E-book
2.05
drukowana A5
28.09
prochy szarpane przez wiatr

Bezpłatny fragment - prochy szarpane przez wiatr

czyli kolejna przystań w podróży zwanej poszukiwaniem odpowiednich słów


Objętość:
174 str.
ISBN:
978-83-8221-066-8
E-book
za 2.05
drukowana A5
za 28.09

jestem teraz na „1 — Tychy Szpital Wojewódzki” i szczerze, nie zamierzam się stąd ruszać. jeszcze nie. może jeszcze kiedyś przyjdzie na to czas. ale teraz zostaje mi jedynie patrzeć, jak moja łódka powoli tonie w mrocznych otchłaniach zszarganego i zmęczonego umysłu. podobnie jak niewypowiedziane słowa, których świeże prochy leżą teraz na podłodze, szarpane przez bezlitosny wiatr. przepraszam, że tak często tkwią one w moim gardle, nie znajdując ujścia i nigdy nie zobaczywszy światła tych cudownych dni. bo słońce świeci, świeci bardzo jasno, jego promienie padają na moją skórę, ku jej wielkiej uciesze. bo jeśli nigdy mają już na nią nie paść, to jaki jest sens jej istnienia? na to pytanie nie ma odpowiedzi, jak na wiele innych pytań od lat zaprzątających moją głowę, których nikłe echo słyszalne jest jedynie w całkowitej ciszy. jednak nie pora na niepotrzebne dygresje. chciałbym zaprosić Was na cmentarzysko snów, wystawę prac artysty zwanego Setką Nieprzespanych Nocy, scenę zalaną pomyjami przelanymi na nią z wielkiej, żelaznej wanny. być może znajdziecie tu i Wasze porzucone idee. pozostawione na pastwę losu, zapomniane, potępione niczym to jedno zdjęcie, które raz niedbale tam wrzucone, nigdy już nie miało opuścić środkowej szuflady szafki w ciemnym rogu pokoju. playlista się nie zmieniła. to tylko wokalista lekko zmienił ton.

In a while now
I will feel better
I’ll face the weather before me
In a while now I’ll race the irony
And buy back each word of my eulogy

All the uninvited tragedies
Step outside

Ask yourself now
Where would you be without
Days like this
When you finally collide
With the moment you cant forget

So do I remind you of
Someone you never met
A lonely silhouette
And do I remind you of
Somewhere you wanna be
So far out of reach
Oh, I wish you’d open up for me
„Cause I wanna know you
Amaryllis
Bloom

Stay a while now
Undress your colors
„Cause they’re like no others
I’ve ever seen
I could get used to your company
Step inside

Ask yourself now
Where would you be without
Days like this
When you finally collide
With emotions you can’t resist

~ „Amaryllis”, Shinedown

Notka od autora

Witajcie Kochani!

Na samym początku muszę wspomnieć, że to mój pierwszy zbiór opowiadań, który samodzielnie stworzyłem („Zbiór opowiadań” z dwa tysiące siedemnastego się nie liczy, bo został napisany w grupie na potrzeby konkursu!) i… Nie jestem do końca pewny, czy wszystko dobrze zrobiłem. Także wszystkie ewentualne błędy podyktowane są brakiem doświadczenia w tej konkretnej dziedzinie i powinny zostać naprawione w moich następnych publikacjach. Z góry dziękuję za wyrozumiałość.

Kiedy pisałem ten zbiór, pomyślałem, że mógłbym poprosić moich przyjaciół o pozwolenie na umieszczenie tutaj ich prac (wierszy, opowiadań itd.). Ot tak, żeby trochę go urozmaicić i bardziej zaciekawić czytelnika. Zgodzili się Przemysław Święs i Julia Homa, którym z tego miejsca bardzo dziękuję!

Moje opowiadania są różnej długości, jedne krótsze, inne trochę dłuższe. Nie chciałem ograniczać się w żaden sposób czy wymuszać na sobie jakichś określonych wymiarów słów, które te miałyby osiągać (ten sposób nigdy pozytywnie na mnie nie wpływa), więc pod tym względem mogą się znacznie od siebie różnić. Nie planowałem też żadnej spójnej, wspólnej tematyki, czy prób połączenia tych historii w całość; to luźno napisane opowiadania na tematy, które akurat w tamtych momentach przychodziły mi do głowy. Myślę, że mimo tego wszystkiego powinny Wam się spodobać! Ale więcej anegdotek dotyczących procesu tworzenia tego zbioru znajdziecie w sekcji „Od autora”.

