E-book
20.48
drukowana A5
48.18
Przeklęta Piątka

Bezpłatny fragment - Przeklęta Piątka

Afterlife: Zaświaty. Tom IV


Objętość:
261 str.
ISBN:
978-83-8189-239-1
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 48.18
„Igne Natura Renovatur Integra”


All your demons are rattling chains

Welcome to the world of pain

Parkway Drive, The Void


You stare in the mirror and the evil you see

Is the menace within you that you have set free

Unleashing the beast brings the freedom you seek

But there’s no escaping maniacal me

Crown The Empire, Maniacal Me

I. Nie masz dokąd uciec, jeśli uciekasz przed sobą samym

Miał dwadzieścia pięć lat, gdy doświadczył niezwykłego uniesienia. Zaczęło się od lewitowania. Jego płuca wypełniły się powietrzem, mógł rozkoszować się zapachem wygranej. Będąc w fazie ekstazy miał ujrzeć cel swojej podróży. Chciał dotknąć podłoża, ale ono nagle zaczęło się osuwać.

Zanim się zorientował, nie widział już niczego i nikogo. Zapadła ciemność. Czarna, bezkresna otchłań, która wciągała go w swoje koszmarne szpony, wydawała się nie mieć końca. Życie przeleciało mu przed oczami szybko niczym japońska kolej, w której ludzie byli ściśnięci jak sardynki w puszce. Tymi sardynkami były jego nieszczęsne wspomnienia.

W jego świadomości pojawiły się tylko trzy krótkie zdania.

Piekielne Koleje Potępienia. Przystanek: Tenebrae. Przystanek końcowy.

Powoli otworzył oczy, rejestrując wzrokiem to, co znajdowało się wokół niego.

Podniósł się z ziemi. Przed nim znajdowały się tory, na których porozrzucano śmieci. Okolicę otaczały mury zniszczone przez graffiti. Mógł dostrzec porozrzucane kawałki cegieł, zupełnie tak, jakby w tej okolicy doszło do jakiegoś wybuchu. Jakby tego było mało, wszędzie niósł się smród, ohydna mieszanina alkoholu i uryny, pleśni i wymiocin.

Chcąc zebrać siły, których w tamtej chwili zdecydowanie mu brakowało, przez jakiś czas szedł przed siebie na czworakach. Czuł się tak, jakby ktoś odebrał mu życiodajną energię. Nie miał pojęcia, gdzie był ani jak się tu znalazł, ale musiał stąd wyjść jak najszybciej. Znajdował się w tak niesprzyjających okolicznościach, że już dawno powinien doznać ataku paniki, co byłoby istnym koszmarem, bo dopiero co skończyły mu się leki, a on jeszcze nie pojawił się u lekarza po następną receptę.

Z trudem oparł się o ścianę, prostując się. Naprzeciwko niego znajdowała się jakaś plansza, na której dostrzegł stare ogłoszenia dotyczące rozkładu pociągów. Podszedł bliżej, dostrzegając swoje odbicie w kawałkach szkła niegdyś chroniącego tablicę. Jego włosy były w opłakanym stanie, chociaż przed wyjściem z domu je rozczesywał. Rubinowa grzywka znów weszła mu do oczu, które stanowiły jego znak rozpoznawczy. Prawa źrenica miała szmaragdowy odcień, natomiast lewą porównywano do koloru kamienia, jakim jest lapis lazuli. Rozczochrane włosy, które sięgały mu do ramion, również miały podobne odcienie — ciemny granat znajdował się na czubku głowy, a przy rozdwajających się końcówkach przechodził w morską zieleń.

Nie miał przy sobie rzeczy osobistych. Żadnej torby, kart kredytowych, prawa jazdy, telefonu; jednym słowem — niczego, co mogłoby mu przypomnieć o tym, jak się tu znalazł. Posiadał tylko poszarpane, kolorowe ubrania. Widocznie takie na siebie narzucił przed wyjściem — niegdyś biały, teraz czarny od kurzu i krwi opięty podkoszulek, barwną koszulę w kratę z długim rękawem (wyglądała tak, jakby ktoś bezczelnie wyrzucił ją w błoto, a później potraktował jak kawałek materiału, którym można sobie podetrzeć tyłek), obcisłe spodnie z dziurami (prawdopodobnie już takie były, gdy je kupował) i tenisówki z tęczowymi sznurówkami. Na nadgarstkach miał jakieś bransoletki (kupione na promocji w sklepie z chińską tandetą). Paznokcie miał pomalowane na czarno, chociaż nie pamiętał, by to zrobił.

