E-book
14.18
drukowana A5
43.45
Przepowiednia Kruka

Bezpłatny fragment - Przepowiednia Kruka


Objętość:
163 str.
ISBN:
978-83-8440-622-9
E-book
za 14.18
drukowana A5
za 43.45

Przepowiednia Kruka
Laura Tietz

Wszelkie prawa zastrzeżone.


Mojej młodszej Siostrze

— za wsparcie, wiarę i każde dobre słowo.

— Dziękuje, że jesteś.

Prolog

Odkąd człowiek sięgał pamięcią, istniało dobro i zło. Przeplatały się, jakby jedno nie mogło istnieć bez drugiego. Dobro władało jasnością, zło zaś spowite było mrokiem.

Zło jednak nie zawsze zrodzone było z krzywdy, nienawiści czy chciwości. Zdarzało się, że powstawało z czegoś pięknego i czystego — jak miłość. Tak właśnie narodziło się zło w sercu Lucyfera. Niegdyś niebiański wojownik, teraz znany jako Władca Piekła. Bóg jako istota miłosierna, potrafił wiele wybaczyć i zapomnieć. Jednak nie był w stanie wybaczyć nieposłuszeństwa wobec swoich rozkazów i zakazów.

Zakazana miłość Lucyfera sprowadziła więc na niego zgubę. Uczucie zawładnęło nim do tego stopnia, że zbuntował się przeciw Stwórcy. Aby nie dopuścić do zwycięstwa Lucyfera, Bóg zbudził siedmioro Archaniołów. W starciu z nimi, ani sam Lucyfer, ani tym bardziej żaden inny zbuntowany nie miał szans.

Po długiej i przegranej walce Lucyfer został strącony w otchłań, zabierając ze sobą tych, którzy stanęli po jego stronie. Upokorzony i pokonany poprzysiągł zemstę na tych, którzy przyczynili się do jego klęski.

I tak zaczęła się walka, która trwa już od tysięcy lat. Bóg i Lucyfer, którzy niegdyś stali ramię w ramię, dziś są śmiertelnymi wrogami. A ich spór odcisnął piętno na całym świecie. Między nimi stanął bowiem człowiek. Istota stworzona na podobieństwo Boga i kuszona przez Lucyfera. Człowiek stał się sceną, na której ścierali się każdego dnia. W cichych zakamarkach ludzkich dusz rozgrywały się, często niewidoczne, bitwy między posłuszeństwem a pokusą. Między miłością, a nienawiścią. Między dobrem, a złem. To właśnie tam rodziły się dylematy, które potrafiły złamać nawet najsilniejszych.

Lucyfer doskonale o tym wiedział — jako pierwszy zrozumiał też, że miłość może być nie tylko błogosławieństwem, ale również przekleństwem. Jego miłość była nieokiełznana i gotowa sprzeciwić się każdemu, kto jej nie akceptował. Jednak los lubi być przewrotny i dlatego nie tylko on się o tym przekonał. Jego pierworodny syn — Diro, odziedziczył to brzemię. Poza mocą ojca, otrzymał ludzkie serce swojej matki. Choć był synem otchłani, biło w nim serce zdolne do miłości. W tym tkwiła jego siła, jak i słabość.

Bo każda miłość może ocalić, ale może również niszczyć.

Każda może uleczyć, ale może też zatruć.

Diro będzie musiał zmierzyć się nie tylko z Archaniołami, których przysiągł pokonać, ale również z siłą dużo bardziej potężniejszą, która zrodziła się niespodziewanie w jego sercu. Bo co, jeśli miłość okaże się ważniejsza niż lojalność wobec rodziny? Co, jeśli jedno spojrzenie kobiety zburzy całą wieczność planów?

Tak rozpoczyna się opowieść o przepowiedni, która była szeptana przez wieki.

O wojnie, której nie da się zatrzymać.

O miłości, która nigdy nie powinna się wydarzyć.

O przysiędze, której nie da się złamać.

O tajemnicy, którą znają tylko trzy osoby.

A zakończenie zna tylko jedna osoba.

Bo z przeznaczeniem nie da się negocjować.

Rozdział 1

Szedł zdenerwowany przez pusty korytarz. Jego kruczoczarna peleryna powiewała niczym chorągiew na wietrze. Myśli kotłowały mu się w głowie, ale za nic nie mógł ich uporządkować. Doskonale wiedział co go czeka na końcu korytarza. Znowu będzie musiał się tłumaczyć z braku sukcesu. Jak to możliwe, że przez tyle lat nie mógł pokonać wroga? Naprawdę robił co mógł.

Starał się ze wszystkich sił spełnić obietnicę złożoną ojcu, jednak do tej pory mu się to nie udało. Zdarzało się, że był już o krok od zwycięstwa, ale ono zawsze mu umykało w ostatniej chwili. W najlepszym wypadku przeciwnik umykał z pola walki, lekko ranny — tak jak dzisiaj. Jednego udało mu się zranić, ale niestety nie zabić. A do pokonania było aż siedmiu. Dowodził sporym wojskiem i to nie byle jakim. A mimo wszystko co by nie robił, nie był w stanie definitywnie wygrać.

Stukot jego butów niósł się echem po wielkiej pustej przestrzeni. Brak dywanu jedynie go potęgował, przez co z pewnością wiedzieli że nadchodzi. Mimo, że jego krok był zdecydowany, nie mógł zapanować nad zdenerwowaniem. Ciało miał napięte niczym struna.

Na ścianach płonęły pochodnie, które stanowiły jedyne źródło światła w ciemnych korytarzach. Po chwili ujrzał drzwi do sali ceremonialnej. Zatrzymał się na chwilę, zamknął oczy i wziął głęboki wdech przez nos, po czym wypuścił powietrze ustami.

— Spokojnie Diro. — pomyślał. Minęło kilka sekund, otworzył oczy i ruszył dalej. Dwa małe, zgarbione gobliny stojące po obu stronach drzwi ruszyły mozolnie do klamek, aby otworzyć księciu. Pokrzywione skrzydła nie ułatwiały im poruszanie się. Jednak zanim Diro zdążył znaleźć się przy nich, udało im się otworzyć wystarczająco szeroko, aby umożliwić mu wejście do sali. Przekroczył próg i zaczął rozglądać się za ojcem. Nie zauważył go w pierwszej chwili, mimo że wyczuwał jego obecność. Powietrze w sali było ciężkie. Jednak nie od jego braku, tylko od atmosfery panującej w pomieszczeniu. Wiedział, że gdy przekaże wieści, będzie ona jeszcze cięższa.

— Jesteś mój synu. — usłyszał nagle głos swego ojca, który wyłonił się zza tronu stojącego niemal na środku sali — Wejdź. Nie krępuj się.

Ludzie od zarania dziejów postrzegali Lucyfera jako postać o czerwonej skórze z dużymi rogami, skrzydłami jak u smoka i ogonem z ostrzem na końcu. Może było to na potrzeby postraszenia ludzi. Brednie, które z całą pewnością wymyślili kościelni kapłani, aby za czasów średniowiecza łatwiej manipulować tak zwanym ciemnym ludem. Jedno było pewne — ten kto to wymyślił, na pewno go nie widział. Jedyne co się zgadzało to obecność skrzydeł, jednak to stare dzieje. Wyzbył się ich wieki temu — Ta myśl często przemykała mu przez głowę. Jego ojciec w niczym nie przypominał tego z opowieści. Przed nim był teraz osobnik o szczupłej budowie ciała z długimi zaczesanymi włosami do tyłu w czarnym kolorze. Jego nos był wąski i długi. Głęboko osadzone oczy, z których trudno było cokolwiek wyczytać, poza manią wielkości. Nie miał wąsów czy brody tylko gładką skórę na wiecznie poważnej twarzy. Na palcach u jednej ręki mógłby policzyć, ile razy widział go uśmiechniętego. Lucyfer nosił długie szaty sięgające podłogi i rękawy zasłaniające niemal całe dłonie, jakby próbował coś ukryć.

Diro nie odezwał się słowem, tylko wszedł w głąb sali. Zobaczył stojącą w rogu Nefrę — swoją matkę. Tak jak zwykle w takich sytuacjach stała z boku i niewiele się odzywała. Wtrącała się tylko wtedy, kiedy już naprawdę musiała. Nefra z natura taka była — milcząca, spokojna, tajemnicza. Bardziej obserwator niż czynny uczestnik. Nawet wygląd miała inny niż pozostali. Czasem miał wrażenie, że tu kompletnie nie pasuje. Może dlatego ojciec ją wybrał? Jedno jest pewne, znała się na magii jak nikt inny. Potrafiła skutecznie rzucał uroki, znała się na miksturach. I przede wszystkim potrafiła zobaczyć to czego inni nie są w stanie — w tym przyszłość. Zdarzało się, że miał wrażenie, że jej spokój wręcz działa niepokojąco na innych. Na niego również. Tak jak teraz. Stoi tam taka milcząca i przygląda się mu jakby właśnie przeszywała na wylot jego duszę. Patrzy jakby coś wiedziała. Jakby znała jego sekret, który skrzętnie ukrywał przed wszystkimi. Poczuł się przez to lekko nieswojo. Jak mały chłopiec, który coś przeskrobał i starał się to ukryć przed rodzicami w obawie przed ich gniewem.

— Więc? — zaczął Lucyfer siadając na tronie — Jakie wieści przynosisz synu?

Ojciec Diro również zachowywał dziwny spokój. Było to wyjątkowo niespotykane i niepokojące zarazem. Tym bardziej, że był nim sam władca piekła — Diabeł we własnej postaci. Zwykle po takich chwilach całkowitego spokoju, potrafił wybuchnąć niespodziewanie i z nieokiełznaną siłą.

