PROLOG: SZTORM SPRZED LAT
Podrozdział 1: Raport z plaży
Radio trzeszczało o trzeciej nad ranem.
„Patrol siedem-cztery, mamy zgłoszenie. Plaża przy starym molo. Prawdopodobnie ciało.”
Erwin szarpnął kierownicą, zawracając na wąskiej nadmorskiej drodze. „Trzydzieści dwa lata, osiem lat w policji, a wciąż czuł mdłości przed każdym» prawdopodobnie ciało«. Szturm uderzył w wybrzeże wczoraj wieczorem — radio mówiło o porywach do stu kilometrów na godzinę. Ocean lubił wypluwać swoje sekrety po takich nocach.
Reflektory radiowozu wyłowiły z ciemności kontur mola — czarny szkielet wystający z wody jak złamany palec. Piach na drodze dojazdowej zgrzytał pod oponami. Erwin zatrzymał się przy barierze, wyłączył silnik. „Cisza była gęsta — tak gęsta, że Erwin słyszał bicie własnego serca. Tup-tup. Tup-tup. Powolne, miarowe, zagłuszające wszystko inne. A potem ocean. Niespokojne mruczenie. Gggrrr-rrr-rrr — niski, pulsujący pomruk, jakby woda miała gardło. Hu-u-uu-sz — oddech. Ocean oddychał. Rytmicznie. Celowo. Wdeeeech… wydeeeech… I w przerwach między oddechami — absolutna pustka. Żaden ptak. Żaden wiatr. Tylko ocean. Gggrrr. Hu-u-usz. Gggrrr.”
Wziął latarkę i ruszył w dół po drewnianych schodach na plażę.
Piasek był mokry, ciężki, ciągnął za buty. Wiatr niósł zapach soli, wodorostów i czegoś jeszcze — słodkawego, zgniłego. Erwin zacisnął szczękę. Nie myśl o tym. Po prostu idź.
Zobaczył ich sylwetki jakieś pięćdziesiąt metrów dalej — dwóch miejscowych rybaków, jeden świecił latarką w dół, drugi klęczał przy czymś na piasku.
„Policja!” — zawołał Erwin. — „Co mamy?”
Starszy rybak, siwobrody typ w brudnej kurtce, odwrócił się. Jego twarz była blada w świetle latarki.
„Myśleliśmy, że nie żyje” — powiedział. — „Ale… kurwa, ona oddycha.”
Erwin przyspieszył. Klęczący mężczyzna odsunął się na bok, wpuszczając go do środka kręgu światła.
O Boże.
Kobieta leżała na boku, zwinięta w pozycji embrionalnej, jakby ocean ją wypluł i natychmiast o niej zapomniał. Ciemne, mokre włosy przylepiały się do twarzy i szyi. Ubranie — coś, co kiedyś było letnią sukienką — było podarte, poszarpane, oblepione wodorostami. Skóra bladoniebieska, niemal przezroczysta w świetle latarek.
Ale pierś unosiła się i opadała. Powoli. Płytko. Ale regularnie.
Erwin uklęknął, palce automatycznie szukając pulsu na jej szyi. Zimna jak lód. Tętno ledwo wyczuwalne, ale tam było.
„Ratownik medyczny?” — spytał.
„Dzwoniliśmy” — mruknął młodszy rybak. — „Podobno jadą. Ale droga od miasta jest zalana po sztormie.”
Erwin ostrożnie odgarnął włosy z jej twarzy.
I wtedy ona otworzyła oczy.
Chryste.
Był na to przygotowany — ludzie odzyskiwali przytomność, to normalne. Ale coś w tym spojrzeniu było… nie tak.
Jej oczy były szare. Nie jasnoszare ani ciemnoszare — po prostu szare, jak ocean w dzień bez słońca. I kiedy na niego spojrzała, Erwin poczuł dziwne, przeszywające wrażenie, jakby patrzył nie na nią, ale przez nią. Jakby między nimi była warstwa wody, przezroczysta zasłona, która zniekształcała wszystko, co widział.
Zamrugała powoli. Usta poruszyły się, ale żaden dźwięk nie wyszedł.
„Spokojnie” — usłyszał własny głos, dziwnie odległy. — „Jestem policjantem. Pomocy już jadą. Jak się pani nazywa?”
Ona patrzyła na niego. Tylko patrzyła. Nie mrugała. Nie mówiła.
A potem jej oczy zamknęły się z powrotem i głowa opadła na bok.
„Kurwa, ona znowu —”
„Żyje” — przerwał Erwin, sprawdzając puls ponownie. — „Wciąż żyje. Potrzebujemy koców, czegokolwiek ciepłego.”
Starszy rybak już biegł do swojej łodzi.
Erwin został sam z nią na kilka sekund. Patrzył na jej twarz — mlecznobiałą, mokrą, dziwnie spokojną. Na policzku miała smugę piasku. Odruchowo ją wytarł.
Co ty robiłaś w wodzie?
Wiatr przyniósł kolejną falę zapachu — słony, ostry, żywy. Ocean był spokojny teraz, fale lizały brzeg zaledwie metr od jej stóp. Jakby nigdy nie było żadnego sztormu. Jakby woda ją delikatnie położyła tutaj, na granicy między sobą a lądem i po prostu czekała.
Erwin wzdrygnął się. Przestań. To szok. Zmęczenie.
Ale kiedy potem karetka przyjechała, kiedy sanitariusze ją zabierali na nosze, kiedy jeden z nich mówił coś o hipotermii i szoku, Erwin wciąż czuł to wrażenie.
Jakby patrzył przez wodę.
Jakby ona nie była do końca tutaj.
PODROZDZIAŁ 2: SZPITAL — PIERWSZE SPOJRZENIE
Szpital powiatowy pachniał detergentem i starym linoleum.
Erwin przekroczył próg i natychmiast poczuł, jak żołądek mu się zaciska. Nienawidził tego zapachu — ostrego, sztucznego, maskującego coś gorszego. Kojarzył mu się z poczekalnią na trzecim piętrze, gdzie siedział jako dziesięciolatek, huśtając nogami, nie rozumiejąc jeszcze, co znaczy „zawał”. Wtedy ojciec przeżył. Wrócił do domu po tygodniu, blady, chudy, ale żywy. Drugi raz, trzy lata później, Erwin miał trzynaście lat i już rozumiał. Siedział w tej samej poczekalni, ale nogi nie huśtały się. Stały nieruchomo na podłodze, ciężkie jak kamienie. Ojciec już nie wrócił. „Zanim serce odmówiło mu posłuszeństwa, ojciec przez lata pracował w policji — wracał do domu w wygniecionych koszulach, pachnący kawą z dyżurki i papierami ze starych spraw.”
Od tamtej pory szpitale pachniały dla niego śmiercią, bez względu na to, ile detergentu użyli.
Pielęgniarka przy dyżurce — starsza kobieta o zmęczonej twarzy i włosach związanych w ciasny kok — nawet na niego nie spojrzała. Siedziała pochylona nad komputerem, świecącym ekranem w przyćmionym świetle korytarza i stukała w klawiaturę jednym palcem. Erwin podszedł, odchrząknął. Ona uniosła wzrok, zmierzyła go spojrzeniem, skinęła głową w stronę korytarza.
„Pokój dwanaście” — powiedziała monotonnie, jakby powtarzała to już setny raz dzisiaj. — „Lekarz był u niej pół godziny temu. Fizycznie w porządku, jak na kogoś, kto spędził noc w oceanie. Ale…”
Zawahała się. Erwin poczekał.
„…dziwna jest.”
„Dziwna jak?”
Kobieta wzruszyła ramionami, odwracając wzrok z powrotem na ekran.
„Po prostu dziwna. Sam zobaczysz.”
Pomocna odpowiedź, pomyślał Erwin, ale nie naciskał. Ruszył korytarzem — długim, wąskim, oświetlonym jarzeniówkami, które brzęczały cicho i migotały co kilka sekund. Podłoga była lepka, buty przywierały przy każdym kroku z cichym mlaskiem. Po obu stronach drzwi — zamknięte, z numerami — cztery, sześć, osiem, dziesięć. Gdzieś z pokoju numer siedem dobiegał kaszel — głęboki, rozdzierający, męski.
Dwanaście.
Erwin zatrzymał się przed drzwiami. Zapukał lekko — trzy razy, kostkami palców — ale nie czekał na odpowiedź. To był przecież protokół. Musiał rozmawiać z nią, zebrać informacje, ustalić tożsamość. Nie była podejrzana. Była ofiarą. Może.
Pchnął drzwi i wszedł.
Pokój był mały, spartański — łóżko szpitalne z białą pościelą, stolik nocny z plastikowym dzbankiem wody, krzesło metalowe przy ścianie, okno z zasłoniętymi żaluzjami, przez które przesączało się blade popołudniowe światło. Ściany kremowe, czyste, ale poczerniałe w rogach od wilgoci. Zapach detergentu był tu jeszcze mocniejszy, przytłaczający.
Ona siedziała na łóżku.
Wyprostowana. Nienaturalnie wyprostowana. Plecy proste jak struna, ramiona opuszczone wzdłuż ciała, dłonie złożone na kolanach. Ubrana w szpitalną koszulę — bladoniebieską, pomarszczoną, o kilka rozmiarów za dużą, zsuwającą się z lewego ramienia. Włosy, teraz suche, opadały jej na ramiona w ciemnych, nieregularnych falach — nie gładkich, nie uczesanych, ale nie splątanych. Po prostu… luźnych. Naturalnych.
Ręce miała złożone na kolanach jak uczennica czekająca na egzamin.
Ale nie patrzyła na niego.
Patrzyła na ścianę — na pustą, kremową ścianę po lewej stronie pokoju, gdzie nie było nic. Żadnego obrazka, żadnego zegara, nic. Tylko farba.
Erwin zamknął drzwi za sobą. Rozległo się ciche kliknięcie zamka.
„Dzień dobry” — powiedział, starając się, żeby głos brzmiał profesjonalnie, ale łagodnie. Nie chciał jej przestraszyć. — „Jestem detektyw Erwin Kowalski. To ja znalazłem panią dziś rano na plaży. Jak się pani czuje?”
Ona nie odpowiedziała od razu.
Powoli — bardzo powoli, jakby każdy ruch wymagał świadomego wysiłku — odwróciła głowę w jego stronę.
I spojrzała na niego.
Erwin poczuł coś dziwnego. Nie strach. Nie niepokój. Coś innego. Jak prąd, który przebiegł przez klatkę piersiową i zatrzymał się gdzieś w okolicach serca.
Te same szare oczy, które widział rano na plaży. Ale teraz, w świetle jarzeniówki, były jeszcze bardziej niepokojące. Za jasne. Za przezroczyste. Jakby nie miały głębi, jakby mogły patrzeć przez niego, a nie na niego. Ale jednocześnie — piękne. Nie w klasyczny sposób, nie jak modelki z magazynów czy aktorki z filmów. Piękne w sposób, który sprawiał, że trudno było oderwać wzrok.
Patrzyła na niego w milczeniu przez długie pięć sekund. Nie mrugała. Nie poruszała się. Tylko patrzyła.
Erwin miał dziwne wrażenie, że ona go studiuje. Nie jak osoba patrzy na osobę — z ciekawością, oceną, sympatią czy niechęcią. Ale jak naukowiec obserwuje nowy gatunek przez szybę laboratorium. Jak ktoś, kto widzi coś po raz pierwszy i próbuje zrozumieć, czym to jest.
Co ona widzi, kiedy patrzy na mnie? — pomyślał mimowolnie. I natychmiast odrzucił tę myśl. Nie był tu po to, żeby filozofować. Był tu, żeby zebrać informacje.
„Czuję się…” — zaczęła, a jej głos był cichy, chropowaty, jakby nie używała go od miesięcy, jakby struny głosowe musiały przypomnieć sobie, jak wydobywać dźwięki. — „…zimno.”
Zimno. Oczywiście. Hipotermia. Spędziła noc w oceanie. Może dłużej.
Erwin usiadł na krześle przy łóżku, sięgając do kieszeni po notes i długopis. Metalowe krzesło było zimne, twarde, nogi lekko nierówne, więc zachybotało się, gdy siadał.
„To normalne po hipotermii” — powiedział, otwierając notes na czystej stronie. — „Lekarze powiedzieli, że pani temperatura wróciła do normy, ale organizm potrzebuje czasu, żeby się ogrzać od środka. To może potrwać kilka godzin, może dzień. Czy…”
Zawahał się. Jak zadać to pytanie, żeby nie zabrzmiało jak przesłuchanie?
„…pamięta pani, co się stało? Jak znalazła się pani w wodzie?”
Ona zamrugała. Raz. Powoli. Długie rzęsy opadły i podniosły się jak skrzydła ptaka.
Dwa razy.
„Nie pamiętam.”
Głos był płaski. Bez emocji. Jak automat.
„Dobrze” — powiedział Erwin, zapisując to w notesie, choć nie było czego zapisywać. — „To też normalne. Traumatyczne zdarzenia czasem blokują pamięć, ale…”
Urwał, bo ona odwróciła głowę. Z powrotem na ścianę. Jakby go wyłączyła. Jakby przestał istnieć.
Erwin poczuł dziwne ukłucie. Nie obrazy. Czegoś innego. Chcę, żeby na mnie patrzyła.
Myśl była tak nagła, tak nieoczekiwana, że aż zamarł z długopisem w połowie słowa. Co to było, do cholery?
Odchrząknął. Zebrał się.
„Czy pamięta pani swoje imię?”
Długa cisza. Erwin liczył sekundy w głowie. Jeden. Dwa. Trzy. Cztery. Pięć.
„Nie.”
„Miejsce zamieszkania?”
„Nie.”
„Rodzinę? Przyjaciół? Cokolwiek?”
„Nie.”
Erwin zapisał to w notesie, ale ołówek drżał mu lekko w palcach. Pisał wolniej niż zwykle, starając się kontrolować rękę. Amnezja. Szok. Utopienie bliskie śmierci. Wszystko się zgadzało z punktu widzenia medycyny.
Ale coś było nie tak.
Coś w sposobie, w jaki ona siedziała — za prosto, za nieruchomo, jakby ciało było dla niej nowe, jakby musiała świadomie kontrolować każdy mięsień, żeby nie opaść, nie zapaść się. Jakby dopiero uczyła się, jak być człowiekiem.
Przestań — skarcił się w myślach. To szok pourazowy. Widziałeś to już wcześniej. Ludzie po wypadkach zachowują się dziwnie.
Ale nigdy nie widział kogoś, kto zachowywał się… tak.
„Czy…” — zaczął ostrożnie, ważąc każde słowo. — „…czy cokolwiek pani czuje? Jakiekolwiek wspomnienie, nawet mgliste? Może obraz? Dźwięk? Zapach?”
Ona przez chwilę milczała. Oddychała miarowo — wdech, wydech, wdech, wydech — ale jej klatka piersiowa unosiła się zbyt lekko, jakby oddychanie było dla niej opcjonalne.
Potem skinęła głową w stronę małej umywalki w rogu pokoju.
„Woda” — powiedziała cicho, a w jej głosie po raz pierwszy pojawiło się coś — napięcie? — „Bałam się wody.”
Erwin zmarszczył brwi, odwracając wzrok na umywalkę. Biała, porcelanowa, z pojedynczym kranem nad nią, z którego kapała woda — plum, plum, plum — w miarowym rytmie.
„Z kranu?”
„Tak.” Ona nie patrzyła na niego, tylko na umywalkę, jakby ta była zagrożeniem. — „Kiedy pielęgniarka chciała mi dać szklankę… Bałam się.”
To było dziwne. Dziwne, ale zrozumiałe — może coś w traumie, w tonięciu sprawiło, że woda stała się wyzwalaczem. PTSD działał w dziwny sposób.
„Ale…” — Erwin zawahał się. — „…ocean…”
„To co innego” — przerwała mu i tym razem w jej głosie pojawiła się emocja. Nie strach. Nie radość. Coś pomiędzy. Tęsknota? Smutek? — „Ocean to nie woda. Ocean to…”
Urwała, patrząc na swoje dłonie. Obracała je powoli, jakby widziała je po raz pierwszy. Paznokcie krótkie, czyste. Palce smukłe, długie. Skóra blada, ale bez zadrapań, bez blizn.
„…granica.”
Słowo zawisło w powietrzu.
Erwin poczuł, jak dreszcz przechodzi mu po karku.
„Granica czego?”
Ona podniosła wzrok — i znowu patrzyła na niego, tym razem dłużej, intensywniej, jakby próbowała przekazać coś, czego nie potrafiła wyrazić słowami.
Piękna — pomyślał nagle Erwin i zaraz zgromił się za tę myśl. To ofiara. Kobieta w szoku. Skoncentruj się.
Ale nie mógł przestać patrzeć.
„Nie wiem” — wyszeptała, a jej głos załamał się lekko na końcu. — „Ale słyszę go. Przez ścianę. Przez okno. Szumi. Woła.”
Erwin odwrócił się mimowolnie w stronę okna. Żaluzje były szczelnie zamknięte, poziome plastikowe listwy zasłaniały widok. Szpital był dwa kilometry od brzegu, po drugiej stronie wzgórza. Dwa kilometry i wzgórze pomiędzy. Niemożliwe było usłyszenie oceanu stąd.
„Nie może pani słyszeć oceanu stąd” — powiedział, starając się, żeby zabrzmiało to łagodnie, bez osądu. — „To za daleko.”
Ona nie odpowiedziała. Tylko patrzyła na niego tym dziwnym, bezdennym spojrzeniem. Szare oczy, nieruchome, ale jakby widzące więcej niż powinny.
Chcę jej pomóc — pomyślał Erwin, i to było prawdą. Ale to było coś więcej. Chcę zostać. Chcę siedzieć tu i patrzeć na nią. Chcę usłyszeć, co jeszcze powie.
To było nieprofesjonalne. Nieodpowiednie. Niebezpieczne.
Ale prawdziwe.
A potem, całkiem nieoczekiwanie, ona powiedziała:
„Ocean pamięta wszystkie dusze.”
Erwin zamarł. Długopis w połowie słowa, ręka zawieszona nad notesem.
„Słucham?”
Ona zamrugała — szybko, kilka razy pod rząd, jakby obudziła się z transu, jakby sama nie wiedziała, że mówiła.
„Nie wiem” — wyszeptała, a w jej oczach po raz pierwszy pojawił się strach. Prawdziwy, ludzki, zrozumiały strach. — „Nie wiem, dlaczego to powiedziałam. Skąd… skąd to wiem?”
I to był moment. Moment, w którym Erwin poczuł coś w klatce piersiowej — ciepło, ściskanie, coś, co nie miało nic wspólnego z protokołem, z pracą, z obowiązkiem. Chciał ją objąć. Chciał powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, choć nie miał pojęcia, czy to prawda.
Odłożył notes na stolik nocny. Wstał. Podszedł bliżej — nie za blisko, nie chciał jej przestraszyć, ale na tyle, żeby widziała, że jest tu dla niej.
Jej dłonie zacisnęły się na prześcieradle — białe knykcie, drżące palce.
„Wszystko w porządku” — powiedział cicho, a jego głos brzmiał inaczej niż zwykle. Milej. Cieplej. — „To normalne. Pamięć wraca kawałkami, w dziwnych momentach. Coś usłyszała pani kiedyś, czytała… Może wiersz? Legenda lokalna? Coś, co utkwiło w pamięci, a teraz wraca.”
Ona kiwnęła głową, ale niepewnie. Łzy napłynęły jej do oczu — szare oczy zaczęły błyszczeć, wilgoć zbierała się na dolnych powiekach. Nie płakała. Jeszcze nie. Ale było blisko.
„Nie pamiętam, kim jestem” — wyszeptała, a jej głos był tak kruchy, tak złamany, że Erwin poczuł ból w gardle. — „Ale pamiętam… wodę. Ciemność. Zimno. I to, że ktoś… ktoś mnie wypuścił. Albo wyrzucił. Nie wiem.”
Zamknęła oczy, jakby nasłuchiwała czegoś we własnej głowie.
— Czasem — powiedziała po chwili — mam wrażenie, jakby było tam wcześniej… inne życie.
Erwin nachylił się nieznacznie.
— Jakie?
Zmarszczyła brwi, szukając słów.
— Widzę… stół. Drewniany, twardy, taki, po którym zostaje ślad na przedramieniu, jak za długo się opierać. I książki. Dużo książek. — Na moment się uśmiechnęła nieobecnie. — Pachną kurzem i czymś jeszcze… mokrymi płaszczami. Jakby ludzie wchodzili z deszczu i zostawiali je na kaloryferach.
Otworzyła oczy, spojrzała na niego z niepewnością.
— To może być cokolwiek, prawda? Biblioteka. Czytelnia. Sala na uczelni. Nie wiem. — Pokręciła lekko głową. — Pamiętam zapach i ciężar tych książek w rękach. Ale nie pamiętam, co czytałam. Ani kim tam byłam.
Kto mógł to zrobić? — pomyślał Erwin. Kto zostawia kobietę w oceanie?
Ale na głos powiedział coś innego. Usiadł na krawędzi łóżka — co było wyraźnie przeciwko regulaminowi, ale w tej chwili regulamin się nie liczył.
„Znajdziemy pani rodzinę” — powiedział, a jego głos był pewny, choć nie czuł tej pewności. — „Sprawdzimy bazy danych zaginionych, szpitale w całym kraju, media społecznościowe, wszystko. Ktoś pani szuka. Musi. Gdzieś pani należy. Ktoś czeka.”
— Gdyby ktoś czekał… — zaczęła cicho, wpatrując się w swoje splecione dłonie. — Chyba bym to czuła, prawda?
— Co masz na myśli?
Westchnęła, wzrok uciekł jej gdzieś w bok, ku pustej ścianie.
— W tamtym miejscu… tam, gdzie jest ciemno i zimno… — urwała, szukając porównania. — Jest bardzo dużo pustki. Jakby ktoś wymazał wszystko, co było przede mną. Twarze, głosy, imiona. Ale czasem, na moment, czuję coś jak… — zawahała się — jak ciepło na ramieniu. Jakby ktoś stał obok, bliżej niż powinien, i mówił: „Jeszcze trochę. Jeszcze wytrzymaj”.
Uśmiechnęła się krzywo, bez wesołości.
— Nie wiem, czy to ktoś z tamtego życia, czy tylko mój mózg, który nie znosi pustki. Ale jeśli gdzieś jest rodzina… to na razie pamiętam tylko to uczucie. Nie ich.
Ona spojrzała na niego — i w jej szarych oczach było coś tak smutnego, tak bezbrzeżnie samotnego, tak zrezygnowanego, że Erwin poczuł ściskanie w gardle, które uniemożliwiło mu mówienie przez długą sekundę.
„Nie sądzę” — wyszeptała, a jedna łza spłynęła po policzku, wolno, ciężko, zostawiając mokry ślad na bladej skórze. — „Nie sądzę, żebym gdziekolwiek należała.”
I wtedy Erwin zrozumiał coś, czego nie potrafił nazwać, nie potrafił wyjaśnić, ale czuł to w każdej komórce ciała.
Chcę, żeby należała do mnie.
Podrozdział 3: Miłość na ruinach pamięci
Pierwsza wizyta była obowiązkiem. Protokół. Ofiara bez tożsamości wymagała regularnych kontroli, zbierania informacji, monitorowania stanu pamięci.
Druga była ciekawością. Chciał wiedzieć, czy coś się zmieniło. Czy przypomniała sobie coś. Czy ktoś się zgłosił.
Trzecia…
Erwin przestał sobie kłamać przy trzeciej.
Wracał do szpitala każdego dnia przez następne dwa tygodnie. Przychodzi po zmianie, czasem w środku dnia, kiedy miał przerwę. Oficjalnie — żeby zebrać ewentualne nowe wspomnienia, które mogły się pojawić. Zapisywał wszystko w notatniku, starannie, metodycznie, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie dla śledztwa, które i tak nie prowadziło donikąd.
Nieoficjalnie — bo kiedy wychodził z jej pokoju, czuł się pusty. Jakby zostawiał za sobą coś ważnego. Jakby połowa niego zostawała tam, w tym małym szpitalnym pokoju, siedząc na brzegu łóżka obok kobiety, której imienia nawet nie znał.
To było idiotyczne. Nieprofesjonalne. Niebezpieczne.
Ale nie mógł przestać.
Policja nic nie znalazła. Martinez sprawdzał codziennie — żadnych zgłoszeń zaginionych pasujących do jej opisu w promieniu trzystu kilometrów. Potem pięćset. Potem tysiąc. Rozszerzyli poszukiwania na całe wybrzeże, potem na cały kraj. Żadnych odcisków palców w bazach danych. Żadnej karty kredytowej. Żadnego telefonu. Żadnych transakcji bankowych. Żadnych rekordów medycznych. Niczego.
Jakby spadła z nieba.
Albo wypłynęła z oceanu bez przeszłości.
„To niemożliwe” — powiedział Martinez siódmego dnia, pijąc kawę w biurze, patrząc na pusty ekran komputera. — „Każdy zostawia ślad. Każdy. Nawet bezdomni mają kartoteki w schroniskach, nawet nielegalni imigranci pojawiają się gdzieś w systemie. Ale ona? Nic. Jakby nigdy nie istniała.”
Erwin nie odpowiedział. Siedział przy swoim biurku, wpatrując się w notes, w którym zapisał jedyne, co wiedział o niej:
Kobieta, ok. 28—32 lata. Włosy ciemne, oczy szare. Bez znakowych cech szczególnych. Brak blizn, tatuaży. Amnezja całkowita. Mówi po polsku bez akcentu. Wspomina ocean, wodę, ciemność.
Czasem łapał się na tym, że w starych aktach szuka nie tylko śladów sprawy, ale też echo historii, które ojciec przynosił do domu z komisariatu, zanim zabiło go własne serce. „Ocean pamięta wszystkie dusze.”
To ostatnie zdanie podkreślił trzy razy.
Psycholog szpitalny — starszy pan o łagodnym głosie i okularach w drucianych oprawkach — zasugerował przy spotkaniu tygodniowym:
„Powinna dostać imię. Tymczasowe, oczywiście, póki prawdziwa tożsamość nie wróci. Ale potrzebuje czegoś, co da jej poczucie siebie. Ludzie bez imion czują się… niekompletni.”
Erwin kiwnął głową, notując to w pamięci.
Przy kolejnej wizycie — dziewiątego dnia — przyniósł jej kawę. Szpitalna kawa była okropna, więc kupił w kawiarni po drodze. Latte z mlekiem owsianym, bo nie wiedział, czy ma alergię na laktozę, więc wolał być ostrożny.
Ona siedziała przy oknie — żaluzje były teraz otwarte, blade popołudniowe światło wpadało do pokoju. Patrzyła na miasto rozciągające się poniżej, ale jej wzrok był gdzieś dalej. Zawsze dalej.
„Dzień dobry” — powiedział, zamykając drzwi za sobą.
Odwróciła się. I uśmiechnęła. Nie szeroko, nie pewnie, ale uśmiechnęła.
„Przyszedłeś” — powiedziała cicho, jakby to było cudem.
„Obiecałem” — odpowiedział, siadając na krześle, podając jej kawę. — „Pomyślałem, że szpitalna kawa to tortura, więc…”
Wzięła kubek, owinęła dłonie wokół ciepłego kartonu, wdychając aromat.
„Dziękuję.”
Siedzieli w ciszy przez chwilę. Nie była to niezręczna cisza. Była… spokojna.
„Psycholog uważa, że powinnaś dostać imię” — powiedział w końcu Erwin. — „Tymczasowe. Żeby było łatwiej. Żebyś… miała jak o sobie myśleć.”
Ona spojrzała na niego.
„Jak ludzie sobie myślą o sobie?” — spytała, zupełnie serio. — „Ja myślę… ja. Po prostu ja. Czy to wymaga imienia?”
To było dziwne pytanie. Ale też… nie całkiem bez sensu.
„Chyba tak” — odpowiedział Erwin. — „Imię to… kotwica. Coś, co sprawia, że wiesz, kim jesteś. Dla innych, ale też dla siebie.”
Ona zastanowiła się, patrząc na kawę.
„A jakie imię by pasowało… do kogoś, kto nie wie, kim jest?”
Erwin uśmiechnął się lekko, prawie żartem.
„Marina?”
Powtórzyła to słowo powoli, jakby sprawdzała, jak brzmi w jej ustach.
„Marina…”
„Bo ocean” — wyjaśnił szybko, nagle niepewny, czy to nie było głupie. — „Bo… cię znalazłem przy wodzie. I jakoś… pasuje.”
Ona podniosła wzrok. I wtedy się uśmiechnęła. Po raz pierwszy — naprawdę się uśmiechnęła.
To był drobny, niepewny uśmiech, ale zmienił jej całą twarz. Szarość zniknęła. Oczy nabrały blasku. Na moment nie była zagubioną kobietą w szpitalnej koszuli. Była po prostu młodą kobietą — może trzydziestolatką, może młodszą — z delikatną linią żuchwy, pełnymi ustami i tym zagubionym spojrzeniem, które powoli, bardzo powoli, zaczynało ustępować miejsca czemuś ciepłemu.
„Marina” — powtórzyła, tym razem z większą pewnością. — „Lubię to.”
— To jak się w końcu nazywasz? — zapytała po chwili, obracając w palcach jego służbową legitymację. — Tu jest „Hartley”, a wszyscy wołają „Kowalski”.
Erwin parsknął cicho.
— Oficjalnie? Hartley. Tak mnie ochrzcił urzędnik od imigracji, jak przepisywał papiery po ojczymie. Uznał, że tak będzie Amerykanom łatwiej.
— A nieoficjalnie?
— Nieoficjalnie jestem Kowalski. Tak brzmiało nazwisko mojego ojca. Tym nazwiskiem woła na mnie morze, kiedy wracam nad Bałtyk.
Uśmiechnęła się lekko.
— To ja też będę wołać na ciebie jak morze.
I Erwin poczuł coś w klatce piersiowej — ciepło, które rozlało się jak fala, wypełniając każdą przestrzeń.
Chcę, żeby zawsze się tak uśmiechała.
Wypuścili ją po trzech tygodniach.
Nie było powodu, żeby trzymać ją dłużej — fizycznie zdrowa, wyniki badań w normie, psychicznie stabilna jak na kogoś, kto stracił całą pamięć. Tylko amnezja. I to się mogło nie zmienić. Mogła tak zostać — bez przeszłości, bez rodziny, bez tożsamości.
Opieka społeczna znalazła jej miejsce w ośrodku dla osób w kryzysie — mały pokój na trzecim piętrze starego budynku, z widokiem na miasto i — daleko, ledwo widoczny między dachami — kawałek oceanu.
Erwin pomógł jej się wprowadzić. Zabrał ją ze szpitala swoim samochodem, wiózł przez miasto, pokazywał okolice. Ona patrzyła przez okno jak dziecko — szeroko otwartymi oczami, fascynacją na twarzy, jakby widziała wszystko po raz pierwszy.
A może rzeczywiście widziała.
„Lubisz kanapki?” — spytał pierwszego dnia, kiedy już była w pokoju, kiedy ośrodek dał jej zestaw podstawowych rzeczy — pościel, ręczniki, mydło.
„Nie wiem” — odpowiedziała szczerze. — „Nie pamiętam.”
„To odkryjemy.”
Przynosił jej jedzenie przez następne tygodnie. Kanapki, owoce, czasem gorącą zupę w termosie. Obserwował, co je chętniej, co zostawia. Dowiedział się, że lubi jabłka, nie lubi pomidorów, uwielbia chleb pełnoziarnisty.
Potem zaczął przynosić książki.
Nie wiedział, dlaczego — intuicyjnie czuł, że lubi czytać. Może sposób, w jaki patrzyła na napisy na murach, na plakaty, na gazety w sklepie. Może coś w jej oczach, które wydawały się zawsze szukać słów.
Przyniósł tomik poezji — Wisława Szymborska, bo to było bezpieczne, piękne, uniwersalne. Zostawił bez słowa na stoliku.
Następnego dnia, kiedy przyszedł, książka była otwarta. Marina siedziała przy oknie, czytając, i kiedy usłyszała drzwi, spojrzała na niego z takim zachwytem, że Erwin poczuł się, jakby dał jej coś bezcennego.
„To piękne” — wyszeptała, wskazując na wiersz. — „To… to jest jak pamiętanie czegoś, czego się nigdy nie zapomniało. Rozumiesz?”
— Może kiedyś już to czytałam — dodała po chwili. — Albo coś podobnego. Coś o morzu, o granicy, o czekaniu.
Spojrzała na niego z lekkim przestrachem.
— To jest najgorsze. Nie wiem, czy to naprawdę wspomnienie, czy tylko echo.
Nie rozumiał. Ale kiwnął głową, bo chciał, żeby mówiła dalej. Rozmawiali godzinami.
O niczym i wszystkim. O pogodzie — jak dziwnie jest wiedzieć, że jest zimno, ale nie pamiętać, jak to jest marznąć. O ludziach na ulicy — jak się poruszają, dokąd idą, co myślą. O jedzeniu, o książkach, o kolorach.
„Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się” — spytała któregoś wieczoru, siedząc naprzeciwko niego z kubkiem herbaty — „dlaczego ludzie tak się boją ciszy?”
Erwin zamrugał, zaskoczony pytaniem.
„Nie rozumiem.”
„Ludzie” — powiedziała powoli, jakby szukała słów. — „Wciąż muszą coś mówić. Włączać radio. Telewizor. Muzyka w sklepach, w kawiarniach, wszędzie. Jakby cisza była… zagrożeniem.”
Erwin zastanowił się. Nigdy o tym nie myślał.
„Może… ludzie nie lubią zostawać sami ze swoimi myślami?” — zaproponował.
Marina kiwnęła głową powoli, patrząc w dal.
„Ocean jest cichy” — powiedziała cicho, prawie do siebie. — „Ale pełny życia. Cisza nie musi być pusta.”
Erwin patrzył na nią, na delikatny profil jej twarzy w świetle lampy, na długie rzęsy rzucające cień na policzki.
Jak ona widzi świat? — pomyślał. Jakie to musi być — patrzeć na wszystko bez pamięci, bez kontekstu, bez… historii?
„Marina” — powiedział cicho.
Odwróciła się, spojrzała na niego.
„Cieszę się, że cię znalazłem.”
Ona uśmiechnęła się — smutno, ale szczerze.
„Ja też.”
Pierwszy raz wyszli razem nad ocean trzy miesiące po jej odnalezieniu.
Erwin bał się tej chwili. Co, jeśli widok wody wywoła traumę? Co, jeśli przypomni sobie tonięcie? Co, jeśli zacznie krzyczeć, płakać, dostanie ataku paniki?
Ale kiedy zeszli na plażę — tę samą plażę, gdzie ją znalazł — ona zatrzymała się, zdjęła buty i stała boso na piasku, z wiatrem we włosach, z zamkniętymi oczami, wdychając zapach soli.
I wyglądała jak ktoś, kto wrócił do domu.
„To piękne” — wyszeptała, otwierając oczy, patrząc na fale. — „Zapomniałam, jak piękne.”
Erwin zamarł.
„Zapomniałaś? Pamiętasz ocean?”
Ona zamrugała, jakby obudziła się z transu.
„Nie.… nie wiem. To znaczy… czuję, jakbym pamiętała. Ale może po prostu… wiem. Jakby ocean był… zawsze.”
I zaczęła chodzić wzdłuż brzegu, powoli, bosymi stopami zostawiając ślady w mokrym piasku. Pochylała się co chwilę, zbierając coś.
Erwin poszedł za nią. Zobaczył, co zbiera.
Kamienie.
Małe, szare, gładkie od wody. Ale nie byle jakie — każdy miał naturalną dziurę pośrodku, wydrążoną przez wieki erozji.
„Co to?” — spytał, przysiadając obok niej na piasku.
Marina trzymała jeden z kamieni na wysokości oka, patrząc przez dziurę na ocean. Światło przechodziło przez otwór, oświetlając jej twarz od środka.
„Hag Stones” — powiedziała, nie odrywając wzroku. — „Tak się je nazywa.”
„Skąd wiesz?”
Ona opuściła kamień, spojrzała na niego z zaskoczeniem — jak ktoś, kto złapał się na czymś, czego nie powinien wiedzieć.
„Nie wiem” — wyszeptała, patrząc na kamień w dłoni. — „Po prostu… wiem. Jakby ktoś mi to powiedział. Ale nie pamiętam kto. Ani kiedy.”
Erwin wziął kamień od niej, obejrzał. Był zimny, gładki, przyjemny w dotyku. Podniósł do oka, spojrzał przez dziurę.
Zobaczył ocean. Fale. Niebo. Nic szczególnego.
„I co z nimi?” — spytał.
Marina zaczęła układać kamienie w mały krąg na piasku między nimi — powoli, starannie, jakby to miało znaczenie. Dwanaście kamieni. Równo rozmieszczonych.
„To okna” — powiedziała cicho, skupiona na swoim zadaniu. — „Przez nie można zobaczyć prawdę. To, co ukryte.”
Erwin patrzył, jak jej palce delikatnie poprawiają położenie każdego kamienia. Działała jak ktoś wykonujący rytuał — pewnie, automatycznie.
„Jaką prawdę?”
Ona uniosła wzrok. Jej oczy były dziwnie smutne, ale też… tęskne.
„Granice” — powiedziała. — „Między tym, co jest, a tym, co było. Między światami. Między… życiem a czymś innym.”
Erwin poczuł dreszcz. Powinien być zaniepokojony. Powinien zapytać, czy brała leki. Powinien zadzwonić do psychologa.
Ale zamiast tego sięgnął i wziął jej rękę.
Była zimna. Zawsze była zimna — jakby temperatura jej ciała była stale o kilka stopni niższa niż powinna.
Ale kiedy splotła palce z jego, kiedy jej dłoń zacisnęła się na jego dłoni, poczuł coś ciepłego w środku klatki piersiowej. Coś, czego nie czuł od lat. Od śmierci ojca. Od dnia, kiedy przestał wierzyć, że świat może być dobry.
„Nie zostawisz mnie, prawda?” — spytała cicho, wciąż patrząc na krąg kamieni.
„Nigdy” — odpowiedział, i w tym momencie wiedział, że to prawda.
Pierwszą noc spędził u niej cztery miesiące później.
Nie planował tego. Po prostu został dłużej — rozmawiali do późna, pili herbatę, siedzieli przy oknie, patrząc na miasto. A kiedy zorientował się, że jest druga w nocy, Marina powiedziała:
„Możesz zostać. Mam dodatkowy koc.”
Nie było w tym niczego dwuznacznego. Nie tego wieczoru. Po prostu… zostanie. Żeby nie jechać zmęczony. Żeby być blisko.
Spał na krześle, przykryty kocem, który pachniał jej perfumami — czymś delikatnym, kwiatowym, ale z nutką soli.
Obudził się w środku nocy, bo usłyszał szept.
Marina stała przy oknie — w ciemności, boso, w długiej koszuli nocnej. Mówiła coś cicho, zbyt cicho, żeby zrozumieć słowa. Ale ton był… smutny. Tęskny.
Wstał, podszedł.
„Marina?”
Odwróciła się, spojrzała na niego. W świetle księżyca jej oczy wydawały się srebrne.
„Przepraszam” — wyszeptała. — „Obudziłam cię.”
„Co się stało?”
Patrzyła na niego długo, jakby decydując, czy powiedzieć prawdę.
„Śniłam” — powiedziała w końcu. — „O wodzie. O tym, że… tonę. Ale to nie było straszne. To było… jak wracanie do domu.”
Erwin poczuł ściskanie w gardle.
„To tylko sen.”
„Wiem.”
Stali w ciemności, patrząc na siebie.
A potem Marina podeszła i oparła głowę o jego ramię. Nie mówiła nic. Po prostu stała, oddychając spokojnie, ciepło jej ciała (zimne, ale obecne) przesiąkające przez koszulę.
Erwin objął ją. Delikatnie. Jakby była ze szkła.
„Jestem tu” — powiedział cicho. — „Nie jesteś sama.”
„Wiem” — wyszeptała. — „Dlatego… dlatego chcę zostać.”
I w tym momencie Erwin wiedział, że bez względu na to, kim była, skąd przyszła, co się stało — nigdy jej nie zostawi.
Pobrali się rok później.
Mały, skromny ślub w urzędzie stanu cywilnego. Marina w prostej białej sukience, Erwin w garniturze, który pożyczył od Martineza. Świadkami byli Martinez — uśmiechnięty, wzruszony, ściskający Erwina w ramiona po ceremonii — i pielęgniarka ze szpitala, ta sama, która zaopiekowała się Mariną pierwszej nocy.
W dokumentach jako jej nazwisko panieńskie wpisali „Nieznane”.
Urzędniczka uniosła wzrok, zmarszczyła brwi.
„To… nieregulaminowe.”
„To wszystko, co mamy” — powiedział Erwin spokojnie.
Kobieta westchnęła, ale wpisała.
Policja nigdy nie znalazła jej prawdziwej tożsamości. Po roku zamknęli sprawę. Marina stała się oficjalnie Mariną Kowalską — kobietą bez przeszłości, ale z przyszłością.
Przeprowadzili się razem do małego mieszkania przy wybrzeżu. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka. Okno w sypialni wychodziło na ocean.
Na parapecie Marina układała Hag Stones. W małe kręgi. Dwanaście kamieni każdy.
„Dlaczego?” — spytał któregoś wieczoru, patrząc, jak ostrożnie poprawia ich ułożenie.
Ona spojrzała na niego, uśmiechnęła się smutno.
„Żeby pamiętać.”
„Co pamiętać?”
Zawahała się.
„Że są granice” — powiedziała cicho. — „I że czasem… czasem lepiej ich nie przekraczać.”
Czasem wieczorami Erwin widział, jak Marina stoi przy oknie, trzymając jeden z kamieni przy oku, patrząc przez dziurę na ocean. Jej twarz była wtedy inna — starsza, smutniejsza, jakby widziała coś, czego on nie mógł zobaczyć.
Ale nigdy nie pytał, co widzi.
Może powinien był.
Może powinien był zapytać, zanim było za późno.
Ale wtedy — wtedy był szczęśliwy.
I myślał, że to wystarczy.
Podrozdział 4: Zniknięcie
Sztorm przyszedł bez ostrzeżenia.
Nie było sygnałów — żadnych ciemnych chmur gromadzących się nad horyzontem o zachodzie słońca, żadnego narastającego wiatru przez wieczór, żadnego spadku ciśnienia, który sprawia, że zwierzęta stają się niespokojne i chowają się. Po prostu poszli spać o jedenastej przy spokojnym niebie i lekkim wietrze od lądu.
A o trzeciej nad ranem Erwin obudził się, bo wiatr wyje za oknem.
Nie wiał. Wyje. Jak ranne zwierzę. Jak tysiące głosów krzyczących jednocześnie. Wysoki, przenikliwy dźwięk, który wchodził przez szpary w oknach, przez fugi w drzwiach, przez każdą niedoskonałość w murze. Okna drgały w ramach — drżały jak żywe, trzeszczały, jakby miały pęknąć w każdej chwili.
Erwin sięgnął odruchowo w bok łóżka, oczy wciąż zamknięte, umysł zamglony snem.
Puste.
Prześcieradło zimne. Nie chłodne, jak byłoby, gdyby wstała przed chwilą. Zimne. Jakby było puste od godziny. Może dłużej.
Otworzył oczy. Ciemność. Absolutna ciemność — chmury zasłoniły księżyc, latarnie uliczne pulsowały migocząc, prąd niestabilny przez sztorm.
„Marina?”
Głos utonął w wyciu wiatru. Nikt nie odpowiedział.
Erwin usiadł, sięgnął na szafkę nocną, szukając telefonu. Palce trafiły na zimną powierzchnię ekranu — dotknął, ekran się rozświecił, oślepiając przez sekundę. Trzecia dwanaście. Za oknem tylko czerń i wiatr, i gdzieś daleko — szum.
Nie.
Nie szum.
Ryk.
Ryk oceanu.
Erwin zamarł, nasłuchując. Dwa kilometry dzieliły ich mieszkanie od brzegu. Dwa kilometry i wzgórze. Nigdy, przenigdy nie słyszeli oceanu z mieszkania, nawet przy otwartych oknach w najcichsze noce.
Ale teraz słyszał.
Głęboki, pulsujący, żywy dźwięk — jakby ocean nie był wodą, ale czymś, co oddychało, co śpiewało, co wołało.
„Marina?” — powtórzył, głośniej, wstając.
Nogi znalazły kapcie automatycznie. Sięgnął po włącznik lampki nocnej — kliknięcie, światło rozbłysło, żółte i niepewne. Pokój był pusty. Łóżko zmięte tylko z jego strony. Jej strona gładka, prześcieradło naciągnięte, jakby nigdy tam nie leżała.
Przeszedł do łazienki. Światło zgaszone. Drzwi otwarte. Wewnątrz ciemno i pusto. Umywalka sucha. Szczoteczka do zębów na miejscu.
Kuchnia. Pusta. Salon. Pusty. Fotel, w którym siadywała z książką — pusty. Okno zamknięte. Ale żaluzje…
Żaluzje były podniesione.