Ktoś mógłby powiedzieć, że wygląda jak cyrkowiec.

On sam nie miał pojęcia, kim jest. Być może nadawano mu zbyt wiele imion, zarówno męskich jak i żeńskich, i tak naprawdę nigdy nie był sobą. Odkąd pamiętał, całe życie miał z tym problem. Właśnie dlatego musiał brać te pieprzone leki.

Wzdrygnął się. Jesienią zawsze było mu zimno i nieprzyjemnie. Jedyne, o czym marzył, to powrót do domu, gorący prysznic i jakiś ciepły posiłek.

Już chciał ruszyć w stronę schodów prowadzących do wyjścia z peronu, kiedy usłyszał za sobą jakieś głosy.

— A kogo my tu mamy?

Odwrócił głowę, widząc za sobą trzech mężczyzn. Najwyższy z nich był najbardziej umięśniony, miał włosy, które przypominały zużytego mopa, chociaż w jego mniemaniu pewnie były dredami. Pozostali byli krótko przystrzyżeni, jeden miał na ciele jakieś szramy, drugi masę smolistych tatuaży. Wyglądali niczym wyjęci spod prawa, a ich zniszczone ciuchy mogły o tym zaświadczyć.

Chciał uciec, ale gdy próbował postawić kolejne kroki na schodach, poślizgnął się i wywinął orła, wpadając w ramiona jednego z rzezimieszków.

Mężczyźni spojrzeli po sobie tajemniczo.

— Czyżby zesłali nam z góry nagrodę za ostatnie kuszenie?

— Nie pierdol — odparł Ten ze Szramami. — Po prostu nawinęła się nagroda i już.

— Milczące, takie lubię najbardziej — powiedział Ten z Dredami, bawiąc się kolorowymi włosami chłopaka. Odsunął grzywkę z jego czoła, chcąc spojrzeć swojej ofierze w oczy.

W chwili, gdy to zrobił, coś się stało. Zamrugał, wpatrując się w niego. Wydawało się, że zobaczył coś, czego pozostali nie mogli widzieć. Przez moment stał w milczeniu.

— Co jest, kurwa, nigdy żeś dziwki nie widział? — rzucił Ten z Tatuażami, chcąc wyrwać mu chłopaka.

W tej samej chwili dostał z pięści w twarz i wylądował na posadzce kilka metrów dalej.

— Co do chu…

Mężczyzna z dredami zarzucił sobie zdezorientowanego chłopaka na plecy i wbiegł po schodach na górę, nie zważając na zdziwionych towarzyszy.

Chłopak nie miał zielonego pojęcia, co się wokół niego dzieje, przez co nie mógł normalnie zareagować ani nawet uwolnić się z uścisku. Obserwował znikające zejście do metra. Dopiero teraz zauważył, że znalazł się w jakimś dziwnym mieście, w dodatku chyba o zachodzie słońca, ponieważ nieboskłon był czerwony. Widział przypaloną trawę, drzewa, z których opadały liście i rozwalające się budynki.

W końcu zatrzymał się w jakimś ciemnym zaułku, który prowadził do podniszczonej fabryki broni. Mężczyzna przyszpilił go do ściany, wpatrując się w niego z powagą.

Chłopak kompletnie nie kojarzył imienia, którym został nazywany, gdy mężczyzna zaczął się do niego dobierać. Nie miał ani krzty siły, by się bronić, ponieważ kompletnie zdrętwiał, przez co cały proces był jeszcze bardziej uciążliwy. Mimo tego nie wydał z siebie ani słowa, zamykając oczy i zaciskając zęby tak mocno, że niemal poczuł, jak kły przebijają mu język.

Może w końcu nadszedł czas, by umrzeć?

W tym samym momencie usłyszał jęk, ale głos nie należał do niego.

Mężczyzna, który jeszcze niedawno używał go do zaspokojenia swoich potrzeb seksualnych, leżał teraz na ziemi w kompletnym bezruchu, jakby znalazł się w jakiejś ekstazie.

Chłopak stał w przedsionku półnagi, nie wiedząc, co się właściwie stało. Potrząsnął głową i wciągnął spodnie, po czym ukucnął obok mężczyzny. Z wyrazem obrzydzenia chwycił za leżącą obok gazetę, zasłaniając jego odsłonięte części ciała.

