E-book
23.63
drukowana A5
38.41
Przepaść i Przywiązanie

Bezpłatny fragment - Przepaść i Przywiązanie

Objętość:
120 str.
ISBN:
978-83-8440-367-9
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 38.41

W tym zimnym świecie, pośród obojętnych, lodowatych ludzi, chcemy przywiązać się do kogoś, kto nas pokocha. Chcemy też przywiązać kogoś do siebie — by móc kochać. Dajemy to, co w nas najlepsze i oczekujemy wzajemności. To głęboko ludzkie.

Ale uważaj: nie przywiązuj się zbyt mocno, bo poczucie straty może strącić cię w przepaść.

Gdańsk, styczeń 2026 r.

Daria

Wiem, że to było uzależnienie, a nie miłość, nałóg, taki sam jak narkomania czy alkoholizm. Dobrze, że odkrycie prawdy potrafiło mnie wyrwać z niewoli grzechu. Złe rzeczy w naszym życiu, muszą się wydarzyć, żebyśmy zapragnęli dobra. Bez przejścia przez piekło nie zatęsknisz za niebem. Ile jednak czasu musiało upłynąć, żebym mogła to zrozumieć, szkoda, że tak wiele… Nie, nie szkoda, bez sensu jest żałować czegokolwiek, to trochę tak samo jak ze wspomnieniami. Wspomnienia mogą być ukojeniem albo koszmarem. Wybór należy do ciebie.

Leokadia

Drobinki śniegu wirowały w powietrzu, ulica Mariacka cała w światełkach, wyglądała jak fragment bajkowej książki, do środka, której można wejść i zapomnieć o wszystkich sprawach. Kamienne krużganki ozdobione lampkami, migotały w ciemności, rzucając złote i niebieskie blaski na przepływający tędy, mimo późnej pory, tłum ludzi. W ten styczniowy wieczór, kiedy tam przechodziłam, zatrzymała mnie dawna znajoma; jej pytanie mnie zaskoczyło, bo nie wiedziałam nawet, że pamięta jeszcze moją wnuczkę, Darię.

— Co się dzieje z twoją wnuczką?

Jej mogłam powiedzieć prawdę, bo pytała ze szczerej troski, a nie z chorej ciekawości, pozbawionej współczucia, która ma na celu dokarmianie własnego ego, na zasadzie: “no, moje wnuki żyją idealnie!” No, cóż, moja wnuczka była jak domek z kart, ubrałam jednak jej stan w trochę inne słowa i wyznałam:

— Ma poszarpane serce, ale wyjdzie z tego. Pozwoliła na to, żeby ktoś zgasił w niej światło, ale zapali je na nowo. Wyjdzie z tego — powtórzyłam z naciskiem, bo naprawdę w to wierzyłam; miałam przeświadczenie.

— A ty wyszłaś z żałoby po stracie męża?

— Nie. Ale to, z czego się nie wychodzi, z tego uwalnia człowieka — śmierć.

— Ech, ty zawsze. Leo, lubiłaś mówić o śmierci…

— Tak, bo to część życia, po to żyjemy, żeby umrzeć. Wtedy wreszcie przyjedzie po nas Chrystus.

— No… nie wiem, pójdę już…

Tak większość ludzi kończy rozmowę na tematy, które są dla nich niewygodne. Moja dawna znajoma ruszyła w innym kierunku, a ja w kierunku domu, bo za chwilę miała mnie odwiedzić Daria. Przygotuję dla niej szarlotkę z bitą śmietaną i herbatę z pomarańczą i goździkami. Czy, oprócz modlitwy, która jest ponad wszystko, może być coś lepszego na poszarpane serce? Ech, tyle wieków przeminęło, a ludzie wciąż tak samo są delikatni, kiedy zaskoczy ich rozczarowanie…

Pomorze. Gród Gyddanyzc. 997 r.

Dalebora

Dalebora miała włosy w kolorze bursztynu, a w zielonych oczach niczym niezmąconą radość, którą zachowała, mimo wszystkich przeżyć; śmierci rodziców, surowego wychowania przez krewnych. Kochała życie, była odważna i niezłomna, wieczorami wymykała się z chaty i biegła na wzgórze, z którego widać było nieomal cały gród; wiatr rozwiewał jej włosy, a blask gwiazd rozświetlał jej bursztynowym blaskiem. “Wszystko, co mogłam stracić, już straciłam, a teraz mogę już tylko zyskać. Żadna strata więcej nie strąci mnie w przepaść. Będę miała bardzo szczęśliwe życie!” — powtarzała sobie, patrząc z zachwytem na ogniska płonące wokół chat, porozrzucanych w dolinie jak maleńkie łodzie na morzu. Krzyk mew gasł w oddali wraz z ostatnimi promieniami zachodzącego słońca.