Marina nigdy nie zostawiała żaluzji podniesionych na noc. Mówiła, że nie lubi patrzeć w ciemność, że coś w niej patrzy z powrotem.
Erwin podszedł do okna. Spojrzał w dół.
Ulica pusta. Drzewa szarpane wiatrem jak marionetki. Liście, gałęzie, śmieci wirujące w powietrzu. A daleko, między budynkami, przez szczelinę między dachami — kawałek oceanu.
Czarny. Niespokojny. Pulsujący jak serce.
Odwrócił się gwałtownie, przeszedł do przedpokoju. Płaszcze wisiały na wieszaku przy drzwiach — jego skórzany, jej brązowy jesienny, jego drugi zimowy…
Jej granatowy wełniany zniknął.
Ten, który kupili miesiąc temu. Ten, który tak lubiła. Ten, który nosiła, kiedy szła nad ocean.
„Kurwa” — wyszeptał Erwin.
Nie myślał. Nie analizował. Nie zastanawiał się, czy to ma sens, czy może po prostu wyszła do sklepu, do apteki, na spacer.
O trzeciej w nocy, w sztorm, nad ocean.
Wiedział.
Włożył buty — nie zawiązując, nie dbając, że jeden sznur wlókł się po podłodze. Chwycił klucze z półki. Kurtkę z krzesła. Wypadł za drzwi, trzasnął nimi, nie zamykając na klucz, pobiegł po schodach, bo czekanie na windę było niemożliwe, każda sekunda była za długa.
Klatka schodowa oświetlona awaryjnym światłem — jarzeniówki migotały przy każdym uderzeniu wiatru. Erwin zbiegał po trzy stopnie naraz, ręka na poręczy, serce waliło, oddech płytki.
Winda minęła go na drugim piętrze, sunie w dół pusta, drzwi zamknięte, światło wewnątrz migocze jak umierająca gwiazda.
Parter. Hol. Drzwi zewnętrzne.
Pchnął je.
Wiatr uderzył go jak ściana. Zimny, wilgotny, brutalny. Zabrał dech, szarpnął kurtką, wdarł się pod ubranie. Erwin zachwiał się, złapał framugi drzwi, wyprostował.
Deszcz nie padał jeszcze. Ale powietrze było ciężkie od wilgoci, od nadchodzącej wody. Niebo czarne, bez jednej gwiazdy. Tylko chmury, wirujące, niskie, jakby ocean podniósł się z dna i zawisł nad miastem.
Samochód. Musi dotrzeć do samochodu.
Zaparkował cztery ulice dalej, bo miejsce przed blokiem było zajęte. Teraz te cztery ulice wydawały się kilometrami.
Biegł.
Droga do starego mola zajmuje osiem minut samochodem. W normalnych warunkach.
Tej nocy Erwin jechał za szybko — sześćdziesiąt, siedemdziesiąt, osiemdziesiąt przez wąskie uliczki miasta, gdzie ograniczenie to pięćdziesiąt. Reflektory ślizgały się po mokrym asfalcie, wyłuskując z ciemności fragmenty rzeczywistości — słup, drzewo, pusta ulica, znak drogowy przechylony przez wiatr.
Deszcz zaczął padać, kiedy był w połowie drogi.
Niestopniowo. Niedelikatne krople nasilające się do ulewy. Od razu potop. Jakby niebo pękło. Woda spadała tak gęsto, że świat za szybą zmienił się w rozmazaną szarość. Wycieraczki pracowały na maksymalnych obrotach, metalowe ramiona przemiatały szybę raz-dwa-raz-dwa, ale ledwo nadążały. Woda zalewała przednią szybę szybciej niż mogły zgarniać.
Erwin zaciskał dłonie na kierownicy, pochylał się do przodu, jakby te kilka centymetrów bliżej szyby miało pomóc coś zobaczyć.
Radio trzeszczało. Włączył je nieświadomie, odruchowo, może żeby zagłuszyć ten ryk wiatru, ten łomot deszczu o karoserię.
„…ostrzeżenie meteorologiczne dla strefy nadbrzeżnej… ekstremalne warunki na wybrzeżu… prędkość wiatru do stu dwudziestu kilometrów na godzinę… fale wysokości sześciu metrów… ograniczona widoczność… zalecamy pozostanie w domach…”
Erwin wyłączył radio.
Cisza w samochodzie — jeśli można nazwać ciszą dźwięk silnika, wycieraczek, deszczu, wiatru szarpiącego karoserią. Ale przynajmniej nie było tego głosu, tego spokojnego, racjonalnego głosu mówiącego mu, że to szaleństwo, że powinien zawrócić, że nikt przy zdrowych zmysłach nie jedzie na plażę w taką noc.
Ale ona tam była.
Wiedział to. Nielogicznie. Nieracjonalnie. Ale wiedział.
Parkował chaotycznie przy barierze ochronnej — metalowej barierce, która oddzielała parking od klifu. Samochód stanął pod kątem, przednie koło najeżdżając na krawężnik, silnik zgasł z cichym stęknięciem.
Erwin siedział przez sekundę, ręce wciąż na kierownicy, oddychając ciężko.
Cisza.
Niedosłownie. Deszcz wciąż bębnił o dach. Wiatr szarpał samochodem. Ale… coś się zmieniło.
Jakby przez ostatnie osiem minut był w środku orkiestry, a teraz nagle wszyscy muzycy umilkli, trzymając instrumenty w bezruchu, czekając na znak dyrygenta.
Wyłączył światła. Ciemność pochłonęła wszystko.
Wysiadł.
Zimno uderzyło natychmiast — nie tylko od wiatru, ale od deszczu, który w sekundę przesiąknął kurtkę, koszulę, przylgnął do skóry. Włosy zmokły, woda spływała po twarzy, wchodziła do oczu, ust. Słona. Dziwnie słona, jakby deszcz był zmieszany z oceanem.
Zatrzasnął drzwi. Dźwięk odbił się echem — krótkim, tępym, zaraz pochłoniętym przez wiatr.
I wtedy wiatr… słabł.
Niestopniowo. Nagle. Jakby ktoś przekręcił pokrętło. Z wycia do syczenia. Z syczenia do szeptu. Z szeptu do…
Nic.
Erwin zamarł. Stał przy samochodzie, ręka wciąż na klamce drzwi, patrząc w ciemność.
Deszcz przestał.
Nie cichnął. Przestał. Jak odcięty. Ostatnie krople spadły na ziemię, a potem… nic.
„Co do kurwy…” — wyszeptał.
Ruszył w stronę schodów prowadzących na plażę — drewnianych, zniszczonych, śliskich od wilgoci. Ręka na poręczy, stopy ostrożnie stawiające na deskach, które mogły pęknąć w każdej chwili.
I z każdym krokiem w dół czuł to coraz silniej.
Granica.
Przekraczał granicę między dwoma światami.
Nad nim — sztorm, wiatr, deszcz, chaos. Przed nim, w dole, na plaży…
Spokój.
Zszedł na piasek.
I wtedy wszystko się zmieniło.
Wiatr ustał całkowicie. Ani jeden powiew. Powietrze nieruchome jak szkło.
Deszcz zniknął. Niebo wciąż czarne, ale bez kropli. Jakby chmury przestały istnieć albo przestały płakać.
A ocean…
Ocean był całkowicie gładki.
Erwin stał na krawędzi plaży, patrząc, czując, jak świat wywraca mu się do góry nogami.
Nie było fal. Żadnych. Nawet małych, zmarszczek na powierzchni. Ocean wyglądał jak wielkie czarne lustro, ciągnące się do horyzontu, odbijając nicość.
„To niemożliwe” — wyszeptał, ale głos zabrzmiał głucho, jakby powietrze było gęste, jakby dźwięk miał trudności z przemieszczaniem się.
Nad wodą unosiła się mgła.
Nienaturalna mgła — nie ta, którą widuje się rano nad rzekami albo w jesienne wieczory nad jeziorami. Ta była gęsta, biała, świecąca jakby od środka. Poruszała się leniwie, kołysała się w miejscu, kłębiła, ale nie rozpraszała. Wisiała nad oceanem jak żywy organizm.
Erwin ruszył naprzód. Piasek pod stopami był dziwny — wilgotny, ale nie mokry. Jakby deszcz, który lał nad miastem, nie dotarł tutaj. Jakby to miejsce było chronione. Albo przeklęte.
Jego oddech był zbyt głośny w tej ciszy. Każdy krok zbyt głośny. Ale nic innego nie było słychać. Żadnych mew. Żadnych fal. Żadnego wiatru.
Tylko jego serce. Walące. Walące. Walące.
I wtedy zobaczył.
Trzydzieści metrów przed nim, na linii przypływu, gdzie mokry piasek przechodzi w suchy — coś leżało.
Ciemny kształt. Rozłożony. Jak porzucone ciało.
„Marina” — wyszeptał.
Zaczął biec.
Piasek ciągnął za nogi, ciężki, lepki, jakby próbował go zatrzymać. Oddech palił w płucach. Dystans się kurczył — dwadzieścia metrów, piętnaście, dziesięć…
Upadł na kolana.
Płaszcz.
Jej granatowy wełniany płaszcz, który nosiła ostatnio, kiedy szli na spacer. Rozłożony starannie na piasku, rękawy rozciągnięte na boki jak skrzydła. Kołnierz rozłożony. Guziki zapięte.
Nie rzucony w pośpiechu. Nie zgubiony przez przypadek.
Ułożony. Celowo. Jak ofiara na ołtarzu.
„MARINA!”
Krzyk wyrwał się z jego gardła — przenikliwy, rozpaczliwy, łamiący się na końcu. Odbił się echem od niewidzialnego klifu gdzieś w ciemności, wrócił do niego pustszy, słabszy, jakby ocean połknął jego moc.
Chwycił płaszcz, przyciągnął do twarzy. Pachniała — jej perfumami, tym delikatnym kwiatowym zapachem z nutką soli, który zawsze nosiła. Ciepły jeszcze. Nie zimny. Ciepły, jakby zdejmowała go chwilę temu.
Przeszukał kieszenie. Pusty. Nie było telefonu, portfela, kluczy. Nic.
„MARINA! MARINA, GDZIE JESTEŚ?!”
Patrzył na ocean. Gładki, czarny, milczący. Mgła kłębiła się tuż nad powierzchnią, ale nic więcej. Żadnej sylwetki. Żadnego ruchu.
„MARINA, PROSZĘ!”
Cisza.
A potem zobaczył.
Wokół miejsca, gdzie leżał płaszcz — w promieniu może metra — kamienie.
Hag Stones.
Dwanaście. Małych, szarych, każdy z naturalną dziurą pośrodku. Ułożonych w idealny okrąg. Równo rozmieszczone. Każdy z dziurą skierowaną dokładnie w stronę oceanu.
Ręce Erwina drgały, kiedy podniósł jeden z kamieni. Zimny. Gładki. Mokry od… nie od deszczu. Od czegoś innego. Gęstszego.
Podniósł do oka.
Spojrzał przez dziurę.
I zobaczył.
Nie od razu. Przez pierwsze dwie sekundy widział tylko ocean, mgłę, ciemność. Ale potem — jakby obraz się dostrajał, jakby oczy musiały nauczyć się widzieć inaczej — coś się pojawiło.
Ruch.
Pod powierzchnią wody. Głęboko, może pięć metrów, może dziesięć. Coś dużego. Wielkości człowieka. Poruszającego się płynnie, bez wysiłku, oddalającego się w głąb.
I włosy. Długie włosy unoszące się w wodzie jak wodorosty.
„Marina” — wyszeptał.
Opuścił kamień.
Ocean był pusty. Gładki. Jakby nigdy nic tam nie było.
„Nie” — wyszeptał. — „Nie, nie, nie.…”
Nie myślał. Ciało działało samo. Rzucił płaszcz, zerwał się, pobiegł do wody.
Pierwsze uderzenie oceanu było jak uderzenie młotem.
Zimny. Nie chłodny — zimny jak lód roztopiony sekundę temu. Szarpnął dech z płuc, serce na moment przestało bić, każda komórka krzyczała wracaj, wracaj, wracaj.
Ale brnął dalej. Po kostki. Po kolana. Woda lepka, gęstsza niż powinna. Po uda. Po pas. Po pierś.
„MARINA!”
Zanurzy się.
Ciemność.
Absolutna ciemność. Otworzył oczy pod wodą — nic. Czerń tak głęboka, że nie widział własnych rąk. Tylko zimno. Tylko ucisk wody na uszach, w gardle, w płucach krzyczących o powietrze.
Machnął rękami, szukając, sięgając w głąb, dotykając tylko wody.
Wypłynął. Łapał powietrze, głośno, chaotycznie, kaszląc, plując słoną wodą.
„MARINA, PROSZĘ!”
Zanurzy się znowu. I znowu. I znowu.
Szukał. Godzinę. Może dłużej. Nie wiedział. Czas przestał istnieć. Był tylko ocean, ciemność, zimno, jego własny głos coraz słabszy, coraz bardziej ochrypły.
Aż poczuł ręce. Silne, ludzkie ręce chwytające go za ramiona, ciągnące w górę, z powrotem na brzeg.
„Erwin! Przestań! Nie ma jej tam!”
Martinez. Jego głos. Ale odległy, jakby dochodzący z innego świata.
Erwin walczył, wyrywał się, próbował wrócić do wody.
„Nie! Ona tam jest! Widziałem ją! Puśćcie mnie!”
Ale było ich więcej. Dwóch, trzech, może więcej. Ciągnęli go siłą, nogi bruździły piasek, ręce machały bezsilnie.
A kiedy go położyli na piasku, kiedy przestał walczyć, bo nie miał już siły, kiedy leżał na boku, kaszląc wodą, drżąc z zimna — wyje.
Jak zwierzę. Jak coś, co straciło wszystko.
Martinez klęczał obok, ręka na jego ramieniu, mówiąc coś, ale Erwin nie słyszał słów.
Słyszał tylko ocean.
I głos.
Nie uszami. Nie naprawdę.
Ale w środku głowy, w miejscu, gdzie mieszkają wspomnienia i sny.
„Przepraszam.”
Jej głos. Jej.
„Nie mogę zostać. Nie mogę walczyć. Przepraszam, Erwin. Przepraszam.”
I wtedy krzyczał już nie z bólu. Z rozpaczy.
Przeszukiwali przez tydzień.
Łodzie patrolowe z brzegowej. Nurkowie w kombinezonach, z latarkami, schodzący na dno zatoki. Helikopter z termowizją, skanujący powierzchnię wody i brzeg. Psy tropiące węszące płaszcz, biegające wzdłuż linii brzegowej.
Nic.
Ciała nigdy nie znaleziono.
Po miesiącu sprawę zamknięto. Uznano za wypadek. Utonięcie. Brak zwłok — częste przy silnych prądach oceanicznych.
Erwin wiedział inaczej.
Wiedział, że to nie był wypadek.
Wiedział, że ona nie utonęła.
Wiedział, że ocean jej nie zabił.
Ocean ją zabrał z powrotem.
Podrozdział 5– Powrót do teraźniejszości
Erwin stoi na tej samej plaży dzisiaj, trzy lata później.
Nie. Nie dzisiaj. Teraz. W tej chwili. W tym momencie, kiedy słońce wstaje nad horyzontem, kiedy nocna zmiana się kończy, kiedy większość ludzi budzi się w ciepłych łóżkach obok ciepłych ciał.
Jest czwartek. Ranek. Koniec długiej, pustej nocy wypełnionej raportami, które nic nie znaczą, i kawą, która nie pomaga.
Nie poszedł do domu. Jak zwykle. Jak każdego dnia przez ostatnie trzy lata.
Bo dom to już nie dom. To muzeum. Puste pokoje pełne jej rzeczy, które nie może wyrzucić i nie potrafi dotknąć. Jej ubrania wciąż w szafie. Jej szczoteczka do zębów wciąż w łazience. Jej książki na półce, zakładki w miejscach, gdzie przestała czytać.
A na parapecie w sypialni — Hag Stones. Dwanaście kamieni z dziurami, ułożonych w krąg. Dokładnie tak, jak ona lubiła.
Dotykał ich raz. Miesiąc po jej zniknięciu. Chciał je wyrzucić, wywieźć, pogrzebać, spalić — cokolwiek, żeby przestały go prześladować.
Ale kiedy wziął pierwszy do ręki, poczuł ciepło. Delikatne, ledwo wyczuwalne. Jakby ona go dotykała przez kamień.
Odłożył go z powrotem. I nigdy więcej nie próbował.
Patrzy teraz na ocean — spokojny w porannym świetle, błękitny, leniwie falisty. Piękny. Leniwe fale liżą brzeg, zostawiając smugi piany, która pryska i znika. Mewy krążą nad wodą, krzycząc, nurkując za rybami. Gdzieś daleko jacht żegluje wzdłuż horyzontu, biały żagiel odbija się światłem słonecznym.
Normalny. Niewinny. Jakby nic się nigdy nie stało.
Ale Erwin wie.
Wie, czego inni nie wiedzą. Czego nie chcą wiedzieć. Czego boją się wiedzieć.
Ocean nie jest martwy. Nie jest obojętny. Nie jest tylko wodą.
Ocean obserwuje. Pamięta. Czeka.
Nie jako żywioł. Jako granica.
Granica między tym, co żywe, a tym, co nie powinno żyć. Między tym, co ludzkie, a tym, co zapomniało, jak być ludzkim. Między światami, które powinny pozostać oddzielone, ale nie pozostały.
Marina mu to powiedziała pierwszego dnia, w szpitalu, kiedy jeszcze nie miała imienia.
„Ocean pamięta wszystkie dusze.”
Wtedy nie zrozumiał. Myślał, że to poezja, metafora, skutek urazu.
Teraz wie.
Ocean pamięta. Każdego, kto utonął. Każdego, kto zniknął. Każdego, kogo połknął i nie wypluł.
I trzyma ich. Gdzieś. W głębinach, w prądach, w miejscach, gdzie światło nie dochodzi.
Krąg kamieni wciąż tu jest. Dokładnie tam, gdzie go znalazł tamtej nocy. Nikt go nie ruszył przez trzy lata.
Miejscowi mówią, że przynosi pecha. Że nie wolno dotykać kamieni ułożonych przez topielców. Że kto to zrobi, trafią do oceanu następny.
Erwin przychodzi tu co kilka dni. Poprawia kamienie, które przesunął przypływ. Układa je z powrotem w krąg. Sprawdza, czy wszystkie dziury są skierowane w stronę wody.
To jego rytuał żałoby. Jedyne, co mu zostało.
Dotyka teraz jednego kamienia stopą — ostrożnie, z szacunkiem.
„Pamiętasz ją?” — szepcze do oceanu, głosem zachrypniętym od niewypłakanych łez. — „Pamiętasz, gdzie jest? Co z nią zrobiłeś?”
Ocean milczy. Fale uderzają o brzeg, miarowo, spokojnie. Obojętnie.
Ale głęboko w środku — w miejscu, gdzie rozum nie sięga, gdzie logika umiera, gdzie zostaje tylko przeczucie, instynkt, zwierzęca pewność wypisana w DNA każdego, kto kiedykolwiek bał się ciemności — Erwin wie.
Ona tam jest. Gdzieś. W wodzie, pod wodą, między falami. Nie martwa. Nie żywa. Coś pomiędzy.
Czeka. Patrzy. Pamięta go.
I kiedyś — boi się, kiedy, ale wie, że kiedyś — zobaczy ją znowu.
Pytanie tylko:
Czy będzie to ona?
Czy coś, co nosi jej twarz?
AKT I — NOCNE SPOTKANIE
ROZDZIAŁ 1: SZEPT OCEANU
Podrozdział 1.1: Wieczorny patrol myśli
Biuro opustoszało o szóstej.
Erwin wiedział to bez patrzenia na zegarek — słyszał charakterystyczne odgłosy końca zmiany. Trzask zamykanych szuflad. Stukot obcasów posterunkowej Rodriguez na korytarzu. Cichy brzęk kluczy w ręku Kowalskiego — nie, nie jego kluczy, drugiego Kowalskiego z wydziału ruchu drogowego, choć po trzech latach w tym samym komisariacie ludzie wciąż ich mylili. Drzwi zewnętrzne zamknęły się z głuchym łomotem, zamek zaskoczy z kliknięciem i wtedy nadeszła cisza.
Erwin siedział przy biurku jeszcze czterdzieści minut, wpatrując się w nieukończony raport.
Te same słowa czytane po raz piąty, może szósty: „Podejrzany zatrzymany o 14:30, przewieziony do aresztu o 15:15, żadnych nieprawidłowości…”
Litery zlewały się w bezsensowny ciąg znaków. Czarne znaczki na białym papierze, które powinny coś znaczyć, ale w tym momencie, w tej ciszy, w tym zmęczeniu były tylko kształtami. Erwin mrugał, próbując skupić wzrok, ale słowa uciekały, rozmywały się na brzegach.
Odłożył długopis. Plastik stuknął o biurko głośniej niż powinien w pustym pomieszczeniu. Potarł oczy — pieczenie, suchość, skutek gapienia się w ekran komputera przez osiem godzin i nie pamiętał, kiedy ostatnio porządnie spał. Może wczoraj? Może trzy dni temu?
Za oknem — wysokim, wąskim oknem biurowca komisariatu, które nigdy nie dało się otworzyć całkowicie, tylko uchylić o pięć centymetrów dla przepuszczenia zapachu dezodorantu i zatęchłego papieru — widać było ocean.
Zawsze widać było ocean.
Erwin zaprojektował swoje biurko tak, żeby nie siedzieć przodem do okna. Ustawił monitor pod kątem, dokumenty układał po lewej stronie, krzesło przekręcone lekko w bok. Wszystko po to, żeby nie patrzeć. Ale nie pomagało. Bo ocean był tam, nawet jeśli nie patrzył. Czuł go. W wilgoci powietrza. W zapachu soli, który przenikał przez szpary w oknach. W ciągłym, ledwo słyszalnym szumie fal, który stawał się tłem dla wszystkiego — rozmów, telefonów, myśli.
Ten cholerny ocean.
Trzy lata.
Tysiąc dziewięćdziesiąt pięć dni, jeśli liczyć dokładnie. Erwin nie liczył. Przestał po pierwszym roku, kiedy zorientował się, że liczenie nie przynosiło Mariny z powrotem, tylko sprawiało, że każdy dzień ważył więcej, każda noc trwała dłużej. Ale liczba i tak tam była, wypalona gdzieś w tyle głowy jak blizna, odliczająca każdy świt, w którym budził się z pustą ręką wyciągniętą w bok łóżka, gdzie kiedyś spała ona.
Odwrócił się w stronę okna. Nie mógł się powstrzymać. Nigdy nie mógł.
Ocean o zmierzchu był inny niż za dnia.
Spokojniejszy, jakby kładący się spać razem ze słońcem. Ciemniejszy — już nie błękitny, ale granatowy przechodzący w czerń. Fale leniwe, bez energii, jakby zmęczone. Niebo nad nim rozpościerało się w pasmach — pomarańczowy przy horyzoncie, fioletowy wyżej, granatowy nad miastem. Ostatni poblask słońca ginął gdzieś daleko, za linią, gdzie woda i niebo stawały się jednym.
Piękny.
Piękny, kurwa.
Erwin nienawidził tego piękna. Nienawidził tego, jak ocean potrafił być majestatyczny, spokojny, obojętny na to, co zabrał. Nienawidził tego, jak ludzie stali na plaży i robili zdjęcia zachodom słońca, uśmiechnięci, roześmiani, nie wiedząc, że ta sama woda, którą podziwiali, kryła ciała, tajemnice, tych, których już nigdy nie odnaleziono.
Od dnia, w którym ocean mi ją zabrał, nie potrafię trzymać się od niego z daleka — pomyślał, nie po raz pierwszy. To było jak obsesja. Jak uzależnienie. Im bardziej starał się unikać, tym silniejsze stawało się przyciąganie.
Martinez, jego partner — brodaty, o dziesięć lat starszy, o wiele bardziej zrównoważony — powiedział mu rok temu, przy piwie w barze, kiedy Erwin przyznał się, że wciąż chodzi na plażę po nocnych zmianach:
„Może powinieneś się przenieść. Do miasta. Gdziekolwiek bez widoku na wodę. Serio, stary. To nie jest zdrowe.”
Erwin próbował.
Przez dwa tygodnie mieszkał u siostry w głębi kraju, sto pięćdziesiąt kilometrów od wybrzeża. Małe miasteczko otoczone wzgórzami, polami, lasami. Nie słyszał oceanu. Nie czuł słonego wiatru, który przylepiał koszulę do pleców w sierpniowe dni. Nie widział fal. Nie pachniało wodorostami ani rybami. Normalność. Spokój.
I prawie oszalał.
Bo bez oceanu Marina znikała całkowicie. Stawała się tylko wspomnieniem — abstrakcyjnym, odległym, jakby nigdy nie była prawdziwa. Jakby sobie ją wymyślił.
Tutaj — tutaj przynajmniej był kontekst. Miejsce, gdzie ją znalazł cztery lata temu, leżącą na piasku po sztormie, mokrą, zimną, ale żywą. Miejsce, które ją zabrało trzy lata temu, podczas kolejnego sztormu, zostawiając tylko płaszcz. Plaża, która pamiętała jej stopy, jej ciężar, każdy krok, jaki stawiała po piasku, zbierając te przeklęte kamienie.
Krąg kamieni, który układała, nim zniknęła.
Hag Stones. Kamienie z dziurami. „To okna, Erwin. Przez nie można zobaczyć prawdę.”
Erwin wstał gwałtownie. Krzesło zaskrzypiało na linoleum, ostre i nieprzyjemne, jakby protestowało przeciwko nagłemu ruchowi. Metalowe nogi zazgrzytały po podłodze.
Dość.
Dość myślenia. Dość siedzenia. Dość wpatrywania się w słowa, które nie miały sensu.
Zamknął teczkę — papier trzasnął o papier — zgasił lampkę biurkową. Żarówka zgasła z cichym kliknięciem, zostawiając biuro w półmroku, oświetlone tylko bladym światłem korytarza sączącym się przez szklane drzwi. Wziął kurtkę z oparcia krzesła — skórzaną, starą, z pęknięciem na prawym łokciu — i ruszył do wyjścia.
Komisariat w nocy był prawie pusty. Tylko dyżurni przy recepcji — młody posterunkowy, którego imienia Erwin nie pamiętał, i Kowalski z ruchu drogowego, który zawsze brał nocną zmianę, bo żona wyrzuciła go z domu i nie miał gdzie spać. Trzech innych posterunkowych przygotowywało się do nocnego patrolu w szatni, słychać było ich głosy — przytłumione, męskie, przeplatane śmiechem.
Jeden skinął mu głową, kiedy przechodził. Młody. Erwin nie odpowiedział. Nie był niegrzeczny. Po prostu nie miał energii na gesty.
Na zewnątrz powietrze było chłodne, wilgotne, pachnące solą. Uderzyło go w twarz jak chłodna woda — orzeźwiające, ale nieprzyjemne. Zaostrzyło zmysły. Zabrało resztki zmęczenia, zostawiając tylko pustkę.
Zaparkował samochód cztery ulice stąd — nie pamiętał, dlaczego, pewnie rano chciał przejść się, oczyścić głowę przed zmianą. Ale teraz nie miał ochoty iść po niego. Cztery ulice to dziesięć minut, może piętnaście. Samochód mógł zaczekać do jutra.
Plaża była bliżej. Pięć minut, może mniej, jeśli szedł szybko.
I jak zawsze, kiedy był zmęczony, kiedy dzień ciągnął się za długo, kiedy cisza w mieszkaniu czekała na niego jak otwarta rana gotowa połknąć go w czterech ścianach, gdzie każdy kąt przypominał o niej — szedł tam.
Na plażę. Do oceanu. Do miejsca, które ją wzięło.
Bo czasem — w momentach zmęczenia, gdy opuszczał gardę, gdy przestawał myśleć, przestawał racjonalizować, przestawał być policjantem a stawał się tylko mężczyzną, który stracił żonę — słyszał ją.
Nie tak naprawdę. Niefizycznie. Wiedział to. Rozumiał. Nie był aż tak szalony.
Ale w szumie fal, w tych niekończących się falach rozbijających się o brzeg, w miarowym rytmie oceanu, który nigdy nie spał, nigdy nie przestawał — czasem zdawało mu się, że słyszy głos.
Jej głos.
Szepczący jego imię.
„Erwin…”
Cichy. Daleki. Rozciągnięty jak echo dobiegające przez milę wody.
Psychiatra — elegancka kobieta po pięćdziesiątce w okularach, która przyjmowała go w sterylnym gabinecie pachnącym lawendą i fałszywym spokojem — powiedziałaby, że to mechanizm obronny. Że psychika próbuje radzić sobie z traumą. Że mózg wypełnia pustkę po stracie, tworząc iluzję obecności, bo prawdziwa nieobecność jest nie do zniesienia.
Erwin przestał chodzić do psychiatry po czwartej sesji.
Nie potrzebował, żeby ktoś mu tłumaczył, że szaleje.
Wiedział.
Ale szaleństwo było lepsze niż zapomnienie.
PODROZDZIAŁ 1.2: PLAŻA O ZMIERZCHU
Stare molo wyłaniało się z mroku jak szkielet wieloryba — czarne żebra wystające z wody, połamane, pokryte mchem i solą. Kiedyś to była dumna konstrukcja, miejsce, gdzie rybacy cumowali łodzie i turyści kupowali świeże krewetki. Teraz drewno gniło, deski pękały pod stopami, a ocean powoli je pochłaniał, rok po roku, fala po fali.
Erwin zszedł po zniszczonych drewnianych schodach na plażę, ręce głęboko w kieszeniach kurtki. Schody trzeszczały przy każdym kroku — suche, spróchniałe, grożące zawaleniem — ale wiedział, które deski trzymają, a których unikać. Chodził tędy od trzech lat. Od tamtej nocy.
Piasek był zimny, wilgotny, ciągnący za buty jak lepki błoto. Odpływ. Ocean cofnął się o dobre dziesięć metrów, zostawiając szeroką smugę odsłoniętego dna — błyszczącą, ciemną, pokrytą wodorostami i połamanymi muszelkami, które chrzęściły pod stopami. Tu i tam leżały kamienie, gładkie od wody, pokryte śluzem.
Zapach uderzył go natychmiast — ostry, słodkawy, nieprzyjemny. Gnijące wodorosty. Zawsze ten sam zapach w tym miejscu, szczególnie po odpływie, kiedy słońce przez cały dzień grzało to, co ocean zostawił na brzegu. Sól, rozkład, wilgoć, coś jeszcze — coś starego, jakby ocean wyrzucał nie tylko wodorosty, ale swoje tajemnice, swoje zmarłych, swoje grzechy.
Ten zapach zawsze mu przypominał tę noc.
Tę pierwszą noc, kiedy ją znalazł — leżącą na piasku, zimną jak lód, ale żywą. Mokre włosy przyklejone do twarzy. Szare oczy wpatrzone w nicość.
I tę ostatnią, kiedy ją stracił — sztorm, krzyk, pusty płaszcz rozłożony na piasku jak porzucona skorupa.
Erwin przystanął, zamknął oczy, wziął głęboki oddech. Nie pomagało. Nigdy nie pomagało. Ale robił to za każdym razem, jakby kiedyś miało zadziałać, jakby kiedyś zapach przestał boleć.
Ruszył dalej, stopy zanurzone w piasku po kostki.
Niedaleko mola, tam, gdzie brzeg tworzy niewielkie zagłębienie — jego miejsce. Nikt tu nie przychodził o tej porze. Turyści trzymali się głównej plaży przy promenadzie, gdzie były światła, restauracje, ratownicy w sezonie. Miejscowi unikali tego miejsca po zmroku.
Mówili, że tutaj topielcy chodzą. Że duchy wychodziły z wody o zmierzchu i stały na brzegu, patrząc na miasto, tęskniąc za życiem, którego już nie miały.
Erwin uśmiechnął się gorzko, bez humoru.
Gdyby wiedzieli. Gdyby wiedzieli, że mają rację.
Krąg kamieni był dokładnie tam, gdzie go zostawił tydzień temu — niewielkie zagłębienie w piasku, chronione od przypływu przez naturalny uskok terenu. Dwanaście Hag Stones, ułożonych w idealny okrąg, każdy z dziurą skierowaną ku morzu. Niektóre były wielkości pięści, inne mniejsze, ale wszystkie miały tę samą cechę — naturalne otwory wydłużone przez wodę, czas, cierpliwość oceanu.
Trzy lata i nikt ich nie ruszył. Nikt poza nim.
Może miejscowi faktycznie się bali. Może czuli to samo, co on, kiedy tu przychodził — coś w powietrzu, coś nie tak, coś obserwującego.
Erwin ukląkł przy kręgu, poprawił jeden kamień, który przesunęła fala. Powierzchnia była gładka, zimna, wilgotna od bryzy. Przesunął palcem po krawędzi dziury — idealnie okrągła, wypolerowana przez miliony fal, miliony ziarenek piasku.
„To okna” — usłyszał jej głos w pamięci, wyraźny jakby stała obok. — „Przez nie można zobaczyć prawdę.”
Marina. Jego Marina. Zbierała te kamienie obsesyjnie, układała je na parapecie w ich mieszkaniu, na plaży, wszędzie, gdzie byli. A kiedy pytał, dlaczego, odpowiadała zawsze tym samym dziwnym, odległym tonem:
„Bo granica jest cienka. A kamienie z dziurami są oknem.”
Nigdy nie patrzył przez nie po jej zniknięciu. Ani razu. Nie podnosił do oka, nie oglądał oceanu przez ich dziury.
Bał się, co zobaczy.
Albo czego nie zobaczy.
Wstał, otrzepał kolana z piasku, choć piasek i tak przylepiał się do spodni, wilgotny i uporczywy. Ocean ciemniał z każdą minutą — już nie pomarańczowy, ale granatowy, prawie czarny. Linia horyzontu zacierała się, niebo i woda zlewały się w jedno. Pierwsze gwiazdy pojawiały się nad horyzontem, blade, odległe, obojętne.
Cicho.
Tak cholernie cicho.
Erwin nasłuchiwał, nieświadomie wstrzymując oddech. Gdzie były mewy? Zazwyczaj o tej porze latały nad brzegiem, krzycząc, szukając resztek jedzenia zostawionych przez turystów. Ale dziś nic. Ani jedna. Jakby wiedziały, że to miejsce należało do czegoś innego.
Nawet fale były wyciszone dziś — nie ich zwykły rytmiczny grzmot, ale leniwe pluskanie, jakby woda była zmęczona. Jakby ocean nie miał siły rozbijać się o brzeg, tylko lizał go sennie, ospale, jak chore zwierzę. Wiatr słaby, ledwo wyczuwalny, nie niósł nawet zapachu soli, tylko wilgoć.
Idealnie spokojny wieczór.
Ale Erwin czuł coś innego.
Niepokój. Nie, nie niepokój — to było zbyt proste słowo. Oczekiwanie. Napięcie w powietrzu, jak przed burzą, kiedy chmury jeszcze nie nadeszły, ale wszystko wokół — zwierzęta, drzewa, ludzie — wie, że coś nadchodzi.
Jakby powietrze było naładowane elektrycznością, jakby coś miało się wydarzyć, a on był jedyną osobą, która o tym nie wiedziała. Jedynym, kto nie dostał zaproszenia na wydarzenie, które odbywało się tuż przed jego nosem.
Spojrzał na ocean. Ciemny. Płaski. Spokojny. Ale coś w nim było nie tak. Może sposób, w jaki światło odbijało się od powierzchni — zbyt metaliczny, zbyt zimny. Może sposób, w jaki cisza ciążyła nad wodą, gęsta i duszna.
„Paranoja” — powiedział do siebie w myślach. — „Zmęczenie. Rocznica zbliża się.”
Rocznica jej zniknięcia była za dziesięć dni. Dwunastego października. Trzy lata temu Marina wyszła z ich mieszkania w środku nocy, podczas sztormu i nigdy nie wróciła. Zostawił tylko płaszcz i krąg kamieni.
Może dlatego czuł się tak… rozchwiany. Może dlatego widzenia, szepty, wrażenie, że coś go obserwuje z wody, wracały teraz silniej niż kiedykolwiek.
Mózg przygotowywał go na rocznicę traumy.
Przynajmniej tak mówiła psychiatra, którą widywał przez pierwsze pół roku po zniknięciu Mariny.
Ale Erwin wiedział co innego.
To nie był mózg. To nie była trauma.
Coś tam było. W wodzie. W ciemności. Czekające.
I zbliżało się.
PODROZDZIAŁ 1.3: COŚ W WODZIE
—
— Ruch.
Erwin zamarł w pół kroku. Nie wiedział, co go zatrzymało — nie wzrok, nie dźwięk. Instynkt. Coś pierwotnego, zwierzęcego w tyle głowy, co krzyczało: Nie ruszaj się. Nie oddychaj. Czegoś tu nie ma być.
Tam. Jakieś dwadzieścia metrów od brzegu, w wodzie. Coś się poruszyło.
Zmrużył oczy, próbując dostrzec w słabnącym świetle. Serce zaczęło bić mocniej — nie gwałtownie, ale głośno. Słyszał je w uszach, w gardle, w klatce piersiowej. Jakby ocean nagle zamilkł, a jedynym dźwiękiem na świecie było jego własne tętno, miarowe i głuche.
Głowa.
Nie — coś jak głowa. Ciemny kształt wystający z wody, okrągły, wielkości ludzkiej głowy. Może mniejszy. Może większy. Trudno powiedzieć w tym mroku.
Pływak?
O tej porze? W tym miejscu?
„Nie bądź idiotą” — pomyślał. — „Woda jest lodowata. Nikt nie pływa tu w październiku o zmierzchu.”
Ale kształt był tam. Nieruchomy. Całkowicie nieruchomy. Nie kołysany falami. Nie dryfujący. Po prostu… tam. Jakby ktoś stał w wodzie po szyję, zatrzymany w miejscu, patrząc w jego stronę.
Dreszcz przeszedł mu po karku — zimny, ostry, jak palce lodu przesuwające się po kręgosłupie.
Erwin zrobił krok w stronę brzegu. Piasek zaskrzypiał pod stopą, zbyt głośny w ciszy. Jakby ocean słyszał. Jakby cokolwiek tam było, w wodzie, słyszało.
Kształt zniknął.
Żadnego plusku. Żadnego szumu wody opadającej. Po prostu zniknął, jak wymazany z rzeczywistości.
Serce zabiło mu raz — mocno, boleśnie, jakby pięść uderzyła w pierś od środka.
„To nic” — powiedział do siebie na głos, bo czasem to pomagało. — „Foka. Albo boja. Cokolwiek.”
Ale głos brzmiał dziwnie w tej ciszy. Zbyt cicho. Jakby powietrze było gęste, jakby pochłaniało dźwięk. Foki robią plusk, kiedy nurkują. A boje nie znikają.
Patrzył na wodę przez długą minutę, oddech płytki i rwany. Starał się oddychać cicho, choć nie wiedział, dlaczego. Nic. Tylko fale, ocean, ciemność.
Ale ocean też był dziwny. Zbyt spokojny. Fale nadchodziły leniwie, regularnie, jakby nie z horyzontu, ale z jakiegoś jednego punktu. Szum był miarowy, rytmiczny, jak oddech. Wdech i wydech, wdech i wydech. Erwin poczuł, jak jego własny oddech synchronizuje się z tym rytmem i musiał się powstrzymać, żeby nie oddychać razem z oceanem.
A potem — tak szybko, że niemal to przegapił — kształt pojawił się znowu.
Bliżej.
Jakieś dziesięć metrów od brzegu.
Zimny pot przebił się na czoło Erwina, mimo że wieczór był chłodny. Kropelki wilgoci, lepkie i nieprzyjemne, spływały po skroniach.
I tym razem wiedział. To nie była foka. To nie była boja. To była osoba.
Ale sposób, w jaki się poruszała — płynny, za płynny, jakby woda nie stawiała oporu. Jakby była częścią wody. Kształt był tam, wyraźny teraz w odległości dziesięciu metrów — ciemny, mokry, z czymś długim rozwianym wokół ramion. Włosy? Wodorosty?
I oczy. Erwin nie widział ich wyraźnie, ale czuł. Czuł wzrok. Ciężki. Zimny. Wbijający się w niego jak lodowate szpilki.
„Pomocy” — pomyślał automatycznie, instynkt policjanta. — „Ktoś tonie. Potrzebuje pomocy.”
Otworzył usta, żeby zawołać. Żeby krzyknąć „Trzymaj się! Idę po ratunek!”
Ale dźwięk, który usłyszał, nie był jego głosem.
„Pomocy!”
Krzyk przerwał ciszę jak nóż.
Wysoki, przeszywający, kobiecy. Ale dziwny. Zbyt długi. Jakby gardło, które go wydawało, nie potrzebowało powietrza. Ciągnął się, falował, łamał na końcu jak wycie, jak płacz dziecka, jak drapieżnik wabiący ofiarę.
Erwin zamarł. Oddech zaciął się w gardle.
„Pomocy” — pomyślał znowu, ale tym razem coś pierwotnego, starszego niż logika, coś zwierzęcego i prawdziwego krzyczało w jego głowie: Nie. To nie jest człowiek. Nie podchodź.
Serce waliło teraz jak szalone, tak szybko, że dźwięki zlewały się w jeden ciągły wibrujący łomot w klatce piersiowej.
Kształt w wodzie poruszył się. Nie płynął. Nie maszerował. Sunął. Płynnie. Bezszelestnie. Bliżej.
Pięć metrów od brzegu.
I Erwin usłyszał drugą warstwę dźwięku, ukrytą pod krzykiem, pod szumem oceanu. Syczenie. Ciche, ale wyraźne. Jak wąż na piasku. Jak powietrze uciekające z balonu. Jak coś wilgotnego ślizgającego się po kamieniach.
I coś jeszcze — rytmiczny plusk. Nie fale. Nie dłonie bijące wodę. Coś cięższego. Większego. Jakby coś pod wodą pchało ten kształt naprzód.
Trzy metry.
Erwin cofnął się o krok. Piasek zgrzytał pod stopą. Ręce zacisnęły się w pięści, paznokcie wbiły się w dłonie — ostry ból, ale nieważny. Ważne było nie uciec. Nie odwrócić się. Nie dać znać, że się boi.
Bo jakaś część niego — stara, prymitywna — wiedziała: Jeśli uciekniesz, ono cię dopadnie.
Kształt zatrzymał się. Dwa metry od brzegu. Woda sięgała mu — jej? — do piersi. Ramiona pod powierzchnią. Głowa pochylona, włosy tak długie, tak mokre zasłaniały twarz.
I wtedy ona uniosła wzrok.
Erwin nie widział twarzy — zbyt ciemno, zbyt daleko — ale poczuł spojrzenie. Fizycznie. Jak zimny powiew wiatru prosto w oczy. Jak palce dotykające jego twarzy.
I usłyszał szept. Nie głośny. Nie wyraźny. Ale w głowie. W środku głowy.
Erwin…
Jego imię. Zniekształcone. Rozwleczone. Jakby wymawiane przez usta pełne wody.
Żołądek skręcił się w węzeł. Kwaśny smak strachu wypełnił usta — metal, sól, coś gorzkiego.
A potem krzyk się urwał. Nie cichnął stopniowo — urwał się jak odcięty nożem. Żadnego echa. Żadnego rezonansu. Jakby ocean pochłonął dźwięk razem z osobą.
Kształt w wodzie cofnął się. Powoli. Płynnie. Bez plusku. Jeden metr. Dwa. Pięć. Dziesięć.
I zniknął.
Nie zanurzył się. Nie obrócił. Po prostu rozpłynął się w ciemności.
Woda nagle — absolutnie nagle — stała się zbyt ciemna. Zbyt czarna. Jakby światło umierało szybciej niż powinno. Jakby ocean ssał blask z nieba.
Erwin stał tam przez długą chwilę, nogi jak z ołowiu, oddech rwany. Serce zwalniało, powracało do normy. Ale dłonie wciąż drżały.
A w uszach — gdzieś głęboko, pod szumem oceanu — wciąż słyszał ten szept.
Erwin…
I wiedział, choć nie potrafił tego wyjaśnić, że to nie było ostatnie spotkanie. Że ona — cokolwiek to było — wiedziała, kim jest.
I wróci.
Podrozdział 1.4: Spontaniczny skok
„Oczyść głowę” — powiedział do siebie Erwin. — „Po prostu… oczyść głowę.”
Nie planował tego. Ale nagle wydawało mu się, że jedynym sposobem na pozbycie się tego dziwnego, duszącego uczucia jest zanurzyć się. Spłukać dzień. Zmyć myśli.
Zdjął kurtkę, rzucił na piasek. Buty. Skarpetki. Koszulę.
Wiatr musnął jego gołą skórę, zimny, ale nie nieprzyjemny.
Wszedł do wody.
Lodowata. Cholera, lodowata. Oddech zaciął się w gardle przez pierwszą sekundę, ale potem ciało przyzwyczaiło się. Brodził dalej — po kostki, po kolana, po uda.
Woda była dziwnie gęsta dziś. Jakby cięższa. Stawiała opór, jakby nie chciała go wpuścić.