Diro jako jego pierworodny otrzymał zadanie pokonać samych Archaniołów. Niestety, mimo wszelkich wysiłków nie był w stanie ich tego uczynić. Czasem udawało się któregoś osłabić lub zranić. Jednak nie unicestwić.

— Te same co od stuleci ojcze. — powiedział Diro jakby od niechcenia — Co prawda jednego udało mi się poważnie zranić, ale niestety udało im się uciec.

— Brawo. — powiedział Lucyfer, jednak w jego głosie było słychać dużo dozę ironii, po czym dodał sarkastycznie. — Udało Ci się jakiegoś zranić. — władca zamyślił się na chwilę. — Czy może mi to ktoś wytłumaczyć? Jak to jest możliwe, że nie możemy pokonać tych przeklętych Archaniołów? — wstał z tronu i dodał podniesionym głosem — Jak to możliwe, że tylko któregoś ledwo zadraśniemy? Nasza armia jest dziesiątkowana! Gobliny, trolle … wszyscy są unicestwiani. Jak to możliwe? — krzyknął, rzucając kielichem, który z hukiem upadł na zimną posadzkę. Czerwone wino, które się w niego wypłynęło, było prawie niewidoczne na ciemnym kamieniu.

— Ojcze. — zaczął Diro, chociaż wiedział że tłumaczenie na niewiele się zda — Robimy co możemy. Każdy walczy do samego końca. Staramy się, ale…

— To postarajcie się bardziej. — Ojciec przerwał mu — Mam dosyć tłumaczeń. Chcę w końcu pokonać tych żałosnych, latających ludzików, którzy stroją na drodze do mojego ostatecznego zwycięstwa. Pokonanie ich to Twoje zadanie. Przypominam ci, że złożyłeś przysięgę, więc nie obchodzi mnie jak to zrobisz. Zrozumiano?

— Tak. — Diro przytaknął nie wiadomo, który to już raz.

— Mam nadzieję. — odpowiedział Diabeł, po czym udał się do wyjścia.

— Tato, pozwól mi pomóc. — nagle w sali rozbrzmiał głos Asmo, jego młodszego syna — Daj mi szansę.

Młodszy z braci miał w sobie ogromną chęć walki i wykazania się. Pewnie dlatego, że nie powierzano mu, jego zdaniem, zbyt istotnych zadań. W jego ciemnych oczach było widać determinację i nadzieję, że w końcu ojciec się zgodzi. Stał wyprostowany i dumny — gotowy na każdy rozkaz. Zazdrościł bratu bycia pierworodnym. Diro nie tylko był następcą, ale w tej chwili dowódcą armii. Asmo musiał się póki co zadowolić drugoplanową rolą. Musiał słuchać starszego brata. Kiedy Diro przejmie władzę w piekle, to się nie zmieni. Jednak to on, Asmo, stanie się dowódcą. On będzie odpowiedzialny za walkę. Za każde zwycięstwo, ale również za każdą porażkę. Teraz może jedynie liczyć na marną szansę.

— Wykluczone. — odparł Lucyfer stanowczo — To zadanie twojego brata. Jemu je powierzyłem i tak zostanie. I nie waż się kiedykolwiek w to wtrącać. Ty masz swoje zadania. Diro ma swoje. A wasza siostra swoje. Każdy z was ma co robić.

Asmo zadrżał. Na co on liczył? Co on sobie myślał? Że ojciec pozwoli mu rozprawić się z Archaniołami? Zacisnął dłonie najmocniej jak tylko mógł, aby nie wybuchnąć gniewem. Wiedział, że szanse na to, że się zgodzi są bliskie zeru, ale gdzieś pod skórą liczył że się uda.

— Mimo wszystko. — zaczął Diabeł spoglądając na starszego z synów — Myślę, że przyda się ci mała pomoc. Mam dość zbędnego czekania. Moja droga. — zwrócił się Nefry — Wiesz co robić.

— Tak. — odparła sucho i bez emocji — Wiem i zajmę się wszystkim.

— To dobrze. — odpowiedziała jej mąż, po czym odwrócił się do nich wszystkich plecami i skierował się do drzwi naprzeciw tych z których przybyli Diro i Asmo. Przystanął jeszcze i nie odwracając się, rzekł do pierworodnego — Mam nadzieję, że następnym razem, gdy się spotkamy, będziecie mieć dla mnie lepsze wieści.


Diro zacisnął zęby tak mocno, że aż zabolała go szczęka kiedy ojciec wychodził. Twarz Asmo wciąż była czerwona od zdenerwowania. Wiedział jednak, że nie może wybuchnąć, bo to by go całkowicie pogrążyło. Gdyby sprzeciwił się ojcu lub jakkolwiek próbował podważyć jego decyzję, wtedy na pewno ten zrobiłby wszystko, aby siedział cicho przynajmniej do końca swojego panowania. Chyba, że kazałby matce rzucić jakiś urok i trwałoby to do momentu, aż piekło zamarznie. Kiedy tylko Lucyfer opuścił sale, a drzwi się za nim zamknęły, Asmo szepnął już spokojnie do brata.

— Nigdy nie będę tak dobry jak Ty.

— Asmo. — zaczął Diro, ale ten mu przeszkodził.

— Pokonaj bracie tą bandę skrzydlatych trutni. Zajmij należne ci miejsce, a ja w końcu będę mógł się wykazać w boju. Wierzę w ciebie i wiem, że sobie poradzić. W razie co wiesz też, że możesz na mnie liczyć. Ojciec nie musi o tym wiedzieć.

Diro wiedział, że młodszy brat ma wielkie waleczne ambicje. Zawsze w oczach innych był tym gorszym — tym, który mógł być popychadłem, tylko dlatego że nie urodził się jako pierwszy. Diro czasem zabierał go ze sobą w tajemnicy przed rodzicami do walki, aby mógł się przynajmniej przyglądać i zdobywać wiedzę choćby teoretyczną. Obawiał się, że gdyby coś się stało bratu, mógłby mieć poważne kłopoty. Nie dlatego, że ojciec kochał młodszego syna, bo tego nikt poza samym zainteresowanym nie wiedział. Jednak każde z rodzeństwa miało przypisaną rolę po swoich narodzinach. Diro jako najstarszy syn miał przeciąć władzę w piekle. Asmo miał stanąć na czele armii. Zaś Teliente zająć miejsce matki i władać magią.

Pierworodny spojrzał na brata. Jego twarz pomału wracała do właściwych barw. Jeśli chodzi o wygląd, byli swoimi przeciwieństwami. Drobna postura sprawiała, że wyglądał przy Diro jak nastolatek. Jedyne co ich łączyło to kasztanowy kolor oczu i włosy ciemne jak noc. Asmo miał szczupłą twarz z wyraźnymi kośćmi policzkowymi. Niewielki wąs oraz krótka broda usadowiona na samym czubku podbródka dodały mu nieco męskości. Drobne usta często przybierały kształt pogardliwego uśmieszku. Spod niedopiętej koszulki widać było kępkę ciemnych włosów. Nie wyglądał jak bożyszcze, ale nadrabiał pewnością siebie i pewnym spojrzeniem. Miał swój własny niezawodny sposób na zachęcenie płci przeciwnej do czegoś więcej. Sprawiał on, że wyglądał na bardziej drapieżnego niż był w rzeczywistości. Dzięki temu zawsze dostawał co od nich chciał.

Asmo odwracając się rzucił bratu porozumiewawcze spojrzenie, po czym ruszył w stronę wyjścia. Kiedy opuścił pomieszczenie, Diro nagle z kąta usłyszał głos matki.

— I co teraz zamierzasz?

— Nie wiem. — odpowiedział, czując że napięcie powoli ustaje — Muszę coś wymyślić, ale jeszcze nie wiem co.

Diro rozglądał się chwilę po podłodze, jakby układał w głowie jakiś plan działania. Nefra patrzyła na syna, choć nawet na nią nie zerknął. Widziała, że syn ma mały mętlik w głowie. Dobrze wiedziała co go tak naprawdę gryzie i co przyniesie mu ukojenie. Nikt poza nią nie znał sekretu syna. On sam nawet nie wiedział, że matka wszystko wie i że zatrzymuje to dla siebie.

— Nie martw się synu na zapas. — rzekła — Wszystko się ułoży.

Podniósł wzrok na matkę i spytał:

— Skąd wiesz?

— Powiedzmy, że możesz zaufać kobiecej i matczynej intuicji. Nie przejmuj się ojcem. Chęć zemsty po prostu go zaślepia. — westchnęła ciężko, po czym dodała — Sam powinien to załatwić, a nie wyręczać się tobą. Sam nie był w stanie ich pokonać, więc przerzucił odpowiedzialność na ciebie. Nigdy też nie wziął pod uwagę tego, że może jest to niewykonalne.

— Co? — spytał wystraszony

— Aż tak nie zaglądałam w przyszłość. — uspokoiła go. — Mówię tylko, że twój ojciec jest tak pewny swego, że nie bierze czasem pod uwagę innego scenariusza. Chęć zemsty za bardzo nim zawładnęła. Dlatego jest taki niecierpliwy i sfrustrowany. Wiem, że robisz co możesz, aby dotrzymać obietnicy jaką złożyłeś. Pamiętaj jednak, że nie na wszystko możesz mieć wpływ. Są rzeczy tak mocno wpisane na kartach losu, że nic ani nikt ich nie wymaże. Pewne rzeczy nie dzieją się przez przypadek. Czasem spotykają nas takie rzeczy, o których nigdy nawet byśmy nie śnili.

