Rozdział pierwszy
Puszysta blondynka w błyszczącej kurtce siedzi naprzeciwko mnie i nie przestaje gadać. W pokoju zawisł ciężki zapach jej perfum, który musiała na sobie rozpylić w sporej ilości. Moja głowa zaczyna pulsować. Jest przed południem, a ja mam dość. Wyjątkowo upierdliwy ten dzień. I jeszcze ona.
— Pani kochanieńka jak się nie da, jak ostatnio się dało –trajkocze.
— Tłumaczę, pani Szablicka, że ostatnio to był absolutny wyjątek. Ile lat się znamy? Dwadzieścia? To nie jest nasze pierwsze spotkanie i procedura wydawania zaświadczeń powinna już być znana. — Staram się oddychać przez usta, pocieram skronie, ale ból głowy rośnie. Zamknięte okno nie pomaga.
— Ale ja mam na dzisiaj notariusza. Muszę mieć to dzisiaj. No sama pani rozumie. — Kobieta stara się jeszcze używać tonu błagalnego. Tak się złamałam ostatnim razem.
— Nawet jeśli rozumiem, to jest wrzesień. Ludzie są jeszcze na urlopach i mogę je przygotować najwcześniej na jutro, na jedenastą W tej chwili nie ma mi nawet kto podpisać. — Rozkładam ręce, żeby podkreślić moją bezradność.
— Jak nie ma, jak prezesa widziałam na parkingu? — Małe oczka mrużą się, a ton głosu zmienia się na podejrzliwy.
— Jutro o jedenastej. Najpierw się zbiera papiery, a potem umawia notariusza. –Upieram się.
Jej twarz czerwienieje, oczy robią się jeszcze mniejsze. Czuję rosnące w niej napięcie. Ta grzeczność sprzed minuty, co do której miała przekonanie, że zadziała, wyparowuje w ułamku sekundy.
— To my na was darmozjady płacimy! Siedzi sobie paniusia w odpicowanym za moje pieniądze biurze i pazurki szlifuje. — Ze złości robi się zupełnie czerwona. Nerwowo zrzuca kurtkę, szarpie się z rękawem, co rozsierdza ją jeszcze bardziej.
— Ja się stąd nie ruszę, dopóki go nie dostanę. Ja to zgłoszę! Gdzie jest ten prezes?! — sapie.
Staram się być spokojna. Nie pierwsza i nieostatnia awantura człowieka, który przeoczył ważny element w układance sprzedaży mieszkania. Takich awantur jest kilka tygodniowo. Atrakcyjny dodatek do mojej niezwykle nieatrakcyjnej pracy. Normalnie miałabym spokój, ale ruch w mieszkaniach zaczął się jakiś czas temu i najwyraźniej nie zamierzał zwolnić.
Szablickiej zwyczajnie nie lubię. Mało to profesjonalne i nie powinno mnie obchodzić, ale jestem tylko człowiekiem. Kobieta handluje mieszkaniami, systematycznie wykupując je za bezcen na przetargach. Słyszałam plotki, że przekupuje innych licytujących, żeby się wycofali. Potem je remontuje, odsprzedaje ze sporym zyskiem.
Teoretycznie, dopóki nikt jej nie złapie, wszystko jest legalnie. Dla mnie tacy ludzie jak ona burzą porządek. Pozbawia szansy tych, którzy naprawdę potrzebują lokalu. Wpada tutaj z awanturą co jakiś czas, święcie przekonana, że ilość transakcji i pieniądze czynią z niej wyjątek. Oddycham głęboko. Ucisk głowy rośnie. Kładę ręce na biurku, powoli i wyraźnie mówię ze sztucznym uśmiechem:
— Proszę spróbować.
Kiedy wychodzi trzaskając drzwiami, gwałtownie wypuszczam powietrze, chwytam za telefon i wybieram wewnętrzny do sekretariatu:
— Marysia? Leci do was Szablicka. Z awanturą. — Po drugiej stronie słyszę zmęczone westchnienie.
— Zaświadczenie?
— Tak. Na dzisiaj oczywiście.
Odchylam się w fotelu i kiwając głową, rozglądam po tym „odpicowanym” biurze. Stara tapeta z drobinkami drewna odmalowana na biało trzy lata temu, ale pamiętająca jeszcze czasy kartek na mięso, w niczym nie przypomina marmurów. Ciemnoszare linoleum na podłodze wytarte jest w kilku miejscach od mojego krzesła i tysięcy stóp przemierzających drogę od drzwi do biurka. Chwiejące się półki uginają się pod ciężarem segregatorów. Stara firanka chowa kilka marniejących kwiatków na kamiennym parapecie i widok na szarą ścianę budynku po drugiej stronie ulicy. No luksus. Od razu czuję się wybrana. Pracuję tu coś koło dwudziestu lat. Z przerwami na odchowanie dwójki dzieci. I mimo, że nie przepadam za tą pracą to lubię moje życie. Z małymi wyjątkami. Jest stabilne. Przynajmniej było przez te lata od kiedy pierwszy raz usiadłam za tym biurkiem. Z nikim się tutaj nie przyjaźnię. Traktuję to jak pracę od-do. Przychodzę, robię co mam zrobić i wracam do domu. Ale o biuro dbam tak jak o wszystko. Dlatego tu jest czysto.
Segregatory starannie opisane stoją w równych rzędach, na czystym blacie biurka stoi tylko pojemnik z długopisami i ołówkami, żadnych zbędnych papierów czy przedmiotów. Tak jak lubię. Uwielbiam porządek. Może to daje ludziom złudzenie tego luksusu?
Chaos mnie irytuje, kurz drażni, a ślady palców odbite na frontach szafek doprowadzają do szału. Moje rozważania przerywa tupot stóp. Aha, czyli wraca.
Szablicka wparowuje do mojego biura jak huragan. Po ułożonej fryzurze nie ma śladu. Teraz przypomina stracha na wróble. Siada na krześle i zaczyna krzyczeć.
— I jeszcze do prezesa nie idzie się dostać! Święte krowy! Tylko brać pieniądze za nic. Opada na krzesło naprzeciwko– Ja się stąd nie ruszę. Będę czekać, aż mi to pani załatwi. Pani wie, co ja mogę? Kim pani jest, żeby mi dyktować warunki?! No kim?!
Chciałabym jej odpowiedzieć, że biuro zamykamy o siedemnastej i niestety o tej porze na pewno wyjdziemy razem. Przez te kilka godzin może przyjrzy się jak wygląda ta cudowna praca. Może nawet pozna kilku ludzi, którzy jednak pamiętają o normach zachowania społecznego i coś sobie przyswoi. Ale mój mózg zacina się na jej ostatnich słowach.
„No kim Pani jest?!” odbija się echem w mojej głowie. Nie chce zniknąć, jakby w tym momencie mój umysł postanowił przekopać archiwum pamięci i odgrzebać sensowną odpowiedź.
Ciało zastygłe w bezruchu, a przecież widzę. Widzę jak Szablicka porusza ustami, kropelki śliny zebrały się w kącikach wykrzywionych złością ust. Starannie wyprasowane botoksem czoło nie chce się zmarszczyć. Macha rękami. Może nawet krzyczy, ale do mnie chwilowo nie dociera żaden dźwięk. Oglądam rzeczywistość w trybie zwolnionym. Ruchy, nawet te gwałtowne, nabierają miękkości, Zupełnie jakby tańczyła.
Gdzieś za jej plecami otwierają się drzwi i wchodzi prezes. Kładzie rękę na jej ramieniu i coś mówi do mnie. Wiem, bo patrzy prosto na moją twarz. Przekrzywia głowę i pstryka palcami przed moimi oczami, a ja nie mogę się ruszyć. Może mam wylew albo udar? Mózg odłączony od reszty ciała nie chce słuchać poleceń. Chcę poruszyć rękami, ale one wiszą bezwładnie. Chcę coś powiedzieć, ale nie wydobywa się żaden dźwięk. Jedyne, co mi się udaje to zamknąć oczy, kiedy bezwładnie padam na podłogę, przewracając fotel.
Cisza i ciemność. Błogo, ciepło i spokojnie. Żadnych krzyczących ludzi, zaświadczeń, aktów notarialnych i zgonu, żadnych terminów, zero obojętności Jacka, nieobecnych przyjaciół czy odchodzących w dorosłość dzieci. Nic mnie nie martwi, nie niepokoi. To, że lubię moje życie to nie znaczy, że ono nie będzie się zmieniać. A ostatnio jakby wszystko chce się zmieniać na raz. A tu, gdzie jestem jest pusto i cicho.
Tak wygląda śmierć?
Nie, to chyba nie to, bo nagle robi się jaśniej i docierają do mnie głosy.
— Czy ktoś zadzwonił do jej męża?
„Nie dzwońcie!” chce krzyknąć, ale z gardła nie wydobywa się nawet świst.
Zadzwonią i dowiedzą się, że Jacek wyprowadził się kilka miesięcy temu. Oświadczył, że nie da rady dłużej ze mną wytrzymać i zniknął z mojego życia.
— Tak — Słyszę głos mojego szefa. — Dojedzie do szpitala.
— Proszę się rozejść. — Tego głosu nie rozpoznaję. — Państwo tu szukacie taniej sensacji, a my musimy pacjentkę jeszcze znieść po schodach.
Ktoś mnie podnosi. Zauważam to wyłącznie dlatego, że sufit na moment jest bliżej.
Leżę, a moje ciało oplatają pasy. Czuję je, mimo że dalej nie mogę się ruszyć. Ktoś świeci mi po oczach.
— Czy pani mnie słyszy?
Słyszę, ale i tak nie mam jak zareagować. Z przyczyn nie do końca zrozumiałych, nie panikuję. Bezmyślnie patrzę na popękany sufit i twarz niemłodego mężczyzny pochylającego się nade mną. Ma śliczne niebieskie oczy. Te oznaki starzenia, zmarszczki wokół oczu i siwizna jakoś dodają mu uroku. Cała rzeczywistość do mnie dociera, ale ciało nie podejmuje żadnych działań. Jest mi gorąco.
Jestem niemym obserwatorem. Kukiełką.
Teraz znoszą mnie po schodach, sapiąc z wysiłku. Ktoś przytrzymuje im drzwi. Dźwięki zaczynają mnie boleć. Szuranie ich stóp po chodniku, głosy ludzi, szczęk składanych noszy i trzaśnięcie drzwi samochodu.
Jak mam im dać znać, żeby wyłączyli sygnał? Wycie wbija mi się w mózg milionem igieł. Skrzywiłabym się, ale dalej nie mogę wydobyć z siebie ruchu czy głosu. Dźwięki powtarzają się w odwrotnej kolejności. Drzwi, nosze, stopy. Dochodzi hałas ludzi na korytarzach szpitala, jaskrawe światło jarzeniówek. Potem seria badań. Szumiące maszyny i migające światła. Przenoszą mnie do pokoju, kiedy wpada mój kiedyś mąż. Teraz nie wiem kim dla mnie jest. Jest jakaś nazwa na etap przejściowy? Jeszcze nie były, już nie obecny. A jednak jest. Podbiega do łóżka.
— Alicja, co się dzieje? — Głos mu lekko drży.
Czuję ciepło, kiedy jego dłoń zaciska się na mojej. Zmarszczone czoło i nerwowo zaciśnięte usta. Patrzę długo na znajomą twarz i z moich oczu zaczynają płynąć łzy.
Czy to była troska?
Zamykam je, kiedy pielęgniarka wbija mi w skórę igłę. Wstrzykuje coś do rurki łączącej mnie z plastikową torebką i znowu ogarnia mnie ciemność.
Kiedy je otwieram w pokoju panuje półmrok. Zaczyna docierać do mnie, gdzie jestem. Strzępy obrazów wracają. Twarz ratownika, twarz Szablickiej, pstrykanie palców przez szefa, światła maszyny, do której mnie wsuwano. Jestem w szpitalu. Rozpoznaję wyłącznie zarysy rzeczywistości, ale zapach rozpoznaję bez trudu. Mieszanka środków do dezynfekcji i nieszczęścia wisi w powietrzu. Mój ojciec był lekarzem. Zapach szpitala rozpoznam wszędzie.
Nie jestem sama. W pokoju leży ktoś jeszcze. Słyszę oddech i miarowy szum jakiej maszyny. Coś obok mnie wydaje z siebie pikający dźwięk z irytującą regularnością. Odruchowo siadam na łóżku, ze zdumieniem odkrywając, że mogę się z powrotem poruszać. Na metalowym stoliku obok stoi butelka z wodą i leżą trzy mandarynki. Sięgam po wodę. Wenflon i kabelki, jakimi mnie opleciono trochę ograniczają moje ruchy.
— Ocknęła się pani. To dobrze. — Słyszę ciepły głos z drugiego łóżka. Kobiecy, niewyraźny, jakby miała problem z mówieniem.
— Słucham? — Obracam głowę, ale w ciemności niewiele widać.
— Oni się bali, że to udar albo wylew. Ale niech się nie martwi. Niczego nie znaleźli. — słyszę, ile wysiłku wkłada w mówienie.
Przetwarzam informacje i jedyne co mi przychodzi do głowy to jedno słowo:
— Dziękuję.
— Nie ma za co. Stefania. Nie mogę dużo mówić.
Chcę wstać, ale jestem całą zaplątana w kabelki. Jak kukiełka w teatrze lalkowym sznurkami. Kiedy próbuję je ściągnąć rozlega się pisk i do pokoju wpada pielęgniarka.
— Co robi? Zwariowała? Przecież pozrywa? Ma pani leżeć. — Zaczyna pociągać za kabelki, żeby sprawdzić, co zepsułam.
— Chciałam tylko wstać — mówię z wyrzutem.
— Na litość boską jak zaczynałam zmianę to leżała bez ruchu. I do rana ma tak leżeć. Z powrotem do łóżka — Poprawia ledwo odklejone elektrody na mojej klatce piersiowej i sprawdza wenflon.
— Muszę do toalety. — Próbuję inaczej. Na szczęście nie byłam nieprzytomna na tyle długo, żeby założyli mi cewnik.
— Żadne takie. Jeszcze mi zemdleje. Proszę się położyć. Tu jest naczynie. Pani zrobi, ja poczekam. — Podaje mi metalowe naczynie, którym mam ochotę rzucić.
Pielęgniarka podchodzi do drugiego łóżka. Sięga po szklankę z wodą. Wkłada rurkę i podaje starszej pani. Słyszę łapczywe przełykanie.
Dalej trzymam w ręku metalowe płaskie naczynie. Mam do tego sikać?!
— No już. Nie mam całej nocy, żeby tu czekać. Oddział pełny. Ludzie na korytarzu śpią.
Czuję się upokorzona. Zła. Przecież nic mnie nie boli. Nic nie odkryli, to po co mnie tu trzymają. Czuję się dobrze i chcę do domu. Tutaj jest brudno.
— To mnie wypuście — cedzę przez zaciśnięte zęby.
Pielęgniarka patrzy na mnie jak na dziecko.
— Pierwszy raz w szpitalu? Przecież rano na obchodzie zdecydują co z panią. Teraz to może pani pospać. Jest druga w nocy.
Zmuszam się do użycia naczynia i z obrzydzeniem podaje je pielęgniarce. Czuję się brudna, lepka. Nie mam jak umyć rąk, bo jedyna umywalka w pokoju jest poza moim zasięgiem. Wszelkie próby wstawania skończą się ponownym uruchomieniem alarmu i wyrzutami pielęgniarki. Kładę się zrezygnowana, ale nie mogę zasnąć.
„No kim pani jest?” wraca do mojej głowy.
„Jestem Alicja.” myślę. „Mam czterdzieści dwa lata. Dwójkę dzieci. Spore mieszkanie w niedużym bloku na obrzeżach średniego miasta urządzone zgodnie z Feng Shui. Mam też niewielką nadwagę i dwie najlepsze przyjaciółki. Tośkę i Lenę. Jestem pracownikiem biurowym. Mamą. Córką. Przyjacielem.” — Powtarzam jak mantrę w myślach.
Mózg jednak nie przyjmuje tej odpowiedzi. Z zemsty za drogę na skróty produkuje nowe pytania i budzi wątpliwości.
„Ale kim TY jesteś?”
Dialog wewnętrzny przeradza się w kłótnię. Nie dam sprowadzić swojego życia do pustki. Nie jestem lalką w teatrze. Jestem …
No właśnie kim jestem? Brak stosownych określeń zmusza mnie do kapitulacji. Zamiast pytania w głowie powtarzają się słowa o sznurkach.
„Jestem marionetką … za sznurki … w teatrze…”
I nagle cierpną mi opuszki palców, potem mrowienie rozchodzi się po całym ciele. Znowu nie mogę się ruszyć, ale czuję wszystko. Zamykam oczy, bo nie chce wierzyć, że to się powtarza. Trwa to dosłownie chwilę, bo kiedy je otwieram nie widzę szpitala i mogę się poruszać. Oglądam swoje dłonie i nogi. Podskakuję. Zmysły są wyostrzone. A jednocześnie wszystko dookoła lekko drga jak gorące powietrze.
