E-book
20.48
drukowana A5
49.63
Przerwany bieg o życie

Bezpłatny fragment - Przerwany bieg o życie

Objętość:
342 str.
ISBN:
978-83-8245-590-8
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 49.63

Książkę dedykuję swoim zmarłym rodzicom



Wstęp

Kiedy byłem dzieckiem, graliśmy w dwa ognie, organizowaliśmy podchody czy taż walczyliśmy na drewniane miecze zrobione z kija, ale nie mieliśmy pojęcia o telewizji, a cóż dopiero o komputerach. Jedynym źródłem informacji o świecie były gazety i kukuruźnik (rodzaj radia z jedną gałką i jednym programem). Wieczorami rodzice opowiadali intrygujące historie o sobie i swoich przodkach. Wtedy te sagi wydawały się ciekawostkami, ale nie odcisnęły piętna w moim umyśle, przysnęły gdzieś głęboko w zakamarkach dziecinnego mózgu. W pewnym okresie dojrzałego życia podpisałem kontrakt w byłej NRD. Praca nie należała do lekkich. W tym czasie zacząłem myśleć innymi kategoriami, zamierzałem pozostawić po sobie choć nikły ślad, a tymczasem marnowałem życie. Pewnego dnia, pod wpływem bliżej nieokreślonego powodu, kupiłem gruby zeszyt formatu A4 i rozpocząłem dzieło mojego życia, a mianowicie postanowiłem napisać książkę o życiu moich rodziców. Bardzo, ale to bardzo ciężko było mi pisać, szczególnie że podjąłem się tego zadania po raz pierwszy, mimo to napisałem 146 stron rękopisu. Z kontraktu w NRD wróciłem w czerwcu 1989 roku. Nieoczekiwanie po powrocie do kraju wena gdzieś zanikła, w efekcie schowałem rękopis do szuflady i rzuciłem się w wir codziennych obowiązków. W 2000 roku otrzymałem potężny cios od życia, a mianowicie z niewiadomej przyczyny straciłem przytomność. W szpitalu na Brudnie po badaniu EEG lekarze stwierdzili nowotwór mózgu. Po konsultacji postanowiono przeprowadzić operację. Na szczęście miałem żyć. To był czas długiej, kilkuletniej rehabilitacji. Po wielu latach twórczej pustki ponownie zacząłem rozmyślać o pisaniu. Pewnego dnia wyjąłem z szuflady rękopis i jak w letargu ponownie zacząłem tworzyć, czasami odczuwałem tak silny przypływ energii, że zapominałem o Bożym świecie. Przyświecała mi pewna idea, która spowodowała, że tym razem głównym bohaterem książki nie uczyniłem członka mojej rodziny, jak to pierwotnie zamierzałem, lecz człowieka o przestępczym życiorysie. Człowieka ukształtowanego w mojej wyobraźni, lecz istniejącego w rzeczywistości, przeciętnego, ale jakże odmiennego od wielu złoczyńców. Odnosząc się do treści, starałem się stworzyć bohaterów wielowymiarowych, o jakże odmiennych charakterach, jak i zawrzeć szeroką gamę emocji, bowiem uważam, iż w życiu każdego człowieka uczucia odgrywają najważniejszą rolę i to one decydują o naszym postępowaniu. Postanowiłem uczynić wiele, aby czytelnika pochłaniała wartka akcja. Pisząc, miałem nadzieję, że w symbiozie z opisami przyrody odbiorca odczuje satysfakcję z jej przeczytania i trafnie oceni autentyczność książki. Nawiązując do faktów, książkę w znacznej mierze poświęciłem swoim rodzicom, przedstawiłem losy moich dziadków, od strony mojej mamy Stanisławy i jej męża Bronisława Strassenberga vel Strassenburga, którego przodkowie przyjechali z Niemiec, policjanta zamieszkującego w Osiecku. Ta niecodzienna historia rozpoczęła się przed II wojną światową od rabunkowego napadu na dom moich dziadków od strony ojca, Stanisława i Antoniny Kręgielewskich w Celestynowie.

Recenzja książki

Autorka recenzji: Monika Matura

Historie ludzkiego życia bywają idealną kanwą dla książkowej fabuły. Z podobnym przypadkiem mamy do czynienia w powieści „Przerwany bieg o życie”. Tu losy żyjących niegdyś ludzi splatają się z fikcją, tworząc wciągającą mieszankę.

Głównym bohaterem recenzowanej przeze mnie powieści jest Rafał Skotnicki — chłopak, który pechowo pojawił się w złym miejscu i czasie. Idąc w odwiedziny do dawnego przyjaciela, staje się świadkiem morderstwa i ponosi niezasłużoną karę. Los jednak da mu jeszcze jedną szansę i pozwoli cieszyć się życiem. Czy bohater dobrze ją wykorzysta? Tego dowiemy się z książki.

To właśnie przede wszystkim Rafałowi będziemy towarzyszyli podczas lektury. Obserwujemy go jednak z boku, dlatego czasami będziemy też druhami innych postaci. Z tej przyczyny wiemy więcej niż protagonista. Zarówno główna postać, jak i towarzyszące jej osoby nie należą do jednowymiarowych. Trudno tu poprowadzić linię, która pozwoliłaby na „czarno-biały” podział zachowań postaci czy ich charakterów. Bohaterowie poprzez szereg swoich decyzji wystawiają się na ciężkie próby, a ich wybory nie zawsze są godne pochwały. Jednak dalecy jesteśmy od osądzania ich, są to bowiem błędy bardzo ludzkie i zazwyczaj niewynikające ze złej woli. Trzecioosobowa narracja pozwala obserwować bohaterów i samodzielnie wyrobić sobie o nich zdanie. Narrator płynnie przeskakuje między postaciami i miejscami zdarzeń.

Na uwagę zasługuje również rola, którą w powieści odgrywa przyroda. Natura często towarzyszy bohaterowi — czasami go chroni, innym razem dodaje wydarzeniom dramatyzmu. W późniejszym czasie akcji z pewnego powodu postać będzie też w znacznej mierze zależna od warunków atmosferycznych. Także obecność konia jest w tej powieści istotna. Główny bohater uwielbia jazdę konną, która stanowi dla niego sposób na relaks, ale i formę ucieczki.

Autor w posłowiu uchyla nam rąbka tajemnicy dotyczącej powstawania książki. Otóż inspiracją dla niej były w pewnej mierze zasłyszane w młodym wieku opowieści. Stąd w roli bohaterów odnajdziemy również dziadków pisarza. Autor wyjaśnia też, co motywowało go do pisania — chciał zostawić po sobie ślad. Zwierza się też z tego, w jaki sposób chciał ukształtować powieść. W moim, jako czytelnika, odbiorze w pełni udało mu się to osiągnąć: faktycznie stworzył bohaterów wielowymiarowych o odmiennych charakterach. A emocje, które nam towarzyszą, są tak różnorakie, jak dziejąca się historia. Umiejętnie prowadzona narracja pozwala nam wciągnąć się w wir wydarzeń. A akcji jest tu sporo.

Sięgając po „Przerwany bieg o życie”, kompletnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. W akcję wchodziłam powoli, metodycznie, badając grunt. Jednak nie trwało to zbyt długo i w końcu sama nie wiem, kiedy przepadłam, nie mając już nic do powiedzenia. Za sprawą wartkiej akcji i ciekawych, niebanalnych bohaterów na kilka chwil przeniosłam się do przeszłości i wraz z postaciami toczyłam walkę, częstokroć o życie.

Dodatkowego smaczku powieści dodaje fakt, że historia toczy się na początku ubiegłego wieku — w tle pobrzmiewają więc jeszcze echa walk związanych z pierwszą wojną światową. To naprawdę ciekawa powieść i chociaż w pewnym aspekcie to fikcja, czasami czujemy się, jakbyśmy przeżywali coś na kształt autentycznej historii. Myślimy wtedy, że świat wcale nie zmienił się aż tak bardzo, a niesprawiedliwość towarzyszyła ludziom od zawsze.


Rozdział I
Zabójstwo

Pewnego jesiennego poranka 1927 roku powietrze było rześkie, ale że słońce spoglądało zza chmur, dawało nadzieję na rozkosznie ciepły dzień. Na peron dworca wileńskiego w Warszawie wjechał pociąg pasażerski, z którego wysiadła liczna grupa pasażerów, wszyscy pośpiesznie opuszczali dworzec, podążając w jakimś określonym celu. Jednakże jeden z podróżnych zatrzymał się, jakby zgubił drogę, ale po chwilowym wahaniu wyprostował sylwetkę i pewnym krokiem, śmiało ruszył przed siebie w kierunku jednego z wyjść na miasto. Ubrany w pospolite ubranie, w zbyt krótkich spodniach, kusej kurtce, spod której wystawał słowacki kołnierz, oraz w szarej czapce, przekręconej lekko na bakier i wyglansowanych, beżowych butach, nie wyróżniałby się na tle innych pasażerów, gdyby nie przyciągał uwagi charakterystycznym wzrokiem emanującym osobliwą siłą woli i tą pewnością siebie, która sprawiała, że przyjezdni z respektem przepuszczali przybysza. Wyszedł na miasto. Tuż przed dworcem rozejrzał się dookoła i wtedy ujrzał panoramę warszawskiej Pragi. Nieoczekiwanie wróciło wspomnienie z lat dziecinnych, kiedy to wraz z dziadkiem Janem stali właśnie w tym miejscu. Z zaskoczeniem zauważył, iż mimo upływu lat wszystko było jak dawniej. Tak jak wtedy przed przybyszem roztaczał się widok na park Praski i okazałą, zbudowaną za czasów panowania Rosjan prawosławną cerkiew. Jak wówczas, urzeczony, z ciekawością obserwował cztery kopuły wykonane z miedzianej blachy pokrytej patyną. W głębi, lecz po drugiej stronie szerokiej alei, jakby na przekór prawosławnej wierze, stała wyniosła katolicka katedra zbudowana z czerwonej cegły, a jej dwie wieże dotykały nieba i niczym opoka panowały nad okolicą. W tle widniał potężny most Kierbedzia, przerzucony przez Wisłę, który łączył dwa jej brzegi. Irracjonalnie odpłynął w inny świat, co było powodem chwilowego rozkojarzenia. Na szczęście trzeźwość umysłu powróciła, wiele dni zastanawiał się nad wyjazdem do stolicy. Dla niego ta podróż była wyjątkowa, musiał bowiem odnaleźć ostatnią bliską mu osobę, przyjaciela z dzieciństwa, na którym zawsze mógł polegać. Nawet nie przypuszczał, że tutaj, w Warszawie, zdarzy się coś, co zmieni całe jego życie. Sięgnął do kieszeni kusej kurtki i wyciągnął zmiętoszoną niewielką karteczkę, na której widniała nazwa ulicy Brzeskiej, ale bez numeru kamienicy i mieszkania. Postanowił przypadkowego mężczyznę zapytać o drogę. Przechodzień obrzucił zirytowanym wzrokiem młodzieńca i odparł wzburzony:

— Panie! Ja tu mieszkam od urodzenia! Ja tę ulicę dobrze znam! My ją nazywamy „trójkątem bermudzkim”! — wyrzucił gniewnie. — Młodzieńcze! Tam giną ludzie! — Ton jego głosu brzmiał wyjątkowo dramatycznie. Przybyszem targnął niewidoczny niepokój, ale mimo to poprosił o wskazanie kierunku drogi. Mężczyzna, wskazując azymut otwartą dłonią, rzekł z tym swoim praskim akcentem:

— Idź pan prosto. Miniesz pan ulicę Białostocką, a następnie dojdziesz pan do Ząbkowskiej. Tam skręcisz pan w lewo i zapewne ujrzysz pan w bramach wielu nieszczególnych typków, spytasz ich pan o dalszą drogą. Jak oczywiście nie dostaniesz pan po łubie, to może i pan dojdziesz do Brzeskiej?

Młodzieniec grzecznie podziękował i ruszył śmiało we wskazanym kierunku. Mijał jadące ulicą Targową konne tramwaje i eleganckie, czarne dorożki powożone przez równie szykownych dorożkarzy. Dotarł do ulicy Ząbkowskiej. W bramach, tuż przy ulicy, stali młodzi ludzie, a wśród nich kilku wyrostków. Przestroga nieznajomego zdała się prorocza. Mężczyzną ponownie targnął niepokój, a po plecach przemknął mu zimny dreszcz, ale mimo obaw postanowił, na przekór niebezpieczeństwu, pójść w tamtym kierunku. Podszedł śmiało do wyrostków, uniósł dłoń i zdecydowanym tonem zagadnął:

— Czołem, kamraci! — I nie czekając na odzew, kontynuował budzącym zaufanie tonem: — Nie wiecie przypadkiem, gdzie na Brzeskiej mieszka Marcin Kalicki?

Cała grupa nie spodziewała się takiego pytania i wszyscy, jak na rozkaz, rozwarli ze zdziwienia oczy. Spojrzeli po sobie i wtedy najstarszy z wyrostków zadał pytanie:

— A o co chodzi? — burknął, przeszywając młodzieńca srogim wzrokiem.

Obcy odpowiedział ze stoickim spokojem:

— Kiedyś, za dzieciaka, byliśmy na koloniach, no i się zbrataliśmy.

— A to ciekawe! A jaką miał ksywę?

— Kazał na siebie mówić „Czarny”.

— W takim razie gadaj, jak ciebie zwą, brachu!

— Rafał jestem! — powiedział krótko i nad wyraz przekonująco.

— Rafałów wielu! Gadaj, jak cię zwą!

— Skotnicki, Rafał Skotnicki — dopowiedział, wbijając wzrok w adwersarza.

— Aha…? Jak tak, to w porządalu, brachu. Zdałeś egzamin! — I po krótkiej chwili dopowiedział z ironią, ukazując wymuszony uśmiech porażki: –Będziesz żył?

Jego słowa wydawały się nasycone sarkazmem. Wycierając nos otwartą dłonią, parsknął szyderczym śmiechem, ukazując braki w uzębieniu. Pozostała grupa wyrostków zawtórowała kamratowi. Po chwili wahania z kwaśną miną kontynuował:

— Czarny kiedyś wspominał o takim kumplu. Przypuszczam, że o tobie. No i o twoim „super dziadku”. — Ostatnie słowa zabrzmiały w charakterystycznym kpiącym tonie, a na twarzy dryblasa ponownie pojawił się drwiący uśmiech satysfakcji. Rafała dotknął do kości złośliwy ton miejscowego żula. Od zawsze darzył miłością i szacunkiem przodka, może dlatego złowrogo zmierzył kpiarza. W jednej sekundzie krew odpłynęła z twarzy, a oblicze zmieniło swój łagodny i dążący do porozumienia wygląd. I wtedy, nie bacząc na niebezpieczeństwo, z wściekłości zazgrzytał zębami, co było ostrzeżeniem przed nagłym atakiem. Dryblas spostrzegł zdecydowaną na wszystko postawę nieznajomego i niespodziewanie ten twardziel, podwórkowy watażka o wrogim spojrzeniu i pewności siebie, po pełnej napięciu chwili zaczął odczuwać respekt przed nieznajomym. Z trudem nabrał powietrza i rzekł tonem uspakajającym i o dziwo uległym:

— Wszystko w porządalu, brachu? Nooo… Daj grabę. Jestem Bogdan. A to moja ferajna.

Przybysza zaskoczyła uniżona reakcja miejscowego żula, jednakże cel był ważniejszy, więc na znak zgody uścisnął obcemu dłoń. Bogdan, próbując wybrnąć z patowej sytuacji, ciągnął usprawiedliwiająco:

— Chyba rozumiesz? Musieliśmy cię sprawdzić, booo widzisz, przyjacielu…

Przybysz, nabrawszy pewności siebie, ostro wyrzucił:

— Nie jestem dla ciebie żadnym przyjacielem!

— W porządalu, brachu, to znaczy Rafał, oczywiście, jak sobie życzysz. Bo widzisz, dla nas Czarny to bardzo ważny gość; prawie jak rodzony, więc nie każdy może się z nim spotkać? No ale tyyy, że tak się wyrażę, jesteś wyjątkiem.

— Coś mi się wydaje, że on tutaj rządzi?! — wtrącił Rafał. Dryblas z niepewną miną zignorował dygresję obcego, ale i jednocześnie złym wzrokiem obrzucił „pyszałka”. Odwrócił głowę w stronę najmłodszego w grupie.

— Kajtek! — rzekł rozkazującym, bezdyskusyjnym tonem. — Pokaż Rafałowi drogę do Czarnego!

