Rozdział I
„Na niebezpiecznym gruncie”
Rok 2140
Nie wiedział, jak długo jeszcze wytrzyma — wiedział tylko jedno: jeśli się zatrzyma, umrze. Deszcz nie padał. On uderzał, jakby znał jego imię i drogę, którą wybrał. Od godziny miał wrażenie, że noc idzie za nim. Ciężkie krople rozbijały się o ziemię z głuchym mlaśnięciem, zamieniając każdy krok w akt desperacji. Błoto chwytało buty lepko i cierpliwie, jakby wiedziało, że wystarczy chwila słabości. Wiatr wciskał zimno pod skórę, niosąc zapach wilgoci, rdzy i czegoś słodkawego — obcego, drażniącego, trudnego do zapomnienia. Nie miał gdzie się ukryć. Pustkowie rozciągało się wokół niego jak otwarta rana, a przemoknięta odzież twardniała na ciele, próbując go spowolnić. Wiedział tylko jedno: jeśli się zatrzyma, coś go dogoni. Nie widział tego. Jeszcze. Ale czuł obecność — narastającą, cierpliwą — jakby noc sama zdecydowała, że tej drogi nie wolno mu było przeżyć. Po chwili dobiegł go za sobą wyraźny odgłos ciężkich, miarowych kroków oraz cichy trzask łamiącej się gałęzi. Nie obejrzał się. Mokre kosmyki włosów wysuwały się spod czarnej, wełnianej czapki, zasłaniając oczy. Odrzucił je nerwowym ruchem i zmrużył powieki, próbując przebić wzrokiem wodną zasłonę deszczu. Na próżno. Plecak ciążył mu niemiłosiernie. Był u kresu sił. Szedł już tak od kilku dni, może tygodnia, zatrzymując się tylko na krótki, niespokojny sen. Stracił rachubę czasu. Głód ściskał go od środka. Z kieszeni kurtki wyjął czerstwy kawałek chleba i odgryzł kęs. Smak był odpychający, wilgoć zrobiła swoje, lecz jadł dalej, mechanicznie. Co jakiś czas odwracał się instynktownie, choć przy takiej pogodzie nie miało to sensu. Strach był jednak zbyt dobrze znany, by go ignorować. Czuł się jak zaszczuta zwierzyna — ścigana, bez prawa do wytchnienia. Zaczęło się ściemniać. Przed nim teren łagodnie się unosił. Na szczycie wzniesienia, po lewej stronie, stało poskręcane, chore drzewo. Bezlistne konary kołysały się z trzaskiem.
Błyskawica przecięła niebo.
Przez ułamek sekundy światło obnażyło krajobraz — i wtedy dostrzegł, że konary układają się w kształt przypominający szubienicę. Zimny dreszcz przebiegł mu po plecach.
To zły omen — przebiegło mu przez skołatany umysł
Wspinał się dalej, walcząc z grząskim podłożem. Grzmoty rozlegały się coraz częściej, a on obawiał się, że kolejne rozbłyski zdradzą jego położenie. Nie wiedział jeszcze, że to, co właśnie się zaczęło, nie skończy się tej nocy.
Wszedł na wzniesienie, pochylony pod naporem wiatru. Deszcz bił w twarz tak mocno, że każdy oddech smakował wodą i metalem. Gdy mijał drzewo, usłyszał trzask.
Nie piorun. Coś bliżej.
Jak naprężony sznur, który nagle puścił.
Zamarł.
Wiatr zawył w pustych konarach i przez chwilę przysiągłby, że coś tam wisiało. Coś ciężkiego. Coś, co kołysało się powoli, niezależnie od podmuchów.
Błyskawica znów przecięła niebo.
Drzewo było puste.
Ruszył dalej, lecz po kilku krokach coś kazało mu znów spojrzeć w tamtą stronę. Deszcz na chwilę przybrał na sile. Krople uderzały w ziemię tak gęsto, że powietrze zdawało się drżeć. Drzewo na wzniesieniu kołysało się ciężko.
I wtedy zobaczył, że nie jest już samo. Coś wisiało na tej gałęzi. Najpierw pomyślał, że to złudzenie. Cień zniekształcony przez błyskawicę. Strzęp płaszcza, może zerwana lina.
Ale postać nie znikała.
Ciało zwisało nieruchomo na napiętym sznurze. Plecy odwrócone w jego stronę. Głowa opadnięta nisko, ramiona bezwładnie zwisające po bokach. Stał tak przez chwilę, wpatrując się w ten kształt przez zasłonę deszczu.
— Nie… — wyszeptał.
Wiatr przeszedł przez pustkowie.
Lina skrzypnęła cicho, gdy ciało poruszyło się na wietrze.
Postać zaczęła się obracać. Powoli. Zbyt powoli.
Najpierw zobaczył płaszcz. Ciemny, przemoczony materiał przyklejony do ciała.
Znał ten płaszcz.
Przez chwilę próbował wmówić sobie, że to tylko podobieństwo.
Ale wtedy dostrzegł rozdarcie przy lewym rękawie.
Dokładnie w tym samym miejscu, gdzie sam zahaczył o drut kolczasty kilka dni wcześniej.
Zamarł.
Lina skręciła się jeszcze raz. Twarz wisielca powoli wysunęła się z cienia.
Krok w tył zrobił już bezwiednie. Serce uderzyło mu w piersi tak mocno, że przez chwilę zagłuszyło odgłos deszczu.
Otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
Twarz wisielca była… jego twarzą.
Ale starszą. Jakby należała do człowieka, który już przeżył tę noc.
Ta sama blizna przy łuku brwiowym. Ten sam kształt ust. Te same zapadnięte policzki.
Tylko oczy były inne. Szeroko otwarte.
Martwe.
Ciało zakołysało się lekko na linie, jak wahadło odmierzające czas.
A potem lina przestała się poruszać — jakby ktoś właśnie przestał ją obracać.
Przez krótką chwilę miał wrażenie, że tamten patrzy na niego z dziwnym spokojem. Jak ktoś, kto już wie, że w końcu i tak zajmie jego miejsce. Grzmot rozdarł niebo. Obraz zniknął.
Na wzgórzu znów było tylko drzewo. Ale on wiedział, co zobaczył.
Za plecami rozległ się miękki, mokry odgłos kroków. Nie jego.
Odwrócił się gwałtownie.
Deszcz zamazał wszystko. Pustkowie falowało w wodnej zasłonie. Nie było widać nic poza niskimi kępami traw przyklejonych do ziemi.
A jednak odgłos powtórzył się. Mlaśnięcie.
Jakby ktoś stawiał bose stopy w błocie, dokładnie w jego ślady.
Przyspieszył.
Błoto wciągało go głębiej, jakby chciało go zatrzymać wystarczająco długo, by to coś mogło nadrobić dystans.
Nie oglądał się więcej. Nie musiał. Słyszał.
Kroki były nieregularne. Czasem bliżej. Czasem jakby znikały. Potem znów tuż za nim — o jeden oddech za blisko.
— To tylko echo — wyszeptał do siebie.
Deszcz odpowiedział mu własnym szeptem.
„Echo”.
Głos wrócił nieco zniekształcony, jakby powtórzony przez czyjeś gardło.
Zatrzymał się nagle. Kroki też.
Cisza między uderzeniami deszczu zrobiła się nienaturalnie gęsta.
Powoli odwrócił głowę.
Na zboczu, kilkanaście kroków niżej, stała sylwetka. Wysoka. Nienaturalnie pochylona.
Nie poruszała się. Nie próbowała podejść bliżej.
Po prostu stała. Deszcz nie zdawał się jej dotykać.
Mrugnął. Nikogo nie było.
Ale błoto na zboczu było rozdeptane.
Jakby ktoś długo stał w jednym miejscu, obracając się powoli wokół własnej osi.
Serce zaczęło bić mu w gardle. Ruszył biegiem.
Zbiegł ze wzniesienia niemal na oślep. Kilka razy poślizgnął się i upadł, czując jak zimna woda wlewa się pod ubranie. Plecak ciążył jak kamień przywiązany do ramion.
Za nim coś zaczęło oddychać. Nie w rytmie człowieka.
Za wolno. Za głęboko.
Jakby płuca były większe niż powinny. Jakby wciągały więcej powietrza niż noc była w stanie dać.
Oddech był coraz bliżej.
Poczuł go na karku — chłodny, wilgotny. Zaryzykował spojrzenie przez ramię.
Nic. Tylko deszcz.
I wtedy zobaczył coś przed sobą.
Na linii horyzontu, tam, gdzie ziemia stapiała się z niebem, majaczyły postacie.
Kilka. Stojące nieruchomo w równym odstępie.
Nie poruszały się. Nie podchodziły. Czekały.
Błyskawica.
Ciemność wróciła gwałtownie.
Nie było nikogo.
Ale droga przed nim wydawała się krótsza. Jakby pustkowie skurczyło się o kilka kroków. Jakby coś przysunęło horyzont bliżej.
Zrozumiał nagle, że nie idzie już przez przestrzeń. Idzie przez coś, co go obserwuje.
Deszcz przestał być chaotyczny. Uderzał rytmicznie.
Jak kroki. Jak serce. Nie jego.
Zatrzymał się ponownie. Oddech za plecami nie ustał.
Był teraz wszędzie. W powietrzu. W ziemi pod stopami.
W jego własnej klatce piersiowej. Spróbował wstrzymać oddech.
To coś oddychało dalej. Powoli uniósł dłoń do ust.
Z jego gardła wydobył się dźwięk. Nieświadomy. Cichy.
Ten sam, który słyszał za sobą od kilku minut. Ten sam rytm.
Nie był już pewien, czy to coś go ściga. Czy może to on uczy się jego oddechu.
Wiatr zawył nagle z taką siłą, że niemal zwalił go z nóg. W tym wyciu usłyszał wyraźnie swoje imię. Nie raz. Wiele razy.
W różnych tonach. W różnych głosach. Jakby pustkowie próbowało zdecydować, który jest właściwy.
Potknął się i upadł twarzą w błoto.
Gdy próbował się podnieść, poczuł pod palcami coś miękkiego. Nie ziemię. Nie trawę.
Skórę.
Zamarł.
Powoli przesunął dłonią. Kontur policzka. Zimny. Otworzył oczy szeroko.
Tuż pod powierzchnią błota widział twarz. Swoją własną.
Oczy miała otwarte. Pełne wody. Usta poruszały się bezgłośnie.
Deszcz padał na nią bez śladu.
Jakby nie była częścią świata nad powierzchnią.
Cofnął gwałtownie rękę. Błoto było zwyczajne. Ziemia. Nic więcej.
Ale jego palce pachniały słodkawo.
Tak jak wiatr wcześniej. Tak jak coś, co zaczyna się rozkładać.
Podniósł się chwiejnie.
Nie patrzył już na ziemię. Nie patrzył na horyzont.
Patrzył przed siebie, w ślepą kurtynę deszczu.
A pustkowie szło razem z nim. Nie za nim. Nie przed nim.
Z nim.
I gdzieś w tej ciemności coś zdecydowało, że jeszcze nie teraz.
Jeszcze kilka kroków. Jeszcze kilka oddechów. Jeszcze trochę strachu.
Deszcz wciąż zacierał wszystko za nim, jakby świat nie chciał przyznać, że kiedykolwiek tu szedł. Obejrzał się odruchowo — bardziej z przyzwyczajenia niż z nadziei, że cokolwiek dostrzeże w tej szarej kurtynie.
Zobaczył swoje ślady.
Ciemne, głębokie wgłębienia w błocie, nieregularne, ciężkie, zdradzające zmęczenie.
I coś jeszcze. Drugi rząd śladów. Biegły równolegle do jego własnych.
Nie za nim. Nie przed nim. Obok.
Zatrzymał się gwałtownie.
Deszcz bił w jego twarz, ale przez chwilę wszystko wydawało się nienaturalnie wyciszone, jakby nawet krople wstrzymały oddech.
Patrzył.
Ślady były wyraźne. Głębsze od jego. Węższe. Dłuższe. Jakby ktoś o chudszych stopach, lecz większym ciężarze ciała, szedł dokładnie w jego tempie. Każdy jego krok miał swój odpowiednik — idealnie zsynchronizowany.
Postawił ostrożnie stopę.
Obok, w tej samej chwili, błoto zapadło się po raz kolejny.
Nie zobaczył ruchu. Nie zobaczył nogi.
Tylko świeży odcisk.
Serce uderzyło mu mocniej. Cofnął stopę.
Drugi ślad cofnął się razem z nim. Nie zostawiając rozmazania. Nie zostawiając przejścia.
Jakby pustkowie samo decydowało, gdzie ktoś powinien stać.
Wiatr zawył nagle ostrzej, a krajobraz — jakby poruszony niewidzialną ręką — zadrżał. Wzniesienie, na które się wspinał, wydawało się bliższe niż przed chwilą. Drzewo na szczycie zmieniło kąt nachylenia, jakby ktoś przesunął je o kilka stopni. Horyzont falował, choć nie było tam nic, co mogłoby falować.
Mrugnął.
Przez ułamek sekundy zobaczył pustkowie bez deszczu.
Suche. Spękane.
I usiane ciemnymi sylwetkami wbitymi w ziemię jak pale.
Mrugnął ponownie. Deszcz wrócił. Ale coś zostało.
W miejscach, gdzie przed chwilą widział wbite w ziemię kształty, błoto było ciemniejsze. Gęstsze. Jakby wielokrotnie deptane.
Spojrzał znowu na podwójne ślady. Nie były już tylko dwa.
Na krótkim odcinku, kilka metrów dalej, w błocie majaczyły kolejne odciski. Rozmyte, starsze, jakby należały do kogoś, kto szedł tędy dawno temu. Nie prowadziły w jednym kierunku. Krzyżowały się. Znikały. Wracały.
Pustkowie nie było puste.
Było wydeptane. Nie przez zwierzęta. Przez ludzi. Albo przez to, co z nich zostało.
Poczuł nagle, że grunt pod nim jest cieplejszy niż powinien. Jakby pod cienką warstwą błota tliło się coś dawnego. Coś, co pamiętało ciężar ciał, które tu klękały. Upadały. Czołgały się.
Strażnicy.
Słowo pojawiło się w jego głowie bez ostrzeżenia. Nie wiedział, skąd je zna.
Deszcz spływał mu po twarzy, lecz miał wrażenie, że to nie woda dotyka jego skóry, lecz palce — badające, rozpoznające. Każdy jego krok wywoływał w ziemi ciche, ledwie słyszalne drżenie, jak odpowiedź.
Jak powitanie. Postawił kolejny krok.
Obok pojawił się świeży ślad. Tym razem nie równoległy. Nieco bliżej. Zbyt blisko.
Zrozumiał wtedy z przerażeniem, że to nie on jest ścigany. To on jest prowadzony.
A pustkowie nie zapomina tych, którzy raz weszli w jego granice.
Ono przechowuje ich ciężar. Ich kroki. Ich ostatnie decyzje.
I teraz dopisywało do nich jego własne.
Zszedł ze wzniesienia i przez chwilę miał wrażenie, że teren po drugiej stronie nie jest tym samym, który widział przed wejściem na szczyt.
Pustkowie nie zmieniło się wyraźnie.
Zmieniło się nieznacznie. Zbyt nieznacznie.
Linia horyzontu była niższa. Albo on stał wyżej. Nie potrafił tego rozstrzygnąć.
Wiatr uderzył w bok jego twarzy.
Deszcz przestał padać pionowo. Krople zaczęły ciąć ukośnie, jakby grawitacja przesunęła się o kilka stopni.
Zatrzymał się. Otoczenie było puste.
A jednak miał wrażenie, że coś ustawiło go dokładnie w tym miejscu.
Spojrzał pod nogi.
Jego ślady ciągnęły się za nim — rozmyte, wypełnione wodą.
Obok nich biegł drugi ciąg. Nie równoległy. Nie świeży. Starszy.
Odciski były płytsze, jakby należały do kogoś lżejszego. Albo do kogoś, kto nie do końca dotykał ziemi.
Cofnął się o pół kroku. Ślad również.
Zamarł.
To tylko woda spływająca po błocie — wmówił sobie.
Przetarł oczy mokrym rękawem. Gdy spojrzał ponownie, drugiego ciągu nie było.
Były tylko jego. Samotne.
Deszcz przybrał na sile.
Z oddali dobiegł go dźwięk. Nie grzmot. Nie wiatr.
Coś między szeptem a skrzypieniem mokrego drewna.
Słowa, których nie rozumiał. Albo których nie chciał rozumieć.
Ruszył szybciej.
Teren zaczął się delikatnie unosić i opadać, choć pamiętał, że był płaski.
Z każdym krokiem miał wrażenie, że grunt pod nim sprężyście oddycha. Jakby pod cienką warstwą ziemi istniała inna powierzchnia — miękka, pulsująca.
Potknął się. Upadł na kolana.
Błoto było cieplejsze niż powinno. Zbyt ciepłe jak na tę noc.
Oparł dłonie o ziemię, próbując się podnieść — i przez ułamek sekundy poczuł pod palcami nie grudki gliny, lecz coś gładkiego.
Jak skórę.
Cofnął rękę gwałtownie.
Ziemia znów była ziemią. Ale pod paznokciami zostało mu uczucie dotyku czegoś żywego.
Zachwiał się, wstał z trudem. Pustkowie falowało. Nie dosłownie.
Widzenie zaczęło mu się rozszczepiać. Linie krajobrazu podwajały się, jakby świat nie mógł zdecydować się na jedną wersję siebie. Drzewo-szubienica na wzgórzu było teraz dwa razy dalej.
Zamknął oczy.
Serce waliło mu tak mocno, że zagłuszało wiatr.
— To wyczerpanie — wyszeptał.
Ale w głębi wiedział, że to nie tylko to. To miejsce nie było martwe. Ono było zachowane.
Jak fotografia, która pamięta światło sprzed lat.
Pustkowie pamiętało kroki. Pamiętało ciężar. Pamiętało tych, którzy szli przed nim. I nie wszyscy doszli.
Zrobił kolejny krok. Ziemia zadrżała minimalnie, jakby rozpoznała jego ciężar.
Wtedy przyszło załamanie.
Nagle wszystko zwęziło się do tunelu. Widzenie poczerniało na obrzeżach. Szum w uszach zagłuszył burzę. Nogi odmówiły posłuszeństwa.
Upadł twarzą w błoto. Nie miał siły się podnieść. Leżał tak przez kilka sekund — albo minut. Czuł tylko deszcz na karku.
I coś jeszcze. Czyjąś obecność tuż nad nim. Nie dotyk. Bliskość. Jak oddech, który nie porusza powietrza.
W półśnie zobaczył obraz. Kamienny korytarz. Mężczyznę w długim, ciemnym płaszczu. Twarz zakrytą cieniem.
Ten mężczyzna szedł dokładnie tą samą drogą. Upadł.
Nie wstał.
A pustkowie zasypało go powoli. Nie ziemią. Ciszą.
Szarpnął się i otworzył oczy. Był sam. Deszcz bił niezmiennie.
Zebrał się z trudem, drżąc na całym ciele. Nie wiedział, czy wizja była wspomnieniem.
Czy ostrzeżeniem.
Na szczycie kolejnego wzniesienia, w blasku następnej błyskawicy, stanął jak wmurowany.
Przed nim stał duży, zadaszony budynek z czerwonej cegły — samotny, jakby wyrwany z innego świata.
— Co u diabła… — mruknął.
Wyglądał jak opuszczona fabryczna hala. Wszedł do środka przez wyrwę w murze. Uderzył go zapach stęchlizny. Położył plecak na gruzie i w absolutnej ciemności gorączkowo poszukał sprzączki. W końcu wyciągnął niewielką metalową latarkę i nacisnął przycisk.