— Co do jasnej cholery?! — rozglądam się. To jakiś sen? Sakramencko realny ten sen. Czytałam o świadomych snach, ale to chyba nie to. Rozglądam się.
Stoję w swoim mieszkaniu. W przedpokoju stara tapeta w nieokreślny wzór oberwana przy suficie wisi smętnym płatem, na podłodze wykładzina PCV w kolorze jasnego brązu. Kuchnia pełna starych szafek z pourywanymi drzwiczkami. Wszystko wymaga remontu. W powietrzu wisi stęchły zapach kurzu i brudu. To jest moje mieszkanie, ale kilkanaście lat temu. W takim stanie je kupiliśmy.
Pamiętam to, ale przecież niemożliwe, żebym tu była. To było lata temu. Co to jest? Podróż w czasie? Umarłam? Nie, umarłym tak szybko nie bije serce. Nie czują ciepła, a ja mam wrażenie, że zaraz spłonę.
Obraz nadal drga, jakby nic nie mogło się tutaj zatrzymać ani na chwilę. Obracam głowę i widzę siebie z malutkim Jaśkiem w granatowym wózku i Jacka, który chodzi od pokoju do pokoju. W szoku robię krok do tyłu. To sen. To jakiś bardzo dziwny sen. Szczypię się w ramię.
— Auć! — mówię to na głos, i przestraszona podnoszę głowę, w której właśnie przelatują wszystkie obrazki z filmów o podróży w czasie. Co się mówi młodszej wersji siebie?
Nie mówi się nic, bo nikt mnie nie słyszy. Podchodzę do młodszej siebie i macham jej ręką przed oczami. Zero reakcji z jej strony. Nie jestem tak odważna, żeby jej dotknąć. Odsuwam się, a ona przechodzi obok mnie.
Idę za nią. Wchodzimy do pomieszczenia, które teraz jest salonem. Światło słoneczne wpada przez brudne okno, drobinki kurzu wirują. Wyciągam rękę i po ścianie przesuwa się blady cień. Rozcieńczony jak za słaba herbata. Cienia też nikt nie zauważa. Wracam do przed pokoju i staję tak, żeby ogarniać wzrokiem jak najwięcej.
— To mieszkanie to ruina — mówi cicho, przerażona młodsza ja.
— Ale ruina z potencjałem. Popatrz. Ma cztery pokoje i okolica jest przyzwoita. — Mój ojciec wychodzi z łazienki i opukuje pięścią ścianę.
Ja zamieram bez ruchu. Mój ojciec. Jerzy Staszewski. Przyglądam się wysokiej sylwetce, starannie ogolonej twarzy. Ojciec jest dość młody. Nawet martwy od dwóch lat budzi we mnie lęk.
— A kto będzie remontował?! Przecież nie ja. Ja się do tego nie nadaję. — Jacek nerwowo wymachuje rękami, a ojciec chodzi i ogląda.
— Dacie radę. — Jego ton jest stanowczy. Twarz zrelaksowana, żadnego mrużenia oczu czy zaciskania ust. Jest zadowolony.
— Jerzy! Ty nie możesz mówić poważnie. Poszukajmy jeszcze. — Jacka ręce, chwilę temu wymachujące, opadają bezwładnie.
— Nie. To kupuję dla was. Na remont wydacie pieniądze z wesela. — Ojciec strzepuje z marynarki nieistniejący pyłek.
— Wiesz, ile tu jest roboty? — Mój mąż podnosi rękę i znowu macha próbując ogarnąć tym gestem mieszkanie.
Patrzę na niego i na młodszą siebie, ale to nie jest jak wspomnienie. Opuszczam głowę i widzę swoje stopy. Wyciągam rękę przed siebie i chcę przesunąć po brudnej ścianie, czuję nierówną powierzchnię. Na palcach zostaje mi kurz. Martwi nie mogą pobrudzić sobie rąk. O co tu chodzi?
Zamykam oczy dosłownie na ułamek sekundy i jestem z powrotem w szpitalu. Pokój jest pełen ludzi w białych fartuchach. Męski głos na początku dobiega w zwolnionym tempie i jakby z głębi studni.
— Wyniki nie świadczą o jakimkolwiek problemie natury fizjologicznej. Dzisiaj wypiszemy ją do domu.
— Jak się pani czuje?
To do mnie? Siedem par oczu patrzy na mnie, najwyraźniej oczekując odpowiedzi. Czy tak się czują zwierzęta w zoo? Oddycham szybko i płytko.
— Normalnie. Ale chciałabym móc wstać.
— Wszystko w swoim czasie — mówi mężczyzna z brodą i zupełnie mnie ignorując odwraca się i wychodzi.
Tłumek drepczących za nim szura butami po podłodze. Tylko młodziutka lekarka odwraca się na moment wychodząc i posyła mi pocieszający uśmiech. Chwilę później wpada pielęgniarka podając mi coś, co musi być śniadaniem. Na plastikowej tacy plastikowa miska, z tych które kupuje się dla kotów czy psów. W środku gęsta substancja trochę przypominająca owsiankę. Obok talerzyk z plamą z masła, podeschnięta bułka, plasterek szynki i plasterek pomidora. Ostrożnie wącham substancję, ale mdli mnie i odstawiam tacę na stolik. Biorę wodę i robię kilka łyków. Pielęgniarka wchodzi ponownie i nieszczególnie delikatnie ściąga ze mnie wszystko, co zostało przyklejone uprzednio wyłączając aparaturę. Na skórze zostają czarne otoczki z kleju i wacik przyłożony do miejsca po wkłuciu.
— Pani do wypisu. W południe ktoś musi odebrać. Teraz może wstać, ale proszę nie opuszczać oddziału.
Kiedy wstaję kręci mi się w głowie. Chwytam metalową barierkę łóżka, żeby złapać równowagę. Na podłodze znajduję moje domowe kapcie. Wsuwam stopy i idę szukać toalety. Korytarz jest pełen. Pełen ludzi bez ruchu, monitorów pikających miarowo, bieli pościeli, nieszczęścia. Łazienka sprawia wrażenie brudnej chociaż taka nie jest. Dziwny, kwaśny zapach unosi się w powietrzu. Robię co mogę, żeby dotykać jak mniej powierzchni. Za to, kiedy myję ręce robię to dokładnie, z namaszczeniem trąc skórę jakby to mogło pomóc mi poczuć się czystszą. Zerkam za plastikową zasłonkę i już wiem, że prysznica tu nie wezmę choćby nie wiem co. Słuchawka wisi smętnie, a pożółkły brodzik powoduje gwałtowny skurcz żołądka. Kiedy wchodzę do pokoju, mojego łóżka już nie ma. Ani mojej szafki. Starsza pani obraca głowę z wysiłkiem:
— Zabrali na korytarz. Zaraz tu kogoś wstawią. Pani idzie do domu.
W świetle dnia wpadającego przez niewielkie okno mogę się jej przyjrzeć. Ma łagodną twarz i siwe, rzadkie włosy. Kiedy się uśmiecha, robi to tylko jedną częścią ust. Druga pozostaje nieruchoma.
Wychodzę na korytarz i odnajduję własne łózko. Wyciągam z szafki ubranie i idę z powrotem do łazienki. Zamykam drzwi i kuląc się z obrzydzenia zakładam spodnie i bluzkę z wczoraj na brudne ciało. Powinnam była zadzwonić do Tośki, ale nie znalazłam telefonu. Mogłam pożyczyć, ale na to nie wpadłam. I co teraz?
Teraz siedzę na korytarzu obserwując taniec łóżek, pielęgniarek i nielicznych lekarzy. Ktoś gdzieś biegnie, w jednym z pokoi uruchamia się alarm. Potem wywożą kogoś z przykrytą twarzą. Ktoś płacze. O jedenastej w drzwiach oddziału pojawia się Jacek. Podchodzi do mnie i mówi:
— Ale mnie wystraszyłaś. Na szczęście nic ci nie jest. Zaraz jedziemy do domu. Zamienię tylko kilka słów z lekarzem.
Nie mówię ani słowa. Patrzę tępym wzorkiem jak puka do drzwi dyżurki. Brodacz wychodzi i ścigają sobie dłonie. Wytężam słuch:
— Fizycznie jest zupełnie zdrowa. Tu jest potrzebna pomoc psychiatry, może psychologa.
— Mam ją zabrać do szpitala na Konwaliowej?
— Niekoniecznie. To nie ten etap. Tu masz wizytówkę mojej znajomej. Świetna specjalistka. Na pewno pomoże. Ma prywatną klinikę.
— No znam przecież. Poznaliśmy się u ciebie na imprezie. Piękna, czarna, wysoka.
— Tamara. Ach. — Wymieniają porozumiewawcze spojrzenia, a ja się krzywię.
Brodacz jedną ręką wręcza Jackowi biały kartonik, drugą wkłada do kieszeni fartucha podaną kopertę.
Jacek wraca i patrzy wyczekująco, a ja czekam na filmowy fotel na kółkach, ale nic takiego się nie wydarza. Po prostu wychodzimy z oddziału. Jacek się spieszy, robi te swoje długie kroki, nerwowo naciska przycisk w metalowej ramce. Ja ściskam torebkę. Czekamy na windę, ale kiedy drzwi rozsuwają się i dociera do mnie, że mam wejść do blaszanej puszki wpadam w panikę. Cofam się.
— Alicja, uspokój się. To tylko winda.
— Nie, nie, nie wsiądę tam. — Na samą myśl przestaję oddychać. Rozglądam się. Zielone tabliczki wskazują drogę ewakuacyjną.
— Boże święty, nie bądź panikarą. Spokojnie. Zejdziemy schodami. — Przepraszająco kiwa głową do ludzi w windzie.
Podchodzi do mnie i popycha wahadłowe drzwi. Klatka schodowa jest szeroka. Na każdym piętrze okna. Serce uspokaja się. Kiedy wychodzę na zewnątrz wciągam głęboko powietrze. To nic, że czuję spaliny. Wolę spaliny od środków odkażających. Jacek odpala samochód, podjeżdża do rampy, wrzuca kilka monet i kiedy szlaban podnosi się opuszczamy parking i teren szpitala.
— Nic ci nie będzie z tego co zrozumiałem. Bogdan mówi, że powinnaś poszukać pomocy. Mam kontakt.
Milczę, bo mózg przetwarza słowa w nieco wolniejszym tempie niż on je wypowiada.
— No nic. Na razie musisz odpocząć. Bogdan wypisał ci zwolnienie na tydzień. Potem musisz iść do psychologa.
— Gdzie jest mój telefon?
— Telefon? Ja mam twój telefon. Jest w domu. Zabrałem, bo bałem się zostawić w szpitalu. Licho nie śpi, a ty nie byłaś wczoraj najprzytomniejszą osobą na ziemi.
Nie odpowiadam. Jak automat wysiadam i idę po schodach na drugie piętro.
Wchodzę do domu i pierwsze, co widzę to moje dzieci.
— Mama. — Ela rzuca mi się na szyję — Ale mnie wystraszyłaś. Chciałam przyjechać, ale mi nie pozwolili.
— Odwieś się z niej, łosiu. — Jasiek podchodzi do mnie i całuje mnie w policzek. — Cieszę się, że nic ci nie jest. Pewnie chcesz się umyć. Ty idź do łazienki, a ja ogarnę ci kawę albo herbatę. Co wolisz?
Patrzę na niego z wdzięcznością. W końcu ktoś, kto wie czego potrzebuję.
— Tu jest twój telefon — mówi Jacek wyciągając rękę w moją stronę.
— Jasiek ma rację. Muszę się umyć. — Biorę telefon i odkładam na stół.
Co teraz? Jacek zostanie czy wyjdzie i wróci do siebie? Nie wiem nawet gdzie mieszka. Nie odzywał się za szczególnie przez te ostatnie tygodnie, a ja byłam zbyt rozżalona, żeby się tego kontaktu domagać. Czekałam aż mu przejdzie, bo przecież mu przejdzie. Może nadal trochę czekam? Nie widzę, żeby wyciągał kluczyki czy zapinał kurtkę. Nie, nie chcę się tym teraz zajmować. Muszę się umyć.
Uwielbiam moje mieszkanie. Kocham każdy jeden kawałek wypucowanej do czysta i zaprojektowanej ze starannością przestrzeni. Zero błędów, zero pomyłek. Proste eleganckie.
Zrzucam ubranie, wrzucając je od razu do pralki i odkręcam wodę pod prysznicem. Stoję pod ciepłym strumieniem tak długo aż czuję, że skorupka brudu i bakterii spływa z mojej skóry i znikną w czerni odpływu. Dopiero wtedy sięgam po szampon i starannie myję włosy. Nakładam odżywkę i dwa razy myję całe ciało. Raz z peelingiem, tak żeby wydrapać ten szpital z siebie. Przecieram ręką zaparowane lustro. Oczekuję jakieś zmiany. Ale przecież to wszystko wydarzyło się wczoraj.
Wczoraj rano wklepywałam w twarz krem delikatnie pachnący róża. Nakładałam podkład specjalnym pędzlem i podkreślałam oczy grafitową kredką. Idealna maska do pracy, w której nikt nie wie, że od dwóch miesięcy moje idealne życie się sypie. Dla nich, tam wczoraj rano, byłam zadowoloną ze swojego idealnego życia perfekcjonistką.
Dzisiaj w zaparowanej powierzchni odbija się smutek i bezsilność. Rozmazany makijaż zmywam szybko wacikiem. Potrząsam głową. Usiłuję się zdyscyplinować. I to znowu się wydarza. Gęsia skórka pokrywa moją skórę, a w opuszkach palców pojawia się mrowienie, które rozchodzi się po całym ciele. Znika moja łazienka a ja…
Pod moimi stopami jednolicie beżowe kafle imitujące marmur. Rozpoznałabym je wszędzie. Stoję w starej łazience w domu rodziców. Nie mam czasu się rozglądać, bo mała ja siedzi na wannie. Włosy ma spięte w ciasny kucyk. Kucam przed nią. Ona też mnie nie widzi. Natomiast ja ją czuję. Czuję jej nadzieję, złość, frustrację. Słyszę jak szybko bije jej serce. Moje też bije tak szybko. Pamiętam to.
Ojciec kazał posprzątać łazienkę, a ja chciałam na podwórko do Toski. Wiem, że Tośka siedzi na trzepaku, robi z gumy balonu i kiwając nogami czeka. Pozostali poszli już na kroca. Tylko ona na mnie czeka. Dorosłą ja obserwuję swoją młodą wersję, kiedy szybko myje wannę i umywalkę. Podchodzę do lustra i staję prosto za nią. Sprawdzam swoje odbicie. Jak to możliwe, że ja widzę siebie, a ona nie widzi mnie? Przeciera lustro wodą z octem. Obie krzywimy się od zapachu. Czyli czuję ten zapach co ona. — odnotowuje w myślach. Staję obok pralki, tam nie podejdzie. Pochyla się z obrzydzeniem nad toaletą i wsypując proszek szoruje szczotką. Bardzo chcę spotkać się z przyjaciółką.
— Tato, skończyłam — mówi wychylając głowę przez drzwi.
Mam ochotę ją zatrzymać. Wyciągam nawet rękę, ale to nic nie daje. Chcę uprzedzić ją o tym, co się wydarzy, ale nie mogę. Mogę stać i obserwować. Mój głos nie zabrzmi w tej dziwnej przestrzeni. Niczego nie mogę zmieniać. Jednocześnie tu jestem, a jakby mnie nie było. Kiedy próbuję wyjść z pomieszczenia nie daję rady. Jakaś siła trzyma mnie w tym miejscu. Muszę jeszcze raz przeżywać tą scenę. Nie rozumiem, po co to wszystko. Jeden raz nie wystarczył? Dlaczego skaczę w przeszłość? Dlaczego muszę to wszystko przechodzić po raz kolejny?
Ojciec wie, że Tośka na mnie czeka. Spinam się, kiedy wchodzi prawie wojskowym krokiem z rękoma założonymi za plecami. Jaki młody! Jakie to dziwne uczucie patrzeć na niego z boku. Wszystko to jest dziwne. Wciągam powietrze i przysięgam, że czuję zapach jego wody po goleniu. Nie budzi sentymentu. Za dużo było między nami strachu i złości. Przejeżdża palcem po lśniącej wannie. Przygląda się toalecie. Odsuwa pralkę.
— Nie skończyłaś. Fugi są brudne. Nie umyłaś deski i pod pralką jest brudno. Od nowa.
— Ale tato, jest czysto — Błagalny ton go rozdrażni.
— Niedbały robi dwa razy. Od nowa. Szczoteczką i dokładnie. — Wychodzi zadowolony, pogwizdując pod nosem.
Idę za nim, bo coś mnie ciągnie. Wchodzi do kuchni i siada przy stole. Zadowolony pogwizduje dalej. Boże, jak ja go wtedy nie znosiłam. Mama patrzy na niego zdumiona. Ręka z jedną kartą zawisa nad układanym pasjansem. Unosi brwi. Czeka.