Wilhelm

Pamiętam jak przez mgłę; matka brała mnie na ręce i wirowała ze mną w tańcu, roześmiana, szczęśliwa, a potem pamiętam tylko jej krzyk, kiedy straż wyrwała mnie z jej ramion, ten krzyk potworny, który rozdzierał martwą ciszę ponurej twierdzy, w której mieszkaliśmy. Ojciec kazał mnie zabrać, bo był już na mnie czas, bym przestał być rozpieszczonym dzieckiem. Wtedy widziałem ją ostatni raz. Ostatni raz — słyszałem. Miałem pięć lat, położyli mi głowę na drewnianym pieńku i jednym ciosem miecza obcięto długie włosy, a potem trafiłem do rodziny Hodona, gdzieś na północ, gdzie czekała mnie wielka przyszłość, tak mówił ojciec. Jego wielką ambicją było, żebym był wielki! “Masz nauczyć się zabijać wrogów, masz nauczyć się nie dać się zabić, pamiętaj, najlepszą obroną jest atak, do nikogo się nie przywiązuj, a ludzi traktuj jak swoje sługi, będziesz wielki!” Jego straż zabierała mnie na wszystkie kaźnie, by żadne okrucieństwo nie robiło na mnie wrażenia. I nauczyłem się okrucieństwa, które mnie pozbawiło zdolności kochania, pragnąłem tylko władzy i kontroli nad ludźmi, ich nastrój miał być uzależniony od mojej obecności; cieszył mnie wpływ, jaki na nich wywierałem, a szczególnie przywiązywałem do siebie kobiety tak, żeby nie mogły o mnie zapomnieć. Przywiązanie Dalebory było dziecinnie łatwe — była spragniona czułości, a ja dałem jej to, czego potrzebowała. Ciało pamięta każdy dotyk. I będzie do tego tęsknić nawet wbrew rozumowi. Dotyk jest dowodem przywiązania i jego braku, jeśli gaśnie, gaśnie również pragnienie dotyku. Karmiłem się poczuciem władzy, miałem jej pod dostatkiem, dlaczego więc czułem się coraz gorzej; jakbym wkraczał w całkowitą ciemność i nieustannie bałem się straty…

Chciałem, żeby ona wypełniła moją przepaść, a tak naprawdę, żaden człowiek nie może tego uczynić…


Stoję nad przepaścią, Boże; nie ma jej, nie ma, a życie toczy się dalej, jakby nigdy jej nie było…

Gdańsk, 2026 r.

Mariusz

Jaka ta Daria głupia! Czego się spodziewała? Miała być rozrywką, a nie partnerem, czego nie mogła pojąć jej niewielka głowa?! Dom, żona, dzieci? Nie z nią! Miałem już kandydatkę, ale w tej nudzie, pragnąłem urozmaicenia, bawiło mnie to poczucie, jak jest przywiązać do siebie kobietę. A Daria była jedną z wielu; nie wiedziała? Nie moja wina, że ma taki niewielki rozumek!

Daria

Początek nowego roku chyba każdego skłania do wspomnienia minionych miesięcy i uczynienia z nich pewnego bilansu. Mój nie był najlepszy; śmierć rodziców, przywiązanie do człowieka, który był już związany z kimś innym, topienie smutków w alkoholu. Mariusz, hmm, przestałam powoli odczuwać złość, został tylko smutek, który pojawia się jak popiół po wypalonym gniewie. On nosił w sobie tak wielką przepaść, że zapełniał ją kobietami — jak dziecko pusty pokój zabawkami. Dobrze, że miałam to za sobą. Był niedzielny poranek, nie musiałam nigdzie iść, tylko babcia dzwoniła i mówiła: jest niedziela, pójdź do kościoła, to cię podniesie na duchu.”. Kościół? Niby jak? Po co? To nie dla mnie; ja tam nawet nie pasuję! Patrzyłam w okno, idealnie gładkie niebo o błękitnym odcieniu przecinały co chwilę ptaki, a z dachów kamienic spadały drobinki śniegu. Wokół fontanny Neptuna biegały roześmiane dzieci. Ileż one miały w sobie radości! Przychodzimy na świat z takimi wielkimi pokładami niczym niezmąconej radości, tej radości z drobiazgów, z życia, z każdej chwili, są jak światełka, a potem z biegiem lat — gasną — przez niespełnione ambicje, głupie marzenia, rozczarowania, przez ludzi, którzy nas do siebie przywiązali, tylko po to, bo byliśmy im w danej chwili potrzebni. NIe moja w tym wina, jeśli tak będę do siebie mówić, zmiana nie będzie możliwa. Dopiero przyznanie “moja wina” — otwiera drzwi do