Albo jakby nie chciała go wypuścić.
„Przestań” — warknął do siebie w myślach.
Zanurzył się.
Ciemność.
Zimno przeszywające do kości. Szum wody w uszach — głęboki, pulsujący, jakby ocean miał tętno.
Otworzył oczy pod wodą. Nic nie widział. Tylko czerń, może blade smugi piany gdzieś nad głową.
I wtedy coś musnęło jego stopę.
Nie dotknęło. Musnęło. Jak palce. Jak włosy.
Erwin wypłynął, łapiąc powietrze, serce waliło jak młot.
„Wodorost” — pomyślał. — „To tylko wodorost.”
Ale wiedział, jak wodorosty wyglądają. Wiedział, jak się czują.
To nie był wodorost.
Zanurzył się znowu, tym razem otworzył oczy natychmiast, rozglądając się.
I zobaczył.
Sylwetkę.
Pod nim. W głębinie. Jakieś pięć metrów w dół, może mniej.
Ludzki kształt. Poruszający się powoli, kołysający się w prądach.
Płynący w jego stronę.
Podrozdział 1.5: Instynkt ucieczki
Czas zwolnił.
Erwin widział każdy szczegół w tej niemożliwej ciemności — długie włosy unoszące się wokół głowy jak wodorosty, blade ramiona, ciało owiane czarnym materiałem albo…
Albo niczym. Może to była skóra. Może coś innego.
Płynęło w górę.
Do niego.
I wtedy — w ułamku sekundy — głos.
Nie głos w wodzie. Nie dźwięk w uszach.
Głos w głowie.
Kobiecy. Znajomy. Rozdzierający.
„UCIEKAJ!”
„NIE TERAZ!”
„NIE TUTAJ!”
Marina.
To był głos Mariny.
Krzyczący. Rozpaczliwy. Zniekształcony, jakby przeszedł przez kilometry wody, przez granicę niemożliwego, ale jej.
Ciało Erwina zareagowało przed umysłem.
Kopnął w wodę, wypłynął, machał rękami jakby ich życie zależało, płynął do brzegu, nie patrząc za siebie, nie myśląc, tylko uciekając.
Stopy dotknęły piasku. Wypadł z wody, potknął się, upadł na kolana, zerwał się, biegł dalej, boso, mokry, dysząc, aż dotarł do swoich rzeczy.
Chwycił kurtkę, ubranie, buty w ramiona i biegł dalej — nie zakładając, nie zakrywając się, po prostu uciekając.
Dopiero przy schodach prowadzących w górę, przy barierze parkingu, zatrzymał się.
Odwrócił.
Plaża była pusta.
Ocean spokojny.
Krąg kamieni nietknięty.
Jakby nic się nie stało.
Ale serce waliło mu tak mocno, że słyszał je w uszach. Ręce drżały. Oddech rwany, palący w płucach.
I gdzieś w tyle głowy — ten głos.
„Uciekaj. Nie teraz. Nie tutaj.”
Jej głos.
Jej.
„Żyje” — pomyślał, a świat zakołysał się wokół niego. — „Ona żyje. Gdzieś. Jakoś.”
Albo oszalał.
Jedno z dwojga coś w tym musi być. W Szaleństwie jest nadzieja.
Erwin włożył ubranie drżącymi rękami, nie patrząc już na ocean. Założył buty na mokre stopy. Kurtkę na mokre ramiona.
I poszedł.
Szybkim krokiem. Nie biegiem. Ale niemal.
Bo coś w środku krzyczało, że jeśli się odwróci, jeśli spojrzy jeszcze raz…
Zobaczy coś, czego nie powinien zobaczyć.
ROZDZIAŁ 2: SPOTKANIE NA KLIFIE
Podrozdział 2.1: Jogging jako ucieczka
Erwin nie wrócił do domu.
Nie mógł. Mieszkanie było za ciche, za puste, a po tym, co właśnie się stało — czy co sądził, że się stało — cisza zjadłaby go żywcem.
Zamiast tego prowadził. Bez celu. Nadmorska droga, serpentyny wijące się wzdłuż klifu. Dwadzieścia minut w jedną stronę, dwadzieścia w drugą. Radio wyłączone. Tylko szum silnika i wiatr za oknem.
Próbował racjonalizować.
„To była halucynacja” — powiedział na głos, bo w samochodzie można było mówić do siebie bez obaw, że ktoś usłyszy. — „Byłeś zmęczony. Stres. Rocznica zbliża się. Mózg płata figle.”
Ale halucynacje nie są tak… rzeczywiste. Nie czuje się ich w wodzie. Nie słyszy w głowie.
„Uciekaj. Nie teraz. Nie tutaj.”
Jej głos. Zniekształcony, rozpaczliwy, ale jej.
Zaparkował przy punkcie widokowym na klifie — małym parkingu dla turystów, pustym o tej porze. Wyłączył silnik. Oparł czoło o kierownicę.
„Rocznica jej śmierci zbliża się” — pomyślał. — „To, dlatego. Umysł wraca do traumy. To normalne.”
Ale czy normalne było to, że chciał wrócić do wody?
Że część jego — ta irracjonalna, desperacka część — chciała zanurzyć się znowu, głębiej, i szukać?
„Szukać czego?” — spytał sam siebie. — „Ducha? Topielca? Wspomnienia?”
Nie wiedział.
Wyszedł z samochodu. Zimne powietrze uderzyło go w twarz — trzeźwiące, ostre. Zrobił kilka głębokich oddechów.
I wtedy pomyślał: „Przebiegnij się. Oczyść głowę. To pomoże.”
Zawsze pomagało.
Zaczął biec wzdłuż ścieżki turystycznej biegnącej krawędzią klifu. Jednostajny rytm — krok, oddech, krok, oddech. Buty uderzające o utwardzoną ziemię. Wiatr w twarzy. Mięśnie rozgrzewające się, umysł skupiony na fizyczności, nie na myślach.
Dwa kilometry. Trzy. Cztery.
Zatrzymał się przy starym kamieniu granicznym — wysokim, pokrytym mchem, z wyblakłymi symbolami, których nikt już nie rozumiał. Miejsce, gdzie turyści robili zdjęcia w dzień.
Teraz tylko on i noc.
Oparł ręce na kolanach, łapiąc oddech. Pot na czole pomimo chłodu. Płuca paliły.
Lepiej. Zdecydowanie lepiej.
Wyprostował się, odwrócił w stronę oceanu.
I zamarł.
PODROZDZIAŁ 2.2: NIEMOŻLIWY OCEAN
Ocean był za blisko.
To było pierwsze, co pomyślał Erwin, kiedy stanął na krawędzi klifu. Pierwsze wrażenie, które uderzyło go z siłą fizycznego ciosu, zanim jeszcze zdążył to racjonalizować, zanim logika włączyła się z listą powodów, dlaczego to niemożliwe.
Klif był wysoki. Bardzo wysoki. Trzydzieści metrów nad poziomem morza — może więcej, zależnie od przypływu. Erwin stał tutaj dziesiątki razy przez ostatnie trzy lata, zawsze w tym samym miejscu, opartym o ten sam głaz — szary, porośnięty mchem, wystarczająco stabilny, żeby nie obawiać się zsunięcia. Widok był zawsze ten sam: ocean daleko w dole, rozciągający się po horyzont, fale rozbijające się o skały z głuchym łomotem, który docierał tu stłumiony, odległy. Pionowa ściana klifu — niemal idealna, rumowisko kamieni u dołu, gdzie urwisko załamywało się w kaskadę bloków skalnych pożeranych powoli przez wodę.
Zawsze był dystans. Bezpieczny, konkretny, mierzalny dystans między tym miejscem a oceanem.
Ale teraz…
Teraz woda wyglądała, jakby była wyżej. Bliżej. Jakby w ciągu ostatnich trzech lat klif się obniżył albo ocean urósł, albo przestrzeń między nimi skurczyła się jak stara skóra.
Jakby ocean piął się w górę.
Erwin zatrzymał się trzy metry od krawędzi — ostrożnie, bo wiedział, że ziemia tutaj bywa grząska po deszczach, niebezpieczna, zwodnicza. Kamienie łuszczyły się, osypywały, pęczniały od wilgoci. Stracić równowagę tutaj oznaczało trzydzieści metrów swobodnego spadania zakończonego zderzeniem z kamieniem albo wodą, a żadna z tych opcji nie była przyjemna.
Ale musiał zobaczyć.
Pochylił się lekko, ręce w kieszeniach kurtki, wiatr szarpał włosami, targał kołnierz. Spojrzał w dół.
I zamarł.
Fale biły o skały. Normalnie. Miarowo. Regularnie. Nic niezwykłego — ocean zawsze uderzał o brzeg, zawsze się rozbijał, zawsze pienił. Przypływ i odpływ, rytm starszy niż człowiek.
Ale poziom był wyższy. Niedużo — może pół metra, może metr. Może mniej. Trudno oszacować z tej wysokości, bez punktu odniesienia. Ale czuł to. W sposób, którego nie potrafił nazwać. Woda dochodziła do miejsc, gdzie zwykle nie docierała. Piana sięgała szczelin w skale, których nigdy nie widzieć mokrych. Linia przypływu była za wysoko.
„Przypływ” — powiedział do siebie na głos, bo czasem mówienie pomagało racjonalizować. — „Po prostu przypływ. Może pełnia księżyca. Może wyjątkowo wysoki przypływ.”
Ale głos zabrzmiał niepewnie. Nawet dla niego samego.
Wiatr wiał od oceanu, niosąc zapach — ostry, słony, ale z czymś jeszcze. Czymś gorzkim. Jak gnijące wodorosty, jak martwe ryby, jak coś starego i mokrego zostawionego na słońcu. Nieprzyjemny. Duszący.
Erwin wziął głęboki oddech, próbując się uspokoić. To był tylko ocean. Widziałeś go tysiące razy. Nie ma się czego bać.
Ale potem przyszła fala.
Większa.
Niestopniowo większa — nie jak naturalne narastanie fal w zestawie, gdzie pierwsze są małe, potem średnie, potem jedna wielka. Nie. Po prostu większa. Dwa razy większa niż poprzednie. Wysoka, ciemna, z białym grzebieniem piany na szczycie.
Uderzyła w klif.
Dźwięk był ogłuszający — nie odległy szum, ale łomot, trzask, jakby ktoś uderzył młotem w bęben wielkości budynku. Ziemia zadrżała pod stopami Erwina — lekko, ale wyraźnie, wibracja przechodząca przez podeszwy butów, przez kolana, przez biodra, przez klatkę piersiową.
Piana wystrzeliła w górę.
Nie rozprysnęła się u podstawy klifu. Wystrzeliła. Jak gejzer. Jak fontanna. W górę, wzdłuż ściany skalnej, szybko, gwałtownie. Pięć metrów. Dziesięć. Piętnaście.
Dwadzieścia.
Erwin cofnął się odruchowo, serce walące, nogi automatycznie wykonujące krok w tył. Biała piana dotarła niemal do krawędzi — widział ją z odległości metra, zawieszającą w powietrzu przez ułamek sekundy jak zawieszona chmura, kropelki wody błyszczące w szarym świetle.
A potem opadła. Spłynęła z powrotem w dół, znikając w otchłani.
Cisza.
Erwin stał, oddech przyspieszony, dłonie zaciśnięte w pięści w kieszeniach. Czekał. Słuchał.
Szum fal. Tylko szum. Spokojny. Normalny. Jakby nic się nie stało.
„Anomalia” — wyszeptał do siebie. — „Odbicie fali od dna. Prąd. Cokolwiek.”
Ale nie brzmiało to przekonująco.
Podszedł bliżej — ostrożnie, powoli, stawiając stopy płasko, sprawdzając stabilność ziemi przed każdym krokiem. Zatrzymał się pół metra od krawędzi. Tak blisko, że gdyby się potknął, nic nie uratowałoby go przed upadkiem.
I wtedy zobaczył.
Pulsowanie.
Fale nie przychodziły chaotycznie. Nie były przypadkowe, nie różniły się wysokością, prędkością, kierunkiem jak powinny, jak ocean zawsze robił, jak natura dyktowała.
Przychodziły w rytmie.
Regularnym. Miarowym. Precyzyjnym.
Erwin patrzył — liczył w głowie, mimowolnie, obsesyjnie. Jedna fala. Dwie sekundy pauzy. Druga fala. Dwie sekundy. Trzecia. Dwie sekundy.
Wdech — woda cofała się, odsłaniając ciemne, śliskie kamienie u podstawy klifu, wodorosty zwisające jak martwe włosy.
Wydech — woda napierała, wlewała się między skały, wypełniała szczeliny, uderzała, cofała.
Wolny, głęboki oddech.
Jak płuca. Jak klatka piersiowa unoszącą się i opadającą. Jak żywy organizm śpiący, dyszący w śnie.
Erwin poczuł, jak włosy stają mu na karku — nie metaforycznie, fizycznie. Ciarki przemknęły po skórze, mięśnie napięły się pod kurtką, żołądek skręcił się w węzeł.
„To niemożliwe” — wyszeptał, głos ledwo słyszalny nad wiatrem. — „Woda nie oddycha.”
Ale patrząc na to — na ten hipnotyzujący, nieustępliwy, żelazny rytm — nie mógł myśleć o tym jako o czymś nieożywionym.
Ocean nie był wodą. Nie był zbiorem cząsteczek H₂O, nie był żywiołem, nie był środowiskiem.
Ocean był czymś żywym.
Zamknął oczy, próbując się otrząsnąć. To paranoja. Trauma. Trzy lata temu stracił Marinę, więc teraz widzi rzeczy, które nie istnieją. Przypisuje intencje rzeczom, które ich nie mają. Mózg szuka wzorców, gdzie ich nie ma.
Ale kiedy otworzył oczy, rytm wciąż był tam. Niezmieniony. Spokojny. Jak serce.
Thum-thum. Thum-thum. Thum-thum.
Erwin uklęknął na krawędzi klifu — powoli, ostrożnie, ręka wyciągnięta dla równowagi, kolana na zimnym, wilgotnym kamieniu. Pochylił się, patrząc w dół, w głębinę, próbując zobaczyć dno, próbując zrozumieć.
Woda była ciemna. Nie niebieska, nie zielonkawa jak zwykle przy wybrzeżu. Czarna. Jak atrament. Jak ropa. Jak pustka.
A w tej ciemności — ruch.
Nie fale. Nie prądy. Ruch pod powierzchnią. Coś dużego, powolnego, krążącego w głębinach. Kształt — może pięć metrów długości, może więcej — przemykający między skałami jak cień. Ciemniejsze miejsce w ciemnej wodzie, prawie niewyczuwalne, prawie niewidzialne.
Ale było tam.
„Co ty, kurwa, jesteś?” — wyszeptał Erwin, nie zdając sobie sprawy, że mówi na głos.
Kształt zatrzymał się. Zamarł w miejscu, jakby usłyszał.
Erwin przestał oddychać.
Długa sekunda. Dwie. Trzy.
A potem kształt zaczął się unosić. W górę. Do powierzchni. Powoli, płynnie, bez wysiłku. Jak balon wypełniony helem, jak ciało tonącego wypychane przez gazy rozkładu.
Erwin patrzył — sparaliżowany, niezdolny się ruszyć, niezdolny oderwać wzroku.
Powierzchnia wody zafalowała. Coś przebijało się przez nią — ciemne, mokre, gładkie.
Głowa.
Nie. Coś jak głowa. Ludzkich rozmiarów. Ludzkich proporcji. Ale jakoś nieprawidłowa. Sposób, w jaki wyłoniła się z wody — za płynny, za spokojny. Nie jak ktoś wynurzający się po nurkowaniu, łapiący powietrze, odpychający wodę. Po prostu wynurzona. Jak część wody, która zdecydowała się zmienić kształt.
I włosy. Długie, ciemne, mokre włosy rozlewające się po powierzchni jak plama.
Erwin był za wysoko, żeby zobaczyć twarz. Było zbyt ciemno, zbyt daleko. Ale czuł spojrzenie. Fizycznie. Jak palce dotykające jego karku, jego twarzy, jego oczu.
Ona patrzyła na niego.
Bo to była ona. Nie wiedział skąd, nie potrafił wyjaśnić, ale wiedział.
Kobieta w wodzie. Patrząca w górę. Na niego. Nieruchoma jak posąg, jak coś czekającego, obserwującego, studiującego.
Serce Erwina biło jak oszalałe. Usta suche. Dłonie drżące.
Powinien zawołać. Powinien krzyknąć „Wszystko w porządku?!” Powinien zadzwonić po straż przybrzeżną.
Ale nie mógł.
Bo instynkt — ten pierwotny, zwierzęcy instynkt, który nie słucha logiki — krzyczał:
To nie jest człowiek. Nie wołaj. Nie przyciągaj uwagi.
A potem głowa zniknęła.
Nie zanurzyła się. Po prostu przestała być. Rozpłynęła się w wodzie jak cukier w herbacie, jak sól w oceanie.
Woda była znowu gładka. Ciemna. Pulsująca w rytmie oddechu.
Thum-thum. Thum-thum. Thum-thum.
Erwin wstał — nogi sztywne, kolana drżące. Cofnął się od krawędzi, jeden krok, drugi, trzeci, aż poczuł pod stopami twardą, stabilną ziemię.
Odwrócił się.
I zobaczył krąg kamieni.
Dwanaście Hag Stones, ułożonych w idealny okrąg trzy metry od niego. Nie były tu wcześniej — wiedział to. Przychodził tu regularnie, znał każdy kamień, każde zagłębienie w ziemi. Ktoś musiał je ułożyć, kiedy on patrzył na wodę.
Albo coś.
Każdy kamień miał dziurę skierowaną na ocean. Jak dwanaście oczu. Jak dwanaście okien.
Erwin podszedł powoli, ostrożnie, jakby krąg był pułapką. Uklęknął, wyciągnął rękę, dotknął jednego kamienia.
Zimny. Mokry. Ale nie od deszczu. Od czegoś innego. Śluzowaty. Pachniał oceanem — ale nie świeżym, nie słonym. Starym. Zgniłym.
Podniósł kamień do oka. Spojrzał przez dziurę.
I zobaczył ocean inaczej.
Nie jako woda. Jako granica. Cienka, przezroczysta membrana między dwoma światami. Tym, gdzie był on. I tym, gdzie było coś innego.
A po drugiej stronie granicy — w głębinie, w ciemności — kształty. Setki kształtów. Poruszających się, kręcących, czekających.
Opuścił kamień.
Ocean był znowu normalny. Tylko woda. Tylko fale.
Ale oddychał.
I Erwin wiedział — choć nie potrafił tego udowodnić, choć żaden raport policyjny tego nie zapisze — że ocean żyje.
I coś w nim też żyje.
I Marina jest częścią tego.
Albo zawsze była.
Podrozdział 2.3: Walka w odmętach
Ruch.
Erwin zamarł w pół kroku, kolana zgięte, ciężar ciała przesunięty do przodu, gotowy zrobić następny krok w stronę kręgu kamieni — ale coś go zatrzymało.
Instynkt. Ten sam, który kazał mu sprawdzać ciemne zaułki podczas patrolu. Ten sam, który budził go w nocy, kiedy coś było nie tak, zanim jeszcze mózg zdążył to przetworzyć.
Coś się poruszyło.
Tam. W wodzie.
Jakieś dwadzieścia metrów od brzegu klifu, tam, gdzie ocean stawał się głębszy, gdzie dno opadało stromo, gdzie światło latarni morskiej nie docierało.
Erwin zmrużył oczy, odruchowo unosząc rękę do czoła, osłaniając wzrok od wiatru, który ciągnął sól i wilgoć prosto w twarz. Próbował dostrzec w ciemności — nie było łatwo, zmierzch gęstniał z każdą minutą, ocean zlewał się z niebem w jednolitą czarno-granatową masę.
Ale tam było coś.
Nie. Nie coś.
Ktoś.
Dwie sylwetki.
Pierwsza była wyraźniejsza — mężczyzna, sądząc po szerokości barków, po sposobie, w jaki poruszał się w wodzie. Ubrany w coś ciemnego, może czarnego — strój pływacki? Pianka? Trudno powiedzieć z tej odległości. Machał rękami — gwałtownie, chaotycznie, rozpaczliwie. Nie płynął. Walczył. Uderzał wodę jak wróg, jak coś, co go dusiło, próbował się wydostać, wypłynąć, uciec.
Ale coś mu nie pozwalało.
Druga sylwetka.
Erwin musiał zamrugać kilka razy, żeby się upewnić, że faktycznie ją widzi. Była… trudna do określenia. Mniejsza niż mężczyzna, szczuplejsza, ale sposób, w jaki się poruszała, sposób, w jaki była w wodzie — nie jak pływak. Nie jak człowiek.
Oplatała go.
Nie trzymała. Nie chwytała. Oplatała. Jak wodorost oplata nurka. Jak węże oplatają zdobycz. Długie, blade ramiona owinięte wokół jego klatki piersiowej — Erwin widział je wyraźnie teraz, kontrast bladej skóry na tle ciemnej pianki mężczyzny. Nogi — jeśli to były nogi — zaplatały się wokół jego bioder, ud, łydek, przytrzymując go w miejscu, ciągnąc w dół.
Mężczyzna krzyczał.
Erwin słyszał to mimo wiatru, mimo odległości, mimo szumu fal. Wysoki, przeszywający krzyk — nie słowa, niewołanie o pomoc, tylko czysty, animalny dźwięk rozpaczy.
Pomocy — było jego pierwszą myślą. Automatyczną. Instynkt policjanta, który widział osobę w niebezpieczeństwie.
Sięgnął do kieszeni po telefon — musiał zadzwonić po straż przybrzeżną, natychmiast, zanim będzie za późno. Palce znalazły gładką powierzchnię ekranu, wyciągnął go, dotknął, żeby odblokować…
I wtedy zobaczył, jak ona się porusza.
Ręka zamarła w połowie ruchu. Telefon wciśnięty w dłoń, ekran świecący bladym światłem, ale Erwin nie patrzył na niego. Patrzył na wodę.
Druga sylwetka — kobieta? musiała być kobietą, ta sylwetka, te proporcje — nie pływała. Nie machała nogami jak ludzie, nie wiosłowała rękami w przód i tył. Po prostu była w wodzie. Płynna. Niemal nie do odróżnienia od fal. Poruszała się jak część oceanu, nie jak coś osobnego, nie jak żywy organizm w obcym środowisku.
Jakby woda była przedłużeniem jej ciała.
Jakby ona była wodą.
Mężczyzna próbował się wyrwać — Erwin widział to wyraźnie teraz, bo byli bliżej brzegu, może piętnaście metrów, może mniej. Uderzył ją pięścią w ramię — mocno, desperacko, z całej siły, cios, który powinien sprawić ból, powinien zmusić do cofnięcia.
Ona nawet nie drgnęła.
Nawet nie zwolniła. Owinęła się wokół niego jeszcze mocniej — ramiona zaciskając się wokół klatki piersiowej jak stalowe obręcze, nogi ciągnąc jego nogi w dół, w głębinę. Głowę przysunęła do jego szyi — powoli, delikatnie, niemal czule.
Jakby całowała.
Jakby coś z niego piła.
Erwin poczuł zimno w żołądku. Nie od wiatru. Nie od strachu o mężczyznę.
Od tego, co zobaczył w tym ruchu. W tej bliskości. W tym geście, który był jednocześnie intymny i drapieżny.
To nie jest ratowanie. To nie jest wypadek.
To polowanie.
Zrobił krok do przodu — noga automatycznie, ciało działające samo, nim mózg zdążył zdecydować. Piasek zimny i wilgotny pod stopą, ziarna wpijające się przez podeszwę buta. Już otwierał usta, żeby krzyknąć, żeby zawołać, żeby przerwać tę scenę, która stawała się coraz bardziej niewłaściwa, coraz bardziej nieludzka.
Ale wtedy ona podniosła głowę.
I spojrzała na niego.
Erwin zamarł.
Odległość — może dwanaście metrów, może dziesięć — była za duża, żeby zobaczyć twarz wyraźnie. Zmierzch był za ciemny. Woda za wzburzona. Ale mimo to czuł to spojrzenie. Fizycznie. Jak dotyk lodowatych palców na karku.
Oczy. Widział oczy. Jasne, błyszczące w ciemności jak oczy kota złapanego w świetle reflektorów.
Szare.
Nie. Nie, to niemożliwe.
Długie włosy rozlewające się po wodzie wokół niej jak atrament, jak chmura, jak żywa istota. Ciemne, mokre, unoszące się na falach, oplatające mężczyznę razem z jej ramionami.
Mężczyzna przestał się wyrywać. Przestał krzyczeć. Ręce opadły bezwładnie wzdłuż ciała, głowa przechyliła się do tyłu, usta otwarte, ale bez dźwięku.
A ona trzymała go, patrząc na Erwina.
Przez długą sekundę — może dwie, może trzy, czas przestał mieć znaczenie — stali tak: Erwin na brzegu, ona w wodzie, mężczyzna między nimi jak porzucona lalka.
A potem ona zniknęła.
Nie odpłynęła. Nie zanurzyła się. Po prostu rozpłynęła się w wodzie jak cukier w herbacie. Ramiona, nogi, włosy — wszystko rozwiązało się, stało się falą, prądem, pianą.
A mężczyzna zaczął tonąć.
Szybko. Za szybko. Jakby coś ciągnęło go w dół.
„Kurwa!” — Erwin rzucił telefon na piasek, zerwał kurtkę, pobiegł do wody.
Zimno uderzyło jak cios pięścią. Lodowate, szokujące, paraliżujące przez pierwszą sekundę. Po kostki, po kolana, po uda — każdy krok był walką, woda ciągnęła, fale pchały z powrotem na brzeg, grunt wymykał się spod stóp.
„Trzymaj się!” — krzyknął, choć wiedział, że mężczyzna go nie słyszy, bo był już pod wodą, bo tylko czubek głowy sterczał jeszcze nad powierzchnią, a potem i to zniknęło.
Erwin rzucił się do przodu, zanurzył, otworzył oczy w słonej wodzie, która paliła, która była zbyt ciemna, żeby cokolwiek zobaczyć. Macał rękami, sięgał w dół, w głębinę, dotykając tylko wody, wodorostów, niczego…
I wtedy palce trafiły na coś twardego. Materiał. Ramię.
Złapał, szarpnął w górę, wyciągnął głowę nad powierzchnię, łapiąc powietrze. Mężczyzna był ciężki, bezwładny, martwy ciężar w jego ramionach. Erwin objął go pod pachy, zaczął ciągnąć w stronę brzegu, kopiąc nogami, walcząc z falami, z prądem, z oceanem, który zdawał się nie chcieć oddać zdobyczy.
Trzy metry. Pięć. Osiem.
Stopy dotknęły dna. Kamienie, ostre, boleśnie wbijające się w podeszwy. Nie ważne. Ciągnął dalej, brnął przez wodę sięgającą do kolan, potem do kostek, aż w końcu był na piasku, mokrym, ciężkim, ale solidnym.
Położył mężczyznę na plecach, klęknął obok.
Twarz blada. Usta sine. Oczy zamknięte. Nie oddychał.
„Nie, nie, nie” — Erwin pochylił się, sprawdził puls. Słaby. Ledwo wyczuwalny. Ale był.
Zaczął resuscytację — ręce złożone na mostku, uciskanie, raz, dwa, trzy, cztery, pięć… Piętnastym razem mięśnie ramion paliły, ale kontynuował. Trzydzieści uciśnięć, pochylenie, oddech ratowniczy…
Mężczyzna zakaszlał.
Woda trysnęła z ust — słona, ciemna, z czymś gęstszym, czymś, co wyglądało jak… glony? Kaszlał dalej, gwałtownie, ciało wygięte w łuk, oczy szeroko otwarte, ale niewidzące.
„Spokojnie, spokojnie, już dobrze” — Erwin przytrzymał go za ramię, przekręcił na bok, żeby nie zadławił się. — „Ratownik, wszystko dobrze, jesteś bezpieczny.”
Mężczyzna patrzył na niego — ale nie na niego. Przez niego. Oczy szeroko otwarte, przerażone, widzące coś, czego Erwin nie widział.
„Ona…” — wychrypiał. — „Ona… brała…”
„Kto? Kto był w wodzie z tobą?”
Mężczyzna trząsł głową, łzy mieszające się z wodą oceaniczną na policzkach.
„Nie.… nie wiem. Myślałem… myślałem, że ratuje. Ale ona… ona brała. Z gardła. Z ust. Piła… coś… wyciągała…”
Oddech zaczął mu się rwać, panika wracała.
„Spokojnie. Straż przybrzeżna już jedzie. Będziesz dobrze.”
Ale kiedy Erwin mówił te słowa, kiedy sięgał po telefon, który zostawił na piasku, kiedy wybierał numer — wiedział.
Wiedział, że kłamie.
Bo mężczyzna miał ślady na szyi. Czerwone, okrągłe, jak oparzeń. Ale nie od gorąca. Od zimna.
I coś jeszcze.
Na jego ramieniu, tam, gdzie ona go trzymała — mokry ślad. Nie woda. Coś gęstszego. Śluzowatego. Pachniało oceanem, ale też czymś innym. Czymś starym.
Erwin spojrzał na wodę. Spokojna teraz, fale leniwie lizały brzeg. Żadnej sylwetki. Żadnego ruchu.
Ale wiedział, że ona tam jest. Gdzieś. Patrzy.
I kiedy przyszła straż przybrzeżna, kiedy przyjechała karetka, kiedy zabrali mężczyznę i Erwin został sam — wrócił do kręgu kamieni.
I zobaczył, że jeden został przestawiony. Dziura nie skierowana na ocean. Skierowana na ślady na piasku, które wiedzione tam, gdzie ciągnął mężczyznę na brzeg.
Jakby ktoś chciał zobaczyć.
Jakby ktoś patrzył przez kamień.
Erwin poprawił go z powrotem. Ręce drżące, ale ruch pewny.
I kiedy odwrócił się, żeby odejść, usłyszał to.
Szept. Cichy, ledwo słyszalny.
„Erwin…”
Odwrócił się gwałtownie. Plaża pusta. Ocean milczał.
Ale w uszach, w głowie, w miejscu, gdzie serce waliło za mocno, za szybko — wiedział.
Ona go zawołała.
I coś w tym głosie brzmiało znajomo.
Za bardzo znajomo.
Podrozdział 2.4: Pochłonięcie
Mężczyzna zniknął.
Jeden moment walczył — Erwin widział to wyraźnie z krawędzi klifu: ręce szarpiące wodę, głowa zadarty do góry, usta otwarte w krzyku, którego dźwięk docierał tu stłumiony, ale wciąż pełen desperacji. Nogi kopiące w wodzie, ciało wygięte w łuk, każdy mięsień napięty w ostatecznym wysiłku przetrwania.
Następny moment — po prostu zniknął.
Nie było powolnego tonięcia. Nie było stopniowego opadania pod powierzchnię, nie było ostatniego muśnięcia ramion, ostatniego błysku dłoni wyciągniętej nad wodę w niemym błaganiu. Nie było walki, nie było oporu.
Po prostu — żłop — i go nie było.
Jakby ocean otworzył usta i połknął go w jednym ruchu. Jakby woda nie była płynem, ale czymś żywym, czymś z gardłem, z pragnieniem, z wolą.
Erwin zamarł na krawędzi klifu, telefon zaciśnięty w dłoni — ekran świecił, numer alarmowy wybrany w połowie, palec zawieszony nad zielonym przyciskiem połączenia. Ale nie mógł nacisnąć. Nie mógł się ruszyć.
Patrzył.
Woda, gdzie sekundę wcześniej był mężczyzna — walczący, krzyczący, żywy — była teraz spokojna. Gładka. Fale leniwe, obojętne, kołysały się w tym samym rytmie co wcześniej. Thum-thum. Thum-thum. Oddech oceanu, niezakłócony, niewzruszony.
Jakby nic się nie stało.
Jakby człowiek nigdy tam nie był.
„Co do…” — Erwin nie dokończył zdania. Głos uwiązł w gardle, słowa rozsypały się na nieartykułowane dźwięki.
Patrzył na wodę, czekając. Na coś. Na cokolwiek. Na wynurzenie się głowy, na pojawienie się ręki, na pęcherzyki powietrza wskazujące miejsce, gdzie tonący walczy o ostatnie sekundy życia.
Nic.
Tylko ocean. Ciemny, spokojny, pulsujący.
Erwin opuścił telefon. Ręka opadła wzdłuż ciała, bezwładna, palce rozluźniły uścisk, ale nie upuścił urządzenia — trzymał je odruchowo, kurczowo, bo to był jedyny konkretny przedmiot w świecie, który właśnie przestał mieć sens.
Powinien zadzwonić. Natychmiast. Straż przybrzeżna, karetka, policja. Człowiek zniknął w wodzie. To priorytet jeden. Procedura jest jasna.
Ale coś go powstrzymywało.
Nie strach. Nie szok. Coś głębszego. Starszego. Instynkt, który mówił: Jeśli zadzwonisz, jeśli się ujawnisz, jeśli dasz znać, że widziałeś — stanie się coś gorszego.
Wziął głęboki oddech. Zimne powietrze wypełniło płuca, ostre, słone, z nutką gnicia. Wydech. Mgła unosiła się przed twarzą, szara, gęsta.
Licz. Policjanci liczą w sytuacjach krytycznych. Daje to kontrolę. Perspektywę. Czas.
Jeden. Dwa. Trzy…
Przy dziesięciu człowiek bez powietrza zaczyna panikować.
...cztery, pięć, sześć…
Przy dwudziestu tracą przytomność.
...siedem, osiem, dziewięć…
Przy trzydziestu mózg zaczyna umierać.
...dziesięć.
Woda wciąż spokojna.
…piętnaście.
Żadnego ruchu.
…dwadzieścia.
Erwin zacisnął szczękę. Mięśnie twarzy napięły się boleśnie.
…dwadzieścia pięć.
Za późno. Nawet jeśli nurkowie przyjadą teraz, będzie za późno. Trzy minuty bez tlenu — uszkodzenie mózgu. Pięć minut — śmierć.
...trzydzieści.
Cisza.
Tylko wiatr. Tylko szum fal. Tylko rytm. Thum-thum. Thum-thum.
Erwin opuścił wzrok na telefon w dłoni. Ekran wciąż świecił. Numer alarmowy wyświetlony, czekający. Wszystko, co musiał zrobić, to nacisnąć zielony przycisk.
Ale co powie?
„Widziałem człowieka tonącego. Kobieta w wodzie go… co? Oplatała? Ciągnęła w dół? A potem zniknął jak połknięty przez ocean, a woda zachowuje się jakby oddychała?”
Pomyślą, że zwariował. Albo że jest pijany. Albo że wymyśla historie, bo przeżywa kolejną rocznicę zniknięcia żony.
Marina.
Myśl o niej uderzyła go niespodziewanie, ostro, boleśnie. Przypomniał sobie tamtą noc — sztorm, płaszcz na piasku, jego własny głos krzyczący jej imię w pustkę. Przypomniał sobie, jak stał w wodzie po pierś, szukając jej, wołając, aż koledzy musieli go wyciągnąć siłą.
Przypomniał sobie jej ostatnie słowa w jego głowie: „Przepraszam.”
Czy ona też została połknięta tak? W jednej chwili, bez śladu, bez ciała?
Czy ocean ją wciągnął tak samo, jak wciągnął tego mężczyznę?
Wzrok wrócił do wody. Automatycznie. Jakby przyciągany magnetyzmem, niemożliwy do opanowania.
I wtedy…
Ona wynurzyła się.
Powoli. Tak powoli, że przez pierwsze dwie sekundy Erwin nie był pewien, czy widzi ruch, czy to tylko gra światła na falach, złudzenie optyczne stworzone przez zmęczony umysł.
Ale nie. To był ruch. Celowy. Kontrolowany.
Głowa najpierw.
Ciemna, mokra, wyłaniająca się z wody jak księżyc wschodzący zza horyzontu. Bez plusku, bez rozprysku wody, bez gwałtownego wybuchu na powierzchnię jak u kogoś łapiącego powietrze po długim nurkowaniu. Po prostu pojawiła się. Płynnie. Jakby woda sama ją wypchnęła, jakby ocean zdecydował się oddać część siebie i nadać jej kształt.
Włosy — długie, ciemne, mokre — przylgnęły do czaszki jak druga skóra, spływały po ramionach w gładkich smugach. Nie falowały, nie kłębiły się w wodzie jak powinny. Po prostu były, nieruchome, jakby zaklejone do ciała.
Potem ramiona.
Wąskie, blade, wyłaniające się z wody bez wysiłku. Nie wypychały się, nie wiosłowały — po prostu uniosły się, jakby ciało było nieważkie, jakby grawitacja przestała działać.
Piersi. Talia. Biodra.
Stawała.
Stała w wodzie — stała, mimo że woda była za głęboka, żeby stać. Erwin wiedział to — znał tę zatokę, znał głębokość. Tam, gdzie był mężczyzna, gdzie teraz była ona, woda sięgała co najmniej trzech metrów. Może więcej. Niemożliwe było stać, nie móc stać bez dotykania dna.
Ale ona stała.
Woda sięgała jej do pasa. Nieruchoma. Nie poruszała ramionami, żeby utrzymać równowagę. Nie kopała nogami pod powierzchnią. Nie falowała na falach.
Po prostu stała, jakby woda była dla niej podłogą, jakby była częścią oceanu, którą tylko czasowo wymodelowano na kształt człowieka.
I patrzyła.
W górę.
Prosto na niego.
Erwin poczuł, jak świat się zwęża. Wszystkie dźwięki — wiatr, fale, krzyk mew gdzieś daleko — zniknęły, zastąpione ciszą. Nie absolutną ciszą, ale ciszą w głowie, w miejscu, gdzie myśli powinny być, gdzie racjonalizacja powinna działać.
Odległość była za duża, żeby zobaczyć twarz wyraźnie. Trzydzieści metrów pionowo, może piętnaście poziomo. Za daleko dla szczegółów. Za ciemno dla konturów.
Ale widział oczy.
Jasne. Błyszczące w mroku jak oczy zwierzęcia w świetle reflektorów. Nie ludzkie. Zbyt jasne. Zbyt intensywne.
Szare.
Boże, nie…
Marina miała szare oczy. Dokładnie takie. Jasne, przezroczyste, jakby wydrążone ze srebra, jakby nie należały do żywego organizmu, tylko do posągu, do lalki, do czegoś, co tylko udawało człowieka.
To nie ona. To nie może być ona. Ona zginęła trzy lata temu. Nie było ciała, ale zginęła. Ludzie nie wracają.
Ale ten kształt w wodzie — ta postać stojąca tam, gdzie nikt nie powinien stać, patrząca na niego z niemożliwej odległości — coś w niej było znajome.
Proporcje ciała. Długość włosów. Sposób, w jaki trzymała głowę — lekko przechyloną, jak ktoś słuchający odległej muzyki.
Marina robiła to. Kiedy czytała poezję, kiedy słuchała oceanu przez okno, kiedy patrzyła na Hag Stones ułożone na parapecie.
Erwin zrobił krok do przodu — noga automatycznie, ciało działające bez zgody umysłu. Zatrzymał się na samej krawędzi, kamienie osypywały się pod stopą, spadały w dół, odbijały się od ściany klifu, znikały w ciemności.
„Marina?” — wyszeptał. Głos słaby, niepewny, proszący.
Postać w wodzie nie odpowiedziała. Nie poruszyła się. Ale coś się zmieniło. W powietrzu, w świetle, w samym sposobie, w jaki przestrzeń między nimi wibrował.
Jakby usłyszała.
Jakby wiedziała, że powiedział jej imię.
A potem — powoli, bardzo powoli — uniosła rękę.
Wyciągnęła ją w górę. W jego stronę. Dłoń otwarta, palce rozpostarte. Nie machała, nie wzywała. Po prostu trzymała rękę wyciągniętą, jakby czekając, aż on sięgnie, aż zejdzie, aż przybliży się.
Zaproszenie.
Albo ostrzeżenie.
Erwin patrzył na tę rękę — bladą, mokrą, nienaturalnie długą — i każda komórka jego ciała krzyczała sprzeczne rozkazy.
To ona. Musisz zejść. Musisz sprawdzić. Przez trzy lata szukałeś, a teraz jest tutaj, czeka.
To nie ona. To coś innego. Coś, co nosi jej kształt. Jeśli zejdziesz, zginiesz tak jak ten mężczyzna.
Stał sparaliżowany niezdecydowaniem, serce walące, oddech płytki.
A potem postać opuściła rękę.
Powoli, płynnie, bez pośpiechu. I zaczęła się zanurzać.
Nie nurkowała. Nie schylała głowy, nie zginała kolan, nie wypychała się w dół. Po prostu opadała. Jakby woda wessała ją z powrotem, jakby ocean zdecydował, że przedstawienie dobiegło końca.
Talia zniknęła pod powierzchnią. Piersi. Ramiona. Szyja.
Twarz.
Ostatnia rzecz, którą Erwin zobaczył przed zniknięciem, były oczy. Wciąż otwarte. Wciąż patrzące na niego.
Szare. Smutne. Znajome.
A potem — nic.
Woda spokojna. Pusta. Jakby nigdy nikogo tam nie było.
Erwin stał na krawędzi klifu przez długą minutę. Może dłużej. Czas przestał mieć znaczenie. Oddech powracał do normy, serce zwalniało, mięśnie rozluźniały się.
Ale w głowie — w miejscu, gdzie pamięć mieszka obok strachu — wiedział.
Wiedział, że to nie było złudzenie. Nie halucynacja. Nie paranoja.
Coś — ktoś — był tam. W wodzie.
I zabrało mężczyznę.
I nosiło twarz Mariny.
Spojrzał w dół na telefon w dłoni. Ekran zgasł. Zablokowany. Numer alarmowy zniknął.
Czy powinien zadzwonić? Co powie? Że widział topielca? Że jego martwa żona stoi w oceanie i zjada ludzi?
Zamknął oczy. Weź się w garść. Jesteś policjantem. Są fakty. Procedury. Logika.
Fakt: Mężczyzna był w wodzie.
Fakt: Mężczyzna zniknął.
Fakt: Ciała nie ma.
To wystarczy. Zgłoszenie zaginięcia w wodzie. Straż przybrzeżna przeszuka zatokę. Znajdą coś albo nie.
A co widział, poza tym — postać w wodzie, oczy, rękę — nie musi być w raporcie.
Nie teraz.
Nie zanim nie będzie pewien.
Odwrócił się od krawędzi. Ruszył w stronę samochodu zaparkowanego przy drodze. Nogi sztywne, plecy wyprostowane, twarz kamienna.
Ale kiedy dotarł do auta, kiedy otworzył drzwi, kiedy usiadł za kierownicą — ręce drżały tak mocno, że nie mógł włożyć klucza do stacyjki przez pięć prób.
A w głowie, w ciszy, w miejscu, gdzie nie da się uciszyć myśli, słyszał szept.
Jej szept.
„Erwin…”
Tak samo jak tamtej nocy, kiedy ją stracił.
Tak samo jak w snach, które nawiedzały go przez trzy lata.
Ale tym razem był pewien, że nie śni.
Ocean miał jej głos i znam jego imię. Miał tylko nadzieję, że już nie zawoła.
Podrozdział 2.5: Pierwsze rozpoznanie
Erwin powinien patrzeć na miejsce, gdzie zniknął mężczyzna. Powinien wpatrywać się w ciemną wodę, szukać pęcherzyków powietrza, śladu, dowodu, że człowiek wciąż tam jest, wciąż walczy, wciąż ma szansę.
Powinien dzwonić. Telefon był w dłoni, ciepły od dotyku, ekran wciąż świecił blade światło. Wszystko, co musiał zrobić, to nacisnąć zielony przycisk. Straż przybrzeżna. Karetka. Helikopter. Procedura była jasna, wyuczona, automatyczna.
Powinien krzyczeć. Wołać o pomoc. Zbiec z klifu na plażę, wpaść do wody, próbować ratować, choć wiedział, że to byłoby samobójstwo, że prądy tutaj były zdradliwe, że temperatura wody o tej porze roku zabiła już troje ludzi w ciągu ostatnich dwóch lat.
Cokolwiek.
Ale nie mógł.
Nie mógł oderwać wzroku od niej.
Od tej rzeczy w wodzie.
Stała tam wciąż — nieruchoma, jakby odlana z posągu, jakby była częścią oceanu, która zdecydowała się przybrać kształt na moment, zanim wróci do płynnej formy. Woda sięgała jej do pasa, ciemna i czarna wokół bladej skóry, tworząc kontrast tak ostry, że bolał w oczach.
Odległość — dwadzieścia metrów w dół, może dwadzieścia w bok, może więcej przy tej perspektywie — powinna utrudniać widzenie szczegółów. Powinna zamazywać linie, ukrywać cechy, redukować postać do niewyraźnej sylwetki.
Ale Erwin widział.
Wszystko.
Każdą linię. Każdy kształt. Każde poruszenie.
Jakby księżyc, który wciąż krył się za chmurami, świecił tylko na nią. Jakby światło miało źródło nie z nieba, ale z samej wody, z samej postaci, jakby ona emitowała własną poświatę.