Zachwiał się lekko i usiadł, czując dziwny ból głowy. Zamknął oczy, zaciskając pięści kilka razy. Robił tak zawsze, gdy zdarzały się jego napady lękowe. Gdyby tylko miał przy sobie leki…

Otworzył oczy, czując się tak, jakby przed chwilą zjadł coś pożywnego. Powinien kompletnie stracić siły, tymczasem on — odzyskał je.

Wstał z ziemi, wpatrując się w leżącego mężczyznę. Wyglądał tak, jakby spał, regenerując się.

Chłopak postanowił uciec, póki jeszcze miał okazję.

Wybiegł z budynku, wpadając po drodze na przechodniów. Zatrzymał się przed budynkiem z ogromną szklaną szybą. Wciąż miał na sobie paskudnie brudne ubrania i z pewnością śmierdział potem i zdziadziałym gwałcicielem, przez co zwracał na siebie uwagę tych, którzy go mijali.

W jego oczach pojawiły się jakieś iskry. Zobaczył w odbiciu kilkanaście twarzy, które na pewno nie należały do niego, chociaż kontrolowały jego mimikę. Za jego plecami rozległy się głosy, znów słyszał imiona, których na pewno nie nosił, przynajmniej takie miał wrażenie.

Przyspieszył kroku, wkrótce uciekając przed tłumem, zarówno mężczyzn i kobiet, którzy chcieli go dogonić. Chłopak biegł co sił w nogach, nieopatrznie się o nie potykając. W oddali usłyszał jakąś głośną muzykę. W końcu trafił na schody, które prowadziły do klubu o nazwie INFERNAL. Nie zastanawiając się zbyt długo, zbiegł do podziemi, uderzając w pierwsze lepsze drzwi. Gdy się otworzyły, zamknął je za sobą, chwycił najbliższą dostępną rzecz, czyli donicę z ogromnym kaktusem, po czym zabarykadował je.

Osunął się na ziemię, chcąc odetchnąć z ulgą.

Niestety, nie mógł tego zrobić, ponieważ w tym samym czasie zauważył siedzącego przy podłużnym stoliku chłopaka. W uszach nieznajomego znajdowało się kilka niewielkich kolczyków, a na jego nadgarstkach czarne karwasze z błyszczącymi kolcami. W smolistych glanach, hebanowej skórzanej kurtce, której kołnierz całkowicie osłaniał mu szyję, i ciemnych spodniach z mnóstwem klamer, wyglądał jak jakiś metal albo punk. Miał czarne paznokcie. Posiadał niedługie, jasne, wręcz płowe włosy, których postrzępione końcówki wyglądały tak, jakby spalały się w wiecznym ogniu. W prawej dłoni trzymał pióro, a w ustach papierosa, z którego właśnie spadał popiół, ponieważ wciąż będący w szoku właściciel nie zdążył go strząsnąć do popielniczki.

Obaj wpatrywali się w siebie bez słowa. W końcu jasnowłosy otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale zmienił zdanie, widząc przerażenie na twarzy uciekiniera. Strzepał proch z notatnika, w którym coś pisał, zanim mu przerwano. Bez słowa zgasił papierosa i wstał od stolika, podchodząc do obcego chłopaka. Spojrzał mu w oczy.

Chłopak znów zaczął się obawiać, że kolejna istota zacznie go napastować, ale się pomylił. Zdążył zauważyć, że jego obserwator miał demoniczne źrenice i ciemnożółte tęczówki.

— Kambion — oznajmił nagle Punk swoim charakterystycznym, lekko zachrypniętym głosem.

— Że jak?

Punk wskazał mu na ogromne lustro, które znajdowało się obok nich, zapewne służyło do powiększania pomieszczenia.

Zdziwiony chłopak zmrużył oczy, wpatrując się w swoje odbicie. Znów widział siebie takiego, jakim się znał. Zastanawiał się tylko, jak to było możliwe.

— Jak mnie nazwałeś? — spytał, gdy jasnowłosy podszedł do stolika, sięgając po swój notes.

— Kambion — powtórzył Punk, kartkując zeszyt. — Pół śmiertelnik, pół demon.

— Co takiego?!

Punk spojrzał na niego z politowaniem.

— Czy ty w ogóle wiesz, gdzie jesteś?

