siedzi moja pani, dyskretnie rozglądam się po pomieszczeniu jesteśmy jednak same.

— Wezwali go, mają jakieś problemy ze sprzętem — wyjaśnia widząc moją niepewność.

— Oby tylko ze sprzętem — bąkam pod nosem.

— Na pewno. Chciałam coś podsłuchać, ale przegonili mnie. Przepraszam.

Z wdzięcznością ściskam jej dłonie.

— Proszę się nie narażać, z takimi nigdy nic nie wiadomo, a pani potrzebna jest córce. Ze mną, co będzie, to będzie.

— Nie mów tak, musisz być silna.

— Staram się, niemniej jednak mam świadomość, że jeśli przyjdzie mi walczyć z tymi pakerami to nie mam najmniejszych szans — drżę na samą myśl o tym, co może się wydarzyć — Nie jestem głupia, wiem, że im dłużej to trwa, tym większe prawdopodobieństwo, że będą mieli okazję spełnić swoją groźbę.

— Nie myśl o tym, nie zamartwiaj się na zapas.

— Nie potrafię już dłużej się oszukiwać. Wiem, że nie będzie dobrze. Czuję, że stanie się coś złego — na nowo wybucham płaczem.

Kobieta nic nie odpowiada tylko patrzy na mnie smutnym wzrokiem. W tej sytuacji nie ma słów pocieszenia, nie może mnie zapewnić, że nic złego mnie nie spotka, bo nie ma co do tego pewności. Niestety nie jest w stanie przewidzieć, co los dla mnie szykuje. Chociaż w tych okolicznościach obwinianie przeznaczenia nie jest właściwe, teraz jestem na łasce bandziorów i to oni trzymają mój los w swoich rękach i decydują o tym, co ze mną będzie, a ja mogę mieć tylko nadzieję, że nie zrobią nic strasznego.

— Jesteś wykończona, połóż się, odpocznij — pocieszająco poklepuje mnie po dłoni.

To chyba dobry pomysł, muszę dać swojej głowie chwilę wytchnienia od tych wszystkich ponurych myśli, bo inaczej zwariuję. Układam się na tapczanie, podciągam kolana pod brodę i obserwuję krzątającą się po mojej celi kobietę, po chwili i ona z cichym westchnieniem opada na swoje łóżko. W pomieszczeniu zalega ponura cisza, którą zakłócam cichym pytaniem.

— Jest ich sześciu i blond laska, prawda?

Upływa kilka długich jak wieczność minut zanim moja opiekunka odpowiada. Już myślałam, że przysnęła i nie dosłyszała pytania.

— Tak.

— Skorpion to ich znak?

— Tak.

— Czym się zajmują?

— Wszystkim tym, co daje pieniądze — odpowiada po kolejnej chwili — Mój syn został zatrzymany za kradzieże samochodów, to akurat mu udowodniono, a co jeszcze ma na sumieniu, to sama nie wiem. Spędzi w więzieniu 5 lat życia, ale czy to go czegoś nauczy? Wątpię! Jest takim upartym człowiekiem, zresztą jak oni wszyscy, tylko każdy na swój własny sposób, ale to z nim miałam najwięcej problemów. Zawsze pociągało go to, co zakazane i niebezpieczne, podczas gdy jego młodszy brat był wręcz aniołkiem. Pogodny, szczery, zatopiony w nauce…

Zaraz, zaraz przecież mówiła, że Tajemniczy od zawsze był poważnym i zamkniętym w sobie człowiekiem. Czegoś tutaj nie ogarniam.

…natomiast ten, co jest tutaj z nami, zawsze był spokojnym, cichym, odpowiedzialnym chłopczykiem. To w nim miałam największe oparcie…

Ach, teraz się zgadza, więc Tajemniczy ma dwóch braci i siostrę.

…już jako dziecko miał spojrzenie dorosłego człowieka. Wszystkich wokół trzymał na dystans, oczywiście poza siostrą. Pamiętam jak baliśmy się z mężem przyznać chłopakom, że jestem w ciąży. Miałam prawie czterdziestkę, gdy nam się zdarzyło, oni byli już praktycznie dorośli. Przyjęli to prawie dobrze i znów każdy na swój sposób. Najstarszego niewiele to obeszło, on już wtedy obierał własną, złą ścieżkę, z której za nic nie potrafiliśmy go zawrócić. Młodszy z bliźniaków traktował siostrę jak małą zabaweczkę. Pobawić się i odstawić, oby tylko nie przeszkadzała. Jedynie starszy bliźniak wykazał zainteresowanie, od początku zachowywał się tak, jakby była całym jego światem…

A więc Tajemniczy ma brata bliźniaka!

…ona instynktownie to wyczuwała, lecz nigdy nie nadużyła łączącej ich więzi. Jest energiczną, wesołą, pewną siebie dziewczynką. Uwielbia planować i realizować powzięte decyzje, potrafi urobić każdego byle tylko zdobyć to, czego pragnie. Na szczęście nie zepsuło jej to, nie stała się zarozumiała ani wyniosła, jest lubiana i ma sporo przyjaciół…

Więc jest ich czworo rodzeństwa, a każde wydaje się mieć inny charakter.

…przynajmniej o nią nie muszę się martwić, nie tak jak o syna, który po śmierci ojca pozmieniał wszystkie swoje plany i wrócił do domu, żeby zająć się mną i swoją małą siostrzyczką. I choć było to bardzo pomocne sprzeciwiałam się tak wielkiemu poświęceniu z jego strony, lecz on nie słuchał żadnych tłumaczeń, jak postanowił tak zrobił. Cały on!