Skóra była bladoniebieska — nie zdrowa bladość, nie naturalny odcień, ale kolor trupa, kolor kogoś, kto spędził zbyt długo w lodowatej wodzie, kto stracił ciepło, życie, człowieczeństwo. Ale jednocześnie świeciła. Delikatnie. Jak fosforyzujące organizmy w głębokim oceanie. Jak grzyby rosnące w ciemnych jaskiniach. Jak coś żywego, ale nie takiego życia, jakie Erwin znał.
Włosy były ciemne — mokre, długie, opadające na ramiona i piersi w ciężkich smugach, które przylgnęły do skóry jak wodorosty przyklejone do skał przez odpływ. Nie falowały na wietrze, choć wiatr wciąż wiał od oceanu, zimny i ostry. Nie kołysały się na falach, choć woda poruszała się wokół niej w rytmie oddechu. Po prostu wisiały, nieruchome, jakby to nie były włosy, ale część ciała, przedłużenie, organ.
Ciało było smukłe, kobiece, z wdziękiem, który wydawał się… niewłaściwy. Zbyt płynny. Zbyt idealny. Proporcje były właściwe — ramiona, talia, biodra — ale sposób, w jaki się poruszała, sposób, w jaki stała, miał coś z lalki, z manekinów, z rzeczy stworzonej, żeby wyglądać jak człowiek, ale nigdy nim nie być.
I oczy.
Świeciły. Czerwoną poświata, słaba, ale wyraźna, jak odbicie światła w oczach kota złapanego w reflektorach samochodu. Jak oczy wilka w lesie nocą. Jak oczy drapieżnika, który przestał udawać, że nie jest drapieżnikiem.
Erwin poczuł, jak żołądek skręca się w węzeł. Kolana osłabły. Musiał zrobić krok w tył, żeby nie upaść, żeby nie stracić równowagi na krawędzi, która nagle wydawała się zbyt blisko, zbyt niepewna.
To nie jest człowiek. To coś innego. Coś, co wygląda jak człowiek, ale nie jest. Nie może być.
Ale potem — przez ułamek sekundy, jeden przeklęty, niemożliwy ułamek sekundy — księżyc wynurzył się zza chmury.
Światło spadło na zatokę jak kurtyna podniesiona na scenie. Srebrne, zimne, ale mocne. Oświetliło ocean, klif, postać w wodzie.
I Erwin zobaczył twarz.
Nie sylwetkę. Nie zarys. Twarz. Wyraźną, szczegółową, jakby stała metr od niego, a nie dwadzieścia.
Linię żuchwy — delikatną, kobiecą, trójkątną. Sposób, w jaki włosy przyklejały się do policzków, zostawiając smugi wody spływające po skórze. Kształt nosa — mały, lekko zadarty na końcu. Usta — pełne, lekko rozwarte, jakby przyłapana na wdechu.
Marina.
To była Marina.
Jego Marina.
Żona, która zginęła trzy lata temu.
Kobieta, którą znalazł na plaży cztery lata temu.
Kobieta, którą kochał, którą poślubił, którą stracił.
Nie. Nie, nie, nie…
„To niemożliwe” — wyszeptał na głos, głos chropowaty, łamiący się. — „To niemożliwe. To nie jest… to nie może być…”
Ale wiedział. Wiedział w sposób, który wykraczał poza logikę, poza racjonalizację. Wiedział każdą komórką ciała, każdym wspomnieniem wypalonym w mózgu.
Każdy szczegół jej twarzy był tam — w jego głowie, w sercu, w miejscu, gdzie nosił ją przez trzy lata samotności. Cztery lata razem — rok znajomości, kiedy uczył się jej uśmiechu, jej sposobu patrzenia w dal, jej milczenia pełnego smutku. Rok małżeństwa, kiedy budził się obok niej każdego ranka i wciąż nie mógł uwierzyć, że jest prawdziwa. I dwa lata, w których wiedział, że coś jej ucieka — że patrzy przez okno zbyt długo, że kamienie układa inaczej, że przeprasza go wzrokiem za coś, czego nie potrafiła nazwać. Dwa lata, w których bał się zapytać, bo bał się odpowiedzi. Trzy lata po jej zniknięciu, kiedy widział ją w każdym śnie, w każdej kobiecie na ulicy, w każdym odbiciu w lustrze, które przez ułamek sekundy wyglądało znajomo.
Znał tę twarz lepiej niż własną.
To była ona.
I wtedy zobaczył coś jeszcze.
Podwójną twarz.
Nie halucynację. Nie złudzenie optyczne. Nie efekt światła i cienia. Ale rzeczywistą podwójność — dwie twarze nałożone na siebie, istniejące w tym samym czasie, w tej samej przestrzeni, okupujące to samo ciało.
Jedną: Marina.
Jego Marina. Ludzka Marina. Ta, którą znalazł na plaży, którą uratował, którą pokochał. Twarz miękka, ciepła, pełna życia, choć zawsze z nutką smutku, jakby coś w niej pamiętało miejsce, którego nie mogła nazwać. Oczy szare, ale ludzkie — patrzyły na niego teraz z tym samym wyrazem, który widział setki razy. Smutek. Przepraszający ból. Bezsilność.
„Kocham cię, ale nie mogę zostać. Nie mogę walczyć. To silniejsze niż ja.”
Drugą: Syrena.
Drapieżnik. Potwór. Coś starego, coś, co nigdy nie było ludzkie, co tylko uczyło się być ludzkim, udawało to przez czas, zanim maska spadła. Oczy świecące czerwienią, jasne jak węgielki, zimne jak lód. Usta lekko rozwarte, ukazujące zęby — zbyt ostre, zbyt białe, zbyt liczne. Skóra lśniąca tym nieziemskim blaskiem, włosy unoszące się wokół głowy jak macki, jak żywe węże.
„Jestem głodna. Jestem wolna. Jestem tym, czym zawsze byłam.”
Dwie dusze w jednym ciele.
Walczące o dominację.
Jedna próbująca trzymać się człowieczeństwa, druga ciągnąca z powrotem do głębin.
Jedna kochająca go, druga… Co? Polująca na niego? Chroniąca przed nim? Potrzebująca go?
Erwin nie wiedział. Nie potrafił powiedzieć.
Ale widział obie. Jednocześnie. I wiedział, że to nie była iluzja.
To była prawda. Cała, straszliwa prawda, przed którą uciekał przez trzy lata.
Marina nigdy nie była tylko Mariną.
Od początku. Od momentu, kiedy znalazł ją na plaży. Od pierwszego spojrzenia w szpitalu. Od pierwszej nocy, kiedy powiedziała dziwne rzeczy o oceanie, o granicach, o duszach.
Zawsze była czymś więcej. Albo czymś mniej.
Chwila minęła.
Księżyc schował się za chmurą. Światło zgasło. Postać w wodzie znowu stała się sylwetką — ciemną, niewyraźną, straszną w swojej nienaturalności.
Została tylko twarz drapieżnika. Oczy świecące czerwienią. Usta lekko wykrzywione — czy to uśmiech? Czy groźba?
Ale Erwin wiedział, co widział.
Wiedział, że druga twarz wciąż tam była. Pod spodem. W środku. Uwięziona.
Marina była tam. Gdzieś. W tym ciele, w tym potworze, w tej istocie.
Żyła.
„Marina…” — wyszeptał, głos tak cichy, że ledwo usłyszał go sam.
Ale wiatr zabrał dźwięk, poniósł go w dół klifu, nad wodę, do niej.
Ona słyszała.
Erwin wiedział to, zanim jeszcze zareagowała. Wiedział po sposobie, w jaki ciało — jej ciało, jego ciało, to przeklęte ciało — nagle zastygło. Zupełnie. Jakby każdy mięsień zamarł, jakby czas zatrzymał się na jedno bicie serca.
Głowa przechyliła się lekko — ruch powolny, kontrolowany, jak ptak nasłuchujący odległego dźwięku. W lewo. Delikatnie. Jakby próbowała usłyszeć lepiej, jakby jego głos był czymś rzadkim, czymś cennym, czymś, co musi zapamiętać.
A potem — szybko, zbyt szybko, szybciej niż cokolwiek naturalnego — odwróciła się.
Nie powoli. Niestopniowo. Jeden moment patrzyła na niego. Następny moment była tyłem. Bez fazy przejściowej, bez procesu. Jak cięcie w filmie.
I zanurzyła się z powrotem w wodzie.
Bez plusku. Bez fali. Bez riposta dźwięku, który powinien towarzyszyć ciału wchodzącemu w wodę.
Po prostu zniknęła.
Najpierw głowa — skulona, włosy zsuwające się w wodę jak czarna zasłona. Potem ramiona. Tors. Biodra.
A potem nic.
Powierzchnia oceanu gładka, jakby nigdy nikogo tam nie było.
Erwin stał na krawędzi klifu przez długą chwilę. Nie licząc sekund. Nie licząc oddechów. Po prostu stał, ciało sztywne, zimne, drżące nie od wiatru.
Serce waliło mu w piersi jak młot na kowadle — głośno, boleśnie, chaotycznie. Tak szybko, że bał się, że za moment pęknie, że zatrzyma się, że on padnie tutaj martwy na kamiennej krawędzi.
Oddech rwany, płytki, nie dostarczający wystarczająco dużo tlenu. Świat wirował lekko na krawędziach wzroku. Nogi jak z waty, ledwo trzymające.
Łzy piekły w oczach — nie zauważył, kiedy się pojawiły, ale były tam, gorące, rozmazujące widok, spływające po policzkach zostawiając zimne smugi, które wiatr natychmiast wysuszał.
„To niemożliwe” — powiedział na głos, bo musiał usłyszeć to w rzeczywistości, nie tylko w głowie. — „To flashback. Zmęczenie. Stres. Rocznica zbliża się, więc mózg tworzy obrazy, projekcje, desperackie próby —”
Ale głos załamał się. Słowa rozpadły na bezradne dźwięki.
Nie wierzył w to, co mówił.
Nie mógł.
Bo to nie było złudzenie. To nie była halucynacja. To nie była projekcja ani fantazja, ani sen na jawie.
To była ona.
Marina.
Jego żona. Jego kochana. Jego stracona.
Żywa.
Ale też… coś innego. Coś przerażającego. Coś, co zabrało mężczyznę w głębinę i nigdy go nie wypuściło.
Erwin nie wiedział, co czuł w tym momencie.
Ulgę? Że żyje. Że nie utonęła. Że te trzy lata żałoby, pustki, samotności może nie były końcem, może można coś odzyskać, może…
Czy przerażenie? Że kobieta, którą kochał, z którą spał, którą trzymał w ramionach, którą całował każdego ranka — nigdy nie była tym, kim myślał. Że spał obok potwora. Że jego miłość była skierowana do czegoś, co tylko udawało człowieka.
Czy smutek? Że nawet jeśli żyje, nawet jeśli jest tam gdzieś, nie może do niej dotrzeć. Bo jest po drugiej stronie granicy. W oceanie. W miejscu, gdzie ludzie giną.
Czy wściekłość? Że przez trzy lata myślał, że nie żyje, płakał nad pustym grobem, budził się krzycząc w nocy — a ona była tutaj cały czas. W wodzie. Patrząc. Czekając.
Wszystko naraz.
I nic.
Pustka wielkości oceanu.
Obrócił się powoli, nogi ciężkie, świat wciąż lekko wirujący. Ruszył w stronę samochodu, jeden krok, drugi, trzeci — mechaniczne ruchy, automatyczne, bez myśli.
Telefon wciąż w ręce. Ekran zgasł. Nie zadzwonił. Nie zgłosił. Mężczyzna zaginął bez śladu, a jedyny świadek… co? Stał i patrzył jak jego martwa żona zabija kogoś?
Nie. Nie może tego zgłosić. Nie teraz. Może nigdy.
Wsiadł do samochodu. Zamknął drzwi. Cisza.
Położył czoło na kierownicy. Zimna, twarda, rzeczywista.
I pozwolił sobie płakać.
Po raz pierwszy od trzech lat — płakać naprawdę. Nie cicho, nie w ukryciu. Głośno. Szlochając. Jak zwierzę. Jak dziecko.
Bo znalazł ją.
I stracił ją znowu.
W tym samym momencie.
Podrozdział 2.6: Początek pościgu
Plusk uderzenie o wodę niczym huk gromu. Za nim niemal czuł bryzg wody blisko. Mokry, ciężki dźwięk — jak coś dużego, wilgotnego, wychodząco z wody. Jak stopa stawiająca ciężar na mokrym piasku, wyciągająca się z oceanu po długim nurkowaniu. Jak ciało przeciskające się przez powierzchnię między dwoma żywiołami.
Ale to nie miało sensu.
Za nim nie było wody. Erwin stał na krawędzi klifu, piętnaście metrów od krawędzi. Za nim była ziemia — twarda, sucha, stabilna ziemia. Ścieżka turystyczna z ubita gliną i kamieniami. Las zaczynający się trzydzieści metrów dalej, sosnowy, pachnący żywicą i igliwiem.
Nie było oceanu za nim. Ocean był przed nim. W dole. W miejscu, gdzie być powinien.
„Niemożliwe” — wyszeptał, głos tak cichy, że prawie niesłyszalny.
Ale dźwięk był tam. Wyraźny. Realny. Nie w głowie — na zewnątrz, w świecie, w przestrzeni za jego plecami.
Erwin odwrócił się powoli.
Każdy mięsień napięty, gotowy do ucieczki albo walki — nie wiedział jeszcze do czego. Dłonie zaciśnięte w pięści. Oddech wstrzymany. Oczy rozszerzone, przystosowujące się do ciemności.
Nie było nikogo.
Ścieżka turystyczna rozciągała się przed nim — wąska, błotnista w miejscach, gdzie deszcz ostatnio padał. Kamień graniczny po prawej — szary głaz wielkości człowieka, oznaczony numerem: 47. Kilka drzew na skraju lasu — wysokie sosny, ciemne na tle nieco jaśniejszego nieba. Krzaki. Trawa. Nic więcej.
Pusto.
Ale…
Ziemia była mokra.
Erwin zamarł, wpatrując się w miejsce trzy metry przed sobą.
Nie wilgotna. Nie zaroszona od mgły czy porannej rosy. Mokra. Kałuża wody — świeża, błyszcząca w słabym świetle księżyca przebijającego się przez chmury — tam, gdzie przed chwilą, kiedy szedł tędy do krawędzi klifu, było sucho. Był tu dziesięć minut temu. Pamięta. Ziemia była sucha.
A teraz kałuża wielkości talerza. Może większa. Woda ciemna, gęsta, nieprzezroczysta.
I ślad.
Erwin poczuł, jak włoski na karku stają pionowo.
Mokry ślad stopy. Jeden. Wyraźny. Odciśnięty w błocie na krawędzi kałuży.
Boso.
Kobieca — wąska, smukła, z wyraźnym łukiem stopy, palcami delikatnymi, krótkimi. Niewielka. Może rozmiar trzydzieści sześć? Trzydzieści siedem?
Ale zbyt idealnie ukształtowana. Zbyt symetryczna. Zbyt… doskonała. Ludzkie stopy miały defekty — palce różnej długości, modzele, nierówności. Ten ślad był jak z podręcznika anatomii. Jak odlew gipsowy. Jak szablon.
I prowadził w las.
Dalej. Drugi ślad. Trzeci. Czwarty. Ciąg mokrych odcisków, wiodących w ciemność między drzewami, znikających w mroku, gdzie światło nie docierało.
Serce Erwina zabiło raz — głośno, boleśnie, jakby pięść uderzyła w klatkę piersiową od środka. Potem drugie. Szybciej. I kolejne, jeszcze szybciej. Rytm przyspieszał, puls narastał, adrenalinę zaczęła się pompować przez żyły.
Biegnij.
Myśl przyszła jasno, wyraźnie, rozkazującym tonem. Nie z części mózgu odpowiedzialnej za rozumowanie. Z głębszej części. Starszej. Prymitywnej.
Biegnij do samochodu. Zamknij się w środku. Zamknij drzwi. Przekręć klucz. Jedź. Jedź teraz, jedź szybko. Do miasta. Do ludzi. Do świateł. Do bezpieczeństwa.
Erwin zrobił krok w stronę parkingu — tam, gdzie zostawił samochód, sto metrów stąd, może sto dwadzieścia, przy barierze ochronnej.
I wtedy usłyszał kroki.
Nie.
Nie kroki. Nie w tradycyjnym sensie. Nie dźwięk obuwia stukającego o ziemię, nieszuranie stóp po ścieżce, nie łamanie gałązek pod ciężarem ciała.
Coś, co mogło być krokami, gdyby ktoś bardzo starał się naśladować kroczenie. Gdyby ktoś, kto nigdy nie chodził, uczył się tego od niedawna, próbował przypomnieć sobie mechanikę, replikował ruch bez zrozumienia.
Zbyt płynne. Zbyt rytmiczne. Bez wahania, bez nierówności tempa. Plusk, stęk, plusk, stęk — jak ktoś chodzący w wodzie po kostki, nie po twardej ziemi. Jak stopy wciąż mokre, ociekające, zostawiające wilgoć na suchym podłożu.
Za drzewami.
Erwin odwrócił się w tamtą stronę, szukając wzrokiem źródła dźwięku. Ciemność między sosnami była gęsta, nieprzenikniona. Ale coś się tam poruszało — cień w cieniach, kształt bez wyraźnych granic, płynący między pniami.
Idąca za nim?
Nie.
Idąca wokół niego.
Erwin zorientował się nagle, z lodem w żołądku, z drżeniem w dłoniach. To nie był przypadkowy spacer. To nie było ciekawe stworzenie obserwujące nieznajomego.
To była taktyka. To było klasyczne oflankowanie. Wojskowy termin. Otaczanie wroga z boku, odcinanie dróg ucieczki, zmuszanie do ruchu w określonym kierunku.
Polowanie.
„Kurwa” — wyszeptał. — „Kurwa, kurwa, kurwa —”
Nie dokończył. Ruszył.
Szybkim krokiem. Nie bieg — jeszcze nie. Ludzie biegną, kiedy są prześladowani. Kiedy wiedzą, że coś za nimi goni. On nie był prześladowany.
Prawda?
Prawda?
Ścieżka ciągnęła się przed nim — prosta, dzięki Bogu prosta na tym odcinku, bez zakrętów, bez przeszkód. Widział zarys parkingu daleko — blade światło latarni oświetlało barierę ochronną, jego samochód stał tam, gdzie go zostawił, samotny, czekający.
Sto metrów. Może mniej. Minutę marszu. Trzydzieści sekund biegu.
Plusk.
Bliżej teraz. Z lewej. Nie za nim — z boku. Tuż za linią drzew biegnącą równolegle do ścieżki.
Erwin przyspieszył. Szybki marsz. Prawie bieg. Serce waliło tak mocno, że czuł puls w skroniach, w gardle, w palcach.
Plusk. Natrętne kapanie wody. Słyszalne zewsząd.
Z prawej. Jak echo pierwszego, ale w innym rytmie. Przesunięte o pół taktu. Jak dwóch ludzi idących asynchronicznie. Jak dwa serca bijące z różną prędkością.
„Więcej niż jedna” — zdał sobie sprawę, myśl trawiąca jak coś wewnątrz. — „Więcej.”
Dwie. Może trzy. Otaczają mnie. Coraz bliżej. Coraz szybciej.
Przeszedł na bieg.
Nie myślał. Ciało przejęło kontrolę. Nogi kopiąc w ziemię, ręce pompujące rytmicznie, oddech przyspieszony, głośny w ciszy.
Ścieżka błyszczała mokro pod stopami — kiedy to się stało? Była sucha, kiedy tu szedł. Ale teraz była mokra, śliska, błotnista, jakby ktoś rozlał na nią wiadra wody.
Albo jakby ocean podążał za nim.
Plusz-plusz-plusz — z lewej, szybciej teraz, prawie nadążające za jego tempem.
Plusz-plusz-plusz — z prawej, równie szybko, równie blisko.
I coś jeszcze.
Syczenie.
Ciche, ledwo słyszalne pod dudnieniem własnego serca i oddechem palącym w płucach. Ale tam było. Wysokie, ciągłe, jak para uciekająca z kotła. Jak wąż przygotowujący się do ataku. Jak szelest wody spływającej po skałach.
A może… śpiew?
Nie. Nie śpiew. To byłoby zbyt piękne. Zbyt ludzkie.
To było coś pomiędzy. Melodia bez słów. Ton bez emocji. Dźwięk, który wchodził do uszu i nie chciał wyjść, który zaczepiał się o mózg i ciągnął, ciągnął, ciągnął.
„Erwin…”
Jego imię. W tym dźwięku. Zniekształcone, rozwleczone, ale rozpoznawalne.
„Er-r-r-win…”
Nie. Nie patrzeć. Nie słuchać. Biec. Po prostu biec.
Pięćdziesiąt metrów do samochodu.
Plusz-plusz-plusz — z przodu teraz. Coś wyłonił się z ciemności przed nim, sylwetka na ścieżce, ciemniejsza od otoczenia.
Erwin zahamował, buty ześlizgnęły się na mokrym błocie. Zatrzymał się pięć metrów przed postacią.
Kobieta.
Stała na środku ścieżki, nieruchoma, mokra od stóp do głów. Włosy przylepione do ciała, twarz w cieniu, niemożliwa do rozpoznania. Ale kształt ciała — smukły, kobiecy, znajomy.
Marina?
Nie. Nie myśleć tak. Nie ma szansy. Marina była w wodzie. W oceanie. To coś innego. To…
Postać zrobiła krok do przodu. Jeden. Powolny. Stopa pozostawił mokry ślad na ziemi.
A potem druga postać wyszła z lasu po lewej. I trzecia po prawej.
Otoczony.
Erwin obrócił się — spojrzenie szybkie, desperackie, szukające wyjścia. Las po bokach. Klif za nim. Droga przed nim — zablokowana.
Nie ma wyjścia.
Oddech rwany, płytki, niewystarczający. Świat zaczynał wirować na krawędziach wzroku. Hiperwentylacja. Panika.
Nie. Weź się w garść. Jesteś policjantem. Byłeś w niebezpiecznych sytuacjach. To tylko…
Co? Tylko co?
Trzy mokre istoty otaczające go w środku nocy na opustoszałej ścieżce? Istoty, które wyglądały jak kobiety, ale poruszały się jak coś innego?
Istoty, z których jedna miała twarz jego zmarłej żony?
Postać przed nim zrobiła kolejny krok. Światło księżyca padło na jej twarz.
Szare oczy. Blade usta. Mokre włosy.
Marina.
Ale nie. Nie całkiem. Coś było nie tak. Twarz zbyt symetryczna. Oczy zbyt jasne. Uśmiech zbyt szeroki, ukazujący zbyt wiele zębów.
„Marina?” — wyszeptał, głos drżący. — „To ty?”
Ona przechyliła głowę — ruch dziwny, ptasi, nienaturalny.
I otworzyła usta.
Dźwięk, który wydała, nie był słowami. Był… czymś. Wysokim, melodyjnym, hipnotyzującym. Jak śpiew, jak wycie, jak płacz dziecka i ryk zwierzęcia jednocześnie.
Pozostałe dwie postaci dołączyły — ich głosy nałożyły się na pierwszy, harmonizując, tworząc akord, który sprawił, że Erwin musiał zacisnąć dłonie na uszach, żeby nie zwariować.
Zatkaj uszy. Zamknij oczy. Biegnij. Teraz.
Rzucił się w prawo, w stronę lasu, w jedyne miejsce, gdzie nie było postaci. Pędził między drzewami, gałęzie chłostały go w twarz, korzenie łapały za nogi, mokra ziemia ciągnęła buty.
Za sobą słyszał plusk-plusk-plusz — wszystkie trzy, goniące, szybkie, szybsze niż powinny być.
I śpiew. Wciąż śpiew. Coraz głośniejszy. Coraz bliższy.
„Erwin, nie uciekaj. Erwin, chodź do nas. Erwin, pamiętasz? Pamiętasz zimno? Pamiętasz ciszę? Pamiętasz ocean?”
„Nie!” — krzyknął, głos łamiący się. — „Nie, nie, nie —”
I wtedy zobaczył światła.
Droga. Prawdziwa droga, nie ścieżka. Asfalt. Samochód przejeżdżający w oddali.
Cywilizacja. Bezpieczeństwo.
Wypadł z lasu, potknął się, upadł na kolana na asfalcie. Ból ostry, ale nieważny. Odwrócił się, patrząc na drzewa.
Cisza.
Las był pusty. Ciemny. Spokojny. Jakby nigdy nic tam nie było.
Erwin siedział na środku drogi, oddychając ciężko, łzy płynące po policzkach, ręce drżące.
A w oddali — ledwo słyszalne, ale tam — śpiew.
Wołający jego imię.
Podrozdział 2.7: Desperacki bieg
Biegł.
Nie podjął świadomej decyzji. Nie ważył opcji, nie rozważał alternatyw, nie analizował najlepszej trasy ucieczki. Nogi po prostu zaczęły biec — automatycznie, odruchowo, jak zwierzę uciekające przed drapieżnikiem, nie dlatego że chce, ale dlatego że musi, bo każda komórka ciała krzyczy jeden rozkaz: uciekaj, uciekaj, UCIEKAJ.
Ścieżka turystyczna pod stopami — twarda, nierówna, pełna wystających korzeni i luźnych kamieni. Zarośla po bokach — gęste, splątane, pełne ostrych gałęzi wyciągających się jak pazury. Ciemność zamykająca się wokół jak paszcza — gęsta, dusząca, jakby las był żywym organizmem, który zamykał się wokół ofiary.
Latarni żadnych. Żadnego sztucznego światła. Tylko księżyc — blade, zimne światło przesączające się przez gałęzie, rozpraszające się w mgle, tworząc dziwne cienie, które poruszały się tam, gdzie nie powinny.
Oddech Erwina był głośny w ciszy — palący w płucach, ostry w gardle, rwany i chaotyczny. Serce dudniło w uszach, w skroniach, w całym ciele. Każdy krok był uderzeniem bólu — stopy obite w butach, kolana protestujące, mięśnie ud krzyczące.
Ale nie mógł przestać.
Bo słyszał je.
I kroki.
Nie.
Nie kroki w tradycyjnym sensie. Nie tupot butów na ziemi, nie rytmiczny dźwięk biegacza. Ten dźwięk — plusk, ciągnięcie, mokre stękanie, jak coś wilgotnego sunącego po twardej powierzchni — za nim, obok, z przodu?
Nie wiedział. Nie mógł powiedzieć. Akustyka lasu była zwodnicza — dźwięki odbijały się od drzew, wracały echem, otaczały ze wszystkich stron jednocześnie.
Ale wiedział jedno.
Nie były szybkie.
To było najgorsze. Najstraszniejsze. Najbardziej niepokojące.
Nie goniły go. Nie pędziły za nim z maksymalną prędkością, nie próbowały dogonić, złapać, rzucić na ziemię. Szły. Powoli. Miarowo. Spokojnie.
Wiedziały dokładnie, dokąd zmierza.
Wiedziały, że nie ma innej drogi oprócz tej ścieżki. Jednej ścieżki prowadzącej z powrotem do parkingu, do samochodu, do jedynej drogi ucieczki w promieniu kilometra.
Wiedziały, że jest w pułapce.
I mogły sobie pozwolić na cierpliwość.
Jak myśliwy ścigający rannego jelenia. Nie musi biec. Wystarczy iść. Zwierzę wykrwawi się, zwolni, upadnie.
Erwin zacisnął zęby, zmusił nogi do przyspieszenia. Gałęzie chłostały go w twarz, ramiona, szyję — ostre cięcia, pieczenie, ciepło krwi na skórze. Nie obchodziło go to. Ból był drugorzędny. Liczyło się tylko przetrwanie.
Sto metrów do parkingu. Może mniej. Może więcej. Trudno ocenić w ciemności, kiedy każde drzewo wygląda tak samo, kiedy ścieżka wije się jak wąż.
I wtedy zobaczył sylwetkę.
Na środku ścieżki. Pięćdziesiąt metrów przed nim. Może czterdzieści.
Kobieca. Wysoka — może metr siedemdziesiąt, może więcej, trudno powiedzieć z tej odległości. Mokra — woda ściekała z ciała, widział to nawet w słabym świetle, błyszczące strumyczki spływające po ramionach, nogach, tworzące kałużę u stóp. Włosy opadające na ramiona jak kurtyna — ciemne, ciężkie, zakrywające większość twarzy.
Stojąca.
Czekająca.
Nieruchoma jak posąg, jak punkt orientacyjny, jak strażnik blokujący drogę.
Erwin zahamował — buty ślizgnęły się po mokrym kamieniu, grawitacja pociągnęła go do przodu, musiał wymachnąć ramionami, żeby nie upaść. Zatrzymał się pięć metrów przed postacią, płuca krzyczały o powietrze, serce walące jak oszalałe.
Myśl. MYŚL. Jesteś policjantem. Jesteś wyszkolony. To tylko człowiek. Mokry człowiek, ale człowiek. Możesz go ominąć, przepchnąć, zranić, jeśli trzeba.
Odwrócił się, gotów biec z powrotem, znaleźć inną drogę, obejść przez las—
Druga sylwetka.
Za nim. Bliżej niż pierwsza. Może dziesięć metrów. Może mniej.
Identycznie mokra. Identycznie nieruchoma. Identycznie cicha.
Oboje stały — obie? — nie zbliżając się. Nie robiąc kroku. Tylko stały, jak pilnujący pozycji, jak grający w szachy, którzy właśnie wykonali mat w dwóch ruchach i czekają, aż przeciwnik to zrozumie.
Obserwowały.
Erwin poczuł, jak coś w nim pęka. Niefizycznie. W środku. Tam, gdzie kontrola mieszka obok strachu. Ręce zaczęły drżeć. Oddech przyspieszył jeszcze bardziej — hiperwentylacja, mało tlenu do mózgu, świat zaczął wirować.
Spokojnie. Weź głęboki oddech. Przestań panikować. Ocen sytuację.
Rozejrzał się. Las po obu stronach — gęsty, ciemny, pełen zarośli. Mógłby spróbować przedrzeć się przez niego, ale wiedział, co tam jest. Był tu setki razy, znał teren. Gęste chaszcze, ostre skały, stromy zbocze prowadzące prosto do klifu, a potem do oceanu.
Bez wyjścia. Żadnego wyjścia oprócz tej jednej ścieżki, którą blokowały.
Jakby wiedziały, że nie ma już, dokąd biec.
Jakby to wszystko było zaplanowane. Wykalkulowane. Przećwiczone.
Erwin ciężko oddychał, umysł pracował gorączkowo, przeskakując między myślami jak między wyspami podczas powodzi. Las. Zbocze. Klif. Woda. Samochód. Broń — nie, zostawiłem w samochodzie. Telefon — gdzie jest telefon? Kieszeń. Dzwonić po pomoc. Ale co powiedzieć? „Mokre kobiety mnie otaczają”?
A potem — jak przez mgłę, jak promień słońca przebijający się przez chmury — zobaczył go.
Słup odblaskowy przy parkingu. Czerwono-biały, wysoki, stojący przy barierze ochronnej. Daleko, ale widoczny między drzewami. Dwieście metrów. Może mniej. Trudno ocenić.
Samochód.
Bezpieczeństwo. Metal. Zamki. Silnik. Droga do miasta.
Jeśli tylko się przedrze—
Nie dokończył myśli. Ruszył.
Nieprosto przed siebie, gdzie stała pierwsza sylwetka. W bok. W prawo. Przez zarośla, omijając ścieżkę, przepychając się przez gałęzie, skacząc przez korzenie, ślizgając się na mokrych liściach.
Gałąź chlasnęła go w twarz — cienka, elastyczna, ostra jak bicz. Poczuł eksplozję bólu w policzku, ciepło na skórze. Krew. Nie obchodziło go to. Nawet nie podniósł ręki, żeby sprawdzić ranę.
Biegł.
Druga gałąź w czoło. Trzecia w szyję. Korzenie łapały za nogi jak ręce próbujące go zatrzymać. Upadł raz, kolana uderzyły w ziemię, dłonie rozdarły się o kamienie. Wstał natychmiast, nie patrząc w dół, nie sprawdzając obrażeń.
Słyszał za sobą — nie kroki, ale ruch. Szybszy niż wcześniej. Plusk-plusz-plusz, tempo narosło, dystans się kurczył. Jak woda płynąca przez dolinę podczas wiosennej powodzi — nieustępliwa, niezmordowana, nieodwracalna.
Ale nieustępliwa nie znaczy szybka.
Nie. Nie myśl tak. One przyspieszają. Są bliżej. Słyszysz je. Czujesz je.
Wydostał się z lasu.
Nagle. Bez ostrzeżenia. Jedna chwila był otoczony drzewami, następna stał na krawędzi parkingu, asfalt pod stopami, sztuczne światło latarni olśniewające po ciemności lasu.
Parking przed nim — pusty, betonowy, oświetlony jak scena teatralna. Samochód — jego samochód, stary sedan, niebieski lakier lekko zmatowiały — stał samotnie pod jaskrawym światłem latarni, oddalony o trzydzieści metrów.
Trzydzieści metrów otwartej przestrzeni. Bez osłony. Bez ukrycia.
Ale blisko. Tak blisko.
Biegnij. Teraz. Nie wahaj się.
Ruszył.
Asfalt twardy pod stopami, przyjemnie stabilny po miękkim podłożu lasu. Nogi pracowały jak tłoki, szybko, rytmicznie. Dwadzieścia metrów. Piętnaście.
Ręka w kieszeni, szukająca kluczy — gdzie, gdzie kurwa, gdzie—
Palce oślizgłe od potu, od krwi, ślizgające się po materiale kieszeni. Panika narastała. Nie ma ich. Zgubiłeś w lesie. Zostały w kurtce. Zostały—
Tam. Zimny metal. Kształt klucza. Chwycił, wyciągnął, zacisnął w pięści jak broń.
Dziesięć metrów.
Za nim cisza.
Nie plusz. Nie kroki. Nie szelest. Nie oddech.
Cisza.
Gorsza niż hałas. Gorsza niż najbardziej przerażający dźwięk.
Bo cisza oznaczała, że przestały się poruszać. Że zatrzymały się. Że czekają.
Na co? Co czekają? Żebym wszedł do samochodu? Żebym otworzył drzwi? Żeby—
Pięć metrów.
Dobiegł do samochodu, ręka trzęsła się tak mocno, że klucz brzęczał. Wsadził go do zamka w drzwiach — chybiła dwa razy, metal zarysował lakier, w końcu trafił.
Przekręcił.
Klik.
Zamek otworzył się.
I zobaczył odbicie w szybie.
Tuż za nim.
Tak blisko, że gdyby wyciągnął rękę, mógłby dotknąć.
Mokre włosy. Blade ramiona. Wąska talia. I oczy — świecące czerwienią, jasną, intensywną, jak LED, jak oczy demona z koszmaru.
Patrzyły prosto na niego. Prosto w jego oczy odbite w szkle.
Erwin zamarł.
Nie z wyboru. Nie ze strachu. Ciało po prostu przestało słuchać. Mięśnie zesztywniały, płuca zapomniały, jak oddychać, serce powinno bić szybko, ale wręcz przeciwnie — zwolniło, jakby ktoś zmniejszył tętno, jakby czas się rozciągnął.
Oddech na karku.
Zimny jak lód na dnie oceanu. Jak powietrze w zamrażarce. Jak dotyk trupa.
Cuchnący solą i zgnilizną, i czymś jeszcze — czymś słodkim, mdłym, metalicznym. Jak krew. Jak śmierć.
I głos.
Nie w uszach. W głowie. Bezpośrednio w mózgu, omijając uszy, omijając procesowanie dźwięku, po prostu tam, w świadomości.
„Pamiętam cię.”
Ton zniekształcony, jakby dochodził przez kilometry wody, jakby był filtrowany przez ocean, przez czas, przez przestrzeń między światami.
Ale rdzeń — melodia, ciepło, sposób wymawiania samogłosek — jej głos.
Mariny.
„Przepraszam.”
Smutny. Szczery. Pełen bólu, który był za duży na jedno ciało, na jedną duszę.
„Nie mogę przestać.”
Desperacja. Jak ktoś tonący, krzyczący o pomoc, wiedząc, że nikt nie przyjdzie.
Erwin zamknął oczy.
Łzy — nie zauważył, kiedy zaczęły płynąć — gorące na zimnych policzkach.
„Marina…” — wyszeptał, głos łamiący się na jej imieniu.
Powiew wiatru. Zimny. Mokry. Niosący zapach oceanu.
A potem — nic.
Cisza. Absolutna cisza. Nawet wiatru już nie było.
Erwin otworzył oczy.
Odbicie w szybie — pusty parking. Światło latarni. On sam, samotny, drżący, zakrwawiony.
Nikogo za nim.
Odwrócił się gwałtownie — tak szybko, że zakręciło się w głowie, że musiał chwycić się maski samochodu dla równowagi.
Parking pusty.
Żadnej postaci. Żadnej sylwetki. Żadnego mokrego śladu na asfalcie.
Tylko on, jego samochód i nocny wiatr, który wrócił, ciągnąc liście po betonie z suchym szelestem.
Rozejrzał się dziko — w lewo, w prawo, za siebie, w stronę lasu, w stronę drogi, w stronę klifu.
Nic.
Znikły.
Wszystkie. Jakby nigdy ich nie było. Jakby ostatnie dziesięć minut było snem, halucynacją, epizodem psychotycznym.
Ale krew na twarzy była prawdziwa. Ból w kolanach był prawdziwy. Klucz wciśnięty w dłoń był prawdziwy.
To się wydarzyło. One były tam. Goniły mnie. Jedna mówiła do mnie głosem Mariny.
Erwin stał tam przez długą chwilę, kręcąc się w kółko jak zwierzę w klatce, serce wciąż waliło, pot mieszał się z krwią na twarzy, oddech rwany i głośny.
A potem — wreszcie, kiedy nogi przestały drżeć na tyle, żeby utrzymać ciężar — otworzył drzwi samochodu.
Wpadł do środka — niezgrabnie, desperacko, głową uderzając w górną krawędź drzwi. Ból eksplodował w czaszce, ale nie obchodziło go to.
Zamknął drzwi. Trzaśnięcie głośne, definitywne. Przekręcił zamek. Wszystkie cztery zamki — przednie, tylne, automatyczny system. Klik-klik-klik-klik.
I siedział.
Drżąc.
Ręce na kierownicy — zaciśnięte tak mocno, że knykcie białe, paznokcie wbijające się w skórę dłoni.
Patrząc w lustro wsteczne.
Tylne siedzenie — puste. Parking za samochodem — pusty. Las w oddali — ciemny, nieruchomy.
Czekając, aż coś się pojawi. Aż mokra twarz wciśnie się w szybę. Aż ręce zaczną szarpać za klamki. Aż głos w głowie wróci.
Ale nic się nie pojawiło.
Minutę. Dwie. Pięć. Dziesięć.
Pustka. Cisza. Spokój.
W końcu — kiedy oddech się uspokoił, kiedy ręce przestały drżeć na tyle, żeby włożyć klucz do stacyjki — włączył silnik.
Ryk silnika był najpiękniejszym dźwiękiem, jaki słyszał.
Wrzucił wsteczny. Wyjechał z miejsca parkingowego. Skręcił w stronę drogi prowadzącej do miasta.
I dopiero kiedy był kilometr od parkingu, kiedy wokół pojawiły się pierwsze domy, pierwsze światła okien, pierwsze znaki cywilizacji — pozwolił sobie myśleć.
To była ona. Marina. Albo coś, co nosi jej głos, jej twarz, jej wspomnienia.
Żyje. W jakiejś formie. W oceanie. Jako… coś innego.
I próbowała… co? Mnie zabić? Mnie zabrać? Mnie ostrzec?
Nie wiedział.
Ale wiedział jedno.
Wróci na tę plażę. Musiał. Bo odpowiedzi były tam. W wodzie. W kręgu kamieni. W miejscu, gdzie ją stracił.
I w miejscu, gdzie może — tylko może — mógł ją odzyskać.
Choć nie był już pewien, czy chciał.
ROZDZIAŁ 3: PRZYSTAŃ W PORCIE
PODROZDZIAŁ 3.1: „MARYNARZ” — PUB RATUNKOWY
Erwin jechał bez celu przez dwadzieścia minut.
Nie planował trasy, nie wybierał kierunku. Po prostu jechał — gdzie stopy wiodły, jak mawiała jego babcia, choć w tym przypadku to była prawa noga na gazie i ręce kurczowo zaciśnięte na kierownicy. Nadmorska droga najpierw, pusta o tej porze, tylko okazjonalne światła samochodu z przeciwka. Potem miasto — ciche ulice mieszkaniowe, latarnie rozświetlające asfalt bladym pomarańczowym światłem. Potem uliczki portowe — wąskie, wyłożone starym zniszczonym brukiem, pełne zamkniętych magazynów i zacumowanych łodzi.
Gdziekolwiek. Byle z dala od klifu. Od lasu. Od tego miejsca, gdzie mokre postaci otaczały go jak myśliwi zwierzynę.
Ręce trzęsły mu się na kierownicy — nieznacznie, ale wystarczająco, żeby to zauważyć. Drobny tremor, który nie znikał bez względu na to, jak mocno zaciskał palce, próbując się uspokoić. Każde skrzyżowanie sprawiało, że zerkał w lusterko wsteczne. Każdy cień na chodniku — sylwetka drzewa, stojący słup, zaparkowany samochód — wywoływał skurcz żołądka, nagły przypływ adrenaliny.
Sprawdzał tylne siedzenie co trzydzieści sekund. Odwracał się gwałtownie, spodziewając się zobaczyć mokrą twarz, czerwone oczy, blade ramiona wyciągnięte w jego stronę.
Nic tam nie było.
Tylne siedzenie było puste. Zawsze puste. Tylko stara kurtka rzucona na lewe siedzenie, paczka chusteczek na półce pod szybą, standardowe wnętrze starego sedana, który widział lepsze dni.
Ale wciąż czuł to.
Obecność.
Nie fizyczną — nikt nie siedział za nim, nikt nie oddychał na kark. Ale coś innego. Jak gdyby ktoś śledził go wzrokiem przez szybę, przez odległość, przez metal i szkło samochodu. Jak gdyby niewidzialne oczy były wbite w jego plecy, obserwujące każdy ruch, każdy skręt, każde spojrzenie w lusterko.
Jak gdyby ocean wiedział, gdzie jest.
„Uspokój się” — powiedział na głos, bo czasem słyszenie własnego głosu pomagało. Brzmiało racjonalnie, normalnie, ludzko. — „To paranoja. Szok. Mózg ci płata figle po tym, co się stało.”
Ale jeśli to były figle, dlaczego wciąż czuł ten zapach?
Sól i zgniliznę.
Ocean i śmierć.
Nie wyobrażał sobie tego. Był tam, w nozdrzach, w gardle, na języku. Ostry, mdły, nie do zniesienia. Jakby wiózł w samochodzie coś mokrego, gnijącego, zostawionego na słońcu.
Otworzył okno — zimne powietrze uderzyło w twarz, niosąc ze sobą zapach miasta: spaliny, smażone jedzenie z baru na rogu, morze w oddali. Lepiej. Trochę lepiej.
Ale kiedy zamknął okno, tamten zapach wrócił.
W głowie. To jest w głowie. Pamięć węchowa. Trauma. Przeczytałeś o tym gdzieś — mózg potrafi odtwarzać zapachy w sytuacjach stresowych.
To nie pomagało.
Światła pubu „Marynarz” pojawiły się jak latarnia morska w sztormie.
Erwin nie planował tam jechać. Nieświadomie. Ale stopy znalazły drogę same — prawdopodobnie dlatego, że przeszedł obok tego miejsca tysiące razy, że była to jedna z trzech knajp otwartych tak późno, że dwukrotnie interweniował tutaj w sprawach awantur po pijanemu.
Stary, przyziemny budynek przy nabrzeżu — czerwona cegła, częściowo pokryta graffiti, które ktoś próbował zamalować, ale bez sukcesu. Szyld nad drzwiami wyblakły, napis „The Sailor” ledwo czytelny, ale ilustracja była wyraźna: zakotwiczona kotwica i drewniana fajka skrzyżowane jak miecze. Okna małe, pokryte od środka mgłą od wilgoci i ciepła. Światło wewnątrz żółtawe, ciepłe, obiecujące.
Miejscówka dla rybaków kończących zmianę o piątej rano. Dla dokerów, którzy potrzebowali piwa przed powrotem do pustych mieszkań. Dla tych, którzy nie mogli wrócić do domu zbyt szybko — z jakichkolwiek powodów.
Otwarte do drugiej w nocy. Czasem dłużej, jeśli Eddie, barman, był w nastroju albo jeśli płaciło się dobrze.
Erwin zaparkował pod latarnią — celowo. Manewrował samochodem tak, żeby stanął bezpośrednio pod światłem, w jasnym kręgu, gdzie cienie nie sięgały. Jak najbliżej światła. Jak najdalej od ciemności.
Zgasił silnik. Cisza w samochodzie była nagle ogłuszająca po nieustannym szumie silnika. Oddychał głośno, słyszał własne bicie serca.
Wyjść. Musisz wyjść. Nie możesz siedzieć w samochodzie całą noc.