To by było chyba na tyle. Dziękuję, że zdecydowałeś się mnie wesprzeć i przeczytać ten zbiór opowiadań! Życzę miłej lektury.

Główne opowiadania

Prolog

(17.03.2020)

Zdaję sobie sprawę z tego, że to może być trochę niebezpieczne. Chociaż, niebezpieczne to raczej troszkę nieodpowiednie słowo. Powiedziałbym raczej: nieodpowiedzialne. Nie powinienem był tego robić, oh nie, to powinno zostać w strefie rzeczy podpisanej czerwonym markerem: „nie wyciągać na światło dzienne; mogą ugryźć”. Być może ten napis brzmi trochę jak fałszywe ostrzeżenie, by powstrzymać mijających go ludzi od pchania ku niemu wścibskich łapsk, ale uwierzcie mi, to ani trochę nie jest fałszywe. Serio, nie powinienem był tego robić. Być może w ciemnościach jakiś potwór już ostrzy sobie na mnie swoje ostre, połyskujące ząbki, gotów zanurzyć je głęboko w mojej krtani. Ot tak, by mnie uciszyć. Pewnie w Waszych głowach zrodziło się już pytanie: „czym jest to coś, o czym on tyle gada?”. Albo nieco podobne. No, nieważne; nie jestem dobry w zgadywaniu czyiś myśli, a już szczególnie tych należących do czytelników. Wkładanie w usta czytelnikom „ich własnych” myśli przez pisarza nie należy do najlepszych zagrań. Wiem, zdaję sobie z tego sprawę. I przepraszam. Widzicie, znowu odbiegam od tematu. Być może dlatego siedzę teraz przy biurku, na, no, powiedzmy dość niewygodnym fotelu, popijając herbatę (chciałbym napisać w tym miejscu „kawa”, ale jest już wieczór. Kawę pijam jedynie przed południem) i pisząc to coś. No, z pewnością jest to tekst literacki napisany prozą (jakżeby inaczej), jednak ze stwierdzeniem jego tematyki i gatunku, no, miałbym pewne problemy. Nie jestem w tym dobry, absolutnie. Analizowanie i wypatrywanie pewnych wzorców, szablonów oraz specyficznych cech, na pewno nie należy do moich największych umiejętności. Pewnie (i z powodu mojej tendencji do odbiegania od tematu), zamiast wykorzystać swój czas jakoś pożyteczniej (wcześniej spędziłem około dwóch godziny na granie w grę, teoretycznie rzecz biorąc to, co teraz robię, jest bardziej pożyteczne i wartościowe… w praktyce jednak i tak nie plasuje się to zbyt wysoko w rankingu Rzeczy, Które Młody Człowiek Może Zrobić, Spędzając Wieczór Przed Komputerem®), na przykład pisząc jakieś wypracowanie, referat, esej lub inną formę publikacji naukowej, poświęcam te niezwykle cenne, przemijające zawrotnie szybko sekundy, na opisywanie tego, co teraz robię. Dosłownie, piszę o tym, że piszę o tym, że piszę. Absurdalne, czyż nie?