Chłopak pokręcił głową, zaprzeczając. Nie pamiętał nawet, jak się nazywa, a co dopiero, gdzie jest. Wyjaśnił pokrótce, jak uciekał przed napastnikami, aż znalazł się tutaj.

Punk pokręcił głową z niedowierzaniem.

Wyprostował się nagle, słysząc w korytarzu czyjś głos. Spojrzał na chłopaka i pociągnął go za rękę, wpychając go do szafy stojącej w rogu.

— Siedź cicho, jasne?

Zdziwiony przybysz, którego nazwano Kambionem, skinął głową. Chwilę później, gdy siedział zamknięty w szafie, słyszał już tylko głosy.

— Skończyłeś pisać?

Głos należał do dziewczyny. Mógł ją zobaczyć przez szparę w drzwiach — była wyższa od poznanego przez niego Punka o głowę. Przez ramię przerzuciła pasek z nabojami. Poza podobnym do chłopaka strojem, miała długą grzywkę zakrywającą część twarzy. Jej włosy były fioletowe, splecione w warkocz sięgający do połowy pleców.

— Nie jestem pewny ostatniej linijki, Kas.

— No to pospiesz się, bo Raim już pomaga przy ognistych efektach, a Egza go pilnuje. Mam nadzieję, że niczego nie rozwalą. Poza tym, Zoffas już dawno powiedział ekipie, że tekst będzie gotowy na wieczorną imprezę.

— Wiem, obiecałem, że go skończę i tak będzie — obruszył się Punk — ale musisz dać mi spokój. Mówiłem wam, że wolę pracować sam.

— Dlatego barykadujesz się kaktusem? — zagaiła dziewczyna, szczerząc kły w szelmowskim uśmiechu. — Cóż, niech ci będzie, asie.

— Nie nazywaj mnie tak — mruknął, wypychając ją z pokoju. Dziewczyna zaśmiała się głośno, po czym ruszyła przed siebie.

Punk pokręcił głową z niedowierzaniem i podszedł do szafy, otwierając ją. Siedzący w niej chłopak wypadł na podłogę.

— Jak na Kambiona, kompletnie brak ci polotu — rzucił Punk, wyciągając z szafy jakieś ciemne ubrania. — Masz, załóż to. Powinny pasować, skoro jesteśmy podobnego wzrostu. Nie możesz paradować po Tenebrae, wyglądając jak kur… — Urwał, nie chcąc wypowiadać ostatniego słowa. Zacisnął usta, usiadł przy stoliku, otworzył zeszyt i zaczął w nim coś pisać.

W tym samym czasie chłopak nazwany przez niego Kambionem zrzucił z siebie stare ubrania i założył to, co mu podarowano — ciemne spodnie, bluzkę w czerwono-czarne paski i hebanową bluzę z kapturem. Jedynym, co odstawało od jego stroju, były tenisówki z tęczowymi sznurówkami. Wkrótce wymienił je na bordowe.

Po raz kolejny spojrzał na siebie w lustrze. W ten sposób mógł wpasować się w tłum. Z tego, co zdążył zauważyć, większość mieszkańców tego dziwnego miasta chodziła w czarnych strojach.

Odwrócił się w stronę stolika.

— Dzięki za pomoc, eee…

— Devin — odparł Punk, zerkając na niego z ukosa. — A ty? Powiesz mi w końcu, jak masz na imię czy mam ci je nadać?

— Ja… Nie wiem.

Devin złapał się za głowę, wydając z siebie głośny dźwięk zawodu. Był niezwykle ekspresywny. Wydawało się, że jest bliski tego, by zacząć rzucać przekleństwami, jednak ugryzł się w język. Chwycił za pióro i dopisał ostatnie słowa w tekście, wyrwał kartkę z notesu i zwinął ją w rulon. W jego dłoni pojawił się płomień, który strawił kawałek papieru.

— Załóż kaptur — poinstruował chłopaka Devin. — Wiem, kto będzie znał twoje imię, ale musimy się tam dostać, nie zwracając na siebie uwagi.

— Łatwo ci mówić, nie ciągnie się za tobą banda napaleńców — żachnął się chłopak, zakładając ręce na piersi.

Devin przewrócił oczami i machnął piórem przed jego twarzą. W tym momencie chłopak poczuł, że dosłownie odebrano mu mowę. Mógł tylko gestykulować i wyrażać swoje niezadowolenie mimiką, czego nie omieszkał zrobić, tym samym działając nowo poznanemu osobnikowi na nerwy.