zmiany. Czy ten smutek, który teraz zatruwał moje serce to była wina ludzi? Nie! Przecież to ja na to pozwoliłam i tylko ja mogę się z tego podnieść. Ale jak? W oddali biły kościelne dzwony jak serce czegoś większego, co trwa niewzruszenie, ponad wszystkie nasze bezsensowne smutki; “...to cię podniesie na duchu…” Może spróbuję? Nie mam już nic do stracenia. Wstałam, wzięłam gorący prysznic, wysuszyłam włosy, pomalowałam sobie na nowo twarz, by ukryć bladość, niechęć do życia, tę ciemność serca, która odbijała się w moich oczach. Potem zbiegłam po drewnianych schodach ze swojej kawalerki na poddaszu, po drodze słysząc urywki rozmów: “-…ona się spotykała z tym facetem, a on miał już wyznaczoną datę ślubu!

— Moja córka, by w życiu czegoś takiego nie zrobiła!

— A ile wódki ona w Żabce kupowała!

— Pewnie alkoholiczka! Jej matka taka niby elegancka paniusia, ale ojciec pił!”

Minęłam te kobiety, zbiegając po schodach i zastanawiałam się jak one tak mogą? Mogą, bo takie małe mają dusze, na nic więcej nie ma w nich miejsca. Obgadują nieustannie innych, nie oszczędzą nikogo, nawet własnej rodziny, a same tkwią z jednym z najgorszych nałogów — w nałogu plotkarstwa, które jest jak łamanie przykazania: nie zabijaj, tkwią w nałogu ogłaszania całemu światu, że są lepsze od innych, w nałogu pustego gadulstwa, które ich zamyka na istnienie drugiego człowieka. Próbowałam o nich zapomnieć, ale ich słowa wbiły się w moje serce jak kawałek brudnego szkła. Dotarłam do kościoła, jednak tam nie weszłam, przecież moje serce jest zbyt brudne… Wróciłam do domu, zamiast wina wypiłam herbatę z pomarańczą i goździkami; co za cudowny smak! Położyłam się przed północą, by być w dobrej formie w pracy. W końcu to właśnie praca jest konkretnym ratunkiem na niepoukładane emocje, nieuporządkowane przywiązania, ratunkiem przed przepaścią, nad którą stoisz. “Ora et labora.”


**

Wyszłam ze sklepu z antykami, w którym pracowałam od wielu lat, przeszłam całą ulicę Mariacką i ruszyłam w kierunku kościoła św. Brygidy. To tutaj przyszłam się wypłakać. Kościół św. Brygidy stoi tak, jakby wyrósł z ciszy między ulicami. Nie dominuje nad miastem krzykiem wież, lecz trwa — ciężki, skupiony, pamiętający. Jego mury noszą w sobie czas jak blizny: nie wygładzone, nie zapomniane.

Z zewnątrz jest surowy. Cegła ma kolor starej krwi i popiołu, jakby wchłonęła ogień i modlitwy tych, którzy przychodzili tu wtedy, gdy nie było dokąd pójść. Gotyckie ściany wznoszą się prosto, bez kokieterii, bez obietnicy łatwego piękna. To świątynia, która nie uwodzi — ona czeka.

Gdy przekracza się próg, świat zwalnia. Dźwięki miasta gasną jak knot. Powietrze staje się chłodniejsze, cięższe od historii. Nawet kroki brzmią inaczej — jakby posadzka pamiętała je wszystkie i porównywała z tymi sprzed wieków.

Wnętrze jest wysokie, ale nie puste. Nawy unoszą się nad człowiekiem jak sklepienie myśli, które nie szukają odpowiedzi, lecz prawdy. Światło wpada przez okna ostrożnie, rozbite, niepewne — nie rozjaśnia wszystkiego naraz. Tu nic nie dzieje się gwałtownie.

A potem jest bursztyn.