— No co? W końcu się tej Tosce znudzi czekanie na nią i będzie problem z głowy. Im mniej przebywa w tamtym domu, tym lepiej. Nie byłoby problemu, jakbyś tyle nie klapała.
Wracam do łazienki. Mała z trudem powstrzymuje łzy. Idę za nią do naszego pokoju tylko na chwilę. Otwiera okno i patrzy na Tośkę. Kręci głową dając jej znać, że nic z tego. Nie wyjdzie. Tak jak wczoraj i dwa dni temu, kiedy ojciec potargał jej wypracowanie i musiała pisać od nowa.
Patrzę przez moment na stare podwórko. Masa pyłu, stary trzepak i kilka marniejących krzaków dzikiego bzu. Pod śmietnikiem stosik połamanych mebli i rozpadająca się kanapa Steciakowej spod czwórki.
Drugi raz wcale nie oznacza, że szok jest mniejszy. Stoję już w swojej łazience i obejmuję się ramionami. Ile to trwało? Oglądam własne ciało, jakby tam była jakaś odpowiedź. Sprawdzam czucie w palcach. Przebieram nimi w powietrzu. Potrząsam głową.
„Niedbały robi dwa razy”. Powtarzał ojciec, a ze mną te słowa zostały do dziś. Wrośnięte i wracające za każdym razem, kiedy coś robię. Dlaczego ten fragment mojej przeszłości? Co się właściwie dzieje? To jakiś ponury żart? Sztuczka mojego mózgu?
Coś mam sobie przypomnieć? Co takiego? Bo póki co, wszystko jest dość oczywiste. Tak. Ojciec kupił nam na to mieszkanie. Tak, mój ojciec kochał dyscyplinę i wychował mnie na perfekcjonistkę. Latami układałam siebie w sobie przysięgając, że nie zrobię niczego podobnego własnym dzieciom. I nie zrobiłam. Ale jakie to ma znaczenie? To naprawdę zamierzchła przeszłość. A jednak są takie wyrywki w tych wspomnieniach, których nie mam prawa mieć w głowie.
Ojciec mówiący, że mam jak najmniej przebywać z Tośką. Dlaczego miałam nie przebywać z Tośką? Wraca do mnie ta czysta nienawiść, jaką do niego czułam. Uważałam, że jest niesprawiedliwy i odcina mnie od jedynej osoby, z jaką miałam głębszą relację, czyli od Tośki. Robi mi się nieprzyjemnie, bo o zmarłych nie mówi się źle. Może nie powinno się również źle o nich myśleć?
„Nie udało się tato” myślę z satysfakcją o mojej najbliższej przyjaciółce, która jest ze mną od kiedy pamiętam.
Resztki wspomnień rozpływają się w mojej głowie, a ja dziwię się swojemu odbiciu. Dorosła ja z szeroko otwartymi oczyma. Muszę zadzwonić do Tośki. Zawinięta w pachnący szlafrok z lekko wilgotnymi włosami siadam na skórzanym fotelu. Jasiek podaje mi obłędnie pachnącą kawę.
— Mamo, czy z tobą wszystko w porządku? — Ela siada na oparciu fotela i patrzy na mnie pięknymi oczami swojego ojca. Są tak jasnobłękitne, że masz wrażenie, że ktoś zaklął letnie niebo w oczach tej dwójki.
— Myślę, że tak słonko. — Przytulam policzek do jej ręki na moim ramieniu.
— No, ale pójdziesz do tego psy? — pyta Jasiek oparty o ścianę. Fizycznie podzielili się po równo. Jasiek ma moją jasną karnacje przy niemalże czarnych włosach i oczach. Alicja oprócz błękitnych oczu, odziedziczyła po ojcu czekoladową karnację i miodowe włosy. Trudno nie wpaść w zachwyt nad tym połączeniem. A oni mogliby się siebie wyprzeć, gdyby chcieli.
— Pojdę Jasiek. Oczywiście, że pójdę — przekonuję samą siebie marząc tylko o tym, żeby się położyć.
— To ważne, mama. Sama zawsze powtarzasz, że po to wymyślono różne zawody, żeby ludzie mogli sobie pomagać. Tobie pomoże ta cała… Tamara. — Obraca w rękach biały kartonik. — Serio? Psycholog o imieniu Tamara? Jak panie….
— Jasiek! — karcę go jednocześnie słysząc, że Jacek robi dokładnie to samo.
— No co? Skojarzenia. — Wzrusza ramionami. Ela chichocze usiłując ukryć ten fakt przez zaciskanie i tak rozciągniętych w uśmiechu ust.
— Tamara Szyszko. Podobno świetny specjalista. Wszystko będzie dobrze. — Jacek zabiera mu wizytówkę i przypina do korkowej tablicy. Po czym wstaje i poprawia kurtkę. Wyciąga z kieszeni kluczyki.
Nie wiem czego oczekiwałam. Jacek przygląda się mojej twarzy. Może myśli, że to co się dzieje jest wynikiem jego odejścia? Może ma wyrzuty sumienia? Patrzymy przez chwilę na siebie, a potem głos Jaśka rozbija ten moment na kawałki. Pęka jak za cienki lód na kałuży. Jasiek przejmuje rolę opiekuna i robi to celowo. To chyba jego sposób wyrażania złości na ojca.
— Idź spać, mama. Nie wierzę, że tam pospałaś. Dzisiaj jeszcze zostanę, ale jutro muszę wracać do Wrocławia. Zachciało mi się dorabiać to mam. — Ignoruje ojca wahanie.
Wstaję z fotela i kieruje się do sypialni. Odprowadza mnie ich wzrok. Czujny Jaśka, zmartwiony Eli i pełen nieokreślonych uczuć Jacka, który bez słowa zamyka za sobą wejściowe drzwi.
Kładę się w miękkiej pościeli. Znajomy zapach płynu do płukania uspokaja mnie. Przez chwilę coś jeszcze próbuje plątać się po mojej głowie, ale potem po prostu zasypiam. Śpię bez snów i jest mi dobrze. Słyszę jak przez ścianę, że ktoś wchodzi i wychodzi z pokoju kilka razy. I wcale nie chce mi się wstawać ani jeść. Wodę mam na stoliku w butelce. W tych krótkich momentach, kiedy się budzę rzeczywistość przypomina spacer w mgle. Jakieś fragmenty przeszłości. Muszę wszystko przemyśleć, poukładać, na nowo zdefiniować. Tak mijają całe godziny. Przynajmniej w moim mniemaniu, bo ostry głos Jacka wyrywa mnie z transu:
— Alicja. Ja ci dałem spokój, ale teraz jestem naprawdę w kropce. Jeśli nie wstaniesz i nie zaczniesz z tym walczyć będę musiał odwieźć cię na Konwaliową. Straszysz Elę. Dziecko nie rozumie, dlaczego praktycznie nie wstajesz od dwóch dni. Płacze. Jest rozbita. Ja mam pracę. Nie jestem w stanie ogarniać was obu. Mogę ją wozić na zajęcia, ale ona potrzebuje ciebie. Alicja, słyszysz mnie? Musisz wstać! Musisz się obudzić z tego czymkolwiek to jest! Córka cię potrzebuje.
To ostatnie zdanie wdziera się do mózgu i coś w nim przeskakuje. Obraz wyostrza się podobnie do dźwięków, przedmioty znowu mają krawędzie, a w pokoju jest duszno. Podnoszę się i siadam na łóżku.
— Jak kilka dni Jacek? — mówię z wysiłkiem. Gardło mam zupełnie wyschnięte.
— Normalnie. Czas płynie.
I nagle kołdra staje się za ciężka i za ciepła. Jedwabne prześcieradło gryzie, a ja czuję się lepka. Odpala się znajome uczucie, że muszę. Muszę, bo to jest moje zadanie. Jestem przekonana, że spotka mnie jakaś kara, jeśli tego nie zrobię. Dlatego odrzucam pościel na bok i idę do łazienki. Odkręcam wodę i pozwalam, żeby lodowate strużki oddały mi zmysły i rozum. Zawinięta w ręcznik przechodzę do sypialni i zakładam czyste ubranie. Ściągam pościel i wrzucam do pralki ustawiając program na najwyższą temperaturę. Jacek stoi osłupiały w przedpokoju.
— Gdzie masz numer do tej Tamary? — pytam z wymuszonym uśmiechem. — No nie patrz tak. Daj mi ten numer. — Lekko popycham go w stronę kuchni, a sama wracam do sypialni.
Biorę mój telefon ze stolika, wypinam ładowarkę i skanuję kciuk. Czterdzieści siedem nieodebranych, prawie setka wiadomości na Messengerze i kilkanaście smsów. Chyba nie kłamał z tymi dwoma dniami.
Latami wyuczona zadaniowość odpala się jak stary zaufany silnik. Najpierw mama.
— Cześć, mamo.
— Czyś ty oszalała? Co się z tobą dzieje!? Masz załamanie nerwowe? — Piskliwy głos sprawia, że odsuwam słuchawkę od ucha.
— Chwilowa niedyspozycja. Chyba poziom stresu dał mi się we znaki. Widocznie musiałam odpocząć. — Kłamię bez najmniejszego wysiłku.
— No to odpoczęłaś przy okazji robiąc problem wszystkim. Chciałam przyjechać, ale Jacek mi nie pozwolił. — Ona też kłamie.
W życiu tu nie była i nigdy nie przyjedzie. Od kiedy umarł ojciec nie przysyła nawet życzeń na święta. Jeszcze jedna osoba, której nie należało w to wszystko angażować.
— Właśnie wracam do normy. Wszystko w porządku.
— No mam nadzieję. Dzwoniłam do profesora Stasickiego. W całkowitej dyskrecji oczywiście. Cóż mam nadzieję, że nie będzie potrzeby korzystania z tej znajomości. Wolę z nim grać w brydża niż bywać u niego w klinice, nawet jako gość.
— Zadzwonię później. Muszę lecieć. Pa Mamo.
Kiedy wciskam czerwoną słuchawkę czuję się jak zwycięzca.
„And the Oscar goes to …” — myślę z zadowoleniem z jaką łatwością jestem w stanie udawać, że wszystko jest porządku. Pytanie, kogo bardziej staram się oszukać, ją czy siebie?
Przenoszę się do kuchni szybko przeglądając informacje na telefonie. Te nieistotne od razu kasuję. Nie odczuwam potrzeby odpisywania pani Teresie z księgowości, która z udawaną troską szuka tematu do plotek. Za to z pewnością muszę odpisać Tośce. Musi odchodzić od zmysłów nie mając ze mną kontaktu od czterech dni. Wybieram numer i od razu ogłusza mnie hit Rihanny.
— Alicja? — pyta ostrożnie jakby nie wierzyła, że to ja.
— Cześć, Tośka. Przepraszam.
— Ty mnie nie przepraszaj. Ty mi powiedz co się dzieje. Umarłam tu kilka razy z niepokoju. Jacek strasznie nieogarnięty i za grosz nie potrafi kłamać.
— Zwarcie w mózgu chyba. Szczerze mówiąc nie wiem, co to było. Ważne, że teraz tego nie ma. — Staram się brzmieć lekko.
— Na pewno? Nie brzmisz przekonująco. — Tośkę nie tak łatwo nabrać. Prawie widzę, jak mruży oczy.
— Pójdę do psychologa. Może ona mi to wyjaśni. Stęskniłam się. Wpadniesz?
— Z przyjemnością. Jacek już zasieki zdjął? Bo nikogo nie dopuszczał do ciebie przez ostatnie dni — mówi z wyraźną pretensją.
— Mhm. Instynkt jakiś mu się odpalił. Ale ja już zdolna do podejmowania decyzji mówię, że dobra kawa i dobre ciasto każdego uratują.
— Tiramisu od Kowalczyka? — Tośka ożywia się.
— Tiramisu od Kowalczyka. O siedemnastej?
— Do zobaczenia.
Jeszcze przez chwilę uśmiecham się do siebie. Jacek stoi oparty o futrynę.
— Naprawdę ci przeszło? Na pstryk? — Strzela palcami. — Tak po prostu?
— No popatrz. Zbieram dowód za dowodem, że nie jestem ci taka obojętna jak mi się wydawało. — Nie mogę się powstrzymać przed wypowiedzeniem tego na głos.
— Nie wiem o co ci znowu chodzi. — Prostuje się i wzrusza ramionami.
— Mhm.
— Alicja, muszę lecieć do pracy. Rzadko tam ostatnio bywałem, a pańskie oko i tak dalej. Słyszę, że Tośka się tu wybiera. Ela wróci dzisiaj koło szóstej. Ma jeszcze tenisa. Ja ją odbiorę, bo i tak wcześniej z roboty nie wyjdę. I zadzwoń do tej psycholog.
Patrzy na mnie podejrzliwie jakby spodziewał się, że przewrócę się tutaj i znowu wpadnę w ten stan katatonii.
— Nic mi nie jest. Słowo. Już dzwonię. Chcesz posłuchać? — Podnoszę telefon.
— Dorosła jesteś. Zadzwonię z pracy.
Bierze torbę i wychodzi. Czy on tu spał? Zerkam na zegar. Czarne wskazówki stoją na baczność razem. Południe. I co tu zrobić z takim ciekawym dniem. Ściągam wizytówkę z tablicy i obracam ją w palcach. Prosta, elegancka bez szlaczków i ozdobników. Może nie będzie tak źle.
Po trzecim sygnale chcę się rozłączyć, kiedy nagle słyszę wysoki damski głos:
— Tamara Szyszko. Słucham?
— Dzień dobry.
— Dzień dobry. Słucham Panią?
— Alicja Staszewska z tej strony. Ja dostałam… pani numer od doktora Książkiewicza. Podobno może mi pani pomóc?
— Aaaa. Pamiętam. Wspominał mi. Pani od Jacka. Utrata zmysłów, jakiś rodzaj blokady. Kiedy pani może przyjść? — W tle słyszę stukanie klawiszy.
— Cóż. Jak najszybciej?
— Co dzisiaj jest? Czwartek? Proszę przyjść jutro na ósmą trzydzieści. Jesionowa 66. Wie pani, gdzie to jest?
— Znajdę.
Rozdział drugi
Cudownie. Nie muszę iść do pracy. Przez całe lata brałam urlopy tylko ze względu na dzieci. O zwolnieniach lekarskich nawet nie myślałam. A teraz mam wolne. Całe oceany czasu. I dobrze, bo musze się dowiedzieć, co się ze mną dzieje. Internet pełen jest informacji. Włączam laptop i szukam czegoś o świadomych snach. Nic z tego. W żaden sposób nie pasuje. Szukam po prostu o snach. Potem płynnie przechodzę na wszystkie zjawiska paranormalne, jakie mogą się przytrafić człowiekowi i zrezygnowana stwierdzam, że nikomu nie przydarzyło się najwyraźniej to, co mi. Zamykam pokrywę zła. Muszę jakoś tę złość rozładować. Nigdy nie byłam typem sportowym. Moim magicznym sposobem na wszystko od zawsze jest sprzątanie. Konkretna praca i szybki wizualny efekt w nagrodę.
Uśmiecham się do siebie, a potem idę do schowka w przedpokoju i wyciągam wszystkie produkty czyszczące. Dwie godziny później wszystkie okna i ramy błyszczą. Firanki pachną, schnąc już z powrotem na karniszach, a moje kapcie ślizgają się na wypastowanym parkiecie. Pieczeń jest piekarniku, a obrane ziemniaki czekają na ugotowanie. Tak ma być. Ja, Alicja, nie marnuję czasu. Działanie zawsze pomaga, a porządek przywraca równowagę.
Robię sobie drugą kawę, nie zastanawiając się, dlaczego nie odczuwam głodu. Sprzątając prawie przekonałam siebie, że to jakiś głupi przypadek. Może początki menopauzy i mózg mi świruje. Uwierzyłabym, że tego nie było. Ot, wymysł i wtedy to czuję znowu. Mrowienie, płytszy oddech. Na odruch w głowie wyskakuje pytanie” Kim jesteś?”. Na wszelki wypadek siadam na podłodze dokładnie w miejscu, w którym stoję.
Przeskok.
Ramieniem opieram się o drewnianą framugę pociągniętą farbą na ciemnobrązowy kolor. Obok otwarte masywne drewniane drzwi, ciężka mosiężna klamka. W powietrzu zapach środków do czyszczenia i farbek plakatowych? Mrugam kilka razy, ale to drganie nie znika. Cała przestrzeń przeskoku wydaje się żyć własnym życiem.
Stoję w drzwiach mojego pokoju z czasów dzieciństwa. Bez trudu rozpoznaję wysokie pomieszczenie kamienicy. Jasne meble i staranie zaścielone łóżko niebieską patchworkową narzutą. Mała ja siedzi przy biurku. Ciemne włosy spięte w ciasny kucyk. Zawsze miałam ten kucyk. Może dlatego teraz noszę się prawie cały czas rozpuszczone? Podkolanówki uciskają skórę pod kolanami, sukienka w drobne czerwone kwiatki spływa po obu stronach krzesła.