Ale ręka zatrzymała się na klamce. Co, jeśli ona tam była? Czekając w cieniu. Obserwując.
Nie. Tutaj są ludzie. Światła. To bezpieczne miejsce.
Wysiadł — nogi drżały, ale trzymały. Zatrzasnął drzwi. Dźwięk odbił się echem od pobliskich budynków. Przekręcił zamek dwa razy — klik-klik — upewniając się, że słyszy mechanizm. Dwa razy, bo raz to za mało, bo paranoja kazała sprawdzać.
Spojrzał na ulicę.
Pusta. Kilka samochodów zaparkowanych wzdłuż krawężnika — stary pickup, sedan podobny do jego, motocykl przykryty plandeką. Kontener śmieciowy przy rogu, przelewający się odpadkami. Łódź rybacka zacumowana przy molo, kołysząca się leniwie na falach. Latarnie rozświetlające wszystko blade światło.
Normalność.
Piękna, nudna, bezpieczna normalność.
Nie było mokrych postaci. Nie było śladów stóp prowadzących z oceanu. Nie było śpiewu w powietrzu.
Erwin odetchnął głęboko — pierwszy prawdziwie głęboki oddech od ucieczki — i wszedł do pubu.
Dzwonek nad drzwiami zazgrzytał — stary, metalowy, brzmiący jak ptasi krzyk. Ciepło uderzyło go w twarz natychmiast — duszne, gęste, niemal fizyczne. Kontrast z zimnym powietrzem na zewnątrz był tak ostry, że przez moment zakręciło mu się w głowie.
Zapach był przytłaczający, ale w dobry sposób. Piwo — stare i świeże, rozlane na podłodze i świeżo nalewane. Smażone jedzenie — ziemniaki, ryba, cebula. Wilgotne kurtki — ludzie, którzy przyszli tu prosto z pracy na nabrzeżu, nierozpakowany, nieoczyszczeni. Tytoń — choć palenie było zabronione, ktoś zawsze łamał zasadę, a Eddie przymykał oko. Pot, drewno, morze.
Zapachy życia. Ludzkiego życia. Nie śmierci. Nie zgnilizny.
Erwin wszedł głębiej. Pub był mały — może dziesięć stolików, bar ciągnący się wzdłuż lewej ściany, stare drewniane podłogi skrzypiące pod stopami. Ściany pokryte starymi zdjęciami statków, map morskich, sprzętu rybackiego — sieć, harpun, koło sterowe. Telewizor na ścianie za barem, ekran stary, obraz lekko rozmazany — jakiś mecz piłkarski, United Leeds przeciwko komuś, mignęła flaga Arsenalu, nikt nie oglądał.
Trzy stoliki zajęte.
Dwóch starych rybaków przy oknie — obaj po sześćdziesiątce, twarze poorane bruzdami jak stare skóry, ręce grube i pokryte bliznami. Grali w karty, odkładając je cicho na stół, ledwo się odzywając. Puste kufle piwa przed nimi, niedopalone cygara w popielniczce.
Młoda para przy drugim stole — może dwadzieścia parę lat oboje, przytuleni blisko, jej głowa na jego ramieniu, jego ręka wokół jej talii. Szeptali coś do siebie, głosy ciche, intymne. Dwa kieliszki wina, prawie puste.
Dwóch mężczyzn przy barze — dokerzy, sądząc po ubraniach, robocze spodnie i flanelowe koszule, buty pokryte błotem. Pili piwo z butelek, rozmawiali o czymś — praca, pewnie albo sporty, albo kobiety.
Normalnie. Zwyczajnie. Ludzko.
Erwin poczuł, jak coś w jego klatce piersiowej się rozluźnia. Oddech stał się łatwiejszy. Drżenie w rękach zmalało.
To jest prawdziwe. To jest bezpieczne.
Barman — Eddie, grubas po pięćdziesiątce, z siwiejącą brodą i tatuażem kotwicy na przedramieniu — stał za barem, wycierając szklankę ściereczką. Podniósł wzrok, kiedy Erwin podszedł i zmarszczył brwi.
„Jezu, Kowalski” — powiedział, głos gardłowy, chropowaty od lat palenia. — „Wyglądasz jak gówno.”
Erwin usiadł na stołku przy barze — ostrożnie, jakby nawet ten prosty ruch wymagał koncentracji. Poczuł, jak nogi zamieniają się w galaretę, jak ciało nagle uświadamia sobie, że może przestać uciekać. Oparł łokcie na barze, głowę w dłoniach.
„Whisky” — wyszeptał, głos ochrypły. — „Dużą.”
Eddie przez moment patrzył na niego — oceniał, rozważał, czy zapytać. Potem wzruszył ramionami, sięgnął po butelkę z półki za sobą. Jim Beam, nic specjalnego, ale mocne. Nalał do szklanki — hojnie, do połowy, bez pytania o lód.
Erwin chwycił szklankę, przystawił do ust, wypił jednym haustem.
Alkohol spalił gardło — ostry, brutalny, bez subtelności. Żołądek zaprotestował przez sekundę, potem przyjął ciepło. Rozprzestrzeniało się po klatce piersiowej, ramionach, głowie. Mgła w umyśle lekko się rozjaśniła.
Lepiej.
Trochę lepiej.
„Jeszcze jedną.”
Eddie nalał bez słowa, tym razem patrzył na niego dłużej. Oczy zmrużone, brwi uniesione. Nie z ciekawości — Eddie nie był ciekawy. Ze zmartwieniem, może. Albo po prostu z zawodowej oceny czy klient będzie problemem.
„Co się stało?” — spytał, odstawiając butelkę. — „Wpadłeś w coś? Bijatyka?”
Erwin dotknął policzka — nieświadomie, odruchowo. Palce trafiły na coś lepkiego, ciepłego. Spojrzał na nie. Krew. Już zapiekła, ciemna, z długiego rozcięcia od gałęzi w lesie. Nie poczuł bólu do tej pory. Szok, adrenalina — blokują ból przez jakiś czas.
Teraz czuł. Pulsujące, palące.
„Niezła noc” — wymamrotał, biorąc drugi whisky, popijając tym razem wolniej. — „Tylko tyle.”
Eddie wzruszył ramionami — gest mówiący twoja sprawa — i wrócił do wycierania szklanek. Erwin był wdzięczny za to. Dobrze było przychodzić do miejsc, gdzie nikt nie pytał za dużo. Gdzie ludzie rozumieli, że czasem człowiek potrzebuje ciszy, alkoholu i obecności innych ludzi, ale bez intymności rozmowy.
Erwin pił powoli, czując, jak alkohol rozpuszcza napięcie w mięśniach. Rozejrzał się po barze jeszcze raz — uważniej, bardziej świadomie.
Dwóch starych rybaków wciąż grało w karty, odkładając je na stół z głuchymi stuknięciami. Jeden zaśmiał się cicho — chropowato, szczerze. Normalny dźwięk. Ludzki.
Młoda para przy oknie całowała się teraz — delikatnie, czule, jej ręka na jego policzku. Erwin odwrócił wzrok. Patrzenie na intymność innych było jak podglądanie.
Dokerzy przy barze wstali, rzucili banknoty na blat, wyszli z głośnym pożegnaniem do Eddiego. Dzwonek nad drzwiami zazgrzytał, zimne powietrze wpadło do środka przez moment, drzwi się zamknęły.
Cisza powróciła — względna, wypełniona cicho grającym telewizorem, szmerem karty na stole, oddechem ludzi.
„To był szok” — pomyślał Erwin, patrząc w dno szklanki, gdzie ostatni płyn odbijał światło. — „Za dużo nocnych zmian. Za dużo stresu. Rocznica zbliża się. Trzy lata od jej zniknięcia. Mózg tworzy obrazy, projekcje tego, czego się boję. Widziałem to, co chciałem zobaczyć. Albo czego najbardziej się bałem.”
Logicznie. Racjonalnie. Jak policjant powinien myśleć.
Ale głos w głowie.
„Pamiętam cię.”
„Przepraszam.”
„Nie mogę przestać.”
To nie było wyobrażenie. To było zbyt konkretne. Zbyt realne. Zbyt szczegółowe.
Nie był głos zmyślony przez straumatyzowany umysł. To był jej głos. Melodia, ton, sposób, w jaki ciągnęła samogłoski.
Marina.
Erwin zamknął oczy, opierając czoło o zimny blat baru.
Jeśli to była ona…, jeśli naprawdę żyje…
Co to oznaczało?
Że przez trzy lata myślał, że nie żyje, a ona była tam cały czas. W wodzie. Jako… co? Potwór? Syrena? Coś między?
Że kobieta, którą kochał, którą poślubił, nigdy nie była tym, za kogo ją uważał?
Że jego życie — ostatnie cztery lata — było kłamstwem?
„Jeszcze jedną” — wyszeptał, nie podnosząc głowy.
Eddie nalał trzecią. Erwin słyszał płyn uderzający o szkło, dźwięk butelki odkładanej na półkę.
Pił. I myślał.
I nie znał odpowiedzi na żadne pytanie.
Podrozdział 3.2: Pozorny spokój
Erwin zamówił kanapkę, choć głód był ostatnim, co czuł. Żołądek miał skręcony w ciasny węzeł, kwaśny od whisky i adrenaliny, która wciąż krążyła po jego żyłach jak trucizna. Ale podstawowa wiedza policyjna, ta sama, którą wpajano mu podczas szkolenia, mówiła jasno: ciało potrzebuje paliwa, zwłaszcza po traumie, zwłaszcza kiedy system nerwowy pracuje na najwyższych obrotach. Nie je się, bo się chce. Je się, bo trzeba. Bez paliwa przychodzi osłabienie. Osłabienie prowadzi do omdlenia. A bezradnym nie mógł sobie pozwolić być. Nie teraz. Nie kiedy coś tam, w ciemności, znało jego imię.
Eddie przyniósł talerz po pięciu minutach ciszy przerywanej tylko przez telewizor i przytłumiony śmiech pary w rogu. Biała porcelanowa taca, prosta jak sama konstrukcja menu: kanapka przekrojona na pół po przekątnej, kilka żółtych chipsów ziemniaczanych po boku jako dekoracja. Szynka, ser, musztarda między dwoma kromkami chleba, który był suchy i nie pierwszej świeżości, prawdopodobnie z wczoraj, może nawet przedwczoraj. Ale Eddie nie prowadził restauracji dla smakoszy. Prowadził pub dla ludzi, którzy potrzebowali miejsca, nie posiłku. Jedzenie było dodatkiem, wypełniaczem między kolejnymi piwami, czymś, co usprawiedliwiało dalsze siedzenie.
Erwin wziął pierwszą połówkę kanapki i uniósł ją do ust, świadomy mechaniczności tego gestu. Ugryzł. Żuł. Smak był płaski, nijaki, jakby jedzenie straciło wszelkie właściwości oprócz tekstury. Musztarda była za ostra, żrąca język. Szynka za słona, pozostawiająca nieprzyjemny metaliczny posmak. Ser gumowaty, przetworzone plastikowe płatki, które rozciągały się między zębami. Ale przeżuwał mechanicznie, lewą ręką trzymając kanapkę, prawą opartą na chłodnej powierzchni baru, wzrok skierowany w telewizor wiszący nad głową Eddiego.
Mecz piłkarski wciąż trwał na ekranie, choć nikt w barze naprawdę nie oglądał. Jakiś angielski klub, Leeds United czy może i zdecydowanie Arsenal, trudno było powiedzieć przy tej rozmazanej jakości starego odbiornika. Piłkarze w kolorowych strojach biegali po idealnie zielonym boisku, kopali białą piłkę, tłum na trybunach skandował coś niesłyszalnego w tej odległości. Komentator krzyczał w ekscytacji o jakiejś zagrywce, głos przebijający się przez trzaski i zakłócenia. Ale Erwin nie słyszał słów. Słyszał tylko dźwięk, głośny, ludzki, normalny, który wypełniał przestrzeń i maskował ciszę w jego głowie.
Widział ekran, ale tak naprawdę nic nie widział. Obraz przesuwał się przed jego oczami jak film odtwarzany dla kogoś innego, historia bez znaczenia, którą musiał udawać, że śledzi. Umysł był gdzie indziej. W lesie, gdzie mokre stopy pozostawiały ślady na suchej ziemi. Na parkingu, gdzie stała pod latarnią i patrzyła. W odbiciu szyby samochodu, gdzie zobaczył mokrą twarz centymetry od swojej, czerwone oczy, usta poruszające się bez dźwięku.
Eddie postawił przed nim szklankę wody bez pytania. Wysoka, prosta, pełna do brzegu, z kroplami kondensacji spływającymi po zewnętrznej stronie jak małe łzy. Jego głos był gardłowy, przesiąknięty latami dymnego powietrza i późnych nocnych zmian.
„Na trzeźwo, Kowalski. Nie chcę, żebyś zasnął na moim barze. Ostatnio jeden gość to zrobił, wymiotował o czwartej rano. Musiałem sprzątać przez godzinę.”
Erwin kiwnął głową odruchowo, nie patrząc na barmana, jakby ten gest wymagał całej jego uwagi. Wziął szklankę, przystawił do spierzchniętych ust i pił długimi, desperackimi łykami. Woda była zimna, orzeźwiająca, smak neutralny i czysty, całkowicie pozbawiony domieszek alkoholu, który wciąż palił mu gardło. Poczuł, jak płyn schodzi do żołądka, jak ciało przyjmuje go z wdzięcznością. Gardło mniej piekło. Głowa mniej wirowała. Żołądek, choć wciąż napięty, nieco się uspokoił.
Pomogło. Trochę.
Może Eddie miał rację. Może po prostu był za bardzo zmęczony, przeciążony, doprowadzony do granic wytrzymałości. Trzy nocne zmiany z rzędu, dziewięć godzin każda, patrolowanie pustych ulic, gdzie jedynym towarzystwem były cienie i okazjonalni pijacy. Obsługiwanie awanturników, którzy kłócili się o nic, krzyczeli na nikogo. Wypełnianie raportów o incydentach, które nikogo nie obchodziły. A do tego zbliżała się rocznica. Za tydzień miało minąć dokładnie trzy lata od zniknięcia Mariny. Trzy lata od nocy, kiedy znalazł tylko jej płaszcz i krąg kamieni. Mózg zawsze działał dziwnie przy rocznicach. Wydobywał wspomnienia z miejsc, gdzie człowiek myślał, że je bezpiecznie zakopał. Tworzył obrazy, nakładał przeszłość na teraźniejszość jak przezroczystą folię, przez którą świat wyglądał niepokojąco znajomo.
Może to było wszystko, co się działo. Zmęczenie, stres, trauma wracająca w najgorszym możliwym momencie. Może powinien przestać pić, przestać rozmyślać, wrócić do domu i zasnąć w normalnym łóżku w normalnym pokoju. Obudzić się rano i odkryć, że to wszystko było—
Ruch za oknem przerwał ten kojący tok myśli.
Erwin zamarł w połowie ruchu, kanapka zawieszona między talerzem a ustami, szczęka zastygła w niedokończonym żuciu. Oczy automatycznie, mimowolnie skierowały się w stronę brudnej szyby, za którą ciemność nabrzeża rozciągała się jak czarna otchłań między kręgami światła latarni. Coś się poruszyło tam, w tej ciemności. Coś, co nie powinno się poruszać.
Sylwetka. Kobieca. Stojąca.
Temperatura w ciele Erwina gwałtownie spadła, jakby ktoś otworzył niewidzialną lodówkę w środku jego klatki piersiowej. Kanapka opadła na talerz z głuchym stuknięciem porcelany. Ręce zacisnęły się na krawędzi baru tak mocno, że knykcie zbielały. Myśli krzyczały równocześnie w tysiącu głosów: nie, nie tutaj, nie może być tutaj, to bezpieczne miejsce, miejsce z ludźmi, światłem, normalnością, miejsca takie jak to powinny być chronione, powinny być poza zasięgiem, poza tym wszystkim.
Ale sylwetka była tam, niewzruszona jego nadziejami.
Kobieca postać o wąskich ramionach i smukłej talii, z biodrami zarysowanymi pod czymś, co z tej odległości mogło być ubraniem, ale wyglądało bardziej jak mokra, lśniąca skóra. Wysoka, może metr siedemdziesiąt, może więcej, trudno było ocenić przy tej perspektywie i złudnym świetle. Z długimi, ciemnymi włosami opadającymi na ramiona i plecy, które kołysały się lekko, choć wiatr zdawał się nie mieć na nie wpływu. Stała pod latarnią na nabrzeżu, tam, gdzie beton spotykał się z wodą, gdzie cywilizacja kończyła się i zaczynała dziczy ocean.
Serce Erwina zamarło na jedno uderzenie, zawieszone w próżni. Potem eksplodowało chaotycznym biciem, tak głośnym i gwałtownym, że słyszał je w uszach jak wojenne bębny zapowiadające bitwę.
Wstał, nie pamiętając decyzji o wstaniu. Nogi działały automatycznie, ciało poruszało się bez zgody umysłu, kierowane przez coś starszego niż logika. Krzesło zaskrzypiało głośno na drewnianej podłodze. Eddie spojrzał na niego kątem oka, zmarszczył brwi nad szklanką, którą wycierał, ale nie powiedział nic. W takich miejscach uczono się nie pytać.
Erwin podszedł do okna powoli, jakby to była ostatnia droga, ostatni dystans między nim a czymś nieodwracalnym. Każdy krok był świadomym wysiłkiem, walką z częścią mózgu, która krzyczała, żeby uciekać, nie zbliżać się, nie patrzeć. Przyłożył twarz do zimnej, brudnej szyby, dłonie po obu stronach głowy tworząc zasłonę przed światłem z baru, tunel widzenia prowadzący prosto do ciemności na zewnątrz.
Tam. Była tam.
Stała pod latarnią jakieś pięćdziesiąt metrów dalej, przy samej krawędzi nabrzeża, tam, gdzie kończy się solidny grunt i zaczyna niepewność wody. Nie ruszała się w żaden sposób, który wskazywałby na człowieka czekającego, niecierpliwego, żywego. Nie chodziła w tę i z powrotem. Nie rozglądała się niespokojnie. Nie sprawdzała telefonu, tego uniwersalnego gestu współczesności. Po prostu stała, nieruchoma jak posąg, jak punkt orientacyjny, jak coś, co zostało tam umieszczone z konkretnym celem.
Patrzyła. W jego stronę. Erwin czuł to spojrzenie, choć nie widział oczu z tej odległości.
Światło latarni padało na nią pod dziwnym, niemal teatralnym kątem, od góry, tworząc ostre, dramatyczne cienie pod oczami, na szyi, pod kością policzkową i brodą. To światło sprawiało, że jej skóra wydawała się zbyt blada, nie w naturalny sposób, nie jak u kogoś, kto po prostu rzadko wychodzi na słońce. Blada jak u trupa, jak u kogoś, kto spędził za długo w zimnej, ciemnej wodzie, kto zapomniał, jak wygląda ciepło. Zbyt lśniąca, mokra, odbijająca światło jak lakierowana powierzchnia, jak coś pokrytego warstwą czegoś obcego.
Włosy opadały na ramiona gęstymi, ciężkimi smugami, długie i ciemne, pochłaniające światło. Ale mimo że wiatr wiał — Erwin widział to wyraźnie po gałęziach drzewa po drugiej stronie ulicy, które się zginały, po kawałku papieru turlającym się chaotycznie po asfalcie, po fladze na zacumowanej łodzi, która trzepotała desperacko — jej włosy pozostawały całkowicie nieruchome. Wisiały jak przyklejone do ciała, jakby były mokre, jakby właśnie wyszła z oceanu i woda wciąż do nich przylgnęła. Jakby nie były włosami w ogóle, ale częścią niej, organem, przedłużeniem mokrego ciała.
Myśli Erwina rozpaczliwie próbowały racjonalizować. To nie ona, to musi być ktoś inny, zwykła kobieta czekająca na kogoś, dziewczyna czekająca na spóźnionego chłopaka, może nawet prostytutka czekająca na klienta w tym dziwnym miejscu. To normalne, to się zdarza, to miasto portowe, ludzie stoją na nabrzeżach o każdej porze, z tysiąca powodów, większość z nich niewinnych.
Ale nawet konstruując te usprawiedliwienia, wiedział, że kłamie sam przed sobą.
Bo sposób, w jaki stała, był fundamentalnie niewłaściwy. Ludzie nie stoją w taki sposób. Nawet próbując być nieruchomym, ciało człowieka ciągle wprowadza małe korekty. Przesuwa ciężar z nogi na nogę, bo mięśnie się męczą. Rozgląda się odruchowo, bo tak działają oczy. Sprawdza telefon, bo tak wygląda współczesność. Pali papierosa, sprawdza zegarek, tupie nogami, bo jest zimno, macha ręką, drapie się, dotyka twarzy. Robi coś. Zawsze coś.
Ona nie robiła nic. Po prostu była. Egzystowała w przestrzeni jak przedmiot, a nie żywa istota. Jak posąg celowo umieszczony w tym konkretnym miejscu. Jak coś, co tylko udaje, że żyje, ale zapomniało, jak to wygląda naprawdę.
I patrzyła. Choć Erwin nie widział oczu przez odległość i słabe światło, czuł spojrzenie fizycznie, jak ciężar na piersi, jak niewidzialne palce zaciśnięte wokół gardła, jak igły powoli wbijane pod skórę. Ona wiedziała, że on patrzy. I chciała, żeby wiedział, że ona też patrzy. To była komunikacja bez słów, wymiana informacji na poziomie głębszym niż język.
Głos Eddiego za jego plecami sprawił, że Erwin drgnął gwałtownie, niemal uderzając czołem w szybę.
„Wszystko w porządku?”
Ton był bliski, zatroskany, pozbawiony zwykłego sarkazmu barmana, który widział już wszystko. Erwin obrócił się powoli, odrywając twarz od zimnej szyby. Eddie stał dwa metry za nim, fartuch w dłoniach, które przestały wycierać szklanki, brwi uniesione w geście szczerych wątpliwości.
„Co?”
Głos Erwina wyszedł zachrypiały, jakby nie używał go od godzin, choć przecież mówił przed chwilą.
„Pytam, czy wszystko w porządku. Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha.”
Może widziałem, pomyślał Erwin, ale nie powiedział tego na głos. Zamiast tego odwrócił się z powrotem do okna, desperacko szukając potwierdzenia, że to, co widział, było rzeczywiste.
Latarnia wciąż świeciła tym samym mdłym, pomarańczowym światłem. Nabrzeże wciąż rozciągało się puste i ciemne. Łódź wciąż kołysała się leniwie na falach przypływu. Ale sylwetka zniknęła. Nie było nikogo pod latarnią. Nie było nikogo na nabrzeżu. Ulica była pusta, zimna, opustoszała, jakby nigdy nikogo tam nie było, jakby ostatnie trzy minuty były wytworem jego umysłu.
„Nie.…”
Słowo wydostało się z jego gardła jako rozpaczliwy szept.
„Nie, była tam. Widziałem ją. Stała —”
Podszedł bliżej do okna, niemal naciskając nos na szybę, zostawiając tłustą smugę, szukając wzrokiem każdego kąta widoku. W lewo wzdłuż nabrzeża — nic oprócz pustych ławek i zacumowanych łodzi. W prawo — tylko kolejne latarnie tworzące korytarz światła. W dół ulicy — cienie między budynkami, ale żadne z nich się nie poruszało.
Zniknęła. Jak zawsze znikała. Jak coś, co potrafi istnieć tylko wtedy, kiedy patrzysz i rozpływa się, kiedy mrugniesz.
Eddie stanął przy jego boku, też patrząc przez okno, próbując zobaczyć to, co niepokoiło jego klienta.
„Widziałeś kogo? Tam nikogo nie ma.”
„Była. Kobieta. Stała pod latarnią. Patrzyła tutaj.”
Eddie wzruszył ramionami z rezygnacją człowieka, który nauczył się nie wnikać zbyt głęboko w problemy innych.
„Może poszła. Może wsiadła do samochodu. Może była tylko przechodniem i nie wiedziała, że ją obserwujesz.”
Erwin zamknął oczy i oparł czoło o zimną szybę, czując, jak świat lekko się chwieje. Może Eddie ma rację. Może ona była prawdziwa, ale zwyczajna. Może paranoja, która narastała przez ostatnie godziny, sprawia, że widzi ją wszędzie, w każdym cieniu, w każdej kobiecie mijającej go na ulicy.
Ale w głębi duszy, tam, gdzie instynkt mieszkał obok pierwotnego strachu, tam, gdzie logika nie mogła dotrzeć, wiedział prawdę. To była ona. Marina. Albo coś, co nosiło jej kształt, jej wspomnienie, jej istotę przekształconą w coś innego. I śledziła go. Nawet tutaj, w pubie pełnym ludzi, pod jaskrawym światłem, w miejscu, które według wszelkich zasad powinno być bezpieczne. Nie było ucieczki. Nigdy nie było.
Poczuł rękę Eddiego na ramieniu, łagodnie prowadzącą go z powrotem do baru.
„Chodź, siadaj. Dokończ kanapkę, jeśli możesz. Wypijesz jeszcze wodę. Nie powinieneś być sam dzisiaj, to pewne. Gdzie mieszkasz? Mogę do kogoś zadzwonić? Rodzina, przyjaciel?”
Erwin pozwolił się prowadzić jak posłuszne dziecko. Usiadł na zimnym stołku, ale nie dotknął kanapki, która leżała na talerzu jak martwy przedmiot. Tylko patrzył w okno, czekając. Bo wiedział, wiedział z absolutną pewnością, że ona wróci. I nie wiedział, czy tego pragnie, czy się tego boi, czy może — i to była najgorsza możliwość — czuł jedno i drugie jednocześnie, dwie sprzeczne emocje rozrywające go na pół.
Eddie wrócił za bar, obserwując go kątem doświadczonego oka. Nie wypytywał dalej, bo lata za barem nauczyły go, że niektórych rzeczy lepiej nie wiedzieć, niektóre tajemnice lepiej pozostawić nietknięte. Ale podał Erwinowi kolejną szklankę czystej wody i dyskretnie zabrał pustą szklankę po whisky, jakby milcząco decydując, że wystarczy alkoholu na jedną noc.
Erwin pił wodę małymi, mechanicznymi łykami, oczy wciąż przyklejone do okna. Nabrzeże pozostawało puste. Latarnia świeciła. Wiatr targał gałęziami drzew i trząsał masztem flagi na łodzi. Wszystko wyglądało normalnie. Pięknie, nudnie, bezpiecznie normalnie.
Ale on wiedział lepiej. Normalność była tylko cienką maską, papierową dekoracją naciągniętą nad czymś znacznie mroczniejszym. Pod tą warstwą coś żyło, coś czekało, coś obserwowało z nieludzką cierpliwością. I teraz wiedziało dokładnie, gdzie go znaleźć.
Czas w pubie płynął dziwnie, jak płynie w miejscach, gdzie ludzie próbują uciec przed czymś na zewnątrz. Godzina rozciągała się w pozorną nieskończoność, a potem nagle kurczyła się jak sprężyna. Starzy rybacy przy oknie w końcu wstali, pozostawiając banknoty na stoliku mokrym od kondensacji z kufli, mamrocząc ciche pożegnanie do nikogo konkretnie. Dzwonek nad drzwiami zazgrzytał, wpuszczając podmuch zimnego powietrza, zanim drzwi się zamknęły. Młoda para została, teraz śpiąca, jej głowa spoczywająca na jego ramieniu, jego ręka ochronnie wokół niej, oboje zagubieni we własnym ciepłym świecie.
Eddie przecierał bar w rytmicznych, uspokajających ruchach, mył szklanki pod bieżącą wodą, układał butelki w równych rzędach. Rutynowe czynności zamykania lokalu, tego dziwnego rytuału przygotowywania miejsca do samotności nocnej.
„Niedługo zamykam. Może powinieneś iść do domu, Kowalski. Wyspać się porządnie. Jutro zawsze wygląda lepiej niż dzisiaj w nocy.”
Nie będzie, pomyślał Erwin, ale nie powiedział tego głośno. Zamiast tego skinął głową i wstał, czując, jak nogi są sztywne, plecy bolą od długiego siedzenia w napięciu. Rzucił banknoty na bar, znacznie więcej niż kosztowała kanapka i whisky, ale nie dbał o resztę.
„Dzięki, Eddie. Za wszystko.”
Barman spojrzał na niego z nieoczekiwaną powagą, bez zwykłej ironii i zawodowego dystansu.
„Uważaj na siebie, Kowalski. Cokolwiek cię gryzie, cokolwiek to jest, nie pozwól temu wygrać. Widziałem za dużo dobrych ludzi przegrywających z własnymi demonami.”
Erwin wyszedł w noc bez odpowiedzi, bo żadna odpowiedź nie byłaby wystarczająca.
Zimno uderzyło go natychmiast, ostre i bezlitosne. Wiatr był wilgotny, nasycony solą i zapachem oceanu, niosący ze sobą obietnicę nadchodzącej burzy. Rozejrzał się instynktownie, skanując wzrokiem parking, pustą ulicę, ciemne nabrzeże. Wszystko wyglądało normalnie. Pusto, ale normalnie.
Ale kiedy odwrócił się w stronę swojego samochodu, kiedy sięgnął do kieszeni po klucze, kiedy jego wzrok przypadkowo prześliznął się przez boczne okno, przez to przeklęte, zawsze zdradzieckie odbicie w szkle—
Zobaczył ją.
Odbicie w szybie samochodu. Stojącą bezpośrednio za nim. Tak blisko, że gdyby wyciągnął rękę do tyłu, mógłby jej dotknąć. Metr, może mniej. Niemożliwie blisko, niemożliwie cicho.
Serce zamarło w klatce piersiowej. Erwin nie odwrócił się, nie tym razem, bo już się nauczył zasad tej gry. Jeśli się odwróci, zniknie, pozostawiając tylko pustkę i wątpliwości. Więc patrzył na odbicie, zmuszając się do patrzenia, do widzenia.
Twarz, która nie była całkiem twarzą Mariny, ale była wystarczająco podobna, żeby boleć. Oczy, które świeciły słabą czerwienią, jak umierające węgle, jak coś, co pali się od środka. Usta, które poruszały się powoli, kształtując słowa bez dźwięku, bez powietrza, w niemym przesłaniu, którego nie potrafił odczytać.
A potem odbicie zrobiło coś, czego nie spodziewał się. Uśmiechnęło się. Powoli, świadomie, celowo. Uśmiech, który nie był ludzki, który pokazywał zbyt wiele zębów, które były zbyt ostre.
I zniknęło.
Erwin odwrócił się gwałtownie, serce walące jak szalone, ręce zaciśnięte w pięści, gotowe bronić się przed czymkolwiek.
Nikogo. Parking pusty. Tylko on i jego samochód i noc rozciągająca się we wszystkich kierunkach.
Ale wiatr, który szumiał między budynkami, brzmiał niemal jak głos. Jak szept przefiltrowany przez tysiące mil wody. Jak jej głos, zniekształcony, ale rozpoznawalny.
Mówiący jedno słowo, które zostało zawieszone w powietrzu jak obietnica albo groźba:
„Wkrótce.”
Podrozdział 3.3: Drugie rozpoznanie
Światło latarni zamigotało.
Nie było to stopniowe przyciemnienie ani powolne gaśnięcie starej żarówki zbliżającej się do końca żywotności. To był nagły, gwałtowny puls, jakby elektryczność decydowała się, czy płynąć dalej, czy zatrzymać się na dobre. Przez ułamek sekundy, jeden przyspieszony moment ludzkiego oka próbującego nadążyć, latarnia zgasła całkowicie, zostawiając nabrzeże w absolutnej ciemności.
A potem wróciła. Światło eksplodowało z powrotem z podwójną intensywnością, jasne, ostre, bezlitosne. I w tym jednym momencie, w tej jednej sekundzie, kiedy światło padło pod idealnym kątem, kiedy wszystkie zmienne astronomii, geometrii i przypadku zbiegły się w precyzyjny punkt—
Erwin zobaczył twarz.
Całą twarz. Każdy szczegół, każdą linię, każdy kontur, jakby stała nie pięćdziesiąt metrów dalej, ale pół metra, jakby można było wyciągnąć rękę i dotknąć tej bladej skóry.
I była to twarz Mariny.
Do złudzenia. Do bólu. Do niemożliwości.
Trójkątna twarz o tej szczególnej proporcji, którą Erwin rysował z pamięci setki razy na marginesach raportów policyjnych przez ostatnie trzy lata, próbując uchwycić coś nieuchwytnego. Delikatna linia żuchwy, która zawsze sprawiała, że wyglądała młodo, krucho, jakby była zrobiona z porcelany, a nie kości i mięśni. Wysokie kości policzkowe, lekko wystające, tworząc subtelne cienie pod oczami, które nadawały jej twarz melancholijny, poetycki charakter. Usta lekko rozwarte, dokładnie w ten sposób, w jaki zawsze otwierała je, kiedy szykowała się do powiedzenia czegoś ważnego, coś, co wymagało zebrania myśli i odwagi.
Dokładnie jak Marina. Nie podobna. Nie przypominająca. Dokładnie, precyzyjnie, niemożliwie identyczna.
Serce Erwina przestało bić. Płuca zapomniały, jak się oddycha. Świat zawęził się do jednego punktu, do jednej twarzy oświetlonej niemożliwym światłem.
Marina. Jego Marina. Żona, którą stracił. Kobieta, którą kochał. Twarz, którą widywał w snach, która nawiedzała go w każdej ciszy, w każdym odbiciu, w każdej kobiecie, która choć trochę przypominała ją na ulicy.
Ale potem — zanim zdążył w pełni przetworzyć tę informację, zanim mózg zdążył zadecydować, czy to realne, czy iluzja — światło latarni znowu zamigotało. Krótki puls. I kiedy wróciło, kiedy nabrzeże znowu zostało zalane tym mdłym pomarańczowym blaskiem—
Twarz się zmieniła.
Niestopniowo. Nie przekształcając się jak w komputerowym efekcie specjalnym. Po prostu była inna. Obca. Ostrzejsza w sposób, którego Erwin nie potrafił precyzyjnie nazwać. Kości policzkowe bardziej wystające, tak bardzo, że skóra zdawała się naciągnięta na nie jak materiał na ramę. Drapieżniejsza, z kątami i liniami, które sugerowały coś dzikiego, coś, co nigdy nie było w pełni oswojone. Oczy za ciemne, za głębokie, zapadnięte w czaszce jak studnie prowadzące donikąd.
Jak dwie twarze nałożone na siebie, walczące o prawo do istnienia w tym samym ciele. Jak dwie dusze zamknięte w jednej formie, jedna próbująca się przebić, druga ciągnąca z powrotem w głębinę.
Erwin cofnął się od okna gwałtownie, instynktownie, jakby samo patrzenie było niebezpieczne. Nogi zahaczyły o nogę stołka, musiał złapać się krawędzi baru, żeby nie upaść. Serce waliło mu w piersi jak oszalałe, tak głośno, że był pewien, że wszyscy w pubie muszą to słyszeć, ten dziki, zwierzęcy rytm paniki i niemożliwego rozpoznania.
Głos Eddiego dobiegł zza baru, przebijając się przez szum krwi w uszach Erwina.
„Hej, wszystko w porządku? Kowalski?”
Był w tym głosie prawdziwy niepokój, przebijający się przez zwykły zawodowy dystans barmana. Eddie odłożył szklankę, którą przecierał i zrobił krok w stronę Erwina, jakby gotowy interweniować.
Erwin odwrócił się, siląc się na spokój, na normalność, na jakikolwiek przebłysk kontroli.
„Tak. Wszystko w porządku.”
Kłamstwo wyszło z jego ust mechanicznie, automatyczną odpowiedzią, którą człowiek daje, kiedy nie chce tłumaczyć prawdy, która jest za skomplikowana, za niewiarygodna, za przerażająca. Ale głos drżał na końcu zdania, zdradzając go.
Nic nie było w porządku. Wszystko było najdalej od porządku, jak tylko mogło być.
Bo kiedy spojrzał z powrotem przez okno — nie mógł się powstrzymać, jakby jego oczy były przyciągane magnetycznie do tego miejsca — zobaczył, że ona wciąż tam stoi. I że porusza ustami.
Nie mówiła w tradycyjnym sensie. Żaden dźwięk nie docierał przez szybę, przez odległość, przez przestrzeń między nimi. Ale usta się ruszały, wyraźnie, celowo, formowały kształty słów, sylabizowały coś w ciszy. Wargi otwierały się i zamykały w precyzyjnym rytmie, jakby recytowała litanię, jakby próbowała przekazać wiadomość, której nikt inny nie mógł usłyszeć.
I wtedy Erwin usłyszał.
Nie uszami. Nie przez powietrze, które mogłoby przenosić dźwięk. Nie przez żaden fizyczny mechanizm akustyki. Ale w głowie, bezpośrednio w świadomości, jak to się działo przedtem w wodzie, na klifie, w samochodzie. Głos materializujący się w jego umyśle jak intruz, jak coś, co nie powinno tam być, ale jest, niemożliwe do zignorowania.
Jej głos. Mariny. Zniekształcony, jakby przefiltrowany przez mile oceanu, odbity echem od niewidzialnych ścian, rozciągnięty przez czas i przestrzeń, ale fundamentalnie, nieodwracalnie jej. Znał ten głos lepiej niż własny. Słyszał go w snach. Słyszał go w ciszy. Słyszał go w każdej kobiecie, która mówiła z podobną intonacją.
„Pamiętam cię.”
Słowa uderzyły go jak fizyczny cios. Erwin zacisnął pięści tak mocno, że paznokcie wbiły się w miękką skórę dłoni, przecinając ją, przynosząc ostry ból, który był właściwie mile widziany, bo dawał coś konkretnego, na czym można się skupić.
„Nie. To halucynacja. To stres. To rocznica. To trauma. To mózg tworzący obrazy, które nie istnieją. To nie może być —”
Mówił do siebie, desperacko próbując przywrócić racjonalność, zbudować mur logiki między sobą a niemożliwością za oknem.
„Przepraszam.”
Drugi głos w głowie, nakładający się na pierwszy, bardziej smutny, pełen bólu, który brzmiał jak fizyczne cierpienie. Desperacja w tym słowie była namacalna, jakby mówiła przez łzy, jakby każda sylaba kosztowała ją wszystko.
„Nie mogę przestać.”
I to trzecie zdanie złamało coś w Erwinie. Może to był sposób, w jaki było wypowiedziane — bezsilnie, beznadziejnie, jak ktoś w kajdanach błagający o wybaczenie za coś, nad czym nie ma kontroli. Może to było rozpoznanie tonu, który słyszał wcześniej, w ich ostatnich tygodniach razem, kiedy Marina stawała się coraz bardziej odległa, coraz bardziej pociągana przez coś, czego nie mogła nazwać.
Łzy napłynęły mu do oczu bez ostrzeżenia, gorące i nieproszone. Nie mógł ich powstrzymać, jakby ciało zdecydowało za niego, że trzeba płakać, że nie ma innej odpowiedzi na to, co się działo. Ból w klatce piersiowej był fizyczny, realny, jakby coś ściskało jego serce z zewnątrz, jakby niewidzialne palce zacisnęły się wokół niego i nie chciały puścić.
„Marina…”
Jej imię wyszło z jego ust jako szept, jako błaganie, jako pytanie, jako tysiąc rzeczy jednocześnie. Wypowiedział je do szyby, do odbicia, do postaci stojącej tam w niemożliwej odległości.
I ona usłyszała.
Erwin wiedział to, zanim jeszcze zareagowała. Wiedział po sposobie, w jaki jej ciało — to przeklęte, niemożliwe ciało — nagle się napięło, jak struny w instrumencie naciągnięte do punktu bliskiego pęknięcia. Głowa przechyliła się lekko, ruch ptasi, badawczy.
A potem zaczęła się cofać.
Powoli. Bardzo powoli. Każdy krok — jeśli to były kroki — wyglądał jakby wykonywany wbrew jej woli, jakby coś ciągnęło ją z powrotem, jakby niewidzialne ręce chwytały ją za ramiona i zmuszały do odejścia. Wtapiała się w ciemność między latarniami, sylwetka stawała się coraz mniej wyraźna, coraz bardziej niematerialna, aż w końcu przestała istnieć całkowicie.
Zniknęła. Tak jak zawsze. Jak duch, jak wspomnienie, jak coś, co nigdy nie było całkiem realne.
Erwin stał przy oknie jeszcze przez długą chwilę, nie mogąc się ruszyć, jakby jego ciało zapomniało, jak działają mięśnie. Oddychał ciężko, nieregularnie, każdy wdech był świadomym wysiłkiem. Wpatrywał się w miejsce, gdzie stała, jakby intensywność jego spojrzenia mogła sprawić, że wróci, że wszystko wyjaśni się, że będzie odpowiedź na pytania, które zalewały jego umysł.
Eddie podszedł bliżej, ostrożnie, jak człowiek zbliżający się do przestraszonego zwierzęcia. Oparł łokcie na barze, pochylił się lekko, studiując twarz Erwina z wyrazem, który był mieszanką troski i profesjonalnego zainteresowania barmanów, którzy widzieli wszystko, ale nie wszystko rozumieli.
„Widziałeś ducha czy co?”
Spytał to tylko półżartem, głos spokojny, próbujący rozładować napięcie humorem. Ale w jego oczach było coś głębszego, pytanie, które naprawdę chciał zadać: Co tam widziałeś? Co cię tak przeraziło?
Erwin oderwał wzrok od okna, odwrócił się i wrócił do baru jak automat. Usiadł na stołku ciężko, czując, jak wszystka energia opuszcza jego ciało naraz. Wziął resztę wody, która stała przed nim, i wypił jednym długim, desperackim łykiem, jakby chłód mógł ugasić ogień w jego głowie.
Postawił pustą szklankę na barze i wyszeptał, bardziej do siebie niż do Eddiego, głosem tak cichym, że barman musiał się nachylić, żeby usłyszeć:
„Nie może być ona. Ona nie żyje. Zginęła trzy lata temu. Nie znaleźli ciała, ale zginęła. Ocean ją zabrał. Ludzie mówili mi, że muszę pogodzić się z tym, że muszę iść dalej. I próbowałem. Próbowałem przez trzy przeklęte lata.”
Głos załamał się na końcu, słowa rozpadły się na fragmenty bólu.
Eddie milczał przez moment, wycierając bar ściereczką w powolnych, uspokajających ruchach. Nie był typem człowieka, który wtrącał się w cudze tragedie, nie był terapeutą ani księdzem. Był barmanem, który słuchał, kiedy trzeba było słuchać, i milczał, kiedy milczenie było lepsze niż słowa.
Ale jego spojrzenie mówiło wszystko bez słów: Wiem, o kim mówisz. Wiem, co się stało. Słyszałem historie. Całe miasto słyszało. Policjant, który stracił żonę w oceanie, jej ciała nigdy nie znaleziono. Przykro mi. Naprawdę przykro.
Ale nie rozumiał. Jak mógłby? Nikt nie rozumiał, bo nikt nie widział tego, co Erwin widział. Mokrych postaci na klifie. Sylwetki w wodzie pochłaniającej człowieka. Twarzy w odbiciach, które pojawiały się i znikały. Głosu w głowie, który znał jego imię.
Nikt nie rozumiał, że Marina może nie być martwa. Że może być czymś gorszym niż martwa.
Że może być żywa w sposób, który nie był już ludzki.
Erwin położył głowę w dłoniach, łokcie oparte na barze, zamknął oczy. Ciemność za powiekami była mile widziana, prosta, bez twarzy, bez wspomnień. Ale nawet tam, w tej prywatnej ciemności, widział ją. Dwie twarze nałożone na siebie. Marina i coś innego. Ludzka i nie. Kochająca i drapieżna.
I wiedział, że następnym razem, kiedy ją zobaczy — bo będzie następny raz, to było pewne jak wschód słońca — będzie musiał zdecydować.
Uciekać czy podejść.
Ratować czy zapomnieć.
Kochać czy się bać.
A może — i to była najbardziej przerażająca możliwość — wszystko na raz.
Podrozdział 3.4: Mnożenie się zagrożenia
Erwin wrócił do okna dziesięć minut później, choć każda sekunda tej drogi wydawała się trwać wieczność.
Nie chciał. Każda komórka w jego ciele krzyczała sprzeciw, każdy instynkt samozachowawczy wydobyty z milionów lat ewolucji błagał, żeby nie patrzeć, żeby siedzieć tyłem do okna, żeby skupić wzrok na ścianie, na podłodze, na dnie pustej szklanki, na czymkolwiek oprócz tego przeklętego kawałka świata widocznego przez brudną szybę. Żeby ignorować to, co tam było, udawać, że nie istnieje, że nigdy nie istniało, że całą tę noc można jakoś wymazać z pamięci jak zły sen po przebudzeniu.
Ale nie mógł.
Ciało poruszało się samo, prowadzone przez coś głębszego niż świadoma wola, coś prymitywnego i nieodpartego. Potrzeba wiedzy. Potrzeba potwierdzenia. Potrzeba spojrzenia w twarz temu, czego się boisz, bo niepewność jest gorsza niż wiedza, nawet jeśli wiedza jest przerażająca. Musiał wiedzieć, czy ona wciąż tam była. Czy czekała. Czy to wszystko było prawdziwe, czy jego umysł w końcu całkowicie się załamał.