Pewnie, drogi Czytelniku, trzymasz tę książkę w rękach i ze zdziwioną, zdegustowaną lub skonfundowaną twarzą śledzisz oczami tekst, dziwiąc się, po co w ogóle takie coś trafiło do druku. Spodziewałeś się tu odpowiedzi na któreś ze swoich pytań? Oh, to źle trafiłeś. Tutaj rzadko udzielam odpowiedzi. Wolę stawiać pytania. Często i gęsto. Zarzucać Cię nimi bez przerwy, czy to oznaczając je pytajnikiem, czy zostawiając je do wyłowienia przez Ciebie z kontekstu historii. Tych pytań pewnie trochę się zebrało w tym zbiorze opowiadań. Przygotuj się na to. Najlepszym rozwiązaniem byłoby odłożenie tej książki i przeczytanie czegoś wartościowego, ale jeśli już naprawdę zamierzasz zmarnować swój cenny czas na lekturę mojego „dzieła”, postaraj się obniżyć troszkę swoje oczekiwania oraz przygotować się na różne bezsensowne analogie i metafory.
W tym prologu (wreszcie przyznałem się, że piszę „prolog” do zbioru opowiadań pod tytułem „prochy szarpane przez wiatr” autorstwa Szymona Czardybona [czyli mnie]) na początku miałem napisać coś kompletnie innego. Tak szczerze. Serio, oryginalny pomysł wymagałby ode mnie o wiele więcej pomyślunku, kreatywności i abstrakcyjnego myślenia. Ale otworzyłem wreszcie ten plik z tekstem, położyłem palce na klawiaturze, zacząłem pisać, aż tu nagle zorientowałem się, że pomysł ten rozpadł się nagle jak bańka mydlana stykająca się z najbliższą ścianą. Czy mi to przeszkadza? Szczerze, zupełnie nie. Lubię jak tekst sam „płynie”. To znaczy, gdy nie mam kompletnie żadnego pomysłu czy planu na to, co piszę. A mimo to i tak wciąż i wciąż stawiam kolejne litery. Fascynujące, nieprawdaż? Lecz spokojnie, nie wszystkie opowiadania takie są. Czasami pozwoliłem sobie na trochę planowania. Ale zwykle jego zakres nie wykracza poza to magiczne słowo „trochę”. Ot, taki już ze mnie pisarz. Jest miejsce na dobrze rozplanowaną fabułę książki („Noc w szkole”) i jest miejsce na to, by dać ponieść się pisarskiej inwencji twórczej („prochy szarpane przez wiatr”).
Mam nadzieję, że ten zbiór opowiadań się Wam spodoba. Szczerze, troszkę się boję. O ile w przypadku książek i tomików poezji mam już wyrobiony pewien poziom tej pisarskiej pewności siebie (tak, dalej będę wymieniać dosłownie wszystko z dopiskiem „pisarskiej” by zabrzmieć bardziej profesjonalnie), to tutaj wkraczam na nowy grunt i za bardzo nie wiem, jak to ma do końca wyglądać. Bo tak, to mój pierwszy pełnoprawny zbiór opowiadań. A to, dlaczego dotąd pisałem je rzadko, zostawię sobie na sekcję „Od autora”. Ot, taka autoreklama.
Mógłbym gadać tak jeszcze długo. A w zasadzie, nie, raczej nie. Szczerze, kończą mi się powoli pomysły. A więc, bez przedłużania, zapraszam do czytania! Pięknie się zrymowało. Naprawdę, czasami jestem z siebie tak dumny, że aż z tej dumy dosłownie pękam. Troszkę zajmuje zebranie tych wszystkich kawałeczków mojego ciała i zmycie tych dziesiątek (czy ile ludzkie ciało w sobie ich ma!) litrów krwi, ale gdy się już z tym człowiek upora, satysfakcja zostaje na długo. Trzymajcie się. Ja, w czasie gdy Wy będziecie zajęci lekturą, szybko skoczę do schowka na narzędzia po ulubioną łopatę. Pora pochować jakiegoś kota. Słodkich snów!

