E-book
16.38
drukowana A5
29.57
Przebłysk światła

Bezpłatny fragment - Przebłysk światła


Objętość:
65 str.
ISBN:
978-83-8104-841-5
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 29.57

Schowane w wierszu

Bezradny Chrystus

     Wszechmogący Chrystus uwięziony w drewnianej ramie. Zapisany na płótnie, celnie spryskany farbą. Omodlony, odymiony kadzidłem. Wyklęczane minuty, godziny, dni…
przed Wszechmogącym Chrystusem nieporęcznie wmalowanym w drewno.
Nieporuszony, milczący. Wmalowany w wystrój kościoła. Tak bezradny w skrzypiącej ramie, na ścianie…
Któż uwierzy w Chrystusa uwięzionego w bezruchu, w bezczynnym trwaniu, w cichym płótnie, w skrzypiącej ramie?
Prawdziwy Chrystus umiera i zwycięża w małym, białym opłatku, na białym obrusie, na ołtarzu, przy blasku świec, umiera i zwycięża Chrystus — dla ciebie, który klęczysz tam przed Nim tak bezradnym w skrzypiącej ramie, na ścianie…

Tylko zaufać

     Co robić…
Jak oddychać…
Jak czuć…
Jak być?
Zaufać do końca.
Pozwolić sobie na oddanie steru. Dać się ponieść przez idealną Miłość. Budzić się i zasypiać ze świadomością, że… Nie wiadomo co robić… Nie wiadomo jak oddychać… Nie wiadomo jak czuć… Nie wiadomo jak być…
A jednak wciąż wiedzieć, że On wie to wszystko, że pomoże nam działać, nauczy oddychać. Będzie czuł razem z nami. Będzie razem z nami. Przestajemy wtedy być sami. On jest w nas. Wtedy świat się zmienia. Nabiera ostrych barw. Obnaża drugiego człowieka i staje się on nam bliższy nawet jeśli go nie znamy. Rozumiemy go. Świat się zmienia. Przestajemy istnieć dla tego świata. To krótkie momenty gdy Bóg łapie nas za rękę i na chwilę przestajemy istnieć. Na moment… i świat zmienia się na zawsze. Cierpisz i chce ci się wyć, krzyczeć, odejść…
Ale nie robisz tego, bo świat zmienił się dla ciebie. I zaczynasz cierpieć razem z Nim
Tylko zaufać…

Po prostu Kochaj bardziej

     Uśmiechaj się częściej
zwłaszcza wtedy gdy znika słońce.

     Kochaj bardziej też wtedy gdy znów padasz na kolana. Uwierz mocniej, nawet jeśli zdaje ci się, że Bóg o tobie zapomniał.

     Śmiej się szczerze, też wtedy gdy nie kwitną już kwiaty. Codziennie czuwaj, by Pan zastał cię na modlitwie. Mów „kocham cię” codziennie, tak jakby jutro był koniec świata.

     Pamiętaj o ludziach, dla których jesteś ważny.

     Żyj tak, aby z nadzieją oczekiwać

     kolejnego wschodu słońca.

Dom

     Tęsknimy za Domem, za Tatą, który w progu czeka z otwartymi ramionami. Tęsknimy za anielskim śpiewem
za spojrzeniem Bogu w oczy. Słyszymy głos przyzywający nas do Domu.
A droga jest tak długa. Za wiele na niej zakrętów
i przeszkód trudnych do przejścia. Tak bardzo tęsknimy za Domem
i czasem tylko o nim potrafimy myśleć. Za dużo w nas codzienności, szarej rutyny bez granic. I często stoimy za szybą, skąpani
w szarości wieczora. W szamotaninie i gniewie, bo za dużo w nas codzienności…
Trzeba wyjść poza nią, stłuc szybę, odetchnąć głębiej niż zwykle. Inaczej spojrzeć na drogę, głębiej poczuć bliskość Domu. Tak bardzo pochłania nas tęsknota, a boimy się zrywać z codziennością. Pożyć bardziej dla Boga, niż dla siebie. Odetchnąć głębiej niż zwykle. Jesteśmy w drodze do Domu
i wciąż tak często idziemy za szybą. Jak w duchowej śpiączce, bo
wtedy serce mniej boli
Słyszymy głos przyzywający nas do Domu…

Zdrowaś Maryjo

     Zbyt dużo w nas rozsypanych koralików
drobno pociętych sznurków.