Wstał z barowego stołka, czując, jak nogi są ciężkie, jakby wykonane z ołowiu. Każdy krok w stronę okna był świadomym aktem woli przeciwko instynktowi ucieczki. Eddie coś do niego mówił, pytał o coś, ale słowa docierały jak przez grubą warstwę waty, zniekształcone, pozbawione znaczenia. Erwin dotarł do okna, przyłożył dłonie do zimnej ramy, pochylił się lekko, zmuszając oczy do patrzenia na zewnątrz, na ciemne nabrzeże rozświetlone jedynie mdłymi latarniami.
I zamarł.
Oddech uwięzł w gardle. Serce przeskoczyło kilka uderzeń, potem uderzyło podwójnie mocno, jakby próbowało nadrobić stracony rytm. Świat zważył się do tego jednego widoku, tej jednej niemożliwej rzeczywistości.
Więcej.
Niejedna sylwetka. Nie ta sama postać, którą widział przedtem, stojąca samotnie pod latarnią. Więcej. Znacznie więcej.
Dwie. Trzy. Cztery. Może pięć — trudno było policzyć w tej grze światła i cienia, w tym chaotycznym rozmieszczeniu postaci wzdłuż nabrzeża. Stały rozsiane jak strategicznie umieszczone szachy na planszy, przy różnych latarniach rozstawionych co dwadzieścia metrów wzdłuż brzegu. Jedna przy krawędzi molo, gdzie drewniany pomost wystawał nad wodę. Druga obok kontenera śmieciowego, częściowo ukryta w jego cieniu, ale wciąż widoczna. Trzecia przy schodach prowadzących w dół do wody, nieruchoma jak element architektonicznej dekoracji. Czwarta dalej, przy zakręcie ulicy, tam, gdzie nabrzeże zaczynało przechodzić w obszar mieszkalny.
Wszystkie kobiece. To było pierwsze, co zauważył — każda sylwetka miała te same proporcje, tę samą smukłość, tę samą wysokość około metra siedemdziesięciu. Wszystkie z długimi włosami, które wisiały ciężko, nieruchomo, nie reagując na wiatr, który Erwin widział wyraźnie targający gałęziami drzew i flagą na łodzi. Wszystkie stały w identycznej pozie — wyprostowane, ramiona wzdłuż ciała, głowy lekko przechylone, jakby słuchające czegoś, czego nikt inny nie słyszał.
Wszystkie nieruchome w sposób, który wykraczał poza ludzką zdolność do stania bez ruchu. Żadnego przesunięcia ciężaru. Żadnego drobnego gestu. Żadnego znaku życia oprócz samego faktu stania.
I wszystkie patrzyły. Nie na nabrzeże, nie na ocean, nie w przestrzeń. Na pub. Na okno. Na niego.
Erwin poczuł, jak coś zimnego spływa po kręgosłupie, rozlewa się po całym ciele jak lodowata woda. To nie było przypadkowe. To nie było zbiegiem okoliczności. To było celowe, zaplanowane, przemyślane. Rozmieszczenie postaci tworzyło niemal doskonały półokrąg wokół budynku, trzymający go w centrum uwagi, w epicentrum niewidzialnej sieci obserwacji.
Słowa wyszły z jego ust jako zduszony, przerażony szept, ledwo słyszalny nawet dla niego samego.
„Jezu Chryste…”
Eddie musiał usłyszeć coś w tym tonie, coś, co przebijało się przez profesjonalny dystans i normalne granice niewtykania nosa w nie swoje sprawy. Jego kroki były szybkie, zdecydowane. Stanął obok Erwina przy oknie, pochylił się, próbując zobaczyć to, co tak wyraźnie niepokoiło jego klienta.
„Co jest? Kowalski, co tam widzisz?”
Erwin nie odwrócił wzroku. Nie mógł. Wskazał drżącym palcem przez szybę, ręka trzęsła się tak mocno, że trudno było określić precyzyjny kierunek.
„Tam. Widzisz je? Kobiety. Stoją wzdłuż całego nabrzeża.”
Eddie zmrużył oczy, przyłożył twarz bliżej szyby, osłaniając wzrok dłonią przed światłem z wnętrza baru. Patrzył przez długą chwilę, może dziesięć sekund, może piętnaście, skanując wzrokiem każdy fragment widoku. Erwin obserwował jego profil, szukając jakiegokolwiek znaku rozpoznania, potwierdzenia, strachu. Czegokolwiek, co by mówiło: tak, widzę to też, nie jesteś sam, nie jesteś szalony.
Ale Eddie w końcu pokręcił głową, wolno, z wyrazem szczerze zmieszanym na twarzy. Odsunął się od okna, spojrzał na Erwina z troską, która zaczynała przechodzić w coś bardziej niepokojącego — w ocenę, czy ten człowiek nie potrzebuje czegoś więcej niż wody i kanapki.
„Nie widzę nikogo, człowieku. Nabrzeże jest całkowicie puste. Tylko latarnie i cienie. Może kilka zaparkowanych samochodów w oddali. Ale ludzi? Nie ma tam nikogo.”
Erwin przeniósł wzrok z powrotem na okno, desperacko, panicznie, szukając potwierdzenia własnych oczu. One były tam. Jasne jak dzień. Cztery, może pięć postaci, wyraźnie widoczne w kręgach światła latarni, ich blade ciała kontrastujące z ciemnością. Jak mogły być tak oczywiste dla niego i całkowicie niewidzialne dla kogoś stojącego dosłownie obok?
I wtedy zrozumiał. Zrozumienie spadło na niego jak zimna fala, tak oczywiste, że dziwne było, że nie przyszło wcześniej.
Eddie ich nie widział, bo nie miały być widziane. Nie przez niego. Nie przez nikogo innego, kto mógłby przypadkiem spojrzeć przez okno, przechodzić obok, zwrócić uwagę. Tylko przez Erwina. To była wiadomość skierowana wyłącznie do niego, prywatna komunikacja między polującym a ofiarą, między obserwującym a obserwowanym.
Myśl przyszła zimno, logicznie, mimo całego chaosu w jego głowie. Chcą, żebym wiedział. Chcą, żebym czuł się obserwowany, otoczony, uwięziony. To psychologiczna gra. Strategia. Nie atakują jeszcze. Budują strach, rozkładają obronę, przygotowują grunt.
Polują.
Słowo uderzyło go z siłą objawienia. Polują. Nie w prosty, brutalny sposób drapieżnika rzucającego się na zdobycz. Polują inteligentnie, metodycznie, jak coś, co miało setki, może tysiące lat na naukę, jak łamać nie tylko ciała, ale umysły. Nie teraz. Nie tutaj, w świetle, wśród ludzi, gdzie mogłyby być zakłócone, przerwane, może nawet powstrzymane. Ale czekają.
Czekają, aż wyjdzie. Aż będzie sam. Aż będzie w ciemności, gdzie reguły są inne, gdzie one mają przewagę.
Erwin oderwał się od okna gwałtownie, odwrócił się plecami do widoku, jakby samo patrzenie zwiększało ich moc. Oparł się o ścianę obok okna, oddychając ciężko, próbując zmusić płuca do regularnego rytmu. Eddie stał kilka kroków dalej, obserwując go z wyrazem, który był mieszanką zaniepokojenia i bezradności.
„Słuchaj, Kowalski” — zaczął Eddie powoli, ostrożnie dobierając słowa — „może powinieneś… nie wiem, może powinniśmy zadzwonić po kogoś? Do szpitala? Do kolegi z pracy? Wyglądasz, jakbyś był w ciężkim szoku. To normalne po tym, co przeszedłeś, rozumiesz? Nie musi to oznaczać niczego złego, tylko że potrzebujesz pomocy.”
Erwin pokręcił głową gwałtownie, może zbyt gwałtownie, bo Eddie cofnął się o krok. Nie. Żadnych szpitali. Żadnych psychiatrów. Jak miałby wytłumaczyć? Że widzi swoją martwą żonę jako mokrą zjawę, która go śledzi? Że czuje głosy w głowie? Że obserwuje go armia syren niewidzialnych dla innych? Zamkną go. Uznają za niezdolnego do służby. Zabiorą broń, odznakę, wszystko, co mu zostało.
A wtedy będzie naprawdę bezbronny.
„Nie” — powiedział, głos twardszy niż zamierzał. — „Nic mi nie jest. Po prostu… zmęczenie. Za dużo zmian nocnych. Eddie, posłuchaj, muszę iść do domu. Muszę się przespać. Jutro będzie lepiej.”
Kłamstwo wyszło z jego ust gładko, profesjonalnie, tak jak uczyli na szkoleniu, kiedy trzeba było uspokoić świadka, przekonać podejrzanego, udawać, że wszystko jest pod kontrolą.
Eddie nie wyglądał na przekonanego. Stał przez moment, oceniając, rozważając, czy powinien interweniować. Ale w końcu skinął głową, wolno, z wyrazem kogoś, kto podjął decyzję, ale nie był z niej zadowolony.
„Dobra. Ale nie jedź, jeśli jesteś pijany. I jeśli potrzebujesz miejsca na przenocowanie, mam kanapę w zapleczu. Nie będzie wygodna, ale bezpieczna.”
Bezpieczna. Słowo zawisło w powietrzu jak obietnica, której nikt nie mógł dotrzymać.
Erwin skinął głową, próbując się uśmiechnąć, choć czuł, że wychodzi groteskowo. Rzucił ostatni wzrok na okno, ostrożnie, kątem oka. Postaci wciąż tam były. Może nawet więcej teraz. Trudno powiedzieć. Stały i czekały.
Wiedział, że muszą się zmierzyć. Prędzej czy później. One nie odpuszczą. Marina — czy coś, co było kiedyś Mariną — nie odpuści. Zbliżała się do niego krok po kroku, noc po nocy, aż w końcu nie będzie już miejsca na ucieczkę.
Ale nie dziś. Nie teraz. Jeszcze nie był gotowy.
Potrzebował odpowiedzi. Potrzebował zrozumieć, kim one są, czego chcą, czy Marina jest tam gdzieś w środku, czy można ją uratować. Czy powinien ją ratować.
Czy powinien się bać, czy kochać.
A może — i to przerażało go najbardziej — jedno nie wykluczało drugiego.
Odszedł od okna, wracając do baru, gdzie jego niedokończona kanapka leżała na talerzu jak martwy świadek całej sceny. Nie tknął jej. Nie mógł jeść. Żołądek był zaciśnięty zbyt mocno. Zamiast tego rzucił na blat kilka banknotów, więcej niż trzeba, ale nie obchodziło go to.
Eddie przyjął je bez słowa, schował do kieszeni fartucha.
„Uważaj na siebie” — powiedział po prostu, bez ironii, bez dystansu. Szczerze.
Erwin skinął głową i ruszył w stronę drzwi. Każdy krok był walką. Bo wiedział, co czeka na zewnątrz. Wiedział, że kiedy opuści bezpieczeństwo światła, ciepła, ludzi, będzie sam. Sam z czymkolwiek tam czekało.
Ręka na klamce. Zimna, metalowa, konkretna. Ostatni moment normalności.
Pchnął drzwi. Dzwonek nad głową zazgrzytał. Zimne powietrze uderzyło w twarz.
I zrobił krok w noc.
Podrozdział 3.5: Noc obserwacji
Erwin zatrzymał się w drzwiach, ręka wciąż na klamce, zimne powietrze z zewnątrz mieszające się z ciepłem wnętrza pubu. Przez moment stał tam zawieszony między dwoma światami, dwoma możliwościami, dwoma przyszłościami. Przed nim ciemność nabrzeża i postaci czekające w cieniu. Za nim światło, ludzie, względne bezpieczeństwo czterech ścian i zamkniętych drzwi.
Odwrócił się powoli, puszczając klamkę, która brzęknęła cicho, wracając na miejsce.
„Eddie.”
Głos wyszedł z jego gardła ochryple, niepewnie, jak głos człowieka proszącego o coś, czego nie powinien prosić, czego może nie zasługuje otrzymać.
Barman podniósł wzrok znad szklanki, którą przecierał metodycznie, i uniósł brew w niemym pytaniu.
„Czy mógłbym… zostać tutaj przez jakiś czas?”
Słowa zawisły w powietrzu między nimi. Eddie nie odpowiedział od razu, tylko patrzył na Erwina z tym szczególnym wyrazem, który miały ludzie widzący zbyt wiele — oceniającym, ale nie osądzającym, zaniepokojonym, ale nie zaskoczonym. W jego oczach było zrozumienie, które przychodzi po latach pracy w miejscach, gdzie ludzie uciekają przed rzeczami, o których nie chcą mówić.
„Jak długo?”
Pytanie było praktyczne, bezpośrednie, pozbawione emocjonalnego bagażu.
„Do zamknięcia. Może… może dłużej, jeśli się zgodzisz.”
Eddie odłożył szklankę na bar z cichym stuknięciem porcelany o drewno. Spojrzał na zegar na ścianie — pięć po dziesiątej — potem z powrotem na Erwina. Przez jego twarz przemknęło coś, co mogło być troską albo po prostu zmęczonym współczuciem człowieka, który widział takie prośby wcześniej.
„Jasne” — powiedział w końcu, głos spokojny, bez osądu. — „Zamykam o drugiej. Możesz przeczekać na zapleczu, jeśli chcesz. Mam starą kanapę, nie jest wygodna, ale ludzie na niej spali.”
Ulga zalała Erwina jak ciepła fala. Nie musiał wychodzić. Nie jeszcze. Nie do nich.
„Dzięki.”
Słowo było proste, ale niosło ciężar niewypowiedzianych rzeczy — wdzięczności, desperacji, strachu, którym nie mógł się podzielić.
Ale Erwin nie poszedł na zaplecze, gdzie stara kanapa obiecywała przynajmniej pozory prywatności i może kilka godzin snu. Zamiast tego wrócił do baru, usiadł na tym samym stołku, który zajmował przez ostatnią godzinę, i obrócił się twarzą do okna. Pozycja była celowa, strategiczna. Musiał widzieć. Musiał obserwować. Nie mógł pozwolić sobie na ślepotę, na odwrócenie wzroku, na udawanie, że jeśli nie patrzy, to one przestają istnieć.
Eddie przyniósł kawę bez pytania. Nie whisky tym razem, nie piwo, ale grubą, białą filiżankę wypełnioną po brzegi czarną, gorącą kawą, która parowała w chłodnym powietrzu baru. Postawił ją przed Erwinem wraz z małym dzbankiem do dolewania, gestami mówiąc: będziesz jej potrzebował, jeśli planujesz czuwać.
„Mocna” — mruknął Eddie. — „Zrobiłem ją godzinę temu, ale wciąż powinna kopać.”
Erwin wziął filiżankę w obie dłonie, czując ciepło przesiąkające przez porcelanę do zmarzniętych palców. Pił małymi łykami, czując, jak gorzki płyn pali język i gardło, rozprzestrzenia ostrą czujność przez ciało. Dobrze. Potrzebował czujności. Potrzebował każdej komórki mózgu skupionej, każdego zmysłu zaostrzonym.
Godzina minęła. Potem druga.
Czas w pubie przybierał dziwną, lepką konsystencję, rozciągając się i kurcząc w sposób, który wydawał się niezależny od faktycznych ruchów wskazówek zegara na ścianie. Erwin siedział, pił kawę, obserwował. Wzrok przyklejony do okna, do widoku nabrzeża rozciągającego się w ciemności przetykanej kręgami światła.
Bar powoli pustoszał wokół niego jak teatr po przedstawieniu, widzowie opuszczający swoje miejsca jeden po drugim. Para przy oknie — młodzi, zakochani, zatraceni w swoim prywatnym świecie — wyszła o dziesiątej trzydzieści, trzymając się za ręce, szepczący coś do siebie, nieświadomy niczego poza sobą nawzajem. Dzwonek nad drzwiami zazgrzytał, wpuszczając podmuch zimnego powietrza, potem cisza powróciła.
Dwóch starych rybaków odeszło około jedenastej, poruszających się powoli, ciała zużyte przez lata ciężkiej pracy na morzu. Zostawili banknoty na stoliku, nie czekając na resztę, wymamrotali dobranoc do Eddiego głosami chropowatymi od tytoniu i soli. Ich ciężkie buty dudniły na drewnianej podłodze, potem drzwi się otworzyły i zamknęły, i zniknęli w nocy.
Zostali tylko Erwin, Eddie i jeden pijak, który zasnął przy stoliku w rogu, głowa oparta na złożonych rękach, chrapiący cicho, regularnie, błogo nieświadomy wszystkiego.
I one.
Wciąż tam były. Za oknem. W ciemności.
Erwin obserwował je z intensywnością graniczącą z obsesją, nie mrugając, nie odwracając wzroku nawet na sekundę, jakby samo patrzenie mogło je powstrzymać od zbliżenia się. Czasami się ruszały — nigdy nie podchodziły bliżej, nie przekraczały jakiejś niewidzialnej granicy wokół pubu, ale zmieniały pozycje. Jedna sylwetka, która stała pod latarnią po lewej stronie, znikała, rozpływała się w cieniu między kręgami światła. Chwilę późnej pojawiała się gdzieś indziej — przy molo, przy kontenerze, przy schodach prowadzących do wody.
Inna, która obserwowała z prawej strony, nagle była bliżej, choć Erwin nie widział jej ruchu, nie widział przejścia. Po prostu przestała być tam i była tutaj, jak postać w filmie, w którym wycięto kilka klatek.
Jakby krążyły. Patrolowały. Trzymały obwód wokół budynku, niewidzialna blokada, z której Erwin nie mógł się wydostać.
Czekały.
Na co? Kiedy? Jak długo mogły czekać? Godzinę? Noc? Wieczność?
O północy Eddie zamknął drzwi na klucz z głośnym kliknięciem metalu, dźwiękiem, który w ciszy pubu brzmiał ostatecznie, definitywnie. Podszedł do stolika w rogu, delikatnie potrząsnął ramieniem pijaka, budząc go z głębokiego snu nasączonego alkoholem.
„Hej, Joe. Czas iść do domu. Twoja żona pewnie się martwi.”
Pijak — Joe, najwyraźniej stały bywalec — podniósł głowę, oczy zamglone, dezorientacja na twarzy. Wymamrotał coś niewyraźnego, co mogło być przeprosinami albo protestem. Eddie pomógł mu wstać, prowadził do tylnego wyjścia, żeby nie zakłócać Erwina przy oknie. Erwin słyszał ich głosy dobiegające z zaplecza, brzęk kluczy, skrzypienie drzwi, podmuch wiatru, potem cisza.
Eddie wrócił po kilku minutach, wyłączył telewizor — ekran zgasł z cichym trzaskiem statycznej elektryczności — i zaczął sprzątać z metodycznością człowieka, który robił to tysiące razy. Zbierał szklanki, wycierał stoły, układał krzesła. Rutyna zamykania, koja uspokajający rytm pracy.
„Wciąż widzisz je?”
Pytanie przyszło cicho, bez osądu, bez niedowierzania. Eddie zapytał tak, jakby pytał o pogodę, o mecz piłkarski, o coś zwyczajnego i akceptowalnego.
Erwin kiwnął głową, nie odrywając wzroku od okna.
„Tak. Wciąż tam są.”
Eddie westchnął głęboko, dźwięk niosący lata życia, lata słuchania historii, lata patrzenia na ludzkie tragedie rozgrywające się przed jego oczami. Odłożył ścierkę, oparł się o bar, patrząc nie na okno, ale na Erwina.
„Słuchaj, Kowalski…” — zaczął powoli, ostrożnie dobierając słowa — „wiem, co ludzie mówią o tym miejscu. O nabrzeżu. Stare opowieści, które krążą od pokoleń. Duchy topielców wędrujących po brzegu. Przekleństwa rzucone przez czarownice spalone na stosie czterysta lat temu. Syreny wabią marynarzy na skały. Tego rodzaju bzdury, rozumiesz? Opowieści dla turystów, legendy miejskie, bajki na długie zimowe wieczory.”
Zawiesił głos, jakby rozważając, czy powinien kontynuować, czy zostawić to w bezpiecznej sferze niedowierzania.
„Ale?” — zachęcił Erwin, wyczuwając, że jest więcej, że Eddie ma coś do powiedzenia, coś ważnego.
Eddie spojrzał na swoje ręce, na blizny i oparzenia na palcach, na plamę po oleju na przedramieniu. Westchnął ponownie.
„Ale był taki rybak, jakieś pięć lat temu. Może sześć. Nazywał się… Mackenzie, chyba. Thomas Mackenzie. Stary wilk morski, całe życie na wodzie, znał te wody jak własną kieszeń. Wrócił pewnej nocy z łowisk, bielszy niż ściana, drżący jak liść. Przyszedł tutaj, wypił pół butelki whisky zanim zaczął mówić. Mówił, że widział coś w wodzie. Kobietę o długich włosach, śpiewającą jakąś melodię, którą czuł bardziej niż słyszał. Mówił, że była piękna i przerażająca jednocześnie. Że próbowała go wciągnąć za burtę, że słyszał jej głos w głowie, obiecujący rzeczy, o których nie chciał mówić.”
Eddie zamilkł, wpatrując się w przestrzeń, w wspomnienie tamtego wieczoru.
„Nikt mu nie uwierzył, oczywiście. Pomyśleli, że się upił na morzu, że widział foka albo delfina i wyobraźnia płatała mu figle. Śmiali się z niego. Nazywali szalonym starym gościem. W końcu przestał o tym mówić.”
„Co się z nim stało?” — głos Erwina był cichy, ale napięty, przeczuwając odpowiedź, która nadchodziła jak nieunikniona fala.
Eddie podniósł wzrok, spojrzał Erwinowi prosto w oczy z wyrazem, który był mieszanką smutku i czegoś głębszego — może strachu, może akceptacji rzeczy, których nie rozumiał.
„Tydzień później znaleźli jego łódź dryfującą o świcie, jakieś dwie mile od brzegu. Silnik wyłączony. Sieć pusta. Radio włączone, ale nikt nie nadawał. I łódź była pusta. Thomas zniknął. Jakby po prostu wstał w środku nocy i wszedł do wody. Jego nigdy nie odnaleźli. Żadnych śladów walki, żadnej krwi, żadnego znaku przemocy. Po prostu… zniknął.”
Cisza, która spadła po tych słowach, była gęsta, namacalna, wypełniona niewidzialnym ciężarem. Erwin poczuł, jak coś ściska mu gardło, jak powietrze staje się trudniejsze do wdychania. Przełknął ślinę, która nagle wydawała się zbyt gęsta, zbyt słona.
„Ile było tych zaginięć?” — spytał, choć część niego nie chciała znać odpowiedzi, nie chciała wiedzieć, jak głęboko to wszystko sięgało.
Eddie pokręcił głową, gest mówiący: za dużo, by liczyć, za dużo, by być przypadkiem.
„Nie prowadzę rachunku. Nie jestem policjantem, nie jestem dziennikarzem. Ale…” — urwał, spojrzał na okno, na ciemne nabrzeże — „więcej niż powinno być. Znacznie więcej. Co kilka lat ktoś znika. Zawsze w nocy. Zawsze przy wodzie. Czasem znajdują ciała wyrzucone przez fale, czasem nie. Władze mówią o przypadkach. Pijani ludzie spadający z molo. Samobójstwa. Wypadki. Zawsze mają wytłumaczenie. Zawsze racjonalne.”
Zawiesił głos, a potem dodał ciszej, jakby mówił do siebie:
„Ale ludzie tutaj wiedzą. Ci, którzy mieszkają tu od pokoleń, którzy pamiętają stare historie. Wiedzą, że ocean tutaj jest inny. Że bierze więcej, niż powinien. Że czasami zwraca to, co wziął, ale zmienione. Zniekształcone.”
Erwin patrzył na okno, na postaci, które wciąż tam stały, czuwając w ciemności. Marina była jedną z nich. Jego Marina, która zniknęła trzy lata temu, której ciała nigdy nie znaleziono, którą opłakiwał, za którą tęsknił, którą teraz widział jako coś, co nie było całkiem ludzkie.
„Czy…” — zaczął, głos łamiący się — „czy któryś z tych, którzy zniknęli… czy ktoś widział ich potem? Po zniknięciu?”
Eddie spojrzał na niego długo, oceniając, czy powinien powiedzieć prawdę, czy będzie ona pomocna, czy tylko pogłębi ból.
„Czasami” — powiedział w końcu. — „Niektórzy rybacy mówili, że widzieli twarze w wodzie. Znajome twarze. Ludzi, którzy zginęli lata temu. Wołających ich, machających, prosząc o pomoc. Ale ci, którzy wskoczyli ratować ich… też nie wrócili.”
Erwin zamknął oczy, czując jak łzy ponownie napływają, gorące i niechciane. Marina była tam, w wodzie, w ciemności, przekształcona w coś, co używało jej twarzy, jej głosu, jej wspomnień, by go zwabić.
A część niego — ta irracjonalna, rozpaczliwa, kochająca część — wciąż chciała iść do niej.
Otworzył oczy, spojrzał na Ediego.
„Jak myślisz, czego one chcą?”
Barman wzruszył ramionami, gest głębokiej niewiedzy.
„Nie jestem mądrzejszy od innych. Ale jeśli wierzysz w stare opowieści, one nie chcą niczego w sposób, w jaki my chcemy. One po prostu są. Jak ocean. Nie myśli, nie planuje, nie chce. Po prostu bierze. I nigdy nie puszcza.”
Słowa zawisły w powietrzu jak wyrok.
Erwin wrócił wzrokiem do okna. Postać najbliższa pubowi — ta, która mogła być Mariną albo nie — lekko przechyliła głowę, jakby słyszała ich rozmowę przez szkło, przez ściany, przez niemożliwy dystans.
I Erwin zastanawiał się, ile jeszcze nocy może czekać.
I co się stanie, kiedy skończy mu się czas.
Podrozdział 3.6: Niespokojny sen
Erwin zasnął o trzeciej nad ranem, choć walczył z tym do ostatniej chwili.
Nie chciał. Każda komórka jego świadomego umysłu protestowała przeciwko idei poddania się, przeciwko zamknięciu oczu, przeciwko pozwoleniu ciału wślizgnąć się w tę bezbronną, nieświadomą przestrzeń między jawą a czymś innym. Próbował zostać czujnym, pić kolejne filiżanki coraz bardziej gorzkiej, coraz bardziej zimnej kawy, którą Eddie zostawiał w dzbanku. Próbował skupić się na oknie, na widoku nabrzeża, na sylwetkach, które krążyły tam w ciemności jak rekiny wokół tonącej łodzi. Próbował liczyć je, zapamiętywać ich pozycje, szukać wzorców w ich ruchach, cokolwiek, żeby utrzymać mózg aktywnym, zaangażowanym, przytomnym.
Ale ciało w końcu poddało się. Musiało się poddać. Zbyt wiele stresu nagromadziło się w mięśniach, zbyt wiele adrenaliny wypompowano i wyczerpano z nadnerczy, zbyt wiele bezsensownych godzin zużyto bez odpoczynku przez ostatnie dni. Organizm miał swoje limity, granice, które nie mogły być przekroczone bez konsekwencji. I te limity zostały dawno osiągnięte.
Powieki stały się ciężkie, ołowiane, niemożliwe do utrzymania otwartych. Świat zaczął się rozmywać na krawędziach, obrazy tańczyły i wirowały w sposób, który nie pasował do fizyki rzeczywistości. Dźwięki — szum lodówki za barem, kapanie kranu, odległe buczenie miasta — wydawały się docierać jakby przez grubą warstwę waty, zniekształcone, odległe, nierealne.
Głowa opadła mu na złożone ręce spoczywające na barze, policzek przycisnął się do zimnej skóry przedramienia. Pozycja była niewygodna, kręgosłup skręcony pod nienaturalnym kątem, ramiona zaciśnięte, ale było mu już wszystko jedno. Ciało wzięło kontrolę, wyłączając świadomość wbrew protestom umysłu.
I natychmiast zaczął śnić.
Już od pierwszej chwili sen otulił go chłodem oceanu — ciężkim, słonym i żywym, jakby z jego wnętrza sączył się oddech czegoś, co czekało po drugiej stronie opuszczonej jaskini, tam, gdzie przerwany krąg wciąż pulsował pod warstwą kamieni i krwi.
Nie było stopniowego wchodzenia, nie było miękkiego przejścia z rzeczywistości w stan snu. Jeden moment Erwin siedział w barze, następny był pod wodą. Totalnie, kompletnie zanurzony.
Woda była wszędzie — otaczała go, naciskała z wszystkich stron, wypełniała każdą przestrzeń, każdą szczelinę. Ale to nie był normalny ocean, nie była to przejrzysta woda basenu ani nawet mętna zieleń zatoki. To było coś gęstszego, ciemniejszego, bardziej substancjalnego. Jakby tonął nie w wodzie, ale w atramencie, w jakiejś lepkiej, ciężkiej cieczy, która opierała się ruchom, która wsiąkała w skórę, która chciała stać się częścią niego.
Nie mógł oddychać — płuca były pełne tej ciemnej cieczy, ciężkie, rozciągnięte, ale jednocześnie nie dusiła go. To było niemożliwe, sprzeczne z logiką, ale w logice snów wszystko jest możliwe. Był częścią wody, a woda częścią jego. Nie tonął, bo tonięcie zakładało walkę, ruch w górę, próbę dotarcia do powierzchni. Tutaj nie było walki. Tylko akceptacja. Tylko unoszenie się.
Próbował płynąć w górę, instynkt silniejszy niż logika, kierujący rękami i nogami w machających ruchach, które powinny pchać go ku światłu, ku powierzchni, ku powietrzu. Ale nie było góry. Nie było kierunku, w którym woda stawała się jaśniejsza, cieplejsza, cieńsza. Nie było dołu, gdzie mogłoby być dno, gdzie ciemność stawałaby się absolutna. Tylko nieskończona, jednolita ciemność ciągnąca się bez końca we wszystkich kierunkach, przestrzeń bez granic, bez punktów odniesienia, bez nadziei na ucieczkę.
I wtedy zobaczył je.
Sylwetki w wodzie. Nie pojedyncze, nie kilka. Dziesiątki. Setki. Może tysiące — trudno było policzyć, bo zlewały się z ciemnością na krawędziach widzenia, pojawiały się i znikały jak obrazy w kalejdoskopie. Unosiły się bez ruchu, zawieszone w tej gęstej cieczy jak topielcy zamrożeni w czasie, jak eksponaty w jakimś makabrycznym muzeum śmierci.
Wszystkie były kobietami. Widział to po kształtach ciał, po wąskich taliach i zaokrąglonych biodrach, po smukłości ramion, które wisiały bezwładnie wzdłuż boków. Wszystkie miały długie włosy rozwiane wokół głów jak korony z wodorostów, jak meduzy unosząca swoje macki, poruszające się leniwie w niewidzialnych prądach, tańczące w rytmie, którego tylko one słyszały.
Wszystkie miały otwarte oczy. Szeroko otwarte, wpatrzone w pustą przestrzeń przed sobą, nieruchome jak oczy lalek. I wszystkie te oczy świeciły. Nie białym światłem, nienaturalnym blaskiem odbicia. Świeciły czerwienią — głęboką, pulsującą, nienaturalną czerwienią, jak żarzące się węgle, jak diody LED, jak coś, co pali się od środka.
Erwin unosił się między nimi, serce — które teoretycznie powinno było przestać bić pod wodą — waliło jak oszalałe. Próbował nie patrzeć na twarze, ale wzrok był przyciągany mimo woli. Niektóre twarze były nieznane, obce, kobiety, których nigdy nie widział. Inne były znajome w przerażający sposób — mieszkanki miasta, które zniknęły przez lata, o których czytał w raportach policyjnych, których szukano i nigdy nie znaleziono.
Wszystkie martwe. Wszystkie przekształcone. Wszystkie czekające.
Jedna z nich poruszył się.
Ruch był subtelny, ledwo zauważalny w tej ciemności — tylko lekkie obrócenie głowy, zwrot szyi o kilka stopni. Ale w tej przestrzeni absolutnej nieruchomości był jak grzmot, jak wybuch, jak krzyk przebijający ciszę.
Spojrzała prosto na niego.
Marina.
Serce Erwina zamarło, choć wiedział, że to sen, że to nie może być prawdziwe, że to tylko projekcja jego strachu i tęsknoty. Ale sen nie słuchał logiki. Sen był bardziej rzeczywisty niż rzeczywistość.
Jej twarz była dokładnie taka, jak pamiętał — trójkątna, delikatna, piękna w sposób, który zawsze sprawiał, że zapominał, jak oddychać. Ale jednocześnie była zupełnie inna. Kości policzkowe za ostre, jakby skóra była naciągnięta zbyt mocno. Oczy za duże, za okrągłe, za czerwone. Usta za szerokie, odsłaniające zęby, które były za białe, za liczne, za ostre.
Uśmiechnęła się, ale uśmiech był niewłaściwy — zbyt szeroki, rozciągający usta poza naturalne granice, pokazujący dziąsła i korzenie zębów, wyglądający bardziej jak grymas bólu niż wyrazu radości.
I zaczęła płynąć w jego stronę.
Nie szybko. Nie z pośpiechem drapieżnika rzucającego się na ofiarę. Powoli. Spokojnie. Metodycznie. Każdy ruch był płynny, kontrolowany, piękny w swojej precyzji. Ręce poruszały się w leniwych łukach, ciało falowało jak węgorz, włosy tańczyły wokół niej jak żywy organizm. Jakby miała cały czas świata, jakby wiedziała, że on nie ma, dokąd uciec, że to tylko kwestia czasu, zanim go dosięgnie.
Erwin próbował uciec, kazał nogom kopać, rękom machać, ciału odwrócić się i płynąć w przeciwnym kierunku. Ale nogi mu nie słuchały, poruszały się jak we śnie — powoli, nieefektywnie, jakby były przyczepione do ciężarów. Ręce machały bezradnie w gęstej wodzie, nie znajdując oparcia, nie pchając go do przodu. Unosił się w miejscu, bezradny, sparaliżowany, obserwując jak ona się zbliża.
Metr dzielił ich. Pół metra. Centymetry.
Wyciągnęła rękę ku niemu — blade palce, tak blade, że były niemal przezroczyste, pokazując delikatne niebieskie żyły pod skórą. Zbyt długie, zakończone paznokciami, które były ostre i zakrzywione jak szpony ptaka drapieżnego.
Dotknęła jego twarzy.
Zimno. Nie zwykłe zimno zimnej wody czy zimnego pokoju. Zimno przenikliwe, kostne, pierwotne, jakby dotykała go sama esencja lodu, jakby jej palce były wykonane z zamarznięcia i nicości. Czuł, jak to zimno rozprzestrzenia się od punktu kontaktu, wsiąka w skórę, przenika do mięśni, dociera do kości, mrożąc wszystko na swojej drodze. Jakby jej dotyk wysysał ciepło, życie, samą istotę istnienia z jego ciała.
I wtedy przemówiła.
Nie głosem — nie było dźwięku w tej wodzie, nie było wibracji powietrza, bo nie było powietrza. Mówiła myślą, bezpośrednio do jego umysłu, słowa materializujące się w jego świadomości jak intruzi, jak obce myśli, które nie były jego, ale były tam, niemożliwe do zignorowania.
„Kocham cię.”
Słowa, które powinny być ciepłe, uspokajające, piękne, piekły jak kwas, jak gorące żelazo przyłożone do nagiej skóry. Każda sylaba była bólem, torturą, zniekształconym wspomnieniem uczucia, które kiedyś było prawdziwe, ale teraz było skażone, zepsute, przekształcone w coś odrażającego.
„Ale głód jest silniejszy.”
Drugi głos w głowie, nakładający się na pierwszy, bardziej desperacki, bardziej szczery, jak przyznanie się do czegoś, czego się wstydziła, ale czego nie mogła powstrzymać. Głód. Nieludzki głód jedzenia, zaspokojenia pustki w żołądku. Coś pierwotniejszego, ciemniejszego, nienasyconego.
Pochyliła się bliżej, twarz centymetry od jego twarzy, czerwone oczy wypełniające całe pole widzenia. Usta przy jego szyi, mógł czuć ich bliskość, choć nie dotykały skóry. Oddech — choć nie powinno być oddechu pod wodą — jak lodowata bryza, jak wiatr z martwych polarnych pustkowi.
„Przepraszam.”
I ostatnie słowo, szept, błaganie, rozpaczliwa prośba o wybaczenie za coś, co zaraz się stanie, coś, czego nie mogła powstrzymać.
Zęby.
Poczuł je zanim zobaczył — ostre, przeszywające skórę szyi, przecinające przez mięśnie, sięgające do tętnic, do żyły szyjnej, do samej esencji życia. Ból był eksplodujący, absolutny, wypełniający cały wszechświat. Czuł, jak coś jest wysysane z niego, jak życie, ciepło, krew płyną z jego ciała do jej ust, jak staje się pusty, zimny, martwy.
Erwin krzyknął—
Obudził się z własnym krzykiem, który wciąż rozbrzmiewał w jego gardle, w jego uszach, w pustym barze.
Zerwał głowę z baru gwałtownie, tak szybko, że kręgi szyjne zatrzeszczały w proteście, ból strzelił w górę kręgosłupa. Serce waliło jak młot pneumatyczny, tak głośno, że był pewien, że można je usłyszeć na ulicy. Oddychał w krótkich, płytkich, panikujących oddechach, które nie dostarczały wystarczająco dużo tlenu. Pot pokrywał czoło, zimny i lepki, spływał po bokach twarzy jak łzy.
Ręka automatycznie poleciała do szyi, tam, gdzie we śnie czuł zęby, pałce gorączkowo szukały rany, krwi, dowodu, że to było prawdziwe. Ale skóra była nietknięta. Tylko wilgotna od potu. Żadnych dziur. Żadnego bólu. Żadnej krwi.
Eddie stał przy zlewie po drugiej stronie baru, odwrócony tyłem, ręce zanurzone w mydliny, myjący naczynia z metodycznością człowieka głęboko pogrążonego w rutynie. Nie odwrócił się na dźwięk przebudzenia Erwina, nie zareagował na krzyk. Może przywykł do takich dźwięków w swoim barze. Może udawał, że nie słyszał, dając Erwinowi pozór prywatności w publicznym miejscu.
„Koszmar?”
Pytanie przyszło spokojnie, bez emocjonalnego zabarwienia, wciąż bez odwracania się od zlewu.
Erwin próbował odpowiedzieć, ale głos uwięzł w gardle. Przełknął raz, drugi, trzeci, próbując usunąć lepką suchość. W końcu udało mu się wydobyć jedno słowo, zachrypłe, zniekształcone.
„Tak.”
Eddie skinął głową, choć Erwin nie mógł tego zobaczyć, wiedział po ruchu ramion, po sposobie, w jaki barman pochylił się lekko nad zlewem.
„To normalne po tym, co przeszedłeś. Strach, trauma, strata — wszystko to wychodzi w snach. Mózg próbuje przetworzyć to, czego nie może zrozumieć na jawie.”
Słowa były uspokajające, racjonalne, oparte na zdrowym rozsądku i laickiej psychologii. Eddie próbował pomóc, próbował zapewnić, że Erwin nie traci zmysłów, że to wszystko jest normalne, zrozumiałe, do przeżycia.
Ale Erwin wiedział lepiej. Wiedział, że to nie był zwykły koszmar, nie była to zwykła projekcja strachu, nie było to tylko mózg reorganizujący traumatyczne wspomnienia w dziwne narracje. To było coś innego. Coś więcej.
To było ostrzeżenie. Albo obietnica. Albo wizja tego, co nadejdzie, jeśli nie ucieknie, jeśli się nie oprze, jeśli pozwoli im dosięgnąć go.
Spojrzał na okno, oczy wciąż lekko zamglone od snu, serce wciąż bijące za szybko. Musiał wiedzieć. Musiał sprawdzić.
Świt.
Pierwsze różowe smugi rozjaśniały horyzont nad oceanem, delikatne pastelowe linie przecinające czarność nieba, zapowiadające nadejście dnia. Niebo nad nabrzeżem przechodziło od czerni przez granat do fioletu, a potem do bladego błękitu. Latarnie wciąż świeciły, ale ich światło było teraz słabsze, mniej znaczące, zanikające w obliczu naturalnego światła słońca.
Nabrzeże było puste.
Całkowicie, absolutnie puste. Żadnych sylwetek. Żadnych mokrych postaci. Żadnych czerwonych oczu obserwujących z ciemności. Tylko beton, latarnie, zaparkowane samochody, zacumowane łodzie kołyszące się leniwie na porannej fali.
One zniknęły.
Odeszły z pierwszym światłem, jak wampiry, jak duchy, jak wszystko, co nie może istnieć w świetle dnia. Cofnęły się do oceanu, do głębiny, do ciemności, z której przyszły.
Ale Erwin wiedział — z absolutną pewnością, z lodowatą jasnością — że wrócą.
Kiedy słońce zajdzie. Kiedy ciemność powróci. Kiedy będzie znowu sam.
Wrócą.
I w końcu, pewnej nocy, nie będzie już miejsca, gdzie mógłby się schronić.
AKT II– DZIENNY ŚWIT I ŚLEDZTWO
ROZDZIAŁ 4: PORANNE NASTĘPSTWA
PODROZDZIAŁ 4.1: ŚWIATŁO DZIENNE
Światło przyszło jak zbawienie, jak łaska, jak odpowiedź na modlitwę, o której Erwin nie wiedział, że ją wypowiadał.
Przez ostatnie godziny nocy, kiedy drzemał w krótkich, niespokojnych interwałach przerywanych nagłymi przebudzaniami z bijącym sercem i potem na czole, ciemność zdawała się być wieczna, niekończąca, trwała rzeczywistość bez nadziei na zmianę. Ale czas, choć poruszał się z bolesną powolnością, nie zatrzymał się całkowicie. Ziemia wciąż obracała się na swojej osi, gwiazdy przesuwały się po niebie, mechanizmy wszechświata działały zgodnie z prawami fizyki obojętne na ludzki strach i rozpacz.
I w końcu, kiedy ciemność osiągnęła swój najgłębszy punkt, tuż przed świtem, kiedy noc była najpełniejsza i najbardziej przytłaczająca — zaczęła się wycofywać.
Najpierw nieznacznie. Czerń za oknem łagodniała o odcień, stawała się grafitowa zamiast absolutnej. Potem granatowa. Potem ciemnofioletowa. Każda minuta przynosiła subtelną, prawie niezauważalną zmianę, gradację odcieni, która była niewidoczna, jeśli się patrzyło, ale oczywista, kiedy się odwróciło wzrok na moment i spojrzało ponownie.
Erwin śledził tę transformację z intensywnością graniczącą z obsesją, nie puszczając wzroku z okna, jakby samo patrzenie mogło przyspieszyć proces, jakby wystarczająco intensywne pragnienie mogło wezwać słońce szybciej. Obudził się — jeśli można to nazwać budzeniem, skoro sen był tak płytki i fragmentaryczny — z głową wciąż opartą na barze, policzkiem przyciśniętym do twardego drewna, które zostawiło czerwone ślady na skórze. Kark był zdrętwiały, sztywny, mięśnie zaciśnięte w bolesnych supłach od godzin spędzonych w nienaturalnej pozycji. Usta suche jak pergamin, język gruby i niesmaczny, jakby spędził noc ssąc bawełnę.
Ale to wszystko było drugorzędne. Ból, dyskomfort, fizyczne skutki bezsennej nocy — wszystko to znikało w obliczu tego, co widział za oknem.
Niebo jaśniało.
Nie szybko, niedramatycznie, nie jak w filmach, gdzie słońce eksploduje nad horyzontem w wybuchu złota. Powoli, metodycznie, niebo przechodziło przez spektrum kolorów — od fioletu przez róż do brzoskwini, od brzoskwini przez pomarańcz do bladego żółta. Chmury — te nieliczne, które unosiły się nisko nad oceanem — zapalały się od spodu jak podpalone papierowe latarnie, płonąc różem i złotem.
Bladoniebieskie niebo rozciągało się nad miastem, czyste, bez jednej poważniejszej chmury, przezroczyste i nieskazitelne jak szkło właśnie wyjęte z pieca. Słońce wznosiło się nad wschodnim horyzontem powoli, majestatycznie, bezlitośnie, rzucając długie, złote smugi światła na powierzchnię oceanu, który odbijał je w milionach małych lusterek, tworząc ścieżkę świetlną prowadzącą od brzegu aż po horyzont.
Piękny poranek. Normalny poranek. Poranek, który wyglądał jak każdy inny w ciągu roku, jak tysiące innych poranków, które Erwin widział przez swoje życie.
Wstał powoli, ostrożnie, każdy ruch świadomy i kontrolowany, bo ciało protestowało przeciwko jakiejkolwiek aktywności. Kręgosłup trzeszczał przy każdym ruchu, kręgi przesuwa się po sobie z głuchymi kliknięciami, które słyszał w swoich kościach. Plecy bolały, ramiona były sztywne, nogi drętwe od godzin bez ruchu. Ale zmusił się do wstania, do wyprostowania, do przyłożenia rąk do dolnej części pleców i rozciągnięcia w łuk, czując jak coś pęka i ustawia się na miejsce.