Diro poczuł jak lekki dreszcz przeszywa jego ciało. Zabrzmiało to tak, jakby coś wiedziała, ale nie chciała powiedzieć. Sama z siebie rzadko kiedy dawała rady. Nie był pewny, czy matka ma na myśli sytuację z ojcem, czy jednak mówi o jego tajemnicy. Tej tajemnicy, którą skrzętnie ukrywa przed wszystkimi. Nawet przed swoim bratem, z którym jest zżyty. Do tego jednak musiałaby wykonać jakiś jeden ze swoim rytuałów, aby zobaczyć co się dzieje. Jedno jest pewne — jeśli wie, to zachowała to dla siebie. Ojciec dostałby wścieklizny, gdyby dowiedział się teraz prawdy.

Choć doskonale zdawał sobie sprawę, że nadejdzie chwilę, w której będzie musiał wyspowiadać się z tego sekretu.

Rozdział 2

Nefra była z natury piękną kobietą i miała w sobie coś z pradawnej urody. Jej cera była jasna, niemal alabastrowa. Długie, proste włosy w kolorze pszenicznego blondu opadały miękko na ramiona, mieniąc się w świetle niczym dojrzałe zboże tuż przed żniwami. Oczy miała w kolorze błękitnego lodu. Pasowała bardziej do słowiańskich lasów, niż do piekielnego krajobrazu. Jej rysy były delikatne, ale wyraziste — łagodnie zarysowana szczęka, proste brwi i lekko wydatne usta, które rzadko się uśmiechały. Mimo tysięcy lat i smutku na twarzy, wciąż wyglądało młodo.

Miała w sobie dumę pradawnych kobiet — tych, które znały siły natury, lecz nie mówiły o nich głośno. Spojrzenie miała pełne mądrości, czasem czułości, ale nigdy słabości. Nie mogła pozwolić, aby ktokolwiek mógł chociaż pomyśleć, że jest słaba.

Zawsze stojąca z boku. Służyła radą, gdy ją poproszono, jednak sama z siebie raczej stroniła od takich zachowań. Posiadała jednak dar — potrafiła odczytywać przyszłość i dostrzec to, czego inni nie potrafi. Wykorzystywała do tego pogańskie rytuały swoich przodków. Była bardzo precyzyjna i skuteczna w swoich osądach. Wiele razy już pomagała mężowi, gdy tego potrzebował. Domyślała się, że w końcu poprosi ją o zajrzenie w przyszłość, aby znaleźć sposób na Archanioły.

Nefra miała jednak coś jeszcze — coś czego nikt poza nią nie wiedział. Doskonale zdawała sobie sprawę, że nie może z nikim podzielić się tą wiedzą. Potrafiła zajrzeć w przyszłość bez rytuałów. W ostatnich dniach wizje powracały z niepokojącą intensywnością. Nie szukała ich, same przychodziły nieproszone. I przyniosły coś, czego nigdy nie chciała zobaczyć. Nie krzyczała, nie płakała. Zbyt wiele razy próbowała walczyć z losem. Za każdym razem przegrywała — nie z winy jej czy innych, lecz dlatego, że pewnych rzeczy nie może zmienić. Muszą się wydarzyć. Przeznaczenie nigdy nie pyta o zdanie czy plany. Nefra może jedynie iść obok i patrzeć jak nadchodzi nieuniknione.


Napięcie było niemal namacalne. Przyglądała się synowi. Tak bardzo chciała go ostrzec i powiedzieć mu prawdę. Jednak wiedziała, że nie może. Z resztą … Czy w ogóle by jej uwierzył? Jeśli tak, z pewnością próbowałby sam oszukać przeznaczenie.

Jego twarz była szlachetna, a jednocześnie surowa. Rysy miał wyraźne, kanciaste, ale niepozbawione subtelności. Ciemne, krótkie włosy układała się w nieco potarganą fryzurę, nadając mu wygląd nieokiełznanego buntownika. Głębokie oczy, o intensywnym spojrzeniu, zdradzały więcej niż chciałby pokazać światu. Kolorem przypominały dojrzałe kasztany. Jego szczęka była mocno zarysowana, lekko porośnięta idealnie przyciętym zarostem, który dodawał mu jeszcze bardziej męskiego, drapieżnego wyglądu. Całość dopełniała jego postawa — nonszalancka, ale czujna, jak u drapieżnika, który może zaatakować w każdej chwili, a jednocześnie gotowy, by chronić to, co dla niego najcenniejsze.


Diro otrząsnął się z zamyślenia. Spojrzał na matkę i oznajmij, że wychodzi.

— Dokąd idziesz? — spytała, chociaż wiedziała, że nie ma co liczyć na prawdziwą odpowiedź.

— Muszę po prostu wyjść. Przemyśleć, co zrobić.

— Rozumiem. Idź, gdzie musisz. Uspokój się i poukładaj myśli.

— To właśnie zamierzam.

Kiedy Diro opuścił salę, Nefra pozostała sama. Tak jak zawsze, gdy nastawała cisza, którą tym razem zakłócał jedynie trzask palonego w kominku drewna. Usiadła powoli na chłodnym stopniu prowadzącym do tronu. Spojrzenie miała utkwione w przestrzeni, ale widziała znacznie dalej, niż sięgały mury piekła. Przyszłość — i jej koniec. Wizje znowu wróciły — nieproszone. Jej najstarsze dziecko, owoc miłości i ciemności. Ona wiedziała. Wiedziała wszystko, a jednak milczała. Nie dlatego, że chciała, ale dlatego że los za każdym razem przypominał jej jak bolesne jest nieposłuszeństwo wobec jego woli. Nadzieję, która wówczas się tli, że tym razem się uda, z impetem sprowadza do parteru.

Doskonale wiedziała dokąd się udaje. Wpatrywała się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał. Wciąż czuła w powietrzu jego obecność. Jego żar, bunt i ból. Zbyt wiele miał w sobie ognia. Zbyt wiele serca, które kiedyś zostanie złamane. Zacisnęła dłonie, a powieki mimowolnie opadły. Ujrzała obrazy, które pojawiały się nagle niczym wiatr zwiastujący nadejście burzy.

Widziała dwa miecze. Jeden czarny jak noc pozbawiona gwiazd, zaś drugi lśnił niczym lustro odbijające słońce. Widziała krew — dużo krwi. Pragnęła krzyczeć, wyrzucić z siebie ten cały ból i niemoc.

— Zaczęło się. — pomyślała, przypominając sobie prośbę męża. — Teraz nic tego nie powstrzyma.

Oczy napełniły się jej cicho łzami. Patrzyła przez chwilę na drzwi, przez które jej najstarszy syn wyszedł.

— Przestań głupia. — skarciła się w myślach i otarła łzy, które zdążyły już spłynąć po policzkach. Zacisnęła przy tym mocno zęby, żeby się uspokoić i nie wytwarzać nowych łez — Po co ci to? Przecież i tak to nic nie zmieni. Nie uratujesz nikogo. Ale… mogę to spowolnić.

Wpadła na pewien pomysł. Ujęła kamień Hag między kciuk a palec wskazujący, który miała przywieszony na szyi na jutowym sznurku.

Kamień ten był znany między innymi jako kamień czarownic. Ludzie uważali, że patrzenie przez otwory w nim pozwala na zaglądanie do świata duchów. Byli też tacy co wierzyli, że kamienie Hag to kamienie żmijowe, które zostały stworzone przez węże i posiadają zdolności uleczania ich ukąszeń. Nosiła go jako ozdobę. Nie była pewna, czy to przez jego noszenie przychodziły do niej te niechciane wizje. Otrzymała go od matki wieki temu. Ta jednak nie uprzedziła jej o ewentualnych zdolnościach kamienia. Może sama nie wiedziała. Może nie miała takich widzeń. Także tajemnica jej kamienia pozostanie tajemnicą już na zawsze.

Jednak nie od razu Nefra mogła widzieć co się wydarzy. Dopiero po kilku stuleciach zaczęły ją nawiedzać. Mąż nigdy nie zauważył tego momentu, w którym je miała. I dobrze. Gdyby o tym wiedział, zapewne inaczej by do tego podchodził. Próbowałby dowiedzieć się wszystkiego, a co gorsza, próbowałby oszukać przeznaczenie, tak jak ona kiedyś. On nie przestawałby w próbach nagięcia losu do własnej woli. Ona jednak już wie z jakimi konsekwencjami się to wiąże i zraziła się do tego pomysłu. Nie wiedziała kto ma władzę nad losem, ale wiedziała, że nie wolno go ignorować.

Nefra musiała teraz przygotować rytuał, aby wypełnić wolę męża. Musi jednak nieco ograniczyć przekazaną wiedzę. Teliente z pewnością będzie chciała dołączyć. Na szczęście póki co nie wie jak go wykonywać, co daje jej drobną przewagę i musi ją umiejętnie wykorzystać. Kiedyś nauczy córkę tego rytuału, ale jeszcze nie teraz. Jest bardzo zdolna pod tym względem. Szybko uczy się magii. Może kiedyś przekaże jej również kamień Hag.

Rozdział 3

Za oknem słońce zaczęło powoli chylić się ku zachodowi, gdy Diro siedział w fotelu i rozmyślał. Próbował skupić się na przyjemniejszych myślach, jednak obraz zdenerwowane ojca skutecznie mu w tym przeszkadzał. Westchnął głośno i odchylił głowę do tyłu opierając ją o oparcie fotela. Bardzo chciałby zakończyć swoje zadanie raz na zawsze. Wyrwać się spod obietnicy złożonej ojcu. Niestety, złożył przysięgę krwi — taką, której w żaden sposób nie można zerwać. Gdyby tylko wiedział jak sprawy się skomplikują, może wtedy by jej nie złożył. Może wtedy inaczej by to rozegrał. Albo gdyby nie zszedł wtedy na Ziemię. Nie spotkałby jej. Nie miałby tego problemu teraz i wszystko byłoby prostsze. A tak jest rozdarty między dwoma światami — żywych i potępionych.