     Chcielibyśmy poskładać różaniec, lecz za mocno trzęsą się nam ręce.

     Boimy się wiązania węzłów, odpowiadania na zaproszenie.

     Z tak wielkim trudem mówimy „ufam Ci Panie”.

     Przestaliśmy patrzeć na krzyż. Wzrok ucieka nam w przestrzeń. Słuchamy wciąż tych samych słów krytyki, obelg i dyskusji o niczym.

     Zapomnieliśmy o krzyżu, to tam dla ciebie umiera Chrystus. Zapomnieliśmy o pustym grobie.

     O słowach „Pokój Wam”. Zbyt dużo w nas rozsypanych koralików i zagubionych krzyży.

     Mów „ufam Ci Panie” pozwól sobie spojrzeć na krzyż. Zacznij zaciskać węzły i łatać serce.

     Pozbieraj w końcu rozsypane koraliki
Zdrowaś Maryjo…

Bałwanek

     Wysłałeś już kartkę na święta
Z bałwankiem w czarnym cylindrze. Uśmiechał się spod marchewkowego nosa
Wysłałeś już kartkę na święta.

     Z najlepszymi życzeniami. Pokoju i szczęścia. Wysłałeś już kartkę na święta.

     I wciąż czekasz na Boga.

     Pośród czekoladowych Mikołajów,

     pośród świątecznego zgiełku w wielkiej galerii handlowej.

     Przechadzasz się wśród lampek
rozwieszonych na miejskich ulicach.

     I wciąż czekasz na Boga.

     Wymiotłeś już swoją świątynię, wyrzuciłeś połamane stoły, nie ma tam już wystraszonych zwierząt.

     Stoisz w swej czystej, przyozdobionej świątyni. Stoisz sam. I wciąż czekasz na Boga.

     Wysłałeś już kartkę na święta. Ulepiłaś pierogi, umyłeś okna. Ubrałaś choinkę…
Zapomniałaś tylko o jednym. Bóg nie dostał zaproszenia. Nie zawołałeś: przyjdź Panie!
Czekasz na Boga
w wymiecionej świątyni…
Ale czy pragniesz by przyszedł?

     Tak na zawsze. Tak naprawdę. Do końca.

     Aby przyszedł do ciebie.

Mój Jezu

     Mój Jezu czy narodzisz się w te święta

     w sercach znękanych, w tych samotnych w swoich za ciasnych mieszkaniach, w tych chorych i nieszczęśliwych, w tych które straciły nadzieję.

     Czy przyjdziesz dla ludzi zgubionych wśród burzy, zajętych wyjmowaniem piasku z oczu.

     Czy pojawisz się dla tych niegotowych na Twe przyjście, tych smutnych, bez nadziei.

     Dla pasterzy, którzy przysnęli w górach i nie spotkali aniołów, dla mędrców którzy zostali przy swych lunetach, którzy nie podążyli za gwiazdą.

     Dla Heroda zajętego sobą.

     Mój Jezu czy znajdziesz miejsce w sercach wątpiących, czy może znów zamieszkasz w stajni wśród siana?
Przyjdź Jezu do tych skłóconych, pochłoniętych
walką o swoje racje.

     Przyjdź Jezu do tych najmniejszych, którzy nie mogą się bronić, tych, którzy mają się urodzić, lecz
ktoś uznał, że nie ma dla nich miejsca.

     Przyjdź Jezu do matek, które straciły
nadzieję, którym wydaje się, że nie umieją
kochać.

     Przyjdź Jezu do matek walczących
o swoje prawa.

     Przyjdź Jezu raz jeszcze bezbronny i drżący, przyjdź raz jeszcze by zamieszkać w ludzkich
sercach. Zapukaj z propozycją miłości

     Przyjdź Jezu i odnów nas raz jeszcze.

Bez przyzwyczajenia

     Czekaj na Pana aż przyjdzie
Z dziecięcą niecierpliwością.

     Wyczekuj z nosem wlepionym w szybę okna.

     Czekaj z takim rozgorączkowaniem, które nie pozwoli ci zasnąć.