Podszedł do okna, stawiając każdy krok ostrożnie, jakby podłoga mogła być minowana, jakby świat mógł się rozpaść pod jego stopami. Stanął przed brudną szybą, która teraz w świetle dnia pokazywała każdą smugę, każdą plamę, każdy ślad palców i pyłu. Światło było jasne, bezlitosne, osłaniał oczy dłonią przed jego intensywnością, mrużąc powieki, które były wrażliwe po bezsennej nocy.
Patrzył.
Nabrzeże było puste.
Całkowicie, absolutnie, niepodważalnie puste.
Żadnych sylwetek stojących pod latarniami, które teraz były wyłączone, niepotrzebne w świetle dnia. Żadnych mokrych śladów prowadzących od wody do lądu, żadnych kałuż pozostawionych przez coś, co wyszło z oceanu i stało przez godziny czekając. Żadnych postaci krążących wzdłuż brzegu w niemym patrolu. Tylko puste molo, jego drewniane deski połyskujące od rosy porannej, wilgotne i niewinne. Kilka mew krążyło nad wodą, ich głosy — ostre, piskliwe, irytujące — rozbrzmiewały w porannej ciszy. Dwa samochody zaparkowane przy magazynach rybackich, stare pickupy pokryte rdzą i solą, należące prawdopodobnie do rybaków, którzy już wyszli na połów.
Normalność. Zwyczajność. Świat, który działał zgodnie z regułami, które Erwin znał i rozumiał, świat, który miał sens.
Wypuścił powietrze, którego nawet nie zdawał sobie sprawy, że trzymał, długi, drżący wydech, który niósł w sobie całe napięcie nocy. Ramiona opadły, mięśnie rozluźniły się minimalnie. Czuł, jak ciało próbowało się zrelaksować, przekonywało go, że niebezpieczeństwo minęło, że noc jest za nim, że może teraz odpocząć.
Halucynacja, pomyślał, chwytając się tej możliwości jak tonący brzytwy. To musiała być halucynacja. Zmęczenie, stres, zbliżająca się rocznica zniknięcia Mariny — wszystko to złożyło się na koktajl czynników, które mogły sprawić, że mózg zacznie tworzyć obrazy. Widziałem rzeczy, które nie istniały. Słyszałem głosy, które były tylko echami mojej pamięci. To wszystko było w mojej głowie.
Ale nawet formułując te uspokajające myśli, nawet próbując przekonać się do racjonalnego wyjaśnienia, czuł, jak fałszywe one brzmią, jak powierzchowne, jak desperackie. Bo jeśli to była halucynacja, dlaczego wciąż czuł to zimno na karku? Nie wyobrażone zimno, nie wspomnienie zimna, ale rzeczywiste, fizyczne uczucie, jakby niewidzialne palce wciąż tam spoczywały, lekko naciskając na skórę, pozostawiając ślad, który nie znikał mimo światła dnia.
Dlaczego wciąż słyszał jej głos w głowie? Nie pamięć głosu, nie wspomnienie tego, co powiedziała lata temu, ale jej słowa z zeszłej nocy, wyraźne, wyraziste, niemożliwe do zignorowania.
„Pamiętam cię.”
Szept w umyśle, tak bliski, jakby stała tuż za nim, jakby mówiła prosto do jego ucha.
„Przepraszam.”
Smutny, błagalny, pełen bólu, którego nie mógł zrozumieć, ale czuł w każdej sylabie.
„Nie mogę przestać.”
I to ostatnie było najgorsze, bo niosło obietnicę, albo groźbę — nie było jasne, które — że to się nie skończyło, że to dopiero początek, że cokolwiek się zaczęło tej nocy będzie trwać dalej.
Erwin odwrócił wzrok z powrotem na ocean, który rozciągał się za nabrzeżem szeroki, błękitny, spokojny. Fale były leniwym, miarowym, niewinny — szum, który w normalnych okolicznościach byłby uspokajający, medytacyjny, jak biały szum używany do uspokajania niemowląt. Błękitna woda odbijała niebo, tworząc niemal doskonałe lustro, trudno było powiedzieć, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie. Piękny. Majestatyczny. Obojętny na ludzkie sprawy, na ludzki strach, na ludzką rozpacz.
Jakby nic się nie stało. Jakby pod tą powierzchnią nie kryło się nic mrocznego, nic niebezpiecznego, nic, co mogłoby wyjść nocą i ścigać człowieka przez las.
Jakby noc była tylko koszmarem, który rozpływa się w świetle dnia jak dym, jak mgła, jak wszystkie złe sny, które wydają się realne w ciemności, ale absurdalne przy świetle.
Ale Erwin wiedział lepiej. Wiedział, że ocean kłamie. Że jego spokój jest maskaradą, że piękno jest pułapką. Wiedział, że coś tam było, pod powierzchnią, w głębinach, gdzie światło słońca nie dociera, gdzie ciemność jest wieczna i absolutna.
I wiedział, że to coś czeka.
Na zmierzch. Na noc. Na moment, kiedy światło zgaśnie, a ciemność powróci.
Wtedy wyjdą znowu. Marina i inne. Z oceanu, który je trzyma, który je stworzył, który karmi je i posyła, by polowały.
I pewnej nocy, może niedalekiej, nie będzie już miejsca, gdzie mógłby uciec.
Drzwi zaplecza otworzyły się z cichym skrzypieniem. Eddie wyszedł, niosąc dwa kubki dymiącej kawy, świeżo zaparzonej, zapach wypełniał pub — gorzki, silny, ziemski. Podszedł do baru, postawił jeden kubek przed miejscem, gdzie Erwin zazwyczaj siedział, drugi zatrzymał dla siebie.
„Rano” — powiedział po prostu, głos chrapowaty od snu i lat palenia. — „Pomyślałem, że przyda ci się coś mocniejszego niż wczorajsze fusy.”
Erwin odwrócił się od okna, próbując się uśmiechnąć, choć czuł, że wyszło to bardziej jak grymas. Podszedł do baru, usiadł na stołku, wziął kubek w obie dłonie, czując ciepło przesiąkające przez ceramikę.
„Dzięki” — jego głos był zachrypnięty, musiał odkaszlnąć, zanim mógł kontynuować. — „Za wszystko. Za pozwolenie mi zostać. Za… za wszystko.”
Eddie wzruszył ramionami, gest mówiący, że to nie było nic wielkiego, że każdy zrobiłby to samo, choć obaj wiedzieli, że nie każdy by to zrobił.
„Nie ma sprawy. Wyglądasz lepiej niż w nocy. Może trochę zmęczony, ale żywy.”
„Czuję się… lepiej.” Kolejne kłamstwo, ale społecznie akceptowalne. „Światło pomaga.”
„Zawsze pomaga” — zgodził się Eddie, pijąc swoją kawę, patrząc na okno, na jasny poranek za nim. — „Rzeczy zawsze wyglądają gorzej w nocy. W ciemności wyobraźnia robi nadgodziny.”
Wyobraźnia. Słowo, które sugerowało, że wszystko było nierealne, wymyślone, projekcja strachu. Erwin chciał w to wierzyć. Desperacko chciał.
Ale kiedy pił kawę, ciepłą i gorzką, kiedy czuł, jak kofeina zaczyna krążyć w jego żyłach, budząc zmęczony mózg, jedna myśl pozostawała, niewzruszona, niepodważalna:
Wieczorem wrócą.
I nie wiedział, co wtedy zrobi.
Podrozdział 4.2: Komentarz barmana
Eddie wyszedł z zaplecza o wpół do siódmej, kiedy pierwsze promienie słońca już mocno oświetlały wnętrze pubu przez brudne okna, tworząc długie prostokąty światła na drewnianej podłodze. W ręku trzymał kubek kawy — gruby, ceramiczny, z odłamanym uchem — z którego unosił się parujący strumień gorzkiego zapachu. Włosy miał potargane, siwe i przerzedzone, sterczące w różnych kierunkach po kilku godzinach snu na niewygodnej kanapie w zapleczu, którą oferował innym, ale rzadko sam z niej korzystał. Koszula wymięta, oczy podkrążone, ale wzrok jasny i świadomy — wzrok człowieka, który przywykł do wczesnych poranków i krótkich nocy.
Zatrzymał się w drzwiach, widząc Erwina wciąż stojącego przy oknie w tej samej pozycji, w jakiej prawdopodobnie zostawił go godzinę temu, kiedy sam udał się na krótką drzemkę. Przez moment obserwował go w ciszy — policjanta, który wyglądał jak żywy trup, z pochyloną głową, ramionami napiętymi, dłońmi zaciśniętymi na parapecie okna, jakby to było jedyne, co trzymało go w pionie.
„Żyjesz.”
Stwierdzenie, nie pytanie, głos Eddiego był chropawy, pozbawiony zaskoczenia, ale z nutą ulgi, która była autentyczna, nie udawana.
„Dobrze. Byłem przekonany, że znajdę cię martwego albo przynajmniej nieprzytomnego na podłodze.”
Erwin odwrócił się powoli, jakby samo oderwanie wzroku od widoku nabrzeża wymagało świadomego wysiłku, jakby musiał rozkazać każdemu mięśniowi osobno, by się poruszył. Twarz miała pobladłą, posiniaczone cienie pod oczami, zarost gęsty po bezsennej nocy. Próbował się uśmiechnąć — gesty społeczne, próba zachowania pozorów normalności — ale usta tylko drgnęły lekko, nie tworząc nic, co mogłoby przypominać radość czy chociażby ulgi.
„Przepraszam za kłopot” — powiedział cicho, głos wciąż zachrypnięty, słowa wychodzące z trudem przez spierzchnięte gardło. — „Za to, że musiałeś tu ze mną siedzieć całą noc. Za… za wszystko.”
Eddie machnął ręką w geście, który był jednocześnie bagatelizowaniem i akceptacją, stary barmański ruch, który oznaczał „widziałem gorsze rzeczy”.
„Nie ma sprawy. Lepiej tutaj niż gdzieś na ulicy w tym stanie, prawda? Przynajmniej wiedziałem, gdzie jesteś, że nikt cię nie okradnie, nie pobije.”
Podszedł bliżej, wyciągnął kubek w stronę Erwina jak ofiarę, jak mały dar spokoju w chaosie.
„Kawa. Świeża, mocna. Potrzebujesz jej bardziej niż ja.”
Erwin wziął kubek obiema rękami, dziwnie wdzięczny za jego ciężar, za ciepło, które przesiąkało przez ceramikę do jego zmarzniętych palców. Uniósł do ust, wypił łyk — płyn był gorący, prawie palący język, gorzki bez mleka czy cukru, idealnie czysty smak kawy bez żadnych dodatków maskujących jej istotę. Poczuł, jak gorąco spływa po przełyku, rozlewa się w żołądku, a potem rozprzestrzenia przez ciało w falach przyjemnego ciepła. Kofeina zacznie działać za kilka minut, ale już samo ciepło, sam rytuał picia pomagał. Czuł, jak życie wraca do żył, jak mgła w głowie zaczyna się rozjaśniać.
„Jak się czujesz?”
Eddie oparł się o bar, kubek w ręku, obserwując Erwina z tym szczególnym wyrazem — troska zmieszana z profesjonalnym dystansem, człowiek, który chce pomóc, ale wie, że nie może zrobić wszystkiego.
Erwin zastanowił się przez moment, rozważając, ile prawdy powiedzieć, jak szczery może być bez brzmienia jak szaleniec.
„Jakbym przeszedł przez piekło” — powiedział w końcu, bo to była prawda, którą mógł wypowiedzieć na głos, prawda, która nie wymagała wyjaśnień o mokrych postaciach i głosach w głowie.
„Wyglądasz na to” — zgodził się Eddie, pijąc swoją kawę, nie osądzając, tylko stwierdzając fakt. — „Wyglądałeś, jakbyś widział ducha.”
Słowa zawisły w powietrzu między nimi jak naładowane cząsteczki, jak iskra szukająca materiału palnego.
Erwin zamarł z kubkiem przy ustach, płyn niemal dotykający dolnej wargi, ale nie pijąc, nie poruszając się, tylko stojąc jak posąg. Słowo — duch — rezonowało w jego umyśle, odbijając się echem, budząc coś, co próbował stłumić.
„Co powiedziałeś?” — wyszeptał, głos cichszy niż zamierzał, prawie bezgłośny.
Eddie uniósł brwi, zdziwiony intensywnością reakcji, ale odpowiedział spokojnie, jakby nie widział nic niezwykłego w swoim stwierdzeniu.
„Tak właśnie wyglądałeś. Cały czas gapiłeś się w to okno, przez godziny, jakbyś widział coś, czego nikt inny nie widzi. Znałem ludzi, którzy tak wyglądali. Ludzi, którzy widzieli duchy, albo myśleli, że widzą. Mieli ten sam wzrok — skupiony na czymś niewidzialnym, przerażony i zafascynowany jednocześnie.”
Erwin odstawił kubek na bar, bo ręce zaczęły mu lekko drżeć, a gorący płyn groził rozlaniem się. Przełknął ślinę, próbując zebrać myśli, sformułować pytanie, które nagle wydawało się najważniejsze na świecie.
„A ty…” — zaczął, potem zawahał się, bo pytanie brzmiało niedorzecznie w świetle dnia, w normalnym pubie, z zapachem kawy w powietrzu — „wierzysz w duchy?”
Eddie nie odpowiedział od razu. Zastanowił się, naprawdę zastanowił, patrząc w swoją kawę, jakby odpowiedź mogła być ukryta w ciemnym płynie. Jego twarz przechodziła przez różne wyrazy — sceptycyzm, wątpliwość, wspomnienie czegoś, niepewność. W końcu wzruszył ramionami, gest, który nie był ani potwierdzeniem, ani zaprzeczeniem, tylko szczerym przyznaniem się do niewiedzy.
„Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Nigdy ich nie widziałem, jeśli istnieją. Ale…” — zawiesił głos, pijąc łyk kawy, zbierając myśli — „widziałem dziwne rzeczy w życiu. Słyszałem historie, których nie potrafię wyjaśnić. Rzeczy, które nie mają sensu, jeśli wierzysz, że świat działa tylko według reguł, które znamy.”
Odstawił kubek, spojrzał Erwinowi prosto w oczy z wyrazem, który był poważny, pozbawiony zwykłego sarkazmu lub lekkości.
„Ten rybak, o którym ci mówiłem wczoraj. Mackenzie. Na tydzień przed zniknięciem przyszedł tutaj, późnym wieczorem, może dziesiąta, jedenasta. Bar był prawie pusty, tylko kilku stałych bywalców. Zamówił whisky, podwójną i usiadł dokładnie tam, gdzie ty teraz siedzisz.”
Eddie wskazał głową stolik przy barze, miejsce, gdzie Erwin spędził większość nocy.
„Siedział tam przez godzinę, może dłużej, nie mówiąc ani słowa. Tylko pił i patrzył w okno. Dokładnie tak, jak ty. I kiedy wreszcie się odezwał, powiedział mi coś bardzo dziwnego.”
Erwin pochylił się mimowolnie, ciało reagujące na napięcie w głosie Eddiego, na obietnicę objawienia.
„Co?” — nalegał, kiedy Eddie zamilkł na dłużej.
„Powiedział: „Ocean pamięta”. Ot, tak. Bez kontekstu, bez wprowadzenia, bez wyjaśnienia. Po prostu wypowiedział te słowa do nikogo konkretnie, może do siebie, może do mnie, może do powietrza.”
Eddie przerwał, wspomnienie wyraźnie żywe w jego umyśle, twarz zmartwiona, jakby przypominanie sobie tego momentu było nieprzyjemne.
„I ja, no wiesz, pomyślałem, że może za dużo wypił, że zaczyna bredzić. Więc spytałem, bardziej z grzeczności niż prawdziwej ciekawości: „Co ocean pamięta?””
Cisza. Eddie patrzył w okno, na błękitną wodę lśniącą w porannym słońcu.
„A on spojrzał na mnie tymi… tymi martwymi oczami. Nie było w nich życia, rozumiesz? Były puste, jakby patrzył przez mnie, jakby widział coś daleko za mną, coś przerażającego. I powiedział, głosem, który był płaski, pozbawiony emocji, jak ktoś recytujący fakt, którego nie można zmienić: „Wszystkie dusze, które kiedykolwiek w nim utonęły”.”
Erwin poczuł, jak coś zimnego spływa po jego kręgosłupie, rozprzestrzenia się przez ciało jak lodowata woda wlewana do jego żył. Dreszcz, silny, niemożliwy do powstrzymania, przeszedł przez jego ramiona, szyję, sprawił, że włoski na karku stanęły dęba.
„Ocean pamięta wszystkie dusze.”
Słowa wyszły z jego ust same, szept, echo, powtórzenie czegoś, co słyszał wcześniej, czego nie mógł zapomnieć.
Bo to było dokładnie to samo. Dokładnie te same słowa, może nie identycznie sformułowane, ale ta sama istota, ta sama koncepcja, ta sama przerażająca idea.
Marina powiedziała to pierwszego dnia w szpitalu psychiatrycznym, kiedy odwiedził ją po tygodniu obserwacji, kiedy lekarze nie wiedzieli, co z nią jest nie tak, dlaczego nie pamięta, jak się tam znalazła, dlaczego bała się wody, ale jednocześnie była do niej przyciągana. Siedziała na łóżku w białej sali, w białej koszuli szpitalnej, włosy związane w niedbały kok, oczy wpatrzone w ścianę. I kiedy spytał ją, czego się boi, odwróciła się do niego i powiedziała te dokładne słowa:
„Ocean pamięta wszystko. Wszystkie dusze. Wszystkich, którzy w nim zginęli. I nie puszcza.”
Wtedy pomyślał, że to część jej traumy, część tego, co ją złamało podczas tych trzech dni, które spędziła zaginioną. Lekarze mówili o zespole stresu pourazowego, o dysocjacji, o metaforach, które umysł tworzy, by poradzić sobie z niemożliwym do przetworzenia doświadczeniem.
Ale teraz… teraz rybak, który nigdy nie znał Mariny, który zniknął lata przed nią, powiedział dokładnie to samo.
„Co jeszcze mówił?”
Pytanie wyszło z Erwina nagłym szeptem, desperackie, naglące.
Eddie pokręcił głową, gest mówił: to wszystko, co było.
„Nic. To było wszystko. Wypił resztę whisky jednym haustem, rzucił banknoty na bar — dokładną kwotę, bez napiwku, co było dziwne, bo zawsze dawał napiwek — wstał i wyszedł. Nie powiedział dobranoc, nie odwrócił się. Po prostu wyszedł w noc.”
Urwał, pijąc kawę, która musiała być już letnia.
„Tydzień później znaleziono jego łódź dryfującą. Byłem na nabrzeżu, kiedy straż przybrzeżna ją przyholowała. Widziałem ją na własne oczy. Wszystko było na miejscu — sprzęt, sieć, jedzenie w lodówce, nawet portfel z dokumentami i gotówką. Ale Thomas zniknął. Jakby wyparował. Jakby wstał w środku nocy, kiedy łódź dryfowała gdzieś daleko od brzegu i po prostu wszedł do wody. Bez kamizelki ratunkowej. Bez żadnego powodu.”
Eddie spojrzał na Erwina, twarz poważna, każda linia wyryto doświadczeniem i latami obserwacji ludzkiego cierpienia.
„Więc może nie wierzę w duchy w tradycyjnym sensie. Nie wierzę w białe prześcieradła unoszące się przez ściany czy w duchy robiące hałas w pustych domach. Ale w oceanie… w oceanie jest coś. Coś starego. Coś, co było tutaj na długo przed nami i będzie długo po nas. Coś, co nie lubi być zapomniane. Co bierze więcej niż powinno. Co.…”
Zawiesił głos, szukając właściwych słów.
„Co pamięta. I nigdy nie puszcza.”
Cisza, która spadła po tych słowach, była gęsta, namacalna. Erwin patrzył w okno, na ocean lśniący niewinnie w świetle słońca. Piękny. Spokojny. Kłamliwy.
Pod tą powierzchnią były Marina. I setki innych. Wszystkie dusze, które ocean wziął i przekształcił w coś innego. Coś, co wciąż pamiętało, kto były, ale nie mogło przestać być tym, czym się stały.
„Eddie” — powiedział w końcu, głos drżący — „jeśli ktoś…, jeśli ktoś, kogo znałeś, zniknął w oceanie, a potem go zobaczyłeś… co byś zrobił?”
Barman spojrzał na niego długo, rozumiejąc bez słów, o kim Erwin mówi, o czym naprawdę pyta.
„Zależy” — powiedział powoli, ostrożnie — „czy to, co zobaczysz, będzie wciąż tym człowiekiem, czy tylko czymś, co nosi jego twarz.”
Pytanie, na które Erwin nie miał odpowiedzi.
Bo nie wiedział.
I bał się dowiedzieć.
Podrozdział 4.3: Retrospekcja — tamta noc sztormu
Erwin siedział w samochodzie przed pubem przez dziesięć minut, może dłużej, nie zapuszczając silnika, nie przekręcając kluczyka w stacyjce, nie wykonując żadnego z automatycznych ruchów, które powinny nastąpić po wsiadaniu do samochodu i przygotowywaniu się do odjazdu. Po prostu siedział, ręce spoczywające bezwładnie na kolanach, wzrok wbity w przednią szybę, ale tak naprawdę nie widząc nic przed sobą.
Słońce świeciło jasno przez szybę, już mocno i ciepło mimo wczesnej godziny, zapowiadając jeden z tych rzadkich, pięknych dni, które zdarzały się nawet w tym wilgotnym, często zachmurzonym regionie. Ludzie zaczynali pojawiać się na ulicach — dokerzy idący do pracy w porcie, właściciele sklepów otwierający metalowe żaluzje, matki prowadzące dzieci do szkół, normalne życie miasta budzącego się jak zwykle, jak każdego dnia, obojętne na indywidualne tragedie rozgrywające się w jego granicach.
Ale Erwin nie mógł przestać myśleć o tamtej nocy. O nocy, która wszystko zmieniła. O nocy, kiedy stracił ją po raz pierwszy — choć teraz, w świetle tego, co widział, słyszał, czuł przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny, słowo „stracił” nabierało zupełnie innego, bardziej skomplikowanego, bardziej przerażającego znaczenia.
Zamknął oczy, pozwalając wspomnieniu, które przez trzy lata trzymał zamknięte w najciemniejszym zakątku umysłu, wypłynąć na powierzchnię.
Trzy lata temu. Listopadowa noc. Sztorm.
Erwin wrócił do domu — jeśli można to było nazwać powrotem, bo tak naprawdę został przyciągnięty siłą, wyrwany z miejsca, które nie chciał opuszczać — o drugiej nad ranem. Może trzeciej. Czas wtedy nie miał znaczenia, nie istniał w normalny sposób, tylko jako nieskończona męcząca sekwencja sekund, które ciągnęły się jak wieczność.
Był przemoczony do nitki, ubranie kleiło się do skóry, zimne i ciężkie jak zbroja wypełniona wodą. Każdy krok chlupał w butach pełnych morskiej wody i piasku. Dygotał niekontrolowanie, szczęki trzaskały, zęby stukały o siebie, ciało wstrząsane falami drgawek, które nie miały nic wspólnego z zimnem, a wszystko ze wstrząsem, z rozpaczą, z niemożnością zaakceptowania tego, co się stało.
Martinez i dwóch innych policjantów — Anderson i młody rekrut, którego imienia Erwin nie pamiętał, bo tamtej nocy imiona nie miały znaczenia — wyciągnęli go siłą z wody. Niełagodnie. Nie z czułą troską. Brutalnie, desperacko, bo musiał, bo inaczej by wrócił, bo był sekundy od tego, by pozwolić falom zabrać go tam, gdzie zabrały ją.
Martinez trzymał go w żelaznym uścisku, ramiona zaciśnięte wokół klatki piersiowej Erwina od tyłu, nogi zapierające się o mokry piasek, używając całej swojej masy ciała, by powstrzymać kolegi przed rzuceniem się z powrotem w szalejący ocean.
„Przestań!”
Martinez krzyczał prosto do jego ucha, głos przebijający się przez ryk wiatru, trzask fal, szum deszczu walącego w ziemię jak tysiące małych pięści.
„Nie ma jej tam! Przeszukaliśmy wszystko! Straż przybrzeżna jest tam! Płetwonurkowie są w wodzie! Przestań!”
Ale Erwin walczył, ciało działające na czystym instynkcie, na panice, na niemożności zaakceptowania. Próbował się wyrwać, muskuły napinające się przeciwko chwytowi, stopy kopiące piasek, ręce szarpiące ramiona trzymające go. Musiał wrócić do oceanu. Musiał szukać dalej. Oni nie rozumieli. Nie szukali wystarczająco dobrze. Nie szukali we właściwych miejscach.
Bo ona musiała tam być. Gdzieś pod powierzchnią. Między falami, które piętrzyły się jak ściany. W jakiejś ukrytej zatoce, gdzie woda była spokojniejsza. Trzymająca się jakiegoś wraku, jakiejś skały, jakiegoś kawałka drzewa. Wyczerpana, przerażona, ale żywa. Czekająca na ratunek. Czekająca na niego.
„Nie może być martwa.”
Powtarzał to w kółko, jak mantrę, jak zaklęcie, które mogło zmienić rzeczywistość, jeśli tylko wypowie je wystarczająco wiele razy, wystarczająco mocno, wystarczająco desperacko.
„Nie może. Nie może. Nie może.”
Ale w końcu siły go opuściły. Nogi się ugięły. Ciało osunęło się w ramionach Martineza, który powoli, ostrożnie go opuścił, trzymając wciąż, żeby nie upadł całkowicie na mokry piasek. Erwin ukląkł, woda spływająca z włosów do oczu, mieszająca się z łzami, których nie pamiętał, żeby płynęły, ale musiały, bo twarz była mokra nie tylko od deszczu.
Zabrali go do komisariatu, bo nie mogli zostawić go samego, bo wiedzieli, że jeśli go zostawią, wróci do wody, że będzie szukał aż utonę, aż ocean zabierze go też. Dali mu koc — ciężki, szorstki, pachnący starym tytoniem i wilgocią, ale ciepły. Gorącą kawę w plastikowym kubku, która parzyła język, ale pił ją mechanicznie, bo kazali mu pić. Siedzieli z nim w sali odpraw, Martinez po jednej stronie, Anderson po drugiej, nie mówiąc wiele, tylko będąc tam, póki przestał drżeć, póki oddech się uspokoił, póki przestał wyglądać, jakby zaraz eksploduje albo się rozpadnie.
Martinez zaprowadził go do domu o piątej rano, kiedy burza zaczęła słabnąć, kiedy deszcz zmienił się z ulewnego w zwykły, kiedy wiatr przestał wyć jak żywa istota. Wiózł w milczeniu, radio wyłączone, tylko szum opon na mokrym asfalcie i miarowe świszczenie wycieraczek.
Mieszkanie, kiedy Erwin otworzył drzwi, było puste. Oczywiście było puste — Marina zniknęła, a mieszkali tylko we dwoje. Ale ta pustka była inna, głębsza, namacalna. Ciemne okna, które nikt nie zapalił. Zimne powietrze, bo ogrzewanie obniżało się automatycznie w nocy. Cisza tak absolutna, że dzwoniła w uszach.
Płaszcz Mariny wciąż wisiał na wieszaku przy drzwiach — nie, czekaj, to nie był ten płaszcz, który zabrała tamtej nocy, to był ten drugi, stary płaszcz khaki, który rzadko nosiła, bo wolała nowy, granatowy. Ten nowy znaleziono później na plaży, mokry, zaplątany w wodorosty, jeden z nielicznych śladów, które ocean zdecydował się zwrócić.
Erwin stanął w przedpokoju, ociekający woda na drewnianą podłogę, patrząc na ten płaszcz. Przez absurdalny moment myślał, że się pomylili, że może Marina wróciła, że płaszcz jej obecności był dowodem, że wszystko było okropnym nieporozumieniem. Ale oczywiście to było niemożliwe. Płaszcz wisiał tam od tygodni, od ostatniego razu, kiedy uporządkowała szafę.
Wszedł głębiej do mieszkania, mijając salon — nietkniętą, meble na swoich miejscach, książki Mariny ułożone na półkach w tym szczególnym porządku, który tylko ona rozumiała. Wszedł do sypialni, każdy krok wymagał świadomego wysiłku, jakby nogi były wykonane z ołowiu.
Łóżko było nieścielone, tak jak zostawili je rano — było to ledwo wczoraj? Wydawało się, że minęły wieki. Pościel po jej stronie wciąż zmięta, kształt jej ciała wciąż widoczny w materiale, jakby przed chwilą wstała, jakby zaraz mogła wrócić, położyć się z powrotem, powiedzieć, że to wszystko był tylko zły sen.
Erwin usiadł na krawędzi łóżka po swojej stronie, materac ugiął się pod jego ciężarem. Położył głowę w dłoniach, łokcie oparte na kolanach. Nie płakał — nie miał już łez, wszystkie wypłynęły na plaży, w komisariacie, w samochodzie. Tylko siedział w pustym domu, w mokrym ubraniu, czując, jak świat się wokół niego rozpada.
I wtedy zobaczył.
Kartkę.
Leżała na stoliku nocnym po stronie Mariny, białą przeciwko ciemnego drewna. Ale nie leżała swobodnie — była przyciśnięta czymś małym, okrągłym. Hag ston’em — jednym z tych kamieni z naturalnymi dziurami pośrodku, które Marina zbierała na plażach podczas ich spacerów, wierząc w stare legendy mówiące, że chronią przed złymi duchami, że pozwalają widzieć prawdę, że są mostami między światami.
Erwin nie zauważył kartki wcześniej — rano, kiedy wychodzili, jego umysł był zajęty innymi rzeczami, rutynowym pośpiechem poranka. Ale teraz była tam, wyraźna, celowa, ważna.
Podniósł kartkę drżącymi palcami, mokrymi i chłodnymi, zostawiając wilgotne ślady na papierze. Kartka była z ich notesu, który trzymali w kuchni do list zakupów i szybkich notatek. Nie było daty, nie było adresu, tylko kilka linijek tekstu.
Pismo Mariny — rozpoznał je natychmiast, te delikatne, lekko pochylone litery, sposób, w jaki przeciągała górne pętle w literze „l” i „h”, drobne zawijasy na końcach słów. Pisała długopisem, niebieski atrament lekko rozmazany w jednym miejscu, jakby poprawiała coś, wahała się.
Czytał powoli, każde słowo wbijające się w świadomość jak ostrze.
„Erwin,
Jeśli ocean mnie weźmie, pamiętaj — zawsze będę na granicy.
Nie odpuszczaj.
M.”
Wtedy, w tamtą noc, siedząc w pustej sypialni z kartką w dłoniach, tego nie zrozumiał. Myślał, że to poetycka metafora, że Marina — zawsze dziwna, zawsze mówiąca o oceanach i granicach i przestrzeniach między rzeczami — zostawiła mu coś na pocieszenie, coś, co miało pomóc mu poradzić sobie, jeśli najgorsze się stanie. Może wiedziała, że jest w niebezpieczeństwie. Może czuła, że coś nadchodzi. Może ocean wołał ją na długo przed tamtą nocą, a ona próbowała mu powiedzieć, żeby nie tracił nadziei.
Złożył kartkę ostrożnie, włożył do kieszeni koszuli, tuż nad sercem. Nie pokazał jej nikomu — nie Martinezowi, nie śledczym, nie lekarzom, którzy przychodzili później, próbując pomóc mu poradzić sobie z traumą. To była prywatna rzecz, ostatnia wiadomość od żony do męża, coś zbyt intymnego, by dzielić się z obcymi.
Przez trzy lata kartka leżała w szufladzie w jego biurku, schowana między dokumentami i starymi zdjęciami. Wyciągał ją czasami w rocznice, w szczególnie trudne dni, czytał te kilka słów, próbując znaleźć w nich pocieszenie, choć każde czytanie raniło jak świeża rana.
Ale teraz — po tym, co widział zeszłej nocy, po mokrych postaciach na klifie, po sylwetkach krążących wokół pubu, po głosie w głowie mówiącym jej słowami — te słowa brzmiały inaczej. Nie jak poezja. Nie jak metafora. Jak instrukcja. Jak ostrzeżenie. Jak obietnica.
„Zawsze będę na granicy.”
Erwin otworzył oczy w samochodzie, kartka wciąż żywa w jego pamięci, choć fizycznie była kilometry stąd, w szufladzie biurka w jego mieszkaniu. Powtórzył słowa na głos, testując ich brzmienie w świetle dnia, w rzeczywistości, która teraz zawierała rzeczy niemożliwe.
Nie w niebie. Marina nie obiecywała, że będzie w raju, w miejscu spokoju i światła, gdzie dusze udają się po śmierci. Nie w grobie, nie pod ziemią, nie w jakimkolwiek miejscu końca.
Na granicy.
Między światami. Między wodą a lądem. Między życiem a śmiercią. W tym przeklętym, niemożliwym miejscu, gdzie rzeczy, które utonęły, nie umarły całkowicie, ale przekształciły się w coś innego. Gdzie ocean trzymał je, używał ich, zmieniał w swoich posłańców, swoich łowców, swoje przedłużenia.
„Nie odpuszczaj.”
Co to miało znaczyć? Przez trzy lata myślał, że to była prośba, by nie zapomnieć o niej, by zachować ją w pamięci, by nie pozwolić, żeby zniknęła całkowicie, jakby nigdy nie istniała. Nie odpuszczaj żałoby. Nie odpuszczaj pamięci. Nie odpuszczaj miłości, którą dzielili.
Ale może to było coś innego. Może to było dosłowne. Nie odpuszczaj jej. Nie odpuszczaj szukania. Nie zaakceptuj, że zniknęła. Bo nie zniknęła całkowicie. Była tam, gdzieś, uwięziona między, czekająca. Czekająca na co? Na ratunek? Na oswobodzenie? Na to, że ktoś — że on — przyjdzie i ją znajdzie?
A może — i ta myśl była najgorsza — czekająca, aż się podda, aż do niej dołączy, aż ocean zabierze ich oboje?
Erwin wziął głęboki oddech, powietrze wchodziło z trudem do płuc, jakby atmosfera w samochodzie zgęstniała. Spojrzał przez przednią szybę, między budynkami, na ocean widoczny w oddali. Błękitny, spokojny, lśniący w słońcu jak miliony diamentów rozsypanych na jedwabnej tkaninie. Piękny. Kłamliwy.
„Jesteś tam” — pomyślał, mówiąc bezpośrednio do niej, do Mariny, do czegokolwiek, czym się stała, wiedząc, że nie może go usłyszeć z tej odległości, ale mówiąc mimo to, bo potrzebował powiedzieć to na głos. — „Gdzieś pod tą powierzchnią. W jakiejś formie. Jakoś. Wiem to. Widziałem cię. Słyszałem cię.”
Ale co miał zrobić z tą wiedzą? Jak mógł uratować kogoś, kto był już martwy, ale nie całkowicie? Jak mógł walczyć z czymś tak starym, tak potężnym, tak nieludzkim jak ocean, który — jak mówił Eddie, jak mówił rybak, jak mówiła sama Marina — pamiętał wszystkie dusze i nigdy ich nie puszczał?
Nie miał odpowiedzi. Tylko pytania nawarstwiające się jak fale podczas przypływu, każde kolejne większe i bardziej przytłaczające.
Przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik zabuczał do życia, wibracje przechodząc przez kierownicę do jego rąk. Musiał jechać do domu. Musiał się przespać, naprawdę przespać, nie te fragmentaryczne drzemki na barze. Musiał pomyśleć, zaplanować, zdecydować.
Bo wiedział — z absolutną pewnością, która osiadła w jego kościach jak zimno — że noc powróci. Ciemność powróci. I one powrócą.
I w końcu, pewnej nocy, będzie musiał zdecydować.
Uciekać czy stawić czoła.
Zapomnieć czy ratować.
Żyć czy dołączyć do niej na granicy.
Wyjechał z parkingu, pozostawiając pub „Marynarz” za sobą, ale nie pozostawiając pytań. Te jechały z nim, ciężkie i niemożliwe do zignorowania, jak niewidzialny pasażer na tylnym siedzeniu.
Podrozdział 4.4: Powrót na klif
Erwin pojechał na klif, choć to było ostatnie miejsce, do którego powinien jechać.
Nie planował tego. Miał konkretny plan — logiczny, rozsądny, wykształcony przez lata życia jako funkcjonariusza prawa, człowieka, który operował według struktury i procedur. Jechać do domu. Wziąć długi, gorący prysznic, który zmyje pot i strach z ostatniej nocy. Przebrać się w czyste ubranie. Zjeść coś porządnego, nie kanapkę z pubu, ale prawdziwy posiłek. Może nawet spróbować zasnąć na kilka godzin — tym razem we własnym łóżku, w bezpiecznym miejscu, gdzie sny mogłyby być mniej inwazyjne. A potem, wieczorem, iść do pracy, wznowić normalność, udawać, że wszystko jest w porządku, że ostatnia noc była tylko anomalią, która nie powtórzy się.
To był plan. Rozsądny, wykonalny, bezpieczny.
Ale kiedy siedział za kierownicą, silnik buczący cicho, ręce na pozycji dziesiąta-i-dwa, którą uczyli na szkoleniu policyjnym, kiedy dojechał do pierwszego skrzyżowania, gdzie powinien skręcić w lewo w stronę swojego mieszkania w centrum miasta — ręce skręciły kierownicę w prawo. Same, bez konsultacji z świadomym umysłem, bez pytania o zgodę, bez wahania.
W stronę wybrzeża. W stronę nadmorskiej drogi. W stronę klifu.
Ciało znało drogę lepiej niż umysł. Mięśnie pamiętały każdy zakręt, każde wzniesienie, każde miejsce, gdzie droga zwężała się i wymagała uwagi. Jechał tam setki razy przez ostatnie trzy lata — w rocznice, w trudne dni, w momenty, kiedy tęsknota stawała się nie do zniesienia i potrzebował być blisko miejsca, gdzie ją stracił, jakby bliskość mogła jakoś złagodzić ból, jakby geografia mogła zastąpić obecność.
Nadmorska droga była prawie pusta o tej porze — większość porannego ruchu kierowała się do miasta, nie z niego. Tylko okazjonalny samochód mijał go z przeciwka, turyści prawdopodobnie, szukający pięknych widoków i miejsc na zdjęcia, albo rybacy wracający z porannych połowów. Słońce było już wysoko, jasne i ciepłe, odbijające się od powierzchni oceanu po prawej stronie drogi jak miliony mikroskopijnych luster, zmuszając go do mrużenia oczu mimo okularów przeciwsłonecznych.
Punkt widokowy pojawił się po piętnastu minutach jazdy, dokładnie tam, gdzie powinien być, gdzie zawsze był — mały parking wysypany żwirem, drewniana bariera ochronna, znaki informacyjne o historii tego miejsca, ścieżki turystyczne prowadzące w głąb lasu i wzdłuż krawędzi klifu.
Wyglądał zupełnie inaczej za dnia niż w nocy.
Słoneczny, jasny, przyjazny, turystyczny. Miejsce, które można znaleźć w przewodnikach i na pocztówkach, opisywane jako „malowniczy punkt widokowy z zapierającymi dech w piersiach widokami na ocean”, „idealny na romantyczne spacery” i „must-see iT — dla miłośników natury”. Żadnej wzmianki o tym, co dzieje się tu nocą. Żadnych ostrzeżeń o mokrych postaciach wychodzących z ciemności.
Dwa samochody już tam stały — czerwony SUV z naklejkami rodzinnymi na tylnej szybie i stary kombi z rowerami przymocowanymi do bagażnika. Przy drewnianym stoliku piknikowym, ustawionym pod drzewami dla cienia, siedziała młoda para z dwójką małych dzieci, rozkładając lunch z plastikowych pojemników. Dzieci śmiały się, biegały w kółko wokół stolika, beztroskie i głośne. Kobieta w sportowym stroju — prawdopodobnie właścicielka kombi — joggingowała na ścieżce, słuchawki w uszach, poruszając się w równym, medytacyjnym rytmie.
Normalność. Życie. Bezpieczeństwo. Rzeczy, które działy się w świetle dnia, kiedy świat był zrozumiały i przewidywalny.
Erwin zaparkował z dala od innych samochodów, na przeciwnym końcu parkingu, gdzie drzewa rzucały dłuższe cienie. Zgasił silnik. Przez moment siedział w ciszy, ręce wciąż na kierownicy, oddychając głęboko, przygotowując się.
Wysiadł powoli, każdy ruch świadomy i kontrolowany. Słońce uderzyło go natychmiast — ciepłe, przyjemne, niemal czułe na skórze twarzy i ramion. Wiatr był łagodny, morski, niosący zapach soli i wodorostów i świeżości, który był tak inny od wilgotnego, gnijącego zapachu, który pamiętał z nocy. Słyszał śmiech dzieci, szczekanie jakiegoś psa w oddali, szum liści poruszanych przez bryzę. Normalne dźwięki. Ludzkie dźwięki.
Zamknął samochód — odruchowo, automatycznie, choć część niego zastanawiała się, przed czym zamyka drzwi w tak jasny, spokojny dzień. Ruszył w stronę krawędzi klifu, omijając rodzinę przy stoliku, która nawet na niego nie spojrzała, zbyt zajęta własnym światem.
Ścieżka była sucha, kamienie i korzenie wyraźnie widoczne, łatwe do ominięcia. Zupełnie inna niż nocą, kiedy każdy krok był zagrożeniem, kiedy ciemność ukrywała pułapki, kiedy musiał biec bez myślenia, bez patrzenia, tylko uciekać.
Podszedł do krawędzi klifu, tam, gdzie drewniana barierka wyznaczała granicę między bezpiecznym a niebezpiecznym. Stanął przy niej, ręce spoczywające na chropowatym drewnie, patrząc w dół.
Ocean był spokojny.
Nie tylko spokojniejszy niż nocą. Fundamentalnie spokojny, w sposób, który wydawał się niemal nienaturalny w swojej doskonałości. Błękitny w odcieniu, który artyści próbowaliby uchwycić i zawsze zawodzili, bo taki kolor nie powinien istnieć w naturze — zbyt czysty, zbyt intensywny, zbyt piękny. Powierzchnia lśniąca jak polerowane szkło, niemal bez zmarszczek, jakby woda nie była płynem, ale stałą, zamrożoną substancją.
Fale daleko w dole, przy podstawie klifu, były małe, leniwe, ledwo zasługujące na nazwę fal. Rozbijały się o czarne skały z cichym, niemal kojącym pluskiem, tworzą białą pianę, która szybko rozpływała się, znikała, wchłaniana z powrotem przez większą masę wody.
Żadnego pulsowania. Żadnego rytmicznego oddychania, które pamiętał z nocy, kiedy ocean wydawał się być żywą istotą, wielkim organizmem z własną wolą, własnym celem. Tylko zwykła woda, poruszająca się według praw fizyki, grawitacji, prądów oceanicznych — rzeczy, które można było zmierzyć, przewidzieć, zrozumieć.
Po prostu ocean. Nic więcej.
Erwin stał tam przez długą chwilę, wpatrując się w błękitną przestrzeń, szukając czegoś — nie wiedział czego. Znaku. Potwierdzenia. Dowodu, że to, co widział, słyszał, czuł, było prawdziwe. Ale ocean mu nic nie dawał. Tylko piękno. Tylko obojętność.
„Halucynacja.”
Powiedział to na głos, testując słowo w świetle dnia, w miejscu publicznym, gdzie rodzina jadła lunch dwadzieścia metrów dalej, gdzie joggerka biegała w swoim świecie. Gdyby ktoś go usłyszał, pomyślałby, że rozmawia przez telefon z słuchawkami albo po prostu mówi do siebie, co ludzie robili czasami.
„To była halucynacja. Noc, zmęczenie, stres, zbliżająca się rocznica. Mózg tworzący obrazy, które nie istniały. Nie ma tu nic nadnaturalnego. Nie ma tu nic niemożliwego.”
Słowa brzmiały przekonująco. Logicznie. Jak coś, co psychiatra mógłby powiedzieć, próbując uspokoić pacjenta cierpiącego na zespół stresu pourazowego. Jak coś, w co Erwin chciał wierzyć, desperacko, całym sobą.
Ale nawet kiedy mówił, nawet kiedy próbował przekonać siebie samego, czuł fałsz w tych słowach. Czuł je w sposobie, w jaki nie osiadały w jego umyśle, w jaki ślizgały się po powierzchni świadomości bez wnikania głębiej, bez przekonywania tej części niego, która wiedziała.
Bo coś go przyciągnęło tutaj. Nieświadomy wybór. Coś głębsze. Potrzeba sprawdzenia. Potrzeba potwierdzenia.
Odwrócił wzrok od oceanu i rozejrzał się po punkcie widokowym, skanując wzrokiem każdy szczegół, każdy fragment przestrzeni, szukając czegoś, co by pasowało do jego wspomnień z nocy. Tam — tak, tam stała jedna z nich, pod tym drzewem, teraz niewinnie rzucającym cień na trawę. I tam, przy tej ławce, która teraz była pusta, ale nocą… nocą coś na niej siedziało, obserwowało.