Kajtek z radości podskoczył, dumny z tak wyjątkowego wyróżnienia skinął ręką na przybysza, aby ten poszedł za nim w kierunku ulicy Brzeskiej. Nie zdążyli zniknąć za zakrętem, kiedy dotarł do uszu Rafała głos Bogdana:

— Chyba zdajesz sobie sprawę, że od tamtego czasu Czarny zmężniał. Obawiam się, że możesz go nawet nie rozpoznać?

Rafał w geście zrozumienia uniósł dłoń i postanowił iść za chłopcem. Kajtek, wskazując otwartą dłonią kierunek, oświadczył:

— To będzie ta trzecia brama. Ja pójdę pierwszy! — oświadczył, za przykładem swojego przywódcy, tonem nieznoszącym sprzeciwu, tak jakby to on miał zdecydować o tym, co będzie się działo za chwilę. Rafał na znak zgody wstrzymał krok. Tymczasem chłopiec zbliżał się do bramy odgradzającej dziedziniec od ulicy.

Oblicze wyrostka z przejęcia pobladło, lecz przybysz, obserwując jego chuderlawe plecy, nie widział twarzy „posłańca”, no i w myślach był już przy swoim przyjacielu. Kajtek ostrożnie zbliżał się do celu i wtedy furtka bramy uchyliła się, w progu stanął dojrzały, blisko czterdziestoletni mężczyzna. Rafała Skotnickiego zaskoczył wyjątkowo szykowny ubiór nieznajomego, a szczególnie czarny płaszcz sięgający kostek, czarny cylinder i gustownie dopasowany jedwabny biały szal. W dłoni kurczowo ściskał elegancki, również z czarnej skóry, neseser, ten człowiek nie pasował do tej obskurnej dzielnicy, jak na komendę Kajtek wraz z przybyszem wstrzymali krok, obserwując nieznajomego z niecierpliwością oczekiwali na dalszy tok wydarzeń. Nie minęło pięć sekund, kiedy za owym człowiekiem wybiegł z bramy drugi mężczyzna o silnej sylwetce, wnioskując po ubiorze, miejscowy. W dłoni kurczowo ściskał kuchenny nóż. W kilku susach dopadł do obcego, uniósł prawe ramię i zadał potężny cios w plecy, aż nóż wbił się po rękojeść. Nieznajomy zacharczał, zachwiał się i runął na trotuar. Przestępca wyrwał narzędzie zbrodni z ciała ofiary, po czym raptownym ruchem lewej dłoni wyszarpnął neseser i bezzwłocznie podjął ucieczkę, znikając w jednym z zaułków ulic Pragi.

— O rany!!! — zakrzyknął Rafał przerażony tak makabrycznym zdarzeniem. Niewiele myśląc, podbiegł do ofiary napadu. Niezwłocznie ukląkł tuż przy zaatakowanym; zamierzał udzielić pierwszej pomocy i wezwać kogoś na ratunek, ale jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wokół nie było nikogo — nawet Kajtka. Uświadomił sobie swoją bezradność i że może liczyć tylko na siebie, lecz nie poddał się, ułożył mężczyznę na wznak i próbował wykrzesać choćby iskierkę życia, jednakże po chwili strużka krwi wypłynęła z kącika ust ofiary i wtedy wszystko stało się oczywiste. Ten człowiek już nie żył.

W tym momencie, jak na ironię, do jego uszu dotarł znajomy dźwięk syreny policyjnego wozu. Zaledwie w kilka sekund nadjechała czarnym fordem miejscowa policja. W pierwszej chwili Rafał zamierzał wyjaśnić cały dramat makabrycznego zdarzenia, ale zanim otworzył usta, rewirowy cisnął nim o bruk jezdni, zakładając kajdanki obezwładnił.

Zaskoczonego i oszołomionego młodzieńca wrzucił niczym bagaż do policyjnej furgonetki. Pędząc na sygnale, minęli ambulans. Na obliczu przybysza pojawiło się napięcie. Skulony na tylnym siedzeniu, z pozoru bezmyślnymi oczyma obserwował trasę przejazdu, jakby ostatni raz rejestrował w pamięci panoramę stolicy. Tymczasem policja gnała na pełnym gazie, zatrzymała wóz na wprost wejścia do komendy przy ulicy Cyryla i Metodego.

— Wysiadaj! — burknął rosły policjant i nie czekając na reakcję, potężną łapą wygarnął zdezorientowanego młodzieńca z samochodu. Zatrzymany, nabrawszy z trudem powietrza, podświadomie uniósł wzrok i w sekundzie odczytał: „POSTERUNEK POLICJI DZIELNICY PRAGA–PÓŁNOC”. Otoczony policjantami z niechęcią poczłapał w kierunku posterunku. Na dyżurce rewirowy bezzwłocznie rozpoczął przeszukiwanie podejrzanego; z kusej kurtki wyciągnął skrawek papieru z adresem ulicy Brzeskiej, kilka groszy, po czym natrafił na schludnie złożony papier, który to bez pośpiechu rozłożył i niespodziewanie ujrzał akt urodzenia intruza. Zaskoczony tym faktem natychmiast podał przodownikowi. Ten uważnie obejrzał dokument i rzekł z satysfakcją:

— Widzicie, panowie? Nie musimy szukać jego danych, bo mamy tutaj, jak na dłoni, akt urodzenia. Czyżbyś nazywał się Rafał Skotnicki? Czy dobrze przeczytałem to nazwisko?

— Tak jest, panie przodowniku! Nazywam się Rafał Skotnicki — odpowiedział stanowczo jak wzorowy żołnierz.

— Urodzony 21 czerwca 1904 roku w Żelechowie? Oczywiście według tego świstka? — dopowiedział z drwiną.

— To nie świstek! Panie władzo! — zaoponował hardo przesłuchiwany.

— Zamknij gębę, jak cię nie pytają! — wrzasnął potężny drab i zdzielił oskarżonego z całych sił otwartą dłonią prosto w purpurowy z emocji policzek.

Młodzieniec zachwiał się, ale tym razem ustał na nogach.

— Widzę, żeś twardy! — stwierdził zaskoczony postawą mężczyzny przodownik.

— Tak mnie wychowano! — odparł w podobnym tonie zatrzymany.

Rewirowy ze stoickim spokojem kontynuował przeszukanie; ślamazarnie wyciągnął z wewnętrznej kieszeni małe zawiniątko, które również przekazał zwierzchnikowi. Ten zaintrygowany rozwijał ostrożnie kawałek materiału. Z chwilą ujrzenia przedmiotu z zaskoczenia jego wzrok przybrał kształt owalu. Ten młodzieniec chował w zakamarkach ubrania, srebrny order VIRTUTI MILITARI. Jak gdyby nigdy nic, a przecież był to jeden z najważniejszych odznaczeń wojennych. Przodownik ze zdziwieniem wyraził myśl:

— A tooo… co too? To nawet ordery kradniesz!?

— Nie ukradłem! To jedyna pamiątka, jaka pozostała mi po dziadku! — oburzył się zatrzymany.

— Spokojnie? Spokojnie? Sprawdzimy! Wszystko sprawdzimy! O to się nie martw! — oznajmił zdecydowanym, ale i zirytowanym tonem przodownik.

W międzyczasie wkroczył na komendę inspektor w cywilnym, dobrze skrojonym płaszczu. Obejrzał dokładnie order i zwrócił się do przodownika, aby ten koniecznie zbadał jego pochodzenie.

Surowym i oskarżycielskim wzrokiem obserwował zatrzymanego. Przez chwilę wahał się, co powiedzieć. Wreszcie refleksyjnym, wyważonym tonem rzekł:

— Napytałeś sobie biedy, przyjacielu, zmordowałeś chłopie i too…! — Śledczy nie zdążył dokończyć zdania, bowiem oskarżony, nie bacząc na konsekwencje, desperacko przerwał wywód i z rozpaczą wybełkotał:

— Ale ja nic nie zrobiłem! Nie zadźgałem tego faceta!

Ponownie otrzymał potężny cios w szczękę. Tym razem upadł z łoskotem na posadzkę.

— Kurwa mać! Za co? — jęknął z bezsilności Rafał.

— Zostaw go, rewirowy! Nawet przestępca ma swoje prawa! — rzekł stanowczo inspektor i kontynuował przesłuchanie. Rafał Skotnicki ponownie stanął na sztywnych nogach.

— Tak jak stwierdziłem, zabiłeś! I to pracownika Ministerstwa Finansów! — Przesłuchiwany, w obawie przed ponownym ciosem, tym razem nie zaprzeczał, tylko przecząco wodził głową. Inspektor kontynuował:

— Według mojego zawodowego doświadczenia dostaniesz co najmniej dożywocie. Wsadźcie go do ciupy, to może zmięknie! — zakończył. Z powodu presji Ministerstwa Sprawiedliwości proces potoczył się w trybie przyśpieszonym. Ponadto zamordowanie przedstawiciela rządu było wówczas niespotykane i cała rozprawa była objęta klauzulą „ŚCIŚLE TAJNE”.

W międzyczasie Rafała Skotnickiego odwiedził inspektor, wyjął z kieszeni płaszcza order i kazał pilnować jak oka w głowie. W areszcie Skotnicki przebywał niespełna miesiąc. Mimo tajności procesu dziwnym trafem akta sprawy wypłynęły na łamy prasy codziennej i wybuchł skandal. Ze względu na brak dowodów proces miał być poszlakowy. Niestety, jak to w życiu bywa, znalazło się kilku świadków z Brzeskiej, którzy przedstawili niejasne dowody, twierdzili z przekonaniem, że to właśnie ten gość zadał cios w plecy tamtemu facetowi, bo nikt z naszej ulicy tak by nie postąpił, ponieważ my, to znaczy ludzie z PRAGI, walczymy z przeciwnikiem twarzą w twarz! A na pewno nie zachodzimy przeciwnika od tyłu! Mimo że młodzieniec składał logiczne i zgodne z prawdą zeznania, to te słowa enigmatycznych świadków były jak zatrute sztylety i to one przesądziły o karze dla obcego, szczególnie że adwokat z urzędu obronę prowadził niezdarnie i bez zaangażowania, a zadawane pytania świadczyły o jego dyletanctwie i braku zainteresowania sprawiedliwym wyrokiem. Ława przysięgłych większością głosów uznała oskarżonego winnym zarzucanego mu czynu. Prasa bardziej dociekała, z jakiego powodu urzędnik Ministerstwa Finansów przebywał w tak podejrzanym miejscu, aniżeli przejmowała się losem zatrzymanego. Tylko obywatele Warszawy, niezamieszkujący okolic ulicy Brzeskiej, byli przekonani o niewinności oskarżonego. Twierdzili mianowicie, iż padł ofiarą intryg mieszkańców ulicy Brzeskiej i cynizmu wymiaru sprawiedliwości. Prokurator ze względu na wyjątkowe okoliczności zażądał dożywocia. Na szczęście dociekliwy sędzia dokładnie przestudiował akta sprawy i dopatrzył się uchybień, wziął także pod uwagę dramatyczne losy młodzieńca, który po stracie dziadka, rotmistrza poległego w boju dwudziestego roku, oraz rodziców zmarłych w tragicznych okolicznościach, przebywał w ośrodku dla osieroconych dzieci w Świdrze. Sędzia, znany ze swojego humanitaryzmu, obdarzył łaską oskarżonego i obniżył wyrok wniesiony przez prokuratora, do dwudziestu lat pozbawienia wolności. Tego samego dnia Rafała Skotnickiego, załamanego z powodu i tak mimo wszystko wysokiego wyroku, osadzono w więzieniu na Służewcu.

Rozdział II
Pięć lat później

Jesień tego roku była koszmarnie zimna. Lało bez przerwy, a Wisła w okolicach Warszawy, jak nigdy dotąd wezbrała, zalewając pobliskie tereny łąk i ugorów.

W tę słotną noc lewym brzegiem rzeki biegł, odziany w więzienny uniform, młody, wysoki mężczyzna o krótko przyciętych włosach, których nie przykrywała więzienna kaniołka i zacinający deszcz zalewał zarośnięte oblicze zbiega, ściekając strugami po więziennym pasiaku.

Z oddali dobiegało zajadłe ujadanie błądzących w strugach deszczu, ścigających psów. Uciekinier, nie znając drogi, biegł na oślep. Gałęzie krzewów, uginające się pod naporem wichru, boleśnie smagały zdeterminowane oblicze zbiega. Błotnista, śliska glina powodowała bolesne upadki, ale on, zaciskając zęby, zrywał się do ponownego biegu. Doszczętnie przemoczony, minął po prawej stronie położoną na wzgórzu Górę Kalwarię i po pewnym czasie dotarł do potężnego, zbudowanego z grubych bali kilkusetmetrowego mostu łączącego dwa brzegi Wisły. Tymże zbiegiem okazał się przestępca z Brzeskiej — Rafał Skotnicki. Dysząc, ciężko przywarł do jednego z filarów. Odczuwał satysfakcję z udanej ucieczki z tak dobrze chronionego więzienia, lecz ta ulga po chwili przeistoczyła się w strach, obezwładniający, powodujący silne dławienie w krtani i przerażające wirowanie w żołądku. Na szczęście to straszne uczucie zanikło i wtedy ponownie jakby sprowokował jego narodziny, jakiś bliżej nieokreślony dźwięk dobiegł z tyłu i sprawił, że mężczyzna gwałtownie obrócił swe zasępione oblicze. Wiedział dobrze, że z chwilą pojmania już nigdy nie zasmakuje wolności. W ułamku sekundy strach powrócił, a krew odpłynęła z przerażonego oblicza. Skupiony, z mięśniami napiętymi do ostatnich granic wypatrywał wroga. Bez względu na skutki zamierzał walczyć z każdym na śmierć i życie o tak z trudem zdobytą wolność. Wytężył wzrok i nieoczekiwanie, ku wielkiemu zaskoczeniu, ujrzał zarys sylwetki płochliwego zająca, mknącego co sił w skokach, aby umknąć przed prześladowcą. Zbieg ujrzał spanikowane strachem zwierzę i odetchnął z ulgą. Wtedy pomyślał, jak bardzo ten płochliwy zwierzak jest podobny do niego. Wziął głęboki wdech. Usatysfakcjonowany ponownie przywarł ramieniem do drewnianej podpory mostu. Po krótkiej chwili wytchnienia rozpoczął gorączkowe poszukiwanie czegoś bardzo ważnego, czym okazał się pakunek z odzieżą. Wreszcie pod jedną z podpór odnalazł lniany worek przygotowany przez wspólnika. Bezzwłocznie wyciągnął ubranie: kufajkę, flanelową koszulę, spodnie, czapkę i masywne czarne kamasze. Zrzucił pasiak i z odrazą zdusił stopami. Skuliwszy nagie ciało, wdziewał zimne, ale jakże przyjemne, bo suche ubranie. Nieoczekiwanie przypomniał sobie o czymś bardzo ważnym. Ostrożnie wyjął z kieszeni pasiaka mały przedmiot zawinięty w szmatkę i wcisnął do wewnętrznej kieszeni kurtki. W mocnych dłoniach zrolował więzienne łachmany i wraz z butami rzucił je w kierunku środka mrocznej, leniwie płynącej rzeki. Jego wzrok osiadł na więziennym uniformie, obserwował ponury nurt, który bez litości wsysał znienawidzony symbol niesłusznej kary. Kiedy już było po wszystkim, odetchnął z ulgą.

Uciekinier przykucnął nad brzegiem rzeki i w lodowatej wodzie obmył z błota umorusaną i zarośniętą twarz. Pośpiesznie wcisnął czapkę na mokrą łysinę. Przez krótką chwilę nasłuchiwał. Wokół panowała martwa cisza, tylko plusk fal i miarowe krople deszczu bębniły o taflę rzeki.