     Czekaj na Pana aż przyjdzie.

     Bez przyzwyczajenia, bez znudzenia.

     To już przecież kolejne święta. Przyjdzie wigilia i rodzina. Będą prezenty i pasterka. Jak co roku…
…tak z przyzwyczajenia.

     To On, to Chrystus ma przyjść.

     Prawdziwy, żywy. Chrystus ma przyjść do ciebie. A ty?
Jak co roku…
tak z przyzwyczajenia.

     Dziś czekaj na Pana inaczej. Drżyj z niecierpliwości, aż zapuka. Wyczekuj tej chwili. Nie przegap.

     Tak z przyzwyczajenia…
Chrystus chce przyjść
co ciebie, chce zamieszkać w twym domu.

     Wyczekuj, aż zapuka

     Czekaj na Pana aż przyjdzie.

Krzycz o miłości

Wysyłaj listy miłosne

z zasuszonymi stokrotkami.

Uśmiechaj się tak jak potrafisz

Z dołeczkami w policzkach.

Śmiej się serdecznie i na głos

przed Bogiem. Krzycz o miłości tam

gdzie niebo się otwiera.

Wyciągaj dłoń ku górze.

Chwyć Pana za stopę.

Zakochaj się tak jak tylko dziecko potrafi.

Bez komplikacji i pytań. Tak się kocha Boga

tak jak tylko dziecko potrafi.

Trzymaj się tych miejsc gdzie otwiera się niebo.

Nie bój się krzyża. Zobaczysz go bez wątpienia.

Będzie czekał wśród zasuszonych stokrotek.

Na ciebie.

Wielka jest ta miłość, która bierze swój krzyż.

Jak dziecko. Bez komplikacji i pytań.

Po prostu, bo Chrystus tak zrobił. Zakochaj się jak

dziecko i idź za Jezusem. Tam pod górę.

Wielka jest Jego miłość. Tu na tej drodze

po której stąpasz. Zakochaj się już dziś

i idź ku górze.

Idź ku zmartwychwstaniu.

Żyj

Nie czekaj na anioły o białych piórach

ani na złotą karocę, która po tęczy przewiezie cię wprost do

bram raju, ani na fajerwerki i fanfary, ani na czerwony

dywan, ani na czerwone róże i białego rumaka.

Nie czekaj na niebiański orszak zstępujący z nieba. Nie

czekaj na pałace i wystawną wieczerzę. Nie czekaj na

banał, na bajkową scenerię.

Bóg nie jest super bohaterem wojującym w przestworzach.

Bóg nie jest wróżką latającą wokół nas wśród złotego pyłku.

Bóg nie jest „super” „cool” i „na maxa”

Bóg nie jest popularny, nie świeci jak gwiazdka wśród

okrzyków tłumu.

Nie czekajmy na Boga super bohatera. Bóg jest niepozorny,

Bóg kocha ciszę, jest bardziej ludzki niż my sami. Bóg jest

między nami. Czasem prosi nas o coś do jedzenia, bo jest

głodny, Czasem minie nas na ulicy i uśmiechnie się do nas

Nie ignorujmy Boga, który trwa prawdziwy i żywy

w żebraku i starszej pani, która mija nas po drodze.

Bóg przychodzi do nas w pokorze i w ciszy. Bóg nie żąda,

Bóg prosi. Bóg nie krzyczy, Bóg szepce, Bóg wyciąga dłoń

w niezachwianej nadziei, że ty podasz Mu swoją

Nie czekaj na fanfary tylko na szelest liścia na drzewie.

Nie czekaj na karocę — musisz iść pieszo.

Nie czekaj na bajkę.

ŻYJ!

Noc

Nadchodzi taki dzień gdy zostajesz sam

Wchodzisz w noc, bo chcesz zobaczyć

prawdziwy świt

Nadchodzi taki dzień gdy decydujesz, aby zaufać, wbrew

logice.

Wchodzisz w noc i nieraz boli. Nosimy noc w sobie.

To wszystko co nie pozwala nam oddychać. Te chwile gdy

tracimy zbyt wiele i nie wiemy jak potem żyć. Skąd to się

bierze?

Chrystus jest w każdej nocy naszego życia. Niezawodnie.