Blady strumień światła przeciął mrok.
Powoli omiatał wnętrze. Gruz, cegły, powykręcane żelastwo. Ślady po nieudanej próbie rozbiórki.
Dlaczego tak prymitywnie? Dlaczego nie użyto materiałów wybuchowych…? — przebiegło mu przez myśl.
Zauważył wąskie metalowe schody prowadzące na górę. Wszedł ostrożnie. Na piętrze panowała cisza. I wtedy zamarł.
Przy wybitym oknie stała wysoka, ciemna sylwetka. Serce uderzyło mu w skronie. Powoli przesunął snop światła.
Płaszcz. Kask. Wieszak.
Ulga przyszła gwałtownie. Zbyt gwałtownie.
Gdy schodził na dół, usłyszał — cichy dźwięk kroków na gruzie.
A potem niemal niesłyszalny jęk.
Zapach uderzył go chwilę później. Znał go aż nazbyt dobrze.
Był ciężki. Słodkawo-metaliczny. Ciepły. Nie należał do ruin ani do deszczu.
Zamarł w pół kroku. Latarka drżała mu w dłoni, rysując na ścianach poszarpane, nerwowe cienie. Jęk powtórzył się — bliżej. Nie był wołaniem o pomoc. Brzmiał jak dźwięk wydobywający się z gardła, które zapomniało, do czego służy.
Zrobił krok w bok. Gruz zaszeleścił pod podeszwą. Jęk urwał się.
Cisza, która zapadła, była skupiona. Jakby coś nasłuchiwało.
Latarka na moment przygasła. Serce uderzyło mu w skronie. Gdy światło wróciło, skierował je ku podłodze.
Najpierw zobaczył ruch. Nie ciało. Ruch.
Coś pod warstwą cegieł i pyłu unosiło się minimalnie, jakby pod spodem ktoś oddychał. Gruz przesuwał się o milimetry. Metalowy pręt drżał w nierównym rytmie.
Światło zatrzymało się na dłoni wystającej spod zawalonej płyty. Palce były wygięte nienaturalnie, wbite w pył. Skóra miała woskowy odcień.
Palce poruszyły się.
Powoli. Nieskoordynowanie. Jakby ktoś dopiero przypominał sobie, jak używać ciała.
Cofnął się odruchowo. Latarka drgnęła, snop światła zatańczył po ścianie.
Gruz przesunął się bardziej zdecydowanie. Spod niego wyłoniła się twarz.
Oczy były otwarte. Zbyt szeroko. Nie patrzyły — rejestrowały. Źrenice rozszerzone, nieruchome. Usta poruszały się bezgłośnie, jakby wypowiadały słowa, które nie potrzebowały powietrza.
Ciało nie próbowało wstać. Nie było w tym agresji. To była kontynuacja.
Klatka piersiowa unosiła się nierówno, wbrew anatomii. Coś pod skórą przesuwało się powoli, jakby szukało miejsca. Jakby reorganizowało.
Zrozumiał wtedy, że to nie jest ocalały. To nie jest też martwy.
To jest etap.
Zapach stał się intensywniejszy. Nie był już zapachem rozkładu. Był zapachem wilgotnej gleby, w której coś dojrzewa.
Podłoga zadrżała — delikatnie, jak przy odległym przejeździe ciężkiego pojazdu. Tylko że w okolicy nie było dróg.
Było tylko pustkowie i ta hala. Z głębi budynku dobiegł drugi dźwięk.
Nie jęk. Odpowiedź.
Latarka zamigotała ponownie. W jej drgającym świetle zobaczył, że w dalszej części hali, między powykręcanym żelastwem, coś jeszcze poruszyło się w cieniu. Nisko przy ziemi. Powoli. Synchronicznie.
To miejsce nie było schronieniem. Było inkubatorem.
Ciało pod gruzem uniosło głowę o kilka centymetrów. Ruch był nienaturalnie oszczędny. Oszczędzający energię.
Jakby nie trzeba było się spieszyć.
Bo noc dopiero się zaczynała.
I nikt stąd nie wychodził naprawdę martwy.
Za oknami zdawały się przesuwać ogromne cienie, nienaturalne i bezgłośne. Senność, pomimo pobudzenia, narastała mimo jego woli.
Nie chciał zasnąć. Musiał czuwać.
Trzask za plecami był zbyt bliski, by go zignorować. Zrozumiał.
Sięgnął wolno po sztylet.
— To koniec… — wyszeptał.
Wtedy coś złapało go za ramię, wbijając w nie stalowe palce. Odwrócił głowę.
Krzyk ugrzązł mu w gardle.
A potem nastała ciemność. Gdy się podniósł, nie miał już nad sobą kontroli. Jak marionetka. Wyszedł z budynku i podążył za oddalającą się, ciemną sylwetką — choć gdzieś bardzo głęboko w nim coś przeraźliwie krzyczało, że nie powinien tego czynić.
Nie czuł zimna. Nie czuł deszczu, który padał — lecz teraz rzadziej, ciężej, jakby ziemia nie potrzebowała już więcej wody. Stopy niosły go same, równo, bez potknięć, jakby znały drogę lepiej niż on kiedykolwiek.
Zrozumiał, że nie jest już istotą z jawy ani snu, lecz jedynie naczyniem dla obcej obecności, która wypełniała pustkę między jednym, a drugim stanem.
Ciemna sylwetka sunęła przed nim w stałej odległości. Nie oddalała się. Nie zbliżała. Była punktem odniesienia, kotwicą w nocy. Gdziekolwiek skręcała, on podążał za nią bez wahania, bez pytania.
Krajobraz zmieniał się niepostrzeżenie. Otwarte pustkowie ustąpiło miejsca zniekształconym zagajnikom, drzewom rosnącym zbyt blisko siebie, jakby próbowały coś ukryć. Ich korzenie wyłaziły ponad ziemię, splątane i nagie, tworząc naturalne sidła. Mijał je, nie patrząc pod nogi.
Ciało omijało przeszkody samo.
Gdzieś w nim, głęboko — pod warstwami strachu, zmęczenia i bólu — coś jeszcze próbowało się wyrwać. Myśl, niepełna i urwana: to nie jest droga. Ale zaraz ginęła, zagłuszona przez jednostajny rytm kroków.
Zatrzymali się dopiero przy ruinach.
Nie były to zwykłe ruiny — raczej pozostałość po czymś, co nigdy nie miało prawa istnieć w tym miejscu. Kamienne fundamenty tworzyły krąg, w którego centrum ziemia była czarna i jałowa, jakby wypalona od środka. Powietrze drżało tam delikatnie, niemal niezauważalnie, jak nad rozgrzanym metalem.
Sylwetka odwróciła się po raz pierwszy.
Teraz widział ją wyraźniej — nie miała konkretnego kształtu. Jej kontury zmieniały się, falowały, jakby składała się z cienia rzuconego przez coś znacznie większego. Tam, gdzie powinna być twarz, panowała pustka, a jednak miał pewność, że jest obserwowany. Oceniany.
Uniósł dłoń. Nie z własnej woli.
Palce rozwarły się powoli, jakby przygotowywały się na przyjęcie czegoś, co już do nich należało. Poczuł nagłe ukłucie w piersi — nie ból, raczej rozpoznanie. Jakby coś, co zostało mu odebrane dawno temu, właśnie wracało na swoje miejsce.
Ziemia w centrum kręgu poruszyła się.
Nie eksplodowała. Nie zapadła się gwałtownie. Po prostu… ustąpiła. Z cichym, wilgotnym dźwiękiem, jak oddech wydobywający się z głębokiego snu.
Z wnętrza uniósł się zapach — stary, słodkawy, znajomy aż do mdłości.
Zrozumiał.
Nie słowami. Nie myślą. Ciałem.
To nie on był ścigany. To on był niesiony.
Sylwetka wykonała gest — ledwie zauważalny ruch, który jednak wystarczył. Kolana ugięły się same. Upadł na wilgotną ziemię, dłonie zanurzyły się w czarnej mazi. Była ciepła.
Gdzieś daleko, w miejscu, które kiedyś nazywał sobą, rozległ się niemy krzyk. Ostatni. Bez adresata.
Gdy zapadła całkowita ciemność, nie była ona końcem.
Była mrocznym domknięciem.
A deszcz, który znów przybrał na sile, zaczął zmywać ślady — jakby noc nie chciała, by ktokolwiek odnalazł to miejsce zbyt wcześnie.
Rozdział II
„Zadanie”
Wojskowy sektor podziemny
Rok 2097
Sygnał elektronicznego wywoływacza mruczał niskim, drażniącym tonem już od dłuższego czasu w ciemnej kwaterze mieszkalnej sektora wojskowego. Brzmiał jak owad uwięziony w ścianie — uporczywy, nie do zignorowania.
Zaskrzypiały sprężyny łóżka. Jakaś ręka wreszcie sięgnęła po urządzenie i wcisnęła przycisk odbioru.
— Słucham — rozległ się cichy, zaspany męski głos.
— Dzień dobry, poruczniku Mayson. Jak minęła noc? — zapytał miękki, niemal uprzejmy kobiecy głos.
Treys skrzywił się lekko i poruszył stopą, rozgniatając coś, co od dłuższego czasu pełzało po łóżku.
— Świetnie — wykrztusił.
Pułkownik Kersten prosi pana do siebie. Natychmiast. Informuję również, że korytarz łączący pański sektor z bazą został zamknięty z powodu awarii śluzy. Proszę skorzystać z przejścia przez sektor cywilny. Miłego dnia.
Głośnik zamilkł.
Zapadła cisza, mącona jedynie monotonnym pomrukiem agregatu wentylacyjnego. Treys przez chwilę leżał bez ruchu, wpatrując się w sufit, jakby liczył w myślach mikropęknięcia w betonie. W końcu zapalił światło. Jarzeniówka uderzyła w oczy bezlitosnym blaskiem — zmrużył je gwałtownie.
Był niewyspany i zły.
Należał do tych mężczyzn, których wygląd trudno było przeoczyć: wysoki, barczysty, z twarzą, która zbyt łatwo zapadała w pamięć. Długie, ciemnobrązowe włosy opadały prostymi kosmykami na ramiona. Siedział oparty o ścianę z zamkniętymi oczami, jakby próbował strząsnąć z siebie resztki przerwanego snu — albo całego życia, które prowadził.
Po omacku trafił prawą ręką na metalową półkę obok łóżka. Sięgnął po tubkę zimnego śniadania, wycisnął jej zawartość do ust i przełknął bez smaku. Otworzył oczy. Przez chwilę siedział nieruchomo, wpatrując się w jednolitą szarość ściany, nie myśląc o niczym.
Potem szybkim ruchem odrzucił kołdrę, która obsunęła się na podłogę i wstał.
Kamizelka maskująca kleiła się do spoconego ciała, mimo że wentylator pracował na pełnych obrotach. Wsunął ramiona w materiał, zaciągnął zamek. Z metalowej szafki wyjął broń, sprawdził komorę nabojową wprawnym, automatycznym ruchem i zarzucił ją na ramię.
Otworzył drzwi. Korytarz przywitał go przyjemnym chłodem. Drzwi zamknęły się za nim z cichym trzaskiem.
Szedł długo.
Mijał żołnierzy pogrążonych w rozmowach, techników, sanitariuszy. Kobiety uśmiechały się do niego — czasem przyjaźnie, czasem zbyt otwarcie. Odpowiadał półuśmiechem, lecz szybko przyspieszył kroku. Nie miał dziś cierpliwości.
Gdy dotarł do masywnych, metalowych drzwi oddzielających sektor wojskowy od cywilnego, poczuł lekki ucisk w żołądku. Słyszał o tym miejscu. O zapachu. O ludziach, którzy nie mieli już nic poza własnym ciałem.
Czytnik zawarczał. Drzwi rozsunęły się z jękiem.
Uderzyła go fala ciepłego, ciężkiego powietrza, niosącego ze sobą odór potu, gnijącej żywności i ludzkiej rezygnacji. Ogromna hala była wypełniona ciałami — siedzącymi, leżącymi, półżywymi. Prycze stały w długich, ciasnych rzędach. Ludzie patrzyli przez niego, jakby był jedynie kolejnym elementem infrastruktury.
Szedł tak, co chwile przechodząc nad leżącym na drodze człowiekiem. Nikt nie zwracał tu na niego uwagi. Szedł już chyba z dwie minuty, a jeszcze nie mógł dostrzec końca. Nagle zastąpiła mu drogę młoda dziewczyna. Stanął tuż przed nią, patrząc na nią wyczekująco. Była ładna. Mogła mieć, jak sądził z dwadzieścia lat.
Jej czarne włosy, powiązane w długie warkocze, opadały na jej szczupłe ramiona. Czarne, jak dwa małe węgle oczy wpatrywały się w jego twarz. Poczuł się lekko zmieszany.
— Chcesz się zabawić? — zwróciła się do niego miękkim, dziewczęcym głosem.
Zamarł. Tu człowiek może zabić nawet za kawałek suchara. Sięgnął prawą ręką do lewej kieszeni na piersi i wyciągnął z niej paczkę sucharów, które nosił zawsze, tak na wszelki wypadek. Uchwycił jej szczupłą, delikatną dłoń i włożył w nią suchary. Jej palce zacisnęły się na paczce. Patrzyła na niego zdziwionymi oczyma, zapewne nie mogąc zrozumieć, że niczego za to nie chce. Oddaliła się pośpiesznie na wypadek, gdyby się nagle rozmyślił. Ruszył dalej. Tak w ogóle, to nie wiedział, dlaczego go wzywają z bazy. Wziął ze sobą broń, bo był przekonany, że wysyłają go do nowej roboty. Jak on tego nienawidził. Ciągle próbowali z niego wycisnąć ostatnie poty, ale on nigdy na całą parę w nic się nie angażował, biernie wykonując zlecane roboty. Nigdy nic więcej niż potrzeba — to była jego życiowa dewiza. Działała.
Ile razy narażał własne życie i za co? Za te marne grosze, które otrzymywał? Ci z bazy traktują wszystkich jakby byli maszynami. Narastała w nim złość. Wreszcie dostrzegł wyjściowe drzwi, w które wsunął kartę. Drzwi rozsunęły się i szybkim krokiem przeszedł przez nie. Smród ustąpił. Szedł teraz jasno oświetlonym korytarzem ze ścianami z grubego, białego matowego szkła. Zbliżył się do szklanych drzwi z metalowymi żaluzjami. Pośrodku szyby umieszczona była tabliczka: „płk Egeel Kersten”. Zapukał.
— Wejść — odezwał się męski głos ze środka.
Drzwi rozsunęły się. Wszedł do małego gabinetu.
— Witaj, siadaj proszę.
Gruby, łysiejący mężczyzna ubrany w ciemny wojskowy mundur z krótkimi rękawami, wskazał krzesło stojące przed jego biurkiem.
Treys usiadł na nim, poprawiając sobie zwisającą dość ciężką broń. Pułkownik chwycił pudełko z cygarami i podsunął je Treysowi.
— Cygaro?
Zrobił odmawiający gest ręką.
Kersten wziął cygaro do ust, patrząc na rozmówcę swoimi małymi oczkami, wyglądającymi raczej jak małe szparki, Zapalił je, mocno się zaciągając.
Rozmowa zaczęła się niewinnie.
Zbyt niewinnie.
Gdy Kersten podał mu czarno-białe zdjęcie, Treys poczuł, jak coś w nim pęka.
Mężczyzna na fotografii był… nim.
Albo kimś, kto mógłby nim być.
Ta sama linia szczęki. Te same oczy.
— Widzisz podobieństwo? — zapytał z wyraźnym zadowoleniem.
— Co to ma znaczyć?
— Nazywał się John Harris. A raczej… tak go znano. — Kersten uniósł wzrok znad zdjęcia. — Dla nas kluczowy jest jego związek z kobietą o personaliach Cassy Swayt.
Pułkownik mówił dalej, kreśląc historię sprzed przeszło stu lat: Cincinnati, pierwsze opętanie. Treys słuchał, lecz jego wzrok wciąż wracał do fotografii.
Facet na zdjęciu łudząco przypominał jego samego, pomijając kilka szczegółów.
— To jest mapa terytorium USA z 1980 roku. Zwróć uwagę na to miasto. — wskazał palcem punkt — Nazywało się Cincinnati, tu właśnie na przedmieściach mieszkała niejaka Cassy Swayt.
Z pochodzenia była Chinką. W Chinach żyła z rodzicami w Szanghaju, dopóki oni nie zginęli w katastrofie lotniczej. Po wypadku wyjechała do Stanów i przeniosła się właśnie do Cincinnati, zmieniając obywatelstwo na amerykańskie. Tam poznała Amerykanina Michaela Halleya, było to pod koniec 1984 roku.
— A co z moim sobowtórem? — rzucił zniecierpliwiony Treys.
— Ten facet podobny do ciebie był jej przyrodnim bratem, ona o tym jednak nie wiedziała. Zataił to jej ojciec, chcąc ukryć swój przelotny romans. Harris, dowiedziawszy się z jakiegoś źródła o ich pokrewieństwie odszukał ją. Właśnie ta trójka była świadkiem pierwszego opętania. Chcemy więc, abyś podszył się pod Harrisa i wyjaśnił tę sprawę.
Treys odprężył się, zadanie wydało mu się raczej ciekawe. Potrzebował jakiejś odmiany od tych monotonnych zleceń na powierzchni, które skrupulatnie załatwiał.
— Nie rozumiem tylko jednego… — wtrącił Treys.
— Jak cię tam przeniesiemy? — wszedł mu w słowo pułkownik.
— O to się nie martw, tym zajmą się nasi technicy. Od niedawna jest to już dla nas możliwe.
— Co ma pan na myśli mówiąc, że mam wyjaśnić tę sprawę? — powiedział to tak naiwnie, że tamtemu wydawało się, że się z nim przekomarza.
— Masz dokładnie zbadać przypadek i na końcu zakończyć to definitywnie, zanim się rozprzestrzeni.
Kersten wyjął ponownie z biurka dość duże ciemnozielone pudełko i położył je przed swoim rozmówcą, który uderzeniem o blat biurka, wyrwany został z odrętwienia.
— W tym zasobniku znajduje się rewolwer, kaliber 9 mm, używany w tamtych czasach. Posiada on jednak nasze zmodyfikowane naboje. Treys otworzył pudełko, wyjmując broń. Zasada działania nie odbiegała zbytnio od broni, którymi się posługiwał, więc uznał, że nie będzie miał z nią problemu w obsłudze.
— Masz jakieś pytania? — rzucił Kersten, biorąc do ust cygaro. Treys szybkim ruchem ręki obrócił obrotowy magazynek, który wydał głośny terkot.
— Kiedy mam zacząć?
— Dokładnie za … — Kersten spojrzał na kalendarz stojący na biurku — za sto dwadzieścia godzin. Przedtem musimy jednak wykonać małe zabiegi plastyczne z twoją twarzą, aby twarz pokrywała się z tą w tamtejszym archiwum. Tak… to by było na tyle. Tu są akta tej sprawy — uderzył lekko palcami o leżącą przed nim teczkę.
— Do akt załączone są ich zdjęcia.
Pułkownik podniósł się wolno z krzesła i wyciągnął rękę na pożegnanie.
— Do zobaczenia poruczniku i życzę powodzenia.
Treys wstał także i ich dłonie złączyły się w uścisku. Wziął z biurka zasobnik z bronią pod pachę, drugą ręką chwycił teczkę i skierował się do wyjścia. Za nim odezwał się jeszcze pułkownik.
— Swoją broń zdasz czasowo do zbrojowni i jeszcze jedno, na całą akcję masz dziesięć dni. Jeśli jednak nie wrócisz z własnej woli po upływie tego czasu…. Zresztą sam to rozumiesz, takie są zasady.