Siedzi w swoim pokoju i płacze. Krzywię się, bo wszystko do mnie wraca. Na biurku leży kartka ze zgodą na zajęcia plastyczne, w których potajemnie uczestniczyłam od kilku tygodni. Niestety wymagana była zgoda rodziców i poprosiłam ojca, żeby ją podpisał. Czuję jej rozpacz. Kręcę głową. Znam ciąg dalszy. Przesuwam się bliżej okna.
Nie wiem na co liczyłam. Ojciec się wściekł, że chodziłam tam za jego plecami. Myślałam, że jak pokażę mu jak dobrze mi idzie, tych kilka rysunków go przekona. Ale było odwrotnie potargał je i powiedział, że nie pójdę na urodziny do Joasi.
Dwie wersje mnie. Ona ma dwanaście lat, a ja czterdzieści dwa i czujemy dokładnie to samo. Niemalże słyszę jej myśli. Kto zabrania dziecku się rozwijać? Kto nie pozwala dziecku rysować? Poza Tośką nikt nie wytrzymywał tego, że ciągle gdzieś nie mogłam iść. Rysowanie dawało mi przyjemność. Mogłam uciekać w światy, w których nie było surowych rodziców, wiecznych zadać i treningu jak w wojsku. Powtarzalność kresek, niepowtarzalność kolorów, ciche skrobanie kredki po papierze sprawiało, że mogłam odpuścić. Zmęczone napięciem mięsnie odprężały się, a z głowy znikał wieczny stan gotowości. Uwielbiałam ten stan.
Kompletnie nie rozumiałam tej obsesji ojca. Nawet teraz jej nie rozumiem. Dlaczego nie pozwalał mi się rozwijać w tym kierunku? Byłam dobra. Naprawdę byłam dobra. Łzy kapią na drewniany blat biurka, a ona rozmazuje je złośliwie palcem. Rozciera na nieregularne smugi. Do pokoju wchodzi ojciec i krzywi się na widok jej zapuchniętej twarzy:
— Co się mażesz? Jeśli cię coś boli to weź tabletkę i do roboty. Nikt jeszcze nie osiągnął sukcesu wyjąc.
— Nie rozumiesz. Zostaw mnie samą. — Nawet nie podnosi głowy.
— Co to do rozumienia? Marnujesz czas na bzdury. Niczego nie osiągniesz bez pracy. Bierz się za książki. Do jutra masz przeczytać „Hobbita”.
— Dawno skończyłam — odpowiada z wyrzutem, nie patrząc na niego.
Ja patrzę i widzę, jak marszczy czoło. Nie tego się spodziewał.
— To dokonaj analizy. Napisz porównanie. Zrób użytek z mózgu. Po to go masz. Albo posprzątaj coś. Nie marnuj czasu..
— Tak jest, tato.
Głos dziewczynki jest już spokojny, a w niej ogień. Gdyby mogła w tej chwili go uwolnić, spłonęłaby chyba cała kamienica. Przestaje płakać. Zaciska pięści, a potem zwalnia uścisk. Robi tak kilka razy nie wiedząc, dlaczego, ale to pomaga. Przez głowę przebiega mi myśl, że do dzisiaj tak robię. Dziewczynka otwiera zeszyt i zaczyna przesuwać długopisem po kartce, ale zamiast literek pojawia się obraz wściekłego smoka. Każda łuska cieniowana, ostre pazury i rozwarty pysk pełen ostrych zębów. Jest piękny. Ciekawe, czy jeszcze potrafiłabym tak narysować cokolwiek.
Odrywam wzrok od kartki. Nie chodzi o smoka. Po ostatnim przypadku wiem, że mogę tu więcej. Zaczynam się czuć jak detektyw. Idę za ojcem do kuchni i słyszę, jak syczy przez zaciśnięte zęby do mamy.
— Masz jej pozabierać wszystkie farby i kredki, rozumiesz?! Ja nie chcę w tym domu żadnych rysunków. Już jedna źle skończyła, przez bycie artystką.
Obraz znika. Smok był piękny, ale z malowania ojciec mnie wyleczył. Dzisiaj pewnie nie potrafiłabym namalować nawet liścia. Zresztą po co? To taka bezużyteczna umiejętność. Trzeci raz już nie wywołuje szoku tylko zdziwienie. Szukam wspólnego mianownika. We wszystkich tych, tych… przeskokach jest ojciec. Ale przecież on nie żyje od dwóch lat. To jakaś opóźniona reakcja na jego odejście? Ale dlaczego po dwóch latach? Może szok wywołany odejściem Jacka? I znowu z opóźnieniem?
Nic mi się nie składa poza nazwą. To słowo oddaje to, co się dzieje. Dziwne epizody zostają oficjalnie w mojej głowie przeskokami. Podobno, jeśli nadajemy nazwę lękom, one szybciej mijają. Zatem przeskoki. Szkoda, że dalej nie wiem, czym są i po co. Zerkam na zegarek. Nieważne, ile czasu spędzam tam. Nie ma to wpływu na czas tutaj. Tutaj mijają sekundy. Podnoszę się bez trudu. Nogi nie zdążyły ścierpnąć.
Gdzie szukać informacji? O kim mówił mój ojciec? To, że nie miał za grosz szacunku do wszelkiego rodzaju artystów wiem. Na każdym kroku słyszałam, że to narkomani i szaleńcy, że popadają w nałogi i nie potrafią zarabiać. Musiał znać kogoś o kim mówił? Nie mam pojęcia kto to. Rodzice mało ze mną rozmawiali. Czasami miałam wrażenie, że mnie nie chcą.
Robi mi się przykro. Znowu się otrząsam. O zmarłych nie mówi się źle. W sumie o co chodzi? Może to jakaś szansa na naprawienie czegoś? Przecież ja tam nic nie mogę naprawiać! Może to dlatego, że nie utrzymywałam z nimi kontaktu? Trudno utrzymywać coś, co praktycznie nie istniało przez całe moje życie. Mam wrażenie, że zostałam wytresowana, a nie wychowana. Oni chcieli, żebym byłą grzeczna, wyprasowana i dobrze się uczyła. Miałam przecież iść w ślady ojca. Wyszło zupełnie inaczej.
Zdezorientowana przesuwam wzrokiem po czystym wnętrzu. Kiedy wychodzę z tego dziwnego stanu rzeczywistość wydaje się za ostra. Przedmioty odzyskują krawędzie i kanty.
— Kratka wentylacyjna. Nie umyłam kratki wentylacyjnej — mówię do siebie ignorując myśl, że ta potrzeba porządku to efekt wieloletniej tresury.
Wchodzę na krzesło i wyciągam zakurzony, plastikowy kwadracik. Szoruję specjalnym wybielającym proszkiem i montuję z powrotem. Wcale nie jest mi lepiej, a przeskok nie daje o sobie zapomnieć. Jak ma pomóc mi coś, co przypomina moje niezbyt szczęśliwe dorastanie? Może jest jakaś odpowiedź w sieci? Może ktoś miał coś podobnego i wie, co może pomóc i je zatrzymać? Może poprzednio źle szukałam?
Wyciągam laptop i wpisuję w przeglądarkę słowo „przeskok”. Niestety oprócz definicji ze słownika PWN dostaję jeszcze propozycję rozwinięcia swojego biznesu i dowiaduję się, że w Warszawie jest ulica o takiej nazwie. Nie wiem, co wpisać, żeby sprawdzić to, co się ze mną dzieje.
Zrezygnowana odkładam laptop i idę do sypialni. Naciągam kołdrę na głowę. Jestem taka zmęczona, taka śpiąca. Jak przez mgłę pamiętam zapach ciastka, słowa Tośki i Jacka. Dźwięki, obrazy, zapachy rozcieńczone jak słaba herbata.
— Może trzeba jednak wezwać karetkę? –To Tośka.
— Nie! Dzwoniłem do tej psycholog. Umówiła się na jutro. Może jej przejdzie tak jak poprzednio. — W głosie Jacka nie ma żadnych ciepłych nut. Żadna czułość czy troska nie wychodzi wpleciona w te słowa.
— A jak nie? Jacek czy ty siebie słyszysz? Ona ewidentnie potrzebuje pomocy teraz, a nie jak się ocknie?
— Nie rób dramatu. Ma jakiś kryzys wieku średniego.
— Odpuszczę tylko do jutra i tylko dlatego, że tu zostajesz. — mówi twardo moja przyjaciółka — Jutro tu jestem o ósmej dwadzieścia rano. Jeśli nie wstanie, ja przejmuję opiekę na nią. Ty ewidentnie nie jesteś w stanie podjąć żadnej decyzji.
Trzaśnięcie drzwi.
— Tato co się dzieje? Dlaczego ciocia krzyczy? Mama jest chora? — Eli głos jest jeszcze taki dziecięcy.
— A skąd ja mam wiedzieć?! Mama jest zmęczona. Musi odpocząć. Idź do siebie i bierz się za naukę. Maturę masz w tym roku.
— Ale…
— Żadnego, ale. Nauka jest teraz najważniejsza.
Rozdział trzeci
Nie jestem w stanie się ruszyć. Zasypiam. Budzi mnie budzik, którego nie ustawiłam. I wiem, że muszę wstać, ale wcale nie chcę. Staram się, chociaż każda czynność sprawia mi trudność i drażni. Szarpię się z nogawką spodni. Prawie wybucham płaczem przy zapinaniu guzików koszuli. Zajmuje to więcej czasu niż przeciętnemu człowiekowi. W końcu staję ubrana w przedpokoju. Kiedy zakładam buty, słyszę otwierane drzwi.
— Tośka? — Nie powinnam być zdziwiona.
— Ósma dwadzieścia. Podrzucę cię. — Tosia poprawia mi krzywo zapięty guzik.
— Nie trzeba. Przecież mogę prowadzić — mówię, bo nie jestem przyzwyczajona do troski.
— No nie wiem. Wczoraj coś cię odcięło na dobre. Wolałabym, żeby nie odcięło cię jak prowadzisz. A ten baran, twój mąż najwyraźniej problemu nie widzi.
W drzwiach gabinetu staje rozespany Jacek.
— Mówiłem ci, że wstanie.
Tośka robi dziwną minę i bierze mnie za rękę.
— Idziemy stąd.
Na zewnątrz jest ciepło. Przyjemnie. Jesień jest dla nas dobra w tym roku. Nawet poranki jeszcze pozwalają na małe szaleństwo bez kurtek. Świat wydaje mi się nierzeczywisty. Tośka ciągnie mnie za rękę do samochodu, a ja zatrzymuję się na chodniku zafascynowana kontrastem kolorowych drzew i błękitnego nieba. Kiedy ja miałam czas patrzeć na niebo?
— O nie, nie. Żadnych zawieszeń, dopóki cię tam nie dowiozę. — Popycha mnie w stronę miejsca pasażera.
Wsiadam posłusznie i od razu zapinam pas. Nie komentuję bałaganu u niej w samochodzie. Tośka ciągle gdzieś jeździ i w samochodzie pełno paragonów, serwetek i saszetek pełnych cukru i soli.
— Coś jest serio nie halo, Ala. Mówiłam wczoraj do ciebie, ale widziałam, że mnie nie słyszysz. Długo to trwa? — pyta cofając.
— Niedługo. Zaczęło się kilka dni temu.
— Jezu, mam nadzieję, że ta cała psycholog jest dobra. Nie mogę stracić najlepszej przyjaciółki.
— To się na pewno da wytłumaczyć. — Nie odrywam wzroku od świata za oknem przez całą drogę. Nie widzę ludzi, drzew, miasta. Po prostu nie chcę patrzeć na Tośkę, bo boję się, że wyczyta z mojej twarzy strach i bezsilność.
Antonina parkuje przed ogromnym domem ze sporą dobudówką. Na bramie tabliczka:
„Tamara Szyszko. Psycholog i psychiatra kliniczny”
— Idź. Zaczekam. Odpalam audiobook i czekam tu na ciebie.
Stoję przez chwilę przed bramką. Co ja mam jej powiedzieć? Co się właściwie dzieje? Naciskam przycisk domofonu. Nie rozlega się żaden głos. Po prostu brzęczyk odblokowanego zamka. Popycham bramkę i wchodzę. Chodnik prowadzi mnie wprost do dobudówki. W jej drzwiach pojawia się wysoka kobieta w pięknej czerwonej sukience. Czarne włosy zebrane w ciasny kok na czubku głowy, na nosie okulary w lekkiej metalowej oprawie.
Momentalnie czuję się gorsza. Nerwowo obciągam w dół luźną koszulę. Chciałabym, żeby zakryła moje za duże uda. Odruchowo też obracam głowę w stronę Tośki siedzącej w samochodzie. Chcę wrócić. Czuję się jakbym szła na szafot. Jak ktoś kogo nie lubię od pierwszej chwili ma mi pomóc?
— Zapraszam. — Przepuszcza mnie w drzwiach. Jej głos jest za wysoki dla mnie. Gdzieś na granicy pisku.
Wchodzimy do gabinetu. Uderza mnie męczący zapach odświeżacza powietrza. Opuszczone rolety tworzą półmrok. Pod jedną ścianą masywne, drewniane biurko ze skórzanym fotelem. Po drugiej stronie kolejny fotel. Żadnej przytulnej kozetki, stolika kawowego czy choćby ciepłego światła lampy. Wnętrze jest puste i surowe. Tamara siada i przez chwilę przekłada papiery na biurku. Między nami są ze trzy metry odległości. Ona przesuwa fotel, ale nie przysuwa się do mnie. Długie nogi założyła jedna na drugą. W dłoni pełnej krwistoczerwonych paznokci trzyma czarne pióro, którym chyba nieświadomie stuka rytmicznie o stosik papierów.
— Co panią do mnie sprowadza? — Próbuje na mnie patrzeć, ale nie widzę w jej wzroku troski. Mam wrażenie, że z równym zainteresowaniem patrzyłaby na wazon w Ikei.
— Chyba tracę poczucie rzeczywistości i ogarnia mnie niemoc nie do zatrzymania. — wyduszam z siebie, bo przyszłam tu po pomoc.
Powinnam mówić o przeskokach, ale opowiadam całą resztę. O szpitalu o tej ciemności, która mnie zjada całą. Nawet przy tak znikomej ilości informacji mam wrażenie, że się przed nią rozbieram.
— No tak. Tak. — Opuszcza wzrok i patrzy na trzymane w ręce pióro.
Staram się naprawdę staram, ale mam wrażenie, że kiedy opowiadam jej o uciekającej rzeczywistości, chęci schowania się i nieistnienia ona nie słucha tylko dalej stuka tym pieprzonym piórem. Nawet nie robi notatek. Kiedy chce opowiedzieć o przeskokach, odpala się we mnie jakiś instynkt i coś w mojej głowie mówi ostrym tonem.
„Nie rób tego!”
Głos jest tak wyraźny, że prostuje mnie na fotelu. Rozglądam się przez chwilę, ale rzeczywistość nie uległa zmianie. W gabinecie jestem tylko ja i ona.
— Ile pani ma lat? — To ona. Na szczęście nie patrzy na mnie. Nie widzi zmiany.
— Czterdzieści dwa. — Dopiero teraz słyszę chrobotanie stalówki na papierze.
— Tak, tak. Przepiszę pani teraz leki.
— Czy to konieczne? — Wolałabym, żeby była ciepłą staruszką, która zapewnia mnie, że wie co się dzieje i ma złoty środek na naprawienie mnie. Ale to nie jest kurza chatka, nie pachną zioła i ognisko. To zimny, nowoczesny gabinet z równie nieludzką Tamarą. Jestem przekonana, że nie jest mi w stanie pomóc i chcę wyjść jak najszybciej.
— Moim zdaniem tak i zapraszam na zajęcia grupowe. To z pewnością jeszcze nie depresja, ale trzeba działać od razu. O tu są wszystkie informacje. Nie jest tak źle, jak by mogło być. Proszę, to recepta. Dwieście złotych za wizytę. Widzimy się za tydzień.
Wyciągam z portfela dwa banknoty i kładę na biurku. Ona nie zwraca już na mnie uwagi. Coś sprawdza w komputerze. Biorę bez słowa receptę.
— Dziękuję i do widzenia. — Rzucam w drzwiach wiedząc, że za żadne skarby świata nie przyjdę tu w przyszłym tygodniu.
— Do zobaczenia. — Piskliwy głos rozsadza mi czaszkę.
Prawie biegnę do samochodu. Wsiadam i rzucam się Tośce na szyję. Zdezorientowana mocno mnie przytula, kiedy ja zaczynam płakać.
— Płacz, Ala. Wywal to wszystko.
Wylewa się ze mnie wszystko bez słów. Nawet nie wiem, co się wylewa, ale nie może przestać. Jakbym miała w środku ocean. Płaczę i płaczę. Cała się trzęsę, a Tośka tylko trzyma mnie za rękę i nic nie mówi. Nie wiem, ile to trwa, ale w końcu kończą mi się łzy. W lusterku odbija się czerwona i spuchnięta twarz.
— Lepiej? — Pyta moja przyjaciółka, której zmoczyłam pól bluzki.
— No zwłaszcza wizerunkowo. — Spuchnięte gardło ledwie przepuszcza słowa.
