E-book
13.65
drukowana A5
39.87
Prorok

Bezpłatny fragment - Prorok

Tom I

Objętość:
240 str.
ISBN:
978-83-8155-035-2
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 39.87

Prolog

— Agnes, przestań. Wiesz, że tego nie znoszę — zawołałem z nutą zmęczenia w głosie.

— Nie bądź takim sztywniakiem, Fen. Jest taka cudowna noc. Nie możemy jej zmarnować — odkrzyknęła Agnes spomiędzy drzew. — Chodź tu.

Z westchnieniem poczłapałem w kierunku, z którego dochodził jej głos.

Noc pachniała lasem po deszczu, który skropił ziemię w ciągu dnia. Rośliny chętnie przyjęły ten dar, odwdzięczając się cudownymi aromatami. Wziąłem głęboki oddech, napawając się tymi zapachami.

— Dlaczego się zatrzymałeś? — Agnes znajdowała się bliżej niż poprzednio.

— Zawiązałaś mi oczy. Pozwól mi przynajmniej innymi zmysłami nacieszyć się naszym domem.

— Miałeś mnie znaleźć — rzekła z wyrzutem, podchodząc bliżej.

— Odpoczywam — powiedziałem, stojąc nadal w miejscu.

Agnes ostrożnie pokonała dzielącą nas odległość i zatrzymała się tuż przede mną. Prychnęła tak, bym to usłyszał.

— Psujesz całą zabawę — rzuciła.

Stałem nieporuszony niczym posąg. Nawet najmniejszy mięsień nie drgnął, gdy Agnes stukała niecierpliwie kopytem. W końcu zauważyła, że w ogóle nie reaguję, i przestała wystukiwać jednostajny rytm.

— Wszystko w porządku? — zapytała.

Nic nie odpowiedziałem.

— To nie jest zabawne — w jej głosie brzmiał przestrach. — Przestań.

Z mojej strony nie doczekała się żadnej reakcji.

— Fen, proszę.

Nie widziałem, ale słyszałem, że łzy napływają jej do oczu.

Wykonałem szybki ruch i w następnej sekundzie znajdowała się w moich ramionach. Objąłem ja mocno, a ona wtuliła się w moją pierś. Łagodnie kołysałem się na boki, uspokajając ją przy tym. Pogłaskałem jej długie włosy opadające falami na plecy.

— Dzięki — delikatnie odsunęła się ode mnie, wycierając oczy wierzchem dłoni, a następnie uderzyła mnie w ramię.

— Ej, za co? — udałem oburzenie.

— Nastraszyłeś mnie. Tak nie można.

— A zawiązywać komuś oczy i wyprowadzać w środek lasu już tak? — Ściągnąłem opaskę.

— Sam się na to zgodziłeś.

„Jak miałem się nie zgodzić” — pomyślałem, uśmiechając się do niej czule.

Wyciągnąłem dłoń, by pogłaskać ją po policzku, ale odsunęła się nagle.

— Teraz to musisz mnie złapać. — Zniknęła wśród drzew.

— Znowu? — Nie ukrywając radości, skoczyłem za nią.

Biegliśmy przez las, a księżyc oświetlał naszą ścieżkę. Drzewa w półmroku przypominały żywe stworzenia zaciekawione naszą obecnością. Wyciągały długie gałęzie, by nas dotknąć i przekonać się, czy byliśmy prawdziwi. Nocni łowcy wychodzili ze swoich nor, by rozpocząć nowe polowanie. W pobliżu usłyszałem hukanie sowy, która przygotowywała się do łowów. Jej przyszłe ofiary miały się już na baczności. Moją drogę przeciął nietoperz zmierzający na własne polowanie.

Dla nas to był czas odpoczynku, chwilowe zapomnienie o codziennych problemach. Miały one wrócić z nastaniem poranka, ale do tego momentu nie myśleliśmy o nich.

— Gdzie jesteś? — zawołałem, gdy Agnes zniknęła mi z oczu.

— Ci… — uciszyła mnie, wyłaniając się zza drzew. — Ludzie są w pobliżu.

— To jakiś problem? — Zbliżyłem się do niej. — Wydawało mi się, że to nasza noc.

— Tak, ale… spójrz na nich. Są parą.

Wyjrzałem zza zarośli, by ujrzeć dwoje zataczających się nastolatków. Chłopak pozostawał jeszcze przy zdrowych zmysłach w przeciwieństwie do swojej towarzyszki, której nie potrafił uspokoić. Swoim fałszem straszyła wszystkie stworzenia w lesie i zakłócała piękno nocnej ciszy. Oboje wzbudzali moje obrzydzenie.

— Chodźmy stąd — zaproponowałem, odwracając się na kopycie.

— Zaczekaj — Agnes nie ruszyła się z miejsca. — Dawno nie widziałam ludzi z bliska. Zostańmy chwilę.