Milknie, a ja wciąż przetwarzam usłyszane informacje. Najwyraźniej nie myliłam się co do Tajemniczego, on naprawdę zdaje się być wspaniałym człowiekiem. Tylko jak to możliwe, że taki facet nie ma kobiety, to wręcz nieprawdopodobne. A może on woli… nie, raczej nie. Też nie miałam czego wymyślić!

Ta opowieść na moment odrywa mnie od teraźniejszości, ponownie udaje mi się zapomnieć o grożącym mi niebezpieczeństwie. Lęk chwilowo opuszcza skołatane nerwy. Cisza w moim wnętrzu staje się przyjemnie kojąca. Oby nie była to cisza przed burzą…

Gdy tylko w mojej głowie pojawia się ta myśl na schodach rozlega się hałas, po czym drzwi wejściowe otwierają się z wielkim hukiem i już wiem, że nadciąga coś strasznego. Podrywam się na łóżku, otulam szczelnie kocem i podciągam go pod samą brodę. Do baraku wkracza oprych z nieodłączną bronią w ręku, jego szef z zawistnym spojrzeniem w otworach swojej kominiarki i mężczyzna z blizną skutecznie unikający mojego wzroku.

— Chcieliśmy załatwić to w cywilizowany sposób, ale niestety nie wyszło — szef odzywa się lodowatym tonem — Twoi nie chcą współpracować, musimy im pokazać, że nie żartujemy.

— Nie, proszę nie! Nic wam nie zrobiłam. Nie możecie…

— Możemy — fuka opryskliwie — kolega będzie pierwszy, jeśli to nie pomoże będą następni, aż do skutku. My nie zrezygnujemy.

Rozdział III

Mężczyzna swobodnie opiera się o blat stołu i z założonymi na piersiach rękoma miażdży mnie pogardliwym wzrokiem. Moja opiekunka głośno łkając błaga oprychów, by raz jeszcze przemyśleli swoją decyzję, a syna zaklina, aby nie robił mi krzywdy. Goryl energicznie wyprowadza szamoczącą się kobietą na zewnątrz, a jej cichnący za drzwiami lament odbija się echem w mojej głowie skutecznie zagłuszając inne myśli. Odrętwiała obserwuję zbliżającego się do mnie mężczyznę z blizną, jego twarz nie wyraża żadnych emocji. Pochyla się, łapie za moją kostkę i mocno pociąga, ląduję na plecach rozciągnięta przed nim jak długa. Usiłuję odepchnąć go wolną nogą, lecz zaplątuję się w okrywający mnie koc. Jednym szarpnięciem zrywa go ze mnie i klęka między moimi udami. Zaczynam krzyczeć i bić na oślep, on jednak chwyta moje nadgarstki i wciska pod plecy skutecznie je unieruchamiając. Po policzkach płyną mi łzy, a z gardła dla odmiany wydobywa się cichy szept — Proszę nie, proszę nie — powtarzam te słowa niczym mantrę. Oczy pochylonego nade mną mężczyzny robią się zupełnie czarne, a usta zaciskają w cienką linię. Jedną ręką przytrzymuje moje dłonie pod plecami, drugą podciąga spódnicę i rozpina swoje spodnie. Nie mam wątpliwości do czego to zmierza. Szaleńczo rzucam się pod nim próbując się wyswobodzić, nic z tego jest zbyt silny. Sięga do moich majtek i zdziera je ze mnie torując sobie drogę do mojej kobiecości. Przysuwa się bliżej dociskając swoje biodra do moich, czuję jego męskość mocno napierającą na moje udo. Histerycznie potrząsam głową wyrzucając z siebie głośne — Nieee! — gdy zastyga w bezruchu błagalnie szukam jego wzroku, on tylko nieznacznie kiwa głową.

Gdzieś z oddali docierają do mnie szydercze słowa szefa — Krzycz mała, krzycz, zaczynamy zabawę — i wyjmuje z kieszeni telefon.

Spinam się czując, że tym razem Tajemniczy naprawdę zamierza we mnie wejść. Zrezygnowana zaciskam mokre od łez powieki, pod wpływem bólu z mojej krtani wydobywa się rozdzierający krzyk oznajmiający, że bezdusznie, bez litości, brutalnie wdziera się w moje ciało. Jego ruchy pociągają mnie za sobą, ból jest przejmujący, lecz o dziwo nie tam gdzie się go najbardziej spodziewałam. Tajemniczy przy każdym pchnięciu z ogromną siłą ściska moje ramię. Dłoń idealnie współgra z ruchami jego ciała, a ja skręcam się przy każdym kolejnym ucisku prosząc, aby przestał. Próbuję uwolnić rękę, lecz powstrzymuje mnie jego błagalne spojrzenie i usta mówiące bezgłośne — Wytrzymaj — dopiero wtedy dociera do mnie, że jego członek ociera się o mój brzuch nie pogwałcając wnętrza, że wszystko to jest udawane. Sprawia mi ból tylko po to, by dobrze wypadła rozmowa telefoniczna. Wyczerpana strachem, bólem i płaczem wciąż powtarzam — Dość, proszę, wystarczy… — lecz teraz już tak nie boli. Stalowy ucisk nieco zelżał, ruchy stały się miarowe, a powoli twardniejący penis wciąż tylko przesuwa się po mojej skórze. Wlepiam wzrok w napiętą twarz pochylonego nade mną mężczyzny, oczy ma zamknięte, szczękę mocno zaciśniętą tak jak i usta, a na szyi mała, niebieska żyłka zaczyna gwałtownie pulsować.

— Dobra robota stary — rechocze mięśniak zmierzając do drzwi — O to właśnie chodziło, teraz spokojnie dokończ, a później staw się u mnie.