Ołtarz nie lśni jak złoto. On płonie od środka. Ciepły, miodowy, jakby zatrzymał w sobie słońce sprzed tysiąca lat. W bursztynie zamknięte są drobiny świata: czas, żywica, modlitwa, ból, nadzieja. Patrząc na niego, ma się wrażenie, że to nie człowiek patrzy na ołtarz — to ołtarz patrzy na człowieka.

Matka Boża w tym świetle nie jest odległa. Jest blisko. Milcząca. Taka, która widziała robotników, strach, solidarność, zdradę i wierność — i niczemu się nie dziwi.

Kościół św. Brygidy znał ruinę. Znał pustkę. Znał też dni, gdy był pełen szeptów, ulotek, strachu i odwagi. Jego ściany słuchały modlitw i planów, spowiedzi i decyzji, które zmieniały więcej niż los jednego człowieka.

To nie jest tylko świątynia.

To miejsce przechowywania sumienia

Gdy się z niego wychodzi, miasto wraca — hałas, ruch, codzienność. Ale coś zostaje pod skórą. Jak ciepło bursztynu. Jak echo kroków sprzed wieków.

Kościół św. Brygidy nie pyta, kim jesteś. On cię przygarnia do swoich ramion, pozwala się wypłakać, a potem — stawia na nogi.

On pamięta o tobie i o każdym człowieku…

**


— Dlaczego chciałeś mnie tak bardzo do siebie przywiązać, skoro wiedziałeś, że to wszystko… jest niemożliwe,,,? — w sumie żadne pytania nie miały już sensu, zgodziłam się na to spotkanie, żeby się pożegnać. Na Mariackiej w Gdańsku, gasły światła w oknach kamienic i światło zgasło we mnie.

— Przywiązanie; dobre sobie, wielkie słowo, miało być fajnie, na chwilę, a ty dramatyzujesz. Nic się nie stało, możemy się dalej spotykać!

— Nie!

— Nie?! — roześmiał się nieprzyjemnie — to ja decyduję o końcu znajomości! Każda by chciała się ze mną spotykać, a ja wybrałem ciebie, doceń to! Chcesz to zakończyć?!

— Tak.

Podałam mu rękę, ale on nie odwzajemnił gestu. Wzajemność. To ona czyni człowieka szczęśliwym. Czy jest coś gorszego od braku wzajemności? Te wszystkie: może, możliwe, być może, zobaczymy, na chwilę, ten jeden raz, ten ostatni raz — wielkie NIC. Ta krótka rozmowa z Mariuszem uświadomiła mi, że istnieją dwa najważniejsze słowa na świecie: tak, nie — wprowadzają spokój, porządkują, uwalniają od nieuporządkowanych przywiązań. Dużo jednak czasu musiało upłynąć, żebym potrafiła tę myśl jeszcze bardziej sprecyzować. O co chodzi w życiu? To proste! Powiedzieć — tak — Chrystusowi i powiedzieć nie — całemu złu tego świata, do którego przez całe życie jesteśmy nakłaniani.


**


Rozstanie z Mariuszem było jak upadek w przepaść. Dlaczego pozwoliłam sobie aż tak się do niego przywiązać?! Nie mogłam spać, jeść, żyć. Byłam przecież dorosła, dojrzała — nie miałam nawet dwudziestu lat, żeby tłumaczyć się młodym wiekiem, tylko o trzynaście więcej… Znajomi rozeszli się po kątach, bo nikt nie miał ochoty znosić mojego przygnębienia. Rodzice nie żyli, a jedynie babcia okazała się niezawodnym pocieszeniem.

— Nie sięgaj po to, co nie należy do ciebie, a unikniesz cierpienia — powiedziała spokojnie.

— Ale ja nie wiedziałam, że on ma dziewczynę. W ciąży!

— Ale teraz już wiesz. Zamknij ten rozdział. Tego już nie ma. Uwolnij się. I zacznij odmawiać różaniec.

Parsknęłam śmiechem.

— Ja?

— Tak — odparła stanowczo, niewzruszona, cudownie spokojna i zdumiewająco pewna tego, co mówi.

— Przecież ja nawet nie chodzę do kościoła! Kościół nie jest mi do niczego potrzebny.

— Zawsze można tam wrócić. „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Maryjo”… pamiętasz?

— Pamiętam. Tego się nie zapomina.

— Mam trzydzieści trzy lata, a różaniec? To zajęcie dla kogoś starego — mruknęłam.