— Nie wiem, co w nich widzisz. Różnią się od nas tylko tym, że mają nogi.

— I kolorem futra.

— Agnes, to są ubrania. Tłumaczyłem ci to kiedyś.

— Wiem, wiem, ale pierwszy raz widzę coś takiego.

Chłopak miał na sobie jasne spodnie i koszulkę z nadrukiem, a dziewczyna kwiecistą sukienkę do kolan oraz jeden but z pary. Tańczyła w dziwny sposób, prawie upadając na trawę.

— Tak, wspaniale — wzdrygnąłem się z niesmakiem. — Wracajmy do domu.

— Dziwolągi — usłyszałem nagle głos dziewczyny.

Odwróciłem się w jej kierunku. Stała kilka kroków od nas i wskazywała palcem w naszym kierunku.

— Patrz, to te cudaki — krzyknęła do chłopaka, który znajdował się tuż obok niej. — Dziwaki-cudaki.

Poczułem wzbierający we mnie gniew. Sięgnąłem po łuk przewieszony przez plecy. Kiedy chciałem nałożyć strzałę na cięciwę, Agnes złapała mnie za ramię.

— Zostawmy ich — poprosiła.

Opuściłem łuk zgodnie z jej prośbą.

— Tym razem im odpuszczę — odrzekłem. — Tym razem — zaznaczyłem. — Wracajmy.

Przepuściłem Agnes przodem. Ledwo postąpiła jeden krok, gdy dziewczyna znów się odezwała.

— Jaki z niej dziwak. Spójrz na nią.

Oblicze mojej towarzyszki pokrył szkarłatny rumieniec prawie niewidoczny w półmroku.

— A widziałeś jej włosy?

— Lisa, proszę — starał się nad nią zapanować chłopak.

— Ale zobacz jaka zabawna. Prawie jak z cyrku — wykrzykiwała, nie zważając na jego słowa.

Agnes próbowała ukryć się w zaroślach. W końcu nie wytrzymała i uciekła od krzyków dziewczyny.

— Czemu zwiała? Nie zdążyłam jej zrobić zdjęcia.

Nic mnie już nie powstrzymywało przed następnym krokiem. Strzała szybko znalazła się na swoim miejscu, więc wypuściłem ją, uprzednio obierając właściwy cel. Dotarła do niej niczym błyskawica i zatrzymała się w ciele.

Dziewczyna złapała drzewiec, chcąc wyrwać go z piersi, ale ten ani drgnął. Prawie upadła, lecz chłopak ją podtrzymał. Nie zdążyła wyrzec ani jednego słowa, nim wyzionęła ducha zdziwiona tą sytuacją.

— Lisa, Lisa, nie odchodź, błagam. Nie możesz mi tego zrobić — chłopak wył z rozpaczy.

Wyszedłem zza drzew, by mógł mnie zobaczyć. W blasku księżyca przypominałem pewnie upiora. Stanąłem dęba, żeby dopełnić tego wizerunku.

— Niech to będzie dla ciebie ostrzeżeniem — mówiłem groźnie. — Jeśli kiedykolwiek zobaczę cię na naszej ziemi, nie ujdziesz zemście.

Odwróciłem się i zniknąłem w lesie. Spodziewałem się, że Sakko zrobi mi pogadankę na temat śmierci dziewczyny. Jednak miałem poczucie spełnionego obowiązku względem Agnes. Ludzie powinni się nauczyć, że nie będziemy ich traktować ulgowo.

Rozdział I

Nigdy nie spodziewałem się, że któregoś dnia opuszczę to miejsce i to w takim pośpiechu. Mieszkałem tutaj ponad dziesięć lat. Rzadko je opuszczałem i prawie się z nim zrosłem. Znałem jego każdy kąt, każdą drobinkę kurzu czy rysę na szybie. Nic nie było mi tu obce. Poznałem tutaj swojego przyjaciela, ludzi, którzy podzielali moje zainteresowania. Było to miejsce, gdzie mogłem poczuć się jak w domu. No właśnie — było.

Co takiego się zmieniło? Sam nie wiem. W jednej chwili widziałem znajome sobie twarze, a sekundę później — przestępców czyhających na moje życie. Uśmiech stał się złośliwym wykrzywieniem, troskliwe spojrzenie — kpiną, a dotknięcie — uderzeniem. Tylko dlaczego mój umysł to wszystko dodawał? Dlaczego przedstawiał rzeczywistość jak w krzywym zwierciadle, każąc mi uciekać jak najdalej od tego miejsca i tych ludzi?