Wziął szklankę z wodą, którą sobie wcześniej przygotował. Wypił wszystko naraz prawie się dławiąc. Odstawił ją na stolik przed sobą i otarł kącik ust z wody, która próbowała tamtędy uciec. Podniósł wzrok na ścianę przed sobą i spojrzał na półkę, gdzie stało kilka zdjęć. Z każdej fotografii patrzyła na niego uśmiechnięta kobieta. Najpiękniejsza jaką w życiu spotkał. Podszedł do półki i wziął do ręki jedną ramkę, z tym które chyba lubił najbardziej. Ich pierwsza wspólna fotografia. Dotknął kobiecej twarzy i uśmiechnął się do siebie. Przypomniał sobie ich pierwsze spotkanie. Od tego czasu minęło zaledwie pół roku, ale bardzo chętnie to wspominał.

Tamtego dnia wymknął się z piekła, kiedy rodzice byli zbyt zajęci, by to zauważyć. Często robili tak z bratem. Tak naprawdę nie mieli pojęcia czy rodzice wiedzą o ich ucieczkach, które trwały od setek lat. Jednak bracia różnili się tym, że Asmo w przeciwieństwie do Diro wymykał się, żeby dać upust swoim męskim żądzom. Starszy wymykał się po to, by na chwilę zapomnieć o walce. Nie myśleć o tym kim jest. I być przez chwilę kimś zwykłym. Bardzo rzadko interesował się kobietami w taki sposób jak brat, chociaż one nim zawsze. Był przystojny, dobrze zbudowany i bardzo męski. Dlatego zawsze znajdowała się jakaś chętna, by spędzić z nim czas. Jednak przeważnie musiały się zadowolić jego bratem, który nie przepuścił żadnej okazji. Nie żeby Diro był jakiś święty, ale raczej wołał mieć trochę spokoju. Nie przeszkadzało mu jednak, że Asmo częściej znikał zostawiając brata samego.

Tym razem jednak wybrał się sam. Naprawdę chciał odpocząć od tego wszystkiego. Pobyć sam po kolejnej kłótni z ojcem. Nie miał ochoty na żadne towarzystwo. Podczas spaceru złapała go straszna ulewa. Woda lała się strumieniami. Żeby się schronić, wszedł do pobliskiej kawiarni. Zdążył jednak nieco zmarznąć na tym deszczu, więc jedyne na co miał ochotę to kubek gorącej herbaty lub kawy.

W środku panowała spokojna atmosfera. Jakaś para siedziała przy witrynie i patrzyła na padający deszcz. Trzymali się za ręce i lekko wzdychali, jakby czuli wokół siebie fale romantyzmu. W kącie siedział starszy Pan czytający gazetę. Musiał dopiero co dostać swoje zamówienie, bo z kubka powoli wyłaniała się delikatna para. Z głośnika leciała jakaś relaksująca muzyka. Właśnie tego teraz potrzebował — spokoju. Ściągnął kaptur z głowy i podszedł do lady, zza której stała odwrócona dziewczyna, która układała szklanki. Usiadł na wysokim krześle, jednak ona nie przerwała. Najwyraźniej nie usłyszała jak podchodził. Musiała stanąć na palcach i mocno wyciągnąć rękę do góry, aby odłożyć szklankę na najwyższą półkę. Nie należała do wysokich. Włosy miała długie. Związane wysoko w prosty kucyk sięgały połowy pleców. Czarne i lśniące niczym rozgwieżdżona noc. Ubrana w czerwoną koszulkę z krótkim rękawem, na widok którego Diro przeszedł dreszcz. Na dworze było bardzo zimno i wietrznie. Jeansy miał dobrze dopasowane, podkreślały jej kobiecą sylwetkę. Przy pasie było widać czary sznurek. Z pewnością miała na sobie firmowy fartuch.

— Czy jest szansa na gorącą kawę? — spytał grzecznie — Albo chociaż herbatę?

— Myślę, że da się zrobić. — dziewczyna odłożyła ostatnie dwie szklanki i odwróciła się do Diro.

Kiedy na nią spojrzał, patrzył jak zaklęty. Oczy w kolorze brązu z domieszką zieleni jakby go zahipnotyzowały. W tym pierwszym spojrzeniu dostrzegł nie tylko urodę. Miała w sobie coś, czego nigdy wcześniej nie widział. Nie umiał jednak tego nazwać. Zauważył nieziemski spokój zakotwiczony głęboko w oczach. Dużych i intensywnych, podkreślonych czarną kredką. Grzywka lekko opadała jej na jedno oko, dodając jej tajemniczości i delikatności. Sprawiała, że wyglądała na odrobinę nieśmiałą. Pełne usta miała delikatnie zarysowane. Była całkowicie naturalna. Nie to co większość dzisiejszych kobiet, które zmieniają w sobie wszystko co tylko się da i myśląc, że się przez to piękne. Subtelny i delikatny makijaż tylko podkreślał jej autentyczność.

Patrzyli na siebie przed dłuższą chwilę, po czym otrząsnęła się i dodała nie odwracając od niego wzroku.

— Toooo… co wolisz?

— Yyyyyyy, kawę. Zwykłą. Bez mleka i cukru.

Diro nie był w stanie myśleć normalnie. Wyglądał jak zestresowany dzieciak, który stoi przy szkolnej tablicy.

— Przygotuje ją. — odpowiedziała.

— Poczekam. — odpowiedział i zdobył się na uśmiech. Prawdziwy i szczery. Taki jakim się obdarza osobę, którą dawno się nie widziało i za którą się tęskniło. Ona również się uśmiechnęła i ruszyła w stronę ekspresu.

Diro nie mógł się powstrzymać i zerkał na nią co chwilę. Co się z nim dzieje? Nigdy czegoś takiego nie czuł. Ręce mu się pociły, jakby się stresował. Ale dlaczego? W ciągu całego swojego życia poznał niezliczoną ilość kobiet, ale żadna nie wywołała w nim takiej reakcji. Więc dlaczego tak się denerwował? Przecież to niedorzeczne. Nawet jej nie znał. Podniósł głowę i oparł ją na dłoniach, kładąc łokcie na blacie. Zerknął jeszcze raz. Ona też zerknęła, ale szybko odwróciła wzrok, kiedy zauważyła, że się jej przygląda. Uśmiechnął się i poczuł jak fala gorącej krwi uderza mu do głowy. Nagle poczuł rumieńce na policzkach. Serce zaś biło mu szybciej niż zazwyczaj.

— Opanuj się. — skarcił się w myślach — Oddychaj spokojnie. Co się z tobą dzieje?

Gorąco opadało bardzo powoli. Czuł się i zachowywał jak ludzki nastolatek, który się zakochał. Minęło minuta, ale miał wrażenie, że trwa to wieki. Nie odczuwał złości, że parzenie kawy tyle trwa. Odczuwał zdenerwowanie, ponieważ ona była poza jego zasięgiem. Mógł tylko patrzeć. Patrzeć jak ona też się niecierpliwi. Ocierała ręce jakby się denerwowała. Widział to bardzo wyraźnie. Niemal słyszał jej nierówny oddech. W końcu po kolejnej minucie kawa była gotowa. Które z nich stresowało się bardziej? Pewnie ona, bo musiała jeszcze tą filiżankę donieść w całości do lady, tak aby nie uronić ani kropli. Szła powoli trzymając spodek obiema dłońmi. Patrzyła na zawartość swoich dłoni, jakby to był jej pierwszy dzień w pracy. Dotarła do lady i postawiła zamówienie przed nim. Na talerzyku zauważył serwetkę, małą łyżeczkę i ciasteczko. Uśmiechnął się na widok tego ciasteczka. Podniósł wzrok na nią. Miała w sobie coś czego nawet nie umiał nazwać. Jakby magię, jakąś nieziemską aurę. Coś co sprawiało, że nie mógł przestać na nią patrzeć. Nie wygląda na taką, która prosi się o uwagę mężczyzn, ale chyba mimo to ją dostawała. To był chyba jej największy atut.

— Wszyscy przeklęci. — pomyślał nie odrywając od niej wzroku. — Chyba się…

Nie chciał wtedy nawet wypowiedzieć tego słowa w myślach, ale wiedział że będzie miał przez to kłopoty. I to nie małe.


***


Patrzył dalej na zdjęcie i uśmiechał się sam do siebie. Pamiętał jak nie chciał wychodzić z tej kawiarni. Pewnie już wtedy by do niej bardziej zagadał, gdyby nie ta grupka przyjaciół, która weszła do kawiarni. Musiała zająć się pracą. Choć chyba nie miała wtedy już na to ochoty. Westchnęła wtedy ciężko, a jej oczy nieco posmutniały. Następnym razem gdy przyszedł, jej nie było. Stracił ochotę na siedzenie tam. Dopiero następnego razu znów ją spotkał. Wszedł do kawiarni spojrzał za ladę, ale akurat jej nie było. Była tam inna dziewczyna. Ta, którą spotkał poprzedniego razu. Jednak rozpoznała go. Uśmiechnęła się i podniosła dłoń na znak, aby chwilę poczekał, po czym udała się na zaplecze. Czekał i aż zaczął się stresować. Był bardzo podekscytowany. Skoro kazała mu poczekać, to znaczy że ona tu musi teraz być. Wróciła po parunastu sekundach, a za nią szła ona. Kiedy go zobaczyła, aż przystanęła. Oczy aż jej urosły, jak małemu dziecku na widok wymarzonego prezentu. A na ustach pojawił się nieśmiały uśmiech, którego mimo że próbowała ze wszystkich sił, nie umiała powstrzymać. Odwzajemnił go i podszedł do niej.

— Cześć. — powiedział.