Treys pomyślał, że przecież nie planuje tam długiego pobytu.
Po dwóch dniach był już po tych cholernych zabiegach. Leżał na łóżku w swoim pokoju. Twarz tak go piekła, że myślał, że oszaleje. Co chwila do piekących miejsc przykładał zimne lodowe kompresy, które jednak niewiele pomagały. Włączył odbiornik radiowy. Właśnie nadawali komunikat, że kolejne dwa plutony żołnierzy wysłanych na powierzchnię, zaginęły ze sprzętem bez wieści. Wiedział dobrze, co to oznaczało, tym bardziej teraz pojmował wagę zleconej misji. Sięgnął do kieszeni po paczkę papierosów. Wytrząsnął z niej jednego, wsuwając sobie do suchych od panującego ciepła ust. Zapalił go, zaciągając się łapczywie, przymrużywszy oczy. Po chwili wypuścił z ust jasny obłok tytoniowego dymu. Czekał na wezwanie, co chwilę spoglądając na czarną, płaską puszkę wywoływacza, który jednak nie dawał żadnych znaków. Po chwili rozległ się niski ton sygnału. Zamaszystym ruchem wcisnął przycisk, zaciągając się przy tym papierosem.
W głośniku odezwał się męski głos.
— Poruczniku, jesteśmy gotowi. Proszę przejść na blok przygotowawczy, spędzi tam pan kolejne trzy dni.
— Zaraz będę — odparł, gasząc jednocześnie wypalonego do połowy papierosa o coś, co przypominało metalową popielniczkę.
Blok przygotowawczy znajdował się najgłębiej ze wszystkich sektorów. Tam, gdzie ściany były grubsze, a cisza nie wynikała z dyscypliny, lecz z konstrukcji. Korytarze wygłuszone były materiałem pochłaniającym dźwięk, który sprawiał wrażenie miękkiego, choć był twardy jak kamień. Światło miało tu inny odcień — chłodniejszy, niemal siny — jakby celowo pozbawione resztek ciepła.
Treys szedł sam. Nie minął nikogo. Żadnych żołnierzy, żadnych techników. Tylko drzwi. Jedne po drugich. Każde oznaczone numerem, którego nie potrafił powiązać z żadnym logicznym systemem. Czytnik przy wejściu do bloku rozpoznał go bez oporu. Jakby czekał.
Drzwi rozsunęły się bezszelestnie. Wnętrze było zaskakująco sterylne — białe, puste, pozbawione jakichkolwiek osobistych akcentów. Centralnie ustawione łóżko przypominało bardziej stół operacyjny niż miejsce odpoczynku. Nad nim wisiał panel z pulsującymi diodami, których znaczenia nie znał.
— Proszę się położyć — odezwał się głos. Bez źródła. Bez intonacji.
Treys przez chwilę stał nieruchomo. Potem zdjął broń i odłożył ją na metalową półkę przy ścianie. Położył się.
Łóżko dostosowało się do jego ciała z opóźnieniem, jakby najpierw musiało je zarejestrować.
Z sufitu wysunęły się cienkie, elastyczne przewody. Dotknęły jego skroni, karku, nadgarstków. Jeden z nich musnął miejsce tuż pod żuchwą — dokładnie tam, gdzie twarz wciąż piekła po zabiegach. Zacisnął zęby.
— Proces adaptacji rozpocznie się teraz — oznajmił głos. — Prosimy nie stawiać oporu. Może to wpłynąć na stabilność transferu.
Chciał zapytać, jakiego transferu, ale w tej samej chwili poczuł, jak coś przesuwa się w jego głowie. Nie ból. Raczej wrażenie, że jego myśli są delikatnie odsuwane, porządkowane, jakby ktoś robił miejsce.
Zamknął oczy.
Nie wiedział, kiedy zasnął. Albo czy w ogóle to było spanie.
Pierwsze obrazy pojawiły się bez ostrzeżenia. Nie były snami. Były zbyt wyraźne.
Zobaczył dom. Stary. Jednopiętrowy. Stał na przedmieściach miasta, którego nazwy jeszcze nie znał, a mimo to miał pewność, że już tam był. Widział schody. Zegar na półpiętrze. Wskazówki poruszające się w nienaturalnym rytmie.
Potem — twarz kobiety. Cassy.
Nie patrzyła na niego. Patrzyła przez niego, jakby był tylko nośnikiem spojrzenia kogoś innego. Jej usta poruszyły się, ale nie usłyszał dźwięku.
Nagle wszystkie obrazy zapadły się w otchłań, jakby wpadł do ciemnej studni. Poczuł, że spada.
Szarpnął się gwałtownie.
Przewody napięły się, a łóżko unieruchomiło jego ciało bez użycia siły. Poczuł, jak serce bije mu zbyt szybko, zbyt głośno. Oddychał ciężko.
— Proszę zachować spokój — odezwał się głos. — To jedynie pierwsza faza synchronizacji.
— Z czym? — wychrypiał.
Przez chwilę panowała cisza.
— Z tożsamością operacyjną — padła odpowiedź.
Kolejne dni zlały się w jedno. Podawano mu płyny, których smaku nie potrafił opisać. Czasem budził się przekonany, że jest kimś innym. Czasem znał imiona ludzi, których nigdy nie spotkał.
Ulice. Zapachy. Fragmenty rozmów, urwane w pół zdania.
Najgorsze były momenty, gdy myślał, że słyszy szept.
Nie w pomieszczeniu.
W sobie.
Czwartego dnia obudził się nagle, z zimnym potem na plecach. Przewody zostały już odłączone. W pomieszczeniu było pusto.
Tylko na panelu nad łóżkiem migała pojedyncza dioda — wolno, miarowo.
Jak serce.
Wstał. Nogi miał ciężkie, ale posłuszne. W lustrze przy drzwiach zobaczył gotową twarz Johna Harrisa. Idealnie dopasowaną pod wizerunek w archiwum. Obcą. Chodź zbyt znajomą.
Gdy wywoływacz znów zawarczał, nie podskoczył. Był gotów.
Albo tak mu się przynajmniej wydawało.
— Poruczniku — odezwał się ten sam beznamiętny głos. — Okno transferowe otworzy się za dziewięć minut. Proszę przejść do komory.
Drzwi po lewej stronie, których wcześniej nie było, rozsunęły się bezszelestnie.
Treys — a może już Harris — zawahał się ułamek sekundy.
W głowie miał wrażenie podwójnego echa.
Jedna myśl mówiła: to zadanie.
Druga: wracam do domu.
Nie wiedział, która jest jego.
Komora była cylindryczna, wysoka na trzy metry, z pierścieniem metalowych segmentów osadzonych w ścianach. W centrum stała platforma. Nad nią — kopuła z mlecznego szkła, pod którą przemykały słabe, niebieskie wyładowania.
Powietrze pachniało ozonem.
Na podłodze widniał znak — nie wojskowe oznaczenie, nie numer seryjny.
Koncentryczne kręgi przecięte trzema liniami.
Treys zmrużył oczy. Znał ten kształt. Widział go. Nie w bazie.
W domu z wizji. Na drewnianej podłodze, pod dywanem w przedpokoju.
Serce przyspieszyło.
— Proszę wejść na platformę — ponaglił głos.
Wszedł. Metal pod stopami był ciepły. Zbyt ciepły.
Pierścienie w ścianach zaczęły obracać się powoli, bezszelestnie, jak mechanizm zegara. Światło w kopule zgęstniało.
Treys poczuł ucisk w uszach.
— Transfer inicjowany.
Przez moment wszystko było techniczne. Proceduralne. Parametry, impulsy, stabilizacja.
A potem coś się zmieniło.
Światło nie rozszerzyło się na zewnątrz. Zapadło się do środka.
W niego.
Poczuł, jak jego wspomnienia są przesuwane jak pliki w katalogu.
Dzieciństwo w sektorze wojskowym. Pierwszy strzał. Zapach metalu.
Na ich miejsce wchodziły inne.
Drewniane schody skrzypiące pod ciężarem. Zegar wybijający trzecią nad ranem. Dłoń kobiety o czarnych włosach, która dotyka jego rękawa i mówi:
— John, słyszysz to?
Treys próbował zacisnąć pięści. Nie mógł.
— Stabilność spada — odezwał się głos, po raz pierwszy z nutą napięcia. — Synchronizacja przekracza zakres.
Na moment zobaczył coś jeszcze.
Nie obraz. Przestrzeń. Czarną, bez wymiaru.
A w niej cienką linię — jak pęknięcie w szkle.
Po drugiej stronie coś czekało. Nie biernie. Świadomie.
Ucisk w głowie zmienił się w coś innego.
Nie wgrywano mu wspomnień. Coś je przeglądało. Z obu stron.
— Przerwać? — zapytał inny głos. Bardziej oddalony.
— Nie. Okno się zamknie. Kontynuować.
Platforma zadrżała.
Treys poczuł, że jego imię oddala się.
Treys Mayson.
Brzmiało teraz jak nazwa obiektu. Operacyjna etykieta.
Natomiast John… To imię miało ciężar. Historię. Winę.
Nagle zobaczył twarz mężczyzny ze zdjęcia. Nie jak fotografię. Jak odbicie w lustrze.
Tyle że odbicie mrugnęło pierwsze.
Treys szarpnął się wbrew unieruchamiającym impulsom.
— On nie jest pusty! — krzyknął ktoś poza komorą. — W strukturze neuronalnej jest aktywność!
— To niemożliwe. Archiwum było czyste.
„Archiwum”.
Słowo odbiło się w jego głowie dziwnie. Jakby nie dotyczyło tylko dokumentów.
Coś w pęknięciu poruszyło się bliżej.
I wtedy Treys zrozumiał.
To nie oni otwierają przejście. Oni tylko korzystają z już istniejącego.
Pierścienie zaczęły obracać się szybciej. Światło pulsowało w rytmie serca.
Jednego. Nie wiadomo, czyjego.
— Stabilność wraca — odezwał się pierwszy głos. — Odczyt zgodny z profilem Harrisa.
Treys poczuł, jak jego opór słabnie. Nie dlatego, że przegrywał.
Dlatego, że przestawał wiedzieć, przeciw czemu walczy.
Ostatnią wyraźną myślą była ta, że dziewczyna z sektora cywilnego miała oczy zbyt czarne.
Jak dwa małe węgle. Takie same jak Cassy w wizji.
Światło eksplodowało bez dźwięku. Komora opustoszała. Platforma była pusta.
Pierścienie zatrzymały się. W pomieszczeniu kontrolnym technik spojrzał na monitor.
— Transfer zakończony.
— Parametry?
— Obiekt osadzony w 1985. Synchronizacja pełna.
Na jednym z ekranów przez ułamek sekundy pojawiła się dodatkowa linia danych.
Nieprzypisana. Nieopisana.
„Obecność: potwierdzona.”
Zniknęła, zanim ktokolwiek zdążył ją odczytać.
A w Cincinnati, pod koniec 1985 roku, mężczyzna stojący przed starym barem na przedmieściach uniósł rękę, by uchwycić słuchawkę wiszącą na aparacie telefonu.
Przez chwilę zawahał się — jakby nie był pewien, czy to realne i czy zaraz rzeczywistość nie rozpadnie się jak domek z kart.
Rozdział III
„Przeszłość w sprawie przyszłości.”
USA, Cincinnati, stan Ohio
Rok 1985
Czerwony ford Capri z piskiem opon skręcił w wąską uliczkę prowadzącą do prywatnej posiadłości. Samochód zatrzymał się gwałtownie na niewielkim, szarym, betonowym tarasie. Cassy zgasiła silnik, sięgnęła po papierową torbę z zakupami leżącą na przednim siedzeniu i wysiadła, zamykając drzwi nogą z suchym trzaskiem.
Powietrze było ciężkie, wilgotne. Zbyt ciche.
Podchodząc do domu, wolną rękę wsunęła do kieszeni płaszcza, szukając klucza. Znalazła go dopiero za trzecim razem — palce miała zmarznięte, choć przecież nie było zimno. Otworzyła drzwi, weszła do środka i z niemałym trudem zamknęła je za sobą plecami.
W tej samej chwili zadzwonił telefon.
Drgnęła.
Torba z zakupami osunęła się na podłogę. Ruszyła szybkim krokiem w stronę wizytowego pokoju. Telefon dzwonił natarczywie — jakby ktoś po drugiej stronie dokładnie wiedział, że właśnie przekroczyła próg.
Rzuciła się na szeroką sofę obłożoną białym „misiem” i zdecydowanym ruchem podniosła słuchawkę.
— Halo?
— Dzień dobry. Czy rozmawiam z panią Cassy Swayt? — odezwał się spokojny, męski głos.
— Tak, ale… kto mówi?
— Moje nazwisko nic pani nie powie. Chciałbym się z panią spotkać. Muszę porozmawiać w pewnej sprawie. Czy byłaby taka możliwość?
Zmarszczyła brwi.
— O jakiej sprawie?
— Wolałbym porozmawiać w cztery oczy. To ważne. Dla pani.
Zawahała się.
— No… — wyrwało się jej, niepewnie.
Rozmówca natychmiast wykorzystał moment ciszy.
— Może bar na skrzyżowaniu Florence i Forestville. Dzwonię
właśnie stamtąd. Odpowiada pani to miejsce?
Spojrzała na zegarek.
— Tak… może być…, a o której?
Przez chwilę w słuchawce panowała cisza. Tylko nieregularne trzaski zakłócały połączenie.
— Jak najszybciej, jeśli to możliwe — odezwał się w końcu głos.
— W porządku. Będę za godzinę, pasuje?
— Tak. Dziękuję. Do zobaczenia.
Połączenie zostało przerwane.
Cassy jeszcze przez chwilę siedziała z przyłożoną do ucha słuchawką. W głowie miała chaos. Niepokój i dziwne uczucie, że właśnie otworzyła drzwi, których lepiej było nie dotykać.
Siedział niedbale na wysokim barowym stołku, oparty łokciami o długi marmurowy blat. Przed nim stała szklanka whisky, świeżo postawiona przez grubego barmana.
W lokalu panował ogłuszający gwar. Dym papierosowy wisiał nisko, drażniąc gardło i oczy. Pociągnął łyk alkoholu i bezwiednie spojrzał w lustro nad półkami z butelkami.
W jego odbiciu widać było ulicę przylegającą do baru.
Drzwi otworzyły się.
Rozpoznał ją od razu. Odwrócił się i uniósł lekko rękę. Cassy zauważyła gest i ruszyła w jego stronę. Przechodząc między stolikami zajętymi przez podstarzałych mężczyzn, przyciągała spojrzenia.
Na taką kobietę niejeden z tych starych pryków miałby ochotę — pomyślał bez emocji.
Nie dziwił się. Była ładna. Zgrabna. Pewna siebie.
Gdy podeszła, odstawił szklankę.
Jej duże, brązowe oczy spojrzały na niego uważnie.
— Pan chciał się ze mną widzieć?
— Tak. Dziękuję, że pojawiła się pani tak szybko. Proszę usiąść.
Wskazał stołek obok siebie. Usiadła, poprawiając zbyt wysoko podciągniętą krótką czarną spódniczkę.
Miała na sobie gruby, biały kożuch z jasno brązowymi łatkami i przewieszoną przez prawe ramię małą, czarną torebkę.
— Napije się pani czegoś? — zapytał, szukając punktu zaczepienia.
— Nie, dziękuję. Przejdźmy może do rzeczy.
Odrzuciła włosy do tyłu i utkwiła w nim wyczekujące spojrzenie. Poczuł się niespodziewanie skrępowany.
— A więc… przejdę od razu do meritum…
Nie zdążył dokończyć.
Tuż obok jego głowy przeleciało krzesło, świszcząc w powietrzu i z hukiem roztrzaskało się o półkę z alkoholem. Butelki eksplodowały szkłem i płynem.
Odwrócił się gwałtownie.
Na środku niewielkiej sali kilku podchmielonych mężczyzn rzucało w siebie krzesłami, wykrzykując obelgi. Bar w jednej chwili zamienił się w chaos.
Spojrzał z powrotem na Cassy.
— Chodźmy stąd — powiedziała krótko.
— Jasne.
Sięgnął do kieszeni swojej czarnej ortalionowej kurtki, wyciągając pieniądze. Położył na barze.
Wychodząc, przytrzymał dla niej drzwi.
— Przyjechałam samochodem, może podjedziemy do mnie porozmawiać? — powiedziała, zbliżając się do zaparkowanego w pobliżu auta, cały czas jednak zastanawiając się czy to dobry pomysł.
— Nie mam nic przeciwko temu — odparł zadowolony, uświadamiając sobie, że to zdarzenie w barze bardzo mu pomogło.
Jechali już dłuższą chwilę po ruchliwych miejskich ulicach. Wreszcie nieśmiało się odezwała.
— Tylko niech pan nie myśli, że ja tak z każdym mężczyzną…
— Nie wcale nic takiego nie myślę — odparł z głupawym uśmieszkiem. Uśmiechnęła się lekko z jego reakcji, cały czas patrząc na drogę.
— Daleko pani mieszka?
— Nie, za jakieś pięć minut powinniśmy być już na miejscu.
Przycisnęła mocniej pedał przyspieszenia, tak, że Treysa wcisnęło mocniej w skórzany w fotel. Zajechali wreszcie na miejsce. Zza szyby mógł teraz dokładnie obejrzeć budynek z chropowatego, brązowego piaskowca o prostych kształtach, ze spadzistym dachem z czerwonej dachówki. Weszli do przestronnego, jasno oświetlonego poprzez duże okiennice salonu.
— Proszę się rozgościć — stwierdziła Cassy, pokazując ręką jasno brązową skórzaną kanapę.
Rozsiadł się wygodnie, zarzucając nogę na nogę.
— Napije się pan kawy?
— Chętnie.
Cassy wyszła z pokoju. Gdy wróciła z kawą, podała mu ją zgrabnym ruchem dłoni i usiadła obok. Upijał łyk, parząc sobie wargi, po czym odezwał się:
— Nazywa się pani Cassy Swayt i pochodzi pani z Szanghaju, prawda?
W jej oczach pojawił się przebłysk zdziwienia.
— Skąd pan o tym wie?
Zignorował pytanie i mówił dalej:
— Pani matka miała na imię Ohio…
— Co to ma znaczyć? Skąd ma pan te informacje? — obruszyła się.
— Czy pani rodzice wspominali kiedyś o rodzeństwie?
— Rodzeństwie? Nie. Nigdy nie miałam rodzeństwa. Jestem jedynaczką. Przepraszam, ale to chyba jakaś pomyłka…
Powoli odstawił filiżankę na pobliski stolik. Odwrócił się w jej stronę i spojrzał jej prosto w oczy.
— Cassy… jestem twoim przyrodnim bratem — wypalił, uważnie
obserwując jej reakcję.
Siedziała jak sparaliżowana, wpatrując się w niego, jakby nie rozumiała ani jednego słowa.
— Słucham? — zapytała, sądząc, że się przesłyszała.
— Jestem twoim bratem, Cassy. Szukałem cię bardzo długo, ale w końcu cię odnalazłem.
Otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, lecz nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. Chwycił ją obiema dłońmi za ramiona.
— Mogę to udowodnić. Zaufaj mi…
— To niemożliwe… — zaczęła kręcić głową. — Niemożliwe…
Gdy zobaczył łzy zbierające się w jej oczach, poczuł nieprzyjemne ukłucie. Wiedział jednak, że musi dalej prowadzić tę grę.
— Proszę, posłuchaj mnie uważnie.
Przyklęknął przed nią, wciąż trzymając ją za ramiona.