Nie rozumiałem tego. Wiedziałem niewiele więcej, pakując wszystkie swoje rzeczy do podróżnej torby. Do tej pory leżała na dnie szafy nieużywana od lat. Wyciągnąłem ją zaledwie kwadrans wcześniej, rozpoczynając wyścig z czasem. Wrzucałem do niej kolejne rzeczy: ubrania, notatki, próbówki z moimi eksperymentami…

Zapomniałem wspomnieć, że byłem naukowcem i przez ostatnie lata zamieszkiwałem jeden z pokoi w prawym skrzydle budynku znajdującego się w ośrodku badawczym. Służył on mi i pozostałym za miejsce, gdzie mogliśmy w spokoju zajmować się swoimi badaniami. Praktycznie nie rozstawaliśmy się z pracą. Moją pierwszą myślą po przebudzeniu było to, co tym razem uda mi się stworzyć albo czy tym razem poniosę klęskę. Kładąc się spać, sprawdzałem swoje notatki i efekty pracy i zastanawiałem się, jakie mogę nanieść poprawki. Nawet sny dotyczyły moich doświadczeń.

Jednak to wszystko było mało istotne w tamtej chwili. Musiałem znaleźć jeszcze teczkę, w której zwykle przechowywałem próbówki. Mogła mi się przydać w podróży. Nigdy przecież nie wiadomo, co okaże się potrzebne w nieznanym.

Umysł poganiał mnie i prawie słyszałem, jak powtarza:

Szybciej, szybciej. Masz mało czasu.

Może to był początek jakiejś choroby psychicznej albo efekt uboczny mojej codziennej pracy. Wiedziałem, że miałem się spieszyć. Dlaczego? Tego ten głos nie raczył tłumaczyć. Kazał mi się jedynie spieszyć, jakby groziło mi niebezpieczeństwo.

„Tutaj jest bezpiecznie, to tam jest inaczej” — pomyślałem o świecie poza murami ośrodka.

Szybciej — poczułem kolejny rozkaz.

Ten dzień nie zapowiadał tego, że nagle zacznę wariować. Był zwykły, nie różnił się od innych. Wstałem, mając już w głowie nowe pomysły i plany na cały poranek. Nie zawracałem sobie głowy śniadaniem. W locie wziąłem jeden tost ze wspólnej kuchni, gdzie urzędowała nasza gospodyni — bez niej pewnie umarlibyśmy z głodu przez nasz poranny pośpiech. Skierowałem się do pomieszczenia, które dzieliłem głównie ze swoim przyjacielem. Czasami dołączali do nas inni, ale zazwyczaj pracowaliśmy we dwójkę.

Kiedy wszedłem do środka, pochylał się nad aparaturą. Co chwila zapisywał coś na jednej ze sterty kartek na stole, a potem wracał do mikroskopu. Wiedziałem, że nie lubił, gdy ktoś mu przeszkadzał, więc usiadłem przy swoim stanowisku i zająłem się pracą.

Dopiero po długim czasie po raz pierwszy tego dnia się do siebie odezwaliśmy.

— O, witaj Davidzie — wyglądał na zaskoczonego moją obecnością.

Zdarzało mi się rozmyślać nad tym, czy rzeczywiście zazwyczaj był aż tak zamyślony, że nie zauważał mnie przez kilka godzin, czy raczej udawał.

— Jak tam twoje badania? — zapytałem, wskazując na jego notatki.

— Nie najlepiej. — Uniósł okulary i potarł oczy. — Od tygodnia jestem w martwym punkcie i nie potrafię ruszyć w żadnym kierunku. Brakuje mi jednego elementu, żeby to skończyć.

— Mogę spojrzeć?

Niechętnie podał mi swoje notatki.

Przejrzałem je, próbując doszukać się błędu, ale go nie znalazłem.

— Wszystko wygląda w porządku. — Podniosłem na niego wzrok znad kartek.

Wtedy to poczułem. Widziałem mojego przyjaciela. Ta sama siwa czupryna z dużymi zakolami. Okrągła twarz niepokryta żadnym zarostem. Duży nos rzucający się w oczy. Jeszcze ten surowy wyraz twarzy, który w jednej chwili potrafił zmienić się w przyjacielski uśmiech. To wszystko było na swoim miejscu, a mimo to wydawał się inny.

— Coś nie tak? — spytał Edmund.

— Nie, chyba jestem zmęczony. — Przetarłem oczy.

— Kubek kawy postawi cię na nogi, chodź.

Udaliśmy się do kuchni, a ja ciągle miałem przeświadczenie, że coś było nie tak.

Szybciej, szybciej — odczucie wyrwało mnie z zamyślenia i zmusiło do dalszego działania. — Masz coraz mniej czasu. Oni za chwilę przyjdą. Spiesz się.

Otrząsnąłem się z jednego wspomnienia, ale pojawiło się kolejne.

To było w trakcie obiadu na stołówce. Od drobnych spraw w kuchni mieliśmy gospodynię, a od głównych posiłków — kucharzy. Nie pamiętam, czy ich dania były na miarę pięciogwiazdkowej restauracji, czy wiejskiego baru, ponieważ nie skupiałem się na ich smaku ani wyglądzie. To był dla mnie niepotrzebny przerywnik w pracy wymuszony przez mój organizm.