Gdy tylko drzwi się za nim zamykają Tajemniczy natychmiast rozluźnia uchwyt. Moje ręce są wolne. On jednak nieruchomieje, będąc na granicy spełnienia głośno przełyka ślinę starając się zignorować napięcie w podbrzuszu. Moja ręka bezwiednie wędruje do jego twarzy, mimo zniekształcenia jego skóra jest przyjemnie miękka. Ostrożnie głaszczę ciepły policzek czując pod palcami lekką szorstkość zarostu. Mój dotyk najwyraźniej wprawia go w totalne zdumienie, bo jego oczy otwierają się szeroko, a płuca ze świstem wciągają powietrze. Zastyga na moment zaglądając mi z wahaniem w oczy jakby szukając w nich odpowiedzi na sobie tylko znane pytania. Bezwiednie przygryzam dolną wargę ufnie odpowiadając na jego spojrzenie. Po chwili rozluźnia się, na powrót przymyka powieki i poddaje mojej nieoczekiwanej pieszczocie. Na twarzy maluje mu się podniecenie, a ciało drży od wstrzymywanych emocji. Ośmielona wplatam palce w jego jedwabiste włosy, nogą obejmuję w pasie i śmiało poruszam biodrami naśladując jego poprzednie ruchy. Na krótki moment zamiera, lecz już po chwili pragnienia biorą nad nim górę, poddaje się i z cichym westchnieniem dopasowuje do moich ruchów. Zafascynowana obserwuję jego zmrużone oczy i lekko uniesioną górną wargę, przez co jego twarz nabiera dzikiego, wręcz zwierzęcego wyglądu. Jego oddech przyspiesza, serce bije jak oszalałe, mięśnie ramion napinają się pod cienkim materiałem koszuli, a z ust wyrywa głęboki, pełen ulgi pomruk i czuję jak ciepła, lepka wilgoć spływa po mojej skórze. Wstrząsany delikatnymi dreszczami opada na mnie całym swoim ciałem, ku memu zdumieniu jego ciężar sprawia mi przyjemność.

Po chwili uspokaja się i podnosi na łokciach.

— Przepraszam, nie miało do tego dojść — tłumaczy szczerze zakłopotany.

Przesuwa spojrzenie w dół, a ja zawstydzona naciągam na siebie koc.

— Nie, poczekaj, przyniosę coś do wytarcia — dodaje miękko.

Zwinnie zsuwa się ze mnie i dyskretnie poprawiając spodnie kieruje się do łazienki. Gdy wraca jestem już przyzwoicie okryta, jedynie mokre biodro wystawiam spod koca. Sięgam po papier, lecz zaprzecza lekkim ruchem głowy i sam wyciera moją skórę. Jego zmierzwione włosy, delikatny dotyk, niedopięty guzik spodni sprawiają, że wzdłuż mojego kręgosłupa przebiega elektryzujący dreszcz. Kończąc podnosi na mnie swoje piękne oczy, a ja nie potrafię oderwać od nich wzroku.

— Dziękuję — mówię tylko, a on rozumie.

— Przepraszam za ramię, niestety nic lepszego nie przyszło mi do głowy — wskazuje czerwony ślad na mojej skórze — Będzie spory siniak.

— To nic — bezwiednie rozmasowuję zdrętwiałą rękę.

— Muszę iść, dasz sobie radę?

Przytakuję tylko, okrywając się szczelniej kocem. Tajemniczy wstaje, zapina spodnie i odchodzi w stronę drzwi. Z ręką na klamce posyła mi jeszcze długie, nieprzeniknione spojrzenie, dałabym wiele, żeby poznać jego myśli. Wychodzi, a ja zostaję sama w tym ponurym, ciemnym pomieszczeniu. Mój umysł z miejsca zaczyna tworzyć przerażające, czarne scenariusze — Co jeśli przyjdą następni? Przecież tym właśnie grozili do telefonu, a tamci na pewno nie postąpią jak Tajemniczy. Co wtedy zrobię? Jak sobie z tym poradzę? — boleśnie zagryzam wargi, żeby odegnać te okropne myśli — Czuję się tak strasznie upokorzona! Nie przez Tajemniczego tylko tym, że mięśniak na mnie patrzył, a Michał na pewno wszystko słyszał. Co on teraz sobie myśli? — zrozpaczona ukrywam twarz w dłoniach — Porywacze udowodnili, że nie rzucają słów na wiatr, czy teraz policja zacznie działać? Czy nadal ważniejsze będzie zatrzymanie przestępcy od uwolnienia mnie? Cholera, czy naprawdę musieli do tego dopuścić? Czy musiało się to wydarzyć? Nie mogli działać jakoś szybciej, skuteczniej? — znów zaczynam szlochać, zwijam się w kłębek i głośno łkam w poduszkę — Nie dam rady, jeśli spróbują ponownie, a nie mam żadnych wątpliwości, że zrobią to bez wahania. Mają swój cel i są gotowi na wszystko, żeby tylko go osiągnąć. W takim razie wolę raczej umrzeć, niż pozwolić im się zbliżyć, zwyczajnie nie zniosę dotyku tych obleśnych świń.

Nagle do mojej umęczonej świadomości dociera jakiś cichy dźwięk. Instynktownie wyczuwam czyjąś obecność. Ogarnięta paniką krzyczę histerycznie umykając w ciemny kąt pokoju. Przez łzy dostrzegam zbliżającą się mroczną postać.

Zmysły opuszczają mnie niczym ciemną otchłań światło.

