E-book
7.88
drukowana A5
22.93
drukowana A5
Kolorowa
46.22
Przedszkolanka

Bezpłatny fragment - Przedszkolanka

Książka została stworzona z pomocą AI


Objętość:
64 str.
ISBN:
978-83-8455-424-1
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 22.93
drukowana A5
Kolorowa
za 46.22

Dedykacja

Pani Marii Król i Pani Małgorzacie Koc — wyjątkowym nauczycielkom — metodyczkom, które nie tylko wspierały nauczycielki wychowania przedszkolnego wiedzą i doświadczeniem, ale także dodawały odwagi, inspirowały i przypominały, że warto wierzyć w siebie. Wszystkim nauczycielom — od przedszkola po ostatnią szkolną ławkę — którzy każdego dnia cierpliwie pomagają młodym ludziom poznawać świat, odkrywać siebie i przygotowywać się do własnego lotu. Rodzicom — za codzienne zaufanie, dobre słowo, pomoc, jabłka z sadu, torby pączków i tysiące małych gestów, które znaczyły więcej, niż myślicie. Bo wychowanie człowieka zaczyna się w domu. Potem do tej drogi dołączają nauczyciele.


To, kim stanie się mały człowiek, zawsze jest wspólnym dziełem rodziców i szkoły
Łatwo dziś zgubić odpowiedzi w pośpiechu, internecie, świecie pełnym bodźców i wpływów. Ale choć świat wokół dzieci bardzo się zmienia, jedno pozostaje niezmienne — to my, dorośli, wciąż jesteśmy dla nich pierwszym drogowskazem.

WSTĘP

Kiedy wiele lat temu po raz pierwszy przekroczyłam próg przedszkola, byłam bardzo młodą nauczycielką.

Miałam dużo zapału, trochę odwagi i jeszcze więcej pytań.

Szybko zrozumiałam jedną ważną rzecz.

Pod moją opiekę trafiały największe skarby świata.

Nie moje.

Czyjeś.

Dla każdego rodzica jego dziecko było przecież najcenniejsze.

Miałam świadomość własnej niedoskonałości i braku doświadczenia.

Nie znałam odpowiedzi na wszystkie pytania.

Jednego byłam jednak pewna.

Chciałam, żeby dzieci były ze mną szczęśliwe.

Żeby czuły się bezpieczne.

Żeby żadna krzywda ich nie dotknęła.

Bo choć dydaktyka była ważna — litery, piosenki, liczenie i przygotowanie do szkoły — jeszcze ważniejsze były opieka i wychowanie.

Dopiero później zrozumiałam coś jeszcze.

Dzieci nie przychodzą do nas jak puste kartki.

Przychodzą ze swoimi światami: domowym językiem, własną logiką, lękami, śmiesznymi pomysłami i mądrością, której dorośli często już nie dostrzegają.

Przez lata wydawało mi się, że trzeba schylić się do dziecka.

Dziś wiem, że czasem trzeba zrobić coś trudniejszego — wspiąć się do jego wrażliwości.

Były śmiechy do łez.

Były chwile bezradności.

Były błędy.

Były dzieci, które uczyły mnie cierpliwości, pokory i patrzenia sercem.

Niektóre dawno dorosły.

Może mają już własne dzieci.

Ja pamiętam.

Bo przez wiele lat wydawało mi się, że uczę dzieci.

Dopiero później zrozumiałam, że uczyłam ludzi.

Po prostu jeszcze niedorosłych.

Nadzór pedagogiczny

Był taki czas, kiedy moja sala przedszkolna mieściła się w Domu Kultury.

Takie były czasy.

Przedszkole działało tam, gdzie akurat znalazło się miejsce.

A człowiek oprócz uczenia dzieci bywał czasem także organizatorem, pomocnikiem, zaopatrzeniowcem i specjalistą od wszystkiego.

Nauczyciel musiał często samemu robić pomoce dydaktyczne.

Rozsypanki literowe.

Kartoniki z cyframi i literami.

Duże ilustracje do opowiadań i bajek.

Wyciąć.

Przykleić.

Pokolorować.

Przygotować.

Materiały też często zdobywało się we własnym zakresie.

Coś kupiło.

Coś znalazło w domu.

Coś udało się uratować przed wyrzuceniem.

A o coś poprosiło rodziców.

Dziś wiele rzeczy czeka gotowych w internecie.

Wtedy częściej powstawały wieczorem przy stole, nożyczkach i kubku herbaty.

I działać.

W tamtych czasach opieka i nadzór pedagogiczny wyglądały trochę inaczej.

A właściwie… czasem trudno było stwierdzić, co było opieką, a co nadzorem.

Ale jedną historię pamiętam szczególnie.

Pokazuje tamte czasy jak w soczewce.