„Muszę wymyślić coś, żebym nie musiał jeść. Zbyt dużo czasu na to marnuję” — pomyślałem po raz nie wiadomo który. — „Gdyby dało się to połączyć ze snem, byłaby to świetna oszczędność czasu”.

Zabrałem swoją tacę z obiadem i poszedłem za Edmundem do naszego stałego stolika. Był już zajmowany przez Amelię, ale zaliczała się ona do grona znośnych osób. Lubiłem porównywać z nią wyniki naszych doświadczeń. Dzięki niej udało mi się wpaść kiedyś na rozwiązanie pewnego problemu, a głowiłem się nad nim dobry miesiąc.

Kobieta wyróżniała się w tłumie za sprawą swoich czerwonych włosów. Były niesymetryczne i sięgały maksymalnie do ramion. Nie nosiła biżuterii, bo za bardzo przeszkadzała jej przy wykonywaniu eksperymentów. Nie miała też brwi przez pewien wypadek — o którym było głośno w całym kraju — i dorysowywała je sobie ręcznie. Zawsze towarzyszyła jej powaga. Nigdy nie widziałem jej uśmiechniętej. Kąciki ust były nieruchome, nie unosiły się nawet delikatnie. Zza jej włosów wyłaniała się para odstających uszu. Lewe ukrywało charakterystyczny pieprzyk, który się za nim znajdował. Amelia nie należała do szczupłych osób. Nie przejmowała się swoją wagą i w przeciwieństwie do mnie przepadała za jedzeniem.

— Hej — przywitała nas oschłym tonem.

Zająłem miejsce obok niej, a Edmund naprzeciwko nas.

W chwili, gdy siadałem, poczułem chłód od strony kobiety. Spojrzałem na nią. Była zajęta swoją zupą i nie zwracała na mnie uwagi. To zimno zaczęło mnie przerażać, potarłem ramiona. Prawie widziałem obłoczki pary unoszące się z moich ust.

— Co z tobą? — Edmund zmarszczył brwi.

— Nie wiem — odparłem drżącym głosem.

Poczułem, że coś każe mi wyjść ze stołówki. Popatrzyłem na przyjaciela. Zniknął ten, którego znałem. Zamiast niego przyglądał się mi ktoś obcy, kto nie miał względem mnie dobrych zamiarów. Z oczu ziała mu czysta nienawiść, a usta wykrzywiły się w złowrogim uśmiechu. W dłoni trzymał nóż, mierząc nim prosto w moje serce. Odwróciłem głowę w stronę Amelii. Z nią też się coś stało. Wyglądała blado. Czerwone włosy poszarzały, usta posiniały, a dłonie wyglądały na odrętwiałe.

Potrząsnąłem głową. Oboje wrócili na swoje miejsce.

— Chyba coś mu zaszkodziło. Powinniście u siebie przewietrzyć — Amelia skończyła swoją zupę i wstała po dokładkę.

— Nie czuję się najlepiej — przyznałem, kiedy poszła. — Nie dam rady dzisiaj nic więcej zrobić.

— To odpocznij — poradził Edmund. — Świat się nie zawali, jeśli weźmiesz sobie wolne popołudnie.

Nie byłem do tego przekonany. Jednak moje odczucia nasilały się i kazały mi czym prędzej wyjść. Rozmasowałem skronie i wstałem od stołu.

— Nie zapomnij o wieczornej konferencji — powiedział jeszcze, zanim opuściłem stołówkę.

Spiesz się — umysł znów zaczął swoją mantrę.

— A co niby robię? — syknąłem przez zęby, zapinając torbę.

Wszedłem na moment do łazienki, sprawdzając, czy wszystko zabrałem. Wystarczył mi rzut oka w lustro, by ujrzeć w nim nieznaną sobie twarz. Blada jak u upiora, który całe dnie ukrywał się przed słońcem. Ciemna, tłusta czupryna poprzecinana srebrnymi pasmami.

„Kiedy zacząłem się starzeć?” — spojrzałem na zmęczonego trzydziestoparolatka, który patrzył za mnie z drugiej strony tafli.

Potarłem dłonią podbródek. Pokrywał go krótki, twardy zarost. Zaniedbałem go, goląc się zwykle bez lustra i w pośpiechu.

„Powinienem go wyrównać przed wyjściem”.

Nie ma czasu — odczucie dało o sobie znać.

Z ciężkim westchnieniem gasiłem kolejne światła, po czym wyszedłem z pokoju.

Rozdział II

Wiosenny dzień. Ptaki śpiewają, słońce świeci, wszystko budzi się do życia. Tak… ale jakiego? Po co ta cała radość z kolejnego nudnego roku na tym świecie? Przecież niczym nie różnił się od poprzedniego, nie licząc tego, że byłam o rok starsza. Jednak co mi po tym? Znów trzysta sześćdziesiąt pięć dni niemających sensu. Tak samo mógłby być już koniec świata.

