E-book
9.56
drukowana A5
20.25
Przeciwieństwa się przyciągają

Bezpłatny fragment - Przeciwieństwa się przyciągają


4.9
Objętość:
62 str.
ISBN:
978-83-8221-480-2
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 20.25

„Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”

Antoine de Saint-Exupéry

„Mały Książę”



Wszystko zaczyna się wraz z zachodem słońca. Księżyc wisi na niebie, rozświetlając moją ciemną sypialnię. Ze zwykłych rzeczy tworzy groźne cienie, które tańczą na ścianach strasząc nieistniejącym widmem demonów i duchów. Ja natomiast leżę. Leżę i śpię już, oczy mam zamknięte, pod szyję zawinięta jestem w grubą kołdrę, którą dostałam od ojca w wigilijny wieczór. Jest początek wiosny, do życia powoli budzi się natura, lecz przeszkadza jej mroźny wiatr, wspomnienie zimy, która nie chce oddać swej niedawno zdobytej władzy. Śpię, lecz jednocześnie stoję na środku pokoju przyglądając się własnej, fizycznej powłoce. Moja pierś unosi się powoli, miarowo. Wdech, wydech, wdech, wydech. Później patrzę na tę drugą mnie — delikatny obrys różowego złota, który dryfuje w ciemności. Na prawdziwą pada światło księżyca, zniekształcając rysy i rzucając cień rzęs na blade policzki, które nie zdążyły złapać pierwszych promieni słońca. Przez teraźniejszą światło księżyca przelatuje, choć wolę określenie łączy się — z moim własnym światłem. Ponieważ to światło to ja. To moja dusza. Idę kilka kroków w przód i opieram się na parapecie. Nie czuję jego szorstkiej struktury, mam wrażenie, jakbym ciągle dotykała szkła. Wychylam się do przodu, pokonuję barierę okna. Jeszcze tylko podnoszę się na rękach… spadam. Spadam z siódmego piętra wieżowca. Cudowne uczucie, choć brakuje mi wiatru, brakuje włosów, które powinny smagać mój kark jak tysiące biczów, brakuje paraliżującego ukłucia strachu. Bo spadam… i ląduję na ziemi. To lądowanie nie jest tak wdzięczne jak można by sobie wyobrazić, nie ląduję jak płatek róży strącony porywem wiatru. Ląduję wykrzywiona, połamana, ląduję tak, jak wylądowałby człowiek skaczący z siódmego piętra wieżowca. Ale nie mam krwi. Nie mam kości. Nie mam skóry, włosów, nie mam oczu, choć widzę i nie mam uszu, choć słyszę. Nie mam też nosa, nie mam narządów wewnętrznych… na dobrą sprawę nie mam również serca i mózgu. Bo to wszystko zostawiłam, tam, siedem pięter wyżej. Wstaję po chwili zamroczenia i rozglądam się. Brukowane chodniki wyglądają na zmęczone, gdy pada na nie blade światło latarni. Niedaleko idzie jakiś człowiek, śmieje się głośno sam do siebie. Jego dusza jest cienka, leży na skórze, więc już nie pod nią, bo źle o nią dba. Ma zielony, niezdrowy kolor, jak piwo w barwionych butelkach. Idę dalej, zaglądam do mieszkań. Większość ludzi śpi, a dusze otulają ich jak matczyny koc. Na chwilę przystaję w pokoju dziecięcym na pierwszym piętrze sąsiedniego bloku. Na ziemi leży niesamowicie puchaty, różowy dywanik — wiem to, choć jego włoski usilnie unikają moich stóp. W białej kołysce leży dziecko. Duszę na ukrytą gdzieś głęboko, przy sercu, więc rozświetla ona niemowlę jakby było lampką nocną. Światło jest białe, bardzo jasne, tak, że mam wrażenie jakbym patrzyła w małe słońce. Jest nieskalane, tak uroczo niewinne. Patrzę na nie oczarowana, kiedy nagle dziecko otwiera oczy. Duże, bezdenne źrenice kieruje na mnie. Obserwuje przez chwilę, jakby zastanawiając się, kim jestem. W pewnej chwili zaczyna płakać. Twarz marszczy mu się zabawnie, policzki rumienią, aspod powiek lecą gęste łezki. Z małych ustek wydobywa się krzyk. Szybko przenikam do następnego mieszkania, by uniknąć światła lampy, którą najpewniej w pokoiku zapali zaniepokojony płaczem dziecka