O człowieku, który spędził wieczność czekając na pasach

30.01.2020 (ukończone 02.02.2020)

Nieprzyjemnie zimny wiatr uderzał w moją twarz, gdy niestrudzenie przedzierałem się przed siebie. Z ciężkim plecakiem zarzuconym na plecy, telefonem w lewej ręce i zwiniętymi w rulon dokumentami w prawej. Śpieszyłem się. Miałem jedynie pięć minut, by przejść ponad kilometr, zasiąść za eleganckim, drewnianym biurkiem i ułożyć dłonie na klawiaturze. A potem uderzać w nią szybko, rytmicznie, śledząc wzrokiem pojawiające się na ekranie komputera linijki tekstu. Obok mnie będzie stała jeszcze parująca, aromatyczna kawa z wyszukanego ekspresu znajdującego się w niedawno wyremontowanej kuchni. Z głośników zamontowanych przy suficie naszego biura, które dzieliłem jeszcze z czterema osobami, lecieć będzie przyjemnie spokojna, relaksująca muzyka. Uśmiechnąłem się na samo wspomnienie tych wszystkich dogodności. Tam przynajmniej będzie mi ciepło. Zrzucę gruby płaszcz, ściągnę wełnianą czapkę, rozwiążę puchaty szalik, a bawełniane rękawiczki wylądują w kieszeniach lub rękawach. O wiele lepsza alternatywa od biegu do pracy w zimny, jesienny poranek. Gdy uczniowie masowo gromadzą się pod osłoniętymi przystankami, dorośli wyjeżdżają na ulicę różnorakimi samochodami, a emeryci udają się do osiedlowego sklepu uzupełnić pustawe lodówki i szafki. Tamta pora dnia miała w sobie coś magicznego, niezwykle ciekawego, intrygującego. Jak wszystko, co nowe, wszystko, co dopiero się rodzi, nabiera kształtów i dopiero zaczyna swoją mozolną wędrówkę ku nieuchronnej śmierci. Nikt nie wie, jaki będzie ten dzień. Można to przewidywać, planować, zakładać, że coś się wydarzy, a coś, dla kontrastu, nie. Jednak nigdy nie możemy być niczego pewni. W głowach tych setek, jeśli nie tysięcy ludzi, którzy na moich oczach przygotowywali się do biegu, jakim jest kolejna doba ich życia, kotłowały się miliony pytań, domysłów, teorii. „Czy znowu będę mieć problemy u szefa, bo spóźniłam się jeden dzień z nadesłaniem tego sprawozdania?”, „Czy pan z geografii znowu przełoży nam kartkówkę, czy tym razem jednak nie odpuści?”. Chociaż te sprawy zupełnie mnie nie dotyczyły, chociaż zdawały się oddalone o mnie o miliony, jeśli nie miliardy, lat świetlnych, chciałem poznać na nie odpowiedzi. Chciałem zobaczyć ich reakcję, odpowiedź, rozwiązanie, na jakie wpadną, by zaradzić wszystkiemu, co spotka ich na tej drodze. Chciałem tak wiele, chociaż sam dawałem od siebie tyle, co nic. Jedynie szedłem przed siebie, przyglądając się wszystkim dziejącym się na około mnie wydarzeniom, samemu nie biorąc w nim najmniejszego udziału. Gdy podczas powstania każdy chwyta za broń, zbiera zapasy i zajmuje się przygotowaniem osłon, barykad oraz worków z piaskiem, ja pewnie siedziałbym na dachu, przyglądając się rozgwieżdżonemu niebu, przecinanemu smugami dymu zostawianymi przez krążące nad nami samoloty wroga. W pewnym momencie na moją twarz spadłby piach i pył, wzniecone w górę przez eksplozję ręcznego granatu, rzuconego przez jednego z powstańców. Odwróciłbym się, spojrzałbym w tamtym kierunku i pomyślał „A może dobrze byłoby tam zejść i im pomóc?”