Niedbałym ruchem otarłam łzę, która pojawiła się w kąciku oka. Podciągnęłam kolana pod brodę i objęłam nogi ramionami. Patrzyłam przez szybę na świat, siedząc na parapecie okna w swoim pokoju. Znajdował się on na piętrze, więc miałam całkiem niezły widok na domy moich sąsiadów. Starszy pan z naprzeciwka wyszedł po poranną gazetę. Podniósł wzrok i pomachał do mnie. Uniosłam dłoń w geście powitania. Wydawało mi się, że nawet się uśmiechnął, ale nie miałam pewności.

Obok niego mieszkało od niedawna młode małżeństwo. Wprowadzili się razem ze swoim owczarkiem niemieckim, który raz mnie staranował podczas spaceru. Nie przepadałam za nimi nie tylko przez ich psa. Byli radośni, jakby dostali najjaśniejszą gwiazdę z nieba. Moja zgasła trzy lata temu.

Przeniosłam wzrok na drugą stronę. Przed domem stała tabliczka z napisem: „Na sprzedaż”. Sąsiedzi mieli wyprowadzić się do innego miasta albo za granicę — nie słuchałam opowieści mamy. W każdym razie musieli się pozbyć zbędnego mieszkania. Było nawet już paru chętnych, więc mieli w czym wybierać.

Każdy z nich miał swoje życie, którym mógł kierować według własnego pomysłu. Nie miałam takiej możliwości. Byłam zmuszona przez prawo do posłuszeństwa rodzicom, a nie, przepraszam, posłuszeństwa mamie i ojczymowi.

Prychnęłam, mając przed oczami postać tego faceta. Smagła twarz, na której zwykle pojawiał się ten głupi uśmiech, który niby miał być serdeczny. Dla mnie to była czysta kpina. Ciemne, krótkie włosy i wąs pod nosem sprawiały, że czuł się niczym jakiś macho. Do tego dochodziła jeszcze umięśniona sylwetka. Uwielbiał się nią chwalić przy byle okazji. Doprowadzał mnie do szału każdą swoją cechą osobno i wszystkimi razem. Nie rozumiałam, co mama mogła w nim lubić.

Kolejna słona kropla wypłynęła z kącika oka. Zsunęła się po policzku, zatrzymała na brodzie, a po chwili spadła na dżinsy.

„Nie rozpłaczę się” — obiecałam sobie. — „Nie dziś. Nie teraz”.

Wzięłam głęboki oddech, wracając do widoków za oknem.

Nie dane mi było się nimi nacieszyć, bo usłyszałam wołanie mamy na śniadanie. Na szczęście bez ojczyma, który miał poranną zmianę w pracy.

Zeszłam z parapetu, opuściłam pokój i udałam się do kuchni. Mieściła się na parterze. Już na schodach poczułam przepyszne zapachy świadczące o moim ulubionym daniu. Na moich ustach pojawił się niecodzienny dla mnie uśmiech, z którym prawie przekroczyłam próg. Jednak zrzedła mi mina, kiedy zobaczyłam, kto już siedział przy stole.

Mniejsza kopia ojczyma piła kakao, a jego siostra zajadała się moimi naleśnikami jakby nigdy nic. Wyraz furii malujący się na mojej twarzy przerastał gniew każdej burzy piaskowej, jaką było mi dane widzieć i doświadczyć.

— Siadaj, Em — mama zaprosiła mnie do stołu. — Za chwilę podam ci śniadanie.

— Jestem Emily — poprawiłam ją.

Zajęłam miejsce jak najdalej od tamtej dwójki.

Will przerwał wylewanie na siebie zawartości szklanki i spojrzał na mnie oczami ojczyma. Niczym się od niego nie różnił oprócz wieku. Zakładałam, że za parę lat będzie tak samo wkurzający jak jego ojciec. Inaczej było z Clary. Dostała włosy mojej — a raczej naszej — mamy. Jednak geny ojczyma uchowały się w jej karnacji i oczach. Miała okrągłą twarz ze średnimi ustami i nosem, nieznacznie większymi od maminych.

Nie czekałam długo na naleśniki, a pochłonęłam je jeszcze szybciej, nie mając zamiaru spędzać ani chwili dłużej z potomkami znienawidzonego człowieka.

— O dziewiętnastej masz spotkanie — powiedziała mama, gdy podniosłam się z miejsca.

— Pamiętam. — Wywróciłam oczami.

— Phil może cię podwieźć.

— Przejdę się — rzuciłam przez ramię, będąc już na korytarzu.