rodzic. Światło mnie osłabia, przyćmiewa, daje silną potrzebę powrotu do mojego ciała. A ja lubię wędrować całe noce, poznawać nowe odcienie dusz i obserwować okolicę jak przypadkowy film w telewizji. Jednak kilka godzin później wschodzi słońce, a wraz z jego pierwszymi promieniami muszę wracać. Niesie mnie wiatr, choć sama nie umiem latać. Zawsze trafiam prosto do domu, do mieszkania. Wpadam przez ścianę akurat, by obudzić się i ujrzeć pierwsze promienie wschodzącego słońca. Tak i tym razem — gdy tylko otwieram oczy, widzę jak znikają nocne cienie, jak pokój rozświetla się i sprawia, że ja także promienieję na powitanie dnia. Wstaję z łóżka i zatapiam palce we własnym dywanie — białym, o krótkim szorstkim włosiu. Nie jest to najprzyjemniejszy w dotyku materiał, lecz niezwykle mila odmiana po nocnym braku czucia. Ziewam, zakrywając usta dłonią i przeciągam się tak, aż strzykną stawy. Leniwie wstaję i kieruję się do kuchni. Wyjmuję mleko, wyjmuję także jajka, mąkę i wodę gazowaną, by dodać lekkości. Mieszam składniki w misce, na chwilę wystawiając twarz do słońca świecącego przez kuchenne okno i przymykając powieki. Włączam gaz i nagrzewam patelnię. Wylewam na nią niewiele ciasta, wykonuję okrężne ruchy, by rozprowadzić je równo. Gdy naleśniki są gotowe, kładę je na talerz. Polewam gęstym, słodkim sosem, który spływa po nich kilkoma małymi wodospadami i gromadzi się w jezioro wokół naleśnikowej wyspy. Kroję je na małe trójkąty jak tort urodzinowy i zjadam, popijając gorzką kawą. Później ubieram się — wybieram ciemne dżinsy i biały golf. Rozczesuję włosy, spryskuję je lakierem, by pozostały w pożądanej formie choć kilka godzin. Biorę zapakowaną dzień wcześniej torbę, w której znajduje się koc, książka, woda i kilka batonów proteinowych. Wychodzę z mieszkania, zjeżdżam windą siedem pięter w dół, a po wyjściu z budynku kieruję się w stronę miejskiego parku. Wymieniam uprzejmości z kilkoma napotkanymi sąsiadami. Na drzewach właśnie kiełkują liście, a trawa powoli podnosi się po ciężkich zimowych przeżyciach. Zimny wiatr walczy o dominację z letnim słońcem. Skopuję na trawnik kamień, który leży na chodniku i szykuję się na przejście do bardziej uczęszczanej części miasta. Ludzie mijają mnie w pośpiechu, kiedy powoli kieruję się do celu. W pewnym momencie przed oczami błyska mi słaby, bordowy płomyczek. Przystaję, ignorując ludzi rzucających mi groźne spojrzenia i pozwalam się trącać ramionami. Rozglądam się. Wokół panują zielenie, szarości i brązy. Ludzie ubrani są w przygaszone barwy. Żadnego bordowego blasku, gdy nagle… znów go widzę. Prosto przede mną, tym razem silniejszy. Jakby szedł na mnie. Ale jednocześnie go nie ma. Wtedy zaczynam rozumieć. Zamykam oczy. W ciemności widzę bordowy zarys. Ma kształt człowieka, porusza się w rytm jego kroków. Zarys jest słaby, ledwo się tli, w wielu miejscach jest przerwany i naznaczony czernią. Wciągam głośno powietrze. Czy moje noce wyprawy to jednak nie czcze sny? Czy właśnie, całkiem trzeźwa i rozbudzona, patrzę na obcą duszę? Lecz przecież jest wiele ludzi wokół, a ja widzę tylko tą, w dodatku zmarniałą i słabą. Z obawą kieruję zamknięte oczy na swoje dłonie… tuż przy skórze, a może nawet dokładnie w niej tkwi obrys w kolorze różowego złota. Obca dusza zbliża się, a ja znów sztywnieję z grozy. Czerwony, szczególnie o tym natężeniu, to złość. Nie świeża furia, nie gniew, lecz złość, która potrafi tkwić w człowieku przez lata, niszczyć go i nakłaniać do krzywdzenia innych. Myślę, że taki kolor mają dusze przestępców, chociaż nigdy takowej nie widziałam. Jednak jest coś gorszego — te czarne przebarwienia. Bo czarna dusza… zwiastuje śmierć.