A potem jego wzrok padł na kamień graniczny.
Duży, szary głaz, który ktoś ustawił lata temu jako naturalną barierę przy ścieżce, oznaczając granicę między obszarem turystycznym a dzikszą częścią klifu. To był kamień, przy którym Erwin zatrzymał się wczoraj — nie, zeszłej nocy, czas był dziwnie płynny — kiedy po raz pierwszy zobaczył je wszystkie. Kiedy zrozumiał, że nie ma, dokąd uciec.
Podszedł bliżej, ostrożnie, jakby kamień mógł być niebezpieczny. Stanął nad nim, patrząc w dół na jego chropowatą, porośniętą mchem powierzchnię.
I zobaczył.
Ślad.
Mokry ślad.
Jego oddech zamarł w gardle. Serce przeskoczyło jedno uderzenie, potem uderzyło podwójnie mocno, jakby próbowało nadrobić stracony rytm.
Ślad był wyraźny, niemożliwy do przeoczenia w jasnym świetle dnia. Ciemna plama na szarym kamieniu, kształt nieregularny, ale rozpoznawalny — jak gdyby coś mokrego dotknęło powierzchni i zostawiło swój odcisk. Niemały ślad, nie przypadkowy. Duży, rozmazany, świeży.
Erwin uklęknął przy kamieniu, ignorując wilgoć trawy przesiąkającą przez materiał spodni. Wyciągnął rękę, zawahał się na moment — czy powinien dotknąć? — a potem palce ostrożnie dotknęły plamy.
Mokre. Nie wilgotne, nie lekko zwilżone rosą poranną. Mokre. Woda faktycznie tam była, przesiąkła w powierzchnię kamienia, tworząc ciemny kontrast z suchymi obszarami wokół.
Podniósł palce do twarzy. Powąchał.
Sól. Wyraźnie, niepodważalnie. Zapach oceanu, zapach wody morskiej, niesłodkiej wody z kranu czy deszczu. Ocean.
Ale jak? Kamień był co najmniej dziesięć metrów od krawędzi klifu. Nawet podczas sztormu, podczas największych fal, woda nie mogła dosięgnąć tak wysoko, nie mogła wejść tak daleko w ląd. I nie było sztormu — ocean był spokojny, nie było deszczu od dni, poranek był suchy i słoneczny.
Rozejrzał się desperacko, szukając racjonalnego wyjaśnienia. Może ktoś wylał tam wodę? Turysta chłodzący się? Dziecko bawiące się? Ale nie było śladów butelek, żadnych odcisków stóp w pobliżu oprócz jego własnych, żadnego logicznego źródła.
I kształt był niewłaściwy dla wody wylanej z butelki. Był organiczny, jakby coś się tam położyło, przycisnęło do powierzchni, zostawiając odcisk swojego ciała.
Erwin wstał gwałtownie, cofając się od kamienia, jakby mógł go ugryźć. Serce waliło jak oszalałe. Ręce drżały, musiał zacisnąć je w pięści, żeby ukryć tremor.
Nie była halucynacja. Nie mogła być. Halucynacje nie zostawiają fizycznych śladów. Nie tworzą mokrych plam na kamieniach, które można dotknąć, poczuć, powąchać.
Były tu. Tej nocy. A może nawet dziś rano, tuż przed świtem, kiedy ostatnie cienie ciemności wciąż zapewniały im osłonę. Stały tu, dotykały tego kamienia, zostawiały swoje ślady jak podpis, jak wiadomość.
Dla niego. Bo wiedziały, że wróci. Że musi wrócić.
„Panic, wszystko w porządku?”
Głos sprawił, że Erwin podskoczył, obrócił się gwałtownie. Joggerka stała kilka metrów dalej, słuchawki teraz wiszące na szyi, twarz zaniepokojoną. Musiała zobaczyć go klęczącego przy kamieniu, musiała zobaczyć sposób, w jaki się cofnął, wyraz na jego twarzy.
„Ja… tak. Tak, wszystko w porządku.”
Kłamstwo wyszło automatycznie, gładko, z lat praktyki udawania, że wszystko jest w porządku, kiedy nie było.
„Wyglądał pan, jakby zemdlał pan albo coś.”
„Nie, nie. Po prostu… zawrót głowy. Za szybko wstałem. Wszystko dobrze.”
Uśmiechnął się — męcząca praca poruszenia mięśni twarzy w kształt, który miał być uspokajający. Kobieta nie wyglądała na przekonaną, ale kiwnęła głową, akceptując wyjaśnienie, bo ludzie zazwyczaj akceptowali, nie chcąc wchodzić w cudze problemy.
„Dobrze. Uważaj pan na siebie. Może powinien pan usiąść w cieniu, wypić wody.”
„Zrobię to. Dziękuję.”
Czekał, aż odejdzie, wznowi jogę, zniknie za zakrętem ścieżki. Potem spojrzał z powrotem na kamień.
Mokry ślad wciąż tam był. Rzeczywisty. Fizyczny. Niemożliwy do wyjaśnienia.
Dowód, którego potrzebował. I którego się bał.
Erwin cofnął się od kamienia, od krawędzi klifu, od tego przeklętego miejsca, które było piękne w świetle i przerażające w ciemności. Wrócił do samochodu, czując wzrok — nie joggerki, nie rodziny, ale czegoś innego, czegoś pod powierzchnią oceanu, czegoś, co obserwowało z głębiny i czekało na noc.
Wsiadł do samochodu, zamknął drzwi, przekręcił kluczyk. Silnik zabuczał, wibracje znajome i uspokajające.
Ale kiedy spojrzał w lusterko wsteczne, zanim wyjechał, zobaczył coś, co sprawiło, że krew zastygła w żyłach.
Na tylnej szybie, od środka, mokry odcisk.
Jak gdyby mokre palce dotknęły szkła.
Jak gdyby coś siedziało na tylnym siedzeniu, dotykało szyby, zostawiało ślad.
Ale kiedy się odwrócił, tylne siedzenie było puste.
Tylko odcisk pozostał. Mokry. Słony. Rzeczywisty.
Wiadomość: Wiemy, gdzie jesteś. Wiemy, gdzie byłeś. Nie możesz uciec.
Erwin wyjechał z parkingu, ręce zaciśnięte na kierownicy tak mocno, że knykcie zbielały, wzrok przeskakujący między drogą a lusterkiem wstecznym, sprawdzając, czy coś się nie pojawi na tylnym siedzeniu.
Nic się nie pojawiło.
Ale mokry odcisk pozostał przez całą drogę do domu, powoli schnąc w słońcu, zostawiając tylko zarys, tylko wspomnienie.
Tylko dowód, że to wszystko było prawdziwe.
I że nie było już ucieczki.
Podrozdział 4.5: Ślady
Nie powinno być śladu. To była pierwsza myśl, która przeszła przez umysł Erwina, kiedy zobaczył plamę — jasna, racjonalna, niepodważalna.
Słońce świeciło od co najmniej dwóch godzin, może dłużej, wiszące już wysoko na bezchmurnym niebie, jego promienie bezlitośnie lejące się na każdą powierzchnię, każdy centymetr ziemi. To było słońce, które suszyło, które wyparowywało, które zmieniało wilgoć w parę w ciągu minut, nie godzin. Wszystko było suche — ścieżka z jej utwardzoną ziemią i drobnymi kamieniami, trawa rosnąca w kępach po obu stronach, jej źdźbła sztywne i chrupiące pod stopami, kamienie i głazy rozrzucone wzdłuż punktu widokowego, ich powierzchnie ciepłe w dotyku, nagrzane przez kilka godzin nasłonecznienia.
Wszystko było suche, jak powinno być w taki jasny, wietrzny, słoneczny poranek.
Ale przy kamieniu granicznym, tym dużym szarym głazie, który wyznaczał krawędź bezpiecznego obszaru — tam była mokra plama.
Nie wielka. Niedramatyczna kałuża, która krzyczałaby o uwagę każdego przechodnia. Wielkości stopy, może nieco mniejsza, nieregularny kształt ciemnego, mokrego kamienia kontrastującego z otaczającą go suchością. Gdyby ktoś inny przeszedł obok — joggerka, rodzina z piknikowego stolika, przypadkowy turysta — prawdopodobnie by jej nie zauważył albo zauważył, ale zignorowały jako nieistotną, może kropla rosy, która przetrwała dłużej w cieniu, może ptak upuścił coś mokrego, może tysiąc niewinnymi wyjaśnień.
Ale Erwin zauważył. Musiał zauważyć, bo szukał, bo przyszedł tutaj z nieartykułowaną potrzebą potwierdzenia, bo jego umysł nie mógł odpuścić, nie mógł zaakceptować halucynacji jako wyjaśnienia.
Przykucnął przy kamieniu, kolana zgięte, dłonie oparte na udach dla równowagi, twarz zbliżając się do powierzchni głazu. Wyciągnął rękę ostrożnie, jakby plama mogła być niebezpieczna, jakby mogła go skalać czy zranić. Palec wskazujący dotknął krawędzi mokrego obszaru, potem przesunął się do środka.
Zimne. Nie chłodne, nieprzyjemnie orzeźwiające w ciepły dzień. Zimne w sposób, który był niewłaściwy, który wydawał się nienaturalny dla wody leżącej w słońcu. Wilgotne, definitywnie wilgotne, faktyczna woda tam była, przesiąkła w porowatą strukturę kamienia. Podniósł palec do ust, dotknął językiem, choć część niego krzyczała, żeby tego nie robić, że to może być niebezpieczne.
Słone. Wyraźnie, niepodważalnie słone. Smak oceanu, smak morskiej wody, niesłodkiej wody z kranu czy deszczu, czy rosy.
Morska woda. Tutaj, dziesięć metrów od krawędzi klifu, dwie godziny po wschodzie słońca, w miejscu, gdzie nie było żadnego logicznego źródła oceanicznej wody.
Erwin podniósł wzrok od plamy, rozszerzając pole widzenia, skanując otoczenie z nowo zaostrzonym skupieniem. I zobaczył więcej. Nie pojedynczą plamę, ale linię mokrych śladów — delikatnych, łatwych do przeoczenia, ale tam, definitywnie tam, kiedy wiedziało się, czego szukać.
Śledził je wzrokiem, rekonstruując ścieżkę. Prowadziły od krawędzi klifu — dokładnie z tego miejsca, gdzie wczoraj, nie, zeszłej nocy, widział ją stojącą, gdzie słyszał głos w głowie, gdzie uczuć niewidzialną walkę między tym, co było Mariną a tym, czym się stała. Mokre ślady ciągnęły się przez utwardzoną ścieżkę, słabsze tam, gdzie słońce było najmocniejsze, wyraźniejsze w miejscach, gdzie cień drzew zapewniał osłonę przed wysuszającą mocą światła. Biegły wzdłuż drewnianej barierki, potem skręcały ostro w lewo, schodziły ze ścieżki, zmierzały w kierunku gęstych zarośli na krawędzi lasu.
Jakby coś wyszło z oceanu. Wspięło się na pionową ścianę klifu — trzydzieści metrów czarnej, wilgotnej, śliskiej skały, na którą nikt rozsądny nie próbowałby się wspinać bez profesjonalnego sprzętu, bez lin, bez zabezpieczeń. Dotarło na szczyt. I poszło w las, zostawiając za sobą tę ledwo widoczną, ale rzeczywistą ścieżkę mokrych śladów.
„Niemożliwe.”
Słowo wyszło z jego ust jako szept, głos brzmiący obco we własnych uszach — zbyt wysoki, zbyt napięty.
„Klif ma trzydzieści metrów wysokości, może więcej w tym miejscu. Ściany prawie pionowe, mokre od mgły i spryskiwania falami. Pokryte wodorostami, śliskie jak lód. Żaden alpinista nie próbowałby bez sprzętu. Nikt nie może się wspiąć. To fizycznie niemożliwe.”
Ale nawet kiedy wypowiadał te racjonalne słowa, kiedy próbował zbudować mur logiki przeciwko niemożliwości, wiedział, że kłamie. Bo ślady były tam. Rzeczywiste. Fizyczne. Mokre i słone i zimne.
Wstał powoli, nogi sztywne, kolana protestujące po długich godzinach bez odpoczynku. Spojrzał na las, na ciemne przestrzenie między drzewami, gdzie ścieżka mokrych śladów znikała. Każdy instynkt samozachowawczy krzyczał, żeby nie iść tam, żeby wrócić do samochodu, odjechać, zapomnieć, udawać, że nic nie widział.
Ale nie mógł. Musiał wiedzieć. Musiał podążyć.
Ruszył za śladami, powoli, ostrożnie, każdy krok świadomy i kontrolowany. Zszedł ze ścieżki, gdzie grunt stawał się miększy, pokryty warstwą opadłych liści i igliwia, które tłumiły dźwięk jego kroków. Wszedł między krzaki — gęste, kolczaste, dokładnie te same, które chłosnęły go w twarz zeszłej nocy, kiedy biegł ślepo, desperacko, uciekając od czegoś, co nie powinno istnieć.
Teraz, w świetle dnia, las był mniej przerażający, ale wciąż nieprzyjazny. Gałęzie chwytały za ubranie, ciągnęły za rękawy kurtki. Korzenie wystawały z ziemi pod dziwnym kątami, groziły potknięciem. Powietrze było chłodniejsze tutaj, w cieniu, wilgotniejsze, niosące zapach gnijących liści i mchu.
Przecisnął się przez szczególnie gęsty fragment zarośli, gałęzie trzeszcząc i pękając pod naciskiem jego ciała. I dotarł do małej polany — okrągłej przestrzeni, może pięć metrów średnicy, gdzie drzewa cofały się tworząc naturalną katedrę, gdzie ziemia była pokryta mchem, miękkim i gąbczastym pod stopami.
I tam, na krawędzi polany, zaczepiony o ostry, wystający kamień—
Fragment materiału.
Erwin zamarł, oddech uwięzły w gardle. Patrzył na to przez długą chwilę, zanim zmusiły się do podejścia bliżej.
Materiał był czarny, gładki, lśniący nawet w przyćmionym świetle filtrującym się przez korony drzew. Niewielki kawałek, może dziesięć centymetrów kwadratowych, poszarpany na jednej krawędzi, jakby został wyrwany gwałtownie z większego kawałka. Wisiał na ostrym występie kamienia jak chorągiewka, lekko poruszający się w łagodnej bryzie.
Erwin podszedł, wyciągnął rękę, dotknął materiału palcami zanim go zdjął. Elastyczny, rozciągający się pod naciskiem, potem wracający do pierwotnego kształtu. Jak neopren, jak materiał używany do strojów piankowych, którymi nurkowie i surferzy ubierali się, chroniąc przed zimnem głębokiej wody.
Ale dotyk był niewłaściwy. Za gładki. Za zimny. I faktura — gdy przyglądał się bliżej w smugach światła — nie była całkowicie jednolita. Miała subtelny wzór, prawie niewidoczny, jak łuski ryb albo tekstura skóry morskiego stworzenia.
Podniósł fragment do nosa, powąchał, choć każda komórka mówiła, że to zły pomysł.
Nie pachniał jak guma. Nie pachniał jak syntetyczny materiał wyprodukowany w fabryce, z chemicznym, plastikowym zapachem nowego sprzętu. Pachniał jak ocean. Sól, wodorosty, coś głębszego — zapach gnicia i życia jednocześnie, zapach rzeczy, które rosły w miejscach bez światła, zapach głębiny.
I był zimny. Tak zimny, że niemal parzył palce, które go trzymały, zimno przesiąkające przez skórę do kości, sprawiając, że dłoń drętwiała mimo ciepłego dnia.
Erwin złożył fragment ostrożnie, włożył do kieszeni kurtki, czując jak zimno rozprzestrzenia się przez materiał, dotyka jego boku. Dowód. Fizyczny, namacalny dowód, który nie rozpłynie się jak sen, który może pokazać komuś, kto uwierzy, kto pomoże.
Chociaż część niego wiedziała, że nikt nie uwierzy. Nikt nie może uwierzyć, dopóki nie zobaczy sam.
Spojrzał dalej w głąb polany, próbując zobaczyć, czy jest więcej śladów, więcej dowodów. I wtedy zobaczył.
Kamienie.
Małe, gładkie kamienie, każdy mniej więcej wielkości pięści dorosłego człowieka. Ułożone na ziemi w centralnym punkcie polany, tam, gdzie mech był najgęstszy, najciemniejszy.
Nie były ułożone przypadkowo, nie były rozrzucone chaotycznie przez siły natury. Były ułożone w krąg. Nie doskonale okrągły, nie geometrycznie precyzyjny, ale celowy, zamierzony. Wzór był dziwny — spiralny, może? Albo coś bardziej złożonego, coś, co sugerowało znaczenie, symbolikę, coś, co Erwin nie mógł natychmiast zrozumieć, ale czuł było ważne.
Policzył je mechanicznie, głos w głowie numerujący każdy kamień, gdy jego wzrok przesuwał się po kręgu.
Dwanaście. Dokładnie dwanaście kamieni.
I każdy, absolutnie każdy, miał dziurę pośrodku.
Hag Stones. Tak nazywali je w starych legendach, w folklorze nadmorskich społeczności, w opowieściach przekazywanych przez pokolenia. Kamienie z naturalnymi dziurami wydrążonymi przez wodę i czas, które — według wierzeń — miały magiczne właściwości. Chroniły przed czarami. Odpędzały złe duchy. Pozwalały widzieć prawdę, gdy patrzono przez dziurę. Były mostami między światami, oknami do rzeczywistości, której normalnie nie można było dostrzec.
Marina zbierała je. Obsesyjnie, namiętnie. Każdy spacer plażą kończył się przynajmniej jednym, czasami pięcioma, dziesięcioma, jeśli były szczęśliwi. Układała je na parapecie w ich sypialni w precyzyjnych wzorach, których nigdy nie wyjaśniała, które zmieniała zgodnie z fazami księżyca albo pływami albo jakimś wewnętrznym rytmem, który tylko ona słyszała.
I ostatniego dnia, przed zniknięciem, zabrała go na plażę wcześnie rano — pamiętał to teraz z krystaliczną jasnością — i spędziła godzinę układając Hag Stones w kręgu na piasku, tuż nad linią przypływu. Dwanaście kamieni. Dokładnie dwanaście. Uklękła w środku kręgu, ręce na kolanach, oczy zamknięte, jakby medytowała albo modliła się, choć Marina nigdy nie była religijna.
Zapytał ją wtedy, co robi, dlaczego te kamienie, co one znaczą. Otworzyła oczy, spojrzała na niego z wyrazem, który był smutny i przepraszający i jakby pogodzony z czymś nieuniknionym.
„Ochrona” — powiedziała tylko. — „Albo zaproszenie. Nigdy nie jestem pewna, które.”
Nie zrozumiał wtedy. Pomyślał, że to jedna z jej dziwnych, poetyckich wypowiedzi, część jej uroku, jej tajemnicy. Uśmiechnął się, pocałował jej czoło, poszli razem na śniadanie.
Tego wieczoru zniknęła.
Teraz, stojąc nad identycznym kręgiem dwunastu Hag Stones w leśnej polanie, pięć kilometrów od tamtej plaży, trzy lata później — zrozumiał.
To nie była halucynacja. Halucynacje nie zostawiały fizycznych dowodów. Nie tworzyły mokrych śladów na kamieniach. Nie zostawiały fragmentów materiału. Nie układały Hag Stones w symboliczne kręgi.
To było realne. Wszystko było realne.
Erwin uklęknął przy kręgu, kolana wgniatające się w miękki mech, serce waliło tak głośno, że słyszał je w uszach, puls dudnił w skroniach. Ręce drżały, gdy wyciągnął je w stronę najbliższego kamienia, zawahał się — czy powinien go dotknąć? Czy to było bezpieczne? Czy to było mądre?
Ale nie mógł się powstrzymać. Palce zamknęły się na zimnej, gładkiej powierzchni, podniósł kamień. Cięższy niż się spodziewał — nie wielki, ale gęsty, solidny, jak gdyby wykonany z czegoś cięższego niż normalna skała. Zimny i mokry, mimo że leżał w miejscu, gdzie żadna woda nie mogła go dosięgnąć.
Przez długą chwilę tylko go trzymał, odwracał w dłoniach, badał wzrokiem. Dziura pośrodku była gładka, wypolerowana przez niezliczone lata erozji wodnej, doskonale okrągła, może dwa centymetry średnicy. Wystarczająco duża, by przez nią patrzeć.
I zanim świadomy umysł mógł interweniować, zanim racjonalna część jego mózgu mogła krzyknąć ostrzeżenie — podniósł kamień do oka, zamknął drugie oko, spojrzał przez dziurę.
Przez ułamek sekundy — jedno uderzenie serca, jeden oddech — zobaczył.
Ocean pod klifem. Ten sam widok, który widział przed chwilą stojąc przy barierze, patrząc w dół na błękitną wodę rozciągającą się do horyzontu.
Ale nienormalny ocean.
Mroczny ocean.
Woda nie była błękitna, nie była przejrzysta czy nawet mętna w zwykły sposób. Była ciemna — czarna jak atrament, czarna jak smoła, czarna jak nocne niebo bez gwiazd. Gęstsza niż normalnie, poruszająca się w sposób, który nie był naturalny, który łamał prawa fizyki i płynności. Fale nie przychodziły od horyzontu w regularnych, przewidywalnych wzorach tworzonych przez wiatr i pływy. Wychodziły z głębiny, wyrastały z samego dna oceanu, jakby coś pod wodą je wypychało, jakby wielka, niewidoczna istota oddychała, jej oddech deformujący powierzchnię.
I sylwetki.
W wodzie. Nie na powierzchni, nie unoszące się, ale pod nią, w tych czarnych głębinach, gdzie światło nie docierało, gdzie ciemność była absolutna. Tuziny postaci, może więcej — trudno było policzyć, bo niektóre zlewały się z ciemnością, pojawiały się i znikały jak obrazy w migoczącym ekranie.
Wszystkie kobiece. Wszystkie z długimi włosami unoszącymi się wokół głów jak meduzy. Wszystkie nieruchome, jak topielcy zawieszeni w czasie, czekający na coś, na kogoś.
I wszystkie patrzyły w górę. Nie na ocean, nie na horyzont. W górę. Na niego. Jakby widziały przez niemożliwą odległość, przez wodę i powietrze i sam kamień, jakby patrzyły bezpośrednio w jego duszę.
Erwin krzyknął — krótko, zdławiony dźwięk przerażenia — i opuścił kamień gwałtownie, prawie go upuszczając.
Ocean był znowu normalny.
Błękitny, spokojny, pusty. Fale przychodziły od horyzontu w leniwych, przewidywalnych liniach. Żadnych sylwetek. Żadnej ciemności. Tylko zwykła woda odbijająca zwykłe niebo.
Ale ręce drżały mu tak mocno, że nie mógł utrzymać kamienia. Wyślizgnął się z palców, upadł na mech z cichym, wilgotnym odgłosem.
Erwin wstał gwałtownie, cofając się od kręgu, od przeklętych kamieni, od polany, która nagle wydawała się dużo mniej naturalna, dużo bardziej celowa, jakby ktoś — coś — przygotowało to miejsce specjalnie, jako ołtarz albo portal, albo pułapkę.
Odwrócił się, gotów biec z powrotem przez zarosła, z powrotem na ścieżkę, z powrotem do samochodu, z powrotem do jakiejkolwiek pozoru normalności.
I usłyszał.
Śmiech.
Cichy, tak cichy, że prawie go przegapił pod szumem wiatru w drzewach, pod odległym krzykiem mew, pod biciem własnego serca. Ale tam był, wyraźny, gdy skupił się — delikatny, kobiecy śmiech, melodyjny i przerażający jednocześnie.
Dochodził z oceanu. Albo z głębszej części lasu za nim. Albo — i ta opcja była najgorsza — z głębi jego własnej głowy, rezonujący w czaszkę, odbijający się echem w zakamarkach umysłu, do których normalnie nie miał dostępu.
Nie wiedział, które było prawdą. Może wszystkie trzy jednocześnie. Może w tym miejscu, na tej granicy między lądem a wodą, między dniem a nocą, między życiem a śmiercią, normalne reguły przestrzeni i dźwięku nie obowiązywały.
Ale wiedział jedno, wiedział z pewnością, która była głębsza niż strach, głębsza niż racjonalność.
Ona tam była.
Nie daleko. Nie w innym mieście, innym kraju, innej rzeczywistości. Tam. Gdzieś w tym lesie albo w oceanie pod klifem, albo w jakimś miejscu, między które istniało tylko na granicy, którego normalni ludzie nie mogli zobaczyć, dotknąć, zrozumieć.
Czekała. Na zmierzch. Na noc. Na moment, kiedy będzie wystarczająco ciemno, żeby wyjść, żeby się pokazać, żeby powiedzieć to, co musiała powiedzieć, albo zrobić to, co musiała zrobić.
Śmiech powtórzył się, bliżej teraz, bardziej wyraźny, niosący w sobie coś, co mogło być radością albo smutkiem, albo szaleństwem — trudno było powiedzieć.
Erwin biegł.
Przez zarosła, przez gałęzie, które chwytały i drapały, przez korzenie, które próbowały go potknąć. Biegł aż dotarł do ścieżki, aż zobaczył parking, swój samochód stojący tam, gdzie zostawił, normalny i solidny i rzeczywisty.
Wskoczył do środka, zamknął drzwi, przekręcił kluczyk. Silnik zabuczał, dźwięk najbardziej normalnej, najbardziej ludzkiej rzeczy, jaką słyszał od godzin.
I dopiero wtedy, siedząc w bezpiecznym kokonie samochodu, z zamkniętymi drzwiami i włączonym silnikiem, pozwolił sobie na długi, drżący oddech, na łzy, które napływały bez pytania o pozwolenie.
Ona była tam. Czekała.
A on nie wiedział, czy to go przerażało, czy dawało nadzieję.
Może obie rzeczy jednocześnie.
ROZDZIAŁ 5: OFICJALNE ŚLEDZTWO
PODROZDZIAŁ 5.1: KOMISARIAT — RAPORT
Komisariat był głośny o ósmej rano, głośny w sposób, który był jednocześnie znajomy i przytłaczający, szczególnie dla kogoś, kto spędził bezsenną noc ścigany przez niemożliwe rzeczy.
Telefony dzwoniły bez przerwy — ostre, przenikliwe dzwonki starych aparatów stacjonarnych, które nikt nie zawracał sobie głowy wymienić na nowsze modele, mieszające się z melodyjnymi sygnałami komórek. Ludzie krzyczeli przez całe biuro — mundurowi policjanci wykrzykujący nazwiska i numery spraw, detektywi przekazujący sobie informacje ponad rzędami biurek, ktoś próbujący uspokoić histerycznego świadka w kącie. Przy wejściu do celi tymczasowych aresztowań dwóch funkcjonariuszy prowadziło pijanego mężczyznę, który wymachiwał rękami i śpiewał coś niewyraźnego, potykając się co kilka kroków. Zmiana nocna przekazywała obowiązki zmianie porannej przy dystrybutorze kawy, męskie głosy zmęczone, ale żywe, opowiadające o tym, co wydarzyło się w ciągu ostatnich ośmiu godzin.
Normalna, chaotyczna, poniedziałkowa rutyna. Życie komisariatu policyjnego w średniej wielkości nadmorskim mieście, gdzie przestępstwa były przeważnie drobne — kradzieże, awantury domowe, jazda po pijanemu, okazjonalne włamania. Miejsce, które było hałaśliwe i frustrujące i całkowicie, błogosławienie normalne.
Erwin przeszedł przez recepcję prosto do sali detektywów na piętrze, ignorując spojrzenia, które rzucano mu podczas przemarszu. Czuł je — te szybkie, oceniające spojrzenia, które koleżanki i koledzy po fachu rzucali, potem szybko odwracali wzrok, udając, że nie patrzyli. Wiedział, jak wygląda, nie musiał patrzeć w lustro, by to potwierdzić. Pomięta koszula, w której spał zwinięty na barze w pubie, materiał pognieciony i wilgotny od potu. Świeże rozcięcie na policzku, które musiał zrobić sobie uciekając przez las poprzedniej nocy, cienka różowa linia otoczona sinym siniakiem. Głębokie, sine cienie pod oczami, tak ciemne, że wyglądały jak siniaki. Włosy w nieładzie, zarost gęsty i nierówny. Wygląd człowieka, który albo spędził noc w rynsztoku, albo przeżył traumatyczne doświadczenie, albo oboje.
Wszedł do sali detektywów — dużego, otwartego pomieszczenia z rzędami biurek ustawionych naprzeciwko siebie, tworzących pary partnerów pracujących razem. Oświetlenie jarzeniowe było ostre i bezlitośnie, odbijające się od białych ścian i linoleum, sprawiając, że wszystko wyglądało lekko wyblakłe, jakby widziane przez brudny filtr. Tablice korkowe wisiały na ścianach, pokryte zdjęciami, mapami, notatkami ze spraw. Dystrybutor wody burczał w rogu. Ktoś zostawił radio włączone, cicho grająca stacja z muzyką country.
Martinez siedział już przy swoim biurku naprzeciwko biurka Erwina — ich para stołów stykała się bokami, pozwalając im pracować twarzą w twarz, co ułatwiało komunikację podczas spraw. Popijał kawę z wielkiego kubka ceramicznego z napisem „Najlepszy Partner”, który Erwin kupił mu na żart dwa lata temu na urodziny, a który Martinez używał codziennie z nieironiczną dumą. Czytał raport na ekranie komputera, okulary do czytania przesunięte nisko na nos.
Podniósł wzrok, gdy Erwin się zbliżał. Jego oczy rozszerzyły się minimalnie, brwi uniosły. Odstawił kawę, gwizdnął cicho — długi, niski dźwięk pełen niedowierzania.
„Chryste, Erwin. Wyglądasz, jakbyś spędził noc w rynsztoku. Albo w grobie. Może w obu.”
Głos był lekki, żartobliwy na powierzchni, ale pod tym była prawdziwa troska. Martinez był jego partnerem od pięciu lat — znali się wystarczająco dobrze, by czytać między wierszami, by wiedzieć, kiedy żart był tarczą przed czymś poważniejszym.
Erwin zdobył odznakę detektywa w trzecim roku służby — za wcześnie, zdaniem przełożonych, w sam raz, zdaniem Martineza.
„Coś w tym stylu.”
Erwin mruknął odpowiedź, opadając na swoje krzesło biurowe, które skrzypnęło pod jego ciężarem w znajomy, denerwujący sposób. Już od miesiąca planował poprosić o wymianę, ale nigdy nie było czasu, nigdy nie było priorytetem. Teraz skrzypienie było dziwnie uspokajające — normalne, przewidywalne, ludzkie.
Martinez pochylił się do przodu, łokcie na biurku, obniżył głos do poziomu, który nie niósł się poza ich parę stołów. Wokół nich sala wypełniała się innymi detektywami rozpoczynającymi dzień, ale nikt nie zwracał specjalnej uwagi — każdy zajęty własnymi sprawami, własnymi problemami.
„Gdzie byłeś? Dzwoniłem do ciebie trzy razy wczoraj wieczorem, zostawiłem dwie wiadomości. Kiedy nie odebrałeś, zacząłem się martwić. Myślałem, że coś się stało. Miałem zamiar przejechać do twojego mieszkania, ale Carla powiedziała, że przesadzam.”
W głosie Martineza była szczera ulga zmieszana z frustracją — ulga, że Erwin żyje, frustracja, że nie odpowiadał na telefon, że sprawił, że partner się martwił.
„Stało się.”
Dwa słowa, ciężkie, definitywne. Erwin nie patrzył na Martineza, wpatrując się w powierzchnię swojego biurka — zawalona papierami, foldery, kubek z długopisami, stara fotografia jego i Mariny na plaży, którą powinien był już dawno schować, ale nie mógł się zmusić.
Martinez zamarł, kubek w połowie drogi do ust.
„Co? Co się stało? Erwin, jesteś ranny? Potrzebujesz —”
„Nie.” Erwin w końcu podniósł wzrok, spojrzał partnerowi prosto w oczy. „Nie jestem ranny. Nie w ten sposób. Ale coś się stało. Coś, o czym muszę ci powiedzieć, chociaż będzie brzmiało… będzie brzmiało szalenie.”
Martinez odstawił kawę powoli, ostrożnie, jak gdyby nagły ruch mógł przestraszyć Erwina do milczenia. Jego twarz przeszła w tryb profesjonalny — detektyw słuchający świadka, oceniający wiarygodność, szukający szczegółów. Sięgnął po notes leżący zawsze po prawej stronie biurka, otworzył na czystej stronie, wyjął długopis.
„Opowiadaj.”
Erwin otworzył szufladę swojego biurka, wyjął pustą teczkę — chciał mieć coś do trzymania, coś, co sprawiłoby, że to wszystko wydawało się bardziej oficjalne, bardziej prawdziwe, mniej jak spowiedź szaleńca. Przez długą chwilę tylko siedział, teczkę w rękach, zastanawiając się, jak to ująć, jak sformułować słowa w sposób, który nie zabrzmi jak brednie wariata, jak urojenia człowieka złamanego przez żałobę i stres.
A potem pomyślał: Do diabła z tym. Jeśli nie mogę powiedzieć prawdy własnemu partnerowi, komu mogę?
„Wczoraj wieczorem pojechałem na klif. Punkt widokowy przy Nadmorskiej Drodze.”
Głos wyszedł cicho, kontrolowany, jak gdyby czytał raport, jak gdyby opisywał coś zwyczajnego.
„Czemu tam pojechałeś?” Martinez zadał pytanie łagodnie, bez osądu, długopis gotowy do notowania.
„Nie wiem. Chciałem… chciałem być przy oceanie. Pomyśleć. Zbliża się rocznica.” Erwin przełknął, kontynuował. „Zaparkowany. Wyszedłem z samochodu. Było ciemno, koło dziesiątej. Podszedłem do krawędzi klifu, do punktu widokowego.”
„Sam?”
„Sam. Nie było nikogo innego. Parking był pusty.”
„Dobra. Kontynuuj.”
Erwin wziął głęboki oddech, czując jak powietrze nie całkowicie wypełnia płuca, jakby coś wciąż tam było, jakiś pozostały lęk zajmujący przestrzeń.
„Patrzyłem na ocean. I wtedy usłyszałem plusk. Głośny, jak gdyby coś dużego wpadło do wody. Spojrzałem w dół, w stronę podstawy klifu. I zobaczyłem…” — zawahał się, szukając właściwych słów — „zobaczyłem mężczyznę w wodzie. Walczył.”
Martinez pochylił się bliżej, długopis poruszający się po papierze.
„Walczył? Z czym?”
„Z kimś. Z czymś.” Erwin zamknął oczy, przywołując obraz, który nawiedzał go przez całą noc. „Kobieta. Przynajmniej wyglądała jak kobieta. Długie włosy, ciemne, rozpuszczone w wodzie. Ale sposób, w jaki się poruszała… to nie było normalne. Owinęła się wokół niego jak…” — słowa utknęły w gardle, brzmiały zbyt dramatycznie, zbyt niemożliwie — „…jak drapieżnik. Jak wąż. Albo ośmiornica. Widziałem jej ręce — albo to, co wyglądało jak ręce — chwytające go, ciągnące w dół.”
„Jak daleko byłeś?”
„Może dwadzieścia metrów od krawędzi. Może trzydzieści od wody. Było ciemno, ale latarnia na molo rzucała światło. Widziałem. Widziałem wyraźnie.”
„Co się stało potem?”
Erwin otworzył oczy, spojrzał na Martineza, szukając jakiegokolwiek znaku niedowierzania, sceptycyzmu. Ale twarz partnera była neutralna, profesjonalna, tylko słuchająca.
„Krzyczałem. Próbowałem znaleźć ścieżkę w dół. Ale zanim mogłem… on zniknął. Po prostu zniknął pod wodę. Całkowicie. Jeden moment był tam, walczył, krzyczał — słyszałem jego krzyk. Następny moment nic. Tylko spokój. Żadnych fal. Żadnych śladów walki. Jakby ocean go połknął.”
„Wezwałeś pomoc?”
„Próbowałem. Wyciągnąłem telefon. Ale zanim zdążyłem wykręcić numer…” — Erwin zawahał się, bo ta część była najtrudniejsza, najbardziej niemożliwa do uwierzenia — „zobaczyłem je.”
„Je?” Brew Martineza uniosła się minimalnie. „Więcej niż jedną?”
„Tak. Trzy. Może cztery. Wyszły z wody, wspięły się na skały przy podstawie klifu. Wszystkie kobiety. Wszystkie z długimi włosami. Wszystkie mokre, kroplący wodą. I patrzyły na mnie. Prosto na mnie. Jakby wiedziały, że tam jestem, jakby mnie widziały mimo ciemności, mimo odległości.”
Martinez przestał pisać. Położył długopis na biurku bardzo ostrożnie, bardzo powoli. Spojrzał na Erwina długo, wyraz na twarzy niemożliwy do odczytania.
„Erwin…” — zaczął, głos ostrożny, jak człowiek próbujący uspokoić przestraszone zwierzę.
„Wiem, jak to brzmi.” Erwin przerwał, głos twardszy teraz, defensywny. „Wiem, że brzmi jak halucynacja. Jak iluzja. Ale to nie było. Były tam. Rzeczywiste. Fizyczne.”
„Widziałeś to na własne oczy? Bez żadnych substancji, bez alkoholu —”
„Byłem trzeźwy. Całkowicie trzeźwy. Nie piłem, nie brałem niczego. Widziałem je tak wyraźnie, jak widzę ciebie teraz.”
Martinez wziął swoją kawę, wypił długi łyk, jakby potrzebował chwili, by przetworzyć informację. Odstawił kubek, westchnął głęboko.
„Dobra. Zgłoszę to straży przybrzeżnej. Dasz mi dokładną lokalizację? Współrzędne albo opis miejsca?”
„Punkt widokowy cztery kilometry na północ od miasta. Pierwszy parking po wyjechaniu z centrum. Podstawa klifu bezpośrednio poniżej.”
Martinez notował, ale jego ruchy były mechaniczne, jakby robił to z obowiązku, nie z przekonania.
„Martinez…” Erwin nachylił się do przodu, głos cichszy, bardziej intensywny. „To nie pierwszy raz.”
Partner podniósł wzrok, marszcząc brwi.
„Co masz na myśli?”
„Zaginięcia pływaków. Ile ich było w tym sezonie? W ciągu ostatnich trzech miesięcy?”
Martinez oparł się o krzesło, które skrzypnęło, patrząc w sufit, licząc w pamięci.
„Pięć. Może sześć, jeśli to, co widziałeś wczoraj, się potwierdzi i znajdą ciało.”
„Wszyscy mężczyźni?”
„Tak.” Martinez spojrzał z powrotem na Erwina, oczy zaciekawiające. „Czemu pytasz?”
„Bo widziałem ją wcześniej. Tę kobietę. Albo coś podobnego do niej. Więcej niż jedną. Nie tylko wczoraj.”
Słowa zawisły między nimi. Martinez otworzył usta, zamknął je, jakby nie wiedząc, co powiedzieć. W końcu wypowiedział jedno słowo, ostrożnie:
„Kiedy?”
„Dwa dni temu. Na plaży. Stała w wodzie o świcie, patrzyła na brzeg. Zniknęła, kiedy się zbliżyłem. I wczoraj w nocy, nie tylko przy klifie. Widziałem je przy pubie na nabrzeżu. Całą grupę. Krążyły wokół budynku przez godziny. Obserwowały mnie przez okno.”
Martinez milczał, twarz przechodzący przez spektrum wyrażeń — zaniepokojenie, wątpliwość, coś, co mogło być strachem.
Erwin sięgnął do kieszeni kurtki, wyjął fragment czarnego materiału, który znalazł na klifie dziś rano, położył go na biurku między nimi jak karcianą kartę w grze o wysoką stawkę.
„I znalazłem to. Dziś rano. Wróciłem na klif po świcie. Śledziłem mokre ślady prowadzące z krawędzi do lasu. I znalazłem to zaczepione o kamień.”
Martinez wyciągnął rękę, podniósł materiał, obracając go w palcach, badając wzrokiem. Zbliżył do nosa, powąchał, zmarszczył brwi.
„Neopren? Jak z pianka?”
„Nie wiem. Może. Ale dotyk jest niewłaściwy. Za gładki. Za zimny. I pachnie jak ocean — sól, wodorosty, coś głębszego. I było mokre, mimo że słońce świeciło od dwóch godzin, mimo że wszystko wokół było suche.”
Martinez patrzył na materiał długo, potem na Erwina, potem z powrotem na materiał. Położył go na biurku, cofnął rękę, jakby nie chciał go dłużej dotykać.
„Erwin” — powiedział w końcu, głos bardzo cichy, bardzo ostrożny — „wiem, co przeszedłeś. Wiem, że zbliża się rocznica zniknięcia Mariny. Wiem, jak ciężka była ta strata. Ale musisz uważać, żeby żałoba nie —”
„To nie żałoba.”
Erwin przerwał ostrzej, niż zamierzał, głos podniesiony na tyle, że kilka osób w pobliżu odwróciło głowy, spojrzało w ich stronę. Obniżył głos, ale intensywność pozostała.
„To nie halucynacja. To nie wyobraźnia. To nie mój umysł tworzący obrazy Mariny, bo tęsknię za nią. Coś tam jest, Martinez. Coś w wodzie. I zabija ludzi. Mężczyzn. Systematycznie. Co kilka tygodni kolejny znika. Zawsze w nocy. Zawsze przy wodzie. I nikt nie znajduje ciał, albo znajdują je później wypłukane na brzeg, ale żadnych śladów przemocy, żadnych wyjaśnień.”
Martinez westchnął głęboko, przesunął dłonią po twarzy, gest zmęczenia i frustracji.
„Słyszysz siebie? Słyszysz, jak to brzmi?”
„Wiem, jak brzmi. Brzmi jak szaleństwo. Brzmi jak legendy, które starzy rybacy opowiadają po pijanemu. Ale dowody są tam. Ślady. Materiał. Zaginięcia. Wzór.”
„Wzór może być przypadkiem. Zbiegi okoliczności. Ludzie toną, Erwin. Szczególnie mężczyźni, którzy przesadzają z alkoholem, którzy pływają sami w nocy, którzy nie oceniają prądów.”
„A mokre ślady prowadzące z oceanu na klif? A fragment materiału, który nie jest jak żaden materiał, który znam? A fakt, że wszyscy ci mężczyźni zniknęli w promieniu tego samego dwukilometrowego odcinka wybrzeża?”
Martinez milczał. Erwin wiedział, że trafił w punkt. Partner był zbyt dobrym detektywem, by ignorować wzorce, nawet jeśli wyjaśnienie było niemożliwe.
W końcu Martinez podniósł materiał ponownie, włożył go do plastikowej torebki na dowody, którą wyjął z szuflady.
„Dobra” — powiedział, głos zrezygnowany, ale profesjonalny. „Sprawdzę akta. Wszystkie zaginięcia z tego roku. Zobaczę, czy jest jakiś wzór. Lokalizacje, daty, okoliczności. I wyślę ten materiał do laboratorium. Niech przeanalizują, z czego jest zrobiony, czy jest coś niezwykłego.”
Ulga zalała Erwina jak ciepła fala.
„Dziękuję.”
„Ale, Erwin…” Martinez pochylił się bliżej, głos poważny, twarz poważna. „Obiecaj mi coś. Obiecaj, że pójdziesz do lekarza. Do terapeuty. Nie mówię, że jesteś szalony. Mówię, że przeszedłeś przez traumę i może potrzebujesz pomocy w przetworzeniu tego. Niezależnie od tego, co tam jest albo nie ma.”
Erwin chciał protestować, chciał powiedzieć, że nie potrzebuje terapeuty, że nie jest szalony. Ale widział troskę w oczach Martineza, szczerą troskę przyjaciela, nie tylko partnera. I część niego wiedziała, że Martinez miał rację. Nawet jeśli to wszystko było prawdziwe, nawet jeśli ocean rzeczywiście kryły coś niemożliwego — potrzebował pomocy.
„Dobra” — zgodził się w końcu. „Zadzwonię.”
„Dziś.”
„Dziś.”
Martinez skinął głową, zadowolony, wrócił do swojego komputera, zaczął wpisywać zapytanie do bazy danych. Erwin patrzył, jak ekran wypełnia się listą spraw, nazwiskami, datami, lokalizacjami.
I nawet nie podnosząc wzroku, Martinez powiedział cicho, niemal do siebie:
„Jeśli tam coś jest…, jeśli naprawdę zabija… znajdziemy to. Obiecuję.”
Słowa były prostą, szczere, pełne determinacji.
Erwin tylko mógł mieć nadzieję, że to wystarczy.
Że znajdą odpowiedzi, zanim ocean zażądał kolejnej ofiary.
Za nim zażąda jego samego ostatecznie.
Podrozdział 5.2: Akta zaginionych
Zajęło im pół godziny, żeby zebrać wszystkie raporty, może trochę dłużej, bo system komputerowy komisariatu był stary, wolny, skłonny do zawieszania się w najmniej odpowiednich momentach.