— Mężczyzna nie może żyć dobrze bez różańca. Kobieta nie może żyć bez różańca. Dziecko nie może wzrastać bez różańca. A mówiłaś, że po rozstaniu nie śpisz, płaczesz, żeby zasnąć łykasz tabletki nasenne i popijasz je winem.

— No i co z tego?

— Mnie różaniec wyleczył z bezsenności. Spróbuj.

— Niczego nie obiecuję…

— Mnie niczego nie obiecuj. Obiecaj sobie, że o siebie zadbasz, że nie będziesz tkwić w przepaści smutku.

Zamilkłam. Babcia też. Podała herbatę, kawałek szarlotki i dwie błękitne filiżanki, które ustawiła na białej, szydełkowej serwecie. Było ciepło. I spokojnie.

Nie zamierzałam słuchać babci. Przecież to głupota! Różaniec, który wyleczył kogoś z bezsenności? Bajeczka dla niegrzecznej wnuczki. A jednak następnego dnia, kiedy wyszłam ze sklepu z antykami, w którym pracowałam, i przeszłam ulicę Mariacką, rozległo się bicie dzwonów. Skręciłam w stronę kościoła. Uchyliłam ciężkie drzwi i weszłam do środka.

Cisza. Jakby ktoś odciął mnie od zgiełku i przeniósł w inny świat — świat spokoju. To było kojące.

Zaczęłam przychodzić w każdy piątek do tego pustego kościoła na gdańskiej starówce. Siedziałam w ławce, zamknęłam oczy… i wtedy pojawił się ten obraz. Kobieta stojąca tuż obok mnie, nieruchoma, młoda, ale śmiertelnie zmęczona, ciężka od przygnębienia. Za pierwszym razem wzdrygnęłam się i odwróciłam gwałtownie, ale nikogo nie było. Potem przestałam reagować. Po prostu była — jakby jakaś pokutująca dusza z odległej przeszłości.

Dziwne, że akurat wtedy przypomniał mi się klient, który dziś w sklepie z antykami, w którym pracowałam, kupił przedwojenny zegar z rzeźbionym aniołem pochylonym nad cyferblatem.

— Dobrze, że Mieszko przyjął chrześcijaństwo — powiedział — bo inaczej dalej ze strachem prosilibyśmy Neptuna, żeby uciszył sztorm albo przyjęlibyśmy islam przy tureckim najeździe. I na pewno nie mógłbym dziś kupić tak pięknego zegara z Michałem Archaniołem.

— Czy pani się modli do Michała Archanioła?

— Nie.

— To błąd. Niech pani go naprawi.

Odszedł zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć. A teraz byłam tutaj sama, z tym cieniem, który zdawało mi się, jest tuż obok i dziwnym przeczuciem, że ten kościół przesiąknięty jest historią Gdańska.

Pomorze. Gród Gyddanyzc

997 r

O świcie Motława była nieruchoma jak zwierciadło. Tylko mgła unosiła się nad wodą, ciężka i chłodna, pełzając między palami pomostu. Gyddanyzc budził się powoli, jakby niechętnie, wciśnięty między rzekę a mokradła, czujny nawet we śnie.

Gród wyrastał z ziemi jak część lasu — dębowe wały, nasiąknięte wilgocią, ciemniały od deszczu i czasu. Strażnik na bramie poprawił skórzaną opończę i spojrzał w stronę wody. Zawsze od strony wody mogło przyjść coś nowego: handel, wieści, bogactwo albo ogień.

Wewnątrz grodu chaty stały ciasno, przytulone do siebie jakby bały się wiatru znad morza. Dym z palenisk unosił się nisko, mieszając się z zapachem ryb i smoły. Kobiety rozniecały ogień, mężczyźni sprawdzali sieci, a kowal już uderzał młotem w żelazo, jakby chciał obudzić słońce.

Na dziedzińcu starszyzna zbierała się w milczeniu. Mówiono niewiele. Tu słowa ważyły więcej niż krzyk. Każda decyzja dotyczyła rzeki — czy pozwolić obcym łodziom wpłynąć dalej, komu oddać bursztyn, kogo odesłać z niczym.

Przy pomoście kołysały się łodzie: długie, smukłe, obce. Ich dzioby zdobione były znakami, których nikt tu nie czcił, ale każdy je rozumiał. Handel nie potrzebował wspólnej wiary — wystarczała ostrożność.