. Jednak ta myśl nigdy nie przeszłaby dalej; nigdy nie została wdrożona do realizacji. Moje nogi dalej pozostałyby zgięte w wymyślnej pozie, w jakiej zwykłem już siedzieć, a ręce dalej podpierałyby zmęczoną głowę. Czasami właśnie tak się czuję. Jak bezsilny obserwator, pozbawiony kontroli widz, świadek niemający nic wspólnego z mijanym wypadkiem. Ktoś pewnie znalazł określenie na dopadającą mnie przypadłość. Jakiś wyszukany, obco brzmiący termin mogący zrobić wrażenie na wyedukowanych ludziach. Jednak nie znałem go i bynajmniej nie chciałem poznać. Znajomość nazwy choroby sprawia, że przyznajesz się do jej posiadania. A ja nie byłem jeszcze do końca gotowy tachać na swoich plecach, przynajmniej świadomie, kolejnego, dziwnego zaburzenia. Pod tym względem byłem ciekawym człowiekiem. Ale kolekcję problemów związanych z moją, jakże chorą, głową pozostawmy na inną opowieść. Na razie skupmy się na mojej drodze do pracy. Idę, stopniowo coraz bardziej przyśpieszając kroku. Mijam kilka drzew, słup wysokiego napięcia i niezliczone krzaki. Chociaż, czy naprawdę są one niezliczone? Od tego momentu zaczynam skrzętnie notować sobie w głowie ich liczbę. Jeden, dwa, trzy. Lista szybko zaczęła się powiększać. Jednak po drodze pojawiły się pewne komplikacje.
Jeden z krzaków był o połowę mniejszy od innych. Malutki, złożony z zaledwie kilku, żałośnie odgiętych na parę stron gałązek pozbawionych liści. Czy mogę go zaliczyć jako pełnoprawny krzak? A jeśli nie — jak go zapisać? Jako pół? Coś na kształt krzaka? Ten konflikt toczący się w mojej głowie może wydawać się niezwykle zabawny, jednak mi nie było w tamtej chwili do śmiechu. Co zrobić z tą dziwną rośliną? O ile, oczywiście, krzaki są roślinami. To też jest dobre pytanie. A jeszcze lepsze brzmi „jaka jest właściwie definicja krzaka?”. Definicja krzaka… Jedynie co przychodziło mi na myśl to gałęzie wystające z ziemi. Ale czy jeśli wsadzę kilka oderwanych z drzewa gałęzi w miękką ziemię i przyprószę liśćmi dla lepszego efektu, to czy w efekcie stworzę faktyczny krzak? Sytuacja robiła się coraz bardziej napięta. Czym, do jasnej cholery, jest krzak!? Miniaturowe drzewo pozbawione pnia? A może coś kompletnie innego, jak na przykład źle rozwinięty kwiat? Źle rozwinięty kwiat… Skoro tak, to czym może być źle rozwinięty krzak? Źle rozwiniętym kwiatem, który przy swoim złym rozwijaniu postanowił źle rozwinąć się jeszcze bardziej? Tego było już za wiele. Nie, nie, nie. Miałem dość. I krzaków i tej bezsensownej rozmowy. A przede wszystkim krzaków. Skreśliłem całą listę i zamiast niej, w jej miejscu, niewidzialnym piórem piszącym po równie niewidzialnej kartce w środku mojej głowy, zapisałem: „Spalić wszystkie krzaki”. Na agresję odpowiem agresją, a czemu nie. Nawet mimo tego, że oba źródła agresji pochodzą z tego samego źródła. Przez cały czas stałem biernie, więc ten jeden, jedyny raz wezmę czynny udział w słusznej sprawie. Oh, i to jak słusznej! Wezmę w dłoń zapalniczki, parę starych gazet zamoczonych w benzynie i sprawię, że ostatnią rzeczą jakie te marne, nawet-nie-wiadomo-czy-rośliny, zobaczą w swoim życiu, będzie szalejący po ich gałązkach i liściach ogień. Ogień, który strawi wszystko na swojej drodze. Nawet jeśli ma pochłonąć przy okazji mnie, ciebie czy nawet cały świat, warto poświęcić się tej słusznej sprawie.
Ale już powoli wracając do tematu. Szedłem dalej, albowiem ta burzliwa i dynamiczna rozmowa trwała zaledwie kilkanaście sekund. Do celu nie brakowało mi dużo, oh nie, zaledwie kilkaset metrów. Jakbym się pośpieszył, zdążyłbym i w minutę. A w efekcie, byłbym w firmie na czas. Na drodze jednak pojawiły się przeszkody. Chociaż, w tym przypadku lepiej użyć akurat liczby pojedynczej. Przeszkoda. Jedna, wielka, ogromna, nie do przejścia czy pokonania, zabijająca każdą, najmniejszą iskierkę nadziei i otuchy tlącą się jeszcze w sercu nieszczęśnika, który na nią trafi. Niczym w znanych naszej obecnej cywilizacji tragediach antycznych, w których bohater mierzy się z przeciwnościami nie do przemierzenia, ja znalazłem się w dość podobnej sytuacji. Gdy znalazłem sobie sprawę z tego, co się stało, było już za późno. Klamka zapadła, kurtyna się odsłoniła, a aktorzy wyszli na