— Jutro możesz pojechać do miejskiego archiwum i poprosić o akta Johna Harrisa. Tak się nazywam. Znajdziesz tam wszystko o mojej przeszłości.
— Wybaczy pan, ale nie mogę tak po prostu w to uwierzyć — wycedziła.
— Rozumiem. To dla ciebie ogromny szok. Bądźmy po imieniu, proszę — powiedział łagodniej.
Nagle uśmiechnęła się przez łzy, co kompletnie go zbiło z tropu.
— Kawa ci wystygnie.
Spojrzał na filiżankę, z której nadal unosił się biały obłok pary.
Podszedł do stolika, wziął ją do ręki i upił łyk, nie spuszczając z Cassy wzroku. Wydawała się spokojniejsza, bardziej opanowana. Wiedział jednak, że w głębi duszy wciąż mu nie wierzy — i że jutro pojedzie do archiwum.
— Czy mógłbym u ciebie przenocować? — zapytał nieśmiało.
Spojrzała na niego zaskoczona i lekko skrępowana.
— Przepraszam, nie zdążyłem zarezerwować żadnego hotelu — dodał szybko.
Widział, że Cassy się waha.
Po chwili wreszcie wykrztusiła.
— Jasne. Możesz spać w gościnnym, na górze.
Kamień spadł mu z serca. Nie potrafił sobie wyobrazić, co by było, gdyby się nie zgodziła. Za oknem zdążyło już zapaść zmierzch.
Gdy otworzył oczy, uderzyła go intensywna biel sufitu. Spał chyba kilkanaście godzin. Podniósł się z łóżka i narzucił na siebie niebieski porannik, który leżał przygotowany obok. Podszedł do białych, drewnianych drzwi i otworzył je. Poczuł przyjemny zapach.
Na pewno z kuchni — pomyślał.
Przeszedł wąskim korytarzem, skręcił w prawo i zaczął schodzić po wąskich, drewnianych schodkach, które przyjemnie chłodziły jego bose stopy. Na dole zobaczył Cassy krzątającą się w kuchni.
Wszedł do środka, wsuwając dłonie w obszerne kieszenie porannika.
— Dzień dobry.
— Dobrze spałeś? — rzuciła, nie odwracając się.
— Tak. Świetnie.
W rzeczywistości tej nocy spał kiepsko — zbyt wiele myśli nie dawało mu spokoju.
— Siadaj. Zaraz będzie śniadanie.
Wskazała krzesło przy okrągłym stole. Usiadł niemal natychmiast, czując, jak z głodu burczy mu w brzuchu.
— Kawa czy herbata?
— Kawa — odpowiedział bez wahania. Nie miał ochoty na eksperymenty.
Odwróciła się i postawiła przed nim talerzyk z ogromną kanapką z szynką. Drugą ręką podała mu filiżankę kawy.
— Smacznego — powiedziała z ciepłym uśmiechem, biorąc swoją filiżankę i siadając obok.
Czuł jej spojrzenie. Chwycił kanapkę obiema dłońmi, przez chwilę nie bardzo wiedząc, jak się do niej zabrać. W końcu wziął solidny kęs, szeroko otwierając usta. Smakowała wyśmienicie.
— A ty nie jesz? — wymamrotał z pełnymi ustami.
— Nie. Rano piję tylko kawę — odparła, popijając łyk i wciąż mu się przyglądając.
Po chwili dodała:
— Byłam dziś rano w archiwum…
Zastygł w pół ruchu i spojrzał na nią wyczekująco.
— Poprosiłam o wyciąg z twoich akt i… masz rację. Jesteśmy rodziną.
— Tak mi przykro — rzucił żartobliwie, krztusząc się kawałkiem kanapki.
Wyraźnie ją to rozbawiło.
— Przykro? Zawsze marzyłam o rodzeństwie — powiedziała przez śmiech.
Po chwili spoważniała.
— Gdzie do tej pory mieszkałeś?
— W Nowym Jorku — odpowiedział, przełykając ostatni kęs.
— To duże miasto…
— Duże i małe. Zależy, jak na nie spojrzeć.
— A jak mnie właściwie znalazłeś?
Skończył jeść.
— Za pomocą książki telefonicznej.
Zabrała jego talerzyk i filiżankę, po czym wstawiła je do zmywarki.
— Masz do czego wracać w Nowym Jorku? — zapytała nieśmiało, spoglądając na niego z napięciem.
— W zasadzie… nie. Ojciec zmarł dwa lata temu.
— A żona? — wtrąciła szybko.
— Co?
— No… pytam, czy masz rodzinę.
Pokręcił przecząco głową.
— Świetnie — powiedziała z uśmiechem. — W takim razie zamieszkasz u mnie.
Po chwili dodała ciszej:
— Jeśli oczywiście chcesz…
— Jasne, że chcę. Dość długo byliśmy rozłączeni.
Powiedział to tak poważnie, że nie zdołała powstrzymać śmiechu. Odwróciła się, by tego nie zauważył. Po chwili wróciła do rozmowy:
— Słuchaj, John. Jestem dziś wieczorem umówiona na kolację z moim przyjacielem. Ma na imię Michael. Chcę, żebyś go poznał. Pójdziesz ze mną?
— Dlaczego nie — odparł, ciesząc się, że wreszcie będzie miał okazję spotkać tego człowieka.
— To świetnie, tylko… — zmarszczyła czoło i spojrzała na niego krytycznie. — Nie możesz tam tak iść. Mam marynarkę po ojcu, powinna na ciebie pasować. Poczekaj chwilę…
Wyszła z kuchni. Po krótkim czasie wróciła, niosąc w rękach jasne ubranie.
— Możesz ją przymierzyć?
Podała ją Treysowi, który zamaszystym ruchem wciągnął ją na swój porannik.
— Leży, jak ulał. Zaraz bardziej dystyngowanie wyglądasz — stwierdziła wyraźnie zadowolona.
Weszli na dużą salę, na której porozrzucane były okrągłe stoliki. Przy części z nich siedzieli ludzie, inni stali pod ścianami, z kieliszkami w dłoniach. Orkiestra grała wolną, nastrojową melodię — taką, która nie narzucała tańca, ale sprawiała, że rozmowy milkły same z siebie.
Trzymała go pod rękę.
W białej koszuli, z zaciągniętym wysoko pod szyją czarnym krawatem oraz sztywną, zbyt ciasną marynarką, czuł się jak w źle dopasowanym pancerzu. Materiał uwierał przy każdym ruchu. Oddychał zbyt płytko.
Przepychając się między parami na parkiecie, dotarli wreszcie do stolika pod ścianą. Siedział przy nim samotny mężczyzna. Gdy ich zobaczył, wstał.
— Cześć, Cassy. Pięknie wyglądasz.
Pocałował ją w policzek. Potem spojrzał na Treysa — uważnie, z lekkim zawahaniem, jakby próbował zdecydować, czy go zna, czy dopiero powinien.
— Poznajcie się — powiedziała Cassy, uśmiechając się. — To mój przyrodni brat John, a to Michael.
Treys skinął głową. Uśmiech, który pojawił się na jego twarzy, był ledwie zauważalny i natychmiast zniknął. Michael przez moment wyglądał na zbitego z tropu, po czym również usiadł.
— Nigdy nie mówiłaś, że masz brata — powiedział, przenosząc wzrok to na Cassy, to na Treysa.
— Bo sama nie wiedziałam — odparła spokojnie. — Dopiero wczoraj się o tym dowiedziałam. John mieszkał do tej pory w Nowym Jorku.
Michael zmrużył oczy, jakby próbował dopasować nowy element do znanego sobie obrazu.
— To… niespodzianka — mruknął. — Czego się napijecie?
— Szampana — odpowiedziała Cassy bez wahania. — A ty?
Spojrzała na Treysa.
Zawahał się o ułamek sekundy.
— Tak…, szampana.
Michael uniósł rękę, przywołując kelnera. Gdy mężczyzna w czarnym fraku odszedł, zapadła krótka, niezręczna cisza. Orkiestra przyspieszyła nieznacznie. Na parkiecie zrobiło się gęściej.
Treys czuł na sobie spojrzenia. Nie bezpośrednie — raczej przelotne, ciekawskie. Był obcy. Nowy. Niepasujący.
Zauważył, że Cassy i Michael wymieniają między sobą krótkie, spojrzenia. Uśmiechają się do siebie w sposób, który wykluczał go całkowicie z rozmowy.
Muzyka narastała.
— Chodźmy — powiedziała Cassy, wstając nagle. — Rozruszajmy się trochę.
Nie było to zaproszenie do tańca. Było poleceniem ubranym w uprzejmość.
Zanim zdążył zaprotestować, znalazł się na skraju parkietu. Ludzie mijali go zbyt blisko. Czyjeś ramię musnęło jego bark. Zapach perfum, potu i alkoholu zmieszał się w duszącą całość.
Stał tam bez ruchu.
Nie tańczył.
Nie potrafił. Nie wiedział, jak się tu zachować.
Czuł, jak pot spływa mu po plecach. Jak kołnierzyk koszuli wrzyna się w szyję. Jakby każda sekunda była testem, do którego nie dostał instrukcji.
To była jedna z najbardziej upokarzających chwil w jego życiu.
Gdy utwór dobiegł końca, nie czekając na nikogo, odwrócił się i szybkim krokiem wrócił do stolika, poprawiając zbyt ciasny krawat. Palce drżały mu nieznacznie.
Usiadł.
I postanowił, że nigdy więcej nie pozwoli się wciągnąć w cudze rytuały.
— Dobrze się bawisz? — zapytała Cassy, gdy powrócili do stolika.
— Świetnie — odpowiedział z wymuszonym uśmiechem.
— W takim razie wznieśmy toast za twojego brata i za to miłe spotkanie — stwierdził Michael, unosząc kieliszek.
Cassy zrobiła to samo. Treys również. Wypili.
Po pewnym czasie alkohol zaczął działać. Ciało Treysa stało się dziwnie lekkie, obraz falował, a senność narastała nieubłaganie.
Kiedy się obudził, zanim jeszcze otworzył oczy, poczuł ostry ból głowy. Gdy wreszcie to zrobił, ujrzał nad sobą twarz Cassy. Uśmiechnęła się lekko.
— Gdzie ja jestem? — wymamrotał, chwytając się za skroń.
— W domu. Wczoraj trochę przesadziłeś z alkoholem.
Nie pamiętał prawie niczego. Jedynie migawkę: jak z trudem wyprowadzano go z restauracji i wpychano do taksówki. Potem — pustka.
— Pewnie sprawiłem wam kłopot…
— Nie ma o czym mówić. Martwię się o ciebie, głuptasie. Może nie chcesz śniadania, tylko czegoś do picia?
Skinął głową i natychmiast tego pożałował. Ból przeszył mu czaszkę.
— Strasznie boli mnie głowa.
— To normalne — powiedziała, sięgając po szklankę z pomarańczową cieczą. — Michael nie zamówiłby kolejnej butelki rumu, gdybyś powiedział, że masz dość.
Milczał. Trzymając szklankę obiema rękami, wypił zawartość łapczywie. Poczuł ulgę i opadł na poduszkę.
— Jadę do miasta po zakupy. Jeśli zgłodniejesz, wszystko jest w lodówce. Niedługo wrócę.
Zamknęła za sobą drzwi. Po chwili usłyszał odjeżdżający samochód. Zadzwonił telefon. Spojrzał na zegarek: 10:30.
Świetnie — pomyślał. — Kac idealny.
Podniósł słuchawkę.
— Halo?
— Tu Michael. Cassy jest w domu?
— Pojechała po zakupy.
— To w sumie dobrze się składa. Czy mógłbyś do mnie wpaść?
— O co chodzi? Coś ważnego?
— Można tak powiedzieć… — zawahał się.
— Nie da się przez telefon?
Nastała chwila ciszy.
— Wolałbym porozmawiać w cztery oczy.
— Dobrze. Podaj adres.
Zapisał go na skrawku gazety, odłożył słuchawkę i zaczął się ubierać. Gdy otworzył drzwi, zamarł.
Jak ja tam dojadę?
Zszedł do kuchni, odkręcił zimną wodę i napił się prosto z kranu. Wtedy zauważył kartkę leżącą na stole. Rozłożył ją.
„Kochanemu bratu w dniu jego urodzin — siostra.”
Niżej: „P.S. Stoi przed domem.”
Obok leżały kluczyki z jasnoniebieskim breloczkiem.
Spojrzał na kalendarz. Był 25 listopada.
Wszystko zrozumiał.
Wyszedł przed dom.
Na podjeździe stał czarny Ford Mustang.
To mnie wybawiło z kłopotu — pomyślał, wsiadając do wozu.
Z instrukcji przekazanej przez Kerstena wiedział już co nieco o prowadzeniu samochodu, dlatego uruchomienie silnika nie sprawiło mu większego problemu. Odruchowo zerknął do schowka — zgodnie z przypuszczeniami znalazł tam złożoną mapę miasta. Rozwinął ją na siedzeniu pasażera, wyjął z kieszeni długopis i szybko naszkicował trasę do celu.
Wrzucił pierwszy bieg i ruszył gwałtownie. Jechał już od dłuższego czasu szeroką szosą, co chwilę sprawdzając, czy nie zboczył z wyznaczonej drogi. Jego wzrok bezwiednie ślizgał się po szeregu samochodów sunących przed nim. Znowu poczuł narastające pragnienie — gardło miał suche, jakby wypełnione pyłem.
Gdy wjechał na przedmieścia, zatrzymał się przy pierwszym napotkanym barze. Budynek wyglądał obskurnie, niemal odpychająco, ale nie miał już ochoty szukać innego miejsca. Pchnął ciężkie, wahadłowe drzwi i wszedł do środka.
W lokalu panował półmrok. Kilku ludzi siedziało przy stolikach ustawionych pod ścianą po lewej stronie, reszta sali świeciła pustką. Usiadł przy wolnym stoliku, czekając na barmana.
Wtedy zauważył, że samotna kobieta w średnim wieku, siedząca naprzeciwko, podniosła się i ruszyła w jego stronę.
Zrobiło mu się nieswojo. Rozejrzał się nerwowo w poszukiwaniu zbawczego barmana, ale nigdzie go nie dostrzegł. Kobieta podeszła bliżej, uśmiechając się w sposób, który bardziej niepokoił, niż zachęcał. Coś przeżuwała. Bez zaproszenia usiadła mu na kolanach, podciągając czarną, skórzaną spódnicę.
— Hej… postawisz mi drinka? — zapytała łagodnym, uwodzicielskim głosem.
— Jasne… czemu nie — odparł z wymuszonym uśmiechem, czując narastające zażenowanie.
Przez ułamek sekundy miał wrażenie, że jej uśmiech jest odrobinę zbyt szeroki — jakby nie należał do reszty twarzy.
Jej dłoń przesunęła się wolno po jego klatce piersiowej.
— Lubię, gdy facet ma tego dużo…
— Zjeżdżaj! — rozległ się nagle niski, chrapliwy głos.
Barman stał tuż obok. Kobieta spojrzała na niego spode łba, po czym wstała z kolan Treysa, uśmiechając się złośliwie.
— Mówiłem coś. Spływaj — powtórzył barman. — Nie będziesz polowała na klientów w tym lokalu.
Z wściekłym parsknięciem kobieta odeszła szybkim krokiem. Treys siedział przez chwilę kompletnie oszołomiony nagłym zwrotem wydarzeń.
— Robią się coraz bardziej nieznośne — burknął barman. — Jakby zapomniały, że ich miejsce jest na ulicy.
— Co podać?
— Coś do picia… tylko bez alkoholu.
— Piwo bezalkoholowe?
— Może być piwo — rzucił niecierpliwie.
— To wszystko?
Skinął głową.
— Dwa dolary dwadzieścia.
Wyjął z kieszeni pogniecioną pięciodolarówkę. Zawstydzony jej stanem, spróbował wygładzić banknot kantem dłoni, po czym podał go barmanowi. Po chwili miał przed sobą kufel pieniącego się piwa. Upił łyk i skrzywił się — było gorzkie i nieprzyjemne. Mimo to wypił do dna. Pragnienie ustąpiło.
Wstał, odsunął krzesło i wyszedł na zewnątrz.
Gdy otwierał drzwi samochodu, kątem oka dostrzegł zbliżającą się grupę młodych mężczyzn. Czarne okulary, skórzane kurtki. Nie wyglądali przyjaźnie. Gdy usiadł już za kierownicą, zauważył, że część z nich dyskretnie wyciąga noże, inni drewniane pałki.
Chyba będą kłopoty… — przemknęło mu przez myśl.
Jeden z nich — jedyny Afroamerykanin w grupie — podszedł do szyby od strony kierowcy i zapukał w nią pałką. Treys opuścił szybę, nie patrząc na niego i utkwił wzrok przed sobą.
— Cześć, gnojku. Chyba źle zaparkowałeś — rzucił tamten, wybuchając gardłowym śmiechem i spoglądając ponad dachem auta na kumpli.
— Ale dobra… wybaczę ci. Rzucisz stówę i możesz spływać.
Treys wolnym, pozornie leniwym ruchem sięgnął pod marynarkę. Mężczyzna uśmiechnął się jeszcze szerzej, wsuwając głowę do wnętrza samochodu.
W tej samej chwili Treys namacał rękojeść rewolweru.
Jednym ruchem chwycił go za kołnierz, przyciągnął do siebie i wsunął lufę w jego otwarte z wrażenia usta.
— Powiedz swoim kumplom, żeby odeszli od wozu i położyli się twarzą do ziemi — powiedział spokojnie, bez emocji.
Suchy trzask odciąganego kurka rozwiał wszelkie wątpliwości.
To nie były żarty.
Powoli wyjął z jego ust lufę, kierując ją tym razem mu między oczy. Tamten sparaliżowany strachem, wrzasnął.
— Słyszeliście co powiedział!
Zza szyby Treys, niby to obojętnie obserwował pozostałych facetów, którzy skwapliwie kładli się na brzuchu na chodniku. Wzbudziło to zainteresowanie przechodniów, którzy co chwilę przystawali, obserwując niecodzienne widowisko. Gdy stwierdził, że wszystko jest w porządku, odwrócił się do tamtego. Czarnoskóry wlepił w niego wyczekujące spojrzenie, bojąc się nawet mrugnąć okiem. Treys wreszcie odepchnął go z taką siłą, że tamten o mało co by się nie przewrócił i wrzucając pierwszy bieg, ruszył szybko z miejsca. Gdy już odjechał dość daleko, spojrzał we wsteczne lusterko. czarnoskóry wymachiwał rękami w jakimś geście do podnoszących się kompanów, jakby mówił: „nic do cholery nie mogłem zrobić, on miał przecież spluwę”.
Skręcił w lewo w wąską uliczkę zawaloną stojącymi na krawężnikach samochodami. Spojrzał na mapę. Jeszcze kilka ulic i powinien być na miejscu. Tak mniej więcej wskazywała mapa. Zajechał przed ogromny wieżowiec, z trudnością parkując w małej luce między zaparkowanymi autami. Wyłączył silnik i wysiadł z wozu. Podniósł w górę głowę, usiłując dostrzec szczyt tej budowli. Miała chyba z siedemdziesiąt metrów wysokości. Jej ogrom przytłoczył go. Czując na karku zimny powiew wiatru, postawił kołnierz marynarki i wsunął głęboko ręce do kieszeni. Podszedł szybkim krokiem do tabliczki zamocowanej na murze wieżowca, przeciskając się przez tłum ludzi przesuwających się chodnikiem. Wyjął urwany skrawek gazety z zapisanym na nim adresem. Adres się zgadzał. Wszedł do środka. Znalazł sią w dużym holu, po którym przesuwali się jacyś ludzie, jakby się im bardzo spieszyło. Podszedł do czegoś, co mogło być windą. Jednak zatrzymał się. Wiedział, że nie potrafi się z tym obchodzić. Nie chciał na siebie zwracać uwagi. Zauważył, że dwóch mężczyzn ubranych w szare garnitury, zbliża się do windy. Jeden z nich nacisnął przycisk i drzwi windy bezszelestnie rozsunęły się. Widząc to podbiegł do nich i wszedł z nimi do środka. Drzwi się zasunęły.