— Cześć. — odpowiedziała.

— Miło Cię widzieć.

— Ciebie również.

— Jestem Diro.

— A ja Gabriela. Napijesz się kawy?

— Bardzo chętnie.

Patrzyli na siebie przez chwilę, próbując powstrzymać uśmiechy, ale nie byli w stanie. Oboje wiedzieli po co tu przyszedł. I że nie będzie to ich ostatnie spotkanie. A na pewno nieplanowane.


Z myśli wyrwał go gwizd gotującej się wody w czajniku. Podszedł do kuchni zrobić dwie herbaty. Dla siebie i dla niej. Jesień trwała w najlepsze, na zewnątrz robiło się coraz chłodniej, więc pewnie gdy wróci z chęcią się napije czegoś ciepłego. Zalał kubki i podszedł do okna. Oparł przedramię o ścianę i położył głowę na ręce. Spojrzał przez okno. Słońce zdążyło już zniknąć za horyzontem, a uliczne latarnie już się zapaliły. Panował ogólny spokój, który zakłócał jedynie śmiech kilkuletniego dziecka, które szło razem z rodzicami. Mała, ale szczęśliwa rodzinka. Patrzył przez chwilę na nich. Dziecko szło między rodzicami, trzymając ich za ręce. Rodzice co chwilę podnosili chłopca, który bawił się w długie skoki. Było widać i słychać, że ta zabawa mu się podoba. Szczerze im zaczął zazdrościć tej beztroski. Znał Gabrielę zaledwie pół roku, ale chciałby tak właśnie z nią wyglądać. Nie mieć tych problemów, które ma teraz.

Kiedy zniknęli z pola widzenia, wrócił myślami do swojego ojca. Nie wiedział czym bardziej się przejmował. Samą próbą wygrania nad Archaniołami czy tym co będzie później. Jak ojciec zareaguje na fakt, że jego syn upodobał sobie ludzką kobietę. I co gorsza, to ją chce uratować od ognia piekielnego i pojąć za żonę. Co prawda póki co ojciec nikogo mu nie wskazał ani nie sugerował, ale mógł mieć już jakiś plan co do swego pierworodnego. Diro nie wyobrażał sobie innego scenariusza, niż ten w którym ojciec się zgadza. Choć te pół roku było niczym w porównaniu do jego wieku, to doskonale wiedział, że to właśnie z nią chce spędzić wieczność. Z nią i ich dzieckiem. Albo dziećmi.

Stał tak jeszcze chwilę, gdy usłyszał kroki pod drzwiami wejściowymi, a po chwili dźwięk klucza w zamek. Drzwi były otwarte, więc nie dało się go przekręcić. Drzwi otworzyły się i słyszał:

— Diro? Jesteś? — spytała Gabriela.

— Tak, jestem w salonie. — odpowiedział, po czym ruszył w stronę wejścia, gdzie Gabriela ściągała buty i kurtkę. Gdy tam dotarł od progu przywitał się — Witaj moja królowo.

Gabriela zdążyła się tylko odwrócić w jego stronę. Nie zdążyła mu odpowiedzieć ani słownie ani chociaż uśmiechem, gdy złapał ją za nadgarstek i przyciągnął do siebie. Prawą ręką objął ją w pasie przyciskając mocno do siebie. Lewą położył na jej tylnej części szyj. Tak trzymając złożył na jej ustach namiętny pocałunek. Przesunął dłoń wplatając palce w jej włosy, jakby nie chciał pozwolić jej uciec. Położyła dłoń na jego sercu i poczuła, że bije jak szalone, po czym przesunęła ją w stronę jego twarzy.

Uwielbiała jego pocałunki. Jego dotyk. Kiedy był przy niej. Jego uczucie wydawało się tak czyste niczym kryształ, bez jakiejkolwiek skazy. Czasem miała wrażenie, że to tylko jakiś piękny sen i w końcu przyjdzie moment, w którym będzie musiała się obudzić. Sama się czasem zastanawiała jak to możliwe, że straciła głowę dla mężczyzny w ułamek sekundy. Nigdy czegoś takiego nie przeżyła. Byli owszem tacy, który jej się podobali. Z kimś się spotykała dłuższy czas. Jednak nigdy nie zakochała się tak szybko — wręcz od razu. I to jeszcze z wzajemnością. To było czyste szaleństwo, które mogłoby trwać wiecznie. Do dzisiejszego dnia potrafił sprawić, że rumieniła się jak zawstydzona nastolatka. Tak jak teraz. Ten pocałunek sprawił, że czuła wypieki na twarzy.

Jego usta smakowały tak cudownie, że nie była w stanie opisać tego słowami. Poczuła się dokładnie tak samo jak, wtedy gdy pocałował ją po raza pierwszy. Tamten pocałunek był wręcz owiany magią. I nie musiała długo na niego czekać od pierwszego spotkania.

Podczas jednego spaceru złapała ich pierwsza wiosenna burza. Biegli szukając schronienia, śmiejąc się przy tym jak małe dzieci. Gdy po dłuższej chwili udało się im znaleźć jakąś otwartą bramę prowadzącą na podwórze starej kamienicy, przemoczeni schowali się pod nią. Gabriela opierając się o ścianę patrzyła jak deszcz zalewa ulicę. Po kilku sekundach wyprostowała głowę i spojrzała na swojego towarzysza. On już się jej przyglądał z uśmiechem. Podszedł do niej i zgarnął z jej twarzy mokre włosy. Gdy tylko ją dotknął przez jej ciało przeszedł przyjemny dreszcz. Położył dłoń na jej policzku, nachylił się i ją pocałował — czule i delikatnie. A gdy nie napotkał z jej strony żadnego oporu, zrobił to ponownie. Jednak tym razem bardziej namiętnie.

Teraz czuł jak jej ciało zaczyna drżeć. Nie chętnie, ale musiał zakończyć pocałunek. Wciągnął jeszcze mocno powietrze przez nos, jakby chciał jeszcze wciągnąć w siebie jej zapach. Odsunął twarz od jej i wypuścił powietrze przez usta. Otworzył oczy i spojrzał na ukochaną. Zaskoczona miała oczy szeroko otwarte i łapczywie próbowała łapać powietrze. Jej oddech był szybki, jak gdyby próbowała uzupełnić tlen w każdej komórce swojego ciała. Jej ciało jeszcze trochę drżało. Gdyby jej nie trzymał, z pewnością by upadła — tak silnie na nią działał. Jednak w jego ramionach była bezpieczna. Przyglądał się jej zafascynowany. Oczarowany. Zakochany. Wiedział jedno. Cokolwiek powie jego ojciec, on nie zmieni zdania. Przez te wszystkie stulecia spotkał wiele kobiet, ale żadna nie dokonała tego co Gabriela. W zaledwie ułamek sekundy rozkochała w sobie syna Lucyfera. Do tego stopnie, że był w stanie poświęcić dla niej wszystko co miał. On należy do Gabrieli, a ona do niego. I nikt, nawet sam władca Piekła tego nie zmieni.

Kiedy nieco doszła do siebie, spojrzał w jej oczy, w których źrenice wróciły już do normalnej wielkości i powiedział tylko:

— Kocham cię.

Rozdział 4

Archaniołowie — Michał, Gabriel i Rafał czekali przed Salą Uzdrowień należącej do Świętego Łukasza. Tym razem pomocy najlepszego medyka potrzebował Sariel, ponieważ dotkliwie ucierpiał w starciu z Diro. Co jakiś czas słyszeli jęki zszywanego brata. Czekali w milczeniu, a ich myśli krążyły wokół jednego. Każdy doskonale wiedział o czym myślą pozostali, ale żaden nie umiał rozpocząć tej rozmowy. Po dłuższym czasie Rafał w końcu postanowił przełamać ciszę.

— Najważniejsze, że żyje.

— To prawda. — przytaknął mu Gabriel — Niestety to co się stało, oznacza tylko to, że Diro rośnie w siłę. I że coraz ciężej będzie go pokonać.

— Masz rację. — zgodził się Rafał — Nie mam pojęcia co się zmieniło, ale też mam wrażenie że w ciągu ostatnich miesięcy stał się potężniejszy.

— Zauważ, że częstotliwość jego ataków też się zwiększyła. — dodał Gabriel.

— Niestety. — stwierdził Rafał po chwili namysłu.

Michał stał w kącie milczący, przyglądając się braciom. Słuchał spostrzeżeń Gabriela i Rafała. Jako lider zdał sobie sprawę, że niestety mają rację. Najwyraźniej coś kierowało jego przeciwnika do szybszego zwycięstwa. Jeśli tak dalej pójdzie, może to mu się udać. Chyba, że oni pierwsi znajdą sposób na niego.

Michał czuł się odpowiedzialny za stan zdrowia rannego. To on jako dowódca Archaniołów, zlecił Sarielowi zajęcie się Diro. Wiedział, że tak naprawdę mogło to samo spotkać każdego, jednak to on został ranny. Michał miał przez to wyrzuty sumienia i czuł, że to on powinien był stoczyć tą walkę z Diro.

Po długim minutach usłyszeli zbliżające się kroki z sali. Drzwi otworzyły się, a za nimi wyłonił się Święty Łukasz i spojrzał na trójkę Archaniołów.

— Nic mu nie będzie. — powiedział medyk — Został mocno zraniony, ale szybko z tego wyjdzie. Na szczęście został zraniony w bok z dala od serca.

— Dziękujemy Łukaszu za twoją pomoc — rzekł Michał, kładąc dłoń na jego ramieniu — Możemy do niego wejść?

— Ale tylko na chwilę. — upomniał ich. — Żeby wrócił jak najszybciej do pełni sił, musi teraz odpocząć. Rana musi się zagoić, a do tego potrzebny jest mu spokój.