— Miej to z rozmachem w dupie, jak napisała kiedyś Halber. Pokaż co tak ściskasz w tej ręce. — Wyjmuje mi z zaciśniętej ręki pomięty papierek. — Recepta. Zatem apteka. Ufamy Tamarze?
— Za grosz, ale leków spróbuję. — Wycieram twarz wyciągniętą z torebki chusteczką.
— No to jedziemy. — Tośka puszcza moją rękę i odpala silnik. Rzeczywistość wraca razem ze skrzypnięciem skrzyni biegów. Zacina się, tak jak ja.
Tosia wykupuje mi leki i podrzuca do domu.
— Słuchaj, Ala. Jak coś to dzwoń do mnie. W ogóle do mnie dzwoń. Jak tylko czujesz, że to pełznie w twoim kierunku. Nawet jeśli jest daleko na horyzoncie. Ja poszukam innego lekarza.
— Nie, Tośka. Dzięki, ale spróbuję tej grupy. Tu jest napisane, że prowadzi ją ktoś inny niż Tamara. Kimkolwiek jest P. Pietrasik nie jest nią. — Wygładzam zmarszczenia na bluzce i zerkam do lusterka. Wycieram czarne plamy spod oczu. Jest lepiej. Nieznacznie, ale lepiej.
— W porządku, ale jesteśmy w stałym kontakcie. Codziennie. Tak?
— Tak.
Wysiadam i zanim pójdę do domu, zahaczam jeszcze o sklep z warzywami. Prowadzi go pani Stasia. Kiosk powstał niedługo po tym, jak się tutaj wprowadziłam. Starsza pani nie pachnie ziołami, ale ma siwe włosy i łagodny głos. Nie jestem głodna po prostu potrzebuję kontrastu dla Tamary. Kupuję maliny dla Eli i kilka jabłek.
— Gruszki są dobre dla głowy. I dla duszy. — mówi Pani Stasia przyglądając się już lekko zanikającym czerwonym plamom na całej mojej twarzy.
— To jeszcze gruszki Pani Stasiu. I ananasa. I może kilka śliwek?
— Eh, pani Alicjo. Ludzie zapomnieli, że jedzenie leczy. Człowiek sam dużo może tylko musi siebie słuchać. — Papierowe torebki szeleszczą, kiedy pakuje do nich owoce nie spuszczając ze mnie wzroku.
— Ja się szalenie cieszę, że pani tu jest. Zawsze lepiej kupić u Pani niż ten plastik w markecie.
— Świat pędzi do przodu. Ludzie siebie nawzajem nie widzą. Człowiek niby w tłumie, a bardziej sam. — Pani Stasia podaje mi papierowe torebki.
— To prawda. — Zmuszam się do uśmiechu. Nie musi wiedzieć, że dokładnie tak się teraz czuję. Sama.
Mam siatkę pełną zakupów. Odkładam je na chwilę, żeby otworzyć sobie drzwi. W domu cicho i pusto. Słońce wlewa się przez niezasłonięte okna. Odkładam wszystko na miejsce. Chwytam deskę i nóż, z wprawą kroję ananasa mniejsze kawałki. Jest niebotycznie słodki.
Po pierwszej polówce owocu wraca mi ochota do działania. Włączam laptopa i czytam o grupie z ulotki od Tamary. Jakoś nie mogę się zmusić, żeby mówić pani doktor. Trafiam na forum, na którym kobieta opisuje swoją historię. Podejrzanie podobną do mojej. Też zatrzymała się i nie mogła wyjść z czarnej dziury. Świat był za mgłą i tylko silne emocje wytrącały ją z tego stanu. Nie pisze nic o dzieciach, ale sporo o alkoholu.
Zerkam na nick „USS Hopeless”. Parskam śmiechem. Przynajmniej ma poczucie humoru. Trochę jesteśmy jak okręty. Czasem nawet toniemy.
Czy ja zatonę?
Najpierw przykryje mnie muł, zacznę zapadać się głębiej, aż zostanę tylko kolejnym kawałkiem podłoża pokrytym muszlami i koralem?
Nie mam ochoty na tonięcie. Muszę znaleźć przyczynę tego stanu i wyzdrowieć. Moje dzieci mogą sobie być prawie dorosłe, ale jestem przekonana, że mnie potrzebują. Czytam długo zachłannie historie innych kobiet. Trochę inne, trochę podobne. Budzi się we mnie jakiś cień nadziei. Może da się to ogarnąć.
Postanawiam iść na pierwsze spotkanie, które ma się odbyć jutro. Wyciągam z torebki leki od Tamary. Czytam ulotkę. Lista działań niepożądanych zwala mnie z nóg.
A może ich nie brać? Nie, nie. Jeśli ich nie wezmę wróci to złe. Znów zastygnę bez ruchu w łóżku. Ela będzie się martwić. Szybko połykam białe paskudztwo. Nie znoszę leków.
Słyszę szczęk klucza w zamku. Wychylam się, żeby zobaczyć czy to Jacek. Mało prawdopodobne, ale może się martwił? Ku mojemu zdumieniu widzę Jaska. Rzuca plecak na podłogę i podchodzi do mnie.
— Cześć, mama. Wpadłem na weekend. W końcu mam wolny.
Przytulam dorosłego człowieka, a włosy pachną mu dalej tak, jak pachniały w dzieciństwie. Trochę słońcem, trochę kurzem. Teraz krótko obcięte chyba świeżo, bo są niewiarygodnie miękkie.
— Głodny?
— Zawsze. Znasz trzy największe kłamstwa studenta?
Wstaję i otwieram lodówkę. Powinna być jeszcze pieczeń z wczoraj.
— Od jutra nie piję. Od jutra się uczę. Dziękuję nie jestem głodny. — Jasiek żartuje, ale widzę jak mi się przygląda.
Włączam piekarnik i wstawiam żaroodporne naczynie.
Jasiek mlaska.
— No i ile człowiek może mieć szczęścia. Wracam. Ty w domu i jeszcze ciepłe żarcie na talerzu. Jak za dzieciaka.
— Ale pranie robisz sobie sam. — Rzucam, wstawiając wodę na herbatę.
— Tak jest. Idę od razu, bo mam wrażenie, że plecak śmierdzi. W tej norze, którą wynajmujemy pralka nie działa od dwóch tygodni.
Jasiek zgarnia plecak z podłogi i idzie do łazienki. Słyszę, jak gwiżdże. Charakterystyczny szum pobieranej wody informuje mnie, że pierwsza partia poszła. Momentalnie się martwię. Czy na pewno nie pomieszał? Użył dobrego środka? Nie zapomniał o płynie do płukania. Chcę wstać i pobiec, zobaczyć.
— Jeszcze prysznic i wracam do ciebie! — Krzyczy z oddali. Siadam i zaciskam mocno ręce na kubku.
Po kilku minutach wraca w spodniach od dresu i w koszulce.
— Jak tam, mama? Udało ci się pozbierać? Pytam poważnie. Wiem, że nie jest łatwo. W końcu po to polazłem na psychologię, bo wiem, że nie jest łatwo i ludziom trzeba pomagać. Jak tam Tamara?
Po krótce opisuję mu moją wizytę. Słucha skupiony. Mięśnie twarzy mu tężeją.
— Pokaż mi te leki.
Podaję mu pudełka. Obraca je w rękach, a potem marszczy czoło.
— Nie no. Szlag mnie trafi. Nie bierz tego. Mam nadzieję, że jeszcze nie wzięłaś.
— Wzięłam dwa.
Patrzę na niego przestraszona. I wtedy. Dokładnie wtedy lek postanawia zadziałać. Świat zwalnia, a mój mózg zamienia się w watę cukrową. Kubek wypada mi z ręki i roztrzaskuje się na moich pięknych kafelkach. A mi jest wszystko jedno. Przyglądam się czarnym plamom na białej ścianie, jakby to była najbardziej frapująca rzecz na świecie. Dla mnie w tej chwili jest. Plamy ruszają się, przesuwają powoli, skaczą jedna przez drugą. Mogłabym patrzeć na nie całymi godzinami. Silne ręce podnoszą mnie i prowadzą do łóżka.
Nie, nie. Nie chcę spać. Chcę chłonąć ten spokój.
A jednak chcę spać. Pościel jest tak mięciutka. Robi mi się ciepło. Żadnych wycieczek w przeszłość. Żadnego ojca z przypomnieniem o sprzątaniu, czy nauce.
Budzę się w środku ciemności. Głowa boli mnie jak najgorszym możliwym kacu.
W ustach suchość szorstka jak wyschnięte liście. Matko, jak mnie ta głowa boli. Muszę wziąć tabletkę. Wstaję powoli. Ciężko przechodzę do kuchni. Zapalam światło, ale zaraz je gaszę przerażona efektem szpilek wbijających się w mózg. Po omacku sięgam do szafki i wyciągam tabletkę. Nalewam szklankę wody z kranu i szybko połykam. Kiedy ból głowy powoli ustępuje przysięgam sobie, że nigdy przenigdy nie wezmę już tych tabletek. Cokolwiek mi jest poradzę sobie z tym innymi sposobami.
Zanim wstaną dzieci przyprawiam kurczaka i wstawiam go do piekarnika. Domywam resztki kawy ze ściany. Powoli, sennie, jak nie ja.
Chce tego więcej. Chcę więcej rzeczy, które robię normalnie. Nawet jeśli robię je wolniej to działają na mnie jak kotwica. Zatrzymują mnie tu. Idę do łazienki. Peeling i maseczka. Suszę włosy. Na prostowanie ich i makijaż nie starcza mi już sił. Zadowolona z siebie wracam do kuchni.
— Pachnie bosko. Jak się czujesz?
Jasiek jeszcze w półśnie wchodzi do kuchni.
— Jakby mnie czołg przejechał kilka razy, a potem wstałam z martwych. Nie wezmę więcej tych tabletek.
— Nie weźmiesz, bo je wyrzuciłem. To lek, który jest zdecydowanie za mocny.
I zdecydowanie za szybko powoduje uzależnienie. W trybie zombie jesteś, mama, potulna jak baranek. Ale ja wolę, jak jesteś sobą.
— Mi też się nie podoba. Podjedziesz ze mną na zakupy? Kurczak był ostatnią sztuką z zapasów.
— Pewnie. Daj mi tylko chwilę na prysznic. — Jasiek przeciąga się i ziewa.
— Jasne. Kawy? Będę robić sobie. — Obracam się i włączam ekspres.
— Herbaty i ty też sobie odpuść. To nie najlepszy pomysł teraz. Wypijemy jedną jak wrócimy z zakupów.
— Halo, kto tu jest rodzicem? — Udaję oburzenie.
— Ten kto ma więcej wiedzy i rozsądku w obecnej sytuacji.
Jego komentarz mnie boli. Jasiek zauważa to i szybko dodaje.
— Taki żart, mama. Przecież wiadomo, że ty. — Cmoka mnie w policzek i wychodzi.
Kiedy z łazienki dobiega szum wody robię trzy herbaty, bo Ela już wynurzyła się z pokoju. Śniadanie jemy razem. Na szybko przygotowany twarożek, jajecznica na pomidorach, chleb odświeżony w piekarniku lekko pachnie kurczakiem. Kiedy dzieci wstawiają ostatnie naczynia do zmywarki, a ja kończę ścierać stół, wchodzi Jacek. Nie ściąga kurtki ani butów. Wchodzi do kuchni i opiera się rękami o oparcie krzesła.
— Muszę wyjechać na kilka dni. Poproszę mamę, żeby tu przyjechała.
Obracam się i gwałtownie zasysam powietrze.
— Mowy nie ma.
— Nie ma to dyskusji. Ty nie jesteś w formie i nie zostawię Eli samej z tobą. — Jacek przesuwa krzesło, które trze o podłogę. Ten dźwięk wytrąca mnie z równowagi bardziej niż jego słowa.
— Ja przecież jestem praktycznie dorosła. — Oburza się moje młodsze dziecko.
— Nadal jesteś moim dzieckiem i nadal jesteś prawnie pod moją opieką. Ja będę decydował! — Jacek podnosi głos.
— Oh, tato. Pojechałeś. –Jasiek kręci głową. Staje obok Eli i składa ręce na piersi.
— Czy możecie stąd wyjść? — Głos Jacka przyjmuje nieprzyjemną barwę, drga gdzieś na granicy rozdrażnienia.
— Moglibyśmy, ale ja mam dwadzieścia dwa lata, a Alicja prawie osiemnaście. Mama to już na bank jest pełnoletnia. A ty nie masz prawa o nikim z nas decydować, jakby na własne życzenie.
Patrzę zdumiona na syna. Co tu się wydarzyło, kiedy ja miałam przeskok w nierzeczywistość?
Jacek chciałby coś dodać, ale ja milczę w szoku. Dzieci stoją razem i twardo patrzą na ojca. Jacek ze złością odpycha krzesło. Oparcie zderza się z krawędzią stołu, a on odwraca się i wychodzi trzaskając drzwiami.
— Czy któreś z was mi wyjaśni co tu się właśnie wydarzyło? — Przenoszę wzrok na dwójkę moich dzieci, które rozluźniły się natychmiast po wyjściu ojca.
— Tata chciał cię zawieźć na Konwaliową wczoraj. Pokłócili się z Jaśkiem. Ja dołożyłam swoje. — Ela ściera ze stołu nieistniejące okruszki.
— Mama, ja się boję ciebie z nim teraz zostawiać. — Jasiek trze podbródek — Chyba poproszę o urlop i zostanę na trochę. On nigdy nie był za szczególnie przyjemny, ale teraz zachowuje się, jakbyś była tylko problemem, którego należy się pozbyć. Uznałbym za bezradność, ale to mój ojciec. Znam go ponad dwadzieścia lat.
Siedzę dalej w szoku. Ela przytula mnie.
— Cokolwiek ci jest, mama, żadne z nas cię nie odda do psychiatryka. Tata może się wypchać. Dobrze, że wyjeżdża. Ale może ciocia Tosia jako bezpiecznik? Bo Jasiek powinien jednak wrócić do Wrocławia.
— Ciocia Tosia ma swoje na głowie — mamroczę.
— To jedźmy do cioci Leny. Świeże powietrze i las ci dobrze zrobią — proponuje Ela.
— Coś ty się Orzeszkowej naczytała? — Jasiek puka się w czoło — Mama nie cierpi na globus. Potrzebuje terapii. Sam las jej nie wyleczy. Już ciotka Lena szybciej.
Dyskusja moich dzieci robi się dość żywa, kiedy ja zastanawiam się, jak rozwiązać problem, który stworzyłam.
— Dość. Jasiek babci tu nie chcę, bo znowu będzie walka o wszystko. Bywa bardziej uparta niż wasz ojciec. Ela, nie pojadę do Leny, bo to jeszcze nie ten moment. Jeszcze nad tym panuję. Przynajmniej ja jestem o tym przekonana.
— To co zrobimy? — Moja córka opada na krzesło koło mnie.
— Poradzimy sobie, jak zwykle. — Kładę dłoń na jej ciepłym policzku.
Poradzimy sobie, bo mam dwie cudowne przyjaciółki. Tośkę od zawsze i Lenę od lat. Może to pora powiedzieć im obu, co się naprawdę dzieje? Pierwsza odbiera po trzecim sygnale. Zabije ją kiedyś za ten hit w tle.
— Cześć, Tosia.
— No cześć Ala. Wszystko ok? Bo ja nie bardzo mogę rozmawiać. Lecimy nad morze. Jesteś na głośnomówiącym. — W tle słyszę radio i czyjś zduszony chichot.
— Wszystko ok. — Mówię sucho, bo chciałam pogadać, ale nie z kimś obcym na podsłuchu.
— To ja się odezwę jak wrócę. Buźka. Pa.
Zostaje mi jeszcze Lena, chociaż nie wiem, czy mam siłę jej wszystko opowiadać. Siedzę z telefonem w ręce, kiedy ten zaczyna wibrować. Jak ja to zrobiłam? Nie przypominam sobie, żebym zdążyła wybrać do niej numer.
— Wszystko wiem od Tośki. No i jak ci na wolnym? — Głos ma spokojny. Gdzieś z głębi dobiega do moich uszu szum ekspresu do kawy.
Od razu mam przed oczami jej szczupłą sylwetkę opartą o drewniany blat w niewielkiej kuchni. Brązowe włosy spięte niedbale z tyłu głowy. Pewnie stoi na bosaka, jak zwykle.
— Błogo. W domu porządek, dziecko zadbane, a ja oglądam nałogowo seriale.
— Ej to niedobrze. Jak się czujesz?
— Jak bym była milionerką. Żartuję. Nic mi się, Lena, nie chce, a za chwilę chce mi się wszystko. Albo latam jak z piórkiem, albo leżę bez życia. Nie wiem co to. Mam nadzieję, że ten psycholog od grupy pomoże, chociaż nie wiem jak.
— Idź do Ani — sugeruje Lena. Bierze pierwszy łyk kawy. Słyszę, jak przełyka na szybko.
— Do jakiej Ani?
— Mojej Ani. W niej jest coś co uspokaja, daje nadzieję i zdecydowanie przywraca równowagę.