— Przepraszam, jak się dostać pod numer dwieście piętnaście? — zwrócił się do nich.
Jeden z nich przeszył go wzrokiem od stóp do głów, jak intruza, który przerwał mu rozmowę i rzucił.
— Szesnaste piętro.
— Dzięki — stwierdził Treys, wciskając guzik z odpowiednim numerem.
Winda ruszyła. Faceci rozmawiali o jakiś tendencjach zniżkowych w obrotach akcjami na rynkach pierwotnych — tak mniej więcej to usłyszał.
Gdzie ja jestem? — pomyślał.
Światełko przesuwające się po szybce z cyframi, umieszczonej nad drzwiami, zatrzymało się na numerze szesnastym. Drzwi rozsunęły się. Znalazł się teraz w wąskim korytarzu. Po obu stronach ciągnęły się szpalery drzwi z umieszczonymi na nich numerami. Szedł korytarzem, patrząc to na jedną, to na drugą stronę, szukając właściwych drzwi. Odszukał właściwe, zapukał i wszedł.
— Cześć John — usłyszał od progu.
Michael stał przy dużej mapie z ołówkiem w ręku. Odłożył go na biurko i podszedł z wyciągniętą ręką na przywitanie.
— Przepraszam, że zaprosiłem cię do biura, ale… — zawahał się — wolę pogadać tutaj. Siadaj proszę.
Wskazał Treysowi obszerny fotel, stojący pod półką z kolorowymi książkami, równo poukładanych według wielkości. Treys zanurzył się w miękkim skórzanym, ciemno brązowym fotelu.
— Słuchaj Michael, jeżeli ja wczoraj…
— Nie ma sprawy — przerwał mu — po prostu trochę za dużo wypiłeś. Napijesz się czegoś, może wody?
Treys skinął głową.
Michael podszedł do biurka i wcisnął przycisk w stojącym na nim urządzeniu.
— Sandy, proszę nie łącz żadnych rozmów z moim gabinetem. Przynieś mi jeszcze proszę szklankę wody sodowej
Odwrócił się w stronę Treysa, wyciągając rękę z paczką papierosów.
— Zapalisz?
Treys wykonał odmawiający gest.
Michael podchodząc do biurka wsunął sobie niedbale do ust papierosa. Poniósł z niego leżącą na nim książkę, podszedł do Treysa i podając mu ją.
— Jak myślisz, co to jest? — spytał.
Treys obrócił ją kilka razy w dłoniach, uważnie oglądając. Książka była oprawiona w grubą, sztywną i starą czarną okładkę z materiału w dotyku podobnego do naturalnej skóry. Okuta była na krawędziach dodatkowo metalowymi okładzinami, w górnej części trochę podniszczonymi i z widocznymi ubytkami. Otworzył ją. Zauważył pożółkłe ze starości stronice z wyblakłymi literami.
— Hm, wygląda bardzo staro.
Podniósł wzrok na stojącego przed nim Michaela, który właśnie odpalał zapalniczką papierosa, zaciągając się, marszcząc przy tym czoło.
— Zgadza się, ten manuskrypt jest z ubiegłego wieku.
Treys odwrócił na stronę tytułową i głośno przeczytał.
— „Testament zapomnienia”.
Michael przez chwilę milczał, jakby ważył w myśli każde następne słowo. Papieros żarzył się nierówno, popiół urósł zbyt długi, lecz nawet tego nie zauważył.
— Kupiłem go jakiś miesiąc temu — powiedział w końcu. — W starym antykwariacie za miastem. Sprzedawczyni… próbowała mnie od tego odwieść. Dziwnie się zachowywała. Pytałem, dlaczego, ale nie odpowiedziała. Po prostu milczała.
Zaciągnął się głęboko i przeciągle wypuścił jasny dym, który zawisł nad nimi jak gradowa chmura.
— A kiedy wychodziłem…, spojrzała na mnie jakoś dziwnie. Jakby właśnie mnie skazała.
Treys uniósł wzrok.
Michael patrzył teraz przed siebie, wlepiając wzrok w ścianę. Nagle otrząsnął się z tego chwilowego zamroczenia.
— Pewnie myślisz, że zwariowałem, ale musiałem komuś w końcu o tym powiedzieć…
— Co było dalej? — zapytał, coraz bardziej zaintrygowany Treys, któremu zaczęło w głowie coś świtać.
Michael przeszedł kilka kroków wzdłuż biura. Przystanął przy oknie.
— Od chwili, gdy zacząłem to czytać… coś się zmieniło. Nie potrafię tego inaczej ująć. Mam wrażenie, że ktoś… coś… jest ciągle obok. Tuż za mną.
Odwrócił się gwałtownie.
— Czuję to fizycznie, John. Jakby jakąś formę obecności.
W tej chwili drzwi otworzyły się cicho. Sekretarka z uśmiechem podała wodę sodową i zniknęła, zamykając je za sobą bezszelestnie.
Cisza, która zapadła po jej wyjściu, była gęstsza niż wcześniej.
— Myślisz pewnie, że to brednie — dodał Michael ciszej.
— Treys nie odpowiedział od razu. Przerzucał kartki manuskryptu.
— Czytałeś go do końca?
— Tak i naprawdę tego żałuję. Pozwól…
Michael wziął manuskrypt do ręki i zaczął kartkować, aż wreszcie znalazł fragment, którego szukał. Czytał głosem lekko drżącym.
— „Ciało umiera, lecz ta esencja żyć będzie we mnie, po to tylko, ażeby rozlać swój mrok, a w duszy nieszczęsnej siać spustoszenie”
Teraz uderzyło to w Treysa, jak grom z jasnego nieba. Poczuł, jak coś w nim klika. Jak zapadka.
Więc to stąd…
Treys nie miał jeszcze pojęcia, że od chwili, gdy Michael otworzył tę księgę, coś zaczęło powoli przesuwać wydarzenia wokół nich.
Wstał gwałtownie.
— Muszę już iść. Cassy czeka — mówił szybko, zbyt szybko. — Powinieneś odpocząć. Przemęczyłeś się.
Michael potarł twarz.
— Nikomu o tym nie mów. Zwłaszcza Cassy.
— Dobrze. Ale spróbuj o tym zapomnieć.
— Postaram się.
Treys czuł się teraz tak podekscytowany, że z trudnością mógł opanować spokój. Szybkim ruchem wstał z fotela.
— Na mnie już czas. Obiecałem Cassy, że zrobię trochę dodatkowych zakupów. Tobie przydałby się dłuższy wypoczynek.
Za ciężko pracujesz, jesteś przemęczony. Uwierz mi.
Michael przetarł obiema dłońmi twarz, jakby chcąc odpędzić piętrzące się złe, natrętne myśli.
— Pewnie masz rację. Słuchaj, to musi zostać naprawdę między nami.
Gdy Treys już wychodził z biura, odwrócił się do Michaela, który siadał właśnie za biurkiem.
— Zapomniałem ci powiedzieć. Dziś są moje urodziny, może wpadniesz?
— Naprawdę bym chciał, ale nie mogę. Mam jeszcze leżące odłogiem akta. Pewnie będę tu siedział do późna. Wpadnę niebawem, dam znać.
Otworzył drzwi i delikatnie zamknął je za sobą. Gdy był już na korytarzu, wyciągnął z kieszeni notes i długopis. Zapisał adres antykwariatu i nazwisko jego prawdopodobnej właścicielki — zapamiętał to z pieczątki, która widniała na pierwszej stronie manuskryptu. Nie pamiętał w sumie czy tę pieczątkę faktycznie widział czy raczej tak mu się tylko wydawało.
Miał dziwne wrażenie, że ten manuskrypt nie został znaleziony przypadkiem — jakby od dawna czekał na kogoś, kto go otworzy.
Gdy był już w samochodzie, wyciągnął ponownie mapę i naszkicował drogę do antykwariatu. Jechał już chyba z pół godziny. Czuł się zadowolony z dobrze spełnionego zadania. Sprawa wydaje się, iż poszła do przodu. Musiał teraz tylko się o tym upewnić. Nie mógł się przecież zapytać Michaela wprost, gdzie jest ten antykwariat. Mogłoby się wydać to podejrzane. Choć, dlaczego od razu podejrzane? Przecież nikt nie wiedział o jego misji. Po prostu zrobił to tak, na wszelki wypadek.
W końcu dotarł na miejsce. Wysiadł z wozu i stanął przed szklaną witryną, na której widniał podniszczony szyld: „Antykwariat”.
Otworzył ciemnobrązowe stare, przeszklone, drewniane drzwi, które poruszyły wiszące nad nimi dzwoneczki. To zasygnalizowało jego wejście. Znalazł się w małym pomieszczeniu, zawalonym różnymi figurkami, starymi książkami, zegarami i jeszcze innymi rzeczami, które nie mógł zidentyfikować. Panowała tu dziwna cisza, mącona niekiedy stłumionym gwarem ulicy. Wyszła do niego z zaplecza młoda brunetka.
— Witam. W czym mogę pomóc? — zapytała z lekkim uśmiechem.
— Czy mam przyjemność z panią Elizą Phineas?
— A o co chodzi?
— Chciałbym porozmawiać z panią Phineas. To ważne.
Nieznajoma obrzuciła go podejrzliwym spojrzeniem. Po chwili powiedziała:
— Babcia jest na zapleczu. Proszę wejść.
Wskazała mu ręką drogę.
— Skręci pan w prawo i prosto, wzdłuż szpaleru regałów.
Gdy przechodził koło tej kobiety, kierując się na zaplecze, poczuł lekki powiew na karku. Przysiągłby jednak, że nikt nie otworzył wejściowych drzwi.
Ruszył wąskim korytarzem utworzonym przez półki wypełnione po brzegi starodrukami. Na jego końcu dostrzegł biurko, za którym siedziała starsza kobieta. Na oko mogła mieć około osiemdziesięciu lat. Podszedł bliżej. Nie usłyszała jego kroków.
W tej samej chwili wydało mu się, że zrobiło się znacznie chłodniej, a odgłosy ulicy nagle całkowicie zniknęły, ustępując miejsca niezmąconej, wrogiej ciszy.
— Pani Phineas? — zapytał półgłosem, jakby bał się rozproszyć zastaną ciszę.
Kobieta wolno podniosła wzrok znad lektury. Siwe włosy, upięte wysoko w kok, dodawały jej jeszcze więcej lat. Miała na sobie długą, ciemnogranatową suknię oraz białą pelerynę obszytą koronką — strój bardziej pasujący do standardów dawno minionej epoki niż do współczesności.
Znad czarnych, rogowych okularów zsuniętych na czubek nosa spojrzała uważnie na Treysa.
— Tak, słucham pana.
— Chciałbym porozmawiać z panią w prywatnej sprawie…
— Proszę, usiądź, młody człowieku.
Wskazała krzesło stojące naprzeciwko biurka. Odniósł wrażenie, że stare, podniszczone, rzeźbione krzesło z ciemnobrązowego drewna jakąś niewidzialną siłą samo przesunęło się nieznacznie w jego stronę.
Nie. To niemożliwe. To chyba jeszcze pozostałość po wczorajszej imprezie — przebiegło mu przez myśl.
Usiadł, lustrując wzrokiem półki z okładkami obdrapanymi przez czas. W całym pomieszczeniu unosił się charakterystyczny zapach starzyzny, wilgoci i czegoś chemicznego, nierozpoznanego.
— Więc o co chodzi, młody człowieku? — zapytała, zdejmując okulary.
Odniósł wrażenie, iż słowa zostały wypowiedziane zbyt mechanicznie.
Dopiero teraz Treys mógł przyjrzeć się jej oczom. Wydały mu się nieprzyjazne — a przy tym dziwnie nieobecne.
— Czy pamięta pani klienta, który około miesiąc temu kupił książkę…?
— Wybaczy pan, ale wielu klientów kupuje tu książki — przerwała mu. — Wie pan chociaż, jaki miała tytuł?
— W zasadzie chodzi o stary manuskrypt w czarnej oprawie — poprawił się.
Wyraźnie ją to poruszyło. To tylko utwierdziło Treysa w jego wcześniejszych podejrzeniach.
— Niech pan się teraz trzyma na baczności. Czy nie wydarzyło się już coś — zawahała się — coś niewytłumaczalnego?
Treys dotknął palcami skroni i zmrużył oczy.
— Chwileczkę… może zacznijmy od początku. On twierdzi, że od chwili, gdy go przeczytał, coś nie daje mu spokoju. Mówił, że to tylko manuskrypt — dodał po chwili. — Ale odkąd go kupił, przestał spać…
— Już niedługo… — wyszeptała staruszka, spuszczając wzrok ku
podłodze.
— Słucham? Co pani powiedziała?
Podniosła na niego oczy i wolnym ruchem zdjęła okulary.
— Ten manuskrypt jest przeklęty — oznajmiła tonem, który zabrzmiał niepokojąco tajemniczo.
— Przeklęty? Jak mam to rozumieć?
— Wierzy pan w złe demony i inne parapsychologiczne zło?
— Prawdę mówiąc… to niezbyt — skłamał. — Mogłaby pani to jaśniej wytłumaczyć?
Kobieta pokiwała głową ze zrozumieniem.
— W takim razie trudno będzie panu w to uwierzyć. Autor tego starodruku to prawdopodobnie żyjący w XIX wieku szkocki mnich dominikański. Nazywał się Samuel Thatcher. W swoich czasach uchodził za nekromantę i bluźniercę. Uważano, iż ma konszachty z diabłem. Wiadomo, że wysłannicy, działający z polecenia Świętej Kongregacji Obrzędów, próbowali go powstrzymać, za wszelką cenę przejąć księgę i ją zniszczyć. Przed swą śmiercią Thatcher zdołał ją jednak ukryć — tak skutecznie, że aż do lat siedemdziesiątych naszego wieku nikt jej nie odnalazł.
Zamilkła na moment, po czym mówiła dalej:
— Dopiero podczas rozbiórki starego klasztoru, natrafiono na manuskrypt. Ostatecznie trafił tutaj. To wszystko.
— A jednak sprzedała mu go pani … — zauważył Treys.
— Sprzedałam. Proszę mi jednak wierzyć — próbowałam go od tego odwieść. Nie posłuchał. Gdybym powiedziała mu wprost to, o czym teraz panu mówię, zignorowałby mnie całkowicie. Tacy są młodzi.
— Jak to możliwe, że tak szybko na niego trafił?
— Szukał najstarszego wydania o zjawiskach parapsychologicznych. Zaprowadziłam go więc do regału z najstarszymi materiałami o tej tematyce.
Treys przytaknął.
— Rozumiem.
— Czuję, że musi wydarzyć się coś złego. Prędzej czy później…, ale na pewno się wydarzy — dodała cicho staruszka.
— To bardzo pocieszające — przerwał jej Treys z ironią.
— Nie będę już pani dłużej przeszkadzał. Dziękuję za rozmowę.
Wstał i skierował się ku wyjściu.
— Proszę pana… — odezwała się jeszcze.
Odwrócił się wolno w jej stronę.
— Całe zło tkwi teraz w tym człowieku. Wiem, że może to zabrzmieć banalnie, ale proszę mi uwierzyć.
Po tych słowach ponownie pochyliła się nad przerwaną lekturą. Treysowi wydało się, że na jej twarzy pojawił się lekki, niemal niedostrzegalny uśmiech — choć być może był to jedynie złudny efekt gry światła i cienia.
Zastanawiał się, skąd ona posiadła tak szczegółowe informacje.
W tej samej chwili poczuł nagły ucisk w skroniach, jakby ktoś ścisnął jego czaszkę od środka. Obraz przed oczami zafalował.
Regały, biurko, sama kobieta — jakby odsunęło się o krok w głąb pomieszczenia. Albo to on się cofnął. Trudno było powiedzieć. Zapach starzyzny zgęstniał, stał się lepki, mdlący. Chemiczna nuta, której wcześniej nie potrafił nazwać, teraz była wyraźniejsza. Metaliczna. Krwista.
— Pani Phineas… — odezwał się ponownie, choć nie był pewien, czy naprawdę to powiedział.
Staruszka nie podniosła wzroku. Jej palce przesuwały się po kartkach książki leżącej teraz na stole zbyt szybko, zbyt rytmicznie — jakby nie czytała, lecz odprawiała coś w myślach.
Wtedy zauważył, że litery na otwartej stronie nie są nieruchome.
Pełzły.
Nie w sensie dosłownym — raczej zmieniały kształt, rozpływały się, układały w inne znaki, obce i niemożliwe do odczytania. Im dłużej patrzył, tym bardziej miał wrażenie, że to one patrzą na niego.
Zrobiło mu się duszno.
— To tylko przemęczenie — wyszeptał do siebie. — Sen na jawie.
Krzesło, na którym wcześniej siedział, cicho zaskrzypiało.
Choć nikt go nie dotknął.
Zdał sobie sprawę, że w pomieszczeniu panuje absolutna cisza. Nie było słychać kroków, rozmów, nawet własnego oddechu. Jakby antykwariat został wyjęty z reszty świata i zawieszony w pustce.
— On już słucha i czuje — powiedziała nagle kobieta.
Treys drgnął.
— Kogo ma pani na myśli?
Podniosła głowę. Jej oczy nie były już tylko nieobecne. Były puste. Jakby ktoś wygasił w nich resztki człowieczeństwa, pozostawiając jedynie funkcję patrzenia.
— Tego, który został zapisany pomiędzy wersami — odparła. — Nie w tekście. W intencji.
Za jej plecami półki z książkami zaczęły się wydłużać. Regały pięły się w górę, znikając w ciemności sufitu. Treys poczuł nagłe zawroty głowy. Przestrzeń traciła sens — geometria pomieszczenia pękała jak źle zapamiętany sen.
— To niemożliwe… — wydusił.
— Właśnie dlatego działa — odparła spokojnie.
Zamknęła książkę.
Dźwięk był głuchy, ciężki, jak zatrzaśnięcie trumny.
W tej samej chwili Treys zobaczył coś, co nie miało prawa się wydarzyć: przez krótką chwilę na twarz staruszki nałożyła się inna — młodsza, wyniszczona, z ustami poruszającymi się bezgłośnym szeptem. A potem jeszcze inna i kolejna.
Jakby wiele istnień próbowało jednocześnie przebić się na powierzchnię, zakomunikować swoją obecność.
— Księga zawsze wraca — powiedziała cicho staruszka. — A ci, którzy ją czytają…, nigdy nie odchodzą sami.
Zrobiło mu się zimno. Przeraźliwie zimno.
Zrozumiał, że nie jest pewien, czy wciąż stoi, czy siedzi. Czas w pomieszczeniu rozmył się, rozciągnął. Przestrzeń falowała. Każda sekunda zdawała się powtarzać, nakładać na poprzednią.
— To tylko wizja — powtórzył, coraz mniej przekonany. — To nie jest rzeczywiste.
Uśmiechnęła się.
Tym razem bez wątpliwości.
— Rzeczywistość to tylko pierwsza warstwa, młody człowieku.
Światło w pomieszczeniu przygasło, choć żadna lampa nie zgasła. Cienie zgęstniały, zaczęły odrywać się od krawędzi mebli, pełznąć po podłodze w kierunku jego stóp.