Postanowił ruszyć w kierunku Osiecka, miejscowości, która miała mu dać schronienie przed bezwzględnym prawem. Ale czy ten azyl będzie dla niego jedyną ostoją spokoju? Błyskawicznie wskoczył na wał, wspiął się na szczyt, ostrożnie wychylił głowę ponad powierzchnię przejazdu. W napięciu obserwował. Na szczęście na moście nie było żywej duszy. Wiedział, że aby dotrzeć do umówionego celu, musi przebiec na drugą stronę Wisły. Podjął to ryzyko i ruszył pędem przed siebie. Tuż za mostem zbiegł z nasypu, biegł do utraty sił. Kiedy kolejny raz zaparło mu dech w piersiach, uświadomił sobie, że już jest bezpieczny i że nikt nie będzie go ścigał. Wtedy postanowił iść spokojnym, miarowym krokiem. Przed sobą zauważył mglistą nazwę wsi — Wysoczyn. Mając na uwadze bezpieczeństwo, ominął tę miejscowość i aby zmylić ewentualny pościg, cofnął się w stronę Góry Kalwarii, następnie skręcił w prawo, w pobliski las, ominął również inne wsie, a nawet samotnie stojące chaty. Z nastaniem świtu deszcz zupełnie ustał. Nad rozległą roztoką Wisły opary mlecznej mgły zawisły nad nurtem i wiły się niczym olbrzymi wąż. Ale on Wisłę pozostawił za sobą. Ciemnoszafirowe chmury ponownie zasnuły niebo, sprawiając wrażenie rychłej ulewy, lecz zbieg nie zwracał uwagi na kaprysy pogody, dla niego każda aura nosiła miano wolności. Z nadzieją podążał wytrwale przed siebie; podążał przez gęsty bór ociekający kroplami deszczu. Minął Podbiel i po lewej stronie Ponurzycę. Dobrnął do niewielkiego wzniesienia, a kiedy wdrapał się na jego szczyt, przed jego oczyma roztaczał się zarys dwóch wież parafialnego kościoła. Postanowił ruszyć zdecydowanym, szybkim krokiem, podszedł jeszcze kilkadziesiąt metrów, w oddali widniały liczne kontury wiejskich chat. Z nadzieją podążył w ich kierunku i zauważył tablicę informacyjną. Postanowił zbliżyć się do niej i odczytał: „GMINA OSIECK”.

Rozejrzał się ostrożnie wokół, jednakże wiedziony złym przeczuciem cofnął się w kierunku pobliskiego lasu. Postanowił przeczekać, aż nastanie całkowity mrok.

Mieszkańcy za zamkniętymi okiennicami tulili się do snu. Światła świec, jedna po drugiej, gasły w oknach, aż całkowita ciemność spowiła chaty. Z bijącym sercem przekroczył granicę miejscowości. Ostrożnie, niczym drapieżnik, posuwał się wąskimi brukowanymi uliczkami, mijając zbudowane z drewna chaty ze słomianymi lub pokrytymi papą dachami, szukał znanej sobie, jeszcze z dzieciństwa chaty Piotra, ale jak dotychczas żadnej nie kojarzył, mroczna noc rysowała tylko ich kontury. Kierując się wskazówkami wybawcy, postanowił iść wzdłuż muru okalającego teren renesansowego kościoła. Aż tu, niespodziewanie jedna z chat wydała się dziwnie znajoma i co najbardziej istotne przez szpary w zawartych okiennicach przebijało nikłe światło naftowej lampy? Zatrzymał się i obserwował poświatę. Serce załomotało.

Jest, jest! Tak, to ona! Na pewno tutaj –pomyślał i odetchnął z ulgą, ale gdzieś w środku duszy, dygotał z emocji, bowiem tak do końca nie był przekonany o słuszności swojego wyboru. Wiedział, że zły wybór może okazać się ostatnim. Mimo obaw postanowił zaryzykować, serce waliło jak młotem, a dusza zawisła na ramieniu. Wziął głęboki wdech, ostrożnie zapukał umówionym sygnałem w zaryglowane okiennice. Czekał w napięciu. Po niedługim czasie do jego uszu dotarł szelest drobnych kroków. Drzwi ze zgrzytem uchyliły się i wtedy jego oczom ukazał się Piotr Skalski. Odetchnął z ulgą, niczym lis do kurnika, wśliznął się do środka. Mężczyźni przeszli przez sień i stanęli w obszernej izbie. Pomieszczenie oświetlała bladym monotonnym światłem naftowa lampa. Płomienie trzaskającego ognia wymykały się spod fajerek kaflowej kuchni, a ich wesoły blask żwawo pląsał po suficie i ścianach izby. Zbieg poczuł ciepło domowego ogniska. Przybysza opanowało wzruszenie, spłynął na niego błogi spokój, a w oczach ukazała się łza szczęścia. W geście wdzięczności gwałtownie przywarł do niewysokiego i szczupłego mężczyzny. Jego potężne ramiona uwięziły gospodarza i niczym imadło ściskały wychudłą postać. Piotr próbował odwzajemnić uścisk, lecz dawna rana w prawym boku nie pozwoliła na zbyt wylewne przywitanie. Dla zbiega ten dom był jedynym azylem chroniącym go przed wszelkimi przeciwnościami nieprzyjaznego świata, a serdeczny uścisk nie tylko oznaczał przyjaźń, ale także dawał nadzieję na całkowitą odmianę dotychczasowego losu. Ale czy odmianę o szczęśliwym zakończeniu? Jak na razie jego przyszłość jest niepewna i nieznana. Zaciśnięte z emocji gardło nie pozwalało na swobodną wypowiedź i w efekcie zdołał wybełkotać:

— Wybacz, mój przyjacielu, muszę się położyć, inaczej skonam.

Nie pytając o zgodę, zrzucił w sieni utytłane w błocie, ciężkie buciory i powlókł się w kierunku przygotowanego posłania. Ciężko opadł i przymknął powieki. Choć potworne zmęczenie dawało o sobie znać, sen nie nadchodził i dopiero po długim czasie zapadł w głęboki, lecz niespokojny i przerywany rojeniami. Obudził się nagle późnym rankiem. Przerażony wzrok wlepiał w sufit, lecz odcinające się od powały belki oraz okna bez krat wyraźnie uspokoiły zbiega i sceptyczne uczucie zanikło.

Dzień wstydliwie zaglądał do izby przez szpary w niedomkniętych okiennicach. Mężczyzna dźwignął z trudem zbolałe kości i ziewnął przeciągle. Palenisko wygasło, a w izbie wiało chłodem. Ku zaskoczeniu zbiega w sąsiedniej izbie nie było Piotra. Panująca wokół głucha cisza sprawiła, że do Rafała powróciło irytujące uczucie niepokoju.

***

Piotr Skalski, bez którego ucieczka Rafała byłaby niemożliwa, z natury był introwertykiem, należał do osób o filozoficznych poglądach, które w przeciwieństwie do większości mieszkańców Osiecka były odmienne. Z tego powodu miejscowi uważali go za dziwaka, ale i poczciwego człowieka. Podsumowując osobliwe cechy charakteru Piotra, kierował się własnym, niepodlegającym dyskusji zdaniem i to on decydował o kontaktach z bliźnimi. W dni świąteczne, dla podkreślenia chwalebnej przeszłości, wdziewał mundur rotmistrza Ułanów Podolskich, przypinał ordery i nakładał na przyprószoną siwizną głowę nienagannie wyprasowaną maciejówkę. Cechowała go niska i chuderlawa postać, a jego jasnoniebieskie oczy zdawały się być wiecznie zmęczone, lecz gdyby tak zajrzeć w ich głębię. To wtedy ujrzysz drzemiącą odwagę, niebywałą charyzmę i ponadprzeciętną, niezłomną siłę woli. Wiek trudny do określenia, lecz sądząc po widocznej siwiźnie i rysujących się zmarszczkach, dobiegał pięćdziesiątki. Skalski przez wiele lat służył w jednym szwadronie Ułanów Podolskich z dziadkiem zbiega. Zanim rozgorzała wojna polsko-ruska, Rafał wraz z przodkiem Janem wielokrotnie przyjeżdżał w odwiedziny do Piotra i jego rodziców. Piotr zawsze miłował Rafała, traktował go jak najukochańszego syna, ale kiedy nadeszły niespokojne czasy wojny dwudziestego roku, żołnierski los sprawił, iż Piotr Skalski kwaterował na wschodnich, bardzo odległych, od Osiecka rubieżach Polski. Po stracie najukochańszego druha uparcie szukał śmierci na polu walki. Postrzelony w prawy bok błagał Boga o rychłą śmierć, ale ta nie chciała go wybrać na swego kochanka. Głównie z tego powodu służył w wojsku przez wiele, wiele lat i nie zamierzał wracać w rodzinne strony. Ale że pewnego dnia otrzymał zaskakującą wiadomość o śmierci ojca, postanowił rozstać się z wojskiem.

Dowództwo jednostki tuż przed rozstaniem udekorowało ułana kolejnym odznaczeniem wojennym. I tak oto Piotr Skalski powrócił na łono rodzinnych stron. Przejął po ojcu gospodarkę i zamiłowanie do lepienia ceramiki. Od tamtych wydarzeń minęło niespełna siedem lat. Za żołnierską emeryturę doprowadził gospodarstwo do wzorowego ładu. Ale że rolnictwo nigdy nie było jego domeną, postanowił wydzierżawić dziesięć hektarów ziemi, pozostawiając w bezpośrednim sąsiedztwie siedliska pięć hektarów łąk. Tam na popas wyprowadzał Deresza, nieodłącznego towarzysza z pola walki, oraz Gniadego, zakupionego na targu w Garwolinie. Rozmyślnie nie nadawał koniom imion i przywoływał zgodnie z przynależną maścią.

Aby gospodarka nie popadła w ruinę, wynajął parobka Walka i to on podczas nieobecności Piotra dbał o gospodarkę.

Piotr bywał w Osiecku sporadycznie, głównie z powodu poszukiwania wnuka Jana Skotnickiego — Rafała, jedynego bliskiego mu człowieka, który pozostał mu na świecie. Pierwsze kroki skierował do rodzinnego domu państwa Skotnickich w Żelechowie. Niestety, ku jego zaskoczeniu, mieszkali tam zupełnie obcy mu ludzie, którzy nie wiedzieli, gdzie przebywa młodzieniec. Piotr należał do osób upartych i konsekwentnych. Marzył, aby ktoś, komu bezgranicznie ufa, był przy nim u schyłku życia.

Poszukiwania trwały kilka lat, aż pewnego dnia pozyskał informację od weteranów wojennych, że Rafał jest cały i zdrowy, ale niestety młodzieniec nieszczęśliwym trafem naraził się obowiązującemu prawu i przebywa w zakładzie karnym na Służewcu. Piotra tknęło złe przeczucie i zanim pojechał do Warszawy, dzięki pomocy dawnych przyjaciół wyrobił dowód osobisty na inne nazwisko. Porzuciwszy wszelkie zajęcia, wyruszył do stolicy. Bez względu na trudności zamierzał uzyskać widzenie ze skazanym. Postanowił udać się w tym celu do naczelnika więzienia i tu naczelnik przekazał informację, że Rafał za zamordowanie człowieka otrzymał wyrok dwudziestu lat więzienia, a do zakończenia kary pozostało jeszcze piętnaście.

Rozdział III
Dialog

Zbieg, mając świadomość niepewnego jutra, w zamyśleniu znieruchomiał. Jednakże głód doskwierał i organizm żądał posiłku. W tym celu dźwignął z mozołem obolałe ciało i z ciekawością rozejrzał się po izbie, ale że pod ręką nie było nic do spożycia, wszedł do niewielkiej sieni i tu zauważył spiżarnię. Otworzył drzwiczki sklecone z desek i spostrzegł wiszące na sznurku plastry wędzonej słoniny, oraz trzy bochny chleba, ukroił grubą kromkę i kilka plastrów peklowanej słoniny. Cofnął się do komnaty. Zapach posiłku rozszedł się po izbie i drażnił nozdrza zbiega. Więziennym zwyczajem, w aluminiowy kubek nabrał wody z cebra i rozpoczął śniadanie. Ten posiłek dla osób na wolności byłby ostatnim, który zadowoliłby podniebienie, ale dla byłego więźnia był pierwszym posiłkiem na wolności i głównie z tego powodu postanowił go celebrować. Kiedy już spożył pierwszą porcję, przygotowywał następną i następną… Mimo chłodu nie odczuwał zimna. Właśnie zbliżało się południe, kiedy niespodziewanie do jego uszu dobiegł charakterystyczny dźwięk otwieranych drzwi sieni. Z obawy przed nieproszonym gościem skrył się za szafą. Ale jak tylko ujrzał Piotra, emocje opadły. Gospodarz spostrzegł uśmiechnięte oblicze mężczyzny i beztrosko zawołał:

— Nie podejrzewałem cię o tak specyficzną subtelność, i to w jedzeniu kanapek? Cieszy mnie ogromnie, że dopisuje ci apetyt, przyjacielu.

W tym momencie twarz zbiega pokrył radosny uśmiech.

— Byłem głodny jak nigdy w życiu! — stwierdził rozbrajającym tonem.

Piotr, rozbawiony tym stwierdzeniem, śmiało zainicjował rozmowę:

— Coś ci przyniosłem. — Sięgając do tylnej kieszeni spodni, wyjął podniszczony dokument, wręczył mężczyźnie, po czym powiedział rozważnie, stanowczym żołnierskim tonem: –Od dzisiaj tak będziesz się nazywał.

Zbieg otworzył dokument.

— Na razie bez zdjęcia — kontynuował Skalski — ale to drobiazg. Gdy tylko odrosną ci włosy i ogolisz buźkę, zrobimy fotkę. Załatwimy odpowiednią pieczątkę i dokument będzie jak malowany.

Rafał, zaintrygowany nowymi papierami, zaczął studiować dokument, spostrzegł datę urodzenia: 21 maja 1903 roku.

— O, jestem starszy o rok i miesiąc.

Miejsce urodzenia również zmieniono, z Żelechowa na Lwów. Imię to samo, a nazwisko nawet oryginalne — Burski. W dokumencie nie zauważył żadnych błędów. W oczach Skotnickiego pojawił się błysk zadowolenia. Z tym uczuciem zwinął usta w trąbkę i wydał dźwięk podziwu:

— No, no! Jestem pod wrażeniem! Niezły majstersztyk! A ja już zaczynałem martwić się o przyszłość.

Piotr kontynuował:

— Przez bardzo długi czas nikt nie może znać twojej prawdziwej tożsamości, może nawet do końca życia.

Z kieszeni kurtki wyciągnął pomięty arkusz papieru i wręczył przybyszowi.

— A oto twój nowy życiorys. Naucz się go na pamięć, od tego zależy twoja przyszłość. Widzisz, przyjacielu, ten dokument nie został podrobiony. Wszystkie dane są prawdziwe. A ów człowiek istniał naprawdę i tak jak ty zbyt wcześnie stracił rodziców. Niestety zginął na wojnie, ale dzięki takiemu zbiegowi okoliczności ty będziesz żył za niego.

Gospodarz z życzliwością otoczył ramieniem zbiega. Nieznacznie unosząc ramiona, przyciszonym tonem stwierdził:

— Zimno tu jak diabli!

Nie zwlekając, przy pomocy sosnowych szyszek w kilka minut rozpalił ogień w kuchni. Płomienie buchnęły jasnym, ciepłym i przytulnym światłem. Ponownie w oczach Rafała zabłysło zadowolenie. Piotr, podrzucając do paleniska kilka suchych polan, potarł dłonią brodę i podjął kolejny temat:

— Hmm, jak by tu rzec…? Nie pijam zbyt często… Ale przy takiej okazji? — zawiesił głos. — Nie mam pojęcia, czy ty w ogóle?

— Jasne, że tak! — Podchwycił zbieg, cały podekscytowany. — Między nami, nie pamiętam, kiedy ostatni raz piłem gorzałkę i miałem kobietę?

Gospodarz przemilczał wzmiankę o niewiastach, ale żwawo podskoczył w stronę piwnicy i nie minęły trzy minuty, jak postawił na stole dwie półlitrowe butelki pokryte grubą warstwą kurzu.

— A co one takie zakurzone, jakby sto lat w piwnicy stały?

— Czekały na ciebie, przyjacielu. I nie sto, tylko siedem! Takie było moje postanowienie.

Rafał ponownie ukazał wyraz zadowolenia i podziwu. Gospodarz energicznie wstał od stołu; wyjął z kredensu dwie musztardówki i postawił na stole, wytarł butelki z kurzu, zębami ścisnął korek i po chwili wyciągnął, a nalewając samogon do szklanki, spoważniał. Westchnął ciężko i rzekł:

— Muszę ci coś wyznać. Na starość nie mieć bratniej duszy to tak, jakby połowę życia przespać.

Po chwili namysłu dodał:

— Wiesz? Trochę mi głupio. Namawiam cię do wódki, a przecież ja traktuję cię jak syna. A ojcu z synem pić nie wypada?

— Taatoo! — Ze szczyptą ironii, ale i z satysfakcją oznajmił Rafał. — Powiedzmy, że na dzisiejszym dniu skończy się nasze picie, to będzie chlanie pierwsze i ostatnie, zgoda?

— Zgoda! Zgoda! A Bóg nam rozwagi doda! — zakrzyknął niefrasobliwie Skalski, po czym zachichotał jak małe dziecko.

— O Bogu to lepiej nie mówmy! — rzekł sarkastycznie z powagą Burski.

Piotr uznał jego słowa za przejaw negatywnych emocji, które pewnego dnia przeminą. Zignorował więc wypowiedź przyjaciela i z ojcowską troską rzekł:

— Obyś do końca swoich dni żył na wolności, ale i uczciwie, to i może odpokutujesz swoje winy…

Wypili i usiedli za stołem. Skalski kontynuował wywód:

— W wojsku rozbijało się pierwszą szklankę o podłogę, ale w tych specyficznych okolicznościach można tylko polać następną.