— Przestań, bo w ogóle cię zablokuję, debilu — powiedział Devin, uderzając go w tył głowy, by doprowadzić go do porządku. — Idź za mną, nie patrz na nikogo i nie pozwól się dotknąć.

Niezadowolony Kambion nie miał większego wyboru, jak tylko zrobić to, co mu kazano.

Obaj wymknęli się z budynku tylnym wyjściem, przemykając między uliczkami. W tym czasie chłopak przyglądał się miastu. Z pewnością nie należało ono do normalnych. Nie było jakoś specjalnie czyste ani też przesadnie brudne, dzielnica, przez którą obecnie przechodził, wyglądała na niezamieszkaną. W okolicy znajdowały się podniszczone kamienice i budynki przypominające o starym budownictwie, o które nikt nie dbał. Pod niewielkim mostem przepływał strumyk z czymś, co nie przypominało wody, a przynajmniej nie taką czystą — bardziej ścieki. Kambion skrzywił się na moment, wciąż czując zapach przypominający mu o wydarzeniach sprzed kilkudziesięciu minut.

A może minęło już kilka godzin? Kompletnie stracił poczucie czasu.

Devin szedł przed nim, bacznie rozglądając się dokoła. Wydawał się bardzo opanowany, nawet jeśli zachowywał czujność. W swojej prawej dłoni obracał pióro tak, jakby było jego najcenniejszą bronią, którą mógłby użyć w razie ataku.

Chłopcy przeszli przez park, który nosił dumną nazwę Ogrodu Cieni. Według tabliczki wiszącej na wejściu, zajmował się nim Alpiel, ale chyba kiepski był z niego ogrodnik… Park przypominał bardziej niebezpieczne lasy pełne jadowitych zwierząt i trujących roślin niż coś, co mogłoby nosić nazwę ogrodu.

Usypana ze żwiru ścieżka była otoczona potężnymi łańcuchami z obu stron. Prowadziła do czegoś, co nazwano Fontanną Rozpaczy. W oddali dało się zauważyć coś, co przypominało szubienicę. Wprowadzano na nią jakiegoś mężczyznę.

Kambion postukał Devina w plecy, chcąc mu zadać pytanie dotyczące skazańca.

— To Tréas — odparł chłopak, odwracając się do niego. — W ramach kary jest wieszany od czasu do czasu.

W oczach chłopaka dało się ujrzeć przerażenie po usłyszeniu tej nowiny.

— Wyluzuj, tutaj dzieją się gorsze rzeczy — uciął Devin, idąc przed siebie.

Gdy chłopcy wyszli z Ogrodu Cieni, znaleźli się na drodze prowadzącej do ogromnej rezydencji. Posiadłość była ogrodzona, na dodatek pilnował jej wielki doberman o hebanowej sierści. Początkowo wydał z siebie okropny warkot, ale Devin uniósł dłoń, kręcąc piórem jakieś znaki w powietrzu.

— Brutus, leżeć — powiedział, wchodząc na teren posiadłości.

Pies podszedł bliżej, obwąchując przybyszów. Zwrócił uwagę na nowicjusza i zdaje się, że strasznie się rozochocił, skacząc wokół niego.

— Działasz nawet na psy? — jęknął Devin, popychając Kambiona przed siebie. — Oby Dyrektor coś z tym zrobił.

Znaleźli się na terenie posiadłości. Devin uniósł swoje pióro i wypowiedział jakieś zaklęcie, jednocześnie rozwiązując chłopakowi język. Ten już miał coś powiedzieć, kiedy stanęła przed nim kobieta w ciemnej garsonce i spiętych w kok włosach, wyglądała na sekretarkę. Poprawiła okrągłe okulary i schowała czytaną przez siebie gazetę, Piekielne Imperium, pod pachę.

— W czym mogę pomóc?

— Muszę go pokazać Dyrektorowi Sieglowi — wyjaśnił Devin, pokazując głową na swojego towarzysza. — To pilne.

Kobieta wpatrywała się w nich przez moment. Devin stanął przed chłopakiem.

— Lepiej trzymać się od niego z daleka, panno Beth — wyjaśnił, naciągając kaptur na jego oczy.

Beth skinęła głową, podchodząc do swojego biurka. Nacisnęła przycisk na pozłacanej klawiaturze znajdującej się na jego środku.

— Panie Siegel… Przyszedł Devin. Przyprowadził gościa. Mówi, że to pilne.