scenę. Światło sceniczne padło na mnie, głównego bohatera, główną ofiarę, głównego męczennika tego smutnego seansu, w którym kara przewyższa winę tak, jak drapacz chmur przewyższa wiejską chatkę. Ale zanim upadnę na kolana w akcie totalnej rezygnacji i oddam się lamentom ku górze, gdzie zwykli śmiertelnicy boją się nawet podnieść swój marny wzrok, może opowiem, co dokładnie się stało. Chociaż ostrzegam. Jest to historia, która może zmrozić krew w żyłach, stanąć w gardle, wstrząsnąć człowiekiem do głębi i, zaciskając pięść na jego krtani, przycisnąć brutalnie do ściany. Spojrzeć mu w oczy chłodnym, wręcz ociekającym topniejącym lodem spojrzeniem i wyszeptać rzeczy, które nigdy nie powinny trafić do ludzkich uszu. Jednak ja je usłyszałem, dusząc się i na marno próbując złapać oddech. Gdy chciałem odejść, umrzeć, wydać ostatnie zdławione tchnienie, ta historia mi na to nie pozwoliła. Szeptała dalej, wypełniając moje serce czarną goryczą, smutkiem, strachem i nienawiścią. A ja dalej próbowałem, na marne, się wyrwać, wydostać z tych żelaznych objęć i uciec, chociaż też wiedziałem, że życie z umysłem przeszytym tą trującą strzałą nie będzie już takie samo. Oh, właśnie taka to będzie historia.
Otóż utknąłem, czekając na przejściu dla pieszych. Pewnie brzmi to strasznie zabawnie. Normalnie boki zrywać, ha ha ha. Ale sprawa była całkiem poważna. Tak poważna, że muzyka z radosnego pobrzdąkiwania na gitarze zmieniła się na subtelne dźwięki pianina i towarzyszących mu skrzypiec. Stałem na niewielkim pasku chodnika umieszczonym między dwoma pasami drogi. Za moimi placami i przed oczami pędziły dziesiątki samochodów, tworząc nieprzerwaną linię złożoną z ciężkich, stalowych potworów. Ich głośne warczenie i pomrukiwanie atakowały moje spragnione ciszy uszy, szybko przyprawiając mnie o migrenę. Z kolei odór wydzielanych przez nie spalin dostawał się do mojego nosa, podrażniając gardło i powodując nagły atak duszącego kaszlu. Czułem się jak w potrzasku. Niczym ser umieszczony między dwoma kawałkami białego tosta, który pod wpływem ciepła powoli zaczynał się topić. Lub, jakbym znalazł się w gigantycznej pułapce na niedźwiedzie, która z każdą sekundą zaciskała się coraz mocniej na moim ciele, wrzynając się ostrymi krawędziami w skórę, brutalnie rozrywając mięśnie, przecinając żyły i tętnice, miażdżąc kości. Chciałem uciekać, ale nie mogłem wykonać żadnego ruchu. Niczym wrzucony do zasychającego betonu pies, który panicznie szczekał i przebierał przednimi łapkami, a jednak mimo wszelkich wysiłków dalej tam tkwił, skazany na powolną i bolesną śmierć. A gdy otwierałem usta, nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Żaden krzyk przerażenia czy jęk bólu. Żaden skowyt, ryk, czy wezwanie pomocy. Cisza, która od razu po opuszczeniu mojego gardła zostawała rozszarpywana na drobne kawałeczki przez odgłosy przetaczających się w obie strony aut. Tak więc stałem tam, bez ruchu, licząc na jakiś ratunek. Wyobrażałem sobie, jak samochody nagle stają i przepuszczają mnie na drugą stronę. Jak nadlatuje helikopter i zabiera mnie stamtąd. Jak jeden z kierowców wyskakuje przez okno własnego pojazdu i oferuje mi pomoc. Każda wizja dziwniejsza od następnej, a ta następna bardziej chora od poprzedniej. Prześcigają się, same ze sobą, w ciasnej przestrzeni oferowanej mi przez mój zmęczony umysł, w wymyślaniu najgłupszych i najbardziej odjechanych wyjść z tej sytuacji. Jednak żadna, w żadnym stopniu się nie spełniła. Pasek progresu nie przesunął się nawet o milimetr, wiem, bo przypatrywałem mu się dokładnie. Tkwiłem w tym dziwnym stanie, jakby piekle, nie wiadomo ile czasu i nie wiadomo było czy w ogóle się z niego