Burski zaoponował:

— Ojciec! Nie narzucaj takiego tempa, bo zaraz zwali mnie z nóg!

— Widzisz, mój drogi, głupia sprawa, ale nalałem, bo, jak by tu rzec… jestem z natury samotnikiem i w dodatku milczkiem, zamkniętym w sobie, nawet gdybym był inny, to i tak nie mam do kogo gęby otworzyć. Żyję tutaj, w Osiecku sam, jak ten palec! Pomyślałem sobie, że może wódka pomoże i język rozwiąże. To i polałem. — Ten argument przekonał zbiega i ten spojrzał na mężczyznę z aprobatą.

— Powiem ci, że ze mnie też nie gaduła. W ciupie to albo grypsowanie, albo wyżywanie się naaa… — Tu wstrzymał wypowiedź, szukając w zakamarkach pamięci odpowiedniego słowa. — Jakby tu rzec po waszemu? To znaczy… Już teraz… naszemu? Nooo, nowicjuszach — wyksztusił z siebie. — Mówiąc otwarcie, zawsze zastanawiałem się nad tym problemem. Bo to w końcu problem, nie? — I nie czekając na odpowiedź, ciągnął: — Myślę, że to wszystko z braku zaufania do bliźnich.

Uniósł naczynie i niespodziewanie z humorem wypalił:

— Za flotę radziecką! — I po pauzie dokończył: — Do dna!

Śmiejąc się serdecznie, wypili. Obaj, jak na rozkaz, wytarli wargi zewnętrzną stroną dłoni. Ten z pozoru banalny żart niesamowicie wpłynął na zbliżenie tych dwóch samotnych dusz.

— A tak poważnie… — rzekł zbieg — dziękuję ci, że jesteś! — Głos zadrżał mu z emocji. Piotr z niedowierzaniem zauważył w oczach zbiega nikłą łzę i odczuwając z tego powodu zadowolenie, powiedział pocieszającym tonem:

— Widzę, żeś jeszcze dla ojczyzny niestracony. Wiesz, jak dowiedziałem się, że utraciłeś rodzinny dom i przebywasz w więzieniu na Służewcu, to postanowiłem pojechać do Warszawy na widzenie. Ale zanim to uczyniłem, coś mnie tknęło, jakieś złe przeczucie, i przyjaciele z wojska zorganizowali mi nowe dokumenty, no bo i o nowe nie tak trudno, bo widzisz, po wojnie z ruskimi zaginionych kupa.

— Jak to? To ty też masz inne nazwisko?

— Teraz to już wróciłem do swojego. Tamten dokument na prośbę przyjaciół spaliłem z chwilą, kiedy przekroczyłeś próg mojego domu. Ale wróćmy do tematu. Jak tylko przyszedłeś na widzenie, to mimo zarostu od razu cię rozpoznałem, tak bardzo jesteś podobny do Jana. Cały czas nurtowała mnie jedna myśl, aby zorganizować twoją ucieczkę. Postanowiłem bezzwłocznie odwiedzić naczelnika, aby przy tej okazji rozwiać wszelkie wątpliwości co do słuszności mojego zamysłu.

— I na pewno naczelnik pieprznął, że niezły ze mnie drań? — wtrącił Burski.

— Ano, żebyś wiedział! Naczelnik z wyniosłą miną wygarnął, że nie mogą dać sobie z tobą rady. Nie mogą złamać twojego uporu. Nawet psychologowie więzienni rozkładali ręce, bo nie chciałeś z nimi gadać. Taki jesteś zawzięty! Muszę ci powiedzieć, że twój dziadek był taki sam. Naczelnik ostrzegł mnie, że jak się nie zmienisz, to przeniosą cię do Twierdzy Brzeskiej. I tu muszę ci wyznać, tego to już było za wiele! — Ostatnie zdanie wypowiedział tonem groźnym i zaciętym. — Utwierdził mnie w moim zamiarze. Postanowiłem wykorzystać układy i pomóc ci zwiać z tego piekła.

— Jestem ci dozgonnie wdzięczny, Piotrze. A tak przy okazji, na jakie nazwisko uzyskiwałeś widzenia.

— To już historia i nie wracajmy do tego tematu.

Rafał dotychczas nie znał tak dogłębnie Piotra, ale z dotychczasowych zmagań z trudami życia zaczął go coraz bardziej doceniać, a to, co dotychczas uczynił, wprawiło go w podziw. Po chwili wtrącił:

— W więzieniu każdy gada, że siedzi za niewinność, ale ja powiem ci prawdę. Siedziałem za nic! Proces był poszlakowy. Niby zasztyletowałem pracownika ministerstwa. Skąd on się tam w ogóle wziął? W każdym razie ten, co zabił, zwiał. Widziałem tylko jego plecy. Ale policja, jak to policja, musiała mieć sprawcę! Nooo… A ja nie byłem bez winy? — Ostatnie zdanie zakończył gorzkim śmiechem.

— Wygląda na to, że mówisz prawdę, ale coś mi się wydaje, że wcześniej aniołkiem nie byłeś?

— Noo… nie zaprzeczam! — odparł otwarcie Rafał. — Był taki czas, kiedy zamierzałem iść w ślady dziadka. Taka tam młodzieńcza fantazja. Pamiętam, że moja rodzina należała do zamożnych w Żelechowie.

Piotr zadumał się i odparł tonem wyjątkowej rozwagi:

— Tak, to prawda, ale z doświadczenia wiem, że nie pieniądze czynią człowieka bogatym, bogaty jest ten, kto umie dawać. Kiedyś może przyjdzie taki czas, że się o tym przekonasz.

Porzuciwszy pełen patosu temat, stwierdził z opiekuńczym wyrazem twarzy:

— Mój najdroższy, jesteś dla mnie światłem w mroku, nie pozwolę nikomu cię skrzywdzić. Głównie z tego powodu, mimo że o to nie prosisz, dam ci dobrą radę. — I nie czekając na znak aprobaty, rozpoczął wywód: — Do celu i do szczęścia nie dąż za wszelką cenę, bo nigdy go nie osiągniesz. Ja już coś o tym wiem!

Rafał obrzucił kamrata zdziwionym wzrokiem.

— Szczęście? A co to jest szczęście?

Skalski ponownie zadumał się i z głęboką, rozbrajającą szczerością odparł:

— Tak naprawdę, to ja też za bardzo nie wiem… Ale szczęście to podobno spokój umysłu, no i myślę, że chyba także spełniona miłość?

Rafał parsknął śmiechem:

— W takim razie na sto procent szczęścia nie zaznałem, bo nawet dziewczyny, które miałem, nie traktowały mnie poważnie!

— Bo ty ich nie tak traktowałeś! — wtrącił weteran. Po chwili rzekł ze smutkiem w oczach: — Ja z kolei większą część życia poświęciłem wojaczce i kobiety były na drugim miejscu, a jak już się trafiły, to tak byłem skrępowany, że dochodziło do kilku zawodów miłosnych, no i straciłem do niewiast animusz. Ale przed tobą całe życie, może spotkasz kobietę, która obdarzy cię szczerym uczuciem!

Po niezauważalnym czasie postanowił dać Rafałowi jeszcze kilka, jego zdaniem, dobrych rad; niczym ksiądz z ambony wysunął palec wskazujący i rozpoczął kazanie:

— Po pierwsze, szanuj każdego uczciwego człowieka, tego biednego, jak i bogatego. Po drugie, unikaj wszelkich burd i bijatyk, oczywiście nie grypsuj! Niejednokrotnie spotkasz na swojej drodze fałszywych przyjaciół, którzy są mistrzami obłudnego słowa, mam nadzieję, że ich rozpoznasz i usuniesz ze swojego grona. Zapamiętaj, mój drogi, abyś na nikogo nie patrzył z góry, bo im wyżej podnosisz głowę, tym niższe mają o tobie mniemanie. I ostatnia rada: zanim cokolwiek postanowisz, najpierw rozważ, czy warto ryzykować swoją przyszłość.

Zakończywszy „prorocze” rady, nabrał głęboko powietrza i odetchnął z ulgą. Burski popatrzył na swojego wybawcę z podziwem i wdzięcznością. Na jego obliczu pojawił się uśmiech życzliwości.

— Sens twojej wypowiedzi jest dla mnie oczywisty, jesteś mądrym człowiekiem, no i tchnąłeś we mnie nowe życie, Piotrze! Najważniejsze, że mnie rozumiesz. Dlatego czuję się przy tobie dobrze, a może nawet podejmę jakąś robotę, bo wstyd powiedzieć, ale nigdy nie splamiłem się uczciwym zajęciem. Chyba zauważyłeś, że popieprzyło się to moje życie i dlatego cały czas wiszę na indeksie prawa. Ale teraz… Przyrzekam ci. Będzie odkupienie!

Zbieg ujął ułana tym stwierdzeniem.

— Jak tak, to poszukam dla ciebie jakiejś roboty. Tylko proszę cię, nie zawiedź mnie. Aha, byłbym zapomniał, tutaj w Osiecku musisz unikać policji, a szczególnie takiego jednego, bo to cholernie szczwany gość. Przyjechał do Osiecka z całą rodziną w dwudziestym dziewiątym, podobno z Łaskarzewa, ale wcześniej wraz z żoną mieszkał w Żelechowie. Na szczęście często wysyłają go w sprawach służbowych.

— A to interesujące… — wtrącił Burski. — A jak się nazywa ten mądrala?

Jego nazwisko to Strassenberg, a na imię ma Bronisław.

— Istotnie dziwne. A czy przypadkiem to nie… — I przyłożył dłoń do brody palcami w dół, określając tym gestem Żyda.

— Nie, nie! Ja oczywiście nie mam nic przeciwko Żydom, ale nazwiska przez dwa „s” to nazwiska niemieckie.

— Może i tak, ale mimo to coś mi to nazwisko mówi! Opisz go bliżej.

— Kawał chłopa! Myślę, że po czterdziestce, w Osiecku prawie wszyscy go znają i szanują. Jak słyszałem, z samego Żelechowa nie pochodzi, ale jego żona owszem. Gadają, że zakochał się w niej na zabój. Sprzedał dobrze prosperującą piekarnię w Charkowie i do niej w te pędy przyjechał. Będąc wdowcem, panna niechętnie na niego patrzyła, ale jak tylko wstąpił do policji, zgodę wyraziła.

— To jeszcze tacy na świecie istnieją? — Z sarkazmem wyrzucił zdziwiony Burski. Ale tak po prawdzie zastanawiam się, skąd ty o tym wszystkim wiesz?

— Przyjaźnię się z pewnym facetem, który czasami opowiada mi takie nowinki, tylko nie pytaj, o kogo chodzi, bo po pierwsze: nie znasz. A po drugie, i tak bym ci nie powiedział, nie dlatego, że ci nie ufam, ale przyrzekłem mu, że nigdy nie wydam naszej tajemnic — zakończył z naciskiem.

— Nie ma sprawy — zgodził się Rafał — ale nurtuje mnie jedna rzecz. Powiedz mi, jak żonie tego policjanta z panieńskiego?

— Słyszałem, że Komosińska czy jakoś tak…?

Burski zbladł, a jego beztroskie dotąd oblicze zastygło z wrażenia.

— No widzisz, jak to jest — rzekł po namyśle. — Zawsze hołdowałem powiedzeniu: „co ma być, to będzie”. Ale i tym razem to cholerne fatum nie odpuszcza. Z tego, co opowiadasz, wynika, że chyba znam całą jej rodzinę, jeszcze z czasów, kiedy byłem wyrostkiem. Ona pochodzi z zamożnej rodziny. Jej ojciec miał duży zakład szewski i zatrudniał ze dwudziestu czeladników. Ojciec opowiadał, że Ruscy, pod groźbą zsyłki, zmusili go do robienia butów dla carskich żołnierzy, tylko tyle, że dobrze płacili złotem.

— W czasach zaborów — wtrącił Piotr — to nawet Ruscy zmuszali Polaków do odbywania służby w ich wojsku. A co niektórzy, jak mój druh walczyli w wojnie rusko-japońskiej w 1904 roku. Wtedy na szczęście Ruscy przegrali, ale on niestety zginął w jakiejś potyczce. Jak sobie pomyślę, że za Ruskich, to aż ciarki przechodzą.

— Przykre i tragiczne były wtedy czasy. Na szczęście minęły. Mam nadzieję, że na zawsze.

— Tego, przyjacielu, nikt nie wie. Nie zapominaj, że porwali się na Polaków już nie raz, a ostatni raz w dwudziestym. No, tym razem daliśmy im łupnia. Ale niepotrzebnie przerwałem twój wywód. Opowiadaj dalej, synu, opowiadaj, bo to dla mnie ważna rzecz.

Rafał kontynuował:

— Ten glina to jakoś tak inaczej się nazywał? Co prawda podobnie, ale jak się nie mylę, to Strassenburg? — stwierdził z przekonaniem. — No ale jeśli to ten sam facet, to muszę się przyznać, że za dzieciaka parę razy mnie ścigał, tylko tyle, że nie dorwał, ale nigdy nie wiadomo, jak potoczy się moje życie.

Piotr ukrył sromotę i z udaną beztroską miną odparł:

— Czemu pesymistycznie kreślisz czarny scenariusz? Po prostu nie wchodź mu w drogę.

Rafał przytaknął i po chwili wtrącił:

— Strasznie skomplikowany ten jego życiorys. No ale dobra. Wiesz dobrze, że ten Strassenburg… — W tej samej sekundzie poprawił: — Strassenberg… No właśnie? To nie tylko ja zmieniłem nazwisko? — zauważył. — Strasznie to wszystko zagmatwane.

Po chwili zapytał:

— A jak się do niego odnoszą mieszkańcy?

— Mówią do niego Strassenberg — odpowiedział Piotr bez ociągania się.

— A więc, jak się dowie ten Strassenberg, że ktoś obcy u ciebie mieszka, to już po mnie. No i po tobie — zaznaczył.

Piotr, broniąc w swojej teorii, odparł stanowczo:

— Czas pokaże, jak ułoży się moje i twoje życie! Jak na razie nie ma co się na zapas martwić.

— Po chwili rozważania stwierdził: — Może, dla bezpieczeństwa, zwolnię parobka? No ale istotnie zakończmy ten ponury temat, bo widzisz, bardziej interesuje mnie twoja przeszłość. Może lepiej opowiedz, co się przez te wszystkie lata z tobą działo, bo już nie mogę się doczekać? Przecież pamiętam ciebie z czasów, kiedy byłeś jeszcze wyrostkiem — zakończył zdanie, pocierając dłonią szorstkie oblicze.

— Co tu dużo gadać… — odparł gość, nie przejawiając ochoty na wynurzenia.

— Posłuchaj, mój drogi. Po śmierci rodziców jesteś dla mnie najdroższym człowiekiem na świecie, to i nie daj się prosić.

Rafał wiele czuł, ale w słowach był skąpy, wiedział, że tylko czyny świadczą o człowieku, a jego czyny, jak dotychczas, nie były chwalebne. Z kwaśną miną przyłożył rękę do czoła. Presja, jaką wywierał na nim Piotr, namalowała napięcie na jego obliczu i odbijała purpurą.

— Ale to bardzo długa historia. Ja jeszcze nigdy nikomu nic… — bronił się ostatkiem sił Rafał.

— Mamy czas. Mamy czas, mój drogi. Nawet do rana — zachęcał cierpliwie wiarus.

Rafał, nie mając ochoty na opowiadanie o swojej niechlubnej przeszłości, kiwał przecząco głową, aż wreszcie nabrał głęboki haust powietrza, rozważył za i przeciw i rozpoczął swoją opowieść:

Rozdział IV
Wyznanie

— Ostatni raz byłem w Osiecku, jak wiesz, z dziadkiem Janem, chyba w czternastym. — Po chwili zaznaczył twierdząco: — Tak, tak! I to w czerwcu, bo właśnie zakończyłem rok szkolny, no i miałem ukończone dziesięć lat. Na Boże Narodzenie dziadka widziałem przedostatni raz. Tych świąt nie zapomnę do końca swoich dni. Dla mnie to było tak jakoś wyjątkowo uroczyście. Pamiętam, jak łamał się ze mną opłatkiem i wtedy to wypowiedział uroczyste zdanie, którego nie zapomnę do końca życia:

— Mój Rafale! Kochany wnuku! Bądź zawsze rzetelny, bo rzetelność jest bratem zaufania, namiastką honoru i niewątpliwie sprawiedliwości. Te cechy powinny być dla ciebie wskazówką do obrania słusznej drogi życia. Pamiętaj, że jak będziesz kochał Polskę, to i Polska będzie cię kochała. I nie zapomnij szanować bliźnich, bo oni odpłacą ci się w dwójnasób.