— Niech wejdzie — odezwał się głos po drugiej stronie.

Beth machnęła dłonią do chłopaków, pozwalając im wejść na górę.

Przybysz przyglądał się budynkowi. Był on wypełniony przepychem, w przeciwieństwie do pozostałych części tego miasta. Musiała tu mieszkać jakaś szycha, przynajmniej do takiego wniosku doszedł chłopak, widząc wszystkie bogate zdobienia i ozdoby.

Devin stanął przed mahoniowymi drzwiami i zapukał, po chwili wprowadzając gościa do środka.

Chłopak rozejrzał się po pokoju jegomości. Z okna roztaczał się widok na całe miasto, w rogu znajdował się stolik z rozmaitymi trunkami. Po drugiej stronie stało ogromne lustro. Na środku pomieszczenia ustawiono biurko. W fotelu ktoś siedział, przerzucając jakieś papiery.

— Dyrektorze Siegel… — zaczął Devin, podchodząc bliżej.

Przystojny i dobrze zbudowany mężczyzna uniósł głowę. W tym samym momencie oczy jego i Kambiona spotkały się.

Demoniczne źrenice Dyrektora zmniejszyły się jeszcze bardziej. Wypuścił z dłoni papiery, które właśnie przeglądał. Wstał od biurka i niemal natychmiast teleportował się bliżej.

Dotknął twarzy tego, kogo widział. W nim samym żyło teraz wiele emocji, od niedowierzania, poprzez radość, a na końcu smutek. Wyglądał tak, jakby odzyskał to, co dawno utracił, a co jednocześnie było dla niego tak bardzo niedostępne.

— Varya — szepnął Siegel, ślepo wpatrując się w przybyłego Kambiona.

Devin spojrzał na mężczyznę i pokręcił głową, zaprzeczając.

— Dyrektorze, kogokolwiek pan widzi, to nie jest…

Siegel przeniósł swój wzrok na Devina, którego na ten widok natychmiast zmroziło. Wycofał się i pochylił głowę, tym samym okazując skruchę. Kątem oka obserwował zachowanie Mrocznego Hegemona.

Mężczyzna stał jak wryty w kompletnym milczeniu. W końcu zdjął kaptur z głowy drugiego chłopaka. Wydawało się, że jest zawiedziony. Odsunął się od przybysza i splótł dłonie z tyłu pleców, odwracając się w stronę Devina.

— Widzisz, Devinie? Mówiłem ci, że każda ułomność ma swoje zalety — powiedział Dyrektor, uśmiechając się tajemniczo. — Czyżby to przeznaczenie?

Devin schował ręce do kieszeni, obserwując mężczyznę w milczeniu.

— Chcę się dowiedzieć, kim jestem — odezwał się milczący od dłuższego czasu przybysz, wchodząc im w słowo.

Sam Siegel zmierzył go wzrokiem.

— Jesteś Kambionem — uciął krótko, wracając na fotel. — Uwodzisz istoty, by odebrać im energię podczas aktu seksualnego.

— To już wiem, a tak, poza tym?

Devin spojrzał na chłopaka z przerażeniem, jakby chciał tym samym powiedzieć, by ten nie pyskował komuś, od kogo zależy jego ówczesne życie.

Dyrektor Siegel roześmiał się, sięgając po kieliszek stojący na jego biurku i jednym haustem wypił jego zawartość.

— A ja myślałem… — zaczął, łapiąc się za głowę. — Niech mnie. — Zwrócił się do Devina. — Dałeś mu swoje ubrania? Wiesz, że w ten sposób związałeś go umową? No, to weźmiesz za niego odpowiedzialność.

— Ale ja nie…

— Młode Kambiony mają niezłą moc, ale nie wiedzą, jak z niej korzystać — ciągnął Siegel, nie zwracając uwagi na jego sprzeciw. — Skoro myślisz mózgiem, a nie penisem, dasz sobie z nim radę. A ty — dodał, zwracając się do Kambiona — podejdź do mnie.

Chłopak powoli zbliżył się do biurka, nieśmiało zatrzymując się naprzeciwko mężczyzny.

Siegel wyciągnął dłonie nad jego nadgarstkami. W tym samym momencie pojawiły się na nich czarno-białe bransolety.

— Będziesz je nosił, póki nie nauczysz się korzystać ze swojej mocy — powiedział Dyrektor, wpatrując się chłopakowi w oczy. — Witaj w Piekielnych Czeluściach, Evanie.