— Bez obaw. — zapewnił go Michał. — Wejdziemy dosłownie na chwilę.

— Zatem dobrze, możecie wejść. — po tym słowach Święty Łukasz oddalił się.

Archaniołowie weszli do sali i podeszli do łóżka, na którym leżał ich brat.

— Jak się czujesz? — spytał Rafał.

— Bywało lepiej. — odparł. — Rana boli, ale Łukasz zapewnił mnie, że niedługo wydobrzeje.

— To dobrze. — rzekł Michał z uśmiechem. Po chwili jednak uśmiech zniknął z jego twarzy i spytał — Co się właściwie stało?

— Nie jestem pewien. — odpowiedział. — Naprawdę nie wiem, ale jest w nim jakoś dziwna, nowa siła. Coś czego nie było wcześniej.

— A czy widziałeś … — zaczął Gabriel, ale nie zdążył skończyć pytania.

— Nie. — zaprzeczył bez wahania. — To nie było to. Coś innego. Też od wewnątrz, ale nie przysięga. Było widać, że to coś siedzi w nim gdzieś głęboko.

— Odpocznij Sarielu. — rzekł spokojnie Michał. — A my w tym czasie spróbujemy obmyślić jakiś plan. Dołączysz do nas, gdy wydobrzejesz. A stanie się to szybciej niż myślisz.

— Dzięki bracie. — odparł z uśmiechem.

Trójka Archaniołów udała się do wyjścia. Postanowili spotkać się z pozostałymi, aby przekazać im wieści o stanie zdrowia ich rannego brata.

— Jeśli to nie przysięga, to co? — zastanowił się na głos Gabriel.

— Dobre pytanie. — stwierdził Rafał.

— Cokolwiek to jest, musimy to powstrzymać. — wtrącił Michał. — I to jak najszybciej. Jeśli tego nie zrobimy, Diro w końcu nas pokona. A wtedy cała ludzkość zostanie pochłonięta przez piekło. Tylko nasza siódemka stoi na straży ludzi. Jeśli nas zabraknie, reszta aniołów nie będzie miała żadnych szans w starciu z ich siłami.

— Owszem, ale musimy działać rozważnie. — zgodził się Gabriel. — W emocjach za wiele nie zdziałamy.

— Masz rację Gabrielu.

Cała trójka przystanęła na dźwięk czyichś słów. Odwrócili się i ujrzeli Świętego Piotra.

— Witaj Piotrze. — przywitał się Rafał w imieniu wszystkich — Słyszałeś co się stało?

— Oczywiście, słyszałem. — przytaknął. — Już chyba całe Niebo o tym słyszało. I widzę, że sprawa robi się chyba coraz bardziej poważna.

— Niestety. Tak właśnie jest. — potwierdził Gabriel. W jego głosie zabrzmiała nuta zrezygnowania. — Sariel został zraniony, Diro nie wiedzieć czemu rośnie w siłę. Nie bardzo wiemy co mamy robić.

Święty Piotr patrzył na nich gładząc swoją długą, siwą brodę. Widać było, że nad czymś rozmyśla. Po dłuższym namyśle, odezwał się.

— Zbierzcie pozostałych i przyjdźcie do mnie.

— Ale Sariel musi odpocząć. — zaprotestował Michał. — Święty Łukasz powiedział, że…

— Nie bądź nie mądry Michale. — wtrącił Piotr. — Dobrze o tym wiem. On niech odpoczywa. Mam na myśli pozostałych, Uriela, Raguela i Remiela. Gdy wasz brat wydobrzeje, będziecie mogli mu przecież wszystko przekazać.

Michałowi zrobiło się nieco głupio, że naskoczył na Piotra, ale nie odezwał się ani słowem. Jego skruszona mina mówiła wszystko. Czasem w nerwach potrafił najpierw coś powiedzieć, zanim pomyślał.

— Po co mamy przyjść? — spytał Rafał.

— Jest coś co powinniście wiedzieć. Wiem, że sytuacja z wrogiem nie jest ciekawa. Rozmawialiśmy z Bogiem o tym i uznaliśmy że to już najwyższy czas, aby dać wam nieco dodatkowego wsparcia.

— Dodatkowego wsparcie? — powtórzył zaskoczony Gabriel. — O czym ty mówisz?

— Zbierzcie braci i przyjdźcie do mnie. — powtórzył Piotr. — Im szybciej to zrobicie, tym szybciej się dowiecie. Sami dobrze wiecie, że robi się niebezpiecznie. Dlatego chyba warto się pośpieszyć.

Święty Piotr odwrócił się i poszedł spokojnie w stronę swojej pracowni, gdzie miał zamiar wszystko wytłumaczyć. Michał, Gabriel i Rafał spojrzeli na siebie zdezorientowani. O jakim wsparciu mówił Piotr? Co takiego ustalili z Bogiem?

— Rafale, Ty leć po Uriela. — rozkazał Michał. — Ty Gabrielu, po Raguela. Ja udam się po Remiela. Tak będzie szybciej.

Rafał i Gabriel przytaknęli i bez słowa ruszyli po braci.

Michał maszerował korytarzem w skupieni. Jako dowódca zastępu Archaniołów, górował nad pozostałymi nie tylko posturą, ale również sposobem poruszania się. Zawsze czujny i gotowy do walki. Jego potężne, śnieżnobiałe skrzydła zdawały się niemal dotykać podłogi. Miał włosy w kolorze złotego brązu, a oczy chłodnego błękitu, w których zawsze była widoczna pewność siebie. Chociaż dzisiaj po raz pierwszy ta pewność, ustąpiła miejscu uczuciu strachu. Po raz pierwszy Michał wystraszył się. Nie tylko o życie brata, ale również pozostałych. A także o swoje. Mógł posłać każdego do walki z Diro, a wybrał Sariela. Myśl, że mógł stracić brata nie dawała mu spokoju. Nie miał pewności, czy ten sam los nie spotkałby któregoś z pozostałych. Jednak czuł się w pełni za to odpowiedzialny.

— Szkoda tylko Piotrze, że nie powiedziałeś o tym wcześniej. — pomyślał. — Może Sariel teraz by nie cierpiał. Mam tylko nadzieję, że to wsparcie wystarczy, aby zakończyć tą wojnę raz na zawsze.

Rozdział 5

Teliente nie miała w zwyczaju się śpieszyć. Robiła wszystko w swoim tempie i nie lubiła jak się ją pośpiesza. Zdarzały się jednak sytuacje, jak ta dzisiaj, że sama siebie poganiała. Miała pomóc matce w przygotowaniu do rytuału, o który prosił ojciec. Nie żeby była jakąś grzeczna i posłuszną córką, ale w kwestii rytuałów i zaklęć była pierwsza do nauki. Potrafiła umiejętnie dobierać składniki, a magia była jej posłuszna. Uwielbiała to, głównie dlatego że wykorzystywała wiedzę do własnych celów. Przynajmniej póki może i nikt o tym nie wie.

Dzisiaj miała poznać nowy dla niej rytuał. Słyszała o nim, ale nie mogła go odnaleźć w księgach Nefry. Jakby ta bardzo dobrze go ukryła jakimś specjalnym czarem, albo usunęła z księgi. Istniało spore prawdopodobieństwo, że ta zna go na pamięć i nie chciała, aby córka za szybko go poznała. Młoda Teliente z pewnością, by go wykorzystała i to nie raz. Matka miała pomóc najstarszemu synowi w pokonaniu Archaniołów. Miała znaleźć sposób.

Czekała na matkę w sercu starego, mrocznego lasu, nieopodal ruin wielkiego niegdyś zamczyska. Musiały zebrać kilka niezbędnych rzeczy do rytuału. Minuty mijały, a Nefry wciąż nie było, prze co robiła się coraz bardziej niecierpliwa. Z nudów dla zabicia czasu, zaczęła w dłoniach wytwarzać małą kule ognia. Przerzucała ją z jednej do drugiej. To była jedna z pierwszych sztuczek, jakich się nauczyła. I choć była już dorosłą kobietą, lubiła tą zabawę. I bawiłaby się tak jeszcze dłużej, gdyby nie nagły szelest liści pod stopami.

— Spóźniłaś się Mamo — powiedziała zamykając dłoń, aby zgasić płomień.

— Zapamiętaj, że władczyni nigdy się nie spóźnia — poprawiła ją — To ty przyszłaś za wcześnie. Z resztą jak zawsze, gdy masz się nauczyć czegoś związanego z magią.

Odwróciła się do matki i zdjęła kaptur odsłaniając swoje długie, krwistoczerwone włosy. Były swoim całkowitym przeciwieństwem. Delikatna, jasnowłosa Nefra i drapieżna, zmysłowa Teliente nie wyglądały jakby były spokrewnione. Różniły się nie tylko wyglądem, ale również charakterem, czy sposobem poruszania się. W przeciwieństwie do skromnej rodzicielki, jednym spojrzeniem potrafiła pokazać swoją pozycję i pewność siebie. Mimo wszystko starała się, póki co okazywać jej choć odrobinę szacunku. W końcu była jedyną osobą, która mogła ją wszystkiego nauczyć.

— Dokąd idziemy? — spytała.

— Tam. — matka wskazała palcem na zamek. — Rosną tam potrzebne nam bylice i szkarłatna róża. A należy je zbierać tylko…

— Gdy księżyca przybywa, bo wtedy mają największą w sobie moc. — przerwała jej Teliente. — Tak, pamiętam.

— Dobrze, zatem chodźmy.