Po tych słowach przepełnionych głębokim patriotyzmem z trudem przełknął ślinę i dalej snuł swoje wspomnienia:

— W tym momencie mówię ci, Piotrze, czułem się wyjątkowo ważny. Ale jak to bywa w życiu, wkrótce dziadek z miłości do Piłsudskiego, bo jak wiesz, znał go jeszcze z Galicji, wstąpił na ochotnika do Legionów. Wtedy zaczęła się ta cholerna zawierucha z Ruskimi.

Piotr wtrącił wyważonym tonem:

— Raczej z Ukraińcami, byłem z nim pod Rawą Ruską.

Jednakże Burski zbagatelizował uwagę Piotra, bowiem poczuł nieodpartą potrzebę wyrzucenia z siebie wszystkiego, co od lat dławił w sobie i jak dotychczas nie spotkał osoby, której mógłby zaufać. Nadszedł taki moment. Nareszcie to, co w nim drzemało, znalazło ujście w potoku wyrzucanych chaotycznie myśli:

— Oj, zazdrościłem mu wtedy, zazdrościłem.

Słuchacz uśmiechnął się dwuznacznie i skinął znacząco głową.

— Potem widziałem go jakoś tak pod koniec lata dwudziestego roku. Wtedy wpadł do nas jak po zapałki. Przycisnął serdecznie do serca i zniknął. — Rafał zatrzymał się, przełknął ślinę i rzekł tonem pełnym rozpaczy: — Na zawsze. Pewnego dnia rodzice otrzymali zawiadomienie, że zginął na polu walki. Tę datę również będę pamiętał do końca swoich dni. Podobno zginął w szarży 27 września 1920 roku w bitwie nad Niemnem, a dokładnie w Druskiennikach. W tym czasie było mi bardzo wstyd za ojca. Dziadek Janek był dzielnym żołnierzem. A może nawet i bohaterem. A ojciec? Nawet szabli w dłoni utrzymać nie potrafił! Z całej rodziny tylko ja rwałem się do wojaczki. Wtedy, pamiętam, chciałem się bić za niego! — Ponownie zawiesił głos.

— Mów dalej, przyjacielu! Mów, wiedziałem, żeś patriota — podkreślił rozpalony z emocjami Skalski.

Rafał Burski kontynuował:

— Od śmierci dziadka stałem się jakiś podirytowany, ciągle mi czegoś brakowało, bo widzisz, Piotrze, rodziców to ja nie miałem dobrych, właściwie zawsze czułem się opuszczony i w rzeczywistości tak było. Powiem ci, że gdyby nie mój upór, to matka z ojcem nawet nie odwiedziliby grobu dziadka w Nowogródku. Wyobraź sobie, nawet na święta Bożego Narodzenia w dwudziestym pierwszym zostawili mnie z opiekunką, a sami wyjechali w góry. Jakoś tak po tygodniu przyszła depesza, że zginęli w Szczyrku pod lawiną. Wyznam ci, że wtedy się rozpłakałem, ale nie z rozpaczy, ale dlatego, że znowu mnie zostawili! — rzekł zrezygnowanym, smutnym tonem. — Wtedy opuściły mnie wszelkie uczucia. Od tamtej pory czułem się jeszcze bardziej samotny i zbuntowany. To był dla mnie i dla mojej duszy mroczny czas. W rzeczy samej nie wiedziałem, co ze sobą począć. Decyzją sądu skierowano mnie do Domu Dziecka w Świdrze, gdzie kazali się uczyć, uczyć i jeszcze raz uczyć! Wychowawcy twierdzili, że jestem zdolny, ale niepokorny. Tylko że oni nie wiedzieli, że czułem się dorosły i za wszelką cenę chciałem się mścić za dziadka. Głównie z tego powodu uciekałem. Co zwiałem, to oni mnie złapali. Wyobraź sobie, że nikt nie chciał mnie wysłuchać. Oni nie czuli mojej duszy, aż pewnego dnia poznałem w Warszawie takich jak ja, czyli bez ojca i matki. Ukrywaliśmy się w kanałach. Jak nie było z czego żyć, kradliśmy. A jak złapali na gorącym uczynku, to z obawy przed pojmaniem trzeba było przyłożyć. Mimo młodego wieku byłem dobrze zbudowany i z nich najsilniejszy. Wszędzie, gdzie trzeba było ryzykować, ciągnęli, psubraty.

Pewnego dnia miarka się przebrała i przenieśli mnie do poprawczaka. Tam poznałem takich zbirów, że aż włos na głowie się jeżył. Byli starsi, wtedy wydawało mi się, że jak starsi, to i mądrzejsi. Jaki ja byłem głupi… — wtrącił w zamyśleniu. — Niestety, z upływem czasu stałem się taki sam jak oni. A czasami wydawało mi się, że może nawet i gorszy? Bo widzisz, nie dopuszczałem myśli, że mogę być drugi. Na moje nieszczęście z poprawczaka też zwiewałem. –Ponownie przyłożył dłoń do czoła, jakby szukał odkupienia.

— Straszne rzeczy mi tu opowiadasz, przyjacielu — rzekł Piotr. — Słucham cię z zapartym tchem. — Chwycił kurczowo butelkę i polał, lecz tym razem po jednej trzeciej szklanki. Wypili jednym tchem, zajadając peklowaną słoninę z chlebem.

Skotnicki, a obecnie już Burski ponowił wyznanie.

— Zaczęli ciągać po sądach. Za drobne kradzieże dostałem trzy lata w zawiasach. Karanego do wojska nie biorą, no i tym sposobem marzenia o karierze ułana prysły jak bańka mydlana! Załamałem się! Wtedy wydawało mi się, że jestem wrzodem na łonie ojczyzny! Potem to już zawsze byłem pierwszy, ale niestety podejrzany. No i stało się. Pewnego jesiennego dnia zamierzałem odwiedzić w Warszawie jedynego przyjaciela, jakiego miałem w życiu. Potrzebowałem go jak podróżnik wody na pustyni. Wydawało mi się, że tylko on może pomóc mi rozwiązać węzeł gordyjski, w który zaplątało się moje życie. W tym właśnie czasie jakiś facet śmiertelnie zadał cios w plecy pewnego faceta. Pech chciał, że tam byłem! I to mnie oskarżono o to zabójstwo. W ten sposób trafiłem do ciupy na dwadzieścia lat. Oj, gdybym teraz dorwał tego gościa! — Jego oczy wypełniła nienawiść. Zacisnął usta, a w głosie zabrzmiała groźba. Nabrawszy powietrza, wyrzucił z impetem: — I to by było na tyle! Resztę już znasz.

— No dobra! Nie chcę spekulować, ale i wierzę święcie w to, co powiedziałeś. Ale dla spokoju sumienia muszę rozwiać wszelkie wątpliwości. Odpowiedz mi zatem, dlaczego nie zmieniłeś swojego postępowania w więzieniu? To była dla ciebie jedyna szansa!

— Wpłynęły na moje postępowanie dwa czynniki, po pierwsze, posadzili mnie niesłusznie, to byłem wściekły i zbuntowany. Po wtóre, w więzieniu musisz być nieugięty, bo jak nie, to w oczach recydywy stajesz się frajerem, a wtedy nie masz życia. Traktują cię jak trąd. Oni uważają, że jak nie jesteś z nimi, to jesteś przeciwko nim. Recydywa nie akceptuje żadnych ludzkich odruchów. Wielu z nich odsiaduje wyrok dwudziestu pięciu lat, a nawet dożywocie. Może trudno będzie ci w to uwierzyć, ale dla nich więzienie to wolność, a wolność to więzienie. Jedynym azylem, do którego nikt nie miał wstępu, były moje myśli, a w myślach marzenia. Wiesz…? Kiedy nie śpisz nocą w celi, to cisza jest tak ogromna, że wydaje ci się, że możesz jej dotknąć. Właśnie w tych momentach oddawałem się rozmyślaniom, wyobrażałem sobie życie w normalnym… to znaczy w uczciwym świecie. Tylko tyle, że nigdy go nie poznałem. Pragnąłem, aby te noce nigdy się nie kończyły. Niestety po nocy nadchodzi dzień. I czy chcesz, czy nie chcesz, musisz wrócić do kryminalnej rzeczywistości. Podświadomie z upływem czasu nabywałem cech charakteru recydywy. Pewnego dnia zauważyłem, że gdzieś w zakamarkach mózgu potęguje się we mnie zło, które niczym szpony wbija się w moją duszę i rozrywa resztki dobra na strzępy. W takich chwilach ogarniało mnie przerażenie i właśnie wtedy pierwszy raz pomyślałem o ucieczce.

Piotr słuchał z uwagą. W jego oczach błysnęła łza głębokiego wzruszenia, ale i łza satysfakcji. Ta łza była symptomem wiary w lepszą przyszłość Rafała. Po namyśle z powagą, ważąc każde słowo, rzekł:

— Biedny, bardzo biedny byłeś, mój synu. Nie spodziewałem się, że aż tak bardzo zbłądziłeś, ale widzę też, że wyciągnąłeś ze swojej tragedii odpowiednie wnioski. Pozwól, że mimo wszystko zadam ci jeszcze jedno zasadnicze pytanie. A mianowicie, co z resocjalizacją? Przecież tam w więzieniach zatrudniają psychologów?

— Oczywiście, to prawda, co mówisz. Wielokrotnie chcieli ze mną gadać, ale ten, co weźmie udział w takim, że tak powiem, wywiadzie, zaliczany jest do mięczaków. A ja, mając opinię twardziela, nie mogłem sobie pozwolić na uległość; kiedyś raz, oczywiście za aprobatą recydywy, wyraziłem zgodę na tak zwaną sesję. Ta ich resocjalizacja miała być antidotum na wszelkie zło, jakie mnie spotkało w życiu, ale żaden psycholog bez zgody zainteresowanego nie jest w stanie zmienić przestępcy w aniołka. Trafił mi się taki jeden! Przy każdej okazji chełpił się swoimi sukcesami, no to ja postanowiłem mu udowodnić, że jego sukcesy skończą się na mojej osobie. Co prawda był taki moment, że zadał mi pytanie, które mnie zaskoczyło. Zapytał, o czym najbardziej marzę. I wtedy z przekonaniem szczerze odpowiedziałem: „Marzę, aby do tutejszego więzienia zakupiono wierzchowca, któremu poświęcałbym każdą wolną chwilę”. Ale on wybałuszył lekceważąco gały, uśmiechnął się kpiąco i nawet nie podjął tematu. W tym momencie zrozumiałem, że nie warto było zaczynać i zamilkłem. — Piotr słuchał w osłupieniu, z niedowierzaniem i kiwał przecząco głową:

— Jan był taki sam jak ty i tak samo uwielbiał konie. A w dodatku tak jak ty wierzył w przeznaczenie i może dlatego zginął. Tylko tyle, że takich ludzi, jak twój dziadek, nazywano bohaterami! — Rafał pominął milczeniem jego uwagę, gdyż uznał oświadczenie Piotra za retoryczne. Ułan ponownie polał, ale tym razem nie wypili.

— To prawda! Ja też wierzę w przeznaczenie! Wiesz, Piotrze, po wielu latach mam pewność, że życie tylko wtedy ma sens, kiedy nie żałuje się swoich czynów. Teraz, z perspektywy czasu widzę, że zbyt wiele było tych mniej szlachetnych — rzekł smutno Burski z posępnym obliczem i niespodziewanie zagadnął Skalskiego:

— Byłeś przy tym, jak zginął dziadek?

Piotr odparł z powagą:

— Byłem! A jakżeby nie? W końcu wojowaliśmy ramię w ramię. Ale zanim zdradzę ci szczegóły, muszę ci powiedzieć, że twój dziadek pchał się w największą zawieruchę. A ja oczywiście wierny przyjaciel za nim. Gdzie my nie wojowaliśmy? Najpierw w Galicji w dziewiętnastym. Wtedy, pamiętam, pogoniliśmy Ukraińców aż pod rzekę Zbrucz. Potem, jaka bitwa by nie była, to i my, jeden za drugiego w ogień szedł. Wszędzie razem.

Rafał podświadomie poruszył ulubiony temat Piotra. Weteran rozprawiał z coraz większym zapałem, każdy chrapliwy akcent, uniesienie czy pauza podkreślały bezgraniczne zaangażowanie oratora:

— Sierpień był miesiącem, który odbił się piętnem na mojej zszarganej duszy. Tuchaczewski i Budionny byli pewni swego. Myśleli, że „Polaczków” zgniotą niczym pluskwy i połączą swoje siły z rewolucjonistami niemieckimi, a potem, zgodnie z polityką Stalina, skomunizują całą Europę. Bo oni, nie wiem, czy wiesz, granic nie uznawali. Dla nich najważniejsze były zdobycze rewolucji. Nasz największy wizjoner i wódz Józef Piłsudski te imperialistyczne zapędy przewidział. Ruscy za wszelką cenę chcieli zdobyć Warszawę, ale jak tylko podeszli pod Radzymin, rozpoczęła się wielka i zacięta bitwa. Wtedy, pamiętam, siedem razy zmieniały się losy tej bitwy i właśnie wtedy twój dziadek awansował na rotmistrza. Tak zawzięcie wojował, że mało co życia nie stracił. Kiedy Ruscy nie dali nam rady i odpuścili Warszawę, nazwaliśmy ten czas „Cudem nad Wisłą”, a jeden lord angielski powiedział, że to była decydująca bitwa w dziejach świata! Bo gdyby nie zwycięstwo Polaków, Ruscy zniewoliliby całą Europę. Ale przerwałem wspomnienia, przejdźmy więc do tematu, synu. Potem brawurowym atakiem od strony rzeki Wieprz rozpędziliśmy na cztery wiatry tych przeklętych rewolucjonistów. Bolszewicy spieprzali, aż się za nimi kurzyło! Jednym słowem, daliśmy tym szmaciarzom łupnia.

Stary ułan raptownie zawiesił głos, a w jego zmęczonych oczach pojawiła się łza rozpaczy, która zwiastowała nieuchronną tragedią. Chwycił gwałtownie haust powietrza. Tembr jego głosu stał się niebywale dramatyczny. Rafał z zaciśniętymi pięściami wpatrywał się w Piotra i słuchał z zapartym tchem.

— 27 września 1920 roku doszło do tej nieszczęsnej bitwy pod Druskiennikami. Tego dnia nie zapomnę, dopóki będę żył.

Poranek był dżdżysty, a chłodne powietrze przeszywało aż do kości. Wielkie obszary łąk pokrywały miliardy kropel rosy, a gęsta mgła osiadła przy gruncie, wydawałoby się, że pozostanie w tym uśpieniu, aż do końca naszych dni. No i ta przerażająco mroczna cisza… Nagle, bez uprzedzenia rotmistrz runął na wroga, a my z kopyta. Za nim. Twój dziadek pchał się pod kule jak ten szczeniak. Ciął Ruskich szablą na lewo i prawo. Jego ogier — Wezyr walczył razem z nim. Za każdym cięciem wykonywał niemalże taneczne uskoki. Aż go nagle! — Tu ponownie zachłysnął się powietrzem. Broda zaczęła dygotać, a kościste dłonie zadrżały z nadmiaru emocji. — Taki jeden chłystek! Zastrzelił Janowi Wezyra. A drugi… Bydle! Trafił rotmistrza prosto w pierś i to, psiakrew, z dubeltówki! Ogarnęła mnie wtedy taka wściekłość! Spiąłem wierzchowca i podskoczyłem ku nim. — Zerwawszy się zza blatu stołu, uniósł ramię i sieknął zamkniętą pięścią z taką siłą, że aż świece przygasły.

— Ściąłem dziada jednym cięciem! A drugiego…! Drugiego potraktowałem sztychem! — W oczach starego ułana zalśniła nie tylko odwaga, monstrualna siła, ale i szaleńcza, nieposkromiona dzikość.