Jest tam aby nauczyć nas walczyć. Wchodzenie w noc jest

po to, abyśmy nie przegrali tego co przygotował dla nas

Bóg. Będzie to coś niemożliwego. Zaufaj wbrew logice, że ta

noc, która nadeszła cię nie zabije.

Jest tam Chrystus

i jest tam bardziej niż w pełnym świetle poranka. Wejdź

w noc.

Tam spotkasz Jezusa a On nauczy cię walczyć.

Oto jestem

Ciągle błądzisz na swych drogach

spoglądasz na gwiazdy i szukasz

w nich zapisanych prawd

Zaglądasz w chmury

zbyt często i zbyt niedbale.

Nie widzisz anielskich skrzydeł.

Błądzisz w poszukiwaniu, często czegoś czego sam nie

pojmujesz. Szukasz wielkości, aby się zachłysnąć. Poczuć

w końcu spełnionym. I wszystko na darmo. Żadna wielkość

cię nie napełnia. Rozpaczliwie tęsknisz i nie potrafisz tego

nazwać. Błądzisz wśród gwiazd, póki nie spłoniesz.

Warto czasem zapłonąć żywym ogniem, zapalić się nagle

w cichości nocy. Rozświetlić mrok. Spojrzeć głębiej. Wypal

to co od dawna jest martwe. Usłysz szept wśród popiołów

Zejdź ze swojej drogi. Ktoś woła twe imię, abyś dłużej nie

błądził.

„Oto jestem”.

Wśród pustyni przyzywa cię twój Bóg, abyś poszedł. Tam

dokąd zechce cię poprowadzić

Nie zwlekaj.

Anioły na parapetach

     To nie jest szum wiatru. To anioły machają skrzydłami. Zleciały się ze stron paru o jasnym poranku i siadają na parapetach jak zabłąkane gołębie. Spotkasz swego anioła gdy wyjrzysz przez okno
z pytaniem czy jeszcze pada…
 Nie bądź dla niego zbyt szorstki. Tak jak bywasz dla kartki wyrywanej z kalendarza. Otwórz może okno nieco szerzej niż zwykle i poczekaj na swego anioła.

     One chętnie wchodzą gdy zostają wpuszczone, lubią się pośmiać, ale mogą też z tobą płakać
gdy zajdzie potrzeba. Nie bądź zbyt szorstki dla swego anioła nawet wtedy gdy pogoda nie dopisuje. On przecież chce tylko być przy tobie. Anioły mają duże skrzydła by w razie potrzeby
cię ogrzać. Anioł jest zawsze gotowy… dla ciebie

     Tak, właśnie dla ciebie.

Tak czule

Tak bardzo mnie kochasz!

A ja kocham Ciebie, lecz

przyznać muszę, że wciąż za mało…

Oglądasz każdy wschód słońca, każdy tak różny od

poprzedniego. Siedzisz na skraju mego łóżka, a ja śpię… do

późna. Nie budzisz mnie, a może?

A może delikatnie dotykasz

mego policzka, tak czule…

Może po prostu lubisz potem

opowiadać mi o tym przy

śniadaniu…

Przykro mi, że czasem nie słucham. Tak bardzo mnie

kochasz!

A ja kocham Ciebie, lecz

przyznać muszę, że wciąż za mało…

Za mało się staram by być

z Tobą bardziej. A Ty?

A Ty zaglądasz mi przez ramię

gdy czytam książkę, choć

znasz jej treść. Jak to jest, że kochasz tak bardzo, że

oglądasz telewizję, chodzisz na zakupy… jak to jest, że

codziennie oglądasz zachód słońca stojąc w moim oknie

Jak to jest Panie, że kochasz tak bardzo, przecież ja

czasem nie kocham wcale…

Jak to jest Panie, że tak ciężko kochać

gdy boli? Jak to jest Panie, że niosąc swój krzyż, myślałeś

o tym jak bardzo nas kochasz. Jak to jest Panie, że tracąc

wszystko, nie straciłeś niczego?

Tak bardzo mnie kochasz co rano, gdy jeszcze śpię. Gdy

dotykasz mego policzka…

Pewnie to zbyt śmiałe mój Panie, ale myślę, myślę, że

może… nie chcesz mnie budzić, bo przecież

krzyż mój leży u Twych stóp i przecież będę musiała go

wziąć gdy już wstanę. Jak to jest Panie, że tak ciężko

kochać gdy boli?

