E-book
1.37
drukowana A5
34.77
drukowana A5
kolorowa
63.8
Przepaszcie biodra waszego umysłu

Bezpłatny fragment - Przepaszcie biodra waszego umysłu

2019


Objętość:
248 str.
ISBN:
978-83-8189-483-8
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 34.77
drukowana A5
kolorowa
za 63.8

Limbus Polonorum

Zew poetów polskich

antypody miłości i kangur słów

korek, muskat, kielich namiętność ust

burze filozofii greckiej much

chwilowe zdystansowanie się od Krakowa

antypolskie nienawiści i kot Pantei,

a potem puls mitręgi powstańczy

kamień filozoficzny i złoto w grobowcach wawelskich

zaglądanie do Odysei,

a potem żeglowanie z jemiołą w pośmiertnej pościeli

zew gęsi przylatujących przelatujących rozkrzyczanych

korale Wyspiańskiego ampułki Wojtyły

porzucony młot miłości w jaskini śmierci

koło zatoczone historii,

to tylko grobowiec, nie koniec

zew się rozlega w niszach katakumb ducha

eksploduje Czyściec wier-rzy,

czyli Otwarta Otchłań Boża


Jej spojrzenie

To jakieś Morze Czerwone otwarte

owocny Długi Marsz Dziesięciu Tysięcy

podróż kompletna dookoła świata zagubionych żeglarzy

fantastów wejrzenie do wnętrza Ziemi

jej spojrzenie z księżyca planety Syriusza

jak hasło wezwało mnie nagle,

wyrwało z Ziemi Opisanej,

popchnęło w krainy sercom nieznane,

naznaczyło tęsknotą światów tak odległych

jak ja teraz od niej

z krainy szczęśliwości Argonautów powrócę

do rzeczywistości bólu i rozpaczy niejasnej?

jej spojrzenie — to poprawione równanie

ogólnej teorii względności

sięgającej krańca ludzkiej wiedzy — Dogonów

podróż wprost z jasnych jej oczu

na drugą stronę mego ciemnego bytu

odnalezienie Atlantydy,

odkrycie dobra na szczytach

starożytnych piramid myśli


Księga Wyjścia

Są takie góry

w moim pokoju,

skąd Bóg woła,

moje życie to

Księga Wyjścia

Niepotrzebne starcie

Zgoła niepotrzebne starcia

lichych nietoperzy z przykucniętymi lwami

na jednej z sawann Syberii

po zmierzchu

we śnie?

o nie!

legendy i mity Zachodu tam nie dotarły nigdy,

lodołamaczami starają się zatrzeć

ślady po prawdziwych zwierzętach

w kraju rad czy nie rad,

więc pojutrze już zginie tundra?

i ci, którzy chcieli ją posiąść?

tak, uciekaj stamtąd za koło za umarłych szlak,

ale wszędzie wojny światów:

wołów piżmowych z prekursorami

zbijania pieniędzy na piżmie,

bobrów z przemysłowcami futrzarskimi nowych porządków,

długie noce zatapiania przez zorze

białych niedźwiedzi, bo białe jak morze,

siłowania się renów z Nieńcami,

pertraktowania Niemców z gazownikami,

pogoni Czuwaszy na dzikich konikach

za Krasną Armią na saniach,

starcia petroglifów neolitu z odpadami barbarzyńców 5G

leci przekaz o zagładach przez świat

jak pierwszy sputnik,

jak błędna informacja,

jak militarna deformacja,

jak rewolucji reformacja

na odzew niemowląt i czaszek — baczność!

wojna światów:

zastałego lodu i nadchodzącego ognia

niepotrzebne starcie?

a jednak nieuniknione!


Cloaca Maxima Ubu

Są takie lotne scenariusze końskiej propagandy

czy chcesz w jednym z nich zaistnieć?

pod jaką postacią?