Szły w milczeniu. Ciszę, przerywał jedynie szmer ich kroków oraz wiatr, który kołysał pozostałymi na drzewach liśćmi. Nawet największe drapieżniki tego lasu, skryły się czując ich aurę. Dobrze wiedziały, że jedno choćby spojrzenie lub gest z ich strony, mogłoby sprowadzić na nich zgubę. Jednak z pewnością Nefra, która była kiedyś ludzką istotą, użyłaby czegoś odstraszającego. Co do Teliente nie było tej pewności. Ona zrodziła się pośród piekielnego ognia w samym centrum Piekła. Więc krzywda innych, raczej nie robiła na niej wrażenia. Gdy zbliżały się do zamku, matka spytała:

— Nie było cię zeszłej nocy, prawda?

— Prawda. — odparła z lekką irytacją w głosie. Wiedziała, że matka zaraz będzie chciała ją pouczać.

— Tak myślałam.

— I? — spytała po chwili milczenia.

— Nic.

— Nic? — Teliente przystanęła zaskoczona. Nie takiej reakcji się spodziewała — Tyle masz do powiedzenia?

— Tak. Nie będę z tobą walczyć, jesteś dorosła. Przyjdzie czas, że skończą się twoje nocne ucieczki. Dobrze o tym wiesz. Nie jestem pewna czy twój brat ci na nie pozwoli.

— Diro? — Teliente, aż prychnęła z pogardą — Nie sądzę, żeby mój kochany braciszek mi pozwolił. Musiałby mieć naprawdę dobry powód. Jest taki jak ty.

— I przyjdzie mu za to zapłacić. — pomyślała, ale na szczęście kaptur na jej głowie zasłonił twarz i córka nie zauważyła jej miny.

— Asmo byłby łatwiejszy do przekonania. — mówiła dalej. — W końcu te wszystkie ich wypady to był jego pomysł.

— A ty je podłapałaś.

— Po prostu biorę przykład ze starszego rodzeństwa. Dlaczego tylko oni mieliby się dobrze bawić? Skoro moi braciszkowie mogą korzystać z ludzkich uroków, to ja również mogę.

— Oby ta twoja pewność siebie kiedyś cię nie zgubiła.

— Mnie? — spytała rozbawiona. — Córkę Piekła? Mam to wpisane w krew. Obie dobrze wiemy, że to ja powinnam była być pierworodną. Diro jest czasem zbyt miękki, a Asmo to skończony debil.

— Teliente — skarciła ją podniesionym tonem, jakby chciała sprowadzić córkę do porządku.

— No co? Taka prawda. Diro ma w sobie coś, co sprawia że ma… jakby to nazwać … ludzkie odruchy. A przez Asmo przemawia pycha i urażona duma drugiego synka. Tylko ja mam na tyle siły, by władać Piekłem tak jak ojciec.

— Ale nie jesteś pierworodną. Musisz się z tym pogodzić.

— Uwierz mi, pogodzona to niestety z tym jestem. I to od bardzo dawna — odparła stanowczo — Stwierdzam tylko fakty. Na moje szczęście to ja będę władać magią, więc mój brat, nie będzie aż tak stratny.

— Więc uważasz, że kolejność jest odpowiednia?

— Z dwojga złego, lepiej w tę stronę. Asmo się nie nadaje do władzy, chociaż on twierdzi inaczej. Osobiście, to nawet miejsca po Diro bym mu nie dała, ale to już nie moje zmartwienia.

— Dlaczego?

— Jest zbyt porywczy i często nie myśli. Najlepiej działa, zamiast pomyśleć. Dlatego dowództwo nad wojskiem nie przyjdzie mu łatwo. Diro przynajmniej analizuje zanim ruszy w bój. Przewyższa go pod każdym względem. Dlatego też Asmo nigdy mu nie dorówna. Zawsze już będzie jego cieniem.

Nefra mimo, iż kochała synów po równo, musiała przyznać rację najmłodszemu dziecku. Bolało ją to, że tak o nich mówi, ale milczała. W jej ocenie Diro posiadał wszystkie niezbędne cechy dobrego przywódcy. Jednak to nie był czas na rozmyślenia. Wchodziły bowiem do ruin dawnego zamku.

Pośród kamiennych kolumn opadła mleczna mgła. Powietrze pośród murów było gęste, chłodne i wilgotne. Blask księżyca, który przybrał już prawie kształt pełni, delikatnie oświetlał im drogę między porozrzucanymi kamieniami. Między nimi kwitły krzewy róż, które dziko oplatały wszystko co spotkały na swej drodze.

— Szukaj szkarłatnej. — poleciła Nefra, po czym się rozdzieliły.

Wbrew pozorom nie było to łatwe zadanie. Rosły tu róże, które mieniły się niemal wszystkimi kolorami. Owszem, czerwonych róż było tu sporo, jednak potrzebna była im ta konkretna. Inny odcień czerwieni, mógłby tylko zniekształcić obrazy jakie powinny się ukazać podczas rytuału. Jego przekaz nie byłby wówczas odpowiedni. Teliente bardzo chciała znaleźć ją pierwsza, choć wiedziała że musi dobrze wytężyć wzrok. Chodziła między pnączami i szukała.

Czas mijał nie ubłagalnie, ale matka nie informowała jej o znalezisku, więc przeczesywała teren centymetr po centymetrze. Nagle przystanęła i spojrzała w głąb jednego z pomieszczeń, które właśnie mijała. Instynkt nakazał jej tam wejść. Ze sporego otworu w ścianie do komnaty wpadało światło księżyca. Jego blask padł na jedno z pnączy. Podeszła do oświetlonego miejsca.

— Mam cię — rzekła triumfalnie z szerokim uśmiechem na twarzy. Wyciągnęła po nią rękę i szepnęła — Choć tu do mnie mała.

Złapała za łodygę i delikatnie, aż stanowczo zerwała kwiat. Przybliżyła go do twarzy i przyjrzała się starannie. Róża wyglądała jakby ktoś celowo pokrył ją błyszczącą, srebrzystą powłoką. Iskrzyła się w blasku światła. Jej zapach był intensywny i przytłaczający, ale jednocześnie przyjemny i słodki.

— Ładna jesteś. Szkoda, że trzeba będzie cię poświecić. Idealnie byś wyglądała w mojej komnacie — westchnęła ciężko, bo wiedziała że nie może jej zatrzymać — Ale wiem już, gdzie was szukać. Wrócę tu i znajdę jeszcze jedną.

Wstała uradowana, po czym ruszyła do wyjścia.

Rozdział 6

Gdy słońce zaszło, wiatr ucichł. Majestatyczny las zaczął przybierać niepokojący wyraz. Gabriela nie czuła lęku, ale zaczął towarzyszyć jej dyskomfort i niepewność. Nie zatrzymywała się jednak — szła przed siebie przez leśną ścieżkę. Nie wiedziała, jaki jest jej cel podróży, ale dobrze wiedziała, w którą stronę ma się udać.

Robiło się coraz ciemniej i gwiazdy zaczęły pojawiać się na niebie. Spojrzała w górę i ujrzała gwiazdozbiór Wielkiej Niedźwiedzicy. Siedem gwiazd mieniło się, jak gdyby chciały jej coś powiedzieć. Spuściła głowę i patrzyła przed siebie. Krajobraz znów zdawał się pociemnieć, ale oczy przyzwyczaiły się już do panującego mroku, dzięki czemu widziała dość wyraźnie.

W końcu dotarła na polanę, na środku której stało małe drzewo pozbawione liści. Podeszła do niego i nagle usłyszała krakanie kruka. Rozejrzała się, ale nigdzie nie mogła go dostrzec. Między jednym krakaniem, a drugim słychać było czyjś szept. Jednak Gabriela nie mogła zrozumieć ani jednego słowa.

Spojrzała na drzewo i ujrzała przed sobą kruka, który siedział na najbliższej gałęzi. Przyglądał się jej uważnie przez dłuższą chwilę. Znów zakrakał, a zaraz po nim słychać było szept. Tym razem jednak w tej mowie usłyszała swoje imię.

— Kim jesteś? — spytała patrząc ptakowi w oczy. — Czego ode mnie chcesz?

Ten jednak nie odpowiedział. Patrzyli tak na siebie, gdy nagle z nieba zaczęły spadać krucze pióra. Zaniepokojona rozejrzała się, aż ujrzała małe światełko między drzewami. Patrzyła na nie, a szept znów się pojawił.

— Gabriela. — usłyszała.

— Kim jesteś? — spytała zniecierpliwiona.

— Twoim przeznaczeniem — powiedział głos, a małe światełko rozbłysło zakrywając całą ciemność dookoła.


Gabriela krzyknęła, przebudzając się. Rozejrzała się nerwowo, po czym zorientowała się, że jest w swoim mieszkaniu.

— Gabi, wszystko w porządku? — spytał Diro, wybudzony jej krzykiem. — Co się stało?

— Przepraszam. — odpowiedziała. — To tylko jakiś zły sen.

Diro podniósł się, usiadł przy niej i objął ją. Wtuliła się w niego i cały niepokój zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Jego obecność zawsze działała na nią kojąco.

— Już dobrze kochanie. — powiedział. — Co ci się śniło?

— Że szłam jakimś ciemnym lasem po zmroku. — zaczęła opowiadać. — Trafiłam na jakąś polankę. Coś mnie tam ciągnęło i znalazłam tam kruka, który zaczął głośno krakać. A zaraz potem usłyszałam szept, który wypowiadał moje imię. Potem pióra zaczęły spadać z nieba i ujrzałam światło. Ten głos powiedział, że jest moim przeznaczeniem, po czym zrobiło się bardzo jasno. Wtedy się obudziłam.

— Trochę dziwny ten sen.

— Wiem, ale na szczęście to tylko sen.

— Dokładnie. — Diro przytulił ją mocniej i spytał. — Dasz radę zasnąć?

— Tak. — odpowiedziała z uśmiechem. — Ten sen nie był jakiś przerażający, ale czułam się niekomfortowo.