Treys poczuł, że coś — nie fizycznie, lecz głęboko, wewnątrz — zaczyna zapamiętywać jego obecność. Jego kształt. Jego myśli. Jego wnętrze.
A potem wszystko wróciło.
Zapach, regały, drzwi. Staruszka znów czytała, jakby nic się nie wydarzyło.
A gdzieś głęboko, na granicy świadomości, coś już wiedziało, kim jest.
Wychodząc z zaplecza antykwariatu, dostrzegł za ladą szczupłego mężczyznę w średnim wieku, który wyglądał na równie zaskoczonego jego obecnością.
— Kim pan jest?! Co pan tam robił, do cholery! — wykrzyczał nerwowo w stronę Treysa.
— To pan teraz tu obsługuje? Przepraszam, ale wpuściła mnie młoda kobieta… — odpowiedział Treys, zaskoczony nagłym zwrotem sytuacji.
— Jaka kobieta?! Co pan wygaduje! Wzywam policję!
Zdezorientowany Treys szybkim krokiem zawrócił na zaplecze. Od samego początku coś nie dawało mu spokoju. Musiał to sprawdzić. Mężczyzna zza lady ruszył za nim.
— Czego ty tu w ogóle szukasz?! Gliny już jadą!
Treys przeszedł szybkim krokiem między wysokimi półkami, dokładnie do miejsca, w którym jeszcze przed chwilą była staruszka. Przestrzeń była pusta. Jakby nigdy jej tu nie było.
Zamiast niej poczuł coś innego.
Powietrze było lżejsze. Wyraźnie cieplejsze. Mniej lepkie.
Nie było staruszki.
Nie było stołu.
Nie było krzesła.
Nie było niczego co zapamiętał przy rozmowie.
Odniósł dziwne wrażenie, jak gdyby wszedł do całkowicie innego wnętrza w innym wymiarze czasoprzestrzeni, a to co wydarzyło się w nim wcześniej było tylko snem na jawie.
Nie zastanawiał się ani chwili dłużej. Wypadł z antykwariatu, niemal trzaskając drzwiami. Po chwili już siedział w samochodzie. Silnik zawył, opony zapiszczały. Ruszył w stronę domu z niezdrową gwałtownością.
Na podjeździe dostrzegł samochód Cassy.
Serce na moment przyspieszyło — z ulgi czy niepokoju, nie potrafił powiedzieć.
Wszedł do środka.
Uderzyła go cisza.
Nie zwykła cisza domu, lecz coś głębszego — jakby dźwięki zostały stąd wyssane. Nawet jego własne kroki brzmiały obco.
— Cassy… — zawołał.
Odpowiedziała mu pustka.
Palce same odnalazły chłodną stal rewolweru. Wolno wsunął się przez uchylone drzwi pokoju gościnnego.
Co mogło się teraz do diabła stać?
— Sto lat!
Odruchowo cofnął się o krok. Przez ułamek sekundy umysł odmówił współpracy.
Cassy stała przed nim. Uśmiechnięta. Rozpromieniona. Zadowolona z efektu.
— Jeszcze raz wszystkiego najlepszego, John.
Podeszła i pocałowała go w usta. Poczuł się… nie tyle zaskoczony, co dziwnie odsunięty od tej chwili. Jakby oglądał ją przez cienką warstwę szkła.
— Podoba ci się mój prezent?
— Oczywiście… tak… — odpowiedział odruchowo. — Ale nie musiałaś kupować tak drogiej rzeczy…
— To tylko mój poprzedni samochód. Stał w garażu. — Wskazała zastawiony stół. — A teraz zdejmij kurtkę.
Wyciągnęła rękę i chwyciła ortalion.
— Nie!
Krzyk wyrwał mu się zbyt gwałtownie. Cofnął się.
Cassy znieruchomiała. Zaskoczona. Zmieszana.
— Przepraszam — powiedział szybko. — Ostatnio… nerwy. Wybacz.
Przyciągnął ją do siebie i objął. Jej ciało było ciepłe. Zbyt realne, by je odrzucić.
— Pójdę na górę. Muszę się odświeżyć. Poczekaj na mnie.
— Dobrze — odparła cicho.
Wpadł na piętro. Otworzył drzwi sypialni, odpinając po drodze sprzączkę skórzanych szelek z kaburą. Rewolwer wylądował w szufladzie, przykryty byle czym. Jakby wystarczyło go nie widzieć.
Kilka minut później siedzieli już przy stole.
Jedli w milczeniu.
Cassy obserwowała go ukradkiem. Jadł powoli, mechanicznie, jakby smak nie miał znaczenia. W jego twarzy było coś nieobecnego. Coś, co ją niepokoiło.
Poczuła w sobie dziwne ukłucie — irracjonalne, niemal wstydliwe.
— Wszystko w porządku? — zapytała, kładąc dłoń na jego ręce. — Dobrze się czujesz?
Przestał jeść.
Powoli odwrócił głowę w jej stronę. Spojrzał na nią tak poważnie, tak przenikliwie, że poczuła nagły chłód.
— Tak. Jasne.
Nie potrafiła utrzymać jego wzroku. Opuściła oczy.
A cisza znów zaczęła gęstnieć.
Wysiadł z taksówki, nie zauważając, że jest śledzony przez dwóch mężczyzn siedzących nieopodal w samochodzie, który właśnie zajechał za jego pojazdem. Wszedł do przestronnego hotelowego holu i skierował się w stronę długiego, marmurowego blatu recepcji. Za nim stał młody recepcjonista, ubrany w czarny garnitur i żółtą koszulę. Zbliżywszy się, postawił na ziemi brązową, skórzaną walizkę.
— Witam. Nazywam się John Harris. Mam u państwa zarezerwowany pokój.
Recepcjonista zerknął do zeszytu, zapisał coś pospiesznie, po czym podszedł do ściany z wiszącymi kluczami. Zdjął jeden z haczyka i podał go Harrisowi.
— Proszę. Pokój numer sześćdziesiąt osiem. Czy życzy pan sobie posiłki do pokoju?
— Nie, dziękuję. Zejdę do restauracji.
— Rozumiem. Oczywiście. Życzę przyjemnego pobytu.
— Jeszcze jedno… czy w pokoju jest telefon?
— Tak, oczywiście. Jeśli życzy pan sobie książkę telefoniczną, mogę ją wydać.
— Poproszę — odparł, wyciągając rękę.
— Czy ma pan jakieś bagaże?
Harris spojrzał na walizkę.
— Nie. Tylko to.
Wsiadł do oszklonej windy i nacisnął przycisk czwartego piętra. Gdy kabina ruszyła w górę, zauważył dwóch mężczyzn wchodzących w tym momencie do hotelu. Z pewnością nie zwróciłby na nich uwagi, gdyby nie fakt, że jeden z nich co chwilę wpatrywał się w niego natarczywym wzrokiem.
Winda zatrzymała się.
Tymczasem mężczyźni podeszli do recepcji. Jeden z nich — postury zwalistego byka — odezwał się niskim, chropowatym barytonem:
— Jesteśmy przyjaciółmi pana Harrisa. Przyjechaliśmy razem z nim. Chciałbym wiedzieć, który otrzymał pokój.
Ton jego głosu nie pozostawiał złudzeń.
— Pokój sześćdziesiąt osiem… czwarte piętro — odpowiedział recepcjonista bez wahania.
— A to, co trzymał… co to była za książka?
— Telefoniczna.
Te słowa uderzyły w nich jak grom z jasnego nieba. Spojrzeli po sobie i bez słowa pobiegli w stronę windy, zostawiając za sobą kompletnie zdezorientowanego pracownika hotelu.
Harris otworzył drzwi pokoju i wszedł do środka. Rzucił walizkę na szerokie łóżko i rozejrzał się w poszukiwaniu telefonu. Znalazł go na półce pod oknem. Podniósł słuchawkę, upewniając się, że linia działa, po czym odłożył ją na miejsce. Następnie sięgnął po książkę telefoniczną i usiadł na łóżku, zaczął wertować zapisane drobnym drukiem strony.
Cincinnati.
Nazwiska ułożone w wąskich kolumnach. Jego palec przesuwał się powoli w dół strony.
Zatrzymał się.
Cassidy, Eleanor. Pochylił się bliżej, mrużąc oczy.
Cassy Cassidy.
Adres. Numer telefonu.
Sięgnął po słuchawkę. Wtedy usłyszał ciche szmery za drzwiami.
Uniósł wzrok.
Nagle zamknięte drzwi eksplodowały. Wyrwane z zawiasów wpadły z hukiem do środka i trzasnęły o podłogę. Zaskoczony, nie zdążył wykonać żadnego ruchu.
W progu stali ci sami mężczyźni, których widział wcześniej w holu. Jeden z nich, ubrany w jasny, długi płaszcz, sięgnął do kieszeni i wyjął pistolet z zamontowanym tłumikiem. Wycelował w Harrisa i pociągnął za spust.
Cichy trzask stłumionego wystrzału przeciął ciszę.
Harris jęknął cicho i z raną w piersi opadł na białą pościel, barwiąc ją jasną krwią. Leżał nieruchomo, targany krótkimi konwulsjami agonii. Napastnik podszedł bliżej i strzelił ponownie — tym razem w głowę.
Ciało znieruchomiało. Martwy wzrok utkwił w pustce.
Twarz zabójcy pozostała niezmienna — zimna, twarda, jak wykuta z kamienia.
Stał pod prysznicem zdecydowanie za długo. Woda spływała po nim nieprzerwanie, parząc skórę, aż stała się czerwona i zdrętwiała. Miał wrażenie, że jeśli przestanie, coś do niego wróci. Jakby brud nie był tylko na ciele.
Gorący strumień bębnił o jego barki, rozpryskiwał się na klatce piersiowej, spływał w dół wąskimi, drżącymi smugami. Zamknął oczy. Oddychał ciężko.
W końcu zakręcił kurek. Cisza po odcięciu wody była niemal bolesna.
Chwycił biały ręcznik, wytarł się dokładnie, jakby chciał zatrzeć każdy ślad dotyku. Wciągnął dżinsy, narzucił czarną koszulę. Przed lustrem przeczesał palcami mokre włosy, zaczesując je do tyłu. W zaparowanej tafli zobaczył twarz obcą, zbyt skupioną, zbyt napiętą.
Przez moment wydawało mu się, że odbicie spóźnia się o ułamek sekundy.
Zgasił światło.
W kuchni otworzył lodówkę. Zimno uderzyło go w twarz. Wyjął puszkę gazowanego napoju i kawałek pieczonego schabu na małym, brązowym talerzyku. Zamknął drzwi plecami, postawił wszystko na stole.
W tej samej chwili usłyszał opony hamujące na żwirze.
Podszedł do okna i uchylił firankę. Cassy wysiadała z samochodu, niosąc papierową torbę z zakupami. Wyglądała zwyczajnie. Normalnie.
Jakby świat był dokładnie taki, jak powinien.
Usiadł. Otworzył puszkę — syk zabrzmiał zbyt głośno. Zdążył wziąć łyk i sięgnąć po mięso, gdy weszła.
— Cześć — uśmiechnęła się, widząc kotlet w jego dłoni.
— Gdzie byłaś? — zapytał, odgryzając kęs.
— Kupiłam coś na śniadanie. Nie musisz tego jeść. Zaraz zrobię coś lepszego.
Rozpakowywała zakupy, układając je w lodówce z przesadną
dokładnością.
— Wiesz, co się dziś rano stało?
— Coś się stało? — oblizał palce z tłuszczu.
Wyjęła gazetę i podała mu ją bez słowa.
— Pierwsza strona.
Rozprostował papier.
— Deficyt ropy w okręgu…
— Niżej.
— Bestialski mord w hotelu w Cincinnati…
Czytał powoli.
Hotel w Cincinnati.
Nieznany mężczyzna zastrzelony w pokoju.
Twarz spalona, odciski palców zniszczone, dokumenty zniknęły.
Baza wykonała swoje zadanie dokładnie tak, jak planowano.
Prawdziwy John Harris przestał istnieć.
Treys powoli opuścił gazetę, ale jego myśli wciąż krążyły wokół jednego szczegółu.
Harris przyjechał tu tylko z jednego powodu.
Żeby znaleźć Cassy.
Treys poczuł chłód w karku.
Jeśli Harris zdążył sprawdzić jej nazwisko…
Jeśli zostawił jakiś ślad…
Jeśli w pokoju wciąż leży otwarta książka telefoniczna…
Policja w końcu zada sobie pytanie, kogo ten człowiek szukał.
A potem znajdzie adres. Powiązania. Ludzi, którzy znali Harrisa i ich wiedzę o odnalezionej przez niego siostrze.
Treys zacisnął palce na złożonej gazecie.
Baza usunęła człowieka, ale nie mogła kontrolować wszystkiego, co wydarzyło się przed jego śmiercią.
Jeśli w tym pokoju został choć jeden ślad pokazujący, kogo Harris szukał — trzeba go usunąć.
Tutejsza policja jeszcze nie wiedziała, kim był zmarły. Ale kiedy w końcu zacznie sprawdzać czego szukał, będzie już za późno.
Żeby wejść do środka bez zadawania pytań, potrzebował tylko jednej rzeczy. Autorytetu.
Wstał gwałtownie.
— Co jest, John? — Cassy spojrzała na niego zaskoczona.
— Nic. Zapomniałem o czymś. Muszę jechać.
Wsunął koszulę w spodnie, ruchem zbyt szybkim, zbyt nerwowym.
Jeśli pojawi się w tym hotelu jako agent federalny, drzwi otworzą się same. Miał już przygotowaną legendę agenta federalnego
A zanim ktokolwiek zacznie sprawdzać nazwiska i identyfikować ciało… jego już tam nie będzie.
— Teraz wychodzisz? Przecież chciałam zrobić śniadanie — stwierdziła z wyrzutem.
— Nie mam teraz czasu na tłumaczenie. Później.
Chciał wyjść, ale złapała go za rękę.
— Chwileczkę. Myślę, że powinieneś powiedzieć mi to teraz.
Jej spojrzenie było czujne. Zbyt uważne.
— Masz kłopoty?
— Nie…, nie o to chodzi.
— A więc o co?
Zawahał się.
— Jestem gliną.
Milczała chwilę.
— Dlaczego mi wcześniej nie powiedziałeś?
— Nie pytałaś.
— No tak…
Przytaknęła, jakby to było zupełnie logiczne.
— Czy łaskawa siostrzyczka zechce mnie przepuścić?
— O nie, mój bracie. Jadę z tobą.
— Co? Nie możesz…
— Obiecuję, że nie będę kulą u nogi. Poza tym i tak nie znasz drogi.
Westchnął.
— Dobra. Jedziemy.
Jej uśmiech był natychmiastowy.
W samochodzie Cassy obserwowała go przez szybę, gdy obchodził maskę. Usiadł obok niej. Jego oddech był równy, ale napięty.
Ruszyli.
Myślał o spreparowanej legitymacji. Nazwisko Harris.
Prawdziwy Harris musiał być gliną. Inaczej by nie ryzykowali.
— Bycie policjantem musi być fascynujące — odezwała się Cassy.
— Tak. Jeśli po drodze nie dostanie się kulki.
— Jaką masz rangę?
— Porucznik.
— Masz przy sobie broń?
— Tak.
— Użyłeś jej kiedyś?
Spojrzał na nią krótko.
— Jeśli musiałem.
Hotel wyrósł przed nimi nagle, zbyt duży, zbyt masywny.
— To tutaj?
— Tak.
Zostawił ją kilka kroków za sobą. Policjant przy wejściu nawet nie zdążył zapytać — legitymacja błysnęła mu przed oczami. Zasalutował.
— Ta pani jest ze mną.
Hol był pusty. Nienaturalnie pusty.
W windzie Cassy milczała. Na piętrze kłębił się tłum przy jednym z pokoi.
— Poczekaj tu — powiedział, wskazując krzesło.
Pokiwała głową, zawiedziona.
Przepchnął się do drzwi. Kolejny funkcjonariusz spojrzał na niego pytająco.
Treys wyciągnął legitymację.
I w tej chwili miał dziwne, irracjonalne wrażenie, że to miejsce już na niego czekało.
— John Harris, FBI — rzucił, trzymając legitymację w wyciągniętej dłoni.
Policjant odsunął się o pół kroku, jednocześnie blokując wejście ciałem, by nikt z tłumu nie przecisnął się za Treysem. Gdy przekroczył próg, czarna, gruba folia zawieszona w futrynie otuliła go na moment jak zimna zasłona. Zapach uderzył pierwszy.
Metaliczny. Duszący. Zbyt znajomy.
W pokoju panował półmrok. Na środku, na szerokim łóżku, leżało ciało przykryte białym prześcieradłem — nienaturalnie gładkim, jakby ktoś próbował nim coś ukryć, nie tylko zasłonić. Nad nim stali trzej mężczyźni: policjant, ktoś w ciemnym garniturze i lekarz sądowy w białym kitlu. Wszyscy spojrzeli na niego jednocześnie.
— John Harris, FBI — powiedział, unosząc legitymację.
Słowa zabrzmiały pewnie. Zbyt pewnie. Przez krótką, duszną chwilę bał się, że ktoś zapyta o numer służbowy. Nikt nie zapytał.
— Chciałbym zapoznać się ze sprawą — dodał.
— Proszę podejść — odezwał się lekarz. — Uprzedzam… to nie jest przyjemny widok.
Treys podszedł. Prześcieradło zostało odsunięte.
Zapach natychmiast się wzmógł.
Twarz ofiary… właściwie nie była już twarzą. To, co z niej zostało, sprawiało wrażenie czegoś, co zbyt długo było narażone na coś, czego nie da się zmierzyć temperaturą. Skóra była czarna, spękana, jakby stopiona żarem, a nie spalona.
Przełknął ślinę. Żołądek podszedł mu do gardła.
— Motyw? — zapytał, nie odrywając wzroku.
— Rabunek odpada — odparł policjant. — Przy denacie znaleźliśmy pieniądze. Wygląda to na egzekucję. Albo… próbę wymazania.
— Wymazania?
— Twarz praktycznie uniemożliwia identyfikację.
Lekarz uniósł dłoń ofiary.
— A to… — zawahał się. — Opuszki palców. Zniszczone. Kwas. Daktyloskopia niemożliwa.
— Dokumenty zniknęły — dodał mężczyzna w garniturze. — Monitoring hotelowy również. Jakby ktoś wiedział dokładnie, czego szuka.
Treys skinął głową. Wiedział.
— Jest jeszcze jeden trup — ciągnął policjant ciszej. — Pracownik hotelu. Znaleziony w windzie. Złamany kark.
— Świadek — mruknął Treys.
Nikt nie zaprzeczył.
Lekarz podał mu maseczkę. Gdy ją założył, zapach wciąż był wyczuwalny — jakby osiadł już w płucach.
— Dwa strzały — mówił lekarz, wskazując. — Jeden w głowę. Kaliber dziewięć milimetrów. Drugi… — odsłonił fragment prześcieradła. — Serce. Z bliska.
— Drzwi? — zapytał Treys.
— Wyrwane z zawiasów. Siła uderzenia z zewnątrz… — lekarz urwał. — Według wstępnych obliczeń: ponad trzy tony nacisku. Nie wiemy czym.
Treys już wiedział, aż za dobrze.
Zapadła cisza.
— Żadnych śladów — dodał policjant. — Jakby… po prostu przyszli i zniknęli.
Jakby nigdy tu nie byli.
— Chciałbym zobaczyć ciało hotelowego — powiedział Treys, choć coś w nim protestowało.
— Zabrane na sekcję — odparł policjant.
Skinął głową.
— A ci ludzie na korytarzu?
— Prasa. Sępy.