Może to i niegłupi pomysł. Może Ania zna odpowiedzi, których mi brakuje?
— Pomyślę. A co u ciebie?
— A u mnie wesoło. — Lena śmieje się. — Pati przed maturą zasuwa z matmą, bo chce na architekturę, po domu plączą się jej rysunki i moje notatki. Ogród zarósł trochę, bo ja mam rozgrzebaną nową książkę no i jesień już. Czyli zasadniczo bez zmian.
Kolejne dni zupełnie do siebie podobne. Jakby komuś zacięło się ksero i zamiast jednej kopii, wypluwa identyczny obrazek za obrazkiem. Jacek nieszczególnie się interesuje czymkolwiek. Ja robię, co muszę, żeby było czysto i żeby dzieci jadły, a potem siadam przed komputerem i odpalam serial. Teraz wybieram te, które mają sporo sezonów. Nie mam cierpliwości, żeby czekać. Nie żeby fabuła stanowiła dla mnie jakakolwiek wartość, bo głownie siedzę i patrzę na migający obraz. Jak ćpun oglądam odcinek za odcinkiem, a za oknem robi się szaro a potem ciemno. Oczywiście na obiecane sobie spotkanie z grupą nie poszłam. Odpuszczam też kolejne.
Czytam książki, te które miały mnie naprawić, ale nie znajduję w nich nic pożytecznego. Hurra optymizm autorów wcale mi się nie udziela. Im więcej czytam poradników, tym więcej problemów w sobie widzę, a że mam tych uświadomionych i realnych niemało, to skupiam się na nich i książki jednak odstawiam.
Mam wyrzuty sumienia, że Jasiek tak dużo czasu spędza w domu, a jednocześnie cieszę się, bo nie muszę znosić obecności nikogo obcego w mieszkaniu. Jacek przy każdym wyjeździe upiera się, żeby tu ściągać swoja mamę. Nie udaje mu się ani razu.
Pora jednak zrobić coś z zaleceniami doktor Tamary. Któregoś poranka zmuszam się i wchodzę na forum grupy i czytam, że następne spotkanie jest tego dnia po południu. Obiecuję sobie, że pójdę chociaż raz i biorę się za śniadanie. Włączam toster i czajnik. Prawie kończę, kiedy z pokoju wypada Ela i skacząc na jednej nodze krzyczy:
— Zaspałam. Zaspałam na fakultet z matmy. Błyskawica mnie zabije.
— Niech to zrobi teraz, bo mnie obudziłaś, a miałem taki piękny sen — krzyczy Jasiek z głębi pokoju.
Pakuję jej jeszcze ciepłe tosty. Herbatę przelewam do kubka termicznego. Biorę kluczyki i zakładam buty. Kiedy ledwo uczesana Ela w wymiętej sukience staje przy drzwiach krzywię się:
— Nie możesz tak wyjść. Ja cię podwiozę, ale idź się uczesać i albo daj tą sukienkę to ci ją wyprasuję albo się przebierz.
— Mamuś, nikt na to nie patrzy. Taka moda. Błagam jedźmy już to może zdążę.
— Ja patrzę, Ela. Zajmie ci to dwie minuty.
Zgrzyta zębami, ale biegnie do pokoju i wybiega w dżinsach i podkoszulku. Z łazienki wychodzi po trzydziestu sekundach. Włosy ładnie spięte gumką. Lepiej.
Zawożę ją do szkoły dziwiąc się zakorkowanym ulicom. Do pracy mam dwa kilometry i zwykle omijam całe centrum. Przeoczyłam gdzieś moment, kiedy miasto o siódmej czterdzieści rano zamieniło się w rzekę samochodów leniwie sunącą we wszystkich możliwych kierunkach.
Moje dziecko wpada do szkoły równo z dzwonkiem, który słyszę zawracając na szkolnym parkingu. Jak dawno tu nie byłam. Patrzę na ogromny kompleks budynków. Wszystko w jednym podstawówka i liceum. Tyle lat. Tyle wspomnień. Sięgam do stacyjki, kiedy czuję mrowienie. Opieram się o oparcie. Zamykam oczy. Przeskok.
„Daleko nie skoczyłam” myślę otwierając oczy. Ta sama deska rozdzielcza, to samo obicie foteli.
Siedzę na siedzeniu pasażera obok samej siebie. Na tylnym siedzeniu mała Ela. Malutka Ela z włosami spiętymi w dwa ciasne kucyki. Przez chwilę myślę czy jej te kucyki nie bolą. Ale Ela nie wygląda na nieszczęśliwą. Patrzy przez okno z zachwytem na okrągłej buzi. Obracam głowę w kierunku, gdzie patrzy moje dziecko.
Mała dziewczynka z miodowymi włosami wysiada w stroju kota ze starego samochodu. Uśmiech wpełza mi na twarz. Stoimy właśnie na szkolnym parkingu, a Ela przykleja buzię do szyby i szepcze z zachwytem:
— Wow. Ja też tak mogę?
— Nie. Nie możesz. To jest szkoła, Ela. — Głos młodszej mnie brzmi ostro. O gdybym wtedy wiedziała to, co teraz. Mam ochotę wyskoczyć z samochodu i wyściskać dziewczynkę stroju kota. Ale to przeszłość. Wtedy byłam inna. Nie wiem, czy wtedy bym siebie polubiła.
— Ona jest piękna, mamo. Nie to co ja. — Dziesięciolatka przesuwa ręką po wyprasowanej spódniczce.
— Ona jest dziwna — mówi szeptem młodsza wersja.
Jak dziwnie jest patrzeć na siebie. Ciasno spięte włosy, wyprasowana garsonka. Wyglądam jak żona ze Stepford. Trochę mnie śmieszy to napięcie we mnie. Co ja wtedy o sobie myślałam?
Wysiadamy i chwyta Elę za rękę. Odprowadza ją do szkoły i wraca na parking, nie poszłam z nimi. Stoję i patrzę jak mama dziewczynki w stroju kota stoi oparta biodrem o samochód i pali papierosa. Ma potargane brązowe włosy spięte na czubku głowy, ciemne spodnie i porozciągany sweter. Pamiętam każde słowo z tej rozmowy. Mogę zamknąć oczy i powtarzać razem z nimi.
— Eh mieć znowu dziesięć lat — rzuca w przestrzeń wodząc wzrokiem za swoją córką.
— Słucham? — Zatrzymuję się w pół kroku. Nie wiem, czy to było do mnie.
— A nic, nic. Tak tylko mówię do siebie. Pani jest mamą Eli?
— Tak, a pani?
— Jaka pani? Lena jestem. — Przekłada papierosa do drugiej ręki i prawą wyciąga w moją stronę.
— Alicja.
— Ja jestem mamą Patrycji.
— Tej w stroju kota? Proszę się nie gniewać, ale jak pani mogła ją tak puścić do szkoły?
— Normalnie. — Lena wzrusza ramionami. — Dałam jej śniadanie, wzięła plecak, a potem wysiadła z samochodu.
— Ale przecież to nie karnawał! Chyba że coś przeoczyłam i teraz jest we wrześniu.
— Alicja. Ona chciała strój kota. Nie robi nikomu krzywdy. W ogóle nie chciała iść do szkoły, a w tym stroju poszła uśmiechnięta. Myślisz, że najważniejszy jest strój? — Jej wzrok zatrzymuje się twarzy młodszej mnie.
No i zaintrygowała mnie. Miałam kompletnego fioła na punkcie moich dzieci. Co prawda miałam też fiola na punkcie porządku i wyprasowanych ubrań, ale uczciwie przyznaję, że bardziej zależało mi zawsze na ich szczęściu. Czy dałabym radę ze strojem kota?
— Poczęstujesz mnie? Swoje zostawiłam w domu — Porzucam „panią” bez żalu.
— Jasne. Ognia?
— Mhm. Czym ty się właściwie zajmujesz?
— Tłumaczę i piszę. A ty?
— Wystawiam zaświadczenia. W zasadzie też piszę tylko w kółko to samo.
I wybuchamy śmiechem.
Wychodzę z przeskoku z uśmiechem. Pierwsza myśl to pojechać do Leny. Może to doskonały pomysł? Wyciągam telefon i upewniam się, że jest w domu. A potem bez cienia wyrzutu sumienia jadę za miasto. Pod las. Do Leny. Podjeżdżam pod bramę, a ta rozsuwa się zanim zadzwonię, że jestem. No tak. Lena jest w ogrodzie.
Wysiadam, a ona odkłada narzędzia i rękawice na ławkę i idzie w moim kierunku.
— Kawy? Herbaty? Wina? — Rozkłada ręce do uścisku.
— Herbaty. Ela zaspała. Odwiozłam ja do szkoły i coś mi kazało przyjechać do ciebie.
— To coś jest bardzo mądre i cieszę się, że ci podpowiada takie pomysły. W przeciwnym razie pewnie byś sprzątała. — Lena przytula mnie.
Ona nigdy ludzi nie całuje, nie podaje ręki. Jest albo nic albo przytulenie. Zupełnie inaczej niż ja. Ja zawsze wyciągam rękę, bo ona pozwala zachować dystans. Patrzę na wnętrze jej domu i nigdy nie mogę się przestać nadziwić, jakie my jesteśmy różne. U mnie przestrzeń jest całkowicie zaprojektowana do każdego centymetra. U Leny wszystko żyje swoim życiem. Fotele i kanapa nie stanowią kompletu, a jakoś pasują razem. Poduszki są każda z innej serii, a nie gryzą mnie w oczy. W tym domu jest jakiś rodzaj ciepłą, którego mimo licznych prób nie potrafię odtworzyć u siebie.
Osiem lat. Ja robiłam kurs świadomego rodzica, a Lena swoje dziecko czołgała po lesie. Ja stałam przed lustrem i powtarzałam jak mantrę, że jestem dobra i kocham siebie, a Lenka ze spokojem pukała się w czoło i powtarzała, że od samego powtarzania nic się nie zmieni.
Każda z nas wybrała inną drogę. Moja rzeczywistość musi być poukładana, a Lena musi stać na ziemi, najlepiej bosymi stopami. Nie zawsze przyciąga nas to, co podobne. Różnice między nami dają nam perspektywę. Pozwalają wyjść z obrazka i spojrzeć na rzeczy inaczej. Dzisiaj potrzebuję Leny perspektywy.
Nie wiem, jak zacząć. Wiem, że muszę Lenie powiedzieć prawdę. Siedzę w fotelu i czekam, aż zaparzy herbatę i przyniesie do salonu. Kiedy wchodzi niosąc w ręce dwa kubki i jeden stawia przede mną wzdycham.
— U. Co cię tak przygniotło Ala? Jacuś wymyślił coś nowego?
— Nieee. — przeciągam słowo niepewna jak zacząć. — Z Jackiem jest, jak było. Czyli nic.
— Słońce. Wiesz, że ja nie jestem najlepszą osobą do rozmów o Jacku. — Lena uśmiecha się kącikiem ust.
— Wiem. Nie znosisz go od lat i uważasz, że dobrze zrobił, że się wyniósł.
— Cóż, nie będę kłamać. I tak go nie było, a jak był to od razu starał się być nieprzyjemny. Nie chciał dać się polubić za żadne skarby tego świata. Kto do własnej żony mówi „Nie odzywaj się, bo nie chce żebyś mi zepsuła dzień” zamiast „dzień dobry”. Skoro nie Jacek to co?
Cisza przez chwilę zawisa między nami. Biorę głęboki wdech i wypuszczam ze świstem powietrze. Lena przechyla głowę i wpatruje się we mnie intensywnie. Nic mnie nie zatrzymuje, kiedy podejmuję tą decyzję. Żaden głos nie protestuje.
— Lena, dzieje się coś dziwnego. I ja się naprawdę staram, ale zdarzyło się już kilka razy. I pomyślałam, że może ty masz pomysł, co z tym zrobić. Bo ja już myślę, że świruję zaczynam się bać.
Opowiadam jej wszystko od początku. Od szpitala od pierwszego przeskoku do tego na parkingu.
Lena siedzi lekko pochylona w moją stronę. Trzyma kubek ze stygnącą herbatą i chłonie każde moje słowo. Nie wybucha śmiechem i nie mówi mi, że zwariowałam. Po prostu słucha.
— I nie znikają tylko są coraz częstsze?
— Dokładnie. I nie ma w nich żadnego wzoru. Przez chwilę myślałam, że to stres. No wiesz w związku z tą sytuacją z Jackiem, ale chyba to nie ma związku z nim i jestem w kropce.
— Szkoda, że twój ojciec nie żyje. Nie odpowie na pytania czy to co widziałaś dodatkowo było prawdą. A mama? Dzwoniłaś do niej? — Lena drapie się po czole, marszczy je. Wiem, że traktuje mnie zupełnie poważnie. Może dlatego wybrałam ją.
— A po co? Przecież ona mi nigdy niczego nie chciała powiedzieć. — Wzruszam ramionami.
— No ale może warto. Bo ja bym poszła tym tropem. Mam niejasne wrażenie, że gdzieś cię prowadzą.
— Jasne. Jakbym miała taką mamę jak twoja też bym poszła. — Odkładam pusty kubek na stolik. Przeskoki idealnie pasowały do Leny. Do tego lasu, do jej wiary, że wszystko jest energią.
— Alicja. Spróbuj. — Lena przesuwa dłonią po moim ramieniu. Ale ten gest wcale nie dodaje mi ani odwagi, ani ochoty.
Myślę o mamie. Myślę o tych wszystkich rzeczach, których zazdrościłam innym dzieciom. Uwagi, przytulania, zainteresowania. Myślę o tym, że czułości uczyłam się dopiero posiadając własne dzieci zdziwiona, że tak można. I prawie upuszczam kubek, kiedy czuję, że zaraz skoczę. Wzdycham. Zaczynam się przyzwyczajać?
Rozglądam się, gdzie tym razem skoczyłam. Jest ciepło. Jestem w środku i jest dzień. Na ścianie wisi lustro w ciężkiej posrebrzanej ramie. Nie ma tapety. Ściana jest beżowa, idealnie gładka, na podłodze wielkie kafle.
Stoję w przedpokoju mieszkania rodziców. Po lewej mała ja podsłuchuje przy uchylonych drzwiach pokoju. Widzę, jak siedzi w kucki i stara się prawie nie oddychać. Trafiłam na wizytę siostry mamy. Ciocia Kazimiera była świeżo po sanatorium. Słyszę jej głos z pokoju obok.
Mama kazała mi się uczyć, ale ciotka wpada w odwiedziny rzadko i zawsze przywozi smakowite plotki. Rodzice nigdy mi nic nie mówili. Nie opowiadali historii rodziny. Dziadkowie od strony ojca już nie żyli, kiedy ja przyszłam na świat. Tych od strony mamy widziałam może ze dwa razy w życiu.
Ciotka zwykle te słowa powtarza mamie szeptem i wtedy nie słychać. Składałam potem z tych urywków historie i dopowiadałam sobie resztę. Dzisiaj ta mała niewiele usłyszy. Ale mama po tej wizycie będzie zła i nie puści jej na szkolną wycieczkę. Dlatego to pamiętam. Tośka opowiadała, że było wesoło, a ja bałam się, że w końcu i Tośkę stracę. Stoję na wypastowanym parkiecie i wiem, że to przeskok. Nikt mnie tu nie zobaczy. Mogę śmiało wejść do pokoju i przyglądać się wszystkiemu.
Dziarskim krokiem przechodzę do salonu rodziców. W ogóle nie staram się być cicho, ale nikt niczego nie zauważa. Pokój jeszcze przed remontem. Całą ścianę zajmuje meblościanka lakierowana na wysoki połysk w bliżej nieokreślonym brązie. Zastawiona kryształami i wypełniona po brzegi serwetkami. Bałam się, że na mnie spadnie i te wszystkie kryształy rozbite na małe kawałki wbiją mi się w ciało. Na podłodze obowiązkowy dywan w tureckie wzory.
Na dwóch ciężkich fotelach siedzi mama i ciotka. Ciotka wysoka, szczupła, surowa. Usta ściągnięte w linijkę, plecy proste jak struna. Włosy w mysim kolorze starannie ścięte ani drgną, kiedy porusza głową. Mama siedzi podobnie wyprostowana. Jest spięta. Nie cieszy się z wizyty siostry i to widać.
Ciekawe. Nigdy wcześniej tego nie zauważyłam. Ale jak miałam zauważyć podsłuchując z kilku metrów? Poza tym chyba nigdy nie skupiałam się na mamie w takich momentach. Byłam ciekawa ciotki. Na ławie lakierowanej chyba na obraz i podobieństwo meblościanki srebrna taca, czajniczek z herbatą, filiżanki i talerzyki z ciastem.
— Co to się wyprawia w tych sanatoriach, Bożenko, to jest nie do uwierzenia. Dorośli ludzie, a jak nastolatki. Chlanie i rozpusta. Była taka jedna, co ze wszystkimi do łózka chodziła.
— A zabiegi. Opowiadaj o zabiegach, a nie o innych ludziach. — Mama usiłuje zmienić temat. Sięga po talerzyk i podaje ciotce.