Ogromny, mocarny cień Piotra, spowodowany głównie palącymi się świecami, padał na przeciwległą ścianę. Burski, zaskoczony tak niespodziewanymi, wręcz aktorskimi zdolnościami wiarusa, z wrażenia zadrżał. Zimny dreszcz przeszył całe jego ciało. Piotr Skalski kolejny raz wstrzymał oddech. Zacisnął pięści i zamilkł. Wzburzenie zawładnęło całym jego umysłem, które zniewolone nadmiernymi emocjami nie pozwoliło na uczynienie choćby jednego kroku, gestu czy też wypowiedzenie jakiegokolwiek słowa. Stał w bezruchu, jak przysłowiowa skała. Jego chuderlawa postać wydawała się potężna, a zaciśnięte kurczowo pięści ukazały nie tylko graniczący z obłędem gniew, ale i ogromną rozpacz. Po wiecznym oczekiwaniu, gdzie Burski, jakby w letargu, stał obok wiarusa. Piotr podniósł zaciśnięte ręce na wysokość bioder i z wielkim trudem wybełkotał:

— Skonał na moich rękach. — W tym momencie łzy ogromnego cierpienia potoczyły się po purpurowym obliczu ułana. Rafał Burski zaniemówił. W rozwartych, szklanych oczach słuchacza ukazały się podziw, duma i lęk przed takim bohaterem. Nastąpiła dostojna cisza. Zbieg w podobnej rozpaczy rozejrzał się po ścianach izby i niemal szeptem, aby nie urazić wiarusa, zapytał:

— A gdzie twoja szabla i ordery? — I po chwili dopowiedział: — Tato? — Kolejny raz zapadło ciężkie milczenie, które jak potężny głaz przygniatało ich wrażliwe dusze i wyciskało ogromne łzy bliżej nieokreślonej tęsknoty. Piotr usiadł na krześle i ze zranionym sercem odparł:

— Jak tylko przeszedłem do rezerwy, szablę złamałem. Kocham Polskę nad życie. Ale serce mam jedno, jedyne. Mój synu. Za dużo bólu, za dużo. A ordery? No cóż, w szufladzie. Cenię je najbardziej, dlatego przypinam do galowego munduru tylko wtedy, gdy wychodzę z mojej samotni do kościoła, no i na odpust na Bartłomieja.

Po tych słowach przepełnionych skruchą smutno potrząsnął głową. Burski, z zaczerwienionymi od łez oczami, niespodziewanie wstał od stołu i podszedł ciężkim krokiem do kurtki wiszącej na wieszaku, wyjął z wewnętrznej kieszeni niewielki przedmiot zawinięty w kawałek szarego materiału i podał Piotrowi. Ułan uważnie, z zainteresowaniem, bez pośpiechu rozwijał zawiniątko. I nagle rzekł niebotycznie zaskoczony: — SREBRNY ORDER VIRTUTI MILITARI? Chyba nie Jana?

— Tak…! Tak, to dziadka — rzekł Rafał, wciąż z zaczerwionymi oczami. — To jedyna i najcenniejsza pamiątka, która mi po nim pozostała. W więzieniu nikt nie miał prawa nawet go dotknąć.

Piotr już od niepamiętnych czasów nie wzruszył się do łez. Jednakże, tej nocy, jego psychika nie wytrzymała narastającego podekscytowania, głównie tego powodu ponownie łza wzruszenia zakołysała się w oku wiarusa i w odruchu potęgujących się uczuć przygarnął zbiega ku sobie, z wielką miłością ucałował i wyszeptał:

— Chyba serce mi pęknie. Przepraszam cię. Przepraszam za wszystko, mój synu, za wszystko — powtórzył łagodnie.

Kiedy ponownie stanęli naprzeciwko siebie, Piotr zapytał z niedowierzaniem:

— Powiedz mi, mój najdroższy, jak udało ci się ten medal przy sobie zatrzymać? Przecież w więzieniu zabierają wszystkie osobiste rzeczy?

— Tak, to prawda, Piotrze. Ale na szczęście podczas rozprawy poprosiłem adwokata przydzielonego z urzędu, aby ten z kolei zwrócił się do sądu o pozostawienie orderu na czas odbywania kary. Bo ja… to znaczy, Rafał Skotnicki, powiedziałem prawdę, czyli skąd mam ten order i także i to, że przysięgałem na grobie dziadka, że nigdy się z nim nie rozstanę. Oficer śledczy, który przyjechał na rozprawę, poparł prośbę adwokata i tym sposobem zachowałem jedyną pamiątkę po dziadku.

Piotr kurczowo ściskał order. Nie baczył na łzy płynące po policzkach. Ponownie objął Rafała i przycisnął do piersi, jak najukochańszego człowieka na świecie. Stali zwarci w tym uścisku przez długi czas. Piotr pierwszy rozluźnił uścisk i zwrócił się do zbiega:

— Nigdy sobie nie daruję, że nie byłem przy tobie, jak przeżywałeś trudne chwile. Bo widzisz, my zawsze hołdowaliśmy takim ideałom, jak Bóg, Honor i Ojczyzna. Niestety często zapominaliśmy o najbliższych. Wiem, że postrzegasz mnie jak bohatera, ale i ja nie zawsze odznaczałem się odwagą. Niestety, nie mam charakteru Jana. Zdarzały się chwile załamania i czasem po prostu ogarniał mnie strach. Mówią, że strach bierze się z poczucia winy, ale ja myślę, że ta maksyma nie zawsze pokrywa się z prawdą. Niekiedy dopadał mnie w najmniej spodziewanych momentach. Jan dobrze wiedział, że nie tylko mnie, ale i pozostałych żołnierzy szwadronu przed bitwą ogarnia zwątpienie i bojaźń. Wtedy to wysuwał się przed szereg i przemawiał do żołnierzy gromkim głosem: „Ułani! Nie myślcie o śmierci! Bo śmierć w walce… to zaszczyt! Nie myślcie o jutrze! Bo jutro…! Nie istnieje!”. I zawsze dołączał jakże znamienny aforyzm: „Patrzcie zawsze przed siebie, a wtedy ujrzycie świat poza horyzontem!”. Powtarzał go zawsze w momencie, kiedy unosząc szablę ku niebu, niczym huragan, zaciekle i z furią ruszał na wroga. Nawet dzisiaj mam w uszach ten dźwięk rozdzierający powietrze. Ten charyzmatyczny, gromki okrzyk zamieniał wszystkich w drapieżne ptaki.

Po tej relacji, przepełnionej miłością do ojczyzny, kolejny raz zapanowało wzruszające milczenie, przeszłość oderwała się od rzeczywistości, a magia życia uniosła się w niebiosa. Tym sposobem poczuli się sobie bliżsi. Rozpoczęli dyskusję o wspólnej pasji do koni. W efekcie wylewnej rozmowy Piotr obiecał Rafałowi najpiękniejszego wierzchowca, jakiego ujrzał w ostatnich latach:

— Zauważyłem takiego trzylatka na targu w Garwolinie. Z taką iskrą w oku, że aż serce rosło. No i jak skórę ściągnąć, podobny do Wezyra. Tylko… że wtedy nie kupiłem. Chłop wyczuł moje intencje, i tak wywindował cenę…!

Stary wiarus nie przerywał wywodu i rozprawiał o walorach rumaka z iście ułańską fantazją. W tej euforii rysował przed Rafałem sylwetkę wspaniałego rumaka; opowiadał o gibkich pęcinach, o niespotykanej, wyniosłej sylwetce rasowego araba i wyjątkowo lśniącej, czarnej maści. W miarę jak snuł swoją opowieść, oczy Burskiego zaczęły emanować niespotykanym blaskiem. Stary ułan spostrzegł ową fascynację i rzekł trzeźwo:

— Kupię go! Teraz to już na pewno go kupię! Ja bym ci, synu, nieba przychylił. Ale pamiętaj! Nie zawiedź mnie! — Nie czekając na reakcję współbiesiadnika, zaintonował ułańską pieśń:


Wojna, a na wojnie

Ważna jeno szabla i koń mój

Hej, ułani idźcie w bój spokojnie

Bo podobno nikt nie widział Trafiających kul


Burski próbował wtórować przyjacielowi, ale alkohol oszołomił umysł, a i ściany zawirowały. Z wielkim trudem wstał od stołu. Zakołysał się na szeroko rozstawionych nogach. Gestem ręki zasygnalizował stan upojenia i po chwili runął niczym ścięty na posłanie. Zasnął natychmiast.

Nad ranem, kiedy świt wdzierał się przez szpary w okiennicach, powróciły stare wspomnienia. Przed oczyma ukazały się obrazy minionych lat, teraz widział rodziców, którzy zajęci sobą nie dbali o jego edukację, uganiali się nieustannie za beztroskim życiem. Westchnął głęboko, jakby chciał przypisać im część win. Ale zdał sobie sprawę, że ten żal jest spóźniony, bowiem życie zrobiło mu psikusa i zmieniło jego przyszłość w piekło na tyle, że nie potrafił się w nim odnaleźć. Oczami wyobraźni ujrzał dziadka szarżującego na Wezyrze z szablą w dłoni. Dziadek, w przeciwieństwie do rodziców, był dla Rafała niekwestionowanym bohaterem, człowiekiem honoru, nadzwyczaj kochającym wnuka. Pod jego wpływem Burski wyrastał na wrażliwego i dobrego człowieka, wierzącego w ideały swojego bohatera.

Nagle rozwarł szeroko oczy. W chacie nie było nikogo, a cisza przytłaczała swoim ogromem. Podświadomie przeraził się. Wyschnięty język przywarł do podniebienia i żądał jakiejkolwiek cieczy, aby tylko bezalkoholowej. Z ogromnym trudem wstał. Zerknął na stół. Stała tam jeszcze niedokończona butelka bimbru. Na jej widok otrząsnął się z obrzydzeniem. Poczłapał w kierunku kubła z zimną wodą. Opróżnił co najmniej litr. Ku zaskoczeniu izba, tak jak wczoraj ponownie zawirowała. Legł na posłanie, skulił sylwetkę i w tej pozycji przespał twardym snem aż do zmroku.

***

Od chwili pierwszego spotkania z Piotrem minęły trzy tygodnie. W tym czasie zbiegowi odrosły włosy, a niedożywienie spowodowane pobytem w więzieniu przeminęło i Burski stał się przystojnym brunetem o krótko przystrzyżonej fryzurze. Dni mijały jeden za drugim i tak nadeszły święta Bożego Narodzenia, wyjątkowo śnieżne i mroźne. Wigilię przygotowywali wspólnie, wymyślając potrawy z postnych dań. Piotr pierwszy raz od lat podzielił się opłatkiem z bliźnim. Tego samego wieczoru, tuż przed północą, Skalski udał się do pobliskiego kościoła na coroczną pasterkę. Burski, ze względu na bezpieczeństwo, został w chacie ze swoimi myślami. Niezaprzeczalnie z chwilą ucieczki z więzienia żyć będzie w konflikcie z prawem. Wierzył głęboko, że pewnego dnia policja wykryje prawdziwego mordercę z Brzeskiej, a wtedy jego los się odmieni. W sylwestra otworzyli szampana. W tym dniu wkroczyli w nową erę życia. Z początkiem roku Piotr wykorzystał znajomości w nadleśnictwie i w krótkim czasie Burskiemu zaproponowano pracę przy wyrębie lasu. Pod koniec lutego Skalski sprawił frajdę przyjacielowi, kupując obiecanego rumaka. Szczelny płot zagrody sięgał powyżej dwóch metrów i zbieg bez obaw, bezpiecznie oporządzał ogiera i pozostałe konie. Nie przypuszczał, że sąsiad, a zarazem były parobek Piotra, Walenty, codziennie obserwował zbiega przez niewielką szczelinę w deskach ogrodzenia. Burski szczególnie pieczołowicie doglądał rumaka ofiarowanego przez Piotra. Zaakceptowali siebie od pierwszego spotkania. Rafał na cześć ogiera dziadka Jana nadał mu imię Wezyr. O zmroku Burski wyprowadzał wszystkie trzy konie na rozległe pastwiska osieckich i pogorzelskich łąk. Ale tylko Wezyra dosiadał na oklep. Obaj, jakby stworzeni do galopu, szarżowali bez wytchnienia. Mróz nocą tężał, ale zimno ich nie dotykało.

Rozdział V
Praca

Nadszedł marzec i jednocześnie czas rozłąki. Roboty leśne prowadzono około trzydziestu kilometrów od Osiecka. Piotr zaprzągł Gniadego, naostrzył siekierę i wrzucił na wóz. Wyruszyli skoro świt, Osieck zostawili za plecami, wkrótce wjechali na jeszcze zaśnieżoną polną drogę. Ale już miejscami pojawiały się niewielkie zapadliny wypełnione pośniegowym błotem. W niecały kwadrans skręcili w leśny dukt, podążając do celu, nie zamienili z sobą słowa, jakby rozważali, każdy z osobna, bardzo istotną decyzję. Jakby każdy z nich rozważał inne, ale trudne wybory i tylko głuchy turkot kół dźwięczał miarowo w uszach. Nie ujechali dwudziestu kilometrów, jak Burskim targnęło zwątpienie. Intuicyjnie przeczuwał jakieś bliżej nieokreślone niebezpieczeństwo, które rodziło narastającą frustrację. Podświadomie bał się tego zajęcia. To brzemię, wraz z końcem podróży, tak bardzo ciążyło Rafałowi na sumieniu, że postanowił przekazać Piotrowi to przeczucie, drżącym tonem rzekł do weterana.

— Piotrze? Nie podołam. Mówię ci, nie podołam. Najlepiej zatrzymaj furmankę i zawróć.

Woźnica ściągnął lejce.

Rafał zsiadł z kozła i długi czas krążył wokół wozu. Piotr obserwował Rafała z wyrazem troski, ale nie zamierzał ingerować w rozterki przyjaciela i świadomie milczał.

— Chyba nie dam rady — wybełkotał ponownie ponuro. — Ta robota będzie dla mnie za ciężka, przecież nigdy nie pracowałem fizycznie? — mówił szeptem, jakby bał się własnych słów i powątpiewał w wytrzymałość stalowych mięśni. Ale w rzeczywistości dbał o bezpieczeństwo Piotra. Obawiał się, że tak jak przed laty, targną nim niespodziewane reakcje, głównie związane ze współpracą z przyszłym chlebodawcą. Niestety, ta myśl kładła się ponurym cieniem na jego sumieniu. Ułan postanowił pocieszyć druha i tchnąć w jego serce słowa otuchy.

— Dasz radę. Na pewno dasz radę. Jak tylko dojedziemy i zaczniesz robotę, wszystkie obawy prysną. Wsiadaj, synu, i zaufaj przeznaczeniu. Zbieg przez chwilę wpatrywał się w niebieskie oczy przyjaciela, a że ujrzał w nich szczere intencje, ponownie ruszyli w kierunku dobiegających odgłosów siekier i huku powalanych drzew.

— Zobacz, Piotrze, ręce mi dygoczą ze strachu.

— Ze strachu??? — zdziwił się ułan.

— Źle się wyraziłem, ale bardzo obawiam się, że mnie nie przyjmą do roboty.

— Mój drogi — odparł weteran rozważnie. — Nie martw się o nic, oczekuje nas nadleśniczy i to on decyduje o wszystkim.

Dojechali tuż po południu. Z daleka zauważyli czarnego forda z osobistym kierowcą. Nie dojechali na miejsce, kiedy to z auta wyszedł nadleśniczy w dobrze skrojonym zielonym uniformie. Wyjątkowo wyprostowana sylwetka nadleśniczego, sumiasty wąs oraz żołnierska postawa świadczyły o jego ułańskiej przeszłości.

— Co tak żeście się guzdrali, Piotrek? — rzekł z serdecznym uśmiechem.

— Nie dało rady szybciej, Włodziu, i tak dotarliśmy w miarę.

— To jak? Gotowy ten twój chwat do wyrębu?

— A jakżeby nie!? On i dzisiaj może rozpocząć rąbanie.

— Ale ja myślę o rąbaniu drzew — odparł z przekąsem leśnik.

— Ja myślę o tym samym! — I razem huknęli śmiechem, jakby jeszcze wczoraj byli w jednym szwadronie.

— No to zaraz zawołam tu majstra.

— Ejże tam! Józek! — zakrzyknął gromko.

— A no co tam się stanęło! — Odwrócił głowę od swoich podwładnych i skierował kroki w kierunku przełożonego. Sądząc po głosie, nie odczuwał respektu przed nadleśniczym, ale z uwagi na stanowisko posłusznie wyprostował sylwetkę.

— Masz tu nowego druha do roboty. Tylko go tam przypadkiem nie wykończ, bo to kuzyn mojego przyjaciela z wojaczki.

Przełożony drwali nie wypowiedział słowa, ale odezwał się do przybysza:

— Śekere masz!?

— A no mam! — Odparł Rafał w podobnym tonie, siląc się na przyjazny gest.

— No to zabierz siekiere z woza i idziemy na wycinke.

Nie czekając na „praktykanta”, niezwłocznie skierował kroki w stronę lasu. Piotr, zwróciwszy się do Rafała, rzekł krótko i beznamiętnie:

— Trzymaj się, synu!

Rafał nic nie odparł i poszedł wolnym krokiem za swoim przełożonym w głuszę.