wydostanę. Jakiekolwiek pytania usychały i umierały, zanim na dobre zrodziły się w mojej głowie, a odpowiedzi na nie odpychał wiatr, zwiewający je na drugą stronę świata. Aut nie ubywało, cały czas było ich tyle samo, cały czas jechały z tą samą prędkością. Szybko, ale nie łamiąc przepisów. Były tak blisko siebie, że gdyby jeden z nich zwolnił czy przyśpieszył o chociaż jeden kilometr na godzinę, wbiłyby się w siebie jak gigantyczne domino, ale złożone nie z drewnianych klocków, a metalowych samochodów. Różnych, całkowicie różnych. Jedne można by określić jako normalne, miejskie. Niewielkie, brzydkie, ale funkcjonalne. Poza tym były terenówki, jakby domyślnie noszące na sobie ślady zaschniętego błota, sportowe wypolerowane na błysk, wany, półciężarówki, limuzyny i wszystkie inne rodzaje, które w tej chwili nie chcą przyjść mi do głowy. Szlag. Nigdy nie pasjonowałem się motoryzacją. Znaczy, dobrze, zdarzało mi się popatrzeć czy poczytać coś z tym związanego — nie jestem jednym z tych, którzy oddzielają się grubym murem od pasji innych od ich — ale nigdy nie robiłem tego tak długo, żeby coś konkretniejszego wpadło mi do głowy. Teraz mam tego jasne i oczywiste wyniki oraz wnioski, które muszę wyciągnąć. Nawet jeśli do niczego się już nie przydadzą, w końcu nie wiem, czy w ogóle wyjdę z tej pułapki, to i tak warto je wyciągać. Ot tak, dla samego zabicia czasu i rozruszania umysłu. A ten postawiony w takiej, a nie innej sytuacji potrafi płatać najróżniejsze figle.
Na przykład, pewnego razu na twarzach wszystkich kierowców pojawiły się maski. Wszystkie identyczne. Duże, plastikowe, obejmujące cała twarz; Białe, z wymalowanymi czerwonymi i czarnymi farbami sztucznymi uśmiechami. To było naprawdę przerażające. Gdy każda żywa istota wokół ciebie zaczyna ukrywać swoją prawdziwą twarz, a ty jako jedyny zostajesz odsłonięty i niemal nagi, szargają tobą uczucia trudne do opisania. Coś jak strach, ściskający w potężnym ucisku serce, zatrzymując je i nie pozwalając mu dalej bić. Oddech słabnie, puls niemal się zatrzymuje. Przed oczami pojawiają się ciemne mroczki, a sam człowiek powoli opada z sił. O ile ten stan nie trwa długo, można dojść do siebie dość szybko. Jednak gdy ciągnie się to więcej niż dwadzieścia oddechów lub trzydzieści mrugnięć, zaczynają się problemu. Podniesienie się z ziemi potrafi zając nawet tysiąc oddechów, co, jak dla mnie, jest całkiem długim okresem. Bo tak, z braku jakichkolwiek innych informacji o upływającym czasie (mój zegarek w tym dziwnym stanie przestał działać), musiałem wymyślić własny sposób odmierzania go. Może nie było to najbardziej efektywne, ale po kilkunastu tysiącach oddechów zacząłem powoli się przyzwyczajać i przestawiać sposób myślenia. To naprawdę zadziwiające, jak ludzki mózg przyzwyczaja się do zmian w otoczeniu. Nigdy nie byłem i pewnie nie będę w stanie tego w pełni pojąć.
Jednak i ten system po jakimś czasie zawodził. Po kilku milionach oddechów powoli zacząłem tracić siły potrzebne na liczenie. Czułem się tak, jakby minęły całe lata, ba, nawet dekady, wieki, tysiąclecia. Ale nic się nie zmieniało. Poza paroma incydentami z maskami wszystko toczyło się dokładnie tak samo. Jakbym stał przed wielkim ekranem, na którym leciał zapętlony, kilkunastosekundowy film. Po jakimś, nieokreślonym z powodu zaniechania liczenia, okresie zacząłem dostrzegać miejsca, w których, na dosłownie milisekundy, film ten się zatrzymuje i zostaje puszczony od nowa. Nie mogłem jednak ustalić jednej rzeczy: czy ja jestem częścią tego pokazu, czy jednak widzem, zamkniętym między wyświetlaną rzeczywistością? Szybko doszedłem do wniosku, że poprawną wersją jest ta druga. Sam zacząłem się