Kambion poczuł się tak, jakby przez jego ciało przepłynął prąd elektryczny. Zachwiał się, opierając dłonie o biurko.

Pół-człowiek, pół-Demon spojrzał na swoje odbicie w zwierciadle.

Nie wiedział, dlaczego znalazł się w Piekle. Wiedział jednak, że wreszcie ma własne imię.

Odwrócił się w stronę Devina.

— No, to załatwione — powiedział w końcu Siegel, sięgając po karafkę z jakimś trunkiem. — Devin, od tej pory będziesz go pilnował w ramach zajęć dodatkowych, które właśnie dla ciebie ustanowiłem. Jeśli spróbujesz się wymigać, wyleję cię ze szkoły na zbity pysk, a jesteś już na ostatniej prostej. Macie się zaraz stawić u Zoffasa. A teraz zabierajcie się stąd.

— Tak, Dyrektorze.

Devin wyprowadził Evana na zewnątrz, kątem oka zerkając na Dyrektora, który pakował w siebie kolejny litr trunku. Demon pokręcił głową ze smutkiem. Kogokolwiek zobaczył Mroczny Hegemon, wpatrując się w Evana, musiał z tego powodu bardzo cierpieć.

Chłopcy opuścili teren rezydencji Siegla. Evan schował się za plecami Devina, widząc Demony przechadzające się po Tenebrae.

— Co ty wyprawiasz?

— A jeśli znowu na mnie napadną?

Devin westchnął ciężko. Odwrócił się do Evana i złapał go za nadgarstki.

— Widzisz te bransolety? Póki będziesz je nosił, nic ci się nie stanie — wyjaśnił chłopak.

Evan zastanawiał się przez moment, lustrując wzrokiem przypadkowych przechodniów. Żaden nie rzucił się na niego, więc pół-Demon mógł być spokojny o swój tyłek.

Devin wyciągnął z kieszeni papierosa. Pstryknął palcami, wytwarzając iskrę i podpalił go.

— Dokąd teraz? — spytał Evan, gdy chłopak przyspieszył kroku.

— Wracam do pracy — mruknął Devin, wydmuchując dym z ust. — A ty idziesz ze mną.

Evan wsadził dłonie do kieszeni bluzy i posłusznie ruszył za nim.


*


Wnętrze INFERNAL’a zrobiło się strasznie zadymione. Idąc przez korytarz, na którym błyskały światła jasnych neonów, Evan bacznie obserwował wszystko to, co działo się wokół niego. Mijał Demony, które miały na siebie narzucone rozmaite ubrania, niektóre nawet bardzo podobne do jego starych rzeczy. Dowiedział się jednak, że była to kwestia profesji, a on, jako nowy osobnik w Tenebrae, nie mógł przypominać męskiej kurtyzany, jak ujął to Devin.

Evan wytężył słuch, gdy dotarły do niego dźwięki muzyki dochodzącej z sali znajdującej się w podziemiach. Zatrzymał się w miejscu, czując się tak, jakby wpadł w trans. Zaczął iść w tamtą stronę. Widząc to, Devin podszedł do niego i siłą zatkał mu uszy. Evan mrugnął kilka razy, wpatrując się w niego ze zdziwieniem. Devin ruszył głową, chcąc wyciągnąć zza wysokiego kołnierza swojej kurtki coś, czego Evan nie zauważył wcześniej — słuchawki, które służyły do zagłuszania dźwięków. Kambion uniósł dłonie, zakładając je na swoje uszy tak, jak kazał mu Devin. Obaj ruszyli w stronę sali.

Gdy Evan przekroczył próg, uderzyło go ciepło buchające z sali. Przy scenie znajdowały się jakieś fontanny wielobarwnych płomieni, w które wpatrywała się zahipnotyzowana widownia. Wybuchowymi efektami zajmował się Demon o rozczochranych, jasnobrązowych włosach, tworząc je z pomocą własnych dłoni. Evan jeszcze nigdy nie widział czegoś takiego z bliska. Ogień nie wyrządzał widowni żadnej krzywdy, a nawet jeśli, to nikt tego nie odczuwał, będąc w transie. Wydarzenie przypominało koncert metalowy, publika była przebrana w ciemne stroje i glany, które swoim ciężarem niemal zrywały złożoną z desek podłogę.