Stary ułan przez chwilę zamienił kilka zdań z przyjacielem z wojska, ale że czas naglił, wkrótce pożegnał się, zaciął wałacha i odjechał w kierunku Osiecka. Drwal wskazał Burskiemu trzy drzewa do ścięcia, nakazał podcinać je tak, aby zwaliły się w tym samym kierunku, i bez słowa odszedł. Burski oburącz chwycił narządzie pracy i rozpoczął podcinanie, lecz pracował w napięciu, w dłoniach kurczowo ściskał siekierę. Nieustannie napięte mięśnie omdlewały. A w ciągu kilku godzin na spracowanych dłoniach tworzyły się bąble i bolesne odparzenia. Do baraku przyszedł późnym wieczorem. Niestety wbrew słowom Piotra nie potrafił nawiązać przyjacielskich stosunków z drwalami, ale i drwale nie dążyli do zacieśnienia więzów z nowo przybyłym.

Tak mijały kolejne dni. Doświadczeni drwale podejrzliwie obserwowali „stażystę”, przy okazji drwili z jego wątpliwych umiejętności, rzucając uszczypliwe uwagi. Głównie z tego powodu w czasie przerw na posiłek jadł samotnie, a do baraku na kołach przychodził ostatni. Przepracowanie dawało znać o sobie potwornymi bólami mięśni. Jednakże Burskiego cechował ogromny upór i to on sprawił, że przełamywał słabości. Niestety, tak jak w poprzednich dniach, z każdym uderzeniem siekiery odczuwał szydzący wzrok drwali. Mimo upokorzenia zamierzał udowodnić, że zasługuje na szacunek i zaufanie. Postanowił przyłączać się do codziennych biesiad. Niestety w oczach robotników popełniał niewybaczalne błędy, bowiem nie dopijał lub, co gorsza, rezygnował z picia. Po wtóre, mimo braku doświadczenia nieopatrznie rwał się do roboty, myśląc, że tym sposobem pozyska ich sympatię. Ale oni uważali odmiennie. Ich zdaniem te starania zmuszały drwali do jeszcze bardziej wytężonej pracy, tym sposobem stwarzając pozory konkurencji.

Według rozumowania drwali przybysz nie tylko udowadniał swoją zarozumiałość, ale także w ich oczach był fałszywym człowiekiem, bowiem wykorzystując znajomości, wymusił na brygadziście zatrudnienie, choć nie było takiej potrzeby.

Minął miesiąc. Atmosfera jeszcze bardziej zgęstniała i zdawała się być nie do zniesienia. Zbieg wyczuwał w ich zachowaniu obłudę, złośliwe i niemalże nienawistne spojrzenia. One to rodziły w jego umyśle permanentną frustrację. W tych okolicznościach wymuszone wyrazy sympatii w stosunku do robotników męczyły i potęgowały irytację. Burski z każdym dniem był dla drwali personą non grata. Nie omieszkał wspomnieć znamienne słowa dziadka Jana: „Człowiek czuje się dobrze tylko w tym środowisku, które go akceptuje”. Burski wśród drwali czuł się nieswojo, niczym intruz. Misja odkupienia traciła sens. Podświadomie wracał myślami do okresu sprzed lat, kiedy to odsiadywał wyrok. Tam jedno jego słowo wywoływało posłuch wśród współwięźniów. Natomiast tutaj? Kim jest tutaj? Coraz częściej zadawał sobie to bolesne pytanie. W tych okolicznościach momentami zamierzał udowodnić drwalom swoją siłę i tym sposobem zdobyć nad nimi władzę. To wręcz prymitywne myślenie odbijało się zbyt wyraźnie na jego obliczu i w pewnym momencie mogło doprowadzić do groźnego w skutkach konfliktu. Coraz częściej przychodziły dni moralnego, jak i psychicznego załamania. Od tej chwili zaczął rozważał rezygnację z wyrębu.

Pewnego dnia starszy drwal przekazał Burskiemu opinię, która utwierdziła go w przekonaniu, że nigdy mu nie zaufają, ponieważ gardzą ludźmi, którzy przez protekcję, jak to się wyraził, wdarli się do brygady. Oni takich ludzi traktują gorzej niż donosicieli.

Dla Burskiego to stwierdzenie było zbyt oczywiste. Poprosił o trzy dni wolnego. Brygadzista, nie zwlekając, dał mu tydzień i wypłacił zaległą pensję, co niewątpliwie świadczyło o zerwaniu niepisanej umowy. Nie pożegnawszy się z drwalami, wrócił do Osiecka. Piotr Skalski, wysłuchał w milczeniu Rafała i postanowił już nigdy więcej nie wykorzystywać swoich koneksji. Burskiego ogarnęła apatia i zniechęcenie do wszelkiej pracy. Postanowił pozostać w zaciszu domowego ogniska. Zbieg bez emocji analizował przebieg wyrębu. Z przykrością stwierdził, że w więzieniu żył w świecie niemającym nic wspólnego z rzeczywistością, Piotr powiadał słusznie, że „życie na wolności nie jest usłane różami”. Ten świat bez krat okazał się być, dla niego zbyt brutalny. Perfekcyjny scenariusz uczciwego życia na wolności, jaki sobie założył w więzieniu, zawiódł. Przy tej okazji zauważył z przykrością, że osoby żyjące zgodnie z prawem wcale nie są aż tak bardzo szlachetne i uczciwe. Zanim zdecydował, co zamierza począć ze swoją dalszą egzystencją, poświęcał każdą wolną chwilę Wezyrowi i koniom Piotra. Nawet z pozoru tak prozaiczna czynność jak obrządzanie sprawiała Burskiemu niesamowitą satysfakcję.

Minęła zima. W dwa tygodnie na dotąd skutej lodem ziemi wiosna rozpostarła swe kwieciste ramiona. Czarodziejskim skinieniem zmieniła lodowate oblicze zimy w tańczące fale na bałamutnym wietrze i jakże śmiało pląsała wśród zapomnianych liści. Soczysta zieleń wybuchła gwałtownie, rozpościerając na ziemi ocean traw. Kładła się plastrami aż po sam horyzont. W ludziach obudziła witalne siły, a zawiedzionych otoczyła tęczowym płaszczem nadziei.

Takiej wiosny Burski jeszcze nigdy nie przeżył i nie pozostał obojętny na jej uroki. Przepełniony wiarą i przeogromną siłą woli wyruszył w nieznane — w poszukiwaniu nowej pracy. Po długich poszukiwaniach znalazł zajęcie, lecz w znacznej odległości od Osiecka, przy budowie kolejowego traktu. Robota była równie ciężka jak w lesie, lecz Burski stawił czoła tym wyzwaniom. Z poprzedniej pracy wysnuł słuszne wnioski i radykalnie zmienił postępowanie. Jak trzeba było się bawić, to się bawił, jak trzeba było tyrać, to jak przysłowiowy wół tyrał i, co najbardziej istotne, nie zamierzał już nigdy więcej z nikim konkurować. Ciężka robota i stosunki z robotnikami zaczęły przynosić pozytywny skutek, wydawałoby się, że tym razem trafił w odpowiednie środowisko. Ale kiedy już jesteś przekonany, że twoje otoczenie zaczyna cię w pełni akceptować, a życie przynosić satysfakcję, drżysz, że ten stan może nagle się zakończyć.

I tak też się stało.

Pewnego dnia, w drugim tygodniu, tuż przed pierwszą wypłatą, przyjechało dwóch obcych w granatowych, długich po kostki płaszczach. W biurze spędzili niespełna pół godziny. Następnego dnia torowisko obiegła niepokojąca wieść. Tymi mężczyznami okazali się tajniacy ze stołecznej policji, którzy poszukiwali niebezpiecznego zbiega z więzienia na Służewcu. Tego samego dnia majster budowy o nabrzmiałym, purpurowym obliczu z nieproporcjonalnie szerokimi barami i zbyt wydatnym brzuchem wezwał do siebie Burskiego. Nakazał usiąść na skrzypiącym stołku. Zanim cokolwiek powiedział, stąpał wokół robotnika ciężkim, wahadłowym krokiem. Podłoga pod jego ciężarem uginała się i skrzypiała niemiłosiernie. W zamyśleniu drapał szeroką dłonią łysiejącą głowę. Wykrzywił nabrzmiałe oblicze i rzekł proroczym tonem:

— Wczoraj było tu takich dwóch śledczych. Szukają jakiegoś Skotnickiego Rafała.

Burski wstrzymał oddech. Jego oblicze pobladło, a w żołądku zawirowało. Owładnął nim podświadomy lęk, który na nieszczęście z każdą chwilą nabierał rozpędu. Ten strach sprawił, że przerażonym, a zarazem pustym wzrokiem wodził za przełożonym. W wielkim napięciu oczekiwał na rozwój wydarzeń.

— I co ty na tooo, przyjacielu? — zapytał stonowanym głosem majster.

Rafał, przeczuwając zbliżający się nieuchronnie potężny cios przeznaczenia, przezornie udał zirytowanego i odparł uniesionym głosem:

— Przecież ja się nazywam Burski, a nie jakiś tam Skotnicki! Czy jak mu tam?!

Majster, opanowawszy irytację, kontynuował:

— Pokazali mi zdjęcie tego faceta! I mimo że był stosunkowo młody i zdawałoby się, że nie do zidentyfikowania, poznałem go. Po oczach. Myślę, że trafiłem w dziesiątkę! Ten gość siedzi tu przede mną i zamierza wcisnąć mi kit!

Rafałowi uderzyła krew do głowy. Resztkami sił próbował się bronić.

— Posłuchaj pan! Panie Skotnicki! — przerwał mu wzburzony majster. — Wiele możesz zyskać pod warunkiem, że będziesz mówił prawdę! Widzisz, przyjacielu, tak się złożyło w moim życiu, że ja też nie byłem aniołkiem. Za kretyńskie rozróby wpakowali mnie do ciupy na cztery lata. Ale to wszystko minęło i na szczęście odkupiłem swoje winy. Nie wiem, czy sobie zdajesz sprawę, ale ludzie są ułomni, dlatego błądzą. — Rafał niespodziewanie odnalazł w majstrze bratnią duszę. W jego umyśle rozbłysła iskierka nadziei. — Śledczy dali mi do zrozumienia, że nie wierzą, abyś tu pracował. Twierdzili mianowicie, że przyjechali tylko dlatego, że musieli wykonać rozkaz inspektora. Przy tej okazji wyśmiewali jego naiwność, ponieważ twierdzili, że trzeba mieć nie po kolei w głowie, aby wierzyć, że facet, który nigdy nie splamił się robotą, a w dodatku siedział w więzieniu, zmieniłby swoje zapatrywania i podjąłby aż tak ciężką robotę. Nie wyprowadzałem ich z błędu. Oni myślą, że jak człowiek siedział, to już nigdy się nie zmieni!

Skotnicki, słuchając jego wywodu, z nadzieją wpatrywał się w majstra, który okazał się nie tylko rozważnym, ale i znającym się na ludziach i przez to sprawiedliwym człowiekiem.

— Co będzie ze mną? — zapytał tak cicho i potulnie, że aż majster musiał wytężyć słuch.

— Pomylili się, przyjacielu. Pomylili — powtórzył łagodnym, ale zdecydowanym tonem. Ponownie rozpoczął swój pełen dramatu spacer od ściany do ściany. Ten krótki stosunkowo czas wydał się zbiegowi wiecznością. Gdzieś tam w środku strachliwie dygotał i ponownie ogarnęło go zwątpienie. Przełożony nabrał w potężną pierś równie potężną dawkę powietrza i rzekł z przekonaniem:

— To i ja się pomylę! Twój los należy do ciebie, Rafale Skotnicki! Tylko uprzedzam, nie spieprz go!

Wyciągnął pieniądze z wewnętrznej kieszeni marynarki i wypłacił zbiegowi zaległe pobory.

— Teraz leć do roboty, ale jutro nie chcę cię tu widzieć!

Oczy Burskiego wypełniła wdzięczność i ogarnęło go wzruszenie. Wstał i na miękkich nogach, podszedł do człowieka, który, w jego mniemaniu, uratował mu życie i z tego powodu serdecznie wyściskał.

Następnego dnia, tak jak uzgodnili, zniknął.

Przyjechał do Osiecka, ale już z innym nastawieniem. Odzyskał wiarę w ludzi i mimo usilnych próśb Piotra, aby co najmniej przez pół roku nie podejmował żadnej roboty, nie posłuchał. Tym razem zamierzał udowodnić przyjacielowi, że jest gotów do uczciwego życia na wolności.

Wkrótce ponownie wyruszył w nieznane, aby podjąć się kolejnego zajęcia. Nie minął tydzień, jak zatrudnił się w charakterze montera teletransmisji. Zakres jego obowiązków odbiegał od typowych zajęć monterskich, polegających na instalowaniu i prowadzeniu linii napowietrznych, oraz innych zajęć dotyczących transmisji sygnału telefonicznego. Burski, nie mając i w tym zawodzie jakiejkolwiek kwalifikacji, przenosił wraz z innymi robotnikami zaimpregnowane słupy telefoniczne, które zakopywali co czterdzieści metrów. Robota ciągnęła się na odległości osiemdziesięciu kilometrów. Termin zakończenia robót zbliżał się w zastraszającym tempie i głównie z tego powodu, bez względu na pogodę, roboty szły pełną parą.

W słotne dni słupy nasiąkały wodą i stawały się brzemieniem nie do zniesienia. W tych okolicznościach brygadzista wymuszał bezwzględne posłuszeństwo. Jednakże z każdym dniem robotnicy słabli i porzucali pracę, tylko nieliczni wytrwali, tyrając jak zwierzęta. Do tej grupy należał także Burski.

Pewnego dnia podszedł do niego kierownik budowy i zaproponował poprowadzenie dalszych robót. Za wykonanie planu dla robotników obiecał podwójną pensję, natomiast dla niego potrójną i dodatkowo dużą nagrodę.

Ta propozycja była dla Burskiego arcyciekawa, zwłaszcza że wszystko wcześniej przemyślał i w każdej chwili mógł zaprezentować gotowy plan na wykonanie zadania w terminie. Zważywszy na powyższe, wyraził zgodę. Propozycję kierownika budowy przekazał współpracownikom. Robotnicy darzyli Rafała wielkim szacunkiem, bowiem w ich oczach uchodził za bardzo zaangażowanego i pracowitego człowieka, ale i rozważnego i rzetelnego. Ponadto obiecał swoją część oraz nagrodę rozdzielić wśród najlepszych. Współpracownicy bez wahania zaakceptowali jego propozycję i gotowi byli na wiele poświęceń, aby tylko usatysfakcjonować obecnego przełożonego. Za zgodą robotników utworzył trzy zmiany, tym sposobem wyeliminował przerwy w kontynuowaniu robót, ponadto tak zorganizował roboty ziemne, aby na poszczególnych odcinkach wykonywanych zadań nikt nie tracił cennego czasu. Wszyscy pracowali z nadzwyczajnym zaangażowaniem. Zdarzały się bunty i zasłabnięcia, ale robotę wykonano dwa dni przed terminem. Niestety, w dniu wypłaty kierownik zaprzeczył, jakoby obiecał cokolwiek i wyparł się swoich słów. Burski z nadmiaru wzburzenia pobladł, ale przypomniawszy sobie rady Piotra, opanował narastający gniew i stłumił wściekłość, mimo wszystko długi czas zastanawiał się, co uczynić z tym podłym człowiekiem. Głównie z tego powodu następnego dnia podjął ważką decyzję; skoro świt pojechać do dyrekcji w celu złożenia raportu na ewidentne oszustwo, dokonane przez kierownika. W biurze dyrekcji budowy o niczym nic nie wiedziano. Sądzono nawet, iż wykonanie planu jest zasługą kierownika budowy, za co otrzymał wielokrotność poborów. Irytacja Burskiego sięgnęła zenitu. Po wielu doświadczeniach jego życie, dotąd pełne znoju i piętrzących się nieustannych trudności, w końcu zaczęło nabierać zadawalających kształtów, odczuwał pierwsze symptomy satysfakcji z wolności. Zaczął odróżniać dobro od zła i sprawiedliwość od niesprawiedliwości. Zachwycony tym spostrzeżeniem kierował się owymi kategoriami i tylko dlatego zaufał przełożonemu.

Na szczęście monterzy byli na tyle przezorni, że uwierzyli Burskiemu. W umyśle każdego z nich narastała wściekłość. Robotnicy ulegli emocjom. Burski nie przeczuwał, że już za moment dojdzie do groźnego w skutkach wydarzenia. Nie bacząc na konsekwencje, monterzy potwornie poturbowali kierownika budowy. Jeden z robotników o imieniu Józef zakrzyknął:

— Powiesić bydlaka! Na linę z nim!!! Na linię!!!

Ktoś inny zawtórował gromko:

— Na drzewo z nim! Na drzewo!