Otwieram oczy, gdy bordowy blask wypełnia mi niemal całe pole widzenia, na sekundę przed zderzeniem. Mam czas, żeby zorientować się, że to ja nieświadomie szłam w kierunku właściciela duszy, a on, zajęty własnymi sprawami, nie zauważył mnie. Jego ramię boleśnie zderza się z moim, sprawiając, że tracę równowagę i zataczam się kilka kroków do tyłu. Mężczyzna jest niewiele ode mnie starszy. Ma rozwichrzone, czarne włosy i piwne oczy, które mają w sobie nutkę szaleństwa. Jego białka są przekrwione, jakby nie spał kilka nocy. Cerę ma bladą, lekki zarost, wyraźne kości policzkowe i lekko wklęsłe policzki. Ubrany jest w szerokie dżinsy i czarną koszulkę z czerwonym, wypłowiałym napisem „Chicago”. Na nogach ma znoszone trampki. Patrzy na mnie wrogo, a w oczach pojawia mu się groźny blask.

— Patrz gdzie leziesz, święta krowo — cedzi przez zęby i omija mnie z lewej strony.

Zafascynowana spoglądam za nim, kolejny raz zamykając oczy. Bordowy zarys powoli oddala się. Wbrew sobie ruszam za nim, trzymając się w odległości kilku metrów, w nadziei, że nie zauważy mnie. Po kilku minutach obserwuję, jak wchodzi do jednego z wieżowców. Spoglądam na numer. Trzynaście. Mam ochotę wybuchnąć śmiechem i więcej nie wracać do tej dziwnej sytuacji. Ale zapamiętuję liczbę. Chwilę później wchodzę do środka. Spoglądam na dwie windy. Jedna zatrzymuje się na piętrze piątym, druga na dziewiątym. Zapisuję w pamięci oba numery i wychodzę, nim zaniepokojony ochroniarz zdąży mnie wyprosić. Zaciskam rękę na paskach torby i idę w stronę parku. Gdy już tam jestem, siadam na ławce. Na plecy zarzucam koc, żeby nie zmarznąć. Próbuję czytać książkę, lecz nie potrafię się skupić. Zamykam oczy. Jest ciemno. Po prostu ciemno. Nie widzę swojej duszy. Nie widzę niczego. Znów je otwieram. Znudzona wyjmuję batonika i zjadam go powoli. Kilka godzin później wracam do domu z ledwie kilkoma przeczytanymi stronicami i zupełnym bałaganem w głowie. W mieszkaniu zamykam zamki, rzucam w kąt torbę. Otwieram lodówkę i wyjmuję opakowanie sałatki, pomidory koktajlowe, ogórki. Sięgam po pierś kurczaka, ale w połowie drogi cofam rękę, przekonawszy się, że nie mam siły gotować. Zamiast tego biorę z szafki puszkę kukurydzy. Jem sałatkę na kanapie, przed telewizorem, który cicho mruczy jakieś wiadomości. Kładę się wraz z zachodem słońca. Tylko zamykam oczy i znów jestem wolna.