W tej bezbrzeżnej czerni nikt mnie nie znajdzie. Jestem bezpieczna. Powoli odprężam się zapadając w coraz głębszą czeluść. Teraz jest mi dobrze, nie muszę się niczego bać, zapominam o wszystkim. Równe, rytmiczne dudnienie uspokaja mnie, a otaczające ciepło daje poczucie bezpieczeństwa. Pragnę zostać tutaj na zawsze…

— Maleńka otwórz oczy, proszę.

Czyjś natarczywy głos wdziera się w moją cudowną błogość. Ze wszystkich sił odpycham go od siebie, chcę pozostać w mojej bezpiecznej otchłani.

— Proszę, wróć do mnie.

Nie chcę, jest mi tutaj dobrze. Mocniej wtulam się w to boskie ciepło. Raptem owiewa mnie cudowny zapach, oszałamia moje zmysły, wymazuje to, co dzieje się wokół.

— Hej, słyszysz mnie?

Usilnie próbuję zignorować natrętny głos, lecz on wciąż uparcie wdziera się w mój zbuntowany umysł, zawzięcie odrywa od dającego ukojenie rozkosznego ciepła, zniewalającego zapachu i pokrzepiającego dudnienia.

— Obudź się, proszę.

Ciepła dłoń delikatnie klepie mnie po policzku. Niechętnie otwieram oczy. Wita mnie obezwładniający ból udręczonego ciała z cichym jękiem podnoszę głowę. Nade mną pochyla się Tajemniczy, w jego mrocznych oczach czai się lęk.

— W porządku? Boże, przepraszam, nie chciałem cię tak przestraszyć.

Powoli dociera do mnie, że leżę w jego objęciach, na podłodze, wsłuchana w głośne bicie jego serca. To ciepłem jego ramion rozkoszuję się i to zapach jego męskiego ciała tak zniewala moje zmysły.

— Miałem nadzieję, że udało ci się zasnąć, nie chciałem przeszkadzać. Tę noc mam spędzić tutaj, chyba chcą cię jeszcze bardziej nastraszyć.

— Jak dobrze, że to ty — wyznaję wtulając twarz w jego koszulę.

— Ja maleńka, ja — kołysze mnie w swoich silnych ramionach, a jego usta błądzą po moich włosach.

— Myślałam, że przyszli, żeby znów… — moim ciałem ponownie wstrząsa dreszcz przechodzący w spazmatyczny szloch, łzy płyną po moich bladych policzkach skapując na jego czarną koszulę tworząc powiększającą się mokrą plamę.

— Już dobrze — uspokajająco głaszcze mnie po plecach — Chwilowo jest bezpiecznie, poszli spać. Miejmy nadzieję, że przekonaliśmy policję do szybszego działania.

— Nadzieja, to jedyne, co mi pozostało — choć w pokoju jest ciepło przeszywa mnie zimny dreszcz strachu.

— Nie, tak nie da rady, poczekaj — wstaje i ostrożnie sadza mnie na łóżku.

Cichy jęk protestu wyrywa się z mojej piersi. Nie chcę żeby się oddalał. Jego mocne objęcia dają mi siłę i poczucie bezpieczeństwa, czyli dokładnie to, czego w tej chwili potrzebuję. Nie wiem jak on to robi, ale przy nim przestaję myśleć o zagrożeniu i problemach. Sprawia, że w moim sercu na nowo rozbudza się wiara — bacznie obserwuję kręcącego się po części kuchennej mężczyznę — Jak to możliwe, że ledwo poznany i to w takich okolicznościach człowiek budzi we mnie emocje, które powinny być zarezerwowane dla zaufanej osoby? Widocznie w chwilach zagrożenia wychodzą z nas zachowania, których nigdy byśmy się po sobie nie spodziewali. W normalnych warunkach na pewno nie szukałabym pocieszenia w ramionach obcego faceta. Skoro jestem z Michałem to od niego oczekiwałabym wsparcia. Tyle, że akurat w tej chwili mój chłopak wydaje się taki odległy i to nie tylko o te dwa ostatnie dni, ale o całe te miesiące, które wydawał się mnie odpychać, a może i wszystkie te lata, które jesteśmy razem. Próbuję sobie przypomnieć, kiedy przy nim poczułam się tak jak w ramionach Tajemniczego i mam wrażenie, że w całym moim życiu nie zaznałam nic tak intensywnego. Tylko, czy rozważania w takiej sytuacji są obiektywne? Czy nie wypacza ich strach i poczucie beznadziejności? A może to właśnie takie chwile otwierają nam oczy i pozwalają spojrzeć na swoje życie pod właściwym kątem?

Tajemniczy wraca z napoczętą butelką alkoholu, sokiem pomarańczowym, bo tylko taki mamy, i dwoma kolorowymi kubkami. Przysiada na krawędzi mojego łóżka, podaje mi gliniane naczynka, a karton z sokiem stawia na podłodze.

— O nie, znów mam to pić? — krzywię się z niesmakiem, widząc, że odkręca pękatą butelkę.

— To cię uspokoi — odpowiada nalewając bursztynowy płyn do trzymanych przeze mnie kwiecistych kubeczków — Szybciej zaśniesz.

— Ale to tak okropnie smakuje.

— Wiem — przytakuje sięgając po swój kubek — Do dna.

Może ma rację, może właśnie tego teraz potrzebuję. Posłusznie wypijam wszystko do ostatniej kropli. Smakuje ohydnie.

— Nie możemy zmieszać tego z sokiem?

Uśmiecha się nieznacznie i wypija swoją porcję.

— Tak zadziała szybciej.

— Szybciej wypali żołądek — zdobywam się na nieco kiepski żart.

— To rzeczywiście smakuje koszmarnie — zagląda w swój pusty kubek.

— Mówiłam — przyglądam się jego zręcznym ruchom, gdy ponownie nam polewa. Unoszę swój kubek w geście toastu — Za spokój ducha!