Miałam zamiar wyjść, zanim wróci z pracy, i samotnie udać się na grupę wsparcia. Tych spotkań nienawidziłam jedynie odrobinę mniej niż ojczyma. Gdyby się na nich pojawiał, to w ogóle bym się tam nie pokazywała. Miały tylko jeden minus. Musiałam spędzać dwie godziny w towarzystwie osób, które użalały się nad niedobrym losem, który zabrał im najbliższych. Opowiadali o tym, jak było im ciężko i nie dają sobie rady. Najgorszy był pewien chłopak. Pojawił się parę tygodni po mnie. Był niewiele starszy. Zawsze miał zwichrzone, czarne włosy, jakby dopiero wstał z łóżka, którego pewnie i tak często nie opuszczał. Jego owalną twarz pokrywał tygodniowy zarost, podkreślając kwadratową szczękę. Byłby nawet przystojny ze swoją sportową sylwetką, gdyby nie chodził przygnębiony. Z tego co wiedziałam, stracił swoją dziewczynę i odtąd był właśnie taki.

Westchnęłam, myśląc, że znów będzie mi się przyglądał. Za każdym razem czułam, jakby porównywał mnie do niej. Pewnie przypominałam mu ją, co mi się nie podobało. Nie potrzebowałam jego zainteresowania, ale spokoju, na który nie mogłam liczyć we własnym domu.

Tutaj traktowano mnie, jakbym potrzebowała troski i czułości. Wolałam przygody, jakie przeżywałam z ojcem przed jego śmiercią. Nasze podróże nie miały końca i pewnie nadal by trwały, gdyby nie tamten wypadek.

„Nie będę płakać” — powtórzyłam, oddychając głęboko. Próbowałam powstrzymać napływające do oczu łzy.

Miałam ochotę zagrzebać się w kołdrze, wziąć książkę i spędzić resztę życia z dala od ludzi, a w szczególności od ojczyma, który chciał zastąpić mojego ojca. Niestety nie mogłam tak zrobić, ponieważ wieczorem musiałam wybrać się na spotkanie grupy wsparcia. Nie miałam na nie najmniejszej ochoty. Jednak do tego czasu zostało parę godzin. Postanowiłam spędzić je z niedokończoną lekturą.

Sięgnęłam po książkę leżącą na biurku. Rozłożyłam się wygodnie na łóżku. Założyłam na uszy słuchawki i włączyłam ulubioną playlistę. Przy dźwiękach muzyki i lekturze miałam spędzić cały swój dzień.

Rozdział III

Budynek, w którym mieściły się nasze laboratoria, przypominał ogromny labirynt. Łatwo było się w nim zgubić, jeśli nie przemierzało się korytarzy kilka razy w tygodniu przez wiele lat. Wcześniej miałem w głowie dokładny obraz rozmieszczenia wszystkich znajdujących się tam pomieszczeń. Jednak wszystko wyleciało mi z pamięci i nie rozpoznawałem żadnego zakrętu. Kluczyłem niczym szczur w labiryncie zdany jedynie na swój węch. Na mnie niestety nie czekał kawałek sera przy wyjściu.

„Mogłabyś być bardziej pomocna” — warknąłem w myślach do mojej intuicji. Tak postanowiłem nazwać to dziwne odczucie, bo nic innego nie przychodziło mi do głowy. — „Gdzie mam teraz iść?”.

Nagle poczułem się jak obwiązany liną, którą ktoś ciągnie. Nie spierając się z tym odczuciem, podążyłem prawym przejściem, by chwilę później odbić w lewo. Nie minęło nawet pół minuty, gdy znalazłem się na głównym korytarzu.

„Dzięki. Co dalej?”.

Kolejne wspomnienia zalały moje myśli. Po raz pierwszy od lat nad nimi nie panowałem. Zwykle potrafiłem odrzucić na bok to, co uważałem za bezużyteczne w danej chwili. Jednak mój umysł przestał działać tak, jak chciałem, i robił to po swojemu.

Przypomniałem sobie wydarzenie sprzed pół roku, kiedy po długich badaniach doszliśmy do pierwszych rezultatów. Przebywałem w laboratorium razem z Edmundem, Amelią i Lydie. Ta ostatnia miała czarne, kręcone włosy sięgające ramion. Swoim lodowatym spojrzeniem przeszywała wszystkich i wszystko na wylot. Poza tym wyglądała, jakby nigdy nie była zadowolona. Nie rozumiałem, jak Amelia potrafiła z nią wytrzymać. Z drugiej strony sama nie była zbyt przyjazną osobą, więc nic dziwnego, że odnajdywały wspólny język.

We czwórkę pracowaliśmy nad powierzonym nam zadaniem niemal dniem i nocą. Do tej pory wszystkie nasze próby wyodrębnienia potrzebnego genu spośród innych oraz odpowiednie zmodyfikowanie go były dla nas wprost niemożliwe. Pewnie takie by pozostały, gdyby Edmund któregoś dnia nie wpadł na pewien pomysł i pomimo braku zgody z naszej strony, nie urzeczywistnił go. Powiodło mu się i dzięki temu zrobiliśmy milowy krok w naszych badaniach.