Usiądź proszę na skraju mego łóżka, dotknij mego policzka

tak czule, jeszcze przez chwilę póki śpię, mój Panie…

Tak bardzo mnie kochasz, a ja kocham Ciebie, lecz

przyznać muszę, że wciąż za mało…

Bo każdy ma swoje anioły

     Każdy ma swoje anioły
czasem ukryte gdzieś pod pazuchą, a czasem fruwające nisko nad głową
Każdy ma swoje anioły, które zawsze są przy nas.
Bezwzględnie.

     Anioły nigdy nie uciekają, a gdy czasem zdarza się, że nie możesz ich znaleźć…
To wiedz o tym, że anioły

też miewają swoje sprawy. I nieraz wylatują przez twoje okno. Wracają zawsze niespostrzeżenie
w chwili w której się ich nie spodziewasz.

     Potrafią obdarzyć cię uśmiechem
I zwyczajnie dbają o ciebie. Bo każdy ma swoje anioły mniej, lub bardziej niezwykłe…

Rysował Bóg człowieka

Rysował Bóg człowieka

Tego ukochanego, prawdziwego. Tego, którego stworzył

z garści błota. Rysował Bóg człowieka

całkiem nagiego.

Takiego jakiego ukochał od początku.

Rysował Bóg człowieka swojego wymarzonego.

Czy śniłeś o mnie Boże? Wtedy gdy jeszcze nie było

galaktyk, gwiazd, planet i atmosfery.

Czy śniłeś o mnie mój Boże?

Rysował Bóg człowieka, z sercem, które miało kochać

Z rękoma, które miały dawać

Z nogami, które miały iść za Nim. Z rozumem, który miał

panować nad światem.

Rysował Bóg człowieka, swojego ukochanego, jeszcze bez

ciężaru, bez brudu, bez potu, bez ran, bez krzyża. Wtedy

gdy jeszcze nie było nieba, deszczu, śniegu i pól pszenicy.

Czy śniłeś o mnie Boże?

Czy myślałeś o mojej twarzy, o kolorze oczu i kształcie

nosa, o ustach i linii brwi.

Czy myślałeś o mojej głowie, o myślach nitkami

oplatających wnętrze czaszki.

Czy myślałeś mój Boże o tym kim się stanę?

Czy zapłakałeś mój Boże nad szlamem zła, które kipi, które

zalewa świat.

I mnie?

Rysował Bóg człowieka na swoje podobieństwo.

Tak mówiła miłość. Kim się staliśmy?

My ludzie stworzeni na podobieństwo Boże.

Co zrobiliśmy z miłością w naszych ciasnych sercach?

Co zrobiliśmy z Bogiem, który nas ukochał?

Dokąd wygnałeś Boga człowieku?

Gdzie znalazłeś Mu dom?

Kiedy Go odnajdziesz?

Rysował Bóg człowieka.

Tego ukochanego, prawdziwego

Tego, którego stworzył z garści błota.

Uratuj mnie Panie

     Uratuj mnie Panie przede mną. Uratuj mnie Panie przed brakiem sensu. Uratuj mnie Panie przed głupotą współczesności, przed przyklejeniem do tablicy ogłoszeń, jako kolejna sensacja dwudziestego pierwszego wieku.

     Uratuj mnie Panie przed falą śmieci współczesnego świata, przed smrodem przekrętów, kłamstw i udawania, przed śmiercionośnymi produktami ludzi wojny, uratuj mnie Panie przed brakiem pokoju.

     Uratuj przed obojętnością, która wielką falą zalewa świat. Uratuj mnie Panie przed powolną agonią serca a jeśli ma już umierać, trzymaj je wtedy w swych dłoniach.

     Uratuj mnie Panie przed stratowaniem przez rozpędzony świat, za którym nie nadążam.

     Uratuj mnie Panie przed zgubnymi ideami, które nie mają szans przetrwać. Uratuj, ale według swojej woli. Podnieś, ale wtedy kiedy będziesz chciał
wyciągnąć dłoń. Naucz mnie Panie jak się upada, a później jak się prawdziwie powstaje.

Przyjąłeś mnie Panie

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 29.57