— I ciała — przybija z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

Wypijamy. Coraz łatwiej się przełyka, choć nadal pali jak diabli, na szczęście sok skutecznie łagodzi podrażnione gardło, a przegryzane przez nas kanapki zapychają piekący żołądek. W migotliwym świetle jarzeniówki podziwiam urodę siedzącego obok mnie mężczyzny. Jego kruczoczarne, wpadające wręcz w granat włosy, idealnie harmonizują z ciemną karnacją skóry. Ostre rysy twarzy, blizna na policzku i prawie czarne, głębokie niczym studnia, w której czasem przeglądają się gwiazdy, oczy mają w sobie coś niezwykłego. Jego mocno zarysowany podbródek, zmysłowe usta oraz prosty, wąski nos w połączeniu z silnym magnetyzmem, opanowaniem, aurą tajemniczości oraz intrygującym spojrzeniem przywodzi na myśl Upadłego Anioła Ciemności. Muszę przyznać, że jest to najpiękniejszy mężczyzna, jakiego kiedykolwiek miałam okazję poznać. Jak urzeczona wpatruję się w te jego idealnie wykrojone usta, które kuszą swoją czerwienią — Ciekawe jak by to było przytulić się do niego i poczuć jak smakują… — energicznie potrząsam głową, aby rozwiać kiełkującą w mojej wyobraźni niebezpieczną wizję. Moje poruszenie przyciąga uwagę mężczyzny powoli odwraca głowę i spogląda na mnie, a ja szybko opuszczam powieki i umykam wzrokiem w bok, aby przypadkiem nie odgadł o czym przed chwilą fantazjowałam. Chcąc ukryć zmieszanie podsuwam mu swój kubeczek, a on bez słowa napełnia go kolejną porcją ognistego płynu.

— Dlaczego akurat was wciągnęli w to wszystko? — pytam, żeby przerwać kłopotliwe milczenie.

— Potrzebowali kogoś do spraw technicznych, a ja trochę się na tym znam — wzrusza ramionami — A mamę pewnie tylko po to, aby utrzymać mnie w ryzach.

— No tak, oni są zbyt tępi, żeby poradzić sobie z komputerem — drwię z durnych mięśniaków — Potrzebowali więc, jak to się mówi, wprawnego hakera.

— Nie jestem żadnym hakerem — jego śmiech jest zaraźliwy — tylko informatykiem, który zna się na tym i na owym. Zazwyczaj nie wykorzystuję swojej wiedzy do takich celów, ta sytuacja to wyjątek.

— Tak, wiem, że ciebie też zmusili, jak widać są w tym dobrzy.

— Jutro się przekonamy jak bardzo. A teraz pora spać.

— Chyba masz rację — na potwierdzenie ziewam przeciągle — Kto pierwszy do łazienki?

— Idź, ja zaczekam. A to dla ciebie — z kieszeni spodni wyjmuje niewielki, czarny skrawek materiału — Chyba się przyda.

Z kocem pod pachą idę w stronę łazienki zerkając na to co mi podał i nagle staję jak wryta, a szczęka opada mi chyba do samej ziemi na widok koronkowych majtek w mojej dłoni. Zaszokowana oblewam się szkarłatnym rumieńcem.

— E… dziękuję — bąkam pod nosem i uciekam do łazienki.

Zamykam za sobą drzwi, opieram drżące ręce o umywalkę i wpatrując się w swoje odbicie w lustrze zastanawiam, dlaczego aż tak mnie to poruszyło. Owszem to krępujące, gdy obcy facet wręcza coś tak intymnego jak bielizna, ale w tej sytuacji nie wolno mi nie docenić tego gestu. W końcu moje majtki są w strzępach, przez co odczuwam niemały dyskomfort, powinnam więc raczej okazać wdzięczność, a nie tak bez sensu panikować — biorę głęboki wdech, prostuję plecy i odwracam się od lustra — W sumie, czym ja się tak przejmuję, stało się, dostałam, podziękowałam i mam co na siebie włożyć. Powinnam się z tego cieszyć, a nie dramatyzować — ta myśl ostatecznie zbiera mnie do kupy, błyskawicznie się rozbieram, resztki mojej starej koronki wrzucam do kosza, biorę szybki prysznic i z wielką przyjemnością zakładam świeżą bieliznę, a przynajmniej jej dół. Owijam się ręcznikiem, na niego narzucam przyniesiony z sobą koc i wychodzę z łazienki.

— Wolne — mówię tylko.

Tajemniczy wykazując się poczuciem taktu zgasił górne światło zostawiając tylko słabą żarówkę w części kuchennej, to pozwala mi zachowując namiastkę przyzwoitości przejść do swojej części noclegowej. Ciuchy odkładam na krzesło, a sama siadam na brzegu łóżka wsłuchując się w energiczne kroki idącego do łazienki Czarnego Anioła.

— Mogę skorzystać z twojej szczoteczki? — pyta nim zamyka za sobą drzwi.

— Jasne — odpowiadam nieco skrępowana, wszakże użycie wspólnej szczoteczki wydaje mi się niesamowicie intymne.

Cholera, czy ten mężczyzna tylko z jednym musi mi się kojarzyć? To pewnie przez to, że w najgorszym momencie mojego życia wykazał się delikatnością, zrozumieniem i życzliwością. W chwili wielkiego zagrożenia tylko on i jego matka okazali mi serce i wsparcie. Jest dla mnie miły i współczujący, nic więc dziwnego, że tak postrzegam nasze relacje. Gdy wrócę do rzeczywistości — O ile wrócę! — wszystko inne również wróci do równowagi. Znów będę sobą, odzyskam Michała, Tajemniczego nigdy więcej nie spotkam i będę żyła tak jak do tej pory z całych sił starając się zapomnieć o tym uprowadzeniu.