W tym momencie folia w drzwiach rozsunęła się bezszelestnie. Dwóch mężczyzn z noszami weszło do środka. Treys cofnął się pod ścianę. Patrzył, jak ciało znika pod kolejną warstwą bieli, jakby ktoś chciał je ostatecznie uciszyć.
— Dziękuję panom — powiedział cicho i wyszedł.
Na korytarzu natychmiast dopadł go tłum.
— Czy może pan coś powiedzieć? — krzyknął ktoś z mikrofonem.
— Brak komentarza — rzucił, idąc dalej.
Dopiero w samochodzie poczuł, że oddycha zbyt płytko.
— Może pojedziemy na obiad? — zaproponowała Cassy. — Znam dobre miejsce.
Nie odpowiedział.
Patrzył przed siebie, dłonie zaciśnięte na kierownicy, jakby bał się je puścić.
Po chwili mrugnął, jakby wrócił z bardzo daleka.
— Co mówiłaś?
— Pytałam o obiad — powtórzyła łagodnie. — Ale jeśli masz coś na głowie…
— Nie, oczywiście, pojedziemy. Na której jest ona ulicy?
Michael siedział za biurkiem, przeglądając piętrzące się na nim dokumenty. Wolnym ruchem dłoni zsunął z nosa okulary, których używał wyłącznie do czytania. Przetarł zmęczoną twarz. Spojrzał na zegarek. Była dokładnie dwudziesta trzecia.
Telefon stojący na biurku zadzwonił. Wcisnął czerwony przycisk.
— Panie Halley — odezwał się w głośniku kobiecy głos — przypominam, zgodnie z pana prośbą, że jest już dwudziesta trzecia.
— Tak, dziękuję, Sandy. Już wychodzę.
— W takim razie dobranoc. Do poniedziałku.
— Dobranoc.
Wyprostował się na krześle i splótł palce dłoni za głową. Po chwili wstał, zgarnął dokumenty z biurka i wsunął je do aktówki. Podszedł do wieszaka, zdjął długi, beżowy płaszcz i chwycił za klamkę drzwi.
W tej samej chwili telefon zadzwonił ponownie.
Dźwięk oznaczał połączenie wewnętrzne.
— Co jeszcze… — mruknął zirytowany.
Podszedł do biurka i podniósł słuchawkę.
— Tak, Sandy? Coś jeszcze? — zapytał, siadając ciężko na krawędzi blatu biurka.
W słuchawce panowała cisza, przerywana jedynie nieregularnymi trzaskami.
— Halo! — wrzasnął.
Po chwili usłyszał ciche szepty i szlochy — oddalające się i znów przybliżające. Z tej kakofonii dźwięków wyłowił powtarzające się, wypowiadane jakby chóralnie słowa:
„Est tempus”.
Nie zrozumiał ich znaczenia.
Zamarł w bezruchu. Powoli, bez słowa, odłożył słuchawkę na widełki. Przetarł twarz obiema rękami, mokrymi od potu.
— Ja chyba naprawdę zwariowałem. Teraz to już pewne — wyszeptał.
Już chciał wstać, gdy kątem oka dostrzegł ruch za oknem. Delikatny, prawie niezauważalny, lecz nie pozwalający się zignorować. Usłyszał szept — wiele głosów naraz.
Powoli odwrócił głowę.
Zza okna przyglądała mu się ciemna postać, przypominająca klasztornego mnicha. Czarna peleryna, kaptur głęboko naciągnięty na głowę. Unosiła się w powietrzu, kołysząc się lekko na boki.
Michael zamknął oczy i potrząsnął głową, jakby próbował odpędzić złudzenie.
Po kilku sekundach otworzył je ponownie.
Zjawa zniknęła.
Michael wpatrywał się jeszcze chwilę w szybę, jakby spodziewał się, że czarna sylwetka powróci w tej samej pozycji, w tym samym miejscu, z tym samym bezgłośnym kołysaniem.
Ale za oknem była już tylko noc.
Miasto pod nim pulsowało dalekimi światłami. Ruch uliczny wyglądał z tej wysokości jak powolny strumień czerwonych i białych punktów.
Nic więcej.
Michael wypuścił powietrze z płuc i odsunął się od biurka.
— Przywidzenia — mruknął do siebie — nic więcej.
Wstał i podszedł do barku przy ścianie. Drżącą ręką nalał sobie whisky. Szklanka zadzwoniła cicho o butelkę.
Gdy uniósł ją do ust, usłyszał coś jeszcze.
Delikatne kliknięcie. Nie z zewnątrz.
Z korytarza.
Michael odwrócił się powoli.
Drzwi do jego gabinetu były zamknięte, ale klamka poruszyła się lekko w dół. Jakby ktoś bardzo ostrożnie nacisnął ją od drugiej strony.
Drzwi uchyliły się nieznacznie.
Do środka wsunęła się wąska smuga światła z pustego korytarza.
— Sandy? — zawołał, zanim zdążył się zastanowić.
Drzwi otworzyły się szerzej.
Do gabinetu weszła jego sekretarka.
Sandy.
Stała w progu dokładnie tak, jak zawsze, gdy przynosiła dokumenty do podpisu. Prosta sylwetka, jasna bluzka, włosy spięte z tyłu.
Poczuł nagłą ulgę.
— Na Boga, Sandy, prawie dostałem zawału — powiedział nerwowo. — Myślałem, że już skończyłaś.
Sandy nie odpowiedziała.
Stała nieruchomo z opuszczoną głową.
Michael zmarszczył brwi.
— Słyszysz mnie?
Zrobiła krok do przodu.
Jej ruch był… dziwny.
Zbyt płynny. Jakby nie poruszała nogami, tylko przesuwała się nad podłogą.
Michael odstawił szklankę.
— Sandy?
Kobieta podniosła głowę.
I wtedy Michael zrozumiał, że coś jest bardzo nie tak.
To była jej twarz.
Ale nie do końca.
Skóra była nienaturalnie blada, prawie przezroczysta. Oczy — szeroko otwarte z siną poświatą — miały w sobie pustkę, której nigdy wcześniej u niej nie widział.
Jakby patrzyły nie na niego, lecz przez niego.
— Czy… wszystko w porządku? — zapytał cicho.
Sandy zrobiła jeszcze jeden krok.
W gabinecie zrobiło się nagle chłodno.
Michael poczuł, jak skóra na karku pokrywa się gęsią skórką.
Kiedy odezwała się w końcu, jej głos brzmiał jak kilka głosów naraz, nałożonych na siebie w niewielkim opóźnieniu.
— Est tempus.
Michael poczuł, jak żołądek ściska mu się w lodowaty węzeł.
— Co powiedziałaś?
Sandy przechyliła lekko głowę.
W tym ruchu było coś nieludzkiego, jakby szyja na moment straciła naturalny punkt oporu.
Za jej plecami drzwi do gabinetu zamknęły się powoli z cichym kliknięciem.
Michael odruchowo spojrzał w tamtą stronę.
Kiedy ponownie podniósł wzrok, Sandy stała już znacznie bliżej biurka.
Zbyt blisko.
Dostrzegł oczy bez źrenic.
Nie widział momentu, w którym przeszła tę odległość.
— Sandy… — wyszeptał.
Kobieta uniosła rękę.
Palce były sztywne, jakby ktoś ustawił je w określonym układzie.
Wskazała telefon na jego biurku.
Ten sam telefon, z którego chwilę wcześniej dobiegały szepty.
Michael spojrzał na aparat. Słuchawka była nieruchoma.
Ale z jej wnętrza zaczęło dobiegać coś nowego.
Najpierw cichy trzask. Potem szmer.
A potem głos.
Nie jeden. Dziesiątki. Setki. Wszystkie powtarzały to samo:
— Est tempus…
— Est tempus…
— Est tempus…
Michael podniósł wzrok. Sandy już nie było.
Zniknęła tak nagle, jakby nigdy nie stała w tym pokoju.
Tylko drzwi do gabinetu poruszały się lekko, jakby ktoś właśnie przez nie przeszedł. W biurze zrobiło się wyraźnie cieplej.
Szybkim krokiem podszedł do stojącego wieszaka, zarzucił płaszcz na ramię i wyszedł, gasząc za sobą światło. Korytarz był słabo oświetlony. Panowała w nim niemal błoga cisza, zakłócana jedynie cichymi odgłosami jego kroków na granatowej wykładzinie oraz burczeniem niesprawnej świetlówki.
Przyspieszył, bojąc się ponownego spotkania już z czymkolwiek.
Po chwili uzmysłowił sobie, że drzwi windy, widoczne na końcu korytarza, wcale się nie przybliżają.
To niemożliwe — przemknęło mu przez skołatany umysł.
Znał ten korytarz na pamięć. Przez tyle lat wiedział, że po prawej stronie było dokładnie dwanaście drzwi. Teraz naliczył ich już dwadzieścia osiem — i nadal nie było końca.
— Co się dzieje do cholery? — mruknął.
Światło zgasło.
Poczuł za sobą znajomą, upiorną obecność. Usłyszał ciężkie kroki tuż za plecami. Świszczący oddech przy prawym uchu. Narastający swąd spalenizny.
Wyglądało to tak, jakby coś mu się przyglądało.
Podświadomie wyczuł w tej istocie dziwną, niewyrażoną nienawiść, skierowaną wyłącznie ku niemu.
Stał sparaliżowany strachem.
Zamknął oczy. Tętent.
Jak uderzenia podkutych końskich kopyt o bruk.
Otworzył je powoli.
Tuż przed nim pojawiły się łby dwóch czarnych koni. Zarżały i parsknęły, raptownie skręcając w bok. W ostatniej chwili uskoczył. Koła dorożki przejechały tuż przy jego stopach, ochlapując go ciemnym błotem.
— Co jest… — wyksztusił.
Otoczenie było obce. Wybrukowana kamieniami droga, stare, niskie domy z czerwonej cegły. W zakurzonym, pobliskim oknie zobaczył swoje odbicie — sumiaste wąsy, broda. Z trudem rozpoznał własną twarz. Spojrzał na ubranie: zgrzebne spodnie, czarny surdut, szara kamizelka, biała koszula. Odniósł wrażenie, iż znalazł się teraz w całkowicie innej, obcej czasoprzestrzeni. Z kieszeni zamiast papierosów wyjął niewielki krucyfiks.
Zrób co konieczne. Zakończ to… — usłyszał w głowie cichy przewodni głos, przebijający się przez jego myśli.
Potężny huk grzmotu i biały błysk przeszyły okolice, oświetlając otoczenie. Zdał sobie sprawę, iż stoi teraz nocą w niewielkim ogrodzie przyległym do starego wiktoriańskiego domu z czerwonej cegły o ścianach pokrytych pnącym, gęstym bluszczem. Deszcz rozpadał się na dobre. Wyciągnął z kieszeni na piersi surduta pistolet i z głośnym klikiem odciągnął kurek. Krucyfiks wisiał mu już na szyi przewiązany ciemnym rzemieniem. Dostrzegł przez szyby dużego frontowego okna pulsujący blask wielu świec. Zbliżył się ostrożnie w tym kierunku, usiłując dostrzec cokolwiek przez kurtynę zacinającego deszczu. Na środku pomieszczenia stał duży stół z rozstawionymi kilkoma zapalonymi gromnicami, wokół którego siedziało kilkanaście zakapturzonych, czarnych postaci.
Nagle usłyszał za sobą cichy, lecz wyraźny chichot — jak śmiech dziecka. Odwrócił się natychmiast, instynktownie unosząc pistolet. Wokół była tylko wszechobecna ciemność.
Deszcz ustał nagle, jakby ktoś jednym gestem zgasił niebo.
Przewieszony przez ramię płócienny worek ostrożnie położył na mokrej ziemi. Wyjął z niego niewielką lampę naftową osadzoną na drewnianej rączce, nie przestając lustrować wzrokiem okolicy. Chichot rozległ się ponownie — tym razem już wyraźnie bliżej.
Zapalił knot i podkręcił go maksymalnie. Żółtawe światło rozlało się wokół, ledwie oświetlając pobliskie gęste zarośla.
— Kto tu… wyjdź — wyszeptał, bardziej przez suche ze strachu usta niż głosem.
— Zabawa? — odezwał się cienki, dziecięcy głosik.
Odruchowo uchwycił dłonią wiszący na piersiach krucyfiks.
— Kim jesteś? Możesz się pokazać? — zapytał ostrożnie, mrużąc oczy i wpatrując się w ciemność. Zacisnął dłoń na rękojeści pistoletu, trzymanego wzdłuż uda.
Z zarośli dobiegł odgłos biegnącej postaci.
— Złap mnie — zaśmiała się dziewczynka.
— Dziewczynko… proszę, wyjdź do mnie. Mam dla ciebie prezent — powiedział, wsuwając wolno lewą rękę do kieszeni spodni.
Wyjął z nich niewielkie blaszane pudełko, a z niego cukrową śliwkę. Wyciągnął ją przed siebie na otwartej dłoni.
Z zarośli wyłoniła się mała, biała postać. Jasna plisowana sukienka z falbankami, długie, jasne, lekko zmierzwione włosy. Serce zabiło mu szybciej. Krucyfiks na szyi zdał mu się teraz ciążyć.
Podniósł lampę nad głowę, próbując lepiej oświetlić to dziecko.
Dziewczynka stała nieruchomo, wpatrując się w niego.
— Śliwka w cukrze… zobacz — powiedział i przykucnął na jedno kolano, przybierając sztuczny, wymuszony uśmiech.
Ruszyła ku niemu powoli, krok za krokiem. Gdy zbliżyła się do światła lampy, dostrzegł nienaturalną bladość jej twarzy — i deformację na wysokości szczęki. Dopiero po chwili zrozumiał.
To nie była deformacja.
To był brak skóry.
Przez ziejącą ranę widać było odsłoniętą szczękę.
To… to trup. Ona nie może być żywa — zakołatało mu w głowie, gdy uderzył w niego ostry, słodkawo-gnilny odór rozkładu.
Cofnął się odruchowo o krok.
Dziewczynka wolnym ruchem wyciągnęła rękę — i nagle stanęła. Spojrzała na niego swymi wielkimi oczami, teraz wyraźnie pozbawionymi źrenic.
Nagle cofnęła się gwałtownie, jakby zobaczyła coś za jego plecami. Coś, co ją przeraziło… bądź wymownie skarciło.
Odwróciła się i cicho kwiląc, zniknęła w zaroślach.
W tej samej chwili poczuł za sobą wyraźną obecność. Ciężką. Mroczną. Próbował się odwrócić, unieść pistolet — lecz ciało odmówiło posłuszeństwa. Ręka była jak z kamienia.
Nagle od strony wjazdowej bramy rozległ się głośny huk.
Uścisk puścił. Władza nad ciałem wróciła natychmiast.
Podniósł pistolet i obrócił się gwałtownie. Nikogo nie było.
Po chwili zza zarośli dostrzegł blask wielu pochodni. Kilkunastu ludzi w długich, ciemnych płaszczach biegło w stronę budynku.
W świetle jasnego tej nocy księżyca błysnęły noże i pistolety.
Jeden z nich zboczył i podbiegł do niego.
— Wszystko w porządku? — zapytał, unosząc pochodnię i oświetlając mu twarz.
Wyglądało, jakby ten człowiek dobrze go znał. Jakby wszystko to było wcześniej zaplanowane.
— Tak. Róbcie, co trzeba — odparł, mrużąc oczy w świetle ognia i wsuwając pistolet za pasek.
Tamten klepnął go w ramię i krzyknął za biegnącymi:
— Nikt nie może przetrwać. Wszystko spalić!
Z głośnym łoskotem wtoczyła się za nimi drewniana furmanka, chwiejąc się na wybojach. Na niej — obłożone słomą mniejsze i większe szklane butle z ciemnym płynem. Stary, siwy koń zarżał i zatrzymał się pod ścianą budynku. Zarył kopytem w ziemię i prychnął.
Po chwili rozległy się wystrzały i opętańcze ludzkie krzyki.
Przetarł rękawem spocone czoło. Spojrzał bezwiednie na jasną tej nocy tarczę księżyca i ciężko westchnął. Stał tak przez moment w milczeniu, zbierając myśli.
Wreszcie wysunął pistolet zza paska, odciągnął kurek i ruszył w stronę zarośli, gdzie ostatni raz widział to dziecko. Oświetlał drogę lampą. Dostrzegł wydeptaną ścieżkę i wszedł w gęstwinę starych drzew.
Przeszedł kilka metrów.
Za plecami trzask — łamana gałązka. I znów cichy, ledwie słyszalny dziecięcy śmiech.
Zatrzymał się. Palec ostrożnie spoczął na spuście.
W oddali pomruk burzy oddalał się, liście zaszumiały pod nagłym, zimnym podmuchem wiatru.
Cichy, zbliżający się tupot trzewików na ściółce sprawił, że napiął wszystkie mięśnie do granic możliwości.
Przełknął ślinę.
I wtedy zapadła ciemność.
A wszystkie dźwięki odpłynęły i ucichły. Ciemność nie była naturalna i absolutna.
Płomień lampy naftowej wciąż się palił — widział drżący knot, czuł ciepło szkła — lecz światło nie rozpraszało mroku. Zatrzymywało się tuż przy kloszu, jakby niewidzialna ściana odcinała je od reszty przestrzeni.
Las zniknął.
Nie zapadł się w noc — został wymazany.
Powietrze zgęstniało, stało się ciężkie i metaliczne.
Każdy oddech przypominał wciąganie chłodnego pyłu, który osiadał na języku i w gardle. Usłyszał własne serce — ale i ono brzmiało obco, jakby dudniło zbyt wolno, zbyt głęboko.
— Na Boga… — wyszeptał.
Płomień lampy zadrżał. Nie od podmuchu wiatru.
Od czegoś, co przeszło właśnie przez przestrzeń.
Z ciemności dobiegł dźwięk, który nie miał prawa istnieć w tym świecie: cichy, rytmiczny trzask, jak praca zębatek, jak odmierzany mechanicznie czas. Brzmiał, jakby gdzieś w głębi lasu uruchomiono niewidzialną maszynę.
I wtedy je zobaczył. Nie całe. Fragmentami.
Najpierw bladą dłoń, która wyłoniła się z mroku i zaraz znów zniknęła, jak obraz widziany przez pęknięte lustro. Potem twarz — dziecięcą, drobną — lecz nienaturalnie nieruchomą. Oczy były otwarte, ale nie odbijały światła. W ich czerni coś pulsowało, jakby głęboko pod martwą tkanką pracowało obce, zimne źródło.
Dziecko poruszało się skokami.
Nie krok po kroku — jakby przestrzeń między nim, a nim samym była przerywana.
— Nie… — wyszeptał, cofając się o pół kroku.
Z ust dziecka wydobył się dźwięk przypominający śmiech, lecz pozbawiony emocji. Był płaski, syntetyczny, jak echo przechodzące przez metalową rurę.
— Już… widzisz… — powiedziało.
Głos nie należał do dziecka.
Był starszy. Wielogłosowy. Jakby kilka istot próbowało mówić jednym gardłem, nie znając jeszcze jego anatomii.
Lampa nagle zaczęła pulsować światłem. Płomień wydłużał się i kurczył w nienaturalnym rytmie, rzucając na ziemię cienie, które nie odpowiadały żadnym kształtom. Jeden z nich poruszył się niezależnie.
Zrozumiał wtedy z przerażeniem, że to nie dziecko przyszło z lasu.
To las został przepisany wokół dziecka.
Z jego piersi wyrwał się zduszony oddech, gdy zobaczył, co kryje się pod poszarpaną koszulą nieumarłego: skóra była rozchylona, jakby coś od środka próbowało się wydostać. Pod nią nie było mięśni ani kości — tylko delikatnie jarzące się linie, układające się w wzory przypominające tajemnicze schematy, obce symbole, których nie znała żadna nauka jego epoki.