— Co to jest? — Lidie wskazała na strzykawkę.

— Kto jak kto, ale ty raczej powinnaś to wiedzieć — rzucił Edmund.

Kobieta zmrużyła gniewnie oczy, jakby szykowała ciętą ripostę.

— Co wyodrębniłeś? — Zapobiegłem ich wymianie zdań i rękoczynom.

— Jeśli się nie pomyliłem — oczyścił zgięcie ręki — to poprawi mi to wzrok.

— Czekaj — Amelia uniosła się nieznacznie z krzesła. — Chcesz zostać królikiem doświadczalnym?

Edmund podniósł strzykawkę pod światło i przyjrzał się przeźroczystemu płynowi w środku. Miał on pomóc w szybszym rozprowadzeniu informacji w organizmie. Znajdował się tam również gen, nad którym pracował. Jako jedyny postanowił pracować na ptaku — nasza trójka skupiła się głównie na ssakach. Spędził sporo czasu na dotarciu do odpowiedniej tkanki, a jeszcze więcej na znalezieniu tego, czego szukał.

— Nie możemy już korzystać z pomocy innych. Zapomniałaś? Poza tym muszę sprawdzić, czy to zadziała.

— Ale na sobie? — nie była przekonana do tego pomysłu.

W dwóch krokach znalazł się tuż przed nią. Nie wydawała się tym ani zaskoczona, ani przestraszona.

— To — wskazał na swoje okulary — nie będzie mi dłużej potrzebne.

— Tylko pod warunkiem, że masz rację — zauważyła Lidie, krzyżując ręce na piersi. — Skąd pewność, że nie zginiesz?

— Dla nauki warto się poświęcić.

Przyłożył strzykawkę i zanim ktokolwiek z nas mu przerwał, z wprawą wstrzyknął sobie substancję do żył. Przymknął oczy i wziął głęboki oddech.

Przeraziłem się bardziej od dziewczyn. Jeden sus wystarczył, by stanąć obok przyjaciela, wyjąć mu z dłoni przedmiot i pomóc usiąść. Nie wiedziałem, co mogłem więcej zrobić.

— On żyje? — wyszeptała Amelia.

— Oczywiście, że tak — warknął do niej Edmund, otwierając oczy.

Zdałem sobie sprawę, że wstrzymywałem powietrze. Wypuściłem je z uczuciem ulgi.

Chyba nigdy wcześniej nie bałem się tak bardzo, jak w tamtym momencie.

— Nigdy więcej tego nie rób — westchnąłem cicho.

— I jak? — Lidie od razu przeszła do rzeczy. — Jest jakaś różnica?

Edmund rozejrzał się, jakby nie poznawał miejsca, w którym się znajdował. Ściągnął okulary, przetarł oczy i jeszcze raz spojrzał na każde z nas.

— Muszę załatwić nowe okulary — stwierdził.

— Widzisz lepiej? — zapytałem.

— Niewielka to różnica, ale te szkła są już bezużyteczne — rzucił je na blat stołu. — Idziemy po nowe.

Zapewne wstałby i poszedł do okulisty, gdyby nasze pytania nie kazały mu się zatrzymać i wpierw wszystko powiedzieć.

— Trzeba to dopracować — Lidie była zajęta przeglądaniem jego notatek. — Wiedziałeś, ile masz tu błędów? Gdybyś mi to wcześniej pokazał, już dawno skończylibyśmy pracę.

— Gdybyś więcej robiła, niż gadała, to wszystko byłoby gotowe wieki temu — odparował Edmund.

Nie pierwszy i nie ostatni raz musiałem ich powstrzymywać przed rozlewem krwi. Kiedy w końcu doszliśmy do chwilowego pojednania, pojawiła się kolejna sprawa. Mianowicie należało jak najszybciej kontynuować badania i dotrzeć do oczekiwanego przez nas i szefostwo efektu.

„To nie było takie proste” — pomyślałem, chowając się za rogiem przed dwójką naukowców. — „Dlaczego ich unikam?”.

Pospiesz się — odpowiedziała intuicja.

— Nad wyraz pomocna — mruknąłem pod nosem, wychodząc zza zakrętu.

„Mogłem trochę bardziej przyłożyć się do wzroku” — wytknąłem sobie, idąc przyciemnionym korytarzem.

Spiesz się.

— Przecież idę.

Dwa miesiące po tym, jak Edmund polepszył swój wzrok, Amelia przerzuciła się na gady i zaczęła bawić się w kameleona. Jednak w przeciwieństwie do zwierzęcia nie ograniczała się tylko do zmiany barwy. Nie, to byłoby za mało. Pracowała zawzięcie nad swoją nową umiejętnością i któregoś dnia postanowiła stać się moim klonem. Nigdy wcześniej tak mnie nie wkurzyła, jak wtedy udając mnie. Była niemal idealnym odbiciem drugiego człowieka. Miała jedynie trudność z pozbyciem się pieprzyka za lewym uchem. Cokolwiek robiła, zawsze pozostawał na swoim miejscu w niezmienionej formie.