Kładę się na łóżku, odwracam tyłem do pokoju i wygodnie układam do snu. Zamykam oczy. Szum wody w łazience podsuwa mojej wyobraźni obraz czarnych, błyszczących oczu, nieziemskiego uśmiechu, aksamitnych włosów klejących się do twarzy, przysłaniających mokrymi kosmykami nierówność policzka, silnych, nagich ramion, z których woda spłukuje mydlaną pianę… Krótkie skrzypnięcie starych drzwi i chrzęst materaca uginającego się pod ciężarem mężczyzny rozwiewa tę przyjemną wizję. Jak przez mgłę słyszę jeszcze jego ciche — Śpij dobrze — i zalega błoga cisza.

Balansując na kruchej granicy jawy i snu przypominam sobie przeżyte wydarzenia. Wszystko powoli do mnie wraca i teraz rozgrywa się w mojej głowie jak jakiś realistyczny, czarno-biały film. Ze zdwojoną mocą powraca lęk, ból i niebezpieczeństwo, twarze w czarnych kominiarkach, mordercze spojrzenia i gniewne słowa — Każdy z nas po kolei! — i te obrzydliwe, obłapiające mnie łapska…

Z sennego koszmaru wyrywa mnie silne szarpnięcie i wyraźnie zaniepokojony głos.

— Maleńka obudź się, to tylko sen — Tajemniczy trzyma mnie za ramię i mocno potrząsa.

Oddech mam szybki, urywany, dłonie spocone, a moje serce wali jak opętane. Czuję paniczny strach, a na policzkach strugi spływających łez.

— Oni… chcieli… znów… — łkam ukrywając twarz w dłoniach.

Mężczyzna czule przygarnia mnie do siebie. Wstrząsana szlochem wtulam się w jego ramiona, układam głowę na szerokiej piersi i wsłuchuję w kojące bicie jego serca.

— Ciii… już dobrze, dobrze — kołysze mnie delikatnie, łagodnie szepcząc w moje włosy — Jak mógłbym ukoić twój ból, jak sprawić byś nie czuła już strachu?

— Zostań przy mnie — szybciej mówię niż myślę.

Bez słowa wsuwa się pod moją kołdrę i przygarnia mnie do siebie. Jedno ramię układa ponad moją głową, a drugim opiekuńczo obejmuje w pasie. Jego nagi, twardy jak kamień tors przylega do moich równie nagich pleców. To uzmysławia mi, że oboje jesteśmy w samej tylko bieliźnie, najwidoczniej mój ręcznik musiał zsunąć się w czasie snu. Zakłopotana leżę bez ruchu na karku czując łagodny powiew jego oddechu i o dziwo, rozluźniam się. Jest mi wygodnie i przyjemnie. Powoli zasypiam. Reszta nocy mija bez zakłóceń.

Rankiem budzi mnie niski, seksownie zachrypnięty głos Tajemniczego.

— Wstawaj maleńka, niedługo przyniosą śniadanie — pieszczotliwie odgarnia mi splątane włosy z czoła.

Zaspana spoglądam na niego. Leży obok podparty na łokciu i uśmiecha się do mnie w ten swój cholernie, zmysłowy sposób, a oczy błyszczą mu jak dwie gwiazdy odbite w tafli wody. Z trudem przełykam ślinę, a moje serce zaczyna ciężko pracować na widok swobodnie rozpiętej koszuli ukazującej idealnie zbudowane ciało, od którego nie mogę oderwać wzroku. Mięśnie jego odsłoniętego torsu przypominają rzeźbę Michała Anioła. Z trudem opanowuję pokusę dotknięcia jego jedwabistej skóry.

— Cześć — wita mnie z nutą rozbawienia w głosie.

Najwyraźniej dostrzegł wtopione w siebie, maślane spojrzenie moich oczu — Kurcze, co jest z tym mężczyzną, że zachowuję się przy nim jak napalona pensjonarka, nic dziwnego, że tak go to bawi — moją twarz oblewa gorący rumieniec.

— Wyglądasz uroczo, gdy się czerwienisz — z wolna przeciąga kciukiem po moim policzku i szyi, a ja płonę jeszcze intensywniej.

Zażenowana chowam twarz w poduszkę. Potrzebuję minutki, aby się pozbierać.

— Cześć — odpowiadam po chwili.

Już na niego nie patrząc podnoszę się i owijając kocem niezgrabnie gramolę z łóżka. Po drodze zgarniam z krzesła moje ubrania i potykając się o nadmiar materiału znikam w łazience. Odprowadza mnie jego dźwięczny śmiech.

Za drzwiami biorę głęboki oddech starając się uspokoić galopujące serce. Na umywalce leży szczoteczka. Jest wilgotna. Jak to możliwe, że wspólne jej użycie nie jest nieprzyjemne, no może mało higieniczne, ale niezniechęcające. Opłukuję twarz zimną wodą zmywając tym wyryty pod powiekami obraz boskiej sylwetki, gładkiej skóry, równych białych zębów i olśniewającego uśmiechu. Kompletnie nie pojmuję jak w tych nietypowych okolicznościach mogę fascynować się zupełnie obcym człowiekiem, to, że budzi On mój szacunek, zaufanie, a w szczególności wdzięczność jest jak najbardziej zrozumiałe, zważywszy na wsparcie, jakie okazał mi w tych trudnych momentach, ale to dziwaczne zauroczenie jest totalnie nie na miejscu. Mąci mi w głowie, rozprasza, wprawia w zakłopotanie i poczucie winy, z drugiej jednak strony nie mogę zaprzeczyć, że cieszę się, iż los postawił tego właśnie mężczyznę na mojej drodze, bo tylko dzięki temu udało mi się, przynajmniej chwilowo, uniknąć najbardziej traumatycznego przeżycia w moim życiu. Bezwiednie rozmasowuję obolałe ramię, ślad na mojej skórze jest purpurowo czerwony.