Nie minęło pięć minut, jak narzędzie zbrodni zawisło na konarze pobliskiego drzewa. Oblicze przerażonego kierownika stawało się z każdą sekundą bledsze, aż przeszło w stan sinienia. Z niebywałą zawziętością chwycili winowajcę za stopy i ciągnęli po błotnistej ziemi w kierunku wiszącego na konarze sznura, jego marynarka ściągnęła się aż po ramiona i gdyby w panice nie zacisnął kurczowo dłoni, zapewne zostałaby w czarnym błocie. Ciągnęli, aż lina zawisła nad umorusaną głową oszusta. Wszyscy robotnicy, a było ich osiemnastu, zamierzali wziąć udział w linczu. Zgromadzenie opanował demon zemsty, a ich szalone wycie rozdzierało powietrze. Burski oniemiał. Potrącany przez tłum, wstrzymał bieg. Ale już po chwili, łokciami torując drogę, zbliżał się do „szubienicy”. To, co ujrzał, było szokujące, Robotnicy, niczym krwiożercze bestie, w furii żądali krwi i za wszelką cenę zamierzali dokonać samosądu.

Jeszcze kilka lat wcześniej przyłączyłby się do linczu. Ale dzisiaj? W obliczu dążenia do uczciwego życia? Nieee! Nieee! Przenigdy!

W jednej sekundzie wtargnął pomiędzy buntowników.

— Nie pozwolę! Nie pozwolę! Co wy czynicie?! Ludzie, opanujcie się!!

Silnymi szarpnięciami zamierzał zerwać narzędzie śmierci. Tym sposobem powstrzymałby tłum owładnięty amokiem. Ale lina, zbyt mocno zakleszczona na konarze, nie spadła. Znał dobrze tych ludzi i obawiał się najgorszego.

Tymczasem robotnicy już dokonali wyboru.

— Nie przeszkadzaj, Rafał! Mówię ci! On zasłużył na śmierć! — zawył groźnie Józef.

— Wszyscy pójdziecie za kraty! Za tego gnoja?! Nie pozwolę na to. Rozumiesz?! Nie pozwolę!

Niestety gawiedź, ogarnięta obłędem odwetu, nie zamierzała ulec. Burski, zauważywszy ten stan, dokonał ostatniej próby. Nie bacząc na skutki, rzucił się w kierunku skazanego i przykrył swoim ciałem jego nędzną posturę. To, co miało się za moment wydarzyć, zaskoczyło wszystkich. Niczym ryk lwa, tak i Burski zawył:

— Nawet przestępca ma swoje prawa! Rozumiecie?! Nawet on… — Ostatnie słowo wypowiedział na pograniczu zwątpienia.

I wtedy stało się coś nie do przewidzenia, coś nadzwyczajnego. Oszalały tłum, zdumiony tak zaciekłą reakcją druha, zaniemówił, wstrzymując marsz ku dyndającej pętli. Nastała grobowa cisza, która świadczyła o rezygnacji z samosądu. Nawet Józef, prowodyr spisku, spuścił ramiona po sobie.

Burski z wielkim trudem wstał. Woda ociekała z umorusanego błotem roboczego ubrania. Emocjonalny wysiłek, jaki poniósł, skutkował drżeniem nóg. Wbił nienawistny wzrok w oczy kierownika budowy i ujrzał w nich uczucie wdzięczności. Wtedy splunął z obrzydzeniem w jego kierunku. Krew, tak jak przed laty na Brzeskiej, zagotowała mu się w żyłach. Robotnicy, dając upust frustracji, oddali mocz na jego utytłane w błocie oblicze. Zbieg pierwszy raz w życiu stanął po stronie winowajcy. Dzisiejsza ingerencja była ponad jego siły. Ta nagła emocjonalna odmiana wywarła na Burskim tak silne wrażenie, że aż opadł na ziemię, tuż obok drzewa przeznaczonego na szubienicę. Owo wydarzenie przelało czarę goryczy i raz na zawsze zmieniło jego życie. Uświadomił sobie bezsens przeciwstawiania się przeznaczeniu, które w jego pojęciu pojmowania świata zawsze będzie górą.

Zrezygnował z jakiejkolwiek pracy. W dzień włóczył się po niezasiedlonych okolicach lub dosiadał Wezyra. Krążył bez celu po lasach. Z obawy przed pojmaniem do Osiecka wracał tylko nocą. Z Piotrem wymieniał zdawkowe uwagi i coraz częściej sypiał w stajni. Wiedział z autopsji, że oczy są zwierciadłem duszy, i głównie z tego powodu unikał wymiany spojrzeń z przyjacielem.

Pragnął być niezależny, ale w jego przypadku oznaczało to życie poza społeczeństwem. W tych zgoła odmiennych okolicznościach jedynym wiernym przyjacielem, wyrozumiałym i bezgranicznie oddanym, okazał się jego ukochany rumak — Wezyr. Wierzchowiec dawał zbiegowi nie tylko poczucie satysfakcji, ale i ofiarowywał duchowe uspokojenie. Późnymi wieczorami, kiedy dosiadał ogiera, luzował wodze. Pozwalał swojemu „Czarnemu Księciu” cwałować na oślep. W ten specyficzny sposób Burski w geście przyjaźni nie tylko ofiarowywał zwierzęciu swobodę wyboru, ale i upragnioną wolność. Wolność, której on w rzeczywistości tak dogłębnie nie doświadczył. Wezyr, korzystając z wolnego wyboru, zawsze wybierał bezdroża. Jeździec, przywarłszy do stalowego karku zwierzęcia, zrastał się z nim w jedną całość. Pędzili wściekłym galopem tam, gdzie ogier prowadził. Spod kopyt tryskała pulchna gleba i wilgotna darń. Niczym potężny czarny kruk frunął nad rowami i parowami. Bez wstrzymywania cwału wdzierał się w bór i tylko tajemniczy księżyc był mu drogowskazem. Głuchy tętent pędzącego rumaka odbijał się echem od wiekowych drzew, a płochliwe ptactwo, bezpiecznie drzemiące w konarach drzew, zrywało się do panicznego lotu. W tym zgoła szalonym galopie, Rafał odpływał w inną rzeczywistość. Przenosił się w inny świat, odizolowany od ciążących przeżyć wiszących niczym kamień u szyi. Wrażliwa dusza zbiega ulatywała pod niebiosa, sycąc się nieograniczoną swobodą. Nawet wiara w zrealizowanie niespełnionych marzeń ginęła gdzieś w bezkresie nieba wypełnionego miliardami gwiazd. Ogier, niczym grom ciśnięty władczą ręką Zeusa, z impetem wypadał na równinę pastwisk. Rozwarte chrapy pochłaniały chciwie woń świeżej trawy. Ognista grzywa tańczyła na porywistym wietrze, a żar lśniącego grzbietu niemiłosiernie palił jeźdźca. Wtedy to zbieg ściągał cugle, raptownie osadzając rumaka na bezkresnej równinie łąk spowitej pełzającą mgłą, pochłaniając kopyta Wezyra. Stali obaj tutaj, niczym przysłowiowa skała, niczym zaczarowani, w świetle milczącego księżyca obojętnego na wszelkie dramaty tego świata. Kary wyczuwał zamiary swego pana. Strzygł co chwila uszami, oznajmiając gotowość do kontynuowania galopu. Ale charyzmatyczny jeździec tym razem nie uległ rumakowi i nie popuścił wodzy. Sięgał wzrokiem, za przykładem dziadka Jana, gdzieś bardzo, bardzo daleko. Poza horyzont. Dla niego te chwile były najcenniejsze w całym jego dotychczasowym życiu. Zbieg tutaj i teraz, na skraju lasu, wykreślał z pamięci bolesne urazy i trudy codziennego życia. Wpatrując się w bezkresne pola, stawał się panem swojego losu. Za te chwile był gotów oddać wszystko, co miał najdroższego. Nawet życie. Dotychczas jego zniewolona kratami dusza wyła za wolnością. Za każdą cenę chciał poczuć jej słodki smak, ale jak tylko to się stało, zaczął żałować, że istnieje. Wezyr był dla niego nie tylko przyjacielem, ale i powiernikiem. Te niewidzialne okowy stały się więzami nie do rozerwania. Burski już w stajni, pojąc rumaka i sypiąc obrok do żłobu, przemawiał do niego, jakby ten rozumiał, a on słuchał i jakby pojmował. Tymczasem Piotr w te noce nie spał. W milczeniu obserwował Rafała z bezpiecznej odległości. Cierpliwie czekał, aż otrząśnie się z letargu. Wierzył, podobnie jak Burski, iż odwrotu od przeznaczenia nie ma. Pomagając Skotnickiemu w ucieczce, nie przypuszczał, że doprowadzi do osobistej tragedii człowieka, którego traktował niczym syna. Bardzo cierpiał. Uważał, że pośrednio przyczynił się do traumy, którą przeżywał ten młody człowiek.

Rozdział VI
W potrzasku

Pewnego dnia, nieopodal Osiecka, kiedy to Burski dosiadał Wezyra, pojawił się na jego drodze znajomy z dawnej pracy przy torowisku. Jeździec, nie zsiadając z wierzchowca, rozpoczął dialog. Po krótkiej wymianie zdań przybysz wyjawił skrywaną tajemnicę współpracy z gangiem złodziei z tych okolic. Niespodziewanie, ku zaskoczeniu Burskiego, zaproponował udział w pewnych zadaniach, gdzie koń będzie odgrywał niebagatelną rolę. Przywódcą owej bandy miał być człowiek nie tylko bezpośredni, ale i sprawiedliwy. Niespotykana była to sprawiedliwość, bo złodziejska. Burski przeszył wzrokiem znajomego i zadumał się. Propozycja zaskoczyła go na tyle, że w dzień i w nocy ta uporczywa myśl nie dawała mu spokoju. Nie potrafił wyjaśnić i zrozumieć, dlaczego nagle zainteresował się tym konkretnym gangiem; przecież aż do tego dnia nie był zainteresowany. Po głębokim zastanowieniu się stwierdził, że nie zamierza więcej podejmować kolejnych prób zdobywania szklanej góry, powszechnie zwanej „uczciwym życiem”. Uznał, że postępuje słusznie. Ale to było tylko złudzenie. Na myśl przychodził mu jeszcze jeden argument, który ostatecznie przypieczętował decyzję, a mianowicie to, że Wezyr będzie przy nim. Pewnego dnia Burski postanowił przekazać kamratowi zgodę na spotkanie z przywódcą bandy. Na pierwsze spotkanie ze swoim przyszłym chlebodawcą wyruszył z Wezyrem, przy tej okazji wsunął za pas pistolet Piotra, który wyszperał w głębi szuflady komody.

Kamrat umówił ich na niewielkiej polanie w lesie, nieopodal wsi Kąty. Rafał Burski przybył pierwszy i z niecierpliwością oczekiwał na herszta. Nie minął kwadrans, jak z leśnej głuszy wyłonił się przywódca bandy na zimnokrwistym wałachu. W pewnym momencie ich oczy się spotkały, wtedy herszt wstrzymał konia. Dzieliła ich nie większa odległość, jak osiem metrów. Burski zamierzał zbliżyć się do przybysza, ale ten skinieniem dłoni zatrzymał zapędy mężczyzny. W pierwszej chwili Burski ze zdziwieniem zauważył podobieństwo do kogoś, kogo kiedyś spotkał. Ale ostatnimi czasy poznał tak wiele osób… Przywódca bandy o pseudonimie Major, choć majorem nigdy nie był, sceptycznie przypatrywał się Rafałowi. Dialog zainicjował herszt. W pierwszych słowach zapytał o jego przeszłość. Słuchał opowieści Burskiego z coraz większym zaangażowaniem. W pewnym momencie skupił się na tragicznych wydarzeniach sprzed laty, a mianowicie mających miejsce w Warszawie na Brzeskiej, kiedy zorientował się, w jakich okolicznościach i gdzie Rafał został aresztowany, w jego umyśle nastąpiła burza myśli. Nagle zaczął zadawać pytania odbiegające od rzeczywistej przyczyny spotkania. Zdezorientowany dłonią przecierał zroszone potem czoło. W rezultacie, nie bacząc na niebezpieczeństwo, zeskoczył z wałacha, wolnym krokiem, jakby obawiał się o swoje życie podszedł blisko Burskiego. Przerażonym i zarazem zdziwionym wzrokiem wpatrywał się uporczywie w mężczyznę, szukając w jego obliczu charakterystycznych szczegółów, które potwierdziłyby jego mroczne podejrzenia. Z każdą sekundą oblicze Majora stawało się bledsze. Nie odrywając oczu od postaci Rafała, a szczególnie wzroku, cofał się w kierunku wałacha. Teraz, kiedy jego podejrzenia potwierdziły się, odwrócił rozbiegany wzrok i przeniósł na pysk wałacha. Z niedowierzaniem drążył w dzieciństwie Burskiego i tu rozwiał wszelkie wątpliwości, palce zacisnęły się w twardą jak kamień pięść, natomiast blade oblicze skrył w bujnej grzywie konia. Ponownie zamilkł, aby po chwili, jak przez koszmarny sen, rzec szeptem:

— Co teraz mam począć? Co mam uczynić?

Zdawał się rozważać niebagatelnie ważną decyzję, bowiem uprzytomnił sobie, że ten gość jest jego przyjacielem z dzieciństwa i że przez niego został pojmany i uwięziony. Zbieg zauważył odmianę w zachowaniu herszta, zeskoczył z rumaka. Aby udowodnić swoją gotowość do działania, wyciągnął pistolet zza pasa i podszedł do Majora, tym sposobem zamierzał pokazać, że nie przybył z niczym. Major, usłyszawszy stąpanie, odwrócił oblicze w jego kierunku i przenikliwym wzrokiem ponownie przeszył zdezorientowane oblicze przybysza. Zauważył w jego dłoni browninga i wtedy pierwszy raz zadrżał o swoje życie. Ale Rafał nie rozpoznał w przywódcy gangu „Czarnego”. Herszt nie dociekał i nie zadawał już więcej pytań. Podjął decyzję. Wyraził zgodę na przystąpienie do bandy. Tym sposobem Burski powrócił na ścieżkę zła. Od tamtej pamiętnej chwili herszt, w obawie o zidentyfikowanie, unikał spotkania wzrokowego z Rafałem Skotnickim. Członkowie gangu, kierując się wyłącznie zyskiem, okradali zamożnych obywateli. Zanim zdecydowali o skoku, przez kilka tygodni obserwowali przyszłą ofiarę napadu.

Od czasu ucieczki Rafała Skotnickiego z Rakowieckiej minęły trzy lata. Był początek 1935 roku. Niemal wszyscy obywatele ojczyzny obserwowali walczącego ze śmiertelną chorobą marszałka Józefa Piłsudskiego. Ale Burski żył w innym świecie, bliższe były mu przestępcze plany. Zbieg nie dbał o losy ojczyzny i nie zbliżył się do Boga. Z trzech najważniejszych dla ułanów wartości: BOGA, HONORU i OJCZYZNY pozostał mu jedynie honor. Tymczasem posterunki policji zaczęły żyć bieżącymi sprawami, odkładając na dalszy plan ściganie zbiega. Pewnego dnia w pobliżu roztoki Wisły znaleziono topielca przypominającego z twarzy i sylwetki Rafała Skotnickiego. Dla potwierdzenia tożsamości postanowiono zbadać grupę krwi. Okazało się, iż jest identyczna, 0 Rh+. Grupa prowadząca dochodzenie uwierzyła w marną śmierć Rafała Skotnickiego i postanowiono zrezygnować z jego ścigania. W związku z tym faktem sprawę odłożono ad acta. Mimo sprzyjających okoliczności zbieg przezornie unikał policji, szczególnie Bronisława Strassenberga. Niestety unikał również Piotra. Ten jednak o wszystkim wiedział, tylko milczał, ale wierzył, że kiedyś wszystko się odmieni i tak jak przed laty wróci do niego. Rafał Burski przynależał do bandy rabusiów już od ponad dwóch lat i jak na razie szczęśliwie cieszył się wolnością. Znajomego, który namówił Burskiego do zmiany trybu życia, ujęto i, o ironio, osadzono w więzieniu na Służewcu. Wkrótce herszt nadał Burskiemu pseudonim Bury. Mając niebagatelny wpływ na zbiega, zatruwał jego duszę. Tym sposobem kiełkujące w jego sercu dobro skryło się gdzieś w zakamarkach umysłu. Rafał Burski od chwili wstąpienia do bandy złodziei został wciągnięty w otchłań ponurej ciemności, w wir nieubłaganego przeznaczenia, które nadal mu nie sprzyjało.

Rozdział VII
Rozpoznanie

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 49.63