wiem, chcesz być Świętoszkiem Moliera

i Gavroche’em Wiktora,

ale czy Królem Ubu Polakiem Alfreda

chcieć to móc, proszę bardzo

scenariusz się pisze, szukaj przebrania

ćwicz tembr i mimikę

najlepiej na tafli lodowej

użyj sopli zamiast zębów

wkliknięcia i odprzeciągnięcia, niedotknięcia i poplecenia głosowe

to teraz dominuje w technice scenicznej

końska propaganda wymaga mocnych scen

wulgarnych słów i szybkich pustych mów

podwieszę twoją postać wysoko

na pasach i powoli będę cię spuszczać

do studni życzeń,

a ty hej tuj, hej tuj, hej pluj na świętości,

byś zniknął w diamentach cały

czeskich brukselskich jakichś

(Cloaca Maxima)

scenariusz piszę, pisze się, pisz się

poemat chwalę poe mat

gawiedzi pozwalasz na wiele

populistom na pohybel

z lóż

(biorę się za słowo jak za chleb

rzeczywiście tak jak księżyc konnicę ludzie

znają mnie tylko z jednej jesiennej wśród spadających liści

galopującej bez głowy

strony)

rozkład jazdy Apollinaire’a w scenie ostatniej

czasy scenariuszy postrealnych Bukowskiego mijają?

Cloaca Maxima będzie zabudowana

zaśpiewają — cześć tobie, Kato zwany Cenzorem

My nie doprowadzimy do wojen

My nie doprowadzimy do wojen

nie to pokolenie

powtarzam to w kółko

my nie zaczniemy na nowo zorganizowanych działań destrukcyjnych

w Europie już rozgrzanych półcieni

jesteśmy zbyt zacofani

w myśleniu o prometeizmie heglowskim,

co w nawiązaniu do tomistycznych drążeń idei w ciałach

wywołał rewolucję społeczną burzowych gniazd

wszelakich maskonurów pogodowego balansu,

skutkiem czego była ta nawała północna długotrwała

wędrówka paproci, mamutów, sinic

hekatomba kołujących jak smoki pterodaktyli i wolnomyślicieli

w zaściankach pretendujących do roli Świątyni Milionów Lat

Hatszepsut

my to nie oni, ni Kim, ni Hitler, ni Sargon

takie ni to, ni sio człowieczeństwa,

co to raz wpada w groby zaświatów,

a potem zmartwychwstaje zaraz na życzenie gawiedzi

i tak w kółko

my nie zbudujemy kontrowersyjnych piramid nad grobami,

tylko konsekwentne niebieskie pociągi, co przez tysiąclecia

przewozić będą frazy Coltrane’a i grafiki użytkowe Miro

z Kłaja do Szanghaja po dnie oceanu

słabości niskości wesołości

i tak w kółko, beznamiętnie, bezwojennie

dla pokoleń w krainach łagodności

Gołębie milczące

Ale żeby tak nagle powiedzieć

— sprostam, na pewno sprostam?!

szepnął gołębiom wtedy milczącym za dach krach

wy nas wszystkich nacie m-m-ma za myśliwych

— dopowiedział jastrząb nocny się mocujący z nimi,

ale nawet nie znalazłbyś siebie w takiej sytuacji

nawet nie, w kartonach na granicy światów,

a już zamurowano ptaka niewinnego lotnego

chyba to Picasso

albo ktoś z tych kręgów

politeizacja po pokoju

socjalizacja pop koju

ateizacja s pokoju

graffiti na ścianie układnego warszawskiego pokoju

papierowe gołąbki na patykach w pochodzie codzienności

i w gołębnika ch głębi komuniści zaczęli

odliczanie po po ko ju po ko ju i buuuum prawie

Kukliński to przerwał — sprostał,

bo inaczej bylibyśmy jak te kubistyczne

płótna w Guernice tkane,

zawieszone na galerii galerach krzywych wież Moskwy

Amerykanie je namalowali sprayem swoim

i opatrzyli podpisami:

byłem, zrozumiałem, zwyciężyłem

wracam do Maryland z Picassem Syrenką

jestem murem za nim za murem już,

bo wart miliony Polaków dusz

żywy ch nie umarły ch


Solowy występ

Zewnętrznie solowy występ wydawał się

całkiem dobry do czasu

jak na warunki panujące na scenie

i widowni oczywiście nobliwej

bomba spadła po chwili

uderzył w klawisze niezbyt płynnie

korciło go, naoglądał się koncertów Cecila w Ornecie,

nasłuchał dodekafonii w Wiedniu,

uderzył zbyt śmiało, złamał palec

bomba uświadomienia spadła

jak we włoskim filmie Droga

jak wiadomo powszechnie, kinie nowej realności

wewnątrz gotował się i ściskał jak pięść

chciał zawsze ją podnieść nad głowy

chciał podłym zgotować egzekucję dźwiękową

zgotował,

potem żałował,

choć sporadyczne oklaski

okazały się doceniać reżyserię i kurtynę

artysta zemdlał ściśnięty buntem nazbyt

po wykonaniu koncertu dziecka nocy Walpurgii

to uderzenie w klawisze nauczyło go pokory

wobec fizyki przyrody

zewnętrznie bladość wszelka wyglądała

na matni purpurę

i vice versa

takie to bywają mistyfikacje

artysta okazał się tęczą jedynie

tęczą przed burzą, aczkolwiek

dobre i to — ktoś powiedział,

może Didi,

skandal — z jaskółki zlatując,

odkrzyknął Gogo

klap, klap, klap — taki był finał

Akompaniament

Gdyby antyczne góry mogły śpiewać,

ja byłbym depresją dla nich

jak pudło rezonansowe gitary

akompaniującej chrystologicznie

Meteory mentorów

Zawsze bądź wierny meteorom mentorów,

a nawet więcej

sam bądź meteorem

i wyleć innym na spotkanie

lotem bezpośrednim, nadciągającym

— z ewolucjami

zawsze wstępuj z uśmiechem tam, gdzie

masa i energia to jedno,

ale ciągle brak szczerych uśmiechów

wreszcie rozwiąż równanie Joba — skorupy i gnoju,

zerwij kaptur i maskę Vadera

kluczenie w piątego wymiaru Pampasach

pozwala na chwilę odbudować autorytet Lucasa,

ale potem może być niżej, gorzej, ciemniej

czas rozjaśnić twarze Absolwentów i Robinsonów

zaproś jakiś meteoryt na ten komers kosmitów,

wyleć mu na spotkanie,

a rozedrganą jak światło przebrzmiałych światów

cięciwą warg

wypowiedz lotu słowa: przepraszam, szkoło

— szkoda, że to stało się tak szybko

Po potopie

Począwszy od pierwszej kropli,

zachowywał się jak prawdziwy deszcz

pomogłem mu unieść się ponad chmurę

pierwszy raz

drewniane błyskawice klekotały w niebie

drewniany koń ze skrzydłami zmieniał tęczę

w piekielny żywot mitu,

gdy zapłonęła tęcza, zapłonęła planeta

z wizją końca antyku zaraz po potopie

poszedłem na skróty przez niebo,

otworzyłem arkę serc,

odtworzyłem rajski ogród dla zapłakanych

zwyczajnym ludzkim, gestem zatrzymałem deszcz

łez

Infoprzywódcy

Idą nowożebraccy, idą i niosą dary

z Ameryki do Europy

nowo wybudowanym mostem pomostem

z kasyn ciemiężyciele wszechstrad,

a ja dę i pę, by zamknąć

odwrócone koleje (losu)

niegdyś ułożone na dnie (tory),

teraz przerzucone wiatrem i balonami

z Ameryki do Polski

długa droga prowadzi

witajcie, kochani, i bądźcie nam radzi, oj dana,

dana mi jest wielkoduszność wobec infoprzywódcy,

więc skaczę z jego spadochronem

na siebie

(za dary dzięki)