— A zabiegi wspaniałe. Te kąpiele siarczkowe postawiły mnie na nogi. Ale towarzystwo do niczego. Jak tak można, Bożeno?! Przecież ci mężczyźni byli żonaci, a one tak bezwstydnie się im narzucały. — Ciotka ciągnie, a mama blednie, ręce jej drżą, kiedy sięga po czajniczek i filiżankę. Ta ostatnia dzwoni lekko o porcelanowy podstawek.
— Ja ci przypominam, Kazimiero, że gdyby ci panowie nie byli zainteresowani to nic by się nie wydarzyło.
— Bzdura. To ta ich nachalność! Krew nie woda! Chociaż mój Władzio mnie nigdy mnie by tak nie potraktował. On wie czym jest przysięga małżeńska! Przed bogiem przysięgał to się będzie trzymał. Ale nigdy go samego do sanatorium nie puszczę! Nigdy! Strzeżonego pan bóg strzeże.
Mama robi się na przemian blada i czerwona ze złości.
— A to bóg się już nie mógł pomylić. Może właśnie bóg dał ludziom drugą szansę na znalezienie miłości.
— Bożena, no ja przecież nie o tobie. Ty to inna historia. Przecież on jej i tak nie kochał.
Ciotka zajmuje się jedzeniem ciasta, a mama ze sztucznym uśmiechem dolewa jej herbaty.
Wracam do siebie zdziwiona. Lena marszczy brwi i patrzy na moją twarz.
— Ala? Coś się stało? Urwałaś w pół zdania.
— Skoczyłam. — Zaciskam dłonie, bo się trzęsą.
— Gdzie skoczyłaś?
— Do domu rodziców. Lena, tu się dzieje coś bardzo dziwnego. Muszę jechać do domu. Porozmawiamy potem.
Nieszczególnie często opowiadam o moim życiu tam daleko, kiedy byłam dzieckiem. Nie lubię tych wspomnień, a to było bardzo dziwne.
Lena zmartwiona z zaciśniętymi ustami w linijkę odprowadza mnie do samochodu.
— Na pewno możesz prowadzić? — pyta.
— Na pewno — odpowiadam z absolutnym brakiem pewności. A jeśli skoczę prowadząc? A jeśli się rozbiję?
W głowie wyskakują pytania jedno po drugim. Muszę zaryzykować i wrócić do domu. Przecież czuję, kiedy nadchodzi. Mogę zawsze zjechać na pobocze. Jak automat pokonuję trasę do domu. Ledwo kojarzę jakieś światła po drodze i zakręty. Dopiero kiedy gaszę silnik i widzę mój blok orientuje się, że jestem cała i na miejscu. Czy przeskoki pokazują prawdę? Zakładając, że nie zwariowałam, kogo tata nie kochał? O czym mówi ciotka? To jakaś alternatywna rzeczywistość? Gdzie mnie przenosi?
Moja motywacja, żeby znaleźć jakiekolwiek informacje rośnie w ułamku sekundy. Wbiegam po schodach i rzucam się do laptopa. Otwieram pokrywę z takim impetem, że prawie ją wyrywam. I zamiast szukać informacji o przeskoku wpisuję w przeglądarkę imię i nazwisko własnego ojca. Ojca, który odszedł ponad dwa lata temu. Co ja właściwie wiem o własnych rodzicach?
Internet wypluwa kilkanaście zdjęć. Jakieś nagrody. W końcu ojciec był uznanym kardiochirurgiem. Uważałam to za ironię losu, że zmarł na serce. Na stronie szpitala dalej wisi jego biogram. Mówi o ukończonych studiach i praktykach. Ani słowa o życiu prywatnym. Nagle przeszkadza mi, że w naszych czasach nie było Facebooka, Instagrama i tego wszystkiego, co ograbiło ludzi z prywatności, a szukającym informacji dostarcza je na tacy.
Nic nie znajduję. Przerzucam się na szukanie czegokolwiek, co chociaż przypomina to, co się ze mną dzieje. I znowu trafiam na milion bezużytecznych informacji. Głowa opada mi na blat. Szukam wspólnego mianownika tego, co widzę i nic mi nie pasuje. Czego do cholery nie widzę?
Energia zniknęła i czuję się jak balon, z którego ktoś spuścił powietrze. Jedyne na co mam siłę to dowlec się do łóżka. Chcę zasnąć. Chcę, żeby to się przestało wydarzać. Nic z tego nie rozumiem. Trwałoby to długo, gdyby nie Jasiek, który zmusza mnie do wstania.
— Mama, wstań. Masz spotkanie. Kazałaś mi obiecać, że cokolwiek by się działo chcesz tam iść.
Spotkanie. Może tam jest odpowiedź. Może tam znajdę chociaż kawałek nadziei. Mózg właśnie przeskoczył w złość. Wykorzystuję tą energię. Przebieram wymięte ubrania, poprawiam makijaż. Jasiek zawozi mnie pod szarą kamienicę.
— Idź, ja tu zaczekam. Na ulotce napisano, że to trwa półtorej godziny. Ja tu będę cały czas, a ty idź i zobacz.
Wchodzę do budynku ściskając nerwowo torebkę. Nie wiem czego się spodziewać. Brudna klatka schodowa, odrapane ściany i wyślizgane stopnie. Sceneria dobra do morderstwa. Tyle z moich nadziei. Popycham ciężkie, wysokie drzwi. Po obu stronach korytarza kolejne sztuki, jak żołnierze na posterunkach. Jedne są otwarte. W środku siedzi grupa ludzi na krzesłach, w okręgu. Całe ciało mi się spina. Po plecach przebiega dreszcz.
— Pani na grupę?
Pyta niemłody mężczyzna w szarej wełnianej kamizelce zarzuconej na koszulę. Ma przydługie włosy w kolorze srebra.
— Tak, ale nie wiem czy dobrze trafiłam. Pani Tamara. Doktor Szyszko mnie tu skierowała.
Mężczyzna wstaje i poprawia na nosie okulary. Podchodzi do mnie energicznym krokiem.
— Zapraszam. Dobrze pani trafiła. Przemysław Pietrasik. Psycholog. Ja prowadzę grupę. Proszę niech pani siada.
— Dziękuję.
Siadam na podstawionym krześle i czuję się jak idiotka. Jak dziecko, które wlazło do nieswojej piaskownicy. Czekam tylko, aż oberwę wiaderkiem w głowie. Przyglądam się uważnie pozostałym sześciu osobom. W głowie galeria nieznajomych twarzy, rude, czarne, tlenione, siwe włosy. W palcach znajome już uczucie. Przeskok. Niedobry moment na przeskok, ale nie wiem, jak go zatrzymać.
Czekam chwilę, aż wzrok przyzwyczai się do drgania przestrzeni. Lamperia w kolorze wściekłej żaby na ścianach. Szare płytki PCV na podłodze. Nie do pomylenia z czymkolwiek innym. Internat.
Idę krok w krok z moimi rodzicami i patrzę jak młodsza ja ociąga się. Ojciec stoi ubrany w szary garnitur przy drzwiach i w rękach trzyma walizkę. Moją walizkę. Ja z kolei trzymam dłonie zaciśnięte kurczowo na futrynie. Kostki zbielały od tego trzymania. Czuję jak spięta i zdenerwowana jestem.
— Nie chce się przeprowadzać. Tam mam przyjaciół. Tam jest moja szkoła. — Prawie krzyczę.
— Tak będzie dla ciebie lepiej. Internat jest bardzo ładny a i szkoła ma najlepszą opinię w okolicy. — Ojciec poprawia płaszcz.
— Ale tutaj też jest szkoła. I Tośka do niej idzie. — Łzy kapią mi na bluzkę. Ojciec patrzy na mnie i się krzywi.
— To nie jest szkoła tylko przechowalnia. No dalej!
Droga do internatu trwała trzy godziny. Nie mogłabym dojeżdżać. Wiem, że młoda ja całą drogę milczała i patrzyła za okno niczego nie widząc. Wysiadła i zobaczyła szeregi plastikowych okien w dwupiętrowym żółtym budynku. Stanęła w wejściu i teraz robi wszystko, żeby nie wejść do środka. Chwyciła się futryny. Pamiętam to uczucie. Teraz też je czuję. Jeśli wejdę do środka to przepadnie. Czułam, że nie mogę wejść do środka.
Ojciec odrywa jej dłonie i teraz idziemy korytarzem. Światło jarzeniówek razi. Bola od niego oczy. Kobieta w ciasnej spódnicy tupie wyglansowanymi czółenkami, prowadząc nas do mojego pokoju. Pokoju, który będę dzielić z osobą, której nie znam.
— Proszę się nie martwić. Mamy doskonałą kadrę i niezwykle dbamy o dyscyplinę. Szkołą jest tuż za tamtym laskiem. Posiłki są zbilansowane i o określonych porach. Po obiedzie wszyscy mają obowiązek odrobienia zadań domowych. Od szesnastej do dwudziestej są zajęcia dodatkowe, obowiązkowe.
— Nie zostawiajcie mnie tu. Błagam. Będę się sama uczyć. Będę najlepsza w szkole tylko mnie nie zostawiajcie tutaj. — Próbuję złapać mamę za rękę, ale ona jak zwykle mi nie pozwala.
Odwraca wzrok i przygląda się tablicy ogłoszeń.
— Nie jesteś malutkim dzieckiem. To jest porządna szkoła i porządne wychowanie — mówi głośno, wyraźnie, tak, żeby tamta kobieta usłyszała.
Pani w ciasnej spódnicy uśmiecha się.
Wchodzimy na świetlicę. Przy jednakowych stolikach siedzą jednakowo ubrane dziewczęta patrząc na mnie z mieszanką ciekawości i wrogości. Młoda ja cofa się i prawie na mnie wpada. Odsuwam się, ale nie biegnę za nią. Słucham co mówią oni. Czego nie usłyszałam wtedy wybiegając?
— Rozumiem, że państwo macie z córką problem z dyscypliną? — Kobieta przewraca oczami.
— To raczej działania zapobiegawcze. — Ojciec z dezaprobatą patrzy, kiedy mała ja kuli się pod tablicą ogłoszeń w kącie i płacze. — Ale proszę ją bacznie obserwować. Gdyby pojawiły się jakieś niepojące sygnały, proszę dać znać. Obawiamy się, że może być dziedzicznie obciążona.
Wracam do pokoju w kamienicy i widzę wpatrzone w siebie siedem par oczu. Co w nich widzę? Uczucia z przeskoku jeszcze we mnie tkwią. Jestem małą, przestraszoną dziewczyną, we wrogim i obcym środowisku pełnym ludzi, którzy już się znają. I mogę być czymś dziedzicznie obciążona. Słowo zawisło w mojej głowie. Czym? I po kim?
— Słucham?
Mam wrażenie, że o coś mnie pytano.
— Czy chcesz nam coś o sobie powiedzieć? Jak masz na imię i dlaczego tu jesteś?
Nie chcę. Za nic nie chcę. Chcę stad wyjść. To był głupi pomysł. Już chcę wstać i przeprosić. Wyjść wybiec, poczuć ulgę na obskurnej klatce schodowej, kiedy do pokoju wchodzi kobieta.
— Pan doktor znowu męczy nową? — pyta od wejścia, a ja wiem, po prostu wiem, że to musi być USSHopeless.
Ma około pięćdziesiątki i jest ubrana jak dwudziestolatka. Powycierane dżinsy, kolorowa koszulka i skórzana krótka kurtka. Czarne włosy postrzępione wokół szczupłej twarzy. Niezwykłe oliwkowe oczy otoczone łapkami zmarszczek. Kiedy się śmieje w policzkach robią się jej dołeczki.
— Nie męczę, Amelio, tylko pytam. Zabłądziłaś i wpadłaś znowu błaznować na moich zajęciach, a może tym razem naprawdę chcesz spróbować?
— Panie doktorze. Na błaznowanie nic nie poradzę, poczucie humoru to moja jedyna broń. Podejście czwarte doktorze. Z ręką na sercu.
Przesuwa sobie krzesło i siada obok. Wyciąga rękę:
— Mela jestem.
— Alicja.
— I widzi pan? Tak się przedstawia ludzi, a nie jak w cyrku na arenie.
Amelia milknie, a doktor wraca do przeglądania kartek.
— Dzisiaj rozmawiamy o poczuciu własnej wartości.
Zajęcia przebiegają całkiem sensownie. Ja milczę, ale pozostałe kobiety mówią sporo i chętnie. Historie powielają się. Syndrom opuszczonego gniazda, nieciekawe dzieciństwo. Masa kompleksów, niespełnione marzenia i zawiedzione nadzieje. Czuję się dziwnie. Mam wrażenie, że jednak źle trafiłam. Te kobiety pochodzą z bardzo różnych środowisk. Mamy szukać w przeszłości wydarzeń, które podkopały w nas wiarę w siebie. Szukamy siebie na nowo, próbując zdefiniować to, co lubimy. A ja wiem, co lubię. Porządek. Moją rodzinę. Stabilizację. Czego ja tu szukam?
— Oj, ja to panie doktorze za nic nie mogę wracać do tego co lubię. Nie pamiętam co lubiłam przed, a potem to pan doktor wie co było. — Głos Meli rozrywa chwilowo nabrzmiałą ciszę.
— Amelio, jak boga kocham, kolejny raz powtarzam, że musisz jednak szukać głębiej. Amnezja czasem mija sama z siebie.
— Bez boga mi tu. — Jej twarz tężeje. — Ten dobry bóg mi zabrał wszystkie te plany i marzenia razem z pamięcią.
— Dobrze, kończymy na dziś. Na następne zajęcia proszę przygotujcie to, co o czym rozmawialiśmy.
Wstaję z krzesła z uczuciem ulgi. Ciężko jest otwierać się przy tylu obcych ludziach. Może dlatego głównie milczałam. Może druga część pójdzie mi lepiej, bo te półtorej godziny to dopiero początek. Teraz muszę te wydarzenia i emocje opisać w specjalnym dzienniku i poszukać czego lubię. Nie wiem czy chcę. Nie widzę związku między tym, co się ze mną dzieje, a tym co wydarzyło się tutaj. Mela tanecznym krokiem opuszcza salę.
— See you later, aligator.
Jej śmiech dźwięczy mi uszach, kiedy wychodzę na ulicę i otwieram drzwi samochodu.
— I jak? — pyta Jasiek odkładając książkę na tylnie siedzenie. — W porządku?
— Nie wiem. Czuję, że powinnam tu wrócić. To chyba dobrze. Ten lekarz jest sensowny, a te spotkania to głównie rozmowy, nie terapia.
— Terapia jest rozmową. Tylko trzeba znaleźć odpowiednie pytania. — Jasiek ze śmiechem kręci głową. Kiedy on tak dorósł?
Nie mówię mu, że moim zdaniem tam nikt mi nie pomoże. Nie mogę mu tego powiedzieć, bo on nie wie o przeskokach. Ale coś mi każe tam wrócić. A skoro już uznałyśmy z Leną, że przeskoki coś znaczą i gdzieś mnie prowadzą to staram się słuchać.
W domu Ela domaga się szczegółowego raportu. Opowiadam jej. Pokazuję zeszyt jaki dostaliśmy na zajęciach.
— Genialne. Mogę sobie przepisać Mama te pytania?
Patrzę na Jaśka. Wzrusza ramionami.
— Jej nic nie zaszkodzi na tym etapie rozwoju jej jakże małego mózgu.
Ela pokazuje mu język i idzie do siebie. Kiedy odzyskuję zeszyt odkładam go na stolik koło łóżka. Dość analizy siebie na jeden dzień. A jednak coś zadziałało, bo uporczywe myśli zniknęły na kilka godzin. Dzwonię do Tośki kolejny raz. Tośka jest logiczna i rozsądna.
— Cześć.
— No cześć, cześć. Co u ciebie? — mówi szybko, nieuważnie.
— Właśnie wyszłam ze spotkania grupowego.
— To super. Mam nadzieję, że ci pomoże. Ja muszę lecieć. Poznałam kogoś super. Opowiem ci tylko nie teraz, bo jedziemy na kolację. — Słyszę, że jest w samochodzie. Charakterystyczne klikniecie zapinanych pasów.
— A to leć. Zdzwonimy się w jakimś lepszym czasie.
— Jasne. Pa. — Rzuca i rozłącza się.
Boli mnie jej nieobecność. Chciałabym, żeby tu była. Powiedziała, że świruję, że przyśniło mi się i przejdzie. Może to efekt uboczny jakiś leków? Co oni mi podali w tym szpitalu? Może ja faktycznie jestem dziedzicznie obciążona jakaś chorobą. Może mam schizofrenię? Ale nikt w naszej rodzinie nie chorował psychicznie. Przecież ani ciotka ani jej dzieci ani … zasypiam z galerią postaci, które ledwo pamiętam. Nigdy nie utrzymywaliśmy głębszych relacji. Z nikim z rodziny.