Odwracam się od swojego lustrzanego odbicia i wychodzę z łazienki. Za drzwiami wciągam głęboko powietrze, w baraku wciąż unosi się zmysłowy, męski zapach. Ukradkiem rozglądam się w poszukiwaniu znajomej sylwetki, lecz Czarnookiego już nie ma, jest za to jego matka. Kobieta trzęsącymi się dłońmi parzy kawę i podaje śniadanie. Jej twarz jest szara i umęczona, a cienie pod oczami ujawniają jak źle spała tej nocy.

— Dzień dobry — witam się uprzejmie.

— Dzień dobry, kochanie — posyła mi niepewny uśmiech — Jak się czujesz? Tak mi przykro, że to wszystko się wydarzyło.

— Jest dobrze — uspokajam ją — Przynajmniej na razie.

— Przepraszam, że to akurat mój… syn — przy ostatnim słowie głos jej się łamie.

— Całe szczęście, że padło właśnie na pani syna — wyznaję szeptem wprost do jej ucha, a ona nieruchomieje z wrażenia. Widać, że nie umie poskładać tego do kupy, pewnie całą noc się zamartwiała — Nie powiedział pani?

— Nie — kręci niepewnie głową — Nie mieliśmy okazji porozmawiać.

— Nic mi nie zrobił — konspiracyjnie pochylam się w jej stronę.

— Nie rozumiem.

— On udawał, że… — unoszę rękaw mojej bluzki i pokazuję jej siniaka — to wszystko co mi zrobił.

— Nie powinien był.

— Ależ musiał, w przeciwnym razie… nie, nawet nie chcę myśleć, co by się działo.

— Chyba dobrze wam to wyszło, bo podsłuchałam, że wreszcie idzie jak planowali. Są strasznie podekscytowani. Myślę, że już niedługo wrócisz do domu.

— Oby — z nową nadzieją w sercu siadam przy stole.

W milczeniu popijam gorącą kawę, jest okropna, ale jej przyjemny aromat odsuwa zmęczenie i odświeża. Wpatrzona w parujący kubek rozmyślam o mojej ulubionej espresso cortado, którą jakiś czas temu odkryłam całkiem przypadkiem. Pewnego dnia wracając z zakupów nabrałam ochoty na kofeinę, mijając uroczą knajpkę „Camelot” wstąpiłam i zamówiłam po prostu pyszną kawę i zaserwowano mi właśnie cortado. Od tamtej pory pijam tylko taką, uwielbiam ją nie za działanie, a jej aromat i wyjątkowy smak. Bezwiednie uśmiecham się pod nosem, co z miejsca zauważa moja towarzyszka.

— Przepraszam, myślałam o mojej ulubionej kawie. Nie znoszę parzonej, zapach owszem, ale nie smak.

— Przykro mi nie pomyślałam.

— Zazwyczaj pijałam rozpuszczalną z dużą ilością mleka, jednak odkąd poznałam smak espresso cortado i dostałam w prezencie ekspres pijam tylko taką.

— W prezencie pewnie od chłopaka?

— Nie… od brata z rodziną — na samo wspomnienie łzy cisną mi się do oczu.

— Posmutniałaś — jej umęczona, pomarszczona twarz wyraża szczerą troskę. To ośmiela mnie do zwierzeń.

— Mój brat pewnie szaleje z niepokoju, a bratowa jest w drugim miesiącu ciąży, nie powinna się stresować. Nie daruję sobie jak coś stanie się dzidziusiowi — ukrywam twarz w dłoniach, żeby powstrzymać napływające do oczu łzy.

— To ich pierwsze dziecko?

— Nie, mają piętnastoletnią córkę, a teraz zdecydowali się na drugie.

— Moja córcia ma szesnaście — na jej ustach pojawia się cień uśmiechu — O mamie nie mówiłaś zbyt ciepło, ale z bratem łączą cię dobre stosunki.

— O tak, mój brat jest wspaniały, żonę wybrał równie kochaną i córa też im się udała. A co do matki, no cóż, krótko mówiąc nie jesteśmy sobie bliskie, nigdy nie byłyśmy i raczej już nigdy nie będziemy.

— Jest aż tak źle?

— Było, dopóki mieszkałam w domu, później włóczyłam się po internatach, aż wreszcie zamieszkałam wystarczająco daleko, aby mogła zapomnieć o moim istnieniu. Teraz, gdy czasem odwiedzam brata dokłada wszelkich starań, aby skutecznie mnie unikać.

— Oni mieszkają razem?

— Tak, syna kocha ponad wszystko, to tylko mnie nienawidzi, choć nie wiem dlaczego. Na szczęście synową i wnuczkę zaakceptowała na tyle, że mogą razem mieszkać i to bez większych zgrzytów.

— A twój ojciec?

— Zmarł, gdy byłam niemowlakiem.

— Miałaś trudne dzieciństwo — spogląda na mnie ze smutkiem.

— Brat zawsze nade mną czuwał i pilnował, bym nie robiła głupstw. Sprawił, że pogodziłam się z brakiem matczynej miłości zastępując ją braterską. Jakoś ułożyłam sobie życie, mam dom, faceta, fajną pracę. Nie narzekam.

— A dzieci?

— Nie, to nie dla mnie — krzywię się.

