Nie miałam siniaków.
Miałam tylko serce, które przyspieszało na dźwięk klucza w zamku.
4 czerwca
Lubię czerwiec.
Zawsze lubiłam.
Świat pachnie wtedy jak obietnica. Jakby wszystko mogło się jeszcze wydarzyć. Jakby życie nie było zamkniętą bańką, tylko otwartym oknem.
Dziś rano stałam w kuchni w samej koszulce. Słońce wpadało przez okno i otulało swoimi promieniami. Zrobiłam kawę. Pachniała mocno. Prawdziwie. Przez chwilę poczułam się… dobrze.
Nie szczęśliwa…
Nie spełniona.
Po prostu dobrze.
Sebastian siedział przy stole i przeglądał wiadomości w telefonie. Dzieci jeszcze spały. W domu była cisza, która nie była napięciem — tylko spokojem.
— Masz dziś dobry humor — powiedział, nie podnosząc wzroku.
Uśmiechnęłam się.
— Lato — odpowiedziałam lekko.
Spojrzał na mnie. W jego oczach był ten cień ironii, którego jeszcze wtedy nie nazywałam.
— Oby nie do pierwszego problemu.
Zaśmiał się.
Ja też.
Bo przecież to był żart.
A jednak… jeszcze nie wiedziałam, co mnie tak przydusza…
Tak lekko, że mogłabym to zignorować.
„Do pierwszego problemu.”
Dlaczego mój dobry nastrój miałby być chwilowy?
Dlaczego miałby być wyjątkiem, a nie normą?
Nie chcę analizować każdego zdania.
Ale zaczęłam to robić. I nawet nie wiem, kiedy to się stało.
7 czerwca
Kolacja u jego rodziców.
Zawsze się staram.
Ubieram dzieci wcześniej, żeby nie było pośpiechu. Pakuję zapasowe ubrania. Pilnuję, żeby nie były głodne przed wyjściem. Robię sałatkę, choć wiem, że i tak będzie pięć innych.
Sebastian chwalił ją przy wszystkich.
— Monika naprawdę potrafi zrobić coś z niczego.
Poczułam ciepło. Takie miękkie. Prawdziwe. Lubię, kiedy mnie chwali.
A potem zaczęłam mówić o kursie w pracy. O tym, że chciałabym się rozwijać. Że sekretariat to nie wszystko. Że czuję, że mogę więcej.
I wtedy wszedł mi w słowo.
— Monika ma co chwilę nowe pomysły — powiedział z uśmiechem. — Ona jest jak burza. Dużo energii, mało planu.
Wszyscy się uśmiechnęli.
Jego mama dodała:
— Oj, taka już jej natura.
Siedziałam przy stole z widelcem w dłoni i poczułam, jak robi mi się gorąco.
Nie ze wstydu. Z bezradności. Było mi po prostu przykro.
Bo ja mam plan. Zawsze mam plan.
To ja pilnuję kalendarzy, szczepień, wywiadówek, rachunków, prezentów. To ja pamiętam o urodzinach jego matki. To ja wiem, kiedy kończy się ubezpieczenie samochodu.
Burza bez planu?
Wracając samochodem powiedziałam cicho:
— Nie podobało mi się to, co powiedziałeś.
Westchnął.
— Monika, to był żart. Ty naprawdę musisz nauczyć się dystansu.
Musisz. To słowo zawsze mnie ściska w środku. Jakby ktoś ustawiał mnie do pionu. Jakby ktoś decydował, jaka powinnam być.
Zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście przesadzam.
11 czerwca
Dziś zrobiłam budżetowy plan na wakacje.
Lubię liczby. Są albo się zgadzają, albo nie.
Usiadłam przy stole z kalkulatorem i kartką.
Sebastian spojrzał.
— Po co to robisz?
— Żeby wiedzieć, na czym stoimy.
— Od tego jestem ja.
Powiedział to spokojnie. Bez złości. Bez podniesionego głosu.
Właśnie to jest najgorsze.
— Chcę po prostu mieć wgląd — odpowiedziałam.
— Monika, ty się nakręcasz rzeczami, które nie są twoją odpowiedzialnością. Skup się na tym, w czym jesteś dobra.
W czym jestem dobra?
W czym?
W gotowaniu?
W pilnowaniu dzieci?
W byciu „emocjonalną”?
Poczułam wściekłość. Ostre, ukłucie…
Ale zamiast ją pokazać, powiedziałam:
— Dobrze.
Nienawidzę tego momentu.
Kiedy mówię „dobrze”, a w środku krzyczę „nie”.
14 czerwca
Dziś płakałam w łazience. Cicho. Bez powodu.
A może powód był, tylko nie umiem go nazwać.
Czuję się jakbym była oceniana. Jakbym była cholernym polem w excelu do ocenienia…
Sebastian rano powiedział:
— Znowu jesteś napięta. Masz gorszy dzień?
Chciałam odpowiedzieć:
„Może to to, że czuję się ciągle niewystarczająca.”
Ale powiedziałam:
— Nic.