— Kiedyś zniknie — mówiła raz za razem, ale do tej pory jej się to nie udało.

Nie tylko ona zdobyła nową umiejętność. Lydie skorzystała ze zręczności i sprawności pantery. Poza tym dopracowała jeszcze szybkość, przez co prawie biegła, idąc swoim zwykłym krokiem. Polubiła ten chód i zabrała się za geparda, żeby bardziej przyspieszyć.

Edmunda irytowało nie tylko to, że czasami bez powodu do nas wpadała i robiła zamęt w pomieszczeniu. Nie potrafił dociec, dlaczego jego pomysł się nie powiódł i pomimo kolejnych prób, wzrok pozostawał bez zmian.

— Może gen jeszcze nie przyjął się w pełni — starałem się go pocieszyć.

Obaj wiedzieliśmy, że to nieprawda, ale żaden nie mówił tego na głos.

— Dzięki — odparł, wracając do notatek.

Lewo — intuicja prawie zbiła mnie z nóg tym rozkazem.

— No już — syknąłem.

Dzień wcześniej sam dotarłem w końcu do odpowiedniego genu. Przedmiotem moich badań był wilk. Zainteresował mnie jego instynkt przetrwania i postanowiłem się w to zagłębić. Kiedy pozostali osiągnęli już efekty, ja byłem dopiero w połowie drogi. Jednak również osiągnąłem cel i wyodrębniłem gen, który chciałem.

— Na co ci to? — Amelia pochyliła się nad moją pracą. — Raczej nie mieliśmy zamiaru zostawić cię samego w lesie.

— Wiem, co robię — odparłem spokojnie, gdy kątem oka zobaczyłem moje odbicie. — Skończ.

Wróciła do swojej normalnej postaci, pokazując mi język.

Lydie w tym czasie starała się doprowadzić do szału Edmunda i w końcu się jej to udało.

— Wyjdź, ale to już — huknął, uderzając dłonią o stół.

Z chłodnym spojrzeniem i w żółwim tempie opuściła laboratorium.

— Jesteś gotowy? — przyjaciel pojawił się obok ze strzykawką.

Pokiwałem głową, podciągając rękaw, a on zajął się resztą.

W pierwszej chwili nie poczułem nic nadzwyczajnego. Lekkie ukłucie w zgięcie łokcia, wprowadzenie płynu i wyjęcie igły. Dwa wdechy później serce zaczęło mi szybciej bić, krew się zagrzała, a przed oczami pojawiły się mroczki. Przez krótką chwilę czułem, że stracę przytomność, ale wtedy wszystko się uspokoiło i wróciło do normy.

Edmund przyglądał mi się z wyraźną troską.

Zauważyłem, że zaciskałem ręce na podłokietnikach fotela i prawie je wyrwałem. Rozluźniłem dłonie. Czułem się inaczej, a jednocześnie jakby nic się nie zmieniło. Powiodłem wzrokiem po pomieszczeniu. Wszystko wyglądało tak samo jak wcześniej. Jedynie głowa trochę mnie bolała.

Roztarłem skronie.

— Wszystko w porządku? — usłyszałem pytanie przyjaciela.

— Coś się zmieniło? — dodała prędko Amelia.

— Tak, nie — ledwo wypowiedziałem te słowa, mając sucho w gardle. — Wody.

Przyjaciel od razu zareagował i podał mi butelkę, którą łapczywie opróżniłem.

— Ej, spokojnie — powiedziała Amelia. — Co z tobą?

— Nie wiem. — Otarłem usta wierzchem dłoni. — Chyba nic się nie zmieniło.

— Zmarnowałeś czas — dobiegł mnie lodowaty głos Lidie, która wtargnęła do środka. — Mówiłam, żebyś zajął się czymś innym.

— Może… — zacząłem, ale mi przerwała.

— Może lepiej weź się za coś pożytecznego — powiedziała i wyszła swoim szybkim krokiem.

— Niestety muszę się z nią zgodzić — odrzekł smutno Edmund. — Jeżeli to naprawdę nic nie dało, to poświęciłeś czas na coś, co nie miało sensu.

— I kto to mówi — prychnęła Amelia.

Nie mogłem zaprzeczyć, że po części mieli rację — przynajmniej w tamtej chwili — ale nie chciałem w to wierzyć.

„To miało sens” — pomyślałem, kiedy tamci się kłócili.

Skręć tutaj — intuicja była skupiona na prowadzeniu mnie przez labirynt, którego nie pamiętałem.

Posłusznie pokonałem ostatni zakręt, docierając do wyjścia z budynku.

„Teraz muszę znaleźć swój samochód” — pognałem na parking.

Rozdział IV

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 39.87