Błądzę w poszukiwaniu wieżowca z numerem trzynaście. Mijam ludzi o ciemnych, nieprzyjaznych duszach i szukam jednej z nich. W końcu docieram do budynku. Przenikam przez drzwi wejściowe i na chwilę przystaję, by uśmiechnąć się na widok duszy ochroniarza. Jest żółta, przy skórze i porusza się wraz z jego powolnym oddechem, który zdecydowanie nie przystoi stróżowi porządku na nocnej zmianie. Kręcę głową i przechodzę na klatkę schodową. Na szczęście dusza nie męczy się w sensie fizycznym, więc bez problemu wbiegam na piąte piętro. Wchodzę do pierwszego mieszkania, pewna, że będzie to pudło. Tak też się dzieje. Następne. Pudło. Kolejne. Pudło. Dalej. Pudło. Po przejściu wszystkich mieszkań na tym piętrze staję niezadowolona na korytarzu. Straciłam za dużo czasu. Przechodzę na dziewiąte piętro. Pierwsze mieszkanie… znów pudło. Kolejne… rozglądam się po przedpokoju. Szara wykładzina jest wydeptana, w niektórych miejscach ciemniejsza niż powinna. Wyblakła tapeta w rustykalny wzór częściowo zeszła już ze ścian. Po lewej jest kuchnia, urządzona nowocześnie, ale zaniedbana. Garnki leżą porozrzucane na elektrycznej kuchence, a miski i talerze, w różnych stopniach ubrudzenia, są rozłożone na granitowych blatach. Mały stolik, bardziej przypominający barowy, stoi w rogu. Obok znajduje się jedno krzesło, które czerwienią plastikowej obudowy odznacza się od otoczenia. Idę dalej. Toaleta prezentuje sobą lepszy widok, choć nieliczne kosmetyki leżą w artystycznym nieładzie na półce nad umywalką. Zanim przechodzę do salonu, który znajduje się na końcu mieszkania, zaglądam do sypialni. Fioletowa pościel leży skotłowana na łóżku, a połowa białych, małych poduszek leży na podłodze. Pedantyczna część mnie chce je podnieść, ale wiem, że takie próby dałyby mierny efekt. Na ścianie wisi tylko jedna ozdoba — plakat nieznanego mi zespołu z zamaszystym autografem na całej jego powierzchni. W końcu ryzykuję salon. Jeśli okaże się, że nikogo tu nie ma… Zerkam na okno. Czarny jak aksamit horyzont powoli zabarwia się granatowymi smugami. Ostatnia szansa. Jeżeli się nie uda, przyjdę tu jutro. Powoli idę w stronę salonu, nieświadomie zamykając oczy. Otwieram je dopiero po oparciu się o futrynę. Na początku zalewa mnie fala ulgi, gdy widzę znajomą, zniszczoną duszę. Jednak później… Mężczyzna siedzi na przetartej skórzanej kanapie. Obok niego leży opakowanie po jednorazowej strzykawce. Podwinął rękaw bluzki, którą widziałam wcześniej tego dnia, na bicepsie zaciśniętą ma opaskę uciskową. Na przedramieniu widać nabrzmiałe żyły. Wysuwa końcówkę języka w skupieniu i wbija igłę w żyłę. Ciecz powoli sączy się do krwi, a gdy już zupełnie kończy się, mężczyzna odrzuca zużytą strzykawkę na kanapę i pospiesznie, drżącymi rękoma odwiązuje opaskę, która upada obok. Ciężko upada na oparcie i zamyka oczy. Nerwowo zaciska szczękę. Po kilku sekundach, podczas których wstrzymywałabym oddech ze strachu, jego ciało rozluźnia się, a na twarzy pojawia się zadowolony uśmiech. Otwiera oczy i patrzy się niewidzącym wzrokiem w sufit. Jego tęczówka wydaje się ogromna przy aktualnej wielkości źrenicy. Jakieś przeczucie każe mi rozejrzeć się po pokoju. Na stoliku z ciemnego drewna naprzeciw kanapy stoi niewielki telewizor plazmowy. Na ścianie wisi przekrzywiony obraz, zza którego coś wystaje. Już chcę się temu przyjrzeć dokładniej, gdy kontrolnie zerkam na mężczyznę… a on odwraca gwałtownie głowę w moją stronę. Patrzy mi prosto w oczy, chociaż sama nie potrafię ich zlokalizować. Nie spogląda za mnie, nie przede mnie, lecz prosto tam, gdzie się znajduję. Wpatruje się nienaturalnie zmniejszonymi źrenicami, a jego dusza draga wokół, miotając się jak w zbyt małej klatce. I w tym niesamowitym momencie, gdy patrzymy sobie w oczy, widzę, jak jej kolejna część uspokaja się, zatrzymuje i czernieje. Wtedy on marszczy brwi. Kolor wokół niego nabiera nasycenia — gniew jest świeży. Zaciska pięść na swoim udzie i powoli zaczyna wstawać. Cofam się instynktownie o krok i znów trafiam na futrynę. Spoglądam na okno. Za horyzontem widzę już pierwsze smugi światła. Zamykam oczy i daję się porwać wiatrowi.