Obok demonicznego miotacza ognia znajdowała się dziewczyna o lazurowych włosach spiętych w kitkę. Miała na sobie coś w rodzaju ciemnego kitla. W czarnym stroju wyróżniały się tylko biały szal i równie białe rękawiczki. Była niższa od swojego towarzysza i zdaje się, że pilnowała porządku, kontrolując wybuchy ognia jakimś specyficznym sprzętem, którego Evan nigdy nie widział na oczy.

Kambion stanął na niewielkim podwyższeniu, obserwując scenę z daleka. Obok znajdował się bar. Pieczę nad nimi sprawowała dziewczyna, którą Evan widział, gdy siedział w szafie. Była niezwykle wysoka, zdaje się, że przewyższała swoich towarzyszy co najmniej o głowę. Ściągnęła z siebie pasek z nabojami, zamiast niego miała na szyi wisiorek z jakąś fiolką w kształcie kuli. Nieznana zawartość była oznaczona czaszką.

Devin zabronił Evanowi ściągać słuchawek, a w ramach wyjaśnienia pokazał mu, jak zachowywali się zebrani pod sceną słuchacze. Widok niektórych z nich przypomniał Evanowi o mężczyźnie, który postanowił go zgwałcić w zaułku — poza faktem, że melomani nie leżeli na ziemi, a skakali wokół sceny w ekstatycznym uniesieniu tak, jakby zażyli przed koncertem jakieś substancje odurzające.

Tymczasem na scenie muzycy wydzierali się wniebogłosy niczym zwierzęta w rui, uderzenia w bębny sprawiały, że zgromadzeni słuchacze niemal maszerowali w ich rytmie, natomiast dźwięk gitary, który roznosił się po sali, był czymś więcej niż tylko hipnotycznym rzępoleniem — był tym, co przywracało wszystkim wokół życie, zupełnie tak, jakby powietrze znów zaczęło przepływać przez ich płuca, jakby krew buzowała w ich żyłach.

Evan spojrzał na bransolety, które nałożył na niego Siegel. Zastanawiał się, czy może je ściągnąć, żeby dołączyć się do tłumu.

Devin uderzył go po łapach, zupełnie tak, jakby się domyślił, co chodzi mu po głowie. Nie mogli podpaść Dyrektorowi już pierwszego dnia, poza tym, Devin — na swoje nieszczęście — musiał pilnować Evana, by ten nie narobił głupstw.

Koncert, o ile w ogóle można tak nazwać tę orgię, zakończył się porządnym grzmotnięciem i wybuchem ognia przypominającym fajerwerki. Wokół zapanowała ciemność.

Devin skinął ręką na Evana, wskazując mu drzwi prowadzące po schodach na górę.

Nad salą znajdował się pokój należący do Demonów pilnujących porządku w klubie INFERNAL, managera i paru innych osobistości. Devin zapukał do drzwi. Uchylił je lekko i wprowadził swojego towarzysza do środka.

Evan zobaczył siedzącego na biurku Demona o długich, ciemnych włosach i białych jak śnieg tęczówkach. Mężczyzna uniósł głowę, lustrując przybyszów od góry do dołu.

— Zoffas?

— Czego?

— Dyrektor nas przysłał — wyjaśnił Devin, wzruszając ramionami.

— To on?! — zawołał Demon, zeskakując z biurka.

Podszedł do Evana i przyjrzał mu się uważnie. Chłopak zdążył się już przyzwyczaić do tego, że każdy go oglądał i dotykał, więc reakcja czarnowłosego Zoffasa wcale nie zrobiła na nim wrażenia.

— Widzę, że Dyrektor zajął się środkami bezpieczeństwa — zagaił, wskazując na bransolety znajdujące się na nadgarstkach Kambiona. — Nic dziwnego, skoro potrafi przyjąć dowolną formę i płeć. Ja pierdolę.

— No chyba nie — mruknął Evan, mrużąc oczy.

Devin kopnął go w łydkę, tym samym doprowadzając go do porządku.

Zoffas zmierzył Evana lodowatym spojrzeniem i wzruszył ramionami.

— Co, Szefu zrobił z ciebie niańkę? — rzucił prześmiewczo Demon, zerkając na Devina z ukosa. — W sumie nie miał wyboru, jesteś jedynym, który nie będzie chciał go zerżnąć.

Devinowi cisnęło się na usta, by powiedzieć „zamknij się”, ale wypowiedzenie tych słów mogłoby mieć tragiczne skutki, więc po prostu stał w milczeniu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 48.18