— To… to nie jest możliwe… — wyjąkał.
Dziecko przekrzywiło głowę pod nieludzkim kątem.
— Możliwe. Już było… i będzie.
Zrobiło krok w jego stronę.
Ziemia pod jego stopami zadrżała, jakby pod powierzchnią poruszyło się coś ogromnego i ślepego. W tej samej chwili poczuł, że ktoś zagląda mu do wnętrza — nie do umysłu, lecz głębiej, tam, gdzie kryje się strach przed bezsensem istnienia.
Lampa naftowa zgasła.
Nie zdmuchnięta. Nie przewrócona.
Zgaszona, jakby ktoś zakręcił świat.
A w absolutnej czerni rozległ się cichy, dziecięcy szept:
— Teraz… twoja kolej.
Ciemność nie zakończyła się wraz z ciszą.
Przeciwnie — zagęściła się.
Nie była już brakiem światła, lecz substancją. Otulała go ze wszystkich stron, wpełzała do nozdrzy, do uszu, pod powieki. Miał wrażenie, że gdyby otworzył usta, wlałaby się do środka jak chłodna, lepka ciecz.
Pistolet wypadł mu z dłoni. Usłyszał głuchy stuk — jeden, samotny dźwięk — po czym nawet echo zostało odcięte. Jakby przestrzeń odmówiła dalszej współpracy.
— To… sen… — próbował powiedzieć, ale słowo rozpadło się w gardle. Głos nie chciał wyjść. Albo wyszedł i nie wrócił.
Coś poruszyło się tuż przed nim.
Nie widział tego.
Wiedział.
Obecność była tak bliska, że poczuł nacisk — nie fizyczny, lecz konceptualny. Jakby ktoś stanął zbyt blisko jego istnienia. Serce zaczęło bić chaotycznie, gubiąc rytm, jak zegar z uszkodzonym mechanizmem.
Znów usłyszał ten dźwięk.
Trzask.
Klik.
Cofnięcie.
Nie dochodził z jednego miejsca. Pojawiał się wszędzie naraz, jak wspólna pamięć metalu. Zrozumiał z narastającą grozą, że to nie był odgłos maszyny.
To był dźwięk korekty.
— Spóźniony… — odezwał się głos — ale nadal użyteczny.
Poczuł, jak coś dotyka jego piersi. Nie ręka. Nie pazur. Punkt. Miejsce, które zostało wybrane. Chłód rozszedł się promieniście, odbierając mu oddech.
Przed oczami zaczęły pojawiać się obrazy.
Nie wizje. Zapisy.
Las — ten sam, ale inny. Drzewa w innych miejscach. Ścieżki, których nie było. Dziecko, które stało dokładnie tak samo…, lecz innym razem. Z innym światłem. Z innym wynikiem.
Zobaczył siebie.
Widział, jak idzie tą samą drogą. Jak podnosi broń. Jak się waha.
Jak strzela.
I jak to niczego nie zmienia.
— Już próbowałeś — powiedział głos, teraz bliżej, niemal łagodnie. — W każdej wersji.
Coś zacisnęło się na jego nadgarstku. Palce dziecka. Zbyt zimne. Zbyt mocne. Czuł, że kości nie pracują tak, jak powinny — jakby ruch był tylko sugestią, a nie mechaniką ciała.
— Puść mnie… — wyszeptał.
Śmiech był krótki. Jednosylabowy. Bez radości.
— Nie ty decydujesz, kto odchodzi.
Ciemność rozjaśniła się nagle — nie światłem, lecz strukturą. Zobaczył linie. Te same, które wcześniej pulsowały pod skórą dziecka. Teraz były wszędzie. Przechodziły przez niego, przez ziemię, przez powietrze. Tworzyły siatkę, w której tkwił jak owad.
Zrozumiał. Las nie był miejscem.
Był węzłem.
Poczuł ból — pierwszy prawdziwy, cielesny sygnał — gdy coś zaczęło się w nim przestawiać. Wspomnienia przesuwały się, traciły ostrość, zmieniały kolejność. Twarze bliskich ludzi bladły, jak źle wywołane fotografie. Imiona odpadały pierwsze.
— To potrwa tylko chwilę — zapewnił głos. — Dla ciebie.
Dziecko było tuż przy nim. Czuł jego oddech — jeśli to w ogóle był oddech — chłodny, równy, zsynchronizowany z tym nieludzkim tykaniem.
— A potem? — zapytał, nie wiedząc, dlaczego wciąż zadaje pytania.
Zapadła pauza. Nie znacząca.
Obliczeniowa.
— Potem… — odpowiedziało coś. — Ktoś inny usłyszy śmiech w lesie.
Ostatnią rzeczą, jaką zobaczył, zanim linie zamknęły się całkowicie, była twarz dziecka.
Nie potworna. Nie zdeformowana.
Idealnie pusta. Jak miejsce, które czeka.
A gdzieś bardzo daleko — lub bardzo blisko — coś odnotowało zdarzenie.
I zegar, którego nigdy nie widział, cofnął wskazówki o jeden, uprzejmy tik.
Światło zamigotało i zapaliło się. Zauważył, iż stoi tuż przy samych drzwiach windy. Odwrócił się. Nikogo i niczego niezwykłego tam nie było, a jakże znajomy biurowy korytarz wyglądał całkowicie normalnie, jak zwykle.
Chryste, co to było? — pomyślał przerażony.
Pospiesznie wcisnął biały przycisk przywołania windy. Metalowe drzwi po chwili rozsunęły się z cichym sykiem. Wszedł do środka i wcisnął przycisk parteru. Winda lekko zadrgała i ruszyła w dół. Nagle szarpnęło nią i zatrzymała się w pół piętra, a światło zamigotało i zgasło ponownie. Usłyszał napływające do jego uszu z wszystkich stron szepty i ciche ludzkie łkanie. Przykucnął i zakrył rękoma uszy. Zrobiło się momentalnie bardzo zimno, poczuł jakby znalazł się w jakiejś głębokiej kamiennej studni. Zaczerpnął łapczywie zimne powietrze do płuc. Po chwili światło załączyło się. Był nadal w windzie. Poruszony zauważył ze zgrozą na oszronionym z zimna lustrze windy, wypisane jakby jakimś niewidzialnym palcem napis: „Impletur”.
Słowo te za chwilę wyblakło i całkowicie zniknęło. Temperatura powróciła do normalności. Winda ruszyła, zjeżdżając na parter.
Wychodząc z budynku, próbując zachować spokój, wyjął drżącą ręką z kieszeni kluczyki od wozu i szukając odpowiedniego zbliżył się do białego Volvo. Przekręcił kluczyk w zamku drzwi auta, rozglądając się przy tym bacznie wokół siebie. Otworzył drzwi i wsunął się do środka, rzucając aktówkę i płaszcz na boczne siedzenie.
— Jak oni parkują… — mruknął pod nosem i ostrożnie wycofał zza samochodu stojącego zbyt blisko jego zderzaka.
Podczas jazdy poczuł, jak powieki stają się coraz cięższe. Włączył magnetofon i korbką w drzwiach uchylił szybę. Chłodny strumień powietrza uderzył go w twarz, na moment przywracając czujność.
Po pół godzinie był na miejscu. Zatrzymał się przed budynkiem i zgasił silnik.
Wyjął z kieszeni marynarki paczkę papierosów. Niedbale wsunął jednego do ust i zapalił.
W mieszkaniu zapalił światło, a płaszcz odwiesił w przedpokoju na wieszaku. Od dłuższego czasu nie znosił tu wracać. Nie czuł się bezpiecznie. Miał nieodparte wrażenie, że jest tu z nim coś jeszcze — coś niewidzialnego, nieuchwytnego, czego nie potrafił nazwać ani zrozumieć. Wiedział tylko, że to coś było obecne.
Niejednokrotnie, leżąc w łóżku przy zgaszonym świetle, słyszał ciche, ledwie uchwytne dźwięki: jakby ludzkie łkanie, szepty, ciężki oddech, skrobanie — tuż nad nim. Za każdym razem, sparaliżowany strachem, zapalał światło. I zawsze pokój był pusty.
Te nocne koszmary na jawie powoli go wyniszczały. Każdy szmer działał mu na nerwy, gotów był wybuchnąć z byle powodu. Bał się. Tak — bał się, choć nie chciał się do tego przyznać, nawet przed samym sobą. Zawsze uchodził za twardego.
A teraz jeszcze to, co wydarzyło się dzisiaj. Wyglądało na to, że prześladuje go już nie tylko w domu. Wszystko się pogłębiło. Do tej pory trzymał się myśli, że wszystko da się racjonalnie wytłumaczyć. Teraz… teraz już sam nie wiedział, co o tym myśleć.
Jutro muszę umówić się do psychiatry — pomyślał, próbując się uspokoić.
Wszedł do pokoju gościnnego i zapalił światło. Uderzył go duszny, ciężki zapach. Otworzył okno i wyrzucił niedopałek na ulicę. Z barku wyjął napoczętą butelkę whisky, odkręcił zakrętkę i nalał do połowy stojącej obok szklanki. Objął ją mocno obiema dłońmi i wypił powoli do dna. Resztę dopił prosto z butelki.
Dzisiaj chciał się upić.
Tylko wtedy napięcie w ciele na chwilę puszczało. Alkohol rozlał się po wnętrznościach ciężkim, lepkim ciepłem. Świat stracił ostrość, jakby ktoś delikatnie przekręcił gałkę obrazu.
Najpierw pomyślał, że to szum krwi w uszach.
Potem zrozumiał, że się myli.
Z głębi ciszy zaczęły wyłaniać się głosy.
Ciche, splątane, nierówne. Męskie i kobiece — zbyt blisko, jakby mówiły wewnątrz jego głowy. Nie tworzyły słów, tylko intencję. Ciężką, natarczywą obecność.
Ścisnął skronie palcami, jakby mógł powstrzymać to napieranie od środka. Zamknął oczy. Przez moment było gorzej — jazgot przybrał na sile, a potem zaczął się oddalać, rozpływać, jak cofająca się fala.
Zostawił po sobie pustkę.
To tylko alkohol — powtarzał w myślach, próbując się uspokoić. — Tylko znużenie.
Ledwo utrzymując równowagę, dotarł do kanapy i opadł na nią ciężko. Ból głowy pulsował głęboko, rytmicznie, jak obcy zegar tykający w jego czaszce. Z kieszeni wyjął tabletkę aspiryny i połknął ją bez popicia.
Zamknął oczy.
Chciał zniknąć. Choćby na kilka godzin.
Nie wiedział, jak długo leżał, gdy poczuł, że coś się zmieniło. Nie dźwięk. Nie dotyk.
Brak. Jakby w pokoju ubyło powietrza.
Otworzył oczy.
Ściana naprzeciwko wyglądała inaczej. Zbyt blada. Zbyt głęboka. Cień w rogu nie pasował do źródła światła.
I wtedy ją zobaczył.
Cassy nie „stała”. Raczej była. Oderwana od podłogi, ledwie obecna, jak myśl, która nie powinna się pojawić. Biała nocna koszula falowała leniwie, choć powietrze pozostawało nieruchome.
Jej twarz przypominała maskę. Znajomą — i całkowicie obcą.
Zimno przyszło nagle, ostro. Nie jak chłód, lecz jak brak ciepła, jakby ktoś wyciągnął je z pomieszczenia.
— Cassy… — wydusił z siebie. Własny głos zabrzmiał obco, spłaszczony.
— Co ty?…
Odpowiedział mu śmiech.
Nie był głośny. Nie był nawet wyraźny. Raczej echo czegoś, co nigdy nie było śmiechem, tylko jego bladą imitacją.
Spojrzała na niego.
Dopiero wtedy zrozumiał, że w jej oczach czegoś brakuje. Nie było w nich spojrzenia. Nie było głębi. Tylko mleczna jasność, nieruchoma i czujna.
Uniosła dłoń.
Palec poruszył się powoli, kreśląc w powietrzu znak — albo zaproszenie. Nie wiedział, co było gorsze.
— Nie… — wyszeptał. — Zostaw mnie.
Zamknął oczy i zasłonił twarz, jakby to mogło pomóc.
Gdy odważył się spojrzeć ponownie, pokój był pusty.
Zostało tylko zimno i wrażenie, że coś zdążyło już zapamiętać drogę.
Wstał. Pustka nie trwała długo.
Najpierw wrócił dźwięk — ledwie uchwytny, jakby ktoś bardzo powoli przeciągał paznokciem po szkle. Nie dochodził z żadnego konkretnego miejsca. Był wszędzie i nigdzie, drgał w ścianach, w podłodze, w samym powietrzu. Zimno zgęstniało, osiadło na skórze cienką warstwą potu.
Zrobił krok w tył. Deski pod stopami nie skrzypnęły.
To właśnie przeraziło go najbardziej.
Spojrzał na łóżko. Pościel była nienaturalnie gładka, jakby nikt jej wcześniej nie dotykał. Dotknął dłonią poduszki — lodowata. Zbyt lodowata, by było to możliwe w tym pokoju. Cofnął rękę, jakby się poparzył.
Wtedy zobaczył ślad.
Nie był to odcisk stopy ani dłoni. Raczej delikatne wgłębienie w powietrzu, ledwie zauważalne falowanie, jak zaburzenie obrazu widziane kątem oka. Przemieszczało się powoli wzdłuż ściany, zatrzymując się przy drzwiach, jakby… nasłuchiwało.
— Cassy? — spróbował jeszcze raz, ciszej.
Odpowiedziała cisza, lecz nie była to zwykła cisza. Była napięta. Oczekująca.
Zauważył, że lampa przy łóżku — ta sama, którą gasił przed snem — znów się żarzyła. Żarówka nie świeciła, a mimo to klosz wypełniało blade, mleczne światło. Nie rzucało cieni. Raczej je pochłaniało.
W tym świetle ściany pokoju wydawały się inne. Zbyt gładkie. Jakby nie były z cegieł i tynku, lecz z czegoś, co tylko udawało materiały znane człowiekowi. Na chwilę przemknęła mu myśl absurdalna i straszna zarazem: że pokój nie jest miejscem, lecz naczyniem.
Czegoś większego.
Z korytarza dobiegł krok.
Jeden. Ostrożny. Odmierzony.
Potem drugi — w tym samym rytmie.
Każdy z nich sprawiał, że powietrze w pokoju drżało, jak napięta struna. Cofnął się aż do ściany, czując pod palcami chłód, który zdawał się wnikać głębiej niż skóra. Kroki zatrzymały się tuż za drzwiami.
Klamka poruszyła się sama.
Nie skrzypnęła. Obróciła się płynnie, z mechaniczną precyzją, której nie powinno mieć to stare żelastwo.
— Michael… — dobiegł cichy szept.
To był jej głos.
A jednak nie był.
Zbyt czysty. Zbyt równy. Pozbawiony oddechu i wahania, jakby wypowiedziany przez coś, co nauczyło się go na pamięć, lecz nie rozumiało znaczenia słów.
Zrozumiał wtedy, że to, co zobaczył wcześniej, nie było powrotem Cassy.
To było pierwsze podejście.
Cofnął się jeszcze o krok, choć nie było już, gdzie. W piersi narastało mu uczucie, które nie było strachem, lecz jego czymś pierwotniejszym — instynktem mówiącym, że granica została przekroczona, że od tej chwili coś z zewnątrz ma do niego dostęp.
Jak mroczny lokator.
A gdy klamka zaczęła obracać się po raz drugi, wolniej, cierpliwiej, pojął z przerażającą jasnością:
to nie przyszło po niego tej nocy.
To tylko sprawdzało, czy już może z nim zostać.
Szybkim ruchem chwycił za słuchawkę stojącego na szafce obok łóżka telefonu i wykręcił numer.
W ciemnym pokoju rozległ się sygnał telefonu.
Po pewnym czasie zaspany Treys włączył nocną lampkę i zdjął z widełek słuchawkę.
— Słucham… — wymamrotał zaspany, przecierając dłonią powiekę.
— John przyjedź tu szybko? — rozległ się przerażony, bełkot Michaela.
— O co chodzi? — rzucił Treys, który momentalnie usiadł na łóżku, szybko się ocknąwszy.
— Przyjedź do mnie do domu, najlepiej zaraz. Cholera, potrzebuję pomocy….
— Michael, piłeś coś? — spytał, usłyszawszy w słuchawce mamroczący głos rozmówcy.
— To nie istotne… To tu jest… — mówił szybko, nieskładnie.
— Co się dokładnie stało?
— Przyjedź… — rzucił Michael, przerywając połączenie.
Treys jeszcze przez chwilę w zamyśleniu trzymał słuchawkę przy uchu. Odłożył ją szybko i odrzucając kołdrę wstał, podchodząc do krzesła, na którym wisiało jego ubranie. Wyciągnął z szuflady szelki z rewolwerem i zapiął je na ubranej przed chwilą ciemnej koszuli. Wyszedł na palcach na ciemny przedpokój, zamykając za sobą drzwi jak mógł najciszej. Podszedł do drzwi od pokoju Cassy i uchylił je delikatnie. Usłyszawszy miarowy oddech śpiącej, zamknął je z powrotem i wybiegł z domu ubierając po drodze kurtkę.
Michael leżał nieruchomo na łóżku, gdy nagle zrozumiał, że oddycha zbyt płytko. Jakby powietrze w pokoju było już wcześniej użyte. Zużyte przez kogoś innego.
Wciągnął je głębiej.
I wtedy świat pękł.
Nie zgasło światło. To raczej przestrzeń rozsunęła się jak zasłona.
Sufit oddalił się, łóżko stało się pokładem, a powietrze zgęstniało od soli i smoły.
Był na morzu.
Czarnym, ciężkim, bez gwiazd.
Na pokładzie wąskiego statku klęczeli kapłani — ogolone głowy, twarze poorane nacięciami. Nie modlili się. Milczeli.
Pośrodku leżała skrzynia z mosiężnymi zawiasami.
W niej — walec.
Kamień miał barwę przygaszonego szkła. W jego wnętrzu coś jakby drgało. Nie światło. Raczej zniekształcenie.
Michael czuł, że obecność nie podąża za nimi.
Ona już z nimi była. Nie jako postać.
Jako różnica.
Cień jednego z kapłanów poruszał się o ułamek sekundy później niż ciało
Cień drugiego był zbyt długi. Cień trzeciego znikał na moment, gdy gasła pochodnia i wracał, zanim ogień znów zapłonął.
Uciekali z nad Eufratu. Zostawili za sobą miasta, gdzie dzieci rodziły się bez oddechu.
Gdzie zmarli nie rzucali cienia.
Nie mogli go wygnać. Postanowili go podzielić.
Wyspa była surowa. Kamienna. Mglista.
To, co na długo później nazwą Szkocją, było wtedy tylko krańcem lądu, gdzie wiatr nie miał przeszkód.
Kapłani wybrali niewysokie wzgórze o płaskim szczycie. Wbili w ziemię siedem pali, ustawionych w nierówny krąg. Celowo niedoskonały.
Na ziemi rozłożyli cienkie płyty ołowiu. Na każdej wyryto fragment
imienia demona — rozbitego na sylaby tak, by żadna z nich nie była pełna.
Walec położono w centrum. Nie pionowo.
Na boku.
Tak, by mógł się toczyć.
Najstarszy z kapłanów, Arad-Mansun, podniósł dłonie.
— Nie zwiążemy go — powiedział. — Odbierzemy mu ciągłość.
Rytuał miał dwie części.
Najpierw cień. Potem oddech.
Najmłodszy z nich stanął poza kręgiem. W ręku trzymał pochodnię. Jego cień wydłużył się nienaturalnie.