Zrywam się z łóżka z mocno bijącym sercem. Rozglądam się w panice po pokoju. Złote słońce nadaje miękkości kształtom i daje wrażenie, jakby wszystko było dziewiczo czyste. Siadam wyprostowana na łóżku próbując poukładać sobie w głowie niedawne wydarzenia. Ten mężczyzna… on nadal tam jest. Nadal znajduje się w narkotycznym transie, widziałam go przed chwilą, tak dawno… Mam ochotę zerwać się i pobiec do jego mieszkania, nakrzyczeć jak matka na niegrzecznego brzdąca i wyznać, że sam siebie zabija, że jego dusza cierpi i powoli zanika. Ale nie mogę. Bo to prawdziwe życie, a dla mnie to całkiem obcy człowiek, który może być groźny. A ja teraz mam w sobie krew. Mam kości, które można połamać. Skórę, którą można naciąć. Włosy, które można wyrwać. Teraz czuję ból, czuję zmęczenie. Czuję, jak serce przyspiesza mi na wspomnienie tamtego widoku. Wstaję z łóżka i pokonuję kilka kroków do biurka. Otwieram laptopa, wstukuję w wyszukiwarkę hasło. Brązowy narkotyk, dożylnie. Trzy tysiące trzysta osiemdziesiąt wyników. Pobieżnie przeglądam kilka z nich. Heroina. To słowo tłucze mi się w głowie. Dlaczego zajmuję się jakimś nieznajomym narkomanem? Dlaczego nie dam sobie po prostu spokoju i nie wrócę do mojego zwykłego życia? Ale ja chyba… nie chcę. Czuję, że nie dam sobie spokoju, jeśli nie dowiem się o nim czegoś więcej. Jego dusza musi coś znaczyć, skoro ją widzę. Czy też… nie widzę. Kręcę głową w zmieszaniu i zamykam komputer. Kieruję się do kuchni. Kroję chleb i kładę na niego plasterek sera. Popijam kawą, idę się ubrać. Spoglądam na termometr za oknem. Dwadzieścia stopni. Ubieram jasne dżinsy i szeroką, szarą bluzkę na ramiączkach. Patrzę na kalendarz. Jeszcze kilka dni urlopu. Siadam na łóżku, rozczesując włosy i myślę nad tym, gdzie mogę pójść. Potrzebuję pojechać do sklepu, ale nie chcę opuszczać okolicy. Nie, kiedy sprawa tego mężczyzny leży mi na sercu. Biorę książkę i postanawiam znów pójść do parku. Wychodzę z mieszkania, zamykam drzwi na cztery spusty, zjeżdżam siedem pięter w dół. Idę przez miasto, docieram do parku. Siadam na ławce położonej w cieniu starej wierzby płaczącej. Czytam. Co kilka minut dociera do mnie, że przestaję skupiać się na książce i tylko bezmyślnie przekartkowuję. Koło południa skracam me męczarnie i wchodzę w boczną uliczkę. Po kilku minutach docieram do niewielkiej pizzerii. Z głośników leci spokojna włoska muzyka, wokół unosi się smakowity zapach pieczonego ciasta. Z pięciu stolików dwa są zajęte — jeden przez już nie najmłodsze małżeństwo, które opowiada sobie coś z czułością, a drugi przez samotną bizneswoman, która z zapałem wystukuje coś na klawiaturze połączonej z tabletem. Obok niej stoi nietknięte latte. Siadam przy oknie i przeglądam menu. Cierpliwie czekam, aż kelnerka, która pewnie ma nadzieję, że nikt nie zauważy, iż przegląda Facebooka od kilku minut zamiast zająć się klientami, podejdzie do mnie. Uśmiecham się do niej pod przymusem i uprzejmie proszę o małą pizzę Caprese i szklankę wody. Leniwie wyglądam przez okno czekając na jedzenie. Kiedy leży już na stole, zjadam je powoli, delektując się każdym kęsem. Wypijam wodę, ocieram usta serwetką i składam na talerzu sztućce. Proszę o rachunek, płacę gotówką. Łapię torebkę, już wstaję, by wyjść, gdy do moich uszu dobiega skowyt policyjnej syreny. Wyglądam przez okno z niejasnym lękiem zmieszanym z ciekawością. Dwa wozy policyjne zatrzymują się z piskiem opon pod budynkiem numer trzynaście. Siadam z powrotem na krześle i wołam kelnerkę nie odwracając twarzy od okna. Zamawiam dodatkowo jedną porcję tiramisu. Dziewczyna patrzy na mnie krzywo, ale zapisuje zamówienie. Z wozu wybiega uzbrojony policjant, za nim podąża jeszcze dwójka. Wchodzą do wieżowca. Kelnerka stawia tiramisu na stole ukradkiem zerkając w okno. Kładzie sztućce ze zbytnim ociąganiem. Z budynku wychodzi policjant, za kark trzymając zakutego w kajdanki, szamoczącego się mężczyznę. Z takiej odległości nie widzę jego twarzy. Z największymi obawami zamykam oczy. Mała, niewyraźna bordowa dusza wyjątkowo