wyjdą nowobogaccy starohuccy średniopolscy

z Polski do Europy, oj dana

Czysty intelekt

Całkiem odwieczne dosiadane na oklep

każdej komety i spadającej gwiazdy

enuncjacje zwycięstw duchowych robotów kosmicznych

we wspomnieniach uciekających poza widzialne

efemeryd cywilizacyjnych naszości zbawiennej

w epigramatach galaktyk ręką pisane Zbawiciela

całkiem odwieczne, prawie Adamowe,

moje już w Wielki Wtorek krople krwawego potu

mój ból kręty jak Jerozolimy uliczki

i ciasny jak tunel dla wąskotorowej kolejki skazanych

łzawy, o tak, ja płaczę

odwieczne dziedzictwo płacze we mnie

pod niebem wyklętej ludzkości

spoglądam przez strach przez drżenie

rzęs nad okiem zamykającej się śmierci,

co otworzyć się musi supernową ab ovo,

zmartwychwstaniem na nowo

w moich najczulszych życzeniach

dla gigantów nienarodzonych dzieci

gigantów czystej miłości

wszystkich, co nawet nie widzieli świata grzechu

wspomnij galaktyki, co są tylko myślą Boga,

wspomnij poczęcie tam w górze czystego intelektu


Dzieci zmysłowego brzasku

Zmagazynowany zapach kasztanowca

w codziennej twórczej pracy

bezzębny okaz jaskini kiedyś stalaktytowej

dzisiaj jak skarbiec państwa

niesiesz Syriusza protezy odległe,

sam kuśtykając jak Voyager

giną w puchnących słońcach —

jako wasale i dziedzice jego — dzieci wiosny

Krzyż Południa rozkwita w maju w Ojcowie i Skale

kasztanowiec w lodówce ust

wiewiórki już tworzą z marzeń-kasztanów Drogę Piwną dziwną

będzie pienił się nimi jesienią każdy sad i park,

gdy ty znikniesz w gwiazdach

jak zapach kwiatów majowych księżycowy,

zanim nadejdzie skumulowana pora świata niewidzialnego,

bezzapachowego

dla zapracowanych jaskiniowych gryzoni snu

— dzieci zbyt zmysłowego brzasku


Chmury abstrakcji

Synchroniczne skalkulowane do bólu

wyliczenia piętnastu matematyków ciszy

zasianej od Cancun do Magadanu

zrewolucjonizowały nakładanie mandatów

na ministrów hałasu

niegdyś niebotyczne sekwoje w Kordylierach umysłu

zawyrokowały na Sejmie jakimś o rozliczalności chmur

dających się podzielić

wędrówka dusz nie jest wędrówką chmur,

powiedział Drzewiec,

i wyleciały wszystkie precyzyjnie

wedle map gwiezdnych kierowane

lotnością umysłów wspierających letargi,

gdy Ziemia spała jeszcze, a sekwoje niespokojnie drżały,

nastało skalkulowane dłubanie w jako takiej ciszy

eksploratorem wzajemnym

niby chcianym, pożądanym, ale oklepanym i nudnym

w 40. wieku ewolucji naczyń poważnych

i butelek zaliczanych do głośnych uwodzicielek matematyków,

wyroiły się więc z gniazd węży szepczące gwiazdy

jak cisza zgasła tuż przed nastaniem ery zaopatrzonych lamp,

a po nich fatalnie zmumifikowane i nierzucające ani snopów,

ani cienia, ani palenia, ani spełnienia

chmury abstrakcji bogów


Na zesłaniu

Na zesłaniu anioł mój

w moim towarzystwie niech uwielbi nowy kraj

zesłaniec na dale zachodni

jak tornado nad Grenlandią,

więc siadaj ze mną dzielny wojaku weteranie

do stołu, jaki mam,

zagrajmy w warcaby zniczami pamięci,

obsłużmy wieżę audio

niech otaczający dźwięk uwielbi dusze nasze dwie

wszak ty jesteś duszą samą,

a ja ciała już nie pragnę

zagrajmy razem: słupnicy, mentorzy, eremici

zesłani ze słońcem na pątniczą Elbę

na piach, na rozgwiazdy złóżmy dąsy nasze

grajmy i słuchajmy mórz wiekuistych subtelności

pieśni małych czas

przyswajajmy kwiaty dźwięków pełnych

niech w nas dziwne zakwitną

jakże skromną bielizną raju

oswajajmy zorze i noce jak rumianki

w kolektywnym sporze o pozostałości Grenlandii

odwołają nas razem do centrali?

i co wtedy, jakie tam plany

w kwietnych symfoniach pójdziemy, tańcząc, obejmujący

i obejmowani przez nowy świat?


Elity w kokonach

Zazwyczaj niezbyt eleganckie elity

pretendują do rządów wolności,

gdzie one mogą wszystko, a inni nic

mogą ścinać królów, bogów i proroków,

wyrzucać z grobów biskupów i palić relikwie poetów,

a inni tylko chylić czoła jak cheruby w Babilonie

elity nie są złe same w sobie,

są narzędziem diabolicznym przez swą megalomanię i butę

lity krzem przemawia bardziej do ludzi pospolitych

marmolada do błędnych rycerzy

ambrozja utracjuszy do pseudointelektualnych wariatów i sług

księżyc do księcia, który księciem będzie zawsze,

nigdy królem, choćby był z marmuru i spiżu,

z węgla i stali, z roli i z soli, z kiszek mysich i totemów,

z twardych ideologii, myśli i definicji światopoglądów

elity zawsze służą księciu — to dworacy,

bezwolni, marionetki mistrza,

srebrzystobiali udający buntowników krwistych

w hegemoniach zbudowanych jak kokony

nekrofagi życia w sarkofagach społeczeństwa

w formach przetrwalnikowych, gdy trzeba


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 34.77
drukowana A5
kolorowa
za 63.8