Gdzieś na skraju grodu, pod starym dębem, leżał kamień ofiarny. Wciąż ciepły od wczorajszego ognia. Ktoś postawił na nim krzyż, prosty, drewniany. Nikt go nie strącił. Jeszcze.

Ludzie żyli tu między starą wiarą w Neptuna, a nową, niezrozumiałą, której znakiem był krzyż. Ludzie żyli między wodą i lądem, ciszą i nadchodzącym krzykiem historii. Pomiędzy przywiązaniem i przepaścią. Nocą słyszeli morze, choć go nie widzieli. Dniem patrzyli na rzekę, wiedząc, że niesie przyszłość. Świt przyszedł bez światła. Najpierw był chłód, potem wilgoć, a dopiero na końcu blady oddech dnia. Gyddanyzc poruszył się, jakby ktoś dotknął go od środka.

Zanim strażnik na wale dostrzegł słońce, usłyszał wodę. Motława niosła w sobie noc — cichą, ciężką, pełną obcych odbić. Sprawdził bramę, dotknął dłonią mokrego drewna. Było twarde. Gród stał.

W jednej z chat kobieta podniosła się z posłania. Ogień dogasał, ale żar jeszcze żył. Dodała szczapę, dmuchnęła ostrożnie. Dym zakręcił się pod stropem. Dziecko poruszyło się, nie otwierając oczu. Dzień mógł poczekać.

Na dziedzińcu pierwszy młot uderzył o kowadło. Raz. Drugi. Rytm obudził psy. Ktoś zaklął, ktoś się zaśmiał. Mężczyźni wynosili sieci, sprawdzali liny, liczyli noże. Ryba była dziś łaskawa albo nie — zależało od wody, nie od nich.

Przed południem do grodu wpłynęły dwie łodzie. Niskie, obce, zbyt ciche. Straż zbliżyła się powoli. Nikt nie chwytał za broń pierwszy. Wymiana spojrzeń trwała dłużej niż modlitwa. Potem padły słowa: o soli, o futrach, o żelazie. O tym, co można stracić, i o tym, co warto zaryzykować.

W południe dym stał się gęsty. Garnek z kaszą bulgotał, ryby suszyły się na żerdziach. Ktoś opowiadał sen o morzu, którego nigdy nie widział. Ktoś inny milczał, bo wiedział, że sny bywają zapowiedzią.

Na skraju grodu starzec ukląkł przy kamieniu. Nie mówił nic. Dotknął ziemi, potem piersi. Zrobił znak, którego nie nauczył się tu. Nikt mu nie przeszkodził. W Gyddanyzc rzeczy nowe jeszcze nie wypierały starych — tylko stały obok, nieufnie.

Popołudnie przyniosło wiatr. Flagi na łodziach zadrżały. Straż na wale spojrzała ku północy. Zawsze ku północy. Morze było tam, nawet jeśli go nie było widać.

Gdy zapadł zmierzch, gród zamknął się w sobie. Brama skrzypnęła. Ogień zapłonął jaśniej. Opowieści stały się cichsze. Dzieci zasnęły pierwsze.

Noc przyszła jak coś znanego. Motława znów była czarna. Kilka postaci zbliżyło się do tafli wody, noc ukryła ich uczynek, ale zdradził ich plusk — wrzucili coś albo kogoś do rzeki. A potem znowu nastała cisza. Gyddanyzc oddychał spokojnie.

Przetrwać kolejny dzień.

A to, w tamtych czasach, znaczyło wszystko.

Gyddanyzc nie był zwykłym grodem. Był obietnicą ogromnej zmiany, wzniesienia się na duchowe wyżyny. Jednak Wilhelm z rodu Hodona, który traktował mieszkańców jak swoją własność, nie przyjmował do wiadomości, że może istnieć coś takiego jak — zmiana. Jego żona jeszcze mniej myślała o czymś tak niepojętym, jej umysł pochłonięty przez nienawiść, już dawno stoczył się w przepaść.

Tamtej nocy, o której mówili strażnicy — żona Wilhelma z rodu Hodona wpadła jak błyskawica do komnaty, do której chwilę wcześniej wniesiono nieprzytomną Daleborę. Wściekłość wykrzywiła rysy jej twarzy, pogłębiając jej brzydotę, w oczach płonęło szaleństwo. Uderzył ją metaliczny zapach krwi, ale nie cofnęła się, tylko z satysfakcją spojrzała na zakrwawione łoże, wezwała straż:

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 38.41