Pewnego razu proboszcz miał religię.

Żeby nie fatygować się na cztery półgodzinne zajęcia tygodniowo, robił wszystko hurtem.

Przez dwie godziny ewangelizował grupę.

A ja w tym czasie sprzątałam łazienki.

Po niedzielnej dyskotece bardzo tego potrzebowały.

Potem myłam schody.

Na dole co chwilę przechodziły jakieś kobiety z kartonami.

Bo gdzieś w Domu Kultury sprzedawano kurczaki.

Ja zmywałam dalej.

Ściery.

Wiadro.

Schody.

Nagle czuję, że ktoś stoi za mną.

Odwracam się.

— Przepraszam, gdzie jest zerówka? — pyta kobieta.

Pokazałam.

Wracam do szorowania.

Po chwili ta sama pani wychodzi z sali i pyta:

— A nie wie pani, gdzie jest wychowawczyni?

Wyprostowałam się.

Odstawiłam ścierę.

— Słucham panią?

Ale ona powtórzyła pytanie.

Więc przedstawiłam się grzecznie:

— To ja.

Spojrzała na mnie.

Jej oczy zrobiły się okrągłe ze zdumienia.

Nie sprawdziła kontrolnie dziennika.

Nie zajrzała do mojej grubej teczki z dokumentacją, wymaganej chyba bardziej niż u profesora akademickiego.

Po prostu mnie przytuliła.

I poszła.

A ja zostałam ze ścierą w ręce i pomyślałam, że chyba właśnie dostałam najkrótszą ocenę pracy zawodowej w życiu.

Kto pierwszy, ten lepszy?

Tak było, tak jest i chyba tak będzie.

Zasady stada obowiązują również w przedszkolu.

Jeśli ktoś myśli, że tam nauczycielka jest przywódcą stadka, to bardzo się myli.

On może mieć klucze, dziennik, pieczątki, a nawet władzę nad wydawaniem kredek i pozwoleniem na wyjście do toalety.

Może podnosić głos.

Może prosić.

Może negocjować.

Ale prawdziwe prawa stada rządzą się zupełnie innymi zasadami…

Pierwszy podział jest wręcz oczywisty i w tym wieku całkowicie naturalny.

Dziewczynki bawią się z dziewczynkami.

Chłopcy z chłopcami.

Dziewczynki siadają przy stolikach z dziewczynkami, chłopcy z chłopcami.

Prawie jak dwa osobne plemiona.

Podział na MYONI.

Bo oni są inni niż my.

A skoro inni — to zapewne trochę gorsi.

My patrzymy na nich z wyższością.

Oni patrzą na nas dokładnie tak samo.

Dziewczynki przewracają oczami na widok chłopięcych zabaw.

Chłopcy z niesmakiem reagują na księżniczki, lalki i błyszczące ozdoby.

Między obiema grupami panuje chłodna uprzejmość.

Albo i nie.

Potem zaczyna się walka o przywództwo.

Tak u dziewczynek, jak i u chłopców.

Walka podstępna. Co prawda bezkrwawa, ale pozostawiająca rany.

I zawsze zaczyna się od czegoś bardzo ważnego.

Od pierwszej pary.

Bo pierwsza para nie jest zwykłą parą.

Pierwsza para to prestiż.

To zaszczyt.

To władza.

To niemal tron.

Pojawiają się przepychanki, negocjacje, skargi i konflikty graniczne.

Trzeba działać natychmiast.

Pierwszym pomysłem było ustawianie dzieci według wzrostu.

Porażka.

Szybko okazało się, że w pierwszej parze maszerują ciągle te same królewny.

A monarchia dziedziczna nie sprzyja pokojowi społecznemu.

Trzeba więc było opracować nowy system.

Powstał model rotacyjny.

Zmianowość.

Każda pierwsza para następnego dnia przechodziła na sam koniec.

Uffff.

Zapanował spokój.

Przynajmniej na jakiś czas.

Udało się opanować walkę o pierwszą parę.

Przynajmniej na jakiś czas.

Ale natura, jak to natura, nie znosi pustki.

Gdy jedno terytorium zostało uspokojone, natychmiast pojawiło się kolejne pole walki.

Bo dziecięce stado bardzo szybko ustaliło, że prestiż można zdobywać nie tylko podczas marszu.

Istniało jeszcze miejsce znacznie cenniejsze.

Miejsce na dywanie.

Jak najbliżej pani.

I dopiero potem:

Po latach obserwacji, analiz i badań terenowych wpadłam na pomysł genialny w swojej prostocie.

Tak genialny, że natychmiast przekazałam go również pani od angielskiego i katechetce.

Dzieci najpierw siadały na dywanie w kole.

Same.

Bez podpowiadania.

Bez ustawiania.

Bez negocjacji.