spokojnie otacza wyrywającego się człowieka. Moje dłonie na powrót lśnią. Biorę deserowy widelczyk i powoli odkrajam kawałek ciasta. Zjadam go, nie patrząc jak wygląda. W ustach czuję kremowy, kawowy smak. Policjant siłą wpycha mężczyznę na miejsce pasażera i odjeżdża już bez syreny. Pozostałych nadal nie widać. Kończę deser, kiedy wychodzą. Są przygarbieni i mamroczą coś do siebie, gwałtownie gestykulując. Wołam kelnerkę, żeby poprosić o kolejny rachunek. Wóz odjeżdża. Płacę gotówką, nie zostawiam napiwku. Pospiesznie łapię torebkę i szybko rozglądam się po restauracji. Małżeństwo i kobieta pracująca już dawno wyszli. Ich stoły nadal pozostały niesprzątnięte, zasypane resztkami jedzenia, z okręgami po napojach w kubkach i szklankach. Dobrze zdecydowałam o braku napiwku. Szybko wychodzę z restauracji i kieruję się do wieżowca numer trzynaście. Staram się wyglądać na zrelaksowaną, jakbym wracała z owocnego spaceru do mojego przytulnego apartamentu. Witam ochroniarza skinieniem głowy. Patrzy na mnie podejrzliwie, ale odpowiada i nie rusza się z miejsca. Wchodzę do windy, naciskam przycisk oznaczony cyferką 9. Czuje się jak ostatnia sardynka w metalowej puszce. Spoglądam na lustro i wycieram z kącika ust pozostałość po kremie mascarpone. Wysoki pisk rani mi uszy. Drzwi windy otwierają się z paskudnym zgrzytem metalu i metal. Wychodzę, a one zatrzaskują się tuż za mną. Na korytarzu panuje paskudna cisza. Kafelki i ściany, które w założeniu miały być białe, są teraz równie szare jak chmury przed potężną ulewą. Tym razem nie muszę się bawić w wyliczanki jak przy mojej pierwszej wizycie tutaj. Mieszkanie narkomana obwieszone jest taśmą policyjną. Niepewnie podchodzę do drzwi. Ostrożnie odchylam taśmę i naciskam klamkę, a one otwierają się bezgłośnie. Wiedziona paranoją rozglądam się jeszcze raz po korytarzu, ale nie ma tu żywej duszy. Schylam się i wysoko podnoszę nogi, by nie naruszyć taśm. Wchodzę do mieszkania. Jeśli uważałam, że za mojej poprzedniej wizyty panował tu nieporządek, to teraz powinnam to odwołać. Wszystkie półki, szafki, szafy są pootwierane, a zawartość wysypana na podłogę. W kuchni garnki leżą na podłodze. Idę dalej. Z kosmetyków w łazience powoli sączą się płyny tworząc barwną kałużę na kafelkach. Zerkam do sypialni. Pościel i poduszki leżą na podłodze, są podeptane. Całe mieszkanie wygląda jak po przejściu osobistego huraganu. Policjanci musieli się spieszyć. Spokojnie przechodzę przez to pobojowisko. Z każdym moim krokiem z podłogi podnoszą się kłębki puchu z poduszek. Przechodzę do salonu i opieram się o futrynę. Kanapa jest rozpruta i rozdzielona na części. Telewizor pozostał nienaruszony, choć z szafki pod nim wyjęto wszystkie płyty, które leżą rozrzucone. Kucam, by przyjrzeć się okładce jednej z nich. Nagle przenoszę wzrok na ścianę. Obraz wisi przekrzywiony. Mam szansę, by dokładniej mu się przyjrzeć i nie chcę jej zmarnować. Porzucam płytę i podchodzę bliżej. To sztuka nowoczesna. Śnieżnobiałe płótno jest rozcięte w jednym miejscu, z którego jak macki wychodzą linie czarnej farby i rozchodzą się po całym obrazie, jakby pożerając go od środka. W dolnej części przecięcia rozprowadzono czerwoną farbę, która spłynęła w dół jak krople świeżej krwi i tak też zastygła. Obraz obwiedziony jest srebrną ramą. Niepokojące… na swój sposób piękne. Płótno jest przekrzywione w prawo, a przeciwną stronę niż wtedy, kiedy byłam tu ostatnio. Biorę je i zdejmuję z gwoździa. Dokładnie po środku widnieje kawałek tapety, który wydaje mi się świeższy. Stukam w to miejsce kłykciami, odpowiada mi głuche echo. Odchodzę kilka kroków i jeszcze raz patrzę w to miejsce, po czym kieruję swe kroki do kuchni. Biorę jeden z ceramicznych noży leżących na ziemi i wracam do salonu. Staję przed miejscem, gdzie wisiał obraz, delikatnie przybliżam do niego nóż. Dziurawię tapetę, podważam ją. Przy kolejnym już zamachu jej skrawek pozostaje na ostrzu noża, a mi ukazuje się niewielka wyrwa w ścianie. Odrzucam nóż, który z zimnym, metalicznym brzdękiem ląduje na podłodze.