— Rozumiem. W takim razie połóż się i spróbuj zasnąć. — odparł, po czym pocałował ją.

Położył się i wyciągnął do niej rękę — zapraszając by się przytuliła do niego. Uśmiechnęła się, kładąc głowę na jego ramieniu, po czym mocno się w niego wtuliła. Objął ją i ponownie ucałował czubek jej głowy. Nie minęło dużo czasu, a już spał. Ona zaś leżała i zaczęła rozmyślać o kruku.

Nie mówiła tego ukochanemu, ale to nie pierwszy raz w ostatnim czasie, gdy ten sen ją nawiedzał. Zawsze jest taki sam — ten sam las, drzewo, kruk. I ten sam szept, który wypowiadał słowa jak wyuczoną kwestię. Tylko jej imię brzmiało wyraźnie.

Rozdział 7

W gabinecie Świętego Piotra, aż wrzało od rozmowy. Sześciu mężczyzn podniesionymi głosami rozmawiało na temat ostatnich wydarzeń. Ich potężne głosy skutecznie zakłócały możliwość zrozumienia poszczególnych słów. W bocznych drzwiach stanął Święty Piotr.

— Chłopcy uspokójcie się proszę. — niemal krzyknął, a Archaniołowie zamilkli w ułamku sekundy — Dziękuje. A teraz mnie posłuchajcie. Niestety mamy taką sytuację, a nie inną i musieliśmy podjąć pewne kroki. Po długiej naradzie ustaliśmy z Bogiem, że najwyższy czas, aby sięgnąć po dodatkowe wsparcie. Nie znacie całej historii, ale teraz ją poznacie.

Piotr podszedł spokojnym krokiem do okrągłego stołu, który mieścił się w samym centrum pomieszczenia. Skinął głową na znak, aby wszyscy podeszli i rzekł:

— Po tym jak pokonaliście Lucyfera, doszło do niewytłumaczalnej dla nas w tamtej chwili rzeczy.

— Jakiej? — spytał Michał.

— Kiedy ostatni raz patrzyliśmy na swoje gwiazdy? — spytał nagle Piotr.

Archaniołowie spojrzeli po sobie, nie bardzo rozumiejąc do czego on zmierza. Jednak prawda była taka, że rzeczywiście od wielu stuleci żaden z nich nie spoglądał na gwiazdę, z której się narodził.

— Tak myślałem. — dodał starzec, lekko uśmiechając się — Jest was siedmioro. Jak siedem gwiazd w zbiorze wielkiej niedźwiedzicy. Każdy z was zrodził się z innej gwiazdy.

— Wiemy o tym. — odparł Michał — Piotrze, proszę. Do sedna.

— Gabrielu, a kiedy ty ostatni raz przyglądałeś się swojej gwieździe? — spytał Piotr, ignorując Michała.

— Nie pamiętam. — odparł nieco speszony Gabriel — Wieki temu.

Święty Piotr machnął ręką nad stołem, nad którym pokazał się obraz z gwiazdami konstelacji. Spojrzał na zgromadzonych i powiedział:

— Każda z nich powstała w momencie waszych narodził. Jednak byliście w nich uśpieni. Mieliście zostać zbudzeni w momencie zagrożenia — takim jak Lucyfer. Dzięki wam nie zagrażał nam zbytnio. Jednak jak wspomniałem, po tym jak go pokonaliście, zdarzyło się coś czego nie planowaliśmy. I początkowo nie rozumieliśmy. — spojrzał na Gabriela — Jedna z gwiazd niespodziewanie przesunęła się delikatnie i ukazała coś za sobą. Gabrielu… Za twoją gwiazdą skryła się druga.

— Co to oznacza? — spytał lekko przerażony Gabriel.

— Kiedy wy byliście zajęci odbudowywaniem tego co Lucyfer zniszczył, z tej ukrytej gwiazdy narodził się jeszcze jeden Archanioł.

— Co? — wszyscy zadali to pytanie jednocześnie.

— Jak to możliwe? — spytał Gabriel. — I dlaczego nic o tym nie wiedzieliśmy?

— Nie było takiej potrzeby. — odparł Piotr. — Zrozumieliśmy z Bogiem, że ten Archanioł nie zrodził się, by walczyć z Lucyferem. Gdyby tak miało być, wówczas byłby z wami. Rodząc się po walce, dał nam jasno do zrozumienia, że zagrożenie z jakim mu przyjdzie walczyć dopiero nadejdzie.

— Gdzie on jest? — spytał Remiel.

— Nie tu. — odparł Piotr. — Dusza Archanioła błąka się wśród ludzi od samego początku. Gdy ciało umiera, dusza ulatnia się i szuka nowego schronienia. Do tej pory nie miała wstępu do Nieba.

— Dlaczego? — spytał Gabriel.

— Musieliśmy chronić tego Archanioła. Nie wiedzieliśmy z czym mamy do czynienia. Ani z kim przyjdzie mu walczyć. Prawdopodobnie połączenie całej waszej ósemki, przyniesie zwycięstwo w walce z Diro. — Piotr zamyślił się na chwilę, po czym wypowiedział swoją myśl zbyt głośno — Choć to łatwe nie będzie.

— Czyli ten Archanioł. — zaczął Gabriel — To taki mój bliźniak? Trzeba go szybko odnaleźć. Nie mamy czasu do stracenia. Jeśli połączenie wszystkich naszył sił pomoże, musimy się śpieszyć.

— Zgadzam się z Gabrielem. — przytaknął Rafał — Trzeba się udać na ziemię i go odnaleźć.

— Musicie szukać tu. — odparł Piotr, pokazując im mapę. — W kraju nad Wisłą. A dokładnie tutaj. Jednak w uśpionej formie, nie jest dla was wyczuwalny. Moglibyście przejść obok i nawet o tym nie wiedzieć.

Spojrzeli po sobie. Wiedzieli już gdzie, teraz tylko pytanie jak szukać?

— No to szykujemy się Panowie. — powiedział uradowany Uriel. — Kierunek Ziemia.

— To nie jest dobry pomysł. — Michał ostudził zapał Uriela.

— Dlaczego? — spytał zaskoczony. — Przecież musimy go znaleźć. Sam do nas nie przyjdzie.

— Zgadza się, ale musimy stać na straży. Uważam, że najlepszym rozwiązaniem będzie jeśli tylko jeden z nas się tam uda. Nie wiemy, kiedy Diro znowu spróbuje zaatakować. Musimy być w pełnej gotowości.

— Co zatem proponujesz?

— Gabrielu. — Michał zwrócił się do brata — Ty powinieneś iść.

— Ja? — spytał zaskoczony.

— Tak. To twój bliźniak, dlatego tobie będzie najłatwiej go znaleźć. Poza tym możesz kogoś zapytać mówiąc, że wygląda tak jak ty. My tak nie możemy.

— Pozwolę sobie … — Piotr chciał coś dodać, ale żaden go nie słuchał.

— W porządku. — powiedział Gabriel — Tak zrobimy. Mam nadzieję, że szybko uda mi się go odnaleźć.

— Postanowione. — tym jednym słowem Michał zakończył spotkanie — Dziękujemy Piotrze. Teraz nasza kolej na działaniu. Choć Gabrielu, musisz się przygotować.

Archaniołowie wyszli pośpiesznie z pomieszczenia, zostawiając Świętego Piotra samego. Ten spojrzał na stół, gdzie wciąż widać było jeszcze gwiazdozbiór. Patrzył na malutką gwiazdę, która wyglądała jak wystraszone dziecko chowające się za starszym bratem.

— Bez obaw mały Archaniele, Gabriel cię odnajdzie. Szkoda tylko, że nie dali mi dojść do słowa, bo przez to tak naprawdę nie wie, czego ma szukać. Michał niestety czasami jest zbyt porywczy. To dobry dowódca, ale zdarza się że nie słucha. Tak jak teraz. Na szczęście Gabriel jest spokojem. Pewnie dlatego twój wybór padł na niego. — Piotr zamyślił się na chwilę — Nie wiem co będzie, gdy się przebudzisz. Ale wiem, że twój czas właśnie nadszedł. I bez ciebie ta walka będzie przegrana. Bez ciebie … Twoi bracia nie mają żadnych szans.

Rozdział 8

Asmo uważnie przyglądał się matce i siostrze, gdy te wykonywały skomplikowany rytuał, aby odnaleźć przyczynę, która blokuje im zwycięstwo. Dla niego magia była stratą czasu. Czymś bez czego prawdziwy wojownik może się obejść. Uważał, że sprawa jest prosta. Wystarczyłoby zabrać ze sobą większą ilość ludzi. Jego zdaniem Diro brał ich za mało na walkę. On sam chętnie też wziąłby udział w walce, ale niestety bez zgody brata, nie mógł tego zrobić. Niechętnie, ale szanował tę decyzję. Wiedział, że nieposłuszeństwo wobec jego woli, może nie przynieść mu korzyści w przyszłości. Co prawda, w dalszym ciągu będzie pod jego rozkazem, ale będzie miał nieco więcej swobody.

Spojrzał w jego stronę. Nie bez powodu stał sam z boku, oparty o kolumnę. Czuł, że zawiódł, skoro rodzice musieli wkroczyć. Był o to zły na siebie. Już na pierwszy rzut oka było widać, że czuje się przegrany. Dlatego stał w cieniu, by nie przyciągać zbytnio spojrzenia. Zerkał tylko na nie jak wszystko szykują, oczekując na przybycie ojca. Nie widzieli się od momentu, gdy ten poprosić żonę o pomoc. To był też jeden z tych bardzo rzadkich momentów, gdy królowa miała przy sobie całą trójkę swoich dzieci.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 14.18
drukowana A5
za 43.45