starzeć. Moja skóra, co było szczególnie widoczne na dłoniach, marniała, szarzała i stawała się coraz bardziej pokryta wystającymi żyłami. Ataków masek było coraz więcej, a podniesienie się po nich wymagało ode mnie więcej wysiłku i czasu. Dobrze wiedziałem, że koniec nadchodzi. Chociaż, właściwie nie mogłem niczego być pewien. Co, jeśli w pewnym momencie zostanie ze mnie jedynie szkielet? Ciało umrze i zgnije, pozostawiając same, powoli bielące się kości. A świadomość zostanie, dalej wpatrzona w przejeżdżające przed nią samochody. Co, jeśli zostanę tak na wieczność — to fizyczne ja rozpłynie się całkowicie, niczym proch wyszarpany z rąk żałobników przez bezlitosny wiatr, ale mój umysł zostanie, lewitując nad szarym chodnikiem, dalej patrząc się w niezmiennie żałosny krajobraz składający się z dziesiątek pędzących przed siebie aut. Wizja ta napełniała mnie olbrzymim niepokojem, który rósł z każdą chwilą, ale tylko do pewnego momentu. Po jakimś czasie, znowu nie podam dokładnej ile go upłynęło, ten niepokój osiągnął poziom szczytowy, taki, którego nic już nie przebije. Moja głowa była jak szklanka, do której ktoś uparcie wlewał wodę. Mimo że wylewała się i ciekła po krawędziach naczynia, stole i potem podłodze, ten ktoś dalej próbował wlać w nią więcej. Dziękowałem Bogu, że każde naczynie ma swoje limity.
Chciałem sięgnąć do przeszłości, przypomnieć sobie co takiego złego zrobiłem, by zasłużyć na tak bolesną karę. Jednak nic nie potrafiłem przywołać. Nie pamiętałem kompletnie nic. A dziurę tę wypełniał ryk samochodów, odór spalin i ich widok, przejeżdżających w jednym rządku przed moimi oczami. Może byłem okropnym człowiekiem? Może faktycznie zasłużyłem na coś takiego, na tak mocne tortury? Nie mogłem tego potwierdzić ani zaprzeczyć. Nie mogłem nic. Nawet gdy chciałem wydłubać sobie przeklęte oczy, nie mogłem nawet kiwnąć palcem. Nie mogłem zamknąć powiek, nie mogłem ruszyć gałkami. Jedyne co mogłem, to wpatrywać się w auta. Nic innego nie było mi dane. Patrzeć się na jedną, nieprzerwanie nudną i powtarzalną rzecz przez, potencjalnie, wieczność. Dlaczego akurat mnie to spotkało? Krzyczałem wewnątrz mojej głowy tak długo, aż uświadomiłem sobie, że krzyk powoli zmienia się w odgłos wielu silników jednocześnie napędzających jeżdżące pojazdy.
Koniec nastał jednak szybciej, niż sądziłem. Samochody nagle ustały. Zupełnie jak za kiwnięciem magicznej różdżki, wszystkie stanęły jak wryte. Zrobiłem niepewny krok, a potem dwa na przód. Potem kolejny i kolejny. Przeszedłem przez pasy, dotarłem na drugą stronę, wreszcie postawiłem stopę na podłożu innym niż tamten chodnik. W głowie miałem kompletną pustkę. Nie wiedziałem nic. Kompletnie nic. Odgłosy samochodów jeszcze chwilkę odbijały się echem od pustej powierzchni mojego mózgu, aż w końcu i one umilkły. Nastała cisza. Całkowita, głęboka cisza.
Zniknął obraz. Została tylko całkowita, głęboka czerń.
Jestem też całkiem pewny, że moje ciało też się rozpłynęło. Przestałem czuć cokolwiek, nic nie dotykałem, wokoło nie było żadnych zapachów, a w ustach nie czułem smaku. Ust właściwie też nie miałem.
Moje myśli też nagle umilkły. Nie zostało nic. Nagle uderzyło mnie ostre, białe światło. Było mi gorąco, moje ciało było całe mokre i pokryte jakimś dziwnym, czerwonym śluzem. Wszystko było rozmyte i nieostre. Z trudem dostrzegłem czyjąś twarz, częściowo zasłoniętą niebieską maseczką. 
— Gratulujemy, pani synek urodził się cały i zdrowy.
Z moich ust wydobywał się nieprzerwany niczym, przeraźliwy krzyk.

Komentarz autora do „O człowieku, który spędził wieczność czekając na pasach”

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.05
drukowana A5
za 28.09