A nauczyciel dopiero później siadał tam, gdzie chciał.

Nie zwracając najmniejszej uwagi na błagania, nawoływania i dramatyczne próby wpływania na decyzję.

— Pani, tutaj!

— Pani koło mnie!

— Nieee, tu!

— Ale pani obiecała!

Nie.

Koniec.

Nauczyciel siadał tam, gdzie chciał.

Ot i wszystko.

Pokój został osiągnięty.

Po wielu latach.

I jak większość wielkich odkryć ludzkości — rozwiązanie okazało się zaskakująco proste.

Płaski wąż

Pewnego dnia jedno z dzieci ulepiło z zielonej plasteliny węża. Nie był to jednak zwyczajny wąż. Był płaski. Tak płaski, jakby ktoś zamienił go w zieloną tasiemkę. Miał całkiem normalną głowę, oczka, uśmiech i nawet języczek, ale reszta wyglądała tak, jakby przejechał po nim walec.

Zaciekawiona postanowiłam dopytać autora:

— A dlaczego ten wąż jest taki płaski?

Usłyszałam odpowiedź natychmiast, tonem człowieka, który wyjaśnia rzecz oczywistą:

— Bo szedł po torze. Najechał go pociąg.

Przyznam, że logika wydała mi się całkiem interesująca, ale coś mi nie pasowało. Nie poddałam się i pytam dalej.

— To dlaczego nie ma płaskiej głowy?

Mały twórca spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Pomyślał chwilę i cierpliwie wyjaśnił:

— Usłyszał hałas i się obejrzał… a wtedy… trrrrrrrrach! Pociąg go sprasował.

I tyle.

Śledztwo zakończone. Rekonstrukcja zdarzeń przeprowadzona. Wszystko się zgadzało.

Po raz kolejny przekonałam się, że dzieci nie tylko widzą świat inaczej. One potrafią stworzyć teorię tak logiczną, że dorosły nie ma już żadnych pytań. A jeśli ma — to lepiej nie pytać.

Lewitująca Pusia

Zajęcia plastyczne. Dzieci mają przed sobą kartki, kredki i proste zadanie — narysować pieska albo kotka. Chętnie zabierają się do pracy. Jedne zaczynają od trawy i nieba, inne od razu od uszu, łapek albo ogona.

Komuś pod wpływem zbyt mocnego nacisku łamie się kredka — trzeba pomóc ją zatemperować. Ktoś nie wie, jak narysować kotka — trzeba coś podpowiedzieć. Ot, zwykły dzień, zwykła praca.

Chodzę między stolikami, chwalę, zachęcam i obserwuję. To dobry moment, żeby zauważyć, kto trzyma kredkę prawidłowo, kto jest leworęczny, a kto potrzebuje jeszcze trochę pomocy z napięciem mięśniowym.

Dzieci pracują we własnym tempie. Mają tyle czasu, ile potrzebują. Za chwilę zaczynają podchodzić z gotowymi rysunkami, a czasem wracają jeszcze do stolika, zachęcone do dorysowania może kwiatka, może słoneczka. Jeśli chcą — uzupełniają swoje dzieła.

Przy oddawaniu prac, podczas podpisywania, opowiadają o swoich kotkach i pieskach.

Kiedy podszedł Kacper, na środku kartki, nad mizerną dość trawką, unosił się piesek.

Chciałam go zachęcić do dalszej pracy.

— Przydałoby się może trochę więcej trawy — powiedziałam. — Bo psinka nawet jej nie dotyka.

Odpowiedź nie padła od razu. Była długa i bardzo konkretna.

Kacperek cierpliwie wyjaśnił, że nie dorysuje więcej trawy.

Bo jego Pusia to skoczna suka jest.

I wszystko stało się jasne.

Pusia nie lewitowała.

Pusia po prostu była w locie.

Anielski orszak

Dzień Nauczyciela.

Jak co roku — kwiaty.

Bukiety. Kwiaty w koszach.

Duże, małe, eleganckie.

Bywały też cienkie plastikowe różyczki na druciku.

I wszystkie cieszyły tak samo.

Za wszystkie dziękowałam.

Ściskałam dzieci.

Częstowałam cukierkami.

A potem… zwykle wszystko zapominałam.

Ale nie tego kwiatka.

Dostałam jedną lilię świętego Antoniego.

Bez kokardy. Bez ozdób.

Za to w pełnym rozkwicie.

Oczy zaczęły łzawić.

Katar się sączył.

I wtedy dzieci od razu zobaczyły to, co było widać najbardziej.

Ich pani płacze.

Przychodziły po kolei pocieszać mnie.

Głaskały.

Przytulały.

Aż nagle jedna dziewczynka spojrzała groźnie na darczyńcę i powiedziała:

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 22.93
drukowana A5
Kolorowa
za 46.22