W ciszy słychać mój ciężki oddech. Podchodzę do dziury i zaglądam do jej wnętrza. Jest wyłamana amatorsko, niesymetryczna, bardziej przypomina grotę jaskini w miniaturze niż poważną skrytkę. Na jej dnie leżą cztery niewielkie ampułki wypełnione białym proszkiem. Sięgam po nie i podnoszę opuszkami palców. Patrzę przez chwilę jak leżą mi w dłoni i przymykam oczy. Czy jestem w stanie okraść obcego, prawdopodobnie niepoczytalnego mężczyznę? Nie będę miała jak się obronić, gdy spróbuje odzyskać co jego. W ten sposób sama narażam swoje życie… Zaciskam pięść z heroiną i prostuję obraz, by zakryć dziurę. Znalezisko wkładam z impetem do torebki, gdy gdzieś niespodziewanie odzywa się stłumione łupnięcie. Rozglądam się po mieszkaniu przerażona, moje serce wybija szybki rytm niczym u łani, która widzi przed sobą reflektory samochodu, a pomimo to nadal stoi na środku jezdni. Jednak nikogo tu nie ma. Przyciskam torebkę do piersi i szybko wybiegam z mieszkania, zamknąwszy drzwi i pozostawiwszy nienaruszone taśmy. Ampułki ciążą mi w torebce bardziej niż cokolwiek innego. Włamanie do mieszkania i kradzież narkotyków… Kręcę głową na własną głupotę. Jednak nie miałam wpływu na pojawienie się mojego daru, a teraz sama muszę wpłynąć na wydarzenia, które pozwolą mi zrozumieć, dlaczego jedyny raz w życiu, w świetle dziennym dane mi jest widzieć akurat duszę tego narkomana. Im bliżej jestem domu tym bardziej wali mi serce. Przyłapuję się na tym, że co chwila rozglądam się nerwowo, jakby już cały świat wiedział, że mam przy sobie narkotyki. W mieszkaniu zanadto gwałtownie zamykam zamki i wycieńczona psychicznie opieram się o drzwi. Zsuwam się po nich na ziemię, otwieram torebkę, wyjmuję heroinę. Przyglądam się niewielkim ilościom białego proszku z małymi brunatnymi kropkami. Jeśli wierzyć mojej wiedzy nabytej z Internetu, narkotyk nie jest najczystszy, ale z pewnością także nie tani. Wydaje mi się, że w jednej ampułce jest go około dwudziestu pięciu gramów, co na dobrą sprawę nie jest dużą ilością. Wstaję i na sztywnych nogach przemieszczam się do sypialni. Otwieram szafę, w lustrze miga mi moja blada twarz. Sięgam po szkatułkę z biżuterią i łapię za jej środek. Wyciągam go, ujawniając drugie dno. Kładę tam narkotyk i prędko zamykam. Może nie jest to skrytka stulecia, ale przynajmniej przypadkowy gość nie ma szans jej odkryć. Wrzucam torebkę do szafy, idę kilka kroków w tył i padam na łóżko. Chowam twarz w dłoniach. Co ja najlepszego wyrabiam.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 20.25