Mimo to moja dłoń instynktownie dotyka zawieszki na czerwonej bransoletce.

— Dlaczego?

— Bo nikt nie zasługuje na takie życie, jakie miałam ja.

— Na pewno byłabyś dobrą matką.

— Tego nie wiadomo!

— Kochasz bratanicę, martwisz się o nienarodzone dziecko brata to świadczy tylko o tym, że masz dobre serce.

— A jeśli nie, jeśli będę jak moja matka? Dziecko to nie zabawka, którą można zwrócić. Nie mam zamiaru ryzykować, że przeze mnie cierpieć będzie niewinna istotka. Po urodzeniu to trochę za późno, żeby sprawdzać, czy będę je kochać czy też nie. Po prostu wolę dmuchać na zimne.

Dalszą rozmowę przerywa nam nagłe, niespodziewane otwarcie drzwi wejściowych. Do baraku wpada zdyszany olbrzym w kominiarce, zrywam się na równe nogi i chowam za stołem. Moje serce gwałtownie przyspiesza swój rytm, a świat ciemnieje przed oczami. Ostatnie, co pamiętam to silne ramiona i mój własny, paniczny krzyk.

Z bezpiecznej niemocy wyrywają mnie gniewne słowa.

— Kretynie, mówiłem żebyś poczekał! O mało nie zrobiła sobie przez ciebie krzywdy. Baran jeden…

— Co się tu dzieje? — pyta inny, lodowato zimny głos, aż ciarki przechodzą mi po plecach, ten z pewnością należy do szefuncia.

— Mówiłem idiocie, żeby jeszcze nie wchodził, ale debil nie rozumie prostych słów — ponownie odzywa się wściekły głos, należący do Tajemniczego i już wiem, że to w jego ramionach się znajduję.

Chyba niepotrzebnie zareagowałam tak impulsywnie, tylko zrobiłam z siebie idiotkę. Cholera, nigdy dotąd tak po prostu nie traciłam przytomności w gruncie rzeczy nigdy też nie byłam wystawiona na tak silny stres. Widocznie każdy z nas ma swój próg wytrzymałości emocjonalnej, a ja najwyraźniej w tym momencie przekroczyłam mój własny.

— Hej, hej, słyszysz mnie? Otwórz oczy — ktoś ochlapuje moją twarz zimną wodą.

Niechętnie unoszę ociężałe powieki. Nade mną pochylają się dwie twarze, kobieta uśmiecha się z ulgą, a w oczach mężczyzny dostrzegam niepokój. Wpatruje się we mnie tak intensywnie, że nie jestem pewna, czy znów pochłania mnie otchłań nieświadomości, czy głębia jego czarnych, bezdennych źrenic.

— Ruszać się czas ucieka — warczy zniecierpliwiony szef.

Tajemniczy wstaje i bez wysiłku podnosi mnie z podłogi. Jestem mu wdzięczna, gdyż sama chyba nie dałabym rady utrzymać się na własnych, drżących nogach. Wtulam twarz w zagłębienie jego szyi, zamykam oczy i delektuję się boskim zapachem jego skóry.

— Dziękuję — szepczę mu wprost do ucha.

W odpowiedzi przytula mnie tylko mocniej do siebie.

— Do wozu! Wy dwaj pojedziecie z nimi, reszta drugim — padają szybkie polecenia — Wszyscy wiedzą co i jak? Więc proszę bez niespodzianek. Panowie, niedługo będziemy daleko stąd. Powodzenia.

Tajemniczy wynosi mnie na zewnątrz i sadza na podłodze dużego, czarnego Vana.

— Zwiąż ją i zaknebluj, żeby się nie darła. Tu są jej rzeczy — jeden z oprychów, najprawdopodobniej ten z tatuażami, rzuca moją torebkę i żakiet na tylne siedzenie.

Półświadoma tępo wpatruję się w swoje rzeczy, aż nagle zalewa mnie fala niedorzecznej radości na widok odzyskanego prezentu urodzinowego. Wiem jak dalece absurdalne jest to uczucie w tej sytuacji, ale wszystko to, co się ostatnio wydarzyło zupełnie pozbawiło mnie racjonalnego zachowania. Czuję się wypompowana i zmęczona. W tej chwili mogę myśleć tylko o tym, żeby bezpiecznie wrócić do domu…

Drzwi za moimi plecami zamykają się z głośnym hukiem i powoli ruszamy — Oby wszystko poszło dobrze, oby wszystko poszło dobrze — zaklinam w myślach — Chcę do domu!

Czarnooki przysuwa się do mnie i z przepraszającym wyrazem twarzy zawiązuje moje usta kawałkiem materiału podanym mu przez matkę, na głowę naciąga szary worek, a dłonie krępuje taśmą klejącą, jest przy tym niezwykle ostrożny i delikatny. Nad uchem słyszę jego konspiracyjny szept — Będziesz zamknięta w jakiejś budzie pilnowana przez jednego z nich, reszta ukryje się w kościele po drugiej stronie ulicy, aby w razie czego wtopić się w tłum wychodzących ludzi. Masz czas do pierwszej. Nie wiem co z bronią. Postaram się podrzucić ci telefon — zdumiona z trudem koduję udzielane mi informacje. Gdy kończy odsuwa się ode mnie i przesiada gdzieś na siedzenie obok. Reszta drogi upływa w milczeniu.

Zatrzymujemy się przy ruchliwej ulicy, jeden z oprawców wysiada otworzyć wspomnianą budę następnie odsuwa boczne drzwi samochodu.

— Zasłoń ją, żeby nikt nie zauważył — upomina steryd.

— Chodź.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.04
drukowana A5
za 37.09