On ma rację w jednej rzeczy.
Kiedyś byłam inna. Śmiałam się częściej.
Tylko nie pamiętam, kiedy przestałam.
18 czerwca
Dziś coś we mnie pękło.
Zosia powiedziała:
— Mamo, nie denerwuj się tak. Tata mówi, że wszystko przeżywasz za mocno.
Nie byłam zdenerwowana. Tłumaczyłam jej matematykę.
Zobaczyłam w jej oczach ocenę.
Jakby sprawdzała, czy rzeczywiście jestem taka jak mówi tata…
Wieczorem powiedziałam Sebastianowi, że nie podoba mi się to, co mówi przy dzieciach.
— Monika, przestań. One muszą widzieć, że świat nie kręci się wokół twoich nastrojów.
To zdanie wraca do mnie… wraca niczym podmuch zimnego, jesiennego wiatru. Boli.
Czy ja naprawdę kręcę świat wokół siebie?
21 czerwca
Dziś byłam szczęśliwa.
W pracy wszystko szło idealnie. Szef powiedział przy wszystkich, że beze mnie dział by się posypał. Koleżanki zaprosiły mnie na kawę. Śmiałyśmy się jak kiedyś.
Wracałam do domu z muzyką w samochodzie i poczułam dumę. Prawdziwą. Ciepłą. Czułam się naprawdę doceniona.
Weszłam do domu.
— O, widzę, że humor dopisuje… cóż takiego się wydarzyło?
Jedno zdanie.
I cała radość skurczyła się jak balon, z którego ktoś wypuścił powietrze.
Może rzeczywiście jestem za wrażliwa.
To nie jest wrażliwość, kiedy ktoś systematycznie podcina ci skrzydła w momencie, w którym zaczynasz się unosić.
To nazywa się ładnie … warunkowanie.
2 lipca — wakacje
Pakowanie zawsze mnie cieszyło. Listy. Kremy z filtrem. Dzieci biegające z pluszakami. Podekscytowane i planujące każdy dzień.
Sebastian był w dobrym humorze. Pomagał. Objął mnie w kuchni.
— No widzisz? Jak chcesz, potrafisz być spokojna.
Zamarłam na sekundę. To miał być komplement.
„Jak chcesz.”
Czyli kiedy jestem napięta, to wybieram to?
W drodze nad morze śpiewaliśmy. Wieczorem spacerowaliśmy po plaży. Trzymał mnie za rękę.
Chciałam zatrzymać ten obraz w słoiku. Na dowód, że jest dobrze.
3 lipca
Obudziłam się z ciężarem w klatce piersiowej.
Nic się nie stało. Słońce świeciło. Dzieci spały. Morze było spokojne.
— I co znowu? — zapytał. — Dopiero przyjechaliśmy.
— Nic.
— Monika, nie psuj dzieciom wyjazdu swoimi nastrojami.
Nie chciałam niczego psuć. Chciałam tylko usiąść i pobyć cicho.
Cały dzień pilnowałam twarzy. Uśmiechałam się. Robiłam zdjęcia.
Wieczorem usłyszałam:
— Widzisz? Jak chcesz to możesz…
Normalnie.
Czyli bez mówienia, co czuję.
6 lipca
Pokłóciliśmy się o gofry.
— Zawsze podważasz moje decyzje — powiedział.
To nie była prawda.
— Ty reagujesz. Ja myślę.
To zdanie boli najbardziej.
Jakby moje emocje były dowodem braku rozumu.
Wieczorem przeprosiłam. Nie wiem w sumie za co.
Za atmosferę.
Za napięcie.
Za to, że oddycham inaczej niż on chce.
20 sierpnia
Powrót z wakacji zawsze ma w sobie coś dziwnego.
Walizki stoją w przedpokoju, dzieci są zmęczone podróżą, w lodówce światło świeci zbyt jasno.
Jest ulga.
Ale jest też coś jakby… czujność.
Wrzesień za rogiem. Lubię wrzesień. Nowy początek. Plan. Kontrola nad czasem.
Przez kilka dni było spokojnie.
Sebastian mniej komentował.
Może naprawdę coś się zmieniło.
Może wakacje nas zbliżyły… może…
Tak bardzo chciałam w to wierzyć, że aż bolało.
5 września
Cisza.
Nie dobra.
Nie miękka.
Napięta.
Sebastian wraca później z pracy. Jest zmęczony. Patrzy na mnie jakby oceniał, choć nic nie mówi.
Dziś zapytał:
— Dlaczego jesteś taka przygaszona?
To pytanie nie było troską.Było zarzutem.
Jak mam odpowiedzieć na pytanie, które brzmi jak oskarżenie?
— Jestem zmęczona początkiem roku — powiedziałam.
— Ty ciągle jesteś zmęczona…
To zdanie wchodzi pod skórę.
Zaczynam wierzyć, że coś jest ze mną nie tak.
Może jestem za delikatna. Może za mało odporna.
Może rzeczywiście wszystko przeżywam za bardzo.
18 września
Nie mogę zasnąć.