Budzę się z uczuciem paniki. Nie mogę sobie przypomnieć jaki jest dzień tygodnia. Pościel jest mokra od mojego potu, resztki snu plączą się po głowie. Chwytam telefon. Czwarta rano. Czuję potrzebę działania. Zawsze jak przestaję sobie z czymś radzić muszę coś robić. Po wyprowadzce Jacka sprzątałam przez tydzień. Tylko drzwi gabinetu zamknęłam. Nie mogłam patrzeć na tą przestrzeń, dlatego zostawiałam to pomieszczenie i koty na podłodze. Przekręciłam klucz i schowałam. Teraz odsłaniam żaluzje i otwieram okno na całą szerokość. Wskakuję w ubranie do sprzątania i spinam włosy w kok. Przeciągam tuszem po rzęsach raczej z nawyku niż potrzeby.
Piję kawę na szybko. Wyciągam wszystko z szafek kuchennych. Przeglądam przyprawy. Te przeterminowane wyrzucam. Układam wszystko na nowo. Alfabetycznie. Szoruję wnętrza szafek. Wchodzę na blat i myję też ich górę. Wszystkie talerze wrzucam do zmywarki i ustawiam tryb płukania. Koszyk ciężko trzeszczy pod ciężarem całego zestawu. Potem wycieram starannie każdą sztukę i odkładam z powrotem. Docieram do punktu, w którym została mi tylko lodówka. Wokół mnie trzy worki śmieci.
— Matko jedyna, co ty robisz w środku nocy?
Pierworodny przecierając oczy wchodzi do kuchni.
— Nie mogłam spać. — Odkładam ścierkę do zlewu.
— To książkę, mamo poczytaj czy coś. Coś co nie budzi ludzi kakofonią dźwięków o bladym świcie. Dobrze się czujesz?
— Normalnie. Żadnej mgły. Żadnej niechęci jak widzisz.
— Widzę, ale pewności nie mam czy to normalne. Chociaż porządkowanie u ciebie to norma. Ciągle coś sprzątasz. — Jasiek dalej trze oczy.
Ela wychodzi z pokoju w piżamie. Siada na krześle i szczupłe nogi zawija pod brodę.
— Zostało jeszcze coś do jedzenia czy już wszystko w workach?
— Zostało. Na co masz ochotę?
Robię im obojgu omlety ze szczypiorkiem. Kończą oblizywać palce popijając herbatą.
— Jasiek, rzuć mnie do szkoły. Patrz, jak pada. Miej litość nad młodszą siostrą.
Za oknem faktycznie szaro, a przez deszcz tłukący się o szybę świata nie widać.
— Okno. Zostawiłam otwarte okno.
Biegnę do sypialni, zastanawiając się jak przeoczyłam fakt załamania pogody. Wycieram zalany parkiet. Strzepuję wodę z rozmazanych notatek.
Jasiek zakłada kurtkę i pyta:
— Chcesz coś ze sklepu jak już wychodzę?
— Więcej worków na śmieci. Tych największych. Weź dwie paczki.
Patrzy na mnie zdumiony, a potem oni wychodzą, a ja wracam do przekładania, mycia i suszenia.
Kiedy Jasiek wraca chwyta za ścierkę i zaczyna mi pomagać.
— Jasiek, przecierasz ten talerz od czterech minut. Bardziej błyszczący już nie będzie. Co się stało?
— Nie nic. Tylko.
— No co się stało?
— W sumie chciałem o czymś porozmawiać, ale już nie ważne. — Jasiek stara się uśmiechnąć, ale średnio mu to wychodzi.
Kończymy sprzątać kuchnię wyłącznie przy dźwiękach muzyki. Wiem, że jeśli nie chce o czymś rozmawiać to za nic z niego nie wyciągnę. Wynosimy solidarnie po dwa worki na śmieci. Jasiek jedzie załatwić swoje sprawy, a ja idę prosto do łózka. Zdrzemnę się chwilę. Może to wszystko dlatego, że jestem przemęczona. Tak, na pewno to stres i przemęczenie. Po prostu muszę odpocząć. Zwijam się w kłębek. Krople deszczu rytmicznie uderzają o szybę. Oddech wyrównuje się przy akompaniamencie jednostajnego szumu. Przeskok.
Szybko rozglądam się, gdzie tym razem jestem. Mieszkanie rodziców. Dawno temu, bo w szafki w kuchni jeszcze są w kolorze butelkowej zieleni. Potem mama wymieni je na klasyczną biel.
Mini ja siedzi przy stole w kuchni i czeka. Ojciec ma zaraz wrócić z pracy. Kręci się po kuchni wyraźnie złą i zniecierpliwiona, bo ojciec się spóźnia. Wiem, bo utyskuje pod nosem. Zrobiła racuchy. Rzadko je robi, ale uprosiłam. Mam dzisiaj urodziny.
Ojciec ściąga drelichowy płaszcz i idzie umyć ręce. Siada przy stole i dopiero wtedy widzi, co na nim jest. Ja stoję pod oknem, bo stąd wszystko wyraźnie widzę.
— Co to jest? To ma być obiad? Przecież to wyłącznie puste węglowodany i cukier.
Odsuwa talerz z obrzydzeniem. A mała ja wcina już drugą porcję racuchów. Zlizuje łapczywie cukier puder z lepkich ust. Pyszne.
Czeka na prezent. Wie, że po obiedzie go dostanie. Zamykam oczy i wszystko przypomina mi się w najdrobniejszych szczegółach. Każde najmniejsze uczucie. Przez chwilę mam wrażenie, że znowu jestem nią. Tą małą.
Widziałam pudełko schowane w meblościance w dużym pokoju. Całkiem spore z niebieską kokardą. W moim brzuchu coś łaskocze. Staram się siedzieć grzecznie, ale niecierpliwość sprawia, że trochę się wiercę. Muszę natychmiast przestać, żeby on nie zauważył.
Mama szybko odgrzewa ojcu mięso. Obiad przeciąga się, a ja zaczynam mieć wrażenie, że się pomyliłam. Może to jednak nie dla mnie ten prezent?
Mama myje naczynia, a ojciec woła mnie do pokoju. Otwieram oczy i idę za nimi.
— No to skończyłaś już dziewięć lat. Najwyższa pora, żeby był z ciebie jakiś pożytek dla społeczeństwa.
Rodzice wręczają jej pudełko. To właśnie z niebieską kokardą. Chciałaby szybko zedrzeć kokardę, potargać papier i zobaczyć co jest w środku, ale wiem, że tak nie wolno. Dlatego powoli rozwiązuje kokardę i zwija tasiemkę. Starannie odpakowuje papier odkładając go na bok. Jeszcze wierzy, że zaraz jej oczom ukaże się piękny zestaw farb. Może nawet tych, które im pokazała. I te pędzle, aż sześć. Wie, co namaluje najpierw. Ma w głowie ten obrazek od kilku dni.
Ale w pudełku nie ma farb. Jest gruba encyklopedia i zestaw do szydełkowania. Nie potrafi ukryć rozczarowania. Mam ochotę przytulić tą małą. Prawie dotykam ramienia, które lekko drży, kiedy staram się opanować łzy.
— Ale ja myślałam, chciałam. przecież rozmawialiśmy … — Słowa same wyrywają się, jakby wypowiedziane na głos mogły coś zmienić.
— Nie maż się. Żadnych farb nie dostaniesz. Jeszcze wyrośniesz na artystkę. Już jedna taka była w tej rodzinie. Dobrze się nie skończyło. Żadnego z nich pożytku dla społeczeństwa. Obrazem dzieci nie nakarmisz. No to najlepszego. I nie maż się, bo nie chcę mieć zepsutego dnia. — Ojciec krzywi się widząc jej rozpacz.
Z całej sceny wyławiam tylko to jedno zdanie. „Już jedna taka była”. Rośnie we mnie irytacja. Nie wiem, ile razy muszę zrobić przegląd wszystkich osób, jakie znam w tej rodzinie, żeby po raz kolejny stwierdzić, że nikt, ale to absolutnie nikt w tej rodzinie nie trzymał w ręce innego pędzla niż ten do malowania ścian i futryn. A to i tak mało prawdopodobne. Od tego byli robotnicy zatrudniani do wykonania prac remontowo –budowlanych.
Ojciec to chyba najbliżej pędzla był trzymając w ręce szczoteczkę do zębów. Moja mama nawet ołówka nie trzymała w dłoni. Jeśli coś pisała to zawsze długopisem. Siadam na łóżku zła. Będę musiała do niej zadzwonić, ale jak ja mam ją o to zapytać? Przecież ona w życiu mi nie uwierzy. Nie mogę jej powiedzieć skąd mam takie informacje.
I jeszcze to malowanie. Coś mi ciągle przypomina pasję z dzieciństwa. A może? A może mogłabym kupić trochę farb i jakieś płótno? Przecież mam czas? Może to coś mi podpowiada, że mam malować? Te wszystkie poradniki, które czytałam mówiły o znalezieniu pasji. Może to właśnie się dzieje. Może to jest mój AHA moment i mam wrócić do malowania?
Nie wiem, ile spałam i czy spałam, ale kiedy zerkam na zegarek na komórce jest jedenasta. Skoro jest jasno to raczej przed południem. Ela dalej w szkole. Co może robić moja mama? Od kiedy się wyprowadziłam jeszcze na studiach prawie w ogóle tam nie jeździłam. Moje dzieci słabo znały dziadka i tylko Ela rozmawia czasem z babcia przez telefon. Ja mój telefon obracam w palcach zastanawiając się jak wyciągnąć z niej informacje. Żaden genialny pomysł nie przychodzi mi do głowy. Telefon zaczyna piszczeć. Przypomnienie, że popołudniu jest spotkanie grupy. To sporo czasu. Wyciągam laptopa i siebie na łóżku. Włączam serial i oglądam, dopóki kolejny alarm nie przypomina mi, że Ela kończy zajęcia i za pól godziny wpadnie do domu głodna. Ignoruje go. Najwyżej wyciągnę z zamrażalnika pierogi.
O równej siedemnastej nieco pewniej przemieszczam się w górę kamienicy i z uśmiechem niemalże wchodzę na salę. Mela siedzi na parapecie okna.
— No dobrze. Jest już i Alicja a nikogo nowego się nie spodziewamy zatem zaczynajmy. Alicja, weszłaś ostania to może pierwsza przeczytasz?
— Niestety nie udało mi się napisać na dziś — tłumaczę się lekko speszona. — Życie mnie zjadło.
Pietrasik patrzy na mnie długo. Czuję się jak uczeń, który nie odrobił zadania. Nie mam nawet psa, na którego mogłabym zrzucić. Przez chwilę rozważam tą opcję. Pietrasik nie wie, że nie mam psa.
— Ja chcę zacząć — mówi niespodziewanie Amelia i wyciąga pomięte kartki z torebki.
Opowiada historię dziewczyny, która nie wie kim jest. Dziewczyny, której nikt nie szukał. Dziewczyny, która musiała sobie radzić sama. Pojawia się przemoc, ucieczka, bezdomność, samotność, picie i próby samobójcze.
Kiedy kończy podnosi głowę. Usta zaciśnięte w linijkę, kąciki ust drgają. Nikt nie mówi ani słowa. Pani Irena wstaje, podchodzi do Amelii. I po prostu ją przytula. Wszystkie ją przytulają i tylko ja wbita w krzesło nie jestem w stanie tego zrobić. Dlaczego? Nie potrafię przytulać obcych mi osób.
Nikt już niczego nie czyta. Zajęcia kończą się wcześniej. Wychodząc staję w drzwiach i patrzę na panią Irenę, Melę i Przemka. Tylko oni zostali w sali. Reszta poszła do domu. Miałam zapytać Pietrasika o schizofrenię, ale jest pochłonięty rozmową. Znajdę coś w sieci i poczytam. Idę ulicą w deszczu do samochodu nawet nie sięgając po parasolkę. Myślę nad opowieścią usłyszaną od Amelii. Jak to jest nie znać własnej przeszłości? Nie pamiętać skąd się pochodzi? Dłoń na kluczyku zatrzymuje się, kiedy czuję, jak drętwieje lekko od opuszków. Zamykam oczy. Przeskok.
Jestem w pomieszczeniu, którego nie rozpoznaję. Nigdy tu nie byłam. Rozglądam się i widzę rysunki na ścianach, stary, wytarty dywan i gołą żarówkę pod sufitem. Młoda dziewczyna stoi przed moim ojcem. Ma długie ciemne włosy ściągnięte niedbale gumką. Ubrana w czarne spodnie i czarny golf wygląda przeraźliwie smutno. Ręce opuszczone wzdłuż ciała, zapadnięte policzki. Dziecko jest malutkie i leży zawinięte w różowy kocyk na szerokiej, rozłożonej wersalce obłożone poduszkami.
Na ojca twarzy obrzydzenie. Widzę, że najchętniej by stąd wyszedł.
— Sama to na siebie sprowadziłaś. Jesteś idiotką.
— Do kogo się miałam zwrócić? — Dziewczyna opuszcza głowę.
— To, że twoja matka jest na odwyku nie oznacza, że pozbawiono ją praw rodzicielskich. Jeśli chcesz pomocy to warunki znasz.
— Wiesz, że są nie do przyjęcia! — Obraca głowę w stronę dziecka.
— To siebie radź sama. — Ojciec nie oglądając się za siebie idzie do drzwi wyjściowych
— Pomóż mi. — Dziewczyna łapie go za rękaw czarnego płaszcza.
— Sama sobie pomóż! — Strąca tą rękę.
Wychodzę z przeskoku i czuję, jak kluczyk wyślizguje się ze spoconej dłoni. W uszach szum. Mam ataki paniki. Zupełnie jakbym była tamtą dziewczyną. Staram się wyrównać oddech. Wdech krótszy, wydech dłuższy.
Co to było? To nie była moja przeszłość. Może Amelii? Ale jak? Przecież to niemożliwe skoczyć w czyjąś przeszłość. A jeśli? Ale dlaczego był tam mój ojciec? Wdech, wydech. Przez zaparowaną szybę widzę Melę jak wychodzi i kuli się w deszczu. Staje pod balkonem sąsiedniego budynku i odpala papierosa. Boże, co ja bym oddała teraz za papierosa. Wysiadam i podbiegam do niej.
— Dasz jednego? — pytam.
Patrzy na mnie przez chwilę, a potem sięga do kieszeni i wyciąga paczkę. Stoję metr od niej i wyciągam tylko rękę, starając się jej nie dotknąć. Wyciągam papierosa i pożyczoną zapalniczką odpalam go. Krztuszę się dymem.
— Po co się bierzesz jak ewidentnie nie palisz?
— Paliłam.
— Czas przeszły. Jak rzuciłaś to nie wracaj. — Chowa papierosy i patrzy na mnie. W jej wzroku nie ma nic przyjaznego.
— Każdy ma swoje problemy, Amelia.
— Ano. Palenie ich nie rozwiąże. Wracaj do domu. Ja też muszę lecieć.
Podciąga kołnierz kurtki i rusza w deszcz, a ja stoję z mokrym papierosem na pustej ulicy. Nie ma nikogo, kto mógłby mnie w tej chwili przytulić.
Rozdział czwarty
Wracam do domu i od wejścia słyszę, że Ela rozmawia przez telefon z Jackiem.
— Nie wiem, tato. Przecież nie pytam mamy, czy wraca do pracy. Nie uważasz, że to powinna być jej decyzja?
Zatrzymuję się w przedpokoju i podsłuchuję.
— Nie trzeba, tato. Ogarniam. Tak wiem. Mam maturę i mam się uczyć.
Kiedy słyszę, że rozłączyła się i odłożyła telefon ściągam mokrą kurtkę i otwieram drzwi do Eli pokoju.
— Wróciłam.
— Super. Wszystko ok? — Podnosi głowę znad książki.
— Tak. To tata dzwonił?
— Tak. Martwi się moja maturą wiec przypomina mi o niej prawie codziennie. — Ela uśmiecha się krzywo. Słowem nie wspomina, że pytał o moją pracę.
Myślałam o pracy. Nawet przejechałam koło budynku kilka razy. Reakcja była jednoznaczna. Nie wyobrażam sobie, żeby tam mogła wrócić. Za każdym razem usiłuję sobie to wyobrazić pozytywnie. Zaczynam od tego, że wysiadam z samochodu, wchodzę i wszyscy mnie witają. Zmuszam się, bo tam nikt o nikogo nie dba wiec pewnie poklepaliby mnie po ramieniu i zapytali, jak się mam z udawaną troską. A potem wraca wykrzywiona twarz Szablickiej, rosnące stosiki papierów i brudne parapety. Nie, nie dam rady. Osiem godzin wysłuchiwania pretensji ludzi. Nie muszę wracać do pracy. To co dostanę na zwolnieniu mi wystarczy na razie.
Zwolnienie. Zwolnienie mi się kończy! Przez chwilę szukam innego wyjścia niż to, które mi podpowiada doświadczenie. Pani Tereska kiedyś ciągnęła zwolnienie przez rok niemalże. Co prawda musiała się stawić na jakieś komisji, ale jestem gotowa zaryzykować. Zerkam na wizytówkę nadal przypiętą do tablicy. Zmuszam się do telefonu:
— Tamara Szyszko, słucham.